Planeta Jadzi

lipiec 28, 2014

Eksribicjonizm kontrolowany

Jak się trzyma..? 26

Wszystkie 25 dotychczasowych zdjęć z tego cyklu znajdziesz estetycznie ułożone tutaj.

Zrobiło się wakacyjnie - i dobrze, bo lipiec był dla mnie czasem wypoczynku między sesjami egzaminacyjnymi. Kolejna czeka mnie już we wrześniu, więc korzystam z czasu wolnego jak mogę.




Spędziłam 10 dni w Londynie (zdjęcia z pobytu publikuję po kawałku, możecie je zobaczyć klikając w ten link) i 3 dni na Śląsku, odwiedzając rodziców. Przeczytałam też 5 książek, czyli wyrobiłam normę. Świętowałam 9. urodziny bloga i 30. imieniny przepysznym cydrem. Wypiłam morze mrożonej kawy i herbaty, odkurzyłam sandały, przesiedziałam mnóstwo czasu w basenie i mimo kremów z filtrem złapałam wyraźne piegi od słońca.

Dzisiaj trzymam się kapelusza, z którym od dnia urodzin, kiedy kupiłam go pod wpływem impulsu, staram się nie rozstawać. Każda rzecz, którą mam na sobie, ma inny kolor (i wierzcie mi, musiałam wyjść daleko poza moją strefę komfortu, żeby się tak ubrać!), ale w końcu po to chyba są wakacje, żeby sobie trochę odpuścić? No. Więc odpuszczam.

Jak się trzyma..? 26
Myślę, że ten cykl jest dobrym miejscem, by zadać Wam jeszcze krótkie pytanie. Publikuję całe mnóstwo zdjęć, które robię, ale siebie pokazuję rzadko, zwykle raz w miesiącu i to w wycinkach. Czy powinnam to zmienić? Jak sądzicie?

by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at lipiec 28, 2014 08:01

Szklanym okiem mym

Niedziela

 Piękna i słoneczna z żarem z nieba i paradą żaglowców. Nie dotrwaliśmy do końca, ale dobrze popołudniu pogoda całkiem się załamała i zaczęło sowicie lać.







by MrÓ (noreply@blogger.com) at lipiec 28, 2014 08:00

Tokyo Pongi (komentarze)

Pani Smaczna

Tarta z bobem i kozim serem

Tarta z bobem i kozim serem

Nie wiem  czy lubicie bób, ale ja lubię i to nawet bardzo. Jest jednym z hitów moich letnich wypraw na ryneczek po sezonowe smakołyki. Dlatego śpieszcie się, póki jeszcze jest i zróbcie z niego tartę :) Taka tarta z bobem, kozim serem i pietruszką jest fajną przekąską na ciepło i na zimno, nadaje się też nawet na obiad :) Warto ją zrobić, spróbować i od razu poczuć się jak młody bób :)

Ciasto:

  • 110 g bardzo zimnego masła
  • 180 g mąki pełnoziarnistej z orkiszu
  • ½ łyżeczki soli
  • 3 łyżki lodowatej wody

Nadzienie:

  • 500 g bobu (waga ze skórką)
  • 200 g sera koziego roladki
  • 4 jajka
  • 25 g sera długodojrzewającego
  • 200 g śmietany 12%
  • 100 ml jogurtu
  • 60 ml mleka
  • 3 ząbki czosnku
  • natka pietruszki
  • sól
  • pieprz














Wykonanie:

Ciasto: W malakserze umieszczamy mąkę i sól i w trybie pulsacyjnym mieszamy przez chwilę. Dodajemy masło i mieszamy. Powstaną nam okruchy przypominające kruszonkę. Następnie dodajemy wodę i chwilę pulsujemy. Wszystkie składniki powinny się połączyć.

Ciasto wykładamy na stolnicę podsypaną mąką i chwilę zagniatamy rękoma. Gotowe ciasto formujemy w kulę, zawijamy w folię spożywczą i wkładamy do lodówki na godzinę.

Po tym czasie wyjmujemy ciasto na, delikatnie posypaną mąką, stolnicę i po odczekaniu około 5 minut rozwałkowujemy na wielkość formy. Następnie przenosimy ciasto na dno formy, wyklejając również boki. Wkładamy ponownie do lodówki. Po około 30 minutach wykładamy na ciasto folię aluminiową lub papier do pieczenia (żeby był bardziej plastyczny możemy go najpierw zgnieść) i wysypujemy na nie ceramiczne kulki do pieczenia (groch, fasolę lub ryż jeśli nie posiadamy kulek) do około 2/3 wysokości. Piekarnik nagrzewamy do 180°C i pieczemy spód przez 15 minut. Po tym czasie zdejmujemy z ciasta obciążenie, nakłuwamy spód widelcem (nie zapomnijcie o tym, bo zrobią się bąble!) i ponownie pieczemy około 10 minut. Ciasto powinno nabrać delikatnie złotego koloru. Gdy będzie gotowe, wyjmujemy z piekarnika.

W trakcie, gdy ciasto będzie się chłodzić w lodówce przygotowujemy nadzienie: bób gotujemy 3 minuty w osolonym wrzątku. Przelewamy go zimną wodą i obieramy z łupinek. Roladkę kozią kroimy w grubszą kostkę. Natkę pietruszki siekamy, ser długodojrzewający trzemy na tarce o małych oczkach, a czosnek przeciskamy przez praskę.

Jajka roztrzepujemy w misce i dodajemy do nich długodojerzwający ser, śmietanę , jogurt, mleko i czosnek. Doprawiamy solą i pieprzem. Dorzucamy obrany bób (część możemy zostawić do posypania wierzchu), natkę pietruszki i kozi ser.

Nadzienie wylewamy na upieczony spód. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180°C przez około 30 – 35 minut.

Podajemy na ciepło lub zimno.

Smacznego!

by Pani Smaczna at lipiec 28, 2014 05:05

Blog do czytania

Świat zbyt idealny

Gdy nie masz poważnych problemów, to może nie masz ich wcale? I może warto odpuścić? Jakiś czas temu, na moim prywatnym profilu facebookowym, wywiązała się dyskusja na temat ubierania się kobiet. Konkretnie – stanika wychodzącego spod bluzki na plecach. Zaprezentowałem zdanie identyczne z tym, o czym już pisałem na blogu. Spotykając się z pełnym spektrum odpowiedzi: od  zrozumienia po […]

by mrcichy at lipiec 28, 2014 04:45

Kura

Do tych, co nad morzem

 

Tylko nie zapomnijcie sprzątnąć fal!

Pozdrawiam
Kura Śmieszka (z ambicjami mewy)

by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at lipiec 28, 2014 04:10

Anrzej rysuje

Kurlandia

Okuninka z Mateuszem

Ledwo wróciliśmy z turnusu logopedycznego, w kilka godzin przepakowaliśmy walizki i wyjechaliśmy na daleki wschód. Niedaleko ukraińskiej granicy jest mała miejscowość, atrakcyjna dla turystów ze względu na spory akwen wodny: Jezioro Białe. Jedna plaża z ratownikami i sporo miejsc do wypoczynku, w którym piaszczyste dno zachęcało do bezpiecznej zabawy. Tłok i hałas w samym centrum, był dla nas jednak ciężki do wytrzymania. Za to na osłodę znaleźliśmy tam fenomenalną lodziarnię! W Świecie Deserów i Lodów można było kupić za kilka złotych tak wielkiego loda włoskiego, że spokojnie nasyciły by się nim dwie dorosłe osoby. Porcja opisywana w cenniku jako „mała”, też zachwycała gabarytem i dzieci nie były w stanie jej skończyć.

Cztery dni spędzone w komplecie były niezapomniane. Chłopcy – jak zawsze – zgodnie się bawili, a  my rozsądnie dawkowaliśmy im atrakcje. Jesteśmy już bardziej świadomymi rodzicami i przykładamy większą wagę do tego, by dzieci doceniały w naszych spotkaniach głównie to, że jesteśmy razem. Zasypywanie prezentami, czy niespodziankami dawało Mateuszowi zafałszowany obraz funkcjonowania naszej piątki. Największym  szczęściem jest to, że mamy siebie. Nie ma nic cenniejszego od kompletnej, kochającej się i szanującej rodziny.

Pogoda była naszym sprzymierzeńcem. Tylko raz po południu spadł grad, który okrył trawnik białym kożuchem. Woda w jeziorze kusiła ciepłem. Michał był w swoim żywiole…

…ale i Mateusz delektował się wypoczynkiem, pływając na materacu.

Jak co roku próbował dorównać wyczynom nadruchliwego blondynka, co jest wręcz niewykonalne dla dziecka, które sporadycznie jeździ nad jezioro czy basen. Tu kropla wody wpadła w oko, tu w ucho…Nasz zachwyt ośmielał Matiego, niemniej jednak pozwoliliśmy, by chłopcy bawili się zgodnie z ich temperamentami. Najlepszą zabawą było jednak wrzucanie ojca do wody…a Jacek dzielnie to znosił.

Tata zbudował też zamek z piasku i błota…

…całkiem dobrze poskramiał starszych chłopców. Ja rozkoszowałam się uśmieszkami Szymona i walczyłam z jego przeczulicą na rękach. Już udało się bardziej otworzyć dłonie, które próbują chwytać piłeczki (dotąd tylko wąskie przedmioty). Spędzanie czasu z Szymkiem to dla mnie największy relaks.

Na plaży wprowadziliśmy też lekcję gryzienia. Do pierwszych prób wykorzystaliśmy arbuza. Szymon potrafił przełknąć mały okruszek miąższu bez odruchu wymiotnego. To nasz pierwszy, mały sukces.

Podczas urlopu poznaliśmy świetnych ludzi z Warszawy. Czas upływał szybko na pogawędkach, a tematy do rozmów nie kończyły się. Spotkaliśmy się raz nawet w knajpce u Drwala, gdzie spędzaliśmy z Jackiem późne wieczory. Kiedy starsi synowie zasypiali kamiennym snem, zostawialiśmy ich pod troskliwą opieką dziadków, a sami udawaliśmy się z Szymonem na karaoke. Parkowaliśmy wózek z daleka od głośnika, jakieś 50-70 metrów od jeziora. No i relaksowaliśmy się nucąc znane kawałki. Za wykonanie „Immortality”Celine Dion niespodziewanie zostałam przez DJ-a nagrodzona piwem, jedyna tego wieczoru zostałam doceniona. Ha ha ha. Mąż promieniał widząc mnie w nowej odsłonie: Iga śpiewająca.

Dobrze się bawiliśmy, niepełnosprawność naszego dziecka nie jest żadną przeszkodą. Wielu rodzicom chorych dzieci z trudem przychodzi danie sobie przyzwolenia na normalne życie, często ulegają presji nieprzychylnego otoczenia. My mamy w sobie siłę do tego, by nie żyć w cieniu choroby Szymona. Chcieliśmy pośpiewać? To pośpiewaliśmy. Cztery, zamknięte ściany? Nie dla nas!

Inny z lokali w centrum wynajął animatorów zabawy. Na koniec urlopu, między godziną 17stą, a 19stą zakupiliśmy w barze napoje, dzięki czemu chłopcy korzystali bezpłatnie z dmuchanej zjeżdżalni, tańców z klaunami i innych atrakcji.

Michał przyczłapał do nas, walcząc ze swoimi problemami w koordynacji ruchów.

A potem jako jedyny zebrał od publiczności brawa, bo skakał na chuście animacyjnej wyraźnie wyżej od pozostałych dzieci. Bo my tak z synkiem mamy, że lubimy wyzwania. Ha ha ha.

Urlop minął błyskiem. Spotkanie z Mateuszkiem – najstarszym z synów Jacka – zawsze dostarcza nam wszystkim wielu wzruszeń. Dziecko do nas lgnie i jest szczęśliwe spędzając czas z nami. Obawiając się niezadowolenia swojej mamy, wyraźnie boi się jej przyznać, że chciałby przyjechać do nas na wakacje czy ferie. Jest już całkowicie świadomy tego, że jego życie po rozwodzie rodziców nie wygląda tak, jak powinno. Z jednej strony chciałby lepiej poznać życie Taty i jego rodziny, z drugiej strony nie chce zasmucać matki. Takich dylematów nie powinien mieć ośmiolatek. Z resztą…żadne dziecko nie powinno odpowiadać za problemy rodziców.

W drodze powrotnej zrobiliśmy nadplanowy, stukilometrowy łuk. Wszystko po to, by odwiedzić najlepszą Przyjaciółkę Marię i jej rodzinę.

***

 

 

 

by Iga at lipiec 28, 2014 02:34

Tokyo Pongi

Renowacje, innowacje

Innymi słowy zmieniamy wygląd. Nasza strona właśnie przechodzi totalną metamorfozę, próbujemy ją co nieco usprawnić, więc proszę wybaczcie nam jeśli coś się wiesza, lub nie do końca wygląda tak jak powinno. Zapewniamy, że to tylko chwilowe. Niektóre elementy z naszej strony zniknęły, ale w niedalekiej przyszłości pojawią się z powrotem. Póki co zaglądajcie na bloga, a niedługo dodamy również od dawna obiecaną galerię :-). Bardzo mocno zachęcam również do pisania do nas w komentarzach, na facebooku lub mailowo. Piszcie do nas o tym co Wam się na blogu podoba, co można poprawić, lub o czym chcielibyście poczytać! Pozdrawiamy wszystkich czytelników i dziękujemy Wam bardzo za to, że tu zaglądacie :-).

The post Renowacje, innowacje appeared first on TokyoPongi.

by Maika at lipiec 28, 2014 02:29

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Najbardziej irytujące typy Japończyków, którego autorem jest trippa

typ nr 1 nazywam „charchołyk”. taka jednostka potrafi wzbudzić nudności, ale tylko u cudzoziemców.
typ nr 2 jak kolwiek irytujący ma mimo wszystko dobre intencje. Poza tm, że pokazujesz w ten sposób wszystkim jak Ci smakuje, to jeszcze siorbanie np. makaronu powoduje jego ochłodzenie – pewnie w niewielkim stopniu, ale zawsze. Cieżko utrzymać spokój przy takim sąsiedzie w knajpie, cyz jadłodajni.

by trippa at lipiec 28, 2014 10:29

efka i koty

Naszkcowane

Takie tam bazgrołki ze szkicownika
Some drawings from my sketchbook 

nie kocie




i kocie






by efka i koty (noreply@blogger.com) at lipiec 28, 2014 11:15

Tokyo Pongi

Lato w mieście i hanabi

Wychodzenie na zewnątrz właśnie przestało sprawiać jakąkolwiek przyjemność, a stało się doświadczeniem, powiedziałabym, nieludzkim. Pora deszczowa już oficjalnie pozostaje tylko wspomnieniem, a lato stało się niezwykle uciążliwym faktem. Spacer przy obecnej pogodzie można porównać jedynie do pływania w gęstej, gorącej zupie. A gdy dodamy do tego piekące słońce oraz ogromną wilgotność powietrza, to powoli zbilżymy się do pojęcia czym jest japońskie lato. Żadne słowa jednak nie oddadzą grozy japońskiego lata w pełni, to po prostu trzeba przeżyć. Chociaż jednak zdecydowanie lepiej byłoby nie musieć tego przeżywać.

Letniego krajobrazu dopełniają japońskie cykady, które budzą się wraz ze wschodzącym słońcem, czyli chwilę przed piątą rano i od razu zaczynają swój koncert, który brzmieniem przypomina szeleszczące radio albo stary rzężący silnik, który za nic nie chce odpalić. Są przy tym bardzo głośne. Przyznam się, że na począku myślałam, że to jakieś miejscowe ptaszyska tak się wydzierają :D Dodam też, że cykady są niezbyt atrakcyjne z wyglądu, chociaż z jakiegoś, niezrozumiałego dla mnie powodu Japończycy je uwielbiają.

Pomimo tego, że lato w Japonii jest raczej mało życzliwą porą roku, to właśnie w tym czasie odbywa się najwięcej festiwali i wydarzeń, które przyciągają tłumy Japończyków spragnionych rozrywki. W ten weekend można było podziwiać hanabi, czyli po naszemu fajerwerki. Letnie fajerwerki to niemalże jeden z japońskich rytuałów, więc pokazy fajerwerków odbywają się latem na terenie całego kraju. Jeden z największych i najbardziej popularnych pokazów ma miejsce nad rzeką Sumidą w Tokio i przyciąga około miliona widzów. Nas również przyciągnął, co przy głebszym zastanowieniu jest dziwne i nawet dla nas samych nie do końca zrozumiałe, bo nie lubimy ani upałów ani tłumu. Ale co tam, poszliśmy, raz się żyje :-).

W Japonii popularne wydarzenia zaczynają się około 6 rano, bo to wtedy właśnie należy przyjść na miejsce imprezy i zająć sobie dobre miejsce na chodniku i pilnować go aż do zmroku. Należy być przy tym dobrze przygotowanym, czyli ubrać się w letnie kimono, przyjść w dużej grupie, przynieść ze sobą rozkładany stolik, alkohol oraz cały kontener jedzenia. Co prawda wzdłuż wszystkich ulic można kupić jedzenie i napoje z budek, które przy okazji festiwali wyrastają jak grzyby po deszczu, ale swoje to swoje :-).

NSC_5048

My oczywiście zjawiliśmy się około półtorej godziny przed pokazem, naiwnie wierząc, że to wystarczający zapas czasu na znalezienie jakiegoś dobrego miejsca do obserwacji. Niestety, wszystkie najlepsze miejscówki na chodniku były już pozajmowane. Oba brzegi Sumidy były zamknięte, uliczki prowadzące do brzegów były zastawione szlabanami oraz rosłymi wolontariuszami pilnującymi, aby nikt się nie przedarł. Domyślaliśmy się, że chodziło o to, aby ludzie nie wdrapywali się na zewnętrzne klatki schodowe. Ponieważ nie było gdzie stanąć, postanowiliśmy przejść na jeden z mostów. Zanim dotarliśmy pod most, byliśmy przeganiani przez policję, jak nie przymierzając bydło na pastwisku. Sama ulica prowadząca na most wyglądała tak:

hanabi1

To małe, zielone w tle, to most.

 

Widok na zdjęciu przedstawia to co widzieliśmy przed sobą, za nami, wierzcie mi, wyglądało to znacznie gorzej. Staliśmy w tym korku, w ogromnym upale, co jakiś czas robiąc trzy kroki do przodu i przysłuchując się pani policjantce, która informowała przez megafon, że jest gorąco i że zaraz zacznie się pokaz fajerwerków. Czterdzieści minut i 15 kroków do przodu później, pokaz faktycznie się zaczął, ale dla nas najwyraźniej przewidziane były wrażenia słuchowe, samych fajerwerków nie było widać, bo widok zasłaniały budynki. Wtedy do akcji wkroczyli policjanci, którzy żółtymi linami odgradzali grupy ludzi, a następnie wprowadzali je na most. W ten sposób udało nam się co nieco zobaczyć, chociaż widok, trzeba przyznać nie był jakoś zatrważająco spektakularny, bo był zasłonięty przez tłum oraz samą konstrukcję mostu. Nie wiem jak taka konstrukcja nazywa się fachowo, niemniej jednak metalowe wsporniki na moście zasłaniały nieco widok. Poniżej kilka zdjęć:

NSC_5047 NSC_5091 NSC_5088 hanabi4 hanabi5 NSC_5120 NSC_5126 NSC_5152 NSC_5162 NSC_5194 hanabi7 NSC_5225 hanabi6

A tu dla porównania pokażę Wam jak wyglądały zimowe fajerwerki na Odaibie:

odaibafire-1541ow odaibafire-1589ow odaibafire-1543ow odaibafire-1570ow odaibafire-1569ow odaibafire-1542ow odaibafire-1574ow odaibafire-1545ow odaibafire-1597ow odaibafire-1603wo

The post Lato w mieście i hanabi appeared first on TokyoPongi.

by Maika at lipiec 28, 2014 09:41

pokolenie ikea

3313169141_194d8bb055_o

To marzenie jest bardzo proste. Mężczyzna stoi. Dwie kobiety (musza być dwie) klęczą z ustami na wysokości jego krocza. Są nagie. On trzyma je za włosy niczym Posejdon trójząb.

A co jest później?

Później to po prostu się pierdolą, ale w trójkącie dla mężczyzny chodzi o tą krótką chwilę. Kiedy je zdominował, podporządkował, kiedy one jednocześnie liżą to co on ma najcenniejszego. Czuje wówczas, że wygrał, pokonał innych samców, uzyskał od samic bezwarunkowa dostępność. Zdobył diamentowy paszport Polsatu.

Reszta z męskiego punktu widzenia w trójkącie jest już nieistotna.

Owszem klasyka jeszcze przewiduje wzięcie ich od tyłu (to coś w rodzaju utrwalenia wspomnień niczym na Polaroidzie, widok nagich wypiętych, kobiecych tyłków), może jeszcze jedna z nich będzie go ujeżdżać gdy druga będzie całować się z pierwszą (standardowa pozycja numer trzy), ale powiedzmy sobie szczerze, to szczegóły.

Mężczyźni słabi są w zaspokojeniu jednej kobiety a co dopiero mówić o dwóch. Bo nawet jeśli jest w formie, nawet jeśli dzięki solidnej dawce alkoholu i prezerwatywom jest znieczulony to i tak dojdzie trzy, no może cztery razy i oklapnie. A co to jest trzy razy na dwie kobiety? Przyznajcie sami. To mniej więcej tak jakby pójść do McDonaldsa aby się sponiewierać i na miejscu dostać sałatkę.

Tutaj nie mogę się opanować aby nie wtrącić mojej ulubionej historii jak to przyjaciel miał kiedyś wielkie szczęście i po zakończeniu pewnej imprezy został tylko on i dwie kobiety. Kolega był/jest artystą a jak wiadomo kobiety lubią oddawać się artystom, bo to znacznie łatwiej uzasadnić, jakiekolwiek szaleństwo, ze zrzuceniem z tyłka majtek w szczególności.

Kolega pił (bo jest artystą), one piły bo były z artystą. W pewnym momencie położył swoją dłoń tam gdzie powinien ją położyć i wszystko zagrało tak jak wielu panów odtwarza sobie w marzeniach pod prysznicem, tylko, że w tym przypadku w realu.

I kolega czując się niebywale męski, kiedy panie poświęcały sobie dużo uwagi emablował jedną z nich od tyłu. Robił to zaprawdę z wielkim zapałem, jęcząc głośno. Pani której poświęcał uwagę też jęczała głośno. A słysząc to wszystko pani która leżała na plecach również zaczęła jęczeć. I tak miło czas płynął do momentu, kiedy pies kolegi straszny kundel wskoczył na łóżko i zaczął wyć a chwilę później rzucił się lizać go po tyłku. Również z wielkim zapałem, wielkim, mokrym, szorstkim jęzorem. I tego było wtedy trochę za dużo, czar prysł. Kolega zaczął się śmiać tak bardzo że spadł z łóżka i to go rozbawiło jeszcze bardziej.

Na psa zaczął zaś od tej pory mówić: stosunek przerywany. Kobiety zaś chyba wzięły całe wydarzenie do siebie, bo od tej pory zaczęły go unikać.

Pokazuje to, że trójkąt to zazwyczaj zły pomysł. A bardzo mnie już bawi kiedy para dochodzi nagle do wniosku, że sposobem na uzdrowienie ich relacji w łóżku i dodanie niezbędnej porcji turbo jest zaproszenie tam jeszcze jednej kobiety. To tak jakby leczyć związek na krawędzi rozpadu dzieckiem.

Kobiety są zazdrosne. Zwłaszcza jeśli chodzi o przypadek gdy jedna z nich jest w stałym związku z mężczyzną.

A dlaczego on ją pocałował?

A dlaczego dłużej poklepuje ją po tyłku?

A dlaczego w ogóle dotyka jej cycków?

A dlaczego tak mu stoi na jej widok? JUŻ MNIE NIE KOCHA!! JUŻ GO NIE PODNIECAM!

Żeby nie było ten sam scenariusz jest nawet wtedy gdy dwie przyjaciółki postanowiły i dodać życiu kolorów rąbiąc po imprezie jakiegoś leszcza. Kiedy tylko leszcz z bananem na twarzy weźmie się za jedną, druga od razu zacznie rywalizować ze swoją przyjaciółką.

Dlaczego? Bo jest kobietą. Zacznie głośno i teatralnie jęczeć. Wypinać co tam ma do wypinania. Zaczepiać faceta. Prowokować. Przeszkadzać. Bo dlaczego on się dłużej zajmuje nią? Czy to oznacza, że jestem nieatrakcyjna? Czy on nie wie, że to ja tu jestem najważniejsza????

Najbezpieczniejszym trójkątem z punktu widzenia kobiety, jest układ dwóch mężczyzn i ona. Zapewnia on odpowiednią dawkę adoracji, skierowaną w jedynym słusznym kierunku czyli na nią. A emocje też są i to dość konkretne.

Jedyny minus – znajdźcie mi dwóch heteroseksualnych facetów na tyle mocnych psychicznie aby udźwignąć swoją obecność w łóżku jednocześnie i z jedną kobietą (z dwiema to już jest zupełnie inna historia).

Układem: miałem dwie na raz można się chwalić wszędzie.

A co to za opowieść kiedy mówisz: brałem ją razem ze Stefanem jednocześnie. No, wstyd i hańba. Można się tylko pocieszać, że to tak jak z z Simsami. Jeśli grałeś raz toś nie pedał.

3313169141_194d8bb055_oPhoto by CIA DE FOTO a Creative Commons license

Take Our Poll


by panikea at lipiec 28, 2014 09:34

TUV

upał,rower czyli to co tuv z X-menem robią w weekendy

wczoraj wybyliśmy w trybie pilnym z domu do jednego z naszych ulubionych miejsc rowerowych wycieczek.

Upał skoro świt był już spory,to posiłkowaliśmy się samochodem,by potem już tam,pojechać jeszcze dalej.

Cóż.O 9 rano teren na dość spokojnym parkingu przy Pogoria IV od strony Wojkowic Kość.wyglądał tak….

gdzieś tam na horyzoncie widać wodę…

A to dopiero wierzchołek góry lodowej.Przebrnęłam przez ten sznur z aparatem,stanęłam na skarpie i….

ludzie powariowali! jakby mogli to samochodem by do wody wjechał jeden z drugim.Przyznam że byłam zaskoczona jak nigdy.Szkoda tego miejsca, ileż tu będzie śmieci,syfu a i ciekawe gdzie oni kupy robią ? Zasrany lasek…

No nic.My wyjęliśmy rowerki i pojechaliśmy dalej.O intuicjo kobieca !!! Nie zmęczeni,pełni werwy plam minimum Siewierz.

Jechaliśmy znaną nam z wcześniejszych wycieczek trasą rowerową szlak czerwony – przy A1.Cudnie.

Gdzieś tam na szczycie ścieżki X-men w cieniu;)))

Sporo zdjęć dałam kiedyś tam może ze dwa lata temu,więc teraz poprzestanę na kilku.Polecam trasę bo i widoki,spokój,ludzi jak na lekarstwo a przyroda w pełnej krasie.Upal nawet mi nie za bardzo dokuczał bo wypatrywałam żółtego ,wysokiego chabazia co to nawłocią się zwie ( o ile nie mylę ) i planowałam jakie to w drodze powrotnej zbiory będą.Pełne tego nawet w moim ogródku (plewię i wyrywam acz już teraz będę oględniejsza) ,jednak tam to i powietrze lepsze i gleba inna.I jeszcze maki czerwone.Niestety X-men gna ile mu bozia pary w nogach dała a ja okoliczności przyrody sobie oglądam.

I nie ,nie jesteśmy kompatybilni w tej sprawie.On się męczy , ja żałuję bo to i owo i tamto jeszcze ładne.

W Siewierzu pod zamkiem turniej rycerski.Z powodu upału ospały mocno ale oj tam.Coś się jednak działo ;)

No Lady in Red oraz Wilhelm Tell mnie zaintrygowali;)))

Zero wysiłku a jak ładnie się prezentują ;)

a potem podjechaliśmy pod bramę wjazdową zamku a tam,na tyłach….WOW !!!

Polecam.Obok parkingu fantastyczne miejsce.Pewnie z dotacji unijnych.Można poćwiczyć,co X-men uskuteczniał,chociaż w palącym słońcu nie za dobrze mu szło.Świetny dalej plac zabaw dla dzieci,na środku woda.Naciskasz i ci ci leci z kamiennej misy czyli po ćwiczeniach na szybko obmyć się można.

I kolejna fajna rzecz - ścianka wspinaczkowa !

A potem był powrót.Niestety X-men wybrał inną trasę – asfaltem,mniej męcząco acz dalej , no i tyle było z tego mojego zbieractwa ziół…

I znów Pogoria IV…

I tu już słońce było różne.Raz za chmurką raz nie.Jechało się świetnie.

Wypociłam się za wszystkie czasy.Dowód – jak sikałam o 8 rano,tak poszłam do ubikacji dopiero po powrocie czyli koło 16.00 jak dla mnie to WYCZYN.

Tak,to był dobry dzień i naładowałam akumulatory;).

 

 

by Tuv at lipiec 28, 2014 07:20

Anna Sakowicz

Wymarzony czas

W życiu każdego człowieka pojawia się w końcu wymarzony czas, taki, którym warto się podzielić z innymi. Wymarzony czas na miłość, na szczęście, na rodzinę itp. O takich momentach w życiu pisze Magdalena Kordel w drugiej części cyklu „Malownicze. Wymarzony czas”. Magda zmaga się z remontem świeżo zakupionego domu oraz z formalnościami dotyczącymi zapewnienia opieki…

by anna.sakowicz at lipiec 28, 2014 06:43

Slow Day Long

Nie mamy pieniędzy! Czyli ile kosztują wakacje w Holandii?

No to mamy problem! W portfelu w gotówce zostało nam 20 Euro, a jesteśmy dopiero w połowie naszego urlopu! 8 dni wakacji za nami, a my zostaliśmy bez pieniędzy. Dupa blada!

Dzień wcześniej Kamila robi pranie. W wynajętym haskim mieszkaniu najpierw wrzuca ubrania do pralki, a następnie do stojącej na niej suszarki. Wszystko pięknie, wszystko ładnie, ale ani ja, ani moja żona nie zauważamy, że w kieszeni moich spodenek zostaje karta do naszego konta w euro. Warto dodać, że jedyna karta do tego konta.

Gdyby tylko została wyprana, prawdopodobnie nic by się nie stało. Jednak to suszarka załatwiła kartę dokumentnie. Nie mamy w domu tego sprzętu, więc też nie przyszło nam do głowy, że przed suszeniem, warto sprawdzić kieszenie jeszcze raz, bo panująca w suszarce temperatura jest naprawdę wysoka. Karta wygięła się w „chińskie zet” i do tego pękła na chipie! I jak teraz wybierzemy gotówkę z konta? Za co będziemy żyć przez resztę pobytu w Holandii? Przecież to dopiero połowa naszej wyprawy.

Z każdej sytuacji jest jednak rozwiązanie. O zniszczeniu karty dowiedzieliśmy się w drodze do Alkmaar. Jest piątek późne popołudnie, za chwilę zamkną wszystkie banki. Łudzimy się, że może na miejscu Holendrzy coś wymyślą i nam pomogą. Coś przecież na pewno da się zrobić. Nie poddamy się.

Pracownicy miejscowych banków tylko wzruszają ramionami. Nic nie pomożemy, karta jest zniszczona. Telefon do naszego banku również nie przynosi nawet promienia nadziei. Bez karty nie mamy szans, aby się dobrać się do gotówki. Ratunkiem może być jedynie ktoś mający konto w Holandii, komu przelejemy pieniądze, a on przekaże je nam. Innego wyjścia nie ma. Decydujemy się na szalony pomysł. Ostatnia deska ratunku. Ale po kolei.

Pisaliśmy już o tym, że nasz urlop pod wieloma względami był bardzo nietypowy. Jednym z elementów naszego podróżowania, była pełna spontaniczność w znajdowaniu miejsc noclegowych. Jadąc na urlop mieliśmy zaklepany jedynie dach nad głową w Amsterdamie. Dopiero kiedy przyjechaliśmy na miejsce, rozpoczęliśmy dalsze poszukiwania.

Przeszukując portal Airbnb, który testowaliśmy podczas naszej eskapady, Kamila trafiła na fajny wiejski dom niedaleko Schagen w północnej części Holandii. Problem polegał na tym, że lokal był dostępny dopiero od soboty, a my już w piątek musieliśmy opuścić nasze sympatyczne mieszkanie w Hadze. Jechaliśmy więc trochę „na pałę” licząc na to, że na jedną noc znajdziemy po prostu coś na miejscu.

Detektywistyczne zdolności mojej żony sprawiły, że w wyniku śledztwa i Google Maps udało się jej zlokalizować miejsce, w którym ów dom jest położony. Sprawa była o tyle prosta, że na ulicy, przy której leży domostwo, nie znajduje się nic innego. Normalnie Airbnb nie daje możliwości wpisywania numeru budynku (aby wynajmujący i najemcy nie dogadywali się poza ich plecami, to zrozumiałe), ale w tym przypadku numer nie był nam do niczego potrzebny.

Reasumując. Jedziemy na północ Holandii. Nasza zdeformowana w suszarce karta uniemożliwia nam wypłatę gotówki, a w portfelu zostało nam 20 Euro. Na najbliższą noc nie mamy zakwaterowania, jest niemiłosierny upał. Do tego Ala jest głodna, zmęczona i strasznie marudzi, a my jesteśmy trochę zdenerwowani całą sytuacją. Podjeżdżamy pod dom, w którym mamy zakwaterowanie od następnego dnia. Jego właściciele, są naszą ostatnią deską ratunku. I jak się okazuje, tą właściwą.

Nie wiem, czy po prostu dobrze nam patrzy z oczu, a może to zasługa Boga i przyjazność Holendrów sprawiły, że po kilkunastu minutach od przyjazdu zablokowane na naszym koncie Euro znajduje się w naszych rękach. Jak to załatwiliśmy? Po przyjeździe na miejsce Kamila udaje się do właścicieli domu. Małżeństwo przed pięćdziesiątką. Posiadłość kupili 3 lata temu. Część budynku gospodarczego przerabiają na agroturystykę. On w budynku obok ma gabinet, w którym niekonwencjonalnymi metodami leczy osteoporozę. Ona również zajmuje się fizjoterapią.

Moja żona opowiada im historię zniszczenia karty, pokazuje ją i pyta, czy byłaby taka możliwość, abyśmy przelali im nasze pieniądze jednocześnie płacąc za nocleg, a oni daliby nam naszą kasę w gotówce. Nikt normalny by się na to nie zgodził, ale oni rozpatrują pozytywnie naszą prośbę. Cała historia miała miejsce w piątek wieczorem. Przelew robimy przy nich, ale kasa z naszego konta wychodzi do nich dopiero w poniedziałek.

Mimo tego oni, w pełni nam ufając, dają nam do ręki 500 Euro. Do tego proponują, abyśmy jedną noc przenocowali w ich prywatnym domu, korzystali z ich kuchni i łazienki, a nawet spędzili z nimi część wieczoru rozmawiając na ich prywatnym tarasie. To od nich dowiadujemy się o zestrzeleniu malezyjskiego samolotu, którego pasażerami w przeważającym stopniu byli Holendrzy. Robią nam herbatę. Jest przepiękny ciepły wieczór. W końcu idziemy spać.

Nie wiem, czy to zrządzenie losu, czy może… Tego dnia oni pomogli nam, a my kilka dni później mogliśmy pomóc innemu Holendrowi, którego portfel znaleźliśmy na plaży (pisaliśmy o tym TUTAJ). Powyższa, całkowicie prawdziwa historia jest jednak jedynie wstępem do właściwej części wpisu. Bo dziś parę słów o kosztach, z jakimi trzeba się liczyć wybierając się na holenderski urlop.

W sobotę, już po powrocie, pojechaliśmy na urodzinową imprezę brata Kamili. Podczas rozmów ze znajomymi, którzy również właśnie wrócili, albo wybierają się na wakacje dyskutowaliśmy o cenach produktów i usług, z jakimi się spotkamy podczas urlopowych wojaży. I wiecie co? Wakacje w Polsce to naprawdę spory wydatek. Do tego mamy kwestię relacji ceny do jakości. W Holandii za tyle samo co w naszym pięknym kraju dostajemy znacznie więcej!

Podczas naszej wyprawy zbieraliśmy paragony, bo sami byliśmy ciekawi jak holenderskie ceny przekładają się na polskie realia. Oto zestawienie przykładowych kwot, z którymi spotkaliśmy się podczas naszej wyprawy. Mam nadzieję, że przydadzą się one tym, który albo wybierają się do tego pięknego kraju, albo rozważają kwestię czy zostać w Polsce, czy jechać gdzieś za granicę. Bo czasy dużych różnic cenowych pomiędzy Polską, a krajami starej Europy minęły bezpowrotnie.

ILE KOSZTUJĄ WAKACJE W HOLANDII?

PALIWO – 1,29 i 1,39 euro za litr ON, to najniższa i najwyższa cena jaką zapłaciliśmy. W przeliczeniu na złotówki jest mniej więcej tyle samo, ile wydaliśmy na polskiej stacji paliw. Paradoksalnie, to wyjeżdżając z kraju na ostatnim ‚cepenie’ przed granicą, płaciliśmy 5,57 za litr ropy, a więc więcej niż w Holandii.

NOCLEGI – 80 euro ze śniadaniem za przepiękny apartament na wsi (dodam, że śniadanie było bardzo obfite i składało się z naturalnych produktów z własnego gospodarstwa naszych gospodarzy), 75 euro za mieszkanie w Amsterdamie i po 65 euro za apartament w Hadze i na farmie pod Schagen – tak wygląda kwestia cen noclegów.

Umówmy się, w Polsce za podobne pieniądze dostaniemy co najwyżej trzy gwiazdkowy hotel i dwuosobowy pokój z łazienką. A my każdy z ww. obiektów wynajmowaliśmy na wyłączność. O jakości większości polskich agroturystyk dyskutować nie będę, bo nie ma o czym. Ciągle jeszcze te najlepsze miejsca są pilnie strzeżonymi tajemnicami wśród przyjaciół, żeby czasem nie stały się zbyt oblegane.

JEDZENIE W SKLEPACH – po powrocie z Holandii mamy wrażenie, że produkty spożywcze są w Polsce po prostu droższe i gorszej jakości, niż w sklepach holenderskich. Przykładowo:

  • Kilogram wyśmienitego żółtego sera od miejscowego rolnika, kupowanego w sklepie BIO kosztuje od 8 do 13 euro za kilogram (w Polsce za podobne sery zapłacilibyśmy od 100 zł w górę za kg).
  • Litr doskonałego soku wyciskanego z kiwi, malin, jabłek itp., z krótkim terminem ważności (7 dni) to koszt 1,99 za butelkę.
  • Butelka białego wina wytrawnego w najpopularniejszym w Holandii sklepie spożywczym tj. Albert Hejn to koszt od 2,99 za butelkę do 15 euro za świetne toskańskie markowe wino z jednej z najlepszych winnic w okolicy Montalcino (dużo taniej niż w Polsce).
  • Kilogram musli BIO, bez cukru – 4,29 euro, musli w normalnym sklepie 1,99 euro.
  • Paczka rukoli BIO – 1,49 euro.
  • Banany BIO – 1,99 euro za kilogram.
  • Brzoskwinie – 3,58 euro za kilogram.
  • Jabłka BIO – 2,09 euro za kilogram.
  • 200 gram pistacji BIO – 1,99 Euro.
  • Bazylia w doniczce BIO – 1,69 Euro.
  • Kilogram penne BIO – 1,29 Euro.

JEDZENIE W KNAJPACH – o ile w sklepach jest taniej lub tak samo jak w Polsce, o tyle w restauracjach jest troszkę drożej. Mamy jednak nieodparte wrażenie, że jedzenie serwowane w przeciętnych holenderskich knajpach jest o półkę lub dwie lepsze, niż to w Polsce. Bo przykładowo:

  • PIZZA – najtaniej zapłaciliśmy 9,80 euro,  a najdrożej 15,80 euro za pizzę. Jednak kwestia dodatków, ich ilości i jakości w porównaniu do tego co dostaniemy w naszej ulubionej pizzerii we Wrocławiu, nie pozostawia złudzeń, że w Polsce jest w tej kwestii po prostu przeciętnie.
  • LODY – od 1 do 3,5 euro – przy czym lód za tą najwyższą cenę, to przepyszny sorbet składający się z 3 gałek na słodkim waflu, kupowany w centrum Amsterdamu.
  • OBIAD – za wielki talerz tapas w jednej z najlepszych slow foodowych knajp w Hadze, w dodatku zlokalizowanych na samej plaży, trzeba zapłacić 22 euro. Obiad we włoskiej restauracji (3 gwiazdki Michelin) tj. dwa dania z makaronów dla nas, mała porcja dla Ali do tego carpaccio z ośmiornicy jako przystawka, woda i wino to koszt 60 euro za całość. Dwudaniowy obiad w alternatywnej restauracji w północnym Amsterdamie, piwo, woda – 25 Euro za całość itd.
  • FRYTKI - od 1,90 euro za małą porcję, do 5,25 za dużą (600 gram) – przepyszne, nietłuste, smażone na głębokim oleju, holenderski i belgijski przysmak podawany z majonezem.

ATRAKCJE I INNE – na koniec zrobiliśmy zestawienie pozostałych kosztów urlopowania w Holandii np.

  • PARKING – w Amsterdamie strasznie drogi tj. od prawie 40 euro za dobę w najdroższej strefie parkowania, do 10 euro za dobę na największym miejskim parkingu obok Central Station. W Hadze parking jest płatny od 9.00 do 14.00 (1,5 Euro za godzinę, powyżej 5 godzin 8 euro za dobę). W małych miejscowościach zazwyczaj za darmo.
  • ATRAKCJE – wejście do ZOO w miejscowości Anna Paulowna (północ Holandii) 10 euro za osobę dorosłą, małe dzieci za darmo.
  • WYPOŻYCZENIE ROWERU – my akurat mieliśmy swoje, ale jeśli ktoś szuka takiej informacji, to w zależności od miejsca jest to kwota od 8 do 15 euro za dobę

REASUMUJĄC

Nie wiem, czy się z nami zgodzicie i czy macie podobne wrażenie, ale my po powrocie do Polski jesteśmy przekonani, że zostając na urlopie w kraju, wydalibyśmy więcej albo tyle samo co podczas wyjazdu za granicę. Dodatkowym kosztem jest jedynie paliwo, bo odległość jest jednak spora.

Chociaż, jak to skomentował nasz kolega, który tego samego dnia co my wrócił z Kołobrzegu, biorąc pod uwagę długość podróży w Polsce i jakość polskich dróg, to nie jest pewien, czy nasza wyprawa nie kosztowała nas (jeśli chodzi o paliwo) mniej, niż jego podróż nad polskie morze.

Do tego jakość usług. W Holandii jest dużo większa konkurencja i większa świadomość konsumencka niż w Polsce. Tam nie przejdą ustawione na plaży byle jakie (za przeproszeniem) budy z frytkami i hot dogiem (takich tam nie widzieliśmy). Nawet w zatłoczonych miejscach jak np. plaża w Scheveningen, było pachnąco, czysto i schludnie.

Dużo jeździmy po Polsce, bywamy w wielu miejscach i ciągle nie możemy się nadziwić jak wiele osób łudzi się, że turystę można naciągnąć na byle co, wcisnąć mu syf, bo i tak kupi. W Holandii jest to nie do pomyślenia. Jestem święcie przekonany, że wiele musimy się jeszcze w tym względzie nauczyć.

I być może nie trafiliśmy po prostu do byle jakich miejsc, ale nie zmienia to faktu, że biorąc pod uwagę relację ceny do jakości, a nawet samą cenę, to wakacje w Holandii wyszły nam bez porównania taniej, niż gdybyśmy np. pojechali nad polskie morze. Serio! Jesteśmy o tym przekonani.

A poza tym ten niesamowity klimat, brak tłumów i możliwość przemieszczania się wszędzie na rowerach. Ach, rozmarzyłem się.

To były naprawdę udane wakacje!

P.S. Jeśli Ci się podoba jak i o czym piszemy, polub nas na FACEBOOKUDzięki!

by Damian at lipiec 28, 2014 05:49

zycie na kreske

Kura pazurem

Oddać się czy nie?

Wczoraj z Jajem odbyłam bardzo ciekawą dyskusję, wręcz filozoficzną, na temat donacji zwłok. Nawet nie wiem, od czego zaczęła się ta rozmowa i co nas pobudziło do takiego tematu. Wszyscy jednak oświadczyliśmy, że organy do przeszczepu chętnie byśmy oddali i być może wtedy Jajo zapoczątkowało kolejny wątek – przekazania ciała na badania medyczne. Jajo, co prawda, uważało, że można na tym nieźle zarobić [sic!]. Pieniądze wydać za życia, a po śmierci to „przecież żadna różnica, czy jedzą mnie robaki, czy kroją lekarze”. Trochę jednak zaniepokoiło mnie komercyjne podejście do tematu, dla pewności więc spytałam, ile to jest ta „kupa kasy”.

– Pięćset złotych – odpowiedziało Jajo.

– To chyba dużo nie jest, co? – pytam.

– Dla mnie? Dużo.

indeksI przyznam, że wystraszyło mnie to całkiem nieźle. Na szczęście sprawdziłam, że w Polsce absolutnie za to się nie płaci. Jak ktoś chce się przysłużyć nauce, to tylko ze szczytnych powodów. I dobrze.

Zaczęliśmy z Jajem na ten temat dyskutować. Bo przeszczep organów wydaje mi się czymś naturalnym. Umieram, a może się moja nerka czy wątroba komuś przydać, to proszę bardzo. Jednak czy byłabym w stanie oddać ciało do badań? Takie nagie, porzucone w kostnicy uniwersyteckiej, żeby studenci czy lekarze się nad nim pochylali i oglądali moje niedoskonałości?

– A co ci będzie za różnica po śmierci? – pyta Jajo. – Ja bym oddała.

– Nie no, w sumie żadna, ale tak nago przed tyloma ludźmi? I jeszcze w takich sinych odcieniach? Brrr.

Tak mnie Jajo zaintrygowało tematem, że postanowiłam sprawdzić, co i jak z tą donacją zwłok. Ku mojemu zdziwieniu chętnych przybywa i ludzie swoje ciała zapisują akademiom medycznym. A na potrzeby studentów tylko jednego roku potrzeba około 30 zwłok! To dużo. Zważywszy na to, że uczelni sporo. Podobno na zwłokach przeprowadza się również symulacje operacji, ćwiczą też zawodowi lekarze. Czyli faktycznie przysłużyć nauce się można.

Sprawdziłam więc, jakie formalności są do tego niezbędne. Podobno trzeba jeszcze za życia podpisać odpowiednie dokumenty u notariusza i można sobie zażyczyć, że po kilku latach chcemy, by nas jednak pochowano. Robi to wtedy uczelnia na swój koszt. Takie pogrzeby odbywają się raz w roku z udziałem duchownych różnych wyznań, z władzami uczelni, studentami i rodzinami. Zachowany jest więc szacunek do ludzkiego ciała, co mnie jakoś tak bardziej z zagadnieniem oswoiło.

Temat jednak trudny i pewnie może budzić skrajne emocje. Mnie oczywiście zaraz czarny humor się włączył. Tak sobie pomyślałam, że to dobry sposób dla niedoszłych lekarzy. Jak dostać się na akademię medyczną, kiedy matura kiepsko poszła? Ba! Przepisujesz swoje ciało u notariusza i masz zagwarantowany tak długi pobyt w akademii, jak sobie życzysz. Po wieczność albo na kilka lat. Ha! I nikt ci nie powie, że się nadajesz!

A Wy, jak sądzicie? Oddawać się nauce czy nie?

by anna at lipiec 28, 2014 04:16

zycie na kreske

lipiec 27, 2014

nic specjalnego

Skończył się.....


....Tour de France! I to jak  ładnie się w tym roku skończył  - po raz pierwszy
Polak zdobył prestiżową koszulkę najlepszego kolarza w klasyfikacji górskiej.
Tak na wszelki wypadek napiszę - zdobył ją Rafał Majka, który został w
ostatniej chwili wezwany do udziału w tym wyścigu.
Ostatnie polskie zwycięstwo etapowe na wyścigu TdF było aż 21 lat temu!
To strasznie dawno, a odniósł je Zenon Jaskuła.
Jeżeli ktoś myśli, że oglądam ten wyścig, bo jestem miłośniczką roweru, to
jest w wielkim błędzie - ja nawet nie jeżdżę na rowerze.
Ale od 2002 roku wyścig jest komentowany przez dwóch moich ulubionych
komentatorów- Tomasza Jarońskiego i Krzysztofa Wyrzykowskiego.
A słuchanie ich komentarzy jest zawsze dla mnie wielką przyjemnością -
panowie nie tylko są znawcami sportu, mają również świetne poczucie humoru.
W tym roku tandem Jaroński-Wyrzykowski dał czadu w czasie relacji z TdF!
Nic dziwnego, sama emocjonowałam się nieprzytomnie gdy Majka forsował
Alpy i Pireneje i gdy raz był drugi a dwa razy wygrał piekielnie trudne etapy
górskie.
Jęczałam gdy widziałam jak kolarze zaliczają asfalt, cieszyłam się gdy któryś
wygrywał, no a wygrana naszego kolarza przyprawiała mnie o stan euforii.
Byłam zadziwiona tłumami widzów w Anglii, gdzie rozgrywane były pierwsze
etapy - tam były niesamowite ilości widzów  wzdłuż trasy przejazdu.




by anabell (noreply@blogger.com) at lipiec 27, 2014 11:45

Eksribicjonizm kontrolowany

Jak zrobić własne piwo? Część I

Domowe piwo krok po kroku. Ze zdjęciami!



Pierwszy na tym blogu poradnik do-it-yourself i od razu z grubej rury - zrobiliśmy piwo. Nie ukrywam, że chwyciłam za aparat na prośbę Gadulskiej, bo nie sądziłam wcześniej, że taki wpis Was interesuje.

SŁOWEM WSTĘPU
Poniższy proces to I część składająca się na warzenie piwa z ekstraktów. W porównaniu do profesjonalnej produkcji piwa, proces ten jest nieco skrócony, ponieważ kupujemy gotowy ekstrakt ze słodu (w tym przypadku jęczmiennego). Pozwala to uniknąć długiego gotowania w garze, dla którego musielibyśmy wynająć garaż.

To nie jest wpis sponsorowany.

KROK 1
Sprzęt i składniki

Żeby uwarzyć domowe piwo, potrzebny jest duży garnek (min. 5 litrów, ale rekomendowany jest 10-litrowy), mieszadło, miarki do odmierzania, termometr kuchenny, waga, areometr. Ważny jest także środek dezynfekujący, a także rurka fermentacyjnadwa fermentory, które zobaczycie pod koniec tego wpisu.


Na samo piwo składa się woda, ekstrakt słodowy, drożdże piwowarskie oraz przyprawa, czyli chmiel. Cały sprzęt i składniki znajdziecie w domu albo kupicie w sklepie z akcesoriami piwowarskimi (my korzystamy ze sklepu Browamator).

KROK 2
Dezynfekcja

Nie warto lekceważyć tego kroku, bo zakażenie podczas warzenia może skutkować nieprzyjemnym aromatem albo nawet skwaśnieniem piwa. Do zlewu nalaliśmy wody, w której rozpuściliśmy środek dezynfekcyjny Oxi One, żeby zanurzyć w nim wszystkie narzędzia. Większe powierzchnie (blaty, fermentor) spryskaliśmy środkiem Desprej, przetarliśmy roztworem Oxi, po czym spłukaliśmy czystą wodą. Nigdy nie dość ostrożności - piwo zakażone smakuje naprawdę ohydnie!


KROK 3
Warzenie brzeczki. Ekstrakty

Brzeczka to po prostu półprodukt, z którego powstaje piwo. Przygotowaliśmy ją z wody z ekstraktem słodowym. My warzyliśmy piwo typu stout, więc kiedy już nalaliśmy wodę do garnka...


...i podgrzaliśmy ją, wrzuciliśmy woreczek z palonym ziarnem jęczmienia. Dzięki temu piwo zyska głęboko ciemny kolor.


Jęczmień zabarwił czystą wodę niemal na czarno.



Wyłowiliśmy woreczek. Teraz pora na ekstrakty - do zwykłego jasnego piwa użylibyśmy tylko jasnego, ale przy stoucie konieczne było dodanie ciemnego, palonego ekstraktu.



Mój ulubiony etap - mieszanie! Nasza brzeczka wyglądała zupełnie jak cappuccino, na jej powierzchni utworzyła się gęsta piana.


KROK 4
Chmielenie

Po zagotowaniu się brzeczki dodaliśmy pierwszy chmiel, który odpowiedzialny jest za goryczkę piwa. Na 20 litrów wystarczy go zaledwie 30 gramów! Po dodaniu chmielu odczekaliśmy, aż całość się zagotuje, po czym zostawiliśmy brzeczkę mrugającą na małym ogniu na 50 minut.


KROK 5
Drożdże

W przegotowanej wodzie o temperaturze ok. 30 stopni rozpuściliśmy drożdże piwowarskie. Szklankę pod przykryciem odstawiliśmy na bok.


KROK 6
Drugie chmielenie

Odważyliśmy chmiele aromatyczne i dosypaliśmy je do brzeczki. Uwaga - może się wzburzyć! Po 10 minutach gotowania odstawiliśmy z ognia.


KROK 7
Chłodzenie

Zawartość garnka trafiła do fermentora, uzupełniona o ok. 15 litrów wody źródlanej. (Zamiast niej można użyć wody przegotowanej - ważne, żeby nie była to kranówka, żeby zminimalizować ryzyko zakażenia całej mieszanki. W wodzie z kranu nie ma wprawdzie bakterii, które szkodzą człowiekowi, ale mogą znaleźć się w niej drobnoustroje, które zaszkodzą piwu.) I zaczęliśmy czekać, żeby cała mieszanka stała się brzeczką nastawną - czyli wystygła do temperatury, która nie zabije naszych drożdży.


W międzyczasie areometrem sprawdziliśmy gęstość brzeczki, żeby móc później łatwo określić, czy fermentacja się zakończyła i ile procent alkoholu będzie mieć gotowe piwo.


KROK 8
Dodanie drożdży

Kiedy brzeczka miała już ok. 28 stopni, dodaliśmy do niej drożdże. Fermentor został zamknięty, otwór zatkaliśmy specjalną rurką, żeby nic nam nie wybuchło, i wynieśliśmy do piwnicy. Drożdże najlepiej czują się w pomieszczeniach o temperaturze 18-25 stopni, bez dostępu światła słonecznego.

Ciąg dalszy nastąpi... Już za tydzień.


FAQ
Tak, warzenie piwa jest legalne. Nie można go tylko sprzedawać.
Tak, tyle chmielu wystarczy.
Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, zadajcie je w komentarzu - odpowiem i dodam je do wpisu.

by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at lipiec 27, 2014 11:43

zapiski zgagi

Miłe zaskoczenie okoliczne

Małż dziś świętował 64 wiosenki. Jako że nie miałam dlań żadnego prezentu, postanowiłam zaprosić go na obiad. Nie za daleko od domu, wszak w takim upale jazda autem, nawet z klimatyzacją, to mała przyjemność.

Od dwóch lat w sąsiedniej gminie funkcjonuje lokal, o którym sporo słyszałam, choć nie było okazji odwiedzić. To ,,Cedrowy Dworek” w Cedrach Wielkich. Dokładnie naprzeciwko miejsca, gdzie jeździmy z Beatą na aerobik.

Pojechaliśmy więc. Małż zupełnie w ciemno. Ja natomiast trochę poszpiegowałam poprzedniej nocy w internecie. Zapoznałam się z menu, cennikiem i galerią zdjęć. Wyglądało dość zachęcająco. Rano jeszcze zadzwoniłam, by spytać, czy czasem nie mają jakiejś zamkniętej imprezy. Nie mieli…

Zanim opowiem, jak było, mały wstęp.  Nie jesteśmy z Małżem szczególnie ,,światowi”. W lokalach z najwyższej półki nie bywamy bynajmniej… Coś tam jednak się wie, np. o tym, jak powinna wyglądać poprawna obsługa. Nie ukrywam, że i programy kulinarne wyczuliły mnie (Małż nie ogląda telewizji wcale!) na pewne sprawy.

Pierwsze wrażenie – pięknie nakryte stoły! Z kompletem sztućców do przystawki, zupy i drugiego dania. Kremowo-czerwone serwetki z materiału, a nie z papieru.

Jeszcze dobrze nie usiedliśmy, już podeszła sympatyczna kelnerka w czerwono-czarnym ubranku. Karta dań bardzo ładna, potraw niedużo, co podobno dobrze świadczy o lokalu. Zaproponowano nam spoza menu dania dnia -  rosół z węgorza i sznycel z jajkiem. Zastanawialiśmy się przez moment nad naszym ,,sztandarowym” restauracyjnym przysmakiem, czyli wątróbką, którą to osobiście testuję gdziekolwiek jestem. Ale że mieliśmy ją dopiero co w domu, zdecydowaliśmy się na propozycję pani kelnerki.

Po chwili otrzymaliśmy tzw. ,,czekadełko” w postaci dwóch małych roladek drobiowych otoczonych słodkawą galaretką. Całkiem smaczne! Zimne napoje nalano nam z butelek do szklanek, co nie zdarza się zbyt często w restauracjach o średnim standardzie. Pani dbała też bardzo, by zawsze najpierw obsłużyć mnie jako kobietę. To też nie jest wcale normą…

Na zupę Małż czekał dość długo, ale było warto. Spróbowałam odrobinkę. To była moja pierwsza zupa rybna w życiu i muszę powiedzieć, że się zachęciłam. Węgorza było w środku sporo, rosołek delikatny, dobrze doprawiony. I ładnie, oryginalnie podany…

Gdy tylko Małż skończył zupkę, otrzymaliśmy danie główne. Tu się troszkę rozczarowałam. Sznycel, choć smaczny,  był zbyt słabo rozklepany, przez co trudny do krojenia, a panierka odpadała! Za to zaserwowane jako dodatek marynaty – rewelacyjne! Dwa rodzaje ogórków i maleńkie buraczki.

Pomimo tej małej sznyclowej ,,wpadki”, obiad bardzo nam smakował! Po uiszczeniu rachunku obeszliśmy jeszcze cały teren dworku. Bo tam i hotel, i mały park, kilka klatek z ptactwem rozmaitym i jedną wietnamską świnką, duża zadaszona hala do imprezowania  przy  grillu, łąka, na której pasły się koniki, stawek, gdzie moczył kij samotny wędkarz… A wszędzie bardzo, bardzo schludnie i czyściutko.

Aż mnie lekka zazdrość dopadła, że w naszej gminie podobnego obiektu nie ma i pewnie długo nie będzie!

by Zgaga at lipiec 27, 2014 09:23

Sprawo-Zdanie

Rafał Dębski, „Światło cieni”


Można autora złapać za jakieś szczególiki tu i owam, ale czyta się płynnie i jest całkiem solidne pod względem tak fabuły jak i akcji czy stylu -- proste, bez zbytniego nadęcia, da się pochłonąć w jeden dzień bez poczucia zawodu pod warunkiem, że się nie oczekuje nie wiadomo czego :)

by KBKBKB (noreply@blogger.com) at lipiec 27, 2014 09:52

W toku

Krolowa Matka i Banda Czworga

O potędze genów (i nie tylko)

Scenka rodzajowa.

Czas akcji - wczesne popołudnie w Domu w Dziczy.

Dramatis personæ -

  • Pompony (właśnie odbywające swoją drzemkę, co całą resztę rodziny, ze szczególnym uwzględnieniem Królowej Matki, wprawia w stan bliski ekstazy).
  • Królowa Matka (w stanie bliskim ekstazy szydełkująca sobie chustę z lnu i jednym okiem rzucająca w ekran, na którym właśnie leci kolejna - ale czy dobra może być zbyt wiele? - powtórka "Chirurgów").
  • Potomki Starsze (grające w Minecrafta na komóreczce Potomka Starszego, a zatem nieobecne dla świata).
  • Pani W Telewizorku (starająca się zareklamować ciasteczka z nadzieniem czekoladowym, jak się wkrótce okaże, całkowicie bezskutecznie).
Pani W Telewizorku (z dyskretną elegancją) - Czy już ci mówiłam, co się dzieje, gdy naciskam ciasteczko z nadzieniem czekoladowym FirmyX?
Potomek Młodszy (nie odrywając ani na sekundę wzroku od ekranu komóreczki, z całkowitą obojętnością) - Nic.
Pani W Telewizorku (nie poddając się) - ... gdy naciskam tutaj ptaki śpiewają... gdy naciskam tu - kwiaty tańczą...
Potomek Starszy (stoicko i również nawet na sekundę nie odrywając się od gry) - ... a gdy naciśniesz tutaj uświnisz się cała płynną czekoladą?...

Zaprawdę, są dni, gdy Królowa Matka upewnia się, że jednak nikt jej dzieci nie podmienił w szpitalu :).

by Anutek (noreply@blogger.com) at lipiec 27, 2014 05:47

Anrzej rysuje

Zuzanka

Kura

Blada chórzystka

5.30.

Blady świt.

Niedziela.

 

Śpimy jak kamienie.

 

Coś mnie dziubie.

- Ekhm hekh? - pytam błyskotliwie głosem zgrzybiałej kury.

- Muniu? - mówi cienki głosik.

- Uhm - przewracam się apatycznie na druga fałdę.

- Muniu! Może zaśpiewamy sobie razem jakąś piosenkę? - cienki głosik mówi mi prosto do ucha.

...

 

"Juuuuuuuż nieeeeee zaaaaaapomnisz mnieeeeee,
Piosenka ci nie da zapomnieć...
...Coooo dzień, co nooooc,
Coooo dzień, coooo noc, coooooo dzień"...

 

Co świt :)

 

Pozdrawiam

Blada Kura

 

PS * "Już nie zapomnisz mnie" (kompozytor Henryk Wars, słowa Ludwik Starski, z filmu "Zapomniana melodia", 1938

by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at lipiec 27, 2014 09:53

Domowa kuchnia Aniki

Szarlotka z papierówkami (przepis2)

Prosta i szybka szarlotka z papierówkami (przepis 2)






Dziś kolejny przepis na ciasto z papierówkami. Ja oczywiście piekę teraz namiętnie szarlotki, bo u mnie zatrzęsienie papierówek. Mała ogrodowa jabłonka, a tyle owoców, że od 3 tygodni nie mogę się z tym wszystkim ogarnąć. Jabłka dojrzewają i opadają, ja zbieram i przetwarzam, albo rozdaję, gdzie się da, a i tak jest ich za dużo. Papierówki to jabłka nietrwałe, więc szybko się psują. Dlatego spora ich część niestety wędruje do worków z odpadami biodegradowalnymi. Ale nie mam wyrzutów sumienia, bo robię co się da, aby ta część trafiająca do worków była jak najmniejsza.
Z jabłonki jestem na prawdę dumna, bo jak już kiedyś pisałam jabłka ma wyjątkowo smaczne, soczyste, aromatyczne i dorodne. Ponadto ma ładny kształt parasola, albo grzybka, jak kto woli, dając nieco cienia, może niekoniecznie nam, bo my mamy inne miejsca przeznaczone do odpoczynku w ogrodzie i duży parasol, ale największemu szkodnikowi w naszym ogródku, którego przedstawię na zdjęciach na dole posta:) i który też sobie jabłonkę bardzo upodobał, niekoniecznie ze względu na jej owoce;)
A TUTAJ jest przepis na szarlotkę z papierówkami może nieco bardziej pracochłonną, ale megasmaczną, choć ta też jest bardzo dobra, ale prostsza i szybsza w wykonaniu  

 




Składniki:
  • 510 g mąki
  • 200 g cukru
  • 250 g margaryny
  • 2 i pół łyżki śmietany
  • 1 całe jajko
  • 3 żółtka
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • małe opakowanie cukru waniliowego ( 16 g )
 Na nadzienie jabłkowe:
  • 2 kg jabłek
  • 120 g cukru
  • 1 opakowanie cukru waniliowego ( 16 g )
  • 2 łyżeczki cynamonu
Sposób wykonania:
  • Z podanych wyżej składników zagniatamy ciasto. Owijamy w folię spożywczą i wstawiamy do lodówki na około godzinę.
  • W tym czasie obieramy jabłka, kroimy je na ćwiartki a potem na mniejsze plasterki. Obsypujemy cukrem i cynamonem. Mieszamy.
  • Blaszkę (u mnie 27x35) wykładamy papierem do pieczenia.
  • Ciasto dzielimy na dwie części. Jedną, nieco większą część, rozwałkowujemy na wielkość blachy i na wałku przenosimy do formy. Nakłuwamy widelcem i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Podpiekamy około 20 minut aż ciasto nabierze złotego koloru. Wyjmujemy z piekarnika.
  • Na podpieczony spód nakładamy przygotowane jabłka i przykrywamy drugą częścią ciasta.
  • Wstawiamy do piekarnika (180 stopni) i pieczemy około 50 minut.
  • Po upieczeniu posypujemy cukrem pudrem.
  Jabłka z mojej ukochanej papierówki

 


 A to nasz ulubiony megaszkodnik ogrodowy, który jabłonkę też sobie bardzo ukochał i pilnuje, żeby zawsze była podlana;)





     


by Anika (noreply@blogger.com) at lipiec 27, 2014 10:17

Szklanym okiem mym

Bergen i żaglowce

Wczorajszy wypad rowerowy do centrum. Tym razem z aparatem :)

Od jutra zabieram się za biżuterię :)















by MrÓ (noreply@blogger.com) at lipiec 27, 2014 09:24

zycie na kreske

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

smutek i radości

W Jankowicach dzisiaj poranek był zachęcający. Pan bez nogi, co skłonność do alkoholu ma przemożną i brak kończyny nie stanowi żadnej przeszkody w dotarciu do źródełka, wyszedł nocą po alkohol. Konsumpcja widać musiała być w drodze powrotnej, bo znaleziono go rankiem przed naszym domem zalanego nie tylko alkoholem, ale i krwią. Chodzenie na jednej nodze o kulach, po pijanemu, nie jest najlepszym pomysłem. Skończyło się ciężko porozbijaną głową i szpitalem.  Smutek nad marnowanym życiem. 
Sąsiadka przyszła z gorącą prośbą: nic to, że Szamanek zeżarł jej już 5 kur, ale ma tylko jedną prośbę: żeby dzieciom do łóżek nie właził. Burza była i Szaman, warujący u bramy sąsiadów z powodu tamtejszej suczki, wskoczył do domu i do łóżka dziecku. Chłopaki mają więc nowe zajęcie. Wyprowadzają go parę razy dziennie na smyczy, choć to raczej on wyprowadza chłopaków. Jest wielkości cielaka. Tak będzie do jesieni chyba, aż burze znikną z prognoz pogody. 
Ktoś nam podrzucił wczoraj bardzo ładną suczkę-wilczkowatą, młodziutką. Felicjan uradowany, a Hera wściekła, że jej się jakieś babsko-konkurencja na podwórko ładuje. W poniedziałek musi się podrzutkiem zająć stosowna władza gminna. Prowadzimy dom dla bezdomnych ludzi, nie psów. Już w każdym domu mamy po kilka takich prezentów. To jednak, choć miłe, ale kosztuje. 
Na Potrzebnej radość wielka. Nowy telewizor. Ogromny ponoć. Stary się popsuł i chorzy mieli jakiś z odzysku, z malutkim ekranem. Cezary wypatrzył promocję i dzisiaj oficjalne pierwsze odpalenie było. Kaskę dał Nuncjusz jak był w Boże Ciało. Miało pójść na remont, ale ....ci ludzie nie mają nic, więc chociaż telewizję sobie oglądają i rybki w akwarium. Więc trochę urwaliśmy na rozrywkę. Wszystko musi być duże, żeby starzy ludzie cosik widzieli. Akwarium też wielkie. Swoją drogą nie przebijemy Ossolińskich. W Krzyżtoporze ponoć było akwarium w szczycie jednej z wież tak, że oglądało się ryby od dołu. Mieli fantazję nasi przodkowie.
wieża, w której było akwarium
Mam pomysł co do gabinetów dentystycznych. Artur na przykład siedziałby w fotelu dużo chętniej, gdyby na suficie leciała jakaś bajka. Najlepiej Scooby. Dla mężczyzn film wojenny, dla pań- romanse. I dentysta zamienia się w przyjemność. 
Po południu synek bawił w jadalni u chłopaków. Na "spacerku" kupiliśmy 2 koszmarne maski, którymi straszył ukochanego wujka-Adama, geniusza jeśli chodzi o kontakt z Arturem. Sam to świństwo wybrał, rzecz jasna, w kiosku z pamiątkami pod Św.Krzyżem. Tym razem nie chciał żadnego pobożnego gadżetu. Nawet papież go nie nęcił. 
A ja mogłam chwilę w spokoju posiedzieć w ogrodzie, uprzednio zrobiwszy porządek w kwiatkach, które mają to do siebie, że kwitną, jak się je pielęgnuje. Pielęgnujemy zresztą ochoczo wszyscy te kwiatki, trawki i drzewka. 30 min. wakacji. Tylko jakiś szalony dzięcioł walił w drzewo. Przez chwilę nic nie musieć- to czysta radość. Żeby ją odczuć, trzeba przedtem długo musieć. Nie ma nic darmo.

...
a to Zochcin właśnie kliknięcie powiększa zdjęcie


Powered by Cincopa Video Streaming Hosting solution. Nad-obowiązkowo
Cóż może być większego? To radość Wielkiejnocy, radość przemienienia wszechświata. A my otrzymujemy radość w komunii z naszymi braćmi, żyjącymi i zmarłymi, w komunii świętych i czułości Matki.
Zatem nic nie może nas napawać lękiem. Poznaliśmy miłość, którą Bóg ma ku nam i jesteśmy bogami.
I wszystko nagle ma sens.
Ty, ty na pewno masz sens.
Ty nie umrzesz.
Ci, których kochasz, nawet jeśli uważasz ich za zmarłych, nie umrą.
To, co jest żywe i piękne, do ostatniego źdźbła trawy, aż do tej ulotnej chwili, w której poczułeś pełnię życia w żyłach, wszystko będzie żywe, na wieki.
Nawet cierpienie, nawet śmierć ma sens, stają się drogą ku życiu.
Wszystko jest już żywe.
Ponieważ Chrystus zmartwychwstał.
Istnieje tutaj miejsce, gdzie nie ma już rozdziału, jest tylko wielka miłość, wielka radość.
Tym miejscem jest Święty Kielich w sercu Kościoła./Patriarcha Athenagoras IV/
kaplica Św.Kielicha w katedrze w Walencji/XV w/

wg.tradycji tego kielicha używał
Pan Jezus w czasie Ostatniej Wieczerzy
datowany jest na I w


by Małgorzata Chmielewska (noreply@blogger.com) at lipiec 27, 2014 03:29

Sprawo-Zdanie

Jacek Dukaj, „Perfekcyjna niedoskonałość”


Męcząca, stechnicyzowana do bólu, fabularnie słaba, niepotrzebnie zagmatwana pseudozabawą ze stylem.

by KBKBKB (noreply@blogger.com) at lipiec 27, 2014 12:06

lipiec 26, 2014

fiolki - fikolki

Spinacze

Drewniane klamerki, tekturka, niepotrzebna bluzeczka, mulina, koraliki, cekiny, klej, nożyczki, chwila czasu i mam fajne spinacze :)




by Sabina (noreply@blogger.com) at lipiec 26, 2014 11:59

Zuzanka

nic specjalnego

Podobno.....

...Kosmici są wśród nas. I to są od dość dawna. Na tyle długo już tu są, że zdołali
przybrać ludzkie kształty.
Dotychczas takie rewelacje puszczałam mimo uszu -  teraz zaczynam w to wierzyć.
Bo jak w to nie wierzyć, skoro  kler domaga się od władz wykazu polskich szpitali,
w których jest przeprowadzana zgodnie z  przepisami aborcja.
Odpowiedzi na pytanie "a po co?" mogę Wam udzielić - żeby pozostali Kosmici
mogli pod tymi szpitalami organizować pikiety. To jasne jak wszystkie Słońca we
Wszechświecie.
Bo tylko Kosmitom się wydaje, że aborcja jest czymś miłym, wielce pożądanym
przez kobiety zabiegiem, niemal równym a może wręcz przewyższającym orgazm
doznaniem.
Bo normalni ludzie wiedzą dobrze, że to zabieg niebezpieczny i niesie za sobą kilka
zagrożeń, więc decyzja o poddaniu się jemu  jest  smutną koniecznością.
Ale  Kosmici o tym nie wiedzą.
Ciekawa tylko jestem czy  władze w odpowiedzi zażądają od Kościoła wykazu
parafii i kościołów, w których rezydują księżą- pedofile. Bo że tacy są to rzecz
wiadoma, potwierdzona nawet przez papieża Franciszka I.
Swoją drogą odważny człowiek - w moim odczuciu  dużo ryzykuje.
No a rodziny posyłając dzieci do kościoła, np. by służyły do mszy jako ministranci,
powinny wiedzieć, w której z placówek może ich dziecko spotkać wątpliwa frajda
kontaktu z  księdzem- pedofilem.
Co za niedopatrzenie ze  strony bociana, który mnie zrzucił na ziemię właśnie
w tym kraju!!! Nie mógł  tobołka z niemowlakiem  upuścić gdzieś bardziej
na południu lub  zachodzie Europy?
Miłej  niedzieli wszystkim życzę:)




by anabell (noreply@blogger.com) at lipiec 26, 2014 09:21

notatki na mankietach

futrzak

Nie pierwszy to raz, kiedy odwiedzilismy La Platę.

Dziś zupelnie inne okolice – bo wreszcie – wreszcie – udalo sie dotrzec do muzeum w katedrze i wspiąć na wieżę.
Wjazd od osoby kosztuje (teraz) 45 peso. W ramach tegoż zwiedza się wystawy w podziemiach oraz mozna wjechac na górę jednej z wież.

Calość nieco mnie rozczarowala. Na pewno niemaly udzial w tym mial fakt, ze rozwydrzylam sie na panstwowych muzeach w Buenos :) – oraz – nie na takich wysokosciach bywalam.
Niemniej, podziemia katedry sa calkiem klimatyczne, a widok z góry na miasto przyjemny.

Kamien węgielny pod katedrę położono jeszcze w 1884 roku, ale dopiero w 2000 zakonczono kompletna restaurację i otworzono dla zwiedzających.
Budynek znajduje się dokladnie w srodku miasta, a przed nim rozciaga sie wielki plac Moreno. W weekendy jest on pelen tłumów i zawsze cos sie tam dzieje – imprezy, stragany, pokazy artystow…słowem, prawdziwe miasto :)

TU wszystkie zdjecia z opisami


by futrzak at lipiec 26, 2014 04:15

Dom pod sosnami

P1190460

Tak właśnie teraz robimy większość rzeczy w gospodarstwie. A dzieje się mnóstwo! Pisałam o warsztatach serowarskich – warsztaty już za nami, było cudnie, poznaliśmy wspaniałych nowych ludzi, nauczyliśmy się mnóstwa nowych rzeczy, wysłuchaliśmy przy ognisku mnóstwa nowych opowieści. A i nasz basen nie stał pusty, bo pogoda nie żartowała i mieliśmy przez cały czas 35*C w cieniu! Trzeba więc było znaleźć też czas na przerwę w pracy i wskoczenie do basenu na małe orzeźwienie. ;)

P1190107

P1190176

P1190074

P1190148

IMG_4379

 

I zaraz jak skończyły się warsztaty,dojrzało zboże i trzeba było zrobić żniwa.Najpierw podkaszanie pola,żeby kombajn mógł na nie wjechać i zacząć pracę. Ale w czasie podkaszania… Konieczne jest użycie kosy,przydaje się też sierp. No i nie może się obejść bez osoby,która odbiera skoszone zboże spod kosy i związuje powrósłem, żeby powstał snop, na fotkach widać Babcię i sąsiadkę, które związują snopki. Także nasi Goście nie zasypiali gruszek w popiele i pomagali jak mogli! :D

P1190325P1190333

P1190340

P1190371

P1190460

A następnego dnia po żniwach spadł błogosławiony, długo oczekiwany deszcz! Uff, bardzo już na niego czekaliśmy, drzewa zaczęły w suszy i nieprawdopodobnym upale gubić liście i wyglądają, jakby była już jesień. Po deszczu ziemia na polu nawilgła, zmiękła, spulchniała. No to biegiem! I dzisiaj w słońcu i gorącu szybko robiliśmy drugą przerywkę marchewki, dopóki korzenie łatwo dają się wyciągnąć. :wink:

Ot, takie zwykłe życie na wsi. Miłego weekendu, kochani!

Wasza gospodyni wiejska


Filed under: Mój kawałek świata Tagged: Dom, Gospodarstwo, Prace w polu, Tradycja, Warsztaty

by podsosnami at lipiec 26, 2014 01:33

W toku

Szklanym okiem mym

Kilka migawek

Jestem już w domu. Pobyt w Polsce był dość krótki, ale intensywny na tyle, że na blogu nic się nie pojawiało. Z nieba lał się żar a w ostatni dzień pobytu nastał deszcz. Krótko bo w Bergen nadal trwają upały i czuję się jakbym przyleciała do ciepłego, południowego kraju :) Cieszę, się bo pogoda sprzyja wycieczkom rowerowym. W Polsce udało mi się przejechać na Handbiku czyli rowerze napędzanym rękoma :) Mój brat ostatnio na nim szaleje. Wszędzie poruszałam się moim czarnym Holendrem i w te upały okazało się to najlepszym środkiem transportu. Były nawet rowerowe wycieczki ze znajomymi po Wrocławiu.








Wczoraj w Bergen odbył się zlot żaglowców z okazji regat TALL SHIPS’ RACES 2014! Końcówka etapu II i początek etapu III. Niesamowicie spektakularny widok. Piękne żaglowce, niektóre bardzo stare. Oczywiście miałam ze sobą aparat... bez karty pamięci. Dobrze, że był chociaż telefon. Dziś wybieram się tam jeszcze raz- z aparatem zaopatrzonym w kartę pamięci :)







A to chwila , którą udało mi się złapać telefonem :)


by MrÓ (noreply@blogger.com) at lipiec 26, 2014 11:15

Czytadelko

Sto imion - Cecelia Ahern

Może nie każdy cel wart jest tego, by dążyć do niego po trupach? Kitty Logan, młoda dziennikarka z ambicjami, była tak skupiona na rozwoju własnej kariery, że przestała zwracać uwagę na innych ludzi i pewnego dnia poszła o jeden krok za daleko, rzucając na wizji fałszywe oskarżenia i niszcząc w ten sposób życie niewinnemu człowiekowi, a przede wszystkim sobie samej. Choć od tamtego wydarzenia minęło kilka miesięcy, to właśnie zbliża się proces o zniesławienie, kariera Kitty zostaje zagrożona, drzwi wejściowe do jej mieszkania są urozmaicane najróżniejszymi ozdobami, a ją samą dręczą wyrzuty sumienia, których nie potrafi się pozbyć. Na domiar złego musi pożegnać się z jedną z najbliższych sobie osób - Constance - szefową, zwierzchniczką, a głównie przyjaciółką, na której wsparcie zawsze mogła liczyć. Jak się okazuje Constance zostawia jej jednak coś bardzo cennego. Zadanie, którego sama nie zdążyła wykonać. Listę stu nazwisk, która… no właśnie. Która co? W tym momencie zaczyna się właściwa akcja powieści, szukanie osób zamieszczonych w tajemniczym wykazie, próba połączenia ich ze sobą w jakiś sensowny sposób i dążenie do odkrycia tego, co Constance tak bardzo chciała Kitty przekazać.

Cecelia Ahern po raz kolejny udowadnia, że potrafi pisać, tworzyć wiarygodne postacie i wciągającą fabułę. Sto imion sprawia, że czytelnik na kilka chwil odrywa się od problemów dnia codziennego i zatapia w niezwykłej historii o najzwyklejszych ludziach, która wywołuje zarówno uśmiech i łzy. 

Autorka przemyca w swojej powieści kilka prostych prawd, niby dobrze nam znanych, ale jednocześnie takich, o których w codziennym biegu zapominamy. Pomiędzy wierszami znajdziemy więc trochę o tym, że trzeba wierzyć w siebie nawet jeśli inni już dawno przestali w nas wierzyć, że najpiękniejszy prezent to ten dany z potrzeby serca, piękno ukryte jest czasem bardzo głęboko, a szczęściu często trzeba dopomóc i dążyć do spełniania własnych marzeń. Sto imion to także swoisty hymn na temat wyjątkowości każdego z nas. Ahern przekonuje, że każdy jest niepowtarzalny i każdy nosi w sobie niezwykłą historię. Niby banał, ale przecież właśnie te banały, to, co wydaje nam się pozornie zupełnie nieistotne, tworzą coś wyjątkowego.

Każdy zwykły człowiek ma jakąś niezwykłą historię. Możemy wszyscy sądzić, że jesteśmy nijacy, że nasze życie jest nudne, tylko dlatego, że nie dokonujemy epokowych odkryć, nie zdobywamy Nobla czy Oscara, nie piszą o nas w gazetach. Jednak prawda jest taka, że wszyscy robimy coś, co jest fascynujące, co jest ważne, z czego możemy być dumni. Codziennie ludzie dokonują czynów, których nikt nie opiewa.*

Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl 

Cecelia Ahern, Sto imion , Warszawa, Wydawnictwo Akurat 2014

*s. 438

by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at lipiec 26, 2014 09:45

zycie na kreske

Kura pazurem

Bardzo osobiście będzie

Dzisiaj bardzo osobisty post. Taki bardzo, bardzo. Muszę się szczerze przyznać. Dzisiaj magiczny dzień. Następuje zmiana cyferek z 41 na 42. I na pewno to noga mi nie urosła, ale posunęłam się w latkach. Trzeba to w końcu przyznać. I fascynuje mnie w tym posunięciu jedna sprawa. Dlaczego człowiek ciągle czuje się jakby miał dwadzieścia? Gdyby mi lustro zabrano, garderobę wykonano wyłącznie z rozciągliwych i nieniszczących się  tkanin, nawet bym się nie spostrzegła. No, jeszcze z Jajem należałoby coś zrobić, skurczyć i w pieluchę wpakować, żeby nie przypominało, machając mi dowodem przed nosem, że dorosłe już. A tak, to moja głowa dalej pełna jest fiołków i stokrotek, metryka kompletnie niczego nie zmienia.

Czterdzieści dwa lata temu moja mama Tosia wydała na świat (z pomocą mojego tatusia oczywiście) swoją pierworodną córcię, która miała być chłopakiem i miała mieć zupełnie męskie imię. Rodzice tak byli zaskoczeni widokiem drącej się istoty płci niewieściej, że łypnęli na kalendarz, a tam akurat Anny było i stwierdzili, że sama sobie imię na świat przyniosłam, więc mam urodziny i imieniny za jednym zamachem.

Podobno urodziłam się strasznie krótka. No, ale widocznie natura miała wobec mnie inny plan i dopiero z czasem mi te braki w centymetrach uzupełniła.

Dzisiaj oczywiście mam zamiar świętować z Jajem i Mężusiem, na imprezy w domu nie ma warunków, choć goście też są, bo przecież jakżeby inaczej.

W urodziny zawsze jakieś sentymenty mnie też dopadają. Znalazłam ostatnio kilka swoich zdjęć z dzieciństwa. Pokażę więc, jak zmieniałam się przez lata. Nawet rozczochrana na początku była blond, dopiero potem przeszła na ciemną stronę mocy, ale widzę, że już zaczyna ją ciągnąć z powrotem, bo sporo białych kosmyków mi na łbie się pojawia, z czym oczywiście dzielnie walczę za pomocą farb.

ja 006To ja, kiedy miałam chyba ze cztery latka. Wnioskuję po bracie leżącym w wózku. On wygląda chyba na rok, więc ja musiałam mieć ze cztery lata. Pućki piękne miałam, trzeba to przyznać.

ja 009

A tutaj nie mam pojęcia, ile mogłam mieć. Może z 10? W środku jest moja nieżyjąca już babcia, która była też moją chrzestną, tak rodzice sobie wykombinowali. Choć podobno nie mieli za bardzo wyjścia, bo byłam pierwszą wnuczką w rodzinie, więc babcia (od strony taty) i dziadek (od mamy) trzymali mnie do chrztu. Lepszych chrzestnych można sobie tylko wymarzyć. A po lewej jest najmłodsza siostra mojego taty, też Ania, więc przy okazji ją imieninowo ściskam i mam nadzieję, że za zdjęcie się nie gniewa. A ta istotka na barana u babci to mój brat. Lekko mu uciachałam głowę, bo pewnie by sobie swojego zdjęcia tutaj nie życzył.

No, a teraz to już wyglądam inaczej. Ostatnio wrzuciłam zdjęcie swojej facjaty na FB, ale przecież nie wszyscy mają tam konto, więc je tutaj powtórzę i pochwalę się nową fryzurą. Tak wczoraj zaszalałam u fryzjera za całe piętnaście polskich złotych. Taka jest więc wersja 42-letnia. :-D

ja1 012

Oczywiście na koniec wszystkim Ankom, Hankom, Mirosławom,Grażynom, Krystianom, Bartłomiejom życzę wszystkiego co imieninowe. Wielka buźka, kochani!

by anna at lipiec 26, 2014 04:13

zycie na kreske

Sprawo-Zdanie

Alice Munro, „Za kogo ty się uważasz?”


Nie-wiem-za-co-NOBEL (tak, wiem, że nie tylko za ten zbiór) -- historie płytkie, styl słaby, logiki zero, nuda, nuda, nuda i nawet nie doczytałem do końca.

by KBKBKB (noreply@blogger.com) at lipiec 26, 2014 12:50

lipiec 25, 2014

Sprawo-Zdanie

Jeff VanderMeer, „Ujarzmienie”


Konieczna do przeczytania kontynuacja Unicestwienia -- całkowita zmiana otoczenia, wyjście ze Strefy X, wejście do klaustrofobicznej strefy granicznej, próba ujarzmienia obu stref oraz głównego bohatera. 

by KBKBKB (noreply@blogger.com) at lipiec 25, 2014 11:34

zapiski zgagi

Akcja żniwna

Dziś rano sms od Matki. Czyli naszej szefowej KGW. ,,Akcja zboże na wieniec. Zbiórka u G. w sobotę o 10.00 z nożyczkami. Kto może, niech przychodzi, bo nie będzie z czego kleić”.

Pewnie sierp by się bardziej przydał, niż nożyczki. Ale ,,już lata nie te”… Zameldowałam, że się stawię, oczywiście!

Małż, jako dawny ,,kmieć”, informował, że zboże trzeba zżąć zawczasu, by nie było zbyt dojrzałe i sztywne do obróbki. Dożynki dopiero w drugim tygodniu września, ale wieniec musi być ,,akuratny”. Już kilka lat z rzędu nasze koło wygrywa wieńcowy konkurs, trzeba się przyłożyć i teraz… Nie zdradzę, jaki projekt w tym roku, bo to nie wiadomo, kto czyta… Post factum dam znać!

***

 W ramach żniw pierwsze pomidory z uprawy tarasowej skonsumowane! Malutkie czerwone doskonałe! Większe żółte takie sobie… Nieco zbyt słodkie. Papryczki wciąż jeszcze rosną, w liczbie siedmiu sztuk. Na razie zieloniutkie, czy zmienią barwę, nie wiem.

***

Samozwańczo koordynuję skład osobowy na Piernikalia. Jeszcze do końca nie wiadomo, co z Edytkami i Kaziem. Ale mam nadzieję, że jednak, jak co roku, wszyscy się pojawią! Przynajmniej na godzinę ,,X”, czyli w niedzielę, kiedy to świętować zamierzamy poczwórne 60-te urodziny. Ku czci popełniłam mały poemacik, wydrukowany już w czterech egzemplarzach. Pięć zwrotek, każda z nas, jubilatek,  będzie miała indywidualny popis jednostrofkowy, finał  natomiast gromadny!

***

Wciąż brak koncepcji na wrześniowy urlop Małża. Może się coś ,,urodzi” w połowie sierpnia?… Nie zdradzam szczegółów. Tylko kciuki trzymam!

by Zgaga at lipiec 25, 2014 09:54

pierwsza żona

jestem szalona

Tak mam słabość do której się przyznaję. Bez bicia.

I w dodatku się jej nie wstydzę. Straszne co? W ogóle mi nie wstyd.

I nie będę się tłumaczyć (w tej części notki) dlaczego.

Otórz uwielbiam 3 piosenki disco polo.

Szaloną, czarne oczy i ja uwielbiam to.

Nie wyobrażam sobie imprezy bez tego. i jakby didżej nie miał to prosz. można podłączyć mój telefon.

Aha i jeszcze księżniczka grzeszczakowej.

Więc jakby coś to uprzedzałam.

Oczywiście słucham też muzyki bardziej ambitnej jak Bach, Wolfi i Vivaldi. Spoko.

Ale najbardziej nie mogę jak leci lista przebojów RMF classic. I tam Pani mówi NA CZWARTM NOWOŚĆ – WOLFI AMADE MOZART.

Czyli ze coś tam skrobnął last week i zmontowali mu w studiu ?

Ale wracając. Uwielbiam te piosenki za ich nieskomplikowanosc. Sa to piosenki wyłączające mózg (o ile jest co wyłączać) i przypominające mi o tych beztroskich koloniach i weselach na których były grane. Tak, na weselach słuchaliśmy ich po raz ostatni jakoś tak nieświadomie. Ze szaleliśmy i co kolejna impreza i bajlandobajlando.

I się zesrało potem bajlando.

nastąpiło baby-lando i byebye-life0-ando.

Sąsiedzi robią właśnie imprezkę z w/w hitami więc podryguję sobie na tarasie, nikt nie widzi jestem za krzakami.

Weszłam w limoncello.

a co mi tam.

Kamman baby lets go party.

Ale. Jeszcze nie powiedziałam ostatniego zdania. Póki piłka w grze !

endless summer.

Lato jeszcze trwa, jeszcze trwa.

 

by autor at lipiec 25, 2014 09:10

Sprawo-Zdanie

Mo Yan, „Bum!”


Bardzo dużo słów, bo przecież "celem opowiadania jest ono samo", więc historia płynie, opisów jest cała masa, zakończenie wcale nie na tytułowe bum, ale coś w tej powieści naprawdę jest, że przeczytałem ją szybko, bez znużenia, a opis konkursu jedzenia mięsa jest re-we-la-cyj-ny!

by KBKBKB (noreply@blogger.com) at lipiec 25, 2014 09:52

Konrad Fiałkowski, „Nieśmiertelny z Wegi”


Elektyzer, fantotronia, automaty, kosmig, zlicze, psychoimplementacja, stratory, mnemotronia, rakietki, telewizofonia, subloty, cerobroskop i wiele wiele innych niesamowitych elementów rodem z twardej fantastyki można spotkać w powiastkach Fiałkowskiego, ale najdojrzalsza jest w tym zestawie powieść "Homo divisus".

by KBKBKB (noreply@blogger.com) at lipiec 25, 2014 09:08

am mniam

Zupa warzywna na lato ze świeżymi pomidorami w roli głównej

Pogoda za oknem deszczowa, więc na pocieszenie zapraszam Was na zupę. Podobny przepis zamieściłam na blogu niecałe cztery lata temu – patrz tu (klik). Jest to jedna z naszych ulubionych zup, a że robię ją teraz nieco inaczej – mała aktualizacja. Jeśli lubicie klasyczne połączenie pomidorów, bazylii i czosnku ta zupa  na pewno podbije Wasze... More

by Magda at lipiec 25, 2014 06:40

Anna Sakowicz

Wymarzony dom

Czasami tak bywa, że jedna książka potrafi zdezorganizować cały dzień. Zacznie człowiek czytać, zakładając sobie, że tylko godzinkę, a potem zabierze się za jakąś pracę. Godzinka mija, wtedy dodaje  piętnaście minut, potem następne i następne, cały czas usprawiedliwiając się przed sobą, że to tylko chwilka. Po prostu nie sposób się oderwać od lektury. Właśnie tak…

by anna.sakowicz at lipiec 25, 2014 02:47

Eksribicjonizm kontrolowany

Londyn - ogrody w Kew

Po wizycie w Kew wiem już, co czują pielgrzymi wkraczając do sanktuarium.

Mimo że wychowałam się w mieście, czuję trudną do zdefiniowania więź z naturą. Na łonie przyrody ogarnia mnie uniesienie, które nosi wszelkie znamiona religijnego. Może mam w sobie coś z wikkanki? Czasem chętnie zatańczyłabym wokół drzewa albo położyła się nago na trawie, żeby być bliżej ziemi.

Londyn dla takich jak ja jest idealny: na brak terenów zielonych trudno tu narzekać. Uwielbiam też styl angielski w ogrodach - w przeciwieństwie do Francuzów, których wysoce sformalizowane dzieła tak rozczarowały mnie przy pierwszej wizycie w Wersalu, Anglicy tworzą zachwycające naturalnością, harmonijne kompozycje. W dodatku można chodzić po trawie, a nawet na niej siadać!

Długo marzyłam, żeby odwiedzić ogrody w Kew. Zachwyciły mnie bardziej niż się spodziewałam. Czułam, jak z każdym krokiem spływają na mnie kolejne fale spokoju. Starałam się chłonąć tę magię, jak najlepiej ją zapamiętać i choć ułamek uchwycić na zdjęciach.


XIX-wieczna palmiarnia stała się inspiracją dla oranżerii na całym świecie - podobną możemy obejrzeć na przykład w Gliwicach. Widoczny na pierwszym planie ogród różany powstał w tym samym okresie. Klomby otacza chmurka różanego zapachu, a trawnik jest doskonale aksamitny i lekko ugina się pod stopami.

Duszne i wilgotne wnętrze szklarni kryje setki gatunków roślin z całego świata (w całej kolekcji ogrodów jest ich ponad 40 tysięcy - to największa kolekcja na świecie!) oraz mnóstwo koronkowych detali architektonicznych, takich jak te schody wiodące na galeryjkę okalającą główną salę.

Niektóre rosnące tu okazy liczą sobie tyle lat, ile sam budynek... i ciągle rosną.

Trafiliśmy na środek sezonu: starannie wypielęgnowane gazony i klomby zachwycały feerią barw.

Niewielki budynek zwany Domkiem Lilii Wodnych (Waterlily House) kryje basenik z ogromnymi liśćmi Victoria Regia. Największe miały nieco ponad metr średnicy. Swobodnie mogą utrzymać kilkumiesięczne dziecko.

Coś dla miłośników Toskanii, czyli ogród śródziemnomorski. Pełno tu drzewek oliwnych, pinii i pachnących krzewów. To jedno z doskonałych miejsc na piknik.

Szklarnia dla roślin rosnących w klimacie umiarkowanym, czyli Temperate House - tylko z zewnątrz, bo środek był w remoncie. Jest piękna, prawda?

Coś dla miłośników Japonii, czyli klasyczny dalekowschodni ogród ze żwirowym jeziorem zagrabionym w charakterystyczne wzory. (Służy do tego narzędzie łudząco podobne do grzebyka, którego używam do ozdabiania tortów!). Nie dajcie się jednak zwieść wrażeniu przestrzeni - to malutki ogródek, który tylko udaje duży. Stara japońska sztuczka.

Kolejny orientalny akcent, czyli 50-metrową pagodę, wykonano w XVIII wieku jako niespodziankę dla księżniczki Augusty. Obecnie można wspiąć się na jej czubek po 253 schodach, żeby zobaczyć panoramę ogrodów. Widoczny po prawej paw to jeden z kilku, które spotkaliśmy na terenie parku.

Zachwycający giętką linią drewniany most na stawie pełnym kaczek, gęsi i łabędzi. Tego dnia spotkaliśmy całe mnóstwo zwierząt - chwilami w otoczeniu wiewiórek i najróżniejszych ptaków czułam się jak disneyowska królewna Śnieżka.

Kew Palace, wybudowany przez Jerzego III dla jego licznego potomstwa. Otacza go nieduży, ale uroczy ogród w typie włoskim, pełen starannie przyciętych żywopłocików okalających łany lawendy i innych pachnących ziół. W podziemiach pałacu znajdują się królewskie kuchnie, które można zwiedzić.

Ta przepiękna pergola podobno stanęła tu całkiem niedawno, ale to w niczym nie przeszkadza. I tak wygląda staro, szacownie i niezwykle malowniczo.

Jeszcze nigdy nie widziałam pawiego ogona w całej okazałości i na dodatek z tak bliska. W okolicy byliśmy tylko my, a paw nastroszył się, rozpostarł ogon i powoli się obracał, żebym mogła go podziwiać z każdej strony.

W całkowitej ciszy, w niemym zachwycie patrzyłam na ten spektakl.

by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at lipiec 25, 2014 02:29

Ania 13

„Przepraszam, odbiorę krótki telefon”


– Jak pani widzi swoje relacje z bratem? – pytanie pada zbolałym głosem, dostosowanym do sytuacji. Przed chwilą ten sam głos podsunął mi chusteczki jednorazowe.
– Służbowe, proszę się częstować – zabrzmiało jak księże „ciało Chrystusa” na mszy. Wyciągając chusteczkę z pudełka, chciałam odpowiedzieć „Amen”, choć tak samo nie wierzę w moc higienicznej chusteczki, jak i cud Eucharystii.

Nie podnoszę głowy. W zasięgu wzroku mam pomalowane na łososiowy kolor paznokcie i głos nabiera łososiowej barwy, równie nieprawdziwej, jak jego brzmienie.
– Czy chciałaby pani o tym porozmawiać? – czekałam na to pytanie i zaczynam odpowiadać tak, jak trzeba. Rozważam moje relacje z bratem, spokojne, dobre, dzwoni telefon. Odruchowo łapię się za kieszeń; nie, mój telefon wyciszyłam przed wejściem. Może to koniec wizyty?

– Przepraszam, odbiorę krótki telefon od męża – mówią paznokcie do mnie – matowy, tak – cisza, bawię się chusteczką – Ależ nie, w kolorze kredki, takiej jaką ci dałam – cisza, skubię chusteczkę, resztki, jak piórka opadają na podłogę. Podążam za nimi wzrokiem i słucham dalej – Nie, nie transparentny i nie w kulkach, nie, przecież zapisałam Ci i podałam kredkę. Daj panią do telefonu, wytłumaczę jej osobiście – słucham historii kosmetyku, który ma być w kolorze kredki podanej na wzór. Potargana chusteczka też tworzy wzór na podłodze, podmuch wiatru go burzy, a ja już nie będę pamiętała następnego dnia, z czym ten wzór mi się skojarzył. Myślę o mojej dobrej relacji z bratem, o tym, że często mi go brakuje i że mamy dla siebie zbyt mało czasu.

– Nie, nie lankoma. Garlena. Garlena przecież dałam – czy słyszę w głosie lekką złość, że nie ma „garlena”? – no to diora, niech będzie diora. Dziękuję – paznokcie kończą rozmowę telefoniczną i zwracają się znowu do mnie – tak to jest, jak się męża wyśle na zakupy, wszystkie przez to przechodzimy, prawda pani Anusiu? Wracając do pani relacji służbowych, jak to dobrze się składa, jak cudownie, że pani do mnie trafiła. Trzeba zacisnąć zęby, pracować musimy wszyscy, praca nie może być przyjemnością, bo inaczej przestajemy mieć motywację do pracy.

Kazanie. Czuję się jak na pogrzebie moich problemów. Przydziałowy ksiądz w kaplicy cmentarnej nie wie, o kim prawi wspomnienie pośmiertne. Mówi o niczym, mówiąc o wszystkim. Podobnie przydziałowa pani z łososiowymi paznokciami przykłada podręcznikowy wzornik do moich problemów. Płaczę, korzystam ze służbowych chusteczek. Wychodzę lżejsza o pół litra łez i kilogram złudzeń. Poradzę sobie, przecież. 

by ania13 (noreply@blogger.com) at lipiec 25, 2014 11:29

Anrzej rysuje

Lato w mieście

lato w miescieRysunek opublikowany na wyborcza.pl 23 lipca: http://goo.gl/G9BT86

by Andrzej at lipiec 25, 2014 10:26

Kura

Brodaty puzzel

Wchodzę do kuchni.

Brodoziak robi herbatę.

Podchodzę i uwieszam się na B.

 

Wisimy tak na sobie około 7 sekund.

 

Pojawia się G.

- Ja też, jaaaa teeeeż tak chcę - G.rzuca się w naszym kierunku chyba łamiąc mi kolano.

 

Wisimy tak na sobie około 7 sekund.

 

Objęci jak trójka klasowa słyszymy dudnienie.

Wpada A.

- I ja, jaaaa, jaaaaaaaaaa - A. wbija się między G. a B.

 

Wisimy tak na sobie około 7 sekund.

 

- Zobaczcie! Jesteśmy puzzlami, puzzlami - krzyczy G.

Ściskamy się mocniej.

Puzzel z fałdkami toczy łzę po policzku mocząc koszulę brodatego puzzla.

 

Dziś Brodoziak ma urodziny!

40

Sto lat!

"Niech całują Cię moje oczy
Niech całują Cię moje usta
Niech całuje Cię niebo
Niech całuje Cię ziemia
Niech całują Cię niebo i ziemia
Ko..."

 

 

Pozdrawiam

Kura - jeden z puzzli

 

* "Niech całują Cię moje oczy" - piosenka Stanisława Sojki, mojej platonicznej miłości ;)

by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at lipiec 25, 2014 08:05

Kura pazurem

Kto mnie lubi?

Kiedyś bardzo mocno broniłam się przed kontem na Facebooku. Uważałam, że jest mi to niepotrzebne do szczęścia. Jednak kiedy blog się rozwijał, powstały książki, stwierdziłam, że jednak bronić się dłużej nie da. I chyba już od pół roku posiadam fan-page Kury. Okazuje się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Już się oswoiliśmy ze sobą, jakoś zaczęłam to ogarniać. Oczywiście dałam się wciągnąć w zbieranie lajków. likeNie ma większej bzdury, którą wymyśliła ludzkość, niż zbieranie tych łapek. Kto ma więcej, to… No, właśnie, co? Jest lepszy, najlepszy? Łapki stały się wyznacznikiem wartości człowieka, firmy, książki itp. I sama czasami łapię się na tym, że patrzę, ile kto ma lajków i czasami aż gwiżdżę z podziwu, bo u niektórych to w dobrych tysiącach idzie. U mnie marnie, ledwo ponad trzysta, a i zbieranie lejków przychodzi mi bardzo powoli. Nie, żeby mi spędzało to sen z oczu, ale tak mnie to pobudziło do refleksji. Aha, i zazdrość mi się uruchomiła, bo patrzę na inne blogi, a tam takie cyferki piękne!

Okazuje się, że lajki można kupić. I to w ilościach hurtowych. Podejrzewam, że o ile jest podaż, o tyle musi być popyt. Zastanowiła mnie nawet przez chwilę logika takiej inwestycji, ale tylko przez chwilę. Może niektórzy lubią być lubiani za kasę, toż to zwyczaj stary jak świat, by kupować sobie znajomych. Kiedyś częściej działo się to w realu, teraz tylko przeniosło się do wirtualnego świata.

Jedna rzecz mnie jeszcze zastanawia. Okazuje się, że co niektórzy są mocno do lajków przywiązani, bo dają, ale jak im się coś nie spodoba, to wracają i zabierają. Wiem, że wiele ryzykuję, pisząc o tym, bo może jakaś łapka mi zniknąć. I przyznam szczerze, że mnie osobiście jest bardzo przykro, jak komuś się odwidzi i mi lajka zabierze. Toż to tak, jakby mi krzyknął, że mnie już nie lubi. A kto lubi być nielubiany? Nikt. Dlatego jak daję komuś łapkę, to jej nie zabieram. A niech sobie ten ktoś ma ku swojej radości.

I tak się zastanawiam, czy my czasem nie stajemy się pokoleniem jednego kciuka. Chociaż z drugiej strony lepiej kciuka niż środkowego palca.

A jak ktoś mnie jeszcze „nie polubił” i miałby ochotę, to zapraszam, bo i w sumie okazja być może, jutro Anny w kalendarzu, więc może chociażby na tę okoliczność… Ale potem bez zabierania, bardzo proszę, żeby mi przykro nie było.

by anna at lipiec 25, 2014 04:06

zycie na kreske

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

Kto chce starego, chorego człowieka?

Leje jak z cebra, ale mam nadzieję, że tydzień wakacji dla naszych mam i dzieciaków z Brwinowa udał się
byliśmy w Egipcie..., prawie
mimo wszystko. Była wycieczka do parku  miniatur, na Św.Krzyż  i na basen. Niestety deszcz skasował Sandomierz z listy. W parku miniatur obleciały dzieci cały świat i wile epok: od piramid po wieżę Eiffla.
Komentarze po prawej naprawione. Jeśli to zrobił Krasnoludek, to bardzo dziękuję.
Wczoraj narada w Urzędzie Miasta. Dobra i twórcza. Problem ogromny z ludźmi starszymi, chorymi, niepełnosprawnymi z naszych domów. Generalnie jest to narastający problem społeczny, którego nie widzą politycy. Albo zamiatają pod stół. Albo tworzą przepisy z sufitu. We Francji, choć trudno porównywać, bo kraj bogatszy, rząd wprowadza specjalne programy dla wsparcia ludzi starszych. Domy opieki o wyśrubowanych standardach są bardzo kosztowne i samorządów zwyczajnie nie stać na ich opłacanie. Zwłaszcza małych gmin.  A już tym bardziej bronią się przed płaceniem za człowieka bezdomnego, który opuścił ową gminę np. 20 lat temu, a w niej miał ostatni meldunek. Z jednej strony trudno się dziwić, z drugiej- gdzie mamy kierować naszych mieszkańców? I walka trwa w najlepsze. Aż do procesów sądowych. A w schroniskach w związku z tym brak miejsc dla nowych. Przewidywaliśmy taką sytuację, kiedy wprowadzano nowe prawo zrzucające na samorządy płacenie za domy opieki. Czy rzeczywiście każdemu potrzebny jest dwuosobowy pokój z łazienką i plazmowym telewizorem i inne specjały? Skutek jest taki, że miejsca w takich domach są, a ludzie pozostają poza nimi-bez opieki.  Z kolei dla młodych chorych np. psychicznie miejsc jak na lekarstwo. A choroby psychiczne to epidemia. Najlepiej oczywiście zorganizować opiekę w domu. I najtaniej. Tylko kuleje to jeszcze bardzo. A z roku na rok problem będzie narastał. I wszyscy musimy stawić mu czoła. Dzieci-rodzina- nawet najlepsza nie zawsze są w stanie sobie poradzić z opieką nad starym lub chorym. A wielu i rodziny nie ma, albo też nie ma co na nią liczyć. Jesteśmy w momencie wielkiego przełomu społecznego i trzeba tort dzielić od nowa.
Tort czyli kasę. Choć nie tylko o pieniądze chodzi. Często zwykłą pomoc sąsiedzką, parafialną, pomysły za grosze lub za darmo. Mam wrażenie, że to priorytet ewangeliczny. I już widzę oczyma duszy grupy młodych organizujące zakupy i sprzątanie w domach starszych parafian. Z uśmiechem na ustach. Albo zwalniające na parę godzin matkę opiekującą się niepełnosprawnym synem od 40 lat, albo sąsiadkę, która ma matkę z Alzheimerem. Młodych, którzy w trakcie katechizacji odwiedzają pobliski dom opieki z jakimś przestawieniem.  Są, ale nie tłumy, niestety. Tłumów do służby słabszym nigdy nie było. No to może chociaż malutkie tłumiki? Taki efekt Franciszka? I poczytujmy to sobie za zaszczyt, nie za ujmę. 




Nad-obowiązkowo

To prawda, nie jest łatwo być sługą.

Nie jest łatwo być na służbie Boga.
Tak łatwo się przyzwyczajamy, nawet do świętości.
Przyzwyczajamy się do ołtarza, przyzwyczajamy się do Boga,
jak przyzwyczajamy się do drugiego człowieka, do miłości.
I tak w miłość wślizguje się rutyna,
tak w wiarę wślizguje się rutyna.
Codzienne dreptanie.
Nie ma nic gorszego niż przyzwyczajenie.
Czasem zdarza się, że służba się zmienia
i sługa także.
Zamienia się we władzę, władzę nad innymi.
Władzę drzwi i kluczy, władzę książek.
Nikt nie jest od tego wolny.
I pewnego dnia oczekujemy hołdów,
godnego miejsca w chórze,
jak dawniej kanonicy w stallach.
Gdzie jest świętość?
Gdzie jest służba Bogu?
Dzisiaj sam Jezus
powołuje nas do służby,
do służby Ewangelii,
do służby innym.
To tam jest jedyna władza
sług Bożych. ks.Robert Riber

by Małgorzata Chmielewska (noreply@blogger.com) at lipiec 25, 2014 01:18

lipiec 24, 2014

Od rana do wieczora

O moim najmłodszym siostrzeńcu i o kangurowaniu po tarnowsku

22 lipca Wojtuś stracił status najmłodszego w rodzinie po kądzieli. Moja najmłodsza siostra Małgosia urodziła Kubusia (fanfary! owacje! gratulacje!).

Kubuś napędził nam wszystkim niezłego stracha, bo wybrał się na ten najlepszy ze światów 6 tygodni przed terminem. Szczęśliwie wszystko jest dobrze, chłopczyk jest malutki ale zdrowy. Genów nie wydłubiesz: ten sam numer zrobił jego tatuś trzydzieści trzy lata temu. Wyrósł na dorodnego młodzieńca, więc i Kubuś nadrobi.

Obecnie Małgosia dochodzi do siebie po cesarce. Z opieki i warunków jest zadowolona. Personel życzliwy, przemiła doradczyni laktacyjna jest na oddziale co drugi dzień. Tarnowski szpital wygląda jak prywatna klinika: odpicowany, oferuje pacjentkom dwuosobowe pokoje z łazienkami i łóżkami na pilota (moje niespełnione marzenie po każdym porodzie!).

Kubuś, jak to wcześniak, leży w inkubatorze. Pod wpływem moich delikatnych nacisków oraz lektury podsuwanych jej artykułów Małgosia poprosiła o możliwość kangurowania synka. Już po dwóch dniach (!!!) dostała na to zgodę. Mąż zawiózł ją na wózku do sali z noworodkami, położna wyjęła Kubusia z akwarium, odpięła mu wszystkie kable i kabelki, ubrała, owinęła w rożek, związała i podała młodej mamie, zalecając przystawienie do piersi.

Małgosia przystawiła. Synuś akurat spał, więc raczej obwąchał i polizał, niż possał. Porozczulali się przez chwilę i w końcu Małgosia zapytała:

- A kiedy będę mogła go pokangurować?
- No właśnie pani kanguruje! – odparła zdziwiona położna.

Tak właśnie wygląda kangurowanie po tarnowsku. Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać.

by Chuda at lipiec 24, 2014 10:51

nic specjalnego

Warszawa w wakacje....

....jest cudna. Wiem, część z Was mi napisze, że mam fioła, bo to okres wielu prac
drogowych i miejscami miasto wciąż wygląda jak  po pożarze.
Ale w wakacje Warszawa pustoszeje w widoczny sposób - jest znacznie mniej
samochodów, nareszcie mogę bez trudu przewidzieć ile czasu będę jechała do
sąsiedniej dzielnicy bo nie ma korków!!!. Chwilami  mam wrażenie, że jadę w złym
kierunku, takie pustki na jezdni!
Dziś pojechałam do lekarza pierwszego kontaktu po recepty na leki, które niestety
muszę brać do końca swych dni.
Wpadam do przychodni, pewna, że odsiedzę z godzinę pod gabinetem, a tu...ani
pół pacjenta. Panie recepcjonistki ogryzają paznokietki i coś szepczą - mówię
więc co mnie przygnało , a one twierdzą, że pan doktor już czeka na mnie.
Sprawę załatwiłam w dziesięć minut, łącznie ze zmierzeniem ciśnienia i poziomu
saturacji. Bo mój pan doktor to taki bardzo dbały o pacjentów człowiek.
Potem w aptece też nie było zupełnie chętnych do kupowania leków - no normalnie
luksus.
Korzystając  z takich udogodnień wybiorę się jutro by wyrobić sobie nowy dowód
osobisty, bo już w lutym mi dotychczasowy  expirował.
Zrobienie zdjęcia też zajęło mi w sumie 5 minut. I nawet jestem w stanie się na nim
rozpoznać. Bo na tym w paszporcie to naprawdę nie wiem kto jest:))
Aż zaczynam  żałować, że na trochę opuszczę Warszawę i wyjadę do dzieci.
I tak zachwycam się tymi pustkami w Warszawie i bardzo się cieszę, że nie jestem
gdzieś nad morzem.
Pociesza mnie tylko fakt, że w Berlinie też nieco mniej ludzi niż poza  wakacjami.

by anabell (noreply@blogger.com) at lipiec 24, 2014 11:37

Kurlandia

7 lat

Tak wiele się dzieje, że nie nadążam z opisami. Dziś siódme urodziny obchodził nasz starszy syn. Uczuciowy, miły, ruchliwy, nieprzeciętnie inteligentny, naiwnie garnący się do ludzi. I my kochamy tego wspaniałego chłopca z całego serca, energią do życia mógłby obdzielić pułk wojska.

Połowę tego uroczystego dnia syn spędził u Dziadków. Po powrocie do rodzinnego domu czekał na niego torcik malinowo – biszkoptowy  z siedmioma świeczkami…

…które to Michałek zdmuchnął z obydwoma Tatusiami.

Dziecko było szczęśliwe, a moje serce wypełniała radość i duma, że syn ma wspaniałe dzieciństwo i wyrasta na mądrego i uczuciowego człowieka. W ostatnim czasie Michał wielokrotnie zaskakiwał nas swoimi wypowiedziami, nauczył się też żartować. Choćby dzisiaj, gdy poprosiłam, żeby powiedział do mnie „mama”, a On – nawiązując do przypadkowej wypowiedzi braciszka sprzed kilku dni – odpowiedział przekornie „Jezus”. Potrafi nas ze spokojem strofować…”Mamo, nie denerwuj się na Nelkę, ona jest jeszcze malutka – nie rozumie”, nakreśla konsekwencje działań: „Bendem biegać po ulicy, bendzie bum autem i umarnę?”. Od ostatnich urodzin nasz syn bardzo wydoroślał. Da się tę Paskudę lubić szczególnie, gdy puszcza słodką wiązankę…”Tata jest mondry i kochany. I on jest szczeńśliwy z nami i nas kocha”. I te oczka Jelonka Bambi…

Od Ojca i Dziadków Jubilat dostał piracki stół wodny Little Tikes.To doskonała zabawa na upalne dni. Dziecko brodzi różnymi przedmiotami w wodzie, co przynosi rozgrzanej skórze ochłodę. Kiedyś mieliśmy stolik tego typu, lecz dużo mniejszy. Ten powinien posłużyć na lata: jest solidny i daje sporo możliwości jego wykorzystania. My z Jackiem zajęliśmy się poszukiwaniami statku. Szczęśliwie w Smyku wyszperaliśmy zabawki z przeceny minus pięćdziesiąt procent. Brakuje tylko słonecznej pogody i będzie się działo! Statek pochodzi z bajki „Jake i Piraci z Nibylandii”. Nie mam pojęcia co to za kreskówka. Jeśli nadal będzie lało, jutro nadrobimy zaległości.

Pod wieczór udaliśmy się do Aquaparku. Nasz wodołaz był przeszczęśliwy, Szymon natomiast dostał kolejny – trzeci już – trening w basenie. Najśmieszniejsze było, gdy dziecko próbowało złapać rączką światełko pod wodą. Kończyło się to pluskiem i ochlapaniem nosa oraz oczek. Starszy z braci szalał z Tatą. Wiele atrakcji była jednak wyłączona z użytkowania dla dzieci poniżej stu trzydziestu centymetrów. Jak to wytłumaczyć dziecku, które „woda” ma na drugie imię? Na szczęście Michał przyjął to ze zrozumieniem, gorzej ze mną. Ha ha ha. Pomachali marchewką i jej króliczkowi nie dali.

Właśnie zaczął się ósmy rok życia naszej pociechy…

***

 

 

 

 

by Iga at lipiec 24, 2014 10:10

nic specjalnego

Nie wiem- optymizm to czy trzezwość oceny

Jakiś czas temu poznałam w naszym osiedlowym sklepie starszą panią, która
mieszka w tym samym bloku co ja, ale kilka klatek dalej.
Prawdopodobnie gdyby się jej zakupy nie rozsypały wprost pod moje nogi nie
zaczęłybyśmy rozmawiać - mało kontaktowa jestem po prostu.
Pani Hania przyznaje się do faktu, że już ukończyła dość dawno 80 wiosen.
Widać po niej, że musiała być w młodości naprawdę śliczną dziewczyną.
Ponieważ nasz  osiedlowy sklep jest zaledwie kilka kroków od naszego bloku,
nic dziwnego, że dość często się  spotykałyśmy - ja mam do przejścia aż 100
metrów, pani Hania zaledwie 60.
Ponieważ  zawsze chodzę  do sklepu z moim "mercedesem" czyli wózkiem na
zakupy, ilekroć spotkałyśmy się na zakupach, ładowałam zakupy pani Hani na
wierzch swego wózka i podwoziłam je pod jej klatkę.
Pani Hania wyraznie  łaknęła czyjegoś towarzystwa i sądziłam , że jest osobą
samotną. Poza tym cały czas narzekała na  ból w stawie biodrowym.
Pewnego bardzo upalnego dnia , zauważyłam,że pani Hania ma na ręce
wytatuowany numer- cyferki były nadal bardzo widoczne i było ich  sporo.
Chyba  zbyt wyraznie się im przyjrzałam, bo pani Hania powiedziała:
"tak dziecinko, byłam w obozie i to w Ravensbruk. Ale byłam wtedy jeszcze
bardzo młoda i całkiem ładna. A poza tym znałam perfekt niemiecki i francuski,
umiałam grać na fortepianie i miałam chyba dobry głos, bo ukończyłam szkołę
muzyczną w klasie  śpiewu. Czasem uroda może  kobietę uratować, choć niestety
częściej  z urody wynikają kłopoty niż pożytek. Zostałam  służącą-opiekunką
starej matki jednego z wyższych rangą oficerów. Wiesz, to nie było miłe,
starzy ludzie są obrzydliwi i najczęściej niemili. Ale przynajmniej przeżyłam, to
też się przecież liczy."
Przez jakiś czas po tej rozmowie nie spotykałam pani Hani.
Gdy ją znów spotkałam byłam  zszokowana- z pani Hani  została co najwyżej
połowa - był straszliwie wychudzona i posługiwała się dwiema kulami.
Towarzyszyła jej młoda dziewczyna, którą pani Hania przedstawiła jako swą
opiekunkę z PCK. Pani Hania mrugnęła do mnie i powiedziała: "jest dobrze,
choć bez muzyki i śpiewu. A pobyt w szpitalu jest naprawdę świetną kuracją
odchudzającą, zwłaszcza gdy do tego dodasz infekcję jelitową".
Pani Hania pomału wracała  do sprawności, bo jednak wiek robił  swoje.
Gdy ją spotkałam  ostatnim razem, uśmiechnęła się , pogłaskała mnie po ręce
i powiedziała: "wiesz dziecinko, jest dobrze- moja mądra synowa rzuciła wreszcie
mego syna, miała rację, to drań. Biodro nadal mnie boli i trzeba drugi raz
operować. Tylko nie bardzo mam już z czego chudnąć. Ale cieszę się, że idę
znów do szpitala, nie będę z tym ponurakiem siedzieć w domu , to po nim
syn jest taki nie do wytrzymania. Żadna z nim nie wytrzymała. A jak  dobrze
pójdzie to już z tego szpitala nie wrócę . Więc jest dobrze. A ty dziecinko,
dbaj o siebie i nie ubieraj się na ciemno."
Pani Hani już nie spotkałam więcej. Ale nie widziałam też klepsydry, więc może
po szpitalu znalazła się w jakiejś specjalistycznej placówce?
Smutno mi, nikt już do mnie nie mówi "dziecinko".

by anabell (noreply@blogger.com) at lipiec 24, 2014 09:32

pierwsza żona

deszcz

Nie ma nic lepszego niż tir w deszczu.
Tir niebieski, z białom klapom. śliczny. I strugi deszczu.
Lubię jak pada latem. Uwielbiam, tylko wtedy nie mam depresji. Wtedy jest tak przytulnie i można bezkarnie siedzieć w domu a nie ze koszystac na siłę z lipcowego słoneczka bo zaraz będzie zima.

Oglądam różne Szerloki.
najbardziej lubie Downego Juniora no ale mało tego szerloka.

No ten angielski był fajny.
Aktor mnie odrażał na początku lecz skoro mi się śnił potem to domniemam, że go zaakceptowałam.

Teraz oglądam tego amerykańskiego z lucy liu.
Lucy na boga, rolą twojego zycia była rola suki w Ally Mc bil i naprawdę tylko czekam aż zawarczysz. ten amerykański szerlok dla amatorow ale oglądam.
Potem fajnie się tak dedukuje z ludzi na ulicy.
Nic mi nie wychodzi z tej dedukcji ale jest bardzo sympatycznie.

Nie za bardzo mi jakoś dziś wena twórcza idzie, zastanawiam się nad każdym zdaniem , wszystkie są jakoś bez sensu to będę kończyć.
Poklikam jeszcze trochę pracowniczo, walne se szerloka i piąteczek.

Aha, chciałam dodać, że jak ktoś przychodzi do mnie, żeby się pośmiać to zapraszam do archiwum.

Bo teraz to będzie tylko samo złoooooooo, smutek, deprecha i gotyk.

Uprzedzam.

Może nawet przestane przeklinać i zaczne pisać poprawnie ortograficznie ?

by autor at lipiec 24, 2014 07:20

Szymaczek

7 miesiecy

szymek

Dzisiaj skończyłem 7 miesięcy. Mam jednego zęba, potrafię pełzać do upatrzonej zabawki, ale głównie to przez cały dzień się uśmiecham od ucha do ucha! :D

by szymaczek at lipiec 24, 2014 06:26

Blog do czytania

Poznaj swoje ciało: dlaczego mokre dłonie się marszczą?

Ludzkie ciało nadal skrywa przed nami liczne tajemnice. Nauka odkrywa je jedną po drugiej, ale nadal to, co jest nam najbliższe, potrafi nas zadziwić. Dziś kilka słów o zjawisku, z którym każdy z nas styka się codziennie. No, chyba że unika mycia. Ale nawet takie osoby musiały mieć dłuższy kontakt z wodą i zaobserwowały jedną rzecz. Na […]

by mrcichy at lipiec 24, 2014 05:55

Pani Smaczna

Zapiekanka ziemniaczana z chorizo

Zapiekanka ziemniaczana z chorizo

Co widzicie przed oczami na hasło „zapiekanka”? Bagietkę z serem i pieczarkami z baru bistro? Mam nadzieję, że nie J Bo – mimo szacunku do dobrych zapiekanek tego rodzaju, np. z krakowskiego Kazimierza – zdecydowanie preferuję zapiekanki obiadowe, takie na bazie ziemniaków lub makaronu :) Dzisiaj na obiad u mnie właśnie zapiekanka ziemniaczana. A z czym? Hiszpańska chorizo, ser lazur, ser dojrzewający, pietruszka a także koncentrat pomidorowy. Mieszanka smaków słodkich, słonych i pikantnych iście zniewalająca. Do tego stopnia, że zapiekanka która miała starczyć na dwa dni, zniknęła w pół godziny :)

Składniki:

na naczynie żaroodporne o wymiarach ok. 30×20 cm

  • 800 g ziemniaków (już obranych)
  • 220 g chorizo picante
  • 40 g sera pleśniowego (typu lazur)
  • 200 g jogurtu naturalnego
  • 3 czubate łyżeczki koncentratu pomidorowego
  • 100 g sera długodojrzewającego (użyłam Stary Olęnder 6-miesięcznego)
  • pół pęczka natki pietruszki
  • łyżka świeżego tymianku
  • mała cebula
  • sól
  • pieprz










Wykonanie:

Ziemniaki obieramy i kroimy w plasterki. Zagotowujemy osoloną wodę i gotujemy ziemniaki około 6-7 minut. Odcedzamy i przelewamy zimną wodą.

Z chorizo jeśli się da zdejmujemy skórkę i kroimy w plasterki. Patelnią rozgrzewamy i smażymy na niej chorizo, do czasu aż wytopi się tłuszcz. Następne ściągamy z patelni samą kiełbasę, pozostawiając na patelni tłuszcz, do którego dodajemy koncentrat pomidorowy, ser lazur i jogurt. Mieszamy dopóki wszystko się nie połączy. Przyprawiamy solą i pieprzem.

Tymianek i natkę pietruszki siekamy. Cebulę kroimy w piórka.

W dużej misce mieszamy ziemniaki z sosem, cebulą, pietruszką i tymiankiem. Ser ścieramy na tarce o małych oczkach. ¾ sera mieszamy z ziemniakami. Całość przekładamy do żaroodpornego naczynia i posypujemy resztą sera.

Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180°C przez ok. 25 minut.

Smacznego!

by Pani Smaczna at lipiec 24, 2014 05:31

Domowa kuchnia Aniki

Kotlety z ziemniaków

Kotlety z ziemniaków

Kotlety z ziemniaków można przyrządzić, gdy z dnia poprzedniego zostało nam trochę ziemniaków. Można też oczywiście specjalnie ugotować ziemniaki, aby potem przyrządzić z nich smaczne kotlety. Takie kotlety ziemniaczane robiła moja mama i ja też od czasu do czasu sięgam po ten przepis. Podstawą dobrych kotletów ziemniaczanych są mączyste, suche ziemniaki, w żadnym wypadku nie mogą to być te bryjowate, które po ubiciu sa bezkształtną wilgotną masą. Brrr. Ale cóż zdarza się od czasu do czasu każdemu kupić taki gatunek ziemniaków. Gdzieś kiedyś czytałam, że masa sprzedawanych w sklepach ziemniaków to ziemniaki pastewne. W sklepie kupuję ziemniaki rzadko, ale zdarza się. Choć i na targu można trafić na takie, które potem trudno zjeść. Tak więc sypkie mączyste ziemniaki i sukces kotletów ziemniaczanych murowany:).
 Takie kotlety można podać w ramach bezmięsnego piątkowego obiadu z dodatkiem surówki lub sosu pieczarkowego. Ale smakują też z sosami mięsnymi. U mnie ostatnio podałam je z gulaszem.




Składniki:
  • 1 kg ugotowanych ziemniaków
  • 1 jajko
  • 3 łyżki mąki
  • 1 mała cebula
  • sól
  • pieprz
  • olej
  • bułka tarta do panierowania 
  • opcjonalnie 2 - 3 łyżki drobno posiekanej natki pietruszki
Sposób wykonania:
  • Ugotowane ziemniaki zgniatamy łyżką do puree i studzimy
  • Po wystudzeniu dodajemy jajko, mąkę i zeszkloną wcześniej na oleju drobno posiekaną cebulkę. Doprawiamy pieprzem i solą ( jeśli ziemniaki były gotowane w osolonej wodzie to nie solimy )
  • Wszystkie składniki dokładnie mieszamy i formujemy kotlety, które następnie obtaczamy w tartej bułce
  • Smażymy na oleju z obu stron po kilka minut
  • Podajemy z surówkami i/lub sosami

by Anika (noreply@blogger.com) at lipiec 24, 2014 06:25

Kraina filcu

Smoking kills...

O PAKOWANIU

 

„Pan Mercedes” bardzo się interesująco zaczyna. Ciut za ciężki jest do zabrania, ale przecież może go zdążę przeczytać, czekając na męża! Który oczywiście na dzień przed wyjazdem ma jakąś krwawą jatkę na rubieżach i jak zadzwonił na pięć sekund, to słyszałam tylko strzykającą adrenalinę. Nie wiadomo, o której wróci. Muszę nas spakować na czterdziestostopniowy upał – o dziwo, ma nie padać! Ale znowu się nie obeżrę tak, jak bym chciała.

Pilnujcie internetów – akurat rozwija się piękny wąteczek „Szwedzki stół w hotelu a wynoszenie jedzenia” – forumowicze obiecująco się wzięli za łby, więc mam nadzieję, że dobije do co najmniej 700 postów, ku chwale rodzimej turystyki zorganizowanej. (Od razu się przyznam – WYNOSIŁAM! Bułkę dla ryb).

by Barbarella at lipiec 24, 2014 02:29

Parada karzełków

Do tych, którzy tu nadal zaglądają...

...taka oto informacja, że przeniósł się sklep.



I w sumie tylko tyle ;)

by remo29@NOSPAM.gazeta.pl at lipiec 24, 2014 02:19

Kurlandia

Ogród w donicy

Moja Przyjaciółka Maria dała mi szczepki skalniaków, dzięki czemu mogłam kontynuować prace nad moim ogrodem w donicy. Teraz pozostało poczekać, aż rośliny się rozrosną. Bukszpan zostanie uformowany, by wyglądał jak drzewa. Może uda mi się wypełnić kompozycję jeszcze jakimiś miłymi detalami. Brakuje jeszcze dwóch niewysokich krzaczków, które posadzę przy murze.

***

by Iga at lipiec 24, 2014 11:37

Zuzanka

Anrzej rysuje

Zjednoczenie prawicy

zjednoczenie prawicyRysunek opublikowany na wyborcza.pl 22 lipca: http://goo.gl/gmfMd6

by Andrzej at lipiec 24, 2014 08:05

Slow Day Long

Slow Day Long na wakacjach: Znaleźliśmy portfel

Zdarzyło się Wam kiedyś zgubić portfel? W dodatku taki, w którym były wszystkie Wasze karty, dokumenty i mnóstwo kasy? A może został Wam skradziony? Jeśli tak to wiecie, ile idzie za tym wszelakich problemów.

Trzeba wyrobić wszystko od nowa, stracić kupę czasu na wypisywaniu formularzy, składaniu wniosków, na staniu w kolejce. Nic przyjemnego. Do tego dochodzi stres, że ktoś skorzysta z naszych kart. A jeśli mieliśmy tam jeszcze jakąś gotówkę, to z nią w ogóle możemy się już pożegnać.

Ja portfel gubię średnio raz na dwa dni. Jestem tak roztrzepany i myślę o tylu rzeczach na raz, że zazwyczaj zapominam gdzie go położyłem. Kamila na moje pytanie, czy widziała mój portfel (ale także np. klucze), zazwyczaj już tylko przewraca oczami.

Jesteśmy we wschodniej części Holandii, niedaleko miejscowości Zwolle, Heerde, Apeldoorn. Ostatnie dni urlopu poświęciliśmy na totalny chill out. Moja droga żona znalazła gdzieś w internecie przepiękną chatkę, która leży gdzieś pośród pól,  lasów, rzek i kanałów. Są też jeziora.

Slow Day long na wakacjach (1)

Slow Day long na wakacjach (2)

Slow Day long na wakacjach (3)

Slow Day long na wakacjach (4)

Slow Day long na wakacjach (9)

Nad jedno z nich wybraliśmy się wczoraj rowerami. Jechaliśmy dość długo, nigdzie się nie śpiesząc. Wycieczka rowerowa po holenderskiej wsi to naprawdę coś. W końcu dotarliśmy na miejsce. Duże kąpielisko, pełne rodzin z dziećmi i młodzieży. Góry piasku, ciepła woda i ciekawostka w postaci dużej ilości rzeźb ludzi, którzy stoją nieraz dosyć głęboko w wodzie. Robi to niezwykłe wrażenie.

Zanim jednak wyszliśmy na plażę ostro zatrzymałem rower, bo na ulicy leżał portfel. To już trzeci znaleziony w moim życiu. Pierwszym była podkówka z drobnymi. To było dawno temu, byłem dzieciakiem. W środku nie było żadnych dokumentów. Wstyd się przyznać, ale pieniądze i portfel wziąłem. Drugim razem było podobnie. W środku było 100 Euro i żadnych dokumentów.

Tym razem portfel wypełniony był głównie kartami (w tym np. bibliotecznymi i studenckimi), a w środku znajdowało się 30 Euro. Na dokumentach widniała twarz młodego chłopaka. Oprócz portfela na ziemi leżały jeszcze okulary Ray Ban. Całkiem fajne, takie składane, w sam raz na rower.

No nic. Spakowaliśmy wszystko do koszyka i poszliśmy się kąpać. Po powrocie poinformowaliśmy naszych gospodarzy o znalezisku. Syn Suzanne wklepał dane chłopaka w Google i 10 minut później poinformował jego babcię, do której znalazł numer, aby zgłosił się po odbiór zguby.

Niecałą godzinę później w naszym ogrodzie pojawił się przerażony i szczęśliwy chłopak, który wręcz skakał do góry z radości. Dopiero co dostał się na studia, w środku miał świeżo wyrobione dokumenty, w tym dowód osobisty. Byłaby dużo załatwiania.

W podziękowaniu dostaliśmy znaleźne (20 Euro) i czekoladki. Kilka razy prosiliśmy, aby je zabrał, ale on się nie zgadzał. Wyraził jednak wolę, aby zrobić mu pamiątkowe zdjęcie. Niezła historia.

Ciekawe, czy komuś z Was przytrafiło się coś podobnego? Albo nie daj Boże sami zgubiliście portfel, a potem ktoś Wam go oddał? Napiszcie.

P.S. Jeśli Ci się podoba jak i o czym piszemy, polub nas na FACEBOOKUDzięki!

Slow Day long na wakacjach (10)

Slow Day long na wakacjach (8)

Slow Day long na wakacjach (7)

by Damian at lipiec 24, 2014 07:30

Archiwum chaosu

Alternatywa

Każdy z nas ma w pewnym momencie przed sobą wiele otwartych drzwi. Większość próbuje otworzyć zamknięte. Nieliczni skaczą przez okno. Czasami budzę się w małej, ciemnej kawalerce we Wrocławiu. Skacowana, całkiem sama. Albo z gościem, o którym na razie wiem tyle, że chrapie i jest całkiem ładny.  Wciąż nie mogę się zdecydować, czy kończę studia czy to one kończą mnie. Jestem dziennikarką. Mam specjalistyczną klawiaturę a na niej kombinację klawiszy ctrl+v. Gdy myślę o tym jakie miałam wyobrażenia ogarnia mnie śmiech pusty jak lodówka. Moja lodówka. Ale jestem wolna. Piję...read more

by Kamila Łońska-Kępa at lipiec 24, 2014 06:55

Tokyo Pongi

Festiwal Mitama Matsuri

Tradycyjnie w połowie lipca w jednej z najważniejszych (i najbardziej kontrowersyjnych) tokijskich świątyń, czyli Yasukuni, obchodzi się festiwal Mitama Matsuri. Festiwal, który charakterem przypomina odpust czy dożynkowy festyn, poświęcony jest duchom zmarłych.

Nie jest dla mnie jasne czyim duchom konkretnie poświęcony jest ten festiwal. Niektóre źródła podają, że festiwal poświęcony jest duchom żołnierzy walczących za Japonię, inne natomiast mówią ogólnie o duchach przodków, stąd pewne moje zamieszanie. W trakcie festiwalu w świątyniach na terenie całego kraju odbywają się specjalne ceremonie, ale największy festiwal obchodzony jest na terenie tokijskiej świątyni Yasukuni. Świątynia Yasukuni jest poświęcona pamięci japońskich żołnierzy, w tym także tych, którzy są oficjalnie uznani za zbrodniarzy wojennych, co powoduje pewne napięcia w Azji, ilekroć premier Japonii lub ktokolwiek z rządu odwiedza tę świątynię.

Na festiwal tłumnie przybyła japońska młodzież, część wystrojona w odświętne yukaty. Tłum zaczynał się już przy wyjściu ze stacji metra i gęstniał z każdym metrem. Ponoć istnieje japońskie powiedzenie, którego niestety nie potrafię przytoczyć dokładnie, które brzmi mniej więcej: „tyle ludzi jak czarna góra”. Nie trzeba chyba tłumaczyć o co chodzi, poniżej zdjęcie warte więcej niż tysiąc słów :)

Mitama Matsuri

Przejście około 500 metrów w takim tłumie zajmuje około godziny . Za bramą torii znajduje się droga prowadząca do świątyni, na czas festiwalu udekorowana po obu stronach około 30 000 świecących lampionów. Wzdłuż drogi znajdowały się stoiska z tradycyjnymi japońskimi przekąskami (była też jedna budka z kebabem, ale udawajmy dla dobra sprawy, że jej tam nie było :) ). Były banany w polewie, ogórki z sosem miso, pełno szaszłyków, lodów i innych przekąsek z niewyobrażalną ilością majonezu, no i oczywiście napoje. Po drodze były występy i tańce, sporo osób spontanicznie przyłączało się do występów.

Tuż przed samym wejściem do świątyni ochrona pilnowała, aby nie wnosić jedzenia i ogromny tłum zniknął jak za dotknięciem magicznej różdżki. Widocznie większość osób przyszła pod świątynię się najeść.

 

Na terenie świątyni odbywała się wystawa lampionów, także tych bardzo nietypowych.

przed świątynią Yasukuni Festiwal Mitama Matsuri Festiwal Mitama Matsuri 1 świątynia Yasukuni dekoracje na Festiwalu Mitama Matsuri lampiony Mitama Matsuri lampiony Mitama Matsuri 1 Mitama Matsuri Yasukuni Mitama Matsuri Yasukuni 1 lampion

Lampiony przy świątyni na pewno warto zobaczyć, ale tym, którzy podobnie jak ja, nie są fanami tłumu i spędzania godziny w upalny dzień poruszając się żółwim tempem, przechodząc przy tym zapachami smażonych potraw, polecam ominięcie głównej drogi i wejście na teren świątynny bocznym wejściem.

The post Festiwal Mitama Matsuri appeared first on TokyoPongi.

by Maika at lipiec 24, 2014 06:50

Kura pazurem

Sześć kilogramów mojego szczęścia

Dawno nie było postu o moim sierściuchu. Dopominał się strasznie. Na początku nie rozumiałam, co chce mi przekazać, ale jak kilka razy przeszedł mi się po klawiaturze, a potem wskoczył na kolana i łapką sięgał do komputera, zrozumiałam. To był znak. Trzeba w końcu napisać znów o Nutusiu, bo jego wierni fani czekają. Przyznajcie, że Nutuś ma jakiegoś fana, choć jednego, bo inaczej to kocia depresja murowana.

dyplom 017Co prawda, kot całymi dniami dogorywa, bo jest mu za gorąco (w dodatku boi się hałasów, które obecnie dochodzą z naszego dachu), ale przypomniałam sobie, jak to kiedyś łobuzował. Pamiętam, jak go Jajo do domu przytachało, w wyobraźni miałam tylko obraz naszych przegryzionych w nocy grdyk i wydrapanych oczu. Bo przecież koty z tego słyną. Nakazałam wtedy małemu Jaju szczelnie zamknąć drzwi do pokoju, by kocur się nie dostał. To samo robiłam w swojej sypialni. Kotu jednak zajęło tydzień opanowanie techniki pokonywania drzwi. I nie było mocnych. Czekał tylko, aż zasnęłyśmy i taranem pokonywał przeszkodę, a następnie zwijał się w kłębuszek i zasypiał na moich nogach. Przez kilka pierwszych dni nawet podjęłam z nim walkę. On wlazł, ja wystawiałam go za drzwi. Cwaniak zaczął mnie sprawdzać, bo co ja go wystawiłam, drzwi zamknęłam, ledwo wróciłam do łóżka, a ten już stał w progu. Wtedy czekał, że niby nic, nie wchodził, ale jak widział, że za którymś razem znudziło mi się uczenie kota dyscypliny, wskakiwał na łóżko i leżał zadowolony do rana. Grdyki nie przegryzł ani mnie, ani Jaju. Ku naszej radości oczywiście.

Pewnej nocy wstaję z łóżka i do toalety pomykam. Patrzę. A w kuchni światło się pali. W pierwszej chwili myślę, że Jajo zgłodniało i myszkuje po lodówce. Jednak przyglądam się, a kot siedzi naprzeciwko otwartej lodówki i patrzy. Wyglądało to tak, jakby właśnie dumał nad tym, co przekąsić. Jak mi zżarł kilka obiadów, wypowiedziałam mu wojnę. Najpierw użyłam krzesła. Przystawiłam pod drzwi lodówki. Wracam z pracy, kotlety zeżarte, kot śpi z brzuchem w górze, na moim łóżku oczywiście. O, ty dziadzie jeden, myślę. Potem poszedł w ruch stół kuchenny. Wracam z pracy, sera nie ma, lodówka otwarta, stół przesunięty. Twarda bestia. Wojna w toku. W końcu przystawiłam stół, za stołem pojawiło się krzesło, ale tak, żeby zablokować wszystko o ścianę. Bingo! Nie ruszył. No, tylko kuchnia wyglądała dziwnie i raczej niewygodnie się wtedy z niej korzystało. Kupiłam więc zabezpieczenia przed dziećmi. Zamontowałam i od tej pory lodówkę miałyśmy z Jajem na zapinkę.

A jak sprzedałam mieszkanie i przeprowadziłam się na dwa tygodnie do rodziców, to sobie dziad przypomniał, że lodówka równa się rejon łowiecki z idealnie poddającą się zwierzyną w postaci kotlecików. I też otwierał. Jednak okazało się, że już tak fajnie nie było, bo rodzice na dole mieli zamrażarkę, a tam raczej o serek trudno, więc w końcu się oduczył. A w nowym mieszkaniu zabudowaliśmy lodówkę szafkami, żeby go zmylić. I nie otwiera. Wojna więc wygrana!

feta 013Podobnie było, jak zaczęły się pojawiać w moim mieszkaniu ubrania (wtedy jeszcze przyszłego) Mężusia. Nutuś wskakiwał do szafy i wywalał na podłogę tylko to, co należało do „intruza”, a na dokładkę, by dobrze zrozumiał przekaz, gryzł go po stopach. Mężuś na szczęście wykurzyć się nie dał i dzisiaj to najlepszy kandydat do głaskania kocura, który bez skrupułów mieszka w gabinecie swojego nowego pana, ale oczywiście z zachowaniem wszelkich środków ostrożności, żeby czegoś nie zniszczyć, a tym samym nie popaść w niełaskę. No, od czasu do czasu zatrudnia się jako niszczarka do papieru, ale to Mężuś mu z reguły wybacza.

Kilka zresztą takich wojen mamy na swoim koncie. Kiedyś pisałam, jak Mężuś oduczał kota przechodzenia do sąsiadów. Mężuś wygrał. Po roku można zdecydowanie ogłosić to zwycięstwo nad kocurem. Nutuś poddał się i płot, który nie stanowiłby żadnej przeszkody dla normalnego kota, dla naszych sześciu kilogramów szczęścia jest barierą nie do przebycia.

Takiż to nasz Nutuś.

by anna at lipiec 24, 2014 04:13

zycie na kreske

notatki na mankietach

futrzak

W Kalifornii jak wiadomo jest susza najgorsza od kilkudziesięciu lat. Gubernator Jerry Brown ogłosił stan stan klęski żywiołowej, a tymczasem….władze miasteczka Glendora, znajdującego się w pobliżu Los Angeles będą karać mandatami w wysokosci $500 tych, co wodę oszczędzają.
Czemu? No bo… dopuścili do tego, że ich trawa już nie jest zielona!!!

Nie, pomalowanie farbą trawy nic nie da. Niestety.
Niektore lokalne władze pozwalają na inne rozwiązania – ale to nie wszędzie.
Moja przyjaciółka, która ma dom w Sacramento, przez 2 lata z rzędu musiała zaplacic karę $800 za nie posiadanie zielonej trawy. Próbowała natywnych roślin (ktore nie wymagaja podlewania) – nie. City did not approve. Próbowała umieścić skały, a dookola nich wysypać piasek/żwir. Nie. City did not approve.
W końcu się wk* i rozpyliła przemysłowy round up wszędzie. W tej chwili jest tam łysa ziemia i city odczepiło się wreszcie od niej – a przynajmniej na to wygląda, bo nie jest powiedziane, że w następnym roku znowu sie o coś nie przyp**

Ok, ja mogę zrozumiec argumenty, dlaczego sucha trawa nie. Bo zagrozenie przeciwpozarowe. Podobnie z natywnymi roslinami, ktore sa przyzwyczajone do siedmiu miesięcy bez deszczu i z tego powodu są wspaniała podpałką. Ale co komu wadzą kaktusy i sukulenty???? To naturalna obrona przed pożarem. Albo skałki/kamienie i piasek – taki zen garden???

Ja sama też miałam milusie i fajniusie maniany z Home Owners Association. Otóż, w apartamencie własnym powiesiłam sobie zasłony w kolorze szkarłatu. Usłyszałam, ze muszą być w kolorze białym albo kremowym lub beżowym, żeby „pasować do reszty” bla bla bla. Prania suszyć na balkonie nie można było (oczywiście w kompleksie były suszarki elektryczne, za opłatą, a jakże, oraz absolutny zakaz zainstalowania sobie własnej pralki i suszarki wewnątrz mieszkania), jak wywiesiłam sobie kwiatki na balustradzie balkonu w uchwytach, co to wystawaly na zewnatrz, to tez NIE. USUNĄĆ.

Niczemu się nie podporządkowałam – zostawiłam to w diabły (wiedzą ci, co czytają mojego bloga wystarczająco dlugo). Niemniej, ludzie się podporządkowuja, bo wiedza, ze najpierw dostana mandat. Potem drugi, potem wezwanie do sądu, a potem HOA może im zlicytować dom za zaległe a nie zaplacone mandaty.

Anyhow.. wracając do konkretów: sytuacja w rożnych miejscach w Kalifornii była na tyle zła, że deputowana stanowa (California State Assembly member) z ramienia demokratów Cheryl Brown zgłosiła projekt uchwały, w myśl której lokalne władze nie mogłyby nakładać kar na właścicieli mających na terenie swojej posesji „brązową trawę”. Radna porzuciła projekt AB1636 gdy władze miast w jej dystrykcie obiecały, że nie będą karać za brązową trawę podczas stanu klęski suszy.
Jakież było jej zdziwienie gdy dowiedziała się, że praktyki karania są kontynuowane w najrożniejszych miejscach w Kalifornii….


by futrzak at lipiec 24, 2014 01:01

Sprawo-Zdanie

Haruki Murakami, „1Q84”


Wystartował biegacz pełen werwy i wigoru, znający swoje poprzednie umiejętności, z ogromnymi nadziejami na życiowy wynik na tak długim dystansie, jednak po mocnej 1/3 z lekka traci tempo, słabnie, czasem się potknie, ale wynik jest jeszcze do uratowania, wystarczy podkręcić tempo i się go trzymać, aż nagle po 2/3 dystansu opada całkiem z sił, słania się, pada na kolana, z trudem się podnosi i pełznie dalej, męczy się okrutnie i z cierpieniem w oku wypatruje mety, ba! myśli nawet o zejściu z trasy, bo ta monotonnia i przewidywalność trasy jest nie do wytrzymania, ale już zaraz meta, meta, która po minięciu jest tylko zwykłą białą kreską bez fanfar, jest końcem udręki, brakiem satysfakcji, padem z wyczerpania...

by KBKBKB (noreply@blogger.com) at lipiec 24, 2014 12:43

lipiec 23, 2014

zapiski zgagi

Beczkę soli nie z każdym można zjeść…

Szczególnie podczas urlopu. Ano, właśnie!

Paręnaście dni temu słuchałam w Trójce opowieści któregoś z dziennikarzy o dwuosobowej wyprawie samochodowej po obu Amerykach. Podróż trwała sporo czasu. I była dla obu panów świetnym sprawdzianem przyjaźni i… wzajemnej tolerancji! Sprawdzian zaliczyli na szóstkę!

Trwają wakacje. Ludzie wyjeżdżają w gronie rodziny lub przyjaciół na tydzień, dwa, czasem na dłużej. Niby w celach czysto rozrywkowo-relaksacyjnych. Czyli ma być przede wszystkim sympatycznie i przyjemnie… Bez kłótni, zgrzytów itp.

Pamiętam z młodych lat nasze coroczne  biwaki. Niemal niezmiennie w tym samym czasie (przełom czerwca-lipca) i miejscu (wyspa na Wdzydzach).  Stan osobowy circa 10-12 sztuk. Część ,,sparowana”, reszta single. Czas pobytu – 10-14 dni.

Bywało, że po tygodniu zaczynały się drobne animozje. Zaczynało wkurzać, że np. Mały nie przykłada się do żadnych obowiązków, a poza tym samowolnie wypływa przez nikogo niezauważony w poprzek jeziora, podczas gdy jego umiejętności pływackie są niewielkie. Że część dziewczyn udaje, jakoby nie potrafiły ugotować makaronu ani zrobić kanapek. Że Krzysiek, samozwańczy ogniomistrz, funduje co wieczór ponad dwumetrowy płomień, co przyciąga patrole milicji i straży parku krajobrazowego… I generuje kłopoty.

Z tej przyczyny, starsi i bogaci w doświadczenia, teraz na rocznicowe Piernikalia spotykamy się tylko  na 4-5 dni. To akurat tyle, by się doskonale bawić, ale nie zmęczyć własnym towarzystwem. Szczególnie, że, powiedzmy sobie szczerze, już jakieś starcze dziwactwa się pomału pojawiają!

Wczoraj Asia przysłała sms-a, że jakiś kryzysik w ekipie muzycznej na szwedzkiej trasie. Fakt, nigdy dotąd nie byli w takim składzie przez tydzień, 24/24! Obudziły się jakieś małe demony… Na szczęście szczera wieczorna Polaków rozmowa oczyściła atmosferę.

Pamiętam opowieść Sister o wyjeździe sprzed lat. Cztery pary, cztery dni wspólne. Jedna z pań zażyczyła sobie zawczasu dokładnego podziału dyżurów kuchennych, pełnego menu na każdy dzień, rozpiski w kwestii sprzątania domku itp. A gdy już byli na miejscu, okazało się, że kobitka potrafi rozmawiać li i jedynie o środkach czystości i przepisach kulinarnych. Jakaś krewna pani ,,perfekcyjnej” najwidoczniej…

Wniosek: nie tak ważne miejsce urlopowe, ile kompania! Z małostrawnym towarzystwem ani Egipt nie ucieszy, ani Bali, ani Seszele… Pozostanie niesmak i poczucie, że  się w ogóle nie było na urlopie!

by Zgaga at lipiec 23, 2014 09:12

Od rana do wieczora

Czasami pozory mylą, a czasami nie

W mojej rodzinnej parafii trwa peregrynacja obrazu „Jezu ufam Tobie” oraz relikwii świętych siostry Faustyny i Jana Pawła II. W wielu oknach okolicznościowe dekoracje: przyklejony do szyby plakat lub wystawiony w oknie święty obrazek, obok wazon ze sztucznymi kwiatkami oraz chorągiewki papieskie i maryjne wbite do doniczki.

Przy ulicy, która sąsiaduje z placem targowym, jest jedno bardzo zaniedbanie obejście. Jego właściciel, pan Z. słynie w okolicy z nadużywania trunków wyskokowych. Onegdaj po obejściu kręciło się wiele psów, które wystawały przy ogrodzeniu z minami zbolałymi, budząc powszechną litość, tym powszechniejszą, że jak wieść gminna niosła, kończyły jako psi smalec.

Po panu Z. nie spodziewałabym się dekoracji z okazji nawiedzenia obrazu, a tu szok. Idę w poniedziałek, patrzę i już z daleka widzę, że na jego podwórku, blisko bramy, stoi stół nakryty białym obrusem, a na stole obrazek i sztuczne kwiatki w wazonie.

No patrz, myślę sobie wzruszona, a ktoś powiedziałby, że jak pijak to bezbożnik. A tu takie piękne świadectwo wiary i radości z nadchodzącej peregrynacji!…

Podchodzę bliżej, patrzę i przez chwilę nie rozumiem, co widzę.

To, co wzięłam za święty obrazek to płaski monitor. Obok monitora wazon, a dalej szafka łazienkowa i kilka pojedynczych filiżanek. To nie dekoracja, a stoisko handlowe. Wszak poniedziałek to w Wojniczu dzień targowy.

U Dziadków Michaś ma do dyspozycji tylko kilka klocków Lego i co rusz buduje z nich coś nowego. Kolejny dowód na to, że wielość zabawek zabija kreatywność. A to jego dzisiejsza konstrukcja. Czy ktoś czuje się na siłach zgadnąć, kogo przedstawia?

michlego

by Chuda at lipiec 23, 2014 08:49

Kura

Kursnoludki

Sobota.

Brodoziak, G. i A. są w ogródku.

Zespołowo użerają się z wielkim krzakiem pełnym tłustych pająków.

Tną, dziubią, skubią.

Ja, w  celach towarzyskich, prasuję na tarasie.

Zza tekstylnego kłębowiska obserwuję.

T n ą. T n ą. T n ą. 

Prasuuuujęę, prasuuuujęęę.

r

a

s

u

j

ę.

Zerkam na zegarek.

Prasuję już od około 2 lat, i pół rokujeszcze, i 16 minut, i sekund 175129.

Wzdycham jak stara lokomotywa.

- Muniu, a co robisz? - pyta G. zainteresowana moimi jękami.

- Prasuję - mówię optymistycznym głosem niewolnicy.

- A po co? - G.stawia pytanie zaburzające sens życia.

- Eee. Boooo. Żeee ŻeŻeŻebyście byli eleganccy - mówi ę , szukając marnej prawdy.

- A tobie kto uprasuje? - pyta G. rozglądając się dookoła .

- Mi, mi, miiiii, iiiii, mmm, yyy...

"My jestesmy kursnoludki hopsasa hopsasa, pod deskami nasze budki hopsasa"*.

 

 

Dla chętnych równie atrakcyjne wersje do wyboru:

1. za garami

2. pod ścierami

3. między mopami

4. ... wpisz ulubione...

 

Pozdrawiam

Kura w krasnej czapce

 

*Fragment piosenki "Krasnoludki" zespołu Fasolki. Tak mi się wydaje. Ale mogę mieć luki w pamięci z ... przeprasowania. :)

by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at lipiec 23, 2014 08:44

Szymaczek

Kraina filcu

OKAZJA - WEŁNA CZESANKOWA 25% TANIEJ !!!

Już od dzisiaj każdy rodzaj wełny czesankowej dostępnej w naszym sklepie internetowym ww.krainafilcu.pl będziecie mogli kupić aż o 25% taniej.


Wystarczy, że w komentarzu do zamówienia wpiszecie "wełna czesankowa 25% taniej", a my odeślemy Wam maila z dokładną informacją jaką kwotę za zamówienie macie wpłacić.

Promocja dotyczy wełny z merynosa południowoamerykańskiego, wełny czesankowej hiszpańskiej, multikolorów oraz czesanki akrylowej i trwa do końca tygodnia ( 27.07.2014).

Zapraszamy na zakupy.

by kraina filcu (noreply@blogger.com) at lipiec 23, 2014 04:38

Szymaczek

am mniam

Jak zrobić mąkę jaglaną ?

Kasza jaglana wraca do łask i coraz częściej zaczyna gościć na naszych stołach, co widać chociażby po olbrzymiej ilości rozmaitych przepisów na dania z jej udziałem, które można znaleźć w sieci. Jest zdrowa, bezglutenowa, lekkostrawna i niesamowicie wdzięczna w kuchni – niech zatem króluje. W sklepach oprócz kaszy jaglanej, dostępna jest jaglana mąka, którą można stosować... More

by Magda at lipiec 23, 2014 10:46

Blog do czytania

Wpół do weekendu #4

Czasem patrzysz na mapę i zastanawiasz się „ciekawe, co też kryje się za tymi wszystkimi kreskami i kropkami”. Na szczęście są ludzie, którzy potrafią Ci odpowiedzieć. Na dobry początek – dwa zestawienia: 40 nietypowych map. 38 nietypowych map. Niektóre z map pojawiają się w obu artykułach, ale i tak mamy tu kilkadziesiąt obrazków, pobudzających do myślenia. […]

by mrcichy at lipiec 23, 2014 10:00

Anna Sakowicz

Bahama yellow

Bardzo dawno już książka nie wzbudziła we mnie aż tak skrajnych emocji. Kiedy sięgnęłam po „Bahama yellow” Marty Magaczewskiej, to najpierw oceniłam okładkę, bo nie spodobała mi się bardzo, choć oczywiście to kwestia gustu. Tytuł na niej jest praktycznie nieczytelny, a i kolory takie jakieś bez życia. Potem zaczęłam czytać i pierwsze myśli były w…

by anna.sakowicz at lipiec 23, 2014 09:54

Szymaczek

Pierwszy ząb.

image

Wczoraj bardzo mi dokuczał, ale dzisiaj już jest. Prawa dolna jedynka! Od razu zacząłem chętniej jeść. ..

by szymaczek at lipiec 23, 2014 09:06

Kurlandia

Chusta animatora

Na turnusie rehabilitacyjnym dzieci uczyły się poprzez zabawę. Widzieliśmy wielki entuzjazm w oczach Michała, który to głośno domagał się pierwszeństwa we wszelkich zabawach. Szymon natomiast wpatrywał się i kodował…Tylko te jego oczy zmieniały się z każdym dniem. Dziecko poznało kawałek świata…

Postanowiliśmy zamówić chustę do animacji o średnicy 3 metrów. Pozwala ona na zorganizowanie ciekawych zabaw grupowych.

cdn

by Iga at lipiec 23, 2014 08:57

Czytadelko

Kuchnia osadników. O miłości, wędrówkach i jedzeniu - Yasmin Alibhai-Brown

Kuchnia osadników bardzo mnie zaskoczyła. Spodziewałam się opowieści okołokulinarnych, zwiedziona dodatkowo tym, że kuchnia pojawia się już w tytule. Byłam pewna, że to właśnie ona stanowić będzie centrum wydarzeń opisywanych przez Alibhai-Brown, że będzie punktem wyjścia do opowieści o życiu autorki, że smaki i zapachy będą się wydobywać spomiędzy stron. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Zamiast zapachu indyjskich czy afrykańskich potraw, spomiędzy stron dociera do nas tęsknota za tym, co utracone. To życie autorki oraz jej rodaków jest osią książki, kulinaria w Kuchni osadników stanowią jedynie miły dodatek.

Być może część opowieści zamieszczonych w Kuchni osadników nieznacznie mija się z prawdą, ale sama autorka tłumaczy to tak: Moje wspomnienia z dorastania w Afryce Wschodniej w latach pięćdziesiątych są zbyt żywe, by mogły być dokładne. Historie, które słyszałam, i te, których doświadczyłam, trudno mi już rozplątać. Pamiętam, że nie pasowałam do świata i zawsze miałam problem z krajem, w którym się urodziłam. Czy była to Afryka? Dodatkowy kawałek Indii? Albo Mała Anglia, tyle że słoneczna?*

Jako czytelnik miałam jednak wrażenie, że mimo zatarcia się w jej pamięci pewnych obrazów, Yasmin Alibhai-Brown z ogromną dbałością o szczegóły opisuje historię hinduskiej diaspory w Afryce, zwracając uwagę na daty, zmieniających się władców, opisując zależności polityczne. To momentami sprawia, że niektóre fragmenty Kuchni osadników stają się przyciężkawe i zaczynają nużyć. Niemniej jednak autorka rozrzedza to wszystko historią własnej rodziny. Wraca do czasu jeszcze przed swoim urodzeniem, opisując poznanie swoich rodziców i analizując ich relacje. Mamy okazję przyjrzeć się też jej własnemu dzieciństwu, całej drodze edukacji, jaką mimo wszelkich przeciwności losu przeszła, potem też spotkaniu przyszłego męża. Autorka, mam wrażenie, bez ogródek opisuje swoje stosunki z rodzicami, ukochanym, z rodzeństwem i własnymi dziećmi. Przyznać muszę, że to właśnie te fragmenty, przeplatane właśnie, czasem bardzo krótkimi, wstawkami o kuchni i potrawach, zainteresowały mnie znacznie bardziej niż to, co działo się w Ugandzie z całą społecznością afrykańskich Azjatów.

Życie Yasmin Alibhai-Brown nie było usłane różami, ani nawet łatwe. Przez cały czas rozdarta pomiędzy różnymi kulturami, niepotrafiąca znaleźć własnego miejsca, spotykała się z rozmaitymi przejawami rasizmu, z każdej możliwej strony. Różni bigoci często każą mi spieprzać tam, skąd przyjechałam. Czyli dokąd właściwie? Do Kampali, gdzie się urodziłam? Czy do Karaczi, skąd pochodził mój ojciec, ale skąd jako siedemnastolatek wyjechał na zawsze do ukochanej Anglii? A może do Porbandaru w prowincji Gudźarat w Indiach, skąd zabrano mojego dziadka ze strony matki, gdy był małym chłopcem? Albo do Dar es Salaam w ówczesnej Tanganice, bo tam urodziła się moja matka? Czy mój błękitnooki mąż Anglik i cudowna mieszana córka także mają wyjechać? A co z naszą piękną angielską synową i synem, dumnym Brytyjczykiem o skórze koloru ciemnego karmelu?**  Nic więc dziwnego, że jest w niej odrobina żalu do ludzi, wśród których przyszło jej żyć. I ten żal wraz z ogromną nostalgią są mocno wyczuwalne w Kuchni osadników . Tym bardziej, że dziennikarka nadal nie odnalazła miejsca, które mogłaby nazwać prawdziwym domem. Utrata ojczyzny, puste tęsknoty, wciąż doskwierają. Czasami nawet są odczuwalne mocniej. Mamy już domy, samochody, firmy i złoto, większe i lepsze niż to, co posiadaliśmy w Afryce. Ale jak odbudować wewnętrzne krajobrazy piękna, obrazy zakorzenione jeszcze w dzieciństwie?***

Kolejna książka wydana w serii Dolce vita to historia, którą warto poznać. Jeśli już nawet nie ze względu na wydarzenia w niej opisane, to z uwagi na wielość przepisów jakie znajdziemy w kolejnych rozdziałach i które, po lekturze, z pewnością zechcemy wypróbować we własnej kuchni.

Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl 

Yasmin Alibhai-Brown,  Kuchnia osadników. O miłości, wędrówkach i jedzeniu, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne 2014

*s. 116

**s. 19

***s. 285

by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at lipiec 23, 2014 07:23

Tomaczek

Czekamy na autobus

image

Byliśmy dzisiaj odwiedzić Helenkę. Mamamama nienie zrobiła żadnego zdjęcia bo mówi,  że za szybko biegamy:D

by Tomaczek at lipiec 23, 2014 07:03

zycie na kreske

Kura pazurem

Zbiegło się w praniu

Ciężkie dni nastały w moim królestwie. W dodatku znikąd pomocy… (tutaj oczywiście przesadzam) Kurz, rumor, walący się komin, pobudka o szóstej. Tak właśnie wygląda moja marna egzystencja. A i jeszcze stękające Jajo, które ma pokój na poddaszu, a o ósmej się budzi (w wakacje!!!), bo budowlańcy po dachu (od dwóch godzin) latają i przybijają, zwalają, wciągają itp. Jest jednak szansa, że dach i komin „odzyskamy”.

TVNawet ostatnio nawiedził nas rzeczoznawca z ubezpieczalni. I muszę przyznać, że byliśmy pełni podziwu, bo sam się doszukiwał zacieków. Nawet jak mu mówiliśmy, że na czerwonej ścianie wyschło i nic nie widać, to pan twierdził, że pod światło widzi i to też trzeba zgłosić. Pełen profesjonalizm. Oczywiście decyzji jeszcze nie mamy, ale może jakoś się uda i odszkodowanie za zalanie dostaniemy. W końcu po coś człowiek się ubezpiecza.

Wczoraj dostaliśmy papiery do wypełnienia. Mamy zgłosić uszkodzenie ruchomości (ku naszemu zdziwieniu). Co prawda chyba oprócz ścian nic się nie zniszczyło, ale przecież mogło, nie? Oczywiście wyobraźnia mnie poniosła. I zaczęłam kombinować jak Polak (bez obaw, tylko teoretycznie). Przecież mamy w sypialni mały telewizorek, tak? Mamy. W salonie przydałby się dużo większy. A szczegół, że go prawie nie oglądamy, to nieważne, przecież włączyło mi się kombinatorskie myślenie. Taki mus „narodowy”. I tak sobie główkuję, w mojej rozczochranej zwoje poskręcały się już odpowiednio.

– A może podamy, że nam telewizorek zalało, co? – mówię do Mężusia, a pycho mi się śmieje, bo w sypialni niczego oczywiście nie zalało. – Wrzucimy go do wanny, wykąpiemy i jak nic będzie ofiara zalania.

Mężuś spogląda na mnie z politowaniem i nic nie mówi, bo przecież skomentować tego się nie da.

– A potem, wiesz – dodaję od razu – byśmy sobie taki super kupili, z 50 cali, a co tam. I parskam śmiechem, czym wzbudzam wyraźny niepokój u Mężusia. I jakby widzę w jego oczach strach o moje zdrowie. Ale spokojnie, ja przecież wiem, że ubezpieczalnia zapłaciłaby za zalanie małego telewizora, a takie odszkodowanie nie starczyłoby na 50-calową landarę.

– ??? – Mężuś tylko patrzy, a ja, żeby go uspokoić mówię:

– Spokojnie, powiemy, że tego dnia, zanim zaczęło padać, był straszny ukrop, więc leciał z nieba wrzątek i telewizor zbiegł się lekko w praniu, że normalnie to miał 50 cali.

I tu już śmiejemy się jak głupki, bo przecież pomysł genialny w swej prostocie. Sami przyznajcie.

Na szczęście nic ruchomego nie uległo zniszczeniu, więc teraz spokojnie czekamy, jak rozpatrzą zalanie tylko ścian i sufitów. Ale pośmiać się zawsze można, nie? Toż podczas remontu tylko to człowiekowi zostaje.

 

by anna at lipiec 23, 2014 03:47

notatki na mankietach

futrzak

Kiedys, dawno dawno temu, jeszcze w Kalifornii, zanim nabyłam smartfona (iPhona dokladnie, ale to nie ma większego znaczenia) do kibelka szło się poczytac gazetę – zawsze miałam stos zaprenumerowanych National Geografic pod ręką, umieszczonych w stosownym miejscu.

Odkąd przyjechałam do Argentyny, wyzbywając się po drodze dobra papierowego (niestety, zbyt cięzkie i transport przybiera ceny kosmiczne, stare dobre czasy skonczyly sie) – do kibelka i poczytać przed snem biegam juz nie z książką czy gazeta, ale ze smartfonem. Dzięki temu najnowsze newsy mam zawsze na bieżąco, moge sobie w razie czego pograć, a nawet pouczyc sie jezyków obcych :) (duolingo.com jest w wersji na smartfona).

Od tej strony smartfon (nie uzywam go w ogole jako telefonu, ba nie mam w ogole telefonu i jest mi z tym nad wyraz doskonale) jest genialnym wynalazkiem. Ma troche maly ekran – niestety – zastanawiam sie wiec nad kupnem tabletu.

I tu zaczyna sie niejaki dramat. Biorąc pod uwagę ceny z rynku amerykanskiego, przyzwoity tablet równa się zwykłemu PC. Który jest co prawda duzy, niewygodny i nieprzenośny ale… możliwosci w porównaniu z tabletem ma wręcz fenomenalne. Po pierwsze, każdą część w razie zepsucia sie mozna łatwo i niskim kosztem wymienic (no, przynajmniej ja sama potrafię to zrobić). Po drugie – mozna instalowac normalny, pelny OS, a nie jakieś ograniczone, pozbawione multithreading i multitasking kikuty (no, cos tam jest, ale to substytut tak czy siak..). O przenośności jakichkolwiek plików i aplikacji nie wspomne już…

To moze jednak poczekam, az moj iPhone sie rozleci, a technologia tabletów posunie znacząco naprzód, zanim znowu cos kupie…?

Ja w sumie nie jestem jakims strasznym geekiem. Laptopa mam tego samego od 3 lat…dwie stacjonarki przed wyjazdem sprzedalam, podobnie aparat (czego w sumie zaluje bo jednak to byl Canon EOS D-60, ktory tutaj kosztuje jakis chory szmal, a to porządna maszynka byla); teraz mam tylko idiotenkamerę Canona. No przestarego iPhona 3GS – zabytek klasy zero… ale dopoki dziala, nie wyrzuce. Na kindla szkoda mi kasy – urządzenie mobilne jednozadaniowe (w zasadzie) jest bez sensu, tym bardziej, ze ma proprietary format i cala reszte. To juz byle tablet lepszy…


by futrzak at lipiec 23, 2014 03:20

lipiec 22, 2014

kociokwik

Ploteczki

Koty odmówiły dziś uczestnictwa w życiu. Owszem rano chętnie towarzyszyły mi podczas sprzątania, włażąc wszędzie tam, gdzie nie powinny, ale popołudniu zmęczone nadzorowaniem porządków, zasnęły. Gusia wyłamała się z atrakcji życia domowego wcześniej, wsadzona przed 9 - na swoją wyraźną prośbę - do szafy, między zmiany pościeli, opuściła kryjówkę dopiero koło 17. I to tylko dlatego, że namówiłam ją na jedzenie;-)

Do kotów oczywiście dołączyła i Sara, która spała tak smacznie, że aż nie chciało jej się sprawdzać, co robię i czy przypadkiem nie karmię kotów.

Na wieczornym spacerze była już ożywiona. Szczególnie jednak na wybiegu, gdzie spotkałałyśmy wilczaka czechosłowackiego, pieska wyżłopodobnego, który zaczepiał wszystkich i Sara musiała mu wyjaśniać, że tak się nie robi, oraz haskiego, który pozazdrościł Sarze patyków i sam też leżał i gryzł:-)

Zbliża się pora spania, zwierzyniec nakarmiony układa się w ulubionych miejscach. Jeszcze tylko sprawdzić, czy nie ma nikogo na balkonie, poczęstować Sisi tabletką i można iść spać :-) Dobrze, że mam urlop:-D

P.S. Nakrzyczała na mnie dziś jedna pani. Krzyczała w chwili, w której jej pies napadł na Sarę. A krzyczała, bo skoro widzę, że ona jest na tej ścieżce ze swoim psem, to dlaczego ja idę tą samą ścieżką, zamiast gdzieś skręcić? Położę to na karb upału...

by kociokwik (noreply@blogger.com) at lipiec 22, 2014 11:32

pierwsza żona

Klasa

No więc może po tej poważnej notce teraz dla odmiany jakaś dołująca?

Ok, to zapodam!

Jem sobie serek z kiełbasy i pije piwko z limonką i tak sobie właśnie siedze.

Załadowałam zmywarkę.

Omiotłam podłogę.

następnie ogarnęłam podręczniki do klasy 3 i 4.

nabyłam piórniki i plecak.

Artykuły piśmiennicze.

 

Słuchajcie no.

jak wy znajdujecie lato?

I dlaczego jak miałam lat 19 to lato było okresem nadmiernych nowych znajomości a teraz wręcz odwrotnie ?

Teraz się kurczą. Latem szystko się kurczy. Ludzi nie ma.

Kurcza się spodnie w praniu i kurcza się łydki od braku magnezu.

Dzieciary chodzą na półkolonie.

Dzis poszliśmy do kina. Na jakiś tam gang wiewiórek. zasnęłam. Zasypiam w kinie. Gdziekolwiek. Zasnelam i obudzilo mnie wolanie Zosi MAMA KONIEC FILMU. bardzo wygodne fotele w cinema city. ja pierole jaka jestem stara. film wyje a ja spie.

grrr

 

i to była tzw notka o niczym.

Adieu.

 

 

by autor at lipiec 22, 2014 09:30