Planeta Jadzi

wrzesień 30, 2014

moje waterloo

1927

Czas płynie, a ja jestem coraz bardziej zła.

Ja mam znajomych. To są dobrzy ludzie, mądrzy, pomocni i świetni fachowcy w swoich dziedzinach. Wisiałam wczoraj na telefonie z mikrobiologiem, epidemiologiem i farmaceutą. Znamy się od lat, lubimy bardzo, szanujemy. Każde z nich ma lub miało zwierzęta, więc znakomicie rozumieją, o co się tutaj walczy. Wytoczyli wszelkie działa swojej wiedzy i doświadczenia. I co? I wiemy już, jak leczyć kota.
Tylko dlaczego weterynarz nie wie?

A chciałam podkreślić, że to jest dobry weterynarz. Znam go od lat, a on zna mnie. I naprawdę MOŻE mi powiedzieć: nie zetknąłem się, przeryję literaturę, sprawdzę, upewnię się, spotkajmy się jutro. Nie musi sadzić głupot. I powiem mu to w twarz. Bo zarozumiałość wiedzie na manowce.

Nie lubię lekarzy. Z gruntu. Bo ich znam. I nie lubię za to, jak traktują pacjentów. Nie łudźcie się, że nie będziecie dla lekarzy przedmiotami. Nawet jeśli nie okażą Wam tego wprost. Nie wiecie, co mówią, gdy opuszczacie gabinet. I może dobrze, bo nigdy byście do nich nie poszli. To jest inny gatunek człowieka i oni sami tak uważają. Lepszy niż my.
Do dziś myślałam, że to się nie ma do weterynarzy. Zmieniłam zdanie.

Clostridium eradykuje się dwoma antybiotykami. Metronidazol tak. Ale oprócz tego jeszcze wankomycyna, bo to paskudny drobnoustrój i ma skłonność do nawrotów.
Kuwety trzeba zdezynfekować. Kibel musimy zdezynfekować. Ale nie alkoholem, bo alkohol na clostridium nie działa. Od siebie wiem, że w grę wchodzi również zlew i umywalka, bo piją.
Powinnam właściwie wpuścić do domu jakiś gaz bojowy. (Puszczam oko).

Jutro dostanę specjalistyczne środki dezynfekcyjne. Wankomycyna zamówiona.
Co robią ludzie, którzy nie mają dostępu do zaprzyjaźnionych fachowców, na Boga?!

A w ogóle to: dzień dobry. Też Wam życzę miłego dnia.
Idę pomstować na świat.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at wrzesień 30, 2014 05:01

zycie na kreske

bonus poza numeracja

dla Feminoteki (KLIK). na dniach różne ważne rzeczy organizowane przez Akademię Praw Kobiet. ale do interesowania się zachęcam w ogóle.

by pani od rysunkow (noreply@blogger.com) at wrzesień 30, 2014 05:01

Kura pazurem

Jak się ich pozbyć?

Dzisiaj ogłaszam burzę mózgów. Nasze móżdżki nie dają rady, więc potrzebuję pomocy!!! Heeelp!!!

Nasz dom opanowały małe wredne latające paskudztwa, zwane pospolicie muszkami owocówkami. Takie to małe, ale zawsze w ogromnym stadzie. Miałam na paterze wyłożone pomidorki koktajlowe z własnego ogródka, potem i krwią własną wyhodowane. I tak sobie leżały i leżały, bo obrodziło tego dużo. Remont w kuchni trwał, więc rzadko tam zaglądałam. I wyhodowało się piękne dorodne stado muszek.
muszkaWalczę z nimi różnymi sposobami. Kupiłam specjalną pułapkę. Postawiłam w nadziei, że to wszystko załatwi. I nic. Potem mój Mężuś, że spec nad spece od gromadzenia i przetwarzania informacji, wyczytał w necie, że suszarką do włosów albo odkurzaczem można to cholerstwo załatwić. Najpierw myślałam, że to taki jego żarcik. Jednak kiedy żadne środki nie pomogły, wzięłam suszarę. Nastawiłam na największą moc i temperaturę i dawaj za muszkami. Efekt? Rozpierzchły się po całej kuchni. Nie uśmierciłam żadnej. Potem chwyciłam odkurzacz. Rozumiem, że miało to tak zadziałać, że wciągam je odkurzaczem, a one w worku tracą życie i sprawa załatwiona. To dawaj. Uruchomiłam swoją broń. Muszki akurat przysiadły na ścierce. Ja do nich. Wciągam oczywiście ścierę i tyle w temacie. A muszki siedzą na firance i mam wrażenie, że rżą ze śmiechu. No, ale przecież się nie poddam, nie? Dawaj, wyrywać ścierę z odkurzacza i za muchami. Teraz sprytnie firankę omijam i ganiam je w powietrzu. Jest! Jedną wciągnęłam na pewno. Wtedy Jajo pojawia się w kuchni. Patrzy.

– Na pewno?

– Co?

– Mamo? Odkurzamy powierzchnie płaskie zazwyczaj.

– A ja mam taką fantazję, by powietrze oczyścić.

– Aaa, to wiele wyjaśnia. – Jajo się śmieje, widząc moje starania, by wciągnąć jeszcze jedną muszkę.

W końcu chowam odkurzacz. Kiszka. Paskudy jak latały, tak latają. Postanawiam więc użyć ciężkiego kalibru. Kupuję w sklepie specjalny spray na muszki. Ha! Chemią je załatwię jak nic. Chowam wszystko, co stoi na zewnątrz. Kota wyprowadzam, bo przecież to widz siedzący w pierwszym rzędzie, jak coś się dzieje. Pryskam paskudztwem. Okna zamknięte, więc poduszą się jak nic. Po godzinie wchodzę do kuchni. Trup ściele się gęsto na blatach. No, powiedzmy, kilka muszek leży i łapkami jeszcze macha na pożegnanie. Reszta radośnie lata po kuchni. Pewnie są na niezłym haju. Grrrr. Jeszcze mogę przegryźć im gardła. Tylko muszę je upolować. No chyba że ktoś ma dobry sprawdzony sposób, jak się tego pozbyć. Bo jak nic zacznę gryźć. W dodatku nie tylko muszki.

by anna at wrzesień 30, 2014 03:14

notatki na mankietach

futrzak

Jasnie panujący sędzia Griesa orzekł był właśnie, że Argentyna jest „in contempt of court” czyli winna zignorowania/obrazy sądu. Bo w życie weszła ustawa zmieniająca warunki płatności wobec zrestrukturyzowanych wierzycieli tak, że będą się one odbywać pod jurysdykcją argentyńską, z pominięciem Bank of New York Mellon.

Griesa orzekł, co orzekł, mimo ostrzeżenia od własnego rządu, wypowiedzianego ustami Kerrye’go, że jest to naruszenie suwerenności państwa argentyńskiego oraz prawa międzynarodowego.

Rozumiecie. Suwerenne panstwo zmienia sobie – w porozumieniu z wierzycielami – pośrednika bankowego do spłacania rat długu. I jakiś sędzia rejonowy z państwa nie mającego nic do tego twierdzi, że ta akcja jest nielegalna i że grożą kary pieniężne (Elliott Management’s NML wnioskował o 50 000 USD dziennie).

Jutro upływa termin spłaty następnej transzy długu – 200 mln USD dla zrestrukturyzowanych wierzycieli. Pieniądze zostaną zdeponowane na koncie banku argentyńskiego, na terenie Argentyny.
Jego wyrok zostanie kompletnie zignorowany, bo jurysdykcja sądu rejonowego dysktryktu Nowego Jorku nie rozciąga się na suwerenne państwa całęgo globu.

I co zrobi Griesa? Zarządzi najazd Czwartej Floty Stanów Zjednoczonych na Argentynę w celu wyegzekwowania swojego wyroku?
A może wreszcie ktoś uświadomi temu dziadkowi, gdzie kończy sie jurysdykcja USA i litościwie oświadczy, że w momencie wydawania wyroku cierpiał na starczą sklerozę?


by futrzak at wrzesień 30, 2014 12:47

zimno

2.252 [O Kopciuszku]


Zastanawiam się jak napisać - żeby nie było, że się nadęła paniusia - o tym, jak się w sobotę wdałam w ożywioną, choć moderowaną dyskusję o solidarności kobiet. Z Kazimierą Szczuką, Agnieszką Kozłowską-Rajewicz, z Dorotą Warakomską, z Olą Sołtysiak-Łuczak (poznanianki i poznaniacy, głosujcie na nią 16 listopada! ;) ), no i z Elżbietą Pawlak, wiceburmistrzynią Borku.

Może by Wam, dajmy na to, opowiedzieć nową bajkę Kazimiery Szczuki o Kopciuszku?
Bo to jest, widzicie, w sumie dość smutna historia o nieszczęśliwych kobietach, które się wtarabaniły na życiową drogę Kopciuszka. Na pierwszy ogień złośliwe siostry – co one w końcu za to mogły, że je od dziecka nauczyli, że liczy się tylko gładkie lico, pełna pierś, lśniący włos? I że kobieca uroda, wdzięk i młodość to takie pole, na którym trzeba konkurować?
Albo macocha, ucieleśnienie złych cech, czarna strona matki?
Wiadomo, matka jest dobra, pogodna i wybaczająca, matka się nie drze, nie sypie grubym słowem, nie traci panowania. Matce nie wypada zabulgotać. Macosze – owszem. Macocha jest zresztą samym wrzaskiem, nienawiścią, niechęcią i chaosem. Jest ciemną stroną księżyca, a macoszyństwo - antytezą macierzyństwa. Jakie to niesprawiedliwe dla wszystkich macoszek. A najgorsze, że same sobie nawzajem tkamy ten zły los.
I gdyby nie wróżka, przytomna starucha z odruchem solidarności, fabuła „Kopciuszka” by się ostatecznie spruła.

No a groch z popiołem?
Z grochu będzie zupa, a popiołem się zasypie dziurę przed chałupą ;)

… i w tym miejscu interweniuje burmistrz miasta z widowni, że nie należy zasypywać dziur przed chatą popiołem, bo to nieeleganckie, nieekologiczne i co do zasady zabronione.

Zresztą, koleżanki, po co ten cały trud, skoro jedyną nagrodą w kopciuszkowych zawodach jest książę?
Ok. Ta konkluzja się wydaje jednak paskudnie seksistowska. Zamiast zatem epatować seksizmem, pozostańmy przy mocy.

Bo to był bardzo dobry kongres – Wielkopolska z wyobraźnią” w Borku Wielkopolskim.
Siła kobiet.

A 25 października się zanosi na edycję poznańską. Stay tuned.










by zimno (noreply@blogger.com) at wrzesień 30, 2014 01:13

wrzesień 29, 2014

Eksribicjonizm kontrolowany

Ślub: plan minimum

Jak w 5 miesięcy zorganizowaliśmy perfekcyjnie "minimalistyczny" ślub.
Dokładnie pamiętam, jakimi słowami On mi się oświadczył, ale zupełnie nie przypominam sobie, w co byłam wtedy ubrana. Mogę jak na filmie odtworzyć w myślach nasze pierwsze spotkanie, ale za Chiny Ludowe nie przypomnę sobie, na jaki kolor - i czy w ogóle - pomalowałam tamtego dnia paznokcie. Zupełnie nie kojarzę, jak uczesane były panny młode, na których ślubach byłam. Albo jakie miały buty.

"Dwoje ludzi, którzy już ze sobą mieszkają, złoży przysięgę, zrobi imprezę, wyjedzie na krótkie wakacje, po czym wróci do wspólnego mieszkania. Co w tym wielkiego?" (serial BBC "Sherlock")

Kiedy Benedict Cumberbatch wypowiedział te słowa, spojrzeliśmy na siebie w nagłym olśnieniu. Trafił w sedno! Jesteśmy przecież razem od ponad dekady. Małżeństwo jest kolejnym, sformalizowanym prawnie i społecznie, etapem naszego bycia razem - mam nadzieję, że lepszym (jak na razie jest świetnie!). Jednak czy do polepszania jakości związku naprawdę niezbędna jest nam bryczka z czwórką koni, aktorzy na szczudłach i suknia z brugijskiej koronki?


ŚLUB W DUCHU MINI
Często słyszałam "nie stać nas na ślub". Teraz wiem, że to bzdura. Sam ślub kosztuje grosze i jeśli komuś naprawdę zależy właśnie na tym, to go po prostu weźmie. Koszty generuje wesele i te wszystkie rzeczy, które wciska nam marketing pod przykrywką po wielokroć zapożyczonych i przekształconych tradycji. Zanim wskoczy się w basen pełen cukierków w kolorze przewodnim, naprawdę warto usiąść na brzegu i pomyśleć: czy to jest dokładnie to, czego chcemy? To, czego nam potrzeba? Sytuacja, w której dobrze poczują się nasi goście?

My bardzo chcieliśmy pozostać w zgodzie ze sobą. Skoro na co dzień cieszę się drobiazgami, popieram slow food i slow life, a unikam jak ognia jednorazowości i mnożenia bytów ponad potrzebę, to w imię czego miałabym zawieszać na kołku moje zasady? Choćby na jeden dzień.

MINIMALNIE
Reguły minimalizmu są proste. Równie łatwo było je wprowadzić w życie przy planowaniu naszej uroczystości.

Posiadasz już wystarczająco.
Rzeczywiście, czuję się całkowicie szczęśliwa, kiedy mam przy sobie najbliższych, życzliwych mi ludzi, oraz dobre jedzenie. Spotkałam już mojego księcia. Co prawda białego konia nie uświadczysz, ale to nie szkodzi, bo tak musielibyśmy go trzymać na balkonie. 

Pozbądź się tego, co zbędne.
Na organizację mieliśmy pięć miesięcy. Znalezioną w internecie listę rzeczy do zrobienia zredukowaliśmy z ponad 100 punktów do ledwie 30. Zaznaczyliśmy też rzeczy, które możemy zrobić sami - z listy wypadły następne punkty. Został sam rdzeń, bez którego nie wyobrażaliśmy sobie tego dnia. 

Planując swój dzień, skup się na tym, co naprawdę istotne.
Trzeci punkt dotyczy zwykle planowania sobie czasu, ale idealnie pasuje również do organizowania ślubu i wesela. W ferworze dogrywania szczegółów i dopasowywania do siebie detali, które wcale nie muszą być dopasowane, oraz prób zadowolenia wszystkich obecnych, można naprawdę stracić z oczu zasadniczy cel całej imprezy, jakim jest przyszły małżonek i wspólne życie.

CO JEST WAŻNE?
Wspomnienia - to dla mnie kluczowy aspekt wszystkich ważnych dni. Chciałam pamiętać radość z bycia z Nim, ze wspólnego mijania kolejnego kamienia milowego na drodze naszego związku. Wiedziałam, że szczegóły ulecą mi z głowy szybciej niż bym tego pragnęła. Zostanie radość, którą czułam przez cały dzień. Dzień zorganizowany dokładnie tak, jak oboje chcieliśmy. Szeroki uśmiech, który nie schodził mi z twarzy od rana... do rana.

Idealne, dopracowane w najmniejszych szczegółach wesele wygląda pięknie na zdjęciach. I na relacji w gazecie. Jednak to, co dodaje mu największej wartości, jest niewidoczne dla oczu.
Jak wszystko, co najważniejsze.

Jeśli chcecie zadać jakieś pytanie na temat tego, jak wyglądał nasz ślub, komentarze należą do Was! Odpowiedzi znajdą się w osobnym wpisie.

by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at wrzesień 29, 2014 11:48

zapiski zgagi

Oddycham…

Po szaleństwach. Leniwie, śpiąc do jedenastej, bo mogę… Zadaję sobie jakieś prace domowe, ale umiarkowanie, bez przeginania. To chwastów parę wyrwę, to lodówkę obmyję, to pajęczyny polikwiduję. I obiadki planuję na tydzień cały.

Dziś znów posiedzenie komisji socjalnej. Gdy tylko wchodzę w próg szkoły, słyszę niemal, jak moje IQ leci na łeb, na szyję. Jeszcze trochę, a dwucyfrowe się okaże… Dziś, na szczęście, poszło nieźle, bez konieczności dociekania, czy aby na pewno zgodnie z prawem? I w dodatku się okazało, że sporo jeszcze do wydania do końca roku.

Solenizantom dzisiejszym – Szwagrowi i Zięciowi – stosowne życzenia złożyłam. Bardzo lubię imię ,,Michał”, praktycznie nie mam z nim żadnych ujemnych skojarzeń. No, może jedno – Żebrowski… Bo to narcyz w czystej postaci! (tu przepraszam ewentualne wielbicielki!)

Zgodnie z nauczycielskim vox populi udajemy się w połowie października na imprezę do lokalu z kręglami. Nie miałam dotąd okazji zetknąć się z tym szlachetnym sportem. Ale co to dla mnie spróbować? Najwyżej potoczę się  po torze zamiast kuli, jak w głupawych amerykańskich komediach… Podejrzewam, że będzie wesoło!

W piątek, gdy biesiadowałam z KGW, Małż udał się solo do psiego doktora, gdzie otrzymał receptę. Na lek, którego w czterech kolejnych aptekach nie było. W ostatniej dowiedziałam się, że to preparat do wstrzykiwania! Małż jednakowoż nie dostał od doktora ani strzykawek, ani igieł. Więc chyba musimy go otrzymać do czasu kolejnej wizyty – 8 października! Znamienna data, bo wtedy właśnie staję w sądzie w sprawie drobnego spadku po Rodzicach…

Nie powiem, żebym lubiła sądy. Do tej pory dwa razy się stawiałam. I nie były to miłe doświadczenia… Szczególnie pierwszy raz! Gdy walczyliśmy z panem ex-dyrektorem szkoły! Nerwy zszargane  do imentu…

Podejrzewam, że i tym razem będę na cenzurowanym! Jako ta ,,lepsza” siostra… Co to wszystko wie w przeciwieństwie do ,,zagranicznej”…  I wyjdę na pazerną jędzę!…

by Zgaga at wrzesień 29, 2014 10:08

Od rana do wieczora

Miotający Wiadrem Pełzak Odkrywca idzie przez świat

Kiedy wychodziłam z pokoju, leżał na środku pokoju, zaczytany po uszy w sztywnostronicowej publikacji zatytułowanej „Wyliczanki”. Kiedy wróciłam trzy minuty później, leżał przy drzwiach, z zaangażowaniem obgryzając plastikową listwę oderwaną od podłogi.

Moment, w którym rozkoszna nieruchawa kluseczka zamienia się w Pełzaka Odkrywcę zawsze następuje nagle i niespodziewanie. Pół biedy, kiedy kluseczka znajduje się wówczas na podłodze.

Wojtuś przemieszcza się po domu bardzo sprawnie, póki co na niewielkie dystanse, ale zasięg jego działań zwiększa się z każdym dniem.

Uwielbiam patrzeć, jak go fascynują nowe miejsca, do których dociera o własnych siłach (oraz myślę z przerażeniem, że ten etap „wlezę wszędzie” zawsze był koszmarny, a teraz będzie jeszcze bardziej, bo takiej ilości drobnych przedmiotów nie mieliśmy nigdy wcześniej – Lego 7+, Stikeez, gumki na bransoletki, zawartość jajek-niespodzianek…).

Wpełzł do kuchni i jako Wielki Opukiwacz opukał otwartą dłonią siatkę, w której były słoiki i butelki, a po chwili opukiwał plastikowe butelki z wodą. I znowu szkło, i ponownie plastik.

W łazience, gdzie bywamy kilkanaście razy dziennie celem zmiany pieluchy, zdarzało mu się już miotnąć pustym plastikowym wiadrem, niezliczone razy odsuwał szufladkę w szafce łazienkowej i wkładał paluszki między drzwi.

Fascynują go palce stóp – gdy zoczy jakieś na horyzoncie, pełznie natychmiast w ich kierunku, łapie i próbuje ugryźć.

Ulubiona zabawa ośmiomiesięcznego Wojtusia to „Ja zrzucam, ty podajesz”. Zasady są bardzo proste, dzięki niej wykonuję dziesiątki skłonów dziennie. Dodajmy do tego podnoszenie ciężarów (domowa waga wskazuje aktualnie jakieś 9 kg). Żadne inne okoliczności nie zmusiłyby mnie do takiej aktywności fizycznej :-)

by Chuda at wrzesień 29, 2014 07:14

Dzieciowo mi

On Line Kids Time Hair & Body Wash – po polskiemu: na różowo

Jezusicku, namnożyło się obczyzny w tytule, po angielskiemu literek nadziubano, przybliżmy więc, o co kaman. W ramach eksploracji hipermarketów i pielgrzymek tamże odbywanych w celach wybitnie konsumpcyjnych, zaliczyłam wizytę w Carrefourze (a może to było Tesco? Nie pamiętam) i tam zawołało na mnie z półki coś, co było w kolorze jedynie słusznym. Różowym. Róż rządzi i wymiata. A owszem, uwielbiamy dinozaury, a owszem, furorę ostatnio na spółkę z „Marta mówi” (przesympatyczna bajka o jednym spasionym labradorze, uwielbiającym zupę literkową) robi Lego Ninjago, a owszem transformersy też nam nie obce, ale cóż, musi być róż.

Ulegam. A właśnie, że ulegam. A dlaczego by nie? Mnie to szczególnie nie boli. Róż zawładnął wieloma dziedzinami naszego życia, od koloru pościeli po bieliznę osobistą, kosmetyki zatem również trafiają się różowe. Różowy jest więc płyn do mycia ciała i szampon od firmy Forte Sweden, czyli On Line Kids Time Hair & Body Wash. Truskawkowy. To, że jest różowy, to jedno. Ważne jest to, że jest zupełnie przyzwoity.

on_line_kids_time

Jest dobrze. To znaczy było dobrze, bo specyfik się już wziął i skończył. Zaczynając od pierdół, muszę powiedzieć, że truskawka wymieniona na opakowaniu nie wali domestosem. W ogóle nie wali, tylko po prostu ładnie pachnie. To miło, bo bywa zupełnie inaczej. Płyn dobrze się pieni (piana jest równie ważna jak róż) i nie dzieje nam się krzywda, kiedy używamy go trochę niezgodnie z przeznaczeniem. Bo to ma być w założeniu żel do mycia ciała i szampon. Nie płyn do kąpieli i szampon. Skóra jednak wcale nie jest wysuszona po moczeniu się w tymże przez chwilę dłuższą (trzeba wykąpać wszystkie kucyki przecież). Płyn jest też o dziwo wydajny.

on_line_kids_time2

Jako szampon również dobrze się spisuje, choć przyznaję, włos nie jest jakoś powalająco błyszczący. Jest umyty, nie elektryzuje się i nie ma siana, ale blask po oczach nie wali.

Przyczepić się mogę do opakowania, które, w mojej ocenie, jest niezbyt sensownie pomyślane. O zamknięcie się rozchodzi. Zawartość jest dość gęsta, butelka jest ciężka (500 ml), a tam trzeba nacisnąć taki dyngs, żeby poleciało. Bez naciśnięcia nie poleci, musimy sobie pomóc drugą ręką. Nie żeby się nie dało, ale bywa to dość upierdliwe.

Czy kupię po raz kolejny? Pewnie tak, bo jestem zadowolona, a i cena była bardzo przyzwoita (coś koło 10 zł). Chyba pierwszy raz miałam coś z Forte Sweden przeznaczonego dla dzieci, chcę przekonać się jeszcze.

dzieciowo_baner

by kruszyzna at wrzesień 29, 2014 06:44

Domowa kuchnia Aniki

Dynia marynowana na słodko

Dynia marynowana na słodko


 
Dynię marynowaną robiła moja mama, robię ją i ja. Tym razem dynia marynowana na słodko. Jest smaczną zimową przekąską, dodatkiem do słodkich deserów, a można ją dodawać także do wypieków, np do drożdżowych ciast i strucli.

 

Składniki:
  • 1 kg obranej ze skórki i oczyszczonej z miękkiego miąższu dyni
  • 1 szklanka cukru
  • 1/2 szklanki octu 10%
  • kilka goździków
  • cynamon w lasce
  • 3 szklanki wody
Sposób wykonania:
  • Dynię cienko obrać z wierzchniej skórki, usunąć miękki miąższ z pestkami, a pozostały twardy miąższ pokroić w równej wielkości kostkę
  • Z wody, cukru i octu ugotować syrop
  • Dynię układać w wyparzonych słoikach. Do każdego włożyć po 2 goździki i kawałeczek laski cynamonowej. Jeśli słoiki są większe wkładamy 3 - 4 goździki
  • Dynię zalewamy gorącą marynatą i zakręcamy. Pasteryzujemy ok 25 minut 

    by Anika (noreply@blogger.com) at wrzesień 29, 2014 07:35

    Z usmiechem przez Japonie

    Polskie miasta oczami Shinyi Ayamy - wernisaż prac we Wrocławiu


     W imieniu swoim i artysty chciałabym serdecznie zaprosić wszystkich zainteresowanych na wernisaż malarstwa Shinyi Ayamy "Moje widzenie polskich miast", który odbędzie się 3 października 2014 roku w Galerii Sztuki Naiwnej i Ludowej we Wrocławiu, godz. 18:00. Wstęp bezpłatny!



    Shinya to bardzo ciekawa postać. Miałam okazję poznać go osobiście i porozmawiać. Urodził się w Kioto (jest rdzennym Kansajczykiem), gdzie studiował ekonomię. Nie pracował zawodowo na żadnym szczeblu w korporacji, ponieważ odkrył w sobie pasję do sztuki...
    Najpierw występował jako aktor, a teraz jest artystą-malarzem. Prawdziwą inspirację znalazł dopiero w Polsce - fascynuje go architektura i struktura polskich miast, które są zupełnie inne niż znane mu japońskie. Dużo podróżuje, często zmienia miejsce zamieszkania i ciągle wozi ze sobą płótna. Miał dużo zabawnych przygód, o których opowiem przy kolejnej okazji, ponieważ planuję przeprowadzić wywiad.

    "Widzenie polskich miast" to piękna wizja Polski, która jest kolorowa, która powoduje zachwyt, która jest egzotyczna. Shinya pokrywa płótna całymi rzędami małych, geometrycznych rzędów, co sprawia wrażenie głębi. Żywe barwy, uproszczona, minimalistyczna forma powoduje, że obrazy Shinyi balansują pomiędzy pop-artem, ilustracją, a komiksem. Widziałam te obrazy z bliska i niektóre, zwłaszcza te o mocnym wyrazistym nasyceniu, robią na mnie wrażenie. Na wernisażu będzie można kupić płótno Shinyi i ja zamierzam taki oryginał nabyć.




     


    Wszystkie fot. są własnością artysty.

    Galeria Sztuki Naiwnej I Ludowej

    Ul.Kiełbaśnicza 31, Wrocław
    Wernisaż: 3 października (piątek), godz. 18:00
    Wystawa: 4 października - 31 grudnia 2014 r.


    by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at wrzesień 29, 2014 06:58

    moje waterloo

    Kraina filcu

    Tutorial - jak wykonać obrazek przy użyciu wełny czesankowej.

    W ramach naszego konkursu na najciekawszy TUTORIAL dziś przedstawiamy Wam kurs przygotowany przez Panią Joannę - jak wykonać obrazek przy użyciu wełny czesankowej.

    Materiały:
    1. Wełna czesankowa w kolorach jak na obrazku (u mnie tu byly kolory pszczoły czarny, biały i żółty oraz kwiatka zielony, pomarańczowy i czerwony)
    2. Igła do filcowania cienka, podkładka do filcowania
    3. Materiał na podkład - u mnie akurat niebieska bawełna
    4. Mydło, folia bąbelkowa do filcowania na mokro.

    Wykonanie:
    1. Przerysowujemy wzór z kartki na materiał (technika dowolna)
    2. Wypełniamy wełną poszczególne elementy rysunku używając igły.
    3. Wykańczamy rysunek obrysami.
    4. Gotowy obrazek filcujemy na mokro, delikatnie pocierając cały wzór.
    5. Prasujemy docinamy i oprawiamy
    6. Cieszymy oko

    Pani Joanna zaprasza na swoją stronę na FB
    https://www.facebook.com/filcowaniekreatywne

    by kraina filcu (noreply@blogger.com) at wrzesień 29, 2014 05:22

    TUV

    czego nie lubię , czego nie znoszę a co musi być i już

    czujemy się z X-menem źle.

    On,bo po wypadku zaniedbał leczenia ( pisałam – na SOR NIE !!!) , a jak po dwóch dniach poczuł sie jak sarenka to i okłady,aspiryna i smarowanie stanowcze NIE bo po co ?

    No i do dziś nie doszedł do siebie.Wczoraj noga przypominała balonik….A jeszcze ciasna skarpetka to wiecie …

    Krwiak tuż nad biodrem też wyszedł nieciekawy.Ale tego nie widziałam wczesniej – czysto było,i okłady robilam wg wskazań wyżej.No i niedobrze.

    Ale…aspiryna ostatnia wzięta,chłop się zarzekał że ABSOLUTNIE już nie weźmie,wiec temat olałam.Nie to nie.Mam swoje problemy.Za lekami nie przepadam,kupuję jak już naprawdę muszę.A ostatnio muszę więc i w piątek byłam w aptece ( trzy razy…) i dziś raniutko.WSZYSCY WIEDZIELI .

    - przychodzę do domu – matka – gazety kupiłaś? Nie, przecież byłam po leki w aptece DLA CIEBIE,czemu mi nie powiedziałaś?

    - bo myślałam że się domyślisz….

    -X-men , no nie czuję się dziś jeszcze za dobrze. Jest jakaś aspiryna?

    (kurwa warczę w myślach ) – przecież WIESZ ŻE NIE MA i ŻE LECIAŁAM DO APTEKI MATCE PO LEKI !!! – nie mogłeś powiedzieć?!?

    -myślałem że kupisz na wszelki wypadek…

    Coś tam w tzw międzyczasie w temacie remontu do przodu się posuwa.

    O,takie zasłony szczeliłam do sypialni:

    Po rozsunięciu było tak:

    no ale ja muszę mieć jednak firanki i w sobotę potuptaliśmy do lerla po tiul.Taki beżowy,delikatnie.I uszyłam.

    bałagan jeszcze -  z kuchni resztki…I fikusa widać w rogu i trawkę co to pozbierałam z całego domu i do donicy wsadziłam i myślę że fajnie.Tygrys wylatuje na strych;)

    Do kuchni w obronie blatów strzeliłam podkładki.Nie są za bardzo ładne.Tak naprawdę to podoba mi się strona spodnia i oj tam. Psychodeliczne koty i sznury.No co ,miałam szubienicę walnąć? ;)

    A i pod stołami a raczej pod blatami umocowałam gazetniki.Nie ,nie kupujemy gazet ale mama kupuje,potem nam znosi.No to się czyta/przegląda /ogląda i walają się po kuchni,na ławach czy stołach.No  i nareszcie będzie porządek.

    nie widać, nie przeszkadza w siedzeniu.Ufff;).

     

     

    by Tuv at wrzesień 29, 2014 12:07

    moje waterloo

    1925

    Kochany nasz skarbeczek, w niektórych kręgach zwany Dzikiem, rośnie i robi się coraz bardziej podstępny. Teraz to już człowiek naprawdę musi uważać, żeby nie dosięgło go jakieś niecne pytanie.
    Nie udało mi się.

    - Dlaczego planet nie widać z klifu?

    Noooo, ludzie! Przecież to się gorsze robi niż moje własne, co to nie mniej podstępne było i bez litości strzelało pytaniami z dziedzin różnych.

    - Mamo, dlaczego wieje wiatr?

    Upolowała mnie, bo i kogo miała. Do hostorii przeszła udzielona przeze mnie odpowiedź, którą później dziecko samodzielnie stosowało w przeróżnych trudnych sytuacjach.

    - Bo jest różnica ciśnień*.

    O dziwo odpowiedź ta ją zadowoliła. Pomyślała, pomyślała, głową pokiwała i wrzuciła do przepastnej pamięci komputera. Kiedyś, z rok później, upadła jej lalka.

    - Dlaczego lalka upadła? - rzuciła w przestrzeń i się zadumała. - Wiem! - bąknęła po chwili, wyraźnie uradowana. - Bo jest różnica ciśnień.

    Przy Dziku tez człowiek musi być czujny i mieć dobrze ugruntowaną wiedzę ogólną. Dziecka nie wolno okłamywać. Ale wolno, z całą podłością na jaką człowieka stać, udzielić odpowiedzi, zawierającej jakieś trudne słowo**. C'nie?


    * No co? Przecież to prawda.
    ** Np.: bo planety to obiekty astronomiczne, które wyłącznie odbijają światło.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at wrzesień 29, 2014 12:29

    Dzieciowo mi

    Wcześniak – rodzicielstwo level expert. Część 4 – ubranka i pieluchy.

    Cykl wcześniakowy powstaje nie tylko ku chwale ojczyzny i pożytkowi przyszłych pokoleń. Motywacja jest też bardzo swobna, egoistyczna. To moja forma rozliczenia się z wcześniactwem moich własnych dzieci. OK, OK, późne wcześniaki, gdzie im do osesków rodzonych w 27. tygodniu ciąży, ale mimo wszystko po bardzo trudnej ciąży nastąpiły silne, negatywne emocje, które domagają się wyartykułowania. Żeby coś pokonać, trzeba to nazwać. Jeśli się nie wie, z czym się walczy, to jak można zwyciężyć? ;) Kontynuujemy więc, aby Polska rosła w siłę i ludziom żyło się dostatniej (by Borat).

    Pisałam już o sposobach odżywiania wcześniaka, problemie z przejściem na karmienie piersią i wszystkim, co się z tym wiąże, brałam na warsztat to, co dzieje się z matką i ogólniej z rodzicami wcześniaka,  pisałam o badaniach, jakie musi przejść wcześniak w szpitalu i już poza nim. Czas na problem, który na dobrą sprawę problemem nie jest, albo przynajmniej nie na taką skalę, jeśli ma się dziecko mieszczące się wagowo w średniej krajowej i urodzone o czasie. W co ubrać wcześniaka i skąd załatwić pieluchy? Ubranka i pieluchy dla wcześniaków – otóż to!

    Ubranka dla wcześniaków

    Cały bajer polega na tym, że nie wiemy, że urodzimy dziecko przed terminem, dlatego nie szukamy ubranek w odpowiednim rozmiarze. Normalna rzecz. Powoli sobie gromadzimy ciuszek do ciuszka, albo nawet jeszcze nie zaczęliśmy się kręcić wokół tematu, a tu hop i siupryza. No i teraz zdobądź coś, człowieku. Po pierwsze jesteś w szoku i sam musisz ochłonąć. Po drugiej jesteś w szpitalu, więc gdzie masz latać. Po trzecie – OK, to będzie seksistowskie i proszę mi to wybaczyć w imię celów wyższych – sorry, panowie, ale kobity bardziej ogarniają temat kupna ubranek dla dzieci. To jednak kobita jest unieruchomiona w szpitalu, przynajmniej przez pewien czas, a jej partner często gęsto dogina do roboty, to jak ma latać za ciuchami? Po czwarte – no dobra, jest internet, w szpitalu też można korzystać, leżałam pół ciąży i korzystałam, ale człowiekowi naprawdę ciężko jest się pozbierać psychicznie, co dopiero ogarniać przeszukiwanie stron internetowych. No i po piąte w końcu, czego właściwie szukać?

    Troszkę odmiennie podchodzą do tematu nosicielki ciąży wieloraczej, bo ta z definicji jest ciążą wysokiego ryzyka. Stopień tej wysokości jest zależny od tego, ile nosimy płodów i w jakiej są konfiguracji. Kobiety, które spodziewają się jednoowodniowych i jednokosmówkowych bliźniąt, czyli takich, które mają wspólne łożysko i są w jednym, wspólnym worku owodniowym, WIEDZĄ, że urodzą wcześniaki, bo takie ciąże standardowo rozwiązuje się poprzez cesarkę około 32. tygodnia. To jest już ciąża określana mianem ekstremalnie wysokiego ryzyka. Ja też liczyłam się z możliwością, że mogę urodzić przed terminem, a kolejne wizyty na patologii ciąży, kazały mi ubrać moje przypuszczenia w szmatki wysokiego prawdopodobieństwa. Tak zresztą się i stało.

    Czy szukałam wcześniej ubranek dla wcześniaków? Właściwie liznęłam temat, a nawet kupiłam parę szmatek w rozmiarze 48 i 50 i po porodzie, bo były jedyne pajace, w których moje dzieci nie ginęły.

    pajacyk-i-mleko

    Te pajace zachowałam sobie do tej pory. Od czasu do czasu wyciągam je i z sentymentem na nie patrzę. Mleko jest tylko dla porównania skali, to nie product placement ;)

    Poza pajacami, dwoma bodziakami i dwiema czapeczkami nie kupiłam niczego więcej. Dlaczego? Nie miałam pojęcia, czy trafię z rozmiarem, to raz. USG jakoś tam wielkość dzieci ocenia, ale to są zawsze wartości przybliżone, no i nie wiedziałam, na którym etapie ciąży przyjdą na świat. Po drugie ubranka dla wcześniaków są cholernie drogie. Ja pierdzielę, jak ludzie na tym zdzierają, to nawet nie zdajecie sobie sprawy. Ubranka dla dzieci w ogóle nie są szczytem taniochy, ale te dla wcześniaków biją już rekordy, naprawdę.

    Czy w ogóle jest sens kupować ubranka dla wcześniaków? Moim zdaniem niezupełnie. Pamiętajmy, że wcześniaki przez dłuższy czas przebywają w ogrzewanym inkubatorze. Tam mogą z powodzeniem obywać się bez ubrania, przykryte tylko pieluszką. Ubranko może nawet przeszkadzać personelowi szpitala w serwisowaniu takiego noworodka, bo przecież mamy do czynienia z kilometrami kabelków, rurek, sond, czujników itp. Takie ubranko to kolejna dawka bakterii, pamiętajmy o tym. Najmniejsze dzieci niekoniecznie są na tę dawkę przygotowane. Przy ekstremalnych wcześniakach czynności wokół nich są ograniczane do minimum. Wysiłkiem dla dziecka jest karmienie czy niezbędne badania. Ubieranie takiego delikwenta w ubranko to kolejna porcja wysiłku. Niekoniecznie wskazana.

    Poza tym dzieci bardzo szybko rosną. Czy jest sens wydawać na bodziak 20 zł, by najdalej za miesiąc rujnować się na kolejny? Trudno, lepiej chyba przyjąć na klatę fakt, że body w rozmiarze 56 kończy się w kostkach, a w pajacu nogawki są właściwie niepotrzebne, bo nóżki i tak tam nie dosięgają. Patrząc więc wstecz na siebie i inne mamy wcześniakowe mogę powiedzieć, że na czas przebywania dziecka w inkubatorze ubranka dla wcześniaków nie mają sensu i zastosowania. W etapie poinkubatorowym też właściwie tracą rację bytu na tyle szybko, że nie ma sensu w nie inwestować.

    by kruszyzna at wrzesień 29, 2014 11:05

    Kraina filcu

    Pokaz szydełkowania MyBoshi.

    Zapraszamy na najbliższy pokaz szydełkowania czapek MyBoshi.

    Pokaz odbędzie się już w najbliższy czwartek (02.10) w godz. 18.00-19.30 w Warszawie na ul. Filtrowej 83 domofon 69 (wejście od ul. Akademickiej).

    Na pokazie pracować będziemy na oryginalnej włóczce i opisie MyBoshi, a każdy uczestnik otrzyma 1 motek w wybranym kolorze i spróbuje swoich sił pod okiem doświadczonego instruktora.

    Koszt udziału to jedyne 12.90 zł = czyli cena 1 motka oryginalnej włóczki MyBoshi.

    Mamy jeszcze dwa wolne miejsca. Zapisy tel. 22-822-58-27 lub mailowo agata.krainafilcu@gmail.com

    by kraina filcu (noreply@blogger.com) at wrzesień 29, 2014 11:22

    Blog do czytania

    Dlaczego warto mieć towarzystwo do biegania?

    Biegasz? Utwórz klub sportowy! Nie biegasz? Utwórz klub sportowy! Dziś krótko i na temat. Dla biegaczy, choć jak zwykle – nie tylko. Jak być może część z Was pamięta, w początkach swojej kariery biegacza występowałem jako członek jednoosobowego klubu „Gdanskzdolu.pl”. Po prostu uważałem, że to zabawna forma reklamowania mojego bloga. I może w ten sposób […]

    by mrcichy at wrzesień 29, 2014 10:15

    Anna Sakowicz

    Moje cudowne życie i inne katastrofy

    Od jakiegoś czasu żyję w przekonaniu, że polska literatura dla dzieci jest naprawdę na wysokim poziomie. Kiedy więc trafia w moje ręce tekst tłumaczony z języka angielskiego, jestem trochę sceptycznie nastawiona i w pierwszej chwili myślę, po co tłumaczyć, jeżeli mamy swoje dobre. Właśnie jestem po lekturze książki Catherine Wilkins „Moje cudowne życie i inne…

    by anna.sakowicz at wrzesień 29, 2014 08:27

    Slow Day Long

    10 typów ojców, którzy nie zbudują pozytywnych relacji ze swoimi dziećmi

    Dopiero niedawno zorientowałem się, że przez całe swoje dotychczasowe życie podglądałem innych ojców obserwując, jak wcielają się w swoją rolę. Zanim urodziła się Alicja musiałem dowiedzieć się, jak to jest być tatą. Zadanie to nie jest wcale proste, ani łatwe. A ja nie miałem się od kogo tego nauczyć. Dlatego w swojej głowie zapisywałem sytuacje, zdarzenia i sceny, których byłem świadkiem. Momenty, kiedy inni ojcowie pokazywali, jakimi są. Mam na myśli przykłady zarówno te z realnego świata, jak i z filmów, czy książek. Czerpać można przecież ze wszystkiego.

    Swojego ojca praktycznie nie znam i tak naprawdę, to poznać nie chcę. Wiem gdzie mieszka, kim jest, co robi. Ma nową rodzinę. Do mnie nie przyznawał się dziesiątki lat. Nagle, na starość przypomina sobie o tym, że jestem i żyję. Chce budować relacje. Odbudować więzi. Podczas naszej telefonicznej rozmowy, pierwszej od mniej więcej 20 lat tłumaczył się, że zawsze o mnie pamięta, myśli, że chciał się spotkać, ale… ale… ale…

    Dosyć prywaty, bo dziś nie o tym. W dzisiejszym wpisie podzielę się z Wami swoimi obserwacjami, dotyczącymi ojców, którzy delikatnie mówiąc, mnie wkurzają. Poniższe typy, pewnie częściowo Wam znane, to najczęściej przeze mnie spotykane osobniki, które moim zdaniem zbyt dobrym przykładem nie świecą.

    Oczywiście, nikt nie jest doskonały, a ja to już w ogóle. Ciekawi mnie jednak, jakimi typami są Wasi partnerzy, Wasi ojcowie, jakimi ojcami sami jesteście (to do panów)? Widzicie tu pewne podobieństwa, czy może odcinacie się od moich obserwacji? A może macie zupełnie inne przemyślenia, niż autor niniejszego wpisu?

    OJCIEC ZAPRACOWANY

    Typ chyba najbardziej popularny ze wszystkich. Praca w korpo albo we własnej firmie zżera go do cna. Nie ma czasu wybrać się do szkoły na przedstawienie, w którym córka gra główną rolę. Mecz, w którym syn strzela bramkę ogląda na komórce, kiedy prześle mu go żona. Wiecznie zajęty, zapracowany, ciągle tłumaczący się nawałem pracy. Ta jest ważniejsza, niż wszystko inne. Związek z matką jego dzieci, często kończy się rozwodem.

    Kiedyś byłem na spotkaniu, na którym klient (wysoko postawiony manager w dużej giełdowej spółce) wyspowiadał mi się przypadkiem, że dość ma ciągle gderającej żony, która jęczy mu nad głową, że nie pamięta kiedy jego dzieci mają urodziny. Woli oddać się pracy. A samotność leczy w ramionach długonogiej sekretarki. Są też niepozbawione uciech delegacje. Ot idiota. Tych niestety nie brak.

    OJCIEC TERMINATOR

    Podobno faceci okazują miłość czynem, a nie słowem. Kiedy mężczyzna umyje żonie auto, kupi córce sukienkę, a wnukowi zabawkę, to znaczy, że… kocha. Terminator wiecznie pędzi, goni. Oczywiście w jego pojęciu dla dzieci chce jak najlepiej. O sobie jednak nie pamięta. Odda z siebie wszystko. Serce poda na tacy. Nie jeździ na urlopy, bo czasu szkoda. Do lekarza też nie pójdzie, bo po co. Przejdzie samo. Najczęściej kończy żywot na zawał lub wylew. Smutne.

    OJCIEC TYRAN

    Surowy, często okrutny. Wszystko musi być, tak jak on chce. Każdy tryb funkcjonowania rodziny, jest ustalony przez jego widzimisię. To on mówi co, kiedy, jak i z kim. Nigdy nie przytuli i nie pochwali. Często uderzy pasem, skrytykuje, poniży i zdepcze. Dlaczego piątka, a nie szóstka? – zapyta. Często umiera w samotności, zapomniany i zgorzkniały. Chciał przecież dobrze, a wszyscy o nim zapomnieli. Niewdzięczni.

    OJCIEC NARZEKAJĄCY

    Niezadowolony z całego świata, rodziny, żony, z siebie. Nic mu nigdy nie wychodzi, nic się nie udaje. Jego najbliższym także. Bezrobocie, „Plagi egipskie”, brak pieniędzy, wojna na Ukrainie, PO, Tusk, Kaczyński. Jak magnes ściąga nieszczęścia. Ciągle mu nic nie wychodzi, nic mu się nie udaje. Szklanka jest wiecznie do połowy pusta. Samospełniające się proroctwo. Swoim marazmem i żółcią zaraża innych, a głównie swoje dzieci. Jaki pan, taki kram.

    OJCIEC NADOPIEKUŃCZY

    Stara się uchronić swoje dziecko przed nieszczęściami całego świata. Uważaj, bo się przewrócisz. Załóż czapkę, bo się przeziębisz. Ostrożnie. Powoli. Nie rób tego. Nie jedz tego. Zasypuje swoich bliskich radami, przestrogami i dobrymi przykładami. Dzieci nie powinny nigdzie daleko jechać na studia. Na wakacje zawsze razem. Pępowina nigdy nie zostaje przerwana. No, chyba że brutalnie. Bo w końcu ktoś ma dosyć i nie wytrzymuje ciśnienia. Znacie takie przypadki? Bo ja przynajmniej kilka.

    OJCIEC NIEOBECNY

    Wraca z pracy punktualnie. Dzieci są, bo są. Inne rzeczy są jednak ważniejsze, bardziej istotne. Jego rolą nie jest wychowywanie. Jeśli nawet wyjdzie z dzieckiem na plac zabaw, to z reguły trzyma w ręku swojego smartfona, w którym czyta wiadomości. Nie angażuje się. Wycofany. Niezainteresowany poznaniem swoich dzieci, zapatrzony w siebie. Egoista.

    OJCIEC ZAPATRZONY

    Moje dziecko bije inne w szkole? To pomyłka, przecież jest takie grzeczne. To na pewno nie ono. Pana syn sypnął mojej córce piaskiem w oczy – powiedziałem pewnego razu do pewnego ojca na placu zabaw. No on już tak ma – usłyszałem w odpowiedzi. Widzi tylko dobre cechy, złych nie zauważa. Wychowuje dziecko w przekonaniu jego absolutnej doskonałości. Chwali, nagradza, nigdy nie karze. Pozwala sobą manipulować. Dobrym przykładem, może być ojciec Tomka Beksińskiego, który wychował zapatrzonego w siebie, rozkapryszonego dupka. Nie jedynego, który chodzi po tym świecie.

    OJCIEC PŁODNY

    Jego zadaniem jest jak największe przedłużenie rodu. Nie ważne z kim, ważna jest ilość. Żonę zdradza na prawo i lewo. Żeniąc się z drugą, myśli o trzeciej. Fircyk w zalotach. Niedojrzały emocjonalnie palant, pozbawiony krzty odpowiedzialności. Myśli czubkiem swojego penisa. Nie pamięta, ile ma dzieci. Bo kto to zliczy.

    OJCIEC DOSKONAŁY

    Nie potrafi przyznać się do błędu. Nie wolno go krytykować i oceniać. Głowa rodziny. Piedestał. Tron. Bez poczucia humoru. Nie potrafiący zdystansować się do siebie i do świata. Każdą uwagę traktuje jako atak na swoje jestestwo. Jego dzieci szybko przestają z nim dyskutować, bo i tak tato ma rację. Nie warto z nim wchodzić w jakikolwiek dialog. Monologi, to jego pasja. Rysa na szkle? Coś takiego nie istnieje.

    OJCIEC OBIECUJĄCY

    Nigdy nie dotrzymuje danego słowa. Zawsze dużo i pięknie mówi. Tak, przyjdę na przedstawienie w szkole. Tak, pojedziemy na wakacje. Tak, tak, tak! Jego zachowanie i puste słowa rodzą frustrację, gniew, żal i złość. Bardzo szybko traci zaufanie dzieci, które przestają wierzyć w jego deklaracje. Bez honoru. Słowa na wiatr.

    PODSUMOWANIE

    Bycie ojcem to sztuka. Bycie dobrym ojcem, to mistrzostwo świata. To trudna rola, do której nigdy się nie jest przygotowanym. Błędy popełnia każdy. Nie da się od nich uciec. Grunt, to nie popełniać tych fundamentalnych. Nie powielać błędów naszych ojców.

    Ktoś kiedyś napisał, że „Wszyscy jesteśmy ofiarami ofiar”. I coś w tym jest.

    Prawda, tato?

    by Damian at wrzesień 29, 2014 05:30

    zycie na kreske

    Kura pazurem

    Robię przerwy w blogowaniu

    Myślałam cały tydzień i doszłam do bardzo konstruktywnych wniosków. 05.10 miną dwa lata, odkąd prowadzę blog. Czas więc na zmiany. Trochę nie nadążam z przygotowywaniem notek codziennie i postanowiłam się ograniczyć. myślenieMoim zdaniem regularność w dodawaniu postów jest bardzo ważna, bo to uczy mnie systematyczności i obowiązkowości. Myślałam więc i myślałam. W końcu wymyśliłam, że od 01.10.2014 r. notki na moim blogu będą pojawiać się nie sześć razy w tygodniu, a trzy. Moim zdaniem najlepsze dni to będą: poniedziałek, środa i piątek. I w te dni obiecuję zawsze świeżutki tekst. W pozostałe dni będę ogarniać rzeczywistość, bo zrobiło się zbyt dużo do ogarnięcia.

    W domu remont trwa w najlepsze, zbliża się premiera książki, czasami wpadają zlecenia, a i pora najwyższa zacząć skrobać coś następnego, więc i czasu potrzeba więcej. W dodatku Jajo w klasie maturalnej, a ja zostałam natchniona przez reklamę telewizyjną. Szykuję strój maskujący na egzamin Jaja. Nie wiem tylko czy a’la drabinka, czy może lepiej zawiesić się pod sufitem. I oczyma wyobraźni widzę minę Jaja, jak wchodzi do toalety, a tam mamusia z sufitu streszcza „Potop”. Ha, ha. Albo zlana z tłem ściany podpowiada, jak napisać esej. No, jest jeszcze opcja wtopić się w tło podłogi. A wiadomo, żeby takim kameleonem zostać, to trzeba też zredukować własną masę. Na to potrzeba czasu, więc we wtorek, czwartek redukuję, a w weekend mieszam się z tłem. Efekty swoich starań oczywiście opiszę. Jak dobrze pójdzie, za rok będę się wynajmować jako zawodowy kameleon-podpowiadacz.

    Mam nadzieję, że zrozumiecie siłę wyższą. Odpoczniecie sobie ode mnie. Nie wiem, co prawda, jak mój organizm zniesie taki odwyk blogowy, ale w razie co, zostawiam sobie furtkę, że gdyby coś mnie nagle przycisnęło i bym poczuła silną, nagłą potrzebę wylania na monitor tego, co się wydarzyło, to oczywiście zrobię to z całą mocą moich paluchów biegających po klawiaturze.

    A pod tym postem fajnie by było zobaczyć krzyk rozpaczy czytelników, nie? To wtedy ja wirtualnie głaszczę po główkach i za chwilę podrzucam powieść. Nowe posty zawsze rano w poniedziałek, środę i piątek (od 01.10.), a w pozostałe dni czytacie „Złodziejkę marzeń”. A w tym czasie ja produkuję następne „dzieło”. I niedługo śmignę Wam znów w telewizorze (w przyszłym tygodniu mam nagranie). Pięknie to wymyśliłam, nie? :twisted:

    by anna at wrzesień 29, 2014 03:07

    notatki na mankietach

    futrzak

    to są dwie różne rzeczy na ogół. Weźmy takie okulary. Tak, wiem jakie oprawki są hiper-super-modne i wypasione. I co? I figa. Są STRASZNE.
    Ciężkie, większość bez stopek, po 15 minutach czuję się, jakbym na nosie miała pół tony betonu.
    Sorry. Mam to w dupie. Okulary noszę non-stop (szkieł kontaktowych nie mogę, mam przeciwwskazania) i one muszą być przede wszystkim lekkie i nie sprawiać problemów, a nie WYGLĄDAĆ.

    Podobnie jest z butami. Tak, wysokie obcasy, szpilki i tak dalej. Ale w tym się nie daje chodzić. Realia BuA są takie, że na autonogach przemierza się kilometry dziennie. Tego nie da się zrobić w ZADNYM bucie na obcasie, sorry. A nawet w koturnikach, paseczkach, balerinkach i innych wynalazkach. Po prostu, kilometry w temperaturce da sie zrobic bezbolesnie i bez strat tylko w butach sportowych. Dlatego w BuA nie jest niczym nadzwyczajnym widok odstawionych dziewczyn w sukienkach zasuwajacych w trampeczkach…

    Podobne zreszta zjawisko widzialam kiedys w NYC – poranek i stada kobiet zasuwające do pracy na Manhattan w garsoneczkach, a na nogach adidaski, które przed wejściem do biura zmienia się na eleganckie obcasiki…

    Od tej strony Kalifornia i praca w IT byly miłe, bo z okazji pójścia do pracy nie musiałam się specjalnie jakoś przebierać: jeansy, t-shirt i sportowe buty to był standard, thank god…

    PS: że też dopiero teraz dałam się namówić na fotochromy… jaka to ulga i wygoda…i pomyślec, ze przez tyle lat sie męczyłam z jakimiś ersatzami…


    by futrzak at wrzesień 29, 2014 01:03

    wrzesień 28, 2014

    Notatki na marginesie

    śmigło w tyłku

    Napisałam kiedyś, że mam wicher w duszy i on od czasu do czasu wieje mocniej. Rutyna mnie uwiera. Właściwie wydaje mi się, że lubię i porządek i rytm i święty spokój, ale jak na miłośniczkę tychże zbyt często wywracam sobie życie do góry nogami. Jak do tej pory kilkanaście razy zmieniałam pracę, kilka razy mieszkanie, rzuciłam dwóch chłopaków, męża i kilka razy palenie. Dorobiłam się po drodze paru guzów, mnóstwa doświadczeń, trochę się nauczyłam, urodziłam i wychowałam najlepszą na świecie córkę i w sumie czuję się szczęśliwa i bogata. Tylko pieniędzy chciałabym mieć więcej:). W Olsztynie mieszkam czwarty rok i pracuję w tym samym miejscu. To mój rekord. 

    Jeden mój znajomy, którego w sumie rzadko widuję, powiedział kiedyś, że w moim przypadku delta  równa się constans. Jak go zobaczę w najbliższym czasie to na pytanie 

    - Co u Ciebie? - odpowiem

    - Przeprowadzam się (ale jeszcze nie jestem pewna gdzie, szukam mieszkania), palenie rzuciłam dwa lata temu, tym razem na zawsze, zaczynam studia w piątek a jutro wyprowadza się Lolka.

    Moja dziewczynka dorosła. Trochę mi smutno, ale przede wszystkim jestem dumna. Wypuszczam w świat lwicę a nie żadne mli mli. Będzie wygrywać, grzeszyć i zbierać razy na własny rachunek. Jak Mulan . Wierzę w nią bardzo. No i kocham oczywiście jak wariat.

    by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at wrzesień 28, 2014 09:51

    Eksribicjonizm kontrolowany

    Jak się trzyma..? - 28 - OSTATNI

    Wszystkie zdjęcia z tego cyklu znajdziesz tutaj.

    Zrobiłam to!
    Począwszy od 28. urodzin, opublikowałam 28 zdjęć, dokumentujących to, jak się trzymam w okolicach trzydziestki.

    Rozpoczęłam ten projekt bez żadnych planów. Nie miałam pojęcia, dokąd zaprowadzi mnie te 28 miesięcy. Choć miałam swoje marzenia, nic nie wskazywało na zmiany, jakie mnie czekają. Ani na to, że cykl z dokumentującego stanie się motywującym.

    Bo poza tym, że odwiedziłam RzymBarcelonę, Paryż i Londyn, że zobaczyłam na własne oczy Cirque du Soleil w Gdańsku i Kew Gardens, że zorganizowałam 12 foodingów dla krakowskich blogerów... to (prawie) zdobyłam dyplom ukończenia wyższych studiów, a prywatnie wskoczyłam na wyższy poziom związku.

    Oprócz tego częściej maluję paznokcie i nie uciekam już przed obiektywem. Choć wciąż twierdzę, że trzydzieste urodziny nie były dla mnie przełomowe, to w ich okolicach rzeczywiście dojrzałam. Wewnętrznie, bo moje dłonie - jak widać - nie zmieniły się zbytnio.

    To, jak powinno wyglądać to ostatnie zdjęcie, wymyśliłam już dawno. Mnóstwo czasu spędzamy trzymając się za ręce, więc cykl "Jak się trzyma(m)?" nie mógłby się obyć bez takiego kadru. Kończę ten cykl symbolicznym początkiem tego, co zaczęło się dla nas w zeszłą sobotę i co sprawia, że mimo natłoku uczelnianych spraw czuję się, jakbym połknęła maszynę do produkcji baniek mydlanych.

    I coś czuję, że one są różowe.

    Jak się trzyma..? - 28

    by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at wrzesień 28, 2014 10:49

    moje waterloo

    1924

    Zauważyłam, że wszystkim bardzo spodobało się gotowanie w kontekście napełniania kieliszka. W związku z powyższym podzielę się z Wami również wiedzą mnemotechniczną w postaci doboru win pod konkretne żarcie. Problematyka ta spędza często sen z powiek. Teraz już nie będzie. Ach! Obecnie mawia się o rozluźnieniu obyczajów i swobodnym doborze. Ja tam się rozluźniam wiecie gdzie. A ponieważ win słodkich, poza miodem i tokajem Aszu, nie pijam, to do deserów uprzejmie odmawiam.
    Uwaga.

    Ryby, drób i cielęcina 
    lubią tylko białe wina.
    Zaś pod wołu, sarny, wieprze
    jest czerwone wino lepsze.
    Frukta, deser i łakotki
    lubią tylko wina słodkie.
    Zaś szampana, wie i kiep,
    można podczas, po i przed.

    Jak Państwo widzi - do posiłków wódzi w żadnej postaci nie pija się. Co prawda, do tego wierszyka dorobiono później końcówkę: A wódeczkę, mój kolego, można smolić do wszystkiego, ale jak Państwo rozumuje, ci, co pijali pod frukta, niczego nie smolili. A przynajmniej nie oficjalnie.
    Przy okazji podrzucam, że jako aperitif podaje się wina gorzkie, czyli wszelkie wermuty (nie lubię) i campari (nie lubię).

    A na boczku, do kawki... koniaczek.
    Boszszsz, muszę sobie kupić jakiś koniaczek, bo już dawno nie pilim.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at wrzesień 28, 2014 10:20

    pierwsza żona

    pokolenie ikea

    2232969060_4baca767ea_b

    Olga miała w życiu pecha do dwóch rzeczy: serów i aptekarek

    Z aptekarkami to wzięło się akurat dość prosto.

    Jej przyjaciółka Marta wzięła sobie do domu kota ze schroniska. Mogła wziąć małego kota, ślicznego niczym reklama banku, ale nie wzięła. Nie wzięła bo powiedziała że małego i puchatego weźmie każdy, a starego i wrednego to już nikt.

    Kot był faktycznie stary, wielki – całe 9 kilo – i na dodatek miał dziwne zacieki w uchu. Weterynarz, który jak Olga zauważyła później musiał być bardzo dowcipnym człowiekiem, bo powiedział że codziennie trzeba mu (czyli kotu) to ucho przetrzeć watką nasączoną odpowiednim roztworem. Ponieważ Marta wiedziała już nieco o kotach (z całą pewnością jedno, ze żaden nie lubi jak mu się cokolwiek wkłada do ucha) poprosiła Olgę o pomoc.

    Kot więc leżał przyduszony na kolanach Marty, a Olga miała mu jak zaordynował weterynarz szybkim precyzyjnym ruchem włożyć wacik do ucha a następnie również szybko, dynamicznie i precyzyjnie go wyjąć.

    Kot obserwował całą sytuację z pewnym rozbawieniem. Ale kiedy zrozumiał, że ta biała szmata zaraz włoży mu coś do ucha zwinął się w precel, szarpnął pazurami, wykonał jeszcze kilka nieskoordynowanych ruchów po czym umknął.

    Marta wyglądała nawet całkiem nieźle, miała tylko podrapane kolana. Za to ręce Olgi pokryte były efektownymi czerwonymi szramami, jakby wzięła nóż o wąskim i długim ostrzu a następnie przeciągnęła nim kilka razy po żyłach.

    Kot siedział pod kanapą i łypał wkurwiony niczym borsuk.

    - Ty go wyciągasz – warknęła Olga.

    5 minut i jedną połamaną szczotkę później kot leżał na kolanach Olgi owinięty w gruby puchaty szlafrok Marty, który Marta zakładała jak przychodził do niej mężczyzna, który rokował na tyle aby mógł go z niej zdjąć (szlafrok rzecz jasna).

    Zdejmowała bo pod szlafrokiem wtedy nie miała nic. Ostatnio zdarzało się to jednak nieczęsto. Jakość mężczyzn wybitnie spadła.

    Kotu z szlafroka wystawała tylko głowa. I ucho. Marta nachyliła się nad kotem usiłując go zahipnotyzować pyzatą twarzą i ciemnymi długimi włosami. W ręku trzymała watę. Kot napiął się, zagalopował na sucho w miejscu a następnie przebiegł im po kolonach, boleśnie wbijając pazury.

    Oldze do krwistych szram na rękach doszły jeszcze czerwone otarcia oraz dwa imponujące siniaki a w oczach pojawiły się łzy.

    - Ja go poszukam a ty idź do apteki po strzykawkę co? – błagalnie zawyła Marta.

    Olga naprawdę chciała powiedzieć kilka niemiłych rzeczy, kwestionujących jej poczytalność umysłową, ale zamiast tego zrobiła tylko kilka głębokich wdechów i wydechów.

    Przyjaźń ma swoje prawa.

    - Tylko szybko, proszę – zaskamlała Marta ponownie.

    Olga poszła. Przyjaźń ma swoje prawa.

    W tej aptece gdy Olga już odstała swoje za grupą emerytek , podeszła do okienka i powiedziała: strzykawkę proszę. Pani magister spojrzała na jej szramy na rękach, na jej sińce na rękach, na jej lekko rozmazany makijaż po czym wysyczała jak ten kot: narkomanom nic nie sprzedaję!

    Olga miała pecha do aptekarek.

    A z serem to było tak.

    Olga kupiła sobie w sklepie ser pleśniowy. Wróciła następnie do domu, rozłożyła wszystkie akta, a ser odłożyła do szafki aby się dojrzał. Wsadziła go w bardzo ładne ceramiczne opakowanie od serów z napisem camembert, które dostała na któreś urodziny, nie pamiętała już które. A następnie całkowicie o nim zapomniała.

    Mniej więcej trzy dni później Olga stwierdziła, że coś zaczęło jej śmierdzieć w mieszkaniu. Waliło ewidentnie koło zlewu. Jakieś jedzenie musiało zapchać odpływ i zaczęło gnić – pomyślała Olga i była bardzo dumna ze swojej dedukcji.

    Wracając do domu z pracy kupiła więc Kreta w płynie, który miał być jak predator a z drugiej strony nieco łagodniejszy od tego w granulkach. Owszem Kret zapienił się w odpływie kwieciście, puścił nawet kilka sporych bąbli ale jak w kuchni śmierdziało, tak śmierdziało dalej. Co najwyżej woda w zlewie ściekała dynamiczniej.

    Olga w odruchu rozpaczy zrobiła, coś czego nie robiła naprawdę dawno czyli dokładnie przejrzała wszystkie rzeczy w lodówce, wyrzuciła te przeterminowane a następnie nie wierząc w to co robi dokładnie i systematycznie umyła całą lodówkę. Całość z zegarkiem w ręku zajęła jej jakieś 2 i pół godziny. 20 minut po północy dyszała ze zmęczenia jakby przebiegła 10 km a na dodatek złamała sobie paznokieć.

    W kuchni śmierdziało dalej. Śmierdziało też już w reszcie mieszkania. Zapach nawet przybrał na intensywności, tak że na noc musiała otworzyć okno w kuchni i zamknąć tam drzwi.

    - Może ci mysz za szafką zdechła? – zasugerował następnego dnia rano Czarny.

    Skro w grę miała wchodzić mysz, Olga wezwała Czarnego do pomocy. Klnąc bardzo paskudnie zdjął nawet cokoły pod szafkami, intensywnie dłubał tam szczotką i świecił latarką. Nic. Śmierdziało czymś dziwnym. Duszącą zgnilizną? Trupem?? Czarny w odruchu bezradności zaczął otwierać wszystkie szafki i przeszukiwać je dokładnie. Kiedy otworzył tę nad zlewem na jego twarzy pojawił się lekki pot. A później jak potrząsnął ceramicznym opakowaniem to było jej trochę wstyd i głupio.

    A więc Olga miała pecha do serów.

    ===

    Sardynia w świecie jest znana z nuragów, czyli megalitycznych wież obserwacyjnych mających lekką ręką ponad 2 tys. lat, znana jest z Francesci Careddu która wiosną tego roku w wieku 99 lat spełniła swoje wielkie życiowe marzenie uzyskując dyplom ukończenia gimnazjum, znana jest też w końcu z sera casu marzu.

    Ser ten produkowany jest w niezwykle prosty sposób. Bierze się włoski ser pecorino a następnie wprowadza do niego larwy much, które żywią się serem, doprowadzając go do stanu lekkiej fermentacji.

    Ser je się z larwami, które mają ok 8 mm długości i wypełnione są serem po brzegi. Trzeba przy tym mocno uważać bo potrafią skakać na wysokość mniej więcej 15 cm i uciekają z talerza.

    Kawałek tego sera wiozłem Oldze w szczelnym, hermetycznym opakowaniu (zgodnie z zapewnieniami sprzedawcy oznaczało, to że larwy po przybyciu na miejsce będą martwe, aczkolwiek ser będzie jak najbardziej zdatny do użytku). Jeśli o mnie chodziło nie przypuszczałem aby ktokolwiek miał go zjeść. Chciałem zobaczyć minę Olgi jak go dostanie.

    Ser popijało się mocnym winem Cannonau. Miałem pod pachą butelkę.

    Olga siadła przy stole, wzięła do ręki nożyczki. Przecięła opakowanie z którego od razu buchnęła mocna woń starych skarpet, które ktoś nosił w górach przez dwa tygodnie a następnie wypełnił po brzegi gorgonzolą. Zajrzała do środka a następnie wrzasnęła przeraźliwie.

    Po czym chwyciła opakowanie jakby ciągnęła za odwłok groźnego skorpiona i ruchem, którego nie powstydził się Tomasz Majewski wyrzuciła go ze swojego mieszkania na drugim piętrze prosto na szybę stojącej pod blokiem skody oktavii.

    2232969060_4baca767ea_b

    Photo by Rita M./CC Flickr.com


    by panikea at wrzesień 28, 2014 08:04

    Eksribicjonizm kontrolowany

    Anatomia ludowa

    Tego nie uczyli na biologii.


    OCZNY ZBIORNIK RETENCYJNY
    Aktywowany poprzez happy endy, śluby, wygrane w quidditcha, listy od rodziny dziękującej za Szlachetną Paczkę i inne dobre wydarzenia. Jak naiwny nie byłby film - ja zawsze się wzruszam, kiedy się kończy. Przepłakałam ślub Kate Middleton, śluby wszystkich bohaterek książek Montgomery, ceremonie kuzynek i znajomych oraz własną.
    Zbiornik nie posiada kurka z napisem "opanowanie". Potwierdzono, że łzy urazowe, kłótniowe lub pogrzebowe pochodzą z regularnego gruczołu łzowego, położonego w innym miejscu, aktywowanego rzadziej i wyposażonego w wyżej wymieniony kurek.

    GĄBKA MIĘDZYNERKOWA
    Rozpręża się na wakacjach i pozwala pić wodę przez cały dzień bez konieczności poszukiwania toalety. Zanika po powrocie do domu, a swoją wakacyjną zawartość uwalnia zwykle w kinie, za kulisami tuż przed wyjściem na scenę, albo przed podróżą (tzw. widmomocz).

    ŻOŁĄDEK SŁODYCZOWY
    Tłumaczyć chyba nie trzeba? Sama ubolewam, ale go nie posiadam. Istnieje również wersja przeznaczona wyłącznie na kawę - dla osób, które niezależnie od wielkości posiłku muszą zakończyć go małą czarną (albo beżową). Czasem aktywuje go alkohol lub niektóre środki psychoaktywne, zobacz: gastrofaza.

    WACIANA OTULINA MÓZGOWA
    Otula mózg meteopatów, kiedy spada ciśnienie, oraz imprezowiczów na tzw. "dzień po". Można ją wyhodować na stałe poprzez picie płynu do mycia szyb z dodatkiem cukru waniLINowego. Czasem pojawia się znikąd, kiedy MUSIMY coś zrobić, ale bardzo nie chcemy (odwrotność Syndromu Wałęsy "nie chcem, ale muszem").

     Fajnie jest być cudem anatomii!

    by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at wrzesień 28, 2014 06:48

    Dzieciowo mi

    Mamy biznesy: Owl with Soul – czas na czapki!

    Sezon, mili państwo, czas zacząć. Sezon na czapki. Nie wiem, jak u was, ale ja już raz skrobałam auto, szok przeżywszy przy tym procederze potężny. Skrobać? We Wrocławiu, biegunie ciepła? Na początku jesieni? Skandal! Toż u nas poprzedniej zimy w ogóle nie było śniegu. Serio, serio, jakaś popierdółka przez dwa dni leżała i pozamiatane.

    Tak czy inaczej poranki bywają chłodne, to i czapki się przydają. Szczęśliwie mamy już za sobą etap utrzymywania czapki na głowie przemocą za sprawą sznureczków. Do niedawna żadna czapka niewiązana nie miała prawa usiedzieć na łepetynie dłużej niż pięć minut. Zaraz potem następowało uroczyste ściąganie i delektowanie się wzorkiem, pomponem, czymkolwiek bądź, a próba ponownego ulokowania na miejscu przeznaczenia napotykała na opór czynnika ludzkiego. Ludzie, to jest piękne. Trzeci etap zaliczony. Po odstawieniu pieluch i samodzielnym wydmuchiwaniu noska doszło nieściąganie czapek i (ach, ach) samodzielna obsługa tyłka w toalecie. Świat wypiękniał.

    No i tera słuchajta uważnie, bo nie będę dwa razy powtarzać (by „Allo, allo”). Marta, stała czytelniczka „Dzieciowo mi!”, prowadząca własny blog i własny facebookowy fanpage wymyśliła i urzeczywistniła własną kolekcję ubranek dla dzieci! Fajne te ubranka, klaszczę na stojąco! O dziele Marty możecie się więcej dowiedzieć na twarzoksiążce. Szukajcie Owl with Soul. No i wisienka na torcie, drodzy państwo. Od Marty dostałam czapki sztuk trzy z indiańskim piórem i z metką Owl with Soul.

    czapki3

    czapki4

    W tym momencie zaczyna się coś, co można nazwać notką wybitnie szafiarską. Czapki prezentują się następująco:

    czapki5

    Na zdjęciu najstarsze dziecko, czyli Jadwiga. Chętna do współpracy, sesja jednakowoż odbyła się w zaciszu domowych pieleszy, ponieważ prezes zarządu Trójca Świetna Sp. z o.o. zmaga się z zapaleniem oskrzeli. Tak, można współczuć, tym bardziej, że w poniedziałek idę do lekarza jedną z bliźniaczek, by stwierdzić to, co oczywiste, czyli że pani prezes będzie miała towarzystwo domowe w postaci jednej z członkiń zarządu.

    czapki6

    Mnie też możecie współczuć z tego powodu, nie tylko dzieciom, he he ;)

    czapki7

    Bliżniaczki pozowały podczas powrotu z przedszkola i muszę przyznać, że modelki nie chciały współpracować ;)

    czapki8

    „Ale nie lób mi zdjęcia, mamo…” – by Maria

    czapki9

    „Zobac, mamo, a to piólko na góze, to takie jak to piólko gołąbka” – by Marcelina

    Zarząd dał się łaskawie zdybać dopiero wtedy, kiedy znalazły się w okolicznościach przyrody nieco bardziej sprzyjającym negocjacjom, a i tak nawet wtedy ingerencja personelu odbyła się z wykorzystaniem momentu zaskoczenia.

    czapki

    czapki2

    Personel fakt zrobienia zdjęcia postanowił zachować w tajemnicy.

    Powiem wam, że czapeczki zrobiły w przedszkolu furorę. Są inne niż reszta z racji koloru i wykończenia (piórko). Panie od razu spytały, skąd mam. Czapeczki leżą dobrze, dobrze się noszą, są porządnie wykonane, niepowtarzalne i bardzo przyjemne. Idealne na jesienne poranki. Marcie niniejszym jeszcze raz dziękuję i zapraszam was do zaglądnięcia w jej progi. Warto :)

    by kruszyzna at wrzesień 28, 2014 05:03

    moje waterloo

    1923

    Zupa miała być!

    Na początek napiszę, żeby się nie zniechęcać od razu. To jest zupa dziwnych zestawień, ale efekt uzyskuje się naprawdę zadowalający. Przepis ściągnęłam przed laty z Makłowicza. Niestety nie podam Wam żadnych ilości, bo ja wszystko w kuchni odmierzam ręką. Zresztą sądzę, że w taki sposób najlepiej dopasowuje się smak pod własne potrzeby.
    To lecimy.

    FRANCUSKA ZUPA BABSKA

    Otwieramy butelkę białego wina i nalewamy sobie kieliszek.

    Por(y) myjemy i kroimy w plasterki. W trakcie gotowania trochę się rozpadnie, ale pamiętajcie, że to jest szybka zupa, więc nie ma żadnego grzania godzinami. W związku z powyższym ja kroję cieniutko. Pamiętamy, żeby po umyciu rąk napić się wina.

    Kiedy już pokroimy, rzucamy do gara na rozgrzane masło, dolewany odrobinkę wody, żeby nam nie przywarło i zajmujemy się ziemniakiem (lub ziemniakami). Obieramy i surowy/e kroimy w talarki. I znów - ja kroję cienko, ale z gustami się nie dyskutuje.

    No to łyczek z kieliszka.

    W tym czasie por już się nam ładnie zrumieni (proponuję nie robić z niego skwarka - coś pomiędzy zeszkleniem, a minimalnym przyrumienieniem), więc talarkowe ziemniaczki myk do gara. Solimy, pieprzymy, dodajemy gałki muszkatołowej i zalewamy mlekiem. Zarówno ilość gałki, jak i mleka należy dobrać samodzielnie. Są osoby, które lubią intensywny smak przypraw i są takie, które wolą zaledwie sugestię. To samo z gęstością zupy - może ktoś preferuje łyżkę na sztorc. Osobiście nie polecam bardzo rzadkiej, bo się smak zgubi i uzyskamy zupę mleczną z dziwnym nalotem.

    Zupka nam się gotuje - uwaga, żeby nie wykipiała, to mleko jest! - więc nie stoimy bezczynnie. Najpierw dolewamy sobie wina, bo na pewno pierszy kieliszek świeci już pustkami. Pijemy. Potem bierzemy bułeczkę (całkiem nie od rzeczy jest bagietka) i smażymy sobie grzaneczki na maśle.
    Można popijać winem podczas obracania.

    Gdy grzanki są gotowe, nalewamy zupę do miseczek, na talerzyku układamy artystycznie grzanki, wyciągamy drugi kieliszek i jeszcze raz polewamy wina: chłopu po raz pierwszy, a nam... nie będziemy sobie wyliczać!

    Zupa jest syta. U mnie po babskiej nie następuje żadne drugie danie. No, dobra - w ogóle rzadko jadamy dwa dania, ale po tej zupie to naprawdę nie trzeba. Można zrobić deser, bo białe wino pasuje też do łakoci. Żeby było oszczędniej, proponuję pić półwytrawne z lekką słodyczą. Będzie w sam raz do tego i do tego.

    Smacznego.

    Zdjęcie rąbnęłam z internetów, bo sama nie umiem.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at wrzesień 28, 2014 05:34

    Szymaczek

    Odwiedziny w nowym domku Agatki

    szymaczek34

    Ile tam ludzi! I małych dziewczynek! I zabawek! I sów!:)

    by szymaczek at wrzesień 28, 2014 04:29

    Dwie Chochelki

    Muffiny z gruszkami



    Na szczęście pogoda nie zachęca jeszcze do wielogodzinnego stania przy garach, więc nadal gotuję na leniwca (leczo to się właściwie samo robi, a szarlotka to też żadna filozofia). Dlatego sięgnęłam po zakurzoną książkę „Muffiny”, której pochodzenie ginie w mrokach dziejów (a raczej: mojej pamięci). Książka wygląda tak:




    Sama książka nie wzbudza we mnie szczególnych zachwytów, to raczej przegląd dodatków, które można dorzucić do muffinek. Przepis, z którego korzystałam jest wielokrotnie powielony, zmieniają się tylko dodatki: banany, gruszki, jabłka. Przyznam jednak, że jeśli ma się już na wyposażeniu blaszkę do muffinek, to właśnie takie książki przydają się w kuchni, jeśli oczywiście nie szuka się przepisów w internecie. Pomysłów jest bowiem sporo: muffiny na przyjęcia, z alkoholem, czy na słono, a do tego  bajgle i donaty.

    Podsumowując: nic rewelacyjnego, ale kiedy nie wiadomo na co się ma ochotę, a nie chce się człowiek narobić, to może się przydać.  



    A wracając do upieczonych przeze mnie muffinek z gruszkami: wyszły mięciutkie, wilgotne i naprawdę pyszne. No i o tej porze roku po prostu trzeba zrobić coś z gruszkami.


    Anka

    Składniki:

    • 250 g gruszek (wzięłam 2 nieduże gruszki)
    • 2 łyżki soku cytrynowego (pominęłam)
    • 250 g mąki
    • 2 łyżeczki proszku do pieczenia (wzięłam 1 dość czubatą)
    • ½ łyżeczki sody oczyszczonej
    • 1 jajko
    • 125 g cukru (wzięłam najwyżej 100 g)
    • cukier waniliowy lub ekstrakt waniliowy
    • 80 ml oleju
    • 250 g jogurtu naturalnego

    Sposób przygotowania:

    Rozgrzewam piekarnik do 180 stopni. Formę do muffinek wykładam papilotkami (wyszło około 15 sztuk, więc wzięłam jeszcze pojedyncze foremki silikonowe).

    Przesiewam mąkę, mieszam z proszkiem do pieczenia, sodą, cukrem waniliowym i cukrem.
    Jajko roztrzepuję z olejem i jogurtem.
    Łopatką mieszam suche i mokre składniki.
    Gruszki obieram, wycinam gniazdo nasienne, kroję w niewielką kostkę. W przepisie radzono, by skropić sokiem z cytryny, ale ja sobie odpuściłam i dodałam owoce do masy zanim zdążyły zmienić kolor.
    Piekę 25-30 minut. Studzę na kratce.

    Można dosypać też szczyptę cynamonu, a biały cukier zastąpić brązowym.

    by pstrykam (noreply@blogger.com) at wrzesień 28, 2014 03:53

    Skorpion w rosole

    (146) Mój (s)pokój

         W mojej jaskini jest ciepło. Ze ścian spływają szemrzące cichutko wodospady, błyskają chłodnymi turkusami, chlapią pomarańczem, by zniknąć w szparze pod drzwiami. Miękka trawa przy każdym kroku otwiera szeroko mokrą paszczę i liże moje gołe stopy. Ma takie puchate rude języki, które falują i uginają się pod siłą grawitacji i wiejących nad nią prądów. Między przyściennymi gniazdkami przepływają iskrzące się zielono plazmatyczne chmury. Wyłaniają się nieśmiało pasmami z dwóch otworów, rosną, pęcznieją i zawijają się w wijące supełki. Z gracją rozplątują się u sufitu, zamierają na chwilę nad głową jarzącą się i migoczącą szafirami aureolą, po czym z impetem, celnie trafiają w gniazdko na przeciwległej ścianie. Zaskoczony pająk przerywa na chwilkę tkanie sieci ze srebrnego kurzu, patrzy na trzaskającą cichutko chmurkę, jak zwinnie wpływa do krętych zwojów kabla. Pstryk! Zapalam nad głową złoty księżyc o mocy 60 watów. Mam szczęście, znowu pełnia. Z kącika dochodzi plumkanie muz, dźwięki gładko i elastycznie łączą się w jedno fonijne doznanie. Nad biurkiem na straży pomrukuje baśniowy zwierz, układając pióra w wachlarz i przykrywając się nim jak barwnym ażurowym parawanem. Zielone oko łowi ruch na źreniczną błystkę. Koniec pulsującej malachitowej żyłki znika w szufladzie biurka. Gdzieś spomiędzy kartek wystaje noga małej dziewczynki. Kiwa się rytmicznie, obuta w czerwony sandałek. Wypływa żabką spomiędzy kartek, otrzepuje sukienkę w kratkę, prostuje na niej linie, które pod jej dłońmi układają się równiutko w paski. Dziewczynka plecie linę ze złotego warkocza, ześlizguje się z niej i wpada w morze płomiennej trawy. Zadziera głowę i rzuca okiem na perfekcyjny paryski błękit oprawiony w ramy okna, w których las parapetowych roślin z różnych stref tropikalnych wymienia się geograficznymi polichromatycznymi genami. widziała nie raz, że dowóz wody w gąszcz odbywa się ręcznie. Na błękicie formują się chmury, które nawija się na patyczek. Podczas tego procesu opary tlenu i wodoru zakochują się w sobie, tak bardzo, że, brzemienne, zmieniają stan skupienia. Tak zamyślone płynne chmury wysysane są ze sreber kranów do konewki i aplikowane cienkim strumyczkiem wprost do korzenia. Tam znowu rozdzielają się na zieleń i błękit.

    Josephine Wall
          
       Tymczasem dziewczynka wspięła się już na czworonożną szalupę, w której leżę wpatrzona w niebiański sufit i rozgwiazdę żyrandola. Szalupa prycha i kopie jednym kopytkiem szukając wśród płomieni traw pieczonych ziemniaków. Pod płotami cichutkie wzgórza antyalergiczej waty w erzacu  pierza gęsiokaczki, która pasie się na bawełnianej łące. Nurkuję pod warstwą tej pachnącej polichromii, a dziewczynka gładko układa się we mnie. Wkłada swe palce w moje, wpycha nogi w moje skórzane nogawki, zasuwa błyskawicznie zamek na piersiach. Wyciąga ręce przed siebie i przebiega szybciutko palcami po klawiaturze. Głowa dziewczynki jest mniejsza niż moja, więc poprawia sobie co chwilę opadające na oczy czoło, przesuwa czerep do tyłu jak czapkę z daszkiem. Podciąga luźne żaluzje powiek.

    -Mamo! Już wiem co chcę na komunię! - dochodzi zza huku wodospadu. Drzwi uchylają się, a woda spływa szybciutko jak cyna w łączenie wykładziny, która chowa swoje płomienne języki i zamyka paszczę. Rośliny wydychają tlen, plumkające muzy zamykają się w radiu, a czerwony sandałek znika w szufladzie. Kot zeskakuje z parapetu, przeciąga się i strząsa pawie piórko.- Na komunię chciałbym ŚWINIĘ! Będę ją zabierał na spacer, a ona mi będzie kopać trufle!

    by pandeMonia (noreply@blogger.com) at wrzesień 28, 2014 03:12

    Pani Smaczna

    Potrójnie czekoladowe ciasto dyniowe

    Potrójnie czekoladowe ciasto dyniowe

    Mimo, że dynia wielu z nas kojarzy się tylko z zupą i maską na Halloween, ja staram się jak najczęściej temu stereotypowi zaprzeczać  i robić z dyni wiele więcej :) Jak tylko zobaczyłam ten przepis Marthy Stewart, wiedziałam że w ciągu kilku godzin będę go robić :) Zwłaszcza, że w tym sezonie to mój pierwszy dyniowy deser! Nie martwcie się, że ciasto w momencie wkładania do piekarnika będzie bardzo rzadkie. Ja się martwiłam, ale po upieczeniu konsystencja była idealna. Moi Goście byli zachwyceni! Twoi też będą :)

    Składniki:

    forma o średnicy 24 cm

    Spód:

    • 200 g ciasteczek zbożowych
    • 85 g masła
    • 1 łyżka cukru (białego)
    • 2 łyżki cukru trzcinowego
    • ½ łyżeczki soli
    • ½ łyżeczki cynamonu

    Plus

    • 85 g gorzkiej czekolady

    Nadzienie:

    • 170 g czekolady deserowej
    • 55 g masła
    • 420 g ugotowanego miąższu dyni
    • 330 g mleka zagęszczonego niesłodzonego
    • 150 g cukru trzcinowego
    • 3 duże jajka
    • 1 łyżka mąki kukurydzianej
    • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
    • ½ łyżeczki soli
    • ¾ łyżeczki cynamonu
    • ¾ łyżeczki mielonego imbiru
    • ¼ łyżeczki gałki muszkatołowej
    • 4-5 goździków

    Polewa:

    • 30 g mlecznej czekolady




















     

    Wykonanie:

    Spód: ciasteczka mielimy w blenderze na pyłek. Masło rozpuszczamy i mieszamy z ciasteczkami, cukrem białym i trzcinowym, cynamonem i solą. Gorzką czekoladę drobno siekamy.

    Dno i boki formy wykładamy masą ciasteczkową. Wyrównujemy dociskając dnem szklanki.

    Piekarnik rozgrzewamy do 180°C i pieczemy spód przez 8-10 minut.

    Wyjmujemy z piekarnika. Na upieczony spód wysypujemy drobno posiekaną gorzką czekoladę, ponownie wkładamy do piekarnika na minutę i po wyjęciu delikatnie rozsmarowujemy na spodzie i bokach. Pozostawiamy do ostygnięcia.

    Temperaturę piekarnika zmniejszamy do 160°C.

    Nadzienie: Czekoladę deserową rozpuszczamy z masłem w kąpieli wodnej (na gotujący się garnek z wodą wkładamy rondel lub metalową miskę ze składnikami i rozpuszczamy) i odkładamy na bok.

    Goździki rozdrabniamy w moździerzu na proszek. Ugotowany miąższ dyni blendujemy na gładką masę. Ostudzamy i przekładamy do miski. Dodajemy do niego mleko, cukier trzcinowy, jajka, mąkę kukurydzianą, ekstrakt waniliowy, sól, cynamon, imbir, gałkę muszkatołową i goździki. Miksujemy na gładką masę. 1/3 masy dyniowej mieszamy z rozpuszczoną deserową czekoladą z masłem. Następnie dodajemy pozostałą część i mieszamy.

    Masę wylewamy na ostudzony ciasteczkowy spód z czekoladą. Pieczemy przez ok. 55-60 minut. Po wyjęciu z piekarnika ostudzamy i przekładamy do lodówki na ok. 8 godzin, a najlepiej na całą noc.

    Po tym czasie rozpuszczamy w kąpieli wodnej mleczną czekoladę i wylewamy cienkim strumieniem na ciasto.

    Chwilę przez podaniem wyjmujemy z lodówki.

    Smacznego!

    by Pani Smaczna at wrzesień 28, 2014 10:54

    Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

    komfort życia, życie w komforcie

    Wszyscy liczą dni do zakończenia  budowy, a głównie ci, którzy mieszkają od miesięcy w chaosie z ekipami pracowników w każdym zakątku. Już szambo podłączone, więc umyć się można po bieżącą wodą, a niebawem będzie można nawet wykąpać w wannie! Skrzętnie zbierane od dobrych ludzi, co na szczęście/nasze/wymieniają sprzęt, wyposażenia kuchni i łazienek oraz meble są wykorzystane. Centralne też w przyszłym tygodniu. Zimno już nocami. Piec z odzysku kupiony tanio przez Inżyniera. Chłopaki pracują także w soboty, żeby przyspieszyć. Komfort kąpieli we własnej wannie i wc w domu już tuż tuż. Renia wróciła z  urlopu po tygodniu. Jak sama stwierdziła, dłużej już by poza domem, czyli schroniskiem dla chorych, nie wytrzymała. Warunki urlopowe miała zdecydowanie lepsze niż w swoim pokoju na końcu schroniskowego korytarza.  Widać luksus to nie wszystko. Dzielenie biedy z innymi jest przyjemniejsze.
    werbena nadal kwitnie
    Ostanie ciepłe dni i chwila spokoju, pomiędzy zakupami żywności /nigdy nie stawajcie za mną w kolejce przy kasach supermarketów!/, jęczeniem Artura o wyjazd na "szańską" czyli Łopuszańską, telefonami, najczęściej zwiastującymi czyjeś cierpienie, a reperacją komputera, który przekroczył wyznaczony mu przez producenta limit życia o lat kilka i dopiero teraz oddaje ducha bogu od elektrosprzętu. Piękno kwitnących wbrew logice i naturze kwiatów i wylegującego się na słońcu

    Garfield na słoneczku
    kocura, łapiącego każdy ciepły promień. Wspólna modlitwa z całą zochcińską załogą w kaplicy. Powrót do pokoju serca nie kosztuje nic. Daje komfort życia. Za darmo. Wystarczy spojrzeć w Niebo. Bóg jest większy niż dys-komfort cierpienia i zła. Ucieszyć się z tego, co mamy. Tylko najpierw trzeba zauważyć, że się ma. Zwykle zauważamy, że nie-mamy. Czym więcej mamy. 

    ...
    Powered by Cincopa Video Hosting for Business solution. Nad-obowiązkowo

    Jeśli posiadasz pokój serca, masz wszystko inne./bł.P.G.Frassati/

    ...
    Powered by Cincopa Video Hosting for Business solution.
    Miłość do tego, co ziemskie pustoszy duszę i wtedy bywa ona przygnębiona i dziczeje, nie chcąc się modlić do Boga. Nieprzyjaciel wiedząc, że dusza nie przebywa w Bogu, chwieje nią i bez przeszkód podsuwa umysłowi, co zechce, pędząc duszę od jednych pomysłów do drugich, tak, że cały dzień spędza dusza w chaosie i wcale nie może wpatrywać się w Pana.
    Dla zachowania pokoju duszy trzeba nauczyć ją, by kochała tego, kto ją znieważył i zaraz modliła się za niego. Dusza nie może mieć pokoju, jeśli ze wszystkich sił nie będzie prosić Pana o dar miłowania wszystkich ludzi. /św.Sylwan z Góry Atos/

    by Małgorzata Chmielewska (noreply@blogger.com) at wrzesień 28, 2014 11:43

    Szymaczek

    W Parku Złotnickim

    szymaczek33

    Nie ma jak mała przebieżka po parku. Kto mnie złapie?

    by szymaczek at wrzesień 28, 2014 10:27

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Skomentuj Relacja z frontu, czyli o tym jak szukam pracy w Japonii, którego autorem jest joan

    Dadzia na pewno w końcu coś Ci się trafi, nie może być inaczej!…a póki co, skoro tak dobrze i z taką łatwością przychodzi Ci pisanie, to może pomyśl o tym, jak mogłabyś tą pasję przekłuć w źródło zarobku:) Powodzenia!

    by joan at wrzesień 28, 2014 09:51

    Dzieciowo mi

    Kuchnia malucha – ciasto buraczane z mąką jaglaną i orzechową kruszonką

    Pomyślałam sobie ostatnio, że w kuchni ważna jest znajomość pewnych zasad. Nie chodzi o to, czy ktoś umie gotować, czy nie, tylko czy kojarzy pewne reguły. Taką regułą jest na przykład, że pomidory dobrze komponują się z mozarellą. Dobrze komponują się tez z makaronem. Ergo połączenie mozarelli z makaronem powinno wyjść korzystnie. Zmierzam do tego, że jeśli orientujemy się w tych regułach, wiemy, kiedy je przekraczamy lub łamiemy i czy opłaca się to robić. W kuchni ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia, jak to ktoś niedawno podpowiedział mi na twarzoksiążce. Zdecydowałam się podążyć w tym kierunku, czego efektem jest ciasto z mąką jaglaną, płatkami owsianymi oraz… burakami i kruszonką z orzechów. Przepis pochodzi z jednej z grup kuchennych z twarzoksiążki i wrzuciła go tam Elżbieta Książczak. I co? I wracam z tarczą, ale po kolei, bo nie obejdzie się bez asystentek.

    Ciasto buraczane z mąką jaglaną i orzechową kruszonką

    Przepis nieco zmodyfikowałam, nie byłabym sobą. Składniki podaję i oryginalne, i te użyte przeze mnie.

    Składniki:
    • 350 g buraków obranych – w przepisie nie było, czy surowych czy ugotowanych, założyłam, że surowe. Wyszło półtora buraka takiej oto wielkości:

    ciasto_buraczane10

    • 5 jajek
    • 200 g cukru
    • szczypta soli (ja nie dałam, zapomniałam)
    • 100 g mąki jaglanej (zamiast mąki jaglanej dałam zwykłej mąki)
    • 200 g płatków owsianych
    • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
    • 2 łyżeczka sody (w oryginale była 1 łyżeczka proszku do pieczenia i 1 łyżeczka sody, proszkowi ostatnio nie ufam)
    • 2 łyżeczki cynamonu (w oryginale była 1 łyżeczka, ale była też mieszanka, której nie miałam)
    • 150 g margaryny rozpuszczonej lub oleju (nie rozpuszczałam margaryny, utarłam razem z cukrem, a w oryginale było 140 g)
    • 10-15 g karobu – karob to zamiennik kakao dla alergików. Ja dałam zwykłe kakao i wyszło 2 stołowe łyżki
    • 2 łyżeczki przyprawy korzennej do wina i piwa – nie było jej w przepisie, ale dodanie okazało się strzałem w dziesiątkę.
    Składniki kruszonki:
    • 50 g margaryny
    • 40 g cukru (w oryginale był cukier trzcinowy, ale nie miałam)
    • 1 opakowanie mieszanki orzechów kupionej w Biedronce (tam były orzechy włoskie, laskowe, nerkowce, migdały  itp) i około 100 g łuskanego słonecznika. W oryginale było 40 g mieszanki „Cynamonowy Raj” lub posiekanych orzechów włoskich, ale nie wiem, co to za mieszanka i w ogóle WTF
    Przygotowanie:

    Moje działania różniły się dość znacznie od tego, co było w przepisie, może dlatego że sam przepis nader lapidarny obliczony był na to, że odbiorca wie, o co chodzi. No więc ja nie wiedziałam, działanie można więc uznać jako wielką improwizację. Improwizacja zakończyła się sukcesem, nie mam zatem obiekcji, by puścić słowa w naród ;)

    Surowe buraki obrałam i starłam na małych oczkach. Dramat. Posiekałam orzechy z mieszanki orzechowej i przysięgam, że nigdy więcej tego nie zrobię. Muszę obmyślić jakąś strategię, bo w połowie mieszanki razem z orzechami fruwała wokół łacina.

    Margarynę utarłam razem z cukrem i dodałam 2 łyżeczki cynamonu. Następnie stopniowo dodawałam jajka, mąkę oraz sodę i przyprawę korzenną, a przez ten czas mikser działał dzielnie. W tym momencie nadciągnął zarząd w celu ocenienia rezultatów działań personelu. Zarząd domagał się degustacji oraz uczestnictwa w dalszych poczynaniach. Personel się dostosował.

    ciasto_buraczane

    Zarząd raczył wsypać płatki owsiane oraz kakao, a następnie oddalił się w celu, którego personelowi nie uznał za stosowne przybliżyć. Personel nie wnikał, co okazało się brzemienne w skutkach, jak można będzie zobaczyć na zdjęciach.

    Na koniec ja dodałam starte na tarce buraki i wymieszałam wszystko mikserem na najniższych obrotach. Ciasto wyłożyłam do wysmarowanej margaryną i posypanej mąką tortownicy, po czym zabrałam się za robienie kruszonki. W tym celu margarynę wymieszałam z cukrem i pokruszoną mieszanką orzechową i ziarnami słonecznika. Wszystko roztarłam w rękach i paćnęłam na ciasto. Wyglądało to w rezultacie tak:

    ciasto_buraczane2

    Ciasto wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 180 stopni w zamyśle trzymania go tam 60 minut. Tak było w przepisie i okazało się za mało. W rezultacie ciasto piekło się jakieś 75 minut, przy czym zmieniałam sposób grzania piekarnika, albowiem jest to sprzęt specjalnej troski. Wiem już, bo wypraktykowałam, że w pewnym momencie wymaga on przełączenia na dolną grzałkę z olaniem górnej, potem wracamy do normalnego grzania, inaczej ciasto na górze będzie spalone, pod spodem zaś niedopieczone. Po wyjęciu z piekarnika wyglądało tak:

    ciasto_buraczane3

    ciasto_buraczane4

    Orzeszki, jak widać sprażyły się i wtopiły w ciasto. Skubnęłam – pyszota. Pozostało tylko zrobić jakąś odjechaną słitfocię:

    ciasto_buraczane6

    Połączenie orzechów z ciastem jest genialne. Samo ciasto w smaku jest po prostu korzennym murzynkiem z orzechami, w ogóle się nie czuje buraków, choć dzięki nim jest winne, takie jakby mokre i nie przesłodzone. Orzechy są warunkiem sine qua non powodzenia, bez nich nie ma pełni smaku. Rozwala się, ale nie wiem, czy to wynik mojego lamerstwa, czy ono po prostu tak ma. Tak czy inaczej wracam z tarczą, a propozycję kuchenną w postaci buraczanego ciasta oceniam na sympatycznie ześwirowaną ;)

    Kiedy już dopieściłam wypiek i walnęłam słitfocie, zainteresowałam się tym, gdzie zniknął zarząd i czemu się poświęcił. Cisza na posiedzeniu była na najwyższym stopniu niepokojąca. Podejrzenia moje jak zawsze okazały się słuszne i po wejściu do dużego pokoju, jęknęłam jako personel zobaczywszy, co zarząd zmalował. Zmalował w sensie dosłownym.

    ciasto_buraczane7

    ciasto_buraczane8

    ciasto_buraczane9

    Okazuje się, że posiadanie siostry w tym samym wieku może być bardzo przydatne. Wtargnęłam w momencie, kiedy miała nastąpić zamiana ról i przemalowanie drugiej członkini zarządu. Jak łatwo się domyślić, personel zaliczył godziny nadliczbowe. Woda w wannie kusiła uroczym lazurem.

    Cały czas niezmiennie polecam naszą kulinarną apkę zupełnie za free :)

    inspiracje_baner

    by kruszyzna at wrzesień 28, 2014 09:29

    Zuzanka

    Kura

    Biedronka warszawska

    Z pozdrowieniami dla FEMINistów*

    Kura

     

    PS Obrońców kina "Femina" i nie tylko.

     

    I jeszcze herb Warszawy już niebawem...

    by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at wrzesień 28, 2014 08:24

    Domowa kuchnia Aniki

    Zupa pomidorowa ze świeżych pomidorów z makaronem i śmietaną

    Zupa pomidorowa ze świeżych pomidorów ze śmietaną i makaronem



        Pomidorówka z przecieranych świeżych pomidorów to smak  dzieciństwa. Moja mama często robiła zupę pomidorową i wcale mi się ona nie znudziła. Lubię ją niezmiennie od lat. Dziś wersja taka, jaką pamiętam z dzieciństwa: ze świeżych pomidorów i ze śmietaną. Zamiast tartego makaronu, który zazwyczaj robiła do niej moja mama, użyłam zwykłego kupnego makaronu świderki. Najbardziej lubię pomidorówkę z lanymi kluskami - to też wspomnienie dzieciństwa, ale żeby było szybciej posiłkowałam się gotowym makaronem. I też było smacznie.

    Składniki:
    • 2 kg mięsistych pomidorów ( ja użyłam limy )
    • makaron  ( ok 2 garście )
    • mała marchewka
    • kawałeczek selera
    • kawałeczek korzenia pietruszki
    • sól
    • pieprz
    • 2 - 3 łyżki śmietany
    • szczypta suszonej bazylii
    • koperek do posypania gotowej zupy
    Sposób wykonania:
    • Pomidory myjemy, górę nacinamy na krzyż i po 2 - 3 wrzucamy do garnka z wrzącą wodą. Po kilkunastu sekundach wyjmujemy, a po przestudzeniu ściągamy z nich skórkę
    • Pozbawione skórki pomidory kroimy na drobniejsze kawałki, delikatnie solimy i garnek z pomidorami stawiamy na gazie. Nie podlewamy wodą - pomidory szybko puszczą dużo płynu. Pomidory dusimy pod przykryciem przez ok 15 minut ( czas zależy od twardości i gatunku pomidorów )
    • W czasie duszenia pomidorów gotujemy wywar warzywny z marchewki, pietruszki i selera ( ok 2,5 szklanki wody )
    • Miękkie pomidory wraz z powstałym sokiem przecieramy przez sito. Przetartą pastę pomidorową zagotowujemy i dodajemy do wywaru warzywnego. Całość doprawiamy solą i zagotowujemy
    • Do gotującej się zupy pomidorowej dodajemy makaron i całość gotujemy do miękkości makaronu
    • Na koniec doprawiamy pieprzem, szczyptą bazylii
    • Śmietanę rozprowadzamy niewielką ilością zupy i dokładnie mieszamy, aby potem nie było w zupie serowych grudek. Ja roztrzepuję śmietanę z zupą za pomocą trzepaczki rózgowej
    • Śmietanę wlewamy do zupy, mieszamy i zagotowujemy
    • Zupę posypujemy na talerzu posiekanym koperkiem. Pomidorówka niezmiennie smakuje mi właśnie z koperkiem. Żadna inna zielenina w pomidorówce nie sprawiłaby mi takiej przyjemności jak koperek właśnie:-)

    by Anika (noreply@blogger.com) at wrzesień 28, 2014 08:57

    zycie na kreske

    wrzesień 27, 2014

    notatki na mankietach

    futrzak

    w USA, a na imię jej subprime auto loans, a w sukurs przyszła technika.

    W ok. dwóch milionach samochodów (jak dotąd) zainstalowano tzw. starter interrupt device, który to gadżet pozwala na zdalne wyłączenie zapłonu. Samochody oprócz tego wyposażone są w GPS, umożliwiający na bieżąco śledzenie ich połozenia.
    Wystarczy się spóźnić z płatnościa o dzień czy dwa, a zapłon jest wyłączany. Komuś zrobiono to w trakcie jazdy po autostradzie (kobieta fuksem uniknela wypadku i śmierci), komuś jak stał na światłach na skrzyzowaniu. Inny nie mogl dojechac do lekarza z naglym wypadkiem.

    Pożyczka owa jest oferowana ludziom z kiepskim credit score (takich od czasów pęknięcia bani na subprime mortgages sporo) i zawiera klauzulę o zgodzie na instalację tegoż urządzenia w samochodzie. Nie zgadzasz sie – pozyczki nie ma. Pozyczki oferowane dla ludzi z wyzszym credit score nie maja tego warunku.
    W ciągu ostatniego roku juz 25% wszystkich oferowanych loans to byly rzeczone subprime auto loans, a przez pierwsze trzy miesiące bieżącego roku uzbierało się ich na sumę 145 miliardów dolarów. Odsetki wychodzą ok. 30% – więc jest to złoty interes dla banków.

    I rośnie. Rośnie, napędzany szalonym popytem ze strony inwestorów, którzy chcą kupować „securities backed by the loans” bo oferują one zawrotne sumy zwrotu w porównaniu z niskimi stopami oprocentowania. Mechanizm ten sam, i te same głosy krytyki ze strony federalnych i stanowych regulatorów – i tak samo, jak przed pęknięciem subprime mortages, nikt ich dziś nie słucha.

    Oczywiście zaraz ktoś się wyrwie i powie, że przecież nikt tych ludzi nie zmusza do brania pożyczki!
    Teoretycznie, maja rację. Ale tylko teoretycznie. W rzeczywistości bowiem w warunkach USA (poza na prawdę kilkoma miastami z rozsądną komunikacją publiczną) samochód jest niezbędny do życia. Żeby dojechać do pracy, żeby zrobić zakupy, żeby dojechać na poczte, do banku, do szkoly. Wszędzie.
    Mozna oczywiscie kupić uzywanego za gotówke. Tyle, ze ludzie biorący te pozyczki, nie mają gotówki i raczej mieć nie będą, bo niby i skąd oszczedności przy płacy takiej, ze ledwo wystarcza na pokrycie rachunków i wlasciwie na nic więcej? Biorą więc pożyczkę na skrajnie niekorzystnych warunkach, bo nie mają wyjścia.

    Jako ze osob wylatujących z klasy średniej przybywa, zwiększa się klientela na bandyckie pozyczki, z drugiej strony zwiększa się popyt. Wszyscy sie cieszą, PKB rośnie…

    Do czasu. Do czasu. Scenariusz już był ćwiczony, i jak widać nikogo niczego nie nauczył. A ci, których nauczył, nie mają nic do powiedzenia.


    by futrzak at wrzesień 27, 2014 10:30

    zapiski zgagi

    Oj, poszalałam…

    Gdy w piątek za pięć osiemnasta wychodziłam z domu, do głowy mi nie przyszło, że właśnie idę na jedną z najlepszych imprez w życiu!

    Zaprosiła nas ,,Matka”, czyli nasza szefowa KGW. Z okazji okrągłej rocznicy ślubu. Spodziewałam się dobrego jedzenia i ploteczek. Owszem, i to było, bo każda z nas wniosła aport w postaci półmiska, garnka lub ciasta. Ploteczki, a jakże, miały miejsce również. Ale, że tak potrafią się bawić kobity w ściśle własnym towarzystwie – tego nie przewidziałam!

    Pół wsi z pewnością mogło ,,docenić ” nasze śpiewy chóralne i indywidualne. Umiejętności choreograficznych już nie, bo płot. A szkoda! W myśl hasła ,,Spełniamy marzenia” w kilka chwil jedna z koleżanek obdarzona dotąd przez naturę niesprawiedliwie niewielkimi ,,atutami”, uzyskała upragniony rozmiar 75 H! Wzruszyła się…

    Że tam dziś trochę głowa bolała? Nic to! Nikt w piątek o skutkach nie myślał. Zresztą na początku imprezy K. pochwaliła się, że jej wątrobą nie mogli się rano nazachwycać pani doktor i technik od EEG. Uznałyśmy więc, że wszystkie posiadamy analogicznie cudowny narząd. Niemniej K. została obwołana Gminną Miss Wątroba!

    Dziś z kolei udaliśmy się w gości na zjazd absolwentów naszych rajdowych przyjaciół z Politechniki sprzed lat. I też było fantastycznie! Panie i panowie w wieku 60+ żwawi i radośni, pełni chęci do używania życia. Na jednym końcu biesiadnego stołu druh nasz i ,,przewodnik” po rajdowym życiu – Wacek – z nieodłącznym akordeonem. Na drugim Wojtek z gitarą i niesłychanym talentem do improwizacji. No, bajka! A wszystko to w przepięknych okolicznościach przyrody, w samym sercu Kaszub. Nad jeziorem Ostrzyckim.

    Nie mogliśmy być długo, bo pies… Ale warto było ze wszech miar. Troszkę tylko czuliśmy się głupio, że tak nieco na sępa. Próbowaliśmy z bossem-Benem rozmawiać o jakimś ekwiwalencie finansowym, nie chciał. Dlatego też staraliśmy się konsumować minimalnie…

    Jutro odpoczywamy. Spotkanie z koleżanką z polonistyki nie doszło do skutku. Może i dobrze, bo już nie te siły, by trzy dni z rzędu imprezować. Nawet na obiad do dziecek większych postanowiliśmy nie jechać, choć zaprosili. Może za tydzień?…

    by Zgaga at wrzesień 27, 2014 10:07

    moje waterloo

    1922

    Uprawiamy tanie żywienie, czyli opróżniamy zamrażalnik. Standardowy punkt programu: fasolka po bretońsku, bo zimnym snem śpi mnóstwo dupek z wędlin i innych tam rozkoszy. Co tak będą bezczynnie leżały.
    Zjedliśmy zaległe rolady oraz smażonego dorsza. I frytki. Mamy również piersi z kurczaka (jeszcze brak koncepcji), jakieś zupy, ciasto francuskie. Czasem trzeba dokonywać całkowitej wymiany towaru.

    Nadchodzi mój tydzień, więc w poniedziałek zupa babska z porów, o którą Zuzia prosi od powrotu z Anglii. We wtorek krupnik - w szufladzie lodówki widziałam jakieś niewykorzystane warzywa - bo Prezesu się przypomniało, że dawno nie jadł. Nadmiaru fasolki z jutra nie będę zamrażała (to wbrew idei), tylko zawiozę do rodziców. Niech też zagęszczą atmosferę, a co!

    Do moich wczorajszych zakupów dołączyły dziś książki. Na szczęście obecne wyjście sponsorowała literka Pe, jak Prezes, więc nie może mieć pretensji, że nie ma gdzie postawić. Swoją drogą, to fascynujące: ile półek by nie powstało, miejsca na książki niebawem i tak zabraknie. W tym domu to zrobimy sobie w jednym pokoju półki na książki WSZĘDZIE. A potem w strefie komunikacyjnej. I w salonie.
    Westchnęła.

    Taki dziś piękny dzień: słońce świeci, ciepło, jak na złotą, polską jesień przystało. Ach, zatrzymać to jak najdłużej!

    PS Zuzia znowu wyjechała na weekend. To po prostu niebywałe!

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at wrzesień 27, 2014 06:24

    Szymaczek

    Tomaczek

    Blog do czytania

    Nie dostałem się na Blog Forum Gdańsk…

    …i co teraz robić? A, ponarzekam sobie na fejsie. Poza tym – i tak mi nie zależało. W piątek był wielki dzień w polskiej blogosferze. Ogłoszono, kto w tym roku będzie się bawił na Blog Forum Gdańsk. Ta sytuacja powoduje corocznie dwa zjawiska w sieciach społecznościowych: zalew wpisów ludzi, którzy się dostali i dzielą się […]

    by mrcichy at wrzesień 27, 2014 03:58

    Tomaczek

    Park Staromiejski

    TomekBLOG90Byliśmy na jednym z moich ulubionych placów zabaw w Parku Staromiejskim.

    by Tomaczek at wrzesień 27, 2014 03:05

    Z usmiechem przez Japonie

    Rozwiązanie konkursu "Odkrywając Japonię"!

    Na początku chciałabym wszystkim uczestnikom serdecznie podziękować za udział!  Jest to bardzo miłe, że aż tyle osób podzieliło się ze mną swoimi marzeniami i planami. Najlepszym rozwiązaniem byłoby losowanie, ponieważ w tym wypadku byłoby to najbardziej sprawiedliwe, ale tego typu akcji nie wolno robić w świetle prawa RP.

    Choć chciałabym wybrać prawie wszystkie z tych "wyzwań" jako zwycięzców, to reguły gry są nieugięte, a nagroda tylko jedna... Czego bardzo żałuję. Ostatecznie uczestników było dziesięcioro. Niektóre z wypowiedzi były bardzo praktyczne np. gdzie wsiąść do pociąg, do jakiego lotniska dolecieć itp. ;-) Niektóre były bardzo poetyckie i piękne. Bardzo trudno było mi oceniać, bo w końcu to Wasze marzenia. W zadaniu konkursowym zamieściłam małą podpowiedź: "Pomysłów na pewno będzie mnóstwo! Z nadesłanych odpowiedzi, wybiorę tę, która mnie zainspiruje." 


    Bardzo podobał mi się pomysł podróży pociągiem przez wszystkie prefektury - kiedyś mogłabym wybrać na taką wycieczkę. Co prawda uważam, że trzeba na to poświęcić co najmniej trzy miesiące, aby miało to sens. Podejrzewam, że nigdy nie dorobię się tak długiego urlopu ;-) Rozważałabym również podróż szlakiem kwitnących wiśni, jestem bardzo ciekawa, jak zmienia się krajobraz od południa do północy. Trzy stolice Japonii - od najdawniejszej średniowiecznej po tę obecną nowoczesną - to bardzo spójny pomysł. I na pewno też chciałabym stać się gejszą na jeden dzień, ponieważ uwielbiam takie przebieranki i wcielanie się w różne role. Sprawia mi to wielką frajdę.

    Jeśli chodzi o Sikoku, Dolinę Iya, mosty linowe i wspinaczkę na górę Tsurugi - uważam, że to jedne z najpiękniejszych miejsc w Japonii. Odwiedziłam je podczas swojego pierwszego pobytu 4 lata temu, ponieważ jest to bardzo blisko domu Babci (zajrzyjcie: Góra Tsurugi i Kazurabashi). Bardzo chciałabym pojechać na Hokkaido, co roku mamy taki plan i co roku odkładamy go na rzecz czegoś innego. A Yuki matsuri to w ogóle moje marzenie - zawsze oglądam relacje z tego festiwalu i wzdycham do ekranu. Z Tokio wiążą mnie trudne relacje, dlatego raczej szybko się tam nie wybiorę... Choć może niesłusznie?

    Każda z propozycji do mnie przemawia, dlatego decydowały niuanse...

    Najbardziej zapadło mi w pamięć "wyzwanie" Knifemakera Kaminari, który chciałby udać się do Gifu, a konkretnie do miasta Seki, i spróbować wejść w świat rzemieślników produkujących japońskie noże kuchenne - jedne z najlepszych na świecie zresztą. 

    I to jest dokładnie ten sposób, w jaki ja chciałabym odkrywać moją Japonię, bo z tego ona słynie - lokalnych wyrobów genialnej jakości. Dokładnie za dwanaście dni będę w Japonii i to przez okrągły miesiąc. Oprócz planów rodzinnych, mamy plany podróżnicze. M. in. mam zamiar odwiedzić tradycyjną wytwórnię sosu sojowego oraz fermę krówek znanych jako "wołowina z Kobe" i sprawdzić, czy mają się tak dobrze, jak zachwala to japońska telewizja. Przyznam się, że moja lista "warsztatowych zajęć" jest długa, ale zapomniałam o nożach kuchennych, więc pozostaje mi tylko podziękować za przypomnienie.


    A więc zwycięzcą konkursu jest Patryk znany jako Kaminari!

    Bardzo proszę o podesłanie na maila adresu, na który mogę wysłać prezent od wydawnictwa Kirin. Mam nadzieję, że znajdziesz w niej dużo ciekawych inspiracji. :-)


    Ale nie może tak być, że reszta pozostanie niepocieszona, dlatego pierwsze trzy osoby, które zgłoszą się w komentarzu otrzymają ode mnie pocztówkę z Japonii, z miejsca raczej z dala od utartego szlaku.
    (Adresy proszę podawać na mailem).

    Jeszcze raz dziękuję za udział i od razu zapowiadam, że po moim powrocie w listopadzie będzie kolejny konkurs książkowy i kolejne szanse na nagrody!

    by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at wrzesień 27, 2014 03:11

    kociokwik

    Prawo serii

    Nusia wciąż chodzi w kaftaniku. Codziennie dostaje antybiotyk w zastrzyku (muszę się wreszcie odważyć i nauczyć robić sama). Dwa razy dziennie odpakowuję ją z kaftanika, zmieniam wkład higieniczny chroniący ranę, smaruję ranę specjalną maścią. Ona krzyczy na mnie groźnie, ale mam wrażenie, że już coraz bardziej z obowiązku i znużenia codzienną pielęgnacją, niż ze złości. Przesypia większość dnia przy Mamie, w nocy śpi tuż obok mnie i pięknie mruczy. Miałyśmy dziś odwiedzić kontrolnie PanDoktora, ale praca mnie wezwała i na przychodni pojedziemy w następną sobotę.

    Oby nie było zbyt radośnie i optymistycznie Sarę rozbolał ząb. Nie dość, że bolał, to na policzku zrobiła się gula. PanDoktor obejrzał, ostrzegł przed możliwością powstania przetoki i umówił nas na usuwanie zęba. Zostawiłam Sarę po zastrzyku, wczoraj popołudniu. I gdy już zabieg trwał i trwał, i był PanDoktor był mniej więcej w połowie pracy, serce Sary zaprotestowało i odmówiło współpracy. Wiem, że doskonale rozumiecie moje przerażenie w chwili, w której odebrałam telefon i usłyszałam, że Doktor musi Sarę wybudzić, bo wpadła w arytmię. Gdy telefon zadzwonił ponownie za 5 minut i na ekranie - jako osoba chcąca się do mnie dodzwonić - wyświetlił się Doktor, bałam się odebrać. Na szczęście dzwonił z dobrą wiadomością.

    Psica dostała antybiotyk, środek przeciwzapalny i przeciwbólowy. Najgorsze jest to, że z powodu nieprawidłowej pracy serca trzeba było przerwać w połowie usuwanie zęba. Jeśli stan zapalny będzie nawracał trzeba się będzie zdecydować na powtórzenie zabiegu, ale pod innego rodzaju znieczuleniem.

    Gdy zważyłam Sarę przed zabiegiem okazało się, że schudła o kilogram i waży 31 kg. Być może to wynik skromniejszego jedzenia przed dwa dni przed zabiegiem, ale być może też wynik tego, że ostatnio Sara ma większy zapał do spacerów i więcej chodzimy. W dzień spaceruje z Mamą raz lub dwa razy, a ze mną rano (choć dziś nie) i oczywiście wieczorem. Mam wrażenie, że Nusia też schudła; ale to okaże się, gdy pojedziemy do Doktora.

    Na szczęście - pozostałe kotki są zdrowe. No, tylko Sisulka bierze leki.

    Oczywiście - jestem dobrej myśli. Bo przecież nie da się inaczej, prawda?

    by kociokwik (noreply@blogger.com) at wrzesień 27, 2014 11:59

    Kurlandia

    Żyć spokojnie

    Żyć spokojnie – to moje największe teraz marzenie. A tu ledwo rozwiążemy jeden problem, pojawia się kolejny. Ponoć tak właśnie wygląda dorosłe życie, ech…Ciężko spałam tej nocy, rozpadło nam się nam sprzęgło w wanie. Niedługo turnus rehabilitacyjny, potrzebuję dwójkę dzieci spakować na tydzień i dojechać w góry. Życie na wsi bez auta – z dwójką kłopotliwych maluchów – to dla nas pułapka, z której ciężko się wydostać. Mniej niż tysiąc nasza wolność nie będzie nas kosztować…A jak więcej niż dwa – zejdę na zawał, jak Boga kocham.

    Tłumaczę sobie, że i tak najcięższe kłopoty już za nami…że każdy człowiek – nie tylko my – boryka się z trudami dnia codziennego. Argumenty oczywiste, całkiem rozsądne i…w żaden sposób nie kojące moich emocji niestety. Kolejny miesiąc będzie przypominał szkołę przetrwania. Ja postępuję wedle zasady „strach powstrzymuje od działania, działanie powstrzymuje od strachu”. To mnie uspokaja, że mogę wziąć sprawy w swoje ręce. Szykuję więc na sprzedaż niepotrzebne nam graty. Znów OLX wypełni się przyciasnymi sukienkami i butami, starymi zabawkami Michałka i wieloma innymi „skarbami” ze świeżo wysprzątanego strychu.

    Poddasze uda nam się pewnie skończyć w poniedziałek, bo teraz Mąż ma maraton w pracy. Wychodzi rano, wraca w nocy. I tak podziwiam nas, że z dwójką chłopaków ogarnęliśmy sprawę przeprowadzki i urządzania domu. Obecnie, żeby psychicznie podołać, musieliśmy zrobić schemat działania na następne 30 dni. Dobry plan – daje człowiekowi komfort emocjonalny, stwarza warunki do podejmowania trafnych decyzji we właściwym czasie.

    Najpierw podzieliliśmy wydatki, żeby wiedzieć, jaki mamy dzienny limit na wyżywienie i paliwo do pracy Męża. Żeby wyznaczyć tę sumę, trzeba było spisać wszelkie opłaty za mieszkanie, kredyt, przedszkole syna, alimenty na Mateusza i ubezpieczenia – tę sumę przelałam na konto do robienia opłat. Pozostałą kwotę należało podzielić na każdy z dni miesiąca. To co wyszło z rachunków przyprawiło mnie o migotanie przedsionków, dlatego też ciężko spałam.

    Niniejszy wpis nie jest bynajmniej o użalaniu się nad swoją niedolą, lecz o mechanizmie naszej walki z kłopotami. Zasada jest jedna: zaraz po wypłakaniu się, trzeba zakasać rękawy i zabrać się do działania. Bierna postawa nie wypchnie naszych spraw do przodu, a poczucie stagnacji to zaledwie krok do depresji. Działamy więc! Działanie daje przynajmniej namiastkę poczucia bezpieczeństwa.

    Drugą kwestią jest wyznaczenie priorytetów dalekoterminowych. U nas to zakup piekarnika, dwóch kaloryferów, jednej ościeżnicy i drzwi harmonijkowych. Trzeba jakoś upchać po trochę ten koszt w bieżących wydatkach przez następne miesiące. Myśl krąży więc z tyłu głowy, nie pozwala na rozrzutność. I tak sobie mija dzień za dniem, kłopot za kłopotem…Czasami muszę się zwyczajnie pożalić, żeby zrzucić nadmiar emocji i zacząć rozumować odświeżonym już umysłem.

    Przeszłam się po domu i ogrodzie, popatrzyłam na Męża i Dzieci…Mam świadomość tego, w jak wielu dziedzinach udało nam się osiągnąć sukces. Sukces oczywiście na miarę naszych możliwości i oczekiwań wobec życia. Jego wyznacznikiem jest to, że jesteśmy szczęśliwi. Mąż podsyła mi ostatnio sporo wzruszających wyznań…”Tęsknię za Tobą, dobrze mi z Tobą Iguś, jesteś wspaniałą żoną i matką”. Wczoraj dodał, że nie boi się kłopotów, bo czuje się bezpiecznie i szczęśliwie w stworzonej przez nas rodzinie. Mi też jest dobrze, mimo tych wszystkich trudności, bo mam małżeństwo o jakim marzyłam. Trzeba tylko zebrać siły i zacząć działać.

    Okazało się, że najbliższy sąsiad ma warsztat samochodowy, zaoferował pomoc za nieduże pieniądze. Pozostała kwestia zakupu części do auta, no ale tego nie przeskoczymy już w żaden sposób. Dzięki innemu sąsiadowi nasze auto już dziś o siódmej rano odholowane zostało do warsztatu, Pan Jarek nie pozwolił sobie zapłacić ani złotówki za przysługę. „U nas wśród sąsiadów jest taka zasada, że sobie pomagamy” – dodał z dumą. Mąż zaniósł dla jego rodziny karton pysznych, tegorocznych przetworów. Ja bardzo dobrze gotuję, dlaczego nie miałabym się podzielić moimi zapasami z życzliwymi ludźmi? Z ogromną przyjemnością pakowałam słoiczki. Mądrzy, serdeczni sąsiedzi to jedno ze spełnionych w tym roku marzeń. Nie jest źle…trzeba tylko zakasać rękawy do pracy. A pracy nikt z nas się nie boi.

    ***

    by Iga at wrzesień 27, 2014 09:28

    Dzieciowo mi

    Depresja poporodowa i dlaczego nie kocham swojego dziecka?

    Bierzesz do rąk dowolną gazetę przeznaczoną dla rodziców i widzisz rozanieloną, zadbaną kobietę, ze staranną fryzurą i subtelnym makijażem, przystawiającą do piersi swojego słodkiego bobaska. Szczęście, nirwana i zen wylewa się jeziorem poza ramy druku. Kobieta ze zdjęcia zapewne nakarmi swojego maluszka, po czym odłoży go do stylowego łóżeczka, a ono grzecznie zaśnie na jakieś pięć godzin, podczas których ona będzie miała czas dla siebie. Błogość i w ogóle, cytując Rejs, cudownie tu jest, cudownie.

    Odkładasz gazetę, patrzysz na swoje dziecko i widzisz, jak mocno odbiegasz od ideału. O twojej fryzurze można powiedzieć wszystko, ale nie to, że jest. O makijażu zapomnijmy. Co tam makijaż, w ogóle nie jesteś ubrana, dopiero co skończyłaś karmić i zapinasz nocną koszulę noszącą ślady karmień i ulewań. Twoje dziecko nie przesypia pięciu godzin wdzięcznie rozchylając usteczka, bo ma kolki, pośpi więc co najwyżej 40 minut, po czym czeka cię pokonywanie kilometrów podczas noszenia i huśtania.

    Nie czujesz tego szczęścia, które czuć powinnaś. Wcale nie jest ci dobrze. Jesteś zmęczona, obolała i wściekła. Wściekła na dziecko, że zafundowało ci taki survival (a miało być tak pięknie), wściekła na siebie, że czujesz wściekłość na dziecko. Poród to rewolucja w życiu kobiety, ale może zmagasz się z dodatkowymi trudnościami. Może twoje dziecko nie urodziło się zdrowe i teraz boisz się o jego dalszy los, może jesteś mamą wcześniaka, może urodziłaś wieloraczki, może z ojcem twojego dziecka rozstałaś się jeszcze w czasie ciąży, a może dziecko jest wynikiem gwałtu. Nie jest tak różowo.

    Patrzysz więc na małego oseska i czujesz… że nic nie czujesz. A raczej nie czujesz tego, co czuć powinnaś, czyli miłości. Jak zachwyca, skoro nie zachwyca? Zaczynasz drążyć i oczywiście czujesz się winna, że twoje poporodowe emocje tam mocno odbiegają od tego, co świat najwidoczniej uznaje za normalne. Masz wrażenie, że jesteś gorsza, wybrakowana i w ogóle myślisz, że teraz to już ruina. Nie dość, że wszystko wygląda nie tak, jak wyglądać miało, to jeszcze jesteś skazana na wieloletnie życie z kimś, kogo nie darzysz miłością. Tyle miesięcy noszenia w sobie i lipa.

    Czy to normalne odczucia? I tak, i nie. Każda bez wyjątku kobieta zalicza po porodzie coś w stylu „zjazdu” hormonalnego. To zupełnie naturalna, biologiczna reakcja na oddzielenie się łożyska (które samo w sobie było producentem hormonów) i na wzmożoną produkcję prolaktyny. I nie tylko, bo do głosu dochodzą również hormony tarczycy. Jedne kobiety odczuwają to bardziej dojmująco, inne mniej, jedne ryczą mocno, inne przeżywają lekkie obniżenie nastroju, ale tąpnięcie hormonalne właściwe jest dla każdej. Problemy wydają się wtedy nierozwiązywalne, ma się wrażenie, że sytuacja człowieka przerasta i w ogóle totalna rzeźnia.

    Normalne jest również to, że miłość do dziecka właściwie rodzi się po porodzie. Niekoniecznie przychodzi razem z nim. Wynika to zarówno z tej hormonalnej huśtawki, jak i z okoliczności przyrody. Jesteśmy osadzone w jakieś określonej rzeczywistości, życie nie jest przecież różowe i samopoczucie po porodzie w dużej mierze zależy od tego, co jest naszym udziałem na co dzień. Inaczej reagować będzie kochana żona kochającego męża mogąca liczyć na wsparcie rodziny i rodząca zdrowe niemowlę, a inaczej kobieta rodząca dziecko niepełnosprawne, nawet jeśli również jest kochaną żoną kochającego męża z rodzinnym wsparciem. Inaczej przeżywa to kobieta, która wie, że jej byt jest zabezpieczony, a inaczej ta, która się dowiaduje, że jej mąż właśnie stracił pracę, albo że ona nie będzie miała do czego wracać po macierzyńskim. Normalne jest więc, że miłość do dziecka może przyjść z opóźnieniem.

    Zastanówmy się jeszcze chwilę nad miłością jako taką. Bardzo często myślimy sobie, że miłość to zachwyt, radość, poczucie szczęścia z bycia blisko kochanej osoby i ogólne zen. Tymczasem to nie tak. To, co powyżej, to typowe zakochanie. Miłość jest czymś znacznie dalej. Miłość sprawia, że codziennie na nowo wybierasz tego samego człowieka, to codzienna gotowość do bycia obok pomimo wszystko. Nikt nie mówi, że to uczucie przyjemne. Nie myl więc miłości do dziecka z pozytywnymi odczuciami, bo to nie to samo. Ja kocham moje dzieci, są sensem mojego życia i chyba bym oszalała, gdyby coś im się stało, co nie wyklucza tego, że czasem mam ich dość i jakbym mogła, tobym zakneblowała i przywiązała do kaloryfera.

    by kruszyzna at wrzesień 27, 2014 08:06

    zycie na kreske

    Kura pazurem

    Terapia a’la Witkacy

    W zeszłym tygodniu (18.09.) minęła 75 rocznica śmierci Witkacego. W radiowej „Dwójce” sporo jest audycji na temat kontrowersyjnego twórcy, który na drugi dzień po wkroczeniu Armii Czerwonej na tereny Polski popełnił samobójstwo. Słuchałam audycji z zainteresowaniem, ponieważ twórczość Witkacego była mi zawsze bardzo bliska.

    Jeden z gości radiowych powiedział, że Witkacy „działa jak zastrzyk z kiełbasy myśliwskiej”. Uśmiechnęłam się, bo to w stylu wielkiego artysty, do którego idealnie pasuje też określenie „Dechzapieralski”.

    Malarstwo Witkacego ma w sobie coś szalonego, coś, co się wymyka zdrowemu rozsądkowi, ale też nie pozwala oderwać wzroku. A tytuły niektórych obrazów do dziś mogą budzić szok. Bo co powiecie na „Schujowacenie mózgowia”?

    Szczególnie bliskie to szaleństwo było mi w momencie, kiedy się rozwodziłam. Nie wiem dlaczego, ale pasjami wtedy kopiowałam Witkiewiczowskie portrety. Sprawiało mi niesamowitą radość brudzenie się suchymi pastelami. Ręce, stół, kartki – wszystko miałam zawsze upaprane. I jak tak na maksa się ubrudziłam, było mi lżej.

    Muszę dodać, że ja nie umiem rysować, więc to w ogóle było dla mnie ekstremalne działanie.

    Jednak na moich „dziełach” nie ma informacji o specyfikach, które zażywał artysta. Jak wiadomo, Witkacy lubił eksperymentować nie tylko z „pyfkiem”, lecz także z substancjami takimi jak kokaina, pejotl i syntetyczna meskalina czy eter. Ja ograniczyłam swoje doświadczenia tylko do kawy i herbaty. No dobra, przyznaję, że jeszcze od czasu do czasu dymek sobie puściłam.

    A jeszcze dodam, że z tym moim rysowaniem związane jest pewne przestępstwo. Kiedyś narysowałam dyptyk mojej przyjaciółce (już nie a’la Witkacy). Każdy z obrazków przedstawiał kwiat magnolii w innym trochę ujęciu. Podarowałam jej to pięknie oprawione. I co się okazało? Ktoś jej ukradł ze ściany jeden z obrazków! Ha! Albo poznał się na wielkiej sztuce i założył pośmiertną sławę „artysty”, albo pospolity przestępca potrzebował eleganckiej ramki. Kiedy się o tym dowiedziałam, to normalnie duma moje serducho rozparła. No, że już kradną moje „dzieła sztuki”? Toż to unikaty, bo raczej już nic więcej nie powstaje, więc seria mocno limitowana.

    Obecnie myślę, że to kopiowanie szalonych rysunków wielkiego mistrza było bardzo dobrym zajęciem terapeutycznym. Pomogło. Odreagowywałam. Oczywiście każdy ma swój sposób na to, by poczuć się lepiej, ale w razie co, polecam na złe emocje. Wystarczą pastelowe kredki i całe zwoje szarego (pakowego) papieru.  A potem to heja!

    A teraz pierwszy raz przed światem prezentuję wyniki mojej „terapii” (kilka przykładów, bo jest tego niezły stosik). Mam nadzieję, że Witkacy w grobie się nie przewraca.

    witkacy 001

    witkacy 002

    witkacy 008

    witkacy 009

    witkacy 010

    by anna at wrzesień 27, 2014 04:00

    nic specjalnego

    Byłam w kinie

    Po wielu latach  nie bywania w kinie, dziś poszłam na " Miasto 44".
    Mam wielce mieszane uczucia - po pierwsze nie rozumiem dlaczego, za jakie
    grzechy, przed filmem widz ma obowiązek przez 30 minut oglądac reklamy.
    Nieomal te same, które "jadą" w TV. Oprócz nich zwiastuny nowych filmów i
    dzięki temu wiem, co z repertuaru będę omijac szerokim łukiem.
    Co do samego filmu - niewątpliwie 5+ za efekty specjalne. Ale ja zapewne zbyt
    wiele wiem o  Powstaniu Warszawskim od osób, które same  brały w nim
    czynny udział lub były wtedy, do samego końca w Warszawie.
    Słaba jest pierwsza częśc filmu, czyli ostatnie dni przed wybuchem powstania.
    Muzyka w filmie - jak powszechnie wiadomo - przeważnie powinna stanowic
    tło i odzwierciedlac czasy o których film opowiada. Nie muszą to byc
    autentyczne  melodie z tamtych czasów, ale przynajmniej  utrzymane w danym
    stylu.
    Owszem, było przedwojenne tango "Chryzantemy Złociste", ale gdy zabrzmiał
    Niemen z piosenką "Dziwny ten świat", z lekka zdębiałam. Poza tym muzyka
    usiłowała zagłuszyc cały czas efekty dzwiękowe  (wybuchy bomb, pocisków itp.)
    więc siedziałam ogłuszona niemal całkowicie.
    Brakowało mi prawdziwego nastroju tych czasów , który był kiedyś, przed wielu
    laty, świetnie ukazany w telewizyjnym serialu "Kolumbowie".
    Bo oprócz wątków "technicznych", czyli walki, bardzo ważną sprawą były
    przeżycia nie tylko czynnych powstańców ale i ludności cywilnej, stosunki pomiędzy
    cywilami a powstańcami, rozterki  dowódców.
    Oczywiście jestem pełna podziwu  dla rozmachu, z jakim film zrobiono, ale
    czułam się tak, jakbym oglądała western ze zredukowaną niemal do zera fabułą, za to
    z scenami strzelaniny i totalnej demolki do sześcianu.
    A do tego w sali kinowej snuł się smród prażonego popcornu.
     Z całą pewnością film nie odpowiada na pytanie czy Powstanie Warszawskie
    było konieczne i czy była to właściwa decyzja - zresztą odpowiedz na to pytanie nie
    była zamiarem twórcy tego filmu.
    Jeśli film miał ukazac rozmiar zniszczen to owszem-  zadanie to zostało dobrze
    wykonane.
    Czy warto go obejrzec - warto, by docenic to wszystko co mamy dziś.


    by anabell (noreply@blogger.com) at wrzesień 27, 2014 12:39

    wrzesień 26, 2014

    moje waterloo

    1921

    Gdyż mam bardzo niesprzyjające warunki, gdzie się nie obrócę.

    Łoterloo: I, wysoki sądzie, to było tak. Szłam sobie spokojnie przez sklep i nagle pacze, a tu Monnari, więc tak tylko weszłam i ładna torebka była, ale myślę: nie, nie będę kupowała, bo mam przecież - i wyszłam z własnej woli bez tej torebki, chociaż się panie sprzedawczynie na mnie paczyły ze wstrętem, ale ja do optyka przyjechałam przecież, tylko im nie powiedziałam, trzeba kobietom wybaczyć, więc poszłam do tego optyka i se kupiłam okulary, o, zobacz, jak tanio, a potem myślę: co będę wracała tą samą drogą, jak jestem w połowie i poszłam dalej, a tam z Esse wyskoczyła ekspedientka i normalnie siłą mnie wciągnęła do sklepu i upchnęła w tę sukienkę, to co miałam zrobić, jeszcze na futrynie są ślady moich paznokci, tak się broniłam, a jak już miałam tę sukienkę, to mi się przypomniało, że będzie bardzo oszczędnie, gdy nie kupię butów - przecież mam buty - ale ta torebka to idealnie pasowała do tych butów, co je już mam i oszczędziłeś bardzo, więc się wróciłam, żeby paniom w tym Monnariu nie było tak smutno i ją kupiłam, pacz jak do sukienki pasuje oraz do tych butów, co ich nie kupiłam, bo już mam. I jestem.
    Prezes: Przecież widzę, że masz buty.
    Łoterloo: Oooooo, to jest zupełnie inna historia! Normalnie buty sportowe z Eco za 130 zł, to chyba się nie będziesz japił.
    Prezes: Faktycznie tanio.
    Łoterloo: Widzisz, jaka jestem gospodarna?
    Prezes: Wyjdź z kuchni, obiadu i tak dziś nie dostaniesz.
    Łoterloo: A upiekłeś ciasteczko?
    Prezes: Wynocha!

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at wrzesień 26, 2014 10:43

    Anrzej rysuje

    Osiołki

    osiolki 2Rysunek opublikowany na wyborcza.pl 25 września: http://goo.gl/4Efte2

    by Andrzej at wrzesień 26, 2014 09:29

    Kura

    Pojland

    Pokój G.i A.

    Wieszamy mapę Niemiec.

    Ku niewątpliwej radości sąsiadów wielki napis Deutschland widać po drugiej stronie ulicy.

     

    Walczymy z rulonem.

    Brodoziak ryzykując zębami balansuje na krawędzi łóżka trzymając płachtę. Północno-zachodni Niemcy dziubią go w oko.

    - A co tu jest napisane? - pytam G. nieczuła na cierpienia Brodoziaka.

    - Do, do do do, dojjjj, dojcz...laaaand. Dojczland! - G.odkrywa napis.

    - Czyli? - z nauczycielską miną czekam na tłumaczenie.

    - Polska! - krzyczy geograficzny G.eniusz. (kropka po G.nie jest przypadkowa ;)

     ...

     

    Ja tu gadu- gadu, a zapomniałam zapytać!

    Sprechen Sie Kurnisch ?

     

    Pozdrawiam

    Kurela Merkel

     

    PS Dla tych, którzy właśnie myślą "hola hola, a gdzie Polska?" Lekko nadgryziona przez papużki wisi już od dawna.

    A na rysunku Brodoziak w stroju mieszanym ;). Sam powab.

    by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at wrzesień 26, 2014 08:09

    Czarny pazur

    Akcja akceptacja

    Kuwety zamknięte zostały zaakceptowane wylewnie. Kociarnia ustaliła sobie, która czyja - i zasiadają. Skończyły się problemy z niuteczkowym nietrafianiem do kuwety. Ale żwirek - jak był na zewnątrz, tak jest. Tymczasem nadeszła jesień, jak zwykle o tej porze roku. Personel najchętniej przesiedziałby ten czas na kanapie, z Kotem Behemotem na piersi. To ulubione miejsce Kierownika, a Personel bardzo sobie ceni organiczną grzałkę u progu sezonu grzewczego. Niestety, tak dobrze nie jest, urlop dobiegł końca, trzeba wrócić do rzeczywistości, tak jak i do pracy. Wygładziwszy nieco krawędzie kaszubską miodówką (woltaż nieznany, ale niewątpliwie zacny) Personel jest gotowy na nowe wyzwania. Kot Behemot i Niuteczka przebrały się już w zimowe futra i gotowe są wspomagać swoich Ludzi w zmaganiach z jesienią. Pozdrawiamy!

    by amelia007@NOSPAM.gazeta.pl at wrzesień 26, 2014 07:01

    Od rana do wieczora

    Macierzyństwo zmienia perspektywę

    Nawet kiedy oglądam film w celach rozrywkowych, wyłapuję wszystkie motywy związane z dziećmi. I krytykuję, a jakże!

    Dwa przykłady z ostatnich dni:

    „Star Trek”. Cuda-niewidy, zaawansowane technologie, teleportacje, prędkości 10 Warp, itp. A kobieta rodzi dziecko w pozycji leżącej i dostaje noworodka zawiniętego w becik. Jak za króla Ćwieczka (albo w Polsce w XXI wieku).

    „Prawo Agaty”. Mama zostawia czteromiesięczne dziecko na trzy dni pod opieką taty i instruuje go: „w tej torbie są butelki, słoiczki…” Naprawdę czteromiesięczne dzieci jadają już dania ze słoiczków? W piątym miesiącu dopiero rozszerza się stopniowo dietę dziecka karmionego mm, heloł! Poza tym tata kupuje dla tego dziecka pieluchy w rozmiarze 4, takich Wojtek używa w ósmym miesiącu życia.

    by Chuda at wrzesień 26, 2014 06:49

    notatki na mankietach

    futrzak

    Pewnie niewiele osób wie, że drugim na świecie (po Francji) eksporterem prądu (a pierwszym na głowę obywatela) jest… Paragwaj.

    Jest to prąd z energii całkowicie odnawialnej, pieniądze zostały wyłozone prawie w zupełności w postaci pożyczki przez odbiorców: Brazylię i Argentynę, a Paragwaj spłaca należności dostawami prądu…

    Mowa oczywiście o elektrowniach wodnych Itaipu i Yacyretá.

    Niestety, sytuacja energetyczna mieszkańców Paragwaju nie jest zbyt różowa: mają sporo blackoutów spowodowanych bardzo kiepskimi sieciami przesyłowymi. Właściwie wszystkie powinny być wyremontowane/wymienione, na to potrzeba sprzętu ale też… odpowiednio wyszkolonych techników.

    Paragwaj to w sumie biedne państwo, niespecjalnie ma jakieś bogactwa naturalne, za to długą historię dyktatury, potem wyniszczającą wojnę (w której zginęło prawie 90% populacji męskiej) no a teraz legendarną wręcz biurokrację i burdel.

    Niemniej, są kraje z gorszą infrastrukturą – np Indie. Tam też blackouty to rzecz normalna, sieć energetyczna w miastach woła o pomstę do nieba, kanalizacyjna tudzież. A przeciez Indie są zaliczane do tygrysów Azji, których gospodarka rosła w ostatniej dekadzie jak na drożdzach. Indie mają ogromną armię, broń atomową i…. ok. 600 mln obywateli bez dostępu do kibelka w obrębie własnej zagrody.

    Teoria ściekania bogactwa w dół jak widać nie działa.


    by futrzak at wrzesień 26, 2014 03:56

    Kraina filcu

    Najlepsze jakościowo akcesoria do filcowania firmy Clover do kupienia w Kraina Filcu.

    Dla wszystkich, którzy nie mogli się doczekać kiedy znów w naszej ofercie pojawią się produkty japońskiej firmy Clover mamy dobrą wiadomość.

    Dotarła do nas długo oczekiwana dostawa i już teraz w naszym sklepie internetowym www.krainafilcu.pl możecie zakupić igły do filcowania, pióro na 3 igły, obsadkę na 5 igieł, szczotki, foremki oraz grabki do filcu i czyszczenia maty.

    http://krainafilcu.pl/clover.html

    by kraina filcu (noreply@blogger.com) at wrzesień 26, 2014 04:12

    Dzieciowo mi

    Lekarz i rodzice małego dziecka, czyli jak się dogadać i nie oszaleć

    Noooo, wieści mrożące krew w żyłach krążą po internetach i skutecznie konkurują z masakrycznymi opowieściami porodowymi. Każdy rodzic-debiutant przechodzi przez ten chrzest, ale co by nie wypisywano, to wszystko tak czy inaczej sprowadza się do jednego: idziemy do lekarza, który będzie prowadził nas, rodziców i nasze dziecko. Skąd wiemy, czy nam dobrze poradzi? Czy mamy do niego zaufanie? Czy działania, jakie nam zaproponuje, są prawidłowe? Czy to przypadkiem nie jest konował, nie lekarz? Czujecie problem, prawda? Nie wiesz, na czym się oprzeć, bo masz wrażenie poruszania się po polu minowym bez mapy, a ponieważ z problemem czy zagadnieniem spotykasz się po raz pierwszy, to nie masz do czego się odnieść. Na tym cholernym polu minowym nie ma żadnej ścieżki, do licha!

    Jest kilka sposobów na to, żeby relacja rodzic – lekarz obywała się bez celowania w siebie z wyrzutni pocisków ziemia-ziemia. „Sposób” to może za duże słowo, wskazówka będzie lepszym określeniem.

    Wybrać odpowiedniego lekarza.

    Ha, takie proste i takie trudne. Niby jak masz go wybrać? Możesz kierować się zdaniem rodziny, ale czy rodzina na pewno się zna? Możesz poszukać opinii w internecie, ale czy internet na pewno dobrze doradzi? Możesz zasięgnąć opinii w szpitalu, w którym rodzisz, zapuścić żurawia, podpytać. Możesz w końcu przyjrzeć się swojemu lekarzowi rodzinnemu (jeśli taką formę opieki wybierasz) i zadać sobie pytanie, czy jesteś zadowolony jako rodzic z jego pracy i podejścia do ciebie. Jeśli tak, to czy coś stoi na przeszkodzie, żeby opiekował się także twoim dzieckiem? Jeśli odpowiedź będzie negatywna, to trzeba będzie poszukać. W mieście pod tym względem jest prościej, zmiana lekarza nie wiąże się z przemierzaniem nie wiadomo jakiej ilości kilometrów. W małych miejscowościach może być problem.

    Mieć otwarty umysł.

    Jako rodzice bardzo często grzeszymy postawą, że „moja racja jest najmojsza” (by „Dzień Świra„). Posiadanie poglądów rzecz chwalebna, a posiadanie jakiejś koncepcji wychowania – jeszcze lepsza. Rzecz w tym, że ktoś może mieć koncepcję inną, a równie dobrą, aczkolwiek, delikatnie mówiąc, różną od naszej. Dla poglądów najlepiej wtedy, kiedy są z czymś konfrontowane, dobrze więc po prostu rozmawiać o nich z lekarzem, który dogląda naszego dziecka. Nikt nie mówi, że trzeba od razu rezygnować z własnych przekonań na rzecz cudzych, nic z tych rzeczy, chodzi tylko o to, żeby na cudze się nie zamykać. Dlaczego? Bo może można wypracować coś w rodzaju konstruktywnego kompromisu, takiego koncepcyjnego „kundelka”. Kundle to najzdrowsze psy ;)

    Uzgadniać model postępowania i sprawy techniczne.

    Najwięcej rozczarowań bierze się z nieporozumień, a nieporozumienia są pochodną kiepskiej komunikacji i niedoinformowania. Warto wiedzieć, czy dany lekarz będzie dostępny pod telefonem jakby co, czy w nagłych przypadkach jest w stanie przyjechać do ciebie do domu nawet w sobotę (wiem, wiem, ideał). Warto też wiedzieć – piszę z punktu widzenia mieszczucha – że w dni wolne od pracy każda dzielnica ma swoją przychodnię dyżurującą, która ma obowiązek świadczyć pomoc. Nie z każdym przypadkiem walimy od razu na ostry dyżur, warto wiedzieć, która to przychodnia i jaką pomoc jest w stanie nam zaoferować. Najczęściej zupełnie wystarczającą.

    To ważne. Znam na przykład świetnego pediatrę, który niestety przyjmuje w swoim prywatnym gabinecie, ale jestem skłonna za wizytę płacić, nie ma problemu. Sęk w tym, że kiedy nie dzwonię, to albo nie może rozmawiać, bo właśnie jest w szpitalu i robi obchód, albo nie może, bo coś tam, albo trzeba zadzwonić dwa dni wcześniej, bo potem nie ma miejsc. Tylko nie zawsze wiem, że za dwa dni będę potrzebować konsultacji, prawda?

    Na wizytę warto przyjść przygotowanym.

    Ja mam na przykład problem z zapamiętaniem nazw lekarstw. Za cholerę. Mogę dokładnie opisać kolor, kształt i wielkość opakowania, ale nazwy sobie nie przypomnę. Dlatego przed wizytą po prostu sprawdzam, co w ostatnim czasie dziecku podawałam, żeby przekazać tę informację lekarzowi. Warto sobie przypomnieć, gdzie jeździliśmy po pomoc, kto ją świadczył, co mówił. Warto też zrobisz szybkie przeszukanie w mózgu i przypomnieć sobie, co ostatnio dziecko jadło, piło i w ogóle być gotowym z odpowiedzią na pytanie, jak je żywimy.

    by kruszyzna at wrzesień 26, 2014 12:39

    Archiwum chaosu

    Kocham Cię

    Wbrew temu co sugeruje tytuł, post nie będzie o miłości. Będzie o autoagresji. A wiesz czemu? Bo żywię nadzieje, że po jego lekturze jedna z drugim palnie se czymś ciężkim […]

    by Kamila Łońska-Kępa at wrzesień 26, 2014 11:58

    Kurlandia

    Zuzanka

    Anrzej rysuje

    Rzut kamieniem

    ziemkiewicz_jaskiniowcy
    false" />
    false" ondragstart="return false" ondrag="return false" onmousedown="return
    false" oncopy="return false" />Rysunek opublikowany na wyborcza.pl 24 września: http://goo.gl/J5j7dj

    by Andrzej at wrzesień 26, 2014 08:17

    TUV

    z pola walki czyli że noc miałam ciężką…

    późnym popołudniem poczułam się fatalnie.Dobrze że wracałam już z poczty i to prawie że pod domem.

    Zakupiłam po drodze ciasteczka tortowe , z dużą ilością kremu.Rany jak dawno czegoś takiego nie jadłam!

    No to wrąbałam dwa i poszłam spać.X-men stękając jeszcze coś tam robił przy komputerze. Na SOR? -absolutnie,poczekajmy do jutra…

    Jak zaległ przy mnie to zaczęły się schody.Stęki,jęki,marudzenie bo ból przychodził falami…

    Nasmarowałeś się? nie…Ale zobaczyłem że prawa noga też dostała i chyba najbardziej bo opuchła pod kolanem,łydka w ładną kulę zamieniona została…No skóra zdarta kawał spory ale to mały pikuś wobec reszty.

    Koło pierwszej w nocy jednak przebudzenie. X-men w łazience, ja mierzę ciśnienie,znów 150/100 kurwa niedobrze,nie ?

    TO drugie szczególnie…

    Biorę pastylkę i podgrzewam napar z wrotycza.Skoro i tak nie śpię,to chłopem  się zajmę.Napar jest żółty.

    Tam gdzie był okład – czyli prawa część plecków żadnej opuchlizny i siniaków ! Niestety nie zauważyłam że sinior jest ale ciut niżej – okolice nerek,musiał jednak wyjść później a ja okłady robiłam wg wskazówek X-mena…

    No to bach cieplutki, pachnący okład ( najpierw altacet,a co tam), na nóżkę takoż.I leżymy. PO pewnym czasie ja lekuchno wkurwiona – POSUŃ SIĘ !!!

    łoże ma 2*2 metry jakby co a JA NA SAMYM KRAŃCU, a stopy to już w powietrzu prawdaż.

    - X-men – NIE MOGĘ !!!

    - JA – ?!?!?!

    - X-men – kot mnie spycha….

    A potem zaczęły  się dreszcze . U X-mena. Trzepało go nieźle ( cholera , nie chciał na SOR !!!)

    No to poczołgałam się po aspirynkę. Nie,nie będzie brać.Jak wrzasnęłam to się uspokoił;>.

    W końcu , wyciszony,opatulony w pięć miliardów kocy itepe zasnął. I ja również o radosnej porze 3,48….

    Zaspałam – wyrwało mi się też przekleństwo z ust malin bo zegar wskazywał 6,49 a ja postanowiłam iść do lekarza.

    U nas kolejki od 6 rano a nawet od 5 bywały pod przychodnia ,wiec taka późna pora to porażka.

    Ale byłam nastawiona wojowniczo.Nóż,siekiera i iskry – no mus się dostać bo co ?

    Wchodzę i stoję jak wryta.NUMERKI….

    ( najpierw ZUS , potem PP poczta się u nas ponumerowała A teraz…)

    Siedzisz na ławeczce ( można też telefonicznie,ale różnie z tym bywa,bo nie zawsze odbierają )  i czekasz.Numerek pobierasz z automatu. Nad okienkiem stosowny się wyświetla a żeby jeszcze nieuważnych wspomóc,MÓWI .

    W rejestracji karteczka z GODZINĄ przyjęcia i NUMERKIEM takoż.

    Zdążyłam wrócić do domu, zjeść śniadanie, ubrać się przyzwoicie ( bo na szybciora porankiem to wiadomo jak człek wygląda) i o 8,30 miałam wejście.( rejestrowałam się o 7,30).

    I już był ze tak powiem burdel bo nie każdy przyszedł, ktoś nie dojechał,ktoś stwierdził że ma głęboko godzinę wyznaczoną przez rejestratorkę i przyjdzie kiedy mu wygodniej…Cóż, miałam kły na wierzchu i weszłam o wyznaczonej godzinie.PODKŁADKA W POSTACI NUMERKA I CZASU BYŁA….

    A w tzw międzyczasie matka zdążyła X-menem zadzwonić że pragnie wizyty domowej bo źle się czuje…

    No i czekamy.

    A, X-menowi jest LEPIEJ !!!

    Dziękuję Kneziowi za wpis o ziołach i potem o informacji jak używać.Natchło mnie że ostatnio tak z głupia frant intensywnie zbierałam.No ale skoro będąc na spacerze z psem siadłam przez przypadek w sam środek POLA to czemu by nie ?

     

     

     

    by Tuv at wrzesień 26, 2014 07:52

    Dzieciowo mi

    Piątek z blogującą mamą – Ohana, na, na, na

    W Piśmie, a konkretnie w – jak to się nazywało? – Pieśni o Miłości św. Pawła stoi mniej więcej tak: gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice i wiedzę miał taką, iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym.

    Pewnie spieprzyłam, bo cytuję z pamięci, ale bardzo mi ostatnio ten fragment pasuje w odniesieniu do rodzicielskiej (i nie tylko) blogosfery. Zmienię nieco: gdybym miał odjechane foty, social taki, że opada kopara, gdybym posiadł wszelkie tajemnice SEO, tak iżbym pozycjonował się gładko i piorunem zdobywał lajki, a nie miałbym mięsiwa pod skórą, tylko samą skórę, byłbym jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Długie zdanie, ale na pewno kumacie, w czym rzecz. Blogiem chciałabym się najeść. Znam i przedstawiałam wam w ramach „Piątku z blogującą mamą” (i tatą, wiemy, wiemy) mistrzynie blogerskich garów. Znacie niezwykle soczystą Manufakturę Radości, znacie Skorpiona w rosole (gorąco polecam również jego kostną wkładkę w postaci Kręgosłupa Oralnego), którego ja mam ochotę zeżreć razem z garnkiem (i kręgosłupową wkładką tyż, a co), znacie Mamę Szóstki, znacie Moje Waterloo, znacie Halo, ziemia, znacie Ojca Karmiącego i wiecie, że blogowo wymiatają. Żadne – jak to mówi Chuda, o właśnie Chuda przecież jest i jej blogi z Macierzyństwem bez lukru na czele! – bułkę przez bibułkę, sama treść, mięso, kościec. O nich wszystkich pisałam. Nie mamy wrażenia żucia kartonu, który na pewno jest piękny, ale na dłuższą metę żyć się tym nie da.

    Takiego wrażenia też NIE MA w przypadku blogu, który polecam wam dzisiaj. Młody blog, a przynajmniej nie znalazłam na nim notek starszych niż napisane w kwietniu 2014, a ponieważ nie uświadczysz tam czegoś w stylu archiwum, to i potwierdzić swoich przypuszczeń nie mogę. Blog więc młody, ale bardzo obiecujący, właśnie taki z mięsem. Tam jest COŚ. Coś, co ciężko mi zdefiniować, ale wchodzę i czuję, że dobrze mi tam. Warto go poznać. Panie i panowie: poznajcie Ohana blog (http://ohanablog.pl).

    ohana

    Ohano, odnoszę dziwne wrażenie, że nadajesz z Islandii ;) Wiem, że nie, ale notkę o islandzkich dziwactwach gorąco wam polecam. U Ohany podoba mi się luz, ale nie w znaczeniu przesadnej wesołkowatości czy czegoś w stylu „a dobra, pierdolę to wszystko i co mi zrobicie”, ale – nie wiem, jak to ująć, cholera – czuje się taką swobodę, wolność. Ohana ma dystans do siebie, swojego macierzyństwa, przedstawia po prostu swój świat, podaje go na talerzu bez spiny stawania na rzęsach i bycia najlepszą blogerką wszechświata. To nie jest taki – szlag, znowu nie wiem, jak się wypowiedzieć – kartonowy lifestyle.  W jej tekstach mieszka lekkość. To nie znaczy, że są to najlepsze teksty, jakie czytałam, bo nie są, ale przy lekturze nie odczuwam pewnego rodzaju przytłoczenia, jakie owszem, czasem na mnie spada.

    Po prostu poprzez blog czuć, że dziewczyna ma coś wartościowego do przekazania, przebija się przez niego jej osobowość i mam wszelkie podstawy, by sądzić, że jest to osobowość bardzo ciekawa. Cieszę się, że tam trafiłam. Ikona notki z drugich urodzin Kluskozaura wymiata ;)

    by kruszyzna at wrzesień 26, 2014 07:44

    Domowa kuchnia Aniki

    Zupa grochowa

    Zupa grochowa



    Dziś odmiana od ostatnich przepisów na dynię - zupa grochowa! Zupa grochowa jest smaczna i sycąca. Można ją szybko przygotować i sprawić przyjemność naszym kubkom smakowym. Ja wieczorem gotuję groch, a na drugi dzień zupę.
    Groch myję i zalewam wodą, tak ok centymetr powyżej powierzchni grochu, solę i gotuję na wolnym ogniu pod przykryciem. Przykrywka nie powinna być szczelna, lecz mieć miejsce, którym ulatnia się para.  Groch lubi kipieć, więc po zagotowaniu trzeba skręcić gaz, aby groch tylko delikatnie "pyrkał".  Ważną zasadą jest, aby grochu w trakcie gotowania nie mieszać, bo zauważyłam, że wówczas się przypala. Ja gotuję go, aż się prawie całkiem rozgotuje i robi się z niego papka. Czasami dolewam nieco wody, jeśli wydaje mi się, że na dnie nie ma już nic płynu. Tak ugotowanego grochu nie musimy już przecierać.

     

    Składniki:
    •  ok 350 g grochu ( łuskanego )
    • 1 marchewka
    • 1 nieduża pietruszka 
    • kawałek selera
    • 30 dag dobrej kiełbasy
    • 15 dag chudego boczku 
    • 2 - 3 duże ziemniaki
    • sól
    • pieprz
    • majeranek
    • liść laurowy
    • 2 ziarenka ziela angielskiego
    • ewentualnie bulion wegetariański w proszku
    Sposób wykonania:
    • Groch gotujemy wg instrukcji we wstępie
    • Pietruszkę, marchewkę i seler obieramy, myjemy i kroimy w kosteczkę. Wrzucamy do garnka z wodą ( ok 1,5 - 2 litry, w zależności od tego, czy lubimy zupę grochową gęstą czy bardziej wodnistą ) i gotujemy do miękkości dodając jeszcze liść laurowy i ziele angielskie
    • Do warzyw dodajemy ugotowany groch, wrzucamy pokrojone w kosteczkę ziemniaki i gotujemy razem jeszcze ok 10 minut. W tym czasie doprawiamy solą i pieprzem, ewentualnie bulionem
    • Kiełbasę kroimy w półplasterki i podsmażamy na patelni, aby nieco wytopić zbędny tłuszcz. Kiełbasę dodajemy do zupy. Podobnie postępujemy z boczkiem: kroimy go w kosteczkę i wytapiamy. Przekładamy do zupy ( ja same skwarki bez tłuszczu ). Doprawiamy obficie majerankiem
    • Podajemy z chlebem lub grzankami

    by Anika (noreply@blogger.com) at wrzesień 26, 2014 08:31

    Slow Day Long

    Śledź po holendersku, czyli smaki i zapachy naszych wakacji (dużo zdjęć)

    Cały szkopuł w tym, że w parze z sycącymi i obfitymi posiłkami, szedł ruch i wysiłek fizyczny. Podczas ponad dwutygodniowego urlopu, przejechaliśmy na rowerach blisko 250 kilometrów. W dodatku ciągnąc za sobą przyczepkę z Alą w środku i wypakowaną po brzegi różnego rodzaju gadżetami (pisaliśmy o tym w tym wpisie – KLIKNIJ). Ciężko więc nie schudnąć, kiedy bywało, że dziennie robiliśmy nawet 40 km. To niby niewiele, ale…

    Dziś w cyklu „Sensacje żołądkowe”, pokażemy Wam kilka fajnych miejsc, w których jedliśmy, a które „sprzedali” nam tubylcy. Będzie też o śniadaniu, które przynoszono nam do łóżka i o… Ale po kolei. Od razu dodam, że najlepsze i tak zostawiliśmy na koniec!

    AMSTERDAM

    Początek naszego urlopu, to permanentne wyżeranie zapasów. Kaszanka ze sklepu Kamili taty, którą z cebulką robiłem na grillu, (o sklepie przeczytasz w tym wpisie – KLIKNIJ), polski chleb i jogurty itd. Jedynie co, to kupowaliśmy świeże owoce i warzywa. Nie byliśmy do końca pewni, jak będą wyglądać te pierwsze dni naszych wakacji. Woleliśmy się zabezpieczyć.

    Nie oznacza to, że nie łaziliśmy po knajpach. A i owszem. Nie odmówiliśmy sobie wizyty w burgerowni Burger Meester, w której Kamila zamówiła swojego ukochanego burgera wege, z kotletem gruszkowym. Coś niesamowitego! Odkryliśmy też kilka nowych miejsc. Głównie, były to knajpy znane lokalsom. Z reguły położone na uboczu, z dala od zgiełku centrum, turystów i lokali sprzedających byle co. Zachwyciły nas swoim klimatem. O jedzeniu nie wspominając.

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (44)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (45)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (47)

    Burger Meester Holland Amsterdam Price Photos Opinions (2)

    Burger Meester Holland Amsterdam Price Photos Opinions (3)

    Burger Meester Holland Amsterdam Price Photos Opinions (4)

    Burger Meester Holland Amsterdam Price Photos Opinions (5)

    Burger Meester Holland Amsterdam Price Photos Opinions (7)

    Burger Meester Holland Amsterdam Price Photos Opinions (1)

    Jeśli wybieracie się do Amsterdamu, to pierwszą miejscówką, do której możecie udać się w ciemno, jest Wilhelmina Dok. Knajpa położona nad samą wodą, z widokiem na miasto, znajduje się po drugiej stronie kanału, czyli na tzw. Noordzie. Turystów praktycznie tu nie spotkaliśmy, a obsługa knajpy nawet się trochę dziwiła, że do nich zawitaliśmy.

    To miejsce typu bistro. Codziennie serwowane są inne dania. My skusiliśmy się zarówno na zupę, jak i coś konkretniejszego. Był też makaron dla Alicji, który został jej podany wraz z… nożyczkami. Kelnerka tłumaczyła nam, że to z sentymentu właścicielki restauracji do książki „Pippi Langstrumpf”, której bohaterka jadła makaron właśnie nimi. Oczywiście, nasza córka również musiała spróbować. A co z tego wyszło, zobaczycie na poniższych zdjęciach.

    Wilhelmina Dok Amsterdam Menu Price opinion maps photos (2)

    Wilhelmina Dok Amsterdam Menu Price opinion maps photos (3)

    Wilhelmina Dok Amsterdam Menu Price opinion maps photos (5)

    Wilhelmina Dok Amsterdam Menu Price opinion maps photos (6)

    Wilhelmina Dok Amsterdam Menu Price opinion maps photos (7)

    Wilhelmina Dok Amsterdam Menu Price opinion maps photos (8)

    Wilhelmina Dok Amsterdam Menu Price opinion maps photos (9)

    Wilhelmina Dok Amsterdam Menu Price opinion maps photos (10)

    Wilhelmina Dok Amsterdam Menu Price opinion maps photos (11)

    Wilhelmina Dok Amsterdam Menu Price opinion maps photos (13)

    Wilhelmina Dok Amsterdam Menu Price opinion maps photos (14)

    Wilhelmina Dok Amsterdam Menu Price opinion maps photos (15)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (56)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (55)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (54)

    Kolejna miejscówka, również znajdowała się na Noordzie. Więcej, pisaliśmy o niej w tym wpisie (KLIKNIJ). W Noordelicht (bo to o niej mowa) jedzenie było wyśmienite, lekkie, slow foodowe. I trochę wybierane w ciemno, bo kart z menu w języku angielskim tu nie uświadczysz. Turyści? Nie, oni tu nie przychodzą. Są zbyt leniwi – usłyszeliśmy. Ale anglojęzyczna obsługa podpowiedziała nam co i jak.

    Jeśli chodzi o Amsterdam, to na uwagę zasługuje również klimatyczna drewniana kawiarnia, położona w Parku Północnym (patrz zdjęcia poniżej). Do tego wspominany już w tym wpisie (KLIKNIJ) hipsterski Roest. Tu urzekł nas bufet, w którym można kupić sobie np. bułki, owoce, pasty, czy różnego rodzaju przetwory i spożyć na miejscu robiąc sobie samodzielnie kanapki. Mega luzacko, żeby nie napisać kozacko.

    Wart uwagi, jest też pewien sklep z EKO żywnością, który znaleźliśmy blisko wspomnianej wyżej burgerowni. Eko Plaza (bo o nim mowa), to sieciówka rozsiana po całej Holandii. Oprócz bio jedzenia, znajdziemy tu m.in. kosmetyki czy alkohole. Do wyboru do koloru. Wielka szkoda, że w Polsce nie ma takiego sklepu.

    Z mniej zdrowych rzeczy, to oczywiście musieliśmy spróbować tamtejszych frytek. Nasza czytelniczka Gosia, z którą spotkaliśmy się w Amsterdamie (przeczytasz o tym w w tym wpisie – KLIKNIJ), poleciła nam Sonny Frites. Robione na miejscu, z ziemniaków, które w ogromnych ilościach leżą na zapleczu, zapakowane w worki. Obok smażalni znajdują się (podobno) najlepsze lody w mieście. Pisa Ijs znaleźliśmy też w Parku Zachodnim. Nie mogliśmy sobie odmówić. Faktycznie, bardzo dobre.

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (52)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (48)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (50)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (49)

    Roest Amsterdam Price Menu Shop Bar Holland Opinion Map Photos (1)

    Roest Amsterdam Price Menu Shop Bar Holland Opinion Map Photos (2)

    Roest Amsterdam Price Menu Shop Bar Holland Opinion Map Photos (8)

    Roest Amsterdam Price Menu Shop Bar Holland Opinion Map Photos (7)

    Roest Amsterdam Price Menu Shop Bar Holland Opinion Map Photos (6)

    Roest Amsterdam Price Menu Shop Bar Holland Opinion Map Photos (5)

    Roest Amsterdam Price Menu Shop Bar Holland Opinion Map Photos (4)

    Roest Amsterdam Price Menu Shop Bar Holland Opinion Map Photos (3)

    Eko Plaza Holland Amsterdam Opinion Price Photos Shop (1)

    Eko Plaza Holland Amsterdam Opinion Price Photos Shop (2)

    Eko Plaza Holland Amsterdam Opinion Price Photos Shop (11)

    Eko Plaza Holland Amsterdam Opinion Price Photos Shop (13)

    Eko Plaza Holland Amsterdam Opinion Price Photos Shop (15)

    Pisa Ijs Amsterdam Icecream (3)

    Pisa Ijs Amsterdam Icecream (1)

    Sonny Frites Amsterdam the best photos (1)

    Sonny Frites Amsterdam the best photos (3)

    Sonny Frites Amsterdam the best photos (2)

    HAGA

    Wściekle głodni, od razu po przyjeździe do Hagi, udaliśmy się na kolację. Przez właścicielkę naszej kwatery (więcej pisaliśmy o niej w tym wpisie – KLIKNIJ), zostaliśmy wysłani do La Cantina di Pierino. Ta przesympatyczna włoska knajpka, była najdroższym miejscem, w jakim w ogóle podczas minionych wakacji dane było nam się stołować. W położonej w ścisłym centrum Hagi restauracji, za przystawkę, dwa dania dla osób dorosłych, makaron dla Alicji i dwie lampki wina, wydaliśmy prawie 60 EURO.

    Z jednej strony to dużo, a z drugiej, to nie ma czemu się dziwić. Za dobre jedzenie, trzeba odpowiednio zapłacić. O ile ceny w holenderskich sklepach, są takie same, a nawet często sporo niższe niż w Polsce (pisaliśmy o tym w tym wpisie – KLIKNIJ), o tyle knajpy są zdecydowanie droższe, niż w naszym kraju. Jednak wiadomo, za co się płaci. Nie stołowaliśmy się w nie wiadomo ilu miejscach, ale nawet w nadmorskiej pizzerii, która działa sezonowo, jedzenie było wręcz wyśmienite.

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (68)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (67)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (66)

    Buiten Den Haag Haga Holland Menu Price (1)

    Buiten Den Haag Haga Holland Menu Price (2)

    Buiten Den Haag Haga Holland Menu Price (3)

    Buiten Den Haag Haga Holland Menu Price (5)

    Buiten Den Haag Haga Holland Menu Price (6)

    Buiten Den Haag Haga Holland Menu Price (7)

    Buiten Den Haag Haga Holland Menu Price (8)

    Buiten Den Haag Haga Holland Menu Price (9)

    Buiten Den Haag Haga Holland Menu Price (10)

    Buiten Den Haag Haga Holland Menu Price (11)

    Buiten Den Haag Haga Holland Menu Price (12)

    Buiten Den Haag Haga Holland Menu Price (13)

    Slow food’owa restauracja, tuż nad morzem, to rarytas nawet w Holandii. Wielki półmisek z tapas, połknęliśmy w mgnieniu oka. Zresztą, do Buiten (bo tak nazywało się to klimatyczne miejsce) zawitaliśmy dwukrotnie. Niestety, za kolejnym razem nie udało się nam tu nic zjeść. Zarezerwowany na event lokal serwował jedynie napoje. Na jedzenie, trzeba było czekać dobre dwie godziny. Chętnych jednak nie brakowało.

    Tak naprawdę, to w Hadze urzekło nas przede wszystkim mieszkanie, w którym dane nam było nam nocować. Jego właścicielka, w przynależącym do niego ogrodzie, hodowała liczne zioła i warzywa, którymi mogliśmy się częstować do woli. Nawet przed wejściem do domu stała wielka doniczka z szałwią, kolendrą i oregano, z których, w razie potrzeby, korzystają jej sąsiedzi.

    Tu też zakochaliśmy się w mikro szklarniach, w których hodowała np. pomidory, czy rzeżuchę. Po powrocie do Polski sprawiliśmy sobie dwie takowe. Świetna sprawa. Polecamy. Z działki teściów przywiozłem własnoręczne posiane oregano, szczypiorek, czy bazylię. Wsadziłem do doniczek, na zimę będzie jak znalazł. Rosną znakomicie.

    Zresztą, wieczory w takim ogrodzie, to sama przyjemność. Kolacje z reguły jadaliśmy właśnie w domu. Marakony z krewetkami, orzechami i rukolą. Do tego żółty ser z musztardą, podawany na ciepło, który w prezencie dostaliśmy od naszej czytelniczki Beaty. Białe wino. Książka. Żyć, nie umierać, bo (powtórzę się) w sklepach spożywczych, w Holandii, jest taniej niż w Polsce.

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (83)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (82)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (81)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (78)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (77)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (76)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (75)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (74)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (70)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (65)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (64)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (63)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (62)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (89)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (88)

    TWISK

    O tej magicznej wiosce, wspominaliśmy na naszym blogu kilkukrotnie (zobacz tutaj – KLIKNIJ). Trafiliśmy do niej, kiedy byliśmy już mega głodni, A tu nic! Jedyna miejscówka z kuchnią, okazała się domem weselnym, w dodatku tego dnia zamkniętym dla gości z zewnątrz.

    W końcu jakaś dobra dusza sprzedała nam informację, że gdzieś tam jest taki domek, w którym w ogrodzie znajduje się kawiarnia. Jedzenia tam nie dają, ale… jak dobrze zagadamy, to może.

    Miejscówka okazał się wręcz genialna. Nie tylko dostaliśmy tu pyszne naleśniki z domowej roboty konfiturami, to na dodatek spędziliśmy przyjemne popołudnie w przepięknym i pachnącym ogrodzie. Dokoła ryczały krówki i kozy (o zwierzętach spotkanych w Holandii pisaliśmy w tym wpisie – KLIKNIJ), a Ala myziała kotki. A wracając do samochodu, trafiliśmy na przydrożny stragan, w którym kupiliśmy lokalne dżemy. Zresztą przepyszne.

    Theetuin Twisk Coffe Garden Holland (2)

    Theetuin Twisk Coffe Garden Holland (4)

    Theetuin Twisk Coffe Garden Holland (5)

    Theetuin Twisk Coffe Garden Holland (6)

    Theetuin Twisk Coffe Garden Holland (7)

    Theetuin Twisk Coffe Garden Holland (8)

    Theetuin Twisk Coffe Garden Holland (11)

    Theetuin Twisk Coffe Garden Holland (12)

    Theetuin Twisk Coffe Garden Holland (13)

    Theetuin Twisk Coffe Garden Holland (15)

    Theetuin Twisk Coffe Garden Holland (16)

    Theetuin Twisk Coffe Garden Holland (17)

    Theetuin Twisk Coffe Garden Holland (18)

    HEERDE

    Najlepszą miejscówkę zostawiliśmy na koniec. Jeśli uważnie śledzicie naszego bloga, to zapewne pamiętacie wpis o przepięknym domu z ogrodem, którego właścicielka przynosiła nam śniadanie praktycznie do łóżka (cały wpis zobaczysz tutaj – KLIKNIJ).

    Cudowny, otoczony ogrodem dom, był tym, czego potrzebowaliśmy na koniec naszych wakacyjnych wojaży. Zdrowym jedzeniem, pochodzącym prosto z miejscowego ekologicznego sklepu oraz od lokalnych dostawców, byliśmy karmieni nie tylko na śniadanie. Przy okazji, część zastawy stanowiła ceramika z Bolesławca.

    Wieczorem, koleżanka właścicielki naszej agroturystyki przywoziła nam domowej roboty jedzenie, które gotowała specjalnie dla nas. Czuliśmy się jak w raju. Dodatkowo okazało się, że dom stanowi również punkt odbioru warzyw i owoców, które miejscowi rolnicy hodują w ramach tzw. spółdzielni. W naszym kraju, coraz częściej pojawiają się podobne twory, w których grupa osób zbiera się i płaci rolnikowi, aby wytwarzał dla nich płody rolne. Te, dzielone po równo między wszystkich ‚udziałowców’, trafiają do nich w określonym dniu.

    W Holandii podobno to bardzo popularny sposób zaopatrywania się w produkty spożywcze. Może i u nas, niebawem, trafi on pod strzechy, a nie tylko do propagujących zdrowy tryb życia zapaleńców.

    Na sam koniec pobytu w Holandii, trafiliśmy do miejscowego sklepu z ekologiczną żywnością. Na dzień dobry, zostałem w nim z góry do dołu zrugany za robienie zdjęć. W sumie, to i słusznie. Mogłem się zapytać o zgodę. „OP” dostałem od… Polki, która mieszka i pracuje tu od wielu lat. Po niezbyt przyjemnym powitaniu, w ramach rekompensaty, zostaliśmy zaproszeni na degustację serów, których dobre kilka kilogramów, zapakowane próżniowo, przywieźliśmy do Wrocławia. Oczywiście dawno już ich nie ma, natomiast na samą myśl o nich cieknie nam ślinka.

    To właśnie od Justyny dowiedzieliśmy się, że ser Gouda, to najgorszy syf i lepiej tego nie kupować. A co do holenderskich serów, to te najlepsze, są sprzedawane na miejscu. Na eksport, z reguły, trafiają odpady.

    Wisienką na torcie były jednak… śledzie. Podczas naszych wakacji, nic mi bardziej nie smakowało, jak właśnie śledź po holendersku. Z cebulką, zjadany w całości. Kamila krzywiła się i oddała mi swoją porcję. Nie wie, co straciła!

    W sumie, to dla samych holenderskich śledzi, warto tu przyjechać. Oczywiście, nie tylko dla nich.

    Bo Holandia, to bardzo smakowity kraj.

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (29)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (25)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (27)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (28)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (30)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (31)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (32)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (33)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (34)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (35)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (16)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (18)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (6)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (8)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (9)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (10)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (11)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (12)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (13)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (14)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (15)

    Puur Shop Holland Eko Bio Slow Organic Photos Opinion Heerde (12)

    Puur Shop Holland Eko Bio Slow Organic Photos Opinion Heerde (10)

    Puur Shop Holland Eko Bio Slow Organic Photos Opinion Heerde (9)

    Puur Shop Holland Eko Bio Slow Organic Photos Opinion Heerde (2)

    Puur Shop Holland Eko Bio Slow Organic Photos Opinion Heerde (3)

    Puur Shop Holland Eko Bio Slow Organic Photos Opinion Heerde (5)

    Puur Shop Holland Eko Bio Slow Organic Photos Opinion Heerde (6)

    Puur Shop Holland Eko Bio Slow Organic Photos Opinion Heerde (7)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (21)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (20)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (22)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (23)

    Sensacje żołądkowe Slow Day Long (24)

    by Damian at wrzesień 26, 2014 05:12

    zycie na kreske

    Kura pazurem

    Oczywiście

    Po wczorajszych osiołkach włączyliśmy z Mężusiem Discovery. I jakoś tak od osiołków przeszliśmy do działań typowo ludzkich, bo program był akurat o swingersach. Od wczoraj znam więc nowe słowo, bo nie wiedziałam, że swinging to określenie zbiorowego seksu. Program był oczywiście prawie naukowy. Wypowiadali się zainteresowani takimi praktykami, ale oczywiście również psychologowie i seksuologowie. Nawet odłożyłam książkę z wrażenia, żeby posłuchać. Mężuś jednak leżał i „gromadził informacje” z neta. Czytał „Gazetę Wyborczą” i tylko jednym uchem wpuszczał to, co dolatywało z ekranu.

    Mnie to oczywiście zainteresowało, bo jak to tak można być w stałym związku, mieć męża czy żonę i jeszcze do sypialni zapraszać osoby trzecie? Bohaterowie programu zapewniali o wzajemnej miłości, szacunku, o braku zazdrości itp. No, a ja to w swojej rozczochranej próbowałam poukładać na odpowiednich półeczkach. I ten brak zazdrości to jak dla mnie takie pitu-pitu. Nie wierzę. Jakbym widziała mojego Mężusia…, przywaliłabym i kobitce, i jemu. Jak nic.

    – Mógłbyś tak? – pytam Mężusia zajętego czytaniem.

    – Oczywiście. – Nie dowierzam w to, co słyszę, więc drążę temat. Może ja wszystkiego o moim Mężusiu jednak nie wiem?

    – Pewnie z dodatkową kobietą, co?

    – Oczywiście.

    – A ja bym jednak wolała faceta.

    – Oczywiście.

    – Mógłbyś tak naprawdę, gdybym ja miała taką fantazję?

    – Oczywiście.

    No, ale jakoś tak nie przekonuje mnie to jego „oczywiście”, bo odpowiada jak automat, więc drążę dalej:

    – A z pieskiem lub tygrysem też?

    – Oczywiście.

    – A ze słoniem z dwiema trąbami też?

    – Oczywiście.

    – To ty mnie strasznie musisz kochać, jak chcesz się tak poświęcać, nie?

    – Oczywiście.

    Hmm. Oczywiście Mężuś musiał w tym momencie dostać odpowiedniego kuksańca na pobudzenie, bo to jego „oczywiście” padłoby nawet wtedy, gdybym zapytała, czy mógłby skoczyć na Marsa i z powrotem.

    Swingingu jednak komentować nie będę. A nazwa kojarzy mi się  z łowieniem ryb. :-D

     

    by anna at wrzesień 26, 2014 03:23

    Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

    Właśnie to

    Tak się złożyło, że zasiadam. Jeszcze nie odsiaduję, ale zasiadam. W komisjach konkursowych. Kilku. I mogę uczciwie ogłosić, że dobra i ciężkiej roboty dla innych jest w kraju i poza granicami wiele. Bardzo wiele. A wybór laureata z  pośród kilkudziesięciu czy kilkuset to zadanie nie lada. Najchętniej człowiek by wszystkich docenił i ....kasy dorzucił. Kasa oczywiście nie moja, tylko grantodawcy, ale m.in. od mojej decyzji zależy, kto ją dostanie. Wiem przecież, jak czeka się na każdy grosz, kiedy ludzie w potrzebach wszelakich stoją wokół. 
    Ministerstwo Spraw Zagranicznych wybiera Polonijnego Społecznika Roku, Notariusze mają swój Fundusz Społeczny/tak, prawnicy, a dają, niech nam to zmieni trochę stereotypy!/ i dzielą kasę. Muzeum Powstania Warszawskiego wybiera bohaterów naszych czasów. Docenić trzeba nie tylko wyróżnionych, ale.....tych, którym się chce takich szukać. To nie są konkursy na najlepszą markę piwa czy samochodu. Czyli nie jest z nami tak źle, skoro szukamy postaci niekomercyjnych zgoła i je doceniamy.

                       ...
    Powered by Cincopa Video Hosting for Business solution.
    Dla dzieci, niepełnosprawnych, chorych, zagubionych młodych, swojej wsi, swojego miasta-ludzie się zbierają i działają. Z motywów religijnych i nie, sami dotknięci przez los, jak rodzice niepełnosprawnych dzieci lub wrażliwi na los cudzy-po prostu obywatele. 
    Tak się również złożyło, że kilka zaprzyjaźnionych organizacji obchodzi w tym roku swoje 25-lecie. Razem z wolnością powstała przestrzeń do działania i natychmiast ją ludzie wykorzystali. Barka z Poznania, Caritas, Eko-Szkoła Życia z Wandzina, Emaus z Księżnicy Jarej, Janka Ochojska, która zanim założyła Polską Akcję Humanitarną otworzyła w Polsce w 1989 r. filię francuskiej organizacji EquiLibre. Warunki były spartańskie po prostu. Ludzie widzieli biedę i problem i rzucali wszystko, żeby temu zaradzić. Zagospodarowywali stare, opuszczone budynki, bez pieniędzy i biznesplanu. Z potrzeby serca. Nierzadko wciągali w tę przygodę swoje rodziny i dzieciaki miały "zimny wychów". Jedni w tym czasie budowali swój biznes, inni bieda-biznes. Swoją drogą, kiedy śledzę trochę losy dzieci wychowanych razem z ubogimi, którym pomagali ich rodzice, to efekt nie jest najgorszy. Wielu kontynuuje dzieło rodziców. 
    My także mamy swoje 25-lecie, ale będziemy oryginalni i imprezkę planujemy na początek przyszłego roku. Z przyczyn czysto technicznych- zbyt dużo roboty teraz, a wczesną wiosną będzie luźniej. 
    I tak mi się marzy.....Iluż to ludzi na emeryturę przechodzi, a jeszcze siły, doświadczenie i czas wolny ma. Iluż czuje się samotnych, a gdyby tak połączyć dwie samotności, to już samotności nie ma. W ilu parafiach ani śladu jakiegoś koła Caritas czy po prostu ludzi, którzy po odmówieniu wspólnie różańca czy koronki, o bliźnich w potrzebie pomyślą skutecznie. Czy katechizowana
    Dziwny pomnik....pięć osób podtrzymuje dziurawy
    dzban, dłońmi zatykając otwory. Brakuje jeszcze wielu rąk,
    żeby woda życia nie wyciekała z naczynia. Benin, Bohicon 
    młodzież nie poczułaby smaku życia, gdyby pomóc jej zaangażować się w pomoc innym? Znam szkoły, gdzie to się dzieje, ale są to wyjątki. Mamy jeszcze ogromne moce przerobowe. Niewykorzystane. I tu można wrzucić pytanie, które postawił na forum Zbyszek: "Co ja powinienem robić w życiu?" No właśnie to. Naprawiać świat tak, żeby był dobry, jakim go Pan Bóg stworzył. "Oni" nie istnieją. Jesteśmy ja i Ty. 
    Przy tej okazji dziękuję wszystkim Wolontariuszom/kom/, którzy tworzą z nami nasz bieda-biznes. W tym licznym mieszkańcom naszych domów. To oni często służą innym, jeszcze słabszym.
    Nad-obowiązkowo



    Bp.G.Giaquinta  1914-1994
    założyciel Ruchu dla Świętości- gromadzącego
    wszystkie powołania w dążeniu do świętości życia
    osobistego i świata. Proces beatyfikacyjny w toku.


    Panie, daj, żeby każdy człowiek pragnął stać się tym, dla czego go stworzyłeś; pomóż mu postępować drogą sprawiedliwych. Spraw, żeby jego życie było jak światło jutrzenki, które powstaje by wzrastać.


    My także jesteśmy pielgrzymami wędrującymi do wieczności, do Ojca, który dał nam potrójne, uniwersalne powołanie: abyśmy zostali zbawieni, byli częścią Kościoła i byli świętymi.  Jesteśmy braćmi siostrami nie tylko dlatego, że pochodzimy od Ojca, ale także dlatego, że wszyscy musimy do Jego miłości wrócić. To na tym wspólnym powrocie do Niego opierają  się szerokie i bezgraniczne więzi braterstwa -więzi "pietas*". Musimy się wspierać wzajemnie, pomagać sobie, miłowac się wzajemnie jak bracia i siostry, którzy razem dążą do miłości Ojca. Jeśli to musi być podstawą  wewnętrznego życia duchowego, dlaczego nie ma być podstawą życia społecznego?
    czytaj, komentuj

    by Małgorzata Chmielewska (noreply@blogger.com) at wrzesień 26, 2014 03:22

    wrzesień 25, 2014

    moje waterloo

    1920

    Update (tym razem na początku).
    Nie wiem dlaczego, ale byłam pewna, że głosowanie jest w piątek. I się pomyliłam. Sejm konwencji nie przegłosował /źródło/. Porażka na całej linii.

    Dziś ostatni wieczór przed głosowaniem nad ratyfikacją Konwencji o zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Dużo się o tym pisze, dużo mówi. Pada wiele słów złych i pełnych nienawiści. Nie potrafię zrozumieć, jaki można mieć interes w odrzucaniu tej konwencji. Dlaczego taka instytucja jak kościół katolicki usiłuje ją zablokować. Kim trzeba być, żeby nie dostrzegać priorytetu ochrony kobiet i dzieci?

    Obejrzyjcie, proszę TEN FILM. Występująca w nim Leslie Morgan Steiner opowiada na konferencji TED o swoim życiu. Mówi prosto z serca o rzeczach strasznych i szokujących. Tym bardziej, że gdy się nad nimi zastanowić - wcale nie są nam obce. Nawet jeśli szczęśliwie należymy do tego odsetka osób, które przemocy nigdy nie zaznały, to widzieliśmy ją nieraz. A właściwie staraliśmy się nie widzieć.

    TED (Technology, Entertainment and Design) to konferencja naukowa, organizowana przez amerykańską Sapling Foundation. Jej celem jest popularyzacja – jak głosi motto – "idei wartych rozpowszechniania". Zaś sama Leslie Morgan Steiner apeluje o to, o co niedawno ja: patrz i mów. Bo przemoc karmi się milczeniem.

    Dla nieangielskojęzycznych: po zastartowaniu filmu w prawym dolnym rogu zobaczycie ikonkę dymku (jak w komiksach) z kropeczkami. Naciśnijcie ją i wybierzcie język polski, a na ekranie pojawią się napisy.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at wrzesień 25, 2014 09:44

    Z usmiechem przez Japonie

    "Mind Game" - życie jest grą, w której zła decyzja kończy się...

    Miałam ochotę obejrzeć dowolną pełnometrażową anime. Trafiłam zupełnie przypadkiem na Mind Game (2004), nie wiedząc nic o tym filmie wcześniej. Zachęcił mnie tytuł, który zwiastował to, czego oczekiwałam. To, że lubię psychodeliczne klimaty, wiadomo nie od dziś, dlatego włączyłam i po chwili wielkimi oczami chłonęłam kolorowy obraz, nie mogąc na sekundę się oderwać.

    Czy ta animacja jest podobna do Papriki? I tak, i nie. Nie łączy ich ani kompozycja, ani stylistyka, ani tematyka, ani konstrukcja dialogów, ani kreska. Do elementów wspólnych zaliczyć można jedynie estetykę marzenia sennego i psychodeliczną, miejscami upiorną atmosferę.  





    Głównym motywem filmu jest balansowanie na granicy życia i śmierci, pokonywanie własnych lęków, słabości i niechęci wobec zastanej rzeczywistości. Opowiada on historię Nishiego - młodego chłopaka, mangaki, który bał się żyć w pełni, był nieudacznikiem, tchórzem. Nie potrafił mówić o uczuciach, nie potrafił zadziałać w chwili zagrożenia, żył biernie. Tchórzostwo gubi go, co powoduje, że główny bohater ginie w bardzo brutalny sposób. Reżyser, Masaaki Yuasa (twórca Kociej Zupy, 2003), nie oszczędza widza. 

    Scena śmierci jest długa, zapętlona, wyrazista i absolutnie nieprzyjemna. Jednak nie o rozpieszczanie ckliwymi ujęciami w tym filmie chodzi, a raczej o bezpośrednie uświadomienie rzeczywistej hierarchii wartości. W niebie Nishi poznaje Boga, który ciągle przybiera inną, całkowicie odrealnioną postać. Bóg każe mu zniknąć i to dosłownie. Ten jednak, kiedy wydawać by się mogło, że jest już za późno, decyduje się na desperacki krok. Dzięki temu otrzymuje jeszcze jedną szansę. Wraca do siebie na kilka sekund przed śmiercią i podejmuje walkę. Uciekając przed wrogami razem z Miyo i jej siostrą Yan lądują w bardzo dziwnym, cuchnącym i ciemnym miejscu, skąd nie ma możliwości wydostać się - w brzuchu gigantycznego wieloryba, który pływał w wodach Zatoki Osakańskiej. Okazuje się, że nie są sami - po tym dziwnym świecie oprowadza ich staruszek. A jest tu wszystko czego dusza zapragnie - najbardziej wyborne sushi i homary, jakie można sobie wyobrazić. Bohaterowie kąpią się w typowo japońskiej łaźni, pływają z prehistorycznymi stworzeniami i korzystają z życia. W pełni? 

    Jednak w pinokiowym mikrokosmosie czują się osaczeni. Mając wszystko, nie potrafią zapomnieć o świecie zewnętrznym, dlatego desperacko próbują się wydostać. Czy im się to uda?

    Ja, wychowana na soczystych kolorach i prostej kresce Studia Ghibli i tym podobnych. początkowo musiałam przyzwyczaić się do zupełnie innego rysunku. Co ciekawe, nie jest on jednolity. Bardzo często pojawiają się wstawki zdjęć lub animacji z realnego, nieanimowanego świata, tworząc wizualnie interesujący kolaż. Czasami realne osoby czy zwierzęta są modyfikowane, a tym samym ponownie odrealnione. Efekt ten robi na widzu wrażenie zgrzytu i dysonansu, co nie pozwala na przyzwyczajenie się i bierne oglądanie.


    Akcja dzieje się w Osace, a zatem pojawiają się miejsca znane i rozpoznawalne przez większość osób, która kiedyś tam była. Możemy obejrzeć symbole miasta, choć nie te tradycyjne, lecz te nowoczesne, mam tu na myśli barwną dzielnicę Naniwa-ku ze słynną wieżą Tsūtenkaku. Tokio ma swoje Sky Tree, Kobe ma Kobe Port Tower, a Osaka - Tsūtenkaku (mającą stanowić odpowiednik Wieży Eiffela, tylko po drodze trochę architektom nie wyszło...). Ważne jest słownictwo i gramatyka charakterystyczna dla dialektu Kansai, którym posługują się bohaterowie. Można też przysłuchać się melodyjności tej odmiany japońskiego, ponieważ niektórzy "czytacze" to rdzenni osakańczycy.

    I nie dlatego że miejscem akcji jest Osaka, tak bardzo ta animacja przypadła mi do gustu. Film jest bardzo dobrze przyjęty przez zarówno krytyków, opinię publiczną, jak i przez innych reżyserów anime. Pozytywne zdanie wyraził sam Satoshi Kon, twórca mojej ulubionej Papriki i równie dobrych Tokyo Godfathers. W moim przekonaniu (i nie tylko moim, ponieważ ocena na RottenTomatos i IMDb mówi sama za siebie) film jest zdecydowanie warty uwagi i godny polecenia, choć nie powinien go oglądać ktoś, komu psychodelia przeszkadza czy w jakikolwiek sposób wytrąca z równowagi. A na koniec dodam, że muszę obejrzeć Mind Game jeszcze raz, bo mam wrażenie, że nie dostrzegłam wszystkich istostnych szczegółów.

    Polecam!

    by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at wrzesień 25, 2014 08:56

    notatki na mankietach

    futrzak

    Pofatygowałam się wreszcie do okulisty zbadać wzrok – już po ośmiu latach od ostatniej wizyty…

    Mały, prywatny gabinecik, będący własnościa urzędującego w nim lekarza okulisty. Na ścianie dyplom, z którego dowiedziałam się, że pan doktor skończył medycynę w roku, w którym się urodziłam :)

    Zapłaciłam 2250 ARS czyli 267 USD (przeliczajac po kursie oficjalnym) albo 145 USD (przeliczając po czarnorynkowym). W tą cenę jest wliczone:

    - badanie wzroku (maszyna)
    – nowe szkła fotochromatyczne
    – nowe oprawki

    Jest to pełna odpłatność, bez żadnego ubezpieczenia. Gdybym miała zwykle szkla, cena wynioslaby 1200 ARS, czyli prawie o polowę mniej.

    Porównując z cenami z USA, to wychodzi tanio….


    by futrzak at wrzesień 25, 2014 07:36

    Pani Smaczna

    Spaghetti z dynią, świeżymi figami i serem manchego

    Spaghetti z dynią, świeżymi figami i serem manchego

    Jesień to cała paleta pięknych kolorów. Warto tę mnogość ciepłych barw przenieść na talerz :) Możecie to osiągnąć przygotowując to szybkie danie. Jeżeli lubicie figi i dynię, nie będę musiała długo Was namawiać :)

    Składniki:

    2-3 porcje

    • 250 g makaronu spaghetti
    • 250 g dyni pokrojonej w kostkę
    • papryka czerwona
    • 2 duże dojrzałe figi
    • 100 g sera manchego
    • 40 g orzechów pekan
    • pęczek natki pietruszki
    • 2 ząbki czosnki
    • ¼ łyżeczki imbiru
    • ½ łyżeczki papryki wędzonej
    • 2 łyżki oliwy z oliwek
    • sól
    • pieprz












    Wykonanie:

    Figi  najpierw kroimy w ósemki, a potem jeszcze na pół. Miąższ dyni kroimy w niedużą kostkę, paprykę w paseczki, a ser manchego trzemy na tarce o małych oczkach. Czosnek przeciskamy przez praskę, natkę pietruszki siekamy. Orzechy pekan podprażamy na suchej patelni, dopóki się nie zarumienią. Możemy je podzielić na mniejsze części.

    Makaron gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu.

    Na patelni podsmażamy na rozgrzanej oliwie czosnek i imbir, po czym wrzucamy dynię i paprykę. Doprawiamy papryką wędzoną, solą i pieprzem. Gdy dynia z papryką zmiękną (po ok 8-10 minutach) dodajemy ugotowany makaron, wsypujemy starty ser manchego , natkę pietruszki orzechy pekan i mieszamy. Na koniec dodajemy pokrojone figi.

    Podajemy od razu.

    Smacznego!

     

    by Pani Smaczna at wrzesień 25, 2014 06:38

    Zuzanka

    pierwsza żona

    w zasadzie

    Chciałam napisać że omójboze jaki mam tydzień. Ale w zasadzie mogę napisać to co tydzień, więc bez sensu. Przestało być to i oryginalne i zabawne. Jedyną odmianą dziś jest to, że nie tyram do 24 a wychodzę.

    Więc wychodzę. Pa.

    by autor at wrzesień 25, 2014 06:08

    Kraina filcu

    Październikowe pokazy szydełkowania czapek MyBoshi.

    Zapraszamy na październikowe pokazy szydełkowania czapek MyBoshi

    Pokazy odbędą się w Warszawie w trzech terminach 2.10 , 16.10 , 30.10 w godz. 18:00-19:30 na ul. Filtrowej 83 lok.69 (wejście od ul. Akademickiej).

    Gwarantujemy kameralną atmosferę i małe grupy maks. po 4 osoby. Zapisy tel. 22-822-58-27 lub mailowo agata.krainafilcu@gmail.com

    Koszt to jedyne 12.90 zł = czyli cena 1 motka oryginalnej włóczki MyBoshi.

    Na pokazie pracować będziemy na oryginalnej włóczce i opisie MyBoshi, a każdy uczestnik otrzyma 1 motek w wybranym kolorze i spróbuje swoich sił pod okiem doświadczonego instruktora.

    Zapraszamy zarówno osoby mające doświadczenie jak i zupełnie początkujących.

    Po pokazie dla wszystkich uczestników przygotowaliśmy niespodziankę - jeżeli spodoba się Wam ta technika, przy zakupie 3 motków włóczki otrzymacie od nas gratis - oryginalną metkę MyBoshi oraz szydełko.

    by kraina filcu (noreply@blogger.com) at wrzesień 25, 2014 05:50

    TUV

    mam fazę na porządki a tu kule pod nogi

    wczoraj.

    Wczoraj…. nie, we wszak wszak jeżdżę na angielski. Czyli we wtorek,X-men zadzwonił – wiesz, wniosłem ci kwiatki z tarasu do domu.Dobry uczynek, bo czas najwyższy tak zimno.

    Kilka dni temu wnieśliśmy już fikusa sąsiadki ( tego którego nam podarowała ,co kilka notek niżej…). Miał powędrować na poddasze ale jednak nie.Znalazłam mu miejsce w naszej sypialni,na komodzie w rogu. Trzeba go było sporo przyciąć,no i kłopoty z doniczką były.Kupiliśmy jedną, i nie ,nie bardzo dopiero ta druga głębsza niby dobra,ale kol.Galik musiał nogą ubijać by gruda korzenna chciała się w niej zmieścić. Niby średnica dobra a tu zonk.

    Ładnie się prezentuje. Przeżyć musi nasze przesadzanie,bo jak nie to do kontenerka;).

    Czas było pomyśleć o tej dżungli z tarasu,którą do domu trzeba w końcu sprowadzić bo zimniej coraz bardziej.

    No to odkurzyłam, umyłam podłogi, poznosiłam resztkę rzeczy do szafek kuchennych (stały od sierpnia na podłodze w salonie), ale jak zaczęłam odsuwać pudła z książkami ( stały od sierpnia na podłodze w sypialni) to zwątpiłam.Okna brudne.BRUDNE ! A jak dżungla przyjdzie to potem ciężko umyć.No to umyłam….

    Firanki,zasłony zakurzone ( remont kuchni też swoje zrobił ),to uprałam ale wieszać jakoś nie bardzo…

    Zasłony kłują w oczy.Mają DWADZIEŚCIA lat. U nas nic nie ma mniej;/.

    Były ładne te naście lat temu.Kiedyś w szale ucięłam w połowie,by kaloryfery odsłonić – cieplej.Próbowałam się ich pozbyć już od lat kilku ale zawsze coś.Wiadomo,kasa,kasa.Mamy ogromne okna.Potrzebuję szerokości 1,5 metra jedna i nawet te krótkie to mają 2 metry.Cóż.Te materiały które mi się podobały to około min. 60 zł za metr…Za osiem metrów suma wychodzi powalająca. Do tego jeszcze rekonstrukcja żabek,bo i tych nie mam za wiele…

    No to wczoraj wkurzona jakieś tam pieniądze wzięłam i w ramach rekreacji – ładny dzień , po pracy pogalopowałam na piechotę do lerła.No bo po pracy to tylko tam mogę.Wycieczka miła,szło się sprawnie.Wg mapy google miałam do pokonania trasę 4,6km.Szłam około 50 minut czyli ciut szybciej niż napisali.

    A potem oglądanie i marudzenie.Bo i firanki nowe by się zdały ,nie?

    C óż , kasy mało ale wypatrzyłam najtańsze z możliwych zasłony;).A raczej materiał na ,ale dla mnie uszyć to jeden ruch.I mam !!! Pierwszy raz w dziejach mam wzorzyste.Dziwnie tak.Ale cena 19,90zł za metr mnie zachęciła.Z tym że bardzo w kolorystyce naszej sypialni są.Tyle tylko że teraz firanki !!! Tak,chcę firanki.Muszą być w takim razie gładkie.nawet bym poszła i tiul kupiła ( 7,60zł za metr) bo na firanki to potrzebuję 10 metrów….Okna szerokie ;>.

    X-men dżunglę do domu wniósł.Ciężkie jak cholera – doniczki mamy drewniane…

    X-men – ile jeszcze razy będziemy te palmy wnosić i wynosić ?

    JA – do końca życia ośle,do końca…

    Nie wytrzymałam i wczoraj od razu szyłam i  koło 24 uszyte zasłony wieszałam;). I znów niezadowolenie,bo dżungla nie pasuje.Ciasno,duszno,no nie tak miało być. Wywaliłam dwie – jedna juka i dracena do kontenera.Tak jestem potworem,były z nami od „małego” całe 20 lat….Ale NARESZCIE mam przestrzeń jak w lecie i już  nie będzie „do końca życia”

    A X-menowi robiłam okłady z wrotycza. Zebrałam sporo tego zielska i teraz jak znalazł.Oprócz smarowania altacetem .Wrotycz nieźle pachnie. Tak czy siak siniaka,opuchlizny,krwiaka nie ma. Dobrze ? Może to pomogło ,nie ?

    by Tuv at wrzesień 25, 2014 03:47

    Szymaczek

    Kurlandia

    Zdjątko

    W związku z faktem, iż mój wieczorny makijaż został zauważony i skomplementowany, postanowiłam dać  upust swojej próżności i wstawiam zdjęcie sprzed meczu. A co tam! Niech nie będzie normą, że ja wiecznie zarobiona w domu i ogrodzie, wyglądająca jak na wróble strach…Ha ha ha!

    Nie mam w zwyczaju dawać takich sucharów (phi hi hi), więc – żeby nie czynić wpisu jałowym – polecam genialny krem Garnier z serii BB. Nie dość, że nawilża przez dobę, to jeszcze wyrównuje koloryt skóry i nie muszę nawet pudru używać. Uwielbiam! Makijaż i uczesanie własnej produkcji.


    http://www.garnier.pl/pielegnacja-twarzy/piekno/garnier/bb-krem/krem-bb-dla-sk%C3%B3ry-normalnej-cera-jasna

    ***

     

    by Iga at wrzesień 25, 2014 01:13

    moje waterloo

    1919

    Jednak co znajomości, to znajomości.

    Postanowiłam zrobić kotu marki Zofia wszystkie możliwe badania zanim ją skonsultuję z innym weterynarzem i zanim zdecydujemy się na jakąś skopię, czyli (w domyśle) kolejną narkozę. Jak powiem weterynarzowi, że chciałabym przebadać kotu wszystko, to sie po głowie popuka i jeśli nawet się zgodzi, to laboratorium doprowadzi mnie do bankructwa.
    Poszłam do znajomego labu. Wyłuszczyłam zaprzyjaźnionej szefowej o co kaman. Ona też ma koty.

    Bez zbędnych ceregieli wydłubała z szafy różne śmieszne pojemniki.
    - Tu to, tu to, tu to - powiedziała. - Wyniki sa praktycznie od ręki.
    - Myć kuwety i do pustych? - dopytałam.
    - A skąd. Nawet jeśli się trochę żwiru zaplącze, to ja sobie przecież oddzielę.
    - Proszę to wszystko podsumować i powiedzieć mi ile.
    Tylko prychnęła.
    - Ja to dla kota robię.
    Kochana.

    No to teraz kolejne polowanie, żeby nie musiała za dużo oddzielać. Znajomy lekarz (tak, teraz jednym z głównych tematów rozmów ze wszystkimi na świecie jest Zośka) podpowiedział:
    - Pamiętaj, że to może być guz dolnego odcinka układu pokarmowego. Albo żylak!
    Kot z hemoroidami to dopiero zabawa.
    Choć ja nadal podejrzewam, że to nie ta półka. Mówię Wam, że w końcu znajdę to żyjące bydlę, które mi psuje kota.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at wrzesień 25, 2014 01:23

    Dzieciowo mi

    Dlaczego zdradzamy?

    Bardzo ciekawa rzecz statystycznie nam się ukazuje. Wśród wszystkich przyczyn rozwodów w naszym kraju palmę pierwszeństwa dzierży zdrada. Nie różnice charakterologiczne, nie że pił i bił, ale właśnie zdrada. Wygląda na to, że zdradzamy masowo i hurtowo, a do przysięgi małżeńskiej podchodzimy raczej na zasadzie luźnej sugestii niż zobowiązania po grób. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego zdradzamy? Ten tekst, oczywiście, tematu nie wyczerpie, doktorat by nie wyczerpał, ale się pokuszę, a co. Powiedzmy, że zbiorę okoliczności przyrody do kupy, przedstawię je niekoniecznie jako gradację od największej pierdoły do totalnego priorytetu, ale na koniec zasunę pointą.

    Okazja czyni złodzieja. Stare jak świat przysłowie wydaje się tutaj sprawdzać. Nie zrozummy się źle, nie usprawiedliwiam złodzieja, nic z tych rzeczy, chodzi mi tylko o to, że zdarzają się okoliczności, przy których puszczają hamulce. Legendy krążą o wyjazdach integracyjnych w korpo, szkoleniach, imprezach i tego typu sprawach, gdzie spotykają się ludzie z różnych rejonów kraju. Wyobraźcie sobie taką sytuację. Mężczyźni i kobiety z jednej firmy, z różnych miast, zebrani w jednym hotelu. Kilka godzin zajęć szkoleniowych (albo i nie), a potem akcja integracja.  Często gęsto jest alkohol i nie tylko, bo i jakaś trawa się znajdzie, jest impreza i to mocna, jest impreza całonocna, jak zaśpiewaliby Blendersi. Po imprezie ludzie rozchodzą się do łóżek i sęk w tym, że nie zawsze do swoich. Hamulce zluzowane przez używki wiotczeją totalnie, jeśli „zapominamy się” z osobą, która na co dzień przebywa w innym mieście. Szansa wykrycia zdrady jest znacznie mniejsza, zwłaszcza że kontakt zazwyczaj po szkoleniu czy wyjeździe integracyjnym się urywa. O ile w ręce i oczy osoby zdradzonej nie wpadną jakieś płomienne smsy czy maile, sprawa może nigdy nie wyjść na jaw.

    Jesteśmy oderwani od naszej codzienności, znajdujemy się w zupełnie innym miejscu, inaczej przebiega nasz dzień, inni ludzie nas otaczają. Wszystko jest nowe. Na kilka dni ktoś nas przenosi do odległej galaktyki, gdzie problemy związane z przedszkolem, dziecięcymi chorobami, zapracowanym mężem, babcią, teściową czy kim tam jeszcze (niepotrzebne skreślić) ulegają cudownemu odrealnieniu i przynajmniej chwilowo wyglądają na totalne pierdoły. Jest świetnie.

    Zdradzie sprzyja też charakter wykonywanej pracy. Pracowałam z lekarzami, pracowałam z bankowcami i szczerze powiem, nie wiem, kto zdradzał bardziej. Nawet ucięliśmy sobie kiedyś z byłym szefem luźną gadkę, w której grupie zawodowej jest więcej rozwodów i każde broniło swojej tezy. Spójrzcie na to tak: z ludźmi z pracy spędzamy więcej czasu niż z domownikami. Dyżur za dyżurem (lekarze), wieczne zostawanie po godzinach, wyjazdy do klienta i szkolenia (bankowcy). Przebywamy wśród ludzi, z którymi mamy wiele wspólnych tematów zawodowych, a najczęściej łączy nas też podobna osobowość, podobne problemy. Czujemy się rozumiani w taki sposób, w jaki nie zrozumie nas mąż czy żona, pracujący w zupełnie innej branży. Co on/ona może wiedzieć? A kolega z pracy czy koleżanka wie, bo przeżywa to samo.

    Wpływ na to, czy zdradzamy, może mieć też nowoczesna technologia. Och, nie chodzi nawet o powszechnie dostępne soft porno, które sobie można obejrzeć bez narażania się na rychłą wizytę organów ścigania (takie strony są monitorowane), nie chodzi mi o demonizowanie internetu. Chodzi o sam fakt zwiększenia komunikatywności między ludźmi. Komunikatywności zdalnej. Dwadzieścia lat temu o płomiennych smsach do kochanki nie mogło być mowy, bo komórka była przejawem największego luksusu i mało kto z plebsu ją posiadał. Nie było kontaktów via e-mail, bo mało kto miał w domu internet. Nie było chatów erotycznych, serwisów społecznościowych, również tych służących do wyszukiwania w najbliższym otoczeniu ludzi, którzy mają ochotę na seks (są takie, a jakże).

    by kruszyzna at wrzesień 25, 2014 11:54

    Zuzanka

    Szklanym okiem mym

    Ślimak i jego małe podróze

    Tak, to ten sam ślimak :) Mam małego, ślicznego i tresowanego ślimaczka, który z wielkim wdziękiem mi pozuje :) Mieszka sobie w doniczce porośniętej mchem i chwastami. Za każdym razem jak do niej zaglądam, siedzi sobie w niej i ochoczo wstawia rogi.


    Takumar 55mm/f2,0









    by MrÓ (noreply@blogger.com) at wrzesień 25, 2014 10:45

    TUV

    dzień jak co dzień

    matka coś nie za dobrze się czuje.Kaszel znaczy,może coś z oskrzelami?

    pytam się i jak tam sreberko ? a daaaaj spokój….o mało pewnie znów by mnie do szpitala nie zabrali.CZUŁAM  SIĘ OKROPNIE.

    Zaznaczam – NIE PIŁA !!! tylko płukała usta,bo coś ze śluzówką…

    No nie mam siły do niej.Bo wiecie – dostaje lek, czyta ulotkę a dokładniej – SKUTKI UBOCZNE – i jak pisze JEDNA NA MILION to ona ma…MA !!!

    Nie wiem, chyba bardzo silna autosugestia. A w przypadku tego srebra to może wyłazi z niej choróbsko które drzemało uśpione ale dyskutować nie będę.

    A X-men rankiem …. spadł ze schodów.Tych do piwnicy czyli do sklepu z domu również.

    Bo szedł otworzyć, ja latałam matce po książkę…

    Gdybym nie poszła…gdyby nie zszedł…

    Wyobraźcie sobie scenkę:

    biegusiem do domu,zmachana wkładam klucz do zamka i słyszę … wycie…przekleństwa i takie tam odgłosy.Myślę sobie,znów X-menowi coś nie zagrało albo spadło ?

    Ależ nie…to X-men spadł…ze schodów…I leżał ….ja pierdolę…na początku nie potrafił się podnieść.Potem mu pomogłam i jest niby ok. Jak spadał to bokiem bo chronił głowę czyli krzyż też nie za bardzo rozwałkowany .

    Poleżał ale teraz znów coś tam robi, o schylaniu się zapomnij. Czyli bieg do apteki po altacet w żelu.A tam pani siedziała i ciśnienie mierzyła,no to ja hyc do niej ,mierz pani.No i mam…

    155/100. Źle. Kurwa źle. Mam nadzieję że to chwilowe bo nerwa mnie siekła że X-men spadł , ale pastylkę taką ” natychmiast pomagam” wzięłam.

    I tak oto czarownie mi się dzień zaczyna.

    by Tuv at wrzesień 25, 2014 09:23

    Szklanym okiem mym

    Ostatki lata

    Dawno już nie byłam z aparatem na ogrodzie. Czasu nie było, weny jakoś też a dziś w końcu się jakoś złożyło :) Może też dlatego, że trochę ulgi poczułam. Odebrałam wyniki mamy i na szczeście okazały się dla nas ogromnie dobrą wiadomością :) Choć nadal nie jest dobrze, ba napiszę szczerze, jest źle, to wyniki tych badań przyniosły nam wielką ulgę. Dziękuję za wiele życzliwych słów. To dla mnie bardzo ważne :)

    Wracając do zdjęć. Ogród już jesienny, ale ślimaki a w zasadzie jeden taki, zapozował jak zawodowy model. Miło było trochę popstrykać :)


    Zdjecia te dedykuje mojemu najdroższemu Sewerynowi, za którym szalenie tęsknie :)

    Minolta Maxxum 50mm/f1,7











    by MrÓ (noreply@blogger.com) at wrzesień 25, 2014 10:19

    Ślimak Top Model

    A dziś znalazłam sobie pod świerkami dorodną olszówkę. Wczorajszy ślimak został skrzetnie schowany, by żaden ptak go nie znalzał i dziś ku mojemu zadowoleniu znalazłam go w tym samym miejscu na listku. Ochoczo wystawił rogi i dał się sfotografować :) Może jutro też ?

    Minolta Maxxum 50mm/f1,7



    Dziś nie był dzień dobrych wiadomości. Jest lipa, nawet spora, ale cóż...

    Za to fajnych sąsiadów mam :)




    by MrÓ (noreply@blogger.com) at wrzesień 25, 2014 10:18

    Anna Sakowicz

    Szczęście all inclusive

    Wakacje minęły i powoli nawet zapominamy o przyjemnych dniach lenistwa. A ja przyznam, że wczoraj odbyłam bardzo relaksującą podróż do Grecji. Jadłam oliwki i świeży chleb maczany w oliwie, do tego sery i dobre wino. Kąpałam się w morzu, spacerowałam po ciepłym piasku. To nic, że za oknem około 10 stopni, u mnie było gorąco,…

    by anna.sakowicz at wrzesień 25, 2014 08:33

    Dzieciowo mi

    Szybciorem 116 – savoir vivre

    Dziecko z gatunku „bliźniak nr 2″ boleśnie przeżyło swoje pierwsze poważne rozczarowanie życiowe, kiedy to nie pozwolono mu zaprosić na urodziny połowy przedszkola razem ze wszystkimi paniami i panią Beatką. Fakt, że urodziny były w gronie rodzinnym i poza tym gronem nikt by się do chałupy zwyczajnie nie zmieścił, dziecka nie przekonały. Panie by weszły, pani Beatka zwłaszcza i w to ostatnie jestem skłonna uwierzyć, albowiem pani Beatka wygląda mniej więcej jak połowa mnie.

    No nic, stało się, urodziny mamy za sobą, ale dziecko nie zrezygnowało z ambitnych planów przygotowywania następnej imprezy i już teraz zaczęło planować listę gości, może na zasadzie, że jak się matka odpowiednio mocno osłucha, to i protestować szczególnie nie będzie. Dziecko siorbało więc poranne kakałko i między siorbnięciami prowadziło dialog.

    - A mamo, a wies, ja zaplosę Filipa. Filip mówi „dupek”. Zaplosę tes Mikołaja, Mikołaj tes mówi „dupek”.

    - Marcysiu, ale dlaczego chcesz zaprosić Filipa i Mikołaja, skoro oni mówią „dupek”? „Dupek” to brzydkie słowo.

    Dziecko spojrzało na mnie z politowaniem i zadumało się nad moją skandalicznym brakiem logicznego myślenia.

    - Bo ja lubię mówić „dupek”.

    Jestem skłonna przyznać się do czegoś na kształt porażki pedagogicznej ;)

    Na zdjęciu bliźniaczki w komplecie. Gwiazda od „dupka” to ta na pomarańczowo.

    by kruszyzna at wrzesień 25, 2014 06:46

    Kurlandia

    Poddasze

    Właśnie układamy panele w ostatnim z pomieszczeń. Jest to początek realizacji naszego wielkiego marzenia, „letniego projektu” – jak zwykłam o nim mówić. Lato minęło, nadmiar obowiązków przesunął w czasie nasze plany. Ale teraz już konsekwentni, krok po kroku, budujemy kreatywną przestrzeń.

    Wykładanie paneli trudne nie jest pod warunkiem, że pomieszczenie ma kształt czterokąta. Nasz stryszek ma ogrom zaułków, do tego płyty trzeba układać pod więźbą schodową. Ile się naklęłam, nie zliczę nawet…Ale najgorszy z odcinków już za nami.

    A potem pokleję regipsy, które postrzelały. Pomyję okna, podłogę oraz tralki…Za kilka dni będę mogła cieszyć się tym, na co pracowaliśmy z Jackiem wiele lat. W końcu tchnę nowe życie w moje lale i  inne starocie…a Jacek będzie robił to, co lubi najbardziej.

    ***

     

     

    by Iga at wrzesień 25, 2014 06:03