Planeta Jadzi

lipiec 02, 2015

zycie na kreske

lipiec 01, 2015

moje waterloo

2099

Termina jakoweś wreszcie ukazują się. Remont wchodzi 11 lipca. Zaś po ustaleniu na wstępie, ile ów potrwa, przeprowadzka szykuje się. I oby wreszcie nastąpiła, bo się pozabijamy. Taka, mianowicie, sytuacja.

Żyjemy jak dzicy, na pudłach. Wszędzie są. A pomiędzy nimi - kurz i koty. Wszystko w komplecie bardzo z tego stanu rzeczy zadowolone. Kurz, bo lubi się posnuć, a koty, bo zasieki jakby dla nich stworzone. Ja już małpiego rozumu przez to wszystko dostaję, a przy tym mam podkręcony wysiłek pracowniczy na wszystkich polach. I, jakby tego było mało, koncern się zapowiedział do mnie w piątek. Zza oceanu. Ani chybi nic do roboty nie mają, psiekrwie.
Nie, nie koncert, nie.
A trochę szkoda.

Przy tym samochody oba popsuły się trochę, aż w rozpaczy zapewniłam właścicieli warsztatu, że i tak będziemy do nich przyjeżdżali, bo już mi ostatnią skórkę od suchego chleba dla konia z ust wyrwali. Boję się pojechać do weterynarza. Człowiek taki długi język ma, zupełnie niepotrzebnie, szparę między zębami do tego i ten język mu wylata.
Teraz wszyscy chcą się na nas odegrać na odchodnym.

Broker zaczął ze mną rozmowę od 1100. A wie doskonale, że ja usługą finansową brzydzę się głęboko.

Dziecko do Anglii na trzy miesiące wyjeżdża, z całym tym burdelem nas zostawiając.
Receptę jej wykupiłam - znowu stówa pękła.
Ubezpieczenie jej wykupiłam (a brzydzę się, jw.), kolejne dwie stówy.
Przegląd zrobić musi.
Niech mi ktoś za wóz przeprowadzkowy chociaż zapłaci, nie bądźcie świnie.
Resztki z zamrażalnika wyjadamy.

No i Tepsa się na nas wypięła, internetów nie pociągnie. Wyraźnie będę musiała słać do Was listy na papierze czerpanym. Z makulatury czerpanym. Tylko tłustym paluchami nie zaciaprajcie, bo jeszcze i śniadanie się w niego zawinie, i nos wytrze, i na koniec w piecu spali, gdy nadejdą mrozy.
Więc z szacunkiem poproszę do słowa pisanego, z szacunkiem.

Zwariuję.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at lipiec 01, 2015 10:03

Tomaczek (komentarze)

Z usmiechem przez Japonie

Iriomote - wyspa świętych kotów, świętych lasów mangrowych i świętego spokoju...


Zwykle rzadko mówi się o tym, jak niesamowicie piękny jest tropikalny las mangrowy na wyspie Iriomote, jak fascynujące wodospady ogłuszają podróżnych, albo jak pysznie smakuje sok ze świeżego ananasa. Dlaczego? Bo całą uwagę zgarniają dzikie iriomockie koty...

Na Iriomote (największej wyspie archipelagu Yaeyama) płynęliśmy z Ishigaki pierwszą możliwą łodzią ok. 6:30 rano. Pamiętam, że dziękowałam niebiosom za to, że oświeciły mnie, abym wzięła ze sobą polar, bo ten październikowy poranek był wyjątkowo chłodny. Tak wcześnie płynęliśmy tylko z Japończykami "idącymi" na 8:00 do pracy, wszyscy na wpół senni, na wpół wypatrujący brzegu. Gdy po 45 minutach stanęliśmy już na iriomockiej ziemi przywitała nas głucha cisza, czekały na nas tylko gorąca kawa z automatu i wścibskie kruki. Pogoda nie wyglądała za dobrze - słońce nie chciało wysunąć ani pół swojego promienia...



Żałowałam, że nie wzięłam nic do czytania, bo na portowej ławeczce (w nie najpiękniejszej scenerii) czekaliśmy prawie 40 minut, aby zapisać się na pierwszy rejs wzdłuż lasów mangrowych (po polsku częściej nazywanych namorzynowymi). Przez dłuższy czas myślałam, że będziemy jedynymi uczestnikami, ale niemal w ostatnim momencie dołączyło do nas kilka pań, które pojawiły się zupełnie znikąd. W bardzo kameralnym gronie zasiedliśmy na pokładzie płaskodennej lekko pordzewiałej łodzi z kapitanem na czele, wyglądającym jakby nie zauważył, że era Showa już się skończyła. Miał chyba najszerszy uśmiech na świecie i naprawdę widać było, że jego praca nie jest wyuczoną starą śpiewką, ale sprawia mu rzeczywistą przyjemność. Gdy ruszyliśmy z warkotem, kapitan zaczął opowiadać o życiu rzeki i okalających ją namorzyn. 


Jako że rzeka łączyła się bezpośrednio z Pacyfikiem, sporo kilometrów musielibyśmy płynąć, aby stała się słodka. Jak to zatem możliwe, żeby zielone drzewa wyrastały ze słonej wody? Mangrowy uporały się z tym problemem, filtrując sól dzięki liściom. Są one ciężkie i mięsiste, a gdy poziom soli staje się dla nich nie do zniesienia, zmieniają kolor na żółty i odpadają. W ich miejsce wyrastają nowe, świeże stacje odsalania, które będą wspomagać namorzynowy system zarządzania wodą. To oznacza też, że liście nie służą do oddychania. Rośliny te pobierają tlen przez specjalne korzenie oddechowe, które rozczapierzone wystają z wody. Co ciekawe, drewno pozyskiwane z tych drzew należy do najcięższych, więc zamiast swobodnie płynąć z nurtem rzeki, od razu idą na dno. Japończycy z Okinawy szybko nauczyli się je wykorzystywać jako surowiec do budowania trwałych, odpornych na tajfuny, domów. Kapitan wspomniał, że niezwykle trudno jest wyrwać takie drzewo z korzeniami. Siła wiatru musi być naprawdę potężna. Podczas naszego rejsu widzieliśmy wiele pozwalanych drzew, bo dokładnie półtora dnia przed naszym wylotem szalał tam okropny tajfun, przez który o mały włos nie musieliśmy zrezygnować z okinawskich planów. 


Po rejsie zadzwoniliśmy do firmy, z której wypożyczaliśmy samochód. Przyjechał po nas (bo nie ma innej możliwości wydostania się z portu) młody Japończyk, który w przeciwieństwie do kapitana z ery Showa, nie kwapił się do wykonywania swoich obowiązków. Mruknął coś tylko i już później nie odezwał się ani słowem. Do przedniego siedzenia pasażera miał przyczepionego pluszowego iriomockiego kota i - jak się później okazało - miał być to jedyny kotek, którego dane mi było zobaczyć podczas całej wycieczki. 


Gdy dojechaliśmy na miejsce, wypożyczalnia - podobnie jak kapitan statku - również zdawała się zatrzymać w czasie. Łysawy właściciel wręczył Panu Sól plik papierów do podpisania oraz kluczyki. Mam takie przeczucie, że tutaj nawet i Polacy nie mieliby problemu z prawem jazdy, bo właściciel jedynie rzucił okiem na podpisy, a że miał imponujące denka od butelek na nosie, mam wrażenie, że niewiele zobaczył.


Nasz bieluśki daihatsu - tj. pudełko na kółkach - musiał już trochę klientów doświadczyć, a właściwie mistrzów parkowania. W wielu miejscach był przerysowany i powgniatany, ale co najważniejsze - jechał do przodu. W przeciwieństwie do samochodów na innych wyspach, iriomockie automobile nie mają wmontowanego fabrycznie GPS-a, bo akurat tutaj jest tylko jedna droga okalająca całą wyspę, więc szanse na zgubienie się są niewielkie. Odpaliliśmy potwora i ruszyliśmy przed siebie. 

Szybko okazało się, że koteczki będą towarzyszyć nam przez całą drogę, co około 10 metrów... Nie, nie - bynajmniej nie siedziały na drzewach i nie wpatrywały się błyszczącymi ślepiami (choć kto wie?). Objawiały się nam w postaci wszelakich znaków ostrzegawczych: pionowych, wymalowanych na jezdni, przeczepionych do barierek mostów, powieszonych na drzewach - dosłownie wszędzie. 


"Uwaga! Kotek" (i to dosłownie "kotek"), "Uwaga! Zwolnij - koteczki!", "Na tej jezdni zginął jeden kotek, nie chcesz zabić następnego! Zwolnij", "Uwaga - przechodzące koty". 

Iriomockie kocury potrafią znikąd wyskoczyć na jezdnię i wtedy najczęściej zaliczają bliskie spotkanie trzeciego stopnia z maską samochodu, które kończy się dla nich tragicznie, a jeszcze tragiczniej dla sprawcy wypadku... Będąc tu, ma się wrażenie, że mniejszym przestępstwem będzie potrącenie dziecka niż przejechanie któregoś z futrzaków pod ochroną...

Z powodu kotów na całej wyspie, tzn. na tej jednej jedynej drodze, obowiązuje nas ograniczenie prędkości do 30-40 km/h. Wiecie, co to oznacza? Że powieki zamykają się Wam samoistnie, bo droga jest monotonna - cały czas prosto, cały czas przez gęsty las i cały czas z prędkością "zrywającą asfalt". Czy kusiło nas, żeby przyspieszyć? Kusiło, a jakże! Ale tylko do momentu, gdy zauważyłam policję schowaną w krzakach (jak widać polskie policyjne praktyki znane są również na Oceanie Spokojnym). Na ratunek podczas nudnej drogi przychodzi jedynie japońskie disco polo płynące wesoło z radia tudzież raczenie się inspirującymi rozważaniami na temat życia i śmierci z kompanem niedoli. I tak pokonaliśmy dystans 40 km w zegarową godzinę... W tym czasie minął nas jeden miejscowy (również w białym daihatsu) i jeden autobus z wycieczkowiczami.

Gdy w końcu zajechaliśmy na parking i rozprostowaliśmy kości, poszliśmy pozwiedzać lasy mangrowe. W ich gąszczu zostały wybudowane drewniane mostki na palach, którymi można pospacerować i pooddychać świeżym powietrzem. 



Zastanawialiśmy się, czy to co mówił kapitan z ery Showa odnośnie żółtych liści namorzyn, to prawda. Postanowiliśmy spróbować jednego (i to dosłownie), choć na pół sekundy zapaliła mi się czerwona lampka - czy zjedzenie nawet w bardzo małej ilości takiej rośliny może być trujące? Doszłam do wniosku, że chyba nie (chociaż nie wiem, na jakiej podstawie) i koniuszkiem języka zbadałam zasadność słów kapitana. Liść rzeczywiście smakował jak solniczka... Na szczęście byliśmy całkiem sami, bo nie wiem, co pomyśleliby sobie inni, gdyby zobaczyli Japończyka z blond-białasem siedzących schowanych w krzakach i liżących liście... ;-) My w każdym razie ubaw z naszej głupoty mieliśmy przedni.

Po powrocie z wysp, wszyscy pytali: "I co? I co? Widzieliście te dzikie koty?" Niestety nie i w sumie naiwne byłoby myśleć, że się je w ogóle zobaczy. Dziś pozostało około 100 osobników i na wyspie o powierzchni 300 km2 porośniętej w 99% gęstym, niedostępnym dla człowieka, lasem, graniczy to z cudem. Owszem, takie przypadki mają miejsce, ale wyjątkowo rzadko. Jeżeli nie uda nam się takiego zwierzaka zobaczyć, to zawsze można kupić sobie pluszaka na pocieszenie albo namorzyny w doniczkach (uwaga, transport takiej rośliny na główne wyspy wymaga kwarantanny na lotnisku). 

Wyspa Dzikich Kotów okazała się strzałem w dziesiątkę, to jedno z najbardziej niesamowitych miejsc, jakie dane nam było odwiedzić. Tu żyje się w zwolnionym tempie, w niezwykłym otoczeniu zieleni, rzek i po prostu świętego spokoju. Zdecydowanie po Sikoku, to jedno z moich ulubionych miejsc.

by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at lipiec 01, 2015 08:03

Kręgosłup oralny

czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal...?!

     Zamierzam pobić rekord świata w ilości wyhodowanych na własnej piersi chorób. Jestem jak rodzinny dom dziecka. Ciasno, głośno, ale każde kolejne jakoś się pomieści. Tylko, że moi wychowankowie nie opuszczają domu z chwilą osiągnięcia pełnoletności. Wręcz sprowadzają własne dzieci. No ale nie będę przecież odcinać członków rozżarzonym prętem. Taka jestem wspaniałomyślna.

     Do tej pory patrząc na gładkie powierzchnie, niebo, i na wszystko dookoła w jasne, słoneczne dni widziałam taki obraz:


Te dziwne robaczki brałam kiedyś za bakterie, które pełzają mi po powierzchni gałki ocznej i uznałam je za nieszkodliwych stałych lokatorów. Z biegiem czasu uświadamiałam sobie, że chyba jednak nie mam tak doskonałego narządu, żeby widzieć gołym okiem, a właściwie na gołym oku, bakterie. Pomyślałam więc o nicieniach i małych tasiemczykach ♥ Otrząsając się z lekka, obrzydzenie kazało mi odrzucić tę tezę. Wobec tego wierna byłam już hipotezie o mikrobliznach na rogówce powstałych na skutek licznych urazów oczu oraz po wieloletnim noszeniu soczewek kontaktowych. Z widokiem tym zżyłam się i nie niepokoiłam się żyjątkami. Nadmienię, że wszystkie te paranaukowe hipotezy wymyśliłam samodzielnie :)
Pewnego dnia zorientowałam się, że doszło coś nowego, że to, co fruwa mi przed oczami między robaczkami, to nie są jednak muchy, co rezolutnie uświadomiłam sobie bo braku dopływu efektów dźwiękowych. Chyba, że padło mi również na słuch, co bardzo możliwe. Ni z gruszki, ni z pietruszki widzę, że moje robaczki grają w piłkę, co wygląda tak:


Moja piłeczka jest jednak mniejsza i zlokalizowana na godzinie siódmej. Jestem perfekcjonistką diagnostyczną, ha!
Dwa dni zajęło mi uświadamianie sobie czy i gdzie widzę plamkę. Oraz którym okiem. A nie jest to takie proste, gdyż piłeczka wypadała za płot pola widzenia w momencie, gdy zaczynałam ją śledzić wzrokiem. Raz cieszyłam się, że jednak mi się przywidziało i mam omamy, raz popadałam w przygnębienie, że jednak nie. Udało mi się samą siebie zinwigilować na tyle, że wyłapałam ją w prawym oku. Wyłapawszy, umówiłam się wzorcowo na wizytę u okulisty. Nie zaglądałam do spodni wujkowi Google. Wszystkim to odradzam. Kilka lat temu wujek powiedział mi, że moje dolegliwości i objawy, z innej niż ortopedyczna, tym razem i o dziwo, puli, wskazują ni mniej ni więcej, że mam raka nerki. A może i obu. Wujek jest histerykiem i hipochondrykiem, więc jeśli do tego dołożyć moją nerwicę i hipochondrię, robi się hipochondria kwadrat czyli nagrobek dla psychiki.

     Na wizytę czekałam miesiąc, po czym wczoraj została rozwiana tajemnica robaków. Okazało się, że w moim oku zamieszkały męty ciałka szklistego. Ku mojemu zdziwieniu nie pływają po powierzchni oka, ale w jego wnętrzu. Poczułam się nieco zbombardowana kolejną wiadomością, że mój mroczek piłka jest wynikiem stresu (pff) i powstał podczas pęknięcia żyłki/wysiłku/niewiadomoczego/krótkowzroczności/płci/wytrącenia kolagenu/wieku/. Niepotrzebne skreślić, jedno z siódmym powiązać i podzielić przez trzecie.

     Nie omieszkałam przepytać domowników na tę okoliczność. Zarówno Mat, Mim, jak i Mamina, nie widzą mętów, a ich ściany i niebo są bez skazy. Moje niebo i ściany są ze skazą i skazane na porażkę.

- Małżu - pytam - co widzisz na ścianie?

- Ale, że co? Obrazki widzę, o, mucha chodzi.

Ożywiłam się, bo miałam nadzieję, że i on jest upośledzony. Ale nie, mucha w istocie kroczyła dostojnym marszowym krokiem i spluwała przez ramię na podłogę.

-Nie o to mi chodzi, Małżu. Czy widzisz coś innego niż ścianę? Niż jej  kolor i fakturę?

Wzrok Małża wbił się we mnie jak obcas w masło i przeszył na wylot.

- Widzę ścianę. Po prostu ścianę. - utrzymywał swoją linię obrony Małż.

- Ale jak się tak zastanowisz głębiej i wpatrzysz w ścianę, patrząc równocześnie jakby na powierzchnię własnego oka- mina Małża ulegała inwolucji i odczłowieczeniu - to czy nie wydaje Ci się aby, że ta ściana jakby błyskała mnóstwem takich drobinek, jakby jakiś złoty piasek ją pokrywał, takie ziarno fotograficzne  i piksele w kolorze lekko gaszonej żółci i bieli na czarnym tle?

- Wiesz... Jakby się tak przypatrzeć, ale tak mocno przypatrzeć, a wręcz wypatrzeć i wytrzeszczyć, to w tym mroku, który nas ogarnia (jest wszak godzina 23), to faktycznie jakby jakieś ziarno było. A czy Ty mi się tak samo przypatrujesz jak tej ścianie? - zadrżał Małż.

- Jasne. Wiem nawet, o czym myślisz, ale znam Cię jak, nomen omen, łysego konia i przebiegam tylko wzrokiem po Twojej powierzchowności. Wystarczy mi tylko rzut oka na Ciebie i już wiem co robiłeś 15 minut temu i co będzie na obiad. A pod powiekami co masz?

-Oczy.

- No jasne, ale co widzisz?

- Nic.

-Jak to nic?! Musisz coś widzieć. Patrz na swoje powieki od wewnątrz. Nie widzisz tych czarnych i czerwonych plam i rozbłysków między nimi?!

- Nie patrzyłem nigdy na powieki od wewnątrz. Ale no wiesz, w sumie to faktycznie to widzę. Jezusie, ależ ty patrzysz wnikliwie, Małżowino!

- No. Widzisz, że widać i że widzisz.

Jakież zalecenia dostałam od pani doktor, zapytacie. Otóż. Nie ma lekarstwa na męty, zarówno w życiu zewnętrznym jak i wewnętrznym. Zaleca pobieranie Vitroftu być może zahamuje kolejne mroczki. A może nie.
W drugim oku znalazła dla urozmaicenia dwugodzinnego chyba pobytu, nad siatkówką wyrzut barwnika. Już nie wnikałam, co to znaczy, zaleciła mi kontrolowanie czy widzę proste linie w zeszycie w kratkę, czyli czy mi się nie odklei siatkówka i nie stracę wzroku. Bo że krótkowzroczność mam i angiopatię, to się już przyzwyczaiłam.




Ale do czego zmierzam i brnę w mroku dążąc do konkluzji kręgosłupowej: jak tu przestrzegać zaleceń lekarzy, kiedy jedne zalecenia wykluczają drugie:

I tak: ortopeda i fizjoterapeuta zalecają ćwiczenia. Ortopeda inne, fizjo inne. Te, które zaleca fizjoterapeuta, ortopeda uznaje wręcz za szkodliwe. Orto zakazuje skrętów tułowia, fizjo wręcz przeciwnie. Zgadzają się jedynie co do gimnastyki rehabilitacyjnej w wodzie, na którą już i tak nie chodzę ze względów szczupłości, niestety wyłącznie portfela, więc takie trochę pyrrusowe zwycięstwo.
Dalej:
Okulista zakazuje dźwigać, schylać się, wysilać, ćwiczyć w ogóle, przynajmniej przez miesiąc, do następnego spotkania. Przez miesiąc to mój kręgosłup może się zamienić w grzechoczący worek niespodzianek. No, ale czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal...

Kiedyś miałam zapalenie pęcherza moczowego. Ponoć, bo badania tego nie wykazały. Kichnęłam tak mocno, że coś mi pękło i w moczu miałam krew. Potem faktycznie mnie wszystko bolało jak przy zapaleniu pęcherza, panie znają tę przyjemność , jakby drut kolczasty pchali bez znieczulenia. Przez kilka tygodni pchali we mnie antybiotyki, a na końcu stwierdzili, że to ból psychogenny i pęcherz przeszedł w fazę nadreaktywności. Dostałam od urologa magiczny lek w cenie 80zł, który daje mi oto w darze, na próbę, gdyż dostał w ramach współpracy z przemysłem farmaceutycznym.
Przestudiowałam ulotkę, a muszę Wam powiedzieć, że nic nie dziąła na mnie tak ozdrowieńczo jak czytanie ulotek. Mój pęcherz nadreaktywny to był pluszowy miś w porównaniu ze skutkami ubocznymi tego leku. Pokazałam go kardiologowi (arytmia i nadciśnienie), a ten pokręcił głową, złożył usteczka w O i zajęczał: uuuu jak my, kardiolodzy boimy się takich leków! No a ja?! Ja tym bardziej! Więc nie zażyłam ze strachu, że zejdę z tego świata. A jaka byłam skołowana!

     Ale wszyscy razem zgadzają się co do jednego - nie wolno się denerwować, spinać, stresować. Takie stany emocjonalne nie dość, że szkodzą oczom, to powodują skrócenie mięśni, przez co siły przenoszą się na wszelkie stawy, poza tym nierozciągnięty i niewyluzowany mięsień przy gwałtownym ruchu potrafi sobie zerwać torebkę, a nawet ścięgno, czego nie lubimy (zwłaszcza jak zerwie się torebka z pełnym portfelem i komórką w luksiurnej obudowie). Żyje ktoś bez stresów? To poproszę namiary, odwiedzę i wypijemy meliskę pro forma. Ja w takim właśnie stanie żyję permanentnie od 15 miesięcy. Żyję w okopach i patrzę z której strony tym razem mi się dostanie. Tym razem dostało mi się odłamkowym po oczach.

     Tak więc kardiolog, urolog, okulista, fizjoterapeuta, wykluczają wzajemnie teorie i zalecenia interlokutorów, więc ja jako pacjent, ale pacjent w miarę wyedukowany, pozwolę sobie obrać ścieżkę wydającą mi się najwłaściwszą wśród takiego gąszczu wiedzy, nakazów i zakazow. Ścieżka ta nazywa się Zdrowy Rozsądek. 

Cristina Troufa

     Takie krzyżujące się teorie lekarzy są najbardziej bolesne w trakcie zaostrzeń bólowych. Jeden lekarz od razu każe ćwiczyć, inny zakazuje ćwiczeń, dopóki nie minie stan zapalny. Lekarze zalecają jedne zabiegi, fizjo odradzają. Jedni masaż, inni o-jezu-tylko-nie-masaż. Takie wykluczające się opinie wpływają destrukcyjnie na poczucie pewności, stabilności emocjonalnej i zdrowia psychicznego pacjenta, który nie dość, że jest zrozpaczony swoją sytuacją, wielką niewiadomą, kiedy wstanie na nogi, uzależnieniem od innych i dysonansem pomiędzy tą przymusową zależnością od osób trzecich, a tym, co one mówią. Do zwariowania jeden krok, przerabiałam :)


I, co najważniejsze, czego Wam i sobie życzę:
Uśmiech by­wa ak­tem męstwa,
smu­tek to słabość i pos­ta­wa zbyt wy­god­na.
Być ra­dos­nym i dob­rym, kiedy świat jest smut­ny i zły,
to do­piero odwaga.


Małgorzata Musierowicz


by pandeMonia (noreply@blogger.com) at lipiec 01, 2015 07:16

Dzieciowo mi

Keep calm and rób swoje, rodzicu

Człowiek, jak w internety wejdzie, to to i owo wzrokiem zahaczy. Zahaczył więc się mię był (dobra, wiem, że to skomplikowane) tytuł

by Malwina Ferenz (Krusz.) at lipiec 01, 2015 06:06

Anrzej rysuje

Kraina filcu

Konkurs "filc jest trendy" - ogłoszenie wyników

Nasz konkurs "Filc jest trendy" wygrywa Pani Marysia której prace spodobały się Wam najbardziej.

Serdecznie gratulujemy.

by kraina filcu (noreply@blogger.com) at lipiec 01, 2015 05:12

Anna Sakowicz

Tabloid. Śmierć w tytule

Sięgam po książkę z krwistoczerwoną okładką i czytam rekomendację Katarzyny Bondy, która obiecuje, że po tej lekturze będę zbierać szczękę z podłogi. Uśmiecham się pod nosem, bo przecież tyle się już przeczytało, że aż tak to chyba nie będzie. „Tabloid. Śmierć w tytule” to książka napisana przez dwóch dziennikarzy „Gazety Wyborczej”: Piotra Głuchowskiego i Marcina…

by anna.sakowicz at lipiec 01, 2015 10:00

Blog do czytania

Wpół do weekendu #53 – architektura

Dziś jest Światowy Dzień Architektury. Nawet jeśli to nieprawda, to i tak warto o niej rozmawiać. Darujmy sobie wzniosłe definicje – każdy wie, co to jest architektura. Przy czym dla jednych to „budynki czy coś tam”, dla innych – miejsce, gdzie niczym nieskrępowana fantazja może stać się rzeczywistością. Ze wszystkimi tego plusami i minusami. Truizm na […]

by Bartosz Cicharski at lipiec 01, 2015 10:00

Smoking kills...

O DNIU PSA

 

Z okazji Dnia Psa oddajemy głos samej zainteresowanej:

Sz_dzienpsa

 

- Dzień Psa, powiadasz? To gdzie jest dokładka śniadania?…

 

PS. Coś mam niskie ciśnienie, muszę sobie podnieść, najlepiej jakimś soczystym wątkiem z forum o teściowej.

by Barbarella at lipiec 01, 2015 07:25

Dzieciowo mi

Mój blog taki piękny…

Chcecie, to wierzcie, chcecie, nie wierzcie, ale od pewnego czasu wycieka ciurkiem do sieci dzieło rąk moich, którego książką nazwać nie można,

by Malwina Ferenz (Krusz.) at lipiec 01, 2015 05:47

zycie na kreske

Kura pazurem

Jak nie zrobić z Jaja jajecznicy?

Ostatnio życie nie szczędzi mi emocji. Jak na huśtawce.

Wczoraj siedzę sobie przy stole, jem śniadanie. Co chwilę spoglądam w okno, bo za nim słońce się do mnie szczerzy. Radio w tle pobrzmiewa. I wtedy nagle dochodzą do mnie słowa redaktora, który mówi o maturach. Toż wyniki przecież! Nasłuchuję. Skóra mi cierpnie, jak słyszę, że co czwarta osoba nie zdała. I już wyobraźnia pracuje, najczarniejsze scenariusze układa w głowie. W końcu jednak mówię dojajo siebie, że przecież nawet jak się Jaju mojemu, co jajem już nie jest, noga powinie, to trudno, kampania sierpniowa też dla ludzi. Tak się pocieszam i próbuję udawać, że dzielnie przyjmę to na klatę. Ale zaraz znów w głowie, że przecież tyle chorowało przez ostatnie dwa lata, dojazdy, ponadto znienawidzona polonistka… Brrr! Odganiam od siebie myśli o tej kobiecie. Jako byłemu nauczycielowi może nie wypada krytykować koleżankę po fachu, ale nigdy, a to nigdy nie zrozumiem, co tacy sfrustrowani ludzie robią w szkołach. Nijak to się nie mieści w mojej rozczochranej. I ciągle mi brzęczy w głowie zdanie: „Nareszcie koniec bycia tyraną”. To pierwsze zdanie, jakie Jajo wypowiedziało po odebraniu świadectwa. A mnie cholernie przykro, bo polski to najpiękniejszy przedmiot, dawniej ukochany przez Jajo…

No, ale wreszcie odganiam te myśli, nie chcę do nich wracać. Piszę do Jaja esemesa (jest za granicą), by sprawdziło wyniki na stronie OKE. Nic. Cisza. Idę do lekarza. Ciągle telefon sprawdzam. Nic. Poganiam w końcu. I dostaję odpowiedź:

− Boję się.

Odpisuję:

− Sprawdzaj, bo matka oszaleje!

Moja kolej. Wchodzę do gabinetu. Siedzę. Pani doktor coś tam stuka w klawiaturę, a ja słyszę, że esemes przyszedł. Przepraszam kobietę, wyjaśniam, że matura, że sprawa życia i śmierci. Ta się uśmiecha, kiwa głową. Ja czytam:

− Polski 28%. Co teraz? Co mam robić?

Skóra mi cierpnie. Tysiąc myśli na sekundę, że podanie, że wgląd do pracy, że sierpień.

− Zdasz poprawkę. Dasz radę.

− Zadzwonię.

− Jestem u lekarza. Jak wyjdę, dam znać.

Siedzę przy biurku. Kobieta coś do mnie mówi, zapisuje na kartce. A ja tylko widzę te 28%. Serce wali tak mocno, że prawie słyszę je w kieszeni. Nie. To nie serce. To znów esemes. Jeszcze raz przepraszam, odczytuję:

− Haaaaaaaaaaaaaaa! Naprawdę myślałaś, że nie zdałam?

A ja patrzę jak głupek, próbuję zrozumieć. W końcu Jajo pisze mi swoje wyniki. Mnie łzy po policzkach. Lekarka się śmieje, że zaraz będzie mieć tu pacjentkę z zawałem.

Uff! Żarcik taki. I jak tu nie zrobić z takiego Jaja jajecznicy? Jak? Miało szczęście, że daleko, bo inaczej to sadzone albo jajecznica. Zdało szczęśliwie, w dodatku bardzo ładnie. Oczywiście angielski rewelacyjnie, dokładnie tak jak to moje Jajo chciało.

I tak myślę, że rodzicem być to trudna sprawa. Bardzo trudna.

by anna at lipiec 01, 2015 03:44

czerwiec 30, 2015

zapiski zgagi

Post bardzo ,,prowincjonalny”

Żałuję bardzo, że mazurskiego cyklu Katarzyny Enerlich nie poznałam przed naszym ostatnim wyjazdem. Przewodnik to też wprawdzie pomoc w odkrywaniu okolic, ale kudy mu tam do tego, co opisuje wspomniana autorka.

Pozycje do przeczytania wybieram w zasadzie na ebooks4me na chybił-trafił. Czytam zawarte na stronie streszczenie i albo się zanęcam, albo nie. Na pierwszą książkę pani Katarzyny natknęłam się właśnie przypadkiem. Był to przyjemny bardzo kryminał z akcją umieszczoną w Toruniu. Toteż zaczęłam szukać innych pozycji autorki i tak dotarłam do cyklu ,,Prowincja pełna…”. Pełna różności! I to jakich…

Można się totalnie zakochać w Mazurach ,,na niewidzianego”. Ileż tam tajemnic, niezwykłych miejsc z przedziwną historią, zakątków wręcz zaczarowanych… I to wszystko w okolicach, które parę dni temu mieliśmy w zasięgu ręki!

Niezwykle to smaczna lektura. W przenośni i dosłownie, bo naszpikowana niczym dobry pasztet słoninką licznymi przepisami kulinarnymi. W czwartek spróbuję wyprodukować ,,smalec z fasoli”, bo bardzo go jestem ciekawa.

Pierwsze czytanie w moim przypadku to zwykle gonitwa pośpieszna za fabułą. Drugie dopiero to odkrywanie wszelkich detali i ,,smaczków”. Wczoraj skończyłam ostatni (choć chyba niekończący cyklu) siódmy  tom. Teraz zrobię ze dwa tygodnie przerwy i… zacznę od początku. Tym razem  będę notować. Z jednej strony przepisy, z drugiej wszystkie miejsca ,,zaczarowane”. A za rok pojedziemy znów na Mazury i odwiedzimy tyle tych zakątków, ile się da…

***

Z innej beczki…

Sześć lat temu, na 55-te urodziny, dostałam cztery krzaczki róż. W doniczkach. Wszystkie jednakowej wielkości, a raczej ,,małości”. Jedna biała, dwie czerwone i jedna intensywnie różowa. Biała nie przetrwała, kwitła jeszcze następnego roku, potem padła. Czerwone trwają, osiągnęły mniej więcej pół metra wysokości, kwitną, owszem, ale bez szaleństw. Jedna ma kwiaty w dwóch odcieniach czerwieni -  karmazynowe i purpurowe. Natomiast ta różowa (od Asi-Srebrzystej) to po prostu cudo! Ogromny krzew, rozłożysty, zdrowiutki, mszyce się go nie imają praktycznie. W tej chwili co rano napawam się widokiem i aromatem morza kwiatów. Róże nie są moimi szczególnymi faworytkami w ogrodzie, ale ta akurat stoi na najwyższym podium!

Rok temu za stosunkowo ciężkie pieniądze nabyliśmy sobie pomarańczową różę na ,,patyku”. Wypuściła wtedy raptem ze trzy kwiaty przez cały sezon… A teraz jest na wykończeniu! Liście schną, mimo intensywnego podlewania i nawożenia, pączka ani jednego. Za to  mszyce hasają równo, choć opryskuję co i raz.

Jakoś nie mam nabożeństwa do tych ,,patykowych” roślin. Moja ,,normalna” czarna porzeczka ma się świetnie, natomiast patykową trapi jakaś choroba, liście się zwijają itp. Oprysk nie pomaga. Owoców nawet sporo, ale dojrzewają ze sporym opóźnieniem i nierównomiernie…

 

 

by Zgaga at czerwiec 30, 2015 10:15

Zuzanka

TUV

smaczne jedzenie,rower,Jurassic World i już lato !

Kolejnym bardzo udanym daniem stała się – foccacia.

Z udziałem ziemniaków.Bardzo proste,bardzo tanie a przepyszne !!!

( przepis wzięłam z „ANGORY” podał go pan Mirosław  Kaliciński )

- porcja na 4 osoby. Od dodatków zależy koszt ( 15-30zł)

Składniki:

- 50dag mąki pszennej

- 3-5 dag drożdży

- 15-20 dag ziemniaczanego puree ( świetny sposób na pozbycie się pozostałości ziemniaczków z dnia poprzedniego.Wiadomo, ubijamy/mielimy i gotowe)

- 250-300 ml wody

- oliwa ( ważne ! )

- sól i odrobina cukru

- robimy zaczyn,wlewamy do mąki z solą miąchamy,dodajemy puree, dodajemy 6-8 łyżek oliwy,miąchamy,odstawiamy,rośnie, rozkładamy na blaszkach ( ja robię z tej ilości w tortownicy 28/30cm i blaszce,bo nie chce mi się czekać na pustą tortownicę ), skrapiamy  obficie oliwą i do piekarnika.

Piekarnik nagrzewamy do temp 220-200 stopni i na 25 minut.Prawie jak pizza ktoś powie.

Prawie, robi różnicę ;)))

ja do tego robię dip czosnkowy…mmmm……….a mężczyznom kotleciki.

MOJE kotleciki mielone – mięsko,papryka konserwowa- drobniutko pokrojona, jajko, sól,pieprz,chili, i jako wypełniacz by nie było za rzadkie daję…Ostropest Plamisty ;)))) ( świetne na wątrobę.Daję ot garstkę ).

Obtaczam w mące i sruuu na rozgrzaną patelnię.Mmmmmm….mniaaaammmmm….;))))

X-men czas spędza rowerowo.No ja po godzinie 18 to już nie bardzo,bo on kręci na Pogorię i kółko wokół i zaraz wracam, a ja wolę spacerowo, nie na tempo,dla przyjemności znaczy chodzę sobie z piesem.Rudeńka jest przeszczęśliwa a i ja mam zaprawę kondycyjną.

Noooo za to w niedzielę się podziało. Bo pogoda hmmmm, wszędzie pada tylko u nas nie,to co robimy?

No do Katowic pieszkom. Żeby nie paść z nudów,ciut inną trasą co to się okazała mocna dalsza acz w ładnych okolicznościach przyrody.

Zrobiliśmy 16,7 km….Zjedliśmy posiłek w IKEA – szału nie ma. U nas zjem WIĘCEJ i taniej za te pieniądze.

( za 13,99 zł – wyjątkowo zniżka – kupiliśmy jakieś ichnie pulpeciki z ziemniakami i żurawiną a i dawali gratis żurek..MOCNO słony ten żurek. Wszystko inne było droższe a i tak luda pełno.U nas w o wiele milszych przestrzeniach za tą cenę dostajesz OGROMNEGO kotleta schabowego – świeżo usmażonego,duszone pieczarki,ziemniaczki z koperkiem i surówkę.Bywa i zupka czasem.CO , ŹLE ? )

Potem zwiedziliśmy ponownie tereny Muzeum Śląskiego, odbywała się jakaś gra terenowa,można było gratis wjechać na czubek szybu ale jak obliczyliśmy czekania na naszą kolej było 55 minut więc poszliśmy sobie dalej.W sumie dobrze , bo rozpadało się paskudnie. Ale już blisko kino było.No jakieś 20 minut i przy kawie czekaliśmy na seans.

Jurassic World.Dla mnie BOMBA :))) jestem fanką,znam i wiele razy oglądałam poprzednie części więc.A do tego w 3D :))))


http://www.filmweb.pl/film/Jurassic+World-2015-556929

 

 

 

by Tuv at czerwiec 30, 2015 07:38

Eksribicjonizm kontrolowany

Wakacyjny Niezbędnik 2015, czyli letnia lista życzeń

Do lata, do lata, do lata
piechotą będę szła.
Aaa-aaa... Ooo!

Mniej więcej co trzy miesiące pokazuję Wam kilka fajnych rzeczy, które chciałabym mieć. Zauważyłam w tych listach pewną prawidłowość: im dłuższe, tym mniejszy procent udaje mi się zrealizować - i wcale nie dlatego, że zapominam czy nie mam kasy. Zazwyczaj po prostu mi mija.

Tak było w marcu z kombinezonem do spania - zdecydowałam, że wolę jednak piżamę, bo w żółtym jest mi wyjątkowo nie do twarzy. Albo w grudniu z krzesłem/fotelem - zdecydowałam się ostatecznie na prosty drewniany taboret. Bo po co inwestować kilkaset złotych w krzesło, na którym spędzam dziennie może 10 minut?

Dużą zmianę w podejściu widzę też po Kwietniu Bez Zakupów. Miesięczny odwyk od kupowania nauczył mnie odróżniać kaprysy od rzeczywistych potrzeb, co bardzo mocno wpłynęło na kształt moich chcęlist. Kiedy u Niematki Polki pojawił się wpis o letnich niezbędnikach, zadeklarowałam się od razu, że dołączę... po czym napotkałam niemałe trudności w skompletowaniu listy. Ale 7 punktów jest!


☼ SZEŚCIOKĄTNE PODKŁADKI

Już od jakiegoś czasu obserwuję piękne rzeczy, które wychodzą spod ręki Glorii. Jedyne, co powstrzymywało mnie przed zakupem, to fakt, że mieszkanie mamy już urządzone i trudno mi znaleźć miejsce na gadżety dekoracyjne. Te podkładki są jednak użytkowe - będą idealne pod kubek na biurku. Handmade in Poland, są różne kolory, do kupienia w sklepie By Kreatura KLIK.

☼ SANDAŁY NA OBCASIE

Zawsze pisałam, że lubię brzydkie buty, pamiętacie? To uproszczenie - po prostu wygoda jest dla mnie zawsze na pierwszym miejscu. Ostatnio jednak kupiłam sandały firmy Crocs, o których pisałam Wam w ostatnich Faworkach (jeśli jeszcze się nie zapisaliście - zapraszam!). I pomyślałam: a dlaczego by nie próbować połączyć wygody z urodą buta?

Jestem teraz w trakcie intensywnej pracy nad swoim stylem - a dokładniej: szlifuję szczegóły, bo bazę już mam. Sandały na stabilnym obcasie bardzo mi się przydadzą. Niekoniecznie te ze zdjęcia, ale ten styl bardzo mi się podoba. Nie wiem tylko, czy ta konstrukcja (pinezki wbite do drewna) jest trwała i na lata. Macie jakieś doświadczenia z takimi butami?

☼ ZŁOTY PIERŚCIONEK

Zaręczynowy odłożyłam po ślubie do pudełka. Od paru miesięcy konsekwentnie kompletuję biżuterię w kolorze żółtego złota, najchętniej z metali szlachetnych - chińskie blaszki są nieeleganckie, mało trwałe i często uczulają. Pierścionek na zdjęciu pochodzi z YES.

☼ KREDKA DO UST

Na co dzień maluję usta balsamem z serii Baby Lips. Nadaje lekkie zabarwienie, ale jego formuła jest bardzo mało trwała. Matowe kredki Revlon z serii Colorburst kuszą mnie już od jakiegoś czasu i chyba wreszcie dojrzałam do tego, żeby wybrać się po "swój" odcień - na zdjęciu jest chyba Audacious.

☼ MIKSER DO SMOOTHIE

Zielone smoothie i koktajle to świetny sposób na przemycenie warzyw i owoców do codziennej diety. Nie lubię sałatek i surówek, bo ogólnie nie przepadam za posiłkami na zimno (moja awersja obejmuje również sushi czy tymbaliki). Ale smoothie to co innego - nie posiłek, a napój! 

Od kilku tygodni wstaję 5 minut wcześniej i przygotowuję dwa koktajle: dla siebie i dla Niego. Zabieramy je później do pracy. Używam blendera ręcznego Bosch, który kiepsko radzi sobie z twardszymi rzeczami i dlatego planuję kupić coś z mocniejszym silnikiem. 

☼ KSIĄŻKA O LONDYNIE

Zamierzamy spędzić pierwszą rocznicę ślubu w Londynie. To moja trzecia wizyta w tym mieście, więc nie zamierzam bawić się w przewodniki (ileż można!). Książka Ackroyda to bardziej opowieść o mieście niż przewodnik. W wersji papierowej ma prawie 800 stron, więc jednak postawię na e-booka - lecimy z bagażem podręcznym, więc każdy kilogram się liczy.

☼ FLORENCJA

We wpisie urodzinowym wspomniałam, że zamierzam odwiedzić to miasto. Do wyjazdu zostało mi jeszcze trochę czasu, ale lubię przejrzeć wszystkie możliwe opcje, dlatego już teraz zaczęłam rozglądać się za przewodnikiem. Szukam też jakichś fajnych książek w temacie - obecnie czytam "Bella Toscania", ale jakaś powieść z Florencją w tle też bardzo by mnie ucieszyła. Może coś polecicie?

I to już koniec. Właściwie można powiedzieć, że skoro żyłam dotąd bez rzeczy z tej listy, to dam sobie radę nie kupując ich. Może więc powyższe to nie "niezbędnik", ale "zachciewajnik"? 

Koniecznie podzielcie się ze mną swoimi letnimi listami zakupów!

by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at czerwiec 30, 2015 08:33

Notatki na marginesie

baba za kierownicą

Olsztyn kocham. Tak sobie ostatnio uświadomiłam, że niemal wszystko, co najważniejsze i prawie wszyscy najważniejsi dla mnie ludzie przytrafili mi się  w tym mieście. Zostałam tu przypadkiem dwa razy i nie narzekam. Znaczy ... wróć ... narzekam. Oczywiście, że narzekam. Kocham i narzekam:). Moje miasto i sobie pozwalam, ta notka jest też po to, żeby zęby jadowe przewietrzyć, ale niech was (nie-Olsztyniaków) to nie uprawnia do dawania mi rad zbawiennych w stylu "rzuć go!".

Jak trudno jest  kochać Olsztyn kierowcom, napisał Miłoszewski w "Gniewie" . Olsztyńska sygnalizacja świetlna, ograniczenia znaki i zakazy, wyrastające jak grzyby po deszczu parkomaty plus trwający od kilku lat remont najważniejszych dróg sprawiają, że frustracja kierowców dochodzi do ekstremum. 

Ja się pozbyłam samochodu, jeżdżę komunikacją miejską i się nie stresuję. Ale każdy autobus ma sfrustrowanego kierowcę. Kierowcom autobusów jeszcze bardziej trudno Olsztyn kochać. Zwłaszcza w obliczu powstającej komunikacji tramwajowej. Kierowcy olsztyńskiego MPK walczą o ogień. Znaczy rozpędzają się na najkrótszych nawet odcinkach i gwałtownie hamują przed światłami, przejściami dla pieszych i kiedy akurat nie ma konieczności ale mają taką potrzebę. Pasażer nie zna dnia ani godziny i  nie może sobie niczego wywnioskować. Za łatwo by było. Przeciętny pasażer nie ma czasu na uprawianie sportów, więc taki przejazd autobusem łączy w sobie elementy akrobatyki z siłownią. Jak dorzucą do tego muzykę, to podniosą ceny za bilety.

W końcu Olsztyn to miasto Bublewicza i Hołowczyca. To zobowiązuje. Tu się szkolą rajdowcy! Taki kierowca autobusu musi pokazać, że potrafi "palić gumy" ruszając spod świateł (które jak już wiemy po "Gniewie" są co pięćdziesiąt  metrów bez szans na zielona falę). A nuż jakiś łowca talentów się zachwyci.

Po drugie przystanki autobusowe w mieście (o czym nie wszyscy wiedzą) mają magiczne właściwości. One się pojawiają i znikają znienacka. Kierowca, jak już przystanek zauważy, to musi go ZŁAPAĆ, zanim ten zniknie. Ludzie zupełnie tego nie rozumieją.

Skasowanie biletu wymaga sprawności, wyobraźni i kreatywności, bo nie sposób w autobusie stać i trzymać się jedną ręką. Grozi wyrwaniem ręki ze stawu lub upadkiem. Różne metody ludzie stosują. Ja czasem owijam się obunóż i oburącz wokół rury z kasownikiem i staram się wykorzystać momenty postoju na światłach. Mankament metody polega na tym, że trzeba uważać na zęby przy hamowaniu. Można też zająć miejsce siedzące (jeśli jest) i zastosować sposób "przepraszam, czy możesz mi skasować bilet, młody człowieku?". I jeszcze trzeba zdążyć przed: "proszę bilety do kontroli".

Nie o tym chciałam. Ja rozumiem i nawet widzę plusy. Kondycji człowiek nabiera, element przygody ma i zawrzeć znajomość łatwo. Ale dzisiaj się zdenerwowałam w autobusie i rozważam napisanie skargi do MPK.

Wyobraźcie sobie, wsiadam do autobusu nr "36" (tego samego, co mnie prześladował w zeszłym roku) i widzę mężczyznę przecudnej urody. Siedzi i czyta książkę (że też mi to nie dało do myślenia). Od razu przyszedł mi do głowy chytry plan, że stanę obok nonszalancko, zatoczę się wdzięcznie na zakręcie i będę potrzebowała wsparcia męskiego silnego ramienia. Nie ma na świecie mężczyzny, który nie lubi służyć silnym ramieniem. Dalej postanowiłam improwizować.  Facet był zdecydowanie w moim typie i umiał czytać.

Stoję.

Autobus jedzie a ja stoję chociaż trzymam się niedbale. Facet siedzi i czyta.

Dopiero po dwóch przystankach się zorientowałam,  że nie zarzuciło mną ani razu a facet, który wpadł mi w oko, siedzi i niczego się nie trzyma. Zdezorientowana popatrzyłam po pasażerach. Nikt z siedzących się nie trzymał! Ba! Niektórzy stali oparci o ścianę.

I wtedy zauważałam. Baba za kierownicą! Zgroza! Ani razu nie użyła hamulca. Pewnie nie wiedziała, że ma. Wredne babsko, jak ona zgadywała, gdzie się pojawią przystanki???

Czy MPK zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa zatrudniania  tak nieodpowiedzialnych kierowców? Jeszcze się pasażerowie przyzwyczają i nieszczęście gotowe.

Z poważaniem

 

 

 

 

 

by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at czerwiec 30, 2015 05:42

Czytadelko

Mężczyzna ze Stumilowego Lasu - Douglas Lain

Piękna okładka, zachęcający opis, książka, na którą miałam ochotę odkąd zobaczyłam jej zapowiedź, a jednak... totalna klapa. Mężczyzna ze Stumilowego Lasu okazał się zupełnie czym innym niż się spodziewałam i niestety zawiódł na całej linii. 

Christopher Milne prowadzi własną księgarnie, w której po części przez wewnętrzny bunt, po części dlatego, że próbuje się odciąć od niezbyt kolorowej przeszłości, nie sprzedaje książek własnego ojca. Nieco zagubiony, przeświadczony o tym, że postać z książki, której był pierwowzorem, zawsze była ważniejsza niż on sam, także w dorosłym życiu nie potrafi się odnaleźć, a dodatkowo zmaga się z wychowywaniem autystycznego syna. Wszystko zmienia się, gdy w miejscu pracy odnajduje plakat z wiecu protestacyjnego w Paryżu i zaproszenie do wzięcia udziału w tym wydarzeniu. I w tym momencie wszystko zaczyna się rozłazić...

Zaczęło się nawet nieźle, ale im dalej w, nomen omen, las, tym gorzej, bo czytałam coraz bardziej rozdrażniona, rozproszona, coraz mniej do mnie docierało i zastanawiałam się o co właściwie w tym wszystkim chodzi. Spodziewałam się sfabularyzowanej biografii Christophera Robina Milne'a, a zamiast niej dostałam opis dość dziwnej podróży, w której zupełnie nie mogłam się odnaleźć. Fakt, że Lain zmusił mnie do poszukania większej ilości informacji na temat protestów społecznych, które miały miejsce we Francji w 1968 roku, a o których dotąd niewiele wiedziałam, niemniej jednak w samej fabule jego książki zupełnie nie mogłam się połapać. Mieszanie różnych konwencji, mieszanie w ogóle wszystkiego, filozoficzna otoczka i cała ta dekompozycja, obecna na każdej niemalże stronie, sprawiły, że w pewnym momencie poczułam się totalnie zagubiona, a po zakończeniu lektury nie wiedziałam co właściwie powinnam z niej wyciągnąć. 

Douglas Lain, Mężczyzna ze Stumilowego Lasu , Poznań, Czwarta Strona 2015

by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at czerwiec 30, 2015 03:15

Matka jest tylko jedna

Mali bohaterowie do zadań specjalnych

Kosmyk był wtedy tak malutki, że nawet nie umiemy sobie tego wyobrazić. Do tego jeszcze nie mówił, co też trudno nam sobie wyobrazić. Przez cały dzień leżał, spał, jadł, wydawał z siebie przeróżne śmieszne odgłosy i namiętnie machał rączkami. Któregoś razu Chłop pochylił się nad nim z zabawką. Takim fioletowym słonikiem, z kolorowym brzuszkiem. Przyglądałam się, jak Kosmyk wodzi za słoniem oczami i w pewnym momencie syn wyciągnął do słonika rączkę i mocno go złapał za fioletową trąbę. Oboje z Chłopem na moment przestaliśmy oddychać. Na naszych oczach syn po raz pierwszy świadomie coś chwycił. Pomyślałam, że ozłocę tę zabawkę, która wreszcie zachęciła synka do działania.

 

Często jest tak, że nabieramy sentymentu do rzeczy, które kojarzą nam się z jakimś szczególnym wydarzeniem w życiu naszego dziecka. Nabieramy my – rodzice, bo dzieci nie zawsze czują to samo, mimo naszych pragnień, by czuły. Słonika, co prawda, nie ozłociłam, ale pilnie strzegłam, żeby nie uległ zniszczeniu. No dobra, nie tak pilnie, bo słonik okazał się jedną z tych rzeczy, którą sentymentem obdarzają i rodzice, i dziecko. Towarzyszył Kosmykowi od tamtego znaczącego wydarzenia i nawet gdy myślałam, że już się znudził i można go schować w bezpieczne miejsce, synek wyciągał z pudeł i zakamarków ulubioną zabawkę, a fascynacja zaczynała się od nowa.

 

W ciągu tych trzech lat słonik przeszedł sporo. Od pierwszych łyżek kaszki z malinami, przez intensywne karmienie w piaskownicy świeżo upieczoną babką, po samochodowe wyprawy i wycieczki. Patrzę się na niego i w sumie nie wiem, czemu chciałam go chronić przed zniszczeniem. Nawet zęby Kosmyka go nie ruszyły. Zabawki Lamaze są nie do ruszenia.

 

To niesamowite, jaką niezwykłą rolę spełnia w życiu dziecka pluszowa zabawka. Na początku jest symbolem bezpieczeństwa, gwarantem, że w co i rusz zmieniającym się świecie [dla rocznego dziecka ten świat zmienia się co kilka sekund, w zależności od perspektywy] istnieje jakaś stała rzecz – pluszak. Potem pluszak staje się najlepszym po buziaku mamy pocieszycielem, a wreszcie przyjacielem, powiernikiem pierwszych tajemnic i… towarzyszem zabaw.

 

Kosmyk tak polubił zabawki Lamaze, że gdy dostaliśmy Smoka Flip Flapa i motylka Frieddiego od razu podzielił dary, oddając  motylka Adasiowi, a sobie zabierając smoka. Wiadomo, że słoń jest super, ale ze smokiem stworzy zespół do zadań specjalnych. I wespół w zespól podbiją jeziora.

 

DSC_0403

 

DSC_0411

 

DSC_0450

 

DSC_0515

 

 

 

DSC_0401

 

DSC_0416

 

DSC_0438

 

DSC_0462

 

DSC_0484

 

DSC_0488

 

DSC_0508

 

DSC_0526

 

DSC_0534

 

DSC_0589

 

DSC_0442

 

nnn

 

Bohaterowie do zadań specjalnych pokonują jeziora, zabawiają niemowlaki, przywołują kaczki, wtulają się, gdy potrzeba – jednym słowem są niezastąpione nie tylko podczas wypraw nad jezioro, ale na co dzień, gdy potrzebny doping przy malowaniu, jedzeniu, a nawet… kąpaniu. Nie ukrywam, że dziecinna skłonność do nadawania cech ludzkich pluszakom i mnie dopadła i kilka razy sięgnęłam po magiczną moc małych bohaterów, którzy nigdy nie protestują, gdy mama zaprasza na kąpiel i bajeczkę przed snem :)

 

 

Pierwszą zabawkę Lamaze – słonika – Kosmyk dostał jeszcze w okresie noworodkowym od naszej wieloletniej koleżanki, która dokonała najlepszego wyboru prezentu dla dzidziusia, jaki mogła. Zabawki Lamaze są doskonałej jakości, niezwykle poręczne [można je nosić lub przyczepiać w różne miejsca], praktycznie niezniszczalne [słonik na zdjęciu ma ponad trzy lata, a wiele przeżył], a do tego dzieci uwielbiają te kolory i to, że wciąż i wciąż odkrywają w nich coś nowego. Jeśli chcecie załapać się na pluszakowy prezent od Lamaze, obserwujcie ich ich profil na Facebooku i koniecznie Instagram, gdzie @malibohaterowie szaleją na wakacjach :)

 

 

Wpis powstał przy współpracy z marką Lamaze

1,047 wszystkich wizyt, 1,026 wizyt dzis

Post Mali bohaterowie do zadań specjalnych pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at czerwiec 30, 2015 03:08

Bezwstydnica

ABC

abc kostiumu

Kupiłam kostium kąpielowy…
Strzeżcie się w sierpniu nad Bałtykiem :)

“Szanowi Państwo, proszę natychmiast opuścić strefę kąpielową!
Na horyzoncie pojawił się niezidentyfikowany obiekt pływający!
Może być niebezpieczny! Zdążył już połknąć dwie piłki plażowe, uprzednio zaplątując się w namiot”

Pozdrawiam
Cura

PS Przy rozmiarze C widać sznurki i śledzie namiotowe.

by admin at czerwiec 30, 2015 11:28

Kraina filcu

"filc jest trendy" - ostatnia szanas na wysłanie pracy na konkurs.

Przypominamy, że jeszcze dzisiaj do końca dnia możecie przesyłać zdjęcia prac na nasz konkurs "Filc jest trendy". Szczegóły konkursu znajdują się na naszym blogu: http://krainafilcu.blogspot.com/2015/05/filc-jest-trendy-nowy-konkurs-w-krainie.html

A wszystkich robiących zakupy w naszych sklepach stacjonarnych w Warszawie jeszcze raz informujemy że w okresie wakacji otwarty jest tylko sklep na Al. Niepodległości 76/78 do którego zapraszamy od pon. do pt. w godz. 10.00-18.00 tel. 22-646-00-29.

by kraina filcu (noreply@blogger.com) at czerwiec 30, 2015 11:25

Dzieciowo mi

Jak rozpoznać zapalenie nerek u dziecka?

Przy naszym łóżku na nefrologii dziecięcej powinna wisieć tabliczka „Sami swoi”. Konkretnie przy mojej leżance. Bo ja jestem elementem stałym, a zmieniają

by Malwina Ferenz (Krusz.) at czerwiec 30, 2015 07:45

Kurlandia

Mądra zabawa

Proszę – z uporem maniaka wręcz – naszych bliskich, żeby Michałowi nie kupowali więcej zabawek. Szafy uginają się od klocków, gier, samochodów, a ciągle napływają kolejne. Leżą i się kurzą. Starsze syn odziedziczył mój charakter: po stokroć woli sam coś zbudować, niż działać z instrukcją obsługi w ręce. Wyhodował już ziemniaka, teraz rosną mu pomidory uratowany z parapetu, rozmnożyły się gupiki kupione po pogromie raków i krewetek. Dziecko szpera po łące i lesie, obserwuje świat, maluje, rysuje mapy, konstruuje. Myśli.

Często siedzimy z atlasem zwierząt i globusem. Sprawdzamy, gdzie dany gatunek występuje, uczymy się geografii świata. Dziecko wie, że Europę i Azję rozdzielają góry „Uran”.

- „Nie Uran, tylko Ural. Michał, co to jest Uran?” – pytam.

- „Planeta” – dopowiada pośpiesznie.

- „A która planeta ma pierścień?” – drążę temat.

- „Saturn”.

- „Bardzo dobrze! A która jest ostatnia?”

- „Pluton”.

- „To jak nazywały się góry?” – utrwalam wiadomości.

- ” Uuuuu-raaaaaa-l” – mówi niepewnie.

- „Bardzo dobrze! Uraaaa- l” I wracamy znów do zwierzątek, kontynentów i oceanów. Chwila zabawy skłania do rozmowy o całym wszechświecie. Szymon jest tak zasłuchany, że zapomina przełykać ślinę. Myśli.

Michałek – za sprawą mojej sugestii – dostanie na urodziny od Dziadków i Ojca buty do wspinaczki górskiej oraz upragnioną mapę Polski. Już planuję podkleić ją korkiem, żeby dziecko mogło oznaczać miejsca, które odwiedziło. Michał kocha mapy, flagi, encyklopedie o zwierzętach, kosmos, medycynę, książki typu ABC i matematyczne, pociągi i smoki. Przede wszystkim uwielbia coś tworzyć, a znudzony – jest bardzo dokuczliwy.

Dziś przyszły trzciny do budowy hotelu do pszczół. Niestety spóźniliśmy się i musimy czekać do listopada, by zakupić kokony Murarki Ogrodowej. Ale domek dla pszczół i dla trzmieli i tak zrobimy – teraz – póki jest ciepło można z przyjemnością spędzać czas w ogrodzie.  Bo nie cierpię, nienawidzę wręcz widoku dziecka wlepionego w ekran. Zabawa konstruktorska zintegruje wszystkich członków rodziny. Tata wykaże się, pracując z wyrzynarką. Pewnie znów usłyszy od syna „Ładnie. Jesteś moim bohaterem”. Mnie bardzo pociąga widok mojego Męża, dzierżącego w dłoni narzędzia budowlane. Ha ha ha. Szymuś będzie się przyglądał i pewnie uleje pół litra śliny, taki będzie zapatrzony w naszą pracę. Pewnie też dam mu potrzymać młotek i wstukamy razem kilka gwoździ. Serwujemy synom ogrom mądrych bodźców, więc co się dziwić, że tak gnają z rozwojem?

Teraz kusi mnie, za sprawą jednego z komentarzy na blogu – kupić hodowlę motyli. Mam względem tego pomysłu jednak pewne obiekcje. Muszę sprawdzić, czy te zwierzęta występują naturalnie w naszym ekosystemie. Nie ma większej zbrodni, niż zasiedlić biotop intruzami, wypierającymi rodzime gatunki. Wyhodowane motyle nie będziemy przecież dręczyć w siatce, trzeba je będzie wypuścić. Muszę zgłębić ten temat od przysłowiowej podszewki. Na razie znalazłam jakiegoś motyla żerującego na topoli i wierzbie,które w pobliży nas nie występują. Szukam więc dalej.

Na pewno kiedyś pojawi się u nas hodowla Triopsów. Te prehistoryczne skorupiaki można wyhodować z jajeczek, które są teraz w stanie spoczynku. Myślałam też o mrówkarium, ale też muszę przyjrzeć się , jakiego gatunku są owady. Są też do kupienia zestawy z dżdżownicami. Przy odrobinie pracy można taki zestaw zrobić samemu. Pozostały jeszcze kryształy na nitce. W szkole robiło się eksperyment z solą kuchenną, pamiętam. Jak się za szybko odparowywało wodę, sól była biała, a kryształek nie powstał. Aaaaa! I znalazłam za 60zł małą szklarnię i mniejszą za 40zł. To dopiero będzie ogródek eksperymetnalny. Ale to już temat na przyszły rok…

***

 

 

 

 

 

by Iga at czerwiec 30, 2015 06:23

Smoking kills...

O RELAKSIE PRZY PILE I CO KTO MA W PYSKU

 

Weekend okrojony, bo w sobotę N. pojechał pokazywać Kraków Hiszpanom. A ja zostałam na kanapie, z psem i moim kaszlem, trochę pogryzana przez zazdrość jak gołąbek zielony (do Smoka beze mnie!… Do Europejskiej na jajko beze mnie!…). Bardzo się domagali Kazimierza, po czym doszli do wniosku, że jednak bardziej podoba im się Rynek i Collegium Maius. No, Kazimierz jest specyficzny – w biały dzień taki sobie, uroku nabiera wieczorem. Za to w Teatrze Starym grają blogi.pl!… Wzruszyłam się.

Nie dość, że wrócił mi z tego Krakowa woniejący na kilometr baraniną z czosnkiem (obiad w Arielu), to przez całą niedzielę PIŁOWAŁ. Bo mu jeden dzień wypadł, a on się musi w weekend zrelaksować (a wiadomo, że nie ma jak relaks przy pile, jego mać). Czekałam na sąsiadów z widłami, ale nikt się nie pojawił – może się boją N., a może też się weekendowo rozluźnili i zabalsamowali przy grillu, bo prawie nad każdym ogródkiem w okolicy wznosiły się znaki dymne.

W międzyczasie wpadła Zebra, którą użarł jej własny kot Janusz!… Jemu naprawdę, naprawdę wrednie z pyska patrzy. Miała spuchnięty obwarzanek nad nadgarstkiem i zaropiałe strupy w miejscu zębów, a Janusz niepewną przyszłość mieszkaniową. Po czym pocieszyła mnie, że kot czy pies mają na zębach różne paskudztwa, ale naprawdę, naprawdę ohydną mieszankę bakteryjną w pysku to ma CZŁOWIEK. I najgorzej to dać komuś w mordę i zawadzić o zęby, bo wtedy będzie się paprać tygodniami! Dobrze wiedzieć; teraz w razie czego – gryzę i niech się tygodniami paprze, ha.

Z okazji naszego nadzwyczajnego lata kupiłam trzypak puchatych skarpetek. A w Madrycie wczoraj o 23.00 były 32 stopnie, a weekend ma być ponad 40 – znajomi narzekają na upały. Też bym dla odmiany ponarzekała na upały, cholera jasna psia krew.

 

PS. Ryż pomidorowy wyszedł pyszny.

by Barbarella at czerwiec 30, 2015 04:57

zycie na kreske

Z usmiechem przez Japonie

Rozwiązanie Książkowego Konkursu Wakacyjnego

Na początku chciałabym wszystkim uczestnikom podziękować za chęć podzielenia się pomysłami na spędzenie wymarzonego dnia w Japonii. Przyznam się szczerze, że nie spodziewałam się, że będzie Was aż 28 osób! Niezmiernie mnie to cieszy i zachęca do przygotowywania kolejnych konkursów z nagrodami. A teraz do rzeczy!


Przede wszystkim postanowiłam ułatwić sobie wybór, zdając się na sprawdzoną metodę, z tego względu pisałam, że na wygraną szansę ma tak naprawdę każdy, jeśli spełni warunki konkursowe.

Czytając Wasze propozycje, rozmarzyłam się na dobre i już zaczęłam snuć plany, to co będziemy robić, kiedy znowu pojedziemy. Czy zajrzymy do jakiejś knajpki na lokalne okonomiyaki, za którymi nam tęskno, czy może spróbujemy poke ball, bo brzmi to całkiem interesująco, inaczej? A może powinnam nadrobić zaległości i w końcu pojechać do Kioto, żeby przespacerować się pod Fushimi Inari, bo choć miałam okazję, to jakoś za każdym razem pojawiały się inne pomysły i nie starczało czasu. Co roku obiecuję sobie, że chociażby podjedziemy pod Górę Fuji i co roku cieszymy się jej widokiem jedynie w telewizji. Żeby tego było mało, byliśmy w Japonii na wiosnę, ale sakura już przekwitła, więc z hanami nici. Dostajemy tylko co roku zdjęcia, jak to nasza rodzinka wesoło sobie piknikuje na trawce, a krajobraz jest dosłownie biały. W tym zakresie wszystko przede mną. Zdecydowanie podoba mi się idea krainy spa w Nagashimie. Jeszcze tej części Japonii wspólnie z Panem Sól nie odrywaliśmy, a gorące źródła to jedna z moich ulubionych japońskich rozrywek i jestem w nich zakochana po uszy. Na jeziorem Biwa spędziliśmy chwilę czasu, w planach mieliśmy wypad do Otsu, ale też się nie udało, więc na pewno, jak w końcu uporządkujemy nasze sprawy w Polsce, ruszamy na podbój Enryakuji! Co więcej, nigdy nie wiedziałam prawdziwych japońskich hanabi, czyli sztucznych ogni! 


W tym miejscu powinnam złapać się za głowę i zastanowić nad sobą, jak wiele jeszcze przede mną! 

Pływanie z ama - poławiaczkami pereł? Świetny pomysł, tylko kondycyjnie pewnie żadnej babci-ama nie dogonię, bo oglądałam kiedyś program na NHK o nich. Ze względu na przystosowanie się do "środowiska", ama mają większą śledzionę niż zwykły człowiek, dzięki czemu na jednym oddechu są w stanie nurkować dłużej, bo krew jest lepiej natleniona. Na pewno chciałabym z nimi porozmawiać i poznać tajniki zawodu. Już postanowiłam, że kiedy znowu będziemy w Japonii postaram się trochę więcej rozmawiać z różnymi ludźmi, aby cały czas układać swoją wizję Japonii, a może całkowicie ją przebudować. 
Prawdziwa matcha z sezonowymi słodkościami to prawdziwa uczta dla zmysłów i zdecydowanie utożsamiam się z pomysłem, aby odwiedzić prawdziwą herbaciarnię. Zajrzeliśmy do takiej w Nagahamie nad jeziorem Biwa i do tej pory pamiętam smak świeżo wyrobionego mochi na ciepło. Temat japońskiej medycyny jest mi w ogóle nieznany, więc dawne sposoby leczenia chorób w Japonii na pewno muszą być interesujące. Czasami w jakiejś książce traktującej o dawnych epokach przewinie się krótka informacja o ówczesnych medykach, ale to za mało. O Amanohashidate słyszę od lat i wybieram się tam jak sójka za morze, choć wcale nie jest to od Akashi daleko. Może to znak, że w końcu powinnam? Przydałoby się też pogłaskać koteczki - jak nie na Iriomote, to na Tashirojimie! Fukiware no take, czyli wodospady Fukiware musiałam wpisać w google i... zachwyciłam się, bo wodospady od dzieciństwa robią na mnie wrażenie. Podobne wrażenie robi spotkanie z maiko. Spotkałam ją tylko raz pięć lat temu. Gejsze w liczbie trzy też tylko raz, ale nigdy nie widziałam ich "w akcji", fajnie by było na Gion matsuri w końcu dotrzeć, a w innym przypadku trochę przeszkadza fakt, że jestem kobietą ;-). 

I nie zgadzam się z powszechnymi opiniami, że to czy tamto już jest wyeksploatowane lub przereklamowane. Wielu z nas w tym i ja doświadczamy pewnych zjawisk po raz pierwszy albo tylko pozostaje to w sferze marzeń. I to jest najbardziej interesujące, jak każdy z nas inaczej postrzega te same sprawy. Na co innego zwracamy uwagę, czego innego szukamy, co innego odnajdujemy. To widać chociażby po tak bardzo zróżnicowanych pomysłach i propozycjach. To dla mnie pouczające. 

Dobrze, dosyć już słodkiego rozmarzenia i filozofowania. Czas przejść do rzeczy. Bardzo nie lubię tego momentu, bo osobiście nagrodziłabym wszystkich, jak zawsze zresztą! Niestety nagrody są dwie i w drodze szczęśliwego wyboru otrzymują je:
Somnium oraz Magdalena Księżycka-Łopuchin

Wyślijcie mi proszę adresy do wysyłki na mój adres e-mail.
 

Jeszcze raz serdecznie dziękuję wszystkim, że zechcieli się ze mną podzielić swoimi pomysłami i marzeniami. Myślę, że taka formuła konkursu najbardziej mi odpowiada, bo to co piszecie jest ciekawe i niewkluczone, że z Waszych porad w najbliższym czasie skorzystam! Ci, którzy nie wygrali, uszy do góry - na pewno będzie okazja!

by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at czerwiec 30, 2015 12:54

czerwiec 29, 2015

Skorpion w rosole

(180) Jak można zarabiać na dzieciach?

     Nareszcie wiem, po co dzieci zdobywają dobre stopnie na świadectwie! Nikt nie zgadnie! Dobre stopnie są potrzebne by ulżyć rodzicielom, zwłaszcza matce i babce w trywialnych, monotonnych czynnościach szarego życia domowego. Dobrymi stopniami bowiem nakręca się w dzisiejszych, konsumpcyjnych czasach, koniunkturę w sektorze AGD.

     Nareszcie jakiś pożytek z Mata, wyceniony przez dział obsługi klienta na 62 złote. I tu zadanie, żeby tryby nie zardzewiały: płacą tylko za szóstki i piątki (6zł kosztuje szóstka, 5 zł piątka, Mat ma 11 przedmiotów, dla ułatwienia dodam, że świadectwo ma nudne bo składające się wyłącznie z tych dwóch cyfr). Staliśmy się więc posiadaczami nowego żelazka z czerwonym kablem.

     Świadectwo opisowe Mima, jak wszystkich uczniów I-III, było warte tylko 20zł, czym wprowadza się w szeregi ludzkie veto dla równouprawnienia klas I-III i IV-VI. W przyszłym roku nasze szanse, jako rodziny, na wymianę sprzętu AGD rosną, gdyż Mat podejmuje naukę w gimnazjum (dochodzi kilka dodatkowych przedmiotów), a Mim kontynuuje karierę w szkole podstawowej, awansując do klasy czwartej, a więc świadectwa opisowe stały się u nas oficjalnie przeszłością. Jest cień nadziei, że może w końcu zaczną się uczyć, bo w tym roku szkolnym (zresztą w pięciu poprzednich latach również), nie widziałam Mata nad książką. Przysięgam! Mima widziałam tylko jak odrabiał zadania domowe. A jestem z nimi non stop.
     Jakiś czas temu widziałam w banku ofertę dla studentów, gdzie płacili za piątki na egzaminie. Prosz, jak ładnie progenitura mimochodem może dorabiać do budżetu.


Podczas, gdy Mat jest nieśmiały i nikomu nie chce wchodzić w paradę, to Mim nie zginie!

- Mimie, ty jesteś chyba z lekka uzależniony od komputera! - rzucam oskarżenie, widząc jak siedzi i łowi ryby w sieci.

- Ależ, skąd, mamo!

- No, ciekawe, czy wytrzymałbyś miesiąc bez patrzenia w ekran! Mogę się założyć o tysiąc, że nie! - i tu powinno mnie pokarać, albo przynajmniej cień przeczucia powinien kopnąć mnie w kostkę. Nigdy bowiem nie zakładałam się z nikim o pieniądze, a już z małoletnim w ogóle.

- A założysz się?! - Mim szczerzy się w uśmiechu. Drugie kopnięcie z pewnością przywiodło by mnie na właściwe dla matek tory, ale nie! Żyłka hazardzistki się naprężyła!

- Ha! No pewnie! Idę o zakład, że nie wytrzymasz nawet jednego dnia!

- Dobra! O tysiąc!

I moi drodzy Państwo, zdarzenie miało miejsce dnia 18 maja.


Pozwolił mi spłacać w ratach...

Dla ukojenia rozedrganych emocji - pole maków ręki Mima.
Przypuszczam, że każdy kwiat symbolizuje jedną transzę.

     A mogłam się tego spodziewać! W pierwszej klasie Mim przesiedział cierpliwie dzień lekcyjny pod ławką, gdyż odmówił współpracy, czując się niesprawiedliwie potraktowany przez nauczycielkę. I nie ma to znaczenia, że był jedynym członkiem strajku. Konsekwencja, upór i zawziętość to jego drugie imię. Wiecie, do jakich chwytów musi się posuwać matka, by mądrze wychować takie dziecko?! Z Matem nie miałam nigdy tylu zagwozdek wychowawczych! Mat urodził się już jako siwy mędrzec z brodą, od urodzenia rozwiązywaliśmy sobie jolki i gawędziliśmy o planetoidach. Mim - to dopiero wyzwanie! Myślę, że już za życia obwołają mnie świętą. Potrójną.

     W szkole robili sobie psychoanalityczną analizę SWOT w ramach zajęć psychologiczno-integracyjnych. Każdy każdemu pisał jego główną cechę charakteru, nadzwyczajne zdolności lub umiejętności:



A oto, co napisała Mimowi Jego Wychowawczyni:




a pod spodem psycholożka:

"Jesteś indywidualistą, któremu zależy na grupie (nawet, jeśli czasem trudno Ci się do tego przyznać). Jesteś wrażliwy i refleksyjny.

O, jest indywidualistą! Choćby teksty, jakie sadzi Mim nie należą do lekkich. Zadanie poniżej - napisz trzy zdania z wyrazami z "h". TRZY.




Cytuję, pisownia oryginalna:

     "Było Halloven, Hubert, Heniek i Honorata straszyli hipopotama Hipolita, ślimaka Huberta, kotkę Hannę, hałaśliwego juhasa Henryka, hamaską herbatę i psa Igora, który ciągle mówi hau, hau i handluje figurkami hipopotama i helikopterami, a w Hiszpanii nikogo nie było w hotelach i hucie, mieli to same marzenie, polecieć na Hawaje i znać cała historię świata, a hobby śpiewać hymn. Nagle pojawiły się dwie ch(m)óry - jedna w kształcie herbu, a druga haka. Niewielki halny zdmuchnął hiszpańskie marakasy i herbatę, a dzieci się przestraszyły, a obok pojawił się Grzegorz Hypki, ale nie zwróciły na niego uwagi, tylko szybko pobiegły do domu".


     Czuję, że w przyszłym roku kupimy sobie blender.


by pandeMonia (noreply@blogger.com) at czerwiec 29, 2015 11:44

Od rana do wieczora

Dzieci na wyjeździe, a matka doznaje olśnień i napadów nostalgii

W sobotę Piotruś i Michaś wyjechali na pierwszy w życiu obóz. Był to dzień, w którym zrozumiałam, dlaczego rodzice proszą: „Zadzwońcie, jak dojedziecie”.

Robaczki moje nie wpadły na pomysł, żeby zawiadomić matkę o szczęśliwym dotarciu na miejsce. Oczywiście wiem, że dowiedziałabym się szybko, gdyby nie dojechali, co zwykłam zjadliwie mówić (albo przynajmniej myśleć) moim rodzicom w podobnych okolicznościach, ale.

Kiedy tak stałam na parkingu w gronie rodziców pozostałych obozowiczów, czekając, aż autokar odjedzie, udzielił mi się nastrój ekscytacji przedwyjazdowej, którego jeszcze tak niedawno sama doświadczałam, dziecięciem będąc. Wakacje! Kolonie! Przygoda, która czeka za rogiem!… Jak tylko autokar zniknął za zakrętem, z tej ekscytacji i tęsknoty za nowymi wrażeniami i doznaniami,  poszłam kupić sobie nowe buty, no bo co w końcu, kurczę blade!

Syneczkowie bawią się chyba dobrze, sądząc ze szczątkowych relacji. Telefony dostają tylko na 15 minut dziennie, o 14.45. Wczoraj Piotruś zadzwonił, dzisiaj już się nie pofatygował, sama musiałam zadzwonić.

Piotrusiowi wczoraj było super, dziś też jest super, ale nauczyciele są przemądrzali. I żebym potwierdziła, że „trenuję” pisze się przez „u”, bo koledzy twierdzą, że przez „ó”, jako że wymienia się na „trenować”.

Michaś wczoraj zameldował, że był w kościele i zapytał, czy mógłby zostać na 10 dni (wyjechali na 7, ale jest też dłuższa opcja). Dziś chciał ze mną rozmawiać tylko po to, żebym powiedziała Miłkowi, że Michaś nie chodził do żłobka (możecie być ze mnie dumni, drodzy Czytelnicy, gdyż ograniczyłam się do suchej informacji, iż nie uczęszczał, nie dodając, że gdzieżbym do żłobka posłała mojego Michasia, słoneczko moje puciate, kluseczkę mamusi cium-cium). Zapytany, co dziś robił fajnego, wykrzyknął z entuzjazmem:

- Byłem w sklepie!

Tja… Cóż, matce muszą wystarczyć relacje słowno-zdjęciowe, zamieszczane przez organizatorów co wieczór w internecie. Ale nie jest źle, wygląda na to, że codziennie się przebierają, bo każdego dnia na zdjęciach mają inne koszulki, wow!

A tymczasem celebruję sobie pojedyncze macierzyństwo, nieustannie zadziwiona, że mogę tak na jednym dziecku się skupić, nie roztrajać w jednym momencie, ach jak cudownie. Kiedy usypiając Wojtka zasnę razem z nim, nie mam wyrzutów sumienia, że nie zajrzałam do starszaków, a prosili. Mój relaks popołudniowy podszyty jest jednak niepokojem, bo cały czas wydaje mi się, że co ja tak spokojnie siedzę, powinnam zrywać się i lecieć po dzieci, ze szkoły odebrać czy skądś-tam.

No i pewnie zanim zacznę naprawdę odpoczywać, to akurat wrócą :-)

by Chuda at czerwiec 29, 2015 09:15

Zapiski dojrzalej kobiety

Lato, lato, lato czeka ...

"Lato , lato , lato czeka ,
Razem z latem czeka rzeka
Razem z rzeką czeka las
A tam ciągle nie ma nas .
Lato , lato , nie płacz czasem ,
czekaj z rzeką , czekaj z lasem
W lesie schowaj dla nas chłodny cień
Przyjedziemy lada dzień(...)" .
(Autor: Ludwig Jerzy Kern ).

Lato nie czeka, lato już jest.
Wakacje też są.
Czeka rzeka i czeka las, a tam ciągle nie ma nas.
Nie ma i w tym roku nie będzie, dlatego postaraliśmy się, by trochę pobyć chociaż w namiastce lasu.
Zatem w sobotę wybraliśmy się z Wiktorią do Konika na cmentarz dla zwierząt, uporządkowaliśmy miejsce spoczynku Pichandry i Bandyty i podlaliśmy cyprysik który tam posadziliśmy jakiś czas temu.
A później spryskani Deetem daliśmy nura w otaczający cmentarz las.
Pogoda była ciepła, ludzi tam nie ma prawie wcale, jak się człowiek zapuści głębiej to nawet są jagody.
Od niechcenia zbieraliśmy jagody, Wiktoria szukała śladów "wilka złego", czas miło płynął, ani się obejrzeliśmy jak minęły cztery godziny buszowania po lesie.
Wróciliśmy do domu na późny obiad a po obiedzie Wiktoria już nie dała się nigdzie wyciągnąć (była zmęczona).

W niedzielę dziadek z wnuczką pojechali oglądać ogrody zamkowe i fontanny a babcia stanęła przy garnkach;).
Po południu zaś dziadek zaprowadził Wiktorię na występy zespołów wojskowych a babcia poszła spać jako, ze babcia coraz bardziej staje się babciowata.

Dzisiaj tylko pomyłam słoiki (jutro smażę ostatnią porcję dżemu truskawkowego) a resztę czasu snułam się jak zepsute powietrze po gaciach.
W tym roku żadnych soczków ani konfitur truskawkowych nie robię, nie mam na to ani siły ani czasu.
Zrobiłam za to sporo słoików zwykłego dżemu truskawkowego, jutro ostatnia porcja.
Następnie czekam na wiśnie, na pewno będzie nalewka, kilka słoików konfitur i dżem.
W tym roku z zapasami sobie na poszaleję, powidła śliwkowe będą zamykały moje przetwory na zimę.
No może jakąś sałatkę z ogórkami popełnię.
I koniec, finto!
Sama robię, wszyscy jedzą – nie podoba mi się taki układ;).
 

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at czerwiec 29, 2015 06:41

Blog do czytania

Oczywiste oczywistości

Co jakiś czas w sieci ktoś wrzuca na fejsa linka do pewnej dość powszechnej informacji, ale dla tej osoby to jest odkrycie roku. Postanowiłem zebrać tego typu ciekawostki w jednym miejscu. Wiecie, o co chodzi – o te drobiazgi, które są niby na wierzchu, ale których nie dostrzegamy. Albo których znaczenia nie rozumiemy. I dopiero gdy […]

by Bartosz Cicharski at czerwiec 29, 2015 05:45

Dzieciowo mi

Szybciorem 162 – idealna koleżanka

Życie na oddziale nefrologii dziecięcej upływa spokojnie. No dobra, spokój mącony jest nieco zmianą wenflonu tudzież dożylnym podaniem antybiotyku, kiedy to obie

by Malwina Ferenz (Krusz.) at czerwiec 29, 2015 03:03

Bezwstydnica

rozSTRÓJ nerwowy

gas

Jesteśmy w przymierzalni.
G.i A. owijają się nieustannie zasłonką.
Bliska rozstroju nerwowego przymierzam kolejną sukienkę.

- Czy dobrze wyglądam? – pytam kłębiące się jednostki.
– Gobbbrze, Boooobrze – mówi G. udając zasłonkowego ducha.
– Nie ruszajcie się przez chwilę, bo serio pytam – mówię bez sensu.
– Ładnie, ładnie! Jak gąsienica! – duch kiwa ciałem.

Patrzę w lustro wzrokiem załamanej gąsienicy.

– Nieprawda, bo ładnie inaczej właśnie! Jakbyś miała dzieciaczka w brzuchu – pociesza A.

To może trzymajmy się jednak tej gąsienicy….

Pozdrawiam
Kura

by admin at czerwiec 29, 2015 11:51

Kraina filcu

Filcowe etui.

"Filc jest trendy". Prace konkursowe Pani Małgorzaty.

Pani Małgorzata zaprasza:
https://www.facebook.com/AgriJeden
http://sutaszgochy-artsmak.blogspot.com/

by kraina filcu (noreply@blogger.com) at czerwiec 29, 2015 10:56

Eksribicjonizm kontrolowany

Jak świętować 31. urodziny? + faworki

31 fajnych pomysłów, które można dowolnie ze sobą łączyć. 

1. Zjedz dobre śniadanie. W łóżku, w kuchni albo w knajpie, to bez znaczenia.
2. Posłuchaj ulubionej piosenki. Możesz też śpiewać. Dowiedziono, że śpiewanie zwiększa poziom szczęścia.
3. Zatańcz, kiedy nikt nie patrzy.
5. Idź na lody. Mój osobisty krakowski ranking to sycylijskie gelato w Katane (Sławkowska i Sienna), tradycyjne na Starowiślnej albo nietypowe w Donizetti (św. Marka), Tiffany (św. Tomasza) lub Si Gela (Staromostowa). W tej ostatniej bywają lody o smaku piwa, sera albo pomidorów!

6. Przejrzyj swoje zdjęcia i wybierz kilka do wywołania/wydrukowania. 
7. Zjedz dobry obiad. Tak jak w przypadku śniadania, dobre jedzenie wydatnie wpływa na poziom zadowolenia z życia. Sprawdziłam na własnej skórze!
8. Pochodź boso po piasku. Albo po trawie. Albo po rozgrzanym asfalcie. 
9. Wpłać coś na cel dobroczynny, który szczególnie leży Ci na sercu.
10. Pomaluj paznokcie. Albo daj je sobie pomalować.

11. Wypisz na kartce minimum 3 rzeczy, za które jesteś wdzięczna.
12. I 3 swoje sukcesy. Nie muszą być wielkie.
13. Kup prezent sobie samej. Bombonierkę? Kolczyki? Abonament na stronie z muzyką?
14. Wznieś się do góry. W balonie, w samolocie albo windą na Pałacu Kultury.
15. Albo zejdź pod ziemię, jeśli boisz się wysokości. Kopalnie i jaskinie czekają. W tej można nawet płynąć łódką po podziemnej rzece!


16. Odwiedź miejsce niedaleko siebie, które dawno chciałaś zobaczyć.
17. Zaplanuj jakieś wakacje. Ja dostałam w prezencie bilety i jadę do Florencji!
18. Zrób swoją listę marzeń, celów i planów. A jeśli już ją masz, zrealizuj któreś marzenie. 
19. Ubierz się ładnie i wybierz gdzieś, gdzie nigdy nie byłaś - do teatru, filharmonii albo opery.
20. Wymyśl cykl zdjęć, które będziesz robić przez najbliższy rok. Zainspiruj się na przykład tym. Albo tym.

21. Adoptuj jakieś zwierzę, choćby wirtualnie.
22. Kup sobie ulubione kwiaty.
23. Zaproś znajomych i zróbcie razem coś fajnego.
24. Naucz się czegoś - nowego słowa, umiejętności, triku.

26. Wybierz się w podróż po mieście zbiorkomem. Wysiadaj na przystankach o fajnej nazwie.
27. Albo wsiądź na rower (ewentualnie w samochód) i jedź przed siebie.
28. Spotkaj się z kimś, kogo bardzo lubisz.
29. Obejrzyj pozytywny film. Moje propozycje: "Amelia", "Odlot", "Czarny kot, biały kot"... a Wasze?
30. Pomyśl życzenie i zdmuchnij świeczki z tortu.
31. Zadzwoń do mamy i podziękuj jej za to, że Cię urodziła. Bez tego nie miałabyś szans, żeby doświadczyć tych wszystkich fantastycznych rzeczy w życiu.

Zdjęcie jest zeszłoroczne.


Pamiętacie, jak zapowiadałam zakładkę z newsletterem? Jutro wieczorem pierwsze "Faworki" trafią do Waszych skrzynek. 


Jeśli chcecie je otrzymać, wystarczy wejść w tę zakładkę i podać swój adres e-mail oraz imię/nick.

"Faworki" to comiesięczne maile ode mnie do Was, w których będę pisać Wam o ulubionych rzeczach, miejscach, piosenkach i tak dalej. Treści, które się tam znajdą, nie pojawią się na blogu ani na blogowym fanpage'u.

Zróbcie mi prezent urodzinowy. Zapiszcie się!

by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at czerwiec 29, 2015 09:49

zycie na kreske

bonus poza numeracją

Ola nosi koszulkę życiową w słusznej sprawie.
I Maja Ostaszewska też:
KLIK! I można zobaczyć więcej, co za słuszna sprawa. I wesprzeć małym nawet przelewem (każda pomoc się liczy). Albo nabyć koszulkę, z której dochód jest na zwierzaki. Dziękuję Wam!

by pani od rysunkow (noreply@blogger.com) at czerwiec 29, 2015 05:30

Kura pazurem

Wyniki

I już po konkursie. Cieszę się, że tak wiele osób zgłosiło swój udział. Wszystkim serdecznie dziękuję. Przyznaję jednak, że trochę się nagłowiliśmy, by wybrać dwie osoby. O trzeciej zdecydował los, tak jak było to zaznaczone w regulaminie.

Zgłosiło się ponad 200 osób, więc sami rozumiecie, że nie było łatwo.

Odpowiedzi były różne. Wesołe, ale i smutne. To najbardziej przykre, że nie wszystkim dzieciństwo kojarzy się szczęśliwie. Tak być nie powinno.

Żeby jednak nie przedłużać, bo wiem, że i tak przelecicie tekst wzrokiem, żeby odnaleźć imiona zwycięzców:

Uwaga, uwaga!

Razem z Mężusiem wybraliśmy dwie osoby:

1)      Wiolę, której dzieciństwo skojarzyło się z klopsztangą, klapsznitą i bandą. W pierwszej chwili myślałam, że to jakieś szczególne zamiłowanie do słowa „klop” i zaintrygowało mnie to bardzo. Okazuje się jednak, że to gwarowe określenia: trzepaka i kanapki.

2)      Magdalenę Ś., która wymieniła: nogę (w dodatku w nawiasie wyjaśniła, że chodzi o kurzą nogę, z której robiła grabki – zazdroszczę wyobraźni i praktycznego podejścia do życia), żuka i kota.

Oczywiście wyjaśnienia przy poszczególnych słowach nie były konieczne, ale też nie dyskwalifikowały odpowiedzi (z reguły pojawiały się po myślniku lub w nawiasie, więc trzy wyrazy były wyraźnie wydzielone).

Po wybraniu dwóch osób przyszedł czas na wylosowanie trzeciej. I tu wyzwanie. Siedziałam i od rana zwijałam niczym świstak karteczki. Punktualnie o dwunastej sprawdziłam, czy uwzględniłam wszystkie zgłoszenia. Nutuś nawet dokładnie umył łapkę przed losowaniem. Bo mycie rąk przed ciągnięciem „losów” jest niezbędne.

image3

Wylosowałam Halinę, która wymieniła: jagody, żniwa i wakacje. I proponuję Halinie, żeby wysłała dziś totka, bo to dobry dzień. :-P (Nutuś oczywiście szybko zmęczył się losowaniem i zasnął, emocje mu się nie udzieliły).

image6

Te trzy osoby: Wiola, Magdalena Ś. i Halina otrzymają nagrody (książkę, torbę i zakładkę). Proszę więc, by się ze mną skontaktowały jak najszybciej (anna.a72@wp.pl). Jeżeli nie otrzymam w ciągu 10 dni adresu, na który mam przesłać nagrody, to przepadną one na korzyść kogoś innego.

Jeszcze raz serdecznie dziękuję za tak duże zainteresowanie konkursem. Jesteście wielcy.

 

 

 

by anna at czerwiec 29, 2015 03:47

czerwiec 28, 2015

zapiski zgagi

Po konkursie i bez dwupsa

Bilbo dziś odwieziony. Prosto na lotnisko, by stęsknionych właścicieli powitać… Nie był absolutnie kłopotliwy, niemniej dwa tak spore zwierzaki na naszych czterdziestu paru metrach stanowiły tłok.

Od rana uwijałam się w kuchni, by i ciasta Małżowi do pracy wytworzyć, i potrawę na konkurs przygotować. Wczoraj upiekłam biszkopt pod galaretkę i postanowiłam też zacząć produkcję kotlecików inaczej trochę niż zwykle. Tak sobie wyobraziłam, że może będą lepsze, gdy je rozklepię, przyprawię i przełożę na noc cebulą i czosnkiem.

Mimo, że talerz zafoliowałam, gdzieś wdała się widać nieszczelność, bo po godzinie lodówka cała równo zalatywała intensywnie cebulą! Trochę mnie to zaniepokoiło…

Dziś, gdy zdjęłam z talerza folię, woń cebuli wprost porażała! – Chyba przyjdzie się wycofać z konkursu – pomyślałam. Ale nic. Usmażyłam, sos pomarańczowy zrobiłam, nawet dodałam na koniec masełka, by konsystencja była aksamitna.  Tak zawsze radzi pan Okrasa. Sos wyszedł rewelacyjnie, ale kotlety? Cebulowe!

No trudno, nie stchórzę – stwierdziłam. Zawieźliśmy potrawę umoszczoną w podgrzewaczu, zapaliłam pod naczyniem świeczuszki i wyszliśmy na podwórko. Po chwili pan w stroju ludowym podchodzi do mnie i pyta: – To pani ma takie kotleciki w podgrzewaczu? – Tak, ja, a dlaczego pan pyta? – Bo to naczynie właśnie pękło… Ale niech się pani nie martwi, może to na szczęście?

No ładnie! Pierwszy raz użyte, kupione za wcale niemałe pieniądze… A jakby coś mnie wczoraj tknęło, bo postanowiłam w naczyniu położyć same suche kotleciki, a do sosu kupiłam specjalnie malutką sosjerkę, by też zmieściła się pod pokrywką. Dzięki temu sos ocalał i danie było kompletne.

Jury podjęło pracę, a uczestnicy, kibice i goście tradycyjnie obejrzeli część artystyczną. Bardzo zresztą przyjemną. Po godzinie mniej więcej jurorzy wychynęli, a przewodniczący wygłosił przemowę. Pod hasłem ,,nie ma to, jak produkty lokalne, owoce TEJ ziemi”. I podkreślił, że takie właśnie zostały ocenione najwyżej. – Aha! – myślę sobie. – Ani migdały, ani pomarańcze to nie są raczej żuławskie ziemiopłody, więc kicha…

Rzeczywiście – sukcesu zeszłorocznego nie powtórzyłam, ale udało się jednak na podium stanąć. Na zaszczytnym, trzecim miejscu! Mimo antyregionalności i cebuli…

Rok temu nasze KGW reprezentowane było dość licznie, bo chyba było nas siedem w różnych kategoriach. Tym razem poza mną zgłosiły się tylko dwie koleżanki. Iza z nalewką z lipy i Beatka z zapiekanką z kaszy gryczanej oraz maleńkimi ciasteczkami o wdzięcznej nazwie ,,florentynki”. Wszystkie wróciłyśmy ,,na tarczy”. Iza otrzymała wyróżnienie za nalewkę, a Beatka zachwyciła jury absolutnie florentynkami! Przebiła torty, tarty, muffiny i co tam jeszcze było… Bo też ciasteczka rzeczywiście były przepyszne! A z czym? Z ,,lokalnymi” płatkami migdałowymi!!!

Uczciłyśmy potem nasze sukcesy szampanem i… już obmyślałyśmy, z czym by tu za rok.

by Zgaga at czerwiec 28, 2015 09:29

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

serce- nigdy o nim za wiele

Stan zwierzątkowa powiększył się o Papcię. Papcio/zakładam, że płeć ma męską, ale szansa na to jest 1/2/ jest oczywiście bezdomną sierotą. Było ich dwie, sieroty jeżowe, ale przeżył tylko on. Drugi jeżyk był zbyt chory i nie udało się go uratować. Mleko kozie co kilka godzin i pewnie zaraz będę muchy łapać i dżdżownice kroić. Na […]

by siostra at czerwiec 28, 2015 06:21

Matka jest tylko jedna

Pięć rzeczy, które zaskoczyły mnie w noworodku

Dziś Drugie kończy pięć tygodni, wchodzimy więc powoli w okres, kiedy przestaje być noworodkiem, a zaczyna być niemowlęciem. Szkoda. Noworodków mogłabym mieć na pęczki, z niemowlętami już jest trochę gorzej… Ale nie poddaję się, a żeby uhonorować ten najcudowniejszy pierwszy okres, postanowiłam zrobić małe podsumowanie i wypisać pięć rzeczy, których z czasów pierwszego dziecka nie pamiętam, a dopiero przy drugim mnie zaskoczyły.

 

1. Ciemiączko

 

U Kosmyka w ogóle nie mogłam go zlokalizować. Pamiętam, że gdy lekarz lub położna pytały się o ciemiączko, z poważną miną odpowiadałam „Dobrze, dobrze, bardzo dobrze!”, a potem w domu histerycznie szukałam w necie, jak to ciemiączko wygląda. Raz jeden spytałam się pielęgniarki, gdzie to ciemiączko jest. Roześmiała się, powiedziała, że to przecież każdy widzi, pokazała paluszkiem i spytała, czy już wiem. Popatrzyłam, pokiwałam głową. Powiedziałam „Och! To takie oczywiste!” i wróciłam do domu przerażona swoją głupotą, bo… dalej żadnego ciemiączka nie widziałam. I to musiała być trema początkującego czy jakieś przejęcie, bo u Drugiego znalezienie ciemiączek nie jest dla mnie żadnym problemem. Jak się uprę, to w obserwacjach dopatrzę się jeszcze wielu innych rzeczy, którymi nie przejmę się tak bardzo, jak brakiem tamtego wgłębienia.

 

2. Sen

 

Przez pierwsze tygodnie Kosmykiem płakałam i złorzeczyłam, że nie mogę się wyspać, że najgorsze jest to niewyspanie, że jestem biedna, zmęczona i zmaltretowana. Nie wiedziałam, że te pierwsze tygodnie to był taki dar od Kosmy, bo potem, jako mama roczniaka, który wstaje sobie o czwartej nad ranem i spać idzie niewiele po ósmej [i to na godzinkę!], z rozrzewnieniem wracałam myślami do tych pięknych czasów regularnych dwugodzinnych drzemek. Faktem jest, że w późniejszym rozwoju dziecko robi ci przeróżne niespodzianki, takie jak gorączka, strachy nocne, kilkugodzinne wybudzenia, wieczorne niespanie, no różne, które bez zbawiennego poporodowego kopa znosisz masakrycznie źle. Przy Kosmyku myślałam, że gorzej być nie może, z Adasiem wiem, że może, więc czerpię ile się da z tego błogosławieństwa pierwszego snu. Wiem, że nocna pobudka to nakarmienie, przewinięcie i dalszy sen. Nie narzekam na nią, bo moje narzekanie może spowodować rzecz gorszą – obudzenie Kosmyka, co na pewno nie skończy się snem, a kilkugodzinną rozmową :)

 

 

3. Czas

 

Płynie szybciej. O matko, jak wiele szybciej. Pierwsze tygodnie pierwszego dziecka ciągnęły się jak makaron, nie mogłam się doczekać pierwszego uśmiechu, pierwszego przewrotu na brzuszek, pierwszego chwytu… Przy Drugim czas leci zdecydowanie za szybko, na pierwszy uśmiech nie czekam, pierwsze jego grymasy wręcz wypieram, niektóre oczekiwania prześmiewczo przyspieszam [widzieliście obrót na brzuszek? Tutaj!], wiem, że jak ruszy ta lawina „pierwszych” rzeczy, to Drugie najpóźniej pojutrze skończy trzy lata.

 

 

4. Głużenie

 

Żeby usłyszeć głużenie Kosmyka, o którym naczytałam się w książkach, czekam chyba do dziś. Nie zaobserwowałam momentu, w którym moje pierwsze dziecko zaczęło wydawać jakieś określone odgłosy, dla mnie „odzywał” się cały czas i tak mu zostało. Przy drugim natomiast kilka dni temu USŁYSZAŁAM. Dźwięki, jakich do tej pory nie wydawał, całkiem śmieszne, dziwnie brzmiące i gdybym nie wiedziała, że głużenie to odruch bezwarunkowy, już bym się chwaliła, że zaczął mówić :)

 

 

5. Troska

 

Pierwsze dziecko – obiekt nieznany, dopiero badany – ma trochę przekichane, bo zdenerwowani rodzice zjadają paznokcie do łokci nad każdym kichnięciem i trzęsą się nad każdą wysypką. Myślałam, że drugie przysporzy mi też tylu zmartwień, ale z zaskoczeniem odkryłam, że z niemowlęctwo Kosmyka dało mi dość sporą wiedzę. Nie przetrząsam internetu w poszukiwaniu informacji, czy potówki zabijają, nie dzwonię do lekarza, żeby skonsultować groźną, czyhającą na życie mojego dziecka, ciemieniuchę. Nie płaczę nad czkawką, wiem, że niemowlakowi ona wcale nie przeszkadza, i nie panikuję, gdy podczas spaceru niemowlak zapełni pieluchę [za pierwszym razem, trzy lata temu dokładnie, pędziłam z Placu Bankowego na Anielewicza, potykając się o własne nogi i dzwoniąc do Chłopa, żeby zwalniał się z pracy i natychmiast po mnie przyjeżdżał, bo Kosmyk zrobił coś wielkiego i ja z nim do autobusu nie wsiądę, trzeba go przebrać, o matko, matko, jaka katastrofa!, a ja taka samotna z tym dzieckiem, co mam robić! – do tej pory się z tego śmieję :D]. Podsumowując – oprócz standardowej troski o zapewnienie podstawowych potrzeb, drugie dziecko, muszę przyznać, nie jest tak chuchane, dmuchane jak Kosmyk. Ale też o wiele mniej od Kosmyka płacze, co jest znamienne :).

 

 

 

Macie jakieś swoje noworodkowe zaskoczenia? Pytanie trochę dla rodziców więcej niż jednego dziecka, ale mnie przy pierwszym zaskoczyło na przykład to, że zmiana pieluchy na samym początku wcale nie była tak „pachnąca”, jak to widać często na filmach. Według mnie im starsze dziecko, tym gorsza pielucha, a te pierwsze nawet nie są za bardzo obrzydliwe – może rodzice jednego dziecka też mają jakieś swoje zaskoczenia?

8,024 wszystkich wizyt, 673 wizyt dzis

Post Pięć rzeczy, które zaskoczyły mnie w noworodku pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at czerwiec 28, 2015 02:07

Kurlandia

Hodowla ziemniaka

Tak będzie wyglądała plansza dydaktyczna Michałka, którą niedługo zrobimy…

***

W ostatnim tygodniu kwietnia Mama chciała zrobić obiad i wyciągnęła ziemniaki ze spiżarni. Było tam za ciepło i niektóre ziemniaki z czarnych oczek wypuściły kiełki. Kiełki są trujące, bo mają Solaninę. Nie wolno ich jeść!

Kiełki zabierają z  bulwy ziemniaka cenne minerały i witaminy. Sam ziemniak jest wtedy mało wartościowy, więc postanowiłem z Mamą go posadzić. Nasypałem do doniczki dobrej ziemi i podlałem. Dosadziłem też cebulę. Ona w spiżarni wypuściła wąskie i zielone liście.

3 tygodnie później. W połowie maja mój ziemniak miał już zielone liście. Wyhodowałem też szczypiorek.

5 tygodni hodowli. Liście się rozrosły. Część szczypioru ściąłem nożem do sałatki. Reszta rosła dalej.

Po 9 tygodniach mój ziemniak przestał rosnąć. Lekko pożółkł. Miał za mało ziemi w doniczce. Roślina męczyła się.

Postanowiłem z Mamą nie czekać na kwiatki i zrobić „wykopki”. Tak wyglądały korzenie mojej rośliny. Dużo ich było.

Wokół dużego ziemniaka urosły małe ziemniaczki na rozłogach.

W ziemi było 12 ziemniaków i kilka bardzo malutkich. Był też duży ziemniak, który sadziłem w kwietniu.

Zabrałem do mycia młode bulwy.

Surowe ziemniaki szkodzą!!! Mama ugotowała młode ziemniaczki ze skórką w wodzie z solą. Skóra ma dużo witaminy C. Reszta rośliny jest trująca i ją wyrzuciłem. Człowiek je tylko bulwy.

Zjadłem je z jogurtem naturalnym i moim szczypiorem. Pyyycha!

Ziemniaki nie tuczą. Zawierają cukier SKROBIA, ale on jest łatwo przyswajalny przez człowieka. Jedzą go nawet małe dzieci i ludzie z chorym brzuchem. Tyjemy przez sos i tłuszcz, którym polewamy ziemniaka. Dlatego wolę zdrowy jogurt.

***

Podamy też informacje dodatkowe…

„Ziemniaki pochodzą z Ameryki Południowej, gdzie były uprawiane od prawie 8 tysięcy lat. Ziemniaki trafiły z gór Andów do Europy 500 lat temu. Przywieźli je hiszpańscy żeglarze po podboju Indian zwanych Inkami. ”

„Ziemniak jest czwartą pod względem produkcji rośliną uprawną po pszenicy, ryżu i kukurydzy”.

„Do Polski przywiózł je słynny król Jana III Sobieskiego dla swojej żony Marysieńki po walce we Wiedniu”.

oraz narysujemy i opiszemy budowę rośliny. Mamy co robić.

by Iga at czerwiec 28, 2015 01:20

Dzieciowo mi

Paradoks matki

Matka to dziwne zwierzę. Istota stadna typu ssak, która czasem temu stadu przewodzi, ale częściej jest kapłanką domowego ogniska, czyli koło tego

by Malwina Ferenz (Krusz.) at czerwiec 28, 2015 11:37

Krolowa Matka i Banda Czworga

Optymista, level expert

Potomek Młodszy (wtrącając pytanie w rozmowę Rodziców o wspólnym znajomym) - Mamo, a ile ten wujek, o którym mówicie, ma lat?
Królowa Matka - Chyba czterdzieści albo coś około tego...
Potomek Młodszy (rozjaśniając się jak supernowa) - Czterdzieści!!! To cudownie mieć czterdzieści lat, to znaczy przeżyć czterdzieści świąt!!!


No to teraz już wiemy, i ku pamięci.

Wszystkim :).


by Anutek (noreply@blogger.com) at czerwiec 28, 2015 12:22

Anrzej rysuje

Pani Smaczna

Szybki makaron z bobem w sosie cytrynowym

Szybki makaron z bobem w sosie cytrynowym

Czyli danie, które robi się w trakcie gotowania makaronu! Najwięcej czasu zajmuje obieranie bobu, oczywiście nie trzeba tego robić, ale ja lubię ten piękny zielony kolor miąższu bez łupinki. Rzadko mam teraz okazje przechadzać się na moje ulubione ryneczki warzywno-owocowe, ale jak ostatnio miałam okazję to wykupiłam chyba połowę rynku. W tym właśnie bób. Zastanawiałam się, czy powinnam, jak zareaguje po nim synek, ale co tam, niech poznaje nowe smaki, a nuż…? Ku mojej wielkiej radości jest ok! Może nie będę go nim maltretować codziennie, ale zapewne jeszcze w tym sezonie trafi do naszych brzuszków ;)

Składniki:
2 porcje

  • 200 g makaronu tagliatelle
  • 500 g bobu
  • 2 duże żółtka
  • sok z 1 cytryny
  • 4 łyżki startego twardego sera (użyłam corregio)
  • 200 ml śmietanki 18% (rzadkiej)
  • sól
  • pieprz







Wykonanie:

Makaron gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu.

Bób gotujemy w osolonej wodzie, aż będzie al dente. Obieramy z łupinek (opcjonalnie).

W misce mieszamy żółtka, sok z cytryny, ser i śmietankę. Doprawiamy solą i pieprzem.

Gdy makaron będzie ugotowany odsączamy go, szybko wlewamy przygotowany sos i bób.

Mieszamy i od razu podajemy.

Smacznego!

by Pani Smaczna at czerwiec 28, 2015 10:36

Domowa kuchnia Aniki

Sałatka z bobu i młodych ziemniaków

Sałatka z bobu i młodych ziemniaków




Bób jest u nas bardzo lubiany, więc kiedy nadchodzi pora korzystamy z niego, ile się da. Najczęściej jada się go na ciepło, choć sałatki na zimno z jego dodatkiem też robię. Zdecydowanie jednak wolimy bób jadany zaraz po ugotowaniu. Od razu uprzedzam wszystkich oburzonych ... tak tak bób u nas jada się z łupinką. Wiem, że są tacy, którzy bób jadają tylko po obraniu z łupki, ale da mnie całość jest najsmaczniejsza, a zresztą, co każdy sobie może sprawdzić, w łupince jest najwięcej tego, co zdrowe dla naszego organizmu. Ale oczywiście, jeśli ktoś nie lubi w łupince, może sobie bób wyłuskać i jadać sam środek. Mnie taki wyłuskany zdecydowanie mniej smakuje. To oczywiście też kwestia tego, jak nauczono nas jadać bób w dzieciństwie.

 

Składniki:
  • 1/2 kg bobu
  • 1/2 kg malutkich młodych ziemniaków
  • 15 dag boczku
  • 20 dag dobrej kiełbasy ( u mnie swojska )
  • 1 duża młoda cebula 
  • spora garść żółtej fasolki szparagowej
  • 2-3 łyżki posiekanego koperku
Sposób wykonania:
  • Młode ziemniaki obieramy i gotujemy w całości w osolonej wodzie
  • Fasolkę pozbawiamy końcówek, kroimy na 2 lub 3 części i gotujemy w lekko osolonej wodzie
  • Bób myjemy, wodę solimy i gotujemy go do miękkości ( ok 30 minut )
  • W międzyczasie boczek pokrojony w drobną kostkę podsmażamy, aż wytopi się tłuszcz. Dodajemy drobno posiekana cebulkę i smażymy, aż zmięknie
  • Na osobnej patelni podsmażamy pokrojoną w plasterki kiełbasę
  • Warzywa odcedzamy, łączymy ze sobą i dodajemy boczek i kiełbasę. Mieszamy
  • Podajemy na ciepło. Na talerzu posypujemy koperkiem

by Anika (noreply@blogger.com) at czerwiec 28, 2015 09:54

zycie na kreske

czerwiec 27, 2015

nic specjalnego

Czy wiesz co jesz?

Przeczytałam artykuł o sześciu kłamstwach dotyczących produktów spożywczych.
No i już zupełnie  nie wiem co mam jeść - a może trzeba się po prostu jakimś cudem
odzwyczaić od jedzenia  a odżywiać się tylko promieniami słońca?
Miód:
jeżeli nie ma się zaprzyjaznionej, znanej, uczciwej pasieki to lepiej go nie kupować.
Bo może to być miód pochodzący z ....Chin.
Prawdziwy miód powinien zawierać pyłki - jeśli ich nie zawiera, to nie jest miodem-
taką definicję sformułował urząd FDA (Amerykańska Agencja ds.Żywności i  Leków),
a większość sprzedawanego w USA miodu nie posiada ich ani śladu.
Miody produkcji chińskiej nie posiadają pyłków, bo są one odfiltrowywane, by nie
rozpoznać  miejsca (kontynentu) z którego pochodzi.
Ciekawe jak to u nas wygląda?
Sos sojowy:
Prawdziwy sos sojowy wymaga długiego procesu produkcyjnego, więc jego
produkcja jest nieopłacalna. Zmodyfikowana produkcja trwa zaledwie trzy dni -
używa się do niej hydrolizowanego białka roślinnego, karmelu, soli i syropu
kukurydzianego.
Łosoś:
Nie wierzcie etykiecie "łosoś atlantycki" - on taki atlantycki jak ja panna.
95% łososia atlantyckiego uprawia się obecnie w sztucznych warunkach i ryby
są karmione zwykłym pokarmem dla ryb akwariowych a całe 100% jest barwione
przy pomocy granulek zawierających barwnik opracowany przez firmę
Hoffman-La Roche.
Jeżeli zależy  komuś na rybie zawierającej  kwas Omega 3,bez dodatku w postaci
metali ciężkich, to niech zamiast łososi je np. sardynki. Przez cały , dość długi okres
wzrostu duże ryby kumulują w swym organizmie metale ciężkie.
Jajka:
Kolor ich skorupki zależy od tego, co jest domieszane do karmy. Ciemny kolor
skorupki uzyskuje się przez dodanie do karmy sproszkowanej, czerwonej papryki.
Ser cheddar:
Jego specyficzny kolor już nie jest jak dawniej naturalny - uzyskuje się go poprzez
dobór odpowiedniej mieszanki  barwników.
Mięso:
Zauważyliście może, że mięso kupowane w  sklepach podejrzanie długo utrzymuje
swój  czerwony kolor i nie pachnie, jak kiedyś "surowizną"? Nic dziwnego- po uboju
jest "szpikowane" środkami konserwującymi i barwnikami- wstrzykuje się je do tętnic
tuszy, gdy wisi "ociekając" z krwi. W ten sam sposób rozprowadza się preparat do
peklowania.
Oliwa:
Konia z rzędem temu, kto wie jak naprawdę smakuje oliwa, bo 80% tego, co jest
sprzedawane jako oliwa jest w 80% olejem słonecznikowym.
A na koniec najważniejsze:
W ciągu najbliższych trzech lat w USA mają być wycofane z handlu produkty
zawierające "tłuszcze trans", czyli wszystkie utwardzone, zestalone oleje, które
są niemal we wszystkim. Koniec z margarynami, ceresem,tłuszczem palmowym.
A do smażenia nie używajcie oleju rzepakowego z pierwszego tłoczenia ale  SMALEC,
MASŁO  KLAROWANE   lub  OLEJ KOKOSOWY ( to jedyny olej, który w sposób
naturalny jest w postaci stałej w temp. poniżej +22 stopni Celsjusza).
Te tłuszcze podczas obróbki cieplnej nie wydzielają frakcji kancerogennej.
No to smacznego życzę!!!!
P.S.
Od lat  smażę tylko na tych  tłuszczach- nie dlatego, że o tym wiedziałam, ale dlatego,
że zawsze odchorowywałam to co było smażone na "zdrowych olejach".

by anabell (noreply@blogger.com) at czerwiec 27, 2015 10:28

Zuzanka

Anrzej rysuje

Z usmiechem przez Japonie

PORADNIK. Bezpieczeństwo na Okinawie. Jak się do wyjazdu przygotować?


Odkąd Peach Airlines otworzyło tanie połączenia na Okinawę - japoński raj jest otwarty na coraz więcej zwiedzających, w tym i coraz więcej Polaków. Ostatnio bardzo dużo pytań odnośnie tego kierunku zaczęłam dostawać, więc najpierw opowiem Wam nie o tym, co zwiedzać, ale jak się do Okinawy przygotować. Niezależnie od tego, na której wyspie będziecie, musicie być na pewne okoliczności przyrody uwrażliwieni i ich świadomi, aby był to rzeczywiście wypoczynek i czysta przyjemność.



Archipelag Riukiu rozciąga się na południe od jednej z czterech głównych wysp Japonii - Kiusiu i kończy tuż przed samym Tajwanem. Mimo tego że administracyjnie cała Okinawa należy obecnie do Japonii i tworzy osobną prefekturę, historycznie była królestwem o odmiennej kulturze i języku (zaanektowanym do Japonii w 1879 roku). Niestety, Japończycy z ery Meiji za nic mieli odmienności kulturowe pomiędzy Riukiusami i stopniowo japonizowali te tereny. Dzielni i dumni Riukiusi, choć dziś są Japończykami, zdają się jednak pielęgnować swoją odrębność. Z czego Okinawczycy są szczególnie dumni? Według osób, z którymi miałam okazję rozmawiać, przede wszystkim z długowieczności, pysznej i najzdrowszej kuchni, która tę długowieczność zapewnia i ze spokoju wewnętrznego, którym tym z wielkich wysp zdecydowanie brakuje. Oczywiście to nie oznacza, że życie tam to sielanka. Młodzi Okinawczycy zwykle nie zagrzewają na małych wysepkach zbyt długo i "emigrują" w poszukiwaniu dobrej edukacji i pracy, o którą raczej w "ojczyźnie" jest trudno.

Okinawa dzieli się na cztery podstawowe rejony - pas wysp Amami, Okinawa, Miyako i Yaeyama (najbliżej Tajwanu). Ja miałam okazję zwiedzać wyspy Yaeyama. Poniżej mapa archipelagu - najbardziej na wschód mamy Ishigaki, czyli główną, choć nie największą, wyspę. 




Kiedy najlepiej wybrać się na Okinawę?  

Na to chyba nie ma recepty, bo każdy sezon z pewnością jest na swój sposób piękny. W lipcu i sierpniu mamy idealną temperaturę do kąpania się w oceanie, ale za to możemy spodziewać się tropikalnych deszczy, we wrześniu przychodzą tajfuny, a październik może być lekko za chłodny. Polecam dokładnie zaznajomić się z pogodą na Okinawie w poście o tym, kiedy najlepiej jechać do Japonii. My byliśmy w połowie października i kąpaliśmy się codziennie. Nawet nie przewidziałam, że słońce będzie tak palić... Skończyło się to tym, że musiałam chodzić ubrana w długi rękaw i długie spodnie. 

Co zabrać ze sobą na Okinawę?

Do wycieczki na Okinawę trzeba się odpowiednio przygotować, aby odpoczynek nie zamienił się w męczarnię oraz żeby do maksimum wykorzystać jej "wakacyjny" potencjał. Zaczniemy od tego, co trzeba zabrać ze sobą. Będzie mowa o oczywistych oczywistościach i o tych mniej oczywistych ;-) .

1. Krem z filtrem

Niezabranie ze sobą tego podstawowego kosmetyku może spowodować, że spalicie się na amen i przyjemność odpoczywania będzie odebrana. Co gorsza, poza sezonem na wyspie Ishigaki bardzo trudno było kupić coś takiego jak wodoodporny krem z filtrem. Obeszliśmy wszystkie konbini w okolicy i żaden nie oferował kremu ochronnego. Żaden. Może mieliśmy tylko zwyczajnego pecha? Udało nam się znaleźć malusieńką 50 ml buteleczkę 50+ dopiero w aptece za jedyne 70 zł, bo to był jakiś super-specjalny krem do twarzy. Przeciętny polski mężczyzna liczący metr osiemdziesiąt wzrostu wysmaruje się tym może raz i na tym koniec.

2. Buty do kąpania się

Okinawa to praktycznie jeden wielki koralowiec, choć są miejsca wolne od korali. Zarówno piasek na plaży składa się z nieżyjących już, zwapnionych korali (dlatego jest trochę nieprzyjemny i kłujący) oraz dno oceanu w większości pokrywają bardzo ostre, aczkolwiek jeszcze żyjące rafy. Stąpanie po morskim dnie bez takich butów może skończyć się drobnym lub bardzo poważnym skaleczeniem. Szkoda na to i tak pewnie krótkiego czasu. To zresztą nie jedyny powód, dla którego warto mieć takie buty. Na dnie pływają różne kolczaste rybki z trucizną, na których nadepnięcie skończyć się może bardzo źle (a nawet tragicznie). Na to również szkoda czasu i zdrowia.

3. Ocet

Można, ale nie trzeba, zabrać ze sobą ocet i mieć go w torbie, jeżeli planujemy kąpać się w oceanie. W momencie kontaktu z tzw. habu meduzą, o której za chwilę, kluczowy w uśmierzaniu bólu i pierwszej pomocy jest właśnie ocet. Polewa się nim ranę, ponieważ neutralizuje on parzące toksyny. Ja akurat octu ze sobą nie miałam, ale czytałam, że jest to tzw. "wyposażenie polecane".

4. Maska i rurka oraz aparat do zdjęć podwodnych

Każdemu, nawet największemu strachajle, polecam zanurzyć głowę w oceanie i podziwiać podwodny świat z maską i rurką na głowie. Czasami wystarczy wejść w wodę po kolana, aby cieszyć się naprawdę niesamowitym widokiem. Żałuję, że nie miałam pokrowca do zdjęć podwodnych... Bo zobaczyć można wszystkie rybki z Gdzie jest Nemo? z głównym bohaterem bajki na czele. Będą żółte, niebieskie, czerwone, czarne, z ogromnymi ustami, tęczowe, zebry, będą też ogromniaste srebrne rybcie, które nie boją się człowieka zupełnie i chcą go capnąć. Taka jedna uczepiła się mnie tak bardzo, że nawet wychodzenie z wody i wchodzenie z powrotem nic nie dawało. Czaiła się jędza na mnie. 

Na każdej większej wyspie znajdziemy przynajmniej jedną bazę nurkową i będziemy mogli nurkować z pełnym osprzętem, po uprzedniej rezerwacji.

5. Strój kąpielowy, ręcznik i klapki

Niby banał, ale zapomnienie któregoś z tych wymienionych podstawowych elementów szanującego się plażowicza może nas słono kosztować. Najtańsze, chińskie, plastikowe klapki, jakie znalazłam na Ishigaki, kosztowały 3 tys. jenów. Po co nam dodatkowe koszty?

6. Kapelusz i okulary słoneczne

To też oczywiste oczywistości, o których warto pamiętać, zwłaszcza gdy planujemy pozostawać długo na słońcu (nie ma tam zbyt wiele cienia), wybieramy się na spływ kajakowy czy na rejs statkiem.

Bezpieczeństwo na Okinawie

W Pacyfiku otaczającym Okinawę żyje wiele zwierzaków, które mogą zrobić nam krzywdę i do tego trzeba być przygotowanym raczej psychicznie, bo na pewne rzeczy nie mamy wpływu i jak mamy mieć pecha, to będziemy mieć pecha. Krzywda może się też stać we własnym domu czy na prostym chodniku, dlatego nie ma co za bardzo się tym przejmować. Skoro ja mogłam tam pojechać, to znaczy, że wszyscy mogą.

Praktycznie każdy japoński przewodnik przygotowuje swojego obywatela z głównych wysp do wyprawy na japońskie Malediwy odnośnie tego, na co trzeba uważać. Dodatkowo ostrzeżenia o potencjalnych zagrożeniach w formie tablic są po prostu wszędzie - niemal na każdej plaży. Specjalne plansze informacyjne ze zdjęciem stworzenia oraz zdjęciem rany, jaką się ma po spotkaniu z nim, wiszą również - na polepszenie apetytu - w niektórych restauracjach. Oto jedna z nich:



Do tego widać w wielu miejscach instrukcje udzielania pierwszej pomocy oraz numery alarmowe.  I dobrze, bo w razie czego wiadomo, co robić. Znajomość pierwszej pomocy przyda się zarówno nad Bałtykiem jak i nad Pacyfikiem.



1. Na co uważać na lądzie?

Habu [ハブ habu]



Jedynym poważniejszym postrachem może być habu wąż edycja lądowa, czyli taki zwierz, po ugryzieniu którego trzeba wyssać jad i natychmiast jechać do szpitala po surowicę. W bardzo zatłoczonych i turystycznych ośrodkach raczej go nie spotkacie, bo jemu też na towarzystwie człowieka specjalnie nie zależy. Habu może wędrować raczej w odludnych miejscach, w krzakach i lasach.

Najłatwiej można habu węża spotkać w formie habu alkoholu z prawdziwym okazem zamkniętym w butelce. Nie jest to najtańszy przysmak, ale na pewno na niektórych zrobi wrażenie.

Kruki [カラス karasu]



Na lądzie trzeba też zabezpieczyć się przed krukami. Tak, zwykłymi czarnymi krukami, które uwielbiają grzebać w naszych rzeczach. Całkowicie bezstresowo i bezczelnie rozrywają worki i poszukują przysmaków, robiąc przy tym niezły bałagan. Można się zirytować, gdy okaże się, że nasza jedyna foliówka na mokre rzeczy będzie podziurawiona jak ser szwajcarski i swojej funkcji już nie spełni. Z tego względu rzeczy polecam przykrywać ręcznikiem i, będąc w wodze, co jakiś czas patrzeć, czy te dziady nie kręcą się wokół naszego "obozowiska".

2. Na co uważać w wodzie?

Wąż morski [ウミヘビ umi hebi]



W wodzie mamy kilka zagrożeń podstawowych tj. habu wąż edycja morska (jego odmian jest kilka - niektóre mają nawet ubarwienie zebry). Habu morski jeżeli nie poczuje się zagrożony, nie powinien atakować. Można nawet obok nich spokojnie pływać, co udowadniają filmiki osób nurkujących z rurką. Sama tego doświadczyłam. Oglądając w najlepsze rybki, nie zauważyłam, że habu gad leży sobie zawinięty tuż pode mną. Gdy jednak zobaczyłam, nad czym w miarę blisko pływam, w panice zwiewałam na brzeg szybciej niż biały szkwał, co nie przeszkadzało mi się kąpać na drugi dzień znowu.

Habu meduza [ハブクラゲ habu kurage]



Drugim stworzeniem, na które trzeba bardzo uważać jest habu meduza. Nazywa się habu, ponieważ niczym wąż reaguje na ciepło i goni swoją ofiarę, ale tylko wtedy, gdy naruszy się jej terytorium (trudno mi jednak określić jak duży kawałek oceanu może sobie taka meduza przywłaszczyć). Same z siebie nie podpływają i nie atakują ludzi. Zauważyłam więc, że dzieci zwykle kąpią się w piankach do nurkowania, które chronią małe ciałka przed poparzeniem, dorosłym również zaleca się kąpanie w ubraniu, ale akurat do tego nie stosowałam się, dopóki nie spaliło mnie słońce. W połowie października nie pokazała się ani jedna habu meduza na żadnej z odwiedzanych przez nas plaży, mimo że cały czas bacznie obserwowałam teren, czy aby żadna nie zamierza się ze mną przyjaźnić. 

Habu meduzy raczej występują sezonowo i lato to czas, kiedy te łajzy wychodzą najczęściej. Może się wtedy tak zdarzyć, że plaże zostaną oficjalnie zamknięte. W najbardziej turystycznych miejscach są specjalne siatki, które chronią kąpiących się przed dziką zwierzyną, jednakże nie w 100% - zawsze znajdzie się kilka cwaniar, którym uda się przez siatkę prześlizgnąć. Warto podpytać lokalsów, gdzie habu meduza lubi pojawiać się najczęściej, a gdzie praktycznie ich nie ma. Np. jeden pan powiedział nam, że na plaży Yonehara raczej się z nimi nie spotkamy.

Gdy mimo tego wszystkiego nie uda nam się ochronić przed habu meduzą i zostaniemy poparzeni, ranę - jak wspominałam - polewa się octem i jedzie do szpitala. Na szczęście, jest to porównywalne do boleśniejszego ugryzienia osy (może być groźne i powodować zaburzenia pracy układu krążenia, ale zwykle nie jest aż tak źle). 

Szkaradnica [オニダルマオコゼ oni daruma okoze]


Fot. Nurkomania.pl

Przy dnie morskim oprócz ostrych korali może urzędować zakamuflowana w piasku stonefish, po polsku zwana bardzo przyjemnie szkaradnicą. Jest to jedna z najbardziej toksycznych ryb w oceanie i ukłucie się może skończyć się dla człowieka śmiercią - zwłaszcza w przypadku małych dzieci i tych, których układ odpornościowy jest słaby. To oczywiście nie przeszkadza temu, aby w Japonii ją jeść, czy traktować jako zwierzątko domowe w akwarium. Pierwszą pomoc udziela się poprzez oblewanie rany gorącą wodą, aby zniszczyć białka w samej toksynie i ją neutralizować. Zresztą skąd na plaży mamy mieć gorącą wodę? Z tego względu chodzenie po dnie bez butów do wody należy pozostawić lokalsom, a samemu nie chojrakować - takie jest moje prywatne zdanie.

Hapalochlaena [ヒョウモンダコ hyoomon dako]



Ta przyjemnie kolorowa ośmiorniczka podobnie jak szkaradnica należy do najbardziej śmiercionośnych zwierząt w oceanie. Nie atakuje, o ile nie będziemy jej prowokować ani straszyć. Jest malutka, ale neurotoksyny w jadzie potrafią zabić dorosłego człowieka, o ile natychmiast nie zostanie przewieziony do szpitala - paraliż powoduje uduszenie. Co robić? Przede wszystkim reanimować ugryzioną ofiarę i podawać jej tlen. Pod żadnym pozorem nie próbować wysysać jadu, ponieważ jest on trujący przy połknięciu, natomiast należy starać się wycisnąć z rany tyle trucizny, ile tylko się da.

Fale i prądy morskie 



Uważać też trzeba na bardzo silne prądy morskie i fale. Z tego względu na niektórych plażach, zwłaszcza na jednej z najpiękniejszych - Zatoce Kabira - nie wolno kąpać się w ogóle, mimo że to jedno z niewielu miejsc, gdzie piasek jest piaskiem. Na innych natomiast mogą być ograniczenia godzinowe, np. tylko od 9:00 do 12:00 i tylko w kamizelkach, ponieważ często zdarzają się tam utonięcia. Kamizelki są wtedy rozdawane przez osobę przy plaży, która przypilnuje, czy aby na pewno się stosujecie. Kąpaliśmy się właśnie w takim miejscu i mimo tego, że woda była płytka, gdy położyło się bezładnie na powierzchni, ciało przemieszczało się w szybkim tempie. Wejście głębiej, gdzie nie ma już się gruntu pod nogami, może być po prostu niebezpieczne, gdy nie będziemy mieć na tyle siły, aby wrócić. Podobnie jak z Bałtykiem - nie jest to specjalnie odkrywcze.

Uwaga też na większe fale, jeśli otoczenie jest pełne twardych raf koralowych. Jeśli stracimy równowagę i nas na taką skałę zniesie, można się pokaleczyć.


Hotele na Okinawie

Jeśli chodzi o hotele na Okinawie i ogólne spanie - zasady są takie jak wszędzie. Polecam jednak przed zabukowaniem hotelu sprawdzić, czy mimo tego że mieści się on 10 metrów od plaży, nie stoi przed nim betonowy mur, który trzeba będzie obchodzić przez kilometr lub dwa. Widać to np. na zdjęciach satelitarnych. Jeśli nie widać, to wystarczy dokładnie poczytać opinie osób, które w tym miejscu przed nami były.

Myślę, że dobrym rozwiązaniem jest, jeżeli nie stać nas np. na hotel przy plaży, wybranie takiego blisko portu, z którego wypływają promy na pozostałe wyspy lub blisko przystanku autobusowego, aby móc się w miarę sprawnie poruszać. Odbędzie się to, co prawda kosztem widoku z okna, ale coś za coś.



Tak właśnie zrobiliśmy my - kupiliśmy najtańszy możliwy pokój w "hotelu" na Ishigaki, wśród rozpadających się ruder, ale za to przy porcie i stacji autobusowej. Kosztował "zaledwie" 7000 jenów za noc dla dwóch osób (z łazienką). W wysokim sezonie doliczyć trzeba 500 jenów. Był to jeden z bardziej ohydnych hoteli, w jakich mieszkałam, choć na zdjęciach (w tym i moich własnych) wszystko wyglądało w miarę porządnie. W efekcie spaliśmy na łóżkach, które trzeba było codziennie odkażać płynem mordującym robaki, nie mieliśmy poduszek, nie mieliśmy prześcieradła, do tego wszędzie były mrówki, które nie dawały spać, bo urządzały sobie nocne spacery po nogach, a z łazienki wydobywał się odór kanału. Przynajmniej lokalizacja była super, więc tak naprawdę nie wypada mi narzekać. 

Transport po wyspach


Między poszczególnymi głównymi archipelagami wysp w obrębie pref. Okinawa są naprawdę spore odległości. Stąd też trudno będzie się dostać z Okinawy-Okinawy na np. Ishigaki, o ile nie będzie to połączenie lotnicze. Natomiast w obrębie jednego archipelagu np. Yaeyama funkcjonuje bardzo dobrze zorganizowana sieć promów działających jak tramwaje wodne. Koszt przeprawy w jedną stronę zależy od pokonywanego dystansu - natomiast trzeba liczyć od 1 do 2 tysięcy jenów. Samo dotarcie na sąsiednią wyspę to nie wszystko, trzeba wiedzieć, jak się po niej poruszać. I tak np. na Taketomi, Haterumie czy Kuroshimie jedyną opcją są rowery. Wypożyczalnie zabiegają o turystów już w porcie. Ustawione też są busiki, które dowożą klientów do bazy rowerowej i zawożą nas później do portu o umówionej godzinie. 



Bardzo często zdarza się, że nasze rowery zostaną podebrane przez innych wycieczkowiczów i wtedy nie pozostaje nam nic innego, jak zadzwonić, by dowieźli nam nowe... Trzeba mieć zatem numer do wypożyczalni przy sobie i mniej więcej orientować się, gdzie jesteśmy. Można też spróbować dodatkowo oznakować swój rower np. apaszką, bo wstążki, które pozwalają rozróżnić między sobą wypożyczalnie, na niewiele się czasem zdają.



Na niektórych wyspach bez zorganizowanej wycieczki lub bez uznawanego prawa jazdy nie ma możliwości poruszania się, ponieważ nie funkcjonuje tam żaden sensowny lokalny transport. Przykładem jest Iriomote, gdzie jest tylko jedna droga, a autobus ponoć jeździ raz na 3 godziny według swojego własnego rozkładu, o ile w ogóle jeździ, bo nie spotkaliśmy po drodze żadnego. Bez samochodu jesteśmy uwięzieni w porcie i tylko w porcie... Być może w kolejnych latach to się zmieni, ale jak na razie nic mi o tym nie wiadomo.

Jak się dostać na Okinawę?

Tutaj polecam jedynie drogę lotniczą, ponieważ jest to szybkie i oszczędne rozwiązanie. Jakie linie latają na wybrane wyspy? O tym przeczytanie w poście o tanim lataniu po Japonii

Ten tekst nie ma za zadanie straszyć. Trzeba być po prostu świadomym istnienia pewnych zagrożeń i zakodowania sobie procedur, co robić, gdyby rzeczywiście coś się stało. Bo lepiej jest wiedzieć wcześniej, niż dowiadywać się w trakcie. Japończycy są dobrze przygotowani do udzielania pomocy, o czym chociażby świadczy odpowiednie oznakowanie terenu. 

Każdego roku Okinawę odwiedzają tysiące turystów i każdego roku podróżuje się tu z malutkimi dziećmi, które pluskają się w oceanie. Wniosek: nie ma powodów do obaw, jeśli tylko ma się głowę na karku. :-) Niestety zawsze znajdą się tacy, którzy za brawurę zapłacą wysoką cenę, ale na to już nie ma rady. 

by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at czerwiec 27, 2015 11:33

TOP 10. Cuda natury w Japonii


W ciągu tych pięciu lat odwiedziłam w Japonii naprawdę sporo miejsc. Jak każdy, mam swoich faworytów i zamierzam ich Wam przedstawić. Zaczynam od subiektywnego rankingu najpiękniejszych cudów natury południowej Japonii.



Miejsce 10. Jezioro Biwa - gdzie nie wiadomo, kiedy zaczyna się niebo



Biwako to największe jezioro w Japonii. Na jego wody wpłynęliśmy od strony Nagahamy w pref. Shiga. Panowała tam cisza, którą jedynie mącił silnik naszej łodzi. Sieci rybackie były założone, a na nich wylegiwały się leniwie ptaki. Kolor nieba i wody zlewał się w jedno tak, że nie było wiadomo, gdzie tak naprawdę zaczyna się niebo, a linia horyzontu rozmywała się w oddali...     

Miejsce 9. Wodospad Nachi - huk hektolitrów wody



Według wielu japońskich tekstów ten wodospad uznaje się za najwyższy w Japonii i jest on najwyższy pod względem najdłuższego jednego "spadu". Znajduje się on w prefekturze Wakayama. Tak naprawdę nie jest on nieprawdopodobnie piękny, ale otoczenie, zapach lasów i wilgoci tworzy niepowtarzalny klimat, tak jak i świątynia u stóp wodospadu.

Miejsce 8. Hashiguiiwa - japoński Angkor Wat 



Jak się okazało moje skojarzenie było takie samo, jak wielu innych przede mną. Hashiguiiwa to skalny Angkor Wat (Kambodża to moje wielkie marzenie, miejsce, które rozbudza moją wyobraźnię do czerwoności i nie pozwala mi o sobie zapomnieć). Skalny Angkor Wat w Japonii to przykład, jak niesamowicie żywotna jest lub była ta ziemia. Wokół kamieni można spacerować, jeżeli skacze się po skałach wystających z wody.

Miejsce 7. Gembudō - wulkaniczne formacje niedaleko "kociego ogona"



Do Nekozaki w pref. Hyōgo trafiliśmy, bo spodobał mi się jego kształt na mapie - długi wbijający się w Morze Japońskie cypel, który przypomina koci ogon i tak też się nazywa. Teoretycznie nie ma tam nic, a Japończycy mieszkający całe życie w Hyōgo nie wiedzą nawet o jego istnieniu. A jak się okazuje w niedalekim sąsiedztwie ukryte są niezwykłe formacje wulkaniczne i jaskinie, na których widok szczęka opada samoistnie. Przemieszczająca się lawa przez kilkaset lat zostawiała walcowate nacieki i stworzyła krajobraz nie z tej ziemi.

Miejsce 6. Umikongō - potężne klify



Gdy zobaczyłam zdjęcie w przewodniku National Geographic, powiedziałam "jedziemy tam!" Cztery lata później się udało. Dojazd jest bardzo skomplikowany, ale udało nam się dotrzeć po trudach i znojach. Dzikie klify naprawdę zapierają dech. Są potężne, majestatyczne, ostre i nieregularne. Przypominają o niebezpieczeństwie, jakie grozi nierozważnym. Kontrast zieleni i wulkanicznych skał formowanych przez tysiące lat zanurzonych w nieprzewidywalnych wodach Pacyfiku powoduje, że nie można przez dłuższą chwilę oderwać oczu.

Miejsce 5. Plaża Yonehara - brzydka plaża, najcudowniejsza rafa koralowa



Mieliśmy okazję nurkować z rurką na niemal wszystkich rafach koralowych na wyspach Yaeyama. Pewien miejscowy, który wiózł nas z lotniska do wypożyczalni samochodów, powiedział nam, że to najlepsza plaża w okolicy, jeśli chodzi o podwodny świat. Nie mylił się. Wystarczyło włożyć głowę do wody i traciło się poczucie czasu. Wszystkie najbardziej kolorowe rybki - niebieskie, żółte, czerwone, z dużymi "ustami", ogromne zebry, kałamarnice, nemo - są na wyciągnięcie ręki, w znacznie większej ilości niż gdziekolwiek indziej.

Miejsce 4. Zatoka Kabira - turkusowa woda i bieluśki piasek



To chyba jedyne miejsce na wyspach Yaeyama, gdzie plaża jest rzeczywiście piaszczysta. Wszędzie indziej piasek, to tak naprawdę rozdrobione korale, dlatego chrzęści pod nogami i jest średnio przyjemny w dotyku. Kabira natomiast zachwyca turkusową wodą, cudownie miękkim piaskiem i zielonymi wyspami rozsianymi po całej zatoce. Niestety (jak w wielu miejscach) nie można się tam kąpać, ponieważ prądy są zbyt silne, można natomiast podziwiać i podziwiać, i podziwiać.

Miejsce 3. Lasy mangrowe - najdziksze w Japonii



Najdziksze i największe lasy mangrowe w Japonii rosną sobie spokojnie na wyspie świętych kotów - Iriomote. Mangrowy to wyjątkowe drzewa, zakorzenione są bezpośrednio w wodzie i to na dodatek słonej. Potrafią filtrować sól za pomocą liści. Są niezwykle ciężkie, dlatego toną. Bardzo trudno je wyrwać, tylko tajfunom się to udaje i to nie zawsze! Rejs pierwszym możliwym statkiem, kiedy nie ma ludzi, to niezapomniana wycieczka.

Miejsce. 2. Tottori Sakyū - jałowa, surrealistyczna przestrzeń



Niewiele miejsc zrobiło na mnie tak wielkie wrażenie jak wydmy w Tottori. Chciałam tam pojechać, aby poczuć się choć przez chwilę jak bohater powieści Kobieta z wydm Abego Kobo, choć to nie o tych wydmach pisze autor. Te w Tottori natomiast są największe i najwyższe. Wyglądają jak wielkie piaszczyste góry, cały czas smagane wiatrem, utrudniającym wspinaczkę, mówienie, a nawet robienie zdjęć. Niemniej jednak jest to tak dziwne, surrealistyczne miejsce, że aż jedno z najpiękniejszych.
www.podrozejaponia.blogspot.com/2014/05/wydmy-japonskie-w-tottori-tottori-sakyu.html


Miejsce 1. Dolina Iya - miejsce, do którego wracam myślami najczęściej



Moim niepodważalnym Top 1 jest Dolina Iya, którą odwiedziłam tylko raz w 2010 roku. Od tego roku zakochałam się w tym miejscu i łapię się na tym, że gdy myślę o Japonii, myślę przede wszystkim o szmaragdowej wodzie w otoczeniu gór, zielonych kamieniach i najgęstszym lesie, jaki w życiu widziałam. Chłód bijący od rzeki przynosi ukojenie w upale. Liczne wodospady, szlaki górskie, zapach mokrego drewna - to wszystko powoduje, że Sikoku jest dla mnie najpiękniejszym, najmniej zbadanym zakątkiem Kwitnącej Wiśni, który chciałabym odkrywać i poznawać.
www.podrozejaponia.blogspot.com/2011/01/gora-tsurugi.html

by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at czerwiec 27, 2015 11:20

Dzieciowo mi

Choroba lokomocyjna – jak sobie z nią radzić i jak jeździć z dzieckiem?

Sama jestem ofiarą. Wakacyjne rajzy wspominam jako akcje polegające na natychmiastowym zatrzymaniu auta, szturmie na krzaczki i gwałtownym  oddawaniu naturze tego, co

by Malwina Ferenz (Krusz.) at czerwiec 27, 2015 09:58

Bezwstydnica

Perpekcjonistka

perpetuum

Konstrukcja wzorowa na maszynie Leonarda da Vinci.

Działa :)

Pozdrawiam
Kura perpekcjonistka (nie mylić z perfekcjonistką)
PS Oryginał na stronie www.google.it perpetuum mobile

by admin at czerwiec 27, 2015 09:10

zycie na kreske

czerwiec 26, 2015

Zapiski dojrzalej kobiety

Zielono, zielono ... i zielony wiersz.

Ja nie chcę wiele:
Ciebie i zieleń,
i żeby wiatr kołysał
gałęzie drzew,
i żebym wiersze pisał
o tym, że... każdy nerw,
każda chwila samotna,
każdy ból - jakże częsty, jak częsty! -
zwiastuje otchłań,
mówi : nieszczęsny....

ja nie chcę wiele,
ale nie mniej niż wszystko:
Ciebie i zieleń
i żeby listkom
akacji było wietrznie,
i żeby sercu - bezpiecznie,
i żeby kot się bawił firanką
jak umie
żeby siedzieć na jerozolimskim ganku
i nic nie rozumieć.
Pętacki wiersz
sam wiesz, że łżesz,
ale dlaczego tak boli, tak boli?
chyba już nic nie napiszę
w ogromną i groźną ciszę
schodzę powoli

ja nie chce wiele:
Ciebie i zieleń...

(Autor: Władysław Broniewski „Zielony wiersz”).


(Zdjęcia zrobione w Parku Ujazdowskim).

Pół roku za nami, czy to możliwe?
Przecież nie tak dawno był sylwester i nowy Rok i nadzieja, ze będzie on dobry i szczęśliwy.
Na razie jest szczęśliwy, wszak urodził się wnuczek, ale jednocześnie jest to bardzo trudny rok.

O! właśnie lunął gwałtowny deszcz.
Wiedziałam, a właściwie byłam pewna, ze tak będzie.
Po pierwsze czułam się od rana fatalnie.
A po drugie – pani sprzątająca umyła, jak zwykle w piątek, okna.
Nie ma lepszego przyciągacza deszczu jak świeżo umyte okna;)))
Deszcz mi nie przeszkadza, niech pada, jutro przetrę okna i po kłopocie.

Zaklepałam sobie terminy leczenia sanatoryjnego na przyszły rok, to będzie w połowie kwietnia i w połowie listopada.
Chyba, ze w tym roku ten listopad mi nie przypasuje, to od razu na miejscu sobie termin zamienię i wrócę do wyjazdów wrześniowych.
Pożyjemy – zobaczymy, jedno jest pewne, powinnam jednak Busko odwiedzać dwa razy do roku.
Mimo, ze nie mam na to wielkiej ochoty - muszę, bo mój kręgosłup się tego bardzo wyraźnie domaga.
Ćwiczę tak jak powinnam, ale jakoś efektów nie czuję – cóż, jak się bimbało kilka miesięcy, to poprawy nie będzie w ciągu miesiąca.

Na weekend przywozimy Wiktorię.
Fakt, spokojny weekend, bez zobowiązań jest kuszący, ale patrzenie na wnuczkę jak rośnie, jak się zmienia, jak rozwija, jak próbuje pomagać „by babci nie była zmęczona”, jak próbuje mnie pocieszać, kiedy nie mam humoru jest bardzo fascynujące i rekompensuje utracony „święty spokój”.
Staś też z dnia na dzień robi się bardziej kontaktowy, śmieje się już do ludzi całkiem świadomie, bardzo chętnie przygląda się na kolorowe zdjęcia siostry, które ma w zasięgu wzroku i bardzo chce odpowiedzieć jak się do niego mówi.
Ale na konwersację z wnukiem muszę jeszcze trochę poczekać;))).

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at czerwiec 26, 2015 07:13

Zuzanka

efka i koty

Torba na zakupy 2

Kilka dni temu powstała druga torba na zakupy.
Few days ago I made second shooping bag.


 Wzór jest narysowany bezpośrednio na torbie pisakiem do tkanin.
Jest utrwalony na gorąco i można torbę delikatnie prać.
I draw it with textile paint pen. The bag can be washed.

by efka i koty (noreply@blogger.com) at czerwiec 26, 2015 06:42

Anrzej rysuje

moje waterloo

2098


imię i nazwisko
adres
PESEL
URZĄD STANU CYWILNEGO
W …………………...


Wniosek o zmianę nazwiska

Wnoszę o zmianę nazwiska z ………………………. na ……………………………..

UZASADNIENIE: 

Szanowni Państwo!
             W chwili obecnej noszę nazwisko dwuczłonowe, składające się z mojego nazwiska panieńskiego oraz nazwiska byłego współmałżonka. Z owym współmałżonkiem nie łączy mnie już nic, poza całkowicie pełnoletnim dzieckiem oraz prawomocnym wyrokiem rozwodowym. Dziecko – bardzo uprzejmie zapytane – na ową zmianę wyraziło zgodę, natomiast wyrok to jakość sama w sobie. Na dogłębne przemyślenie tej sprawy miałam lat nieomal 17, na tyle bowiem opiewa rzeczony wyrok, można więc przyjąć, że moja decyzja w żadnej mierze nie jest pochopna. Natomiast rodziców bardzo kocham, bo to mili ludzie i nawet, jak na swój wiek, całkiem żwawi. W związku z czym nie widzę przeciwwskazań dla dalszego noszenia nazwiska, z którym powołali mnie na świat. Dodatkowo po tylu latach czuję głęboką potrzebę, by zamknąć całkowicie rozdział mojego śp. małżeństwa, szczególnie że do dziś nie dostrzegam w nim jakiegoś wyjątkowego sensu. Poza, ma się rozumieć, ww. dzieckiem. Przy tym pragnę podkreślić, że jestem przy zdrowych zmysłach, choć zdarza się, że niektórzy mają co do tego wątpliwości.
              Do nazwiska panieńskiego po rozwodzie nie powróciłam z uwagi na – naówczas – małoletnią córkę, a w szczególności jej komfort psychiczny. Nie wiem czy to wystarczyło, ale daję słowo, że bardzo się starałam.
              W związku z powyższym byłabym ogromnie zobowiązana, gdyby spojrzeli Państwo na moją prośbę łaskawym okiem i przychylili się do niej. Może to nie jest jakaś wielka sprawa, ale da mi pewna wewnętrzną wolność. A to jednak coś, jakby nie patrzeć.




...............................................................
                                                                                                                  data i podpis wnioskodawcy




Myślicie, że chwyci?

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at czerwiec 26, 2015 03:48

Od rana do wieczora

Wakacje 2015 – czas start!

I oto są. Wreszcie koniec zdzierania Michasia z łóżka. Dziś po trzyipółgodzinnym maratonie szkolnym wróciliśmy do domu ze świadectwami, w białych koszulach z plamami po lodach truskawkowych. Wczoraj, kiedy usuwałam z telefonu alarm o 6.33, byłam radośnie podekscytowana, dziś jestem po prostu zmęczona. Siedzę w biurze, piję kawę, która, mam nadzieję, postawi mnie na nogi i zbieram siły, żeby wziąć się za jakąś robotę.

Kiedy niedawno czytałam u Ewunki, jak to bladym świtem szykowała dla Marcelego strój żuka, który nachodził biedronkę, myślałam sobie, że mnie to właściwie Los (uosobiony przez kochane Panie w przedszkolach) w tej materii oszczędził. Pamiętam jedynie przebranie zająca, które zrobiłam dla Piotrusia w zerówce, a w pierwszej albo w drugiej klasie przerobiłam je, całkiem zgrabnie, na kostium psa. A tu pojawiła się żaba. Aby dodać historii szczyptę dramatyzmu, powinnam napisać: pojawiła się nagle i niespodziewanie, ale minęłabym się wówczas z prawdą, bo już jakiś czas temu Michaś pokazał mi otrzymaną od Pani instrukcję wykonania kostiumu żaby. Spojrzałam, zobaczyłam, zapomniałam.

Przedwczoraj dostałam smsa od Marysi, mamy Julki, czy już robiłam żabie oczy na opasce i czy mi się trzymają. Ups. Jaka żaba? Wezwany na przesłuchanie Michaś wzruszył ramionami:

- No przecież pokazywałem ci tę kartkę od pani. Jest w moim plecaku.

Nieoceniona Marysia kupiła dla Michasia zioloną opaskę bawełnianą i skarpetki, które po przymocowaniu doń srebrnych kółeczek udawały żabie łapki. W instrukcji od Pani były rękawiczki, ale skąd w czerwcu wziąć zielone rękawiczki? Ponad godzinę zajęło nam wspólne klejenie, wycinanie i mocowanie elementów żabich kreacji, w których nasza progenitura występowała przez 7 minut. Łatwiej miały mamy krasnoludków, ubranych w czapeczki i koszulki pod kolor, trochę napracowały się mamy kwiatków, ale naprawdę dużo roboty miały mamy motylków: wszystkie motylki miały skrzydełka z kolorowego tiulu, z naszytymi cekinami i innymi dżetami. Wyglądały bajecznie, ale nie wydaje mi się, żeby produkcja zajęła mniej niż dwie godziny. Była okazja do matczynej integracji.

Gdyby nie ten występ, to wysłałabym chłopaków po świadectwa we dwóch i zamiast uganiać się za Wojtkiem po szkolnych korytarzach, czekałabym na nich z pierogami niczym archetypiczna matka, przywoływana często przez bibliotekarkę z mojej podstawówki, Panią Lidzię: ilekroć miała dość towarzystwa mojego i mojej przyjaciółki Renatki, a nachodziłyśmy ją regularnie każdego dnia po lekcjach, odsyłała nas do mamy na pierogi. No ale występ dziecka wypadałoby obejrzeć, to poszłam.

Chłopcy mają bardzo ładne świadectwa (Piotruś z paskiem, Michaś opisany tak pięknie, że chyba jego Pani miała na myśli kogoś innego. Zawsze bardzo dobrze przygotowany do lekcji? Bardzo starannie wykonuje zadania i pisze bezbłędnie? To na pewno nie chodzi o moje średnie dziecko!), żadnych rozdzierających serce matki końców i rozstań w tym roku nie przeżywaliśmy, delektuję się komfortem stabilizacji. Nowości szkolne czekają nas za dwa lata, zbieram siły. Jednak jestem pełna optymizmu: ta koszmarna czwarta klasa okazała się o niebo lepsza, niż pierwsza, która miała być bułką z masłem. Piotrek nie miał większych problemów z adaptacją w nowej sytuacji, uczył się mniej niż moim zdaniem powinien, jedyne nad czym mocno się męczył to matematyka – nie tyle chodziło o ogarnięcie materiału, co o mnóstwo zadań domowych z tego przedmiotu. Konflikty w klasie owszem, zdarzały się, ale udało się je rozwiązać bez ofiar w ludziach. Wyraźny podział na wrogie obozy dziewcząt i chłopców zaczął się zaznaczać dopiero pod koniec roku, podczas gdy w klasach równoległych akcje na tym tle trwały już od września. Piotrusia, wielbiciela płci pięknej, szalenie martwi, że koleżanki z klasy rozmawiają z nim tylko wtedy, gdy w pobliżu nie ma innej dziewczynki.

Wiecie, jakie jest moje podejście do wakacji (wiwatuję, kiedy się kończą), ale w tym roku dobrze zaplanowałam chłopakom czas, więc pytanie, które w głowie każdego rodzica już od maja świeci z mocą różowego neonu: „Co zrobić z dziećmi przez dwa miesiące?”, nie zatruwa mi życia.

Pierwszy tydzień wakacji spędzą na obozie sportowym, drugi na półkoloniach w centrum sportowym z pływalnią, a trzeci i czwarty na półkoloniach w domu kultury. W ostatnim tygodniu lipca postawię na podtrzymywanie więzi wnuków z ukochanymi dziadkami, a sierpień to już z górki. Jakiś tydzień wczasów rodzinnych, potem pobyt u jednej babci i drugiej, i wrzesień nastanie, zanim się obejrzymy. W wakacje czeka nas remont mieszkania, niby „tylko” malowanie, ale wiecie jaka to masakra w mieszkaniu, w którym się mieszka. Jak sobie pomyślę o pakowaniu książek, to już mi słabo. W planach mamy też reorganizację przestrzeni mieszkalnej, czyli przeprowadzamy się z mężem na kanapę, oddając młodszym dzieciom swoją sypialnię, a najstarszemu pozostawiając najmniejszy pokój. Myślę, że pożałuję tej decyzji już pierwszej nocy na kanapie, ale trudno, rozmnożyliśmy się beztrosko, trzeba ponieść konsekwencje. Mąż szalenie cieszy się, że wyląduje w pokoju z telewizorem, Piotruś cieszy się z własnego pokoju, Michaś cieszy się, że będzie spał na górze na łóżku piętrowym, więc ostatecznie rodzinny bilans wychodzi na plus.

Życzę Wam bardzo udanych wakacji.

DODATEK FOTOGRAFICZNY

Oto najmniejszy z dzisiejszych elegantów pod moim dachem.

- Wygląda trochę jak prezydent! – podsumował go z uznaniem Michaś.

wojtuslody

by Chuda at czerwiec 26, 2015 02:46

Dzieciowo mi

Syndrom dziecka podróżującego i jak ocalić auto

Co to jest syndrom dziecka podróżującego? To stan, który uaktywnia się u 99% populacji nieletnich, kiedy następuje odpalenie silnika w samochodzie, odjazd

by Malwina Ferenz (Krusz.) at czerwiec 26, 2015 02:18

Anna Sakowicz

Przeznaczenie znajdzie drogę

Jeżeli ktoś wierzy w przeznaczenie, to nie ma wyjścia i musi wierzyć również w to, że ono zawsze znajdzie odpowiednią drogę. Można kluczyć, chodzić na skróty, a i tak stanie się to, co miało się stać. „Przeznaczenie znajdzie drogę” to powieść, która pokazuje, że przed tym, co zaplanował los, nie da się uciec. Powieść jest…

by anna.sakowicz at czerwiec 26, 2015 01:07

Dzieciowo mi

Szybciorem 161 – dobrze wychowana

W przeciwieństwie do codziennego życia rodzica poczciwego, ta podróż do przedszkola przebiegała inaczej. Głównie ze względów ilościowych, ponieważ w siedmioosobowej landarze podróżowałam

by Malwina Ferenz (Krusz.) at czerwiec 26, 2015 12:53

Czytadelko

Lekkość - Anna Starmach, Maria Kruczek

Przy okazji ostatniej książki Anny Starmach pisałam o tym, że bardzo lubię jej publikacje i często z nich korzystam, wiadomo więc było, że Lekkości nie mogłoby zabraknąć w mojej biblioteczce. Jednak powiem szczerze, że nie czuję się do końca usatysfakcjonowana. 

Tym razem do napisania książki Anna Starmach zaprosiła swoją trenerkę Marię Kruczek, dzięki czemu powstała publikacja nie tylko kulinarna, ale i treningowa. Lekkość podzielono więc nie według rodzajów potraw (tak jak w poprzednich książkach słodkie/słone), ale według pięciu tygodni, po których, stosując zalecenia autorek, powinnyśmy poczuć się lepiej i lżej we własnym ciele. Zestawy ćwiczeń dostosowane są do poziomu zaawansowania, tzn. w pierwszym tygodniu zaczynamy od tych najłatwiejszych z mniejszą ilością powtórzeń, aby wkrótce niemal dzień po dniu przechodzić do tych coraz trudniejszych. Inaczej jest z przepisami, tutaj, mam wrażenie, panuje totalny misz-masz, dzięki czemu stosując się do planu treningowego Starmach i Kruczek możemy je sobie dowolnie mieszać, by dzięki temu nie wpadać w jedzeniową rutynę. 

Czy jestem zadowolona? Szczerze mówiąc nie wiem. Nie jestem ani zadowolona, ani nie zniechęcam do sięgnięcia po tę książkę, mam wręcz wrażenie, że nie ja jestem odpowiednim jej odbiorcą. Nie interesowały mnie zamieszczone w Lekkości ćwiczenia, choć te opisane są dokładnie, a jednak prosto, a w dodatku zilustrowane, więc nie wykluczam, że kiedyś w przypływie pełnej motywacji być może z nich skorzystam. Póki co jednak motywacji mi brak, a w książce duetu Starmach i Kruczek skupiałam się raczej na przepisach. A tych, no cóż, niby łącznie jest 60, ale mi tak jakoś mało, bo dużo tu rzeczy, które mogą stanowić ciekawe dodatki, ale raczej się nimi nie najemy (choć może o to chodzi w byciu fit, by się przypadkiem nie najadać). Choć znalazłam parę inspirujących przepisów (placuszki ze szpinakiem, zupa kalafiorowa z serem pleśniowym, zupa z pieczonych warzyw z kurczakiem, łosoś marynowany z limonką i awokado, zupa bardzo zielona czy krewetki na ostro), to jednak jak dla mnie za dużo w tej książce przekąsek, a za mało konkretów. Zdecydowanie wolałabym dostać więcej propozycji obiadowych niż bzdetów typu jajko smażone w papryce, sos tzatziki, serowe kulki, pastę jajeczną czy warzywne paluszki (marchewka, ogórek i seler naciowy pokrojone w słupki i maczane w sosie czosnkowym).

Niemniej jednak choć sama nie czuję się przekonana, to jestem pewna, że Lekkość znajdzie również grono w pełni zadowolonych odbiorców. 

Anna Starmach, Maria Kruczek, Lekkość. Chudnij pysznie , Kraków, Wydawnictwo Znak Literanova 2015

by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at czerwiec 26, 2015 11:15

pokolenie ikea

16958454717_87d56a65e3_b

Nosił wąsy, ale to był czas kiedy każdy nosił wąsy i długie włosy. Kiedy miał 21 lat zaczął pracować przy giełdzie. Siedział w papierach, robił przyzwoitą kasę, a ponieważ robota nudziła go jak cholera zaczął malować. Malowanie było znacznie ciekawsze niż giełda.

Poznał dziewczynę. Niezbyt ładną, dość przy kości, ale coś między nimi zaskoczyło. Była nauczycielką, ale akurat przyjechała do jego miasta ze swoją kumpelą. Jej rodzice byli dość naładowani, jej ojciec był sędzią.

Ślub, pierwsze dziecko, dziewczynka. On idzie pracować do banku. Rodzi się im syn. Praca przynosi sporo szmalu, kolejny syn. On ciągle maluje, czasami bierze nawet udział w wystawach.

I kiedy wszystko idzie całkiem nieźle gówno uderza w wentylator. Giełda robi bum, przyszedł europejski kryzys finansowy. Stracił sporo kasy, spojrzał w lustro i stwierdził że w wieku 34 lat czas zająć się tym czym najbardziej lubi. Czyli malarstwem. 

Tak też zrobił. Narodziło się kolejne dziecko, przeprowadzka do innej chaty gdzie taniej, bo kasy generalnie nie było. Żona chodziła wkurwiona, przyzwyczajona do zupełnie innego standardu życia. Jej facetowi nagle się w dupie poprzewracało. Znalazła robotę jako nauczycielka i przeniosła się z dziećmi do rodziców.

On jeszcze tam pojechał, jeszcze usiłował walczyć o ich małżeństwo (wziął się za sprzedaż brezentu, co pokazuje do czego zdolni są mężczyźni dla kobiet), ale wykopała go za drzwi. Malował dalej, nikt za specjalnie nie chciał tego kupować ale z kumplami artystami nieźle się piło i generalnie wszystkie dupy były ich.

Pojechał do jednego z nich na dwa miesiące, pomalowali razem. Ale chata była niewielka więc jak to w życiu po czasie nawet najlepszy wspólokator zaczyna cię wnerwiać. Postanowił wrócić na swoje śmieci. Kiedy przekazał kumplowi tę informację (koniec chlania, koniec malowania) tamtemu coś jebnęło w instalacji i opierdolił sobie brzytwą kawałek ucha.

Na dodatek zawinął to ucho w gazetę i poszedł do pobliskiego burdelu. Wręczył je pani negocjowalnego afektu o imieniu Rachel i powiedział: popilnuj go.

Artysta potrzebuje więcej. Aby wiedzieć co tworzy. Obcięcie ucha nie pomogło. On i tak się zwinął, pojechał w objazd po nadmorskich wiochach, opychając malunki turystom. W końcu przeniósł się na Tahiti gdzie malował i stukał dupencję o 30 lat od niego młodszą.

Ten koleś nazywał się Paul Gauguin. Jego kumpel od ucha to Vincent van Gogh.

W lutym tego roku obraz Gauguina przedstawiający dwie młode Tahitanki sprzedano za 300 mln dolarów. Kupiła go katarska rodzina królewska.

Młodość jest intensywna

Moi rodzice są z innego świata, który nazwał się PRL.

Większość ich życia przypadała na czas, kiedy zarabiało się mało, ale do domu wracało o 16, były dwa kanały w telewizji, na dodatek czarno – białe, kupno szynki było wyzwaniem, a pomarańcze jadło się raz w roku. Mało kto za ich czasów wiedział co to jest depilacja, prawie nikt co to jest internet. Nie wiedzą więc tak do końca gdzie żyją teraz. Nie rozumieją sporej części świata, który się zmienił, Nie nadążają za nim.

Jeśli zaś nie rozumieli, nie mogli ostrzec. Bo ponoć dzieci nie można powstrzymać można tylko ostrzec. Są takie rzeczy, które chciałbym, żeby ktoś mi wyjaśnił kiedy miałem 20 kilka lat.

Teraz jesteśmy młodzi za chwilę będziemy starzy i nikt tego nie zauważy. Młodość jest fajna bo młodość jest intensywna. I możesz robić wtedy totalnie banalne rzeczy siedzieć na koncercie, jechać pociągiem, pić piwo na plaży, całować kobietę na przejściu dla pieszych i ta chwila będzie trwała w twojej pamięci przez lata.

I dekadę później możesz być na koncercie, jechać pociągiem, pić piwo na plaży, całować kobietę, która będzie jeszcze piękniejsza niż ta poprzednia i to już nie będzie to samo, bo zabraknie tej intensywności.

I to wspomnienie zamaże się, wymiesza, przetrawi, a później zostanie odłożone jakaś nieużywaną półkę do której nigdy się już nie zajrzy. Co najwyżej oglądając stare zdjęcia.

Młodość jest naznaczona tęsknotą. Bo tego nie da się powtórzyć. Tej inensywności, beztroski, słońca, opalonych kobiecych, nóg, uśmiechów i czekolady. Wiele razy słyszałem, że nasze życie w pewnym momencie przyspiesza. Że na początku jest gęste i upakowane, a później coraz rzadsze.

Chciałbym, żeby moi rodzice powiedzieli: staraj się wykorzystać swój czas, napakuj go intensywnie, naucz się cieszyć drobnymi rzeczami, to zaprocentuje w przyszłości, bo to małe rzeczy w ostatecznym rachunku dostarczają nam najwięcej przyjemności.

Chciałbym żeby mi powiedzieli: szkoła nie da ci dobrej pracy. Dobrą pracę daje wiedza.

A to nie to samo. To bardzo polskie – uczymy się dla stopni. Stąd bierze się to ściąganie, pisanie na zamówienie prac, te często bezsensowne doktoraty. Chcesz mieć dobrą pracę? Inwestuj w umiejętności, nie oceny. A jeszcze lepiej inwestuj w pasję.

Nic nie jest dane na zawsze

Przyjaźnie, które wydają się teraz wieczne – rozłażą się. Kobiety i mężczyźni odchodzą z naszego życia. Czasami z naszej winy – bo o to co masz trzeba dbać.

Czasami nie. Bo ktoś nas zdradził, nadużył naszego zaufania, nie traktuje nas z szacunkiem. Najważniejsze jest aby pamiętać to co te osoby dały nam dobrego. Nie dlatego, że im będzie z tego powodu lepiej. To nam będzie lepiej. Bo te osoby zbudowały nas takimi jacy teraz jesteśmy.

Rodzice nie powiedzieli mi: nie przywiązuj się do rzeczy. Bo za ich czasów rzeczy było mało a więc trzeba było je szanować.

A to tylko rzeczy. W generalnym rozliczeniu dostałeś/dostałaś je na chwilę. To, że coś jest porysowane oznacza, tylko tyle że ma rysę. Możesz to naprawić albo nie.

Nie warto więc się tym zadręczać.

I skoro już przy rzeczach jesteśmy: nie kupuj mieszkania na kredyt kiedy jesteś młody. Nic cię w życiu tak nie usztywni. Nic nie pozbawi cię tak bardzo kręgosłupa, jak świadomość że co miesiąc w zębach przez 30 lat musisz zanosić kasę do banku.

„Pracodawca, chcąc sobie stworzyć grupę pokornych niewolników, razem z umową o pracę powinien podstawiać do podpisania umowę kredytu hipotecznego. Takie dwa w jednym, wash & go. Wszyscy dostają to, czego chcą. A jaka oszczędność czasu. Czterdzieści lat pracy, czterdzieści lat spłaty kredytu. Trumna w promocji po spłacie.”

Napisałem ten fragment w „Pokoleniu Ikea” . Pamiętaj zawsze idąc do księgarni po moją książkę spełniasz moje marzenie z młodości. 

Pożeracze badziewia

Kobieta była za chuda. I za drobna. Ale z całą pewnością była bardzo atrakcyjna. Była brunetką, miała duże oczy i pełne usta, przyzwoite nogi. Stanęła niedaleko mnie i w pewnym momencie powiedziała: nie mogłabym umówić z facetem, który jeździ Skodą. Znajomy gej, który był tuż obok wykrzyknął od razu: ja też!!!

Zamurowało mnie.

Nawet wiem, co oni chcieli przez to powiedzieć. Że postrzegany przez nich zespół cech charakteru, który posiadają nabywcy tego typu auta, jest dla nich nieatrakcyjny. Chcą czegoś bardziej oryginalnego, niebanalnego, zaskakującego.

Ale to potwornie głupie. I płytkie.

Nie wierz że chińska elektronika sprawi, że jesteś wart więcej. Nie wierz że jesteś wart mniej bo masz gorszy dostęp do konsumpcji: samochodu, telefonu, ubrania etc. 

Nie dajmy się przerabiać na pożeraczy badziewia.

Zawsze będzie ktoś bogatszy od ciebie

I zawsze znajdzie się ktoś kto odniósł większy sukces. Po prostu. Tak skonstruowane jest życie. I w ostatecznym rozrachunku możesz się z tym pogodzić albo nie. Jeśli się pogodzisz będzie ci łatwiej.

Nadmiar przeszkadza ci wybrać

Wyobraź sobie, że stajesz przed szafą. Jesteś szczupłą kobietą o miodowych włosach, zielonych oczach, wystającym tyłku i nawet nie masz na tym tyłku cellulitu (no, prawie go nie masz).

W szafie masz w 50 par butów. Ile będziesz się zastanawiać nad wyborem? Ile razy będziesz je przymierzać? Ile razy zmieniać koncepcję?

Teraz stań przed tą samą szafą w której są tylko trzy pary. O ile szybciej podejmiesz decyzję? W minutę? W pięć? 

Żyjemy w świecie, w którym jest nieograniczona liczba możliwości. Nasze życie stało się nieustannym poszukiwaniem. Najlepszych spodni, najlepszego samochodu, najlepszego proszku do prania, najlepszego partnera i laptopa.

Nie ta to inna, nie ten to następny. I zawsze, zawsze już po wyborze nachodzi nas wątpliwość: czy aby na pewno, to co wzięliśmy jest ok? A może gdzieś, jest coś lepszego? A może czegoś nie dostrzegliśmy? A może ta blondynka z pracy lepiej ciągnie (znam przypadek faceta, dla którego kluczowym argumentem przemawiającym za rozwodem był brak regularnego loda, nie nie jest półgłówkiem, tylko prawnikiem z całkiem dużą kancelarią).

Ten nadmiar, w pewnym momencie młodych ludzi usztywnia. Nie wybierają, bo boją się że zrobią źle. A życie polega właśnie na selekcji. W pewnym momencie trzeba sobie powiedzieć: niestety nie będę dobrym we wszystkim. Trudno. Skupię się na tym co najlepiej mi wychodzi i sprawia najwięcej przyjemności.

Rzeczy nie muszą być zrobione na 100 proc. Aby być skutecznym wystarczy 80 proc.

Możesz zacząć od nowa. Zawsze

To co zrobił Gauguin, czyli rzucił w pizdu wszystko i zaczął od nowa nazywa się w psychologii syndromem Gauguina. Sram na to jak się to nazywa. Ale Gauguin to przykład, że zawsze można zacząć od nowa.

Jest tylko jedna rzecz, którą trzeba wtedy przeczytać, bo napisana jest naprawdę drobnym drukiem.

Wszystko ma swoją cenę

Gauguin został światowej sławy malarzem, wykopcił wiele kobiet, niektóre z nich były mocno nieletnie co nie pomogło mu w karierze, obcował z najlepszymi malarzami swoich czasów.

Cena?

Zapłacił swoją rodziną.

16958454717_87d56a65e3_b

Photo by Caitlin ‚Caity’ Tobias/CC Flickr.com

———-

inspiracje:

1. The Paradox of Choice: Why More Is Less Barry Schwartz

2. Zdanie: „dzieci nie można powstrzymać można tylko ostrzec”, usłyszałem w wykładzie Jacka Walkiewicza.


by panikea at czerwiec 26, 2015 10:39

Kraina filcu

Smoking kills...

O BOLĄCEJ RURZE I BORÓWCE

 

Nie, tak dalej być nie może. Już pomijam, że boli mnie cała rura i przepona i po schodach na piętro wchodzę z przystankiem na kaszel, ale nie mogę się na starego wydrzeć! Nie dość, że skrzeczący głosik bez żadnej mocy sprawczej, to co zaczerpnę powietrza na wrzask, to mam atak kaszlu! A wczoraj znowu przyszła do niego WIELKA NIEZYDENTYFIKOWANA PACZKA – a ja nic! Najwyżej mogę sobie ponarzekać dyszkantem i wysmarkać nos. To się musi szybko zmienić, bo N. weźmie i się poczuje bezkarny i zamówi Pałac Kultury w odcinkach do samodzielnego złożenia – wszyscy wiemy, jak to się kończy, jak się chłopu poluzuje postronek. Trzeba później bardzo długo naprawiać.

No dobra, do mnie też przyszła paczka, ale mała i z kulturą w środku, więc to w ogóle jest co innego. Więc na przegryzkę Krzywickiej (niestety już kończę! Szkoda, że nie natrzaskała kilku tomów, jak Monika Żeromska) mam Mrożka w odsłonach, Simonę Kossak oraz Maleńczuka (no bo w końcu co, kurczę blade) (jest przepis na heroinę, niestety z jednoczesnym obrazowym opisem, co się dzieje z żyłami abonenta; najbardziej spodobał mi się rozdział w psychiatryku).

Jagodziankę zjadłam. W jagodach był patyk, więc musiały być bardzo, bardzo ekologiczne. (Tak, wiem, w Małopolsce to wcale nie są jagody, tylko borówki. A wobec tego borówki jak są?).

by Barbarella at czerwiec 26, 2015 06:58

zycie na kreske

czerwiec 25, 2015

Slow Day Long

W Polsce jest jak w dżungli. Przetrwają najsilniejsi. I Ci, co najlepiej kombinują.

Pochodzę z przedsiębiorczej rodziny. Praca na etacie nigdy nie była nam wpajana jako jedyna słuszna droga przez życie. Rodzice odkąd pamiętam prowadzą działalność gospodarczą. Mój brat od zera stworzył nieźle dziś prosperującą firmę i rozpoznawalną wśród fanów off-road’ów markę. Damian i ja również porzuciliśmy ciepłe posadki, aby stworzyć coś własnego. Jesteśmy przedsiębiorczy, samodzielni i nie boimy się zainwestować (czytaj: zaryzykować).

Bardzo chcieliśmy dawać innym miejsca pracy. Marzyło nam się bycie firmą, która daje pracownikom godne warunki zatrudnienia, także młodym kobietom, które w każdej chwili mogą zostać matkami. Niestety, zjadły nas koszty, czy też „system”. Jeśli chcecie wiedzieć jak, zapraszam Was do archiwalnego wpisu (TUTAJ).

W końcu musieliśmy się pogodzić z tym, że młodzi przedsiębiorcy zamiast na wsparcie ze strony Państwa, mogą liczyć co najwyżej na to, że zostanie z nich wyciśnięta ostatnia złotówka. Pożegnaliśmy się z biurem i pracownikami i od tej pory jakoś sobie radzimy. Ale czy nie lepiej by było, żebyśmy byli w stanie utrzymać chociaż ze dwa etaty? Dać zatrudnienie dwóm osobom? Utrzymanie dwóm rodzinom? Wygląda na to, że nie.

Mój tato pracuje od 47 lat. Do upadku poprzedniego systemu pracował na etacie. W nowej rzeczywistości postawił na samodzielność i od 25 prowadzi własny sklep. Od 47 lat odprowadza składki do ZUS. Od 25 lat zapewnia stałe i spokojne miejsce pracy kilku osobom. Również za te osoby odprowadza składki do ZUS. Mój tato czasem choruje, ale nigdy jeszcze nie był na zwolnieniu lekarskim. Przez te 47 lat wpłacił do ZUS mnóstwo pieniędzy (wybaczcie, ale nie potrafię policzyć, ile dokładnie). Ile stamtąd wyciągnął? Zero.

A najbardziej porąbane w tym wszystkim jest to, że fakt, iż dostanę 1000 zł zasiłku stawia mnie w gronie szczęśliwców. Na całe szczęście, prowadzę działalność od 9 lat i w żaden sposób nie da się podważyć faktu, że jest ona prawdziwa. Mam więc pewność, że nikt mi nie odbierze prawa do tych nędznych ochłapów. No i jestem w o niebo lepszej sytuacji niż mamy, które prowadzą działalność od niecałych dwóch lat.

Praca mojego taty nie jest lekka, łatwa i przyjemna. Pracuje po kilkanaście godzina na dobę. Codziennie wstaje o 4 nad ranem, bo musi zdążyć przyjąć dostawców ze świeżym towarem.  Robi to po to, żeby być uczciwym w stosunku do swoich klientów i nie sprzedawać im „odświeżanego kurczaka”. Niewiele czasu zostaje mu na odpoczynek, na hobby, na to, żeby pobyć z bliskimi. Wszyscy z utęsknieniem wyczekujemy czasu, kiedy wreszcie będzie mógł przejść na emeryturę. Niestety, mimo stażu pracy jaki ma, nie może tego zrobić.

Dlaczego? Bo jest przedsiębiorcą. Co innego, gdyby był na przykład urzędnikiem państwowym. Wtedy od 7 lat mógłby już cieszyć się zasłużonym odpoczynkiem. Niestety, musi pracować jeszcze kolejne 5 lat, żeby osiągnąć magiczny „wiek emerytalny”. Widzę, że nie ma już na to siły. Ale co zrobić? Taka rzeczywistość. Rzeczywistość, w której za bycie ambitnym i przedsiębiorczym spotyka Cię kara.

Kiedy 5 lat temu zaszłam w ciążę, nasza firma dopiero się rozkręcała. Nie byliśmy przygotowani na to, żebym na wiele miesięcy zniknęła z pracy. Nie chcieliśmy nic jednak robić kosztem Alicji. Końcówkę ciąży spędziłam na zwolnieniu i nie pracowałam dopóki Ala nie skończyła roku. Te 1000 zł zasiłku macierzyńskiego, który mi zostawał po opłaceniu składki zdrowotnej nie wystarczał na pokrycie kosztów zatrudnienia kogoś, kto przejmie moje obowiązki. Musieliśmy na to dorzucić „z własnej kieszeni”, wówczas dość pustej. Niestety, nie zwiększyłam sobie składki będąc w ciąży, dostałam więc zasiłek w minimalnej wysokości.

Kiedy jednak skończył się urlop macierzyński, okazało się, że o „wychowawczym” mogę zapomnieć. Jako wspólnik spółki cywilnej, nie mam takiej możliwości. Musiałabym zawiesić działalność. Ba, musiałby to zrobić drugi wspólnik, czyli mój mąż. No i co za tym idzie, musielibyśmy zwolnić pracowników. I co najważniejsze, całkowicie pozbawilibyśmy się środków do życia. Wspólna firma była, i jest, naszym jedynym źródłem dochodu.

Z dwojga złego wybraliśmy opcję, w której ja jeszcze 6 miesięcy siedziałam z dzieckiem w domu, ale co miesiąc odprowadzałam pełne składki do ZUS, czyli wówczas około 1000 zł. I ile umiem liczyć, wyszło na to, że ten zasiłek, który otrzymywałam od ZUS przez pierwsze 6 miesięcy od urodzenia dziecka, w całości im oddałam, w kolejnych 6 miesiącach mojej absencji w pracy. Fajnie, nie?

Przy drugiej ciąży miałam się już tak nie wkopać. Nie chcę znów spędzać urlopu macierzyńskiego drżąc, czy nam wystarczy pieniędzy na podstawowe potrzeby. Chciałam zapłacić większe składki i przeżyć ten czas w spokoju, nie martwiąc się o to, czy w przyszłym tygodniu będę miała z czego zapłacić czynsz i co do garnka włożyć. To by jakoś zrównoważyło fakt, ze Damian w pojedynkę wypracuje mniej, niż kiedy działamy razem. Widzę jednak, że nic z tego.

Najnowsze zmiany w przepisach uniemożliwią mi ten ruch. Znów będę miała 1000 zł zasiłku, który nie pozwoli mi na beztroskie korzystanie z uroków macierzyństwa. Moje drugie dziecko nie będzie miało tyle szczęścia, co Alicja i nie spędzi ze swoją mama całego roku, bo nie będę mogła sobie pozwolić na taką przerwę w pracy. Teraz już wiem, czym to grozi.

Dobrze, że mam blisko mamę. Dobrze, że ma siły i chęci, żeby zająć się kolejnym wnukiem. Dobrze, że pracuję w domu. Nie będę musiała rezygnować z karmienia piersią. Mama przyniesie mi dziecko co trzy godziny „na cycka”. I już. Jest to jakaś, opcja, ale chyba nie tak to powinno wyglądać?

A najbardziej porąbane w tym wszystkim jest to, że fakt, iż dostanę 1000 zł zasiłku stawia mnie w gronie szczęśliwców. Na całe szczęście, prowadzę działalność od 9 lat i w żaden sposób nie da się podważyć faktu, że jest ona prawdziwa. Mam więc pewność, że nikt mi nie odbierze prawa do tych nędznych ochłapów. No i jestem w o niebo lepszej sytuacji niż mamy, które prowadzą działalność od niecałych dwóch lat.

Wiwat przedsiębiorczość! Ave Polonia!

I tak się zastanawiam, co jest lepszym pomysłem? Przenieść firmę do innego kraju? Czy może „załatwić” sobie lewy etat u kogoś znajomego i mieć i macierzyński i wychowawczy? Co myślicie?

by Kamila at czerwiec 25, 2015 10:01

zapiski zgagi

Zwykłe dni

Spokojny tydzień, jeśli nie liczyć pewnych jednak stresów związanych z psim dwupakiem. Dziś Bilbo już o ósmej rano stanowczo życzył sobie na dwór, a w dodatku miał jakieś kłopoty, bo namiętnie żarł trawę i ,,bulgotał”… Śniadania odmówił, psimi przysmaczkami nie dawał się zwabić do domu, sąsiadka wyszła (jak ja, w szlafroku), próbowałyśmy psiaka osaczyć. Niestety, był szybszy. W końcu udało mi się go z zaskoczenia złapać za obrożę… Potem już był spokój, zaczął jeść i wszystko do normy wróciło.

W firmie Małża powróciła zarzucona onegdaj tradycja pod tytułem ,,na imieniny stawiamy ciasto”. A Piotra i Pawła w poniedziałek. Niedziela to dzień konkursu kulinarnego ,,Niebo w gębie”. Do południa muszę zrobić konkursowe danie, potem wziąć udział w imprezie. Zajmie to też parę godzin. Zamierzałam po powrocie popełnić dużą blachę szarlotki z własnych jabłek. Bo to łatwe, proste i zawsze wychodzi.

Tymczasem moje ślubne szczęście dziś mi oznajmiło, że dwaj ostatni solenizanci przynieśli po kilka rodzajów wypieków. Wprawdzie z cukierni, bo to kawalerowie z dala od mamuś, ale… – Zrobisz mi CHOCIAŻ dwa? – zapytał, patrząc jak  kot ze Shreka.

I co ja w tej sytuacji? Najpierw mu powiedziałam dokładnie, gdzie ma najbliższą od miejsca pracy cukiernię, ale potem, oczywiście, skapitulowałam. I tak sobie myślę, że najłatwiej mi będzie upiec w sobotę biszkopt, a w niedzielę rzucić nań owoce i zalać galaretką. Przestudiuję jeszcze swoje przepisy i babcino-mamine z zabytkowego już zeszytu. Może znajdę natchnienie?…

***

Dziś próbowałam wytworzyć syrop z kwiatów czarnego bzu. Nasłuchałam się bowiem ostatnio o  dobroczynnym działaniu owego eliksiru. Niestety, zapach gotującego się wywaru zdecydowanie mnie odrzucił! Dziwne, same kwiaty pachną przecież przyjemnie… Dobrze, że zaczęłam od małej próbki. Pozostanę przy soku z dojrzałych owoców. Też pachnie specyficznie, ale nie ohydnie…

by Zgaga at czerwiec 25, 2015 08:49

TUV

dlaczego nie piszę bo wszak czas na nową notkę ?

u nas różnie.Gotuje się to tu to tam, wieści niespecjalnie dobre,w zasadzie to siedzimy na bombie bym rzekła.Bombie o opóźnionym zapłonie.

U mamy – aż STRACH to pisać lepiej. Naprawdę boję się pisać takie rzeczy bo przekora losu jest wielka niestety.

Schudła.Nigdy nie była gruba ( w czasach kiedy JA przyszłam  na świat miała 55 cm w talii!!!!!!!!!!!! o jej…. pamiętam będąc nastolatką weszłam w jej genialną małą czarną acz musiałam popruć zaszewki… a i tak chodziłam na wdechu)

Jednak z wiekiem dostajesz ciała tu i ówdzie. Do czasu. To przyszło nagle. Od jakiegoś miesiąca widocznie jej mniej.

Kiedy opanowaliśmy to szalone migotanie . O tyle o ile dodam.

Taka drobna, jak panna Marple się zrobiła.

Byliśmy bliscy kupienia wózka inwalidzkiego żeby wychodzić z mamą na spacery. Chodzik ,niejako przy okazji przywędrował do domu i natychmiast stał się niestety niezbędny dlatego z wózkiem do tej pory się wahamy.

Pewnie , byłoby sporo okazji do wyjścia ale kusić los ? No nie wiem,nie wiem. mama jakby się zgadzała,bo od lutego nie wychodzi z domu! Dokładniej od 20 lutego…Koszmar prawda?

Od tygodnia powoli odstawia chodzik.Powoli coś robi w domu , wokół siebie. Martwi mnie jednak że postanowiła znów sama sobie robić jedzenie.Je hmmm, byle że co. No niby obiad ale taki tam z paczki, ja gotuję dla czwórki więc piąta osoba spokojnie sobie podje ale skoro chciała niejakiej wolności ?

Wdech,wydech. Tak postanowiła i już. Pewnie jej wygodniej,bo je kiedy głodna a tak musiała czekać aż ja jej przyniosę a bywało że jedliśmy i o 16,bo praca to praca…

Dziś mam rocznicę.

Rocznicę ślubu…

Z biegiem lat, z biegiem dni…29 lat !!!

Wdech,wydech….

by Tuv at czerwiec 25, 2015 06:59

Blog do czytania

Tajemnicze domostwo

Jest zbrodnia. Jest zagadka. Jest też pomoc w jej rozwiązaniu. Nie z tego świata. No bo jak często zdarza się, że we wskazaniu mordercy ma swój udział duch? Zaraz, po kolei. Nie ten klimat. Jest późne lato 1879 roku. Francuska prowincja. W starej posiadłości zostaje popełniona zbrodnia. Organy ścigania szybko wskazują jednego z mieszkańców posiadłości jako sprawcę, […]

by Bartosz Cicharski at czerwiec 25, 2015 05:45

Tomaczek

Dzieciowo mi

Kobieto, po co ci działalność? Idź na bezrobocie.

Żona znajomego zaszła w ciążę. Bardzo się tym faktem ucieszyła, po czym przystąpiła do czynności o zakresie niezwykle szerokim, które jednakowoż można

by Malwina Ferenz (Krusz.) at czerwiec 25, 2015 01:07

Matka jest tylko jedna

Dajcie już spokój z tym gender!

Wystarczyło kilkadziesiąt lat, żeby przeznaczony dziewczynkom niebieski kolor, mający symbolizować delikatność i łączyć się z kolorem przypisanym w kulturze chrześcijańskiej Matce Boskiej, został zamieniony na kolor różowy, dotychczas przypisywany chłopcom [jako pochodna czerwonego, koloru wojny, siły i ognia]. A cały ten podział zaczął się na początku XX wieku, po wiekach standardowego ubierania wszystkich dzieci w sukienki  w kolorze białym.

 

Być może o tym wiecie, wszak co jakiś czas ktoś odkrywa tę Amerykę i dzieli się w internecie powyższą informacją [i dobrze!], ale najwyraźniej nie do końca skutecznie, skoro pod zdjęciem mojego dziecka w różowym pajacu pojawiły się komentarze, że to na pewno dziewuszka [dygresja: o matko, jakie to słowo jest brzydkie, fu!].

 

 

Ja w ogóle nie planowałam jakiegoś złośliwego ukrywania płci. W ogóle o tym nie myślałam – samo tak wyszło, przez moją ludzką ciekawość, jakie stereotypy związane z płcią tkwią w waszych głowach, jak bardzo są zakorzenione i jaki mają wpływ na postrzeganie świata.

 

 

I tak oto dowiedziałam się, że w różowego pajaca nie można ubrać chłopca, że jak samochód na bodziaku, to na pewno nie dla dziewczynki, że kolor szary i beżowy to też raczej chłopięcy, bo dziewczynka to żywsze [oczojebne mam wrażenie] kolory powinna mieć i że jeśli wyprawka jest w większości w kolorze niebieskim, to na pewno w brzuchu siedzi chłopiec. Płci domyślaliście się po kształcie mojego brzucha, główki dziecka, a nawet zabawki przyczepionej do wózka. Wy myśleliście, że się świetnie bawię w te podchody, a ja byłam coraz bardziej przerażona.

 

 

Bo jestem w stanie zrozumieć zwykłą ludzką ciekawość – wiadomo, wy też trochę żyliście tą ciążą, to moja sprawa, jak bardzo byłam zaskoczona, że aż tak żyliście.  Ale cały czas się zastanawiałam, jak bardzo wam zależy na wiedzy o płci. Jakby określenie, czy dziecko jest dziewczynką czy chłopcem, miało zaważyć o losach świata. Miało pomóc w ukształtowaniu waszego przekonania o społecznej roli, jaką daje społeczeństwu chłopiec, a jaką dziewczynka.

 

 

Oprócz roli biologicznej, której nie ma co zaprzeczać, nie ma żadnej roli, naprawdę!

 

 

Ja wiem, że 90 procent ludzi nie ma pojęcia o gender, czytają jakieś bzdury o ideologii, która nie jest żadną ideologią, ale zwykłą nauką badającą stereotypy, kulturowy wpływ na postrzeganie kobiet i mężczyzn i i związane z tym męskie i żeńskie obowiązki. Na studiach [nota bene na katolickiej uczelni] mieliśmy cały semestr zajęć z gender, na których omawialiśmy to, w jaki sposób styl pisania kobiet kształtował się w do tej pory męskim świecie pisarzy i jaki wpływ miał ten męski świat na powstawanie wielkich „damskich” powieści. Ten wpływ był widoczny i sama jestem zdziwiona, jak wiele z niego zostało.

 

 

Jakiś czas temu na pewnym rodzicielskim forum padło pytanie, czy można pomalować chłopcu paznokcie. Chłopiec zobaczył u mamy i bardzo chce, ale mama jest nieprzekonana, bo to przecież damskie zajęcie. Nic, że dla kilkulatka te pomalowane paznokcie to zwykła zabawa, grunt, że mama w głowie ładnie poukładane, co jest dla dziewczyn, a co dla chłopców i w ten schemat wkłada też swoje dziecko. Pewnie podobne obawy miała jej praprabacia, która bulwersowała się na widok kobiety ubranej w spodnie. Pewnie tak samo bulwersowała się jej prababcia, obserwując córkę wsiadającą za kierownicę auta. Do tej pory są kraje, które zabraniają kobiecie prowadzić samochód. Nie dlatego, że rodzi dzieci, ale dlatego, że panuje społeczne przekonanie, że zwyczajnie nie potrafi, że nie jest do tego stworzona.

 

 

Kiedyś nie do pomyślenia było to, żeby kobieta mogła pracować, mogła głosować, mogła wreszcie ubrać się w spodnie. Kto czyta książki, ten wie, jakie głosy oburzenia padały, gdy ktoś proponował pozwolenie płci żeńskiej dostąpienie do urn. Każda kobieta, która nie wbijała się w stereotyp „prawdziwej kobiety” miała nie tyle pod górę, co często zwyczajnie tego psychicznie nie wytrzymywała. Maria Komornicka, co wybiła sobie wszystkie zęby, jest na to dość wyraźnym przykładem. Na szczęście to się zmienia i mimo że wciąż jakieś szkielety stereotypów zostały, to podejrzewam za kilkadziesiąt lat jakiś chłopiec będzie się śmiał z matki, co nie pozwoliła mu zrobić tak oczywistej rzeczy jak pomalowanie paznokci. Tak oczywistej jak dziś założenie przez ciebie spodni lub… piżamy, co kiedyś przecież było nie do pomyślenia. Nawet mężczyźni kiedyś sypiali w koszulach.

 

 

Bardzo dużą uwagę zwracaliście na kolor ubranek Drugiego, kierując się standardowym podziałem niebieski – różowy. W sumie bezsensownym, bo całkowicie odwróconym, i w żadnym wypadku nie tradycyjnym, bo tradycyjna i stosowana przez wieki była… biel. Płeć ma znaczenie, pisaliście mi, a ja pytałam, jakie? Czy chłopiec nie może spać w różowym pajacu? Dziewczynka w niebieskim? Czy chłopiec nie może bawić się lalką, gotować, sprzątać, a dziewczynka nie może naprawić z tatą samochodu? Zabawne jest to, że kiedy o to kogoś pytam, każdy odpowiada: Oczywiście! Może! Ale potem wraca do domu, a po drodze mimowolnie kupuje synkowi samochód, a córce różową spódniczkę.

 

 

Nie ubieram swojego dziecka zgodnie z kanonami konserwatywnych [acz błędnych, o czym pisałam na samym początku] przekonań. Jak mam pod ręką różowy pajac, ubieram je w różowy, jak mam niebieski – w niebieski. Kosmykowi również zdarzyło się paradować w różowych spodenkach czy bluzce i w nosie mam, co kto sobie o nim pomyśli. On też będzie miał w nosie. To nie tak, że chcę koniecznie pokazać, jak bardzo jestem luźna i jak bardzo mi nie zależy na opinii innych ludzi. Nie!

 

 

Kiedy kształtuje się świadomość dziecka, kiedy zaczyna ono rozpoznawać swoją płeć, pierwsze, co widzi to kolory, które, owszem, pomagają mu szybciej zidentyfikować się ze swoją płcią, ale też od początku dają sygnał, że między jedną a drugą płcią występują wyraźne podziały. Fajnie by było, gdyby ten podział ograniczył się do biologii, ale niestety, mało kto rozmawia z małym dzieckiem o rozmnażaniu, zazwyczaj ogranicza się to do pierwszych stereotypów, że dziewczynce to nie przystoi broić, chłopcu płakać, dziewczynka powinna pomagać mamie, a chłopiec tacie. Już od najmłodszych lat pokazujemy dziecku, że między jedną a drugą płcią istnieją podziały więcej niż biologiczne – a po co? Naprawdę istnieją? Od dawna niewielkie! Pokazuje to oburzenie na kampanię, z której wynikało, że kobieta nie powinna się realizować, ale szybko rodzić dzieci, bo potem będzie za późno. Teoretycznie jesteśmy za równouprawnieniem kobiet i mężczyzn, postulujemy o równe prawa, kobiety walczą z facetami o to, żeby pomagali w domu i przy dziecku, faceci coraz częściej walczą z kobietami, żeby te POZWOLIŁY im to dziecko wychowywać. A jednocześnie sami od najmłodszych lat wtłaczamy maluchom do głowy stereotypy, że chłopcy i dziewczynki mają zupełnie inne prawa i obowiązki. Bez sensu.

 

 

Zwolennicy teorii o ideologii gender [która jest li i jedynie nauką badającą stereotypy takich zwolenników] mówią, że całe to pomieszanie sprawia, że jest coraz więcej gejów i transseksualistów. Zawsze polecam im poczytanie chociażby o Skamandrytach, których życie z przekonaniem, że robią coś złego, było więcej niż okropne [biedny Lechoń, biedny Iwaszkiewicz] i pytam się, jak bardzo odwróciliby się od swojego dziecka, gdyby okazało się, że właśnie ono… Ostatecznie to nie gejów jest więcej, ale zwyczajnie mają więcej odwagi niż kiedyś, żeby nie gnić w przeczuciu, że robią coś złego. Kropka.

 

 

 

Zwolennicy teorii, że gender miesza w głowach, sami powoli zaczynają mieszać w głowach swoim dzieciom. Krzycząc przeciwko czemuś, co już się dokonało. Facet może zostać  z dzieckiem w domu, bez większego zdziwienia społeczeństwa, kobieta może zarabiać więcej od męża, mało tego – objąć kierownicze stanowisko.  W telewizji coraz częściej widzimy płaczących mężczyzn i coraz mniej głosów, że to jest słabe i kobiece. Jesteśmy oburzeni, gdy ojciec domaga się praw opieki nad swoim dzieckiem i wcale się nie dziwimy, że chce z tych praw korzystać, że nie chce uciec do kopalni i widywać dzieci wyłącznie przy niedzielnym obiedzie. To już się stało. Podziały w dużej mierze zniknęły, mimo protestów, oburzeń, gadania. Czy jest sens od małego uczyć dzieci, że jednak są? Dajcie już spokój temu gender.

 

 

Czy ma jakieś znaczenie to, jakiej płci jest Drugie dziecko? Nie ma. Jakiejkolwiek byłoby płci, i tak będzie pomagać mi w domu, a ojcu przy samochodzie. I tak będzie ubierać takie ubranko, jakie akurat wyjmę z szafki, a bawić się będzie tym, na co akurat ma ochotę. I nie ma też dla mnie znaczenia to, kogo za kilkanaście lat przedstawi mi jako swojego partnera. Czy będzie to dziewczyna, czy chłopak – nieważne. Ważne, żeby Adaś był szczęśliwy.

 

 

I dajcie mi jeden sensowny powód, jak bardzo fakt, że jest chłopcem, pomoże mu zmienić świat [bo to, że zmieni, jest oczywiście wiadome :D]?

11,006 wszystkich wizyt, 181 wizyt dzis

Post Dajcie już spokój z tym gender! pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at czerwiec 25, 2015 10:56

Kraina filcu

Wianek z filcem w roli głównej.

"Filc jest trendy". Praca konkursowa Pani Justyny.

Zapraszamy na fanpage Pani Justyny: www.facebook.com/jotkabefilc

by kraina filcu (noreply@blogger.com) at czerwiec 25, 2015 10:59