Planeta Jadzi

maj 22, 2015

Kraina filcu

Zbiórka starych telefonów dla chorej Zosi.

ROZPOCZYNAMY ZBIÓRKĘ STARYCH TELEFONÓW ABY POMÓC CHOREJ ZOSI !!!!!

Jeżeli posiadacie stare i niepotrzebne telefony a chcecie pomóc Zosi przynieście je do naszych sklepów stacjonarnych w Warszawie na Al.Niepodległości 76/78 lub ul.Filtrowej 83 domofon 69 (wejście od ul.Akademickiej). Zapraszamy od poniedziałku do piątku w godzinach 10.00-18.00 . Telefony zbieramy do końca lipca.

W listopadzie 2014r. u niespełna 3 letniej Zosi zdiagnozowano ostrą białaczkę szpikową. Zosia jest już po przeszczepie i kilku miesiącach chemioterapii. Nadal potrzebna jest jej Wasza pomoc. Dzięki niej możemy zapewnić Zosi szybki powrót do zdrowia i odpowiednie warunki leczenia. Jeżeli chcecie bliżej poznać tą cudowną i uśmiechniętą dziewczynkę oraz jej historię zapraszamy na stronę Zosia kontra białaczka - https://www.facebook.com/ZosiaTrzaskoma.

by kraina filcu (noreply@blogger.com) at maj 22, 2015 03:00

Anrzej rysuje

Kurlandia

Stylista

Chcieliśmy z Jackiem oglądnąć debatę prezydencką. Oczywiście zawsze w ważnych dla nas momentach Michał dostaje turbodoładowanie mocy. Stawał na rzęsach, by zwrócić na siebie uwagę. Nawet namalował komplet akcesoriów fryzjerskich: szczotkę, nożyczki, pędzelek, lusterko i suszarkę , by zachęcić mnie do zabawy.

Odganiałam się od dziecka jak od namolnej muchy, ale przypomniał mi się pewien obrazek z internetu…

Ojciec leżał na plechach i oglądał telewizję. Chłopiec jeździł po mężczyźnie resorakami, gdyż ten ubrany był w dres z namalowanymi markerem ulicami. Postanowiłam wykazać się sprytem: poskromić dziecko i oglądnąć debatę. I to w jednym czasie – oczywiście. Wzięłam swoje przybory do malowania oraz czesania i wręczyłam je synowi. Zerkałam na ekran, a dziecko miało kreatywne zajęcie.

Trochę się przestraszyłam, gdy synek usilnie poszukiwał w domu nożyczek i dzierżył w dłoni te do paznokci. Skąd on je wziął? „Tylko tyle zetnem, bo są takie za długie.” – instruował samozwańczy fryzjer, pokazując mi dobre pięć centymetrów włosów. Ostatecznie wykorzystał papierowe nożyce, a cięcie odbyło się w naszych wyobraźniach.

Dałam się dziecku wytarmosić. Żadna strata dla mnie i tak oklapnięte włosy musiały zostać jak najszybciej umyte. Wiele na wyglądzie nie straciły po zabiegach syna. Michał był w raju, Jacek i ja mieliśmy względny spokój. Szybko jednak okazało się, że kandydaci nie mieli wiele ciekawego do powiedzenia i syn nas całkowicie zaabsorbował. Jacek wziął do ręki aparat i uwieczniał twórczość naszego dziecka. Makijaż całkiem niezły biorąc pod uwagę, że wykonał go siedmiolatek. Czesanie jeszcze musi poćwiczyć. Ha ha ha. Chociaż…to się ponoć nazywa artystyczny nieład.

***

by Iga at maj 22, 2015 12:41

Od rana do wieczora

Wybory 2015. Co to za wybór?

Co wybory, to pojawiają się nowe twarze, nowi kandydaci. Więc dlaczego od lat mam wrażenie, że w ofercie jest tylko dżuma albo cholera? Wyjątkiem są wybory samorządowe, bo głosuję na ludzi, których znam i na efekty ich pracy, które widzę na własne oczy. Wybory ogólnokrajowe z roku na rok napełniają mnie coraz większym niesmakiem. „Nie […]

by Chuda at maj 22, 2015 12:38

Bezwstydnica

Savoir SURvivre

survivre
Wieczór.
Przemykam chyłkiem  do łazienki.
Po kilku chwilach łomot (“proszę pukaj wchodząc do łazienki“).
Wpada G.
– Muniu, a co ty tutaj znowu (?!) robisz? – pyta zdziwiona G.
– Jak to znowu? – pytam zza piany.
– Tylko się myjesz i myyyjesz, iii myyyyyyjesz – G.faluje rękoma.
– A czy ja mogę trochę odpocząć? – pytam naburmuszona.
– Jak to odpocząć? – G. robi wielkie oczy.
– Tak po prostu, chcę sobie odpocząć - mówię z lekką pretensją.
– Ja dobrze wiem, że ty chcesz tu sobie OD NAS odpocząć. Tak, wiem właśnie! – G.robi płaski wzrok.
– Ja.. bo, eee, chciałam właśnie, ja, no… – jąkam się.
– My od ciebie nie chcemy nigdy, ale to przenigdy odpocząć! A ty, a ty tak! To bardzo nieuprzejme jest!

Pozdrawiam
Kura za bardzo umyta i nie za bardzo uprzejma

by admin at maj 22, 2015 12:05

Dzieciowo mi

Szybciorem 148 – Mordunku! Ratują!

Dziecko szpital znosi źle w przeciwieństwie do dziecka starszego, które przy poprzedniej wizycie zakomenderowało, że „ty sobie idź, mamusiu, a ja to

by Malwina Ferenz (Krusz.) at maj 22, 2015 11:56

Smoking kills...

O SAŁATCE I BĄBLACH

 

W drodze do biura jechaliśmy obok firmowego samochodu dostawczego Lisnera. Dostawczak miał z boku niezwykle apetyczną reklamę polskiej sałatki jarzynowej, z kiszonym ogóreczkiem i jajkiem na twardo i tak się mijaliśmy w warszawskim korku– raz my jego, raz on nas. My jego, a on nas. Sałatka akurat z mojej strony. Tak po dziesiątej mijance dostałam ślinotoku i koniecznie, po prostu KONIECZNIE musiałam zeżreć na śniadanie taką sałatkę. I teraz jest mi najzwyczajniej na świecie niedobrze. Dobrze, że nie mijaliśmy ciężarówki wiozącej gicze cielęce po mediolańsku.

Jutro te chrzciny, a ja bym najchętniej kogoś rozerwała na malutkie strzępki i rozwlokła po gumnie; nie wiem, czy to pogoda tak na mnie działa, czy przedwyborcza atmosfera, czy co, ale palce mnie swędzą. Dostanę bąbli od wody święconej, jak nic.

by Barbarella at maj 22, 2015 09:11

Skorpion w rosole

(176) O moim odmiennym stanie i niechybnym ozłoceniu

W zasadzie pół postu jest aneksem do posta o mej rozwiązłości, TUTAJ.

     Otóż nadludzkimi siłami ukończyłam kurs, na którym młody wykładowca usiłował nauczyć nas sprawnego biegania przez gospodarcze płotki. Wszyscy byli dla siebie bardzo mili, a w szczególności dla mnie, co brałam za niezbity dowód oszałamiającej mieszanki uszanowania z racji mojego wieku, porażającej urody i pozycji społecznej. Czyli horyzontalnej.

Elżbieta Wasiuczyńska 

     Z racji rotacji i peregrynacji (acji acji acji - włącza się tu yntelektualne disco polo) między salami, zmuszona byłam do wyboru krzesła, które trzymałoby przez 8h mój zwinięty w tutkę kręgosłup w pozycji typowej dla homo sapiens w twarz prowadzącego, a nie sapiens w blat. Dlatego też za każdym razem, bladym świtem szarp 8, szłam na wojnę by złupić krzesło w wyściółką, gdyż drewno i metal saute rozpłaszczają zanadto me jędrne pośladki i wypychają dyski znad miednicy. I za każdym razem czyjeś pomocne ręce przysuwały krzesełko oraz targały je dwa piętra wyżej. Już dwa dni później dowiedziałam się dlaczego:

- A kiedy dzieciątko przyjdzie na świat? - zastrzeliła mnie śliczna brunetka z prawej. Oglądam się na drzwi, czy się kogoś spodziewa, ale nie, jesteśmy w komplecie, 10 osób jak w pysk strzelił.
I pod przedziałkiem poczułam najpierw pieczenie, a potem już tylko swąd smażonych cebulek, kiedy zajarzyły mi styki. Wystrzeliłam pionowo w górę, a gdy opadłam na swoje miejsce powodując tsunami falowaniem falbanek rozkloszowanej bluzeczki, rozszczelniłam się, puszczając parę uszami i rzekłam z wdziękiem:

- Wcale nie przyjdzie. Nie jestem w ciąży, jestem po prostu gruba!

W tym momencie brunetka przybrała na twarzy, bardzo korzystny z punktu widzenia wizażystki, kolor dojrzałej  poziomki, uderzyła nosem o blat i straciła przytomność. Nie cuciłam jej, bo na kursie nie było aż tak ciekawie, by żałować. Sama walczyłam, by nie zemdleć z nudów i udręki przez 50 planowych godzin. Niech sobie odpocznie, dziewczyna.

     W zasadzie mogłabym poprzestać na tym incydencie, ale jak się okazało później, ośmiu pozostałych uczestników i dziewiąty, choć enigmatyczny prowadzący, byli identycznego zdania. Ale ich już nie wyprowadzałam z błędu. Kiedy się może kiedyś nasze drogi skrzyżują, okażę Mata jako wyrośniętego noworodka.

     Tymczasem Mat jako absolwent szkoły podstawowej w wieku lat 12 i 8 miesięcy osiągnął gabaryty. I to gabaryty młodego goryla. W kłębie ma 165cm, numer buta 42. I nie powiedział nawet przedostatniego zdania w temacie podziałów mitotycznych. Jeśli zaś chodzi o mejozę, to żywię nadzieję, że wstrzyma się z jej użyciem chociaż do pełnoletności.
 Zaprawdę, powiadam Wam, matki chłopców, nastawcie się na to, że podaż wiktuałów do paszczy można pominąć, przechodząc najlepiej od razu na podaż dożylną w sposób nieprzerwany. Jesteśmy ostatnio zmuszeni kupować dwa chleby dziennie! Nie mówiąc o obiedzie. Co staje się dla mnie kolejną udręką, gdyż chronicznie staram się migać od gotowania. Miganie jakoś mi wychodzi średnio, bo jeszcze się nigdy nie zdarzyło, by w domu nie było obiadu. Ech.
I tu się wzięłam na sposób.
     Mat nie grzeszy skłonnością do kucharzenia, ale Mim już tak. I ja, szczwana lisica, złożę na ręce Mima, majowego jubilata, hojne dary z podwójnym denkiem i zminiaturyzowanym koniem trojańskim. Otóż Mim otrzyma książkę kucharską, fartuszek (Jarecka - składamy Ci pokłon i śpiewamy chwalcie łąki umajone), blachę do pieczenia muffinek, którą moja psiapsióła ma na zbyciu oraz papilotki (nowe słówko zapisuję w kajeciku). Za moich czasów papiloty to się nosiło na głowie, a nie w muffinkach, nawiasem mówiąc. W planach miałam jeszcze stemple do ciastek oraz maszynkę do wyciskania ciasteczek (znacie to i to? Sprawuje się?), ale na koncie pozostało mi 19zł na ten chleb właśnie.


I drugi apdejt:

     Teraz czekamy ze stężała krwią w żyłach na deszcz dukatów, albowiem spieszę donieść, że mój Midas zajął 3 miejsce w kraju naszym, który sięga od Bałtyku aż po Tatry i z powrotem, aż po Londyn i Dublin.
Mat jako Midas oraz tutorial jak zrobić maszynkę do robienia pieniędzy TUTAJ, a dla leniwych i biednych poniżej fotka dokumentacyjna jak to usilnie czekamy (z flamingiem Rico).



by pandeMonia (noreply@blogger.com) at maj 22, 2015 09:29

Zapiski dojrzalej kobiety

Właśnie mija dziewiąty rok ...

.... istnienia mojego bloga. 
Były to lata dobre, lata poznawania wspaniałych i mniej wspaniałych ludzi.
Z tej okazji zapraszam wszystkich na spacer po Ogrodzie Botanicznym w Powsinie. 




Ani się spostrzegłam a minęło dziewięć lat, jak zapisuję tu swoje myśli, przeżycia, spostrzeżenia, opinie, radości, troski…
Poprzez klawiaturę sprawiam, ze to o czym napisałam wyżej jest dla Was  „widzialnym”.
A poprzez moje zdjęcia próbuję (z różnym skutkiem) zatrzymać czas.
W pierwszych latach blogowania wykształcił się u mnie pewien rodzaj „obowiązku” czy rytuału aby codziennie tu zaglądać.
Później to się trochę zmieniło, dużo zaprzyjaźnionych i znajomych blogerów odeszło z bloxa, pisanie mi „spowszedniało”, coraz częściej nachodzą mnie
myśli, ze w moim wieku nie ma się zbytnio niczego ciekawego do przekazania…
W ten sposób z zapisków codziennych zrobiły się zapiski co kilkudniowe lub nawet cotygodniowe.
Mimo tego, to miejsce jest mi potrzebne, a każdy tu zaglądający jest dla mnie ważnym Gościem a każdy Wasz komentarz, każda opinia, punkt widzenia, odczucia, są bardzo mile widziane.

Przedtem pisałam w Dziennikach Twojego Stylu. 
To był dobry i bardzo "żywy" portal.
Ale zgodnie z zasadą "co dobre, to się szybko kończy" również w Dziennikach popsuła się atmosfera.
Zaczął się eksoduks z Dzienników na inne portale.
Bardzo dużo osób z tamtąd przywędrowało na Bloxa, między innymi ja.
Kilka razy miałam szczerą chęć przenieść się gdzie indziej.
Nachodziły mnie również myśli, by w ogóle przestać pisać.
Mimo wszystko dalej tu jestem.
Jak długo tu zostanę?
Nie wiem.

ps. Zdjęcia są prześwietlone, wręcz przepalone szczególnie w górnej części (niebo) ponieważ zdjęcia robiłam w samo południe w bardzo słoneczny dzień sama stojąc w zacienionym miejscu.
Nie chciałam "podkręcać" kolorów więc sorry za niezbyt udane widoki.

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at maj 22, 2015 08:01

Niezbyt boska ja

Łebki od Szpilki - Agnieszka Szpila

Pierwszy raz w życiu zdarza mi się taka sytuacja, że znam autora książki osobiście :).

Szpila chodziła ze mną do szkoły. Nie jest to moja bliska znajoma, ale zdarzyło nam się zamienić kilka zdań w życiu :). A Marta Gąsiorowska, której na końcu książki dziękuje, i mnie uczyła polskiego :) (och, och, ileż to mamy wspólnego, mój Ty Jezusie ;)

Szpila w szkole była taką osobą, której ciężko było nie zauważać. Ona tam BYŁA, w 200%, artystka, pisarka, czerwonousta performerka - taką ją pamiętam za szkoły.

 

Wiedziałam, że ma bliźniaki, wiedziałam, że pisuje tu i ówdzie, wiedziałam też, że w planach jest książka, więc jak pojawiła się w księgarni natychmiast poleciałam kupić i natychmiast przeczytałam. 

Pierwszą moją myślą po skończeniu było: skąd ludzie biorą TAKĄ siłę? Jakim cudem udaje się ciągnąć wszystko to, co ją spotkało, nie dyndnąwszy gdzieś na gałęzi w międzyczasie? I do tego latać po zdrową żywność, uprawiać ogródek i jeszcze się czasem umalować? 

Historia jest generalnie mało wesoła i gdyby nie pisał jej wulkan energii i pomysłów, nastój owej byłby zbliżony do Trenów Kochanowskiego, lub gorzej. Bo zostać sama z dwójką 'skaleczonych neurologicznie dzieci', jak nazywa swoją Helkę i Milenę to jest dramat. Z takim dramatem jednak można sobie poradzić (w co wciąż jest mi ciężko uwierzyć) i ona opisuje jak to zrobiła. 

Chylę czoła i trzymam za nią kciuki, bo to, co zrobiła, to jest dla mnie bohaterstwo z najwyższej półki.

A książkę szalenie polecam.

Bo nawet chujowo zaczynające się historie mogą kończyć się dobrze :)

by boskajana@NOSPAM.gazeta.pl at maj 22, 2015 07:01

Anna Sakowicz

Tam, gdzie nie sięga już cień

Co znajduje się tam, gdzie nie sięga cień, gdzie giną wspomnienia, odchodzą ludzie? Dlaczego trzeba wrócić do punktu wyjścia, do miejsca, z którego uciekło się przed laty, żeby móc ruszyć dalej? Życie szykuje każdemu z nas różne niespodzianki. Czasami bezskutecznie próbujemy uciekać przed przeszłością. Ona jednak zawsze się o nas upomni. A jeżeli nie rozliczy…

by anna.sakowicz at maj 22, 2015 06:46

zycie na kreske

Kura pazurem

Młodzi dadzą radę!

Matury za nami (przynajmniej taką mam nadzieję). Teraz tylko czekamy na wyniki. Jednak egzaminy pobudziły mnie do refleksji (szczególnie ustny egzamin maturalny z języka polskiego).

Od tego roku wygląda zupełnie inaczej niż w poprzednich latach. Uczeń nie przygotowuje w domu prezentacji. I dobrze, bo to już była parodia, a i męka dla egzaminatorów, którzy musieli słuchać wyklepywanych z pamięci gotowców ściągniętych z internetu. Od tego roku uczeń losuje jedno pytanie. Może być ono z zakresu literatury albo dzieł ikonograficznych, albo nauki o języku. Z reguły do każdego tematu dołączony jest jakiś tekst kultury, a uczeń ponadto musi się odwołać do jednego lub dwóch przykładów. Założenie z jednej strony bardzo dobre, z drugiej kiepskie. Bo jak jedno pytanie może odzwierciedlać wiedzę ucznia? Poziom pytań też różny, wszystko zależy od szczęścia.

Okazuje się, że pomysł ma też inne wady. Każdego dnia w całej Polsce uczniowie losowali pytania z tej samej puli osiemnastu (albo dwudziestu?). Niby sprawiedliwie, bo wszędzie tak samo. Jednak chyba „reformatorzy” nie wzięli pod uwagę tego, że uczniowie nie przemilczą, jakie mieli pytania i już po dziewiątej wszystkie zadania można znaleźć w necie.

Reasumując, wygląda to tak, że przechlapane mają tylko pierwsi uczniowie (trzy-cztery osoby), reszta już wie, jakie są pytania. Ci, którzy wchodzą o dwunastej, mają aż trzy godziny, by ewentualnie wyjaśnić trudniejsze pytania już nawet nie z osiemnastu, bo przecież systematycznie mogą wykreślać z listy te, które wylosowano przed nimi w danej sali. Trzeba mieć tylko trochę szczęścia, nie wchodzić w pierwszej czwórce.

Moja córcia oczywiście ma nazwisko na „a”, więc ryzyko było, że wlezie jako pierwsza. Jednak, na szczęście, wchodziła o 10, więc wiedziała już, jakie będą pytania. Co prawda, nie miała za dużo czasu (ponad pół godziny), by jakoś szczególnie się przygotować, ale telefon do matki był. Krótka relacja, jaki przykład można podać do każdego zagadnienia i tyle. Poradziła sobie. Może genialnie nie wypadła, ale zadowolona (matka też).

Najśmieszniejsze było to, że pierwsze osoby dostawały od 16 do 20 pkt. (na 40), druga tura już od 20 do 30, a ostatnia od 30 do 40. Czyli kto później wchodził, miał więcej czasu na „dopracowanie” swojej wiedzy. Wiadomo, że jak ktoś głąb i ma totalną pustkę w łepetynie, to i Salomon mu nie naleje. Ale jeżeli uczeń ma pojęcie, to te dwie-trzy godziny na ewentualne uzupełnienie braków to bardzo dużo.

Z ciekawości wlazłam na strony, na których pojawiają się każdego dnia egzaminu pytania. Uczniowie są bardzo solidarni. A jakie tam hasła?! „Razem pokonamy wroga!” „Pokażemy komisji!” „Jesteśmy niepokonani”. Normalnie można by od nowa napisać „Odę do młodości”.

I tak się zastanawiam, czy brano to pod uwagę, przygotowując ten egzamin. A podobno w założeniu było stworzenie banku pytań (np. 500) i losowanie miało odbywać się z tej puli. Pytania planowano ogłosić oficjalnie i znane byłyby uczniowi już we wrześniu klasy maturalnej. Jak się nauczy odpowiadać na wszystkie, to chwała mu za to. Sprawiedliwie, jasno, dla wszystkich jednakowo. A tak? To znów poczucie niesprawiedliwości. Choć z drugiej strony, niech się młodzi uczą, że sprawiedliwość, owszem jest, ale tylko w słowniku. Niech sobie poczytają definicję i zaraz o niej zapomną. Bo kto powiedział, że w życiu ma być łatwo, nie? Trzeba sobie radzić, więc młodzi radzą sobie, jak umieją. Kombinują.

 

 

PS  Dziękuję wszystkim za trzymanie kciuków. Przydało się.

by anna at maj 22, 2015 03:58

maj 21, 2015

Zuzanka

Krolowa Matka i Banda Czworga

Z życia niewolnika

Pompon Młodszy (włażąc Królowej Matce na kolana i moszcząc się na nich za pomocą wiercenia pupką; rozkazująco) - Teraz mas mnie psytulić!

Królowa Matka przytula.

Pompon Młodszy (nadstawiając buzię, w tym samym tonie) - I całuj!

Królowa Matka całuje.

Pompon Młodszy (zdegustowany) - ...ale co ty, tak jeden jaz, cały cas mas całować!!!

Królowa Matka zasypuje pocałunkami.

Pompon Młodszy (rozciągając na kolanach Królowej Matki swoje ciało na całą dumną długość metra pięć; z zadowoleniem) - ... i mozes mnie jesce drapać po pleckach!

Powiada Państwu Królowa Matka, ludzki pan!

by Anutek (noreply@blogger.com) at maj 21, 2015 09:02

Dzieciowo mi

Szybciorem 147 – kanapeczka

Czas na oddziale pediatrycznym dość monotonnie płynął, a odmierzało go nie tykanie zegara, a… nie no, właściwie to tykanie zegara, a konkretnie

by Malwina Ferenz (Krusz.) at maj 21, 2015 07:06

Blog do czytania

Dobre gry: Race the Sun

Nieskomplikowane zasady, szaleńcze tempo i adrenalina na maksa. Ciekawy pomysł też się przydał. Powyższy wstęp może być najkrótszym opisem gry „Race the Sun”, która bliżej nieznanym mi sposobem pojawiła się na moim koncie Steam. Ale nie po najkrótsze opisy tu przychodzicie, a zatem… O co chodzi? Lecimy sobie takim dość futurystycznym pojazdem. Futurystycznym nie tylko […]

by Bartosz Cicharski at maj 21, 2015 04:09

Skorpion w rosole

(172) Maszynka do robienia pieniędzy

     Jaka szkoda, że nie zgłosiłam się się do programu "Przeżyj miesiąc za stówkę, przejdź z diety na głodówkę". Aha, gdyby to nie był mój autorski program, mogliby się do niego zgłaszać politycy. Cóż. To, co dla polityków jest ekwilibrystyką z pogranicza magii i survivalu, dla plebsu jest codziennością.

     Znudzona i co tu kryć, zdesperowana monotonią tygodniowego menu - rosołem, z którego robi się  później pomidorówkę,  a z pomidorówki spaghetti, wymyśliłam maszynkę do robienia pieniędzy. Projekt jest innowacyjny - działa na biopaliwo, a odpady z produkcji są biodegradowalne. Prototyp jest samobieżny i objęty dożywotnią rękojmią.

    Uwaga, teraz, kiedy już tonę w luksusach i dobrobycie, mogę się podzielić nowatorskim pomysłem.
 Do zbudowania takiej maszyny domowym sposobem, potrzebujemy:


1. Parę filcowych wkładek męskich w kompatybilnym z maszyną rozmiarze 42:



2. Koc ratowniczy:



3. Folię termiczną dla maratończyków:



4. Materię w kolorze gold z pobliskich sukiennic:



5. Monetę z imperatorem w mini skarbcu:



6.  Farbę do skóry ludzkiej w kolorze starego złota, używanej in vivo.



7.  Dwa puchary wywalczone zgodnie z zasadami fair play:




8. Rodzinne precjoza, złota rodowe, złote myśli, serca i środki:



9. Miejsce na cud przeistoczenia:


     Do efektu finalnego potrzebny jest też przygodnie złapany młodzieniec. Ja posłużyłam się tu synem, ale może być osobnik niespokrewniony, aczkolwiek nie wiem, czy konstruowanie maszynki z takich niepewnych półproduktów jest opłacalne, a w konsekwencji lukratywne .
     
     I wreszcie! Gruchnęło, huknęło, zakłębiły się dymy i opary bagienne. A gdy opadły, na skutek magicznych obrzędów, zabobonów i tańców o charakterze plemiennym, połączonymi z lotną myślą techniczną, zabójczą w drobiazgowości znajomością greckich mitów oraz wysoką odpornością na stres i wysokie temperatury, wyłoniła się rzeczona maszynka do robienia pieniędzy:

apdejt:
III miejsce w kraju w Ogólnopolskim Konkursie Mitologicznym KLIO



W zeszłym roku z racji konkursu => KLIO, wyprodukowałam sobie Dionizosa. I faktycznie, to działa! Cały rok, niespodzianie, dostawaliśmy z różnych legalnych źródeł nalewki i wina, dlatego w tym roku sięgnęliśmy szczytów olimpijskich, wdrażając prototyp Midasa. 

I m-ce w województwie, V m-ce w kraju w Ogólnopolskim Konkursie Mitologicznym KLIO

by pandeMonia (noreply@blogger.com) at maj 21, 2015 02:37

efka i koty

Nocne spotkanie - pudełko

Drewniane pudełko ozdobione moim rysunkiem.
Jedyne takie - rysunek jest zrobiony bezpośrednio na pudełku.
Night meeting - wodden box decorated with my drawing.
18 x 18 x 9 cm
Na sprzedaż / For sale

 

by efka i koty (noreply@blogger.com) at maj 21, 2015 02:05

Przyjaciele - pudełko

Drewniane pudełko ozdobione moim rysunkiem.
Jedyne takie - rysunek jest zrobiony bezpośrednio na pudełku.
Friends - wodden box decorated with my drawing.
16 x 16 x 7 cm
Na sprzedaż / For sale


by efka i koty (noreply@blogger.com) at maj 21, 2015 02:04

Anrzej rysuje

Matka jest tylko jedna

W szpitalu odpoczniesz!

Kiedy któraś z czytelniczek napisała mi pod pierwszym szpitalnym zdjęciem, że zazdrości, bo będę miała wczasy, w szpitalu odpoczniesz, parsknęłam śmiechem. Nie wiem, co wy robicie w szpitalach, ale mi się jeszcze nie zdarzyło w żadnym odpocząć, a kiedy już mnie wypiszą, czuję się niemalże jak po obozie katorżniczym dla nieposłusznych matek.

 

Szpital to męczarnia. Tuż po przyjeździe zapakowali mnie na KTG [taki przyrząd do monitorowania serca płodu i ogólnie – tych wszystkich ruchów w brzuchu – skurczy, kopnięć dziecka itp. Wyjaśniam, bo ja w pierwszej ciąży szłam w ciemno, myślałam o przyrządzie podobnym do tych wielkich komór, do których wjeżdżali pacjenci dr. Housa, a ktg to zwykłe pasy , pod które podpina się liczniki  – na filmie niej widać :D]. I tak sobie leżałam jakieś półtorej godziny, potem znów półtorej, a potem jeszcze trochę, bo zapis znowu był średni. Plus te wszystkie badania, które musieli mi zrobić i już o 11 w nocy spałam jak aniołek, o ile aniołki potrafią sypiać na szpitalnych łóżkach.

 

 

 

 

Pytacie się, czemu tu trafiłam – no cóż, przez trzy miesiące siedziałam sama, czekając aż Chłop wróci a to ze szkoleń, a to z poligonów, a to z jeszcze innych rzeczy. Liczyć mogłam wyłącznie na moich rodziców, którzy też przecież mają swoją pracę i obowiązki, a reszta rodziny, mimo szumnych obietnic, że przyjadą i pomogą [zawsze szumią], jakoś się trzymała z daleka. Sama ogarniałam dom, histerie Kosmyka [strasznie przeżywał zmiany], wybiegałam z domu, gdy dzwonił telefon [mam zasięg tylko na podwórku], a potem z krzycząc do słuchawki „zaraz wracam”, zaganiałam wybiegającego za mną Kosmyka do domu, sama paliłam w piecu i złaziłam z brzuchem po stromych schodach piwnicy czasem dwadzieścia razy dziennie, bo akurat w momencie rozpalania, Kosma chciał siku albo pić, albo wszystko naraz, więc musiałam lecieć na górę. Sama też w sumie ogarniałam psa, potem króliki, ogród, koparę, dżizas, jak zaczęłam rozmawiać z lekarzem o tym, że jeszcze tylko jeden dzień zostanę sama, to puknął się w głowę i powiedział tylko: nie zostanie pani, proszę zrobić armagedon i nie puszczać nikogo od siebie na krok. Cały czas ktoś musi przy pani być.

 

No i był, ale trzy miesiące samotnej walki dały o sobie znać i wyniki wyszły tak okropne, że mnie przygwoździli w szpitalu. Ale ok, jest dobrze. Skurcze mam, ale takie, że ani poród, ani wycieczka. W sumie mogą mnie niedługo wypisać, bo, jak to powiedział mój lekarz, dziecko się za dobrze w brzuchu poczuje i trzeba je będzie okscytocyną wyganiać. A po co je sztucznie wypychać i przedłużać jeszcze bardziej poród?

 

No. Podkurowałam się, podleczylam, pobiłam rekord leżenia/chodzenia na ktg, pocieszyłam się, że sztab lekarski ogląda z zainteresowaniem moje usg i teraz pozostaje bać mi się dwóch rzeczy: karmienia piersią oraz tego, że po porodzie lekarz  przyjdzie i naciśnie mi bez kozery brzuch, aż wyleci cala krew ze środka. Dwie moje porodowe traumy, o drugiej nie omieszkam uprzedzić jeszcze na tym całym zabawnym fotelu do rodzenia :D

 

A tu krótki kolaż z dnia, w którym trafiłam do szpitala [wszystkie kolaże tutaj]:

 

 

 

A wracając do rewelacyjnego „W szpitalu odpoczniesz”. Błagam was, nie wciskajcie takiego kitu innym ludziom, nawet jeśli sami odpoczęliście. Chłop mnie częstuje tym zdaniem non stop, aż mu zacznę wmawiać, że jego poligony to też urlop i po powrocie z nich powinien mi hektar ziemi w jeden dzień przekopać. Opieka szpitalna jest ok, to już pisałam, ale jest tak bardzo ok, że praktycznie co 20 minut ktoś chce mi coś zrobić, coś zbadać, coś zmierzyć, coś zakomunikować, a to tętno, a to ciśnienie, a to krew, a to mocz, a to obiad, a to sprzątanie. Niczego bardziej nie lubię, jak zawracanie gitary, bez potrzeby, i o ile rozumiem potrzebę badań, tak wścieka mnie ta intensywność, bo nawet drzemki nie mogę sobie uciąć, a dłuższy prysznic to już w ogóle odpada, bo coś tam. No i najważniejsze – dopóki Chłop nie przywiózł mi prowiantu, non stop chodziłam głodna. Przeraźliwie głodna. W piskim szpitalu, muszę przyznać, obiady są całkiem niezłe, ale śniadania i kolacje to porcje niemalże głodowe. Ale to chyba wszędzie tak jest. Na szczęście obiad wszystko wyrównuje. Jak do tej pory każdy mi smakował.

 

Ale luz, może jutro mnie wypiszą. Mam nadzieję.

 

Sąsiadka z pokoju obok urodziła – lecę uspokoić, że malutka córeczka wcale nie płacze tak głośno, jak pewnikiem sąsiadce się zdaje. Kiedyś obiecałam sobie, że gdy znajdę się na porodówce, będę uspokajać każdą pierworódkę. Bo sama przeżywałam stres ogromny, że Kosmyk komuś przeszkadza swoim mruczeniem. A przecież płacz noworodka to takie mruczenie, że zaczynam się bać, czy wśród gadania Kosmyka będę w stanie w ogóle drugie dziecko usłyszeć :)

 

 

 

Opinia o szpitalu:  Porównując szpital na Madalińskiego w Warszawie i piską porodówkę, muszę przyznać, że Pisz wypada o wiele lepiej niż stołeczny przybytek. Pokoje są ładne, czyste, nowe, personel robi wszystko, żeby w pokojach nie było tłoku, a mamy i przyszłe mamy miały zapewnioną intymność. Częste badanie, które mnie wkurzają, są przecież tylko plusem – wszak wiem na sto procent, że jestem bezpieczna, dodam tylko, że na Madalińskiego, gdzie leżałam na patologii ciąży [10 dzień po terminie] – przez cały dzień zajrzano do mnie raz jeden i to tylko po to, żebym pamiętała zgłosić się sama do gabinetu na badanie. Tutaj badanie przychodzi do mnie – nawet ktg robią mi w większości na własnym łóżku, rzadko muszę gdzieś chodzić.

 

Podsumowując: szpital na prowincji wypada o wiele lepiej niż stołeczna placówka. Myślę, że dobrze wybrałam :)  

 

1,514 wszystkich wizyt, 1,511 wizyt dzis

Post W szpitalu odpoczniesz! pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at maj 21, 2015 10:18

Dzieciowo mi

Dzień dobry, poproszę „kakałko”!

Panta rhei, jak powiedziałby klasyk. Jeszcze niedawno dzieci z niezwykłym zaangażowaniem, poświęceniem i konsekwencją celebrowały wydarzenie zwane „pobudką rodzica poczciwego”, przy czym

by Malwina Ferenz (Krusz.) at maj 21, 2015 09:24

Anrzej rysuje

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

Tutaj można podpisać petycję w sprawie chrześcijan syryjskich

http://citizengo.org/pl/22759-udzielenie-azylu-syryjskim-chrzescijanom  

by siostra at maj 21, 2015 07:27

Smoking kills...

O NIEOBYCZAJNOŚCI NA PARAPECIE I ŚRUBCE

 

Siedział, denerwował mnie. W odkurzaniu przeszkadzał.

To go zjadłam.

Oczywiście, nie chodzi o mojego męża, bo N. był w tym czasie w delegacji (poza tym w przypadku N. nie mogłabym napisać, że go ZJADŁAM, tylko że CIĄGLE JEM i jeszcze długo będę jadła). Chodziło o wielkanocnego królika z czekolady. Nie lubię czekolady, ale mnie wkurzył – jakieś takie wredne oko miał, więc się poświęciłam.

Pleszkowy bojownik całkowicie zapaskudził okno w łazience, walczy z szybą i walczy, z rozpaczy postawiłam na parapecie na zewnątrz gumowego gnata z kolekcji Szczypawki. Ona go nie lubi, bo jest ze zbyt grubej gumy, jaskraworóżowy i na stojąco wygląda bardzo, bardzo groźnie. Wygląda jak komunikat „Dobijał się tu już taki jeden i to o wiele większy od ciebie i zobacz, co mu obcięłam – ty będziesz następny”. Na razie, odpukać, przestał przylatywać. A co sąsiedzi pomyślą, to już całkowicie inna sprawa (z bliska widać, że to gumowy psi gnat, z daleka niekoniecznie; mam nadzieję, że nie wywiozą mnie na kupie gnoju przy najbliższej okazji – nie dość, że trawki nie grabię, grządek nie plewię, to jeszcze wibratory trzymam na parapetach i to zewnętrznych).

A jak wczoraj zamykałam drzwi na noc, to wypadła śrubka – nie wiem skąd – obejrzałam całe i nie stwierdziłam żadnych braków w śrubkach. Co to za śrubka i kto mi ją teraz wkręci (w radio – o Leokadio)?

by Barbarella at maj 21, 2015 07:14

zycie na kreske

maj 20, 2015

Zuzanka

Dzieciowo mi

Szpital na peryferiach, czyli sequel znienacka

Dzisiejszy tekst miał być o czymś zupełnie innym, ale jak to w życiu bywa, nastąpiła nieoczekiwana zmiana miejsc. Nie tyle opuściliśmy naszą

by Malwina Ferenz (Krusz.) at maj 20, 2015 06:07

Zapiski dojrzalej kobiety

Tytuł trzeba wymyśleć.

Co się tyczy jaśnie pana tulipan
To tulipan udowadnia w sposób śliczny,
Że cebulka urok ma nie tylko podsmażana,
Ale również kryje w sobie wielki walor estetyczny.
(Autor: Ludwika Jerzy Kern)



O rany!
Jeszcze mi się to nigdy nie zdarzyło, żeby opublikować niekompletny wpis, chociaż za kilka dni minie dziewięć lat jak tu piszę.
Ale tak to jest jak człowiek robi kilka rzeczy na raz i jeszcze opiekuje się chorą (powiedziane na wyrost, bo wczoraj faktycznie Wiktorie czyściło na dwa końce, ale dzisiaj już woła ciasteczek i truskawek i nie potrafi zrozumieć, ze zawsze dostawała a dzisiaj nie;).
W wolnej chwili wstawiłam więc zdjęcia a napisać kilka słów postanowiłam jutro.
Przed chwilą ponownie zerknęłam na bloga i .... zonk!
Zamiast kliknąć na "zapisz" kliknęłam na "publikuj" i opublikowałam same zdjęcia.
Trzeba więc było dzisiaj kilka słów wyjaśnienia napisać.

Od kilku dni koty mają nową, krytą kuwetę.
Wyjęłam drzwiczki i na razie korzystają z niej bez problemu.
Jak tylko będę miała nieco luzu to podwyższę im poprzeczkę i z powrotem założę drzwiczki.
Ponieważ chciałabym mieć wtedy na ich poczynania oku, więc na razie, z braku mojego czasu edukacja futrzaków musi poczeka?.

"Nie patrz w przeszłość, tam już byłeś i wszystko widziałeś. Idź naprzód, tam będzie ciekawie" - mądre słowa, ale na ten czas zupełnie nie dla mnie.
Obawiam się przyszłości, wolę nudną, ale znajomą i oswojoną przeszłość.

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at maj 20, 2015 06:01

Bezwstydnica

PINiądze

pin

Stoję przed bankomatem.
Nie mogę sobie przypomnieć numeru PIN.
Dzwonię do Brodoziaka.
– Czy pamiętasz jaki mam PIN do karty? – pytam raczej bez nadziei.
– Bardzo łatwy! 17 lat po powstaniu styczniowym – mówi B.triumfalnie.

…szyfr do roweru – 42 lata po koronacji Chrobrego, druga karta 1345 lat po bitwie pod Cedynią, hasło do banku internetowego 67 lat przed hołdem pruskim, PIN do telefonu – Batory był 16 lat wcześniej pod Pskowem, aby otworzyć …

Pozdrawiam
12345 (znana też jako Kura)

by admin at maj 20, 2015 05:32

Kurlandia

Górsk

Dorota nadal walczy o plac zabaw. Ma dziewczyna charyzmę, warto poprzeć jej działania. Wiem, że już jesteśmy zmęczeni tymi lajkami, udostępnianiem, reklamami. Ale tutaj warto poświęcić chwilę czasu, bo znalazła się osoba, która integruje lokalną społeczność. I jej się chce zmieniać okolicę na bardziej przyjazną. Kliknijmy raz dziennie, niech Dorota działa! Górsk się jeszcze nie poddał.

http://www.nivea.pl/Porady/ext/pl-PL/podworko?dpl=deeplink-podworko

***

by Iga at maj 20, 2015 02:18

Anrzej rysuje

Anna Sakowicz

Tajemnica bzów

Magdalena Kordel stworzyła cykl książek, których akcja rozgrywa się w wymyślonej przez nią miejscowości Malownicze. Jako czytelniczka potrafię sobie doskonale odtworzyć w wyobraźni topografię tego miasteczka. „Zaprzyjaźniłam się” z niektórymi bohaterkami, polubiłam powieściowy klimat. Bo właśnie klimat jest tu niezwykły. Świat Magdaleny Kordel kojarzy mi się z falbankami, porcelanowymi lalkami, starymi lampami, filiżankami, zegarami itp.…

by anna.sakowicz at maj 20, 2015 11:47

Bazarek Handmade

szydełkowe kwiatki do skrapbookingu

POLECAM 

Szydełkowe kwiatki wykonane w kordonka, średnica ok 3 cm.
Idealne do ozdoby kartek, naszywania jako aplikacje itp.


40 sztuk.....20 zł + 5 kwiatków gratis

+  przesyłka 5 zł listem poleconym

kontakt wmalymdomku@gmail.com

by Ania w małym domku (noreply@blogger.com) at maj 20, 2015 12:42

Blog do czytania

Wpół do weekendu #47 – płyn do baniek

Dziś jest bardzo ważne święto. Dzień Płynów do Mycia Naczyń. Nie, nie żartuję. W zalewie świąt niepoważnych to jedno jawi się jako stateczne i poważne. No bo każdy ma w domu płyn do mycia naczyń. Każdy może dziś poświętować. Oczywiście można świętować z tradycyjnym polskim „Ludwikiem”, który ma już ponad 50 lat. I który jest […]

by Bartosz Cicharski at maj 20, 2015 10:00

Eksribicjonizm kontrolowany

Lekcja życia przy kotlecie. Czego uczy praca w gastronomii?


Przepytuję dzisiaj 7 blogerek (i jednego nieblogera!) na temat tego, 
czego nauczyli się, pracując w gastronomii. 

Pomysł na ten wpis podsunęła mi Ola z bloga Wolniej. Już dawno chodziło mi po głowie napisanie paru słów na ten temat. Choć w branży spędziłam łącznie zaledwie pół roku, to uważam ten czas za ważną lekcję życia.

Oddaję głos przepytanym!

Ola


blog Wolniej | kelnerka & nie tylko

Wolniej
Zacznę od tego, że długo w gastronomii nie pracowałam, ale nie zmienia to faktu, że sporo mnie to nauczyło. Mój szef nawet mawiał, że przy nim i w tym zawodzie nauczę się życia. Miałam być tam tylko kelnerką, ale okazało się, że wielozadaniowość jest w cenie, więc byłam jednocześnie kelnerką, barmanką, pomocą kuchenną, sprzątaczką i dziewczyną na posyłki wszelakie.

Czego się nauczyłam? Na pewno wielu praktycznych rzeczy. Po tym gastronomicznym maratonie potrafię przygotować większość kaw (wcześniej nie znałam dobrze ich nazw), mogę zaskoczyć rodzinę jajkami à la Benedykt na śniadanie albo wyczarować smakowity drink wieczorem. Poza wzbogaceniem kulinarnych umiejętności praca ta pokazała mi, że jestem w stanie przekroczyć własne granice, a konkretnie granicę nieśmiałości i wytrzymałości. Okazało się, że wyjście do obcych ludzi i doradzanie, co mogą zjeść nie jest takie straszne, język (nie tylko polski) nie odmawia posłuszeństwa i, heeej, ludzie przecież nie gryzą.

Jeśli chodzi o wytrzymałość, to nie wiedziałam, naprawdę nie wiedziałam, że będę umiała od rana się uczyć, bo studia zobowiązują, a potem pójść do pracy na 9,5 godziny i mieć tam trochę energii, by przy podawaniu rogalików z miodem uśmiechnąć się do miłej Francuzki, a gdy wyjdzie, umyć podłogi. Uodporniłam się nieco na stres, odczułam, co to bolące nogi, plecy i ręce, ile wysiłku trzeba włożyć, żeby w ten sposób zarobić. A jak potem szanuje się te pieniądze!

Anna 


blog Prawie Wyszło | szef kuchni


W gastronomii miałam być na chwilę. Pracuje w branży już od 2007 roku, od 1,5 roku jako szef kuchni w jednej z londyńskich restauracji. 

Gastronomia nauczyła mnie szacunku do pracy innych ludzi. Gdy stołuję się na mieście, zawsze z ciekawością (ale dyskretnie!) przyglądam się pracy innych ludzi. Nigdy nie traktuję kelnerki przedmiotowo, bo wiem, jak to jest być po drugiej stronie. Ma też to dwie strony medalu - gdy serwis jest zły, nie zostawię napiwku; gdy jedzenie jest złe z jakiegoś powodu - potrafię odesłać talerz do kuchni. 

Praca kucharza dodała mi pewności siebie. Nie boję się eksperymentować w kuchni. Gotuję zdrowiej, sezonowo.

Nadine


blog Bo ma być mrucznie | kelnerka, kucharz, barista

Najpierw w wieku nastu lat przez kilka miesięcy pracowałam jako kelnerka nad morzem, a potem przez trzy lata, kręciłam naleśniki i parzyłam – nieskromnie mówiąc – przepyszną kawę. To była zdecydowanie najtrudniejsza praca, jaką wykonywałam i nie chodzi o zakres obowiązków, ale o to, że to praca z ludźmi. Bardzo ciężka praca z ludźmi, tak nawiasem. Z bardzo wybrednymi ludźmi, jeśli już chcemy być naprawdę konkretni.

Czego nauczyła mnie praca w gastronomii? Szacunku dla osób pracujących w tej branży. Jestem miła dla wszystkich kelnerek tego świata i przymykam oko na wszystkie potknięcia personelu, które zdarzają się, zanim dotrze do mnie zamówiona kawa i ciastko. Wiem, ile trzeba mieć w sobie cierpliwości, żeby obsługiwać z uśmiechem i beztrosko zagadywać klientów, a potem z takim samym entuzjazmem tłumaczyć się z tego, że jednak nie można było zrealizować zamówienia.

Odnoszę wrażenie, że praca w gastronomii to taki wyższy level aktorstwa: udawanie, że coś jest w porządku, kiedy ewidentnie nie jest. Im jesteś w tym lepszy, tym większe napiwki dostajesz, proste.

Zuza


blog Bijou-Bisou | kelnerka, kucharz


Ponieważ pracuję i pracowałam na bardzo wielu stanowiskach, to przede wszystkim przekonałam się, że to, że lubię gotować, praktycznie nie pomaga mi w pracy. Zupełnie czym innym jest zrobienie sałatki dla dwóch osób na romantyczną kolację, a czym innym zrobienie jej na osób dwieście. Przy tej skali przyjemność staje się czasem męczącą rutyną.

Nauczyłam się też dokładności i dbania o szczegóły. W restauracji każdy drobiazg ma znaczenie. Ale mimo że praca jest bardzo męcząca i wymaga ciągłego skupienia przez często kilkanaście godzin, to dobrana ekipa, która potrafi działać razem i znaleźć radość w swojej pracy, wynagradza wszystkie te niedogodności.


Karina


blog Kara Boska | S-marzycielka hamburgerów, Islandia

Podjęłam się dodatkowej pracy na kuchni w restauracji z fast-foodem, żeby szybciej nazbierać pieniądze na moją wyprawę marzeń do Stanów. Praca w gastronomii z dużym ruchem jest ciężka, a jej tempo w godzinach szczytu jest tak szybkie, że człowiek nie wie, jak się nazywa. Nie ma czasu na filozofowanie, rozkładanie swoich decyzji na czynniki pierwsze czy analizowanie ich skutków. Trzeba działać i to w zawrotnym tempie. Nasza świadomość jest tak skupiona na wykonaniu kilku zadań na raz, że wszystkie problemy czy dylematy są spychane do podświadomości, która w tym czasie swobodnie nad nimi pracuje.

Po skończonej zmianie, kiedy już siedziałam padnięta w autobusie, mózg wypluwał mi rozwiązania spraw, nad którymi wcześniej głowiłam się kilka miesięcy. To w tym czasie powstał w mojej głowie między innymi pomysł na bloga. Napisałam, że „kto nie pracował w gastronomii, nie zna życia” (chyba był kiedyś taki fanpage), bo w takiej robocie można dostać porządnie w dupę. Tempo jest szybkie, atmosfera nerwowa, kucharze mają ostre temperamenty, a klienci strzelają fochy. Jeśli coś takiego przetrwasz, to łatwiej Ci będzie radzić sobie z trudnymi sytuacjami w życiu. A jeśli nie, to przynajmniej nauczysz się przeklinać.


Sophie


blog Sophie.am | kucharz

Dzięki półrocznej pracy w restauracyjnej kuchni nauczyłam się włoskiego gotowania lepiej, niż po jakichkolwiek innych kursach czy warsztatach. Praca kucharza to ciężka, fizyczna harówka, która wymaga szybkości i świetnej organizacji pracy, ale też podzielności uwagi z jednoczesnym opanowaniem, dużym skupieniem i koncentracją. Po całym dniu pracy człowiek pachnie jak zbyt długo smażona frytka, ale satysfakcja z potraw, które wychodzą spod mojej ręki, wynagradza wszystko!


Kasia


blog Animated Magic | kucharz, barmanka

Praca w gastronomii towarzyszy mi od najmłodszych lat. Pierwsze szlify zdobywałam w rodzinnym barze w Bieszczadach, osiągając mistrzostwo w tempie serwowania kilkunastu hamburgerów na raz.

W Krakowie przeżyłam swój epizod ze Sphinxem, gdzie pełniłam rolę barmanki. Mówi się, że jedynej w całej Polsce, choć nie ma na to potwierdzenia. Nie obyło się bez haseł, że nie dam rady przenieść kega, zmęczę się po kilku godzinach harówy, jestem zbyt spokojna na tę branżę itd. Każdą z tych rzeczy dopisywałam do listy wyzwań, które sukcesywnie skreślałam z listy. Nie minęło kilka dni, a przybijałam piątkę z chłopakami, którzy przestali widzieć we mnie mięczaka.

Bartek


account manager | barman

Barmanem zostałem na pierwszym roku studiów, całkowicie z przypadku. Zaczynałem jako ulotkarz, potem „awansowałem” na zmywak, by następnie zostać „nalewaczem” piwa w studenckim klubie, a koniec końców wylądowałem w jednej z najlepszych restauracji w Krakowie. Po 2 latach zdecydowałem się odejść, ze względu na mocno zaburzony work-life balance (który w przypadku barmana praktycznie nie istnieje). No ale - czego uczy taka praca?

Opanowania. Najgorsi klienci (chociaż w zasadzie nie mogłem ich tak oficjalnie nazywać – do restauracji/pubu przychodzą goście) trafiali się jak na złość od największego święta. Kto próbował dyskutować z ludźmi w stanie „wskazującym”, doskonale rozumie, że ciężko się dogadać. Gorzej, gdy takich delikwentów trzeba obsługiwać z uśmiechem na ustach, choć miałoby się ochotę użyć kilku cierpkich słów.

Multitaskingu. 4 Mojito, 2 Caipirinhie, 3 shoty B-52, w międzyczasie kelnerka prosi o nalanie 5 piw do stolika, przed barem tłum zniecierpliwionych klientów – typowe środowisko pracy w piątek wieczór. Na szczęście po jakimś czasie nabiera się większej wprawy i można jedną ręką nalewać piwo, a drugą obsługiwać np. kruszarkę do lodu.

Sprytu. Większość barmanów pracuje za relatywnie niskie stawki. A to dlatego, że głównym źródłem dochodu są... napiwki i premie od utargu. Żeby wyrobić określony próg, od którego dostawaliśmy %, trzeba było mieć utarg np. 10 000 (co w sobotnią noc wcale nie było nie lada wyczynem) – jak najprościej to zrobić? Stosować tzw. upselling: młody facet w eleganckiej koszuli, z dziewczyną u boku, prosi o gin z tonikiem, ja pytam: Tanqueray czy tańszy? 90% wybiera droższą i bardziej prestiżową opcję, żeby nie wyjść na biednego. A za tym szło zawsze pytanie: „podwójny gin?” Tutaj skuteczność była niewiele gorsza.

Odporności. Największym zaskoczeniem dla mnie po przebranżowieniu się było... jak można pracować tylko 8h? Moje typowa zmiana za barem trwała średnio 12-15h, a w tygodniu przepracowywałem średnio 70-80h. Żeby była jasność – nikt mnie do tego nie zmuszał. Była to czasem ciężka praca, ale w większości świetnie bawiłem się tym, co robię.


Jestem ciekawa, czy też macie doświadczenia w pracy w gastronomii i czy odnaleźliście coś swojego w doświadczeniach innych. Podzielcie się!

by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at maj 20, 2015 10:12

TUV

ku pamięci czyli wieczorna herbatka

od zawsze jak sięgam pamięcią,kiedy miałam problemy ze snem podgrzewałam  sobie szklankę  mleka. Ciepłe mleko uspokajało i faktycznie po tym spałam.

Polecałam to znajomym dalszym i bliższym bo czemu nie?

Ostatnio zerkając co tam w tv,obejrzałam program Galilleo gdzie jakby w odpowiedzi na mój rytuał wieczorny pokazali badania nad zasypianiem/dobrym snem itp.

Były tam również badania nad tym co powinno się ewentualnie wypić przed, by sen rzeczywiście przyszedł szybko,był w miarę spokojny i bez przerw.

Testowane napoje to :

herbata

woda

melissa

mleko

herbata rumiankowa

I o ile wiadomo że herbata pobudza,woda to placebo,melissa o dziwo podziałała słabiutko  za to zaskoczył mnie RUMIANEK ! Bo działał zdecydowanie lepiej niż moje mleko;). Pijące go osoby spały dłużej nawet o 17 minut i spokojniej.

Rumiankową herbatkę miałam,i tego wieczora zaparzyłam by wypróbować sposób.

Spało się DOSKONALE ! Po raz pierwszy od dawna nie wybudzałam cię co kilka godzin (cenne,bo wszechogarniające zmęczenie dawało mi w kość).

Pijam od tygodnia co wieczór.

Ostatnio Klarka opisywała pobyt w szpitalu i herbatę jaką dostała.Wyczuła rumianek i melissę.

No to od dwóch dni parzę do kupy rumianek z melissą. Napój może nie tak smaczny jak Klarki,czegoś mu brakuje, ale działa !!!

I tego się będę trzymać. Mieszanka jak dla mnie świetna.

Dobrych snów;)

by Tuv at maj 20, 2015 08:23

pokolenie ikea

3849723848_8183d1ec78_b

Wiele osób zapomina, że polityk to jest zawód. Zawód, którego skuteczność polega na tym, że ktoś będzie wybrany (czyli jest skuteczny), albo nie będzie wybrany (czyli jest nieskuteczny).

Polityk to jest więc taki zawód, że musi się znać na wszystkim. Jakby powiedział, że się nie zna to zostałby wyśmiany. Dlatego tak często słyszymy brednie z ich ust.

Zawód w którym dyplomacja wymaga mówienia „nie”, kiedy myśli się „tak”. Dla mnie zaś wielkim problemem było nauczenie się, żeby mówić „nie”, kiedy myślę „nie”.

Wartość słów wypowiedzianych przez polityków z każdym rokiem się zmniejsza. Polityk mówi to co chce usłyszeć wyborca, a robi to co uzna, że mu się opłaca. Jak to ktoś pięknie powiedział, żyjemy w czasach gdy honor został wymieniony na honorarium.

Widzę – zwłaszcza teraz – w telewizji, internecie, nawet na wallach moich znajomych nieustającą polityczną napierdalankę. Kaczyński to złodziej. Tusk to złodziej. Komorowski też złodziej. Duda to złodziej. 

Dla niektórych nienawiść jest paliwem do życia. Bez nienawiści nie mogli by dać sobie rady. Niewiele osób zadaje sobie pytanie: a dlaczego mam takie przekonania? Dla mnie mądre życie wiąże się z pewną świadomością. Co myślę? Jak myślę? Dlaczego tak myślę? Jak czegoś nieznamy to się czegoś boimy. Jak się czegoś boimy to tego nienawidzimy

Wiele osób jest rozgoryczonych tym co dzieje się u nas w kraju. Młodzi ludzie czują wkurw i czują się oszukani. Bo liczyli na wiele rzeczy, bo pragną takiego życia jak na teledyskach, a dostają śmieciówkę, tani seks i piwo z Biedronki. 

Każde nasze działanie przynosi jednak jakąś konsekwencję. Chcesz aby było ci lepiej? NIkt tego za ciebie nie zrobi. Zaden polityk. Niezależnie od tego co ci obieca. 

Ich decyzje mają bowiem to do siebie, że często utrudniają nam życie, a rzadko kiedy ułatwiają. 

Ponieważ żyję na tym świecie ładnych kilka lat, wiem po prostu że ten sam polityk, który dziś mówi „tak” jutro powie „nie”. I ludzie będą na niego głosować. I część będzie biła brawo, a druga część krzyczała: debil. A za chwilę przyjdzie całkiem nowy, który znów powie „tak”.

My Polacy mamy jednak to do siebie, że kiedy widzimy ścianę to zrobimy podkop, albo pójdziemy górą. Dlatego nie przejmuję się politykami. Jestem patriotą. Po postu robię swoje. 

 3849723848_8183d1ec78_b Photo by Seyyedeh Behnaz Hatami/CC Flickr.com


by panikea at maj 20, 2015 08:11

Szklanym okiem mym

Big Rainbow

Duży, tęczowy , letni i optymistyczny :)






by MrÓ (noreply@blogger.com) at maj 20, 2015 08:24

Kura pazurem

Mojego dziadka pies zajmał

Ostatnio postanowiłam, że będę zapisywać teksty swojej babci. Toż to kopalnia zdań, których w życiu bym nie wymyśliła. Zaczęłam też podpytywać ją o przeszłość. Moja babcia rozwiodła się, w sumie Bóg wie kiedy, bo nie chce mówić o tym „tfu” „skurczybyku”. I ja nigdy jeszcze nie widziałam swojego „prawdziwego” dziadka, a przyznam, że nieraz byłam ciekawa, chociażby tego jak wyglądał. Nie znam z jego rodziny nikogo. Jak przez mgłę pamiętam tylko jego brata, bo zrobił mi kołyskę dla lalki. Ale bardziej pamiętam kołyskę niż jego.

Był moment, że nawet zaczęłam podejrzewać, że może babcia tego ślubu nie miała. Jej były mąż już nie żyje, więc na pewno go nie zobaczę. A imienia jego w naszym domu się nie wymawia, jedynie czasami można usłyszeć nazwisko poprzedzone splunięciem i siarczystym przekleństwem. Choć sprawa z nazwiskiem też śliska, bo po jego śmierci okazało się, że moja mama ma zapis przez „ch” w metryce, a on miał przez samo „h”.

Okazja się nadarzyła do wspomnień. Pytam babcię, czy ma jakieś zdjęcie, bo trzeba jej zmienić dowód osobisty.

– A pewnie, że mam – odpowiedziała i wyciągnęła pudełko ze zdjęciami. Grzebie tam i grzebie. W końcu mi podaje. Spoglądam i od razu parskam śmiechem.

– Babciu, ile tu miałaś lat?

– Dwadzieścia – odpowiada zadowolona. – I takie chcę mieć w dowodzie.

– Ale wiesz, mogą tego w urzędzie nie przyjąć, bo chyba powinno być w miarę aktualne – w domyśle dopowiadam, że nie sprzed siedemdziesięciu lat. Babcia więc szuka kolejnego. Znalazła jedno sprzed czterdziestu, ale i jedno sprzed dwudziestu. Biorę to najstarsze, najwyżej dopytam w urzędzie, czy może być. Babcia nie bardzo jest zadowolona, że wybieram najstarszą wersję.

Ale rozmowa schodzi na zdjęcia i wiek babci (w październiku skończy dziewięćdziesiąt).

– Ja zamierzam na razie żyć do 95, jak moja mamusia. A potem się zobaczy.

Mało co nie parskam śmiechem. Ale wiem, że jak babcia postanowi, to pożyje. I aż trudno mi uwierzyć, że kiedy zabieraliśmy ją do nas, była ledwo żywa. Teraz śmiga jak fryga (tylko że o lasce). Potem od razu dopowiada, kto ile w rodzinie żył, a że miała chyba z dwanaścioro rodzeństwa, to trochę to trwa. Przy okazji pytam o ojca mojej mamy.

– Masz może jakieś jego zdjęcie?

– A po co? Psia jego mać! Wycięłam go ze wszystkich zdjęć. I z portretu ślubnego też wycięłam.

– Ale nie zapodziało ci się jakieś? Chciałam zobaczyć, czy mama jest do niego podobna albo może ja.

Babcia splunęła dwa razy. Zaklęła pod nosem po swojemu, ale widzę, że szuka.

– Pies mu mordę zajmał. Po co ci on?

– Z ciekawości.

– Ciekawość to pierwszy stopień do piekła – odpowiada, ale w końcu podaje mi malutką czarno–białą fotografię. Przyglądam się mu, bo to przecież tata mojej mamy. Obojętnie kim był, co zrobił, to jednak we mnie też płynie trochę jego krwi. Patrzę na niego. I już wiem, że ten pokręcony łeb to po nim. I mama go ma, i ja, i brat. Taki znak rozpoznawczy.

Tak sobie myślę, że dobrze znać swoje korzenie. Dla mnie dziadkiem (ukochanym) był drugi mąż mojej babci. Innego od strony mamy nie miałam. Mężczyzna na zdjęciu jest mi zupełnie obcy, ale zawsze byłam ciekawa, jak wyglądał i czy zrobił w życiu choć jedną dobrą rzecz, bo niestety od babci nic dobrego o nim nigdy nie usłyszałam. Nie interesował się moją mamą, nie płacił na nią alimentów, nigdy nie próbował poznać swoich wnuków, a jednak jakaś część mnie chciała chociaż wiedzieć, jak wyglądał. To chyba naturalna rzecz, nie?

by anna at maj 20, 2015 04:15

zycie na kreske

maj 19, 2015

Slow Day Long

Wyjeżdżasz za granicę? Oto w jaki sposób możesz oszczędzić sporo czasu i pieniędzy!

Nie wiem jak to wygląda u Was, ale nam zwykle ciężko jest oszacować, ile dokładnie będą kosztowały nasze wakacje. Wiadomo, że lepiej zakładać z górką, żeby nie zostać z przysłowiową „ręką w nocniku”. Poza tym to zawsze miłe, kiedy okaże się, że trochę waluty nam zostało. Często jednak szkoda ją wtedy sprzedawać i zamieniać znów na złotówki, bo tracimy na różnicy między ceną sprzedaży, a ceną skupu. Niby niewiele, ale jakoś tak, zawsze jest to niekomfortowe. W końcu nikt z nas nie lubi trwonić pieniędzy.

Trochę historii

Pamiętam, jak dawno dawno temu, w 2004 roku, jako młoda studentka, pojechałam na wakacje do USA na tzw. Work and Travel. Pracowałam dzień i noc, odbierałam „pay checki”, które spieniężałam je w najbliższym banku. Konta oczywiście sobie nie założyłam, bo mi się nie chciało i trzymałam swoje dolary „w skarpecie”. Wszystko było super, tylko akurat tak się złożyło, że kiedy ja tam ostro harowałam, kurs dolara w stosunku do złotówki leciał na łeb na szyję. A ja wówczas kompletnie nie wiedziałam, jak zaradzić temu. Moje oszczędności z dnia na dzień traciły na wartości.

Kiedy bowiem odbierałam swoje pierwsze tygodniówki, za 1 dolara mogłam dostać 3,85 zł. Kiedy jednak wróciłam z całą tą kasą do domu, dostałam jedynie 3,2 zł. To 65 groszy różnicy na dolarze. Przy przywiezionych przeze mnie 4500 dolarów, wyszło prawie 3 tys. zł straty na różnicy kursowej. Do dziś uważam to za sporą kwotę. W tamtych czasach była ona dla nie wręcz kosmiczna.

To jeszcze nie koniec tej historii. Największy stres przeżyłam w drodze powrotnej. Ja i mój ówczesny „narzeczony” spakowaliśmy swoje dolary do małych saszetek i ukryliśmy w wewnętrznej kieszeni jego podręcznego plecaczka. Stresowaliśmy się okropnie, bo jego koperta była znacznie grubsza niż moja, podróżowaliśmy więc z naprawdę potężną kasą.

Niestety, przy kontroli bagażu podręcznego okazało się, że mój luby nieopatrznie zapakował do niego piękny zestaw scyzoryków, który zakupił jako prezent dla swojego taty. Dostał wybór – albo wyrzuca scyzoryki, albo wkłada je z powrotem do plecaka i nadaje ten plecak, jako bagaż główny. Bez wahania zrobił to drugie. Nie wyjął jednak z niego naszych ciężko zarobionych pieniędzy.

Chyba nie muszę Wam mówić, że droga powrotna do domu to było naprawdę ciężkie kilkanaście godzin, podczas których nie chciałam się do niego odzywać. Miesiące wyrzeczeń i pracy ponad siły poszłyby się… Wystarczy jeden nieuczciwy pracownik bagażowni na którymkolwiek z lotnisk (lecieliśmy z przesiadkami) i nigdy już nie zobaczymy naszych dolarów. Na szczęście, nic takiego się nie stało. Ale stresu było co niemiara.

Czy jest na to rozwiązanie?

Taka przygoda przytrafiła mi się na szczęście tylko jeden raz. Ale stres związany z noszeniem przy sobie „dużej” gotówki towarzyszył mi kiedyś niemalże na każdych zagranicznych wakacjach. Szczególnie, że był taki czas, kiedy preferowałam auto-stop i pola namiotowe. A wtedy nic, tylko wszystko co cenne trzeba mieć cały czas przy sobie. I weź się tu człowieku zrelaksuj na plaży i beztrosko pluskaj się w falach Morza Śródziemnego, kiedy cały czas musisz mieć oko na swój dobytek!

Na szczęście, teraz jest łatwiej. Kilka lat temu Alior Bank powołał do życia pierwszy, i jak na razie ostatni w Polsce, bankowy internetowy kantor walutowy. Czym różni się od innych kantorów online? Ano tym, że jest on bezpośrednio powiązany z Twoim kontem osobistym w Alior Banku i co za tym idzie, daje Ci możliwość korzystania z wszystkich bankowych udogodnień.

Damian już wcześniej miał konto walutowe w tym banku i powiązaną z nim kartę płatnicza w euro. Ale po zeszłorocznej przygodzie ze zniszczeniem karty (przeczytasz o tym TUTAJ), postanowiliśmy tym razem lepiej się zabezpieczyć. Tak odkryliśmy pełną ofertę internetowego Kantoru Walutowego Alior Banku.

Kantor walutowy. Jak to działa?

Po pierwsze, każde z nas pod swoim osobistym numerem klienta Alior Bank, założyło sobie konto w Kantorze Walutowym. Po drugie, każde z nas zamówiło sobie kartę płatniczą, bezpośrednio powiązaną z kontem w euro. Posiadanie takiej karty umożliwiło nam wykonywanie podstawowych operacji finansowych, do których jesteśmy przyzwyczajeni przy kontach złotówkowych, a które tak bardzo ułatwiają nam codzienne życie.

Zacznijmy od tego, że w każdej chwili mogliśmy sprawdzić stan naszych kont w euro online i w razie potrzeby dokupić tyle europejskiej waluty, ile było nam potrzebne. Po kilku dniach w Grecji z łatwością mogliśmy już oszacować, ile będziemy potrzebować gotówki, a ile możemy zostawić na koncie, żeby płacić kartą.

Nic nie jest doskonałe. Na co należy uważać?

Gotówkę mogliśmy wypłacać bez prowizji, ale tu są pewne ograniczenia. Każde z nas ma możliwość jednej bezprowizyjnej wypłaty w miesiącu kalendarzowym. Lepiej więc nie rozmieniać się na drobne, tylko od razu wypłacić sobie zapas na kilka dni. My byliśmy w bankomacie łącznie 3 razy (mając 2 karty), a że nasze wakacje były na przełomie kwietnia i maja, prowizja nas ominęła. Zresztą, nie jest ona specjalnie wysoka, bo wynosi jedynie 9 zł. Kwota jest stała bez względu na wysokość wypłaty. To niewiele za poczucie bezpieczeństwa związane z brakiem grubszej gotówki w kieszeni.

Bardzo ważne! Należy wypłacać pieniądze z bankomatów należących do banków. Banki są związane umową. Niestety, prywatne sieci bankomatów mają prawo pobierać prowizję, którą same ustalają. Mi się raz zdarzyło (w Niemczech), że za wypłatę 100 euro zapłaciłam aż 14 euro prowizji! To dużo.

Dlaczego jest to korzystne rozwiązanie?

Dokonując płatności kartą, korzystaliśmy z kupionego wcześniej euro (nadmienię, że po naprawdę korzystnym kursie), unikając w ten sposób wysokich kosztów, z jakimi mamy do czynienia przy przewalutowaniu. Bywało, że różnica wynosiła niemal 40 groszy na 1 euro. Przy 1000 euro to 400 zł. Powiecie, że niewiele? A ja Wam powiem, że tyle, to kosztowały mnie bilety lotnicze w obie strony dla 1 osoby. Moim zdaniem jest to całkiem sporo.

Zakupionych w Kantorze Walutowym euro można również używać do przelewów bankowych. Przelewy są bezpłatne i jest to wygodna forma rozliczania się na przykład za noclegi, czy wynajem samochodu. Wiele hoteli i firm zajmujących się wynajmem aut, bez problemu zgadza się na taką formę płatności. Również właściciele prywatnych kwater są jej raczej jej przychylni.

Przyznam się Wam, że strasznie mi to rozwiązanie podpasowało. Wpłaciliśmy sobie na złotówkowe konto w Aliorze kwotę przeznaczoną na wakacje i euro kupowaliśmy na bieżąco. Dzięki temu cały czas mieliśmy wydatki pod kontrolą i nic nas nie zaskoczyło. W większości miejsc można było płacić kartą, więc nie czuliśmy się obciążeni gotówką, a też nie kupiliśmy tej waluty za dużo i trochę pieniędzy nam zostało. Będzie na wakacje w Polsce, które planujemy na lipiec.

Szkoda, że nie miałam takiego konta 11 lat temu, w USA. Mogłabym na bieżąco sprzedawać moje dolary i nie byłabym aż tyle „w plecy”. Szczególnie, że najwięcej zarobiłam na początku mojego pobytu. No i na miejscu nie musiałabym chodzić z gotówką. Karty do kantorowych kont można bowiem wyrobić sobie również w dolarach amerykańskich oraz funtach brytyjskich.

Szczególnie to ostatnie powinno zainteresować tych z Was, którzy żyją trochę w Polsce, a trochę na Wyspach.

Ja to kupuję, a Wy?

p.s. Poniższe zdjęcie obrazuje kurs, po jakim można było wymienić złotówki na euro w kantorze w centrum Chanii. To niemalże 70 groszy drożej, po ile my kupowaliśmy Euro w kantorze walutowym Alior Banku, a z miejscowego bankomatu wypłacaliśmy je bez prowizji.

Slow Day Long kantor Alior Bank pieniądze (2)

by Kamila at maj 19, 2015 10:01

Zuzanka

Pani Smaczna

5-składnikowa tarta kasztanowo – czekoladowa (bez pieczenia)

5-składnikowa tarta kasztanowo – czekoladowa (bez pieczenia)

Co może robić Pani Smaczna o 7 rano w niedzielę? Tartę kasztanowo-czekoladową! Nie ma co marnować czasu, skoro dziecko już od 2 godzin na nogach (chociaż w przypadku 15-tygodniowego bąbla chyba to za dużo powiedziane ;) )!  A, że weekend to przekazuję synka tatusiowi i w ramach odpoczynku sama uciekam do kuchni ;) Przepis błyskawiczny! Kilka smakowitych składników i jest! Bez piekarnika, bez zagniatania ciasta – cudo! Nie zastanawiajcie się, dłużej zajmuje przeczytanie przepisu niż jego wykonanie ;) p.s. niestety połamał mi się pojemnik do mielenia w blenderze, więc byłam zmuszona utłuc ciasteczka. Ładniej będzie się tarta prezentować w przypadku mielenia na pyłek, chociaż dla fanów pokarmu typu crunchy tłuczenie się sprawdzi ;)

Składniki:
na formę o średnicy ok. 23 cm

Spód:

  • 250 g ciasteczek digestive
  • 70 g masła
  • 60 g czekolady gorzkiej

Nadzienie:

  • 250 g słodzonego  kremu kasztanowego
  • 100 g czekolady mlecznej
  • 100 g czekolady deserowej
  • 250 g mascarpone

Dodatkowo:

  • niesłodzone kakao do ozdoby (opcjonalnie)







Wykonanie:

Spód: ciasteczka tłuczemy lub mielimy na pyłek. Masło i czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej.
Pokruszone ciasteczka mieszamy z rozpuszczonym masłem z czekoladą i wykładamy nimi spód i boki formy do tarty, dokładnie dociskając. Na czas przygotowywania nadzienia wstawiamy do lodówki.

Nadzienie: czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Studzimy. Mascarpone i rozpuszczoną, ostudzoną czekoladę przekładamy do miski i miksujemy. Dodajemy krem kasztanowy i ponownie chwilę miksujemy, aż całość stanie się puszysta.

Nadzienie wykładamy na schłodzony spód i równomiernie rozsmarowujemy.

Przekładamy do lodówki na 1-2 godziny. Przed podaniem możemy tartę udekorować posypując obficie niesłodzonym kakao.

Smacznego!  

by Pani Smaczna at maj 19, 2015 08:06

moje waterloo

2088

Ahaha, ahaha, jakie to śmieszne, no naprawdę.

Ojciec wystawił stopę z bambosza i normalnie oko mi pękło. Sina bania. Szlag mnie trafił jasny i sie pytam sie, co jeszcze ukrywa. Machał rękami w proteście, ale już było za późno, mleko się rozlało.
- Gacie w dół i siad! - wrzasnęłam.
Mores zna, zamknął się, gacie ściągnął i przycupnął jak trusia. Wcale się nie dziwię, bo to, co ujrzało światło dzienne, było nie do zaakceptowania.

Stopa lewa dwa razy taka jak prawa i sina. Udo sine. Kolano spuchnięte i sine. Uklękłam mu na tchawicy i wyszło na jaw, że ma też stłuczone żebra. W zasadzie przyszło mi do głowy, by zacisnąć ręce na krtani i zakończyć proces, ale matka mnie powstrzymała. Jednak skończyła się szkoła pod pierogiem.
- Ty do pokoju na kanapę - warknęłam do ojca. - Noga na fotel i jak się stamtąd ruszysz, to odstrzelę.
- Kapustę w domu masz? - zapytałam mamy.
- Mam.
- Nogę obłożyć kapustą, bandażem elastycznym owinąć. Pomiędzy zmianami okładów smarować żelem z arniką albo heparyną. Jest?
- Jest.
- No to ruchy, ruchy, ruchy. A jak tylko piśnie, przywalić patelnią.
Mama wyraźnie się ucieszyła.
- Zrozumiałeś?! - przeniosłam wzrok groźny na tatę. - Bo przyjadę i sama cię walnę, jak Boga kocham.

Siedzi. Nogę w górze trzyma. I jest przeszczęśliwy. Cały świat się wokół niego kręci. Zaczynam podejrzewać, że specjalnie się wypierdolił. Leki mu kup, wodę mu kup, zakupy mu zrób, zadzwoń, zabawiaj, a jak spuścisz z oka, to ucieknie i będzie chichotał. Chyba wprowadzę kary cielesne.

***

Do domu wracam, a tam zmywarka wyzionęła ducha. Przecież mówię od dwóch tygodni, że się kabel pali, co się pali, tobie zawsze śmierdzi, weź przestań i się czymś zajmij. W zaistniałych okolicznościach nałożyłam sobie lody, włączyłam film i czekam. Zadzwonił domofonem.
- Kto tam?
- Ja.
- Tak się cieszę, że wróciłeś. To szybciutko, szybciutko, bo czekam z ciepłą awanturką.
Przylazł, postał, popatrzył.
- Mechanika trzeba wezwać - powiedział.
Lekko brew mi podskoczyła, bo jeszcze żaden mechanik od kiwania się na piętach nie przyjechał. Złapałam za telefon, wydzwoniłam, ściągnęłam na dziś, obiecałam krwawą zemstę. Nie mechaniku, oczywiście.

Ale spokoju mu nie dawało. Rozmontował kawałek kuchni i... Ludzie, niech mnie ktoś przywiąże do kaloryfera i zaknebluje. Gówno zmywarka! Jak się wprowadzaliśmy, pociągnął jeden kabel i połączył. Pół kuchni mi wisi na kablu od... głośników. Któren się w końcu sfajczył i stopił. Śmierdziało. CBDO.
Odwołaliśmy mechanika. Zmywarka działa.

***

Gdybym posiadała temperament inny niż flegmatyczny, tobym ich wszystkich zatłukła.


(A jak byłam sama w domu, to Cześkowi zrobiłam zastrzyk i Zośce wcisnęłam prochy - w pojedynkę).

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at maj 19, 2015 08:53

pokolenie ikea

4596688296_a5cef663f9_o

Kiedyś byłem na zajęciach z negocjacji, gdzie uczono nas, że nie ma co negocjować jeśli chodzi o wartości.

Wiecie:

Smoleńsk.

Jaruzelski.

Stan wojenny.

Aborcja.

Szczepionki.

In vitro.

Placki (z cukrem czy bez cukru).

Kiedy kobieta jest dziwką.

Zajęcia były oparte o dylematy kobiet w ogóle, a książkę Potop w szczególe. Tak w skrócie: Oleńka chciała dotrzeć do Kmicica. Problem polegał na tym, że most, którym miała przejechać został zerwany. Ona więc była po jednej stronie, a jej ukochany po drugiej. Ona tęskniła bardzo. Poszła więc do księcia Radziwiłła, który miał jedyny statek w okolicy i poprosiła aby ją przewiózł na drugą stronę.

Radziwiłł spojrzał na nią i stwierdził, że owszem chętnie, jeżeli panienka Oleńka padnie na kolana, a później zdejmie z siebie tę suknię, którą ma na sobie bo przez moment będzie jej niepotrzebna. A kiedy już Radziwiłł skorzysta, to chętnie owszem na drugi brzeg ją przewiezienie nawet ze splendorem i fanfarami.

Oleńka jak to kobieta na początku odmówiła z oburzeniem , później pobiegła do cioteczki Billewiczówny po radę która – cioteczka jej jednak nic nie pomogła, tylko zasnęła. A później przemyślała chwilę kwestię i Radziwiłłowi dała.

Książę zachował się szlachetnie, obietnicę spełnił i na brzeg ją przewiózł.

Płacząc i chlipiąc Oleńka rzuciła się w ramiona ukochanego Kmicica i oczywiście bez sensu opowiedziała mu wszystko. 

I że oczywiście kocha i tęskniła. (Owszem spałam z nim, ale nie miałam orgazmu)

Ale Kmicic oczywiście już tego nie słuchał. Tylko wyobrażał sobie jak Radziwiłł zdziera z jego ukochanej szaty, uwalniając zgrabne cycki, jak przekręca ją na brzuch, jak trzyma ją za włosy, jak ona otwiera usta do jęku – i strzeli focha.

Odepchnął zaryczaną Oleńkę, która absolutnie niczego nie zrozumiała, bo jak to? Ona się poświęciła dla ukochanego a on zachowuje się jak cham i prostak.

Oleńka wracając cała zasmarkana spotkała Longinusa Podbipiętę. Longinus usłyszał o wszystkim, oburzył się i regularnie nakładł Kmicicowi po ryju.

I pytanie teraz na tych negocjacjach brzmiało kto tutaj zachował się honorowo.

Ku memu zdumieniu dla większości facetów Oleńka była dziwką, bo nie byli w stanie zrozumieć, że kobiety sypną się jak confetti właśnie z miłości. I że dla laski nie ma nic dziwnego w tym, ze puści się z jakimś kolesiem tylko i wyłącznie po to aby zrobić wrażenie na innym, którego kocha.

Albo na złość temu którego kocha.

Albo po to aby ten którego kocha zareagował.

Pisałem już o tym, ale się powtórzę. Dla kobiet nie ma ważniejszych rzeczy niż miłość. Dla miłości głupieją, dają się zeszmacić, dla miłości się poświęcają, cierpią, ryczą, tną włosy albo farbują, chudną i tyją oraz zdejmują z siebie majtki.

Co najwyżej za jakiś czas mogą się dziwić własnej głupocie, ale to już zupełnie inna historia.

Kobiety dają alfom

Rockman ma zawsze większe szanse na dobre, niezobowiązujące obciągnięcie, prawda? To nic złego. Natura. Drapieżnik bierze więcej.

Bo dla kobiet mężczyźni dzielą się na dwa rodzaje.

Są żywiciele. Żywiciele są mili, sympatyczni, obliczalni, mają stałą pracę, nie piją za dużo. Rokują jako doskonały typ męża/ojca/kosiarki do cięcia trawnika przed domem.

Są i alfy. Alfy są drapieżne Przyzwyczajone, że świat otwiera się przed nimi jak ostryga, a kobiety rozkładają nogi.

Kiedy żywiciel podchodzi do kobiety, będzie starała się go zawstydzić. Aż odejdzie z podkulonym ogonem. Kiedy alfa podejdzie do kobiety, ona mimowolnie wypnie cycki aby go zachęcić. Alfa może nazwać kobietę dziwką i ona mu chwilę później da. Żywiciel nazwie kobietę dziwką i ona mu chwilę później da, ale w pysk.

Kobieta nie musi lubić alfy, żeby on zerwał z niej ciuchy i mieć trzy orgazmy. Ba może go nienawidzić . Grunt, żeby ją fascynował.

Kobiety dają jeśli miłość się kończy

I ta miłość może się kończyć na dwa sposoby, kiedy się wypala i pozostaje tylko żal i gorycz albo kiedy się wietrzeje. A wietrzeje etapami. I na początku on nawet jest męski, nawet jest dziki. A ona zaczyna robić mu wyrzuty. A dlaczego nie spędzamy razem czasu? A dlaczego tyle siedzisz w pracy? A dlaczego tyle chodzisz na siłownię? A dlaczego znów chcesz iść na imprezę? A co to za kumple? A dlaczego się za nią oglądasz? Czy ona ci się podoba? Nie kochasz mnie już?

Dlaczego kobieta robi wyrzuty facetowi? Bo się boi że go straci.

I tak powoli obniża jego poczucie własnej wartości. W końcu zamienia go w kartofla kanapowego. Grubego, sfrustrowanego i bez zainteresowań. Dla którego jedyną formą rozrywki jest jebnięcie browara i jakiegoś serialu i nawet mu już nie staje. 

Ewidentnie widać, że on już żadnej laski nie wyrwie. W tym momencie kobieta spogląda na tę kanapę i widzi tłustego, łysego kolesia I się puszcza. Zazwyczaj z kolegą z pracy.

A kiedy wszyscy ją już przelecą jak gdyby nigdy nic wraca do kanapowca. Dla rodziny, bo rodzina jest najważniejsza, prawda?

Kobiety dają po dramatycznym rozstaniu

Kiedy miłość, którą brały za wielką i ostateczną, nagle się wypaliła. I zostają z niczym. I nie wierzą nagle w nic.

Tak jak niewierna Ewa, która należy do elitarnej klasy rudych zdzir z dużymi cyckami. Mieszka teraz we Włoszech i poważnie myśli o przyszłości.

Mężczyzn kochała trzech.

„W tym pierwszym zakochaniu wierzyłam, że moim ostatnim miłym wspomnieniem tuz przed śmiercią będzie jego szesnastoletni nabrzmiały kutas. No myliłam się, pierwsza miłość pierwszą miłością, ale nie ostatnią. Drugim wybrankiem okazał się lekki psychopata z bogatego domu. No a za trzeciego chciałam wyjść. Ale ostatnie pół roku mieszkania razem trwało w ciszy i separacji.

Nie uprawialiśmy wtedy seksu przez kilka miesięcy, o szacunku nie było mowy.

Kiedy się wyprowadziłam poczułam wolność i postanowiłam, że będę robiła rzeczy, jakich jeszcze nie robiłam, i tak oto przespałam się z murzynem. Że było fajnie i inaczej, pozostało to rzeczą regularna na kilka miesięcy. Oboje odpuściliśmy gdy pojawiły się uczucia z jego strony.

Później w pracy poznałam pewnego 35 latka. Popisywał się przed kumplami i powiedział, że spotka mnie kiedyś w mieście na piwie.

Spotkał.

Pięć dni później siedział na krześle w moim salonie. Pode mną. Krzycząc moje imię. Przestalam się do niego odzywać, gdy oznajmił, ze jest gotowy zostawić dla mnie żonę. No co za debil. 

I tak nastał nowy rok, myślałam sobie o roku wstecz, ze byłam nawet zdzirowata zaliczając dwóch facetów w 365dni. But hey, new year, new challenge they said, wiec przespałam się z lesbijka. Niedługo potem z kolega z pracy (który jest kolega murzyna z początku) a noc później z innym kolega z pracy i jego dziewczyna na raz (współlokator murzyna z początku historii). „ 

Kobiety mają podwójne standardy

Ile osób uważa, że niewierna Ewa jest dziwką? Ile osób uważa tak, tylko dlatego, że sypnęła się z czarnym?

Gwarantuję, że pomyślą tak przede wszystkim kobiety.

Bo, kto najszybciej nazwie kobietę dziwką? Inna kobieta. Jej koleżanka albo przyjaciółka. I nie trzeba do tego dzikiego rżnięcia na klatce schodowej z dwoma kolesiami. Wystarczy, że w klubie zatańczy z kilkoma różnymi facetami i będzie miała powodzenie.

Niewierna Ewa: Wiesz, zawsze mnie to strasznie wkurwiało w dziewczynach, ze się tak puszczają. Nie lubiłam się takimi otaczać, bo zbyt wiele dramatów typu ”wyruchał i zostawił’. O matko, zgadnij czemu. No i jakoś tak ciężko mi to sobie było ułożyć, że ludzie to aż takie zwierzęta, że mogą spać ze wszystkimi i wszędzie bez uczuć.

Nikt tak bezwzględnie nie ocenia innych kobiet, jak same kobiety.

Kobiety myślą w prosty sposób: kiedy ja się sypię to jest wszystko ok. Kiedy inna się puszcza jest dziwką.  Dlatego kobiety zazwyczaj sypią się w ciszy. Nie mówiąc o tym nikomu. 

4596688296_a5cef663f9_o

Photo by Daniel Zedda/CC Flickr.com


by panikea at maj 19, 2015 10:50

Od rana do wieczora

O tym, jak zostałam Pracownikiem Roku i co dostrzegło Oko Sąsiadki, czyli przegląd ubiegłego tygodnia

Nie uwierzycie, ale już trzeciego dnia pracy zostałam Pracownikiem Roku. Na moją cześć: Hip hip hurra! oraz fala, konfetti, a z głośników „We are the champions”. Na full. Miałam iść do pracy 4 maja, ale cały tydzień rodzinnie babraliśmy się z wirusem. Jak już wyleczyliśmy się, wypraliśmy i wysprzątaliśmy wszystko, mogłam wreszcie pójść do pracy. […]

by Chuda at maj 19, 2015 10:38

Dzieciowo mi

Krótka historyjka o dziecku z HIV i przedszkolu

O błędach lekarskich można napisać dzieło, które rozmiarami zawstydziłoby Iliadę, o ludziach żyjących z tym błędem drugie tyle. Zdarzył się więc błąd.

by Malwina Ferenz (Krusz.) at maj 19, 2015 10:31

Skorpion w rosole

(175) ŚWIERSZCZYK ma 70 lat!

Przyjęcie urodzinowe u Bebe, wejście ->TUTAJ
Warto wziąć udział w zabawie, Świerszczyk przygotował mnóstwo nagród,
w tym prenumeraty!



Przyjęcie urodzinowe u Świerszczyka :) 
(z zagadką-zadaniem: ile zwierząt wystąpiło w wierszyku?)

Strasznie dziś skrzeczy w trzcinie pan trzciniak,
strzela też strzelczyk kropelką w trznadla,
bo właśnie teraz wieść w nich gruchnęła
i z wielkim hukiem na łąkę spadła!

Wiadomość taka zdarza się rzadko:
oto dziś święto jest nad świętami!
Wszystkie owady siedzą na kwiatkach,
machając raźnie transparentami!

Ślimak winniczek, dziś nie ponury,
wchodzi powoli na szczyt małej góry
i z góry jak pirat zmrużywszy oko
dumny jest z siebie mrucząc: Wysoko!

Już po godzinie ślimak wysapał
dlaczego tutaj się szybko wdrapał:
Zwinął w megafon listek maliny
i, śliniąc się, krzyknął: DZIŚ URODZINY!

Świerszczyk, przyjaciel, łąkowy chwat
Uczy i bawi siedemdziesiąt lat!
Na to mieszkańcy zielonej łąki
Świerszczowi o mało nie urwą ręki!

Tak ją ściskali, tak nią machali!
Świerszcza całego obcałowali!
-Dobrze, koledzy, ja się nie bronię-
możecie złożyć mnie tu, na tronie.

Świerszczyk, choć skromny, musiał się zgodzić
by go na tronie dzisiaj usadzić-
z tronu miał bowiem widok rozległy
na całą łąkę i teren przyległy.

Kleszcz klaszcze głośno w swe cztery dłonie,
a gąsienica lico spłonione
ukrywa wstydliwie za pajęczyną,
na której tańczy pająk z dziewczyną.

Przybiegła w pośpiechu też samica trzyszcza,
co jedno oko zawsze wytrzeszcza
oraz ogromny za nią przychówek:
królowa matka z tysiącem mrówek!

Na urodziny przyszły trzy mszyce
(ja tam się nigdy tych mszyc nie brzydzę).
Przybyły dwa skorki na starej trajce,
zagrały skocznie na bałałajce.

A paź królowej, jak przy niedzieli
tak pięknie zagrał na wiolonczeli!
Krzyżak w kraciastej, świeżej koszuli,
z miłością muchę do torsu tuli!

Jętka ujęła temat zdawkowo:
-Chcę, Świerszczu zostać dziś twoją żoną!
-Hola, kochana, ja byłam pierwsza-
ociera się żaba czule o Świerszcza.

Wtem konik polny, co koń wyskoczy,
wybiegł na scenę i coś mamrocze
-Cisza na sali!- aż krzyknąć musiał
i gawiedź wreszcie usiadła jak trusia.

-Świerszczyku miły, Owadzie drogi,
nie zbaczaj nigdy z obranej drogi!
Wszyscy śpiewamy Ci z balonami:
zostań na sto lat na łące z nami!*

A żuk gnojowy w ogromnym znoju
tocząc przez sobą kuleczkę gnoju
otarł pot z czoła z pomocą szmat:
Żyj nam, Świerszczyku, aż trzysta lat!

*) my tez byliśmy na przyjęciu i uwieczniliśmy przemowę konika polnego. Niestety, nie mieliśmy kamery, tylko aparat. Dobrze, że zrobiłam zdjęcie dokładnie w momencie, gdy wjechał z pompą na tył majtasów Mima. Bolidem!!!  :)



by pandeMonia (noreply@blogger.com) at maj 19, 2015 11:15

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

List otwarty do Pani Ewy Kopacz Premier RP

List otwarty do Pani Premier Ewy Kopacz Szanowna Pani Premier, piszemy do Pani z prośbą o pomoc. Mijają cztery lata, odkąd w Syrii rozpoczęła się wojna. Wskutek walk armii reżymu Baszara al-Asada z oddziałami opozycji – a następnie ofensywy tzw. Państwa Islamskiego – cierpienia doświadczyły w tym kraju miliony niewinnych ludzi. Według danych Organizacji Narodów […]

by siostra at maj 19, 2015 07:32

zycie na kreske

maj 18, 2015

Kurlandia

Dres – rampers

Dobra, mam ADHD. Niech będzie – przyznaję. Ha ha ha. (A dziecka się czepiam…) Poprosiłam dziewczyny z forum o małe skrawki materiałów do terapii. Ot wielkości połowy kartki A4 spokojnie by wystarczyły. Skraweczki, skrawunie… Ale dziewczyny mają wielkie serca i przesłały mi całe płachty tkanin. Postanowiłam odwdzięczyć się za tej hojny dar, pokazując swoje zaangażowanie. Uszyłam dres dla Szymka do ogrodu. Taki, co to nie odsłania nerek przy podnoszeniu dziecka. Sama przygotowałam wykrój i sama wszystko złączyłam razem. A oto efekt…

Dresik nazwałam „Wypocinka”, a wykorzystane przeze mnie materiały można zakupić na facebook’u w grupie „Materiałowe Cuda”. Prototyp ubrania zrobiłam. Po wypłacie zamówię u Pani Klaudii metr materiału „Muminki” i poszyję cuda. Teraz jestem już mądra. Po dziesiątym pruciu okiełznałam kombinezon syna i mogę uszyć wersję pokazową wraz z instrukcją wykonania.

***

by Iga at maj 18, 2015 09:54

moje waterloo

2087

NO, DOBRA. MOŻNA PUŚCIĆ. WYGRALIŚMY.

Najnowsze badania Cześka dowodzą, że będzie żył. Białko całkowite jeszcze trochę podwyższone, ale globuliny w normie, leukocytoza ustąpiła. Co prawda samo oko będziemy podobno leczyć długo i upierdliwie, czego Czesław nie zamawiał, ale oko to już nie zagrożenie życia. C'nie?
Jeszcze tydzień antybiotyku, tydzień leków przeciwzapalnych i kropelek sześć razy dziennie, ale co to dla Matki Polki.

Tymczasem Zośka zgrubła jak bania. Nagle. Chodzi po prostu o to, żebym się nie nudziła.
Zgrubła kilo, co dla kota Zośki jest 1/4 Zośki, bandzioch jej w życiu przeszkadza i jest wkurwiona. Umaiłam więc Prezesa w pobranie krwi dwóm kotom. Co ma mieć łatwo, jak ja nie mam. Zocha im zresztą pokazała, haha. Radości było co niemiara, dwóch spoconych weterynarzy, spocony Prezes, minimalnie zirytowana Zofia i w końcu, po obezwładnieniu, utoczyli z tylnej łapy, bo z przedniej to się Państwo odpierdoli. Jak dzieci. Następnym razem to se sama z nią pojadę, bo naprawdę. Trzy dorosłe, niby rozsądne osoby do jednego kota. Też mi coś.

Wyniki ma dobre, prócz wątrobowych. Dostała leki na ów podrób oraz przypuszczalną diagnozę, że starsza pani i prawdopodobnie tarczyca się jej rozjechała. Jeśli tarczyca, to wątrobowe słabe, dupa rośnie i wkurw się włącza. Pasuje.
Zofia oczywiście o mało nie umarła ze śmiechu, gdy jej dosypałam prochów do żarcia. Wątrobę wzmocnił sobie Edward.

I teraz mam tak.
Antybiotyki w zastrzykach raz na trzy dni - Czesław.
Przeciwzapalne w tabletkach raz na dwa dni - Czesław.
Jedne krople do oka cztery razy dziennie - Czesław.
Drugie krople do oka dwa razy dziennie - Czesław.
Proszek na wątrobę codziennie - Zofia. Muszę kupić strzykawkę i się z nią szarpać, bo wiadomo.

Poza tym we wspólnocie remont, kredytu nie ma, a doradca przestał odbierać ode mnie telefony, w pracy... jak w pracy, po wyniki EMG muszę pojechać na koniec świata, ortopeda histerycznie stara się znaleźć cieśń nadgarstka, ale wała, bo ją ma ktoś inny, wyniki badań krwi predystynują mnie do natychmiastowego oddelegowania na front wschodni, a kręgosłup szyjny niczym szczała. I co? Jajco.
A palce drętwe.

Jezus, jak mi się chce do łąk i pól zielonych, słowo Wam daję.

Przy czym zrobiono mi badania na rodzaj temperamentu i wyszło, że jestem flegmatyczką. Nie rozumiem, dlaczego każda osoba, której to mówię, płacze. I tak się jakoś dziwnie dusi. Ja tych testów nie układałam, a temperament jest wrodzony. Więc piszcie, dzwońcie i nie dziwcie się, jak odpowiem za trzy miesiące.
O.

UPDATE.
W lecznicy spotkałam dwa chow-chowy. Umarłam z rozkoszy. To jest plan maksimum na najbliższe lata.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at maj 18, 2015 09:55

Domowa kuchnia Aniki

Kurczak po rodyjsku czyli zapiekanka z kurczaka i ryżu

Kurczak po rodyjsku 
czyli 
zapiekanka z kurczaka i ryżu



 
Kurczak po rodyjsku to zapiekanka z kurczakiem i ryżem z różnymi dodatkami. Danie bardzo sycące i smaczne. A u nas zapiekanki chętnie się jada, więc robię je w różnych wersjach, z różnego rodzaju dodatkami i z różnym mięsem. 

 

Składniki:
  • 2 saszetki ryżu po 100 g
  • 1 duża podwójna pierś z kurczaka ( u mnie miała prawie 800 g )
  • 400 g pieczarek
  • 1 cebula
  • 3 ząbki czosnku
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • olej do smażenia
  • sól
  • pieprz
  • bazylia 
  • słodka papryka w proszku
  • 200 g sera żółtego, może być mozzarella z bloku
  • 2 łyżki pikantnego keczupu
  • 2 łyżki przecieru pomidorowego
Sposób wykonania:
  • Ryż gotujemy wg przepisu na opakowaniu
  • Na patelni rozgrzewamy łyżkę oleju i szklimy na nim pokrojoną drobno cebulę, a następnie dodajemy obrane, umyte i pokrojone na małe kawałki pieczarki. Solimy, oprószamy pieprzem i smażymy razem z cebulą aż do odparowania płynu
  • Ugotowany ryż mieszamy z pieczarkami oraz z sosem powstałym z 2 łyżek keczupu, 2 łyżek przecieru, bazylii i 2 łyżek przegotowanej wody
  • Pierś z kurczaka myjmy, osuszamy, a następnie kroimy w dość drobną kosteczkę. Doprawiamy solą, pieprzem, niewielka ilością słodkiej papryki i przeciśniętym przez praskę czosnkiem. Mieszamy
  • Na patelni rozgrzewamy 2-3 łyżki oleju i smażymy na nim kurczaka, aż odparuje z niego woda i ładnie się zrumieni
  • Naczynie żaroodporne smarujemy tłuszczem i na spód wykładamy ok 2/3 ryżu. Na ryż dajemy upieczonego kurczaka, wygładzamy i posypujemy go niewielką ilością startego sera. Następnie kładziemy drugą warstwę ryżu, który posypujemy startym serem żółtym i oprószamy bazylią
  • Zapiekankę wstawiamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika i zapiekamy ok 20 minut
  • Można podawać z dodatkiem keczupu

by Anika (noreply@blogger.com) at maj 18, 2015 09:40

Kurlandia

Frytka

Za dziesięć złotych można zjeść wielki obiad w Falafelu przy Uniwersytecie Przyrodniczym. Pyszny, doprawiony gyros, miękkie frytki i surówka z koperkiem – mniam! Szymcio tak sugestywnie wpatrywał się w nasze jedzenie, że podjęliśmy ryzyko i…daliśmy dziecku „pociumkać” gyros…

…oraz ugryźć i zjeść kawałek frytki. Tak, tak. Szymon potrafi już gryźć i nie strzelać przy tym pawia na trzy metry wprzód! Cudowna metoda Padovan!!! Początki były dość nieśmiałe…

…ale po rozsmakowaniu, Szymon sam prosił o więcej.

Pierwszy zjedzony centymetr frytki mamy już zaliczony. Ha ha ha! Jacek był tak zestresowany faktem, że nasze dziecko żuło ziemniaka, że chciał wiać z restauracji. Szymon jednak nie rzygnął, co uważam za olbrzymi – milowy krok – w terapii. Odwrażliwiliśmy jamę gębową. Jak? Masując stopy (szczególnie duży palec), dogniatając ręce. Wracamy do pierwotnych wzorców ruchowych. Robimy terapię wzroku, masujemy twarz i język, dajemy kauczuk do gryzienia oraz smoczek do ssania , a po godzinie takiej stymulacji dopiero jest karmienie. Aaaa i nie wolno zapominać, by  bujać dziecko na milion sposobów. Ciało ludzkie jest systemem zintegrowanym i trzeba rehabilitować całe ciało, by uzyskać oczekiwany efekt w jamie ustnej.

Dziś – w Biedronce – kupiłam na wyprzedaży kolejny hamak. Był  rozpruty, więc dałam za niego tylko czterdzieści złotych. Naprawa zajęła mi dziesięć minut i oto jest – genialna rozrywka i świetna terapia. Błędnik omywa się płynem, mózg koduje co trzeba, a endorfiny kipią we krwi. Ha ha ha.  Dziś kokon zasiedlił Michał z kolegą – Karolkiem. Jutro będziemy stymulować Szymka.

Całkiem dobrze się u nas dzieje…

***

by Iga at maj 18, 2015 07:30

Matka jest tylko jedna

Kulisy tego zdjęcia

Ostatnio zapowiedziałam, że długie siedzenie przed komputerem trochę mnie męczy. Męczy mnie również chodzenie, więc trochę siedzę, trochę chodzę, a potem padam zmęczona na pół dnia i nic do mnie nie dociera. Ta ciąża jest okropna, to już też kiedyś zapowiadałam, a sama końcówka sprawia, że czuję się nie tyle wykończona, ile totalnie wyczerpana. Więcej pewnikiem napiszę wkrótce, a na razie zapraszam na drugi już kolaż codzienności. Totalnie saute i bez lukru. Bo nie mam siły więcej przy tym majstrować :)

 

 

 

 

 

7,336 wszystkich wizyt, 368 wizyt dzis

Post Kulisy tego zdjęcia pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at maj 18, 2015 06:03

Dzieciowo mi

Tani urlop z dzieckiem – na czym można zaoszczędzić, żeby odpocząć i nie zbankrutować?

Człowiek chciałby odpocząć, po to w końcu urlop istnieje. Jeśli odpoczywa się w miłych okolicznościach przyrody i pogoda dopisuje, bywa świetnie. Ale

by Malwina Ferenz (Krusz.) at maj 18, 2015 05:35

Szymaczek

Smoking kills...

O KOLEJNYCH ZWIERZĄTKACH

 

No więc… Co ja mówiłam o nachodzących mnie zwierzątkach? Że wszystko, byle nie pająki, tak?

Dziś od rana dobija mi się do chałupy pleszka. Śliczna, kolorowa, tłucze w okno. Jak podejdę, to odfruwa, ale za pół godziny znowu jest i tłucze. I powiadam państwu… niby takie maleństwo, ale ten odgłos za którymś razem zaczyna być dość ZŁOWIESZCZY. Pytam szwagra, o co jej może chodzić, na co on „Moim zdaniem, ona po prostu chce ci zjeść mózg”. Czyli jest super, plus obsrany parapet. Szwagier mówi, żebym wystawiła puchacza, żeby ją postraszyć. Nie mam puchacza, mam gipsową kaczkę w łazience – na co on, że musi być puchacz, bo kaczka nie kojarzy się z terrorem. NO WIECIE CO? W jakim on kraju żyje?…

Jak mnie nie zeżre pleszka, to mam szansę dostać wylewu przez pogodę, bo tak: w sobotę mam super ważną imprezę, występuję w roli MATKOKRZESTNO u mojej jedynej, niepowtarzalnej siostry. I nie ukrywam, że odzież zaplanowałam jasną i dość, psiakrew, letnią. Z letnimi butami z piptołkiem. Jak ta cholerna pogoda się nie poprawi, to odmarzną mi palce i odpadną i głupio będę wyglądała na zdjęciach. Chyba, że ewentualnie stawię się owinięta w puchaty, pasiasty koc z Biedronki, a księdzu się powie, że mam indiańskie korzenie i to taki plemienny strój celebracyjny.

I weź tu człowieku nie oszalej.

by Barbarella at maj 18, 2015 02:40

Ojciec Wwwirgiliusz chowa dzieci swoje

Mowa mówi, co pomyśli głowa

Według językoznawców każdy zna dokładnie tyle słów, ile potrzebuje. I do czego potrzebuje. Inny zasób (i zakres) słownikowy będzie miał kibic, inny mechanik samochodowy, a jeszcze inny kandydat na prezydenta, który z kolei nie będzie tożsamy z zasobem teścia kandydata, wybitnego poety. I to jest normalne i bardzo dobre. Eskimos musi znać kilkanaście słów opisujących śnieg, kibol tyleż epitetów, którymi częstuje drużynę przeciwną i tak dalej. Czym innym nafaszerowane są usta polityka a czym innym wypełnione wiersza poety nawet jeśli obaj o tej samej ojczyźnie mówią. A ile sztuk liczy sobie słownik Miłego Młodego Człowieka? Także dokładnie tyle, ile potrzebuje. Umiem je wymienić z pamięci. Chyba wszystkie. Kolejność przypadkowa:

// //

 Ja, mam, mnie, dzidzia czyli tak naprawdę MOJE - Którekolwiek z tych słów ustach MMC brzmi jak wyrok. To znaczy, że nie spocznie on, dopóki nie dostanie wziętej na celownik rzeczy w swoje ręce. Będzie walczył do upadłego. I raczej wygra. Tak przynajmniej uczy nas doświadczenie.

Dys - czyli to . Są to wszystkie rzeczy, których nazw MMC nie zna, ale które w połączeniu z pokazywaniem paluchem wskazującym się zbiorczo nazywa. Nie wiem dlaczego tak z angielska tu akurat zajeżdża, niemniej metoda się sprawdza. Tym bardziej, że jeśli mu dys nie zostanie podane, załącza się sygnał alarmowy ciągły. Dys leży podejrzanie blisko j a, mam, mnie, dzidzia. Tak wiem. Ale to nie ja to wymyśliłem.

Z rzeczowników (i zaimków?)  to by było chyba wszystko. Możemy śmiało przejść do czasowników

Mniam - jeść. Zjeść Miły Młody Człowiek lubi. Według mądrych książek jeszcze nie musi, a może wręcz nie powinien umieć posługiwać się sprawnie łyżką i widelcem, ale on tych książek nie czytał i się posługuje. Sprawnie. Bardzo sprawnie. Jeśli czegoś widelcem dziabnąć tak po prostu nie daje rady, to bierze rzecz w rękę i z cierpliwością wędkarza niczym robaka na haczyk na widelec nadziewa. Bon ton na całego. Patrzy przy tym Królowej Matce w oczy i mówi Mniam. Królowa Matka łzy wzruszenia ociera. Sielanka na całego, aż do wylania keczupu na biały pokrowiec na krześle. Z obrusami dawno już daliśmy sobie spokój.

Brum - auto lub rower, czasem nawet samolot.  Jest to wyraz hybrydowy (rzeczownikoczasownik) i może oznaczać pojazd lub poruszanie się tym pojazdem. Jeśli jest to samolot, to obowiązkowo bijemy mu brawo.

Duaaa czyli dupa. Jest to rzeczownik wytresowany i jako taki nie powinien się liczyć. Żądnych wyjaśnień odsyłam do notki poprzedniej.

Czasowniki

Mijemi (nie mylić z kąpiemi)

Myje się zęby, albo ręce. Średnia mycia 30 minut. Reakcja na próbę obniżenia średniej mycia, wrzask, padaczka, wicie się po podłodze. Po tym wszystkim trzeba delikwenta przebierać, a łazienkę oczyszczać z pomocą pompy strażackiej.

Kąpięmi (nie mylić z mijemi).

Kąpiemy robimy w wannie. Średnia mycia - aż do pojawienia się zasinień wokół paznokci i plam opadowych na całym ciele. Wtedy ojciec mówi dość i wyciąga, a syn robi mostek, padaczkę i kopie we wszystko co się da. Po kąpieli oraz wyciąganiu potrzebne są trzy drużyny strażackie z doświadczeniem powodziowym. Sąsiedzi dzień w dzień od 18:30 dyżurują w kapokach. Wspólnota przegłosowała wniosek o postawieniu na podwórzu pomnika św. Nepomucena.

Czitami

Miły Młody Człowiek lubi czytać. Ja do niedawna też bardzo lubiłem mu czytać. Wystarczyło rzucić hasło czitami,  a leciał on na złamanie karku na kanapę i wspinał się na nią z szybkością obywateli wypełniających Lidlach, gdy w promocji były crossy. Ostatnio czitami o zaskakujących przygodach piłki w Teletubisiach, która najpierw była piłką, potem kwadratem, dalej prostokątem, następnie literką "e", żeby znów stać się piłką. Czitami ją średnio kilkadziesiąt razy dziennie. Zanim więc zdąży uwolnić mnie od tego koszmaru obowiązek zwrotu fatalnego dzieła do biblioteki, Miły Młody Człowiek zdąży przeczytać ulubioną książkę tyle razy, ile dwa tysiące gimnazjów przeczyta lektur obowiązkowych w ciągu dekady. Dodajmy złośliwie - straconej dekady.

przymiotniki

Miłymiły (wymawiane szybko jako jeden wyraz) - słowa miłymiły nauczyła MMC Królowa Matka. Używa się go na przykład wobec rodziców lub/częściej wobec maskotki typu miś Puchatek, którego KM z kolei zwie Breżniewem. Nie ze względu na wadę serca (nic o tym nie wiem), ani uzależnienie od alkoholu (tym bardziej nic o tym nie wiem), ale przez krzaczaste, zrośnięte ze sobą brwi.

Bam - to kolejna hybryda (czasownikorzeczownik) oznaczająca uderzyć się w coś, spowodować mniejszą lub większą a raczej większą lub tragiczną katastrofę. Bam oznacza też skutki tej katastrofy.

To by było mniej więcej na tyle. Okazuje się, że to w zupełności wystarczy, by swobodnie i bez kompleksów funkcjonować w społeczeństwie. Myślę, że warto by zrobić rozmówki oparte na zwartym a jednocześnie przemyślanym i sprawdzonym zasobie leksykalnym Miłego Młodego Człowieka.

Tym razem piosenka wcale nie przypadkowa. Bo skoro jesteśmy przy słowniku, chciałbym umieć tak nim władać jak Paweł Sołtys. Piosenką dancingową łechce ów pan wszystkie strefy sentymentalnogenne Królowej Matki. Aż do ekstazy.

// //

by ojciec_wwwirgiliusz@NOSPAM.gazeta.pl at maj 18, 2015 01:11

Anna Sakowicz

Nagroda im. Wisławy Szymborskiej

Organizatorem konkursu jest Fundacja Wisławy Szymborskiej. Nagroda im. Wisławy Szymborskiej ma charakter międzynarodowy, przyznawana jest co roku za książkę poetycką wydaną w języku polskim w roku poprzedzającym. Do Nagrody zgłoszone mogą być tomy poetyckie wydane oryginalnie po polsku lub w przekładzie na język polski. Książki do Nagrody mogą zgłaszać sami autorzy, wydawnictwa, instytucje kultury, media…

by anna.sakowicz at maj 18, 2015 12:42

am mniam

Młoda kapusta z razowym makaronem

To szalenie proste danie, które składa się – nie licząc przypraw – z zaledwie trzech składników. W moim rodzinnym domu mówiliśmy na nie – łazanki, choć nigdy nie było w nim typowego łazankowego makaronu w kształcie kwadratów. Zamiast niego dodawało się świderki albo kokardki. Ale kształt makaronu nie jest tu najważniejszy. Liczą się odpowiednie proporcje... More

by Magda at maj 18, 2015 11:11

TUV

demony przeszłości czyli po co nam sąsiedzi

dawno nie pisałam, bo czasu brak,bo mama czuje się tylko jako tako ,bo to i owo i sro.

Ale to zdarzenie zapisuję, bo wyjść z zadziwienia od paru dni nie mogę.

Mam obok sąsiadów ,normalna rzecz. Pamiętam wielu których już nie ma.Część była mi obojętna , część lubiłam bardzo,niektórym mówiłam tylko „dzień dobry” , z niektórymi się gadało ot tak.

W domu obok mieszkało starsze małżeństwo na dole, na piętrze ich córka z rodziną.Gościnni byli,często przebywał u nich syn ze swoją rodziną , ogniska,gitara, te sprawy.

Starsi państwo postarzeli się mocno, pan kiedyś upadł w ogródku,pamiętam jak go nieśli do domu….Zmarł. Pani Starsza została sama i jakoś tak nagle , kołacze mi się po głowie że „na siłę” wprowadził  się jej syn z rodziną.Mieli dwie córki .Jedna niewiele starsza ode mnie ale , no właśnie.Nie pamiętam byśmy zamieniły choć zdanie,kiedy one tam mieszkały .

W moich wspomnieniach to zadufane w sobie pannice , przemądrzałe i ogólnie niemiłe. Nie wiem czemu tak je sobie zapamiętałam.

Starsza pani chorowała i razu pewnego wzięto ją do szpitala. Po powrocie… po powrocie czekał ją KĄT W KUCHNI,bo jej pokój zajęła starsza wnuczka – spodziewała się dziecka,wychodziła za mąż i MUSI MIEĆ SWÓJ POKÓJ.

Strasznym kosztem,prawda?

Starsza pani zmarła. Pamiętam że rozpaczała że tak się stało, ale córka która mieszkała na górze nic nie zrobiła…

(mają strych,tam często mieszkali jacyś ludzie- bez wygód .Dlaczego wnuczka tam nie poszła ?!? )

A potem się państwo rozwiedli.Tzn tego sąsiada na dole rzuciła żona i wyprowadziła się z córkami. Jedna w końcu poszła na swoje,bo rodzina, druga studiowała i na tym kończy się moja znajomość ich historii.(sąsiad z dołu zdążył mieć na krótko dwie partnerki .Potem zmarł. Na dole mieszka teraz wnuk córki z góry;))).

Ale do brzegu jak Klarka mawia.

Kilka dni temu,ruch,klienci,ktoś wchodzi,wychodzi, aż zostały dwie panie. Się znają stwierdziłam podchodząc.Powiedziałam o co prosiły,zademonstrowałam (wózek ) i już mam iść w swoją stronę ( nie stoję klientom nad głową ) a młodsza z pań pyta:

- czy pani tu mieszka od zawsze?

- JA – tak,z przerwami ale od zawsze/

- czy pamiętam  pana X.co mieszkał na dole w tamtym domu ?

- JA – już miałam palnąć -  ależ dobrze, bardzo ich lubiłam tylko potem rodzinę sprowadzili wredną,jednak odruchowo mruknęłam TAK.

- pani pyta dalej. A ktoś tam jeszcze mieszkał na dole ?

- JA -a tak, wprowadziła się rodzina i miała dwie śliczne córki ( co było zgodne z prawdą) – no nie wiem, anioł stóż nade mną czuwał czy jak?

- pani krygując się z uśmiechem na twarzy – TO MY JESTEŚMY TYMI CÓRKAMI ŚLICZNYMI….

- JA – trochę mi mowę odjęło… ale chciałam być uprzejma. Miło mi rzekłam, takie odwiedziny po latach….czasami się zastanawiałyśmy z mamą ( zgodne z prawdą ) co tam z paniami.

- pani – no cóż. Otóż ja jestem ŻONĄ ZNANEGO LEKARZA doktora bla,bla,XYZ.

- JA – zdębiawszy do końca, no na dość nierozgarniętą musiałam wyglądać , tylko się uśmiechnęłam by pokryć konsternację.

- PANI na odchodnym ( druga,starsza raczej milczała ) – a CENOWO wasz sklep jak STOI ? 

Bo jej dziecko – wskazując na starszą, to takie wybredne jest i byle czego nie kupuje, i to i owo i tamto.

- JA – ( w myślach – żona znanego lekarza raczej nie powinna zniżać się do takich pytań….SKORO TACY SĄ WYBREDNI !) -  mamy  klientów jak pani widzi,  to i ceny mamy odpowiednie.

Nie,nie przyszły na zakupy.Przyszły dowiedzieć się czegoś o tamtej rodzinie, o tamtym domu, ponieważ jak zostałam skwapliwie poinformowana po śmierci ojca kontakt został zerwany całkowicie, nic ze spadku nie dostały…

A!A!A!

Już wiem czemu ich nie lubiłam.

Smaczek :

Starsza – a pani to chyba miała brata?

JA – i owszem, mieszka w stolicy.

S – bo mi się podobał,przystojny taki….Podglądałam go często….

Dopiero po ich wyjściu uświadomiłam sobie że podglądała i owszem.Mojego WUJA,brata matki.Mój brat miał wtedy 12 lat….;)))))))) ( a ona dobre 20 latek…)

 

by Tuv at maj 18, 2015 07:48

Blog do czytania

Wyznawcy biegactwa na ulicach Gdańska

Wczoraj miała miejsce pierwsza gdańska procesja wyznawców coraz popularniejszej religii, jaką jest biegactwo*. Postanowiłem się jej przyjrzeć. Uroczystość poświęcona była wspomnieniu bóstwa M’ra-Thona. Dla jej uczczenia w Gdańsku pojawiło się kilka tysięcy wiernych w odświętnych strojach. Następnie wyruszyło w procesji, rozciągniętej na kilka kilometrów i wijącej się ulicami miasta – pomiędzy poszczególnymi stacjami czy też […]

by Bartosz Cicharski at maj 18, 2015 07:30

Szklanym okiem mym

U mnie wciąz kolorowo

Zaniedbuję ostatnio bloga straszliwie. Dużo zajęć, dużo pracy i czasu jak na lekarstwo. Nie przestaję jednak tworzyć kolorowej biżuterii. Baaardzo kolorowej. Ostatnio zauważyłam, że w mojej szafie z ubraniami pozostało tylko kilka kolorów. Biały, błękitny, beżowy, brązowy i granatowy. Pewnie dlatego, że codziennie pracuję z mnóstwem kolorów i dla równowagi zaczęłam ubierać się w stonowane kolory. Za to biżuterię dalej staram się nosić ( choć czasami szewc bez butów chodzi) kolorową.

No to trochę kolorów :) 


Wsior




Bransoleta




by MrÓ (noreply@blogger.com) at maj 18, 2015 07:49

Kura pazurem

Prawie liryczna rozmowa

Stoję na przystanku tramwajowym. Sprawdzam rozkład jazdy. Rozszyfrowuję sposób dojazdu do Stadionu Narodowego.

- No, co ku.wa, myślisz, że księżniczką jesteś?!

pijakPodskakuję w miejscu. Ups. Jaka księżniczka? Zwykła polska kura. Taka, co to pazurem od czasu do czasu skrobie. Spoglądam w kierunku źródła głosu. Siedzi na ławce. Do słuchawki się tak wydziera.

− Dlaczego tak długo nie odbierałaś, ku.wa?! Mam ci przype.dolić?!

Nie dasz rady przez telefon – myślę sobie i przyglądam się facetowi, który zwraca na siebie uwagę. Wypierdek taki. Nawet nie mamuci. Ot, zwykły, pospolity wręcz. Dwudziestoparoletni. Siedzi na ławce w wiacie tramwajowej. W twarzy ma tylko coś dziwnego. Oczy mu się rozbiegły. Każde w innym kierunku. Może pognały w poszukiwaniu rozumu.

− Nie drzyj się! Ludzie tu są!

Znów spoglądam ze zdziwieniem. Dobrze, że zauważył, że nie jest sam.

− Bo jak wrócę, to tak ci przype.dolę!

Chyba zaczął się powtarzać. Dźwignął się z ławki. Trochę go zawiało. Wiatr przecież. Zachwiał się, ale równowagę złapał i dalej wygrażał komuś po drugiej stronie. Pewnie dziewczynie. Pewnie ukochanej. Tej jedynej.

− Nie, nie piłem!

I znów lekkie zachwianie przy każdym kroku. Dokądś idzie. Nie, no pewnie, że nie pił dzisiaj… mleka. A jak już, to tylko niskoprocentowe. To wiatr powoduje, że się zatacza. I dochodzi z przystanku tym swoim slalomowym krokiem, zapewniając dziewczynę, że jest trzeźwy, a jak tylko wróci do domu, to jej „przypie.doli”, w końcu sama się prosi, bo nie odbiera na czas telefonu, wydziera się, denerwuje go i czepia się, że pił.

A mnie taka refleksja mała dopada. Jak to jest, że istnieją dziewczyny/kobiety, które mimo wszystko decydują się na bycie z takimi kreaturami. Ba! Jeszcze święcie wierzą w to, że one ich zmienią. Naprawią. I będą żyli długo i szczęśliwie.

Zastanawia mnie jeszcze jedno, jakie walory musi mieć ten osobnik, że ktoś chce z nim dzielić życie. Bo jakieś chyba mieć musi, nie?

I jeszcze na koniec jakiś złośliwy chochlik zestawia mi podsłuchany „dialog” z „Rozmową liryczną” Gałczyńskiego:

− Powiedz mi jak mnie kochasz.
− Powiem.
− Więc?
− Kocham cie w słońcu. I przy blasku świec.
Kocham cię w kapeluszu i w berecie.
W wielkim wietrze na szosie, i na koncercie.
W bzach i w brzozach, i w malinach, i w klonach.
I gdy śpisz. I gdy pracujesz skupiona.
I gdy jajko roztłukujesz ładnie -
nawet wtedy, gdy ci łyżka spadnie.
W taksówce. I w samochodzie. Bez wyjątku.

Smutne to takie… W kontraście wyraźniejsze…

by anna at maj 18, 2015 04:08

zycie na kreske

maj 17, 2015

Slow Day Long

Dialogi na cztery nogi, czyli co Alicja ma do powiedzenia? Część 21 (video)

Dobry gust

Alicja chciała przywieźć sobie jakąś pamiątkę z Grecji. Marzyła o jakimś pluszaku, ale nic się jej nie podobało. Wyjaśniłem jej, że te wszystkie zabawki, to takie badziewie. Że są drogie, a nie są ładne. I wyobraźcie sobie, że sama, świadomie, nic sobie nie kupiła. Choć dostała kieszonkowe.

Wróciliśmy do Polski. Ala jedzie z Kamilą samochodem. Przy jednym z domów, który mijamy na trasie „nasz dom – dom babci” sprzedają krasnale ogrodowe i inne pstrokate figurki, które (jeśli ktoś sobie życzy) można postawić sobie w ogródku. W tym momencie Ala zaczyna krzyczeć:
– Tfuu! Okropne! Świństwo! Jakie to brzydkie! Bleeeee!
– Alu, co się stało? Dlaczego tak mówisz?
– To przez te krasnale w ogródku. Popatrz mamo, jakie to brzydkie. Straszne badziewie.

Dzień Rodziny

Ala i inne dzieci z jej przedszkola przygotowują się do Dnia Rodziny. Uroczystość dedykowana jest mamom i tatom. Pani rozmawia z dziećmi w przedszkolu:
– Dla kogo będziemy śpiewać piosenki na Dzień Rodziny?
– Dla mamy, taty i Bronka – odpowiada Ala
– Alu, raczej tylko dla mamy i taty.
– Nie! Dla Bronka też, bo to jest moja rodzina.

Poezja

Ala uczy się wierszy i piosenek jak szalona. Swoje umiejętności prezentuje w różnej postaci i przeróżnych okolicznościach przyrody. Sami zobaczcie:
 

Kogut i Kurka

Alicja uwielbia słuchać bajek. Podczas naszej podróży po Grecji, korzystając ze Spotify, słuchaliśmy m.in. bajek w wykonaniu Ireny Kwiatkowskiej. Naszej córce najbardziej przypadła do gustu ta, o „Koguciku i Kurce”. Nauczyła się jej nawet na pamięć.

Nic dziwnego, że po kilku dniach jej słuchania, zwróciła się do nas z następującą prośbą:
– Morze, morze! Daj wody. Komu wody? Ali wody, bo ja leżę koło drogi, ani tchnę.

Maska

Wracamy do Polski. Alicja zainteresowała się zdjęciami, które widnieją na zagłówkach foteli samolotu:
– Mamo, a co to jest?
– To jest maska.
– A do czego?
– Ona jest potrzebna, gdy samolot się zepsuje i brakuje powietrza. Wtedy trzeba założyć na twarz, żeby móc oddychać.
Ala po dłuższej chwili, robiąc teatralne miny:
– Mamo, mamo! Ojej! Jak mi się strasznie oddycha. Czy teraz mogę dostać tę maskę?

Degustacja delifna

W końcu wylądowaliśmy na rajskiej plaży Balos. Na wycieczkę zabraliśmy dmuchanego delfina, do którego przykolegował się poznany na tejże plaży Gabryś. Z Polski zresztą. Na początku zabawa szła w najlepsze, jednak po chwili Ala zgłodniała. Było to widoczne gołym okiem, bo głodo-histeria narastała z minuty na minutę. W pewnej chwili zdecydowaliśmy działać:
– Alu, zostaw Gabrysia, niech się tu bawi, a my pójdziemy zjeść.
– Zjeść? Delfina? Ale delfinów się nie je! Ja nie chcę jeść delfina! (RYK!)

DSC_5698

DSC_6067

Higiena

Siedzimy na tarasie z widokiem na góry i jemy kolację. W pewnej chwili widzimy, że Ala brudzi sobie rękę jedzeniem.
– Alu, może poszłabyś do łazienki i umyła sobie rączkę.
– Tato, już nie trzeba. Se polizałam.

Sokole oko

Od najmłodszych lat wpajamy Ali wszelkie możliwe zasady bezpieczeństwa. Zielone światło idź, czerwone stój, wsiadamy do samochodu, to zapinamy pasy itd. Podczas jednego z etapów naszej podróży postanawiam bez zapinania pasów właśnie, przejechać dosłownie 100 metrów – od sklepu, do nieopodal leżącej stacji paliw. Alicja dostrzega to w ułamku sekundy i komentuje:
– Tato! A czemu ty nie zapiąłeś pasów? No powiedz? Chcesz, aby policja cię zatrzymała i zabrała ci wszystkie zabawki i aparat? Wtedy będziesz płakać! Zapinaj pasy! W tej chwili!

Ulubiony kolor

W jednym z naszych przystanków podczas podróży po Grecji wynajęliśmy sobie studio z aneksem kuchennym. My mieliśmy duże łóżko, a Ala dostała łóżeczko turystyczne. Niestety, w nieodpowiadającym jej kolorze. Komentarz:
– Tato, tu jest bardzo fajnie. Tylko powiedz mi, dlaczego to łóżeczko jest niebieskie, skoro ja lubię kolor różowy? Co?

Filozofowanie

Gdzieś w górach. Zatrzymaliśmy się na chwilę, aby pochodzić po malowniczej wiosce, przez którą przejeżdżamy. Ala spaceruje, rozgląda się i mówi:
– Ale tu jest ładnie. Tylko, że tu nie ma nic.

Lot samolotem

Wystartowaliśmy. Ala jest bardzo przejęta. Siedzi koło okna i przygląda się oddalającemu się Wrocławiowi. Po chwili ciszy mówi:
– Mamo. Tato. Zobaczcie. Domki wyglądają jak pudełeczka, a drogi wydają się tasiemkami.

Hojność

Jedziemy samochodem. Alicja poprosiła Kamilę, aby ta dała jej do ręki mapę Krety. Alicja przygląda się mapie, przygląda i nagle rzecze:
– Słuchajcie. A może tak rozdzielimy tą mapę na takie maluteńkie kawałeczki i każdy dostanie po kawałku, co?

Kraina Lodu

Muzycznym motywem przewodnim podróży po Krecie, stała się (niestety) ścieżka dźwiękowa do filmu „Kraina Lodu”. Ulubionym utworem naszej córki, jest piosenka wykonywana przez Czesława Mozila, który podkładał głos bałwankowi Olafowi. Pewnego dnia Ala wpada na pomysł.
– Mamo. Zadzwoń proszę do Czesława i zapytaj go, czy on lubi śpiewać tą piosenkę o Olafku? Zadzwonisz?

Język angielski

Oprócz wierszy i piosenek Alicja chętnie chwaliła się swoją znajomością angielskiego. Jedno jest pewne. Oporów w mówieniu w obcym języku nasza córka mieć na pewno nie będzie.
 

Zabawa w sklep

Podczas wakacji jedną z ulubionych wieczornych zabaw Ali, była zabawa w sklep. Brała z naszych półek, toreb i łazienki przeróżne produkty, eksponowała je na swojej szafce i zapraszała nas do kupowania:
– Tato, co chcesz kupić?
– Hym. Może kucyka?
– Nie, kucyka nie. On jest tylko dla dziewczynów. Ale co powiesz na tabletki na alergię?

Ćwiczenia

Alicja siedzi i rysuje. To ostatnio jej ulubiona zabawa. Rysowanie, a potem wycinanie. Narysowała gwiazdkę. Przychodzi z nią do Kamili i prosi o wskazówki:
– Alu, trochę ci nie wyszła ta gwiazdka. Poćwicz trochę, to następnym razem na pewno się uda.
Na co nasza córka zaczyna robić przysiady i skłony.

Kto umie liczyć do trzech?

Ala je obiad. Nie ma apetytu, ale Kamila próbuje forsować konieczność zjedzenia zupy.
– Alicja, musisz zjeść obiadek. Jeszcze tylko 3 łyżki. Jeden. Dwa. Trzy. Trzy. Trzy. Trzy i pół. Trzy i trzy czwarte. Trzy i Trzy piąte.
– Mamo! Ile razy jeszcze będzie to trzy? Wrabiasz mnie?

Negocjacje

Że Ala oszalała na punkcie Krainy Lodu, to już pisaliśmy. Kiedy tylko może, to próbuje nakłonić nas do włączenia jej ulubionej bajki.
– Mamo, może pooglądamy razem Krainę Lodu?
– Alu, oglądaliśmy już 3 razy.
– To może z babcią?
– Z babcią oglądałaś już 2 razy.
– Ale z tobą i z babcią razem, to jeszcze nie oglądałam. To co? Włączamy?

Budyń

Kamila zrobiła nam na podwieczorek budyń. Ulubiony deser Alicji. Nasza córka towarzyszyła jego przygotowaniom, a ja tym czasem siedziałem przy komputerze.
– Tato! Budyń gotowy! Koniec tej pracy! Zamykamy komputer, idziemy myć rączki i zapraszam do stołu.

Samodzielność

Alicja je kolację. Kamila próbuje ją karmić i czytać jej bajkę równocześnie. Ala dostrzega dyskomfort i składa propozycję:
– Mamo. Daj mi ten talerz, sama będę jadła. Ty zajmij się bajką.

Znajomość zegarka

W jednej z naszych wakacyjnych lokalizacji trafiliśmy do domu, w którym były inne dzieci. Jednego wieczoru mieliśmy więc Alę z głowy, bo zakumplowała się z dwa lata od niej starszą Walerią. Słońce zaszło za góry, komary zaczęły gryźć, pora więc iść spać. A dziewczyny w krzyk.
– Ala, proszę pozbierać zabawki. Robi się ciemno. Idziemy spać.
– Tato! Tato! Jeszcze nie. Jeszcze tylko… 50 godzin i idę się myć. Dobrze?

DSC_3516

by Damian at maj 17, 2015 10:01

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

radość i wspólnota

Wyprawa do Częstochowy na pielgrzymkę harcerzy. Druhowie i druhny debatowali nad wychowaniem do wartości i miejscu Pana Boga w wychowaniu. Szkoda, że więcej środowisk wychowawczych nad tym nie debatuje. Samo się nie zrobi. Byliśmy z Arturem i Agnieszką, bo nie miałam chłopa z kim zostawić, a potrzebowałam wsparcia, jako, że  Jasna Góra stanowi zagrożenie najwyższe dla […]

by siostra at maj 17, 2015 09:43

Bezwstydnica

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Szalone Tokio?, którego autorem jest riben guizi

„Szalone Tokio” obejrzałem, komentarz na blogu przeczytałem i postanowiłem także zamieścić kilka uwag krytycznych… wobec powyższego wpisu.
Na samym wstępie muszę napisać, że trudno mi zrozumieć poziom negatywnych komentarzy dotyczących tego programu. Nie zostało bowiem zawarte w nim nic co w Japonii nie występuje. Co więcej tego typu programy (bądź podobne zabiegi) przez lata stanowiły siłę marketingową Japonii, przyciągając wielu turystów urzeczonych ową „odmiennością”. Skutecznie zmieniając istniejący wizerunek wojennych zbrodniarzy i barbarzyńców z Nankinu w sympatycznych cudaków, oddających się dziwnym hobby i tworzących swoje specyficzne bajki.
Wracając do Pani Szulim, to nie oglądając nawet tego programu z samego tytułu jak można było się domyślić co będzie jego przedmiotem i jaka będzie jego formuła. Osoba prowadzącej też nie pozostawiała co do tego wątpliwości. „Szalone Tokio” – taki był przecież tytuł tego nagrania i można było się już na wstępie spodziewać jaka będzie narracja i co zostanie w nim ujęte. W rezultacie cel jaki został założony przez twórców, został osiągnięty. Dziwnym wręcz byłoby gdyby w programie o takim tytule pokazano regularne codzienne życie mieszkańców Tokio, obejmujące wszystkie sfery i aspekty życia i to jeszcze przy zachowaniu odpowiedniej proporcji. Analogiczne można by stworzyć program o dajmy na to francuskich winach i oburzać się, że przez 40 minut nic, tylko krążą po piwnicach i się alkoholizują.
Zresztą od strony warsztatowej nie można się specjalnie do niczego przyczepić. Host kluby istnieją i mają się dobrze, seks – sklepy też, te pierogi na czole, kolczykowanie, perfumy ze starych skarpet itp. to margines, ale nie można zaprzeczyć, że tego nie ma. Ja się w tym środowisku specjalnie nie obracam, ale kilku takich cudaków miałem okazję poznać.
Zgoda co do Pani informacji o, spadku zainteresowania randkami, związkami itp. Zgoda, że „aż 45% kobiet i 25 % mężczyzn w wieku 16 – 24 lat nie interesuje się seksem w ogóle”, ale z drugiej strony te które „się interesują” nadrabiają statystyki za te nieaktywne aż z nawiązką. Panienki z Shibuya pytane z ankietach pewnie też zaliczają siebie do tych 45 %. Hipokryzja to coć czego w Japonii nie brakuje i nigdy nie brakowało.
Program samej Japonii nie zaszkodzi. Zaszkodzi natomiast jej bezkrytycznym apologetom, którzy żyjąc mitami i wyobrażeniami o nowoczesnej, cywilizowanej, ale też „wystrzałowej” Japonii, przy pierwszym rzeczywistym z nią kontakcie przeżyją autentyczny szok pomieszany z rozczarowaniem. Rozczarowaniem wywołanym świadomością nudy, przeciętności i powierzchowności relacji panujacych w tym kraju.
Japonia ma bardzo korzystny wizerunek (całkowicie niezasłużony), a takie programy wprawdzie niewiele wnoszą informacji o życiu w tym kraju, ale za to bardzo podbijają jego popularność i na pewno mu nie zaszkodzą. Silne oddziaływanie kulturowe, wykraczajace daleko poza Azję, generowane jest w dużej mierze właśnie przez pokazywanie owej rzekomej wyjatkowości Japończyków – chociaż oni sami starają akcentować raczej inne elementy.
Sprawne zagrywki pijarowe, to coś czego Japonii nie brakowało, a takie programy bardziej jej pomagają niż jej szkodzą. To co rzeczywiście może być niekorzystne dla wizernuku Japonii, to ukazanie właśnie japońskiej codzienniści, jej nudy i rutyny. Patologicznych relacji międzyludzkich, czy problemów z jakie spotykają cudzoziemców w tym kraju.

by riben guizi at maj 17, 2015 06:21

Dzieciowo mi

Szybiorem 146 – pranie

Pokrowiec na materac wskutek intensywnych działań dziecięcych zaczął domagać się natychmiastowego prania. Dłużej na niego nie można było patrzeć. Zdjęłam go więc,

by Malwina Ferenz (Krusz.) at maj 17, 2015 05:31

Tomaczek

Krolowa Matka i Banda Czworga

Szpiedzy tacy, jak my

Pompon Młodszy (wbijając sobie na nos wygrzebane skądś tam, ogromne, nadłamane okulary przeciwsłoneczne Teściowej Królowej Matki) - Mamo, pats! Jak wkładam takie agenckie okulary to psestaję być sobą i staję się spiegiem! Teraz nie jestem juz zaden Antek. Jestem Agent Antek!


Po przyjeździe do Domu w Dziczy,

Pompon Młodszy (nadal w Agenckich Okularach) - Jestem agent 007!
Potomek Młodszy (poprawiając Pompona Młodszego po bratersku) - Ty możesz co najwyżej być agentem 004. (odliczając na palcach) Pompon Starszy jest agentem 003, ja - agentem 002 (milknie, zacukany)...
Potomek Starszy (gorączkowo) - Nienienienie, Pompon Młodszy jest Agentem 005, Pompon Starszy - Agentem 004, ty (zwracając się do Potomka Młodszego) - Agentem 003, ja - Agentem 002, tatuś Agentem 001, a mamusia... a mamusia... (skonfundowany, urywa).
Królowa Matka (stoicko) - ... cóż, mamusia, nie ma co już tego dłużej ukrywać, jest M...

I teraz już wszystkim wiadomo, od czego NAPRAWDĘ skrótem jest bondowskie "M"!

by Anutek (noreply@blogger.com) at maj 17, 2015 04:06

Kurlandia

Zjazd uczelniany

Zerwałam się z łańcucha. Odpicowałam twarz, wskoczyłam w kieckę i zostałam zawieziona przez chłopców do rynku na zjazd mojego rocznika ze studiów. Wow! Wolność. Zero jęczenia, pawi i fochów. Mogłam się nagadać do woli, wypiłam owocowe, lekkie drinki. Chłonęłam opowieści znajomych. Okazało się, że było tak kilkoro sympatyków Kurlandii, co mnie mocno onieśmieliło. Nie czuję się komfortowo w roli osoby zbierającej ogrom pochwał.

Dostrzegłam jednak jak bardzo zmieniłam się przez te lata…Z zakompleksionego dziwadła po twardo stąpającą po ziemi, energiczną kobietę. Teraz czuję się w pełni sobą. Z zupełnie innej perspektywy patrzyłam na dwie dziewczyny, które dokuczały mi na pierwszym roku studiów. Teraz by się nie odważyły mnie zaczepiać, łatwo atakuje się słabszy od siebie. A ja już słaba nie jestem i to cudowna refleksja z wczorajszego spotkania.

Dziewczyny niewiele się zmieniły. Dla niektórych czas się zatrzymał, wyglądały obłędnie. Dzieci, praca, podróże – miło się o tym słuchało. Panowie postarzeli się, niektórzy wyraźnie przytyli. Nawet najwięksi imprezowicze ustatkowali się, założyli rodziny. Niewiele miałam z nimi wspólnego, więc i po latach nie szukałam pretekstu do rozmowy. Podpytałam tylko o kilka rzeczy Marcina, z którym mam kontakt.

Dziesięć lat…Ponoć wcale się nie zmieniłam. Włosy mam naturalne, wiele nie przybrałam na wadze. No może coś tam przytyłam, ale sukienka – dobrze dobrana – kryła mankamenty figury. Ale dla mnie ten okres był niezmiernie bogaty w doświadczenia. Rozwinęłam skrzydła i śmiem twierdzić, że mając zdrowe dzieci nigdy nie doświadczyłabym tak głębokiej przemiany. Moi synowie pojawili się na świecie, bym poznała drzemiący w sobie potencjał. Jak mogłabym mieć pretensje do Boga, że wychowuję syna z porażeniem, skoro właśnie to dziecko pozwoliło mi być w pełni sobą?

Po dwudziestej trzeciej siedzenie było coraz twardsze, a sala hałaśliwa. Ha ha ha. Prosiłam Męża, by po mnie przyjechał. Tęskniłam po prostu za moim życiem. Pogadałam i wio do domu, gdzie jest mi najlepiej. Jacek przyjechał o północy podekscytowany. Wyobraźnia podpowiadała mu scenariusze dzikich tańców i swawoli. Wizje potęgował fakt, że nie zamierzałam wcale imprezować z telefonem w dłoni. To było moje wychodne bez łańcucha. Ha ha ha.

Nie jestem typem imprezowicza. Cieszę się szczęściem znajomych, ciekawe o czym będziemy opowiadać za kolejne dziesięć lat…Wieczór szybko się nie zakończył, ale o tym już pozwolę sobie nie pisać. Ha ha ha.

***

 

by Iga at maj 17, 2015 09:26

Mikołajkowo

PODRÓŻ ŻYCIA II

Dwa lata temu, gdy wiosna pomału zwyciężała z zimą, zaczęłam wymyślać że trzeba gdzieś jechać bo od zimowego siedzenia w domu wariujemy. Wtedy było bardzo daleko bo do Francji, ambitnie- trochę paryskich zabytków i wietrznie- zahaczyliśmy o Atlantyk.
W tym roku jak co roku marzyliśmy o wiośnie i kombinowaliśmy gdzie wyjechać, liznąć słońca i złamać codzienną rutynę. Tym razem padło na Włochy - konkretnie wybrzeże Adriatyku - bliżej i leniwie. Wyjazd też bardziej na spokojnie - dowody osobiste dla dzieci wyrobiliśmy wtedy, bagażnik, który przy naszej ilości bagażu jest konieczny też kupiliśmy na wyjazd do francji, własny respirator kupiliśmy w zeszłym roku. Po tym gdy zepsuł się resp z programu wentylacji i po ponad dwugodzinnym ambowaniu Mikołajka - w oczekiwaniu na sprawny, stwierdziliśmy że nie możemy narażać Mikusia. Trochę odejdę od tematu, ale trzeba przyznać że personel niezbyt spieszył się, pokonać 15 km w dwie godziny to trochę długo. Niosąc komuś oddech przybiegłabym w tym czasie, niestety nie każdemu tak zależy ...To zdarzenie przestraszyło Mikołajka, nas, dlatego kupiliśmy dla Mikunia własnego respa. Ale wracając do tematu- nie musieliśmy się gimnastykować i stawać na rzęsach żeby na wyjazd wypożyczyć, bo przez 1000 km ambować się nie da. Przetwornica która zaopatruje respirator w prąd też została zakupiona jakiś czas temu. Z ważnych spraw zostały do wyrobienia karty EKUZ, zakup cewników, kompresów, itp. ale takie rzeczy to nasza codzienność, więc poszło sprawnie.  Dla Mikołajka i Michałka nawet 10 godzin jazdy to nic takiego gdy w nagrodę morze i plaża. A więc pojechaliśmy - zapakowani jakbyśmy emigrowali a nie jechali urlop. A jak było? Cudnie, ciepło, plażowo, muszelkowo, leniwie i inaczej niż na co dzień :-)




po całym dniu na kanapie brakowało wolnych miejsc :-)
                                                    oceanarium-obowiązkowo  :-)    





                                                                         
Mama Mikołajka i Michałka                          

by Wiola Grabowska (noreply@blogger.com) at maj 17, 2015 09:45

zycie na kreske

maj 16, 2015

Eksribicjonizm kontrolowany

Złoty środek. Między zakupoholizmem a minimalizmem

5 sposobów na zdrowe i rozsądne kupowanie.

Wielu z Was może to zaskoczyć, ale Kwiecień Bez Zakupów wcale nie był moim wstępem do skrajnego minimalizmu. Lektura książek dla minimalistów kultowych (Babauta, Loreau, Sapała, wcześniej Mularczyk-Meyer) również nie zbliża mnie do zakonu osób nieposiadających. Przeciwnie, im więcej na ten temat czytam, tym bliżej jestem wniosku, że minimalizm i zakupoholizm są dwiema stronami tej samej monety. Monety, która nazywa się "niezdrowe podejście do przedmiotów i konsumpcji".

Każda postawa skrajna, związana z unikaniem, jest według mnie niczym innym, jak wyrazem braku zaufania do siebie i braku poczucia bezpieczeństwa w danej sytuacji. Często dochodzi do tego strach przed utratą kontroli lub świadomość, że tę kontrolę dawno się utraciło. Dla wielu dodatkowo rezygnacja z zakupów nie oznacza rezygnacji ze zdobywania dóbr, co również świadczy o zaburzonym podejściu do sprawy. Krótko mówiąc, nie dla mnie całkowita abstynencja.

Dorosłość w moim rozumieniu wiąże się z racjonalnym decydowaniem o swoim życiu. Kupowanie i posiadanie jest nieuniknione, więc uważam, że należy traktować je z taką samą naturalnością, jak proces chodzenia, oddychania czy to, że drzewa rosną i że po wyjściu z domu trzeba zamknąć drzwi na klucz. I choć w przypadku zakupów jest to trudne ze względu na marketing, który miesza w głowach, tworząc z niczego sztuczne potrzeby, to pewne zasady pomagają mi odnaleźć złoty środek w kupowaniu.



1. NIE TRAKTUJĘ ZAKUPÓW JAK ROZRYWKI


W naszym klimacie trudno tego uniknąć - kiedy jest chłodno, centra handlowe są jednym z niewielu miejsc, w których można spędzić wolny czas. Ale usilnie staram się to zmienić, wynajdując inne sposoby na przyjemności. Na zakupy idę wtedy, kiedy czegoś potrzebuję, na przykład po świeży szpinak do smoothie czy po nowe spodnie, bo w starych mam dziurę.


2. NIE TRAKTUJĘ POSIADANIA JAK POCIESZAJKI


Miałam taki czas, kiedy na tony kupowałam balsamy i masła do ciała. Zwykle zaglądałam do drogerii z byle powodu - bo miałam zły humor, bo pogoda taka brzydka, bo ciśnienie niskie, bo On mnie wczoraj wkurzył, bo w pracy miałam kiepski dzień. Kosmetyki zawsze miały dobry rozmiar, kosztowały niedużo i zużywałam je na bieżąco.

Zrozumiałam, że to uzależnienie, kiedy wyobraziłam sobie, że zamiast tych 17 balsamów w miesiącu wypiłabym 17 butelek wódki. Albo przyjęła 17 działek narkotyków. To był nałóg, który co prawda nie niszczył mojego organizmu, ale drenował portfel i przeciążał półkę w łazience. A w dodatku wcale nie pomagał na te złe dni.


3. KUPUJĘ ONLINE


Ubrania, buty, bieliznę, elektronikę, biżuterię, bieliznę, kosmetyki, książki, rzeczy do domu, rośliny. I oddaję WSZYSTKO, co choć odrobinę mi nie pasuje. Na tę decyzję mam 14 dni - czasu aż nadto, żeby pomyśleć, pomacać, przymierzyć w dobrym świetle, dokładnie pooglądać i dopiero wtedy stwierdzić, czy warto włączyć dany przedmiot w mój stan posiadania. Wczoraj odesłałam kombinezon, który jeszcze 2 lata temu uznałabym za "ujdzie" - teraz nic poniżej "idealny!" nie przechodzi selekcji.


4. CENĘ SPRAWDZAM NA KOŃCU


Przy zakupach w realnym świecie najpierw oglądam, przymierzam, zestawiam w myślach ze swoją szafą/domem/stylem życia. Sprawdzam, z czego coś jest zrobione, jakie ma parametry, czego wymaga: czyszczenia chemicznego, regularnego olejowania, ręcznego mycia?

Dopiero jeśli po tym wszystkim nie znajdę niczego dyskwalifikującego, sprawdzam cenę. To pozwala unikać sytuacji, w których kupuję coś nie do końca pasującego - tylko dlatego, że jest tanie.


5. LUBIĘ TO, ŻE MAM MAŁO


Życie z 30 częściami garderoby (tzw. capsule wardrobe, czyli szafa w pigułce) nie oznacza, że wyglądam jak menel. Właściwe zaplanowanie tej części codzienności pozwala mi ubierać się ze spokojem i ograniczyć do minimum dni "nie mam się w co ubrać". 

Malowanie się jednym cieniem i wybieranie spośród dwóch szminek czy trzech kolorów lakieru do paznokci nie jest wcale trudne ani nudne - przeciwnie, buduje styl (jak widać, nie jest to tylko moje zdanie). Prowadzenie domu z dwoma kompletami pościeli, jednym kompletem sztućców i zaledwie dwiema zmianami ręczników również jest możliwe i nie nastręcza mi wiele trudności.


Poruszanie się po labiryncie pokus w sklepach nie jest łatwe. Zazwyczaj tworzymy sobie własne zasady, żeby nie zwariować od nadmiaru. Podzieliłam się moimi - teraz chętnie przeczytam o Waszych!

by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at maj 16, 2015 09:50

efka i koty

Moja piątka :-)

Nie spodziewałam się, że któregoś dnia zrobię coś takiego. Ja - beztalencie sportowe. Ale udało się. Dziś wzięłam udział w Biegu Firmowym we Wrocławiu. Przebiegłam pięć kilometrów razem z ponad trzema tysiącami osób. Było wolniej niż miałam nadzieję, że się uda ale nie byłam ostatnia :-) Najważniejsze, że pobiegłam tym bardziej, że to bieg charytatywny i dochód z imprezy zostanie przekazany na pomoc chorej dziewczynce.

Dostałam swój pierwszy w życiu medal :-) 


Nie mam talentu do biegania i muszę się napracować na te moje pięć kilometrów. Ale cieszę się, że kiedyś wymyśliłam sobie to bieganie. I tak powoli, w swoim tempie dobiegłam do tego biegu. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś spróbuję startu na jakiejś imprezie. Nawet jeśli nie to ten jeden raz będę wspominać z radością :-)

by efka i koty (noreply@blogger.com) at maj 16, 2015 09:10

Zuzanka

Dzieciowo mi

Płeć, seks i pytania o cenę wolności, czyli o „Nowej dziewczynie” Françoisa Ozona

Spotkaliście się kiedyś z przyjaźnią na całe życie? Rzadko się zdarza, prawda? Zazwyczaj w podstawówce poznajemy jednych kolegów i koleżanki, w szkole

by Malwina Ferenz (Krusz.) at maj 16, 2015 05:56

Smoking kills...

O OCZACH I PAJĄKACH

 

Mam nowe szkła kontaktowe – są świetne, cieniutkie, w ogóle oko się nie męczy, chociaż niby grubsze, bo kolorowe. Konkretnie jasnoszare, wyglądam jak pies husky, minus czarny nosek. Są urocze aż do momentu, kiedy trzeba je z oka wyjąć. Jeszcze z żadnymi szkłami się tak nie użerałam przy wyjmowaniu; wieczorna operacja przypomina znajdowanie brzegu taśmy klejącej na rolce. Jak nie opracuję jakiegoś zmyślnego sposobu, to będę miała podrapane gałki oczne (i wtedy zamiast husky będzie wilkołak i Szczypawka się wystraszy).

Ten „Pochłaniacz” – mniej radochy, niż się zapowiadało; bardzo dobrze napisane, ale niewiarygodne postaci – jakieś nadęte, przekombinowane. „Przysługa” Kate Atkinson natomiast – uczta. Nie mogę się doczekać następnych części.

Tygodniowy bilans pająków:

- jeden pod prysznicem – darłam się i próbowałam odbyć resztę kąpieli półgębkiem, jak najdalej od ośmiu nóg;

- jeden sunął po ścianie w sypialni – już miałam się zacząć drzeć, ale N. go eksmitował na balkon;

- jeden wpadł do chałupy galopem, jak otworzyłam drzwi na taras – wielki, szary, z rozwianym włosem – ja się darłam, a on okrążył stół i dał nura pod kanapę. Boję się teraz na niej usiąść, żeby mnie nie pogłaskał po nodze, na przykład. Albo nie przyszedł się przytulić.

Czy nie mogłyby mnie nachodzić nietoperze? Albo wombaty?…

by Barbarella at maj 16, 2015 03:36

Tomaczek

Zapiski dojrzalej kobiety

Znów zakwitły bzy.

Narwali bzu, naszarpali,
Nadarli go, natargali,
Nanieśli świeżego, mokrego,
Białego i tego bzowego.

Liści tam - rwetes, olśnienie,
Kwiecia - gąszcz, zatrzęsienie,
Pachnie kropliste po uszy
I ptak się wśród zawieruszył.

Jak rwali zacietrzewieni
W rozgardiaszu zieleni,
To się narwany więzień
Wtrzepotał, wplątał w gałęzie.

Śmiechem się bez zanosi:
A kto cię tutaj prosił?
A on, zieleń śpiewając,
Zarośla ćwierkiem zrosił.
(Autor: Julian Tuwim)

Maj to chyba przez wszystkich  ulubiona pora roku....(no, może nie koniecznie przez maturzystów;)
Jest przepięknie, oczy cieszą kolory wiosny, pachnie bzem....
Szkoda, ze te urocze kwiaty nie sprawdzają się jako bukiety i tak szybko przekwitają.
Żałuję, że prócz wyglądu nie mogę przesłać zapachu....
A zapach jest obłędny, w Ogrodzie Botanicznym w Powsinie rośnie zaledwie kilka krzaków bzu, ale to wystarczy by usiąść na ławeczce w pobliżu i odurzać się tym boskim zapachem.
Wpadam tu tylko na chwilę, bo z powodu pobytu u nas wnuczki  czasu na bloga było brak.
Od wczoraj Wiktoria jest już w swoim domu, ale ja czuję się wyjątkowo podle.
Do tego stopnia, ze nie chce mi się wyjechać gdzieś w plener, w ogóle nie chce mi się ruszyć z domu.
Fakt, ze w czasie pobytu u nas Małej tego plenerowania miałam pod dostatkiem, bo trzeba było coś z dzieckiem robić żeby się nie nudziła.
Wiadomo, ze na „łonie natury” dziecko zawsze coś ciekawego dla siebie znajdzie.
Więc jeździliśmy prawie codziennie do”botanika”, jest tam teraz tak pięknie, ze dech zapiera.
Tych, których mogą namawiam – odwiedźcie to miejsce (szczególnie w tygodniu, kiedy nie ma tam tłumów) a nie pożałujecie.

A teraz bez względu na samopoczucie udaję się do kuchni, albowiem dzisiaj przypadł dzień gotowania.
Jednak dzisiaj będzie gotowanie "na skróty" czyli tylko sos bolognese.
Dla nas klasyczny z mięsem wieprzowo-wołowym, a dla córki  z mięsem z indyka wzbogacony warzywami.
Ale po południ to już koniecznie kanapa i gapienie się w sufit i mam nadzieję, ze nikt i nic mi planów nie popsuje.

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at maj 16, 2015 08:43

zycie na kreske

maj 15, 2015

zapiski zgagi

Być jak profesor Bączyński?

Prawie… Bez finału (oby!) i spalenia Trylogii. Za to:

- manatki spakowane

- śmieci wyrzucone

- opieka nad psem, mieszkaniem i ogródkiem zapewniona

- naczynia umyte

- urządzenia żywiące się prądem wyłączone

- kwiaty domowe podlane

- gaz i woda zakręcone (to jutro, bo rano przecież przydadzą się  jeszcze)

- ,,Ziuta” zaprogramowana na prowadzenie do celu

- przewodnik Pascala nabyty

- komórki naładowane

- lodówka zrewidowana..

W tej sytuacji mogę sobie tylko pod nosem zanucić:

,,No bo jak tu nie jechać, kiedy tak nowy szlak nas urzeka. Kiedy dal oczy mami, chociaż żal tego, co za nami…”

Zatem żegnam Was, moi drodzy, na tydzień. Będę na pewno troszkę tęsknić… Życzcie mi pogody! Moje stare gnaty domagają się ciepełka…

by Zgaga at maj 15, 2015 08:35