Planeta Jadzi

listopad 23, 2014

zycie na kreske

Bazarek Handmade

Chusta szydełkowa - "Wiosenne krokusy" :)




Sprzedam dużą, ciepłą,  lekką chustę wykonaną  przeze mnie na szydełku, projekt autorski.
Można się nią swobodnie otulić i omotać;)
Włóczka; grubsza, miękka, delikatna (nie gryzie), lekko perłowa, cieniowana - wełna 50 % , akryl 50 %.
Wymiary;
-szerokość w ramionach 185 cm,
- wysokość w dół od karku 95 cm,
Waga; ok.32 dkg.

Cena: 110 zł (plus koszt przesyłki, ok 7 zł).

W celu zamówienia proszę o komentarz pod postem i mail: krystynac66@interia.pl
Więcej moich prac TU - zapraszam


by Teiwaz (noreply@blogger.com) at listopad 23, 2014 12:41

Tęczowa, cieplutka chusta w kratę :)


Sprzedam bardzo dużą, ciepłą,  lekką chustę, wykonaną  przeze mnie na drutach.
Można się nią swobodnie otulić  i omotać ;)

Włóczka; miękka, delikatna (nie gryzie), cieniowana -  75% akryl , 25% moher
Wymiary; 
- szerokość w ramionach 210cm, 
- wysokość w dół od karku 105 cm,
Waga; 15 dkg.


Cena: 100 zł (plus koszt przesyłki, ok 7 zł).
W celu zamówienia proszę o komentarz pod postem i mail: krystynac66@interia.pl

Więcej moich prac TU - zapraszam

by Teiwaz (noreply@blogger.com) at listopad 23, 2014 12:41

Szal kwiatowy, szydełkowy- "Złota jesień" ;)



















Sprzedam delikatny, lekki szal kwiatowy wykonany  na szydełku.
Można nosic swobodnie jako szal do sukienek od wiosny do jesieni:) , lub zimą omotac się nawet dwukrotnie, jak kominem.
Włóczka; miękka, delikatna (nie gryzie), lekko perłowa, cieniowana - wełna i akryl po 50 %.
Wymiary; 41 x 180 cm.
Waga; 20 dkg.

Cena: 85 zł (plus koszt przesyłki).
 W celu zamówienia proszę o komentarz pod postem i mail: krystynac66@interia.pl

Więcej moich prac TU - zapraszam


by Teiwaz (noreply@blogger.com) at listopad 23, 2014 12:41

Patchworkowy szalik:)



Sprzedam szalik z mieszanki włóczek (akryl i moher) robiony na szydełku metodą patchworkową:)

Kolor czarny i ecru z delikatną domieszką błyszczącej nici w kolorze zielonkawym. W świetle mieni się delikatnie. Jest bardzo lekki, miękki i miły w dotyku .

Długość: 180cm, szerokość: 17cm.

Cena: 30 zł (plus koszt przesyłki).

Kontakt: krystynac66@interia.pl plus komentarz pod postem.

by Teiwaz (noreply@blogger.com) at listopad 23, 2014 12:41

Czapka na drutach- "Zimowe loki":)


Sprzedam oryginalną, bardzo ciepłą czapkę, ręcznie robioną przeze mnie na drutach.
Jest dość duża, fason oapdający z tyłu głowy- taki smerfny:)
Włóczka: wełna( niewiele) , akryl, ozdobny moher.
Kolory: jak na zdjęciach, tło czarne.
Wymiary:
- obwód czapki: 46 cm, ale jest bardzo rozciągliwa-
z powodu luźnego wzoru ściągaczowego- dopasowuje się do głowy,
- wysokość czapki: 30 cm.
Jest bardzo ciepła, miękka i miła w noszeniu.

Cena: 40 zł plus przesyłka (ok. 5 zł)

Więcej moich prac TU - zapraszam

W celu zamówienia proszę o komentarz pod postem i mail: krystynac66@interia.pl

by Teiwaz (noreply@blogger.com) at listopad 23, 2014 12:40

Czapka na drutach- "Tęczowe warkocze":)





Sprzedam oryginalną, bardzo ciepłą czapkę, ręcznie robioną przeze mnie na drutach.
Jest dość duża, fason uniwersalny.
Włóczka: grubaśny  akryl :)
Kolory: jak na zdjęciach.
Wymiary:
- obwód czapki: 46 cm, ale jest bardzo rozciągliwa- nawet do 56 cm,
z powodu luźnego wzoru ściągaczowego- dopasowuje się do głowy,
- wysokość czapki: 23 cm.
Jest bardzo ciepła, miękka i miła w noszeniu.

Cena: 30 zł plus przesyłka (ok.5 zł)

W celu zamówienia proszę o komentarz pod postem i mail: krystynac66@interia.pl

by Teiwaz (noreply@blogger.com) at listopad 23, 2014 12:40

Czapka na drutach- "Kremowe warkocze":)


Sprzedam oryginalną, bardzo ciepłą czapkę, ręcznie robioną przeze mnie na drutach.
Jest dość duża, fason uniwersalny.
Włóczka: wełna , akryl, moher.
Kolory: jak na zdjęciach.
Wymiary:
- obwód czapki: 46 cm, ale jest bardzo rozciągliwa-
z powodu luźnego wzoru ściągaczowego- dopasowuje się do głowy,
- wysokość czapki: 23 cm.
Jest bardzo ciepła, miękka i miła w noszeniu.

Cena: 35 zł plus przesyłka (ok. 5 zł)

W celu zamówienia proszę o komentarz pod postem i mail: krystynac66@interia.pl

by Teiwaz (noreply@blogger.com) at listopad 23, 2014 12:39

listopad 22, 2014

nic specjalnego

Na co szkodzi gluten - słów kilka.

Na temat szkodliwości diety wysoko zbożowej napisano ostatnio wiele  książek.
A wszystko przez to, że coraz więcej osób na świecie cierpi na niezdiagnozowaną
nadwrażliwośc na gluten.
Dieta  zbożowa prowadzi do wielu problemów zdrowotnych - są to coraz częstsze
choroby autoimmunologiczne ( wśród nich choroba Hashimoto, bardzo dziś
rozpowszechniona), różnego rodzaju nowotwory, stany zapalne różnych  narządów
oraz zawały.
We wszystkich zbożach należących do rodziny traw występuje białko zwane
glutenem. Gluten  jest  białkiem wieloskładnikowym, a dużą jego częśc stanowi
gliadyna, która jest przyczyną uczulenia i nietolerancji zbóż przez organizm.
Najwyższy poziom gliadyny zawiera pszenica.
Oprócz glutenu zboża zawierają również inne toksyczne dla ludzi i zwierząt
białka.  Są  to lektyny i taumatyna. Gluten, lektyny i taumatyna  działają
wspólnie powodując uszkodzenie jelit. To głównie lektyny wywołują odpowiedz
immunologiczną organizmu uszkadzając jelita  na poziomie  komórkowym.
Zboża zawierają również węglowodany, które są niezbędne ziarnom w procesie
kiełkowania. Są wysokokaloryczne i powodują  gwałtowny wzrost poziomu
cukru we krwi. Duże spożycie węglowodanów zbożowych prowadzi do stanu
niedocukrzenia organizmu.
Nie jest to wcale paradoksem - ten węglowodan jest cukrem prostym szybko
wchłanianym z przewodu pokarmowego do krwi i podnosi w niej poziom cukru.
Trzustka dostaje wtedy sygnał o wysokim poziomie cukru i zaczyna produkowac
insulinę, by obniżyc jego poziom. Jednak wytworzona wówczas ilośc insuliny jest
zbyt duża jak na zapotrzebowanie organizmu i jesteśmy niedocukrzeni.
Mam wrażenie, że mało kto wie, że po zjedzeniu 2 kromek chleba pełnoziarnistego
poziom cukru we krwi podnosi się bardziej niż po spożyciu dwóch łyżek stołowych
białego cukru.
Poza tym węglowodany pochodzące ze zbóż pobudzając nadmierne wydzielanie
insuliny są przez nią zamieniane w tłuszcz, co prowadzi do powstawania zaburzeń
biochemicznych w organizmie. Po 5- 10 latach może się rozwinąc cukrzyca,
miażdżyca, nadciśnienie a w efekcie zawał serca lub udar  mózgu.
Nasuwa się pytanie co w takim razie jeśc . Zapewniam  Was, że naprawdę nie
głoduję odkąd jestem na diecie bezglutenowej.
A tym, którzy chcieliby bardziej zgłębic temat szczerze polecam dwie książki:
Bożeny Przyjemskiej "Niebezpieczne zboża.Grożny gluten" oraz Williama
Davis'a "Dieta bez pszenicy".
Obydwie pozycje można  zamówic tutaj.

by anabell (noreply@blogger.com) at listopad 22, 2014 11:20

Kura

Zuzanka

Dzieciowo mi

Nowe wytyczne w żywieniu niemowląt i rozszerzaniu diety

No, ten tego, sprawa zaczyna być poważna. Jedna z czytelniczek „Dzieciowo mi!” tak oto napisała:

„Czy popełniła Pani jakiś artykuł nt żywienia dzieci, tego ile dzieci powinny jeść? Jest Pani dla mnie swego rodzaju autorytetem w zakresie wychowywania maluchów”

Spłonęłam rumieńcem jako ta dzięcielina i obiecałam sobie trzy razy bardziej uważać na to, co przekładam spod dekla na klawiaturę. Dalsza część listu opisywała problem, z którym, jak podejrzewam, spotyka się bardzo wielu rodziców:

„Martwię się jednak uwagami otoczenia, które widząc jakie ilości dziecko potrafi zjeść (wczoraj dorosły talerz zupy ogórkowej i chciał jeść dalej) i z jakim apetytem zwykle je (są oczywiście rzeczy, które mu nie smakują i wtedy nie omieszka tego okazać, ale jest to rzadkość) jest w szoku. Chciałabym jakoś wzbogacić wiedzę merytoryczną nt karmienia dzieci po 1 roku życia… Ile powinny jeść?”

I wiecie co? Nie poradziłam sobie z tym pytaniem. Zapewne dlatego że mój problem był dokładnie odwrotny. Jak sprawić, by dziecko żywiące się energią kosmiczną i reakcją fotosyntezy wreszcie zechciało zjeść coś jak człowiek? Tak czy inaczej kwestię żarełka warto poruszyć raz jeszcze, choćby z tego powodu, że natrafiłam na artykuł, który, jak myślę, mógłby nieco autorkę listu uspokoić. Wydaje mi się, że zawiera dręczące ją pytanie, jak rodzic powinien się zachować, kiedy dziecko chce jeść i jeść?

Temat rozszerzania diety niemowlęcia i karmienia w ogóle poruszałam nie raz i nie dwa (ostatnio tutaj, klik, klik, klik), ale to nie oznacza, że nie można powiedzieć raz jeszcze.

Wytyczne odnośnie żywienia małych dzieci zmieniają się raz po raz, co jest zupełnie normalne, bo zmienia się nasza wiedza. Tak samo jest w medycynie. Coś, co jakiś czas temu było prawdą objawioną, na skutek postępu nauki i poszerzania wiedzy ewoluuje, a bywa i tak, że się od tego odchodzi. Niedawno więc wyznaczniki żywieniowe przeanalizowano po raz kolejny i po raz kolejny spisano wytyczne. Jedziemy z tym koksem, yyy, to jest z tym żarciem.

Karmienie piersią i karmienie sztuczne

Tutaj niewiele się zmienia, bo i nie ma czego wymyślać. Pozostaje aktualna zasada, że ideałem (podkreślam: ideałem) byłoby karmienie wyłącznie piersią przez pierwszych sześć miesięcy życia przy jednoczesnym – uwaga, uwaga – wprowadzaniu niewielkich ilości glutenu. Tak, tak, glutenu. Mówimy o ilościach minimalnych, czyli około 1/2 łyżeczki kaszy manny dodawanej do mleka. Trudno podać kaszę piersią, hy, hy, dlatego wyjmujemy smoczek i butelkę spod szatańskich skrzydeł. Niewielkie ilości glutenu podaje się właśnie po to, żeby uniknąć jego nietolerancji, a do nietolerancji może dojść, jeśli wprowadzimy go zbyt późno.

Jeśli karmimy dzidziola mlekiem modyfikowanym, to przygotowujemy mieszankę zgodnie z przepisem, a tak poza tym postępujemy tak samo. Jedyna różnica polega na tym – i tu również nihil novi – że przy karmieniu mlekiem modyfikowanym rozszerzać dietę można nieco wcześniej.

Wprowadzanie nowych pokarmów

Ważne jest to, żeby zachować równowagę i nie przeginać w żadną stronę. Za wcześnie nie jest dobrze, ale za późno też nie. Zaczynamy wprowadzać po jednym nowym produkcie, obserwujemy reakcję młodego organizmu, odczekujemy, sięgamy po następny. Ile tego dobrego? Nie za dużo. Na początku trzy, cztery łyżeczki.

Lepiej zacząć od warzyw, nie od owoców – tak mówią mądre głowy i ja myślę tak samo (dumna i blada). Owoce są słodkie. Jeśli zaczniemy od nich, ciężko nam będzie przekonać młodzież do warzyw. Możemy użyć rodzicielskiego autorytetu, mamy też przewagę masy ciała, ale nie o to chodzi. Rzadko kiedy dziecko coś zaczyna lubić po pierwszym podaniu. Dzieci są jak inżynier Mamoń z „Rejsu” – lubią poprzez reminiscencję. Najczęściej dziecko stwierdza, że coś lubi, dopiero po kilkunastu podaniach. Trochę tej roboty trzeba odwalić, nie ma to tamto. Jeśli więc startujemy z pysznym ziemniaczkiem, a ono pluje dalej, niż widzi, to się nie zrażamy, tylko per aspera ad astra.

Nie ma przy tym znaczenia, jakie warzywo wprowadzamy najpierw. Ziemniak, dynia, marchewka – wsio rawno. Nie ma też znaczenia kolejność wprowadzania owoców. Czy to banan będzie pierwszy, czy to jabłko, czy to gruszka – jeden pies. To jest jeden owoc. Ważne jest jednak, żeby sterować od lżej strawnych do ciężej strawnych.

jadzia_sierpien

by kruszyzna at listopad 22, 2014 04:57

Anrzej rysuje

PKW

pkwRysunek opublikowany na wyborcza.pl 20 listopada. Link: http://goo.gl/MKjahM

by Andrzej at listopad 22, 2014 09:39

Bazarek Handmade

Duży wisior z muszli



średnica 8 cm

cena 15 zł +5 zł koszt przesyłki

kontakt wmalymdomku@gmail.com

by Ania- w małym domku (noreply@blogger.com) at listopad 22, 2014 09:26

zycie na kreske

listopad 21, 2014

Slow Day Long

Dialogi na cztery nogi, czyli co Ala ma do powiedzenia – część 10

Rodzeństwo

Pani rozmawia z dziećmi w przedszkolu na temat ich rodziny. Pyta się, czy mają jakieś rodzeństwo. Dzieci wymieniają swoich braciszków, siostrzyczki itd. W końcu pada na Alę:
- Alicja, czy masz jakieś rodzeństwo?
- Oczywiście, że mam!
- Tak, a jakie? (pyta zdziwiona pani)
- Bronka i Zygmunta (koty Alicji)

Basen

Wybieramy się z Alą do aquaparku, ale chcemy by była to niespodzianka. Alicja podsłuchuje jednak naszą rozmowę i jest ciekawa gdzie ją znowu zabieramy. Postanawiam jakoś z tego wybrnąć.

- Tato, a gdzie my idziemy na tą niespodziankę?
- Alu, w takie miejsce gdzie jest dużo wody i gdzie można pływać. Wiesz jak ono się nazywa?
- Hym? Jezioro!
- No tak, ale to takie inne miejsce, pod dachem, gdzie są zjeżdżalnie i piasek.
- Hym? No, to morze!
- Morze jest duże, a to jest coś takiego małego.
- No to rzeczka.
- Rzeczka płynie, a tu woda nie płynie, tylko stoi.
- No, to pewnie kałuża.

Pająk

Alicja leży z Kamilą w łóżku. Nagle nasza córka zauważa na suficie pająka i krzyczy do mnie.
- Tato, tato. Chodź tu. Dzwoń szybko do babci, aby przyjechała tu z drabiną i zabrała tego okropnego pająka i wyrzuciła go na dwór, bo tu nie jest jego domek.

Beksiński

Innym razem znowu leżymy razem na łóżku. Ala ogląda swoją książeczkę, a ja czytam „Beksińscy, portret podwójny”. Moja córka postanawia mnie poinstruować, co do kwestii mojego gustu czytelniczego.
- A co ty tu masz – mówi zabierając mi książkę. Ogląda ją i po chwili.
- Nie, nie! Ty tego nie będziesz czytać, bo to nie jest fajna książka. Ona nie ma fajnych obrazków. Zostaw to, to jest nieładne. Masz tu Mamoko, pooglądaj sobie, a ja tą książkę wyrzucę do kosza. Ona jest fuj. Nie podoba mi się. Ona nie jest dla ciebie.

Baletnica

Ala bawi się z Kamilą w pokoju. Ja gotuję obiad. Drzwi są zamknięte, a ja muszę się coś zapytać się moją żonę. Moje wejście zostaje jednak spacyfikowane przez córkę.
- Tato, ty nie możesz tu wejść, bo ty nie jesteś baletnicą. To jest pokój tylko dla dziewczynek. Ty nie masz sukienki. Idź sobie stąd. Nie możesz się tu bawić. Do widzenia! – mówi, wypychając mnie i zatrzaskując mi drzwi przed nosem.

Mateusz

Ala ogląda z Kamilą Biblię. Prosi, aby Kamila jej coś poczytała.
- Ewangelia według Mateusza – zaczyna Kamila
- Mateusza? Mateusza?  Podoba mi się, czytaj dalej. Ale! Ale! A gdzie jest Mateusz? Mateusz, Mateusz! – krzyczy na całe mieszkanie.

by Damian at listopad 21, 2014 11:01

nic specjalnego

629. Poezja???

Rozmawiałam dziś z córką odnośnie  świąt- to będą wybitnie rodzinne święta.
Tym razem będzie również i jej teściowa, którą oboje  z moim ślubnym bardzo lubimy.
To bardzo dobra, empatyczna osoba.
Prezenty dla dzieci już zakupili, będziemy tylko partycypowac w kosztach.

Przy okazji córka mi opowiedziała co to jest poezja, w pojęciu naszego  "Pierwszaka".
Wczoraj, w drodze ze szkoły do domu, Starszy poinformował córkę, że ma do domu
zadane wiersze.
Moja córka bardzo się tym ucieszyła i była ciekawa o czym one są. Po przydreptaniu
do domu Starszy sięgnął do plecaka , wyjął z niego podręcznik do matematyki dla
klasy III, otworzył i pokazał jej zadanie z treścią, które mu zadano do domu, by je
rozwiązał. To te wiersze  - wyjaśnił córce. Moją biedulę z lekka zatkało.
Za chwilę dziecię przysiadło i rozwiązało zadanie.
No cóż, dla niektórych treśc zadania z matematyki to poezja.
Ostatnio  pojął potęgowanie. Na razie metodycznie potęguje liczbę 2.
Kochani, ja nie dlatego o tym piszę, że się chcę pochwalic, jaki to mój starszy wnuk
jest mądry. Mnie to przeraża, tak zupełnie zwyczajnie przeraża.
Przecież to jeszcze małe dziecko, dopiero  w styczniu skończy 6 lat. Mniej mnie
przeraża to, że płynnie czyta i pisze, ale jego zdolności do matematyki jakoś mnie
przerażają. Dzieciak w pamięci dodaje do siebie liczby trzycyfrowe i to szybciej niż
jego matka, odejmowanie i mnożenie też nie ma dla niego tajemnic a teraz  jeszcze
zaczął podnosic do potęgi. Nie wiem jak jest z dzieleniem - może chociaż to mu
"nie idzie"? W każdym razie nie odnajduję u niego nawet szczątków moich genów.
Nie ma "ciągu" do rysowania, do wszelakich prac plastycznych.  To pierwsze dziecko,
od którego nigdy nie usłyszałam prośby o narysowanie czegokolwiek.
Dobrze, że chociaż muzykę lubi i  śpiew- słuch ma bardzo dobry, melodie  odtwarza
bezbłędnie. Uwielbia chodzic na muzyczne przedstawienia  dla dzieci.

Chłopcy prawie wcale nie bawią się razem, bo Starszy chce Małym dyrygowac, a on
się na to nie zgadza.
Za to Mały potrafi tak zorganizowac sobie zabawę, że włączy do niej wszystkich
obecnych dorosłych.
Córka się śmieje, że zapewne jej przyszła "młodsza synowa" będzie drobną
brunetką o hiszpańskim typie urody - Mały lgnie do młodych  pań o takiej właśnie
urodzie   i  bardzo je uwodzi.
No to zapowiadają mi się ciekawe święta.


by anabell (noreply@blogger.com) at listopad 21, 2014 08:30

Kura

Ustalanka

G.i A. wywlekają z szafki różne gry.

Jedno z pudełek zabierają do swojego pokoju.

Porzucona reszta tworzy ekstrawagancką konstrukcję usianą drobnymi puzzlami.

Starając się zachować resztki zdrowia psychicznego omijam wieżę wzrokiem.

 

G.i A.układają pionki.

- Gramy - mówi G.

- Gramy - odpowiada echo A.

- Ty przegrywasz. Taka ustalanka! - informuje G.wykonując pierwszy ruch.

 

W życiu trzeba nauczyć się...

wygrywać :)

 

Pozdrawiam

Kura

by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at listopad 21, 2014 08:18

notatki na mankietach

Pilka_na_dachu

Zwlaszcza w Ameryce Południowej a Argentyna nie jest tu wyjątkiem. Pewni amerykańscy ekspaci tak to określili:

In the U.S., we’re accustomed to initiating an action and getting a response. Many Argentines, to put it gently, don’t adhere to that approach. You have to continually pursue them for a response or answer. They say, „Yes, yes, yes,” but nothing will happen until, by sheer persistence, you finally get the answer or the problem is resolved.
Our style is to continually call, push to completion and be gracious when something actually gets done. Threats or loss of patience won’t move Argentines. They move at their own pace, and nothing is so important to them that it speeds up that pace

Nic dodać, nic ująć. Argentyńczycy nie działają w/g schematu dziś polecenie, dziś zrobione. Żyją swoim własnym rytmem, jak ktoś naciska, to przytakują, ale dalej robią swoje. Krzyki, straszenie, grożenie nie robią na nich żadnego wrażenia. To widać zwlaszcza na prowincji, a tak na prawdę to wszędzie poza Buenos. Z punktu widzenia Amerykanów takie coś jest nie do przyjęcia. Z punktu widzenia miejscowych: a po co sie tak spieszyć? Czy te dziesięć minut spowoduje, ze świat się zawali? Co jest ważniejsze, jakiś miotający się ekspat, czy moja własna rodzina i uświęcona tradycją parilla?

Przyznać trzeba, że to wyluzowanie i brak pośpiechu udziela się. I dlatego niespecjalnie się przejęłam, kiedy poprzedni własciciel nie dostarczyl wczoraj papieru potrzebnego do rejestracji samochodu. Pracuje na nocną zmianę a w dzień odsypia i zaspał – nie zdążyl na czas do urzędu. A następne 3 dni to dlugi weekend, wiec juz zdażył wyjechać..wszystko w swoim tempie. Bez tego papieru mozemy i tak jezdzic, gorsze jest sprzęgło.
Zapisani jesteśmy na środę do lokalnego mechanika (adres dostalismy od zaprzyjaźnionego Ukraińca, właściciela warzywniaka) – cena jaką chce, jest ceną normalną. Kwestia tylko tego, czy aby na pewno wyrobi się w środę…
Troche nam zależy, bo najblizszy czwartek to jest Thanksgiving w USA, mam więc 2 dni wolne i chcielibysmy gdzies sie wybrac w podróż. No ale jeśli się wybierzemy dzień albo dwa poźniej, to też przecież koniec świata nie nastąpi…

No i tak to.
Za to wczoraj nasz sąsiad, który zamieszkuje ciemne pasillo, uprawiał intensywne życie rodzinne na dachu. Asado, basenik indesit (sezon się zaczął), a potem… gra w piłkę z dzieckiem :)
Liczyłam na jakieś atrakcje typu wybita szyba albo co, ale nie. Widocznie profesjonaliści.
Ukradkiem, telefonem i metodą „strzału z biodra” udało mi się udokumentować to dziwne zjawisko :)

Pilka_na_dachu


by futrzak at listopad 21, 2014 07:14

Domowa kuchnia Aniki

Świąteczny piernik z dynią

Świąteczny piernik z dynią


 
Pyszny, mięciutki i puszysty piernik z dodatkiem musu dyniowego, Długo zachowuje świeżość. Jest aromatyczny i mocno bakaliowy. Upiekłam go w okrągłej tortownicy z kominem o średnicy 26 cm. Można piec w nieco mniejszej, będzie wyższy. Jak zrobić puree z dyni znajdziecie TUTAJ.

 

Składniki:
  • 1,5 szklanki puree z dyni
  • 340 g mąki 
  • 1 jajko
  • pół kostki margaryny
  • szklanka cukru
  • 1 szklanka rodzynek ( ja dałam pół na pół: rodzynki - żurawina )
  • pół szklanki pokruszonych orzechów włoskich
  • 1 opakowanie przyprawy do piernika
  • 1,5 łyżki kakao
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • szczypta soli
Sposób wykonania:
  • Puree z dyni podgrzewamy, aby było gorące.
  • Dodajemy do niego roztopioną margarynę, oraz cukier. Mieszamy, aż składniki się połączą. Dodajemy rodzynki a następnie studzimy
  • Mąkę  mieszamy z solą, sodą, kakao i przyprawą do piernika
  • Jajko roztrzepujemy
  • Do wystudzonej masy dyniowej przesiewamy partiami mąkę oraz dodajemy jajko. Wszystko mieszamy na jednolitą masę. Dodajemy orzechy i jeszcze raz mieszamy
  • Formę smarujemy tłuszczem, obsypujemy mąką i przekładamy do niej ciasto
  • Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy 1 godzinę
  • Po wyjęciu z piekarnika ciasto jeszcze około 5 minut pozostawiamy w formie, następnie wyjmujemy z formy i oblewamy lukrem lub czekoladą
 

    by Anika (noreply@blogger.com) at listopad 21, 2014 06:56

    efka i koty

    Kierunek Katowice

    Zostałam niedawno zaskoczona przemiłym zaproszeniem od Kasi z Pasionkowa. Jest ona organizatorką konkursu plastycznego dla dzieci z klas 1-3 "Narysuj mi baranka". Zadaniem dzieci było wykonanie pracy plastycznej do dowolnie wybranej, ulubionej lektury o tematyce zwierzęcej. Na konkurs przyszło mnóstwo prac. Jak wiadomo w konkursie potrzebne jest jury. I tak zostałam zaproszona do zostania jedną z jurorek. Wiązało się to z wyjazdem do Katowic ale zaproszenie było tak miłe, że nie wahałam się ani chwili.
    20 listopada razem z Karolem, który jechał służbowo pojechałam do Katowic. Na miejscu zastałam taki widok.



    Cała sala była zasłana pracami. Wszystkich było koło sześciuset. Były kolaże, rysunki, malunki a nawet praca z plasteliny. Uwielbiam dziecięce rysunki i naprawdę oglądanie tych dzieł sprawiło mi wielką frajdę. Nie powiem, że to było łatwe zadanie. Wybranie z tych wszystkich prac tych według mnie najlepszych zajęło kilka godzin. W końcu jednak udało się wytypować te naj naj. 



    Przegląd lektur był ogromny. Od książek, które pamiętam z dzieciństwa jak "O psie który jeździł koleją" do zupełnie świeżych pozycji. Żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia ale były trzy prace o adopcji zwierząt, z których jedna jest stworzona do zostania plakatem promującym adopcje zwierzaków.

    Bardzo dziękuję za to zaproszenie
    i zaszczyt bycia jurorem w tym konkursie :-)

    Po zakończeniu "obrad jury" ruszyłam na spacer po Katowicach. Był to dla mnie spacer dość niesamowity. Ponura pogoda i zimno, do tego słynna architektura i pustki. Nie miałam, żadnego problemu aby robić zdjęcia bez ludzi. Momentami ogarniało mnie surrealistyczne wrażenie, że jestem w wyludnionym mieście.

    Na zdjęciach Spodek oraz nowe siedziby
    Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia i Muzeum Śląskiego.










    Potem już było zwyczajnie - kawa, obiadek, trochę buszowania po sklepach. I wieczorkiem powrót do domu i stęsknionych kotów.

    by efka i koty (noreply@blogger.com) at listopad 21, 2014 05:53

    moje waterloo

    1988

    Ponieważ państwo udaje się na koncert do nowej siedziby Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia,

    PO PROSTU MAGDA

    będzie patronowała filmowi o grubaskach, który nie wszyscy widzieli, gdyż albowiem fejsusia nie posiadajo.

    Przed Państwem Placówka Zbiorowego Żywienia. Wstępnie uważano, że jeden klient jest niezdyscyplinowany, ale okazało się - dzięki podpowiedziom internautów - że on raczej taki awanturujący się. Internauci sugerowali, żeby zadzieżgnąć krawacik.


    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at listopad 21, 2014 05:52

    Dzieciowo mi

    (Bezobjawowe) zapalenie płuc u dziecka

    Stały czytelnik napisał do mnie, że jego dziecko właśnie przebywa w szpitalnym SPA z racji zapalenia płuc. Przypadek jest o tyle ciekawy i o tyle upierdliwy dla rodzica, że nie pojawiły się praktycznie żadne objawy typowe dla zapalenia płuc i takie, które nakazywałyby podejrzewać istnienie poważnego problemu. Jedynym objawem była wysypka, która pojawiła się najpierw na rękach, potem na całym ciele. Dziecko ma dodatkowo atopowe zapalenie skóry i wysypka przy AZS to żadna rewelacja. Po nitce do kłębka okazało się jednak, że przyczyna bynajmniej nie jest skórna. „Napisz o tym”, powiedział, „może komuś to w życiu pomoże, że zapalenie płuc też tak może występować”. Ano racja, warto napisać i warto przybliżyć problem zapalenia płuc u dzieci.

    Rodzaje zapalenia płuc

    Podzielmy sobie na sam początek, sklasyfikujmy, będzie łatwiej. Z grubsza rzecz biorąc zapalenie płuc można podzielić na dwa:

    • szpitalne
    • pozaszpitalne

    Szpitalne to to, które – logiczna logiczność – wynieśliśmy ze szpitala, czyli tam nastąpiło zachorowanie. Jest ono najczęściej trudniejsze do zwalczenia i wymaga silniejszych leków, bo w końcu spowodowały je bakterie szpitalne, a te są zaprawione w bojach.

    Pozaszpitalne to takie, które nie pochodzi ze szpitala, czyli takie, które mogliśmy nabyć czy przywlec w rozmaity sposób i z różnych miejsc, nie będących jednak szpitalem.

    Jest też inny podział zapalenia płuc w zależności od drobnoustrojów, które je wywołują. Wyróżniamy więc:

    • wirusowe zapalenie płuc (najczęściej wywołujące zapalenie wirusy to Ebsteina-Barr, Cytomegalowirus, wirusy grypy, paragrypy, rynowirusy, RSV, koronawirusy, adenowirusy)
    • bakteryjne zapalenie płuc (najczęściej wywołujące zapalenie bakterie to Streptococcus pneumoniae, Haemophilus influenzae, Mycoplasma pneumoniae, Chlamydia pneumoniae)
    • grzybicze zapalenie płuc (najczęściej odpowiedzialne są Pneumocystis jiroveci,powszechnie Pneumocystis carinii, Aspergillus fumigatus, Candida albicans)

    Dlaczego to takie istotne? No cóż, od rodzaju bakcyla zależy sposób leczenia, ale nie tylko. Różne rodzaje zapalenia płuc dają różne objawy.

    Objawy zapalenia płuc u dzieci

    No i tu jest prawdziwa jazda bez trzymanki. To, co poniżej się pojawi, to objawy, które MOGĄ wskazywać na zapalenie płuc, ale NIE MUSZĄ. Na dobrą sprawę poza szmerami słyszalnymi w płucach reszcie objawów można przypiąć łatkę nieswoistych, czyli takich, które mogą występować przy różnych innych chorobach. Gorączka może dotyczyć zarówno zapalenia płuc, jak i zapalenia pęcherza, biegunka może wskazywać na zapalenie płuc, ale i na zatrucie pokarmowe. Trzeba po prostu zachować czujność i mieć oczy otwarte. Bywa i tak, że objawy zapalenia płuc wychodzą dopiero na zdjęciu RTG. Lecim.

    Objawy bakteryjnego zapalenia płuc u dziecka:

    • szmery w płucach słyszalne podczas badania stetostkopem
    • wysoka gorączka powyżej 38 stopni
    • dreszcze, poty
    • ból, duszność w klatce piersiowej
    • kaszel, który najpierw jest suchy, potem przechodzi w mokry i mamy też odkrztuszanie wydzieliny

    Objawy wirusowego zapalenia płuc u dziecka

    Okazuje się, że wirusowe zapalenie płuc bywa mylone z grypą, bo daje podobne objawy. Jest to też jedno z powikłań pogrypowych, jeśli grypa nie jest leczona. Wirusowe zapalenie płuc często wychodzi dopiero na zdjęciu RTG. Dodatkową trudnością jest to, że nie ma objawu w postaci gorączki. Poza tym:

    • pojawia się duszność i ból w klatce piersiowej
    • dziecko jest apatyczne, nie chce jeść
    • występuje suchy kaszel
    • może pojawić się ból brzucha, biegunka, wymioty
    • na skutek wysięku zapalnego w płucach mogą się pojawić specyficzne odgłosy podczas oddychania

    Objawy grzybiczego zapalenia płuc u dziecka

    Jeśli już mamy zapalenie płuc wywołane przez grzyby, to najczęściej jest to pneumocystoza spowodowana przez Pneumocystis jiroveci. Przy tym rodzaju zapalenia płuc można się spodziewać następujących objawów:

    • duszności, które narastają
    • apatia, brak epetytu
    • przyspieszony oddech
    • podwyższone ciśnienie
    • mogą się pojawić także gorączka i kaszel
    • w zapaleniu płuc u małego niemowlęcia wywołanym chlamydią poprzedzające może być zapalenie spojówek, również chlamydiowe

    No. I teraz wic polega na tym, że mamy jeszcze atypowe zapalenie płuc i bezobjawowe zapalenie płuc. Atypowe rozwija się niestandardowo, czyli przez kilka tygodni nic właściwie się nie dzieje takiego szczególnego, ale potem zaczyna „nadciągać” suchy, męczący kaszel, który staje się coraz intensywniejszy. Mogą się też pojawić bóle głowy, bóle gardła, bóle mięśni, nudności, wymioty i biegunka.

    Bezobjawowe zapalenie płuc nie oznacza, że nie ma kompletnie żadnych symptomów. Są, ale na tyle nieswoiste, że nikt od razu nie stwierdza, o, proszę bardzo, to z pewnością zapalenie płuc. Może być to ogólne obniżenie nastroju, apatia, może być przyspieszony oddech, sporadyczny kaszel. Dopiero zdjęcie RTG wykazuje fakt zapalenia płuc.

    Tak, to nie było pocieszające, wiem.

    Jakie badania zrobić, żeby wykryć zapalenie płuc u dziecka? Przede wszystkim RTG płuc, ale oprócz tego robi się badanie krwi z rozmazem i OB oraz stężeniem białka C reaktywnego w surowicy.

    Leczenie zapalenia płuc u dzieci

    Stosowane leczenie zależy od tego, w jakim wieku jest dziecko (inaczej podchodzi się do noworodka, inaczej do przedszkolaka) oraz jaka jest przyczyna choroby (co za ustrojstwo za tym stoi)

    Noworodek będzie leczony antybiotykami, nawet zanim jeszcze dokładnie potwierdzi się, co to za „bakcyl” zapalenie wywołał. Dzieje się tak ze względu na duże ryzyko wystąpienia sepsy jako pochodnej zapalenia płuc u tak małego dziecka.

    Jeśli dziecko jest starsze, to przy bakteryjnym zapaleniu płuc stosuje się antybiotyki dobrane pod konkretną bakterię. Jeśli leczenie nie przynosi rezultatów i stan się pogarsza pomimo podawania leku, to trzeba jechać do szpitala, bez względu na to, jakie to zapalenie (wirusowe, bakteryjne czy inne). Przy wirusowym zapaleniu płuc podaje się leki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe (jeśli gorączka jest), dużo płynów do picia, stosuje się inhalacje, a pomaga również oklepywanie pleców, żeby ułatwić pozbycie się wydzieliny.

    Kto jest szczególnie narażony na zapalenie płuc? Cóż, można powiedzieć, że jest kilka takich grup.

    • bardzo małe dzieci (zwłaszcza noworodki)
    • osoby z obniżoną odpornością
    • alergicy
    • osoby, u których zapalenie płuc jest powikłaniem po grypie, przeziębieniu lub zapaleniu zatok

    Nie chodzi oczywiście o to, żeby siać panikę i z powodu byle pierdoły wyrywać włosy z głowy i spodziewać się najgorszego, ale trzeba po prostu zachować czujność i kierować się rozsądkiem. Jeśli coś nas niepokoi, drążyć temat i nie zostawiać tego tak. Kłania się też tutaj konieczność dbania o zdrowie własne i dzieci. Zdarza wam się z grypą łazić do roboty? Oj zdarza się, na pewno. Mnie też się zdarzało, a powstrzymywała mnie tylko i wyłącznie niemożność wydania jakiegokolwiek głosu (plany, plany trzeba było robić, nie ma zmiłuj, nie ma cię w robocie, nie zrobisz planu). Możemy sobie zmajstrować zapalenie płuc na własne życzenie w formie powikłań.

    Wszystko to, co napisałam, doniosły mi internety. Jeśli ktoś może się podzielić własnym doświadczeniem i coś dorzucić, to byłoby to wskazane. Dzięki temu ktoś, kto to przeczyta, zyska dodatkowe informacje. Żadne z mojej trójki dzieci nigdy nie przechodziło zapalenia płuc, to i nie mogę niczego dodać na podstawie własnych przeżyć, operuję wyłącznie teorią. Wcale mi się nie pali do sprawdzenia jej  praktyce ;) Jeśli ktoś uważa, że pominęłam jakiś istotny aspekt, to proszę o dodanie tego aspektu w komentarzu.

    No i pytanie na koniec: czy jest jeszcze ktoś, kto doświadczył zapalenia płuc, w którym jedynym objawem była nagle pojawiająca się wysypka? Jeśli tak, niech się podzieli swoim doświadczeniem.

    Pisząc tekst korzystałam z: www.poradnikzdrowie.pl, www.medme.pl, zdrowie.dziennik.pl. Obrazek z pixabay.com.

    by kruszyzna at listopad 21, 2014 12:41

    pokolenie ikea

    10334549956_73ccd8d29e_b

    20 lipca 2012 roku było ciepło. To był piątek. Było popołudnie, godzina mniej więcej 14, kiedy odebrałem telefon od swojego lekarza, że te wyniki które trzyma w ręce nie są wcale dobre. A właściwie to są całkiem złe. I że mam przyjść do niego, bo muszę natychmiast mieć operację.

    - Natychmiast – podkreślił. – Wypiszę panu skierowanie do szpitala – powiedział.

    Wiecie co mnie najbardziej zirytowało, kiedy do niego przyjechałem? Że nie mogłem znaleźć miejsca do zaparkowania.

    Moje życie było wtedy stabilne i bezpieczne.

    Było miło. Obliczalnie. Pluszowo. Miałem dobry samochód. Mieszkanie kupione na kredyt. Dużo dobrych ubrań, dużo fantastycznych podróży za sobą. I jeszcze więcej przed sobą.

    Miałem dobra koproPracę gdzie w miesiąc zarabiałem tyle co inni w pół roku (nie obraźcie się, ale mało osób potrafi robić to co ja, i mimo, że zmieniło się w moim życiu wiele rzeczy to akurat się jeszcze nie zmieniło).

    Byłem wzorcem japiszona, symbolem Pokolenia Ikea, zawsze gotowym do wysiłku, dla którego nie było zadań do niewykonania, który był w stanie zapierdalać przez ponad 40 godzin pod rząd jeśli tylko istniała konieczność sklecenia czegoś z kawałka sznurka i zużytej prezerwatywy.

    I nie miałem miejsca do zaparkowania, dla swojego bardzo drogiego samochodu.

    Wkurwiło mnie to. Jak patrzę na to teraz z boku byłem zadufanym sukinsynem.

    W końcu znalazłem gdzieś kawałek wolnego chodnika, postawiłem auto, poszedłem do lekarza, odebrałem skierowanie i wcale mnie to za specjalnie nie obeszło.

    Zapytałem tylko czy to na pewno pilne. – Muszę domknąć kilka projektów w pracy, a tak generalnie rzecz biorąc to mam też zarezerwowany urlop – wyjaśniłem (projekty się zawsze domyka tak jak kucharz nie podaje posiłków tylko je wydaje).

    - To pana decyzja – odpowiedział. – Ja radzę to zrobić szybko.

    No i zrobiłem to szybko. Jak na mnie. Na początku października byłem już w szpitalu. Leżałem na sali z facetem, który spadł do studzienki kanalizacyjnej w tak nieszczęśliwy sposób, że złamał sobie szczękę. Strasznie chrapał. Chrapał tak, że nie mogłem spać.

    Pamiętam dokładnie moment od którego już nie było tak samo.

    Koło północy facet dwa pokoje dalej dostał drgawek i po prostu zmarł. Zrobił to mniej więcej w 10 minut. Był w moim wieku. 

    ==== 

    Kilka wieków temu wszystko było znacząco prostsze. Jeśli urodziłeś się chłopem raczej zostawałeś tym chłopem. Czyli orałeś/aś, chędożyłeś żonę/byłaś chędożona. Chodziłeś do kościoła i piłeś tanią wódkę.

    Jeśli urodziłeś się szlachcicem byłeś tym szlachcicem. Czyli zarządzałeś swoim majątkiem/pomagałaś mężowi, pilnowałeś chłopów i chędożyłeś chłopki.

    Ruch z jednej grupy do drugiej był raczej mało prawdopodobny. Dziś jest całkiem na odwrót. Teoretycznie możesz być kim chcesz.

    I czasami do tego aby zarabiać pieniądze wystarczy, że nie założysz majtek na jakąś imprezę albo błyśniesz cycem.

    Większość osób jednak nie znajduje się na samej górze systemu społecznego, ani na samym dole. Po prostu jest pośrodku i płynie. I cały czas muszą przejmować się swoim statusem. I cały czas muszą płynąć w górę. Dotrzymywać kroku. 

    Jeśli twój kolega z pracy ma nowy samochód, to ty też musisz sobie kupić nowy samochód. Jeśli on jedzie na wakacje do Azji to ty musisz też jechać na wakacje do Azji.

    Środowisko w jakim się obracamy narzuca nam jak mamy się zachować, co mamy kupować, w jakim sklepie wypada to zrobić a w jakim nie, jak powinny wyglądać święta i czym powinno się czyścić kibel. 

    Jako ludzie jesteśmy tak skonstruowani, że cały czas mierzymy swoje postępy względem innych.

    Musimy się ciągle starać. Dziecko musi pójść do dobrego przedszkola, aby odnaleźć się w dobrej szkole, po to aby mieć w niej dobre stopnie, które umożliwią mu dobre studia, a później znalezienie dobrej pracy.

    Dobra praca, to dobre pieniądze, dobre pieniądze wydaje się na dobre rzeczy (dobry telewizor, dobre szpilki), niebanalne hobby a wszystko po to aby być popularnym i poznawać coraz więcej ludzi, którzy będą nam zazdrościć.

    I tylko cały czas żyjemy w strachu, że możemy stracić którąś z części tej układanki. Że spadniemy w dół a znajomi będą o nas mówić z politowaniem.

    ==== 

    Od tych ponad dwóch lat, kiedy wyszedłem ze szpitala, zrozumiałem, że ja już nie chcę 100 proc. życia Chcę 200 proc. Bo nagle zrozumiałem, że żyje się bieżącą chwilą a ja wcale nie wiem ile tych chwil mi zostało.

    Że traktowałem pracę jako źródło jedynej życiowej satysfakcji. I że tak dokładnie i potwornie kurwa banalnie zwyczajnie nie wiem kim jestem, czego chcę i dokąd zmierzam. Byłem jak zaprogramowany na sukces robot. Było mi źle, kiedy nie byłem idealny. I ciągle było mi mało. Ale jak mówi stare powiedzenie na łożu śmierci mało kto żałuje, że nie spędzał więcej czasu w biurze.

    Teraz prawie wyłącznie robię to co lubię. Uspokoiłem się. Jestem milszy, dla świata, ale przede wszystkim dla siebie. 

    Rzeczy które mnie otaczają to tylko rzeczy.

    Wiecie miło jest pisać do was te słowa zza macbooka pro. Ale jeśli za kilka miesięcy będę pisał na rozpadającym się trupie – też dobrze.

    Bo już wiem jak jest używać jednego i drugiego. I nauczyłem się doceniać te chwile, które są fajne. To strasznie trudna umiejętność i nie przyszła mi łatwo.

    Wiele osób z was się ze mną nie zgadza. Rozumiem to. To co tutaj piszę to są moje doświadczenia. Moje. Nie twierdzę, że moja ścieżka jest łatwiejsza, lepsza czy zaprowadzi was w tym kierunku, który chcecie osiągnąć. Jestem w wieku w którym posiadanie racji, nie jest potrzebne do życia. Czyli jeżeli powiecie mi że to co piszę jest bez sensu to się zgodzę z wami, jest bez sensu.

    Bo to mi nic nie zmienia. I dalej robię swoje.

    Co to byłby zresztą za świat w którym wszyscy jednego dnia zrezygnowaliby z korporacji I zaczęli robić to na co mają ochotę?

    Żyć pełną życia?

    Ludzie nie chcą żyć pełnią. Lubią marzyć, ale chcą żyć stabilnie I bezpiecznie. Ale życie nie jest wcale stabilne i bezpieczne. I prędzej czy później do nas to dochodzi. 

    10334549956_73ccd8d29e_b

    Photo by Lies Thru a Lens/CC Flickr.com


    by panikea at listopad 21, 2014 12:15

    Szklanym okiem mym

    Kolejne ażurkowe

    Tak jak wcześniej pisałam, rozmiłowałam się w tej formie kolczyków i choć bardziej pracochłonna to może nawet bardziej wciągająca.  Tym razem kolory morskie , trochę fioletu z odrobiną brązu :)


    Kolczyki Bermuda Blue 





    Turkusowo, fioletowe z odrobiną brązu





            Kolczyki można zakupić tu ------------> Sklep online

    by MrÓ (noreply@blogger.com) at listopad 21, 2014 11:32

    Bazarek Handmade

    książeczka dla maluchów

    uszyta książka dla dzieci z kolorystyką dopasowaną dla najmłodszych, bezpieczna- nie zawiera drobnych elementów, ostre przeszycia powodują, że faktura stron jest atrakcyjna w dotyku,
    można z dzieckiem miło spędzić czas i wprowadzać je w świat kształtów.
    wymiary ok 17/ 17cm. 8stron z obrazkami + okładka
    cena 50zł (plus 6zł przesyłka)
    ...

    jeśli jesteś zainteresowany/a zakupem napisz:
    nielot.13@poczta.onet.pl




    by ania konieczna (noreply@blogger.com) at listopad 21, 2014 11:12

    Mikołajki

    Urocze kolczyki sztyfty! Wykonane z fimo, pokryte lakierem. Średnica - ok 5 mm

    Wykonanie  - KicaBijoux
    cena - 6 zł
    przesyłka  - 6 zł

    W razie chęci zakupu lub pytań  PROSZĘ O MEJLA NA ADRES    kicabijoux@gmail.com

    by Kica (noreply@blogger.com) at listopad 21, 2014 11:08

    serduszka w bieli i czerwieni

    komplet 5 lnianych serduszkek, które mogą być choinkowymi ozdobami, lub świątecznymi zawieszkami umieszczonymi w różnych częściach mieszkania.
    ozdobione wyszywanymi gwiazdkami- wzór jest dwustronny.
    serduszka mają ok 9cm/9cm.
    wypełnione są wł.poliestrowym.
    cena 35zł- dotyczy kompletu 5sztuk.(zł koszt przesyłki)
    ...
    jeśli jesteś zainteresowany/a zakupem napisz:
    nielot.13@poczta.onet.pl

    by ania konieczna (noreply@blogger.com) at listopad 21, 2014 11:02

    podkładki z gilami

    komplet 4 podkładeczek z aplikowanymi gilami. podkładki utrzymane w czerni, czerwieni, bieli i naturalności. podkładeczki o bokach ok 14/14cm. są one miłym dodatkiem do kawek i herbatek :)
    cena 35zł (plus 6zł przesyłka)
     ...
    jeśli jesteś zainteresowany/a zakupem napisz:
    nielot.13@poczta.onet.pl

    by ania konieczna (noreply@blogger.com) at listopad 21, 2014 10:20

    Anrzej rysuje

    Notatki na marginesie

    the wind of change

    Antropologia kulturowa mnie męczy. Siedzę w pierwszej ławce i ze wszystkich sił skupiam uwagę a i tak części wywodu muszę się domyślać. Wykładowca artykułuje głoski dudniąc do środka. Mam wrażenie, że on w ogóle ust nie otwiera a nie wiem tego z cała pewnością, gdyż notorycznie też zasłania usta (może ma zepsutą jedynkę?). Z zajęć wychodzę zmęczona jak Herkules po dwunastu pracach i ze strzępkami notatek, które uzupełniam przeprowadzając śledztwo w bibliografii. Szukam tematu do pracy zaliczeniowej. 

    - Słuchaj córuś - dzwonię do nieodrodnej - szukam tematu na antropologię. Może sobie coś wymyślę wybiorę jako przykład frezerowskiej  magii sympatycznej ? "Magia i dzikość w "Supernatural""? Co myślisz?

    - Taaak. Myślę, że potrafisz znaleźć dobry powód, żeby sobie jeszcze raz na braci Winchesterów   popatrzeć:)

    Wczoraj w pracy miałam ciężki dzień, bo jakiś remont ktoś robi za ścianą i cały dzień wiertarka wkręcała mi się w mózg. Własne myśli trudno było usłyszeć a tu dzwoni Lolka:

    - Dzwonię tylko po to, żeby... drrrrrwrrrrgrrrrryyyrrrrrrrrdrrrrrrrrrrrrr... zamieniam się w ... drrryyrrbrr... matkę! - zaczęła bez wstępów

    - Kochanie, mam remont za ścianą ...rrrrrrrdrrrrrrryyrrr... słyszę, że mówisz, ale co mówisz to już gorzej, przejdę do kuchni

    - Zamieniasz się w matkę? - dopytałam bez większych emocji, bo w końcu to moja Nać, z genami nie wygra - A po czym wnosisz?

    - Robiłam sernik - zaczęła snuć opowieść - a Iris pomagała mi kręcić masę, no i oblizała nóż. A ja zamiast zareagować jakoś normalnie to zaczęłam monolog " No tak! Ze mną to już się nikt nie liczy! Mogę sobie tak gadać i gadać a ONA i tak sobie zaraz ten język urżnie. Ja się słówkiem nie odezwę, ale potem będzie za późno..."

    - Aaaaaa! Zamieniasz się w MOJĄ matkę! - krzyknęłam

    - No przecież od początku mówię, że się zamieniam w twoja matkę! Co robić?

    - Natychmiast przestań! - panikowałam - Nie wiem! Egzorcyzmy?

    - Znasz jakiegoś pogromcę duchów? 

    - Ja znam tylko Winchesterów, ale przy każdym kościele powinien taki specjalista być - podpowiadałam

    - Nie pójdę do żadnego kościoła - zaprotestowała 

    - Masz racje - zreflektowałam się -  taki kościelny egzorcysta Cię "odpęta",  wypędzi twój ateizm, feminizm, behawioryzm i...

    - ...i babcię zostawi - dokończyła Lolka

    - Tyyyy - zbystrzałam nagle - mówisz, że sernik robiłaś?

    - Tak

    - I wyszedł ci taki jak babciny??? - dopytywałam

    - No taaak...

    - No to nie ma mocnych, przepadło - zawyrokowałam - Wszystko rozumiem. Babciny sernik jest w pakiecie z babcią. Inaczej się nie da. Mnie porzuciła, bo ja ostatnio jem na mieście. A ty się porywasz na JEJ sernik. No kochana, chyba nie sądziłaś, że ona tak po prostu odda ci ten sernik walkowerem? Masz tylko jedno wyjście - pogodzić się z duchem babci.

    I tym oto sposobem Mamut dała znać, że nie odpuszcza i pewnie nie raz się pojawi w notatkach na marginesie:).

     

     

    by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at listopad 21, 2014 08:26

    zycie na kreske

    listopad 20, 2014

    Dzieciowo mi

    Wielki podryw. Wielki połów.

    Aniele impry, stróżu mój, jak ciężki podrywacza znój! Oj ciężki, ciężki, wiedzą to ci, którzy – jak to mawiał Kabaret Moralnego Niepokoju – postanowili wyrwać lachona. Nie taka prosta to rzecz, lachony bowiem wielce zagadkowym są gatunkiem zwierzyny łownej, czujnym, a podejście takowej, nie mówiąc już o upolowaniu, wymaga od myśliwego umiejętności ponadstandardowych, czyli na przykład władania językiem lachona. Język jednakowoż rozumiemy tutaj jako czynność artykulacyjną z nadanym jej znaczeniem, nie zaś jako organ umięśniony, który do czynności artykulacyjnych stworzon został. No.

    Jak poderwać dziewczynę? Jak to zrobić, żeby się nie narobić? Jest na to sposób, jest, trzeba ten lachonowy język ogarnąć, czyli inaczej mówiąc, obczaić babską mowę ciała. Donosi o tym magazyn Logo. Magazyn stawia tezę (wszystkim), że ciało kobiece nie tylko może przemówić, ono nawija jak wściekłe, trzeba tylko zgłębić znaczenie, a zgłębienie samego ciała będzie stanowić naturalną konsekwencję poczynań.

    „Aby zmaksymalizować możliwość powodzenia, wybieraj – przynajmniej na początku – wśród kobiet, które sygnalizują uogólnioną dostępność.”

    Uogólnioną dostępność rozumiej na razie w sposób bardzo uogólniony i powszechnie dostępny męskiej percepcji. To jeszcze nic nie oznacza i niczym się nie sugeruj. Po prostu z morza dostępności uszczegółowionej, wyłów rybki dostępne ogólnie. I nie mów, że to mętne wody, na miłość boską, zaufaj swojej, ekhm, wędce, ona wskaże ci kierunek. Jak rozpoznać rybkę z cechami uogólnionej dostępności?

    „Na przykład siedzą swobodnie z nogą założoną na nogę i huśtają stopą, a jeszcze lepiej, gdy stopa jest wysunięta z buta.”

    Jeśli ma klapki, podejdź z rezerwą, ale jeśli wysunęła z glanów, możesz to zrozumieć jednoznacznie. To nie jest wszak takie proste.

    „Lub siedzą, tak jak robią to jedynie kobiety, czyli z jedną nogą zgiętą i podłożoną pod udo drugiej, postawionej na podłodze;”

    Rybki stojące – won. Rybki z nogami na stole – won. Rybki w rozkroku – won. Rybki po turecku – won. Rybki akrobatki – witamy serdecznie. Ale bez przesady. Gdyby rybka zamiast pod udo kładła nogę na udo, albo co gorsza wyraźnie dawała do zrozumienia, że jeszcze nie wiesz, co ona z tymi nogami potrafi, to odbierz to jako wyraźny kierunek zmierzający do uszczegółowionej dostępności, a ty masz się wszak kierować dostępnością uogólnioną.

    „Wyselekcjonuj teraz wśród nich te, które najbardziej pozytywnie zareagowały na twoje pojawienie się.”

    Ale umówmy się, że na razie nie wyciągasz na wierzch wędki, żeby nie spłoszyć zwierzyny.

    „Powiedzą ci o tym nieświadome sygnały wysyłane przez ich ciała: spojrzenia, które się będą zatrzymywały na tobie dłużej niż przez dwie sekundy;”

    Niech cię nie przeraża konieczność zaczerpnięcia z krynicy znienawidzonej królowej nauk. Jeśli umiesz liczyć do trzech, to ogarniesz. Odczytujesz sygnał z wędki, stwierdzasz u rybki uogólnioną dostępność, zaczynasz liczyć i jeśli ona patrzy się na ciebie nadal, po tym jak zawiesi ci się system, to znak, że niedługo zacznie ciągnąć (za) haczyk.

    „…rozszerzone źrenice, świadczące o wzbudzeniu nadziei i odruchowej sympatii; ruchy ramion zsynchronizowane z twoimi;”

    Test ruchów ramion jest rzeczywiście wskazany. Najpierw jakby od niechcenia podrzuć lewe i obserwuj. Podrzuć prawe i znów obserwuj, przy czym szczególną uwagę zwróć na postęp synchronizacji. Przygarb się i wyprostuj. Potem delikatnie zacznij zataczać kółka raz jednym ramieniem, raz drugim, zwiększając tempo. Spróbuj zadziałać z zaskoczenia. Zamarkuj ruch prawym, ale zatocz kółko lewym i obserwuj, czy rybka nadąża. Jeśli nadąża, przechodzisz dalej.

    „stwórz grupę poprzez odizolowanie ofiary od reszty kręgu”

    To proste, dwie osoby to już grupa. Gorzej, jeśli rybka nie była w kręgu. Wtedy najpierw stwórz krąg, a potem sygnalizując odpowiednimi ruchami ramion, wyciągnij z niego rybkę i stwórz grupę. Utrzymuj kontakt wzrokowy i dbaj o synchronizację.

    „obserwuj jej stopy: jeśli są zwrócone czubkami butów w twoją stronę, ma cię na celowniku – dokładnie tak samo, jak ty ją.”

    Jeśli stoi piętami do ciebie, może być gorzej, ale się nie zrażaj. Hipnotyzuj ruchem ramion i synchronizuj. Pamiętaj też, że musisz odpowiednio psychicznie się nastroić i pod żadnym pozorem nie trać pewności siebie. Pamiętaj, to nie ciebie łowią, jest odwrotnie. Gdybyś przez chwilę zwątpił, wróć do testu wędki, następnie przejdź przez etap spojrzenia, lekko poruszaj ramionami, żeby pobudzić synchronizację i nie poddawaj się.

    „Pozbawiony pewności siebie mężczyzna odruchowo staje lub siada lekko pochylony, nogi ma złączone, bo prezentacja strefy genitalnej mu nie w głowie”

    Nie no, stary, nic z tych rzeczy. Żeby utrzymać rozkrok i nie musieć o nim pamiętać, umocuj w kostkach kij od szczotki. Wtedy twoja strefa genitalna będzie miała możliwości działania, co jest szczególnie istotne ze względu na wędkę, którą przecież musisz namierzać rybki w szerokim akwenie.

    „Często, jeśli akurat nie może spleść dłoni, na przykład przez kieliszek, który to uniemożliwia, to trzyma je nisko. Wszystko to ma tworzyć barierę ochronną. Jego ciało krzyczy: niedobrze mi tu! Potrzebuję ochrony!”

    Stary, antyspleceniowy patent z kieliszkiem jest świetny. Gdybyś stracił więcej pewności siebie, zmień kieliszek na kufel, wtedy spleść dłonie jeszcze trudniej. W sytuacji ekstremalnej chwyć za wiadro. To, z którego wziąłeś szczotkę do zapewnienia rozszerzenia nóg.

    „Jeśli jednak zauważysz, że twoje ciało przyjmuje tego typu pozy, a nie chcesz, żeby cię odbierano jak szukającego schronienia chłopczyka, drżącego z nerwów – natychmiast usiądź, załóż nogę na nogę, jedną rękę oprzyj na kolanie, drugą połóż, jakby mimowolnie, na udzie. To bardzo dobra pozycja dla gotowego do ataku samca.”

    Założenie nogi na nogę nieco utrudniać będzie kij, ale zaufaj swojej sile umysłu i pokonaj opór materii. Odstaw wiadro, by nie krępowało ruchów, poza tym ciężko je utrzymać, jeśli jedną rękę masz na kolanie, drugą na udzie. Przyczaj się, przygotuj, a następnie… tak! Przypuść frontalny atak! Wyskakujesz w górę, pozwalasz odzyskać przyrodzony kształt kijowi od szczotki, chwytasz w zęby wiadro, wypijasz zawartość (staraj się trzymać ręce w górze, żeby nie zasłaniać strefy genitalnej), odstawiasz wiadro, wprawiasz ramiona w ruch wirowy, stopniowo zwiększając tempo, liczysz do dwóch, żeby uniknąć zwiechy systemu i, stary, już jest twoja!

    by kruszyzna at listopad 20, 2014 07:23

    moje waterloo

    1987

    Nie, nic się nie stało, tylko miałam dużo roboty. I gdy już ją wykonałam, to nawet nie czytałam blogów, tylko tak sobie bezmyślnie surfowałam po fejsie. Czasem trzeba.

    Natomiast wczoraj miałam ciekawą sytuację poznawczą i, prawdę mówiąc, nieco się na niej zawiesiłam. Ponieważ wiem, że ze środka widać najmniej ostro, udałam się do mojej ulubionej koleżanki-psycholożki, nakreśliłam sytuację i zawisłam jej wzrokiem na ustach.
    - To teraz mi powiedz, co robię źle - wypaliłam.
    - Taka rzecz, która przychodzi mi do głowy na szybko, to - odpowiedział psycholog kliniczny z wyżyn swojego autorytetu - że ty jesteś zbyt normalna. Nawet sobie nie wyobrażasz, jacy ludzie potrafią być zaburzeni. Proponowałabym, żebyś trochę przystopowała. Przestań być taka życzliwa, zainteresowana i serdeczna.

    No i klops.

    Ja to się z nawyku uśmiecham, bo lubię świat. Staram się cenić każdą chwilę - one są takie niepowtarzalne. Już dawno przestałam zatruwać sobie życie martwieniem się o sprawy, na które nie mam wpływu. Gdy ktoś mówi - słucham. Kiedy prosi o pomoc - robię, co w mojej mocy. Okazuję ciepło, bo lubię się dzielić, a mam go w środku dużo, choć jestem zmarzluchem. Gdy coś jest śmieszne, to się śmieję z całego serca. Śpiewam (dajcie spokój - w samotności). W dodatku nie wydaje mi się to jakimś szczególnym zachowaniem, a raczej normalnością. A tu proszę: niedobrze. Albo raczej... za dobrze.

    Mam teraz o czym myśleć - jak się z tego wycofać, przynajmniej trochę. Okazywać serdeczność wybranym, a pozostałym ewentualnie życzliwe i lekko roztargnione zainteresowanie. Bo na całkowitą obojętność to chyba mnie nie stać. Musiałabym wciąż być napięta i nieustannie się pilnować, żeby mi uśmiech nie wypełzał na twarz. On to robi niejako bez mojej woli. Całkowicie niezdyscyplinowany.

    Wypróbuję jutro na moich kolegach ze słynnej szóstki. Pójdę do nich, stanę i będę chłodno obojętna. Ciekawe, co zrobią. Zwłaszcza że dziś do nich wpadłam i przyniosłam sprężynkę, co doprowadziło cały zespół do spazmów. No, wiecie, taką sprężynkę, która jest w długopisie. Ostatnio intensywnie u nich perorowałam, wymachując pożyczonym długopisem, który był uszkodzony i eksplodował (ku radości zebranych). Wszystkie części wyzbierałam, tylko sprężynka zniknęła. Dziś rano wyszło na jaw, że korzystając z wybuchu, wskoczyła mi do kieszonki w koszuli. To poszłam i oddałam (dzięki czemu mają działający długopis).
    Chyba nikt jeszcze nie przyniósł im sprężynki.
    Radości było, co niemiara.

    Prawdopodobnie postąpiłam wadliwie. Było ją zjeść.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at listopad 20, 2014 06:38

    Blog do czytania

    Jak zacząć biegać? Poradnik dla zupełnie zielonych w temacie

    Chcesz biegać, ale nie wiesz od czego zacząć? Zastanawiasz się, co w bieganiu jest ważne, a co jest tylko dodatkiem?  To jesteś w dobrym miejscu.  Jakoś tak się złożyło, że różni ludzie – w sieci i poza nią – zwracają się do mnie z problemem: chcę zacząć biegać i co mam robić? Postanowiłem, że zamiast udzielać […]

    by mrcichy at listopad 20, 2014 05:30

    Anrzej rysuje

    Bazarek Handmade

    podkładeczki pod kubeczki


    niebieskie

    mix

    mix

    czerwone
    jesienny mix

    cytrynowe


    lawendowe

    jasny zielony

    turkusowe

    czerwone i czarne
    brudny róż

    mix 7 sztuk w komplecie

    Polecam

    Ręczna robota,100 % bawełny, średnica 10 cm, ukrochmalone
    Komplet 6 sztuk
    Ozdobią Twój stół, umilą spotkania przy kawie lub będą miłym prezentem dla kogoś bliskiego.

    Są tak uniwersalne, że można je powiesić jako ozdobę w oknie a zimą ozdobią Twoją choinkęJ

    Cena za komplet 15 zł + 6 zł koszt przesyłki listem poleconym, gabaryt B.
    Osoby zainteresowane proszę o kontakt – wmalymdomku@gmail.com



    by Ania- w małym domku (noreply@blogger.com) at listopad 20, 2014 11:21

    Dzieciowo mi

    Ciąża i stres. Kilka patentów na się odstresowanie.

    Patronat nad tekstem sprawuje Femibion.

    Wszystko tak naprawdę zaczyna się w głowie. Cele i plany rodzą się w głowie, realizacja obydwu rodzi się w głowie i w ogóle nieprawdopodobnie dużo spraw w głowie ma swój początek i od głowy zależy. Ciąża też. Ciąża najpierw powstaje pod czaszką.

    Doskonale wiedzą o tym kobiety, które tak jak ja latami starały się zajść w ciążę i nic z tego nie wychodziło. Bierzesz prochy, bierzesz, robisz test ciążowy – nic. Znowu do lekarza, znowu bierzesz, znowu test (tym razem musi się udać!) – znowu nic. I tak w kółko przez kilka lub nawet kilkanaście lat. Pół biedy, jeśli przyczynę da się zdefiniować medycznie, wtedy przynajmniej wiadomo, jakie działania podjąć, żeby zwiększyć szansę na powodzenie, czasem jednak bywa i tak, że kobieta jest zdrowa, mężczyzna jest zdrowy, właściwie nie widać żadnych przeszkód, a ciąży jak nie było, tak nie ma.

    Tu właśnie najwięcej ma do powiedzenia głowa. Nie jest dobrze, jeśli człowiek tak mocno skupia się na jednym celu, że wszystko inne przestaje się liczyć. Nie jest dobrze, jeśli cel staje się obsesją. Warto stanąć nieco z boku (wiem, łatwo powiedzieć) i nieco ochłonąć i… odpuścić. W pierwszą ciążę udało mi się zajść, kiedy po kilku latach zmagań stwierdziłam, że chrzanić to, widocznie rodzina ma być dwuosobowa. Dwa miesiące później ze zdumieniem gapiłam się na dwie czerwone kreski ;)

    Ciąża również jest stanem, w podatność na stres się zwiększa. Otwiera się przed nami zupełnie nieznana wcześniej rzeczywistość, perspektywa spojrzenia się zmienia. Mamy skłonności do zbyt emocjonalnego podchodzenia do spraw, które wcześniej niewiele nas obchodziły. Wynika to po części z gigantycznych przemian hormonalnych, jakich doświadcza nasz organizm, a po części z poczucia strachu, niepewności i czasami bezradności. Ciążę można przechodzić łatwiej lub trudniej, każda kobieta jest inna, myślę jednak, że nie ma takiej, która na jakimś z etapów ciążowych nie zetknęła się ze stresem.

    Warto się więc odstresować i zastosować kilka patentów, by przywrócić równowagę ducha. O odstresowującym patencie dla niewymagających pisałam na drugim blogu, w tym miejscu również dorzucę kilka zdań.

    • Dobrze się zastanów, zanim zaczniesz zagłębiać się w fora internetowe dla kobiet w ciąży i matek, które już urodziły. Możesz stać się adresatką komunikatów wyrażonych niekoniecznie z uwzględnieniem reguł dyplomacji i praw człowieka. Odkryjesz w sobie dodatkowo wszelkie możliwe schorzenia ciążowe, a wiedza, którą uzyskasz, niekoniecznie będzie merytoryczna. Po co ci to?
    • Jeśli to możliwe, staraj się otoczyć ludźmi, którzy mają pozytywne podejście do życia i mają na ciebie dobry wpływ. W ciąży szczególnie mocno reagujemy na przejawy malkontenctwa, a nic tak nie odbiera energii jak czyjeś marudzenie.
    • Dobierz sobie odpowiednie towarzystwo… książek. Podczas moich wielokrotnych pobytów na patologii czytałam książki, które windowały w górę mój poziom endorfin i sprawiały, że świat wokół stawał się lepszy.
    • Jeśli masz zamiar obejrzeć jakiś film, zastanów się, czy na pewno jest to dobry moment na to dzieło.
    • Jeśli dręczą cię obawy związane z ciążą, nie zamykaj się w sobie z nimi. Nie wstydź się prosić o pomoc.
    • Zrewiduj listę rzeczy do załatwienia i ogranicz ją do rzeczy najistotniejszych. Nie wszystko musisz robić sama.
    • Jak masz możliwość uciąć sobie drzemkę, to śpij ;)
    • Fryzjer ma zbawienny wpływ na człowieka, to udowodnione naukowo ;)
    • Przyjrzyj się temu, co jesz. Samopoczucie również zależy od rodzaju przyjmowanego pożywienia.
    • Jeśli nie ma ku temu przeszkód medycznych, bądź aktywna w ciągu dnia, chodź na spacery, dotleniaj organizm, to podnosi morale.

    Coś dla ducha, coś dla ciała. Jeśli ducha dopieszczasz, o ciało też zadbaj ;) Odpowiednia suplementacja diety jest bardzo istotna w czasie przedciążowym, w samej ciąży i po porodzie. Działamy na obydwu płaszczyznach, pamiętajmy. W roli suplementu diety podpowiadamy Femibion, który zawiera łatwo przyswajalne foliany, a ich przyjmowanie jest bardzo ważne w czasie ciąży. Zmniejszają one ryzyko wystąpienia wad cewy nerwowej u płodu. Femibion jest preparatem, który zawiera metafolinę, czyli taką postać folianów, która jest łatwo przyswajalna przez organizm. Więcej informacji na ten temat znajdziecie na http://www.przyszlamama.pl/aktualnosci.

    Zdjęcie z pixabay.com.

    by kruszyzna at listopad 20, 2014 11:19

    Szklanym okiem mym

    Red Carmen

    Kolczyki troszkę inne niż zwykle. W jednym tylko kolorze i ażurowe. Są duże, ale przez to, że z małą ilością koralików i z prześwitami są lekkie, jeden waży tylko 8 gramów. Były dość trudne w szyciu bo cała szpulka sznurka który zakupiłam ostatnio ( nie tylko czerwonego) jest troszkę inna niż zwykle. Sznurek jest sztywniejszy i bardziej zbity przez co igła wchodzi w kilka sznurków z wielkim oporem, ale za to kolczyki są sztywniejsze i nie odkształcają się. Spodobało mi się to ażurowe wykonanie i już powstają następne. Tym razem z większą ilością kolorów.


    Kolczyki Red Carmen







    Kolczyki można nabyć  tu ------> Sklep Online

    by MrÓ (noreply@blogger.com) at listopad 20, 2014 10:24

    Dzieciowo mi

    Dlaczego warto pomagać?

    Otrzymałam list od kierowniczki Szkoły Filialnej Szkoły Podstawowej Specjalnej w Gaju, w której uczą się niepełnosprawne umysłowo i ruchowo dzieci z Domu Pomocy Społecznej „Fiszor”, która zgłosiła inicjatywę „Mój komputer” do akcji „To dla mnie ważne” prowadzonej przez fundację Aviva. Fundacja organizowała w ramach akcji konkurs dla blogerów i zwycięzca miał prawo wskazać inicjatywę, na którą przekaże 10 tysięcy złotych. Taki wiecie, odpowiednik „złotego przycisku” jak w Mam Talent. Wybrałam inicjatywę dzieci z Fiszora, które potrzebowały kilku komputerów (bo na 30 osób mają jeden). Blog „Dzieciowo mi!” wspólnym działaniem moim i waszym wygrał blogerskie zmagania.

    Pozwolę sobie otrzymany list zacytować tutaj z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby udzieliła się wam fala optymizmu i pozytywnych fluidów, jakie z tego listu płyną, żebyście mocno odczuli w sobie, w waszych wnętrzach, dlaczego warto pomagać, dlaczego warto wychodzić przed szereg i działać, działać, działać. Po drugie jest w liście fragment skierowany do was, do wszystkich, którzy się w to działanie włączyli. Niech moc będzie z wami, niech fala dobra odmieni wasz czwartek :)

    List przekazuję metodą copy + past, bo jest bardzo emocjonalny  :)

    „Pani Malwino,

    Jeszcze raz BARDZO DZIĘKUJĘ !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! w imieniu dzieciaków i własnym za Pani WIELKIE SERCE, wysiłek, za zainteresowanie moja inicjatywą, za pomoc, za – wszystko:)”

    No i teraz do was:

    „Wiem, jak ogromny wkład włożyłam Pani w zaangażowanie innych. Proszę podziękować WSZYSTKIM LUDZIOM DOBREJ WOLI :)!!!!!!!!!!!!!!!!!!!”

    Ludzie dobrej woli, czy ludzie mnie słyszą? ;)

    „Przekazała mi Pani dziś WSPANIAŁĄ WIADOMOŚĆ :):):).  To też wielka radość i ogromne pocieszenie dla pracującej w szkole kadry nauczycieli. DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ!!!!”

    I mój ulubiony fragment, chyba go sobie oprawię w ramkę :)

    „WRÓCIŁA MI PANI WIARĘ W LUDZI I W SENS PRACY /NAPRAWDĘ i to waśnie w momencie, w którym najbardziej TEGO potrzebowałam. DZIĘKUJĘ.”

    Lecz ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim. Tak śpiewał Niemen. Ja mówię, że jeśli coś ocali tę planetę przed zagładą, to będzie to empatia i altruizm. Wspomnicie moje słowa ;)

    Grafika z pixabay.com

    by kruszyzna at listopad 20, 2014 08:29

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Skomentuj Jedziemy na wycieczkę, którego autorem jest nezumi

    świetna wycieczka! :) Namawiaj męża na częstsze wyprawy!! pozdrawiam :)

    by nezumi at listopad 20, 2014 08:05

    Slow Day Long

    Czy podoba Ci się to co widzisz? Jeśli tak, to możemy to samo zrobić dla Ciebie!

    „Wybierz pracę, którą kochasz, a nie będziesz musiał pracować nawet przez jeden dzień w swoim życiu”. Przez wiele lat marzyłem, aby ta maksyma Konfucjusza stała się prawdą. Bo dla mnie życie, to prawdziwa przygoda!

    Jednak może Was to zdziwi, ale dzisiejszy tekst, zwykle inaczej niż zawsze rozpocznę od marudzenia i narzekania. Wiem, że do tego nie przywykliście, bo z reguły tryska z nas optymizm, radość i pozytywna energia. Jednak nie dziś. Choć to, co piszemy, jest trochę przekorne. Czytaj dalej, a zobaczysz, że to nic innego jak w pewnym sensie prowokacja.

    Nie wiem, jaką pracę wykonujesz, co robisz na co dzień i za co Ci, kolokwialnie mówiąc, płacą? Jeśli chodzi o mnie, to na dniach mija 6 lat kiedy rzuciłem wygodną posadkę w korporacji i zacząłem działać na własny rachunek. Wróć, błąd logiczny. Na własny rachunek pracuje się zawsze, przez całe życie. Czasami jednak będąc zatrudnionym u kogoś (nieważne, czy na umowę o pracę, czy na tzw. „samozatrudnienie”), a innym razem prowadząc swoją firmę. Co też i ja postanowiłem zrobić.

    Zawsze męczyło mnie przychodzenie na przysłowiową ósmą i siadanie za biurkiem. Wkładanie w ramki regulaminów pracy, dress code, wypisywanych raportów, tłumaczenie się przed szefem, że znowu spóźniłem się kilka minut. Być sam sobie kapitanem, okrętem i sterem. O tym tak naprawdę zawsze marzyłem.

    Strażak, jest odpowiedzialny za życie innych. Kiedy się pali, to rzuca wszystko i biegnie gasić pożar. Pilot samolotu, jest odpowiedzialny za życie setek istnień, a niekiedy nawet tysięcy. Bo co by się stało, gdyby dowodzona przez niego powietrzna maszyna, rozbiła się nad Nowym Yorkiem? Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi, bo historia zna (niestety) takie przypadki.

    Generał dowodzi armią. Podejmuje ryzykowne decyzje, musi odpowiednio dobrać kadrę, odpowiedzialną za przeprowadzenie operacji. I nie ważne, czy na lądzie, w powietrzu, czy na wodzie (a czasami i pod wodą). Żołnierz to, za przeproszeniem, mięso armatnie na polu walki. Nie może dać się zastrzelić przeciwnikowi. A tych, na każdym kroku czai się wielu.

    A MY? CO MAMY Z TYM WSPÓLNEGO?

    Czasami nas to wkurza, że osoby, które nas znają prywatnie myślą, że to co robimy to jedynie wielki „FUN”, zabawa, rozrywka i ciągle przyklejony uśmiech do twarzy. Kiedy od czasu do czasu opowiadamy, że byliśmy tam, czy tu, spotkaliśmy tego i owego, albo pakujemy się, aby pojechać na „drugi koniec świata”, często słyszymy. „Wow! Ale wy macie fajnie.”

    W dzisiejszym wpisie opowiemy Wam o… naszej pracy. O tym, co robimy poza blogowaniem. Już sporo wody w Odrze i Wiśle upłynęło od naszego wpisu, w którym odpowiadaliśmy na Wasze pytania, dotyczące nas samych (mamy na myśli ten wpis KLIKNIJ). Jest jednak jedno, które wraca do nas jak bumerang. Siedzicie w domu, klepiecie w te klawiatury, gapicie się w ekrany. To czym wy się właściwie zajmujecie? 

    Przede wszystkim siedzimy, myślimy i marzymy, że…

    JESTEŚMY PILOTAMI SAMOLOTÓW (i nie tylko)

    Wyobraźcie sobie, że jesteście na drugim końcu Europy i dowiadujecie się, że Wasi goście spóźnili się na samolot. Przylecą, ale innym, do miasta oddalonego od Was o 400 kilometrów. Jesteście w obcym kraju, nie wszyscy mówią tu po angielsku, jest późne popołudnie, a Wy nikogo tu nie znacie.

    Albo inaczej. Wstajecie rano i nie wiecie, czy balony, które zamówiliście za grube tysiące Euro (sic!), będą na Was czekać w umówionym miejscu. Człowiek, z którym to załatwialiście nie odbiera od godziny telefonu, a całość kasy za lot została już dawno zapłacona. Jest jeszcze zupełnie ciemno, więc nie wiecie, czy pogoda jest odpowiednia i w ogóle polecicie. A on dalej nie odbiera. Oczywiście na miejscu okazuje się, że wszytko jest gotowe.

    Wynajęte jachty mają 15 minut spóźnienia, a dostojni goście powoli zaczynają się niepokoić. Nagle zza rogu wyłania się wielka amfibia, która porywa Was do środka. A nad nią leci śmigłowiec, który eskortuje Was z powietrza.

    W końcu dopadają Was terenowe auta, do których przesiadacie się, aby przedostać się przez niedostępną dżunglę, bagna, a potem pustynię, która nagle zamienia się w pokryte śniegiem góry.

    Czy to jest możliwe? W naszej pracy, jak najbardziej!

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (90)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (89)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (91)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (94)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (117)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (119)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (118)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (15)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (88)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (111)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (112)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (17)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (26)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (164)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (104)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (169)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (149)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (141)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (163)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (162)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (5)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (38)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (166)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (161)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (30)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (165)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (146)

    JESTEŚMY GENERAŁAMI

    Zdarza się nam dowodzić armią ludzi, od których kompetencji, wiedzy i zaangażowania zależy, czy z „bitwy” wrócimy na tarczy, czy z tarczą. Tu nie ma czasu na odpoczynek i sen. Czasami, jest to praca dwie doby pod rząd. Bez czasu na nic. Za przeproszeniem, nawet na siku.

    Jesteśmy strategami. I niczym generałowie, musimy z niczego stworzyć coś, przewidzieć różne możliwe opcje, szanse i zagrożenia. Bo wyobraźcie sobie, że macie np. wielką fabryczną halę, która na dodatek nie jest jeszcze skończona. Za kilka miesięcy ma się w niej pojawić 200 osób, które przyjadą tu ze wszystkich stron świata. Przyjadą na około 5 godzin, aby usiąść na krzesłach, posłuchać przemówienia ze sceny, która nie dość, że nie istnieje, to nie ma jej jeszcze gdzie postawić, bo jest dziura w ziemi. Trzeba więc użyć wyobraźni.

    Będą chcieli coś zjeść, choć tu, na miejscu nie ma w ogóle kuchni, bo fabryka stoi w szczerym polu. Ba, będą chcieli posłuchać dobrej muzyki. Ciężko jednak zapewnić dobrą akustykę w dudniącym blaszanym klocu. Ale żeby nie było łatwo, to idźmy dalej. Szanowni goście nie mogą przecież chodzić po betonowej posadzce, przydałby się czerwony dywan.

    Wielu z nich nie będzie mówić po polsku, więc przydaliby się tłumacze. Oczywiście na miejscu jest prasa, radio, telewizja, a do tego wszystkiego, cała uroczystość ma być na żywo transmitowana na cały świat.

    Wiele miesięcy planowania strategii „bitwy”. Trzy doby intensywnych przygotowań non stop. Pięć godzin „walki”. I kilka godzin sprzątania po niej. Tak to mniej więcej wygląda.

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (48)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (50)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (49)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (54)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (57)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (51)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (62)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (59)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (69)

    JESTEŚMY STRAŻAKAMI

    Gdy się pali, trzeba rzucić wszystko i biec ile tchu starczy w płucach. A jest to bardzo „łatwopalna” praca. Ogień, można zaprószyć bardzo szybko. Wystarczy drobne zaniedbanie, brak wyobraźni, czy po prostu nieuwaga. Pół biedy, gdy pożar wybuchnie na świeżym powietrzu. Gorzej, gdy jest to jakiś pałac, zamek, albo terminal gazowy. Bo i w takim miejscu, dane nam było pracować.

    Pożarem może być również brak dyspozycyjności artysty, jego spóźnienie na próbę, czy nasza choroba. Nie tak dawno, jak parę dni temu nie pojechaliśmy do Warszawy, na realizację pewnego przedsięwzięcia, bo się zatruliśmy. Na szczęście udało się nam znaleźć godnego następcę i wszytko przebiegło zgodnie z założonym planem.

    Pożarem może być brak alkoholu, kiedy goście świetnie się bawią, a butelki puste. W pracy, którą wykonujemy pożarem może być też niesmaczne jedzenie. Na szczęście pracujemy ze sprawdzonymi partnerami, choć faktem jest, że raz czy dwa zdarzyły się nam i takie przypadki. Szczególnie, na początku naszej kariery. Jak to mawia moja babcia: Doświadczeniem zwykliśmy nazywać własną głupotę.

    Pożarem mogą być też niezadowoleni z muzyki goście, którzy około drugiej w nocy, próbują zamienić się z Hirkiem Wroną na role, „wyyypppprraaaszzzzzaająąąąccc” go zza konsolety.

    Pożarem może być też zestresowany klient, który przychodzi na trzy godziny przed rozpoczęciem uroczystości i pyta: A dlaczego kwiaty tu jeszcze nie stoją, a gdzie dywan, a fotele, a kanapa? A dlaczego jeszcze… itd. I wtedy trzeba go przytulić i uspokoić, że wszystko jest pod kontrolą, ale żeby sobie już stąd poszedł (sic!), bo przeszkadza.

    Pożarem może być rozbity o drzwi nos, zgubienie portfela ze wszystkimi dokumentami w Barcelonie (a jest niedziela). Może być również obrażony podwykonawca, w dodatku obcokrajowiec, słabo mówiący po angielsku, który przez różnice kulturowe źle zinterpretował moje słowa.

    I co? Waszym zdaniem, nie jesteśmy strażakami? No, ale jeszcze żołnierz nam pozostał. Nimi również jesteśmy!

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (125)

     

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (41)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (24)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (42)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (72)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (28)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (40)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (39)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (11)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (93)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (153)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (159)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (122)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (102)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (168)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (19)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (71)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (95)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (154)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (155)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (152)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (156)

    JESTEŚMY ŻOŁNIERZAMI

    Kamizelka kuloodporna, kilogramy ciężkiego sprzętu, noktowizory i aparaty. Bitwa nazywa się mecz piłki nożnej. FC Barcelona – Real Madryt na Camp Nou. Zadanie do wykonania, jest dosyć trudne. Trzeba przedostać się przez linię wroga, a więc tabun ochroniarzy i niezauważonym dojść do linii fotoreporterów.

    Usiąść koło nich, zdjąć z szyi swój mało profesjonalny (ale na pierwszy rzut oka, przynajmniej dla ochrony, tak wyglądający) aparat fotograficzny. Przycupnąć koło nich jak myszka i czekać, aż Ronaldo czy Messi znajdą się w zasięgu obiektywu. A potem, to już PSTRYK, PSTRYK!

    Innym razem mamy do pojmania niebezpiecznego przestępcę, którego tropiliśmy po Wrocławiu przez ostatnie kilka godzin. Ten dwulicowy detektyw, który w ciągu ostatnich dni zamordował kilka osób i próbuje zatruć wodę, która po przez wodociągi płynie do mieszkań wrocławian, zostaje jednak skutecznie pojmany przez komandosów. Wcześniej jednak musimy porozmawiać z Człowiekiem Koniem i wejść na wieżę jednego z kościołów, na której znajduje się istotna wskazówka do gry.

    A potem? Przenosimy się w przeszłość. Tą mniej odległą, kiedy aby zdobyć wskazówki do rozwiązania zagadki, musimy uruchomić starego Commodore 64, czy Amiga 500. Tam znajduje się tajemniczy kod. Albo do czasów Napoleona, kiedy na naszej drodze spotkamy żołnierzy armii pruskiej. Będą do nas strzelać zarówno ze sztucerów, jak i z prawdziwych armat.

    Stres zawsze jest jednak ten sam. Trzeba wykonać zdanie i koniec! Dopiero później, bo wygranej bitwie przychodzi czas na chwałę, ciepłą strawę i sen.

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (12)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (14)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (13)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (65)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (66)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (63)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (53)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (6)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (25)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (21)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (7)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (9)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (96)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (97)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (103)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (105)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (98)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (29)

    JESTEŚMY SZCZĘŚLIWYMI LUDŹMI

    Mimo wielu nieprzespanych nocy. Moralnego kaca, kiedy zostawiamy naszą córkę i pakujemy się do samolotu, aby polecieć gdzieś w nieznane. „Motyli w brzuchu”, które mimo tego, że robię to już kilka dobrych lat, towarzyszą mi zawsze przed misją.

    Pomimo częstego bólu głowy i pytaniem, które ciągle w niej kołacze: Damian, czy czegoś nie zapomniałeś? A i tak zawsze o czymś zapominam. Spadków formy, pojawiającego się od czasu do czasu braku motywacji i permanentnego zmęczenia, to…

    Pomimo tego wszystkiego, kocham to robić. I nie zamieniłbym tej pracy na żadną inną na świecie! Mam nadzieję, że Wy również robicie to, co kochacie. I że dzięki temu, jesteście szczęśliwymi ludźmi.

    Bo to chyba jest najważniejsze! Tuż obok zdrowia. Czyż nie?

    p.s. Wszystkie zdjęcia pochodzą z naszych realizacji. Większość z nich wykonałem osobiście lub za pośrednictwem Daniela, naszego nadwornego fotografa z IR STUDIO (polecam www.irstudio.pl)

    p.s. 2. Praca organizatora wydarzeń (tzw. event managera) została uznana za jedną z 5 najbardziej stresujących profesji na świecie wg. raportu CareerCast.  Raport jest tworzony od 1995 roku. Za każdym razem znajdowała się w pierwszej dziesiątce rankingu. W tym roku znalazła się na najwyższym do tej pory, bo 5 miejscu. Jakoś mnie to nie dziwi.

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (34)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (147)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (46)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (3)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (139)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (32)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (134)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (135)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (142)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (133)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (130)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (129)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (37)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (116)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (120)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (84)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (77)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (83)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (81)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (87)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (100)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (92)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (85)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (121)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (73)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (18)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (101)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (110)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (43)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (138)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (70)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (22)

    Slow Day Long Stereomatic Wrocław Agencja Eventy (31)

    by Damian at listopad 20, 2014 06:46

    zycie na kreske

    listopad 19, 2014

    Zuzanka

    efka i koty

    Wycinanki

    Za każdym razem obiecuję sobie, że będę już pisać systematycznie ale oczywiście nie wychodzi. Może to przez to, że razem z Jovisiem spędzamy pracowicie czas. Robimy kartki na święta.
    Christmas is coming so we are making cards with my cat Jovi.




    by efka i koty (noreply@blogger.com) at listopad 19, 2014 07:37

    Matka jest tylko jedna

    Nigdy nie będziesz dobrą matką

    Kiedyś, kiedy kolejny raz ktoś mi zasugerował, że jetem złą matką, zaczęłam się zastanawiać, czy w polskim słowniku w ogóle funkcjonuje przeciwstawne pojęcie "dobrej matki". Czy ktoś kogoś tak kiedykolwiek nazwał? Czy od swoich matek usłyszałyście chociaż raz taką pochwałę? Czy usłyszałyście to od kogokolwiek? Oczywiście, wiadomo, jaka jest zła matka. Jej definicja jest prosta. Nie

    by Joanna (noreply@blogger.com) at listopad 19, 2014 07:11

    Dzieciowo mi

    WYGRALIŚMY!

    Całe doświadczenie w telemarketingu, jakie mam za sobą (tak, tak, siedziałam po ciemnej stronie słuchawek, he he), poszło się rypać i okazuje się, że teraz nawijać potrafię płynnie wyłącznie za pomocą klawiatury. Jąkałam się strasznie, kiedy osobie zgłaszającej inicjatywę „Mój komputer” przekazywałam informację, że Fundacja Aviva przekaże na potrzeby dzieci z Domu Pomocy Społecznej Fiszor 10 tysięcy złotych. A przekaże im to ponieważ czytelnicy mojego bloga, czyli „Dzieciowo mi!” wykazali się gotowością bojową, zwarli szeregi i sprawili, że razem, wespół w zespół WYGRALIŚMY KONKURS dla blogerów w ramach akcji „To dla mnie ważne”.

    We are the champions, my fiends! Na głowy sypie się confetti, tłum skanduje „wiwat! wiwat!”, pierwsze rzędy mdleją z wrażenia, rozhisteryzowane fanki rzucają na scenę staniki! Wszyscy stają z miejsc i śpiewamy, śpiewamy!

    To bardzo przyjemne poinformować kogoś, że ten ktoś dostanie dyszkę na potrzeby niepełnosprawnych dzieci. Lubię to robić ;) Bardzo przyjemnie jest mieć świadomość, że się komuś pomogło, mimo że się nie zna tych osób kompletnie.

    Dziękuję wszystkim, którzy włączyli się do zmagań, dziękuję tym, którzy chcieli pomóc, którzy „szerowali” na fejsie jak wściekli, którzy lajkowali z intensywnością gradobicia. Cieszę się, że nasza wspólna inicjatywa zakończyła się sukcesem. Jestem z nas wszystkich bardzo dumna, bardzo! Bóg Wam w dzieciach, dobrzy ludzie, niech idzie w ilość, w jakość, czy jak tam najbardziej chcecie :)

    A tutaj wyniki konkursu. Wygraliśmy o krótki pysk :)

    by kruszyzna at listopad 19, 2014 06:45

    Czarny pazur

    Górnik na przodku

    Rzecz będzie o korzystaniu z kuwety. Kuwety mamy dwie, w porywach do trzech, w zależności od nastroju Kierownictwa. Niutka podchodzi do kwestii korzystania zupełnie bezrefleksyjnie. Gdy nadchodzi własciwy moment, idzie do preferowanej akurat kuwety, grzeb, grzeb, ... - i wychodzi, nie zadając sobie trudu, żeby zakopać. Królowa jest tylko jedna przecież. Inaczej Behemoś. Ciemną nocą Personel budzony jest odgłosami wielkiego kopania. Grzeb, grzeb, GRZEB. Trwa to dłuższy czas, gdyż Kierownik ma ambicje przebić się do wnętrza ziemi. Po inensywnym grzebaniu... Kot Behemot idzie się zastanowić. Jak się zastanowi, wraca do kuwety i zaczyna ponownie kopać. Jak już uzna, że jest wystarczająco wielka dziura, robi, co należy, po czym starannie zakopuje, tworząc elegancką hałdę. Czasem nawet prace górnicze obejmują kuwetę sąsiednią. Preferowane godziny to pora nocna. I tyle.

    by amelia007@NOSPAM.gazeta.pl at listopad 19, 2014 05:43

    Kraina filcu

    Kocyk polarowy z wyhaftowanym

    Czy przygotowaliście już ciepły polarowy kocyk na zimę dla Waszego pupila?

    U nas możecie zakupić taki kocyk ze specjalnie wyhaftowanym imieniem Waszego pupila:

    http://krainafilcu.pl/filcowe-gadzety/kocyk-z-haftem-dla-twojego-psa-zwierzaka.html

    W przypadku indywidualnych projektów prosimy o kontakt mailowy. Postaramy się sprostać Waszym oczekiwaniom.

    by kraina filcu (noreply@blogger.com) at listopad 19, 2014 04:19

    Anrzej rysuje

    Bieg

    bieg 1Rysunek opublikowany 12 listopada na wyborcza.pl. Link: http://goo.gl/4Tsnb5

    by Andrzej at listopad 19, 2014 04:18

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Skomentuj Jedziemy na wycieczkę, którego autorem jest Pong

    Oczywiście, że pani w pociągu nie wspomniała o mężczyznach, gdyż po prostu zabrakło jej słów i zaniemówiła z wrażenia… ;D

    by Pong at listopad 19, 2014 03:55

    Tokyo Pongi

    Jedziemy na wycieczkę

    Po tygodniach mężowskiego marudzenia, że nigdzie nie jeździmy i on nic ciekawego w życiu nie widział i już pewnie nie zobaczy, postanowiliśmy „gdzieś” pojechać. Padło na Kawaguchiko, bo ładnie i niedaleko. Na wycieczkę wybraliśmy się autobusem –  taniej i jakimś cudem szybciej niż pociągiem. Nie pytajcie co to za cud, ale cud to był w istocie. No ludzie! Ja wózkiem sklepowym w supermarkecie jeżdżę szybciej niż ten autobus po autostradzie.

    Po przyjeździe do Kawaguchiko zdecydowaliśmy, że w pierwszej kolejności poszukamy pagody Chureito, którą wszyscy znacie, nawet jeśli w życiu o niej nie słyszeliście. Wystarczy, że widzieliście jakieś romantyczne zdjęcie góry Fudżi z wiśniami czy czerwonymi liśćmi klonu i pagodą (a jestem pewna, że widzieliśie). Było wcześnie rano, na niebie słońce, widoczność dobra (w sensie, że górę było widać), więc decyzja była szybka. Z Kawaguchiko do pagody trzeba jechać cztery stacje pociągiem, a następnie powspinać się trochę na niewielką górkę. U podnóża górki znaleźliśmy się wcześnie rano, wokół żywej duszy, więc rozstawiamy się ze sprzętem fotograficznym, bo widok ładny (schody, malutka brama torii, czerwone liście klonów), cisza, spokój, ptaki śpiewają, liście szumią na wietrze… I nagle jak spod ziemi (rozumiecie? JAK SPOD ZIEMI !) wyrosła wycieczka japońskich emerytów, którzy wbiegli na schody robiąc hałas, zamieszanie i jakiś straszny tłok. Normalnie jak dzikie konie! :D A już po chwili po całej grupie nie było nawet śladu, nie zatrzymali się ani na chwilę, żeby popatrzeć na klony czy Fudżi… Dziś już sama nie wiem czy oni tam naprawdę byli czy tylko nam się wydawało?

    NSC_7001-13 Zdjęcie 16.11.2014, 11 18 13

    Troszkę nam z tymi zdjęciami na schodach zeszło. W międzyczasie widoczność się popsuła, ale nic to, niczym niezrażeni wspinamy się na górę. Na górze czekała na nas niespodzianka numer jeden – czerwonych liści nie ma i do przyszłego roku nie będzie. Góry też nie za bardzo było widać, ale za to pagoda Chureito jest naprawdę bardzo ładna.

    NSC_6909-4 NSC_6927-6 NSC_6956-7

    W punkcie turystycznym dostaliśmy jeszcze broszurkę, z której wynikało, że niedaleko znajduje się świątynia shinto i ją też postanowiliśmy odwiedzić. Nie mogliśmy jej znaleźć (na mapach w telefonach nie mogliśmy) i już na pocieszenie zaczęliśmy sobie wmawiać, że żadna strata, wszystkie świątynie są w końcu takie same… i oto jest! Tuż u podnóża górki, przy samym wejściu na schody, przy którym to wejściu dokładnie spędziliśmy 40 minut. Niezbyt dobrze świadczy to chyba o naszym odbiorze rzeczywistości i zmysłach obserwacji, ale…  wcześnie rano było, no. :) . Świątynia nam się bardzo podobała:

    NSC_6993-11

    Następnie historycznym pociągiem (tym samym, którym przyjechaliśmy) wróciliśmy do Kawaguchiko. Jakaś dziewczyna, która na codzień zajmuje się czytaniem nazw stacji w pociągu, przyniosła nam dziecięce czapki kolejarza i zrobiła nam pamiątkowe zdjęcie (to był jej pomysł i bardzo naciskała, żebyśmy się zgodzili). Zapytała skąd jesteśmy, o Polsce nic ciekawego nie słyszała, ale stwierdziła, że skoro Polki są takie piękne, to może się wybierze. O polskich mężczyznach niestety nic nie wspominała. Przykro mi panowie ;) .

    NSC_7018-15

    Kawaguchiko to miejscowość położona nad jeziorem o tej samej nazwie. Linia brzegowa jest bardzo rozwinięta i przystosowana do masowej turystyki. Wokół jeziora kursuje kilka specjalnych autobusów, są hotele, sklepy, place zabaw i wiele muzeów sztuki. Jest to popularne miejsce wycieczek jednodniowych jak i kilkudniowych, gdyż jeden dzień to faktycznie za mało, żeby zobaczyć wszystko. My zdecydowaliśmy się na tunel klonowy, czyli 100 metrów klonów posadzonych tuż przy starym i aktualnie wyschniętym minikanałem. Klony faktycznie były czerwone i wyglądały przepięknie, ale to było również najbardziej oblężone miejsce przy jeziorze i trzeba było dosłownie walczyć o miejsce przy drzewie.

    maple tunnel Zdjęcie 16.11.2014, 13 30 57 NSC_7050-17 NSC_7054-18

    Po obejrzeniu klonów postanowiliśmy trochę pospacerować wzdłuż brzegu, a następnie wjechać kolejką linową (a raczej tzw. puszką z mielonką) na szczyt góry Tenjō. Widok z góry ładny, ale swoje do kolejki trzeba odstać, a więc to opcja zdecydowanie dla niezmarzniętych i niegłodnych. Radzę rozważyć z wyprzedzeniem.

     

    kawaguchi lake NSC_7020-16 NSC_7108-22 kachi kachi NSC_7122-23

    Na więcej atrakcji zabrakło nam już czasu. Wieczorem zawitaliśmy jedynie do lokalnej restauracji z udonem (makaron z warzywami zalany bulionem), gdzie wystrój i obsługa pamiętają chyba czasy poprzedniego cesarza, a następnie wybraliśmy się na stację błagać panią w okienku, żeby sprzedała nam bilet na autobus do Shinjuku (Tokio). Jej reakcja: „NA DZISIAJ ?!! ZWARIOWALI.”. Biletów do Shinjuku oczywiście nie było, więc kupiliśmy bilety na lotnisko, które potem zmieniliśmy na jeszcze inne, a na drogę trzy kartony Kit Katów o smaku wasabi :) . Nie są za dobre, więc dużo nam zostało. Jacyś chętni?

    wasabi kitkat

    The post Jedziemy na wycieczkę appeared first on TokyoPongi.

    by Maika at listopad 19, 2014 03:06

    pierwsza żona

    oh

    dziękuję za wsparcie przekazane mnię w komentarzach. Bardzo. Bardzo.

    jestem wzruszona.

     

     

    by autor at listopad 19, 2014 12:52

    Kura

    Piórunujące wrażenie

     

     

    Czy wiecie, że futra tej jesieni są już passé? ;)

    Pozdrawiam
    Kura w piórach

    PS Projektantka mojego płaszcza - G.

    by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at listopad 19, 2014 12:51

    Szklanym okiem mym

    Czarno złota elegancja

    Zbliża się czas zabawy, karnawału no i oczywiście nocy sylwestrowej. To moja propozycja do karnawałowej kreacji :) Długie i wieczorowe kolczyki.









    by MrÓ (noreply@blogger.com) at listopad 19, 2014 12:32

    nic specjalnego

    628. Wieści z Kosmosu....

    ....nie są złe. To tak jak z tą szklanką, która zależnie od patrzącego jest albo
    do połowy pusta albo do połowy pełna.
    Biedny lądownik, który leży kilometr dalej od planowanego miejsca lądowania,
    przestał na razie pracowac.
    Nie dośc, że biedaczek zamiast na   nóżkach wylądował na jednym z boków, to
    ułożył się w miejscu, w którym jest zbyt mało światła  słonecznego i jego
    baterie nie mogą się doładowac.
    Ale do chwili całkowitego wyczerpania się baterii jego urządzenia działały i
    przesyłały wieści do Centrum.
    Praktycznie  zostało wykonanych 20- 30% planowanych badań.
    Niemiłą niespodzianką dla  naukowców jest odkrycie, że jądro komety jest tak
    bardzo twarde. Liczono ( tylko nie wiem na jakiej podstawie), że ta powierzchnia
    będzie mniej zwarta.
    Polskie urządzenie badające rozkłady temperatur miało wg. założeń wbic się
    w głąb jądra komety na głębokośc około 40cm, ale dotarło ledwie na 2 cm.
    W ostatnim komunikacie podano, że w pobranych próbkach znaleziono jakieś
    związki organiczne, ale dopiero zaczyna się ich badanie. I nie jest  to żadną
    niespodzianką, bowiem od pewnego czasu uważa się, że  to komety są  w Kosmosie
    nośnikami związków organicznych.
    Na razie lądownik hibernuje, ale jest możliwośc, że gdy kometa znajdzie się bliżej
    Słońca jego baterie się podładują na tyle, że podejmie znów pracę.
    Zaobserwowano, że kometa wydaje dzwięki . Są one wprawdzie niedosłyszalne
    bez odpowiedniego wzmocnienia dla  ludzkiego  ucha, ale po odpowiedniej
    obróbce stały się słyszalne.
    "Philae drzemie a kometa  śpiewa jej do snu"(cytat)
    Pomimo sporych niepowodzeń  i tak wszyscy naukowcy są zadowoleni - przy
    następnym takim projekcie będzie wiadomo co należy w konstrukcji takiego
    lądownika poprawic.
    Ciekawa jestem co będzie dalej - czy lądownik utrzyma się jeszcze długo na
    powierzchni komety i czy jeszcze się obudzi?

    by anabell (noreply@blogger.com) at listopad 19, 2014 10:44

    Smoking kills...

    O TYM, ZE RĘCE OPADAJĄ I SPAĆ SIĘ CHCE

     

    Okazało się, że uchatki gwałcą pingwiny. Co za świat!… Chwili spokoju nie może być; nie, ja od dawna nie mam złudzeń co do przyrody, która wcale nie jest mięciutka i puchata – wiem, że świat to jedna wielka restauracja. Tylko że teraz okazuje się, że również i dom nierządu (w skrócie burdel). Nie dość, że z każdego miejsca łypie na człowieka naoliwiony zad Kim Kardashian, to jeszcze rozbuchane seksualnie uchatki dokładają wrażeń.

    Ale za to są nowe odcinki „The Fall”!

    Natomiast zachciało mi się sprawdzić, co tam nowego w Chirurgach i zapodałam sobie któryś z najnowszych odcinków. O ho ho, Dynastia, panie dziejku, skrzyżowana z Modą na sukces to mało powiedziane. Ocierając łzy ze śmiechu powiedziałam do siebie na głos (bo jak nie ma nikogo w domu to mówię do siebie na głos; jak ktoś jest, to po cichu), że brakuje tylko UFO i guza mózgu. I co? I CO mamy na koniec odcinka? TADAM! Nie będę podpowiadać, bo może ktoś to jeszcze ogląda na serio (chociaż to niemożliwe przecież). Pytaniem otwartym pozostaje, po co ja to jeszcze oglądam. Hm, może z sentymentu. A może mam syndrom sztokholmski! Zebra twierdzi, ze na bank mam syndrom sztokholmski w związku z piecem, więc może po prostu jestem podatna i przywiązuję się do oprawców.

    A pogoda taka, że chyba zaraz wypróbuje strusią  poduszkę w warunkach biurowych, bo do niczego innego się dziś raczej nie nadaję.

     

    PS. Dwa dni temu wchodzimy do Lidla po banany, a tam trąbka!… Litości!…

    by Barbarella at listopad 19, 2014 10:01

    Blog do czytania

    Wpół do weekendu #21 – Światowy Dzień Toalet

    Kolejne „śmieszne” święto w kalendarzu? Nie do końca. Na początek ostrzeżenie – jeśli brzydzi Was czytanie o toaletach i rzeczach z nimi związanych, to może odłóżcie to, co obecnie jecie. Nie będę wchodził na pola ekstremalne, ale nie wiem, jaką kto ma wrażliwość. Moglibyście pomyśleć, że dzisiejszy Światowy Dzień Toalet niczym (poza nazwą) nie różni […]

    by mrcichy at listopad 19, 2014 10:00

    Eksribicjonizm kontrolowany

    Zupo pospolita, polska

    O tym, jak się żyje na diecie zupowej.

    W ostatnim hefalumpowym podsumowaniu miesiąca pisałam Wam o tym, że gotuję zupy jak szalona, na akord, jak gdyby zależały od tego losy świata. Zrobiła się z tego prawie dieta zupowa! Prawie, bo to nie dieta, tylko zwyczajne jedzenie zup. Taki mały eksperyment, sprawdzenie, jak długo jesteśmy w stanie żywić się w ten sposób.

    Idealne na jesień
    Zupa w sezonie jesienno-zimowym to danie doskonałe. Nie dość, że stanowi pełnowartościowy posiłek z dawką witamin i rozgrzewa, to jeszcze bardzo szybko się ją przygotowuje i doskonale odgrzewa. A jako że ostatnio jestem w permanentnym biegu (o czym też niedługo napiszę), to niewiarygodna wartość. Gdyby nie zupa, musielibyśmy musielibyśmy żywić się makaronem z pesto. Na dłuższą metę to nudne, niezbyt zdrowe... i niezgodne z metodą Montignaca.

    Z czego zrobić zupę?
    W sklepach zwykle spędzam sporo czasu, bo pilnie studiuję etykiety. Dlatego nie sięgam po zupy w proszku - zawierają mnóstwo niepotrzebnych dodatków zagęszczających czy dodających smaku. Fu. Za to cenię sobie pasteryzowane półprodukty w kartonie - przetarte pomidory czy czysty barszcz stanowią dobrą bazę do dalszych przeróbek, pod warunkiem, że prócz warzyw nic tam nie ma. (Chociaż i to potrafi wprowadzić błąd - krem brokułowy w kartonie z Horteksu ma skład praktycznie taki jak ten, który wychodzi spod mojej ręki, a smakuje obrzydliwie.) Często sięgam też po warzywa mrożone (szczególnie groszek, brokuły, fasolkę szparagową, szpinak) lub takie w puszce (głównie strączkowe: soczewicę, ciecierzycę, fasolę). Ale nawet jeśli gotujecie ze świeżych składników, zrobienie zupy-kremu zajmuje jakieś 20 minut.

    Sposób na szybką zupę
    Nie będę podawać Wam dokładnych przepisów, bo większość zup robię na oko. Roztapiam w garnku łyżkę masła, podsmażam pokrojoną w piórka cebulę, dorzucam główny składnik, podduszam, zalewam bulionem, ewentualnie gotuję do miękkości, miksuję na krem, czasem zabielam słodką śmietanką albo jogurtem. Nie zagęszczam mąką ani zasmażką, czasami dodaję małego ziemniaka, ale zazwyczaj cebula załatwia sprawę.

    Nie zawsze jest różowo
    Jedyną trudnością przy żywieniu się zupami jest fakt, że On ma uczulenie na kilka bardzo popularnych w Polsce warzyw. Ostatnio po pomidorowej zamawianej na telefon cierpiał przez pół dnia, bo część pomidorów dla oszczędności zastąpiono dużą ilością marchewki. Życie z alergikiem nauczyło mnie jednak unikać tego, co biedaka uczula. Omijam składniki tak oczywiste jak rzeczona marchewka czy seler, nie mogę jeść uwielbianego kremu z kukurydzy, a z zieleniny do posypania zupy używam tylko koperku.

    Mimo to polecam z całego serca! Zupy są zdrowe, lekkostrawne i po prostu pyszne. Pewnie w dodatku odchudzają, czego nie mam czasu sprawdzić - zawsze przypominam sobie o wadze w takich momentach jak teraz, w tramwaju. Jednak jeśli też chcielibyście spróbować, jak to jest na diecie zupowej, niżej znajdziecie nasze menu. Gwiazdką zaznaczyłam te zupy, które jedliśmy w ciągu ostatnich tygodni. Zainspirujcie się i... smacznego!

    ZUPY ŻÓŁTE:
    - vichyssoise - francuska z porów i ziemniaków *
    - cebulowa - krem na białym winie
    - cytrynowa z mlekiem kokosowym
    - curry z soczewicą i ananasem *

    ZUPY CZERWONE I POMARAŃCZOWE:
    - pomidorowa z makaronem *
    - krem z pieczonej papryki
    - krem dyniowy
    - krem z batatów
    - barszcz z krokietami *

    ZUPY ZIELONE:
    - krem groszkowy *
    - krem brokułowo-szpinakowy *
    - ogórkowa

    ZUPY POZOSTAŁE:
    - krupnik
    - żurek
    - grzybowa z makaronem *
    - serowa z grzankami czosnkowymi
    - azjatycki ramen *

    by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at listopad 19, 2014 09:26

    Anrzej rysuje

    PKW

    pkw_1Rysunek opublikowany na wyborcza.pl 17 listopada. Link: http://goo.gl/SxgeRo

    by Andrzej at listopad 19, 2014 08:52

    Dzieciowo mi

    Alimenty na… rodziców?

    Wiadomo, że jak nas ktoś puści w trąbę, mamy prawo domagać się alimentów. I tak się najczęściej dzieje. To, jaka jest skuteczność egzekwowania obowiązku alimentacyjnego wobec dziecka, to inna sprawa. Podobno jest to w Polsce całe 14%. Szał ciał i uprzęży. Alimenty na dziecko są więc czymś powszechnie znanym i w pewnych sytuacjach oczywistym. Mało kto jednak wie, że w prawie istnieje obowiązek alimentacyjny wobec… rodziców.

    Nie muszą być to rodzice biologiczni. Mogą być adopcyjni, może to być ojczym lub macocha. Dlaczego w ogóle taki zapis istnieje? Powód jest prosty – żeby chronić rodzica. Rodzice mają więc możliwość domagać się od nas wsparcia w zamian za wszystkie lata, kiedy podcierali nam tyłki, prali zarzygane koszulki, kształcili i wychowywali. My mamy możliwość domagać się alimentów od naszych dzieci.

    Nie zawsze jednak i to nie jest tak, że rodzica zna się jedynie ze zdjęcia, bo lat temu dwieście dał nogę i nas zostawił, a teraz otrzymujemy uprzejme pismo z uprzejmego sądu. Nie. Są pewne przesłanki, które muszą być spełnione, by obowiązek alimentacyjny mógł być wprowadzony w życie, i są czynniki, które zaistnienie tegoż uniemożliwiają.

    Przede wszystkim rodzic musi być w niedostatku. Niedostatek interpretuje się jako stan, w którym rodzice nie są w stanie zaspokoić swoich uzasadnionych potrzeb, wszystkich lub ich części. Mniemam, że stan niedostatku zaistnieje na przykład u osoby, której jedynym źródłem utrzymania jest emerytura rolnicza w wysokości 600 zł. Są takie, żebyście się nie zdziwili. Wyżyjesz za 600 zł? Nie wyżyjesz, a przynajmniej jest to niezwykle trudne. To, czy dana osoba faktycznie znajduje się w stanie niedostatku, jest poddawane indywidualnej ocenie. Nie ma czegoś takiego, że poniżej 700 zł to już jest niedostatek, a powyżej nie.

    Drugim wymogiem do zaistnienia obowiązku alimentacyjnego jest to, by dziecko miało możliwości finansowe, żeby ten obowiązek alimentacyjny spełnić. Inaczej mówiąc, musi otrzymywać dochody, które pozwalają mu na utrzymanie siebie (i rodziny). Mogą to być dochody „klasyczne”, czyli wynikające z zatrudnienia (w różnej formie), może być to renta lub emerytura, a mogą być to również zyski z posiadanych akcji lub zyski z jednostek funduszy inwestycyjnych (tu prywata, jakby ktoś chciał więcej o hajsie poczytać, to zapraszam do mojego innego ogródka na mamoneo.pl).

    To nie jest jednak tak, że obowiązek alimentacyjny następuje zawsze. Kodeks rodzinny i opiekuńczy w art 144. mówi, że jeśli żądanie alimentów jest sprzeczne z zasadami współżycia społecznego, to dziecko może się od tego obowiązku uchylić. Co to są zasady współżycia społecznego? No cóż, tego właśnie nie zdefiniowano, dlatego każda taka sprawa rozpatrywana jest indywidualnie.

    Jeśli więc rodzic przed laty dał nogę i nie utrzymywał kontaktów z rodziną, a teraz wnioskuje o alimenty, to może ich nie otrzymać. Jeśli miał obowiązek kiedyś płacić alimenty na dziecko i od tego obowiązku się uchylał, to jego żądanie względem dziecka będzie sprzeczne z zasadami współżycia społecznego. Jeśli pił, bił i zaniedbywał – tak samo. Inaczej mówiąc, jeśli dziecko udowodni przed sądem, że doznało od rodzica krzywdy, to alimenty nie zostaną zasądzone, bo nie może być tak, żeby osoba pokrzywdzona utrzymywała krzywdziciela.

    Obowiązek alimentacyjny nie zaistnieje również, kiedy w stan niedostatku rodzic wprowadził się na własne życzenie. Może być tak, że przepija, co ma, i nie chce poddać się leczeniu, albo że ma możliwość podjąć pracę, a tego nie robi, albo że ma przyznane prawa emerytalne, ale woli ciągnąć od dzieci (głupie, ale teoretycznie możliwe), albo jeśli ma pracę, ale ją lekkomyślnie rzuca (na zasadzie pier…lę, nie robię).

    Ważne jest też to, że obowiązek alimentacyjny przed dziećmi ciąży na… małżonku. Jeśli więc ktoś znajduje się w niedostatku, a ma żyjącego męża lub żonę, w pierwszej kolejności wnioskuje o alimenty od tej osoby. Wiedzieliście o tym? Jeśli zostanie udowodnione, że małżonek nie jest w stanie wywiązać się z tego obowiązku, wówczas spada on na dzieci.

    Jeśli już faktycznie sąd alimenty na rzecz rodzica zasądzi, nie muszą one być wypłacane w formie pieniądza. Można np. kupować lekarstwa, odzież, artykuły spożywcze itp.

    Tak, to trudny i smutny temat, ale życie różnie się układa. W większości przypadków pomoc starym, schorowanym rodzicom jest czymś oczywistym, ale bywa też inaczej. Sami też nie możemy być niczego pewni. Staramy się, wychowujemy nasze dzieci, ale jaką mamy gwarancję, że kiedy będziemy starzy, one wyciągną ku nam pomocną rękę? Żadnej. Warto mieć tego świadomość.

    Pisząc tekst korzystałam z artykułów zamieszczonych na prawo.gazetaprawna.pl oraz www.infor.pl. Zdjęcie z pixabay.com.

    by kruszyzna at listopad 19, 2014 08:39

    Od rana do wieczora

    Z szydełkiem przez świat

    Napisałam o szydełkujących mamach i babciach, można też pooglądać wydziergane przez nie ubranka dla dzieci, które mnie zachwyciły.

    Zapraszam do lektury mojego artykułu w Onecie.

    by Chuda at listopad 19, 2014 07:07

    zycie na kreske

    Kura pazurem

    Jadę

    Kiedy czytacie ten post, ja pomykam sobie autkiem w moje rodzinne strony. Wyszykowałam się pięknie. Wczorajszy dzień spędziłam na zakupach. Toż trzeba było sobie eleganckie spodnie i bluzeczkę na tę okazję zakupić. Ba! Poszłam do sklepu i nawet wszystko, co chciałam, na mnie pasowało. Nawet w depresję nie popadłam po tych zakupowych szaleństwach. Nikomu tętnicy nie przegryzłam, w gatkach po sklepie też nie łaziłam. Normalnie sukces nad sukcesy!

    StargardDziś czeka mnie spotkanie autorskie w mieście, w którym się wychowałam. Mieszkałam tam od urodzenia, ciurkiem przez czterdzieści lat na tym samym osiedlu. Raz tylko rodzice się przeprowadzili z bloku do bloku, ale dziesięć metrów dalej. Miałam wtedy trzy lata i pamiętam pierwsze wrażenia z nowego mieszkania. A potem zostałam tam już do czterdziestki.

    Los tak sobie ze mnie zadrwił i przerzucił mnie ze Stargardu Szczecińskiego do Starogardu Gdańskiego. Wszyscy zawsze mylą te miasta, więc każdy mieszkaniec wie, gdzie leży ten szczeciński i ten gdański. I w zasadzie jedyna sprzeczka, jaka się toczy w naszym domu to ta, która dotyczy wyższości Stargardu nad Starogardem (lub odwrotnie). Tak się z Mężusiem przepychamy. Że tam nie ma rynku, tu jest, tam większe miasto, tu mniejsze, tu gwara, tam nie ma. Że tam oczywiście bardziej zadbane niż tutaj (to ja tak twierdzę), tam obwodnica… I mogłabym tak w nieskończoność. Ale przyznam jednak, że to moje nowe miejsce kocham. Nigdy nie czułam się tak dobrze w swoim domu, jak teraz, dlatego tak niechętnie z niego wyjeżdżam. Dobrze mi tu. Znalazłam swoją przystań, swój azyl.

    starogard1No, ale teraz pomykam w sentymentalną podróż. Spotkam swoje koleżanki, przyjaciół, współpracowników… Ech, i przyznam, że mam lekką tremę. Bo jak będzie, nie wiem. Najpierw czeka mnie nagranie w radiu, a potem spotkanie autorskie. W międzyczasie obiad u mojej koleżanki Kasi. Obiecała mi domowe „SPA”. Po podróży będę się doprowadzać do porządku w jej łazience, żeby z kury przekształcić się w człowieka. Nie wiem, jak skończy się ta przemiana, ale obiecuję, że wrócę w starej postaci. Rozczochrana będzie na swoim miejscu.

    Trzymajcie więc mocno kciuki. Jak wrócę, to wszystko opowiem.

    *

    *

    *na zdjęciach (z Wikipedii) po lewej Stargard Szczeciński, po prawej na dole Starogard Gdański (Szczeciński ładniejszy, nie? toż to „perła Pomorza” z perłami gotyku) :lol:

    by anna at listopad 19, 2014 03:34

    Bazarek Handmade

    zeberka


    zeberka- nieco roztrzepana maskotka- aż się rwie się do dobrej zabawy.
    zeberka ma ok 20cm długości i 18cm wysokości, wypełniona jest antyalergicznym włóknem
    cena 33zł (plus 8zł koszt przesyłki)
    ...
    jeśli jesteś zainteresowany/a kupnem, napisz:
    nielot.13@poczta.onet.pl 

    by ania konieczna (noreply@blogger.com) at listopad 19, 2014 02:38

    listopad 18, 2014

    Domowa kuchnia Aniki

    Lazania z mięsem, dynią i suszonymi pomidorami

    Lazania z mięsem, dynią i suszonymi pomidorami




    Pomysł na tę lazanię zaczerpnęłam z broszurki z Lidla z przepisami kulinarnymi. To tylko pomysł na dodanie do lazanii dyni i suszonych pomidorów, a zrobiłam ją całkiem po mojemu. Zresztą przepis na pyszną lazanię, którą robię tak samo od lat jest TUTAJ. Ale ta wersja z dynią i suszonymi pomidorami była równie smaczna, więc polecam serdecznie. Spróbujcie. Przy lazanii jest trochę pracy, ale warto zrobić ją od czasu do czasu i delektować się potem tym pysznym włoskim "wynalazkiem":-).
    Z podanych składników wychodzi duża lazania na jakieś  6 dużych  porcji, a piekę ją w ceramicznym naczyniu o wymiarach:25x35. W moim naczyniu na każdą warstwę używam 3 płatów lazanii.
    Zdjęcia lazanii średnie, ale nie jest rzeczą łatwą bez uszczerbku wyjąć gorącą lazanię z naczynia, w którym się piekła. Zimna kroi i wyjmuje się łatwiej, ale kto by jadł zimną:). U nas jak zostaje to odgrzewam ją w piekarniku na drugi dzień, wcześniej ją krojąc. Oj, jaka jest wtedy równiutka. Gdybyście tak robili, to trzeba ją przykryć folią aluminiową, bo inaczej ser się spiecze.
     









    Składniki:
    • 15 płatów lazanii
    • 800 g mięsa wieprzowego
    • 800 g dyni
    • passata pomidorowa ( u mnie 800 ml )
    • 1 słoiczek suszonych pomidorów w oliwie ( 240 g )
    • sól
    • pieprz
    • 3 ząbki czosnku
    • 1 cebula
    • oregano
    • bazylia
    • 2 łyżki masła
    • 2 łyżki mąki
    • nieco ponad 1 szklanka mleka
    • biały pieprz
    • gałka muszkatołowa
    • ser mozzarella w bloku ( ok 500 g )
    • olej do smażenia
    Sposób wykonania:
    •  Dynię pozbawiamy miękkiego wnętrza, a miąższ  pieczemy w piekarniku w kawałkach w formie łódeczek w 180 stopniach ok 44 minut. Studzimy i miąższ oddzielamy od skórki
    • Cebulę drobno siekamy i wrzucamy na rozgrzany olej ( 2 - 3 łyżki ). Całość przygotowuję w dużej patelni typu wok. Gdy cebula jest już zeszklona dodajemy przeciśnięty czosnek i chwilę razem smażymy
    • Do cebuli dodajemy następnie zmielone mięso. Solimy, doprawiamy pieprzem i smażymy, aż mięso się upiecze, mieszając, aby nie zbiło się w grudki
    • Gdy mięso jest już gotowe wlewamy do niego passatę i zagotowujemy. Następnie dodajemy posiekany miąższ dyni i odsączone z oleju i drobno posiekane suszone pomidory. Gdyby całość była za gęsta można podlać niewielką ilością wody. Wszystko razem dusimy ok 10 minut doprawiając w tym czasie farsz do lazanii bazylią, oregano, i ewentualnie solą czy pieprzem
    • Mięsny farsz gotujemy do czasu, aż wytraci zbędny płyn ( farsz ma być mocno wilgotny, ale nie płynny)
    • Ser ścieramy na tarełku o dużych oczkach
    • Przygotowujemy sos beszamelowy: w niewielkim rondelku roztapiamy masło, dodajemy 2 łyżki mąki i mieszamy do uzyskania gładkiej masy. Następnie należy dolać część mleka i mieszać trzepaczką, aby nie powstały grudki. Gdy sos zaczyna gęstnieć dolewamy kolejną część mleka i mieszamy, aż zgęstnieje. Dodajemy przyprawy: sól, pieprz i gałkę muszkatołową. Zdejmujemy z ognia. Sos powinien mieć konsystencję dość gęstej śmietany
    • Kolejny etap to przygotowanie makaronu: w dużym garnku z lekko osoloną wodą obgotowujemy każdy płat lazanii ok. 4-5 minut  /ja wrzucam zawsze po 5 - 6 płatów lazanii i pilnuję, aby się nie posklejały/
    • Podgotowany makaron wyjmujemy z wody i układamy osobno na talerzach, tak aby płaty się nie posklejały
    • Formę smarujemy oliwą z oliwek i na spód kładziemy warstwę makaronu. Smarujemy ją cienko beszamelem, na to nakładamy nadzienie mięsno-pomidorowe i posypujemy delikatnie serem startym na tarce o grubych oczkach. Te czynności powtarzamy do wyczerpania składników w kolejności: makaron, beszamel, nadzienie mięsne i ser. Mi z takiej ilości nadzienia wychodzą 4 warstwy mięsne, choć wszystko zależy od wielkości formy.
    • Na samą górę kładziemy makaron, smarujemy beszamelem i grubo posypujemy startym serem i posypujemy oregano
    • Zapiekamy ok 20 - 25 min w piekarniku rozgrzanym do temp. 180 st. C, aż ser  się przyrumieni
     

     

        by Anika (noreply@blogger.com) at listopad 18, 2014 11:53

        TUV

        o tym w jakim tempie można przejechać 10 km…

        drogą szybkiego ruchu A1

        - co jest najgorszego w Sosnowcu?

        -?!?!

        - Autobus do Katowic ….

        Tak proszę państwa.Otóż w dniu dzisiejszym , trasę  DZIESIĘCIU KILOMETRÓW, drogą prostą jak strzelił, pokonałam autobusem komunikacji miejskiej w czasie…

        GODZINA I TRZYDZIEŚCI PIĘĆ MINUT !!!!!!!! ( ja taką trasę pokonuję w GODZINĘ PIECHOTĄ !!! – sprawdziłam ! )

        wsiadłam do autobusu o 16,25 , wysiadłam o 18,00 przystanek wcześniej bo inaczej byłaby jeszcze pół godziny później!!!

        ba,wysiedli wszyscy pasażerowie słusznie mniemając że dalsza podróż per pedes będzie szybsza…

        Zastanawiam się czy aby następnym razem nie jechać pociągiem…

        Cóż.

        Wąskie gardło to wjazd do Katowic.Z tym że korek zaczyna się już na wysokości naszego miasta,prawdaż…

        A dziś – wypadek w tunelu. Tunel zamknięty przez prawie trzy godziny !!! – nieprawdą jest relacja z wypadku głosząca że godzinę. Jaja sobie robicie ? JA JECHAŁAM półtorej ,a potem jeszcze X-men i też był zamknięty.

        Zderzyło się pięć samochodów na wyjeździe z tunelu w stronę Chorzowa.CZA ROW NIE…

        by Tuv at listopad 18, 2014 10:00

        notatki na mankietach

        IMG_7981

        Jako, że samochód został zakupiony, trzeba było go wypróbować.

        Pogoda śliczna, ponad 30 st C, warto gdzieś pojechać poza mury miasta. No i tu zaczal sie dylemat, bo juz wlasciwie wszedzie byliśmy…
        Punta Lara odpadła, ponieważ mozna sie tam dostac komunikacja miejska z La Platy, wiec na samą myśl o tłumach, które tam będą, zrobiło mi się słabo.
        Chascomus, miłe i przyjemne, jednak trochę za daleko jak na pierwszą podróż starym, używanym samochodem o którym nie wiemy nawet, czy ma wszystko sprawnie działające.

        Padło więc na starą wypróbowaną metodę: siadam nad mapą i znajduję miejsca, gdzie mnie jeszcze nie było, a ktore wydaja sie interesujace. W tenże sposób znalazlam cos nazywające się Balnearios La Balandra.
        Że jakieś kąpieliska. Zdjęcia nawet znalazłam na sieci jakies, nie wygladaly zle. Myslę sobie: asfaltowa droga konczy sie ok. 2 km przed tym miejscem, dojazd tylko i wylacznie samochodem… no nie moze byc tam tlumów, nie moze byc tak zle…
        Zresztą, zdjęcia na google maps prezentują sie calkiem niezle. Zarosniete brzegi rzeki, spokoj cisza…

        No to pojechalim, prawdaż. 84 km w jedna stronę, z czego większość autostradą do La Platy.

        IMG_7957

        Pampa jaka jest, każdy widzi. Czytaj: płaska, zielona i nudna do obrzygania…urozmaicenie krajobrazu stanowią pasące sie krowy, konie, czasami jakis kanał. Szał ciał!!!

        Droga asfaltowa z kazdym kilometrem sie pogarszala, ale moja podejrzliwosc wbudzila dopiero gruntówka. Zakurzona tak, jakby tam sie jakies rodeo odbywalo!!!

        IMG_7963

        No i kuźwa, odbywalo sie :-/
        Po dojechaniu na miejsce zaprezentowal nam sie krajobraz typu Mielno lata 90-te czyli osrodek wypoczynku klasy robotniczej, soli ziemi argentynskiej. Pomiedzy drzewami zaparkowane najrozniejszej masci i stanu samochody, porozkladane dookola nich rodzinki z calym dobytkiem, nie wylaczajac psów, dzieci, mate, parilli i przyleglosci. Kramy. Budy. Parille i NAWET jakis, pozal sie boze, DJ. Z mikrofonem i zespołem typu UMC-UMC-poszly-konie-po-betonie.

        IMG_7970

        Kible w stanie takim, ze lepiej nie wspominac, oraz duza do nich kolejka. Wszędzie smiecie. Oraz bajorka, glinianki i moskity. Oraz, jeżdzące po tym quady z kierowcami uwalanymi błotem od pięt do czubka głowy. Oraz, kaczki pomykające przez te glinianki. Miejscami kury. I psy.
        Cud, miód i malina.

        IMG_7974

        Ba. Był nawet pan z koniem i doczepionym drewnianym czyms-takim z hakiem, ktore to-coś słuzylo jako zastępnik slipa i jak widać na zdjęciu holował łódź do wody….

        IMG_7965

        Nie, nie moje klimaty.
        Chlop wszedl do wody, poplywal sobie troche, i pojechalismy spowrotem…

        IMG_7981

        TU wszystkie zdjęcia z opisami.


        by futrzak at listopad 18, 2014 07:18

        Kurlandia

        Szafka na klucze

        Gotowe. Tylko wieszać kluczyki…

        ***

        by Iga at listopad 18, 2014 06:57

        Notatki na marginesie

        fiu fiut

        Czasu mam mało, bo po pracy lecę na uczelnię i wracam do domu po dwudziestej. I tak cztery razy w tygodniu a czasem pięć. Trzymam się też programu "10 tysięcy kroków dziennie" i w związku z niezachęcającą  pogodą nadrabiam w domu na stepperze. Oglądam przy tym filmy albo seriale, bo przecież nałóg przede wszystkim:). Kupiłam sobie wagę i ważę się kilka razy dziennie  narażając się na stany euforyczno-depresyjne. Ustaliłam dzienne (sic!) wahania wagi do trzech kilo. Trzy kilo! I nie, nie ważę się w glanach.  Z kotem też nie. Kota nie mam.  W związku z tym, że od dwóch tygodni waga nie zeszła ani deko poniżej najniższego zanotowanego wyniku to już chciałam pizdnąć w kąt tę całą wagę i zapomnieć o kontroli, kiedy od niechcenia sięgnęłam po miarkę. Centymetr miej w obwodzie przy niedbałym mierzeniu na ubrania. Znaczy mozolnie to mozolnie, ale coraz bliżej celu.

         Czytam i uczę się w każdej wolnej chwili, więc nie mam melodii do pisania. Łatwo nie jest. Ale jest cudnie! Utwierdziłam się w przekonaniu, że uwielbiam się uczyć (ciemna strona tej cechy objawia się tym, że lubię też rozmawiać o tym, czego się nauczyłam i to może być trudne do zniesienia w kontaktach prywatnych ze mną. Mogę się mądrzyć, choć staram się nie:)

        Zrobiło na mnie ogromne wrażenie „40 prac badawczych, które zmieniły oblicze psychologii” pod redakcją Rogera R. Hocka. Wiele eksperymentów znałam wcześniej, ale zebranie ich w jednej publikacji stanowi dodatkową wartość  przez sam dobór. Każde badanie budzi refleksje o naszym mniej lub bardziej uświadomionym człowieczeństwie. O każdym można gadać długo i kwieciście Polecam bardzo.. Ostatnio z takim zapałem i radością to chyba Richarda Feynmana czytałam.

        Córka moja nieodrodna się zakochała. Intelektualnie się zakochała w dorobku naukowym i pracach badawczych  behawiorysty - Vilayanura Subramaniana "Rama" Ramachandrana. Zrobiłam kopiuj wklej z wikipedii, bo przecież nie sposób się tego nauczyć:). Kiedyś będę musiała, jak dziecię  zacznie z tym panem pracować.

         A tymczasem w wyborach samorządowych największą pulę zgarnął PiS. Trochę się boję, ale jeszcze nie panikuję. W kontekście ostatnio zgłębianej psychologii społecznej i socjologii doprawdy wcale mnie nie dziwi krótka pamięć wyborców. Tylko mi smutno i jestem rozczarowana.

        Ja już nie chcę mówić o patriotyzmie w ujęciu narodowym (idea narodów zupełnie mnie nie przekonuje), ja się pytam jak mam dalej Olsztyn kochać? Wybory prezydenckie wygrał w cuglach Czesław Małkowski -  były aparatczyk, szef lokalnej cenzury, nauczyciel (o zgrozo!) historii, były prezydent Olsztyna,  gwiazdor afery rozporkowej, która ciągnie się od 6 lat przed sądem nie może zakończyć się wyrokiem. Jego przeciwnikiem w drugiej turze będzie obecny prezydent Piotr Grzymowicz, który mieszkańcom Olsztyna dał się we znaki inwestycjami, które wielu uważa za niefortunne. Obawiam się, że ten drugi nie ma szans.

        To smutne, że w Olsztynie jest większe przyzwolenie na dyskryminację kobiet w pracy,  molestowanie i gwałt, większe  przyzwolenia na machanie chujem (dosłownie i w przenośni) przez urzędnika państwowego niż na… tramwaje.

        Proszę sobie darować  domniemanie niewinności. Ci, którzy nie głosowali na Małkowskiego przez ciążące na nim (jeszcze nieudowodnione)  zarzuty wykazują się większa przyzwoitością od tych, którzy (również nie czekając na wyrok) dyskredytują ofiary nie przebierając w słowach i środkach.

        Skoro w polityce chodzi o to, kto ma „większe jaja” i o postrzeganie kobiet w w sferze publicznej przez pryzmat „suk”, które dają lub nie, to może oszczędźmy sobie następnym razem kosztownej kampanii wyborczej i udawania, że mamy prawdziwy wpływ i jakiś wybór. Może zagrajmy w otwarte karty i postawmy na rozrywkę w stylu "Mam talent" ustawimy kandydatów w rządku w studiu telewizyjnym u Moniki Olejnik czy Tomasza Lisa, poprosimy o spuszczenie spodni i prezentację atutów. Oglądalność może nie będzie aż taka jak przy "Rolnik szuka żony", ale umówmy się, bliższa rolnikowi żona niż prezydent miasta. Pod warunkiem, że mu tej żony nie będzie chciał bzykać. 

        Gorzej nie będzie.   

        

         

         

        by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at listopad 18, 2014 02:57

        Ojciec Wwwirgiliusz chowa dzieci swoje

        Basenowi anarchiści

        Zauważyliście, że na wszystko już są metody? I fachowcy? Nic już prawie nie zostawiamy przypadkowi. Koleżanka namawia Królową Matkę na kurs wiązania chusty. Dwudniowy. Naukowa jazdy na rowerze wymaga zakupu podręcznika, który waży więcej niż dwa tomy Gry o Tron. O tym czy i kiedy dziecko sadzać na nocniku eksperci wydrapują sobie oczy, twierdząc, że miesiąc w te czy wewte może zaważyć na tym, czy zamiast normalnego człowieka z syna wyrośnie nam lokalny Kuba Rozpruwacz. Mam wrażenie, że zaraz padnie pytanie, jaką metodą uczymy chodzić Miłego Młodego Człowieka. Małe kroczki Steva Jojejsoma, czy też Nie bój się pacnąć na pupę Olego Olsena? Tutaj na szczęście jesteśmy jeszcze radosnymi anarchistami i może dlatego MMC już doskonale radzi sobie na dwóch kończynach, choć rozwój chodzenia zaowocował regresem w mówieniu. To podobno normalne. Facet jak coś robi to przy tym nie gada. Odnosi się to i do jazdy samochodem, oglądania telewizji czy słuchania drugiego rozmówcy. Kobieta zupełnie odwrotnie,  ale zostawmy temat różnic płci i mózgów damskich oraz męskich. Bo na basenie już wolności nie ma.

        // //

        Kiedyś jakiejś jej skrawki były. Gdy Oleńka zaczynała naukę zwaną oswajaniem z wodą, to łysy instruktor o wyglądzie recydywisty, co prawda pokazywał nam różne ćwiczenia a nawet na chwilę porywał córkę i wyczyniał z nią różne niegroźne wygłupy, ale generalnie mogliśmy robić to, co chcieliśmy. Niestety złote czasy recydywistów minęły bezpowrotnie.  Obecnie nic z tych rzeczy. Teraz nauczamy się bowiem według METODY DR JAKIEGOŚTAM, która nie przewiduje czasu wolnego. Przewiduje za to ściśle określony zestaw ćwiczeń poczynając od ćwiczeń rozgrzewających, ćwiczeń zamaczających, ćwiczeń wprowadzających, ćwiczeń zanurzających i tak dalej i tak dalej - bite 45 minut, po których czuję się, jakbym obejrzał wszystkie powtórki Rolnik szuka żony w wersji reżyserskiej.

        Znając profil psychologiczny naszych dzieci nietrudno się domyślić jaki jest stosunek MMC do tych ćwiczeń. No dokładnie. Ma je w tym miejscu, które opina basenowa pielucha. Ja jednak trochę się staram robić z nim, oczywiście nie wszystko. Metodą wypracowywaną w PRL przez pokolenia bumelantów udajemy że ćwiczymy, a jak tylko pani się odwróci robimy zupełnie coś innego, za to fajnego. Jednak powiedzmy sobie szczerze - samym idiotyzmem jest, że się w ogóle tym tak przejmujemy zamiast kazać pani się gonić do lasu i zupełnie oficjalnie popajacować w wodzie na przykład ostatni kwadrans. Królowa Matka ma już z tym większy problem. To znaczy jej się nawet nie chce udawać, że udaje i jawnie odmawia wykonywania poleceń. Szczególnie tych głupich. Dochodzi wtedy do tego typu dialogów:

        - A teraz wszyscy zanurzamy dzieci na trzy sekundy pod wodę, to znaczy liczymy 121, 122, 123. Pani dlaczego nie zanurzyła synka?

        - Swojemu dziecku niech pani tak zanurzy głowę - odpowiada zazwyczaj KM

        - Ja nie mam swoich dzieci

        - No raczej. Nie dziwię się. Jak by pani miała to by uciekły.

        I tak dalej. Domyślam się, że pani instruktor już niejeden basen olimpijski w poduszkę przez Królową Matkę wypłakała. To nam jednak nie wystarcza, bo stwierdziliśmy, że to jest straszne nieporozumienie. Płacimy ciężkie pieniądze, żeby jakaś taka metodystka z kościoła profesora JAKIEGOŚTAM robiła nam z basenu ciężkie roboty. Postanowiliśmy idąc za wiekową polską tradycją zacząć szemrać. Okazało się, że większość matek i ojców (czyli ja, bo  ten drugi jest tak wystraszony, że nawet nie umie się przedstawić, a co dopiero przeciwstawić władzy jakiejkolwiek) myśli na ten temat w sumie to samo - za dużo rygoru za mało zabawy. Naszemrawszy przeszliśmy do ataku. To znaczy konkretnie KM która wraz drugą dzielną matką wytoczyły instruktorce postulaty. Reszta kiwała potakująco głowami i powiedzmy sobie szczerze - jak na naród polski to już bardzo dużo. Bo nikt się nie odciął, nikt nie powiedział, że jemu się generalnie podoba. Dwadzieścia lat wolności jednak zaprocentowało. Tylko dlaczego do cholery potrzebowaliśmy do tego 2,5 miesięcy?

         

        // //

        by ojciec_wwwirgiliusz@NOSPAM.gazeta.pl at listopad 18, 2014 02:41

        Dzieciowo mi

        Babcia, dziadek i cały ten galimatias

        Uwaga, polecę banałem. Ta chwila, kiedy naszych rodziców przemieniamy w dziadków naszych dzieci, jest szczególna. Przemienienie może się odbywać, jak wiadomo, drogą cesarskiego cięcia lub siłami natury, ale od tej pory świat nie jest taki sam. Między nami a naszymi rodzicami i teściami tworzy się nowy typ relacji, pomijając już to, że nowy typ relacji tworzy się między nimi a naszymi dziećmi. Tworzy albo nie i o tym właśnie będzie.

        Kiedy więc nasi rodzice zyskują kolejną przestrzeń, na której przychodzi im zaistnieć, sam ten fakt rodzi spore emocje, a to, jak tę przestrzeń wykorzystują, jeszcze większe. Relacja między nami a dziadkami naszych dzieci to, myślę, jedne z najbardziej ogniotwórczych związków. Mogą być dla nas, rodziców, błogosławieństwem, a mogą stać się polem toksycznych zawirowań, prowadzących nawet do zerwania wzajemnych kontaktów.

        Jak to z tymi dziadkami jest? Czy są od rozpieszczania czy od korygowania naszych błędów wychowawczych? Czy powinniśmy scedować na nich część naszych rodzicielskich zadań (typowy przykład z nauką paciorka)? Czy przyjmować od nich rady i pouczenia, bo dłużej chodzą po tym padole, widzieli więcej i więcej wiedzą, czy też uznać, że wiedzą mało, bo teraz żyje się szybciej, wyżej, mocniej, a oni wyraźnie nie odnajdują się w galopującej rzeczywistości? Czy powinni nam pomagać przy dzieciach? A może lepiej niech się nie wtrącają?

        Wszystkie te pytania – tezę taką usiłuję postawić – pojawiły się wraz z głębokimi przemianami społecznymi, które nastąpiły w ostatnich trzydziestu latach. Wcześniej rodziny były wielopokoleniowe, co wynikało mniej z „polskiej tradycji”, a więcej z katastrofalnej sytuacji mieszkaniowej epoki PRL. Siedzenie na kupie było więc normą, mieszkanie z rodzicami, a potem dziadkami również. Dziadkowie w sposób niejako naturalny, z rozpędu, uczestniczyli w wychowaniu swoich wnuków, a nasi rodzice mieli w ich osobie pomoc, która jest, jakby co.

        My, jako pokolenie żyjące w kapitalizmie (drapieżnym, niestety, z racji jego początków i naszego kilkudziesięcioletniego zapóźnienia wobec Zachodu), pracujemy znacznie dłużej niż nasi rodzice, a nasze życie znacznie bardziej pędzi. Znacznie później przejdziemy na emeryturę (jeśli przejdziemy, rzucił ktoś sarkastycznie z tylnego rzędu), a zupełnie zmieniony rynek pracy wymusza na nas znacznie większą mobilność. Przeprowadzka do innego miasta w celu podjęcia pracy to dzisiaj żadna rewelacja, przeprowadzka za granicę także. Większa dostępność mieszkań (no, bez przesady z tą dostępnością, ale fakt, coś drgnęło – doszło z tylnego rzędu) sprawia, że nie ma dziś konieczności mieszkania wespół w zespół, i raczej wybieramy mieszkanie osobno niż z rodzicami. Dzisiaj nas i naszych rodziców dzielą znacznie większe odległości.

        Zmieniła się też mentalność ludzi, co jest pochodną zmian w całej strukturze społecznej. Cenimy sobie większą prywatność i intymność, nie życzymy sobie, żeby ktoś nam się wtrącał, a już nie daj Boże powie, że ja w twoim wieku. Znacznie więcej pracujemy, znacznie mniej jesteśmy w domu, wychodzimy, wyjeżdżamy, bierzemy fuchę za fuchą, bo jesteśmy też o niebo bardziej zadłużeni niż nasi rodzice, a rzeczywistość stawia przed nami o wiele większe wymagania, więcej się od nas oczekuje. Nie chcemy, by ktokolwiek mówił nam, co mamy myśleć, nie mamy autorytetów, a jeśli mamy, to z pewnością nie są to nasi rodzice.

        I w tym wszystkim nagle pojawia się dziecko. Wydaje mi się, że naszym problemem jest oczekiwanie, że upieczemy dwie pieczenie przy jednym ogniu. Z jednej strony chcemy, żeby nasi rodzice aktywnie pomagali nam w opiece nad naszymi dziećmi, bo przecież my pracujemy a i stabilność naszego zatrudnienia jest bez porównania mniejsza niż w czasach PRL, kiedy to dziadkowie jako młodzi ludzie wkraczali na rynek pracy. Z drugiej strony chcemy zachować tę intymność i niezależność, jaką wypracowaliśmy sobie po wyprowadzce z rodzinnego domu. Czy można się dziwić, że powstają spięcia?

        by kruszyzna at listopad 18, 2014 01:42

        Blog do czytania

        Pomagasz? Uważaj, to może być ukryta kamera!

        Taka sytuacja: podchodzi do Ciebie zakrwawiony człowiek. Błaga o pomoc. Szybko – jaka jest Twoja pierwsza myśl? Gdzieś w Polsce porwano mężczyznę. Związano go. Torturowano. Chociaż był psychicznie i fizycznie wyczerpany, chociaż był przykuty łańcuchem do krzesła – zdołał uciec. Brzmi jak scenariusz filmu? Niestety, to prawda. To, co wydarzyło się potem, przypomina kiepski film. […]

        by mrcichy at listopad 18, 2014 12:47

        Anna Sakowicz

        Rzeźby w maśle

        Czasami jedynym sposobem na zapanowanie nad własnym życiem jest pisanie. Ubrane w słowa, poprzedzielane przycinkami i rozdmuchane powietrzem spacji wydaje się uporządkowane i logiczne. Można jeszcze je wyrzeźbić w maśle… Nożem delikatnie uformować tłuszcz… To nie będzie nic trwałego. Wystarczy wyższa temperatura, a rzeźba spłynie wspomnieniem dotyku „rzeźbiarza”, ale przecież potem można zacząć od nowa.…

        by anna.sakowicz at listopad 18, 2014 11:39

        Kura

        A na imię miałaś właśnie...

        Późny wieczór,

        Rozpłaszczona na kanapie oglądam serial.

        Brodoziak udaje, że układa książki.

        - Po co, po co to oglądasz? - B. jęczy.

        Oglądam dalej.

        B.tyłem do telewizora wije się z jakimiś papierami.

        - Po co to oglądasz? - mówi znowu do rulonu.

        - Czy ja cały czas jęczę jak ty oglądasz strzelanki (czytaj firmy gangsterskie)? - pytam płaskim głosem.

        B.łowi foliowe koszulki, które odfrunęły ze stołu.

        Oglądam dalej.

        Na ekranie jeden z bohaterów mówi dramatycznie do słuchawki  "Beatko, wróć!".

        B.odwraca się energicznie w kierunku telewizora.

        - Beatka wyjechała? - patrzy na mnie zaskoczony.

         !!!

         

        Pozdrawiam

        Kura

         

        PS Tytuł wpisu to fragment piosenki Janusza Laskowskiego "Beata z Albatrosa", 1962 .

        "A na imię miałaś właśnie Beata,
        Piękne imię musisz przyznać, miła ma.
        Zabierałem Cię co dzień na fregatę,
        Byś miłością swą upajała mnie".

        by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at listopad 18, 2014 11:38

        Od rana do wieczora

        Czy tylko mnie to wkurza?!

        Od linka do linka, od strony do strony. Niezbadane są ścieżki internetowe. Zainteresowałam się okołoszczepionkowym hejtem na Joannę, wylądowałam w serwisie, który normalnie omijam szerokim łukiem, bo mnie tak wkurza cenami z sufitu. I z miejsca trafił mnie szlag.

        Lista ofert pod tytułem „Tanie kurtki dziecięce”. Spójrzcie na pierwszą:

        zalando2Tania kurteczka za jedyne 779 zł. Cena okazyjna! Przed obniżką 999 zł!  Nic tylko kupować!

        Niedawno byłam w sklepie z rajstopami. Byłam, ha ha, raczej wpadłam przy okazji robienia Piotrusiowi zdjęć do dokumentów, zziajana, z Wojtkiem na rękach. Stanęłam przy stojaku z kolorowymi rajstopami, podeszła miła dziewczyna, powiedziałam jej, jakie chcę kolory, Wojtek się wyrywał, duszno mi było i niewygodnie, dziewczyna poszperała na stojaku, podeszła do innego, spojrzałam jeszcze na inne, wybrałam szybko łącznie trzy pary, przyszło do płacenia…

        - 93,50 zł – rzuciło dziewczę tonem lekkim jak obłoczek.

        Zamarłam.

        - Za trzy pary rajstop… – rzekłam tonem mrożącym obłoki w kulki gradu – To ile one kosztują?…

        I dowiedziałam się, że te dwie pary są po 24 zł z groszami, a te w kropeczki ponad 44.

        Za rajtki, które wcześniej czy później zaciągną się, wyleci w nich dziura czy coś.
        I w zestawieniu z kwotą lekki ton dziewczęcia, jakby zarabiała te 100 zł na godzinę.

        Być może, skoro mnie takie ceny oburzają, nie powinnam w ogóle wchodzić do tamtego sklepu. Pewnie ktoś kupuje rajtki po 4 dychy. Ale, do cholery, takie ceny nie są normalne!

        by Chuda at listopad 18, 2014 10:52

        Bazarek Handmade

        Rudolf

        Urocze kolczyki sztyfty! Wykonane z fimo, pokryte lakierem. Średnica - ok 5 mm

        Wykonanie  - KicaBijoux
        cena - 6 zł
        przesyłka  - 6 zł

        by Kica (noreply@blogger.com) at listopad 18, 2014 10:48

        zycie na kreske

        JUHUUUUU!!!!

        dobra, dziś jest TEN DZIEŃ!!! cieszę się, bo najchętniej od razu bym Wam powiedziała, ale obiecałam milczeć do oficjalnego podania wyników.
        mianowicie zrobiliśmy komiks i plakat na konkurs projektu Zgierz Otwarty iiiiii.... WYGRALIŚMY!!!!!!!!

        jasne, że cieszymy się nagrodą. ale chodzi o jeszcze coś ważnego (bo to jest tak, że jak coś jest niezgodne z nami, to nie rysujemy, nawet, jeśli kuszą wysokimi emeryturami): komiks będzie wykorzystany, żeby walczyć z dyskryminacją (m. inn. w stosunku do mniejszości etnicznych, wyznaniowych, seksualnych).

        dla nas jest to szalenie cenna okazja do tego, aby z tym, w co wierzymy, zadziałać na jeszcze większą skalę.

        no i pękamy z dumy, że zrobiliśmy coś, co wizualnie nam się bardzo podoba.

        przy okazji bardzo dziękujemy Pani Weronice, która nas zachęciła do udziału (i Wam, bo też podsyłaliście, że taka oto inicjatywa jest i warto się zainteresować).

        tymczasem tu dowód, że nie zmyślamy: KLIK!


        by pani od rysunkow (noreply@blogger.com) at listopad 18, 2014 04:35

        nic specjalnego

        627. Chyba mam problem

        Nie śmiejcie się, ale wczoraj wieczorem jakimś cudem dotarło do mnie, że święta
        jednak w dalszym ciągu funkcjonują . A tak naprawdę uświadomiło mi to moje
        dziecko, bo chce byśmy święta spędzili z nimi.
        Sądziłam, że skoro byliśmy w ub.roku, to teraz pojedzie do nich druga  babcia, a ja
        oddam się słodkiemu lenistwu, czyli pobarłożę do południa, pociamkam jakieś
        bezglutenowe ciasta typu  "ciasto bez mąki", święta będą bez karpia i innych ryb,
        najem się marcepanowych ciasteczek (bez mąki), zatopię się  w książkach, które mam
        zamiar kupic sobie "pod choinkę", której oczywiście nie mam zamiaru ubierac, ani
        nawet wstawic do pokoju.
        A tu okazuje się, że może mi to wszystko nie wypalic.
        I mam zagwozdkę - co kupic dzieciom, które mają niemal wszystko a w ich pokoju
        jest tyle zabawek ile ich posiada dobrze wyposażone przedszkole?
        Na co im kolejny samochodzik, autobusik tramwaj czy też pociąg?
        Półki się uginają od różnych książeczek i filmów DVD, gier.  Ubranka - u nich są lepsze
        gatunkowo.
        Jestem załamana, naprawdę. Do tego wszystkie sąsiadki i przyjaciółki drugiej  babci
        co rusz posyłają nowe zabawki, bo mój zięc był ich ulubieńcem, więc z automatu
        jego dzieci też są ich ulubieńcami. Nieważne, że zięc nie mieszka  tam już niemal
        czternaście lat.
        Przy problemie co kupic wnukom, prezenty dla dorosłych przestały byc dla mnie
        jakimkolwiek kłopotem.
        I tak zamiast się cieszyc, że tam jadę, wpadam pomału w czarną rozpacz.
        Wiem, wiem, mam świra.
                                                                            *****
        Czy wiecie, że taka zima będzie aż do połowy stycznia? Z jednej strony to dobrze,
        bo nie jestem fanką mrozu i  śniegu - z drugiej - wszelakie paskudztwa jak kleszcze,
        komary i inne takie rozmnożą się okrutnie.
        No ale skoro to ma byc ciepła zima, to czy nie byłoby milej gdyby cały czas była
         taka przyjazna dla człowieka temperatura +20 w cieniu i słońce???
                                                                         
                                                                           *****
        Bardzo ubawiła mnie radośc PiSu, że w wielu okręgach wygrali wybory. I co z tego,
        skoro nie mogą rządzic samodzielnie, a ich zdolnośc koalicyjna  oscyluje pomiędzy
        zerem a minus 1??? Nawet współrządzic nie będą, ot co. I to dla mnie najważniejsze.

        by anabell (noreply@blogger.com) at listopad 18, 2014 12:05

        listopad 17, 2014

        Slow Day Long

        Mikołajki tuż tuż. Może masz ochotę pomóc innym? No i przy okazji sobie!

        Zacznę od pewnej opowieści. O Ali, jej pokoju i zabawkach. Bo nasza córka ma ich naprawdę mało. Ponieważ sami jej ich nie kupujemy, a rodzinę w miarę udaje nam się upilnować, żeby nie zaskakiwali nas w tym względzie, to w jej pokoju znajduje się w zasadzie tylko to, czym naprawdę się bawi.

        Owszem, mamy kilka „baboli”, które trafiły do nas po różnych spotkaniach towarzyskich, ale i tak uważamy, że jest naprawdę nieźle. Zdarza się nawet, że niektórzy znajomi, którzy sami są rodzicami kilkulatków, przecierają oczy ze zdziwienia, że jest tam tak pusto. W porównaniu z innymi dziecięcymi pokojami oczywiście.

        Ci z Was, którzy nie mają dzieci, prawdopodobnie nie wiedzą, jakim problemem dla rodziców są niechciane zabawki. A uwierzcie mi, że jest czasami spory kłopot! Przymknijmy oko na to, że wiele z nich nie trafia w nasz gust. Pomińmy fakt, że niektóre zabawki są tak głośnie, że głowa zaczyna Was boleć na samą myśl o tym, że dziecko znów będzie się tym bawić. Pomińmy też fakt, że niektóre mogą być dla dzieci wręcz szkodliwe.

        Pisałam zresztą całkiem niedawno o książkowych babolach (kliknij TUTAJ), a z zabawkami jest podobnie. Najgorsze jest to, że bardzo często obdarowujący nie bierze pod uwagę gustu i zainteresowań samego dziecka i naprawdę fajne zabawki po prostu lądują w kącie nieużywane, a dziecko nie ma z nich żadnej radości, ani pożytku. Dorosłemu zaś, który je przyniósł, jest przykro, że znowu „nie trafił”.

        Popularnymi prezentami dla maluchów często są też ubranka. Tu o gafę jeszcze łatwiej. Ostatnio nawet pisałam o tym, że nie wszystkie dziewczynki noszą tylko róż (kliknij TUTAJ), ale przy prezentach, temat jest szerszy. Bo niektóre małe damy za Chiny Ludowe nie włożą sukienki. A niektórzy chłopcy nie ubiorą żadnej bluzki, która nie ma wizerunku z Pociągiem Tomkiem.

        Przykłady można mnożyć, a wystarczy zapytać rodziców, naprawdę! Ci chętnie podpowiedzą, czego potrzeba ich dziecku, czym się interesuje. Sami zaliczyliśmy kilka wpadek, np. kupując puzzle chłopczykowi, który zupełnie nie lubi ich układać, ale za to lubi bawić się resorakami… i w zasadzie niczym innym.

        W ubiegłym roku napaliłam się na taką mini kuchnię dla Ali. Piękna, drewniana, babcia sprezentowała jej na Gwiazdkę. Uroczo prezentuje się w jej pokoju, a problem jest w tym, że nasza córka w ogóle się nią nie bawi. Podobnie jak lalkami. Sama jej lalek nie kupuję, ale kilka dostała w prezencie. Są wśród nich fajne szmacianki, są też różowe plastikowe laleczki z blond włosami. Zainteresowania ze strony Alicji brak. I tak dalej. I tak dalej. I tak dalej.

        Najważniejsze, żeby nie wywalać pieniędzy w błoto, tylko wziąć telefon do ręki i zapytać rodziców dziecka, o czym ich pociecha marzy. Radość na twarzy malucha na pewno będzie dla nas nagrodą ze ten drobny „wysiłek”. Bo po co strzelać kulą w płot, jak można trafić prosto w serce?

        Jeśli myślicie, że to już koniec dzisiejszego wpisu, jesteście w błędzie. W sumie, to dopiero początek. Najlepsze zostawiłam na finał. Zbliżają się bowiem Mikołajki, a ja mam pewien pomysł, który pomoże nam, rodzicom, upiec kilka pieczeni na jednym ogniu.

        Po pierwsze, możemy się pozbyć wszystkich niepotrzebnych rzeczy dziecka, z którymi nie wiemy co zrobić, bo nie są zniszczone, a które tylko niepotrzebnie zajmują miejsce w naszych zawsze za małych mieszkaniach. Po drugie, możemy sprawić wiele radości komuś, kto bardzo tego potrzebuje. Po trzecie, możemy nauczyć nasze dziecko, że często dawanie sprawia więcej radości, niż dostawanie. Można go zaangażować w niesienie pomocy innym. A to przecież ważne, aby uczyć dziecko od małego robienia dobrych uczynków.

        Nasza znajoma Tamara, wraz ze swoimi koleżankami z wrocławskiej drużyny softballowej Hrabiny Softball Wrocław, od kilku lat organizuje doroczną zbiórkę na rzecz Domu Dziecka we Wrocławiu przy ulicy Lekcyjnej. To, co dla nas jest łatwo dostępne, a nawet często nam niepotrzebne, dla tych dzieciaków może być źródłem wielkiej frajdy.

        Wiecie, one nie mają nowych modnych ubranek, ani wypasionych zabawek. Dziewczyny postanowiły więc chociaż raz w roku przynieść im górę prezentów. I uwierzcie mi, te dzieciaki na to czekają! Jeśli więc jest u Was w sercu chęć podzielenia się z nimi tym co macie albo zwyczajnie szukacie sposobu na „odgruzowanie mieszkania”, zaangażujcie w tą akcję siebie, swoje rodziny i przyjaciół oraz, co najważniejsze, swoje dzieci.

        Ideą akcji jest oczywiście pomoc, ale też (a może przede wszystkim), sprawienie radości. Dlatego też, dziewczyny skupiają się na zbieraniu następujących dóbr:

        • PRZYBORY SZKOLNE: pamiętacie jak lubiliście smarować kredkami i flamastrami? Mimo tego, że rządzi świat komputerów, nic się nie zmienia! Zeszyty, kredki, flamastry i inne rozkosze z działu papierniczego są w cenie!
        • ZABAWKI i GRY INDOOR & OUTDOOR: chodzi tutaj o gry planszowe i wszystkiego rodzaju rozrywki, które mogą się przydać w zimie, a później piłki, paletki, rękawice, gumy do skakania czy kredy do malowania „klas” - wszystko to co może dać duuuużo radości i uśmiechu:))))
        • UBRANKA: Na Lekcyjnej są dzieci od 1 do 18 lat. Dlatego też, rozpiętość jest dość spora i wszystkie ubrania mogą się przydać! Pamiętajcie jednak o jednej ważnej zasadzie, Dzieci też chcą wyglądać dobrze, nikt nie chce dostać spranej koszulki czy używanej bielizny! Jeśli oddajecie ubrania i obuwie, upewnijcie się że to nie są buty z dziurą na pięcie!
        • SŁODYCZE: Jasna sprawa, że nie zdrowo, ale święta mają być słodkie i miłe. Więc słodycze też są mile widziane, dzieciaki na pewno się rozchmurzą! (*)

        Zbiórka potrwa do 22 grudnia. Będzie więc okazja, aby przekazać dalej niepasujące ubrania czy niezgodne z zainteresowaniami naszych dzieci zabawki, które dostaną „na Mikołaja”. Może dzięki temu chociaż trochę mniej będą nas one denerwować? A może ktoś z Was ma chęć po prostu kupić dla dzieciaków coś fajnego?

        A może ktoś zna jakąś firmę, która chciałaby przekazać dzieciakom nowe zabawki, ubrania i smakołyki? Pośród naszych czytelników, są przecież szefowie marketingu dużych firm, szefowie sprzedaży, właściciele firm sprzedających akcesoria i ubranka dla dzieci. O managerach PR’u, co to w swoim portfolio mają wielu dużych klientów nie wspominając. Wiemy o tym, że nas czytacie! Nie ukryjecie się! :)

        W tym szczególnym okresie, możemy pomóc komuś i sobie równocześnie. Gorąco więc zachęcam Was do tego, aby przyłączyć się do akcji. Jeśli chcecie to zrobić, wystarczy kliknąć TUTAJ i skontaktować się z dziewczynami, aby ustalić czas i miejsce przekazania rzeczy (info na poniższym plakacie). My oczywiście też w tej pomocy jesteśmy w stanie pośredniczyć. Możecie odezwać się również i do nas.

        Ja już naszykowałam dwa duże kartony, a nie jestem nawet w połowie przeglądania zasobów. Dorzucam też trochę rzeczy moich i Damiana, bo z powodzeniem mogą być noszone przez nastolatki.

        Pamiętajcie tylko o jednym. Ubrania mają być czyste i nie zniszczone. Zabawki też warto umyć, jeśli nasze pociechy potraktowały je soczkiem czy jogurcikiem.To nie jest również akcja pozbywania się z domu uszkodzonych i zniszczonych zabawek! Nie zapominajcie o tym proszę, bo chyba nikt z Was nie chciałby otrzymać brudnego lub uszkodzonego prezentu?

        To co? Czy możemy na Was liczyć?

        (*) tekst pochodzi z fejsbukowego profilu akcji ***ŚWIĄTECZNA ZBIÓRKA RZECZY DLA DOMU DZIECKA***

        hrabiny plakat

        by Kamila at listopad 17, 2014 10:42

        moje waterloo

        1986

        I nadejszła ta wiekopomna chwila! Oto w glorii i chwale objawia się patronka notki szczególnej...

        MARTUUHA!

        Otóż pragnę przedstawić Państwu kuluary. Gdyż nie wszyscy wiedzą, że istnieją osoby, posiadające wiedzę o mym zastrzeżonym (sic!) numerze telefonu. Jak się okazuje, numer ten lekkomyślnie przekazałam niektórym typom i one mię tera, te typy, dręczom telefonicznie. Mianowicie dzwoniom do mię noco ciemno (czyli koło 19:00), naciskajo i usiłujo wymóc. W beszczelności swej formułują oczekiwania, jakobym miała się do niektórych notek przygotowywać miesiącami, materiały skrzętnie gromadzić, przemyśliwać, komponować. I pewnie jeszcze zatańczyć.

        Wała.

        Wszak wszyscy wiedzo, że ja stawiam na spontan, z myśleniem u mię kiepsko, planować to ja mogę, co będzie na śniadanie - i to wyłącznie najbliższe. Reszta przerasta mój mały rozumek - aż cud, że dwa zdania do rzeczy potrafię sklecić, a i tak wiadomo, że dla hecy. Potem przychodzo, czytajo i sie śmiejo. Taka karma.

        Ale.

        Tak się jakoś szczęśliwie splotło, że właśnie dziś rozpoczynam dziewiąty rok blogowania! (I teraz się wszystkie rzuciły do archiwów, paczo, data im się nie zgadza). HA! Wszakże blog ów kryje tajemnicę! Czy ktoś jeszcze pamięta, że prapoczątki pisaniny sięgają publikacji o wdzięcznym adresie "donosze-uprzejmie"?! Czy kogoś to wogle obchodzi? Czy ktoś się minimalnie pochylił, by życzyć mi wszystkiego najlepsiejszego? Nie. Jak zwykle. Wszystkieście som nastawione na konsumpcjonizm! Ja się już przyzwyczaiłam. Ja dumę mą oraz dorobek życiowy chowam w kieszeń, ja się obnosić nie będę. Ja sobie pójdę do łóżka i tam chlipnę żałośnie, książkę czytając. (O ile będzie taka możliwość zanim położy się na mnie pierdylion - srylion kotów, które ktoś tu wpuścił, a nie wiadomo kto).

        MARTUUHO!

        Osiem lat pracy twórczej Ci poświęcam. Osiem lat! Czy Ty sobie zdajesz sprawę, ile to czasu? Gówno - nie zdajesz, bo sama masz siedem. Alboiteż sześć. Mało tego! Ja teraz publicznie coś oświadczę. Bo wiecie... ja ją strrrrrasznie kocham, tę martuuhę. I okropnie, wstrętnie mnie wnerwia, że była tak blisko, to wzięła, się wyniosła. I teraz można się widywać wyłącznie okazjonalnie. A wszak łączy nas tak wiele, wliczając paczkę chusteczek z Hello Kitty, którą mi wysmarkała w rozpaczy, nie oszczędzając folijki. A chciałam zakolekcjonować. To nie.

        U progu dziewiątego roku tej śmiesznej pisaniny, Tobie - martuuho - i sobie życzę, żeby nam się ścieżki do siebie wzajem prostowały i skracały. Bo, rozumiesz, chłopaki przychodzą i odchodzą, a dobra, porządna, trwała i uczciwa kobieca przyjaźń jest jedną z największych wartości, jakie nas mogą spotkać na tym łez padole.

        (I co? Dobrze wyszło?)

        Update
        Żeby nie było żadnych wątpliwości - natychmiast po premierowej emisji przysłała mi obraźliwego SMSa.

        by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at listopad 17, 2014 10:30

        Od rana do wieczora

        Ogłoszenie: Ciążowa kurtka na sprzedaż

        Mam do sprzedania kurtkę ciążową. Muszę się jej wreszcie pozbyć z szafy, bo dużo miejsca zajmuje.

        Stan bardzo dobry, kupiłam nową i nie nachodziłam się w niej zanadto, bo jak wiecie końcówkę ciąży przeleżałam. Rozmiar odpowiedni dla osoby, która przed ciążą nosiła XS/S, kolor: czerwony malinowy. Lekka ale ciepła.

        Wymiary podam w mailu, jeśli ktoś będzie zainteresowany – piszcie na greentee(małpa)poczta.onet.pl.

        Kupiłam za 120 zł, chciałabym sprzedać za 80.

        Zdjęcia ze stycznia, jeszcze z Wojtkiem w brzuchu :-)

        kurtka800_1

        kurtka800

        by Chuda at listopad 17, 2014 10:16

        Kurlandia

        Tampon

        M: Co to jest? – Michał dzierży w ręce tampon.

        I: To jest…to jest taaaaaki…opatrunek, gazik jak leci mamie krew. – Myślałam, że na razie starczy, by zaspokoić ciekawość dziecka.

        M: Jak leci mamie kreeeew? – Michał się zdziwił.

        I: Tak, jak leci krew z brzuszka. – próbowałam w miarę prosto tłumaczyć. Badałam, jak mocno zagłębić się w temat. Ile szczegółów podać. To zależy od wieku dziecka oraz od poziomu jego ciekawości.

        M: A mi też leci (poleci) krew z brzuszka? – dopytuje syn.

        I: Nieeeee, tylko dziewczynkom tak leci, co miesiąc. Ale to normalne, nie przejmuj się. Jak leci krew to znaczy, że w brzuszku kobiety nie rośnie dzidziuś. Tak jest w przyrodzie, to normalne. – podkreśliłam.

        M: A jak Tobie nie leciała krew to rosłem ja i potem Szymon? – Bardziej stwierdził, niż spytał.

        I: Dokładnie. Jak rośnie dzidziuś, to w tym czasie krew nie leci kobietom. Tata daje do brzuszka nasionko, z którego potem rośnie dzidziuś, pokazywałam Ci w książeczce. A jak rośnie dzidziuś, wtedy nie leci krew.

        M: Mama teraz nie ma dzidziusia w brzuchu?

        I: Nie mam i dlatego teraz leci mi krew, jak co miesiąc.

        I tu było najlepsze.

        M: Mamo, a jak bendem miał kobietę, to ona będzie miała dzidziusia w brzuszku.  Dzidziuś nazywa się (będzie się nazywać) Michał. Michał Głodzik, jak ja.

        No padłam…”Bendem miał kobietę”…Ha ha ha! I dziecko.

        Mogłam schować tampon do kosmetyczki i odwrócić uwagę Michała. Pytanie: po co? Nie zmienimy tego, że kobiety różnią się o mężczyzn. Nie zgasimy ciekawości dziecka. Pytanie, na które syn nie znajdzie odpowiedzi, padnie wśród jego kolegów, znajomych z podwórka. Jaką mam pewność, że w tym środowisku moje dziecko dowie się wszystkiego w sposób właściwy? Czy koledzy wytłumaczą mu, że seks to coś więcej niż fizyczne zbliżenie? Czy zachęcą go do tego, by najpierw szukał miłości?

        W moim domu tematy intymne były przemilczane. Wszystkiego dowiadywałam się od koleżanek, udając, że mam szerszą wiedzę niż one. Ha ha ha. W połowie podstawówki moja koleżanka zdradziła mi sekret. Napisała mi go na karteczce, żebym odczytała wracając do domu. A tam…”dostałam dres”. „Też mi sekret” – pomyślałam – „A ja sukienkę”. Koleżanka nabazgrała, ja nie wiedziałam czym jest okres. Żenujące, ale prawdziwe. Dziękuję Bogu za lekcje biologii i mój spryt. Nie chcę, żeby nasz syn czuł się jak idiota rozmawiając z kolegami, którzy znają podstawy anatomii. Nie chcę, żeby wstydził się rozmawiać o tak naturalnych sprawach. Mam ponad trzydzieści lat, dwójkę dzieci, ale nadal pamiętam to zażenowanie, gdy wyciągałam od koleżanek odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Gdzie była moja matka?

        Chcę być świadomym rodzicem. Aktywnie odpowiadać na potrzeby moich dzieci. Dzisiaj moja mama spytała: dlaczego nie poproszę jej o pomoc. A ja się pytam: dlaczego moje dzieci nie muszą mnie prosić? Dlaczego robię z Jackiem wszystko, by spełniać marzenia Michała i Szymona. Dlaczego pokazujemy im świat? Dlaczego rozmawiamy? Dlaczego nie schowałam tego tamponu do szafki…

        ***

         

         

        by Iga at listopad 17, 2014 09:42

        Dwie Chochelki

        Zupa z ciecierzycy



        Lubię jesień. Naprawdę. Nie przeszkadza mi zimno, bo przecież mogę się ubrać, a upałów nie znoszę. Nie przeszkadza mi deszcz i ciemność, może z wyjątkiem powrotów z pracy w deszczu i ciemnościach właśnie. Coraz lepiej radzę sobie z urodzinami (a przynajmniej się staram), które zdecydowanie nie są taką atrakcją jak w dzieciństwie. I w ogóle wszystko jest dobrze, dopóki nie spadnie śnieg.

        Niemniej są takie poniedziałki jak dziś, gdy ranek jest kompletnie nie do zniesienia i trzeba mocno się spinać, żeby jak co dzień wstać i wyprawić się do pracy, a co niektórych do szkoły. Nie wiem, jak wyglądał Wasz nastrój minionego poranka, ale ja odliczałam minuty do piątku.

        Wtręt pogodowy jest zupełnie od czapy (chociaż nie powiem, dzisiejsze danie bardzo dobrze pasuje do tego co za oknem), lecz skoro publikuję post w listopadzie, to mam wewnętrzny przymus wypowiedzi na temat aury. Lub stanu dróg, ale ponieważ śnieg jeszcze nie spadł, więc stan dróg nie jest tak wdzięcznym tematem.

        Przejdę wreszcie do rzeczy (napisałabym ad rem, ale nie chce mi się udawać, że mam choć blade pojęcie o łacinie) i podam przepis na zupę z ciecierzycy Jamiego Olivera. Kto nie zna Jamiego, ręka do góry! Cisza? Tak myślałam. Bardzo go lubię, chociaż wcale nie przyrządzam zbyt często potraw z książek kucharskich jego autorstwa. Za to pasjami uwielbiam je przeglądać, ze szczególnym uwzględnieniem fotografii. Książki Jamiego opowiadają historie, tylko bardziej apetyczne niż w przypadku zwykłej prozy.

        Dzisiaj „Włoska wyprawa Jamiego” i „Pasta e ceci”, czyli makaron z ciecierzycą, który naturalnie zrobiłam zupełnie inaczej (składniki podaję bez zmian). Po zastanowieniu się uznałam wręcz, że moje danie jedynie z powodu ciecierzycy przypomina danie Jamiego, ale tak to już bywa przy gotowaniu.

        Anka


        Składniki:

        • 1 mała cebula drobno obrana i posiekana
        • 1 łodyga selera naciowego drobno posiekana
        • 1 ząbek czosnku, obrany i drobno posiekany
        • oliwa z pierwszego tłoczenia
        • igiełki oberwane z 1 świeżej gałązki rozmarynu, drobno posiekane
        • 2 puszki ciecierzycy
        • 500 ml bulionu z kurczaka
        • 100 g drobnego włoskiego makaronu do zup (np. ditalini)
        • sól i pieprz
        • świeża bazylia lub natka pietruszki
        Sposób przygotowania:

        Cebulkę lekko podsmażam na oliwie, dodaję czosnek i seler oraz rozmaryn. A przynajmniej tak stoi w przepisie, ale ja nie mam zaufania do selera naciowego, więc dałam niewielką pietruszkę (można też marcheweczkę). A gałązkę rozmarynku wrzuciłabym całą i przed miksowaniem wyciepała do kosza, przyznam się jednak, że akurat nie miałam rozmarynu w domu. Przykrywam warzywa i podduszam przez kilkanaście minut.

        Następnie odcedzam ciecierzycę, przelewam zimną wodą i razem z bulionem dodaję do gara. Zgodnie z przepisem gotuję pół godziny, a potem łyżką cedzakową wyjmuję połowę ciecierzycy i odkładam do miseczki.

        Miksuję zupę, dodaję z powrotem ciecierzycę, wsypuję makaron, doprawiam solą i pieprzem i gotuję, aż makaron będzie miękki.

        Jamie napisał, by jeśli zupa wyjdzie zbyt gęsta, dodać trochę wrzątku. Oczywiście, że nie dodawałam, bo uwielbiam takie gęste zupy. Najlepiej z grzankami, w dodatku wtedy nie trzeba czekać, aż się makaron ugotuje. Można jeszcze polać oliwą i posypać świeżą bazylią lub natką.
         

        by pstrykam (noreply@blogger.com) at listopad 17, 2014 09:41

        Dzieciowo mi

        Kingsajz, orzeł i gratulacje

        Wszyscy potrzebujemy czasami inspiracji, potrzebujemy wskazówki, żeby wiedzieć, jak pokierować nasze działanie. Normalna sprawa, nie? To tak jak z nawigacją, która nam każe jechać w prawo, potem w lewo, a potem w gigantycznych krzaczorach słyszymy, że jesteśmy u celu, a prowadził nas Krzysztof Hołowczyc. Bywa, że przyda nam się coś, co sprawi, że przez najbliższy miesiąc będziemy wiedzieli, po co mamy żyć.

        Ojcowie to, okazuje się, taki gatunek, który też wskazówek potrzebuje. Zgoda, organicznie pałają niechęcią do wszelkich instrukcji obsługi i nie tykają dziadostwa paluszkiem (bo wiedzą lepiej bez tego), ale po cichu chcą wiedzieć, jak działać i gdzie iść. To dla nich właśnie jedno z pism rodzicielskich przygotowało „Cztery proste pomysły na styczeń”. Tego im było trzeba, ojcom tem!

        1. Zobacz świat oczami dziecka. Kilka lat temu można było obejrzeć wystawę, która pozwalała dorosłym zrozumieć, jak wygląda świat z perspektywy brzdąca. Były na niej ogromne fotele, wielkie widelce i gigantyczne naczynia. Istny Kingsajz. Wystawy już nie ma, ale od czego jest wyobraźnia?

        Bardzo słusznie, Kingsajz cały czas może być ci bliski, musisz tylko zwizualizować Polo Coctę. Szuflandia już tu jest, nie ma więc problemu, potrzebujesz jeszcze tylko kranówy. Gdyby ktoś próbował cię spuścić w klozecie, zawołaj jak zwykle „hejkum tejkum,  Olo, ratuj”.

        2. Zrób orła na śniegu. Nawet (a może zwłaszcza) jeśli jesteś Bardzo Powaznym Prezesem. Dziecko będzie zachwycone! Zanim pozwolisz mu pójść w swoje ślady, upewnij się, że jest ciepło ubrane.

        Problem zaczyna się wtedy, kiedy nie ma śniegu. Ale co to dla ciebie! Od czego jest wyobraźnia? (patrz punkt 1.). Wyobraź sobie, że robisz orła śniegu, ewentualnie zrealizuj koncepcję orła w czymś innym, na przykład w błocie. Zanim dziecko pójdzie w twoje ślady, sprawdź, czy gdzieś niedaleko nie ma jego mamusi. Jeśli ta będzie widziała orła cień, to choćbyś nawet z Zygmuntem Chajzerem i jego stadem pralek zbudował barykadę i zasieki – nic cię nie uratuje.

        3. Pogratuluj sobie. Badacze nie mają wątpliwości: mężczyźni, którzy założyli rodziny, cieszą się lepszym zdrowiem i żyją dłużej niż ich samotni koledzy.

        Stary, wymiatasz. Masz Polo Coctę (w wyobraźni, ale masz), zrobiłeś orła – rządzisz!

        4. Zajrzyj do nas. Polub nas na Facebooku […] Zapraszamy tam także tatusiów.

        Ziom, genialny pomysł na styczeń. Polubienie strony na Facebooku dobrze widać robi na samopoczucie, w takim razie, stary, polub też mnie, też to potrafię ;) W dalszej kolejności, tak w ramach ładowania duchowych akumulatorów, polub wszystkie możliwe strony na Facebooku, starczy ci na całą zimę, aż do pięknej, ciepłej wiosny. A wtedy nastanie dobry moment, żeby polubić strony na Google+. Pamiętaj, że w rezerwie masz Instagram i Pinterest, czyli, mówiąc krótko, twojego dobrego humoru nic nie powinno zepsuć przez następne dwa lata.

        Nazwę pisma zachowam dla siebie, powiem tylko, że pochodzi z 2013 roku. Zdjęcie z pixabay.com.

        by kruszyzna at listopad 17, 2014 09:37

        Bazarek Handmade

        podkładki reniferowe


        komplet 4 podkładeczek z aplikowanymi reniferami. podkładki utrzymane w ciepłej tonacji brązów i naturalności. podkładeczki o bokach ok 14/14cm. są one miłym dodatkiem do świątecznych kawek i herbatek :)
        cena 33zł (plus 6zł koszt przesyłki)
        ...
        jeśli jesteś zainteresowany/a kupnem, napisz:
        nielot.13@poczta.onet.pl  

        by ania konieczna (noreply@blogger.com) at listopad 17, 2014 09:32

        Komplet guzików pastelowych

         
        Komplet guzików ceramicznych w pastelowych kolorach 
        (w komplecie 4 sztuki).
        Wielkość guzika ok. 3 cm

        Cena: 20 zł  + 5,50 zł (koszt wysyłki)

        Osoby zainteresowane proszę o kontakt: ceramicznykamien@gmail.com

        by Ceramiczny Kamień (noreply@blogger.com) at listopad 17, 2014 08:43

        Zuzanka

        Czytadelko

        Czarne skrzydła - Sue Monk Kidd

        Akcja Czarnych skrzydeł obejmuje ponad trzydzieści lat życia dwóch głównych bohaterek-narratorek. Szelma to czarnoskóra córka niewolnicy, od najmłodszych lat posłuszna swoim panom, wychowana w duchu całkowitej uległości, od dziecka przygotowywana do tego, by całe życie służyć innym. Sara to stojąca po przeciwnej stronie córka sędziego i właściciela plantacji, dziewczynka, która w dniu jedenastych urodzin dostaje dość nietypowy (albo może właśnie zupełnie typowy jak na tamte czasy) prezent: Szelmę. W tym dniu właściwie po raz pierwszy krzyżują się ich ścieżki, ścieżki wytyczone przez państwa Grimké, obowiązujące zasady i rzeczywistość, w jakiej przyszło im żyć, a na którą żadna z nich nie chce się zgodzić. To dwie dziewczynki, których losy zostały na zawsze połączone i które, chcąc czy nie chcąc, odegrają bardzo ważną rolę w życiu tej drugiej. 

        Opierając się o faktyczne losy sióstr Grimké, o których większość z nas z pewnością nigdy nie słyszała, Kidd ukazuje początki abolicjonizmu i walki o prawa kobiet, tworząc przy tym obraz kobiet odważnych i gotowych do poświęcenia dla wyższego dobra. W każdej z bohaterek Czarnych skrzydeł w pewnym momencie rodzi się bunt, przeciwko niewolnictwu, przeciwko niesprawiedliwości, przeciwko niewłaściwemu traktowaniu płci pięknej, a przy tym słabszej i zupełnie w tamtych czasach lekceważonej. Bunt, który prowadzi do podejmowania czasem dość radykalnych kroków, do otwartej i momentami zupełnie samotnej walki z przekonaną o słuszności swoich czynów większością. W rewelacyjny sposób autorka pokazuje także to, że niewolnictwo nie jest wyłącznie fizycznym zniewoleniem; to przede wszystkim coś, co mamy w głowie. Można być pozornie wolnym człowiekiem, a mimo to pozwolić na zamknięcie się w więzieniu zbudowanym przez konwenanse, dać przykleić sobie etykietkę, przestać być sobą i całkowicie podporządkować się innym. Trzeba mieć w sobie niesamowicie dużo odwagi, silnej woli i chęci do chociażby podjęcia walki, żeby się z tych umysłowych krat wyrwać.

        Była uwięziona, tak samo jak ja. Tyle że ona tkwiła w pułapce własnego umysłu, pułapce otaczających ją ludzi, a nie prawa. Pan Vesey mawiał podczas zgromadzeń w kościele afrykańskim: "Bądźcie ostrożni, byście nie zostali zniewoleni po dwakroć. Raz przez wasze ciała i raz przez wasze umysły".*

        Rzeczywistość ukazana w Czarnych skrzydłach nie jest z całą pewnością (nomen omen) czarno-biała. To świetna powieść zestawiająca ze sobą dwa zupełnie różne światy: niewolników i właścicieli, przy czym żaden z tych światów nie jest ani lepszy, ani gorszy. Sue Monk Kidd pokazuje, że czasy niewolnictwa były trudne. Jednakże udowadnia też, że to nie był łatwy okres nie tylko dla samych niewolników, ale również dla ludzi, którzy musieli przyjąć ogólnie panujące zasady wbrew sobie i własnym przekonaniem. Którzy musieli stać się czyimś właścicielem, chociaż wcale tego nie chcieli. Którzy za sprzeciwienie się konwenansom często musieli ponieść wysoką, czasem zbyt wysoką cenę. I, którzy zaciekle walcząc o wolność dla innych częstokroć tracili własną. 

        Warto przeczytać.

        Sue Monk Kidd, Czarne skrzydła , Kraków, Wydawnictwo Literackie 2014

        *s. 270

        by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at listopad 17, 2014 07:23

        Matka jest tylko jedna

        Przegląd zimowych kurteczek dla trzylatka oraz o tym, że nie wszystko moro, co w ciapki

        Post bardziej dla mnie, niż dla was, bo najpewniej wybiorę dla Kosmyka tę kurtkę, która najmniej wam się spodoba, niemniej it's official. Dziś dotarło do mnie, że zimowe wiatry musnęły już mazurskie jeziora i czas wybrać synkowi porządną zimową kurtkę. Pytaliście się mnie, jakie firmy preferuję, więc od razu w tym poście odpowiem na to pytanie: te, w których mogę zamówić online. Bo nie mam

        by Joanna (noreply@blogger.com) at listopad 17, 2014 06:55

        Kurlandia

        Szafka na klucze

        O szafce na klucze była w domu mowa już dawno…Mogłam niedrogo kupić sosnową (niespełna 20zł) i ją odpowiednio odmalować oraz ozdobić. Ale wszystkie szafeczki były dla mnie takie…oklepane. Kto zajmuje się decoupage wie, że wzory zaczynają się dublować, a rynek zalewa fala podobnie wyglądających przedmiotów. Ja wyszperałam swoją szafkę na targu, bardzo ciekawa w swoim kształcie. Docelowo stanie się mikołajkowym prezentem dla Męża. Szafeczka była w dobrym stanie, choć wypłowiała. No i nie była to skrzyneczka na klucze, lecz witrynka na bibeloty. Ale z tym łatwo się uporałam.

        Wyrwałam kratownicę i odmalowałam drewno resztkami orzechowej bejcy (nie mylić z lakierobejcą). Wcześniej jednak przeszlifowałam ścianki papierem ściernym. Po malowaniu zrobił się duży kontrast między odnowionym przodem i bokami witryny, a podniszczonym tyłem. Na wykorzystanie koronki Jacek się nie zgodził. W końcu to jego prezent, niech sam decyduje. Fragment białej kanwy do wyszywania był jednak odpowiednim materiałem. Wycięłam kawałek płótna z zapasem  dwóch centymetrów, który zaprasowałam pod spód. Tło nabierze wyrazu. Gdy przymierzyłam materiał, spomiędzy splotu materiału prześwitywały jednak plamy z brudnych „pleców” szafki. Zmuszona byłam odmalować je na biało farbą akrylową. Teraz po przymierzeniu materiału, płótno pozostawało śnieżno białe.

        Czekam jeszcze na listewkę, do której przytwierdzę gwoździki na klucze.

        Zapadła mi w pamięć nieprzyjemna rozmowa z targu. Zasmuca mnie, w jaki sposób ludzie szukają ujścia swoich frustracji. Szkoda, że zamiast dzielić się uśmiechem i miłym słowem, są tacy zgorzkniali.

        Podchodząc do stoiska słyszałam głośny komentarz sprzedawcy jak to bezmyślni, niedouczeni ludzie nazywają obraz olejny – „obrazkiem”. Zjeżyłam się słysząc niesmaczne żarty. Niska cena interesującej mnie witrynki, przekonała mnie jednak do pozostania dłużej przy straganie. Zrobiłam zdjęcie, skonsultowałam zakup z Mężem i postanowiliśmy witrynę przysposobić do naszych potrzeb. Kuchnia i przedpokój jest w kolorach orzech-jasna limba-biel. Szafeczka nadawała się idealnie.

        Sprzedawca wykazał pseudotroskę o to, że będę musiała sama nieść szafeczkę do auta. Okazał ją posyłając dygresję, że pewnie mój Maż leczy kaca, a ja zmuszona jestem robić zakupy sama. Puściłam idiotyczny komentarz mimo uszu, ale sprzedawca nie spuszczał z tonu… Znów posyłał insynuacje, że Jacek (którego notabene nie zna i nigdy na oczy nie widział), pewnie ostro „zabalował” i leży brzuchem do góry w łóżku, a jego biedna żona musi dźwigać ciężkie siaty jarzyn na obiad (plus tę nieszczęsną witrynę oczywiście).

        Dobry człowiek ze mnie, mam głębinową kopalnię tolerancji, ale nie zdzierżę chamstwa w czystej postaci. Nabrałam oddechu w płuca i głośno acz kulturalnie, odpowiedziałam prymitywowi: „Nie, proszę Pana. W czasie, kiedy ja odpoczywam psychicznie na zakupach, mój Mąż zajmuje się dwójką naszych niepełnosprawnych synów”. Mina sprzedawcy bezcenna, nawet mnie przeprosił. Chyba nie spodziewał się, że klient też ma odwagę skorzystać z ciętego języka i mówić potrafi, niekoniecznie od rzeczy. Zagarnęłam szafkę pod pachę i odwróciłam się na pięcie. Zastanawiam się tylko, co tego Pana tak bolało, że wyśmiewał swoich klientów. Czy dowartościowywał się poprzez umniejszanie wartości innym ludziom? Współczuję mu szczerze.

        Budżet na wypady na plac pochodzą najczęściej ze sprzedaży rzeczy, które nie są nam już potrzebne. W ten sposób pozbywamy się nieużytkowanych przedmiotów, a kupujemy te, które nam się przydadzą. Jest to też forma – przyznaję – psychicznego odreagowania. Samo wyszukiwanie „perełek” jest bardzo ekscytujące. A potem praca nad ich renowacją…wycisza, uspokaja. Daje mi poczucie, że robię coś dla siebie, nie tylko dla rodziny. Potem zbieram pochwały za wygląd rzeczy, w które tchnęłam nowe życie. O tym między innymi jest nowy projekt Jacka i mój. Ruszamy na dniach, po dwudziestym listopada pojawią się u nas pierwsi goście i nastąpi inauguracja bloga mojego Męża.

        Tymczasem szafka wyschła, kanwę wyprasowałam. Przytwierdzona została listewkami, do których Jacek przykręcił wieszaczki na klucze…Mąż trochę się przy tym namęczył.

        W ten sposób wypłowiała, przybrudzona witrynka stała się elegancką szafką na klucze. Pozostało wypełnić haczyki, a z czasem poszyję też ozdobne breloki.  Będą ładnie prezentować się za szybką. Korci mnie, żeby każdą listewkę wykończyć bawełnianą koronką w jasno-łosiowym kolorze. Może Jacek da się namówić. Wtedy całość będzie dla mnie kompletnie odnowiona i połączy wszystkie kolory w przedpokoju.

        ****

        by Iga at listopad 17, 2014 06:13

        Kura

        U fryzjery

        Dostałam wczoraj imienny talon do fryzjery.

        Nie jest tania, ale za to mówi po angielsku.

         

        Sienkiu ju ol!

         

        Pozdrawiam

        Kura w nietypowej fryzurze

        by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at listopad 17, 2014 06:09

        Tokyo Pongi (komentarze)

        Skomentuj Relacja z frontu, czyli o tym jak szukam pracy w Japonii, którego autorem jest Joasia

        Bardzo dziękuję za odpowiedź i przepraszam, że dopiero teraz piszę. ;)
        Teraz jestem spokojna, wierzę, że uda mi się spełnić moje marzenia, czego i Tobie życzę. :)
        Pozdrawiam!

        by Joasia at listopad 17, 2014 05:46

        Od rana do wieczora

        Brać koty czy nie brać kotów? Oto jest pytanie

        Słuchajcie! Chyba dostałam zielone światło na kota! Dokładnie to na dwa koty, bo od razu negocjowałam dwa (jednego Piotruś i Michaś rozerwaliby na strzępy w ramach sprawiedliwego podziału). Tak myślę, że to było światło, bo dokładna wypowiedź brzmiała: „No, jeśli naprawdę chcesz sprzątać po kocie, to proszę bardzo!”.

        kot

        No i teraz myślę, czy chcę. I czy mnie już całkiem szlag nie trafi z tą moją menażerią. Bo tak:

        Mruczące żywe stworzenie na podołku w długie zimowe wieczory… Ach!
        Kototerapia jest kuszącą wizją.
        Kłaki mniej.
        Wojtek pchający sobie kłaki garściami do buzi jeszcze mniej.
        Koty skaczące po półkach i zrzucające ramki ze zdjęciami i inne bibeloty całkiem mniej.
        A koty piszczące/jęczące po nocy to już całkiem nie.

        Oczywiście nie biorę poważnie zapewnień „Ale pamiętaj, że nie będę ich karmił, ani po nich sprzątał, ani nic!”, bo jak znam życie (i Męża), to koty szybko staną się jego ukochanymi dziećmi, a on ich uwielbianym tatusiem.

        No ale wakacyjny wyjazd do babci na dwa miesiące raczej odpada.
        No i w ogóle nie wiem.

        No i proszę. Jak już nie ma żadnej przeszkody, żeby wziąć kota, to się okazuje, że sama wcale nie jestem przekonana do tego pomysłu.

        by Chuda at listopad 17, 2014 05:20

        am mniam

        Królewskie śniadanie: Placuszki jaglano-bananowe z sosem gruszkowo-żurawinowym

        Placuszki na słodko to jedno z ulubionych dań dzieci, ale i nie jeden dorosły na ich widok dostaje ślinotoku. Są naprawdę łatwe i szybkie do zrobienia. Jeśli wcześniej przygotujemy sobie sos to śniadanie mamy gotowe w 15 minut. Placuszki nie zawierają glutenu, ani nabiału. Są również bez cukru. To dzięki bananom nie wymagają dosładzania. Im... More

        by Magda at listopad 17, 2014 04:12

        notatki na mankietach

        futrzak

        No. Jak liczenie wyszło, już chyba słyszał każdy.

        Nie moglo wyjsc inaczej, skoro czas na realizację calego projektu wyniosl tylko 3 miesiące, do przetargu zglosila sie tylko jedna firma, na dodatek niespecjalnie kompetentna.

        No ale cóż. Jak się okazuje,
        PKW ogłosiła w październiku 2013 roku duży przetarg na platformę do obsługi informatycznej wszystkich wyborów. Ten jednak został unieważniony w styczniu 2014 roku. Było już bardzo późno biorąc pod uwagę listopadowe wybory samorządowe, więc PKW zaczęła ogłaszać mniejsze przetargi na obsługę poszczególnych wyborów. W ten sposób wybrana została łódzka firma Nabino.
        źródło.

        Ciekawe, czy szef Krajowego Biura Wyborczego, odpowiedzialny za caly ten syf, zostanie wywalony z hukiem z posadki? A to przeciez nie pierwsza jego wpadka…

        Najlepiej całą sytuację podsumowal Aszdziennik.
        Byloby bardzo smiesznie gdyby nie to, ze to smutne i żenujące…
        Teraz wlasciwie komisje będą sobie mogly oglosic dowolny wynik i co – ktoś im coś udowodni, ze źle policzyli…?

        PS: przypomnial mi sie sucharowaty dowcip branzowy na tą okazje… Kto to jest project manager? To facet ktory mysli, ze jak zatrudni do projektu 9 kobiet, to urodzą mu one dziecko po jednym miesiacu :))))


        by futrzak at listopad 17, 2014 03:38

        Szklanym okiem mym

        Niedzielna wycieczka przed siebie

        Wczorajsza niedziela była piękna i słoneczna ( dzisiejszy poniedziałek też). Spakowaliśmy termos z kawą, serniczek ( oj wyszedł sernik, wyszedł ) aparat i ziuuuuu .... pomknęliśmy przed siebie. Tak po prostu, bez celu. Norwegia to piękny kraj, a krajobraz zmienia się kiedy tylko oddalamy się od miasta. Nagle staje się surowy i majestastyczny. Tunele, fiordy, skały i woda. Piękne drogi wijące się malowniczo. Bardzo mały ruch na drodze i spokojna jazda sprzyja podróżowaniu. Pojechaliśmy drogą na Ålesund. Dojechaliśmy do momentu, aż dalej droga prowadziła już przeprawą promową. Wycieczka do Ålesund to troszkę za daleko ( planujemy w przyszłym roku), zawróciliśmy. Całą drogę fotografowałam przez szybę samochodu dzięki czemu mogę was zabrać na małą przejażdżkę :) Zapraszam.

        Polecam klikać na zdjęcia :)




        Tunele- ok 30 % trasy prowadziło właśnie przez tunele. 






        To co jest niesamowite to widoki, które za każdym zakrętem mogę Cię zaskoczyć i zachwycić :)







        Tu już wiejska droga


        A to proszę Państwa ferma łososia. Z takich ferm jecie te rybki :)







        Przystanek na kawkę i sernik 




        Norweskie domki letniskowe czyli hytte. Bardzo popularne, czasami stoją w zupełne surowym krajobrazie, tak jak tu, na totalnym odludziu. Nie ma tam nawet drogi i do domku trzeba się dostać piechotą.


        A to prawdopodobnie ( sądząc po gabarytach ) dom mieszkalny na totalnym odludziu.


        Mam nadzieję, że fajnie było :)

        by MrÓ (noreply@blogger.com) at listopad 17, 2014 12:58