Planeta Jadzi

październik 31, 2014

zycie na kreske

Kura pazurem

Kusiły mnie maliny

Czasami tak sobie myślę, że chyba jakaś opatrzność czuwa nad moją rozczochraną. I jak ta zboczy na nieodpowiednie tory, to buch obuchem przez łeb, kijem przez plecy i od razu lepiej.

Pisałam niedawno, że zaczęłam dietę, że byłam u dietetyczki. W sobotę minął tydzień, odkąd jadam tylko to, co mam na liście. Dokładnie odmierzam, ważę, odliczam i powoli przeżuwam. Jest rygor jest dyscyplina. No…

malinyIdę jednak ostatnio na dwór z praniem, by je rozwiesić na suszarce. Okazuje się jednak, że suszarki tam nie ma, więc wracam po schodach na taras. I wtedy miga mi gdzieś z boku krzaczek malin, na którym jeszcze kilka czerwonych maleństw do mnie się uśmiecha. W tle słyszę „W malinowym chruśniaku” Leśmiana, więc pokusa coraz silniejsza. Z tą michą więc wypełnioną praniem spoglądam tęsknym wzorkiem. Analizuję zaraz, czy jak zjem kilka tych samotnych malinek, to czy to już będzie przestępstwo, grzech czy może tylko malutkie odstępstwo od diety. I kiedy tak walczę ze swoim sumieniem i szukam jakiegoś sensownego wytłumaczenia, nagle buch. Potykam się na schodku. Przywalam paluchem w stopień, a miską rykoszetem daję sobie prawy sierpowy w szczękę. Cały gwiazdozbiór wyświetla się w mojej rozczochranej. Znikają malinki.

- O ła, o ła! – krzyczę. A potem w śmiech. Bo jednak opatrzność nade mną czuwa. Nie dała mi zejść z prawej drogi diety. Apetyt na malinki przeszedł. Sumienie czyste. I spokojnie mogłam wczoraj pójść do pani dietetyk, spojrzeć jej w oczy i przysiąc na wszystkie świętości, że byłam grzeczna.

A przed wyjściem co? Pełna depilacja, usuwanie nagniotków, bo przecież każdy włosek na wagę mojej motywacji. Już nawet przez łepetynę przeleciało, czy nie pozbyć się rozczochranej, ale nie, zdrowy rozsądek zwyciężył!

I ciągle pamiętam, że niektórzy z Was strusie jaja trzymają w pogotowiu, by mi przyfasolić, kiedy planu nie zrealizuję. Na razie jest moc! Pięć kostek masła w dół!!!

Dobrą motywację stanowią terminy spotkań autorskich. Toż muszę wyglądać jak człowiek.

07. 11. w Starogardzie Gdańskim w Cafe Anka o godz. 18.00

19. 11. w Stargardzie Szczecińskim w PODN o godz. 16.30

18. 12. w Ostródzie w zamku w Miejskiej Bibliotece Publicznej o godz. 18.00

Jeżeli ktoś mieszka w okolicy i ma ochotę na spotkanie, to zapraszam.

 

PS  Na mojej facjacie w okolicach szczęki piękny fioletowy siniak się obecnie maluje. Nawet Jajo zapytało: „Mamo, co ci?” I jak opowiedziałam, że miską pełną prania sobie tak przywaliłam, to rechało się z pół godziny.

by anna at październik 31, 2014 03:15

październik 30, 2014

Zuzanka

moje waterloo

1969

Wróciliśmy z Cześkiem. Wrzucam Wam parę zdjęć z podróży, bo muszę tu opanowywać sytuację, która - jak rozumiecie - jest napięta. Karol wchodzi do łazienki i wychodzi z nadzieją, że za którymś razem Czesiek zniknie. Zocha nie zapłaciła za tę opcję. Edek zajął strategicznie bezpieczną pozycję pod drapakiem. Czesiek siedzi w kontenerku. Wszyscy obserwują się nawzajem, wyrażając niezadowolenie z wykonanej usługi.




by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 30, 2014 08:30

notatki na mankietach

futrzak

czyli jeszcze jeden absolutnie zbędny wynalazek cywilizacyjny.

Szampon w wersji współczesnej pojawil sie ok. lat 30-tych XX wieku. Sklada się z detergentów i surfakantów, oraz substancji pieniących. Reszta składników jest w zasadzie pomijalna.
Co z szamponem jest nie tak? Otóż oprócz usuwania najrozniejszych brudów usuwa tez – niezwykle skutecznie, a wlasciwie za skutecznie – sebum czyli wydzielinę gruczolow łojowych znajdujących sie w skórze głowy. W efekcie gruczoły wydzielaja jeszcze wiecej sebum, aby skompensowac jego brak i… konczy sie to zwykle codziennym myciem wlosow, bo zbyt szybko sie przetluszczaja.

Mocne detergenty powoduja tez inne problemy: reakcje alergiczne, łupież, nadmierną suchośc i łamliwość wlosow. Po splukaniu wlosy robią sie splątane i skoltunione, trudne do rozczesania. Dlatego wynaleziono odżywki, szampony 3-in-one, z dodatkiem silikonu itp. – wszystko po to, by dzielnie zwalczać problem wcześniej wykreowany…

Biznes się kręci, ogromna wiekszość kobiet nie wyobraza sobie zycia bez szamponu i odzywki, wierzy w wyzszosc swiąt bożego narodzenia nad świętami wielkiej nocy tj. jednego szamponu nad drugim i wydaje na nie fortunę, bo tylko ten, bo inne złe etc.

Tymczasem bez szamponu mozna się doskonale obejść. Nie należę do ortodoksyjnych wyznawczyń ruchu „no poo”, ktore zaprzestaja mycia wlosow w ogole. To bylby zbyt wielki hardcore, eksperymentowalam wiec z materialami zastepczymi.
Staneło na jajku z odrobina soku cytrynowego. Jedno jajko (w calosci, razem z bialkiem) rozbijamy widelcem z dodatkiem malej lyzeczki soku. Potem wmasowujemy w skórę i wlosy. Splukujemy letnia woda – zbyt gorąca spowodowalaby ścięcie się białka.

Myję w ten sposób wlosy od prawie dwóch miesięcy. O ile wczesniej mylam je szamponem codziennie, tak teraz wystarcza raz na sześć dni. Włosy zrobiły sie puszyste, spręzyste i miękkie i sprawiaja wrazenie gęściejszych. Nie mam zadnych problemow z rozczesywaniem. Przestala mnie swędzieć skóra głowy. W wypadku chłopa minął mu wreszcie notoryczny łupież, ktorego przez lata nie byl w stanie zwalczyc zadnymi magicznymi szamponami i innymi wynalazkami.
Działa! Na dodatek jakie tanie…


by futrzak at październik 30, 2014 08:29

Smoking kills...

O MOIM WŚCIEKU – C.D.

 

No więc, podsumowując, Ciotka Dobra Rada ma dla wszystkich wiewióreczek spostrzeżenie: KUPUJCIE PIEC Z JEDNYM GUZIKIEM WŁ/WYŁ – może być w obcym języku, ale żeby był jeden guzik. JEDEN. No dobra, ewentualnie – jeden guzik i jeden pokręcieł do temperatury. Niech nikogo nie skusi rozdzielnia z przyciskami jak na statku ENTERPRISE oraz zapewnienia subiekta, że OHO HO! Czego ten piec nie robi – śpiewa, tańczy, jodłuje, stawia bańki, prasuje obrusy, uczy japońskiego, wyrabia ciasto na obwarzanki kaliskie, strzyże owce i wyciąga pierwiastek trzeciego stopnia z jajka na miękko. Nigdy. Więcej. Viessmana. Z. Milionem. Czujników. Albo od razu niech dorzucają polisę ubezpieczeniową z zagwarantowanym leczeniem nerwów na Kanarach.

 

Wspominałam niejednokrotnie, że na uspokojenie robię na szydełku, a jak jestem wściekła, to zasuwam trzy razy szybciej. W wyniku zmagań z pomarańczowym sukinsynem uwiłam o taki:

bezniczek

Nazwę go „Owoc Mojego Wkurwienia”. Prawda, że to brzmi muy Almodovar?…

by Barbarella at październik 30, 2014 04:42

Dzieciowo mi

Halloween i przedszkole

Niech żyje bal! Bo to życie to bal jest nad bale! Im starsza jestem, tym bardziej zgadzam się ze słowami tej piosenki, czeka mnie zapewne prosta ewolucja w kierunku „wesołe jest życie staruszka”. Mam więc w życiu ubaw po pachy, jeden bal goni drugi i nie wiem, który jest lepszy, bal w przychodni czy bal w ZUSie, bal w spółdzielni czy bal na poczcie. Progenitura tymczasem odseparowana z racji nieletności od codziennych uciech dostępnym dorosłym, przeżywa swój pierwszy przedszkolny bal. To znaczy pierwszy tak naprawdę był w grupie trzylatków, ale opuściły go oficjalnie z powodu niedomagań zdrowotnych, a nieoficjalnie z powodu niedomagań matczynych. Matka bowiem, wówczas realizująca się zawodowo w korpo, nie przygotowała im żadnego przebrania z racji na ryj padania (rym-cym-cym).

Co innego teraz, kiedy sama jest sobie sterem, żeglarzem, okrętem i kontrahentem. Teraz udała się z pielgrzymką do papierniczego w godzinach oficjalnie uważanych za godziny pracy, czyli do 18.00, nabyła trzy arkusze czarrrrrrnego bristolu, bibułę w odcieniu – excusez le mot – oczojebny pomarańcz, papier kolorowy, klej i zabrała się do produkcji stosownych halloweenowych akcesoriów. Bo to bal halloweenowy był.

Progenitura dostosowała się do konwencji. Najstarsza przedstawicielka rodzeństwa zapragnęła być wężową wróżką (WTF?) i trzeba przyznać, że wróżkową czapkę zrobiła sobie sama, pozostawiając swojej matce jedynie zadanie uformowania stożka. Bliźniaczki rozdzieliły role tak, że jedna wybrała wcielenie nietoperza, druga pozostała po prostu wróżką no name, bez żadnych epitetów. Efekty matczynej produkcji przedstawiały się następująco.

halloween_przedszkole2Wróżka no name

halloween_przedszkole4

halloween_przedszkole5Kobieta-nietoperz, czyli batwoman

Tak, zachwyt wskazany, albowiem o matce trzech czarodziejek (tfu, dwóch czarodziejek i nietoperki) powiedzieć można wszystko, ale nie to, że jest utalentowana plastycznie. Nie jest i narysowanie czegoś bardziej skomplikowanego niż pionowa kreska stanowi niezłe wyzwanie. Ten wyczyn powinny więc odnotować kroniki państwowe.

Tuż przed wyjściem na sabat czarownice pozwoliły się sfotografować hurtem. Miny kiepskie, ale jakie można mieć o 6 rano, nie wymagajmy.

halloween_przedszkole

Impreza była nieziemska, dzieciska wywijały potężnie, do tego stopnia, że przy powrocie ledwo wsiadły do auta, uderzyły w kimę. Czapki zrobiły wrażenie i co najdziwniejsze przetrwały przedszkolne densy. Zostawmy jednak czarodziejki, a skupmy się na samym Halloween.

Nie będę nikomu mówić, że zwyczaj wywodzi się z kultury anglosaskiej. Nie będę też zastanawiać się, dlaczego my nie promujemy naszych rodzimych dziadów, które nie różnią się wiele od święta anglosaskiego, poza tym że odbywają się miesiąc później. Nad nieistnieniem dziadów ubolewam tak samo jak nad niemożnością przebicia się Nocy Kupały jako alternatywy dla Walentynek. Szkoda, okoliczności przyrody do mniej lub bardziej przypadkowych orgietek znacznie bardziej się nadające. Za Nocą Kupały stoi za małe wsparcie marketingowe, ot co. Dochodzimy tutaj do stanowiska, jakie zajmuję wobec Halloween. Ewoluowało ono nieco.

Halloween traktuję więc tak samo jak Walentynki, tak samo jak wielkanocne czekoladowe zajączki oraz coca-colowego Mikołaja na Boże Narodzenie. Odizolowuję je od religii, jakakolwiek by ta religia nie była. Tak, wszystko hurtem. Nie mówcie mi, że się nie da. Da się spokojnie. Halloween jest dla mnie więc takim samym marketingowym przedsięwzięciem jak czekoladowe zajączki i cukrowe kurczaczki. To jest taki sam świetnie sprzedający się kicz. Tak, wielkanocne króliczki są dla mnie kiczowate i coca-colowe Mikołaje też, tak samo Walentynki z potwornie przesłodzonymi serduszkami. Wszystko wrzucam do jednego wora.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że za każdym z tych zdarzeń stoi jakaś tradycja i w każdym z przypadków tradycja jest inna. Mam również pełną świadomość faktu, że w przypadku zajączków i Mikołajów chodzi o dwa największe święta chrześcijańskie. Bynajmniej ich nie bagatelizuję. Chodzi mi jednak o to, że zostały one tak samo sprowadzone do rangi sprzedażowej, kiczowatej szopki, tak jak dużo wcześniej stało się to z Walentynkami i Halloween na gruncie zachodnim. Teraz staram się więc przymykać oko na to, co mnie wnerwia i z każdego wyciągać jakieś dobro dla siebie. Da się.

Nawet jeśli uwalę się Rejtanem i szaty rozedrę, krzycząc, że liberum veto, zjawiska nie zatrzymam. Nie zapobiegnę dalszej komercjalizacji Bożego Narodzenia i Wielkanocy, choć czekoladowe mikołajki, które od września można kupić w Lidlu, wywołują u mnie gwałtowny refluks, a na kurczaczki panoszące się wszędzie na wiosnę już nie mogę patrzeć. Nie zapobiegnę temu z prostego powodu – to się świetnie sprzedaje. Ten proces trwał, trwa i trwa mać. Przystosowuję się więc i, żeby nie zwariować, separuję. Oddzielam od warstwy ideologicznej, inaczej zejdę śmiertelnie po przyswojeniu takiego schizofrenicznego rozjazdu między ideą a rzeczywistością.

Dlatego staram się dostrzec w każdej z tych konsumpcyjnych szopek coś pozytywnego. Halloween zmusiło mnie do poznania dyni, która chyba na dobre zagościła w mojej kuchni (w przygotowaniu dyniowy sernik). I nie zżymam się na cukierek albo psikus. Tak na marginesie choinka bożonarodzeniowa jest wynalazkiem, który przyszedł do nas z Niemiec. Tak samo z Zachodu jak Halloween.

by kruszyzna at październik 30, 2014 04:00

Bazarek Handmade

szydełkowe zawieszki do pokoju dziecka

mogą być zawieszone na ścianie, w oknie
 lub swobodnie pod sufitem wtedy obracają się 


średnica gwiazdek 11. 8,5.5,5 cm




średnica gwiazdek 12,5- 9 ,5-5,5 cm


zapytania kontakt na 
wmalymdomku@gmail.com


cena 15 zł za sztukę +5 zł koszt przesyłki

by Ania- w małym domku (noreply@blogger.com) at październik 30, 2014 02:01

zawieszki szydełkowe-polecam

1

2

2

3
mogą być ozdobą ściany,drzwi, okna
 zawieszone swobodnie pod sufitem wtedy obracają się 

cena 15 zł sztuka +5 zł przesyłka

pytania 

wmalymdomku@gmail.com


by Ania- w małym domku (noreply@blogger.com) at październik 30, 2014 01:58

Dom pod sosnami

103_0563

Dzisiaj pokażę, jak robiłam baaardzo prosty stroik z wykorzystaniem kształtki styropianowej jako podkładu.
Miałam styropianowy kwadrat, gruby i sztywny, poprzednio służył jako opakowanie bojlera. Rozcięłam go w taki sposób, aby uzyskać cztery spore narożniki, z wyższą i niższą częścią. Następnie zaczęłam układanie gałązek, które wcześniej nacięłam w ogrodzie z naszych bujnie rosnących iglaków. Zacząć trzeba od najniższych i najbardziej ukrytych potem partii, bo jeśli zaczniemy od największych gałązek, to potem trudno będzie się dostać do spodu, żeby schować pod zielenią wyłażący biały kolor. :wink: Każdą gałązkę zaostrzyłam na końcu, żeby dało się ją trwale zamocować w styropianie i żeby nie wypadała.
103_0551

103_0553
103_0554

Pozostaje teraz tylko przykleić na gorąco ozdoby, zawiązać ewentualne wstążki, kwiaty na długich drucikach można również wetknąć w styropian, będą pięknie się trzymały.
Oto rezultat moich poczynań, nie są to żadne nadzwyczajne piękności, ale robiłam je z myślą o naszych najbliższych, którzy odeszli i oni to będą wiedzieli. Pokazałam też tył stroików, będzie wyraźnie widać jaka jest ich budowa. Robi się je szybciutko, nieco ponad pół godzinki i taki stroik będzie gotowy.

103_0562

103_0563

Pozdrawiam serdecznie i spokojnego weekendu wszystkim życzę!


Filed under: Kreatywnie, Mój kawałek świata Tagged: Jesień, Stroiki, Wszystkich Świętych

by podsosnami at październik 30, 2014 11:43

Anna Sakowicz

Poetyckie granie

Jesień za oknem powoduje melancholię i zmusza do refleksji. W tym czasie zawsze mam większą ochotę na delektowanie się słowem poetyckim. Dostałam ostatnio od bardzo młodego człowieka jego tomik poetycki. Kacper Machowski niedługo skończy osiemnaście lat, a ma na swoim koncie książkę z własnymi wierszami. Ballada dla Małego Księcia to zbiór ponad sześćdziesięciu tekstów, które…

by anna.sakowicz at październik 30, 2014 11:03

moje waterloo

1968


Wiadomość dnia jest taka, że o 14:00... jedziemy po Cześka!

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 30, 2014 10:09

Dzieciowo mi

W bramie w piżamie, czyli seks nietypowy, szafiarsko-geograficzny dla oziębłych

Ach. Tytuł mi piękny wyszedł, że Boże mój. Stare ramole pamiętają kultowy – że tak podbiję blaszany bębenekfilm Woody’ego Allena „Wszystko, co chcecie wiedzieć o seksie, ale boicie się zapytać”. Kilka historyjek ocierających się o absurd, przy których można się uryczeć po pachy. To lubię, rzekłam, to lubię, choć niekoniecznie zostać samemu na polu i w nocy, jak dopowiadał to sarkastycznie Mickiewicz, prekursor powiedzenia „to nie jest taki lajk, jak myślisz”.

Dobra, co z tym filmem? Ano jest w nim opowieść o parze, która jest świetną ilustracją powiedzenia Tadeusza Boya-Żeleńskiego, że w tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz. On chce bardzo, ona zaś niekoniecznie. Nie to, że się broni, nie, nie, ona uczestniczy w seksualnych igraszkach z pełną aprobatą, tylko że zupełnie ją to nie jara. Mówiąc inaczej, mężczyzna mógłby zacytować piosenkę Halamy i Kamysa „to nieuczciwe, to nieuczciwe, zamawiasz ciepły kotlet, a dostajesz zimną rybę”. Strasznie dużo cytatów, co nie? Próbuję rozścielać zasłonę dymną (mgłę?), że taka niby oczytana jestem i kurturarnie wymiatam. Wracajmy.

On więc stara się za trzech. Klimacik w sypialni, filmy erotyczne, zabawki, podkręcanie atmosfery, kamasutrę zna na wyrywki, a ona, podczas gdy młodość ponad poziomy wylata (Mickiewicz), leży sobie grzecznie w pozycji misjonarskiej, zajada chrupki i przełącza kanały telewizyjne za pomocą pilota. Wszystko się radykalnie odmienia i jest to przewrót iście kopernikański, kiedy zupełnie przypadkiem się okazuje, że wybranka serca nieszczęśliwego kochanka jest „Jawą, wyspą jak wulkan gorącą” (nie wiem kto), tylko że muszą zaistnieć odpowiednie okoliczności przyrody. Mówiąc inaczej, musi wystąpić element w stylu „co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” (Bareja), a raczej, co zrobisz, jak nas przyłapiesz. Ona więc zaczyna doświadczać gigantycznych orgazmów, pochłaniających rzeczywistość niczym czarna dziura, pod jednym wszakże warunkiem: seks musi się odbywać w miejscu mocno nietypowym. Na przykład przymierzalnia w sklepie. Albo przyjęcie, na którym on i ona robią „to” oparci o balustradę, a dwa metry dalej, ktoś odbiera z tacy krążącego kelnera kieliszki szampana. Albo w kościele. Albo jeszcze gdzieś indziej. Słowem, musi być nietypowo, wtedy w rankingu niezaspokojonych kochanek luba rozsiada się na pierwszym miejscu podium i trwa na nim niezagrożenie.

Dobra, mamy wstęp. Ten to kultowy, jak już wspomniałam, film był zapewne inspiracją dla zespołu Brathanki i ich nie mniej kultowej piosenki W kinie, w Lublinie kochaj mnie. Przypomnijmy sobie.

Tak, teledysk też jest wart uwagi. No dobrze, gdyby ktoś pominął warstwę wizualną tego tekstu, spieszę z informacją, że w piosence roi się od propozycji, którymi nie pogardziłaby amatorka nietypowego seksu z filmu Woody’ego Allena. Pochylmy się nad tym i zstąpmy nieco do głębi.

Mamy więc tło geograficzne (w Skarżysku i w Sanoku), mamy napomknięcie o stylizacjach szafiarskich (w berecie, czapce, chustce), mamy w końcu jednoczesne zastosowanie jednego i drugiego (w metrze i w swetrze). Znajdziemy też nieśmiałą sugestię, że w rozmaitych instytucjach publicznych (nie mylić z domami) też możemy liczyć na sukces (w kinie, w Lublinie). W tekście pada też propozycja miłości niekoniecznie gwarantującej komfort i wygodę, ale niezapomniane wrażenia już tak (na nartach wodnych w Mielnie czy na falochronie w Ustce).

No. Jest moc, ale ja mimo wszystko poczułam się nienasycona – to dobre słowo – i niezaspokojona – to jeszcze lepsze – postanowiłam więc rozwinąć skrzydła i wyjść na przeciw wszystkim, którym już pomogły Brathanki, a którzy mimo wszystko ciągle potrzebują inspiracji. Bracia i siostry, pomogę wam. Po to tu jestem. Zróbmy to w sposób uporządkowany.

by kruszyzna at październik 30, 2014 09:37

Kura

Koncepcja

Siedzimy sobie przy stole.

G.i A. łowią z zacięciem ryż w zupie.

Przyjemnie milczymy.

G.między jednym a drugim połowem patrzy w przestrzeń za oknem.

- Muniu, a czy uda się jakoś mieć dziecko nie będąc zakochanym? - pyta nagle G.

Ziarenko ryżu blokuje mi tlen w tchawicy.

- Nie będąc zakochanym? - odpowiadam echem.

...

 

Nigdy w życiu o tym nie słyszałam.

 

Pozdrawiam

Kura

PS Na rysunku bocian czyhający na zakochanych.

by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at październik 30, 2014 08:40

Kurlandia

Od projektu do realizacji

„Mamo, które mogę wziońć?” – pyta Michałem trzymający w jednej rączce szydełko, a drugą szperającą w moich włóczkach – „Zrobiem taką czapkę”. Syn wskazał na odręcznie namalowany projekt. Na nic się zdało tłumaczenie, że jeszcze jest za mały, że to po prostu bardzo trudne zadanie. Charakterek mamusi objawił się w siedmioletnim ciałku. Nie pozostało mi nic innego, jak zaspokoić ciekawość dziecka. Telefonem uwieczniliśmy tę chwilę.

Po kilku słupkach syn przyznał, że nie jest to zadanie na miarę jego możliwości. Ale projekt pozostał, matka-wariatka stwierdziła, że warto by dziecko uszczęśliwić. I zabrała się do pracy…Powstała czapeczka, w której muszę jeszcze nakrochmalić uszy i podszyć ją polarem.

Poszłam po Michałka do przedszkola i pokazałam mu prezent. Ten założył czapę na głowę i latał po całym placu zabaw, chwaląc się niespodzianką od mamy. Nie będę fałszywie skromna: duma mnie rozpierała. Moje dziecko doceniło wytwór pracowitych rąk swojej rodzicielki. Było wyraźnie uszczęśliwione prezentem, bo przecież wykonałam zadanie dzięki jego wytycznym.

Tak, tak – pomyliłam miejsca uszek. Czapka jest jednak głębsza z tyłu i nie mogłam już tego zmienić. Tym bardziej, że uszy zostały wydziergane wprost na nakryciu głowy (nie były przyszywane). Szkoda było pruć, naprawdę mam co robić w domu. Dziecko nawet nie zauważyło mojej wpadki. Ha ha ha.

Czapeczkę zaczęłam od zrobienia  czterech oczek łańcuszka, które zamknęłam w okrąg oczkiem ścisłym. Każdy rząd zaczynałam dwoma oczkami łańcuszka, które stanowiły niejako pierwszy słupek. Potem działałam względem poniższego schematu:

Rząd pierwszy. Najpierw wspomniane już dwa oczka łańcuszka. W każde oczko po dwa słupki 2- 2- 2- 2- 2

Rząd drugi: Dwa łańcuszki. W każde oczko jeden słupek 1-1-1-1-1-1

Rząd trzeci: Dwa łańcuszki. W pierwsze oczko dwa słupki, w kolejne jeden i w następne znów dwa słupki. 2-1-2-1-2-1

Rząd czwarty: Dwa łańcuszki. W pierwsze oczko dwa słupki, w kolejne jeden, następne jeden i w czwarte oczko znów dwa słupki. 2-1-1-2-1-1-2

Kolejne rzędy robimy dokładając po jednym słupku pojedynczym. Ten schemat utrzymujemy tak długo, aż obwód czapki będzie zgodny z obwodem główki dziecka w najszerszym miejscu. Potem w każde oczko dajemy po jednym słupku 1-1-1-1-1, aż osiągniemy oczekiwaną głębokość czapeczki. Ja jeszcze dokładam po jednym rządku półsłupków, bo ładnie wykończony jest wtedy rant na skroni.

Uszy to nic innego jak półsłupki. Wprowadziłam nitkę na krawędź czapki i zrobiłam po dwa półsłupki złapane w jednym słupku z czapki. Po osiągnięciu oczekiwanej szerokości ucha, odwróciłam czapkę, zrobiłam oczko łańcuszka i od pierwszego oczka znów zaczęłam robić półsłupki. Tak zrobiłam trzy rzędy, po czym zaczęłam zwężać ucho. Wystarczyło (po zrobieniu oczka łańcuszka) nie wkłuwać się w pierwszą wolną dziurkę, lecz drugą. W ten sposób ucho się zawęziło.

Ja znaleźć odpowiednie miejsce na uszy? Należy czapeczkę rozłożyć na płasko tak, by przód był nieco bardziej płytki, a tył głębszy. Na szczycie czapki powstaje krawędź i tam wyszukujemy słupków w sąsiadujących rzędach, które tworzą jedną linię wzdłuż krawędzi czapki. Jak wspomniałam: na każdy taki słupek dawałam dwa półsłupki. Warto uszka nakrochmalić, wtedy są strzeliste i stojące. Można też podszyć je od tyłu polarem, lub wykonać je podwójną nitką (będą sztywniejsze).

Szydełkowanie to powrót pasji z dzieciństwa. Mam już kilka ślicznych sztuk czapeczek. Ale o tym już będzie rozpisywał się mój Mąż. Dwie artystyczne dusze połączyły się we wspólny projekt.

***

 

by Iga at październik 30, 2014 07:55

Szklanym okiem mym

Ela

Maja już była - czas na Elę :) Mamę Majki. Teraz wiadomo po kim córcia odziedziczyła urodę. No może odrobinkę jeszcze po tacie, żeby nie było. Dzień w którym robiłyśmy zdjęcia był słoneczny i ciepły. Nie mogłyśmy też odpuścić sobie odrobiny kwiatów, na głowie :)










A na koniec dziewczyny w jesiennym zestawieniu :)


by MrÓ (noreply@blogger.com) at październik 30, 2014 07:29

zycie na kreske

zapiski zgagi

Totolotek ZUS-owy

Powierzyłam dziś  owej ,,szacownej” instytucji misję przeliczenia mojej belferskiej emerytury. Za circa miesiąc dowiem się, jaki efekt. W przypadku znajomych ex-nauczycielek było to od dwóch groszy(!) do mniej więcej dwustu złotych.

Jak znam życie, w moim przypadku zwycięży opcja dwugroszowa… Bo ja zawsze mam kolosalne szczęście w kwestiach finansowych!:) Może się nawet okazać, że bilans wypadnie in minus! Ale wtedy pozostanę przy dotychczasowej stawce, na szczęście.

***

Do ZUS-u udawałam się niemal biegiem, bo zaplanowana wczoraj wizyta u fryzjera mi się ,,przeciągła” nieco. A niewiele miałam czasu do odjazdu jedynego w ramach dwóch godzin autobusu. Tym razem jednak wyjątkowy fart mi sprzyjał, kolejka zerowa! Ledwo weszłam, już mnie zawezwano… To pierwszy taki przypadek w moich zmaganiach z instancją… Oby po raz ostatni!

***

Po powrocie Małża jeszcze jeden wyjazd do powiatowego miasteczka. Po nowy dekoder do Cyfry+. Bo dostarczony nam miesiąc temu szwankował zdecydowanie. Wreszcie znów mam Kulturę i Kino Polska. Przy okazji nabyłam też zimowe obuwie w kolorze beżowym, pasującym  do zielonej kurtełki z Lidla.

Pruszczykowo  nasze totalnie rozkopane! Na wyścigi fachowcy zasuwają, by skończyć to i owo przed wyborami samorządowymi! Tu nowy chodnik, tam asfalt… Chodniczek nowiutki między innymi przed gabinetem doktora psiego. Gdzie mus się udać dziś. Ile znów nam z kieszeni doktor wyciągnie?… Who knows?

***

Plan na sobotę – zaliczamy od rana  we dwoje groby wejherowsko-redowe, potem obiad u Asi  i wszyscy razem ruszamy na grób Rodziców w Gdyni. Spacerkiem z Brodwina. Circa 30 minut. Z piesami, żeby się przy okazji przewietrzyły. Oczywiście,  z czworonogami na nekropolię wstęp wzbroniony, więc na raty pójdziemy. Najpierw my, potem dziecka…

Starsze stadło już dziś grób Dziadków odwiedziło, dopucowało po nas. Na wysoki połysk…

by Zgaga at październik 30, 2014 12:45

październik 29, 2014

Slow Day Long

Adopcja. Wybór, konieczność, a może Boża interwencja?

Macie czas? To chodźcie na kawę. Opowiemy Wam co się stało. Akurat byliśmy sami na zakupach, bo Alicja została u dziadków. Sławek i Dorota (imiona bohaterów wpisu i ich dziecka, na ich prośbę, zostały zmienione) wyglądali na uradowanych, ale nieco zmęczonych. Usiedliśmy w kawiarni centrum handlowego. Mały Pawełek spał w najlepsze, więc zamieniliśmy się w słuch.

Małżeństwem są od czterech lat. Na początku było mieszkanie, potem własny interes, aż w końcu postanowili zacząć starać się o dziecko. Po roku czasu, kiedy Dorota nie zachodziła w ciążę, udali się do lekarza. Seria badań i krótka diagnoza, że jest bezpłodna. Powtórne badania w klinice w Warszawie, a dzięki pomocy rodziny we Francji. Tym razem prywatnie. Za każdym razem dostają identyczny wynik. Nie ma szans na dziecko. Uwarunkowania genetyczne. Załamanie, stres, nerwy.

Do ostatniej chwili mieli nadzieję, że może coś się wydarzy, jakiś cud, który sprawi, że… Dokumenty z wnioskiem o adopcję złożyli mniej więcej półtora roku temu. Pamiętamy zresztą, że kiedy po raz pierwszy spotkaliśmy się na obiedzie (bo polubiliśmy się ‚od pierwszego wejrzenia’), Dorota z wielkim rozrzewnieniem przyglądała się naszej Ali. Zadawała pytania o wiele szczegółów, o pielęgnację, jaki wózek wybraliśmy, gdzie ją ubieramy, do jakiego lekarza chodzimy. Normalne, pomyśleliśmy. Przecież wiele osób nas o to pyta. Nie przyszło nam jednak na myśl, że już wówczas czekali na decyzję, o przyznaniu im prawa do adopcji. Ta przyszła niebawem i była pozytywna.

Wiadomo, najchętniej wszyscy chcieliby adoptować niemowlę. Nasi znajomi postanowili jednak, że zdadzą się na los, a może na Bożą decyzję i zaproszą do swojego domu i serca dziecko nawet dwu, albo i trzy letnie. Bardzo długo dyskutowali w swojej rodzinie o konsekwencjach takiej decyzji. A jak będzie pochodzić z patologicznej rodziny? Jego matka pewnie piła w ciąży. A może nawet ćpała. I co wtedy? A no nic! Chcemy dziecka za wszelką cenę i przyjmiemy je pod swój dach bez względu na wszystko. Niewiele osób decyduje się na taki krok. Aczkolwiek oni, odważyli się i…

Kiedy dostali informację, że 1,5 roczny Paweł czeka na nich i mogą po niego przyjechać, szczęście wypełniło ich serca i dusze. Kilka dni później malec spał w swoim nowym pokoju. To było coś niesamowitego. Pierwsza noc, tydzień, miesiąc. Prawdziwa rewolucja w naszym życiu. Ogromne wsparcie naszych rodziców i krewnych. Mamy wspaniałą rodzinę, wszyscy pomagali jak mogli – opowiadali. Paweł dostał miłość zewsząd, a potrzebował jej dużo. Nie chcieliśmy znać jego przeszłości, ale było widać, że potrzebował nowego domu, rodziny i bliskich.

To co obserwowaliśmy, było prawdziwym cudem. Kiedy przyjęliśmy Pawła pod nasz dach – opowiada Dorota – nasz syn nie potrafił nam komunikować swoich potrzeb, zamykał się w szafie, chował się po kątach, nie chciał jeść. Cały czas byliśmy pod opieką psychologa, prywatnie chodziliśmy do jednej z wrocławskich poradni, aby przygotować się do nowej roli. Potem również. W sumie teraz, też chodzimy. Powoli budowaliśmy jego zaufanie. Postępy były widoczne gołym okiem. Po pół roku jest wręcz fenomenalnie. Nasza miłość i zaangażowanie zrobiły swoje. Drugi cud nastąpił mniej więcej miesiąc później.

W czterech niezależnych aptekach, kupiliśmy testy ciążowe kilku różnych firm. Każdy pokazywał to samo. Dorota jest w ciąży. Ich lekarz nie wierzył i skierował ją na dodatkowe badania. Tu również wynik był pozytywny. Na początku byli przerażeni i zupełnie na to nie przygotowani. Kilka tygodni wcześniej przyjęli do swojego serca jedno dziecko, aby chwilę później dowiedzieć się, że to nie koniec. Takie rzeczy zdarzają się albo w filmach albo…

Nie można tego nazwać inaczej. Do tamtej pory byliśmy ‚średnio’ wierzący – mówi Sławek. Dziś nie wiemy, jak dziękować za to, co się stało. Nasze życie wywróciło się do góry nogami. I to dwa razy. Paweł mówi, biega, bawi się, śmieje. A kilka dni temu nasze drugie dziecko po raz pierwszy dało o sobie znać kopnięciem.

I jak tu nie wierzyć w Boga?

by Damian at październik 29, 2014 11:01

Dzieciowo mi

Co można jeść w ciąży a czego unikać?

Patronat nad tekstem sprawuje Femibion

Załóżmy, że jest tak, że ups, odkrywasz dwie kreski na teście ciążowym. Bingo, mamy cię! Co dalej? Po pierwsze starasz się ustalić, który to właściwie tydzień. Po drugie chcesz wiedzieć, czy to, co czujesz, jest normalne, czy też może powinno cię coś zaniepokoić. Ruszasz w internety i sprawdzasz, jak wygląda na tym etapie twoje dziecko, czego możesz się spodziewać i jak jego rozwój będzie wyglądał dalej. Nie przeorganizowujesz nagle całego swojego życia, w końcu o ciąży wiesz właściwie tylko ty i co najwyżej ojciec dziecka, ale ponieważ lubisz mieć poczucie bezpieczeństwa i dobrego przygotowania, próbujesz ustalić, czy tak, jak żyjesz, to jest OK, czy też powinnaś coś zmienić.

Dotyczy to również jedzenia. Wiesz, jak jesz, i bez problemu możesz ocenić, czy odżywiasz się prawidłowo. Pozostaje kwestia, na co kobieta ciężarna może sobie pozwolić, a czego powinna unikać, by po pierwsze nie zaszkodzić, po drugie nie przesadzić w drugą, poprawnościową stronę.

Po pierwsze i najsampierw odstawiamy alkohol. Każdy alkohol. Nieważne, czy małe piwko naprzeciwko, czy kieliszuniek maluni do obiadku czy tak hop na jedną nóżkę, bo okazyjka (zdrobnionka użyte z premedytacyjką). O FAS już pisałam, można sobie odświeżyć, nie o FAS się zresztą rozchodzi. Wystarczy wiedza, że układ krwionośny kobiety i jej dziecka są w pewien sposób połączone. Nie wprost, rzecz jasna, ale składniki odżywcze, które krążą we krwi matki przedostają się również do krwiobiegu płodu. Krótko i konkretnie: co we mnie, to w tobie. W drugą stronę działa to tak samo, czyli z produktami przemiany materii dziecka – jakby to ująć – rozprawia się matka. Czyli jej nerki obsługują też nerki płodu, jej wątroba wątrobę płodu itp. Między innymi dlatego stałym problemem ciężarnych jest niedobór żelaza. Trzeba je uzupełniać, bo „obsługuje” ono nie jeden organizm, a dwa (lub więcej, jeśli ciąża jest mnoga).

To oczywiście nie działa tak liniowo, bo istnieje łożysko, które jest pewnego rodzaju filtrem, ale trzeba wiedzieć, że nie jest to filtr idealny. Alkohol i to, co się dostaje do krwi na skutek palenia, przechodzą przez nie gładko. Nie należy też popadać w panikę, bo w końcu nie od razu orientujemy się, że jesteśmy w ciąży, chodzi jednak o to, że kiedy już zyskamy tę wiedzę, postępować ze świadomością, że wewnątrz nas istnieje zupełnie inny organizm, za który bierzemy pełną odpowiedzialność.

W ciąży nie powinno się jeść surowego mięsa i surowych ryb. Chodzi o bakterie, które mogą w takim mięsie sobie istnieć. Nam nic nie zrobią, ale dla płodu mogą okazać się szkodliwe. Surowe mięso należy poddawać obróbce cieplnej. To samo dotyczy dojrzewających wędlin. Lepiej też odstawić surowe jajka (jeśli lubimy kogel-mogel, to sorry Batory) i nie powinno się też jeść serów pleśniowych robionych z niepasteryzowanego mleka (te z mleka pasteryzowanego są bezpieczne). Wszystko ze względu na bakterię o romantycznej nazwie Listieria monocytogenes, która przechodzi przez łożysko, a może być szkodliwa dla płodu.

Na dobrą sprawę tak poza tym wszystko jest dla ludzi. Trzeba jednak kierować się zdrowym rozsądkiem, a zalecenia odnośnie odżywiania dotyczą nie tyle wpływu na płód, co kondycji organizmu matki i jej samopoczucia. Lecimy.

Uważamy ze słodyczami. W ciąży przybierzemy na wadze i to jest normalne, ale wcale nie tak prosto potem te dodatkowe kiloski zrzucić. Owszem, część tracimy od razu po porodzie (łożysko, wody płodowe, dziecko, macica, która się obkurczy, ważą łącznie około 6-7 kg), ale część z nami zostanie. Nie przyzwyczajajmy się więc do założenia, że teraz sobie pozwolę, bo potem zrzucę. Można się lekko zdziwić ;)

Ograniczamy sól. I znów – dziecko nic do tego nie ma. Sęk w tym, że w miarę upływu czasu organizm matki ma tendencję do zatrzymywania wody. Puchną nogi i ręce, ciało staje się obrzmiałe. Nadmiar soli wspomaga jeszcze ten efekt.

Stawiamy na produkty lekkostrawne. Nikt nie zabrania jeść pizzy czy golonki, nie w tym rzecz. Powiększająca się macica zaczyna po pewnym czasie uciskać na przeponę, narządy wewnętrzne „podjeżdżają” do góry i mogą pojawić się kłopoty z trawieniem. Zgaga, refluks to uroki zaawansowanej ciąży. Dla zwykłej poprawy własnego samopoczucia warto zjeść coś, nad czym żołądek się nie namęczy.

Dobrze jest ograniczyć słodzone napoje gazowane. Ta sama historia, co w przypadku słodyczy – zawierają potężne ilości cukru.

Doradzałabym zastanowić się nad kawą. Dla mnie w drugiej ciąży kawa była zakazana ze względu na to, że przyjmowałam fenoterol, czyli środek, który zapobiega przedwczesnym skurczom macicy (się działo, sześć wizyt na patologii ciąży, ech…). Fenoterol podnosi tętno u płodu, taki jest skutek uboczny jego działania. Kawa też je podnosi. Nie piłam więc kawy, bo tętno moich dzieci i tak było ponad górną granicą normy.

Dobrze jest mieć w swojej diecie jogurty, ponieważ zawierają w sobie probiotyczne bakterie, które korzystnie wpływają na perystaltykę jelit, podnoszą odporność i pomagają przyswajać mikroelementy takie jak wapń, żelazo, magnez i kwas foliowy. No i są smaczne ;)

Skoro jesteśmy przy kwasie foliowym, to ciąża jest stanem, w którym dobrze jest przyjmować suplementy diety. Najczęściej brakuje nam żelaza (część „podbiera” sobie płód), ale nie tylko. Pamiętajmy o tym, że bardzo ważne w czasie ciąży jest przyjmowanie folianów, które zmniejszają ryzyko wystąpienia wad cewy nerwowej u płodu. Femibion jest preparatem, który zawiera metafolinę, czyli taką postać folianów, która jest łatwo przyswajalna przez organizm. A to jest szczególnie ważne, ponieważ spora część kobiet nie przyswaja kwasu foliowego tak, jak powinna. Więcej informacji na ten temat znajdziecie na http://www.przyszlamama.pl/aktualnosci.

by kruszyzna at październik 29, 2014 07:00

Anrzej rysuje

Smoking kills...

O PRZEKLINANIU… GŁÓWNIE

 

Podobno każdy człowiek rodzi się z workiem słów, jakie wypowie przez całe życie. Ciekawa jestem, czy również z workiem przekleństw, bo jeśli tak, to po wczorajszym dniu w MOIM worku z przekleństwami została ledwo garsteczka na dnie. Grzechoczą tam sobie cichutko i zastanawiają się, dokąd poszli ich koledzy i koleżanki.

Gdyż albowiem PROSZĘ ZGADNĄĆ, co się wczoraj popsuło! Zaczyna się na literę P, kończy na literę C i jest wielkim śmierdzącym pomarańczowym skurwysynem. Och, jak klęłam, kiedy myłam głowę w coraz zimniejszej wodzie. Z ręcznikiem na łbie poszłam go później zresetować – NIC. Kopałam go, wrzeszczałam i klęłam -nic. Wrócił N. z delegacji i dwie godziny w nim dłubał – NIC (on dłubał, ja klęłam). Żeby jakoś przeżyć noc, N. napalił w kominku (a ja klęłam). W sumie nie wiem, czy spałam w nocy, bo byłam tak zajęta przeklinaniem i sprawdzaniem, czy nie dostałam wylewu z wściekłości, że ledwo się obejrzałam, a już było rano.

Pojechałam do biura się ugrzać, a wezwany fachowiec naprawił sukinsyna w dziesięć minut… Co się okazało! ŻE JA GO ZEPSUŁAM! Moją własną rączką (prawą). Albowiem tą rączką włączyłam guziczek z OFF na ON po nalaniu paliwa do zbiornika. Natychmiast po nalaniu paliwa do zbiornika. A tak się nie robi. Trzeba odczekać z godzinę, żeby się nie dostał do dyszy paproszek albo bąbelek powietrza!… No kurwa WZRUSZYŁAM SIĘ, bo myślałam, że mam w domu PIEC. A nie wagę laboratoryjną albo kruchą frezję z chorobą dwubiegunową! (Wróć – o chorobie dwubiegunowej i schizofrenii mojego pieca wiem od dawna). A CZOŁG? Też musi godzinkę odstać po zatankowaniu? I w tym czasie go wysadzą i zbombardują?

Nikt mi nie powiedział o tym czekaniu i mam propozycję, żeby producent pieców mnie pocałował w… Albo nie, bo jeszcze się rozpędzi, spodoba mu się i będzie chciał co chwilę.

Teraz ja jestem WZBURZONA i muszę się odleżeć (najlepiej ze trzy dni). W uszach mi dzwoni do dziś. W dodatku z tego zimna się postanowiłam pocieszyć żurawinowym kisielkiem błyskawicznym… Obawiam się, że producent nigdy nie jadł żurawiny, bo to nawet nie stało obok żurawiny. Jego matka, ojciec i dziadkowie z obu stron też nie jedli żurawiny. W sumie oprócz cukru nie smakowało to niczym konkretnym – czerwony mdławy krochmal. Mogli pierdolnąć na opakowaniu cokolwiek, cegłę, flaminga, może tę żurawinę wylosowali po prostu z dużego koszyka.

Oni mnie chcą wykończyć (N. i piec). Ewidentnie są w zmowie. A teraz jeszcze dołączył do nich producent kisielu.

 

To może na koniec rozładuję napięcie żarcikiem. Mąż do żony:

- Ty do mnie mowisz, jak do idioty.

- Mówię tak, żebyś zrozumiał.

 

Ha ha.

Gardło mnie boli (z zimna i od przeklinania).

by Barbarella at październik 29, 2014 05:13

Czytadelko

To już 5 lat, a ja wciąż tu jestem

Dokładnie pięć lat temu pojawił się tu pierwszy wpis. Przez chwilę miałam ochotę jakoś podsumować ten czas, ale w sumie po co? Blogowanie zmieniło mnóstwo w moim życiu, wiecie jak jest... ;) I choć czasem mi się nie chce, pisać jakoś trudniej i coraz częściej sobie myślę, że może już nadeszła pora, by w końcu zejść ze sceny (albo przynajmniej rzucić to wszystko), to jednak za każdym razem trochę mi żal.

Dokładnie dwanaście miesięcy temu pisałam, że za rok mam nadzieję  podziękować Wam za wspólnie spędzony czas. Więc dziękuję ogromnie. Drodzy Czytelnicy, cieszę się, że jeszcze tu ze mną trwacie, obym, mimo wszelkich kryzysów po drodze, mogła Wam podziękować również kolejnej jesieni. 

Tymczasem, w ramach wspólnego świętowania, zapraszam na kieliszeczek domowej nalewki truskawkowej. Zdrówko! :)

by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at październik 29, 2014 04:24

moje waterloo

1967

Rozważania o mizerii świata i upadku narodów poświęcam koleżance

IZABELLA IKA.

Niech ma. Powodzenia.


Uwaga! Notka zawiera elementy drastyczne.

Zapomniałam Wam opowiedzieć, że odnotowałam całkowity upadek jakiejkolwiek kultury wyższej oraz rzemiosła. Bo przecież dokonałam tej selekcji obuwia, skrupulatnego oczyszczenia, zapakowania i wywiezienia do obuwniczego doktora. I teraz wyobraźcie sobie, włażę do niego s tom siatom, a od drzwi witam się radośnie:
- Dzię dobry, hurtownia.
Na co pan szewc zamienia się w ułamku sekundy w żonę Lota, po czym czapka mu eksploduje i podniesionym głosem sprowadza mnie do parteru.
- Letnie buty, tak? Porządki się robiło, tak? I teraz, przed pierwszym listopada mi to pani przynosi?!
Myślę sobie, że jesień to w sumie dobra pora na oddanie letnich butów do szewca hurtem i, cóż, każdy może mieć gorszy dzień, więc zachowuję spokój.
- Ale to się nie spieszy. Nie zależy mi na czasie, jak pan zrobi, będzie dobrze.
- A gdzie ja mam te pani buty trzymać, co?! Pani się rozejrzy, wszędzie butami zapchane, nie ma się jak obrócić!!!
Myślę sobie: spokojnie. Może mu się coś przykrego przydarzyło, może kontrola skarbówki, może mu ktoś (kurwa) umarł i nie wie, co czyni. A może to mięsny, a ja się pomyliłam, przecież w mięsnym nie będą mi butów przechowywać.
- To co? - pytam spokojnie. - Mam je zabrać?
Ale w środku już zakiełkowała myśl, że jeszcze słowo i pojadę do Katowic, do tego szewca, do którego przez lata chodziłam. I pierdolę, jak bum, bum. Zyski z hurtowni ci, chłopie, przepadną, ale to twoja sprawa, bo ostatni raz rozmawiamy. Chyba mi te myśli jednak przez twarz przemknęły.
- Nie. Ale dopiero w przyszłym tygodniu będą do odbioru. Chyba żeby pani przejeżdżała w pobliżu w piątek, to niech pani zajrzy.
- Proszę się nie spieszyć, nie zależy mi na piątku - zdobyłam się na ostatnią uprzejmość. - Przyjadę na początku tygodnia.

I dalej staram się myśleć, że każdy może źle zareagować na pogodę. Bo inaczej musiałabym mu zrobić koło dupy. Po prawdzie to ja mam szewców koło domu, ale ten ma dobrą opinię i koleżanka mi go poleciła. W każdym razie powiem Wam jedno: mnóstwo małych punktów, sklepów czy zakładów usługowych narzeka, że im sieci odbierają klientów i nie mają za co żyć. Prawda jest jednak taka, że w sieciówkach nikt sobie nie pozwoli na takie zachowanie, boby wyleciał z roboty. Niewiele trzeba. Więc staram się zrozumieć, ale to nie jest ani łatwe, ani obowiązkowe. I byłoby dobrze, gdyby pan o tym wiedział.

Ten mój szewc w Katowicach ma tylko jedną wadę. Bo i niedrogo, i bardzo starannie, i sympatycznie, i nawet stara się elastycznie podchodzić do moich potrzeb w stylu: pan rozbierze te buty na części, wymieni całą skórę, a potem złoży, gdyż lubię je wielce. Włosy co prawda rwie, ale pięknie się wywiązuje. Tylko on ma punkt w ścisłym centrum, więc z dojazdem kłopot, o parkowaniu już nie wspomnę. Gdyby nie to, nawet nie szukałabym nikogo innego.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 29, 2014 04:15

pokolenie ikea

5215221169_74a1d21c56_b

Jeśli zapytacie mężczyznę – singla po 40 tce co jest jego największym sukcesem w życiu odpowie: praca.

Jeśli zadacie to samo pytanie singlowi po 30- tce odpowie praca.

Jeśli zadacie to pytanie odnoszącemu sukcesy żonatemu 40 kilkulatkowi odpowie „rodzina”, ale pomyśli praca.

A wiecie co jest potrzebne facetowi, który odniósł sukces?

Artefakty tego sukcesu.

Artefaktem jest samochód, a jeśli sukces jest naprawdę duży może to być kilka samochodów. Artefaktem jest też dom, albo mieszkanie.

[Jeśli ktoś zapytałby mnie prywatnie co jest moim pożądanym artefaktem odpowiedziałbym, że chcę zamieszkać w białym domu na plaży w obcym kraju z oknami od podłogi do sufitu, gdzie mówią po angielsku i zostać tam przez rok. Dom nie musi być mój. Może być tylko wypożyczony. Ale powinien mieć wielki taras. I równie wielki barek.

Chciałbym budzić się rano w białej pościeli i jeździć na skuterze do pobliskiego miasteczka. Kupować tam gazetę i pić kawę. A następnie pić kawę i czytać tę gazetę.]

Artefaktem jest cienki 60 calowy telewizor, zegarek Omega i garnitur od Turbasy albo Zaremby. Rower ostre kolo, zagraniczne wycieczki, wygolona na łyso głowa świecąca dobrymi kosmetykami i czasami ciało katowane na siłowni cztery do pięciu razy w tygodniu z trenerem personalnym. Czasami też nie bo mężczyźni lubią uważać, że jeśli już są bogaci, to mogą mieć brzuch. W końcu jak im laska będzie robiła loda, to się po prostu schowa głową pod nim. A jak się leży na łóżku to w ogóle nie ma problemu.

I teraz jak facet ma już to wszystko w grę wchodzi kolejny artefakt. Potrzebuje kobiety. Blondynki (częściej jest to blondynka). Cycki ma małe albo duże to już zależy od upodobań. Ale ma dobrze wyglądać u boku. Budzić zazdrość. Podkreślać: jestem samcem, który dostaje to co chce. Podziwiajcie mnie kurwa. Zazdrośćcie, że jeżdżę taką furą i pieprzę taką laskę. A za resztę zapłacę Master Card.

Jak to wygląda od drugiej strony? Kiedy jesteś potencjalną kandydatką?

„Widzisz, jestem małolatą, millenialsem, mam dwadzieścia-parę lat. W pracy mamy mały luzacki zespół, wszyscy się znamy i lubimy, więc sporo o sobie wiemy i tak się składa,że na co dzień pracuję z panem właśnie koło czterdziestki. Jest w miarę ogarnięty życiowo, ma fajną pracę, która daje mu i kasę i paradoksalnie, trochę luzu.

Niestety, rośnie mu brzuszek, przerzedzają się włosy, nie maleje natomiast nadzieja na to, że znajdzie kobietę swojego życia, która spełnia oczekiwania. Kobieta życia ma być (sądząc po dotychczasowym targecie) przynajmniej dychę od niego młodsza, preferowane są dziewczyny tuż po studiach (najlepiej za granicą), ponadprzeciętnie ładne, jędrne, oczytane, znające się na winach i sztuce, nie mylące „bynajmniej” z „przynajmniej”. Takie kobiety oczywiście istnieją, nawet się z tym panem zadają, bo ogólnie rzecz biorąc jest ciekawym człowiekiem, ale potem zdecydowanie kończą z facetami w swoim wieku, może bez sześciopaka, ale i bez brzuszka – oczytanymi, aktywnymi, znającymi się na sztuce i winach, z perspektywami na fajne życie.

Pan ów nie widzi reguły w serii failów w swoim życiu uczuciowym. Łazi za tymi małolatami, małolatom to pochlebia, lubią jak się je zabiera Cirque de Soileil, urodzinowe prezenty z Sephory i jak się ich poznaje z ważnymi ludźmi, ale koniec końców zawsze odkładają zabawki na półkę i już na poważnie lądują z facetami w swoim wieku.

Kiedyś mocno adorował mnie piętnaście lat starszy pan z Frankfurtu, którego poznałam na praktykach. Pan był zdaje się bardzo pewny swojego uroku osobistego oraz promiskuityzmu Słowianek, a najbardziej tego, że te drzwi otwiera się nie kluczem, a złotą kartą z ING. Nic bardziej pościelowego się nie zdarzyło, on był wytrwały, wyznał mi miłość na skajpie a ja byłam jeszcze super młoda i trochę naiwna, nie wiedziałam jak się z tego wykaraskać. W końcu napisałam mu maila, że jednak nie, że bardzo jest miły, ależe fenks e lot. Sześć lat później na fejsbuku widzę jak wspólni znajomi składają mu życzenia z okazji bobasa, zrobionego z kobietą na oko max pięć lat młodszą. Pięć, nie piętnaście. Wystarczy zrezygnować z założenia, że kobietom po trzydziestce rośnie vagina dentata i wuala.

Widzisz, tyle się mówi o kobietach którym wianek już nieco więdnie, a które mają wygórowane oczekiwania wobec Mężczyzny Życia. IMHO facetów w analogicznej sytuacji jest drugie tyle.

Żyją w jakimś świecie fantazji, że są jak wino, że laskom imponują, że siwizna uszlachetnia, że łysina to prawie jak Bruce Willis, że przecież często facet w związku jest starszy, że w końcu Clooney wyrwał Amal, a jest między nimi ile, 15 lat różnicy?

Sęk w tym, że żaden z nich nie jest Clooneyem (ani Willisem). Mogą sobie kupić ostre koło, jeździć na kajta do Brazylii i w ogóle być turbo młodzieżowi, ale za 10 lat one będą miały 35 lat a oni będą już starymi dziadami. Serio, kaman, nie mają w domu lustra? Jasne, można iść w stereotypy, że faceci to tak tylko chcą poruchać a laski się napędzają na ślub. Oraz, że laski chcą mieć samicze poczucie bezpieczeństwa i bardziej niż pesel liczy się złota karta. Tyle, że właśnie, to stereotypy a zdesperowanym facetom po czterdziestce rozwiązują się języki po alkoholu i zaczyna się jęczenie, że przecież ja mam tyle do zaoferowania a żadna mnie nie chce.”

To nie tak. Facet, który chcę mieć artefakt dostanie go. Jeśli chce mieć 21 – 25 latkę, która ceni „ustabilizowaną sytuację materialną” to się znajdzie taka. Ona będzie mówić, że „różnica wieku jej nie przeszkadza”, że „pieniądze nie są ważne” i może nawet przez chwilę będzie wierzyć w to co mówi. Ale różnica wieku owszem przeszkadza i pieniądze w związku też są ważne, mimo, że to niepopularne.

Bo jakoś tak jest na tym świecie, że ten facet, który ma więcej pieniędzy ma również większy wybór jeśli chodzi o potencjalną reprodukcję. A kobiety tyłkiem doskonale potrafią podnosić swoją pozycję społeczną.

Takie życie.

Tylko czy związek 40 latka z 25 – latką to da im obydwojgu szczęście?

Nie widzę nic złego w tym, że facet jest starszy od kobiety. Czasami to wręcz wyrównuje różnice.

Kobiety maja ten problem ze mężczyźni przez całe życie za nimi nie nadążają. Nie nadążają gdy one mają po 20 lat i oni mają po 20 lat. Bo one chcą owszem aby ktoś z nich zdjął to co założyły po południu specjalnie dla niego. Ale wcześniej chcą żeby wziął je na coś więcej niż romantyczny wieczór w Mc Donalds i chociaż potrafił rozbawić a nie chciał tylko przetestować pozycje, które zobaczył ostatnio na Red Tube.

Nie nadążają gdy one mają po 27 – 30 lat i chcą usłyszeć jak facet szepcze im do ucha uśmiechając się tajemniczo: jesteś piękna, zerżnę cię tak, że nie będziesz mogła chodzić przez tydzień.

A ich rówieśnik coś tak duka i uroczo się rumieni.

Nie nadążają nawet na łożu śmierci, bo to faceci umierają wcześniej.

Moim zdaniem jest tu jednak jeden haczyk. Coś w rodzaju kodu pokolenia. Nie sądzę aby była w stanie zrozumieć mnie kobieta, która nie wie kim była Sandra, Sabrina oraz Samantha Fox. I pod którą kręciłem śmigłem oglądając kupione w Łebie pocztówki. I która była na tych pocztówkach topless.

Nie sądzę aby zrozumiała mnie kobieta, która nie wie co to był Peweks i dlaczego kupione tam lego było dla mnie ważne, dlaczego podoba mi się „Gra o Tron”

Obstawiam że jeśli związek ma wyjść to musi opierać się na równowadze. Ja jestem mądry i bogaty a ona jest ładna i ma duże cycki to moim zdaniem za mało.

5215221169_74a1d21c56_b Photo by Ryan SeyeaulCC Flickr.com


by panikea at październik 29, 2014 03:57

am mniam

Najłatwiejsze w świecie ciasto z jabłkami i orzechami włoskimi

Jesienią i zimą zdecydowanie częściej piekę ciasta. W lecie mogę bez nich żyć, wolę wtedy przygotowywać raczej desery, lody i koktajle. Gdy przychodzi wrzesień, a potem październik i tak dalej, mój apetyt na ciasta zdecydowanie wzrasta. Obok zup i gorącej czekolady, ciasto to kolejny jesienno-zimowy umilacz, nieodzowny dodatek do kubka gorącej herbaty, koca i książki.... More

by Magda at październik 29, 2014 02:39

Eksribicjonizm kontrolowany

Nie pakuj stereotypów do walizki

Oto najbardziej szary i zanieczyszczony region Polski, gdzie każdy mieszkaniec jest górnikiem.

Na tematy podróżno-turystyczne krąży tyle stereotypów, że mogłabym zrobić na ten temat cały blog. Wielu bzdur naczytałam się, organizując sobie wyjazdy do Barcelony, Paryża czy Rzymu, a kolejną porcję pochłonęłam całkiem niedawno, kiedy zaczęłam czytać o Pradze, do której wybieramy się już niedługo. Sporo głupot słyszę też z ust osób, które nigdy nie były na Górnym Śląsku, ale już wiedzą, że między rozpadającymi się osiedlami pełnymi pijanych, bezrobotnych górników snuje się tam dym z licznych kominów, a nagie, bezlistne drzewa kołyszą się na tle hałd, które zastępują umorusanym dzieciom piaskownice.

Podobnie piękne wizje roztaczał przede mną internet i znajomi na poniższe tematy.

ULICE CUDÓW
Historia krążąca w Jego rodzinnym mieście. Słyszałam ją z ust kilku osób. Dotyczy jakiejś ulicy, gdzie złodzieje wnoszą swoje ofiary do bramy i tam zabierają wszystko, co wartościowe, łącznie z butami. Rzecz jasna, coś takiego przydarzyło się naprawdę, mężowi koleżanki szwagierki chrzestnego siostrzeńca. Raz przypadkiem, ku Jego zgrozie, trafiłam na "ulicę cudów" w Lublinie. Po jednej stronie stali alfonsi, po drugiej dziwki. Nikt niczego ode mnie nie chciał. Pewnie miałam kiepskie buty.

GANGI KIESZONKOWCÓW
Najbardziej straszono mnie nimi przed wyjazdem do Barcelony. A przecież kieszonkowcy są wszędzie tam, gdzie turyści - zwłaszcza ci głupi turyści, którzy noszą portfel w tylnej kieszeni dżinsów, kładą iPhone'a na stoliku w ogólnodostępnym barze czy wkładają dokumenty do zewnętrznej kieszeni plecaka. Złodzieje wykorzystują łatwe okazje, które same pchają im się w ręce. Wszędzie, jeśli się nie uważa, można stracić coś cennego: w Polsce, na Ukrainie czy w Hiszpanii.
 
POCIĄGI NOCNE
Jechałam takim pociągiem już kilka razy - głównie nad morze, ale zdarzyła się też trasa Lwów-Kijów. W życiu nie czułam się tak bezpiecznie, jak owinięta w śpiwór na wyłożonej karminowym aksamitem półeczce, pokrzepiona herbatą z wbudowanego w ścianę wagonu samowaru i ukołysana do snu miarowym kołysaniem pociągu. Oczywiście, razem ze mną w śpiworze nocowała moja komórka, portfel i dokumenty (w tym paszport z bezcennym papierkiem, który należało oddać na granicy pod groźbą niewypuszczenia z kraju).

Ale historii się nasłuchałam i naczytałam. O całej mafii złodziei pociągowych, która usypia podróżnych za pomocą gazu, żeby w spokoju ich obrabować. O przecinaniu zapięć do przedziałów sekatorem, o świeceniu latarką w oczy, o przekupionych konduktorach. O ukradzionych "kosztownościach" (każdy jedzie na urlop z diamentową kolią w kieszeni kurtki), portfelach (zazwyczaj z kieszeni płaszcza właściciela-idioty), dokumentach (przydatne zwłaszcza w krajach strefy Schengen, bo kontrole na granicach takie dogłębne). Ofiarą tych stereotypów padła nawet moja własna rodzina, dopytując się z niepokojem, czy na pewno wiemy, na jakie niebezpieczeństwo się narażamy.
 
Ludzie lubią się nawzajem straszyć. Nie doszłam jeszcze do tego, po co to robią, ale może wspólnie na to wpadniemy. A jeśli nie macie pomysłu, to chętnie posłucham o mitach podróżnych, jakie znacie. Może jakiś pominęłam?

by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at październik 29, 2014 12:09

moje waterloo

1966

Chciałam podkreślić, że

CZWOROLIST

wygląda wyjątkowo dobrze i nie uwierzyłam w zeznania, mające poświęcić jej notkę 1962. Najwyżej 1966 (albo i wyższą). Dlatego też z najlepszymi życzeniami darowuję kobiecie tekścik kulinarno - obuwniczy. A to się załapałaś. Te mają najwyższe statystyki!

Zacznę od kulinariów.
Wstałam o 9:00, w domu cisza. Nikogo nie ma i pieczywa też. Ale co to dla mnie! Przypomniało mi się, że Ola robiła niedawno sałatkę. To ja też, kto bogatemu zabroni. Sprawdźcie najpierw oryginalny przepis, ponieważ ja zawsze muszę dokonać jakichś modyfikacji. Ola ma refluks i porusza się w ograniczonym zasobie produktów, co może być bardzo przydatne, jeśli akurat macie małe dzieci, które utrudniają (jak to dzieci). Ja nie mam refluksu, więc się nie przejmuję. I.

Wzięłam sobie rukolę, którą bardzo lubię z uwagi na ostry smak. Pół persymony, pół gruszki, pół serka z niebieską pleśnią, bo jest dość słony. Do miski. Oczywiście proponuję w kawałkach, żeby potem nie było, że moje przepisy są do dupy. W tym czasie migdały na suchą patelnię i prażymy. Ola dodała solonych, ja nie lubię, bo są solone i tłuste, więc lecę z całymi w łupinach. Nie musicie w łupinach, ale one pięknie sprzątają w jelitach. Te łupiny. Gdy się uprażą - tak, migdały, nie łupiny (ostrożnie, efekt węgla lubią uzyskać w ułamku sekundy) - studzimy i do sałatki. A potem w szklaneczce mieszamy oliwę z oliwek, sok z cytryny, trochę soli i pieprzu. Polecam taki w młynku, bo mielony na miejscu. I polewamy. I wchłaniamy. 

Litościwi mogą podzielić się z rodziną, ale to nie jest obligo.
U mnie Dziecko wróciło z uczelni i wyżarło to, co nieopatrznie pozostawiłam.

***

Przyszły nowe Irregularki. Zuzia przeżyła załamanie nerwowe. Mówi, że są straszne, ale ona się po prostu nie zna. Zresztą... to ja je będę nosiła, c'nie? Muszę podrzucić do szewca, żeby fleki wymienił, gdyż stwierdzono brak jednej sztuki.


Z przodu mają kopytko wielbłąda, buchachacha!!!


Przecież mówiłam, że ja już nie potrzebuję "normalnych" butów, bo mam. A ona narzeka, ale żebyście widziały, jakie sobie buty na Wyspie kupiła. Niech no tylko pisknie. Każdy ma takie kopytka, jak chce. O!

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 29, 2014 12:05

Ojciec Wwwirgiliusz chowa dzieci swoje

Le petit menelik

Bardzo Miły Młody Człowiek zyskał sobie nowy przydomek. Nazywam go (wykorzystując oryginalne brzmienie imienia kultowego Mikołajka) Le Petit Menelik. Dlaczego? To bardzo proste:

- ulubionym jego przedmiotem zabaw i zainteresowania jest kosz na śmieci. Wyciągnąć saszetkę po karmie dla psa i dojeść resztki. Wrzucić komplet śnieżnobiałych obrusów. Rozmazać zgniłego pomidora na ścianie. Pogrzebać w celu przesortowania co ciekawszych rzeczy.  Zupełnie jak menelik .

- recycling w ujęciu zwrotu i powrotu. Czyli wsadziłem sobie coś do gęby i stwierdzam, że to jest niesmaczne. Wypluwam więc na spodnie czy podłogę. Jednak po chwili dochodzę do wniosku, że może to jednak była zbyt pochopna decyzja. No to siup, znowu do gęby. Ale czekaj, wyłóżmy na rękę i przyjrzyjmy się bliżej składowi. Itp itd. Osoby o słabym żołądku nigdy nie dowiedzą się, jak się to kończy, bo same lecą wykonać zwrotkę. A na końcu, często choć nie zawsze, jest próba częstowania. Takie mam, w sumie dobre, chcesz trochę? Już lekko przeżute, można śmiało zjadać! - mówi nam jego szczery gest podsuniętej pod nos ręki. Zupełnie jak menelik.

- defekacja. Cóż, to nie jest temat na grzeczny blog. Jeśli ktoś potrzebuje żartów o kupie, niech się przesiądzie na kominka. Ja napiszę tylko tyle, że każdy kto przebywał z małym dzieckiem dłużej niż miesiąc wie, że zesrać się po pachy nie jest tylko związkiem frazeologicznym. Jest zapisem życiowej prawdy, z którą w ciasnych łazienkach boryka się miliony rodziców. Żeby w tylko w ich łazienkach, ale są to też toalety na benzynówkach, salony kąpielowe bogatych znajomych, muzealne przybytki z poprzedniej epoki oraz pociągowe szalety.  W naszym potomkunajbardziej rozbrajająca jest ta postawa komunikowana całością doprowadzanego do porządku ciała - zwaliłem się, no i co z tego? - zdaje się mówić Miły Młody Człowiek. Zupełnie jak oporządzany na wytrzeźwiałce menelik.

- ubiór. Oczywiście Królowa Matka ubiera naszego syna najpiękniej na świecie. Niemniej posiadł on po swoim ojcu pewną umiejętność. Nawet jeśli ubierze się go jak stuprocentowego eleganta przestrzegając wszystkich reguł salonowej gry, to wystarczą dwie godziny (ojciec potrzebuje ciężkiego dnia w pracy, doby jazdy autem, albo wyskoku na piwo z kolegami), żeby MMC doprowadził garderobę do stanu opłakanego. Tu plama, tam się coś poddarło, koszula z gaci wyłazi, ale nie cała, za to sweter częściowo pożarty przez spodnie, kieszenie wywalone. Kołnierz zmięty jak poseł po degustacji win albo rundzie meleksem. Słowem - zupełnie jak menelik. 

No więc dlatego menelik. A dlaczego petit? No bo jest mały.  // //

by ojciec_wwwirgiliusz@NOSPAM.gazeta.pl at październik 29, 2014 11:19

Dzieciowo mi

Zdjęcia dzieci w internecie – za, a nawet przeciw

Zdjęcia dzieci w sieci to jeden z tematów, przy których wypada sięgnąć po widły. To taki kultowy temat podobnie jak szczepionki, sześciolatki w szkole, pieluchy wielorazowe, karmienie piersią w centrach handlowych czy podawanie bądź też nie smoczka. To taki temat, że jeszcze nie doczytasz końca tego zdania, a już widzisz tłum z maczetami czekający na komentarze ;) No dobrze, weźcie poprawkę, proszę was bardzo, licentia poetica, podejdźcie z dystansem.

Publikować zdjęcia dzieci w internetach czy nie? Staniemy przed wyborem, a może i nie raz stanęliśmy. Odseparujmy się na razie od dzieci, zatrzymajmy się nad zdjęciami jako takimi. Zanim wrzucimy cokolwiek do sieci, to dobrze jest wziąć pod uwagę kilka rzeczy:

Po pierwsze internet nie zapomina. Wrzucone, poszło, żyje własnym życiem, serwery pożarły i wydaliły. Nie masz nad tym kontroli. Z obrazem jest tak samo jak ze słowami, zanim coś się powie, dobrze jest się zastanowić, czy na pewno warto. Dobrze jest uczynić krótką refleksję, czy zdjęcie na pewno powinien zobaczyć cały świat.

Po drugie w internecie nie ma anonimowości i prywatności. Jeśli ktoś tak myśli, jest, jak mawia klasyk, w mylnym błędzie. Nie ma znaczenia, że umieszczamy coś na swoim profilu facebookowym czy w innym serwisie społecznościowym i widzą to tylko nasi znajomi. No tak, ale mamy ich trzystu, jaka jest pewność, że nikt nie poda zdjęcia gdzieś dalej? Jeśli więc nie chcemy, by zdjęcie zahaczyło o jakiś krąg osób, jeśli są jednostki, co do których wolelibyśmy, żeby zdjęcia nie widziały, to lepiej go po prostu nie publikować. W internecie jak na drodze obowiązuje zasada ograniczonego zaufania. Trzeba myśleć za siebie oraz innych uczestników ruchu (sieciowego).

Po trzecie do publikowania zdjęć w sieci bardzo pasuje tekst, który pojawia się w amerykańskich filmach kryminalnych, kiedy to stróż prawa łapie jakiegoś rzezimieszka i podczas zapinania go w kajdanki wypowiada kultową formułę, że oprych ma prawo milczeć, a cokolwiek powie, może zostać wykorzystane przeciwko niemu. Dokładnie tak. Mamy prawo opublikować zdjęcie, ale cokolwiek wrzucimy, może zostać wykorzystane przeciwko nam. Dlatego warto się zastanowić, bo może zdjęcie stawia kogoś w niewygodnej sytuacji, może jest dla kogoś kompromitujące i ośmieszające, może w końcu na zdjęciu jest Zośka z Antkiem w czułym uścisku podczas firmowej imprezy, a żona Antka niekoniecznie chciałaby to widzieć.

Po czwarte przeglądanie portali społecznościowych to standardowe zajęcie osób zajmujących się rekrutacją. Naprawdę. Nikt się z tym nie kryje. W dzisiejszych czasach to zupełnie naturalne, że pracodawca, u którego staramy się o posadę, sprawdza, co wrzucamy do sieci. Dlaczego? Bo jeśli stanowisko, na które kandydat aplikuje, wiąże się z koniecznością zachowania tajemnicy firmowej, a na jego profilu społecznościowym widać zdjęcie, na którym mocno wcięty i w samych gaciach żłopie piwo, to u headhuntera pojawia się pytanie, czy na pewno ta osoba tajemnicy będzie potrafiła dochować. Też miałabym wątpliwości.

Dobrze, to wróćmy do dzieci. Publikować zdjęcia dzieci w sieci czy nie? Jak łatwo można stwierdzić, ja publikuję. Robię to jednak z pełną świadomością tego, co napisałam wyżej. Świetnie zapewne zrozumieją mnie osoby prowadzące blogi rodzicielskie określane jako szafiarskie. Ciężko jest pokazać stylizację dziecka bez dziecka, prawda? Wychodzę jednak z założenia, że we wszystkim trzeba zachować umiar i trzeba rozpoznać, gdzie przebiega granica.

Jest bowiem różnica między takim zdjęciem:

Child on potty play with toilet paper, isolated over whiteZdjęcie z sosrodzice.pl

A takim zdjęciem (zasłonięcia moje)

na_nocniku3

Wychwytujecie ją, prawda? Druga fotografia jest zresztą klasycznym dowodem na to, że usunięcie bloga nie powoduje usunięcia opublikowanych zdjęć.

Zmierzamy do końca. Jeśli mówimy o publikowaniu zdjęć dzieci w internecie, to nie możemy separować zagadnienia od… telewizji. W programach dla dzieci występują dzieci, widzimy je, znamy ich imiona. To też jest upublicznianie wizerunku. To samo odnośnie prasy drukowanej. Do brzegu, Kruszyzno, do brzegu. Mówię po raz kolejny o zachowaniu złotego środka. Nie jestem za demonizowaniem kwestii, nie rozpalam stosu i nawet nie myślę o zapałkach, zalecam jednak ostrożność i działanie z głową. Nie myślę też nikogo do niczego przekonywać, nie nakłaniam do zmiany zajmowanego stanowiska. Po prostu przedstawiam własne.

by kruszyzna at październik 29, 2014 10:05

Blog do czytania

Wpół do weekendu #18 – memento mori

W weekend cała Polska ruszy na cmentarze. No to o czym mogę dziś pisać? Na każdego kiedyś przyjdzie jego pora. Owszem, niewykluczone, że za naszego życia stanie się osobliwość i zostaniemy unieśmiertelnieni, ale dla bezpieczeństwa należy się liczyć z tym, że przyjdzie po nas zegarmistrz światła. Purpurowy. Co wtedy? No cóż, lista oznak umierania nie wygląda […]

by mrcichy at październik 29, 2014 10:00

Anrzej rysuje

Telefon

autobusRysunek opublikowany na wyborcza.pl 27 piździernika. Link:

http://goo.gl/klCaXz

by Andrzej at październik 29, 2014 09:53

zimno

2.260 [O bezspornym październiku i III Wielkopolskim Kongresie Kobiet w Poznaniu]


Nieuchronny koniec dobrej pogody dało się przeczuć już dwa tygodnie temu w pewnym sieciowym spożywczym dyskoncie, kiedy to w miejsce pryzmy kostropatych, woniejących gruntem ogórasów usypano stos z tych półmetrowych, szklarniowych. Próżniowo zafoliowanych.
Ogórek w folii napotkać w Lidlu – idzie zima.
Jak w radiowej reklamie jakiegoś parafarmaceutyku – koniec października zapowiada nadejście listopada.
Nieodwołalnie.
A październik z listopadem płynnie przekierowują do skojarzeń z Wielkopolskim Kongresem Kobiet w Poznaniu, mam wewnętrzny imperatyw, żeby to odnotować na blogasiu, przecież w tym roku sama w nim, w kongresie, lekko zamieszałam własnym głosem i ciałem. W sensie, że obecnością ciała.

I zostałam z potężnym niedosytem po panelu o sztuce matek.
Po tych wszystkich tutaj (i w realnym matkowaniu) latach, i po wszystkich napisanych słowach, i wypowiedzianych zdaniach coraz mniej otóż wiem, jak i co mówić o macierzyństwie. O tym, co mnie uciska, a co napędza i jakie to ma znaczenie, o ile w ogóle ma, sensu largo.

Kazimiera Szczuka postawiła tezę, że figurę Matki Polki się teraz zastępuje figurą Supermatki i że to zły kierunek, niewłaściwa trasa. Kobiety średnio śpią o dwie godziny krócej, niż te z pokolenia ich matek, trzeba umieć z czegoś zrezygnować i tak dalej.
Cóż, na figurach to jest oczywiście w miarę łatwe. Jak w szachach, królowa, goniec, szach – mat. Matka Polka, poświęcenie, patriotyzm i ofiara. Supermatka – superkariera, superdziecko i superkochanka. W superwysprzątanym mieszkaniu na kredyt na czterdzieści lat.
A w realnym świecie z czego mam zrezygnować, skoro z dzieci się nie da łamane przez nie chcę/nie mogę? Z prania?
Z malowania rysów twarzy na twarzy co rano?
Z zerwania się o świcie każdego dnia i pójścia do pracy?

Mam jedną ponurą myśl, myśl wszeteczną, bo stawiającą w opozycji jedne matki przeciwko innym matkom, ale ją wyartykułuję, co mi tam. Odnoszę otóż mgliste wrażenie, że w ostatecznym rozrachunku i w grze obyczajowej w niemożliwe macierzyńskie układanki, matki z modelu tradycyjno-domowego mają jednak łatwiej. To oczywiście rozumowanie na figurach i modelach, czysto-teoretyczne-rozważania, ale załóżmy, że modelowa tradycyjna matka jest do kości przekonana, że jej miejsce jest przy dzieciach, mężu i w domu, że to jest jej powołanie, żeby się spełnić w wychowaniu, obiadach i w praniu.
No to ona ma z gruntu łatwiej, niż ja, bo jej odpada nieustająca drżączka o to, że pliki do pracy jeszcze nieopracowane, lektura zaległych pism w polu, a na jutro, na 10:30 wpisałam do kalendarza spotkanie.

O, przeklęta emancypacjo, co nam dajesz w zamian?
Co poza nerwicą?
No jasne, SATY-SFAKCJĘ.
Science fiction.
Fiction factory.

Macierzyństwo to sztuka, sztuka matek.

Z drugiej strony, z tej przeciwnej do narzekania mam jednak potężną przyjemność z tego, że Wielkopolski Kongres Kobiet się tak skutecznie wychylił w stronę matek, że miałyśmy centralny panel, półtorej godziny gadania.

A że dominującym doznaniem z ostatnich dni jest u mnie wyczerpanie, więc narzekam i artykułuję frustracje.

- Co nam dzisiaj zjobiłaś na obiad? – zagaił wieczorem Silny.
Dziś padłam martwa, nic nie ugotowałam.
- Zjedliście w szkole. – opowiadam.
Foch. Fosio. Foszunio.
Amen.

*** 

A tutaj subiektywny (i narcystyczny …) wybór kongresowych fotografii.
Autorka zdjęć: Barbara Sinica.









by zimno (noreply@blogger.com) at październik 29, 2014 08:42

kociokwik

Jesiennie i z Piotrusiem

Dzień mija za dniem, a ja odliczam kolejne już nawet nie kartkami kalendarza, czy zakreślanymi kolejno dniami na karce kalendarza, a jedynie kocimi i psimi uśmiechami, głaskami, ciepłem, którym otaczają mnie zwierzaki i jesiennymi smakami.



Nusiowy brzuszek już w stanie dobrym, nie zarósł jeszcze sierścią, ale na to trzeba czasu. Podobnie jak na łapce Sary nie zarosło miejsce po wkuwanym wenflonie. Samopoczucie obydwie mają doskonałe i śladu po mało miłych przeżyciach nie widać na żadnej z nich.


Późnojesienne spacery, najczęściej z mgle, sprzyjają rozmyślaniom. Skończyłam słuchać kolejną książkę i póki co chodzę z Sarą wsłuchując się w dźwięki zamglonego parku, czy układającego się do snu osiedla.


Od soboty jest z nami nowy kot. Ma około 6-7 miesięcy, jest przepięknym myziastym, ciekawym świata i bardzo proludzkim kocurkiem. Trafił do mnie, ponieważ DT, z którego wywędrował do DS, jest aktualnie zajęty i istniała obawa, że Piotruś (bo tak ma na imię ów młodzieniec) będzie zbyt natarczywy wobec maleńtasa pomieszkującego w DT. Bo Piotruś, trzeba wam wiedzieć, jest kotkiem nieustraszonym, o silnym poczuciu własnego "ja" i przekonanym o tym, że świat cały powinien leżeć u jego przepięknych, puchatych stóp i bić mu pokłony. A jak świat nie wykazuje chęci, to Piotruś ów świat z lekka karci. Ot, nasyczy, gryźnie, pokaże, że to on jest ważniejszy i nie pozwoli się światu, a już osobliwie jego co słabszym jednostkom, poniżać brakiem uznania.


Piotruś został przywitany chłodno. Kociokwiki nie pierwszy raz mają nowe towarzystwo, nie pierwszy wiedzą, że towarzystwu trzeba pokazać jaka w domu panuje hierarchia. Nowością, i tym co budziło moje największe obawy, jest to, że to pierwszy tymczas od kiedy do Kociokwika dołączyła Sara, ale i tu udało się zwierzakom dogadać bez zwracania uwagi na moje obawy.


Bałam się też o Wojtka. On i tak jest dość wycofanym kocurkiem i faktycznie - pierwsze popołudnie spędził w nastroju nieco ponurym, jakby powątpiewając w moje do niego przywiązanie. Ale gdy go przytuliłam, naszeptałam do ucha różne tajemne słowa, Wojtek poczuł się pewniej. Najlepszym przykładem jego dobrego samopoczucia jest, moim zdaniem, scena, którą zobaczyłam wczoraj. Piotrek siedząc na drapakowej półce próbował sięgnąć bocianiego gniazda, na którym przycupnął Wojtuś. Ten drugi dobitnie wyjaśnił młodszemu koledze, że pewne miejsca są właściwe starszym kocurom i młodzieży do niech dopuszczać nie wolno.


Gusia jak zwykle ma w nosie wszelkie zawirowania domowe. Burczy gniewnie ostrzegawczo i żyje sobie szczęśliwym życiem abnegatki. Rano, po śniadaniu, dopomina się wsadzenia do szafy z ręcznikami, z której to szafy wychodzi, gdy wracam z pracy.


Sisi, no wiecie, Sisi jako Matka Stada jest nonszalancka i sprytna. Ilekroć wracam do domu ucieka mi na korytarz i biegnąc zagląda przez ramię (?), czy aby na pewno ją gonię. A ja gonię, bo jakże tu nie gonić swojej ukochanej koteczki:-)

P.S. Album z pozostałymi zdjęciami.

by kociokwik (noreply@blogger.com) at październik 29, 2014 08:38

Szklanym okiem mym

Komplety

Dziś  zaprezentuję Wam kilka kompletów wyprodukowanych w Polsce. Każdy inny .

           Tęczowy komplet przerobiony z kolczyków :)




Ślubny komplet- kolczyki plus grzebyk




Elegancka czerń plus "benzynka" :)






Pastele- kolczyki i bransoletka











Pacific Blue-  kolczyki i wisior



by MrÓ (noreply@blogger.com) at październik 29, 2014 06:46

Od rana do wieczora

Koniec śmieciowego jedzenia w szkołach

Nauczycielki klas I-III alarmują, że dzieci przynoszą do szkoły mnóstwo słodyczy, a także pieniądze, za które kupują kolejne łakocie w sklepiku. Odcięcie jednego z tych źródeł to już coś.

Zapraszam do lektury mojego komentarza w Instytucie Obywatelskim.

by Chuda at październik 29, 2014 05:09

zycie na kreske

Tramwaj przeznaczenia

Fajtłapa

Dzisiaj środa, czyli dla mnie niedziela. Znaczy dzień wolny.
I bardzo dobrze. Czułem przez skórę, że ten miesiąc nie może się skończyć dobrze.
Rozkłady niedopasowane do warunków drogowych doprowadziły w końcu do bardzo poważnego zdarzenia, a ostatnie dni obfitowały w kolizje, potrącenia i zatrzymania. O zapadnięciu się torowiska nawet nie będę wspominał.
Oczywiście nie jest to tylko wina rozkładów, bo jak wiecie kartka papieru sama w sobie krzywdy zrobić nie może, lecz gdy połączymy ją z czynnikiem ludzkim, to zaczynają dziać się cuda.

Tym razem doszło do mega karambolu przy kinie Femina.
Można by pomyśleć, że to jest nie do pomyślenia, bo przecież jakże to tak.
Ano można. Chwila nieuwagi, zmęczenie dziesięciogodzinnymi zmianami, brak normalnego snu i poczucie, że wszystko robisz źle (chociaż bardzo się starasz).
I BUM. (nie chodzi tu o środek przeciwbólowy).
Jedno, złe przełożenie zwrotnicy.


źródło: http://oognet.pl

Niedawno dostałem linię 9. Wcześniej nie miałem przyjemności jej obsługiwać, a jak wiadomo za pierwszym razem zawsze jeździ się kiepsko. Do tego doszła wszechobecna mgła (ani chybi spisek), która ograniczała widoczność znacznie. No i na pętlę Gocławek  dotarłem z opóźnieniem 9 minut.
Swojego czasu podjąłem decyzję, że będę jeździł zgodnie z przepisami.
Zwyczajnie ustawiłem sobie priorytety w pracy.

1. Bezpieczeństwo moje i pasażerów.
2. Przepisy ruchu drogowego.
3. Rozkład jazdy.

I tego się trzymam.
Fakt - jeżdżę czasami opóźniony, ale do domu wracam mniej wyprany psychicznie niż kiedyś.
Bywa, że da się realizować rozkład, ale są takie linie, że nie ma bata, żebyś nawet ten bat z piasku ukręcił.
Takie właśnie sytuacje dotyczą linii kursujących ulicą Targową, czyli nowym odcinkiem przywróconym do ruchu po latach dłubania i kopania.
Motorowi się stresują, gonią, śpieszą, denerwują i ogólnie nie jest fajnie.
A ja cały czas powtarzam - jedź spokojnie, jedź ostrożnie. Nie przejmuj się rozkładem. Firma sobie poradzi.
Ty masz bezpiecznie dowieźć pasażerów i siebie z krańca na kraniec.
Ktoś chce kupić bilet? Nie odjeżdżaj. Sprzedaj bilet, a dopiero potem rusz z przystanku.
W karcie odpisz powód opóźnienia "sprzedaż biletów". Niech firma wie, że ten handel rujnuje punktualność.
Jeżeli będziesz gnał na złamanie karku i łamał przepisy, to może i dojedziesz o czasie, ale firma będzie święcie przekonana, że rozkład jest rozpisany prawidłowo.
Przecież zdążyłeś.

Niestety nie z każdym motorowym da się o tym porozmawiać.
Sam byłem świadkiem, jak jeden, który mówił że jeździ zgodnie z przepisami był zakrzyczany przez inną motorową, która darła się, że ona BĘDZIE zapierdalać, że BĘDZIE sprzedawać bilety w ruchu, a on pewnie nie ma jaj, bo żeby prowadzić tramwaj to trzeba mieć jaja.

Fakt. Trzeba mieć i to z kamienia. Ale jest jeszcze jedna rzecz, która jest nieodzowna przy prowadzeniu składu.
Mózg.
Samymi jajami tramwaju nie poprowadzisz.

O mnie pewien ekspedytor mówił, że jestem fajtłapa, bo się nie wyrabiam (oczywiście za plecami, bo w oczy mi tego nie powiedział).
W sukurs o dziwo przyszedł mi jeden z "szybkich" motorowych.
Lekko naskoczył na gościa, że nie godzi się tak mówić o ludziach, którzy chcą dobrze wykonywać swój zawód i wozić pasażerów zgodnie z zasadami ruchu.
Chwała mu i sława za te słowa.
Może kiedyś zmieni się mentalność niektórych pracowników i wszyscy zaczniemy jeździć tak, jak się jeździ w Europie.

A miało być o Związkach Zawodowych.
No bo się zapisałem do ZZPR i nawet mam być przedstawicielem tegoż związku na zajezdni Wola.
Zobaczymy co kot przyniesie.
Więcej w tym temacie następnym razem.

by Jarek Kowalski (noreply@blogger.com) at październik 29, 2014 03:13

Kura pazurem

Kominek mnie inspiruje

Mam elegancką rozpierduchę w domu. Remont miał się skończyć w sierpniu. Przynajmniej taki mieliśmy plan. Jednak to pączkuje, a mój Mężuś ciągle coś wymyśla. Co ja więc posprzątam, bo myślę, że to już koniec, to do domu pakuje mi się następna ekipa i robi rozpierduchę. Przeżyłam już fachowców różnej maści. Najbardziej podobał mi się pan, który miał przepchać komin, bo się okazało, że jeden kanał jest tak zatkany, że trzeba kuć w ścianie. Pięknie. Przyszedł.

– Nie, to się nie da… – stwierdził ku mojemu zdziwieniu.

– Jak to się nie da? – pytam. – Wszystko się chyba da, co?

– Nie, to się nie uda…

– To zrobi pan to?

– Zrobię, ale chyba się nie uda.

I cały czas w tym stylu. Kuł ścianę i stękał, że to na pewno się nie uda. Maruda taka, że aż strach. Ale oczywiście wszystko się dało. Pan był z siebie bardzo dumny.

kominekA wczoraj? Przyszli następni. Montujemy kominek, więc trzeba było wyciąć dziurę w podłodze. Kilka dni wcześniej zrobiłam sobie elegancki porządek w kuchni. Bo co tam kominek, nie? Przecież w pokoju go będą robić, to w kuchni się nie nabrudzi. Siedzę sobie. Pracuję. Panowie też pracują. I nagle widzę, że nic nie widzę. Moje mieszkanie spowija „mgła”. Kurza twarz! Gdzie ja jestem? Szukam kota w tej „mgle”. Ten siedzi na łóżku wystraszony i patrzy na mnie w stylu „o co kaman?”. Jest pięknie rozpierducha taka, że nic nie widać. Podejrzewam, że kurz będzie opadał przez najbliższe kilka dni.

Wczoraj wieczorem siedzimy w pokoju wypełnionym rurami, cegłami, pustakami, płytami i czort jeden wie, czym jeszcze. A Mężuś nagle:

– Może jak nam kasy starczy, to jeszcze sobie zrobimy te dwie ściany, co?

– ???!!!@#% – myślę sobie. A kiedy my w końcu posprzątamy? Kiedy???!!!

A ja przecież mam takie plany. Będzie kominek. Posprzątam. Napalimy sobie. Ciepełko będzie. Przed kominkiem jakiś włochaty pled, na nim ja i Mężuś… Ech, pięknie tak by było… Taką mam wizję, że… nie nadaje się do upublicznienia. Tak mnie ten kominek inspiruje, że aż włosy na głowie większego skrętu dostają.

A Mężuś? Hmm. Chyba jego wizja jest trochę inna, bo co chwilę się śmieje, że to dopiero będzie, jak Nutuś pod kominek wlezie i trzeba będzie wzywać pomoc, żeby kot się nam nie upiekł. I chichocze na samą myśl.

by anna at październik 29, 2014 03:11

październik 28, 2014

Slow Day Long

Zmieniamy mieszkanie. Lokum Da Vinci. Fajne miejsce do życia

Ci z Was, którzy śledzą naszego bloga od dawna, pamiętają pewnie, że w ubiegłym roku sporo czasu poświęciliśmy na odwiedzenie różnych inwestycji deweloperskich we Wrocławiu (TUTAJ możecie sobie przypomnieć te wpisy, a było ich trochę). Kontaktowaliśmy się z wieloma firmami i zobaczyliśmy sporo mieszkań. Niestety, po kilku miesiącach czuliśmy się zniechęceni i rozczarowani. Temat odłożyliśmy na bok – do przemyślenia, przetrawienia, „przespania się” z nim. Nic na siłę. Jak zwykle bywa w takich sytuacjach, odpowiedź pewnie jest blisko, tylko trzeba się zdystansować, żeby ją zobaczyć.

Różne myśli chodziły mi po głowie w tym czasie. Najprzeróżniejsze pomysły pojawiały się w moim umyśle. Była nawet koncepcja, żeby wyprowadzić się z miasta. Przemyślenia na jej temat zaowocowały nawet szeroko komentowanym wpisem porównującym życie na wsi i w mieście z naszej subiektywnej perspektywy (TUTAJ). Sporo też czytałam (Damian również) na temat tego, co się dzieje w polskim „mieszkalnictwie”, czym się różnią współczesne osiedla, od tych zaprojektowanych w teoretycznie gorszych czasach. Mnóstwo inspiracji dostarczył mi Filip Springer, a raczej jego książki, które namiętnie pochłaniam. Wizyty na tych wszystkich budowach przypomniały mi moje przemyślenia, które po lekturze „Źle urodzonych” miałam na temat osiedla, na którym mieszkam większość mojego życia (czytaj TUTAJ).

Później były wakacje w Holandii i różne domy, w których mogliśmy pomieszkać. Małe i duże, wiejskie i miejskie. W Hadze zobaczyliśmy, że nawet niewielki ogródek, przyklejony do parterowego mieszkania w centrum miasta robi różnicę i daje nam „inny świat” wśród zgiełku (zobacz TUTAJ). Równocześnie nie musimy się oddalać od wszystkich możliwości, jakie daje duża metropolia. Może bardziej odpoczęliśmy w uroczym domku na wsi, gdzie karmiono nas organicznym jedzeniem, ale w żadnym innym miejscu nie było nam tak wygodnie, codziennie i… jak w domu, jak w tym niewielkim mieszkaniu oddalonym kilkaset metrów od haskiego „city”.

Pewnego letniego dnia, wybrałam się z córką na spacer. Idąc w stronę Parku Zachodniego, postanowiłam skręcić wgłąb osiedla, żeby zobaczyć, co się kryje za wielką ścianą nowej inwestycji Lokum Deweloper, która postała przy Bajana. Przyznam szczerze, że z perspektywy ulicy, nie wyglądała ona specjalnie zachęcająco. Wysoki przytłaczający blok, za nim kolejny, ale… coś mnie jednak ciągnęło, żeby zajrzeć głębiej.

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (13)

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (4)

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (5)

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (6)

Ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że „w środku” wygląda to całkiem fajnie. Owszem, niewielka część inwestycji jest już ukończona, ale moje wyobraźnia przestrzenna pozwala mi „zobaczyć”, jak to będzie wyglądało później. Pomogło też to, że przez okno nieczynnego już o tej godzinie biura sprzedaży mieszkań, mogłam zobaczyć makietę całości.

Wysokie bloki odgradzają osiedle od ulicy, ale dalej zabudowa jest już niska. Wszystkie budynki mają na parterach przewidziane lokale usługowe, każdy blok ma swoje podwórko z placem zabaw. Zaplanowana jest ogólnodostępna przestrzeń wspólna dla mieszkańców, coś w rodzaju pergoli – miejsca spotkań, spacerów, zabaw i zakupów. Podoba mi się, ale od wizualizacji do realizacji zwykle daleka droga. Postanowiłam więc porównać to, co już jest, z tym, co widzę na makiecie.

I tu znów zaskoczenie: rzeczywistość wiernie odwzorowuje wizualizacje. No, może kwiaty w klombach są inne, czy inaczej wykończono posadzki, ale generalnie wszystko się zgadza. Czyżby na wrocławskim rynku pojawiła się firma, której foldery sprzedażowe są czymś więcej niż tylko sprzedażowym „bullshitem”? Ładnymi obrazkami, które nigdy nie staną się rzeczywistością? Wiecie, ciągle czekam na ten plac zabaw pod naszymi oknami, który widziałam na planach 8 lat temu, kupując nasze obecne mieszkanie. Tu place zabaw, mała architektura i zieleń są przygotowane kilka miesięcy przed oddaniem mieszkań. Jestem naprawdę pod wrażeniem.

Wracam do domu, odpalam ich stronę internetową i… znajduję mieszkanie w sam raz dla nas. Cztery pokoje, na parterze, z ogródkiem. Bajka! Drukuję w kilku egzemplarzach rzut w pdf, który można pobrać ze strony i z wypiekami na twarzy do 3 w nocy rysuję, kombinuję, przestawiam. W końcu wiem, że drobnymi zmianami w układzie pomieszczeń mogę fantastycznie dopasować to mieszkanie do naszych potrzeb. Będzie w nim wszystko, czego w tej chwili nam brakuje.

Rano dzwonię do biura sprzedaży mieszkań, żeby się umówić na wizję lokalną i… dowiaduję się, że przed chwilą podpisali umowę sprzedaży i na ten moment nie mogą mi zaproponować nic innego z ogródkiem. Z jednej strony jestem rozczarowana, z drugiej myślę „widać to nie TO”. Ale gdzieś tam w tyle głowy czai mi się myśl, że może w kolejnych budynkach będzie coś jeszcze ciekawszego, w końcu nigdzie się nie spieszymy. Obserwuję więc stronę internetową firmy, aby nie przegapić momentu, w którym pojawią się nowe mieszkania na sprzedaż.

Aż w końcu, pewnego październikowego dnia, po długiej przerwie, zaglądam w wiadome miejsce w sieci i widzę, że ruszyła sprzedaż kolejnych etapów. Uff… wchodzę w wyszukiwarkę mieszkań, wpisuję parametry, jakie mnie interesują i… nie wierzę własnym oczom. „Moje” mieszkanie znów jest na sprzedaż. Dzwonię natychmiast, żeby się upewnić, że to nie pomyłka. Nie nie, wszystko jest w porządku. Umawiamy się na wizję lokalną.

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (11)

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (15)

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (16)

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (21)

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (22)

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (2)

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (3)

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (17)

Tym razem idzie ze mną Damian i Ala. Ponieważ sprawa nabrała realnych kształtów, zwracamy uwagę dosłownie na wszystko. Teraz dopiero zauważam, że inwestycja została rzetelnie wkomponowana w istniejące osiedle z lat 80-tych. Nie została otoczona płotem, nie pojawiły się żadne utrudnienia w komunikacji między tym co stare, a tym co nowe. Przypominają mi się plany, które widziałam w spółdzielni wiele lat temu – Bulwar Dedala, pełen sklepów, puntów usługowych i kawiarni, będący przedłużeniem Bulwaru Ikara. Wysokie bloki wzdłuż głównych ulic, osłaniające ciche podwórka i niską zabudowę wewnątrz. Place zabaw na terenie podwyższonym w stosunku do poziomu jezdni, żeby bawiące się na nich dzieci nie wybiegły nagle pod samochód za przysłowiową „piłką”.

Wielu deweloperów stawia nowe kompleksy mieszkaniowe na starych blokowiskach, ale wyraźnie się od nich odcina. Architekturą, gęstością zabudowy, rozwiązaniami funkcjonalnymi, a często także płotem. Jakby zakładali, że ich mieszkańcy nie chcą widzieć tego, co było tam przed nimi, że nie chcą mieć ze starym osiedlem nic wspólnego. Tu jest zupełnie inaczej. Bloki są nowe, ładne, ale… nie odstają od tego, co stoi dookoła od 30-tu lat. Przestrzeń Lokum Da Vinci nie została wyrwana z „Kosmosu”, ale w niego wkomponowana. Pojawienie się tego kompleksu nie spowoduje utrudnień w poruszaniu się po osiedlu, a wręcz je ułatwi. Kurcze, brzmi to jak słowa napalonego idealisty, ale to jest właśnie to, czego szukałam.

O samym mieszkaniu nie będę się rozwodzić. Podoba się nam i już. To, co je mocno odróżnia od mieszkań z ogródkiem na innych oglądanych przez nas osiedlach to to, że ogródki są ogrodzone w taki sposób, że dają poczucie intymności. Owszem, nie takie, jak we własnym domu na wsi, ale są one bardzo przypisane do mieszkania, a nie zlane w jedno wspólne podwórko, z umownymi granicami wydzielonymi przez donice z roślinami. Tak, chcemy to mieszkanie!

Samo w sobie jest dla nas idealne. Pasuje nam też lokalizacja. Tu mieszkamy od lat, tu mamy rodzinę, znajomych, ulubione sklepy, przedszkole córki. Pasuje nam infrastruktura osiedla i komfort życia na nim. Mamy świetne połączenie z centrum miasta, dostęp do całodobowej komunikacji publicznej i obwodnic. Wiemy jak omijać korki jadąc stąd we wszystkich kierunkach. Tu czujemy się dobrze.

Smaczku całej sytuacji dodaje fakt, że podczas naszej wizyty, wśród pracowników budowy „wpadłam” na znajomego, z którym kiedyś pracowałam na innej inwestycji. Zapytałam go dyskretnie, jak tu jest z jakością, bo takie historie krążą wśród znajomych, którzy mają nowe mieszkania, że włos się na głowie jeży, a tu nikogo nie znam, żeby podpytać. Powiedział krótko „kupujcie, nie ma się do czego przyczepić”. A wiedział co mówi, bo w ostatnich kilku latach miał okazję pracować dla różnych dużych wrocławskich firm deweloperskich i wiem, że jest naprawdę świetnym fachowcem.

Znaleźliśmy mieszkanie, czas uruchomić finansowanie. Na tym upłyną nam kolejne dni, może tygodnie. Trzymajcie za nas kciuki. Ciąg dalszy historii nastąpi wkrótce!

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (19)

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (20)

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (8)

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (9)

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (10)

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (18)

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (12)

Lokum Da Vinci Developer Deweloper Wrocław Bulwar Dedala Bajana Blog Opinie Zdjęcia Slow Day Long (7)

by Kamila at październik 28, 2014 11:01

Domowa kuchnia Aniki

Pyszna zupa pieczarkowa z domowymi zacierkami

Pyszna zupa pieczarkowa z domowymi zacierkami



 Wczoraj ugotowałam zupę pieczarkową, którą w naszym domu bardzo się lubi. Robię kilka jej wersji. Dziś podam przepis na zupę pieczarkową z zacierkami domowej roboty. Zupa aromatyczna, która znika w błyskawicznym tempie, bo jest na prawdę smaczniutka. Zachęcam do wypróbowania przepisu na tak przyrządzoną zupę, a zapewniam, że na jednym zjedzonym talerzu się nie skończy.

 

Składniki:
  • 1 kg pieczarek
  • mała marchewka
  • kawałeczek selera
  • kawałek pietruszki
  • 1,5 łyżki masła
  • sól
  • pieprz
  • 3 łyżki śmietany 18%
  • 2 łyżki bulionu wegetariańskiego
  • koperek do posypania zupy
Na zacierki:
  • 3 żółtka
  • mąka
Sposób przygotowania:
  • Z żółtek i maki zagniatamy ciasto na zacierki. Mąki dodajemy tyle, aby zagnieść dość twarde, ale elastyczne ciasto. Owijamy je w folię i wkładamy do zamrażalnika na ok 30 minut ( łatwiej będzie go wtedy zetrzeć na tarełku.)
  • Pieczarki obieramy, myjemy i kroimy w plasterki, a większe w półplasterki
  • Na dużej patelni ( ja w woku ) rozgrzewamy masło i wrzucamy na niego pokrojone pieczarki. Delikatnie solimy i smażymy, aż puszczą sok i nieco odparują.
  • W garnku zagotowujemy ok 2 - 2,5 litra wody, dodajemy bulion
  • Marchewkę, pietruszkę i seler obieramy i ścieramy na tarełku o dużych oczkach. Wrzucamy do gotującej się wody
  • Do garnka z warzywami przerzucamy też pieczarki wraz z płynem i wszystko razem gotujemy ok 15 minut. Doprawiamy solą i pieprzem
  • Następnie ciasto wyjmujemy z zamrażarki i ścieramy bezpośrednio do zupy na tarełku o dużych oczkach. Gotujemy ok 1 -2 minuty od wypłynięcia
  • Na koniec zupę zaprawiamy śmietaną 18 %. Do osobnego naczynia wlewamy śmietanę i dolewamy do niej ok 0,5 szklanki płynu z zupy. wszystko razem roztrzepujemy, najlepiej za pomocą trzepaczki rózgowej i wlewamy do zupy. Zagotowujemy
  • Zupę podajemy posypaną posiekanym koperkiem

by Anika (noreply@blogger.com) at październik 28, 2014 09:28

Zuzanka

Kurlandia

Wieniec z żywych gałązek

Sobota nie była przyjemnie ciepła. Chłód przeszywał mnie na wskroś, a Mąż jak zwykle wyzwał mnie od zmarzluchów. Mimo tego spacer się udał, bo byliśmy razem: ze sobą, a nie obok siebie. Zależało mi, by nazbierać żywych gałęzi, z których uplotłam następnie wieniec. Zabrakło mi jednak drobnych gałązek z pączkami, więc i niedzielne popołudnie spędziliśmy w lesie.

Tym razem było już znacznie cieplej, a złociste słońce wypełniło korony drzew. Las nasycił się czerwienią i żółcieniami. Z zachwytem patrzyliśmy na kolory odbijające się w wodzie.

Mąż biegał po ściółce w poszukiwaniu plonów leśnego runa…

a ja wycinałam odpowiedni materiał do swojej pracy. Tylko żywe rośliny gięły się i dawały zaplatać. Choć kończy się październik, drzewa pełne były młodych pąków. Te dodatkowo rozwijały się dzięki domowemu ciepłu.

Pracę nad wieńcem zaczęłam od pogrupowania gałązek w kupki po dwie sztuki. Pierwsze dwie gałązki były moją bazą, dwie kolejne przyczepiłam ściśle drucikiem kawałek dalej (moim celem było zrobienie wielkiego wieńca, więc ustawiłam odległość na 20cm), podobnie zrobiłam z kolejnymi, zachowując podobny odstęp. Gdy wiązka pozwoliła na zaplecenie koła o pożądanej przeze mnie średnicy, przestałam dodawać gałązki, a wiecheć zaplątałam w okręg tak, by szczytowe pączki nachodziły też 20 centymetrów na początek bazy. Łatwiej będzie przedstawić to na rysunku.

Gdy już połączyłam gałęzie w okrąg, zaczęłam dodawać spiralnie kolejne gałązki. Oplatałam nimi bazę, przeciskałam dość ściśle między już istniejącymi gałęziami. Pączki w domowym cieple uwypukliły się. Teraz zaschną i będą delikatną ozdobą wieńca. Z suchego drewna ciężko by było zapleść tak misterne koło.

Takie gniazdko może być początkiem niezwykle urokliwego rękodzieła. Dodając sztuczne chryzantemy stworzymy na przykład wieniec na nagrobek – akurat na czasie, nieprawdaż? Bombki, kraciaste wstążki, wypieczone pierniczki zamienią gałązki w śliczną ozdobę bożonarodzeniową. Piórka, pastelowe koronki, wydmuszki pomogą nam stworzyć stroik wielkanocny. Nam jednak wianuszek przyda się do zupełnie czegoś innego. Szczegóły już niedługo na blogu mojego Męża. Połączyliśmy swoje artystyczne dusze w jeden projekt.

***

by Iga at październik 28, 2014 08:52

Dzieciowo mi

Probiotyki – jakie bakterie, za co odpowiadają i gdzie je znajdziemy

Klient nasz pan, jak to pięknie zwizualizował kabaret Ani Mru Mru w swoim skeczu z chińskim żarciem. Klient nasz pan, a ponieważ powstało zapotrzebowanie na dalsze informacje o probiotykach, to ja nie mogę nie podnieść rękawicy ;) Wracamy więc do probiotyków, nazywamy bakcyle po imieniu, bo to o szanowne koleżanki bakterie się rozchodzi. Która bakteria za co odpowiada, jak się nazywają i co nam robią. Dużo, dużo łaciny bez używania wulgaryzmów – tak, to w moim przypadku dziwne, wiem ;)

Zanim jednak o tych bakteriach, to trzeba nam powiedzieć, że cała flora bakteryjna naszego jelita buduje się do ukończenia 1. roku życia i pozostaje niezmienna przez całe jego dalsze trwanie (to znaczy niezmienna w głównych założeniach, bo oczywiście różne sytuacje w życiu się zdarzają, które modyfikują „zawartość” jelit). Trochę straszno. Człowiek rodzi się z układem trawiennym niewyposażonym w bakterie. Szok i niedowierzanie, ale tak jest. Szybko jednak nadrabia zaległości i już w pierwszej i drugiej dobie po narodzinach przejmuje od matki bakterie bytujące w pochwie oraz bakterie, które znajdują się w układzie pokarmowym matki (np. escherichia coli). W trzeciej i czwartej dobie po porodzie wyposażony jest już w bakterie z gatunku Lactobacillus i Bifidobacterium. W siódmej dobie życia prawie cała flora bakteryjna jelita grubego, czyli 99% wszystkich bakterii to przedstawicielki Bifidobacterium.

Z florą bakteryjną jelita grubego jest mniej więcej jak z rozkładem sił w Gwiezdnych Wojnach. Część jest po jasnej, część po ciemnej stronie mocy. „Złe” bakterie „rozregulowują” cały system, „dobre” bakterie niwelują efekt działania tych złych. Choroby osłabiają – jakby to zręcznie ująć? – działanie jelit, antybiotyki, choć są często konieczne, naruszają równowagę flory bakteryjnej. Dlatego uwzględnienie w jadłospisie produktów, które zawierają probiotyki i prebiotyki (odsyłam do poprzedniego tekstu dla przypomnienia), jest dobre dla naszego organizmu.

No to teraz lecimy łaciną.

Rodzaje probiotyków (bakterii probiotycznych) – nazwy łacińskie

Do probiotyków zaliczamy bakterie z grupy Lactobacillus:…

  • L.acidophilus
  • L.casei
  • L.rhamnosus
  • L.bulgaricus
  • L.plantarum 299
  • L.delbrueckii
  • L.reuterii
  • L.GG

 …i Bifidobacterium

  • B.bifidum
  • B.longum
  • B.breve
  • B.animalis
  • B.infantis
  • B.adolescentis

Probiotyczne bakterie to jeszcze Enterococcus faecium oraz Streptococcus thermophilus, a także pewien gatunek drożdży (które nie są bakteriami, a grzybami), czyli Saccharomyces boulardii. Sporo? Sporo. No to teraz o tym, co one nam robią. Wspomagam się Wikipedią (linki na końcu notki)

Jak działają probiotyki?

Lactobacillus casei ssp. rhamnosus (Lactobacillus GG) skraca czas przebiegu ostrych biegunek rotawirusowych u dzieci, z powodzeniem stosowany w biegunkach poantybiotykowych, biegunkach podróżnych i biegunkach wywołanych zakażeniem Clostridium difficile. Casei posiada też właściwości antykarcenogenne (czyli działa przeciwrakowo, jeśli już mamy uprościć sprawę).

Lactobacillus plantarum – stosowany w biegunkach infekcyjnych, stanach zapalnych przewodu pokarmowego oraz nieswoistych zapaleniach jelit. Hamuje wzrost innych bakterii, reguluje wydzielanie śluzu w przewodzie pokarmowym, reguluje ukrwienie i perystaltykę jelit oraz stymuluje jelitowy układ immunologiczny.

Lactobacillus rhamnosus – jeśli zaczynamy go podawać na 4 tygodnie przed porodem, a następnie przez 6 miesięcy u niemowlęcia, to efektem znacznie rzadsze pojawianie się chorób alergicznych, przede wszystkim atopowego zapalenia skóry, oraz alergii na mleko krowie. Ten probiotyk stosowany jest również w biegunkach infekcyjnych, stanach zapalnych przewodu pokarmowego oraz nieswoistych zapaleniach jelit.

Gdzie można znaleźć poszczególne probiotyki?

Lecimy takim systemem: po lewej nazwa preparatu, o który można zapytać w aptece (nazwa handlowa), po prawej rodzaj probiotyku, jaki preparat zawiera.

  • Enterol – Saccharomyces boulardii
  • Lacidofil – Lactobacillus acidophilus, Lactobacillus rhamnosus
  • Lactiv up – Lactobacillus acidophilus
  • Lactoral junior –  Lactobacillus rhamnosus (KL 53A) – 25%, Lactobacillus plantarum (PL 02) – 25%, Bifidobacterium longum
  • Lakcid – Lactobacillus rhamnosus
  • Lakcid forte – Lactobacillus rhamnosus
  • Probiolac – Lactobacillus acidophilus, Lactobacillus bifidus, Streptococcus thermophilus, Lactobacillus delbruecki subsp. bulgaricus
  • Trilac – Lactobacillus acidophilus, Lactobacillus delbruecki subsp. bulgaricus, Bifidobacterium bifidum

To preparaty apteczne, ale probiotyki znajdziemy tak naprawdę w KAŻDYM jogurcie, tylko oczywiście w o wiele mniejszym stężeniu. Na opakowaniach jogurtów bardzo często jest napisane, jaki szczep bakterii zawierają. Jeśli więc chcemy wprowadzić probiotyki do swojej diety, to wystarczy jeść przetworzone produkty mleczne. I finito.

Padło pytanie w komentarzu pod poprzednim tekstem, jaki jest sens przyjmowania probiotyków, kiedy się nie choruje. Sens jest ogromny, nie tylko wyrównywanie gór i dolin po chorobach. Probiotyki wpływają dobrze na perystaltykę jelit, pomagają lepiej asymilować poszczególne mikroelementy, wzmacniają odporność i robią dużo innych dobrych rzeczy. Nikt nie każe rujnować się na specyfiki z apteki, ale jogurt czy kefir każdy sobie może od czasu do czasu zapodać, prawda? I tyle.

Pisząc tekst korzystałam z Wikipedii (klik, klik) oraz z pracy Iwony Sakowskiej-Maliszewskiej z Poradni Gastroenterologicznej Centrum Pediatrii w Sosnowcu (klik, klik).

by kruszyzna at październik 28, 2014 07:23

notatki na mankietach

futrzak

w postaci federalnego wymogu prawnego w USA istnieje. Jej skuteczność bywa różna, ale powiedzmy sobie, jaka ma być, kiedy praktyka wygląda tak:

Tłusta firma z Doliny Krzemowej, o dochodach za trzeci kwartał tego roku rzędu 200 milionów dolarów, zatrudniła sobie Hindusów świeżo importowanych z Indii do instalek w nowych biurach firmy. Hindusi pracowali po 120 godzin tygodniowo, a zapłacono im 1.21 USD/h oraz pominięto zapłatę za nadgodziny.
Oba powyższe działania są bezprawne i wie o tym chyba każdy pracownik najemny w USA. Tłumaczenie więc, że During this process we unintentionally overlooked laws that require even foreign employees to be paid based on local US standards jest po prostu zwykłym kłamstwem. Powiedzmy sobie szczerze – prawnik, który ma licencję w USA a przeoczy coś tak oczywistego, jest natychmiast zwalniany. Tutaj nic takiego nie miało miejsca, bo też i działanie było jak najbardziej intencjonalne.

A teraz wisienka na torcie: jaką karę poniosła owa firma? Otóż musiała zapłacić „zaległe” wynagrodzenie w wysokości $40,000 oraz karę…. w wysokości $3,500. Tak, trzech i pół tysiąca dolarów…

Nie jest to pierwszy ani zapewne ostatni raz, bo po jaką cholerę jakakolwiek firma ma zatrudniać zgodnie z przepisami, skoro korzyści wynikające z łamania prawa są żadne, a prawdopodobieństwo, że nie zostanie złapana spore? Niczym nie ryzykujesz, a możesz dodatkowa kasę wyciagnąć…

A to tylko jeden sposób na „obnizanie kosztów”. Oszukiwanie pracowników na HB1 visa uroslo juz do gargantuicznych rozmiarow, caly przemysl sie z tego zrobil… powstaly tzw. „body shops” żerujące na fakcie, ze emigranci nie znają swoich praw, mają niewiele pieniędzy i nie znajda kompetentnego prawnika, zeby wnióśł sprawę do sądu…

No ale jest dobrze. Branża się rozwija, dochody rosną, biznes kwitnie. Że na niewolniczej pracy tysiecy oszukanych pracowników? Who cares. Trzeba się bylo nie zatrudniac….


by futrzak at październik 28, 2014 04:49

moje waterloo

1965

Notkę nr 1965 poświęcam Koleżance Beemwe. Będzie na taki temat, że niech się Koleżanka nad sobą zastanowi. I oczywiście...

BEEMWE            NIECH              ŻYJE!


Założyłam w końcu księgę wieczystą dla mojego małego mieszkanka, które okupuje licealny kolega, zwany potocznie lokatorem. Właściwie to mieszkanie tylko z nazwy (i aktu własności) jest moje, gdyż albowiem darowałam je Dziecku na osiemnaste urodziny. Dlatego też, jako osoba startująca po raz kolejny w wyścigu na Najgorszą Matkę Roku, postanowiłam je sprzedać. Rzeczonemu lokatorowi.

Oczywiście najpierw musiałam przysiąc na kolanach, że odkupię. Aczkolwiek tak korzystnych interesów, jakie udało mi się zrobić z kupnem obydwu naszych mieszkań, raczej nie powtórzę, bo podobno nic dwa razy się nie zdarza, a mnie się zdarzyło, więc nie liczę już na trzeci. No, chyba że dom potraktujemy jako osobną kategorię, to zapraszam szczęście serdecznie. Wtedy może i na odkupienie mieszkania wystarczy albo się Dziecku fartnie i dostanie obecne. Póki co, codziennie wysyła do kapituły konkursu maile, świadczące o mojej wredocie. Miała mieszkanie - PYK - nie ma.

Trochę się wytłumaczę. Oczywiście posiadam ze trzy prawe środki płatnicze, dedykowane mojemu wymarzonemu domostwu i stale dokładam do kupeczki (grosz do grosza, a będzie kokosza), ale mam też świadomość, że to na rozruch nie wystarczy. Nikt już nie daje kredytów na 100% wartości nieruchomości, na zadatek trzeba mieć ok. 10%, na opłaty i w końcu - na remont wraz z przeprowadzką. A tymczasem, co tu kryć - jestem coraz starsza, paliwo znacznie droższe niż w 2006, więc na wszelki wypadek nie zakładam, abyśmy dali radę przeprowadzić się o własnych siłach, jak to miało miejsce poprzednio. Odległość też będzie większa, więc jakby się nie opłaca.

Cała operacja zapowiada się na dość skomplikowaną logistycznie i emocjonalnie. Muszę więc mieć na to pieniądze. Nasze pensje nie wystarczą i nie ma o czym gadać. Sprzedaż małego mieszkania jest konieczna, szczególnie że - nieprawdopodobne! - nie jest ono obciążone hipoteką. Ergo: wolne i swawolne, brać - nie marudzić. (Kolejny mail do kapituły właśnie staruje).

Uzbierawszy wszelkie niezbędne dokumenty - sąd w Chorzowie żąda nie tylko zaświadczenia ze spółdzielni mieszkaniowej, które ta daje za darmoszkę, ale również wypisów i wyrysów z Wydziału Geodezji, za które musiałam zabulić 150 zł - ruszyłam do ataku. Mamrocząc niepochlebnie pod nosem, wrzuciłam do parkomatu piątaka, bo nie miałam drobniejszych. Parkomat nie wydaje reszty. Z dołu okazało się, że miasto wzbogaciło się o 1,5 h czasu parkowania, które nie zostało wykorzystane. Za karę się stąd wyprowadzę i mam was w odwłoku, nienażarte świnie (te czułe słowa kieruję do Rady Miasta), stracicie tym samym dwóch, a w perspektywie trzech bardzo uczciwych podatników. Nie opłacało się.

Czyli: wrzuciłam, popomstowałam i ruszyłam do sądu. W sądzie, wiadomo, zasieki, piszczące bramki, straż i nieprzyjazna atmosfera. Sympatyczna okazała się jedynie pani z ochrony, pilnująca rzeczonej bramki - pewnie po to, by nikt jej nie ukradł. Wiadomo: każdy chce mieć takie piskadełko w domu. Reszta obsługi: istne panie Halinki. Nieprzyjazne, naburczane, obrażone, że się im przeszkadza w kontemplowaniu roztoczy. Ruch znikomy, petent powiadomiony, że jest zawalidrogą, długopisów na lekarstwo, w kasie, zamiast obsługiwać interesantów, plotkuje się z koleżankami (a ty stój), wzór wypełniania druku wisi co prawda w gablocie, ale 5 m od najbliższego blatu do pisania, więc lataj tam a nazad. I naprawdę nie zabieraj pani powietrza ani ciszy swoimi durnymi pytaniami.

Byłam tak porażająco miła, sympatyczna, otwarta i uśmiechnięta, że pani Halinka o mało nie padła, rażona apopleksją. Co gorsza, w zderzeniu z bezbrzeżnie radosnym petentem, nie mogła wykazać się wyszkoleniem w zakresie obsługi rodem z lat osiemdziesiątych. Złośliwie wykazywałam pełne zrozumienie dla potknięć pani Halinki, jej niemrawych ruchów, braku humoru oraz nawiązywałam przyjazny kontakt werbalny, uderzając wprost do jej ogromnego doświadczenia, wiedzy oraz umiejętności.
Wychodzącej rzuciła jedynie nienawistne spojrzenie.
I to wszystko za jedyne 260 złotych polskich.

Termin - do miesiąca.
Będę więc gotowa na dokonanie transakcji.
Co za radość.

PS Ktoś otwarł w centrum Chorzowa drogerię Hebe, w której jeszcze nigdy nie byłam, więc na osłodę kupiłam sobie trzy maseczki na twarz i jedną, w formie rękawiczek, na dłonie. Tedy idę, wsadzę łapy w te rękawiczki. A potem będę piękna i gładka, że jak nie wiem co.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 28, 2014 04:31

1964

Update górny.

NOTKĘ TĘ, JAKBY NIE BYŁO - RÓWNOŚCIOWĄ, AUTORKA Z ROZKOSZĄ POŚWIĘCA SWOIM WIERNYM CZYTELNICZKOM, OBYWATELKOM O NICKACH:

KINIO      I     DORA.

NIECH ŻYJĄ!


Niech mi to ktoś wyjaśni, bo nie ogarniam.

Serial duński "Rząd" ("Borgen").
Scena: była pani premier u lekarza.
On zwraca się do niej per Birgitte.
Ona do niego: proszę pana.
Są mniej więcej w tym samym wieku, ale ona lepiej wygląda (musiałam). On - lekarz, OK. Ale ona była jeszcze przed chwilą najważniejszą urzędniczką w kraju!!! Stała na czele tego państwa, do jasnej cholery!

Wyprowadziłam się z równowagi i zamieszkałam w feministycznym betonie.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 28, 2014 02:51

Kurlandia

Zapowiedź wpisów

Muszę tylko skończyć projekt graficzny i dopieszczam bloga. Jest o czym pisać :)

***

by Iga at październik 28, 2014 01:29

Archiwum chaosu

Od początku

Kiedy próbowała ułożyć to sobie w głowie na tyle, by nie uwierało w życie codzienne postać w kitlu zapytała ją kiedy to się zaczęło. Od urodzenia. Tak podejrzewa.  No, bo […]

by Kamila Łońska-Kępa at październik 28, 2014 01:06

TUV

zmęcznie materiału

przychodzi klientka która kiedyś tam coś chciała a ja to USZYŁAM,specjalnie pod nią.

-Czy przyszły ?

- niestety,nie ma.

Kurtyna…

by Tuv at październik 28, 2014 11:42

Blog do czytania

Blog Forum, czemu mi to robisz?

Jest środek nocy, rano muszę wstać do pracy, ale piszę ten wpis, zanim dół poforumowy uderzy z całą mocą. Bo w miniony weekend podładowałem akumulatory tak mocno, że jeszcze mnie trzyma. Ktoś, kto nie ma bloga, nie zrozumie nigdy, o co chodzi z tym całym BFG. Ktoś, kto nigdy nie był na Blog Forum Gdańsk, też […]

by mrcichy at październik 28, 2014 09:45

Dzieciowo mi

Małpy w kąpieli. TOP 10 zabaw w wannie

Podobno dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe. Podobno też częste mycie skraca życie. Czasem jednak trzeba progeniturę wpakować do wanny i dokonać ablucji, albowiem stopień zabrudzenia egzemplarza przekracza już dopuszczalne społecznie normy. Mówimy „dzieci, kąpiel!”, a dzieci co? Dzieci rzucają się do pokoju po tonę zabawek, bo przecież to niepojęte, żeby tak po prostu do łazienki, tylko piana w wannie i nic więcej. Pytanie do rodziców bliźniąt: kto z was nie kąpie dzieci hurtem? Nie widzę ;) Zabawa jest podwójna, tak, tak. Niezależnie jednak od tego, ile sztuk w wannie siedzi, istnieje cały repertuar rozrywek łaziennych, przy czym rozrywkę mają dzieci, a my później też mamy ochotę coś rozerwać. Powspominajmy więc, pokiwajmy się zbiorowo w kąciku, ostrzeżmy rodziców niemowląt, którzy jeszcze na te atrakcje czekają. TOP 10 kąpielowych rozrywek.

Po pierwsze

Hurtowa utylizacja artykułów higienicznych dokonywana z poświęceniem i wytrwałością godną przodownika pracy.  W jednej chwili zostajesz pozbawiony szamponu, żelu pod prysznic (a dziecko pachnie potem jeszcze przez tydzień) oraz jako bonus pasty do zębów. Następnym twoim odruchem po włożeniu dzieciaka do wanny będzie usuwanie wszystkiego z półek, ale za pierwszym razem jeszcze o tym nie wiesz.

Po drugie

Zawody polegające na wrzucaniu gąbki do sedesu. O nie, to nie takie proste, kiedy się siedzi w wannie. Potem trzeba jeszcze wytypować ochotnika, który będzie wychodził z ciepłej wody i zaiwaniał po gąbkę.

Po trzecie

Smarowanie gąbki grubą warstwą mydła i podawanie współkąpiącej się ze słowami „Mas, zobac, zlobiłam ci kanapeckę. Jedz”. Tak, współkąpiąca się z apetytem zjada mydło. Tak, należy przypuszczać, że prawdopodobnie gąbka wcześniej mogła być w sedesie. Tak, następnym razem z półek wyczyszczonych z szamponów usuniesz również mydło.

Po czwarte

Przygotowywanie jedzenia dla smoków. Smoki żywią się papierem toaletowym. Zjedzenie obiadku równa się utopieniu porcji w klozecie. Wynik: jeśli smoki są głodne, dwie rolki na kąpiel.

Po piąte

Przygotowywanie posłania dla ptaszków. Posłanie robi się z papieru toaletowego. Prawdziwe problemy zaczynają się wtedy, kiedy ptaszki dzielą gniazdo ze smokami, a smoki są głodne (patrz punkt czwarty).

Po szóste

Zasilanie wodą wiadra stojącego nieopodal wanny. Wodę transportuje się za pomocą gąbki lub kubeczka do zębów. Po jednej takiej akcji już wiesz, że razem z szamponami i mydłem ewakuujesz z łazienki również wiadro i wszelkie kubeczki.

Po siódme

Ścielenie łóżeczka, żeby było miło i miękko. Łóżeczkiem jest wanna. Co jest kołderką? Nie, nie papier toaletowy. Tym razem ręczniki. Ręczniki dołączają więc do szamponu, mydła, wiadra, kubeczków do zębów, czyli rzeczy, które usuwasz z łazienki na czas kąpieli dzieci.

Po ósme

Pakujesz do wanny spore dziecko sztuk jeden. W pewnym momencie orientujesz się, że w łazience jest jakby raźniej, a czynności kąpielowe nieco zyskały na intensywności. Stwierdzasz, że do starszego dziecka dołączyło młodsze rodzeństwo, przy czym rodzeństwo pominęło etap ściągnięcia z siebie odzieży przed wejściem do wanny. Jeśli masz wyjątkowe szczęście, to okaże się, że właśnie zbiorowo karmią bardzo głodne smoki.

Po dziewiąte

Nurkowanie i robienie tornada. Spuśćmy zasłonę milczenia. Następnym razem zanim usuniesz wszystko z łazienki, rozłożysz na kafelkach szmaty oraz sprawdzisz, czy ubezpieczenie twojego mieszkania zawiera coś takiego jak OC.

Po dziesiąte

Spuszczanie wody z wanny. Badanie działania korka zatykającego odpływ należy do szczególnie ulubionych czynności. Właściwości korka analizowane są bardzo wnikliwie, co wymaga wielokrotnych prób, bo tylko idiota wyciąga ostateczne wnioski po przeprowadzeniu jednego doświadczenia.

Summa summarum dochodzisz do wniosku, że aby przeżyć kąpiel dzieci spokojnie i bez nagłego niszczenia efektów pracy twojego fryzjera, powinieneś zastosować następującą procedurę:

  1. Wynosisz z łazienki szampony, żele pod prysznic, mydła, kubeczki i wiadro
  2. Trwale unieruchamiasz klapę kibla
  3. Rozkładasz szmaty na podłodze łazienki
  4. Ewakuujesz papier toaletowy
  5. Zdejmujesz z wieszaczków ręczniki
  6. Przyklejasz korek do wanny kropelką, co to sklei, sklei i żadna siła nie odklei

Rozważasz jeszcze kąpiel na sucho lub kąpiel dzieci bez użycia dzieci, ale poza tym wszyscy zdrowi, tylko dziarsko halsujecie w rejony absurdu.

Obrazek z bg.agh.edu.pl

by kruszyzna at październik 28, 2014 09:36

Szklanym okiem mym

Majeczka

Niedawno zrobiłam trochę zdjęć dwóm pięknym przedstawicielkom płci pięknej. Mamie i córce.  Dziewczyny już nie raz gościły u mnie blogu. Tu zdjęcia zrobione jakiś czas temu Ela i Maja Jako pierwsze prezentuję zdjęcia młodszej połówki. 


Cóż będę pisać. Maja to niezwykle urodziwa i wdzięczna modelka :) 












by MrÓ (noreply@blogger.com) at październik 28, 2014 08:09

zycie na kreske

zapiski zgagi

Rybny post tym razem

Chyba mi płetwy wyrosną…

Moja miejscowa Hala zawsze się śmieje, że cała jej rodzina lada dzień zacznie gdakać, albowiem w ich jadłospisie królują niepodzielnie jaja. Mnie natomiast ostatnio wzięło na ryby…

W domu rodzinnym ryby gościły na stole rzadko. W myśl zasady, że szewc bez butów chodzi. Tatko albowiem całe zawodowe życie był związany z nieistniejącymi już Zakładami Rybnymi w Gdyni.

Babcia – królowa kuchni – jakoś do stworzeń pływających specjalnego nabożeństwa nie miała. Na Wigilię musiała ryba być, wiadomo! Do tego pojawiały się często szprotki wędzone w takich pudełkach z okienkiem celofanowym. Czasem Mama przywoziła z kontroli w spółdzielniach rybackich wędzonego węgorza. W ramach korupcji pewnie… Raz w roku na imieniny Taty przywożono dwa półmiski ryb w galarecie z zakładu pracy. I to by było na tyle…

Dziś rybka na obiad to dość kosztowna inwestycja. Znacznie droższa od mięsa. A jednak w naszym ryneczkowym rybnym sklepie co sobotę kolejka! I po filety, i po różniste przetwory, których tam mnóstwo.

Do niedawna poza klasyczną rybą smażoną przyswajałam jedynie śledzie opiekane w occie. I wędzoną makrelę. Teraz zaczynają mi smakować śledzie w oleju i insze rarytasy. Byle nie takie z majonezami.

Dziś miałam dzień wybitnie rybny. Na śniadanie filet śledziowy opiekany, na obiad kotleciki z dorsza, na kolację śledź marynowany. Coraz bliżej te płetwy… Może w związku z tym wypadałoby się w końcu nauczyć pływać?

***

Coraz lepiej nam idzie w tej nieszczęsnej komisji socjalnej. Nabieramy w końcu wprawy, mamy nowy, krótszy i bardziej treściwy regulamin, wynik szkolenia dwójki pań. Tylko panienka z gminy wciąż się czepia, że protokoły do poprawki… Cóż, umiejętność czytania ze zrozumieniem wciąż kuleje tu i ówdzie!

 

by Zgaga at październik 28, 2014 12:35

październik 27, 2014

nic specjalnego

Muszę się pochwalic!

Ela  Żukrowska wydała kolejny tomik wierszy "Wiersze Szarozłote"  i jestem
 jego dumną posiadaczką  - mam nawet dedykację od Eli.
Dla mnie te wiersze nie mają w sobie nic szarego - są złote - niektóre wielce
emocjonalne, inne stonowane. A wszystkie takie przemawiające do serca.
To już trzeci Tomik wierszy Eli  i wszystkie trzy posiadam.
Wiersze Eli możecie czytac na FB lub  tutaj.
Gorąco  Wam je polecam.

by anabell (noreply@blogger.com) at październik 27, 2014 11:08

Slow Day Long

Tak nie należy iść z dzieckiem w góry, czyli naszej głupoty historia prawdziwa

Wiele godzin marszu, świeże powietrze, piknik nad rzeką, zimne piwo w schronisku. Nie ma chyba lepszego sposobu na pozytywne zmęczenie, przewietrzenie płuc i naładowanie baterii. Co tu dużo mówić, górskie powietrze oczyszcza i odurza! Lepiej niż cokolwiek innego. Od dawna marzyło nam się po prostu połazić po górach. Zapakować prowiant, wyjść rano, wrócić wieczorem. Wszystko super, ale żeby wyprawa była naprawdę udana, nasz plan musiał zostać dopasowany do rzeczywistości, czyli do faktu, że będzie nam towarzyszyć Alicja. Tylko co to właściwie oznacza?

Po pierwsze, podczas wyprawy z trzylatkiem, warto czas, który podają na mapach, przemnożyć razy dwa, albo przynajmniej półtora. Dlaczego? Wiadomo, z dzieckiem różnie bywa. Dzieci mają lepsze i gorsze dni, bywają marudne, zmęczone, głodne. Bywają też uparte – nie zawsze nasz plan jest dla nich równie atrakcyjny, jak dla nas. Jest tyle ekscytujących rzeczy, które można robić na szlaku, których my, dorośli, nie jesteśmy w stanie zrozumieć, ani tym bardziej sobie wyobrazić. Musimy natomiast założyć na nie zapas czasowy.

Po drugie, koniecznie musimy krytycznie się przyjrzeć swoim możliwościom kondycyjnym. Tak, wiem. Każdy z nas lubi myśleć, że może wszystko i że skoro dał radę w dziewięćdziesiątym szóstym to i teraz da radę. Warto jednak pamiętać, że dziecko „w plecaku” to kilkanaście kilogramów dodatkowego obciążenia. A nie mamy już 20 lat… Oj, nie mamy, nie mamy :)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (1)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (3)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (4)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (6)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (7)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (9)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (11)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (13)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (14)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (15)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (17)

Ponieważ nasza Ala nie była wcześniej na górskiej wędrówce, a nasza forma fizyczna jest raczej przystosowana do przemieszczania się „po płaskim”, po wstępnej analizie doszliśmy do wniosku, że nie ma w okolicy trasy dobrej dla nas. Tylko co z naszym marzeniem o porządnym, kilkugodzinnym marszu? Powiem tak: poszczęściło nam się. Jak już wiecie, mieliśmy 2-dniowe pozwolenie na dojazd samochodem na Halę Izerską, do Chatki Górzystów. O naszej przygodzie, dzięki której je zdobyliśmy, pisaliśmy kilka dni temu (TUTAJ). Umówmy się, piechotą, z Alą na plecach, to byśmy tam szli cały dzień. A tak, mogliśmy dużo ciekawiej spożytkować ten czas. A raczej moglibyśmy, gdybyśmy przewidzieli nieprzewidziane… Bo rad, których ja Wam udzielam na początku tego wpisu, nam nikt nie udzielił.

Plan był taki: wyruszamy spod Chatki Górzysty, idziemy do czeskiej Jizerki, stamtąd do schroniska Orle i z powrotem na Halę Izerską. Założyliśmy też, że wystartujemy rano i będziemy mieli mnóstwo czasu na dodatkowe zabawy po drodze. Będzie super!

Na początek stało się tak, że w wyniku czasochłonnych zabaw córki z małym kotem (tym TUTAJ), pod Chatkę Górzysty podjechaliśmy około południa. Nie jest źle, ale 12 to, jak wiadomo, czas na zupkę. Może w naszych zwyczajach niekoniecznie, ale w przedszkolu dziecko już nabrało nowych nawyków… Z drugiej strony, pomyślałam, zje teraz, nie trzeba będzie termosu targać. Nie ma tego złego. Nie zmienia to faktu, że na szlaku byliśmy przed 13. Późno!

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (18)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (19)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (22)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (23)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (24)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (25)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (28)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (29)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (30)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (31)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (32)

Szybka weryfikacja planu. Mamy około 6 godzin, zanim się ściemni. Jeśli Alę zamotamy w chustę (ostatnio w niej zasnęła – TUTAJ), będziemy cały czas szli, odpuścimy sobie dodatkowe postoje oraz „wycieczki” i zatrzymamy się jedynie na obiad w schronisku, to damy radę. Postanowiliśmy się nie poddawać. Do dziś mnie jednak zastanawia, dlaczego w trakcie trwania wędrówki nie dokonaliśmy kolejnych weryfikacji… Ale od początku.

Alicja uparła się, że będzie szła na własnych nogach. Trochę nas to spowolni, ale w porządku, pewnie zaraz jej się znudzi. I faktycznie, po 15 minutach zaczęła płakać, że bolą ją nóżki i ona nie może dalej iść. O wskoczeniu do chusty nie chciała jednak słyszeć. Wokół zapierające dech w piersiach widoki, a my zamiast chłonąć te chwile, wysłuchujemy histerycznego marudzenia Alicji. W końcu, po niemalże dwóch godzinach, kiedy byliśmy już bliscy zawrócenia z drogi, a każde z nas w duchu rzucało przekleństwami, bo przecież tak marzyliśmy o tej wędrówce, jakimś cudem, przekupioną kawałkiem czekolady (sic!), udało nam się ją zamotać na plecach Damiana. I wiecie co? Humor momentalnie jej sie poprawił i taki już pozostał do końca wyprawy! Na ciszę wprawdzie nadal nie mogliśmy liczyć, ale z dwojga złego, lepsze wesołe przedszkolne piosenki, od płaczu dziecka.

Dalej poszło już gładko. Szło się rewelacyjnie. Trasa nie jest wspinaczkowa, ale pozwala na szybki energiczny marsz, który jest chyba moją ulubioną formą ruchu pieszego. Otoczenie było piękne, im bliżej Czech, tym bardziej kolorowe, bo Polskie Izery są raczej iglaste, więc kolory jesieni nie są w nich aż tak oszałamiające. Ja z każdym krokiem czułam jak ulatuje ze mnie całe napięcie i zmęczenie ostatnich tygodni. Szłam jak w transie.

Kiedy dotarliśmy do Jizerki, idąc wzdłuż rzeki o tej samej nazwie, północnym zboczem Bukovca, poczułam się nieco rozczarowana, że niebo jest zachmurzone. Wiadomo, w słońcu zawsze wszystko wygląda jeszcze piękniej. A ta osada, jakby pozbawiona oznak nowoczesnej cywilizacji, jakby oderwana od czasów, w których żyjemy, taka cicha i spokojna, przy bezchmurnym niebie musi się prezentować zabójczo! A tu mgła, chmury, nawet trochę mży… jak pech to pech! Bywa.

Długo się nad tym nie zastanawiałam, bo czuliśmy się już mocno głodni i liczyliśmy na jakieś czeskie serowo-bramborowe przysmaki. Czesi jak zwykle nas nie zawiedli w kwestii niezdrowego, kalorycznego jedzenia i już po kilkunastu minutach pałaszowaliśmy dokładnie to, o co nam chodziło! Popijając zimnym piwem, oczywiście. Jak urlop, to urlop. Chętnie zostalibyśmy tam na dłuższą chwilę, ale po pierwsze, zaczynało kropić, po drugie, o zabraniu koron czeskich (czy gotówki w ogóle) również nie pomyśleliśmy (ledwo nam starczyło na obiad), a po trzecie nagle odzyskaliśmy świadomość i poczucie czasu. Było po 17, a do domu daleko…

Tym razem ja zamotałam Alę na swoich plecach i ruszyliśmy nieco inną trasą, mijając Bukovec od południa. Niestety dość szybko musiałam oddać córkę Damianowi, a sama przejąć plecak. Chyba jednak jest już dla mnie za ciężka, bo noszenie jej sprawiało mi straszny ból. A może po prostu muszę popracować nad wiązaniem? W końcu to przedszkolak, a nie niemowlak! Nie było na to czasu, na którym nam już wtedy bardzo zależało. A jak wiadomo, jak się człowiek spieszy… to przegapia oznaczenia szlaku… no i pobłądziliśmy. Niby nie mocno, bo nadrobiliśmy około 20 minut drogi, ale w tej sytuacji było to sporo. Do schroniska Orle dotarliśmy tuż przed 19, kiedy było już prawie ciemno.

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (33)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (34)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (35)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (36)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (37)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (38)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (39)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (40)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (41)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (42)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (43)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (45)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (46)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (47)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (48)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (49)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (50)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (51)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (53)

Jakiś postój? Odpoczynek? Herbatka? Ciasteczko? Nic z tych rzeczy! Przed nami było jeszcze 5 km marszu. Wprawdzie znaną już trasą, ale jednak w dość niesprzyjających warunkach. Światła dziennego wystarczyło nam na jakieś 15 minut. Potem wspomagaliśmy się latarkami. Córka była zachwycona i śpiewała wesoło, ale nam nie było aż tak do śmiechu. Wiadomo, po ciemku łatwiej się potknąć, przewrócić, spowodować kontuzję. Musieliśmy zachować szczególną ostrożność i równocześnie narzucić sobie niezłe tempo. Na szlaku nie spotkaliśmy ani jednej osoby, ale ta chwila, kiedy spośród całkowitych ciemności wyłoniło się na horyzoncie światło w Chatce Górzystów – bezcenna!

Nigdy wcześniej nie byliśmy z Alą w górach. Wiemy już, co należy wziąć pod uwagę, jeśli chodzi o czas i kondycję. Wiemy też, że następnym razem musimy się zaopatrzyć w porządne nosidło górskie ze stelażem. Chusta jest dobra na krótsze spacery, nie na wielogodzinną wędrówkę. Zwłaszcza przy tak dużej córce jak nasza. Tu jednak nasze kręgosłupy potrzebują solidniejszego wsparcia.

Co do samej okolicy natomiast, to jest ona idealna, aby rozpocząć górską przygodę z dzieckiem. Teren jest naprawdę łagodny i bezpieczny, nawet dla niewprawionych turystów. Dodatkową zaletą jest to, że można sobie pomóc, wjeżdżając samochodem. Może niekoniecznie, łamiąc przepisy, tak jak my za pierwszym razem. Pozwolenie też nie zawsze można dostać. Ale wiecie co?

Samochodem można pojechać do czeskiej Jizerki i wyruszyć stamtąd. Można zrobić tą samą trasę, co my, lecz w odwrotnej kolejności. Można stąd też wyruszyć na czeskie szlaki, które podobno są jeszcze bardziej malownicze, niż te po polskiej stronie Izerów.

My sprawdzimy to następnym razem, lepiej przygotowani. Nie od razu Kraków zbudowano, ale… pierwsze koty za płoty!

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (54)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (55)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (56)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (57)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (58)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (59)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (60)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (61)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (62)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (64)

Góry Izerskie Chatka Górzystów Orle Schronisko Jizerka Czechy zdjęcia widoki trasa galeria z dzieckiem (65)

by Kamila at październik 27, 2014 11:04

efka i koty

Jesienne migawki

Ostatnio często robię zdjęcia telefonem i znowu bawię się aplikacją Instagram. Niestety w wersji na Windowsa nie jest zbyt rozbudowana ale i tak dobrze się bawię.










by efka i koty (noreply@blogger.com) at październik 27, 2014 09:14

Dzieciowo mi

Kuchnia malucha – szybkie i proste ciasto marchewkowe z ananasem

Ha, w grze o ciastach nietypowych zaliczam kolejne etapy. Było już ciasto z burakami, ciasto z kaszą jaglaną, tęczowy tort, ciasto właściwie bez mąki, przyszła więc pora na ciasto marchewkowe. Po nim zostanie mi już ciasto dyniowe, ciasto ze szpinakiem i pewnie coś w wykorzystaniem kuskusu (pomysł jest, czeka na odpowiedni moment dziejowy).

Podejścia do ciasta marchewkowego zaliczyłam dwa. Przepis, na którym się oparłam, pochodzi  ze strony Moje Wypieki (i nie mówcie, że nie znacie, bo w każdej chwili możecie poznać). Finalnie go zmieniłam, ale po kolei.

Ciasto marchewkowe z ananasem

Składniki:
  • 2/3 szklanki mąki
  • pół szklanki drobnego cukru (dałam cukier puder)
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia (nie dawałam proszku do pieczenia, za to dałam więcej sody)
  • 1 łyżeczka cynamonu

Do tej pory szłam razem z przepisem, ale rozjazd nastąpił w tym momencie:

  • 1/4 łyżeczki zmielonych goździków
  • 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 1/4 łyżeczki ziela angielskiego
  • 1/4 łyżeczki soli

Wszystkie te składniki w pierwszej wersji zastosowałam. W drugiej poszło wszystko won, a zastąpiłam je 1 łyżeczką przyprawy korzennej do piernika. Powiem poniżej dlaczego.

  • 1/3 szklanki oleju rzepakowego (zawsze stosuję rzepakowy, nie było problemu)
  • 2 roztrzepane jajka
  • 1 szklanka posiekanych orzechów włoskich (w ogóle nie dałam orzechów, moje dzieci nie lubią ciast z orzechami, użyłam ich tylko do dekoracji w drugiej wersji ciasta)
  • pół szklanki posiekanych, odsączonych ananasów z puszki lub świeżych (wzięłam pół puszki ananasa i posiekałam)
  • 1 szklanka startej na średnich oczkach marchewki

Moja dodatkowa inwencja twórcza dotyczyła:

  • polewy z białej czekolady (potrzebna 1 tabliczka białej czekolady)
  • 2 łyżek miodu dodanego do ciasta

W oryginalnym przepisie jest jeszcze krem. Zrezygnowałam z kremu, zastąpiła go właśnie polewa z czekolady.

Przygotowanie

W przygotowaniu ciasta walny udział miały dwie członkinie zarządu Trójca Świetna Sp. z o.o., które zażądały wglądu do wszystkich czynności wykonywanych przez personel, łącznie z nakładaniem ciasta do foremek. Tak w ogóle to w roli foremek wystąpił silikonowy pies i silikonowy kot nabyte w Biedronce zupełnie bez sensu. Bo tak.

marcysia

Wykonanie ciasta nie wymagało miksera czy żadnych zaawansowanych czynności, było proste jak konstrukcja cepa, dlatego personel zdecydował się dopuścić zarząd do kręgu wtajemniczonych i pozwolił nawet wlać roztrzepane jajca do oleju. Ale pomału.

Suche składniki mieszamy razem w jednej misce, czyli mąkę, cukier, proszek, sól, przyprawy, sodę. W osobnym naczyniu roztrzepujemy jajka, mieszamy je z olejem. Łączymy zawartość obu naczyń i na koniec dodajemy marchewkę i ananasy (oraz orzechy, jeśli wykorzystujemy orzechy).

I wtedy właśnie zaczęły się jaja.

Za pierwszym razem nie dodałam ananasów, bo zapomniałam ich kupić. Przyprawy pracowicie zmieliłam w młynku, odmierzyłam wszystko i siup do ciasta. Zarząd najpierw dokonał degustacji tegoż i wydał opinię pozytywną.

marysia

Następnym krokiem było samodzielne ładowanie ciasta do foremek.

marcysia2

marysia2

Naprawdę władowały same. Wymuziałam na koniec michę i ciasto trafiło do piekarnika. Temperatura 180 stopni (w przepisie było 175, ale w moim piekarniku nie mam możliwości tak dokładnego ustawienia). Czas pieczenia podany w przepisie to 45 minut. Okazało się jednak w pierwszej wersji ciasta, że wystarczyło 20-25 minut i efekt działań można było wyciągnąć z piekarnika. Po przestudzeniu i udekorowaniu czekoladą prezentowało się tak:

ciasto_marchewkowe5

Było wyrośnięte, ładne i… KOMPLETNIE NIEJADALNE.

Zarząd popadł w stuporek, mąż zapytał wprost, czy przypadkiem nie zapomniałam dodać cukru. Nie zapomniałam. Ciasto było gorzkie, zupełnie niesłodkie, kompletnie nie do zjedzenia. Tragedia. Podejrzewam, że spieprzyłam sprawę z przyprawami i fakt, że nie dodałam ananasa (a ananas jest słodki) też wpłynął na całość. Z drugim razem zrobiłam więc inaczej.

Zmodyfikowałam przepis tak, jak wspomniałam wyżej. Wszystkie gałki i ziela zastąpiłam 1 łyżeczką przyprawy do piernika (i grzańca). Oprócz 1/2 szklanki cukru pudru dodałam do ciasta jeszcze 2 łyżki miodu. No i poszłam kupić puszkę ananasów. Zmieszałam więc sypkie składniki, dodałam do nich jajka i olej, potem marchewkę i ananasy. Całość wymieszałam łyżką. Samo przygotowanie ciasta zajęło mi dosłownie 10 minut (jeśli nie liczyć starcia marchewki na tarce i pokrojenia ananasa, a przypominam, że na orzechy machnęłam ręką).

Tym razem ciasto faktycznie potrzebowało około 45 minut, żeby włożony w nie patyczek był suchy po wyciągnięciu. Upieczony pies i upieczony kot wyglądały następująco.

ciasto_marchewkowe4

Wystarczyło pokryć białą czekoladą i udekorować orzechami. W roli dekoracji wystąpiły migdały oraz orzeszki ziemne (niesolone).

ciasto_marchewkowe3

A po przekrojeniu… Nooooo, moi państwo, tym razem niebo w gębie. Ciasto jest BOSKIE! Było, bo już go nie ma, ekhm. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to ilość. Jest go mało. Wychodzi pies i kot lub jedna niewielka keksówka.

ciasto_marchewkowe2

Doskonały sposób na utylizację marchewki, której zresztą w ogóle nie czuć. Ciasto jest mokre, soczyste, pięknie wyrasta i jest cudownie zbilansowane pod względem słodkości. Poza tym wykonanie jest tak proste, że już bardziej nie można. Wyrabiamy łyżką byle jak, przelewamy do formy i po zabawie. U mnie zagości na stałe, to pewne.

ciasto_marchewkowe

Jakby ktoś szukał kulinarnej inspiracji, to przypominam o naszej darmowej apce na Androida, którą sobie można zasiorbać z Google Play.

inspiracje_baner

by kruszyzna at październik 27, 2014 06:38

moje waterloo

1963

Czasem to aż mnie korci, żeby nagrać i tu zamieścić, jak ekipa pochłania swój ulubiony posiłek, czyli małe puszeczki Gourmeta. Bo to potrójne, a niebawem (mam nadzieję) poczwórne mlaskanie, jest bezkonkurencyjne. Poza tym talerzyki czasem jeżdżą po kuchni, co daje dodatkowe efekty.
Ostatnio wpadliśmy na pomysł, żeby nie dawać im tego do misek, tylko na talerzyki, bo one wchodzą do zmywarki na 65 st. A miski są plastikowe, więc nie wchodzą i myją się ręcznie. Takiej temperatury w myciu ręcznym się nie uzyska.

A potem otwieramy myjnię na skale przemysłową, dwanaście łap i trzy, bardzo długie, jęzory. Po jedzeniu należy się umyć i każdy porządny kot o tym wie.

***

Wyobraźcie sobie, że Prezes wczoraj odkrył wyjątkową atrakcję dla melomanów. Mianowicie do sal NOSPRu można wejść na koncert za... złotówkę. Niech mi ktoś teraz wmówi, że go nie stać. Koncerty złotówkowe dają studenci Akademii Muzycznej. Zakładam, że grono profesorskie jednak nad tym czuwa i nie wystawiają początkujących. Muzyka bardzo różna, każdy może znaleźć coś dla siebie. Do końca roku mamy już wykupione trzy koncerty, w tym jeden studencki. Będziemy tacy odchamieni, że nie podchodź.

***

Zainspirowało mnie zdjęcie w internetach, a konkretnie to ze strony Foood Style. Nie bardzo wiem, jakie są składniki, ale mam wyobraźnię nie od parady, więc coś wymyślę. Inspiracja jest bardzo luźna, to kupiłam duże ziemniaki i pora, wykorzystam też masło, mleko, żółty ser i przyprawy. Jeśli się uda, podrzucę proces produkcyjny.

Na zdjęciu w Food Style danie wygląda tak:


Idę gotować ziemniaki.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 27, 2014 05:52

notatki na mankietach

smutekSiesty

czyli święto włoskich emigrantów w Buenos Aires :)

Zaprawdę, podziwiam miejscowych. Celebracja odbywała się tam gdzie zwykle, czyli na ostatnim odcinku Avenida de Mayo, zaraz przy Casa Rosada. Ludziska stawili się tłumnie mimo temperaturki tak ok. 35 C.
Spora część placu i ulicy była wystawiona na słońce…

My dotarlismy na miejsce ok. 16.00 i zaprawde powiadam wam, samo chodzenie juz było niejakim wysiłkiem :-/

Program imprezy był taki jak zwykle: duża scena z miejscem na występy artystyczne najrożniejszych zespołów (ludowych, narodowych ale też najzupełniej współczesnych), stragany z żarełkiem, rękodziełem, sztuką i generalnie wszystkim, co miało jakiś związek z Italią.
Był nawet zabytkowy wóz strażacki z pompą z XIX wieku oraz kilku młodzieńców przebranych w zbroje a la żołnierze rzymscy.

Po zobaczeniu, co było do zobaczenia, udaliśmy sie do San Telmo, gdzie na ulicy Defensa odbywa sie co niedzielę feria artesanal czyli sprzedaż najrożniejszych wyrobów rzemiosła artystycznego, sztuki i staroci. Oraz można posłuchać najrożnieszych muzyków.

smutekSiesty

Tu wszystkie zdjecia z opisami.


by futrzak at październik 27, 2014 05:36

Notatki na marginesie

kryzys demograficzny

Już doprawdy dajcie spokój z tym straszeniem niską dzietnością i "niekorzystnym trendem demograficznym". Trend jest bardzo korzystny. Przynajmniej u nas. Naprawdę przekroczyliśmy 7 (słownie : siedem) miliardów ludzi na Ziemi i to jest prawdziwy problem. Jest nas ZA DUŻO. Chrzanić niechcianą zapłodnioną komórkę jajową, skoro naszej uwagi potrzebuje życie narodzone. Zamiast się mnożyć histerycznie i zmuszać na siłę kobiety do rodzenia, zadbajmy o te dzieci, które już mamy. Nakarmmy, kochajmy i nauczmy czegoś pożytecznego. Robi się ciasno, a "wielki dach nieba" nie jest taki nieograniczony jak to się Stachurze mogło wydawać. Nie dla wszystkich starczy miejsca. Albo zdziesiątkują nas choroby, albo kataklizmy, albo sami sobie zrobimy krzywdę w imię jakiegoś pierwszego lepszego boga.

Ja się nie boję o planetę. Ziemia parę razy pokazała, że potrafi o siebie zadbać.

Z dinozaurami sobie poradziła.

by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at październik 27, 2014 03:04

Anna Sakowicz

Pixel

Czasami obraz na komputerze jest tak powiększony, że widzimy piksele. A jakby człowieka rozłożyć na takie malutkie elementy? Osobno palec, dłoń, stopa, kark… Tak na człowieka spojrzała Krisztina Tóth w zbiorze „Pixel”. Razem z narratorem przyglądamy się poszczególnym częściom ciała, które stanowią tytuły opowiadań. Jest więc „Historia ręki”, „Historia karku”, uda, pleców, kolana, penisa itp.…

by anna.sakowicz at październik 27, 2014 02:46

am mniam

Królewskie śniadanie: Jabłkowo-dyniowe gofry owsiane

Porządne, zdrowe śniadanie to podstawa tego, aby dobrze zacząć dzień. To posiłek, którego nigdy nie powinno się opuszczać, ale zawsze przygotowywać z należytą starannością, tak aby dostarczał on nie tylko energii na pierwszą połowę dnia, ale również witamin, soli mineralnych i błonnika. Poranki  z pysznym, zdrowym śniadaniem zapewnią nam zdecydowanie lepsze funkcjonowanie podczas całego dnia.... More

by Magda at październik 27, 2014 02:12

Ania 13

Ramki

Śniły mi się zdjęcia zbyt małe do ramek,
skurczone jak starzy ludzie.
Zdjęcia na starość się marszczą
i powoli wypadają z ramek.

Chwil, które mijają, nie da się
włożyć w ramki,
bo te chwile są coraz mniejsze,
z każdą mijającą chwilą.

Kirgizja, droga do Biszkeku z Ałmaty.
Widok ze stepu na łańcuch Tien-Szan.

by ania13 (noreply@blogger.com) at październik 27, 2014 02:05

Od rana do wieczora

A czy Ty, matko, potrafisz chorować?

Zapraszam do lektury mojego tekstu Poradnik chorowania dla matek.

Kiedyś był na blogu, ale przypominania w tej sprawie nigdy dosyć. Ciekawostką jest to, że w komentarzach zero hejtu! ;-)

by Chuda at październik 27, 2014 01:18

Szklanym okiem mym

Wracam po przerwie

Po ponad dwóch miesiącach w Polsce wróciłam w końcu do Bergen. Wylatywałam jeszcze w sandałach a wróciłam w szaliku i ciepłym płaszczu. Bergen przywitało mnie fantastycznym deszczem :) Po tylu tygodniach słonecznej jesieni w Polsce, jakoś dam radę. I tak w tym momencie czuję się jak na wakacjach. Dużo na blogu się nie działo, więc postaram się uzupełnić  braki. Jest trochę nowych kolczyków, wisiorów, nawet jakiś naszyjnik się znajdzie. Mam w zanadrzu nawet małą sesję zdjęciową, więc materiału nie zabraknie :) To może zacznę od kolczyków. Duże i małe i oczywiście kolorowe :) 

Od jakiegoś czasu wszystkie moje prace można zakupić w sklepie online Sklep MrÓ Soutache -zapraszam serdecznie !

A poniżej prezentuję nowinki - kolczyki cz. 1



















by MrÓ (noreply@blogger.com) at październik 27, 2014 12:14

Czytadelko

Niech w końcu coś się zdarzy - Trixi von Bülow

To chyba pierwsza książka, która tak bardzo zachęciła mnie do obejrzenia filmu wcale nie będącego jej ekranizacją. Złodziej w hotelu z Grace Kelly w roli głównej jest tak często wspominany w książce niemieckiej pisarki Trixi von Bülow, że chcąc nie chcąc w końcu ma się ochotę zobaczyć go w całości.

Fritzi Berger to kobieta pod czterdziestkę. Na co dzień pracuje jako redaktorka w wydawnictwie Best & Seller, wydającym co prawda dobrze sprzedające się książki, ale niekoniecznie takie, które sama chciałaby czytać. Prywatnie rozwiedziona mama kilkuletniej Lili, romantyczka szukająca swojego księcia z bajki (który przecież równie dobrze mógłby być złodziejem biżuterii) i to szukająca wcale nie z założonymi rękoma, ale dzielnie chwytająca byka za rogi. A byk to na ogół nie byle jaki, bo Niech w końcu coś się zdarzy to historia właściwie dwóch zupełnie różnych związków. Jednego z facetem o dziesięć lat młodszym, drugiego z dwadzieścia lat starszym. Popadanie ze skrajności w skrajność? A jakże... 

Główna bohaterka jest nieco denerwująca, nieco infantylna, nieco zapatrzona w jeden konkretny cel, przez co zdaje się nie zauważać wszystkich wad i przeciwności losu, które trzeba by pokonać, by do tego celu dotrzeć. Marząca o wielkiej miłości, ponad wszystko pragnąca być kochaną, zupełnie nie widzi, że związek na odległość, oparty zresztą tylko na cielesnej fascynacji, ma w sobie tyle samo sensu, co ten z podstarzałym przyjacielem jej ojca, który nie potrafi uporządkować własnego życia. Te tworzone odrobinę na siłę i za wszelką cenę relacje, często jednak doprowadzają do sytuacji, w których czytelnik nie może powstrzymać się od śmiechu.

Niech w końcu coś się zdarzy to słodko-gorzka historia trochę zagubionej kobiety, doprowadzonej do sytuacji, z której trudno znaleźć jakiekolwiek sensowne wyjście. Z pewnością ciężko jest być samotną matką i łatwiej byłoby mieć obok kogoś, kto wesprze, gdy zajdzie taka potrzeba. A skoro na drodze stają tylko nieco wybrakowani kandydaci? Cóż, może czasem lepiej wybrać po prostu mniejsze zło? 

Ale z drugiej strony może za szczęściem nie trzeba gonić, nie trzeba też z wdzięcznością i zaślepieniem łapać za wszystko, co tylko podetknie nam los. Czasem wystarczy na chwilę przestać, zapomnieć, przystanąć i odetchnąć, stracić z oczu tego przysłowiowego króliczka, żeby sam, zupełnie niespodziewanie pojawił się znów w zasięgu naszego wzroku, a przede wszystkim na wyciągnięcie ręki.

Trixi von Bülow, Niech w końcu coś się zdarzy , Warszawa, Świat Książki 2014

by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at październik 27, 2014 11:10

Anrzej rysuje

Miś uniewinniony

niedzwiedz

Rysunek opublikowany 25 października na wyborcza.pl. Link:

http://goo.gl/klCaXz

by Andrzej at październik 27, 2014 10:30

Dzieciowo mi

Probiotyk, prebiotyk, synbiotyk – aleosochodzi?

Idę o zakład, że wyraz „probiotyk” należy do najbardziej lubianych wyrazów rodzicielskich, bez względu na to, czy mamy do czynienia z rodzicielskim debiutem czy z rodzicielską recydywą. Bez znaczenia jest również wiek pogłowia. Czule o probiotykach myślą zarówno rodzice noworodków, jak i osiemnastolatków. No dobrze, są PROBIOTYKI, ale istnieją też PREBIOTYKI oraz SYNBIOTYKI. I zaczynamy się nieco gubić, prawda? Zwłaszcza w obliczu rozmaitych teorii, które mówią, że prebiotyki to następne stadium probiotyków i te pierwsze są lepsze. Tak naprawdę jedne i drugie to zupełnie inny rodzaj materii (zaczynając od podziału na materię ożywioną i nieożywioną), czas więc parę słów powiedzieć, co z czym się je. Bo się je.

Probiotyk

Probiotyk ma dwa główne znaczenia. Po pierwsze oznacza organizm żywy, po drugie produkt, który te organizmy zawiera. Obie nazwy są poprawne, druga właściwie jest czymś w rodzaju skrótu myślowego na potrzeby sprzedażowo-marketingowo-dystrybucyjne. Pierwsza została wprowadzona w 1965 roku, druga w 2001. Probiotyk więc najpierw to organizm żywy. Konkretnie jest to żywy mikrobiologiczny dodatek żywieniowy, jeszcze inaczej pewne rodzaje bakterii, które znajdują się w produktach spożywczych. Probiotyki korzystnie wpływają na nasze organizmy, bo przyczyniają się do równowagi mikroflory w naszych jelitach. To oznacza więc, że muszą przetrwać rzeźnię w naszym żołądku, muszą ocaleć podczas pożogi w jelicie cienkim, dotrzeć do grubego, tam aktywnie zadziałać.

Najczęściej zrównujemy probiotyki do bakterii fermentujących mleko, ale termin obejmuje również grzybki. Konkretnie probiotyczne drożdże. Probiotyki podnoszą odporność organizmu, wpływają korzystnie po antybiotykoterapii, pomagają w infekcjach wirusowych, np. w biegunkach, a nawet są takie rodzaje, które podawane pod koniec ciąży i przez 6 miesięcy po porodzie obniżają ryzyko wystąpienia reakcji alergicznych, w tym alergii na białko krowiego mleka, oraz wystąpienia typowej skóry atopowej. Nieźle nie?

Bajer polega na tym, że różne są rodzaje probiotyków, jedne działają na to, inne na coś innego. Jeśli chcemy uzyskać najlepsze efekty, powinniśmy się zainteresować, JAKI konkretnie rodzaj szczepu bakteryjnego jest w produktach, które jemy. Żaden nam nie zaszkodzi, rzecz jasna, ale moglibyśmy zadziałać skuteczniej.

Probiotyki pomagają we wchłanianiu wapnia, żelaza i magnezu, hamują procesy rakotwórcze, uczestniczą w syntezie witamin B1, B2, B12, PP, K oraz kwasu foliowego, przetwarzają cholesterol w substancję bardziej „do życia” (korpostanol), stymulują układ immunologiczny, czyli wzmacniają odporność organizmu, regulują pracę przewodu pokarmowego i – niezwykle ważne w przypadku dzieci – dzięki nim kupa jest OK ;)

Prebiotyk

Bardzo często mylimy go z probiotykiem (ja też, przyznaję bez bicia). Prebiotyk różni się jednak od probiotyku tym, że nie jest organizmem żywym. Jest substancją istniejącą w danym pożywieniu lub wprowadzoną do niego, żeby uzyskać to samo, czyli dobroczynny wpływ na organizm, który trawi żarełko z prebiotykami. Prebiotyki tak samo jak probiotyki nie są trawione w układzie pokarmowym, czyli przechodzą gładko przez żołądek, dwunastnicę, jelito cienkie, a dopiero w jelicie grubym ulegają fermentacji. W ten sposób stymulują do rozwoju i działania określone bakterie bytujące w okrężnicy, a to skutkuje poprawą naszego zdrowia.

Co to za substancje? Prebiotykiem jest na przykład błonnik, skrobia, niektóre tłuszcze, oligo- lub polisacharydy i inne.

Synbiotyk

No, tutaj sprawa jest już prosta jak instrukcja obsługi łyżki do zupy. Synbiotyk to połączenie probiotyku z prebiotykiem. Inaczej mówiąc jest to takie żarełko, które posiada odpowiednio połączone probiotyki z prebiotykami po to, żeby uzyskać jeszcze lepsze efekty w działaniu. Elementy dobrane są tak, żeby prebiotyk był katalizatorem probiotyku. Coś na zasadzie, nie posmarujesz, nie pojedziesz. Prebiotyk smaruje, by probiotyk mógł pojechać. Przykładowo oligofruktoza (prebiotyk), sprawia, że Bifidobacterium (probiotyk) lepiej namnaża się w jelicie grubym.

Kilka ciekawostek probiotycznych

Probiotyk nie musi, jak się okazuje, być koniecznie żywy, żeby zadziałał probiotycznie. Może być doskonale martwy lub nawet można wyodrębnić jego „gołe” DNA i to DNA też korzystnie wpłynie na nasz organizm.

Pewne bakterie probiotyczne zostały poddane modyfikacjom genetycznym, dzięki czemu mogą wytwarzać substancje o działaniu immunosupresyjnym. Z polskiego na nasze chodzi o takie substancje, które przeciwdziałają lub ograniczają powstawanie przeciwciał i komórek odpornościowych. Po co nam to? Na przykład przy przeszczepach – w ten sposób zmniejsza się ryzyko odrzutu.

Gdzie znaleźć probiotyki? Najczęściej można je kupić w aptece w postaci specjalnych preparatów, ale tak naprawdę probiotyki są w każdym jogurcie, tylko w o wiele mniejszym stężeniu niż w produktach aptecznych. To jest dla mnie bardzo dobra wiadomość. Uwielbiam nabiał, kocham jogurty, kefiry, maślanki, dam się za nie pokroić. Widzę, że dzieci mają to samo po mamusi. I dobrze. ;)

Zdjęcie z m.dziennik.pl, Pisząc tekst korzystałam z Wikipedii i z tekstu, w którym było to samo, co w Wikipedii, nie wiem zatem, kto wziął z kogo.

by kruszyzna at październik 27, 2014 09:34

Domowa kuchnia Aniki

Ciasto dyniowe z bakaliami i piernikową nutą

Pyszne ciasto dyniowe z bakaliami i piernikową nutą




 
Ciasta z dodatkiem dyni bardzo mi odpowiadają. Dlatego na moim blogu pojawia się już kolejny przepis na ciasto z dynią. Tym razem z orzechami i rodzynkami oraz wyraźną nutą piernikową. Ciasto na prawdę pyszne, nie przesadnie słodkie, odpowiednio wilgotne. Po ostudzeniu bardzo szybko znikało.Musiałam się spieszyć z robieniem zdjęć!:-). Bardzo proste w wykonaniu.  Myślę, że korzystając z tego przepisu nie zawiedziecie się.

 

Składniki:
  • 340 g mąki pszennej
  • 160 g cukru ( dałam pół na pół biały i trzcinowy )
  • 3 jajka
  • 3/4 szklanki oleju
  • 1 szklanka puree z dyni
  • 1 szklanka posiekanych orzechów włoskich
  • 1/2 szklanki rodzynek
  • 2 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 4 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 1 łyżeczka kakao
  • szczypta soli
Sposób wykonania:
  • Mąkę mieszamy z sodą i przesiewamy do dużej miski, a następnie mieszamy z pozostałymi suchymi składnikami
  • Dodajemy bakalie, mieszamy
  • W drugiej misce mieszamy jajka, puree i olej. Roztrzepujemy za pomocą trzepaczki, najlepiej rózgowej
  • Mokre składniki przelewamy do miski z suchymi składnikami i mieszamy za pomocą łyżki do połączenia się wszystkich składników
  • Keksówkę smarujemy cienko tłuszczem , obsypujemy mąką i przelewamy do niej ciasto, lekko wyrównujemy powierzchnię
  • Ciasto wkładamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika i pieczemy ok 65 minut na ustawieniu góra - dół
  • Kroimy po całkowitym wystudzeniu

by Anika (noreply@blogger.com) at październik 27, 2014 09:20

Bazarek Handmade

anielinka z bukietem

Aniołek wykonany z masy solnej o wysokości ok. 24 cm.  Kolorystyka taka jak na zdjęciu - biel + jasny fiolet, ozdobiony szydełkowym kapeluszem. Posiada zawieszkę.
Aniołek może być doskonałym prezentem dla bliskiej osoby.
Cena aniołka - 18,00 zł + 11,00 koszty przesyłki.
Więcej aniołków można obejrzeć tutaj: www.anielina.blogspot.com
Zainteresowanych zakupem proszę o kontakt: anielina@poczta.onet.pl

by anielina (noreply@blogger.com) at październik 27, 2014 08:48

anielinka z fioletowym serduchem


Aniołek wykonany z masy solnej o wysokości ok. 24 cm.  Posiada zawieszkę.
Aniołek może być doskonałym prezentem dla bliskiej osoby.
Cena aniołka - 18,00 zł + 11,00 koszty przesyłki.
Więcej aniołków możesz obejrzeć tutaj: www.anielina.blogspot.com
Zainteresowanych zakupem proszę o kontakt: anielina@poczta.onet.pl

by anielina (noreply@blogger.com) at październik 27, 2014 08:48

anielinka z serduchem

Aniołek wykonany z masy solnej o wysokości ok. 24 cm.  Posiada zawieszkę.
Aniołek może być doskonałym prezentem dla bliskiej osoby.
Cena aniołka - 18,00 zł + 11,00 koszty przesyłki.
Więcej aniołków: www.anielina.blogspot.com
Zainteresowanych zakupem proszę o kontakt: anielina@poczta.onet.pl

by anielina (noreply@blogger.com) at październik 27, 2014 08:47

TUV

młyn,na wszystko brak czasu

a i tak mam świadomość że coś ważnego mi umyka…

Kłopoty w domu.Staram się pomóc ale czasem po prostu ktoś okazuje się idiotą.Wychowanie,coś z mózgiem,no nie wiem jak to określić. I przez to nie mogę zobaczyć CELU. Nienawidzę czekać.A ten świat mimo że galopuje to jednak funduje nam CZEKANIE i stoisz taka w rozkroku i w poprzek a miesiące umykają.Dla osoby młodej to pikuś, dla mnie niekoniecznie.

I dziś budzę się stwierdzając że nie miałam czasu zajrzeć do angielskiego. Bo albo szyłam,albo pracowałam na dole,albo gotowałam,albo zakupy albo byłam tak zmęczona że nic do głowy nie wchodziło.Do dupy.

Miły akcent: X-men zaczął kolejny dobry dla niego kurs,z tegoż powodu postanowił kupić sobie kurtkę.No bo trzeba jakoś wyglądać,nie ? Zapomnieliśmy że z tego samego powodu kupił sobie kurtkę rok temu…I nawet w niej jeździł na tamten kurs. A potem ? A potem zapomniał że ma i narzekał że musi chodzić w tej starej z zepsutym suwakiem ale nie opłaca mu się kupować zimowej wiosną. No mnie też ogarnęła mgła niepamięci !

Dowcip – bo kupił w tym roku taką sportową ale TEJ SAMEJ firmy co w zeszłym ;). No to teraz ma ,bardziej elegancką i sportową;).

Z czapką było gorzej.My okularnicy mamy problem,bo odstaje, i nie układa się dobrze,bo to i owo.W końcu wybrał ale szału nie ma.

W domu skonfundowany – bo odkrył tamtą stwierdził że koniecznie musi kupić MNIE NOWĄ ,bo jak to tak?

I frajda, bo obiecał zasponsorować więc pognałam z Młodą przymierzać.Kiedy stałam przed lustrem w sklepie,nie w przymierzalni bo tam już chodzić mi się nie chciało i oglądałam 256 kurtkę na sobie,zmęczona ,wściekła,z kudłami rozpirzonymi warknęłam wcale że nie cicho:

- w tym to przypominam WIEDŹMĘ !

- rechot przechodzącej kobiety bezcenny…

W końcu Młoda zdecydowała – TA !!! a potem jeszcze i mamo ten szalo/chusto/poncho – jest genialne.

I nie będę jak stara baba? w sumie nie , nie ! pięknie się układa,jest cieplutkie i takie „moje” i w sklepie nie zmarznę.

A kurtkę mam w kolorze sraczki prawdaż. Ale elganciej powiedzieć – siena palona,ugier jasny ostatecznie modny MUSZTARDOWY….

Z czarnymi skórzanymi (hłe,hłe) wstawkami.

I tak sobie polazłam na niedzielny spacer.

JA w musztardzie i czerni z RUDKĄ w rudościach,musztardzie i akcentach czerni.

I jak nie wierzyć kiedy mówią że pokaż psa a powiem jak pani wygląda…;>>>>

I było przepięknie i ciepło i słonecznie i złoto i czerwienie takie i brązy i zielona trawa;)

Lubię nasz cień.

Ja duża góra z szopą kudłów.Obok mały to Rudka. Mój dostojnie sunie do przodu jej PODKSAKUJE tak śmiesznie a do taktu kłapią uszy;))))

 

 

by Tuv at październik 27, 2014 08:40

Kura

Aupera do pary

 

Wyglądam przez okno.

G.wraca ze szkoły. Jakoś szybciej niż zwykle.

Rzuca hulajnogę w krzakowy kąt. Pędzi.

Coś musiało się stać.

- Muniu!, munuuuuniu! H.ma operę! Operę! Ja też chcę! - krzyczy jeszcze mnie nie widząc.

Wyłaniam się z pokoju.

- Nie rozumiem co ma? -  w pośpiechu analizuję rozmaite żądze.

- Operę! Prawdziwą! - G.robi zamach rękoma sugerując rozmach opery.

- Nie mówi się mieć operę, tylko iść do opery - mądrzę się trochę.

- Ale ta opera do nich przyjechała z Hiszpanii! My też tak chęcimy! - G.nalega na operę.

Państwo G.nie są biedni, ale żeby aż takie ekscentryczne wydatki???

 

Temat opery powraca następnego dnia.

- Zobaczcie opera H.idzie. Idzie! - woła G.przy oknie.

Pędzimy do okna, żeby zobaczyć zagadkę tygodnia.

Piękna, młoda Hiszpanka prowadzi za rękę rodzeństwo H.

... opera, o- pera, au-pera, au-pair.....

- Widzisz, Muniu, widzisz, niech my też mamy taką miłą operę! - G.podskakuje przy oknie.

- Taaa, ciekawostka gdzie ta opiekunka by spała? - analizuję złowrogo 40 centymetrową przestrzeń między kanapą a kaloryferem.

- No z tobą i tatą przecież może - mówi mistrzyni udogodnień.

Do tej pory milczący B.w uśmiechu prezentującym ósemki mówi radośnie:

- Ten pomysł nie jest taki zły...

 

Gburowatą operę

o odrażającym wyglądzie

od zaraz zatrudnię.

 

Pozdrawiam

Kura-prawie rozwódka

 PS Na rysunku powyżej indywidualne propozycje co do wyglądu i liczby oper.


by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at październik 27, 2014 08:38

Smoking kills...

O SPOKOJNYM (?) WEEKENDZIE

 

Całkiem niezły weekend, po dość obłąkanym tygodniu. W zasadzie przebąblowany, chociaż niby N. sprzątał garaż, a ja zrobiłam rosół z liściem laurowym z Gomery (ale pachniało!). Poza tym okropnie zmarzły mi ręce na cmentarzu, a jak zadzwonił nasz znajomy z Madrytu i rzucił LEKKIM tonem, że u nich słoneczko i 27 stopni, to chyba usłyszał ten KLIK, z jakim mi się otworzył w kieszeni nóż sprężynowy (metaforyczny NATURALNIE, przecież damy nie miewają noży sprężynowych, tylko eleganckie – i ostre – scyzoryki i nie w kieszeni, tylko w torebce) i zgrzytanie zębami. Znowu mnie dopadła refleksja na temat rozsądku i pomyślunku naszych przodków Słowian (za słabe głowy, za dużo destylatów, za mało zdolności negocjacyjnych przy podziale terytorium – tak się ląduje na wieki w klimatycznej dupie).

Podejrzewałam, że N. był zmęczony, bo naprawdę, nawet z JEGO energią, po takim zaiwanianiu każdy by się zmęczył, no i chyba miałam rację, bo – uwaga – USIADŁ I OBEJRZAŁ ze mną „Masz wiadomość”, którą sobie puściłam do herbaty ku pokrzepieniu serc i innych podrobów. Obejrzał i nawet nie ziewał! Na koniec doszedł do wniosku, że wszystko pięknie, ale film byłby o wiele bardziej wzruszający, gdyby Kathleen Kelly zamiast księgarni miała sklep wędkarski.

Oraz odkryłam, że ja tę Kate Atkinson przecież znam („Zagadki przeszłości” też zachwycające) – to jest autorka „Za obrazami w muzeum”, jednej z moich ulubionych powieści! Jak mogłam zapomnieć? Chyba naprawdę powinnam zainwestować w żeńszeń czy co tam się używa na dziury w głowie, albo N. mnie będzie odwiedzał niedługo w przytułku, śpiewającą piosenki partyzanckie albo i gorzej. Śmichy chichy, ręcznik w lodówce, czajnik na pralce, a to się tak zaczyna.

by Barbarella at październik 27, 2014 06:24

zycie na kreske

Kura pazurem

Poezja za wychodkiem

Czasami życie płata różne niespodzianki. Takie, które się nawet kurze nie śniły. Przez zupełny przypadek odkryłam, że niedaleko mojego miejsca zamieszkania urodziła się Małgorzata Hillar. I ożyły wspomnienia. A jak wspomnienia, to i w ruch poszły szare komórki. Jakieś refleksje się w mojej rozczochranej urodziły.

hillar 001

Od kiedy byłam nastolatką (całkiem niedawno to było), nosiłam przy sobie czerwony notesik. Takie maleństwo, w którym można było coś skrobnąć. Oprócz własnych przemyśleń, znajdowały się tam wiersze, które zrobiły na mnie wrażenie i które MUSIAŁAM mieć zawsze przy sobie. Jednym z takich utworów był tekst Małgorzaty Hillar „My z drugiej połowy XX wieku”. Myślę, że doskonale znany każdemu. A jest w tym utworze chyba wszystko, co czułam jako nastolatka. Pamiętacie?

My z drugiej połowy XX wieku

rozbijający atomy

zdobywcy księżyca

wstydzimy się

miękkich gestów

czułych spojrzeń

ciepłych uśmiechów

 

Kiedy cierpimy

wykrzywiamy lekceważąco wargi

 

Kiedy przychodzi miłość

wzruszamy pogardliwie ramionami

 

Silni cyniczni

z ironicznie zmrużonymi oczami

 

Dopiero późną nocą

przy szczelnie zasłoniętych oknach

gryziemy z bólu ręce umieramy z miłości

 

W życiu nie myślałam wtedy, że los jakby pchnie mnie w „objęcia” Hillar. A jednak. Okazuje się, że ja teraz spaceruję sobie tymi samymi ulicami co ona! Toż Hillar urodziła się w Piesienicy, a do szkoły chodziła w Starogardzie Gdańskim! Ba! Ja oddycham tym samym powietrzem co ona! I nie mogłabym być sobą, żebym nie pojechała do Piesienicy (kilka kilometrów od Starogardu), żeby dotknąć tej ziemi, po której chodziła poetka i poczuć to, co młodziutka Hillar. A tak się złożyło, że niedawno odbyło się tam uroczyste otwarcie Skweru im. Małgorzaty Hillar. Namówiłam więc Mężusia na spacer. Pomyślałam od razu, że mu wtedy tam wyszepczę do uszka, czym jest miłość:

Jest czekaniem

na niebieski mrok

na zieloność traw

na pieszczotę rzęs

 

Czekaniem

na kroki

szelesty

listy

na pukanie do drzwi […]  (Małgorzata Hillar „Miłość”)

hillar 002

Zajeżdżamy. Jest skwer. Oddycham pełną piersią. Pycho mi się śmieje. Przysiadam na ławce. Wyobrażam sobie, że po wzgórzu obok biegała młodziutka poetka, że patrzyła w chmury i pisała, pisała i pisała. I tak się upajam widokiem, gdy nagle patrzę i widzę…, lecz nie wiem, czy śmiać się płakać.

hillar 004

To, że poezja nie opłaca się wydawcom, to oczywista oczywistość, że niewielu ją czyta, to też wiadome, że poetów namnożyło się w każdej gminie, wsi i wioseczce też sprawa oczywista. Że poeta to nieprzystosowany do życia wariat, też można by stwierdzić. A jednak zawsze myślałam i starałam się wierzyć w to, że poeci są potrzebni naszemu światu.

Niestety jednak poezja z fizjologią nie wygra. I już kiedyś pisałam, że świat na czterech literach stoi. Proszę bardzo: Skwer im. Małgorzaty Hillar. Nawet bilbord informujący o budowie tego miejsca. A gdzie? Tuż za wychodkiem. Ale jakim? Nowoczesnym. Nie jakąś drewnianą sławojką, lecz plastikowym znakiem naszych czasów: niebieskim TOI TOI-em.  Idealnie pasującym do tytułu wiersza „My z drugiej połowy XX wieku”. A już hasło „Poezja w Piesienicy” dokładnie na tle kibelka, rozłożyło mnie na łopatki (polecam kliknięcie w zdjęcie w celu powiększenia).

hillar 010

A że nie za każdym wychodkiem jest wolny plac, to niestety nie każdy poeta swojego miejsca pamięci się doczeka.

***

PS  I żeby nie było, że nie cieszę się i że nie doceniam tego, że taki skwerek zrobiono. Cieszę się i to bardzo!!! Jednak każdy turysta i maniak poezji, który usiądzie na ławce na skwerku, w dodatku chcący oddać się swojemu twórczemu natchnieniu, by iść w ślady Hillar, co zobaczy? Niebieski, wybijający się z tła TOI TOI! I niestety, chcąc nie chcąc, każde zapisane w takich warunkach słowo będzie się nadawało tylko do… :twisted:

by anna at październik 27, 2014 03:11

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

październik 26, 2014

Slow Day Long

„Kredens” na łące, czyli milion kalorii w błogiej atmosferze. Przepysznie!

Zauważyłam, że ostatnimi czasy, dobre restauracje, zamiast w centrach miast, zaczęły się lokować w peryferyjnych dzielnicach, a nawet w okalających je wioskach. Ten trend pojawił się i we Wrocławiu. Przykładem może być chociażby znakomity Folks, o którym pisaliśmy kilka miesięcy temu (kliknij TUTAJ), ulokowany na parterze nowego bloku na Krzykach.

Z jednej strony mnie to cieszy, bo nie trzeba się wbijać do centrum, z drugiej, nieco zaskakuje. Wiadomo, restauracje najlepiej funkcjonują tam, gdzie jest duży ruch pieszy, gdzie ludzie spontanicznie „wpadają” coś zjeść. W takich lokalizacjach raczej nie można na to liczyć. Jak więc przyciągnąć klientów? Dobra kuchnia i miły wystrój to podstawa. Warto też się czymś odróżnić i skorzystać z dobrodziejstw tzw. marketingu szeptanego.

Tak własnie było w przypadku naszej wyprawy do restauracji „Kredens” w podwrocławskim Wilkszynie. Przejeżdżaliśmy koło niej niejednokrotnie, ale jakoś nie zwracała naszej uwagi. Ot, kolejna „wiejska jadłodajnia”, na dodatek przyklejona do sklepu SPAR. Pewnie podają tam „swojskie jadło” i z braku konkurencji oszczędzają na jakości. Kiedy jednak trzecia z rzędu znajoma osoba, o której wiem, że potrafi odróżnić dobre jedzenie od byle czego, zachęcała nas, żeby tam pojechać, skusiliśmy się. Szybko przekonaliśmy się o tym, jak bardzo pochopna była nasza ocena tego miejsca.

Ponieważ Wilkszyn leży „po naszej stronie miasta”, kilka dni temu, nie mając pomysłu na obiad, spontanicznie wskoczyliśmy do samochodu i pojechaliśmy do „Kredensu”. Zawróciliśmy, będąc już w połowie spaceru do Tęczy, gdzie mieliśmy kupić składniki, żeby coś ugotować. Chyba jednak strasznie nam się nie chciało tego robić. Kilkanaście minut później czytaliśmy więc już menu, delektując się ostatnimi promieniami słońca „złotej polskiej jesieni”.

Restauracja Kredens Wrocław menu zdjęcia opinie ceny adres mapa z dzieckiem lokalizacja wystrój zdjęcia (4)

Szybka decyzja okazała się słuszna. Damian zamówił burgera. Alicja – pierogi ruskie. Ja – makaron z podgrzybkami. Wszystkie trzy dania były świetne. Do tego robiony na miejscu kompocik. Rewelacja! O jedzeniu nie będę się rozpisywać. Dodam tylko, że inne dania w karcie również wyglądały ciekawie, więc na pewno wybierzemy się tam jeszcze, żeby ich skosztować. Czym więc zachwyciło nas to miejsce? Jak zwykle, diabeł tkwi w szczegółach.

O ile obiad o podobnym stopniu smaczności możemy zjeść w innych miejscach w naszym mieście, o tyle muszę przyznać, że dawno nie widziałam tak obłędnych deserów. Niewielka lada chłodnicza wypełniona była pieczonymi na miejscu ciastami i wszystkie wołały do mnie „zjedz mnie”! Niestety, musiałam zdecydować się na jedno z nich i to w opcji „na wynos”, bo po obiedzie nie byłam już w stanie zjeść niczego więcej. Chociaż kusiły mnie i beza i szarlotka i nawet serniczek… zdecydowałam się na ciasto czekoladowe z musem z białej czekolady i prażonymi migdałami. Spałaszowałam je dopiero wieczorem, wspólnie z Damianem. Powiem jedno: niebo w gębie! Chętnie tam wrócę, ale też koniecznie muszę nauczyć się takie robić! Wiem wiem, to miliardy kalorii, ale wiecie jak jest… jak kraść to miliony (…), a jak już się tuczyć, to czymś naprawdę wyśmienitym…

Restauracja Kredens Wrocław menu zdjęcia opinie ceny adres mapa z dzieckiem lokalizacja wystrój zdjęcia (1)

Restauracja Kredens Wrocław menu zdjęcia opinie ceny adres mapa z dzieckiem lokalizacja wystrój zdjęcia (15)

Restauracja Kredens Wrocław menu zdjęcia opinie ceny adres mapa z dzieckiem lokalizacja wystrój zdjęcia (7)

Restauracja Kredens Wrocław menu zdjęcia opinie ceny adres mapa z dzieckiem lokalizacja wystrój zdjęcia (9)

Restauracja Kredens Wrocław menu zdjęcia opinie ceny adres mapa z dzieckiem lokalizacja wystrój zdjęcia (10)

Oprócz ciast, lokal ma jeszcze jeden szczegół, który pozytywnie odróżnia go od innych i którego raczej się nie uświadczy w centrum miasta. Ogródek. Ale nie taki „piwny”, ze stłoczonymi jeden obok drugiego stolikami. Tu przybrał on formę przestronnej łąki, z rozrzuconymi jakby od niechcenia miejscami do biesiadowania, drewnianymi zabawkami dla dzieci, małymi stolikami na romantyczną kolację przy świecach. To wszystko bezpośrednio na gęstym, zadbanym i idealnie przystrzyżonym trawniku, za płotem oddzielającym od drogi i parkingu. Wyobrażam sobie, że można tu spędzić fajny dzień w gronie innych rodzin, wylegując się na trawie, popijając piwo lub kompocik, podjadając i obserwując bawiące się dzieciaki.

Wystrój samej restauracji jest poprawny, aspirujący do ciekawego. Widać, że ktoś tam lubi pracować w sklejce, bo jest ona głównym materiałem wykończeniowym. I choć pojedyncze meble i dodatki są naprawdę fajne, to chyba jest tego wszystkiego trochę za dużo w jednym miejscu. Tak czy siak, ponieważ lokal jest dość spory i posiada dużą antresolę oraz wspomniany już ogród, warto wziąć go pod uwagę, jako miejsce na rodzinną uroczystość. Nie sądzę, aby ktokolwiek był rozczarowany.

Jedynie, do czego możemy się przyczepić, to… muzyka. Dla nas (i chyba nie tylko), obok wystroju, zapachów, samych dań i obsługi, jedna z najważniejszych rzeczy, na jakie zwracamy uwagę w knajpie. Trochę niesmacznie się zrobiło, gdy nagle, w przerwie między jednym kęsem, a drugim, zaczęły lecieć… reklamy. Okazało się, że z głośników sączy się radio internetowe. Przyznam się bez bicia, że poczuliśmy się trochę rozczarowani. Bo tak eleganckie miejsce, w którym na każdym kroku bije dbałość o detale, stać chyba na swoją, dopasowaną do potrzeb klienteli, dań i wystroju ścieżkę dźwiękową. Coś tu nie gra!

Druga sprawa, to dosyć po macoszemu potraktowany kącik dla dzieci. Brak kolorowanek, książeczek i zabawek. A to, co zastaliśmy, było stare, obdarte i zniszczone. A że restauracja aspiruje do rangi tych ‚rodzinnych’, jest to więc do dopracowania.

Generalna ocena 4+. Ja się poczułam zachęcona i mam plan poszukać innych takich perełek w okolicy. Polecicie coś?

Restauracja Kredens Wrocław menu zdjęcia opinie ceny adres mapa z dzieckiem lokalizacja wystrój zdjęcia (14)

Restauracja Kredens Wrocław menu zdjęcia opinie ceny adres mapa z dzieckiem lokalizacja wystrój zdjęcia (5)

Restauracja Kredens Wrocław menu zdjęcia opinie ceny adres mapa z dzieckiem lokalizacja wystrój zdjęcia (6)

Restauracja Kredens Wrocław menu zdjęcia opinie ceny adres mapa z dzieckiem lokalizacja wystrój zdjęcia (3)

Restauracja Kredens Wrocław menu zdjęcia opinie ceny adres mapa z dzieckiem lokalizacja wystrój zdjęcia (8)

Restauracja Kredens Wrocław menu zdjęcia opinie ceny adres mapa z dzieckiem lokalizacja wystrój zdjęcia (12)

Restauracja Kredens Wrocław menu zdjęcia opinie ceny adres mapa z dzieckiem lokalizacja wystrój zdjęcia (11)

Restauracja Kredens Wrocław menu zdjęcia opinie ceny adres mapa z dzieckiem lokalizacja wystrój zdjęcia (2)

Restauracja Kredens Wrocław menu zdjęcia opinie ceny adres mapa z dzieckiem lokalizacja wystrój zdjęcia (13)

by Kamila at październik 26, 2014 11:01

Zuzanka

Eksribicjonizm kontrolowany

Rzeczy, których być nie powinno

- Ja, mmm... ja myślę, że ja będę te automatyczne sekretarki. Są całkiem paskudne - oświadczył.
- Nie możesz być autosekretarki. Co to za Motocyklista Apokalypsy z autosekretarki? Głupi pomysł.
- Wcale nie - odpowiedział urażony Pigbog. - To jest jak Wojna i Głód, i takie. Życiowy problem, nie? Autosekretarki. Nienawidzę cholernych autosekretarek.

Powyższy cytat pochodzi z powieści "Dobry omen". Przytoczona rozmowa toczy się między motocyklistami, którzy w przededniu Armageddonu spotykają Jeźdźców Apokalipsy i postanawiają się do nich przyłączyć. Na potrzeby chwili przyjmują więc imiona określające plagi współczesności.

Wracam do tej książki od czasu do czasu. Ostatnio czytałam ją w tramwaju, a tramwaj to miejsce, gdzie niezwykle dotkliwie odczuwa się dyskomfort wywołany plagami, a właściwie plażkami, które nękają ludzkość. To często drobiazgi, które mają moc chwilowego zmieniania egzystencji w prawdziwe piekiełko.

W książce oprócz wspomnianych były Poważne Obrażenia Cielesne, Wstydliwe Prywatne Problemy, Okrucieństwo Wobec Zwierząt, Rzeczy Które Nie Działają Jak Trzeba Nawet Jak Się Je Łupnie, Bardzo Ważni Faceci, Piwo Bezalkoholowe, Wszyscy Cudzoziemcy A Szczególnie Francuzi, Wdepnąć w Psie Gówno i Faceci Zakopani W Rybach. Czytając to, pomyślałam sobie, że chętnie sama nazwałabym tych czterech motocyklistów. I to tak po kilka razy, ale może zacznę od trzech.

Głupi Właściciele Psów
Ci, którzy adoptują lub nawet kupują psy, po czym zostawiają je na cały dzień zamknięte w mieszkaniu. Albo, co gorsza, w ogrodzie, "bo niszczą wszystko w domu". Jakim idiotą trzeba być, żeby zaopiekować się czującym, myślącym, stadnym stworzeniem, a następnie udać, że ono nie czuje, nie myśli i nie jest stadne?! Ludzie, kupcie sobie rybki, bo jak słyszę zewsząd to rozpaczliwe psie wycie, mam ochotę zaczaić się na Was z jakimś ostrym narzędziem. A potem sama zawyć.

Rajstopy
Gdyby wspomniani motocykliści nosili to paskudztwo, pewnie też wpadliby na ten pomysł. Bo oprócz Normalnych Rajstop (gatunku zagrożonego, acz wciąż spotykanego) które leżą jak trzeba, nie wymagają ciągłego podciągania i sprawiają, że nogi wyglądają zgrabnie i dobrze, a przy tym grzeją - istnieją też paskudztwa, które nie spełniają żadnego z tych warunków. Te czarne niekryjące, na przykład, mają magiczną moc dodawania lat, ale nie w wyrafinowanie dorosły sposób, tylko na modłę podwiędłej emerytki. Albo te wszystkie, którym puszcza oczko od niczego. Idziesz sobie spokojnie ulicą, a nogę masz jak po wizycie w lesie latających sztyletów. Albo te paskudztwa w kolorze "opalonym". Jaki człowiek chciałby mieć opaleniznę w kolorze zszarzałego beżu? Wreszcie, jak moje ślubne pończochy w kolorze "natural", które okazały się niemal białe, a w połączeniu ze skórą trupiosine. Nigdzie, kurczę, nie było napisane, że to zombie natural!

Transport Zbiorowy
Każdy, kto kiedykolwiek trafił do tramwaju w godzinach szczytu, do spóźnionego autobusu w popularnym kierunku albo do pociągu przed długim weekendem, czuł się zapewne tak samo: jak na statku szaleńców. Ponownie cytując Pratchetta, iloraz inteligencji tłumu równy jest IQ najgłupszego jego przedstawiciela podzielonemu przez liczbę uczestników (i jeśli wyszedł Wam z tych obliczeń ułamek, to jak najbardziej właściwy wynik!). Na ograniczonej przestrzeni to zjawisko staje się jeszcze bardziej odczuwalne, zwłaszcza jeśli ktoś - jak ja - ma tendencje do wpadania w panikę pośród tłumu. Albo do omdleń. Tak że - mimo mojego ogromnego sentymentu do kolei i przyjaźni dla krakowskich tramwajów - uznaję zbiorkom za jedną z plag naszych czasów. Samochody zresztą też.

Został do nazwania czwarty Motocyklista Apokalipsy. Czekam na Wasze propozycje!

by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at październik 26, 2014 07:07

Szymaczek

Tomaczek

Dom pod sosnami

100_7384

Dla nas wakacje zaczynają się wtedy, kiedy dla innych się kończą. Gdy wyjadą już ostatni goście jesienni, gdy spokojnie możemy już przygotowywać gospodarstwo do zimowej pory. To dla nas czas wielkiej radości, bo choć obecność gości jest dla nas zawsze źródłem uśmiechu i wielkiej satysfakcji, to… któż wakacji nie lubi? :wink:
Zwłaszcza, że nasza nadpobudliwość ma się dobrze i jak co roku, zafundowaliśmy sobie dodatkowe projekty, wykraczające poza naszą gospodarską codzienność. Tym razem był to… stary kurnik. Zrezygnowaliśmy z posiadania kurek, z wielu względów, ale został nam kurnik. No i nie dało się usiedzieć, trzeba było coś wymyślić… :lol:
Nowy projekt to sklepik przy gospodarstwie, miejsce, gdzie kiedyś, jak mamy nadzieję, będzie można sprzedać swoje plony i nie tylko plony, ale także przetwory, domowy chleb na zakwasie, może domowy makaron, może rękodzieło… Marzy nam się normalność, taka jak w innych unijnych krajach, gdzie u farmera można kupić jego sery, wina, chleb, przetwory, a nie tylko gołe ziarno zbożowe czy marchewkę. Wciąż mamy nadzieję, że ustawodawstwo polskie w końcu umożliwi to rolnikom bez zakładania firmy, przygotowywania wielu wykafelkowanych sterylnie czystych sal i przestrzegania rygorów sanitarnych wymyślonych dla kosmonautów, aby żywność dla nich przygotowana była sterylna i aby nie mogli mieć rozstroju żołądka, bo w kosmosie byłoby z tym trudno sobie poradzić. System nazwano HACAP i stał się utrapieniem wielu drobnych przedsiębiorców spożywczych… :(
Tak czy siak, wciąż mamy nadzieję na normalność i dlatego postanowiliśmy z tego:
100_9548

100_9550

uczynić to:

IMG_0271

DSC_0019

IMG_0267

DSC_0018

Wnętrze naszego sklepiku wymaga jeszcze sporo pracy, ale… tego to my się nie boimy! Zwłaszcza, że mamy fachowe wsparcie w wielu z naszych Gości i Przyjaciół, Ewa z Przytulnego Domu już od dwóch lat pomaga nam poprawiać wygląd gospodarstwa, Danusia i Malutka dzielnie też nam sekundują, poprawiają, podpowiadają i tworzą wystrój jadalni, a Pani Lidia wymyśliła już świetną nazwę dla naszego sklepiku.
Skoro ma być sklepik „całą gębą”, to i towar trzeba jakoś fachowo zapakować… Zioła nasze dostały nowe torebki, sporo większe, bo zawierające około 100 g ziół.
103_0527

No i – last but not least – jeszcze sobie napisałam kolejny artykulik o porcelanie, tym razem o miśnieńskiej w „Szkle i Ceramice”. Zachęcam do zajrzenia na stronę czasopisma, może zostaniecie ich czytelnikami, bo pisze się tam o wielu ciekawych rzeczach. :)
Proszę, oto dowody winy:

103_0533

103_0534

Miłego tygodnia, kochani! A ja idę na spacer do ogrodu… :D

100_7384


Filed under: Mój kawałek świata Tagged: Agroturystyka, Gospodarstwo, Jesień, Uroda życia, W naszym sklepiku

by podsosnami at październik 26, 2014 02:35

Anna Sakowicz

O lesbijskiej miłości – „Życie Adeli”

„Miłość nie ma płci”. Tak mówi jeden z bohaterów filmu, który obejrzałam w weekend. I zgadzam się z tym w całej rozciągłości. Dodałabym, że nie zna też wieku. Może spotkać każdego i zawsze. To chyba w niej jest najpiękniejsze, że przychodzi z zaskoczenia. „Życie Adeli” (reż. Abdellatif Kechiche) to wzruszająca opowieść o niezwykłej miłości. O…

by anna.sakowicz at październik 26, 2014 02:30

Szymaczek

Dzieciowo mi

Alternatywna szafiarska notka dyskontowa

Zima idzie. Idzie zima, idzie zima, kto na zimę futra ni ma? Trzeba się było zaopatrzyć. Personel na etacie matki zrobił przegląd zawartości szafy zarządu Trójca Świetna Sp. z o.o. i doszedł do wniosku, że wykazuje ona niejakie braki. Brak polega na nieposiadaniu przez zarząd kurtek, które mogą posłużyć na czas późnojesienny, taki kiedy jeszcze nie ma trzaskających mrozów, ale wyjście rano w wiatrówce jest już interpretowane jako narażenie kondycji firmy na szwank. Zarząd nie dysponował też obuwiem ocieplanym, z zeszłorocznego bowiem raczył już wyrosnąć.

Personel otrzymał więc zadanie doposażenia kadry kierowniczej i boleśnie zdał sobie sprawę z kosztów przedsięwzięcia. Ponieważ stanowisko, na jakie został powołany decyzją zarządu, wymaga umiejętności racjonalizacji wydatków w celu minimalizacji kosztów, personel użył całych swoich kompetencji, by zadaniu sprostać. Opcje były więc dwie: lumpeksy lub dyskonty.

O lumpeksach już było, o personel lumpi się na maksa, zupełnie tego przed światem nie ukrywając. I można by tam było pójść, ale wraz z gazetką znalezioną w skrzynce pocztowej (tej normalnej, nie wirtualnej) personel otrzymał dane o tym, że w dyskoncie pobliskim rzucą buty i kurtki. To się personel wybrał.

Chodzi o Lidla i jego serię Lupilu dla młodszych i Pepperts dla starszych. Gwoli ścisłości trzeba powiedzieć, że Lidl potrafi mieć nieprawdopodobny badziew w postaci rajtuz lub skarpetek dla dzieci i o tym też już było. Jakość innych ciuszków również może pozostawiać wiele do życzenia. Ale kurtki zimowe i buty Lidl ma świetne.

Personel zaopatruje się tam już trzeci rok z rzędu. Kurtki są ciepłe, nieprzemakalne, wyposażone w odblaski, z kieszeniami, kapturami. Łatwo się piorą (było sprawdzane), szybko schną. Nie deformują się podczas noszenia i prania, nie tracą swoich właściwości po praniu. Są bardzo, bardzo dobre. Kurtki, z których zarząd raczył wyrosnąć, poszły do innych dzieci i bezproblemowo im również służyły. Personel stwierdził ten fakt naocznie (zarząd nie wydał się zainteresowany raportem w tym zakresie).

No i teraz nastąpi coś, co można określić mocno alternatywną sesją zdjęciową. Okoliczności przyrody są średnio sprzyjające, albowiem prezes zarządu przebywa na L4 w towarzystwie personelu. Członkinie zarządu zostały więc uchwycone w momencie, kiedy wybierały się na spacer w towarzystwie personelu na etacie ojca.

lupilu4

Kolory są, jak widać, oczojebne i tak miało być. Personel działał z premedytacją.

lupilu5

Marcelina

lupilu6

Maria

O ile pozostała część zarządu nie wykazywała chęci współpracy i sceptycznie odniosła się do działań personelu, o tyle prezes kazała sobie machnąć sesję odpowiednio upozowaną i wystylizowaną. Przy czym stylizacja dotyczyła samej modelki, ciężko bowiem powiedzieć o mieszkaniu, że i one zostało poddane zabiegom upiększającym i zwiększającym atrakcyjność przekazu. Krótko: malowanie zaplanowano na wiosnę ;)

pepperts2

pepperts3

Modelka się spisała, prawda? To teraz jeszcze o bucikach. Buty są z wierzchu częściowo gumowane i to okazało się ich największą zaletą. Nie przemakają bowiem i można bezkarnie wdepnąć w kałużę. Co zostało przetestowane przez zarząd ze skrupulatnością graniczącą z obsesją.

Personel zdaje sobie sprawę, że buty pod względem jakości nie urywają, pewnie też nie oddychają, jak powinny, a materiały, z których zostały zrobione, nie są materiałami z najwyższej półki.

Uwaga, rozmiarówka tych butów jest zaniżona! Trzeba kupić numer większe, niż dziecko aktualnie nosi.

lupilu2

Lupilu, rozmiar 27

pepperts4

Pepperts, rozmiar 30

pepperts5

Prezes pozuje

pepperts6

Przy okazji, po zaliczeniu powyższych przyjemnych doznań wzrokowych, warto powiedzieć, że trzeba się dokładnie zastanowić, zanim się ciuchy kupi. Sklepy stacjonarne NIE MAJĄ OBOWIĄZKU przyjmowania zwrotów od klientów, nawet na podstawie paragonu i faktury. To, czy to robią, zależy wyłącznie od ich dobrej woli i wewnętrznych zasad. Możliwość zwrotu w ciągu 14 dni od daty zakupu klient ma w przypadku zakupów przez internet i to jest zagwarantowane zapisami prawa. Jeśli więc Biedronka, Lidl czy inny sklep nie chce od was przyjąć z powrotem bucików, które okazały się za duże lub za małe, to sorry, taki mamy klimat. Nie mają takiego obowiązku.

To jest notka sponsorowana. Personel na etacie matki zasponsorował Lidla na kwotę 330 zł, bo tyle łącznie kosztowały trzy pary butów i trzy kurtki. Personel nie żałuje, że o tyle zbiedniał.

by kruszyzna at październik 26, 2014 07:33

zycie na kreske

notatki na mankietach

futrzak

A jednak klima zostala naprawiona.
My, ludzie, dalibyśmy sobie radę z upałem jakoś – a to sie czlowiek podleje zimna wodą, siądzie pod wiatrakiem…. komputery niestety nie dziają zbyt dobrze podlewane wodą :)

Klima okazała się być konstrukcja przedwieczną, w której w roli czynnika roboczego wystepowal freon. I on sobie uciekł do atmosfery, powiekszając dziurkę ozonową.
Poniewaz freon jest dosc drogi, wiec naprawa polegajaca na uzupelnieniu tego ostatniego tez byla droga :-/ Oprocz tego został rownież wymieniony kondensator. Panowie poinformowali nas tez, ze klima (zewnętrzna jednostka) została źle zainstalowana: rura doprowadzająca gaz jest zgięta tak, ze az się splaszczyła. A splaszczyla sie, bo betonowe cegły, na których zostala ustawiona, popękały od drgań. A popękały, bo zabrakło jakiejs elastycznej podkladki, ktoraby przejmowala drgania dzialajacej klimy…

Tak wiec klimatyzator dluzej, jak kilka miesiecy juz nie pociagnie…
Za calosc zaplacilismy 700 ARS czyli jakies 83 USD (liczone po oficjalnym kursie). Nie wiem, czy to duzo czy malo… instalacja zupelnie nowej klimy kosztuje ok. 1000 ARS.


by futrzak at październik 26, 2014 12:11

październik 25, 2014

zapiski zgagi

Sobotnio

Oj, oberwało mi się za ostatni post. Żeby to człowiek przewidział wszystkie możliwe interpretacje lub nadinterpretacje czytających, to by zamilkł na wieki! A dopiero co współczułam Klarce, że nieopatrznie kijaszek w mrowisko wetknęła…

***

Zanim zmroziło nam atmosferę (minus dwa wczoraj około północy!), spędziliśmy bardzo miły wieczór z dzieckami mniejszymi. Panowie testowali rozmaite gatunki piwa  – krajowego i przywiezionego przez Asię z trasy po Belgii i Holandii. My piłyśmy pomalutku białe wino. Obejrzeliśmy wspólnie na tvn-ie Sherlocka Holmesa. I gadaliśmy sobie do woli, co się ostatnio bardzo rzadko zdarza, bo… wciąż czasu brak!

Pieski były nadzwyczaj spokojne tym razem. Żadnego podgryzania ani walk o zabaweczkę. Oba spały potem w małym pokoju z dziećmi…

***

Nocny przymrozek uśmiercił skutecznie ostatnie tarasowe roślinki. Poległy wszystkie begonie, pelasie i nawet turki-śmierdziuszki. Ocalała tylko tunbergia.

Na zakupy trzeba było po raz pierwszy założyć wełnianą spódnicę, zimową kurtełkę i cieplejsze buty. Ręce marzły nam obojgu, bo jakoś o rękawiczkach nie pomyśleliśmy…

***

Po powrocie z Pruszczykowa Małż walczył na dachu ze dwie godziny z anteną od Cyfry+. Bo mimo nowego dekodera obserwujemy brak sygnału na kilku moich ulubionych kanałach. Niestety, nie udało się przywrócić ani Kultury, ani Kina Polska. Trudno!

***

Skończyłam lekturę ,,Mistyfikacji” Harlana Cobena. W słowie wstępnym autor tłumaczy się z niedoskonałości swojej debiutanckiej powieści. Rzeczywiście, jego następne kryminały, których zaliczyłam sporo, są zupełnie inne…

Każdy, kto się trochę para słowem, odczuwa zapewne lekkie zażenowanie na myśl o swoich pierwocinach. Nawet jeśli nie jest się uznanym pisarzem. Tylko zwykłym amatorem. Pamiętam, jak Asia podczas wyprowadzki znalazła swój pamiętnik z podstawówki. Kwiczałyśmy radośnie obie, gdy czytała ,,obszerne fragmenty”… Osobiście posiadam taki gruby zeszyt z własną ,,tfurczością” od czasów niemal przedszkolnych po koniec technikum. Bzdury totalne! Są tam może raptem ze dwa teksty, których się nie wstydzę. Reszta to chłam absolutny!

A  ,,Mistyfikacja” szalenie mi się podobała. Świetny scenariusz na film. Niby temat ograny, a jednak. Jest zaskoczenie, jest i happy end. Czego chcieć więcej?…

by Zgaga at październik 25, 2014 11:07

moje waterloo

1962

Satynowe pantofle są piękne. Bardzo eleganckie, zdecydowane i... trochę burdelowe. Mam kilka par, najbardziej lubię te czerwone z kokardami na piętach - zaprawdę przywodzą ludziom myśli nieczyste. Od lat mam również pomarańczowe, kupione na Allegro, obszyte czarnym tiulem, wprost stworzone do zakładania w parze z czarnym koronkowym gorsetem. Oczywiście wkładam je do czegoś zupełnie innego, bo latanie po fabryce w koronkowym gorsecie mogłoby się źle skończyć (dla wszystkich), a nigdzie indziej nie chodzę.

Satynowe pantofle są więc piękne i pociągające oraz... niemożliwe do utrzymania w czystości. Po prostu nie ma na to sposobu, wypróbowałam już nawet najbardziej wyuzdane, ścierałam, prałam pianą, gumowałam. Nie i koniec. Tkanina jak tkanina - brudzi się, zwłaszcza że przy ziemi, i nic na to nie poradzisz. W związku z powyższym, choć buty - poza zabrudzeniem - są w stanie idealnym (ile razy można wyjść w pomarańczowych, satynowych pantoflach z czarnym tiulem, nawet będąc mną?!), postanowiłam wziąć z nimi rozwód.

A że dokonywałam dziś czystki etnicznej, wyciągnęłam je z szafy (tak, mam szafę na buty), skropiłam łzą, zamachnęłam się i... w ostatniej chwili walnęłam je do pralki. Co mi szkodzi - pomyślałam. - Jeśli się rozwalą i tak planowałam je wyrzucić. I co Państwo powie? Wyprane, czyściutkie, nienaruszone. Chyba wymienię fleczki.

Nie wiem, ile prań przetrwają w całości, ale jeszcze trochę razem pomieszkamy. Mówiłam już, że traktuję rzeczy podmiotowo? Rozmawiam z nimi, negocjuję, czasem się dogadujemy. Wyraźnie nie chciały się buciki ze mną rozstać. Ani chybi jest im tu dobrze. Rozdział ten poświęcam również łaskawej uwadze kotów. Czy koty wią, ile jest kotów w potrzebie?! NO!

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 25, 2014 09:18

Zuzanka

Domowa kuchnia Aniki

Kopytka z dynią

Kopytka z dynią



 
Dziś przedstawiam przepis na kopytka z dynią. Bardzo smaczne, choć od razu piszę, że co bardziej nerwowi mogą się przy ich tworzeniu nieco denerwować, bo ciasto jest dość klejące. Kwestia ilości dodawanej mąki - wszystko zależy od wilgotności dyni. Mąki dodajemy tyle, aby z ciasta dało się utoczyć wałeczki, które będziemy kroić na kopytka. Ciasto cały czas powinno być miękkie, ale w trakcie gotowania nieco stwardnieje.Myślę, ze warto wypróbować te kluseczki, które można jadać zarówno na słono, np z gulaszem, sosami, albo na słodko ( nawet parmezan nic tu nie szkodzi ). 
Ilość mąki zwiększamy do momentu, aż ciasto przestanie się kleić i będzie można z niego uformować wałeczki, które z kolei pokroimy na kopytka.

Składniki: ( ok 6 porcji )

  • 40 dag pieczonej dyni
  • 40 dag gotowanych ziemniaków
  • 2 żółtka
  • ok 40 - 45  dag mąki
  • 5 dag tartego sera parmezan
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • sól
Sposób wykonania:
  • Ziemniaki gotujemy i przeciskamy przez praskę lub mielimy
  • Dynię ze skórką  kroimy na części i pieczemy ok 45 minut w piekarniku na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Po tym czasie dynię wyjmujemy z piekarnika i studzimy, a następnie oddzielamy miąższ od skórki. Miąższ przekładamy na sito, aby dynia odciekła ( część płynu wypłynie z kawałków dyni już podczas pieczenia )
  • Do miski przekładamy zmielone ziemniaki, odsączoną dynię ( ja nie robię z niej puree, bo jest tak miękka, że rozpada się sama ), dodajemy żółtka, mąkę ( zaczynamy 40 dag, i w razie gdyby ciasto było za rzadkie dodajemy jej więcej ), starty parmezan, sól i szczyptę gałki. Całość zagniatamy na jednolite ciasto i odrywając po kawałku toczymy z niego wałeczki na desce obsypanej mąką
  • Wałeczki spłaszczamy i pod kątem kroimy kopytka
  • Zagotowujemy w garnku wodę, lekko solimy i wrzucamy na wrzątek kopytka. Od chwili zagotowania gotujemy ok 3-4 minuty. Odcedzamy
  • Podajemy np z sosami, gulaszem ..., albo na słodko: z bułką tartą zrumienioną z masłem posypaną cukrem

by Anika (noreply@blogger.com) at październik 25, 2014 07:06

moje waterloo

1961

Urlop w miłej atmosferze i kotlety drobiowe. Z sałatą.
Wyrzuciłam pięć par butów. Następnych pięć przygotowałam do zawiezienia do szewca. W szafie nie widać różnicy.
I  ugotowałam kompot. Kompot, wyobraźcie sobie!
Obejrzałam też film o wampirach. Nic specjalnego we mnie po nim nie zostało.

W ogóle mam teraz taki problem, że się na filmach nudzę. Musi mnie wciągnąć i to szybko, bo inaczej nie jestem w stanie oglądać. Z drugiej strony - wciągają najczęściej filmy mało i średnio ambitne. Wiecie, jakieś nawalanki i ajlowju. A po nich nic we mnie nie zostaje. Tymczasem dzieła ambitne straszliwie mnie nużą, bruzda nie ogarnia. I co tu, panie, wybrać?

Ostatnio na tapecie zaistniał "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął". Przyjemny, ale na raty oglądałam. Nie sądzę, żeby to coś z filmem, raczej ze mną. Zwoje mi się przepaliły czy co? A już jak film nakręcono przed rokiem '90, to jakaś klapka mi w mózgu klapie od strzału. Są na to jakieś tabletki? Tabletki się łatwo łyka.

Jutro grzybowa.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 25, 2014 04:53

Tomaczek

nic specjalnego

***

Jeszcze się nie odwiesiłam, nie ma lekko.
Ale - jak wiecie mam sklerozę- więc  póki pamiętam pokażę co udłubałam:
I to tyle. Idę  dalej "wisiec".

by anabell (noreply@blogger.com) at październik 25, 2014 03:58

Dzieciowo mi

Nie daję na bułkę

Uuuch, stęknęłam, przeklęłam dyskopatię i pomału zaczęłam pchać wózek z zakupami w kierunku samochodu. Doczłapanie doń trochę mi zajęło, pipnęłam, otworzyłam bagażnik i zaczęłam metodycznie władowywać zawartość, patrząc na to, żeby pomidorki nie na samym dole, bo dowiozę ketchup. Wtedy właśnie podszedł do mnie on.

Na oko lat 65, ale mógł mieć mniej. Stare ciuchy, wygniecione i brudne. Czuć było zapach niemytego ciała.

- Mogę odprowadzić wózek? Brakuje mi dwadzieścia groszy – powiedział.

- Ale ja mam w wózku złotówkę – odpowiedziałam.

- Ale mi brakuje dwadzieścia groszy. Nie ma pani?

- A do czego brakuje panu dwadzieścia groszy?

Króciutko pomyślał.

- Do bułki.

- To ja panu dam bułkę, mam cztery – powiedziałam. Bo właściwie po wała mi tyle bułek? Znów za dużo kupiłam. Zanim zjemy, zdążą zeschnąć. – Mogę w ogóle oddać panu część moich zakupów, nie ma problemu, kupię drugie.

- Eeee, ale dwadzieścia groszy mi brakuje.

- Mogę panu oddać część zakupów.

Nie skorzystał. Poszedł w stronę innego ładującego zakupy. Na odchodnym dość dosadnie zasugerował, że zapewne wykonuję najstarszy zawód świata, któremu oddaję się intensywnie i z pasją. Słyszałam, jak mówi facetowi z siatkami o tych dwudziestu groszach i o wózku. Dostał wózek, poszedł, a raczej pobiegł odprowadzić. Zasunął, wziął złotówkę i szybkim krokiem poszedł w kierunku, który zupełnie mnie nie zaskoczył.

Wyjechanie z parkingu trochę trwało, poranny, sobotni tłok, wszyscy jednocześnie chcą zaparkować lub wyjechać. Zauważyłam go, kiedy skręcałam w lewo. Już wychodził z monopolowego.

Nigdy nie daję na bułkę i nigdy nie zgadzam się na odprowadzenie koszyka. Nie pomagam w ten sposób, a wprost przeciwnie, przyczyniam się do równi pochyłej. Pomagam inaczej. Co miesiąc przekazuję niewielką kwotę na pewną fundację z Krakowa zajmującą się ludźmi z nowotworami krwi i chłoniakami. Nie muszę o tym pamiętać, mam zlecenie stałe. Od dziesięciu lat. Od dziesięciu lat jestem również w banku dawców szpiku. Biorę udział w różnych akcjach i jeśli trzeba, pomagam również finansowo, jasne, że tak. Ale nigdy nie daję na bułkę.

Dlaczego w ogóle dajemy?

  • szkoda nam człowieka, nie jesteśmy z kamienia, przecież widzimy, jak wygląda
  • wokół tyle się mówi i słyszy o znieczulicy, nie chcemy się znaleźć w gronie tych nieczułych
  • taka pomoc jest prosta i szybka, nie wymaga żadnego naszego zaangażowania
  • czujemy się lepsi, myślimy o sobie „jestem dobrym człowiekiem, pomagam”
  • jesteśmy z siebie dumni, zrobiliśmy coś konkretnego, namacalnego dla drugiej osoby
  • gasimy wyrzuty sumienia, które się odzywają w związku z czymś zupełnie innym

Nie daję na bułkę. Mam świadomość, że pieniądze nie pójdą na pieczywo. Nie daję żebrzącym pod kościołami dzieciom. Im też kupowałam bułki i pączki. Wyrzucały, zanim zdążyłam przejść przez przejście dla pieszych. One nie chcą produktów spożywczych. Potrzebują pieniędzy, żeby je oddać tym, którzy je na te żebry wystawili. To jest zorganizowany system, w którym one są na najniższym stopniu piramidy. One przyczyniają się do tego, że dla kogoś to bardzo intratny biznes powiązany do tego z nielegalną imigracją i zwyczajnym przemytem ludzi. One z tego nie mają nic, wyrabiają dzienną normę.

Nie chcę nikomu mówić, co ma robić, a co nie. Niech każdy sam oceni we własnym zakresie i sam w siebie zaglądnie. Pomagać można różnie. Trzeba to robić, trzeba wyciągać dłoń, ale należy to robić z głową.

Zdjęcie zrobiłam w Pradze. Tej czeskiej.

by kruszyzna at październik 25, 2014 10:05