Planeta Jadzi

październik 20, 2014

Slow Day Long

Po siódme: Nie kradnij. Również moich zdjęć w internecie!

W końcu dopadło i nas. Kiedy czytaliśmy na profilach innych blogerów, że ich zdjęcia są kradzione, modyfikowane, przycinane czy powielane, było to dla nas niczym science fiction. Do niedawna, kiedy to sami padliśmy ofiarą przestępstwa. Tak, przestępstwa, bo inaczej nie da się tego nazwać.

O całym zajściu poinformowała nas jedna z naszych czytelniczek. Kilka dni temu przesłała nam linka do strony internetowej przedszkola, które reklamowała twarz Alicji. Zdjęcie zostało przycięte tak, aby nie było widać znaku wodnego naszego bloga. W sumie, jeśli ktoś nas nie czyta i nas nie zna, to tylko wzruszyłby ramionami. Ot twarz jakiegoś tam dziecka. Niestety, to nie jest tak. To była twarz naszego dziecka, a zdjęcie wykonałem osobiście.

Dzwonię do naszego prawnika, któremu pokazuję ową stronę. Po godzinie dostaję odpowiedź. Niczego nieświadoma pani, złamała kilka paragrafów. Po pierwsze, prawa autorskie. Po drugie, wykorzystanie wizerunku Ali bez naszej zgody. Po trzecie, modyfikacja zdjęcia. Po czwarte, wykorzystanie fotografii do celów reklamowych. Jest grubo!

Mając w ręku ekspertyzę, zgodnie z radą mojego prawnika, idę na policję. Do tematu podchodzą z pełnym profesjonalizmem. Od spisującej protokół policjantki, jak się okazuje, specjalisty od przestępstw internetowych, dowiaduję się, że mój przypadek nie jest odosobniony. Tego typu zgłoszeń dostają dziennie przynajmniej kilkanaście. Sugeruje mi jednak, abym próbował się dogadać. Jeśli to się nie uda, to nie będą mieli wyjścia, jak wszcząć postępowanie. Przedstawione przeze mnie dowody, są w sumie nie do podważenia.

Dzwonię do właścicielki przedszkola. Nie ma jej jeszcze w firmie. Pracownikowi placówki streszczam pokrótce o co chodzi. Po godzinie oddzwania do mnie… jej prawnik. W kilku słowach przedstawiam temat, ale on przerywa mi pytaniem: Ile? Dwa dni później pieniądze były na naszym koncie. Bez szemrania i dyskusji. Bo nie było specjalnie z czym polemizować. Jednak nie każdy posiada odpowiednią wiedzę, jak w takich przypadkach należy walczyć o swoje. A przede wszystkim, że trzeba!

Świadomość naszego narodu stale rośnie, ale odnoszę wrażenie, że większość z Polaków nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że pomiędzy kradzieżą obrazu z muzeum, a czyjegoś zdjęcia w internecie, nie ma żadnej, ale to żadnej różnicy. Nie dotyczy to jednak jedynie zdjęcia. Mam na myśli każde dobro intelektualne, którego jesteśmy twórcą.

Mam na przykład taką klientkę (powinienem raczej napisać, że miałem), która od dłuższego czasu kradnie mój cenny czas. Ta osoba pracując w pewnej firmie, zaangażowała nas do przygotowania skomplikowanej oferty, na organizację konferencji dla jej pracowników. Ofertę przygotowaliśmy, a i owszem, licząc, że zdobędziemy nowego i dużego klienta. Już słyszałem szum złotówek, wpływających na naszego konto. Jak bardzo to przyjemny jest dźwięk, nie muszę chyba nikomu tłumaczyć. Kontraktu nie podpisaliśmy, bo… zdaniem naszej niedoszłej klientki wydarzenie zostało przełożone na inny termin. Jak tylko się coś wyjaśni, zadzwoni do mnie ponownie. Tere fere kuku!

Zadzwoniła, a i owszem, jakiś miesiąc temu, mniej więcej rok po ostatnim kontakcie. Moja niedoszła klientka, pracując dla zupełnie innej firmy znowu potrzebowała od nas pomocy. Tym razem, byliśmy już jednak dużo bardziej ostrożni. Wcześniej, dostała praktycznie gotowca, na którego podstawie, jakby mocno się postarała, mogła zorganizować wszystko sama. Ofertę przygotowaliśmy, a i owszem, ale bez podawania tak dużej liczby szczegółów, jak ostatnio. Nie chcieliśmy sfrajerować się po raz kolejny. Niestety, nasza intuicja znowu nas nie zawiodła.

Tuż po przesłaniu oferty, owa pani popełniła „małą” pomyłkę. Chciała wysłać do pracownika swojego działu, naszą ofertę, wraz z informacją, aby ten poszukał tańszych odpowiedników naszej propozycji. Niestety (dla niej), omyłkowo wysłała ją do… nas. Potem się tłumaczyła, że się pomyliła. I powiedzielibyście, że wszystko jest przecież w porządalu, bo wolny rynek, konkurencja, to i tamto. Z jednej strony to całkowita prawda, ale z drugiej…

Złodziejka naraziła nas na straty, koszty i zmarnowała nasz czas. Aby przygotować ofertę, musieliśmy spędzić nad nią dwa dni, wykonać ileś tam telefonów itd. Jeśli zostałaby odrzucona, bo ktoś dał inną, lepszą, byłoby OK. Ale jeśli służyła jako podkładka, jako baza do tego, aby na podstawie naszego pomysłu, ktoś poszukał sobie nowego, tańszego rozwiązania, według nas, to nic innego jak po prostu pełne skurwysyństwo.

Tym bardziej, że po dwóch dniach dzwoni do nas nasz podwykonawca, do którego jakimś cudem dokopała się wyżej opisywana cwaniara, prosząc o wycenę bliźniaczego zapytania, które wysłała do nas. Ale… Nasz partner był już na to przygotowany, bo go uprzedziliśmy. Znał nazwę firmy, specyfikację zapytania itd. Jedynie, co mógł im wysłać, to prośbę o kontakt z nami. Grunt, to pracować z porządnymi ludźmi.

Nie muszę chyba dodawać, że z kontraktu nic nie wyszło. Kilka dni później dostałem telefon z informacją, że nasza oferta była naprawdę super, ale.. wydarzenie zostało przełożone na inny termin. Odezwą się następnym razem. I nie napiszę Wam, co sobie wtedy pomyślałem. Bo było to bardzo niegrzeczne sformułowanie.

Kradzież. To grzech i przestępstwo. Nie ważne, czy mówię o rowerze, który jakiś idiota buchnął mi spod klatki, na tydzień przed naszym urlopem, czy o nielegalnie zainstalowanym programie komputerowym, który masz na swoim laptopie. Tak samo jest z muzyką, czy filmami. Jakiś czas temu, też nie widziałem w tym problemu. Jest w sieci, można pobrać za free, no to jedziemy!

Przebudzenie przychodzi jednak, kiedy problem dotknie nas samych. Wyobraźcie sobie, że to Wy jesteście twórcą, któremu ktoś kradnie piosenkę, tekst czy artystą, którego obraz ktoś sfotografował, a reprodukcję puszcza dalej w świat. Wpadliście na pomysł jakiegoś innowacyjnego biznesu, rozwiązania, albo nowatorskiego scenariusza filmowego. Mówicie o tym komuś, ktoś to podpisuje swoim nazwiskiem i sprzedaje dalej itd. Nie byłoby Wam fajnie, uwierzcie mi.

Właścicielka przedszkola w Sopocie dostała nauczkę. Zdaniem naszego prawnika i tak zbyt mało surową, bo powinniśmy zażądać znacznie większej kwoty. Ale tu nie chodzi o pieniądze, ale o zasady.

Kradzież to kradzież. Nie ważne, co kradniemy. Czas, zaufanie, zdjęcie czy telefon. Oczywiście, prawo przewiduje coś takiego, jak znikoma szkodliwość społeczna czynu, ale… Bóg ustalił przykazania, w których nie różnicuje, co było mniejszym, a co większym przestępstwem.

Warto pamiętać, że On widzi wszystko. Nawet, kiedy nam się wydaje, że tak nie jest.

p.s. Zdjęcie tytułowe wykonałem osobiście, podczas wystawy w Muzeum Sztuki Współczesnej „MOCAK” w Krakowie. Podczas wystawy można było robić zdjęcia ekspozycji. To tak przy okazji.

by Damian at październik 20, 2014 06:02

zycie na kreske

Kura pazurem

Odlatują ptaki, idzie zima

Czasami rozmowy pomiędzy kobietami nabierają surrealistycznego wymiaru. Piszę to z pełną świadomością jako kobieta właśnie. Ostatnio przeprowadziłam ciekawą rozmowę, po której pół dnia zastanawiałam się „ale-o-co-cho-dzi?” i szukałam drugiego dna, podtekstów itp.

ptakiDzwonię do M., by sobie pogadać. Nie podam, kim jest M., bo by mi nogi z czterech liter powyrywała, a na koniec rosół z kury by sobie sprawiła.

Dzwonię więc do M. Opowiadam jej, co się ostatnio wydarzyło. Na wyżyny intelektu się wznoszę, na wyżyny emocji również. Potem M. opowiada i mniej więcej jest na tych samych wyżynach, gdy nagle ni stąd ni zowąd wypala (a dodam, że ani słowa nie zamieniłyśmy o pogodzie, ani o zmienności pór roku, ani o zachowaniu zwierząt):

– Widziałam gęsi lecące do ciepłych krajów. – Ona.

– A skąd wiesz, że to gęsi? – Ja. Nie potrafię rozróżnić z takiej odległości, no sorry, ale z dołu wszystkie ptaki lecące do ciepłych krajów wyglądają tak samo. Duże i w kluczu.

– Gęgały. – Ona.

– No tak, to wiele wyjaśnia. – Ja.

– Ale wiesz, na czele tego klucza to leciał samiec – Ona.

– A co? Jego jajka z ziemi zauważyłaś? – Ja. Rechoczę ze swojego błyskotliwego poczucia humoru, jednak M. się nie udziela.

– Mówię ci, to był samiec. – Ona.

– ???? – Ja. Czekam na jakieś sensacyjne wiadomości w stylu, że kupę na nią zrobiły i jej fryzurę zniszczyły albo że zderzyły się z innym kluczem gęsi.

– Zima idzie. – Ona. Stwierdza filozoficznie, czym zbija mnie z pantałyku. – Będzie sroga.

– M., słuchaj, a nie uważasz, że to normalne, że o tej porze roku, to ptaki odlatują, by właśnie przed zimą zdążyć? – Ja. Z lekkim wahaniem, bo nie wiem, o co chodzi.

– Nie tak wcześnie – Ona. Zdecydowanie.

– Nie chcę cię martwić, ale minęła właśnie połowa października. – Ja. Ciągle z wahaniem.

– Świrujesz? – Ona. Jakby obudzona. Słyszę, jak człapie po mieszkaniu i chyba szuka kalendarza, bo coś o tym pod nosem mruczy. A ja oczywiście niczego nie świruję, powaga jak nigdy. – Bez jaj. Minęła połowa października, jeden dzień! – Ona. Z tryumfem.

– No – Ja. I w duchu gratuluję jej odkrycia.

Kończymy rozmowę, po której długo drapię się po rozczochranej. Kocham takie dialogi. Toż wyobraźnia ludzka nie byłaby w stanie czegoś takiego stworzyć.  A że czas ucieka jak szalony to oczywista oczywistość, trudno nadążyć.

*

*

PS  A ja dzisiaj raniutko po 7 będę mieć nagranie do TVP Gdańsk. Chyba pójdzie na żywo. Panorama o 7.30. Zapomniałam dopytać szczegółów.

Wiedziałam, że mogłam dietę zacząć dużo wcześniej!!!!!!!!!!!!!!! A tak to po ptakach… No, ale wiadomo, ptaki odleciały… ;-)

by anna at październik 20, 2014 03:14

październik 19, 2014

zapiski zgagi

,,To ostatnia niedziela…”

Taka ładna tego roku. I niewykorzystana…

Małża głowa bolała cały dzień, więc nie do życia był. A szkoda… Miałam plany, nie wyszło, trudno!

Jedyne, do czego go przymusiłam, to zasadzenie paru roślin, których wczoraj dostarczyła Hania.  Irysy, ozdobne trawy i brodate goździki w liczbie dwóch. Sama też trochę w ogrodzie poszalałam, wyrywając co już zbędne, przycinając to i owo. Na przykład wierzbę biało-różową.

Nastawiłam też ostatnią w tym roku nalewkę. Z ananasa, a dokładniej z jednego całego i drugiego w połowie.  Akurat trafił mi się niedrogi, a pewny, spirytus. Waham się, czy dodać goździki, cytrynę  i laskę wanilii, czy pozostawić sam owoc. Może podzielę nalew na pół?

Asia powróciła z Holandii, Pierworodny dotarł po południu do Hagi. Dziś imieniny Ireny, naszej przyszywanej, acz bardzo ukochanej, ciotki! Będę dzwonić wieczorem z życzeniami… I może Sister namówię na telefon, bo mąż cioci był jej chrzestnym.

Dziś wyprawa na orzechy bardzo owocna!  Ponad pół reklamówki! Ale to dlatego, że  wśród licznego listowia opadłego kijaszkiem grzebałam… Wieczorem rozszalała się wichura, może jeszcze coś  postrąca? Chociaż nie słyszałam… Lornetką podglądam, czy jeszcze cosik na drzewie zostało?

 

by Zgaga at październik 19, 2014 10:20

Zuzanka

Ania 13

W tej chwili nienawiść

Wszyscy żyliśmy już i każdy z nas może mieć nawet wiele wcieleń równocześnie. Potrafię sobie to wybrazić lepiej, gdy spotykam szkolną koleżankę w tramwaju. Ma zuchwałe szesnaście lat, jak w dniu, w którym spotkałyśmy się po raz pierwszy, pod szkołą. Potknęłam się na krzywych płytach chodnika, a ona pomogła mi pozbierać rozsypane papiery.
– Dziękuję – uśmiechnęłam się nieśmiało. Nie czułam się zbyt pewnie. Nie wiedziałam, czy moje plecione z rzemieni buty nie będą za bardzo powszechne? Czy długa spódnica, do której sama przyszywałam przez pół nocy koraliki, pozwoli mi zaskarbić życzliwość najfajniejszych uczniów? Obawy, trzęsące się nogi i wystająca płyta chodnikowa odpruły koraliki, pocięły rzemienie.

Jeszcze chwytałam oddech, trzymając palcami ziemię jak sprinter przed biegiem, gdy kątem oka dostrzegłam, że ktoś podnosi z trawnika moje ubiegłoroczne świadectwo. Podziękowałam w myślach i znienawidziłam w tej samej chwili. Trudno lubić kogoś, kto był świadkiem upadku.
– Wstaniesz sama? – zapytała.
Potrząsnęłam głową, nie chciałam pomocy, ale po męsku zinterpretowała moje „tak” jako „nie” i rzuciła się mnie podtrzymać. Znienawidziłam ją jeszcze bardziej, bo trudno lubić tego, kto pomaga wbrew nam.

Tę samą nienawiść czytam w oczach pani, której moja koleżanka pomaga wysiąść z tramwaju. Która nastolatka zrywa się, gdy starszy człowiek wsiada do wagonu, która nastolatka wyskakuje z tramwaju na przystanku, by pomóc wysiąść starszej osobie o lasce, która nastolatka z równą łatwością potrafi zaskarbić sobie niewdzięczność człowieka, któremu udzieliła pomocy? Ma ciągle szesnaście lat, te same gęste brwi i rozpuszczone w nieładzie włosy jak wtedy, gdy zaczęłam ją nienawidzić. Nienawiść do niej swędzi mnie w każdej zmarszczce i fałdzie czterdziestolatki. Gdzie jest moje inne wcielenie, gdzie jestem szesnastoletnia ja? Rozglądam się. Tramwaj dojeżdża na mój przystanek.

Wysiadam. Robię test na nienawiść, upuszczam teczkę. Koleżanka wysiada za mną. Tym razem sama nie upadam. Szkoda mi eleganckich spodni, świeżo zrobionych paznokci. Ona bez skrupułów rzuca się na ziemię i zbiera papiery. Świadectwo pracy, jak wtedy, pofrunęło na trawnik.
– Postarzałaś się – mówi, podnosząc dokumenty. Do kogo mogła skierować te słowa. Rozglądam się. Może do jednego z moich wcieleń chodzących po świecie, których – wiem o tym bez wątpliwości – żyje równocześnie wiele i wszystkie, o czym wiem od tej chwili, nienawidzą tak samo.

by ania13 (noreply@blogger.com) at październik 19, 2014 10:37

Bazarek Handmade

anielinka z bukietem

Aniołek wykonany z masy solnej o wysokości ok. 24 cm.  Posiada zawieszkę.
Aniołek może być doskonałym prezentem dla bliskiej osoby.
Cena aniołka - 18,00 zł + 11,00 koszty przesyłki.
Zainteresowanych zakupem proszę o kontakt: magdalena.g@poczta.onet.pl

by anielina (noreply@blogger.com) at październik 19, 2014 10:17

anielinka z serduchem

Aniołek wykonany z masy solnej o wysokości ok. 24 cm.  Posiada zawieszkę.
Aniołek może być doskonałym prezentem dla bliskiej osoby.
Cena aniołka - 18,00 zł + 11,00 koszty przesyłki.
Zainteresowanych zakupem proszę o kontakt: magdalena.g@poczta.onet.pl

by anielina (noreply@blogger.com) at październik 19, 2014 10:16

anielinka z fioletowym serduchem


Aniołek wykonany z masy solnej o wysokości ok. 24 cm.  Posiada zawieszkę.
Aniołek może być doskonałym prezentem dla bliskiej osoby.
Cena aniołka - 18,00 zł + 11,00 koszty przesyłki.
Zainteresowanych zakupem proszę o kontakt: magdalena.g@poczta.onet.pl

by anielina (noreply@blogger.com) at październik 19, 2014 10:15

Od rana do wieczora

Kasza jaglana i patyki, czyli matki i ekologia

Zapraszam do lektury mojego tekstu w Onecie. Nosi on prowokacyjny tytuł: „Ekomatki – rozsądnie czy odjechane?”

Mam nadzieję, że Was zaciekawi. I serdecznie dziękuję wszystkim moim rozmówczyniom, które zechciały się podzielić ze mną swoimi opowieściami :-)

by Chuda at październik 19, 2014 08:55

Krolowa Matka i Banda Czworga

Horoskop prawdę ci powie

Królowa Matka (czyta horoskop Potomka Starszego, natrząsając się nad przeróżnymi autorytatywnymi stwierdzeniami typu "w ten sposób może znaleźć ujście jego nadzwyczajna pracowitość, wręcz pracoholizm") - "... Skorpion do szczęścia potrzebuje przede wszystkim wroga..."

Potomek Młodszy (radośnie) - O, tak, gdyby mnie nie miał byłby cały czas kompletnie nieszczęśliwy!!!

I tak uczynny Potomek Młodszy uszczęśliwia Braciszka już od siedmiu lat :), w związku z którą to rocznicą Królowa Matka przebywa w tkliwym nastroju "a pamiętasz, zaledwie chwilę temu tak mnie kopnął, że przez brzuch było widać jego nogę, od kolana do stopy..." (Królowa Matka wie, że Pan Małżonek nie pamięta, nie było go przy tym, pamiętać to może Matka Królowej Matki, która ją wachlowała i podawała drżącą dłonią wodę do popicia, jak Królowa Matkę zatchnęło, a taki kopniak zatyka człowieka na amen i boli, choćby nie wiem jak tkliwie wspominało się go siedem lat później), "a pamiętasz, jaki był śliczny?" (tu wszyscy słuchacze, bo wszak nie rozmówcy, robią uprzejme miny i zaczynają błądzić wzrokiem po okolicy, starannie omijając rozanieloną twarz Królowej Matki, bowiem oni pamiętają policzki a la buldog z wystającym spośród nich nosem, i fałdy godne utytułowanego triumfatora wszelkich psich wystaw psa rasy shar-pei, podczas gdy Królowa Matka pamięta te najpiękniejsze na świecie usta, cudowne usta, żadne z jej dzieci takich nie miało, i skórę gładką jak aksamit o odcieniu muśniętej słońcem brzoskwini, i te idealne stópki, na których - pomyślała w popłochu Królowa Matka - on chyba nigdy nie stanie, takie były maleńkie, i - zwłaszcza - to triumfalne cztery i pół kilo, to odczarowanie kilograma, z którym przyszedł na świat Potomek Starszy; wszystko to zresztą Potomek Młodszy nadal ma, i tę brzoskwiniową skórę, i kształtne stopy modela reklamującego sandały, i usta, a kilogramów ma nawet więcej niż tylko cztery i pół, plus firany rzęs, których w dniu narodzin nie posiadał praktycznie wcale), "a pamiętasz, jak jechałeś w środku nocy do szpitala drogą, która akurat była remontowana i zamknięta dla ruchu z różnymi niecenzuralnymi słowy na ustach?" (tak, to Pan Małżonek pamiętał),

i tak nurzając się w tkliwych, a nawet ckliwych czasami wspomnieniach (tak, Królowa Matka też tak czasem miewa) produkowała ona zamówione przez Jubilata ciasto z pająkami,




produkcja których staje się powoli nową, świecka tradycją, oraz ciasteczka, które zamiast tradycyjnych cukierków zaniesie jutro do szkoły Potomek Młodszy



i myślała sobie, że wroga to niekoniecznie, ale Potomka Młodszego do szczęścia to i ona potrzebuje.

Li i jedynie :).

by Anutek (noreply@blogger.com) at październik 19, 2014 07:52

Bazarek Handmade

błękitne gwiazdki szydełkowe

zestaw gwiazdek wykonanych z grubego bawełnianego kordonka,
  usztywnione
10 sztuk
ozdobione drewnianym koralikiem w kolorze srebrnym
w zestawie sznureczki ( do zawieszenia jako ozdoba np. na choinkę, gałązki lub do prezentów świątecznych)
średnica gwiazdek ok 7 cm
                                                                           
cena 11 zł za zestaw 10 sztuk

+kp
kontakt wmalymdomku@gmail.com

by Ania- w małym domku (noreply@blogger.com) at październik 19, 2014 07:37

Skorpion w rosole

(149) Przychodzi baba do urzędu

     Przyszedł ten dzień, kiedy musiałam pojawić się w urzędzie w sprawie nie cierpiącej zwłoki. Bo zwłoką byłam dłuuugo. Aż za długo i zaczęłam się rozkładać po kanapach. Trzeci rok się zaczął, gdym odpoczywała po fyfnastu wizytach w urzędach rozmaitej maści, notariuszach i urzędasach natury karłowatej, czyli pomniejszej, jak telefonia, gazownia czy prądownia.

     Ale od początku.
Jak niektórzy wiedzą, mieszkam w moim, takim najmojszym na świecie miejscu na tym łez padole, od dwóch lat z hakiem. Nota bene jest to moje piąte miejsce, z którym związałam swoje  CV, jednakże, dwa palce w górze, konsekwentnie obracam się w obrębie jednego miasta, odbijana tylko ze wschodu na zachód i apiat' naabarot. I nic nie zburzyłoby mojego spokoju egzystencji, dalej piłabym sobie herbatkę przez słomkę zakąszając tiramisu i baklawą, dalej zawiazywałabym komórki tłuszczowe na wysokoenergetyczne kokardki z fakturą skórki pomarańczowej, gdybym pewnego dnia nie zobaczyła swojego dowodu osobistego. Otóż tego dnia odkryłam, że mój dowód osobisty umarł śmiercią naturalną w czerwcu roku pańskiego 2014. Dla niezorientowanych, z Małżem i ze mną na czele, przypominam, że mamy październik, a nawet za chwilę, co za niespodzianka, listopad. Ta wiosenna pogoda to jednak może człowieka zmylić i otumanić.

Bo my z Małżem, to jakieś z innej planety jesteśmy.
  
Na pierwszy ogień i jako mięso armatnie omówimy Małża. 
Małż nie nosi zegarka. Nigdy. Odgaduje czas po koniunkcji planet, pi razy drzwi, z dokładnością do godziny zegarowej. To mu starczy. Uf, na razie nie uwiąd starczy, hosanna! Kolejna archaiczna cecha Małża to nienoszenie komórki. Małż wyswobodził się całkowicie z brzemion kapitalizmu i komórki nie nosił. Teraz komórka służbowa jest wyłączana po przyjściu do chałupy, albowiem robota to robota, dom to dom. Albowiem mieliśmy jedną komórkę do spóły, dla wszystkich członków rodziny, przedpotopową wierną Nokisię, która mruga niebieskim oczkiem, gdy ktoś coś od niej chce.

Ja.
Na moim lewym przegubie, prócz kajdan i żył tętniących cholesterolem zauważyć można chronometr, ciągle ten sam, który wygrałam za krzyżówkę w roku pańskim hmmm circa ebałt 1995. 
Zegarek jest ładny i ma światełko. A datownik stanął na liczbie 14, która jest dniem mojego urodzenia, mojego Taty, a także numerem domu. Generalnie znając moją datę urodzenia można mnie podrzucić pod wskazany adres. Bo tu pies pogrzebion. Patrząc na mój dowód osobisty, jestem od czerwca nikim znikąd. Termin przydatności do spożycia upłynął, a pod widniejącym na kawałku plastiku adresem od 2,5 roku mieszka zgoła kto inny. Gdyby mnie znaleziono bez zmysłów w parku, tulącą drzewo i wiewiórkę do łona, uznano by mnie z pewnością za NN.

     Basta, rzekłam. Skoro dowód osobisty mi się skończył, trzeba zmartwychwstać dla świata i Zusu! Chociaż dla Zusu, to jest się wiecznym i niezniszczalnym (dowód? Oto dowód: gdy wezwano mnie na rewizję L4, wzywano mojego nieżyjącego wtedy od 15 lat Tatę, dlatego wchodziłam z dreszczem jako ostatnia, czekając aż wreszcie mnie wyczytają. A tu - nic).

    Ażeby wyrobić nowy dowód osobisty, cóż trzeba zrobić? Bingo! Najpierw pójść do fryzjera, aby w terminie późniejszym, ale nie później niż fryzura oklapnie i zrobią się odwieczne rogi bawołu afrykańskiego, pójść wykonać zdjęcie lewego półprofilu. I tu już wszystko, co sobie wypracowałam, legło w gruzach. Zmuszona dostosować się do regulaminu III RP w zakresie co można, a czego nie, na zdjęciach dowodowych, musiałam założyć grzywę za ucho i odsłonić je w całej, imponującej okazałości, a także odkolczykować się. Wyglądałam więc tak jak wyglądam na co dzień. Czyli nic nadzwyczajnego.
 Pani zrobiła mi kilka/naście fotografii. Uf. Klęska urodzaju. Na pierwszy ogień - problem stulecia, czy mam się uśmiechać, czy być stateczną starszawą panią. Wersja z uśmiechem była godna politowania, był to uśmiech, za przeproszeniem końskiej dupy do bata. Tak więc powaga, z lekkim uśmiechem Mony Lisy. Kolejny problem, niestety już nierozwiązywalny, czy w okularach, czy bez. Nie mogąc się zdecydować i skuszona 50%-ową zniżką, zakupiłam dwa pakiety fotografii własnej facjaty. Będzie co położyć na kominek, chyba, że ktoś chce do pamiętniczka? Zbiór fotografii okularowych jest zbiorem pełnym i nierozdziewiczonym.

Ale.
Aaaby wyrobić sobie nowy dokument tożsamości, muszę zmienić na nim adres zameldowania. Ale aaaby to zrobić, muszę się zameldować. Aaaby się zameldować muszę posiadać akt. Niestety, nie artystyczny, tylko własności ziem, którymi władam pospołu z Małżem oraz szereg pomniejszych dokumentów, w postaci aktu (czułam się już jak w pinakotece) tym razem zawarcia małżeństwa, a także dowodu wymeldowania się z miejsca poprzedniego zameldowania.

Ażeby nie przedłużać i nie mięszać w zmysłach Czytelnika. Cudem znalazłszy się w posiadaniu analogowego pliku niezbędnych dokumentów, odważyłam się pobrać numerek (numerek, dwa akty i ja yhyhy, orgia!).
 Będąc w urzędzie od razu czuję się jak podejrzana i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mnie zamkną w areszcie i wyrzucą klucz do fosy. Znacie to uczucie? Człowiek jeszcze nic nie zrobił, a już chyłkiem przemyka pod ścianami bezowocnie szukając kawałka cienia, już czuje się jak podejrzany, a nawet oskarżony i skazany. Te urzędy są takie onieśmielające!
O dziwo, mój numerek zaczął migotać na czerwono, rozwinął się czerwony dywan i skierowałam swe kroki prosto do jaskini lwa. Wręczyłam lwicy dokumenta, a lwica ryczy zza krat:

- Dowód osobisty proszę!

- Nie dysponuję. Albowiem mi się skończył. Doprawdyż, patowa sytuacja. Ale numer pesel się chyba nie zmienił?

Lwica ryknęła, że nie mogę posługiwać się nieaktualnym dowodem osobistym i zażądała paszportu. Paszport też mam z bombażem od dłuższego czasu, pisnęłam skulona pod okienkiem.

- W takim razie nie mogę pani zameldować, skoro nie ma pani dowodu - zza pancernej szyby ryknęło.

- Jezu, a ja muszę być zameldowana, by móc posiąść dowód. Mam jeszcze prawo jazdy (z adresem poprzednim rzecz jasna, ale prawko nieśmigane i co najważniejsze, wystawione dożywotnio). To w takim razie mój jedyny dokument, stwierdzający że ja to ja - wyłkałam cichutko, leżąc wykrwawiona na kamiennej, zapewne bardzo drogiej, posadzce.

- Jeszcze nigdy nikt się nie legitymował prawem jazdy!

No to, drogi Czytelniku, wiedz, że ja jestem pierwsza!

     Na miękkich nogach opuściłam lokal, ściskając w ręku dowód, że oto mam dach nad głową. Stąd już tylko krok, by porzucić wstydliwe inicjały NN.
Wyszłam niedaleko, bo tylko do hallu, by pobrać kolejny numerek. Uf, teraz to już będzie bułka z masłem! I tu - ponownie skandal - bo znowu nie czekałam wcale, tylko od razu zaczął migać mój szczęśliwy numerek. Skandal, bo wykupiłam postój na godzinę, a minęło dopiero sześć minut!!!
Zdezorientowana, jak to się teraz w urzędach pracuje, że nie ma kolejek, lwice mają serca, choć nie wiem, czy nie wyrwane petentom, stanęłam przed okienkiem. Tutaj obsługiwała dla odmiany gołąbeczka. Podniosła pierzastą brew, zakokosiła się na krzesełku, bo już komputer jej doniósł z trzecią prędkością kosmiczną, że zameldowałam się na podstawie prawka (ja się boję pomyśleć ile wiedzą o mnie służby specjalne) i grucha mi w ucho:

- O, spóźniła się pani.

- No właśnie, czerwiec tak mi mignął, jak wypłata, której i tak nie mam.

- Pani ma nieaktualny dowód od dwóch lat z okładem! Gdyż-albowiem automatycznie traci ważność po upływie 3 miesięcy od momentu wymeldowania się.

Świat mi zawirował i poczułam jak podłoga uderza mnie z impetem w plecy.

***

     Po przyjściu do domu Mamina przynosi mi gazetę otwartą na artykule z migającym na czerwono tytułem:
"Od 1.01.2015 nowe wzory dowodów osobistych! Nie trzeba wpisywać adresu zameldowania".

***

Teraz muszę tylko Małżowi powiedzieć, że wzrośnie nam opłata za wodę i wywóz śmieci.



by pandeMonia (noreply@blogger.com) at październik 19, 2014 06:37

pierwsza żona

niedziela

Co tydzień więc na szafce londuje nowa lista weekly-t0-do.

Lista idealna, wystarcza miejsca na sprawdziany kto z czego ( w tym tygodniu sztuk 9), jest co załatwić i co kupić plus menu na cały tydzień.

Właśnie opowiem wam o tym menu.  Postanowiłam, że gotuję w tygodniu na 4 dni.

W piątek nie ma obiadu, w sobote każdy sam kombinuje, w niedzielę szeraton.

 

i na te 4 dni gotuję w niedzielę.

Mam oczywiście wspomagacze typu pierogi kupione. i bardzo staram się ,żeby to nie był kotlecik wellington ani ręcznie robiony makaron. na ten tydzień na jutro jest ogorkowa, we wtorek sos grzybowy, w środę pierogi, w czwartek kurna kotleciki rybne.

i wszystko fajnie ale przeczytałam wczoraj o takim prostym daniu – kotleciki rybne.

robi je się naprawdę szybciutko! szczególnie jak się kupi rybę mrożoną ze skórą. 2 kg. Absolutnie szybciutko! rozmrozić, odkroić skórę, wykroić ośći, pomieszać z dopalaczami, usmażyć. 3h.

Absolutnie następnie należy zmienić dom, lub zedrzeć zasłony, tapety i wyprać wszystko. W domu pachnie jak w smażalni Morszczuk w pełnym sezonie.  Ja wykształciłam skrzela.

24 kotlety zamrożone. na 2 obiady. cieszcie się tymi kotletami alebowiem nigdy więcej ich nie skosztujecie !

niewątpliwie jest mi lepiej z tym planowaniem obiadów. ale musze je mieć przygotowane w niedziele. inaczej to nie działą.

………………………

od zeszłego września zdarzyły się 3 rzeczy w moim życiu. 3 wydarzenia, które przeczołgały mnie , w zasadzie połknęły, przeżuły i wypluły. tak akurat się zbiegło na 40stke, doprawdy. nie wiem jak to wszytsko skomentować. nie wiem jak tu odnaleźć sens. nie wiem.  nie wiem jak moje życie będzie wyglądało. nic kurwa znowu nie wiem.

by autor at październik 19, 2014 05:35

Bazarek Handmade

kwiatuszki szydełkowe

Dla urozmaicenia kreatywnych projektów wykorzystaj kwiatki wykonane na szydełku.
 Nie może ich zabraknąć przy zdobieniu: albumów, kartek na różne okazje, pamiętników, zakładek, zaproszeń, karnetów, albumów, ozdób, itp. 


1

2

3

4

5

6

7


8

9

          kolorowe kwiatki wykonane z kordonka
ok 3-4 cm 

+ gratis mały woreczek wycinanek z dziurkaczy
cena za komplet 6 zł
 + kp ( 5 zł list polecony)

kontakt wmalymdomku@gmail.com

by Ania- w małym domku (noreply@blogger.com) at październik 19, 2014 03:34

Pani Smaczna

Paj dyniowo – mleczny z czekoladową śmietanką i pekanami

Paj dyniowo - mleczny z czekoladową śmietanką i pekanami

Kilka dni mnie tu nie było, ale absolutnie nie próżnowałam i dzielę się niniejszym efektami :) W mojej kuchni powstał w tym czasie paj dyniowo-mleczny :) Brzmi nietypowo? Już tłumaczę :) Paj to zasadniczo rodzaj ciasta z nadzieniem. Dynia – jest doskonałym składnikiem do ciast ze względu na swoją konsystencję i delikatny lekko słodkawy smak. Mleko? zagęszczone – słodkie i pyszne :) Dzięki jego zastosowaniu, nie musimy już dodawać zwykłego cukru. Zdecydowanie polecam! :)

Składniki:

Forma o średnicy ok. 24 cm

 

Spód:

  • 200 g ciasteczek korzennych Spekulatius
  • 65 g masła

Nadzienie:

  • puszka (530 g) mleka zagęszczonego słodzonego
  • 400 g dyni (sam miąższ; waga z nasionami i skórką ok. 580 g)
  • 3 jajka średniej wielkości
  • skórka z 1 pomarańczy
  • łyżka soku z pomarańczy
  • 1 łyżka mąki kukurydzianej
  • ½ łyżeczki cynamonu
  • ¼ łyżeczki imbiru
  • ¼ łyżeczki gałki muszkatołowej
  • szczypta soli

Wierzch:

  • 500 ml śmietanki kremówki czekoladowej
  • 50 g orzechów pekan













Wykonanie:

Spód: ciasteczka mielimy w blenderze na pyłek. Masło rozpuszczamy i mieszamy z ciasteczkami.

Dno i boki formy wykładamy masą ciasteczkową. Wyrównujemy dociskając dnem szklanki.

Piekarnik rozgrzewamy do 180°C i pieczemy spód przez 8-10 minut.

Wyjmujemy z piekarnika i odstawiamy do ostygnięcia.

Nadzienie: dynię gotujemy we wrzątku dopóki nie będzie miękka. Następnie mielimy ją w blenderze i ostudzamy.

Do miski miksera przelewamy zagęszczone mleko. Miksując dodajemy jajka, puree z dyni, otartą skórkę i sok z pomarańczy, przyprawy, sól i mąkę kukurydzianą. Dokładnie miksujemy, aby nie było grudek.

Masę przelewamy na upieczony spód. Temperaturę piekarnika zwiększamy do 220°C.

Pieczemy przez 15 minut, po czym zmniejszamy temperaturę do 175°C i pieczemy przez 35 minut. Po tym czasie wyjmujemy z piekarnika i ostudzamy.

Wierzch: czekoladową śmietankę ubijamy na sztywno. Orzechy pekan prażymy na suchej patelni i drobno siekamy.

Wystudzony paj smarujemy śmietanką, naokoło dekorujemy za pomocą tylki i rękawa cukierniczego. Środek posypujemy posiekanymi orzechami pekan.

Trzymamy w lodówce.

Smacznego!

by Pani Smaczna at październik 19, 2014 01:03

Dzieciowo mi

Kuchnia malucha – jogurtowiec, budyniowiec, czyli ciasto bez mąki

Jakby mi ktoś kiedyś powiedział, że można zrobić ciasto bez mąki i nie jest to sernik, ciasto jaglane, z kaszy manny czy czegoś innego, tobym zabiła śmiechem.  Wdepnęłam jednak (co tam wdepnęłam – wsiąkłam po czubek głowy) na grupę fejsbukową Zdrowo Podjeść (ZP, co niektórzy złośliwcy rozwijają jako Żryj Połowę) i tam Ela Basia Tworkowska podała przepis na… sernik bez sera. Sernik – drogą analizy uznali członkowie grupy – nie jest nazwą odpowiednią, znacznie bardziej pasuje określenie jogurtowiec lub budyniowiec z racji intensywnego wykorzystywania przy produkcji zarówno jogurtów, jak i budyniu.

Jak zwał, tak zwał, nie byłabym sobą, gdybym nie wypróbowała. Wypróbowałam i – co do mnie niepodobne – wykonałam ciasto zgodnie z przepisem. Żadnych innowacji. Chyba muszę się zbadać lub coś tam, to niepokojące. No dobra, pitu-pitu, ale w czym rzecz. Rzecz w tym, że to niezwykle proste, lekkie i smaczne ciasto. Ma delikatną konsystencję jogurtowej pianki. Uwaga, jest niebezpieczne! Człowiek przysiada się do blachy, żeby zjeść kawałeczek, wstaje i blacha do połowy pusta. Kawałeczek okazuje się bardzo pojemny znaczeniowo ;) Obiecałam podzielić się przepisem, jak wyjdzie. Wyszło. Jedziem!

Jogurtowiec – budyniowiec

Składniki:
  • 8 jajek
  • 3 duże jogurty, najlepiej greckie (miałam takie z Lidla po 400 g każdy, podobno na tych z Biedry też fajne wychodzi)
  • 3 śmietankowe budynie (wybrałam budynie bez cukru)
  • 2 szklanki cukru pudru (wiem, wiem, boli ;) )
  • aromat śmietankowy (jest w przepisie, nie dawałam, bo nie miałam)
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia (dałam łyżeczkę sody i łyżeczkę proszku – bez sensu, o tym poniżej)
  • 3/4 szklanki oliwy (dałam olej rzepakowy)
Przygotowanie:

Oddzielamy żółtka od białek. Białka póki co zostawiamy w spokoju, żółtka zaś ubijamy z cukrem pudrem. Stopniowo dodajemy budynie, proszek, aromat i jogurty, cały czas miksujemy.

Tu dygresyjka: radzę wziąć duży garnek! Ciasta wychodzi dużo, ja musiałam przelewać. Radzę też wziąć dużą tortownicę lub dużą blachę, bo ciasta wychodzi bardzo dużo, a w piekarniku jogurtowiec mocno wyrasta.

Na końcu ubijamy pianę z białek na sztywno i łopatką mieszamy z resztą ciasta. Wszystko wylewamy na blachę (jest rzadkie, nie przestraszcie się) i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 170 stopni na około godzinę.

I teraz uwaga. Nie mdlejcie przy piekarniku. Ciasto wyrasta niebotycznie, jest ryzyko, że przeleje się przez blachę. Pęka i to jest normalne. Potem wyciągacie i ciasto robi pssssssssshhhhhhhhh. Normalnie można filmować i wstawiać na YT, w takim tempie się to dzieje ;) Ale to podobno dla jogurtowca normalne i tak ma być. Kiedy ostygnie, można zajadać. Wcześniej ciężko jest je pokroić.

jogurtowiec2

Wychodzi bardzo, BARDZO smaczne i wcale nie jest za słodkie. Bardzo budyniowe, nieco sernikowate.

jogurtowiec3

Dzieciom bardzo smakuje. Jest tak mięciutkie, że bez problemu można je podać maluchowi, który ogarnia już jedzenie (np. roczniakowi). Świetne na kinderparty lub coś w tym guście. Zresztą bez okazji też świetne, polecam.

Przy okazji podpowiadam, że wszystkie przepisy z tego bloga i z „My, babki” znajdziecie w naszej darmowej kuchennej aplikacji. Se ściągnijta ;)

inspiracje_baner

by kruszyzna at październik 19, 2014 01:01

moje waterloo

1951

Państwo się okresowo upomina o notki obuwnicze, więc spieszę zasięgnąć opinii, jak się Państwowi podobajo takie Irregularki:





Gdyż mianowicie zapragnęłam je posiąść okazjonalnie.

PS Rozpoczynam buszing na ebay'u. Buszing and polowing.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 19, 2014 11:06

zycie na kreske

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

ozdobić życie

piękne ubóstwo
czasami wystarczy wyciąć
serduszko w okiennicach

dobrze jest  pomalować
na kolor NIEBIESKI












Kurs ozdabiania wszystkiego skończony. 12 osób malowało, kleiło, komponowało kosze ze słoikami. Czekamy na efekty w postaci wzrostu poziomu piękna wokół nas. Ozdobić to co zwykłe i zwyczajne, szare i mało błyszczące- to sztuka. W skansenach podziwiam zawsze piękno i harmonię prostych, wiejskich chałup znakomicie wkomponowanych w otoczenie i pejzaż. I tę potrzebę ozdobienia, choćby najprościej, okien czy drzwi.

Ozdobić szare życie. Takie biedniutkie, słomą kryte. Nie najnowszą komórką, ciuchem czy butami. Ozdobić je miłością, humorem, radością. Człowiek, który przed laty budował taką chatę ani myślał, że będą ją zwiedzać za sto lat turyści. On po prostu budował dom dla rodziny czy szkołę dla dzieci. Z najprostszych materiałów, które miał pod ręką. I dodał coś z serca, żeby było ładniej. A my, ciągle niezadowoleni z naszego skromnego życia, zamiast je pomalować, usiłujemy słomę zakryć plastikiem, a belki tynkiem. I przestajemy być sobą. 

Nad-obowiązkowo
A.Rublow-Chrystus
Dusza nasza, bracia,staje się przez nieprawość brzydka; jeśli zaś kocha Boga, staje się piękna. Jaka miłość czyni nas pięknymi? Bóg jest zawsze piękny i nigdy się nie zmienia. On zawsze piękny, pierwszy nas ukochał. Darował swą miłość nam, brzydkim i wstrętnym. Nie po to nas ukochał, żeby nas brzydkimi zostawić, lecz by nas zmienić i pięknymi uczynić. A w jaki sposób stajemy się pięknymi? Przez miłość Tego, który zawsze jest piękny. W tej samej mierze, w której wzrasta miłość wzrasta też piękność; albowiem miłość jest pięknością duszy./św.Augustyn-homilia/
 czytaj, komentuj

by Małgorzata Chmielewska (noreply@blogger.com) at październik 19, 2014 02:25

październik 18, 2014

Dzieciowo mi

Rozwój dziecka w piętnastym miesiącu życia

Piętnasty miesiąc to już nie przelewki. To już poważna sytuacja, która z każdą chwilą zyskuje na znaczeniu. I prędkości. Słowem młode energię potencjalną zaczęło w piorunującym tempie przemieniać w energię kinetyczną. Nie no, powiedzmy wprost: junior zaczyna popylać po chałupie, jakby miał w pieluszce motorek, a nie twarde dowody przemiany materii. Się dzieje. Jeśli zajmujesz się procederem zwanym telepracą, to nie możesz już sobie tak bezkarnie pracować, bo być może twoje dziecko jest właśnie bardzo grzeczne. Bardzo, bardzo grzeczne. Tak grzeczne, że zaczynasz coś podejrzewać. Sprawdzasz więc, o co kaman i… najpierw padasz na zawał, a potem nie wiesz, co dalej, uwieczniać czy ratować.

szuflada

Luty 2012. Członkinie zarządu Trójca Świetna Sp. z o.o. podczas posiedzenia. Zarząd akurat w wieku 17 miesięcy, nie 15.

Skończyły się wczasy, nie ma to tamto. Dobrze, to co w takim razie dzieje się w piętnastym miesiącu życia? Na co możesz liczyć, a z czym liczyć się musisz?

Twoje dziecko najprawdopodobniej:

  • potrafi dobrze chodzić
  • schyla się i podnosi z ziemi przedmioty
  • używa co najmniej dwóch słów (mama, baba itp.)
  • pije z kubeczka (ale i tak założę się, że stawiasz na niekapki)
  • interesuje się kredkami i stawia za ich pomocą jakieś tam kreski (jeszcze bardzo daleko do rysunków)
  • jeśli chciałoby wziąć do rąk jakiś przedmiot, potrafi go wskazać
  • prawdopodobnie potrafi wskazać jakąś część ciała („Adasiu, a gdzie masz nos?”)
  • być może nieporadnie, bo nieporadnie, ale posługuje się łyżeczką lub widelcem
  • być może buduje wieżę z dwóch klocków
  • być może nakarmi lalę, jeśli lala będzie wyglądała na nienażartą.

Być może twoje dziecko chodzi do żłobka i tam obserwujesz, że nie bawi się z rówieśnikami. Właściwie jakbyś się wnikliwiej przyjrzał, to dojdziesz do wniosku, że właściwie to nikt się razem nie bawi. Każdy sobie rzepkę skrobie. I to jest na tym etapie normalne. Socjalizacja to właściwie etap przedszkolny, nie żłobkowy. Należy obserwować, trzymać rękę na pulsie, wiadoma sprawa, ale nie stresuj się, jeśli Adaś nie bawi się z Maciusiem. Teraz jeszcze ma Maciusia głęboko.

Piętnastomiesięczniak bywa niezwykle uzdolniony, jeśli chodzi o samoobsługę. Do upojenia trenuje pozbawianie się odzieży i paradowanie na golasa, ponieważ najlepszym, zdaniem dziecka, strojem, jest strój Adama. Tudzież Ewy. Nie poprzestaje jednak na tym i pozbywszy się pieluchy, bada wnikliwie jej zawartość. Organoleptycznie. Nie przesadzam. I nie zdziw się, kiedy pewnego dnia twoje dziecko będzie niesamowicie grzeczne, będzie cichuteńko bawić się w swoim pokoju, a czerwoną lampkę pod czaszką zapali ci dopiero niecodzienny odorek. Odorek dobywający się właśnie z miejsca zabaw juniora. Przychodzisz więc zbadać, co jest, i okazuje się, że junior przechodzi od słów do czynów, jeśli mamy na myśli zacięcie badawcze. Najłatwiej badać jest to, co się samemu wyprodukowało. Słowem, junior goły co najmniej od pasa w dół, dumny i blady, dzierży w dłoniach zawartość swojej pieluchy, po czym metodycznie rozsmarowuje onę po podłodze. Zdarza się, oj tak.

Co robić? Przede wszystkim nie wpadać w szał i panikę. Najlepiej trzymać rękę na pulsie. Po jednym takim wyskoku w wykonaniu bliźniaczek miałam oczy dookoła głowy i przewidywałam jak Kasparow ileś tam ruchów przeciwnika naprzód. Nie karać, tłumaczyć. To nie ten etap, żeby pięknie zajarzył, ale kropla drąży kamień. Pokaż, poinstruuj, co się robi z pieluchą. Moje przeszkolone, skoro już uparły się rozebrać, przychodziły z pieluchą, pokazać, że kupa. Ewentualnie – level expert – szły do kubełka i wywalały pieluchę wraz z zawartością, nie były przy tym takie uprzejme poinformować, że paradują z gołym tyłkiem.

Piętnastomiesięczniak może budzić się w nocy. Nie musi, ale może. Moje skrzętnie korzystały z przysługujących im praw i pierwsze przespane całkowicie noce zaczęłam miewać, kiedy skończyły dwa lata, a nawet jeszcze później. Może też chcieć coś przekąsić i tu już należy uważać. Najprawdopodobniej jest już wyposażony w pierwsze zęby, dlatego warto przyuczyć młodziana, żeby raczył żłopać nie mleczko, a wodę. To ciężki temat, u mnie łatwo nie było, ale ze względu na te zębiska warto. Z dwojga złego lepiej mieć rzeźnię w nocy przez jakiś czas niż rzeźnię na fotelu dentystycznym. Weź tu wytłumacz trzylatkowi z próchnicą (a zdarzają się tacy), że ma siedzieć spokojnie z otwartą paszczą.

15-miesiecyPrezes zarządu w 15. miesiącu życia, maj 2009 roku.

Oprócz tego, że dziecko cały czas wzbogaca swą wiedzę na temat otaczającego je świata, „ewoluuje” też wewnętrznie. Czy jak tam to nazwać. Kiedy młody przychodzi na świat, najważniejszym zmysłem jest dotyk. Noworodek rozróżnia zaledwie kilka kolorów i widzi z odległości co najwyżej trzydziestu centymetrów. Babcia machająca z końca pokoju „a kuku, wnusiu” zostanie z przyczyn biologicznych totalnie olana. Po pewnym czasie akcent zaczyna się przesuwać. Piętnastomiesięczniak widzi już świetnie, ale wzrok cały czas się polepsza, a dziecko – zupełnie nieświadomie – pracuje nad swoim zmysłem wzroku. Wyostrza się też słuch. Właściwie na szarym końcu pozostają węch i smak, a dotyk, choć musiał ustąpić miejsca na podium, to jednak nie traci na znaczeniu.

Co jest najważniejsze, kiedy twoje dziecko ma piętnaście miesięcy? Okazuj wyrozumiałość, wybaczaj, nie oczekuj doskonałości. Ono jeszcze naprawdę bardzo mało umie i bardzo mało rozumie. Nie przypisuj mu postaw czy reakcji ponad wiek. Zachowaj czujność, obserwuj, by wychwycić coś, co może cię zaniepokoić, miej otwarty umysł, ale wrzuć na luz. Młody się wyrobi, zobaczysz.

by kruszyzna at październik 18, 2014 08:13

moje waterloo

1950

Dziś tylko Wam podrzucę (może znacie, ja dopiero odkryłam) coś do posłuchania. Trudno się oderwać. Jest nieprawdopodobna.

ZAZ

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 18, 2014 09:01

Kurlandia

Postępy

Dziś był ostatni dzień zajęć na turnusie rehabilitacyjnym. Wnioski napawają optymizmem.

Michał.

Wykonany wiosną bieżącego roku test gotowości szkolnej wypadł na starszego syna negatywnie. Michałek dostał odroczenie od obowiązku szkolnego na rok, a my od wakacji dwukrotnie byliśmy na turnusie logopedycznym i wykupiliśmy sporo zajęć z neurologopedą. Skutkiem naszych starań, a przede wszystkim solidnej pracy dziecka, było nadrobienie sporej części językowych zaległości. Syn czyta już zdania, metoda Krakowska dr Cieszyńskiej okazała się być kluczowa w terapii. Polega ona na grupowaniu liter w sylaby i odczytywanie wyrazów na podstawie sylab właśnie. Przykładowo: „ma me mi mo mu”, „ta te ti to tu” daje „mama”, „tata”, „mata”, „tama”, „meta” i tak dalej…Musieliśmy oduczyć Michałka błędnie wyuczonego alfabetu: a-be-ce-de. Litery powinno się wypowiadać krótko a-b-c-d-e. W takim przypadku słowo „kot” powstaje z sylaby „ko” oraz dodania „t”. Kiedyś nasze dziecko męczyło się, odczytując ka-o-te. Te kłopoty to już przeszłość.

Ucząc dziecko czytania należy pamiętać, żeby wszelkie układanki, zabawy logiczne, rysowanie szlaczków zaczynać zawsze od strony lewej do prawej. Warto też skonsultować się z fizjoterapeutą, czy nasz maluch ma jakieś przetrwałe odruchy noworodkowe (nasi synowie mają zdiagnozowany Atos). Należy je bezwzględnie wyciszyć, co skutkuje poprawą koncentracji uwagi oraz poprawa umiejętności pisania i czytania. Trzeba też dokładniej przyjrzeć się dzieciom, które ominęły etap raczkowania. Ten deficyt wyjdzie w wieku szkolnym, to pewne.

Szymon

Szymcio to jest gigant. Ha ha ha. Przez trzy miesiące nauczył się wskazywać odpowiedzi ręką (nie tylko oczami), umie przytakiwać oraz przeczyć, naśladuje ruchy terapeuty, potrafi odpowiadać na bardziej złożone pytania. Dotąd umiał przykładowo rozróżnić lalę i misia. Teraz pokazuje, że lala pije z kubka, a miś je łyżeczka. Syn karmi lalę sztućcem, podaje kubeczek do picia. Potrafi się kłócić o swoje…Gdy terapeutka chciała Szymkowi zabrać interesujący go przedmiot, synek uporczywie go trzymał i krzyczał „niiiiii”. Aaaaa i jeszcze dodam, że Szymon potrafi sam siedzieć!!!! Oczywiście tylko przez chwilę, bo potem znów się i mnie opiera. Ale okres ten z każdym tygodniem się wydłuża. Pan Jan Fiszer miał rację, wystarczyło wypracować mięśnie brzucha i przyczepu kręgosłupa. Zaczynamy zbierać żniwo dwuletniej pracy wielu różnych terapeutów. Szymcio jest nazywany cudem, w naszym życiu jest drugim cudem…

Mamy wiele szczęścia w naszym wcześniaczym dramacie. Tworzymy pełną rodzinę, dzieci robią spore postępy. Jak się nie cieszyć, gdy nasi synowie zbierają tyle pochwał? Jak się nie radować, gdy Mąż gna do mnie jak na skrzydłach, byśmy tylko byli razem? Długo pracowaliśmy na swoje szczęście, nic nie przyszło nam z łatwością. Jestem pełna wiary w to, że skoro nam się powiodło, to każdemu może się udać. Każdy może odmienić swój los, zawalczyć o własne szczęście. Jeśli wskrzesiłam w Państwu choć małą iskierkę nadziei i woli walki, to warto pisać tego bloga…

***

by Iga at październik 18, 2014 06:12

pierwsza żona

sobota

Byliśmy na grzybach. potrzebuję samotności po tych grzybach.

Nie mam śmietany alebo mascapone do tych grzybów.

to zamrożę je i będą na obiat we wtorek.

Wszystkie obiady będę teraz miała gotowe w niedziele na cały tydzień, alebo za chwilę nawet.

musze się zabrać za lekcje, nie wiem, wypiorę pościel i napiję się melisy.

Mam nerwowość.

Ciekawe czemu doprawdy.

wind.

wieje. wind. wind of changes. windy wszędzie.

i zmienię spodnie bo mnie drapią w kolanka a to jak się okazuje jest w większości przyczyną moich problemów.

Pa.

by autor at październik 18, 2014 04:00

Dzieciowo mi

Kajtuś i jego świat, czyli książeczki dla dzieci

Ding – dong, kurier dał znać, że stoi przed drzwiami z paczką. Właściwie było to puk-puk, bo nie działa nam dzwonek. Nie działał od samego początku i z premedytacją olaliśmy naprawianie. Nieważne, grunt, że ten kurier z tą paczuszką, a w paczuszce książki, a konkretnie książeczki dla dzieci. Seria książeczek o Kajtusiu. Spotkaliście się kiedyś z nimi? Ja nie i to był mój pierwszy raz.

kajtus3

W czym rzecz? Jest sobie chłopczyk o imieniu Kajtek, który ma siostrę Rózię. W każdej z książeczek Kajtuś przeżywa jaką przygodę, przy czym przygodą nazywają to, co się dzieje, wyłącznie dzieci. My, dorośli patrzymy na to inaczej. No bo bez kitu, czym tu się jarać? Podróż pociągiem, poszukiwanie kota, który gdzieś się zawieruszył, wyjście z mamą do sklepu, nauka jeżdżenia na rowerze, puszczanie łódeczek po stawie w parku. Jak dla nas taka proza życia, że już bardziej nie można.

kajtus2

Byłam przekonana, że dzieci podejdą do perypetii Kajtusia dokładnie tak samo, ale… szok i niedowierzanie. Dzieci były zachwycone! Odcinek z metrem kazały czytać sobie po kilkanaście razy, aż ryzyku rodzicielskiego refluksu gwałtownie wzrosło. Okazuje się, że przedszkolaki doskonale się odnajdowały w książeczkowej rzeczywistości. Może to ze względu na prosty język, krótkie zdania, świetnie dopasowane do możliwości percepcyjnych czterolatka, może ze względu na to, że dzieci taka codzienna codzienność bardzo kręci.

Książeczki oprócz tego, że opisują otaczający dzieci świat oczami książkowego małego bohatera, mają jednocześnie walor edukacyjny. W sklepie nie wolno się oddalać i trzeba pilnować się mamy. W pociągu trzeba mieć ważny bilet, na młodszą siostrę trzeba uważać. Bardzo pozytywnie odebrałam to, że dużo jest w książeczkach taty Kajtusia. Wszędzie mama, mama i mama, dzieci z mamą, mama to, mama tamto. Tata jakby, może nie ma marginesie, ale tak jakoś lekko z boczku. Tutaj tata pojawia się często, nawet zamiast mamy. I bardzo dobrze. Co się dziwić, że mówi się o ojcach jako o wielkich nieobecnych, jak nawet książeczki dla dzieci zlewają temat.

Poza tym Kajtek jest typowym przedszkolakiem. Nie wiem, czy to zasługa autora czy tłumacza, ale jego wypowiedzi są tak podobne do tego, co słyszę na co dzień, że przestaję się dziwić, dlaczego dzieci przepadły na amen i lektura je pochłonęła.

kajtus4

Jakieś wady? Cena. Pojedyncze książeczki są cieniutkie, ot krótka historyjka i sporo kolorowych obrazków, a cena to 9 zł. Ja rozumiem, druk musi kosztować, barwy walą po gałach, normalna sprawa, ale jednak ała.

Do książeczek kajtusiowych jeszcze wrócę w bardzo miłych okolicznościach przyrody, ale to za dni parę. Książeczki o Kajtusiu mają swoją stronę na twarzoksiążce i możecie tam zajrzeć. Coś tam się dzieje :) Książeczki polecam. Jestem szczerze zaskoczona pozytywną reakcją, wręcz entuzjazmem dzieci. Fajna rzecz na pierwsze przygody z czytaniem.

by kruszyzna at październik 18, 2014 01:07

Archiwum chaosu

Dobra, fajnie, pogadaliśmy a teraz bądź sobą

W ciągu ostatnich kilkunastu dni codziennie ktoś pisał jaki powinieneś być. Dobrze, że nie czytałeś. Średnio wyobrażam sobie dzielić i mnożyć wszystko z chodzącym rozdwojeniem jaźni.  Kiedy pierwszy raz przeczytałam […]

by Kamila Łońska-Kępa at październik 18, 2014 10:28

Smoking kills...

O PRZEKŁAMYWANIU RZECZYWISTOŚCI

 

Z człowiekiem to jest tak, że jest o czymś przekonany na kamień, na sto procent, dopóki tak zwane szeroko rozumiane ŻYCIE nie tego nie zweryfikuje. Nie inaczej ze mną: żyłam sobie niemało lat całkowicie pewna, że mam lejek. Wszak każdy ma lejek, w końcu mamy dwudziesty pierwszy wiek.

Nagle WTEM (uwaga: będzie zwrot akcji) N. kupił pięciolitrowy baniak oliwy i choć najchętniej bym się w niej wykąpała, to jednak rozsądek zwyciężył, bo jestem spod Panny, więc umówiłam się z Zebrą, że rozporządzimy baniakiem po bratersku. Przyszedł szwagier z butelkami I OKAZAŁO SIĘ, że moja granitowa pewność co do lejka była złudą jedynie! Przewaliłam kuchenne wnętrzności i lejka ani słychu, ani dychu. Tyle lat żyłam w zaprzeczeniu rzeczywistości! Gdyby np. akurat wypadł spis ludności i przyszedł GUS z ankietą i pytał o wyposażenie gospodarstwa, to w rubryce „lejek” bym odhaczyła TAK, czyli tym samym zafałszowała statystyki narodowe, poziom dobrobytu gospodarstw domowych (mierzony lejkami) oraz wysłała fałszywy sygnał gospodarce, że w najbliższym czasie nie ma się z mojej strony spodziewać popytu na lejek i może ulokować wolne zasoby w innej gałęzi.

Tak się zdenerwowałam, że w amoku przelałam z baniaka do butelek BEZ lejka. Szwagier stał z boku i podziwiał, jaką mam pewną rękę do oliwy i w związku z powyższym powinnam natychmiast zostać prezesem ORLENU (mam nadzieję, że tego bloga czytają odpowiednie środowiska i wyciągną wnioski).

Teraz muszę ten numer powtórzyć z moimi butelkami. Albo kupić lejek i zerwać z wieloletnim zakłamaniem.

Oraz: uwielbiam, kiedy N. przynosi mi o 22.00 spodnie od garnituru wymagające zszycia kilku centymetrów na szwie z boku, bo on jutro od rana jedzie oddawać do użytku stadion i potrzebuje być elegancki. Kocham szyć czarne portki czarną nicią o dziesiątej w nocy.

PRYWATA – DO MCDALENKI: Moja Droga, postaram się zrobić takie zdjęcie w poniedziałek (bo poduszka została w biurze, w końcu jest przeznaczona do spania w pracy), ale nie wiem jak wyjdzie, bo jak raz obcięłam wczoraj włosy pierwszy raz w życiu na tak krótko:

Photo on 2014-10-17 at 18.33

 

by Barbarella at październik 18, 2014 08:51

Slow Day Long

Dialogi na cztery nogi, czyli co Alicja ma do powiedzenia – część 7

Śniadanie

Tekst sprzed kilku minut. Siedzimy przy stole i jemy śniadanie. Wszyscy przeżuwamy, trochę się śpieszymy, bo zaraz wychodzimy do kina. Chcę sobie posmarować kanapkę, kiedy nagle Ala krzyczy do mnie:

- Nie mi zabieraj majozona!

Tato

Kamila jedzie z Alą samochodem. Ala ogląda książeczkę, kiedy nagle pyta:

Ala: Mamo, a do czego jest tato
Kamilę zatkało ją, nie wiedziała co powiedzieć. Ala udzieliła sobie odpowiedzi sama.
Ala: Tato jest do Ali!

Sklep

Musimy na chwilę wyskoczyć do TK Maxxa, bo zakupione dla Ali buty, są jednak zbyt małe. Nasza córka, nie jest jednak z tego specjalnie zadowolona. Próbujemy z nią nawiązać dialog.

Damian: Alu, jak myślisz, gdzie jedziemy?
Ala (trochę przez łzy): Nie wiem!
Damian: No jak myślisz, gdzie jedziemy?
Ala: Do małego sklepu ze stoliczkami i małymi krzesełkami.
Damian: A co to za miejsce?
Ala: Nie wiem. Chyba restauracja ma na imię.

Dziadek Lulka

A na koniec, mały występ artystyczny.
 

 

by Damian at październik 18, 2014 07:27

zycie na kreske

bonus poza numeracją

nowa, bardzo dobra współpraca. KLIK!
przy okazji serdecznie pozdrawiam Agnieszkę, Agnieszkę i Julię.

by pani od rysunkow (noreply@blogger.com) at październik 18, 2014 05:30

październik 17, 2014

moje waterloo

1949

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o rzetelności, ale wstydziliście się zapytać.
#zadługienieczytam

Natrafiłam dziś na artykuł, który odrobinę mnie zirytował. Jednak wcale nie z powodu, o którym być może pomyślicie zaraz po jego przeczytaniu. Ponieważ w miarę upływu czasu teksty znikają, pozwolę sobie przekopiować całą treść, a linkuję z poczucia przyzwoitości.

- Czuję się jak bohaterka Kafki - mówi Anna Kopyść, matka samotnie wychowująca dziecko. Od ponad roku toczy bój z urzędnikami o wypłatę becikowego. Ci nie dają za wygraną, mimo że rację kobiecie przyznało już Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej oraz Wojewódzki Sąd Administracyjny. I wciąż przywołują pojęcie "rodziny"
Wszystko zaczęło się w czerwcu ubiegłego roku, kiedy mieszkanka warszawskiego Mokotowa zgłosiła się do władz dzielnicy o wypłatę becikowego. Ustanowione jeszcze za rządów PiS jednorazowe świadczenie w wysokości tysiąca złotych miało przyczynić się do wzrostu liczby urodzeń w Polsce. Początkowo otrzymywali je wszyscy rodzice. Z czasem jednak zdecydowano, że będzie przysługiwało jedynie tym, którzy najbardziej go potrzebują, i ustalono kryterium dochodowe. Jeśli dochód w rodzinie przekracza 1922 zł na osobę, pomoc się nie należy.

Ministerstwo. Dochód ojca w tym przypadku nieistotny

Anna Kopyść wychowuje dziecko samotnie. Dlatego we wniosku w ogóle nie uwzględniła dochodów ojca dziecka, z którym ani nie mieszka, ani nie tworzy związku. Zrobiła to zgodnie z wytycznymi podanymi na stronie internetowej Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Jednak Wydział Spraw Społecznych i Zdrowia dla Dzielnicy Mokotów uznał inaczej i zażądał również wglądu w zarobki mężczyzny.

- Mówiłam im, że nie mają racji, ale oni swoje. Napisałam więc do ministerstwa, by wyjaśniło sprawę - opowiada pani Anna. A w piśmie z resortu czytamy: "Jeżeli (...) jest pani matką samotnie wychowującą dziecko, to do składu rodziny i obliczaniu dochodu rodziny przy ubieganiu się o tzw. becikowe nie jest wliczany ojciec dziecka jak i dochód przez niego osiągany". Urzędników pismo z ministerstwa jednak nie przekonało - dochody mężczyzny wliczyli i doszli do wniosku, że pieniędzy jest za dużo, zapomogi więc nie przyznali.

Urzędnicy. Bo rodzic dziecka jest członkiem rodziny

- To ministerstwo się myli? Jedna dzielnica Mokotów wie, jak powinno być? Znam kobietę spoza Warszawy, która jest w podobnej sytuacji jak ja, a pieniądze dostała - dziwi się pani Anna. Dlatego zgłaszała się do kolejnych instytucji - Samorządowego Kolegium Odwoławczego i Rady Warszawy. Bezskutecznie.

Kobieta pokazuje stos dokumentów - uchwał, zawiadomień, decyzji. Powołując się na ustawę o świadczeniach rodzinnych, miejscy urzędnicy powtarzają w nich, że "rodzina to m.in. rodzice i dzieci" i trzeba "traktować rodzica jako członka rodziny". Takie argumenty padają m.in. w piśmie od Rady Dzielnicy Mokotów ze stycznia tego roku.

- Czuję się jak bohaterka Kafki. Naprawdę! - rozkłada ręce matka. - Jak można tak postępować? Przecież mam opinię ministerstwa, wyrok sądu. Jak można ich nie uznawać?

Sąd. Rodzina to też faktyczne pożycie, bliskość

Zniecierpliwiona opieszałością urzędników Anna poskarżyła się do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. A ten uchylił ich wcześniejszą decyzję. Sąd zwrócił uwagę, że intencją ustawodawcy było to, aby pomoc "trafiła do osób najbardziej potrzebujących". "Nie ulega wątpliwości, że osobami potrzebującymi takiej pomocy są przede wszystkim osoby samotnie wychowujące dziecko" - czytamy w uzasadnieniu wyroku.

Sąd zwrócił uwagę, że "w ostatnich latach w sposób istotny zmieniła się wykładnia dotycząca pojęcia 'rodziny'". Przywołał też orzeczenie Sądu Najwyższego z 2005 r., który stwierdził, że "pokrewieństwo nie stanowi wyłącznego kryterium zaliczenia do najbliższych członków rodziny".

Wojewódzki Sąd Administracyjny zwrócił uwagę na inne równie ważne czynniki - "wspólnotę ekonomiczną (pozostawanie we wspólnym gospodarstwie domowym), wspólne zamieszkanie, faktyczne pożycie, powiązanie, bliskość". I podkreślił, że w spornym przypadku "ojciec dziecka tak naprawdę nie jest członkiem rodziny", a wliczanie jego dochodu jest bezzasadne. Po pierwsze, "przeczy celowi ustawy", po drugie, z pieniędzy ojca kobieta nie korzysta.

Choć minął rok, końca sprawy nie widać

- Zapytałam sędzię, ile czasu potrzeba, by cała sprawa wreszcie się zakończyła. Pamiętam jak dziś słowa, że przecież nikt nie będzie się odwoływał - wspomina pani Anna. Jednak Samorządowe Kolegium Odwoławcze zaskoczyło wszystkich i złożyło skargę kasacyjną. A w niej zarzucają, że wyrok wydano "z naruszeniem prawa materialnego", a więc artykułów ustawy o świadczeniach rodzinnych "przez błędną ich wykładnię polegającą na przyjęciu, że rodzic dziecka nie jest członkiem rodziny tego dziecka, jeśli nie prowadzi z nim wspólnego gospodarstwa domowego".

O komentarz poprosiliśmy rzecznika dzielnicy Mokotów Jacka Dzierżanowskiego. Zapytaliśmy m.in., dlaczego pomimo opinii ministerstwa i wyroku sądu dochód ojca został wliczony; czy zdaniem urzędników tak ministerstwo, jak i sąd się pomyliły; co, jeśli i tym razem sąd nie przyzna miastu racji. - To są dane osobowe i wrażliwe, więc nie będziemy się w tej sprawie wypowiadać - usłyszeliśmy.

Ciągnącą się ponad rok sprawę rzecznik tłumaczy w ten sposób: - To precedensowa sprawa. Ustawodawca nie doprecyzował przepisów, które, jak pokazało życie, mogą być różnie interpretowane. Przykre jest to, że to złe prawo uderza w najbardziej potrzebujących. Sprawa cały czas jest w toku, bo Samorządowe Kolegium Odwoławcze napisało kasację od wyroku. Zajmiemy się tą sprawą, jak tylko wyrok stanie się prawomocny, a sąd zwróci nam akta.

W Naczelnym Sądzie Administracyjnym, do którego akta sprawy trafiły na początku września, słyszymy, że czas oczekiwania na rozprawę to około półtora roku.

- Nie chodzi już tylko o mnie. Zastanawiam się, ile jeszcze osób potraktowali w podobny sposób. Boją się, że jak ustąpią w moim przypadku, to przyjdą następne? - pyta pani Anna.
Naturalnie, jak zapewne wszyscy podejrzewają, posypały się komentarze. Że urzędasy, że ponad prawem, że robią, co chcą, że biedna kobieta... Tymczasem z treści tego artykułu wynika tylko jedno: etos dziennikarski zdechł już tak dawno, że nikt nawet nie pamięta, jak wyglądał. Pismaki cenią jedynie tanią sensację, z żadna tematyką się nie zapoznają, a słowo "rzetelność" ominęło ich na lekcjach polskiego. A "urzędasy"... no, cóż - MAJĄ RACJĘ.

O co tak naprawdę chodzi?
Obowiązek łożenia na utrzymanie dziecka spoczywa w pierwszym rzędzie na jego rodzicach. Aby nie opisywać wszystkich możliwości, skupmy się na tym jednym przypadku. Z doniesień wynika, że matka wychowuje dziecko sama, a ojciec jest nieobecny i nie pomaga finansowo. W zwiazku z powyższym matka uznała, że powinna zwrócić się o pomoc do społeczeństwa. Czyli do mnie. I do Was również. Nie mam nic przeciwko pomaganiu ludziom, pod jednym atoli warunkiem: że nie uważają mnie za dojną krowę i kompletną idiotkę.

Dziecko ma w tym przypadku dwoje rodziców. Jeśli matka pozostała z dzieckiem sama, winna - dla jego dobra (sic!) - pozyskać środki, potrzebne na utrzymanie, również od ojca. Służy do tego celu sąd rodzinny oraz sprawy alimentacyjne. Jeśli matka (dajmy na to) unosi się honorem i nic od ojca nie chce, to powinna być konsekwentna i nie oczekiwać pomocy ode mnie. Ponieważ, jakby to powiedzieć... nie miałam przyjemności. Złośliwie podejrzewam, że zachodzi tu sytuacja, którą chce się zamieść po dywan:
- ojciec istnieje i łoży, ale nieoficjalnie, a oboje chcą sprytnie wykorzystać sytuację,
- ojciec istnieje, ale w związku małżeńskim, i łoży, ale po cichu, żeby się żona nie dowiedziała, a bohaterka chce wykorzystać sytuację,
- ojciec istnieje i nie łoży, a bohaterka jest poinformowana, co powinna zrobić, ale lubi, jak się świat wokół niej kręci,
- ojciec istnieje i nie łoży, ale bohaterka jest idiotką i nie robi, co się do niej mówi, a media, jak to media.

Wracam do wątku głównego, czyli: obowiązek łożenia na utrzymanie dziecka spoczywa w pierwszym rzędzie na jego rodzicach. Co powinna zrobić matka? Udać się do sądu po alimenty, które zostaną zasądzone. Pobrać alimenty i doliczyć do wniosku. Jeśli ojciec uchyla się od płacenia - oddać sprawę do rąk komornika, a zaświadczenie o wszczęciu postępowania egzekucyjnego dołączyć do wniosku. Wtedy byłaby czysta, ponieważ czarno na białym wykazałaby, że dołożyła wszelkich starań, by zapewnić dziecku byt. A gmina rękami MOPSu wypłaciłaby jej becikowe, bo miałaby podkładkę.

Jestem głęboko przekonana, że takiej informacji w MOPSie jej udzielono, bo ani pierwsza, ani ostatnia. Sama przez coś w tym stylu przeszłam w ubiegłym roku i, choć strasznie się denerwowałam (głównie z uwagi na deadline i możliwość utraty pieniędzy, które były nam bardzo potrzebne), trudno mi podważać słuszność oczekiwań instytucjonalnych. Z jakiegoś powodu pani nie robi tego, co powinna, a media zwąchały okazję do taniej sensacji. Informacje o sądzie i ministerstwie są bowiem w tekście wysoce enigmatyczne i wyraźnie wyrwane z kontekstu. Sąd nie jest instytucją, która ma udzielać porad prawnych. Sąd odpowiada na zadane pytanie. Ani treści pozwu, ani wyroku i uzasadnienia nie znamy. Od porad prawnych są natomiast kancelarie prawnicze i tam bohaterka powinna się udać, a zapewne wyłuszczyliby jej krok po kroku, jak ma się zachować. Choć muszę wyznać, że jestem głęboko przekonana o fakcie doinformowania w samym MOPSie.

Do kogo mam pretensje? Otóż do mediów, jak zwykle. Dupę se dadzą ogolić za trzy grosze, w Sevres pod Paryżem powinni stać, obok metra i kilograma, jako wzór bezczelności, nierzetelności i cwaniactwa. Dołożę do tego ogródka swój kamyczek: i jeszcze pisać jeden z drugą nie umieją, jakby zasnęli w piatej klasie szkoły podstawowej i do tej pory się nie obudzili. (Tu wyrzuciłam z siebie niechęć, związaną z wysiłkiem, który musiałam wczoraj włożyć w poprawianie "artykułu" po jednej takiej - ŻENADA i SKANDAL).
Nie badają.
Albo badają i jeszcze gorzej - umyślnie wycinają niektóre wątki, żeby bardziej zatykało dech w piersiach.

Ja do Was, Kochani Moi Czytelnicy, apeluję! Wątpcie. Pamiętajcie, że pierwsza część powiedzenia "Myślę, więc jestem" brzmi: "Wątpię, więc myślę" (really!). Dziennikarze NIGDY nie piszą o faktach. Oni je wyłącznie interpretują, by uzyskać efekt sensacji. Najczęściej głupio interpretują. Dlatego dziennikarzy (z kilkoma tylko wyjątkami) dzielę na debili lub szmaciarzy. Bo ja mam w pracy odwagę, żeby być rzetelną i bronić swoich racji. Nawet gdy są niepopularne. A kto nie zna mojego szefa, ten nie zrozumie, że sprzeciw w tym przypadku jest heroizmem. I wiecie co? Potem mi za to dziękuje. Nie pierwszy to szef z podziękowaniami i nie ostatni. Dziękują zawsze ci myślący, nawet jeśli są porywczy (obecny powiedział mi dziś przed upływem czasu pracy: idź do domu, proszę, widzę, że jesteś zmęczona). A mój teraźniejszy jest miszczem wrzeszczenia przed zadumą.

Życie musimy przeżyć tylko ze sobą. Partner może odejść, dzieci i rodzice odejdą na pewno - każde w swoją stronę. Tymczasem co rano, od dziś do nieskończoności, patrzeć będziemy w lustrze jedynie na własną, wredną gębę. Ja lubię (przyznaję perwersyjnie) przyglądać się tym malutkim zmarszczkom, które wyskakują wokół oczu, gdy się uśmiecham. A robię to często, bo jestem uczciwa. Głównie wobec siebie.
Czego i Państwu z serca życzę.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 17, 2014 11:05

zapiski zgagi

Bowling, bowling, bowling…

Jako wiejska baba zaściankowa, uciech światowych nieznająca, nie miałam dotąd okazji spróbować wyżej wzmiankowanej rozrywki. A szkoda…

Przygotowanie teoretyczne otrzymałam wczoraj wieczorem od mojej poznańskiej Marysi. Dowiedziałam się, jaką kulę wybrać,  i żeby skarpetki zapasowe koniecznie wziąć i ewentualnie jakiś plasterek, gdyby paluch któryś z trzech kontuzji doznał przedwcześnie, itp., itd.

Tak do końca nie byłam przekonana, czy w ogóle udział wezmę, bo przecież oferma ze mnie, jeśli idzie o sporty wszelkie. Ale jak towarzystwo ruszyło po buty, to pierwsza krzyknęłam ,,37”! Potem długo szukałam odpowiedniej kuli, bo Marysia mi radziła tak między 8 a 10. I rzeczywiście, najlepiej pasowała dziewiątka!

Pierwsze dwa rzuty poleciały do rynny. Co mnie bynajmniej nie zniechęciło, albowiem bakcyla pożarłam od razu! Spodobało się i już.

Może błędem taktycznym było to, że zamiast w grupie emerytów startowałam z młodzieżą pedagogiczną. Wśród seniorów byłabym na czele. Ale wyniki specjalnie mnie nie rajcowały. Chciałam tylko rzucać, rzucać i rzucać… Raz jedyny udało mi się obalić wszystkie dziesięć kręgli od pierwszego strzału, raz dziewięć. Większość rzutów kończyła się zerem, niestety… Raz mi nawet kula z ręki uciekła!

W pewnym momencie emeryci wymiękli, więc ich tor był wolny. Wykorzystywałam każdą okazję, by się do niego dobrać. A kiedy nasz czas się skończył, byłam akurat w mojej grupie na prowadzeniu, wyobrażacie sobie?

Warto było popróbować czegoś nowego! Paluchy już pod koniec trochę bolały, ale nic to!

***

Atrakcja bowlingowa pokryła całkowicie niedostatki w zakresie konsumpcji. Serwowane nam dania nie porwały chyba nikogo. ,,Starszyzna” nieco marudziła… Może i słusznie, bo wiem, że w tym miejscu można zjeść całkiem przyzwoicie, byłam tam na dwóch weselach. Pewnie się szef kuchni zmienił od tej pory… Doprawienie dań plasowało się na poziomie strawy  dla przedszkolaków! Trochę też przeszkadzało nam bardzo skąpe oświetlenie szwedzkiego stołu.

Generalnie jednak uważam naszą nauczycielską imprezę za bardzo udaną! I jestem gotowa optować za rok za powtórką…

***

Dzieci mi  się ,,holendrują” zawzięcie. Asia wraca w niedzielę z tournee po Holandii i Belgii, Pierworodny akurat tego samego dnia odlatuje do Hagi… Kto by to kiedyś pomyślał, że takich globtroterów spłodziliśmy?

***

Całe mieszkanie mam w orzechach włoskich! Codziennie biegam do dżungli z reklamówką i zbieram, co wiatry otrząsną… A że mokro, toteż suszyć orzechy trzeba. Cały parapet w kuchni zagospodarowany i pół stołu, od dziś jeszcze w dużym pokoju na stole wielka taca pełna dobra. Wydawało się, że w tym roku marny urodzaj, a jednak! Konkurencję robi mi pani Renia, nasza była woźna, też przybywa do dżungli po łupy co drugi dzień. Staram się być szybciej… A orzechy tego roku wyjątkowo drogie!

by Zgaga at październik 17, 2014 09:37

Zuzanka

Dzieciowo mi

Kobieta na swoim, czyli recenzja książki

Dobra, tytuł mętny jak tłumaczenia Leszka Millera przed komisją śledczą, ale za momencik rozjaśnią się mroki, a klarowność konkurować będzie z górskim ruczajem. Mini-wstępik najpierw. Każdy z nas ma jakieś talenty. Bliźniaczki mówią ostatnio, że najstarsza ma talent do czesania Pinkie Pie, ale powiedzmy, że patrzymy szerzej ;) W każdym razie nie ma ludzi kompletnie nieutalentowanych, rzecz w tym, że nie każdy te zdolności wykorzystuje. Nie wszyscy czują taką potrzebę, a część może i chciałaby, ale boi się lub coś w tym guście. Są jednak osoby, które, jakby to ująć, działają w polu własnych zdolności. Znowu robi się mętne, uściślę zatem.

Ktoś zajmuje się rękodziełem, szyje, dzierga, lepi, tworzy, przerabia. Może to robić na własne potrzeby, ale może też spróbować uczynić ze swojego zajęcia źródło dochodu. To jest szczególnie istotne w przypadku kobiet, bo mamy rzeczywistość, jaką mamy, często mamy problemy z powrotem do pracy, czasem nie ma do czego wracać, bo już nas nie chcą. Moja ciotka, którą życie jakoś szczególnie uparło się doświadczać, mawia, że czasy mamy takie, że pracę trzeba sobie wymyślić samemu. Do mnie bardzo mocno przemawiają jej słowa i między innymi one zadecydowały, że jakiś czas temu wyszłam poza moją „strefę komfortu” i zdecydowałam się zarabiać na tym, co umiem najlepiej. Czyli na pisaniu. Ryzykowne, kiedy ma się trójkę dzieci, prawda? Nie zrobiłabym jednak tego, gdybym po pierwsze nie miała wyraźnego i mocnego wsparcia mojego męża, a po drugie gdybym nie była przygotowana od strony technicznej. Inaczej mówiąc, wiedziałam, jak robić to, co robię. Bo to nie talent głównie decyduje o sukcesie, a ciężka praca. A praca jest bardziej efektywna, jeśli wiemy, jak się zabrać za to, za co się zabieramy. Wtedy nie ma tego bólu, że większość pary idzie w gwizdek.

No i skoro już uskuteczniliśmy sobie takie wstępne pitu-pitu, to można przejść do rzeczy. Pani Katarzyna Ryfka-Cygan przysłała mi swoją książkę „Kobieta wkracza e e-comerce” z prośbą o recenzję. Książka traktuje o tym, jak stworzyć i prowadzić sklep internetowy, a do zagadnienia podchodzi w sposób bardzo techniczny i praktyczny, od strony bebechów. Jak stworzyć szatę graficzną, co w takim sklepie umieścić, a co sobie darować, jak stworzyć adres strony, jak podejść do zagadnienia szablonu, jak okiełznać kwestię płatności i wszystko, co nam się wydaje niezmiernie nudne, a co jest bardzo ważne, jeśli budujemy własne środowisko pracy, własne państewko.

Nie każdy, kto tworzy rękodzieło czy w ogóle próbuje swoich sił w sprzedaży, otwiera własny sklep internetowy. Często działa poprzez serwisy aukcyjne lub portale skupiające wielu twórców. Czasem jednak własny, osobny sklep okazuje się najlepszym rozwiązaniem. Wówczas informacje techniczne są bardzo cenne.

No dobrze, to jak oceniam zawartość książki? Szczerze mówiąc, pani Katarzyna wysoko zawiesiła mi poprzeczkę. Nie wiem, jak oceniam. Nie znam się zupełnie na sklepach internetowych i nie mam porównania książki „Kobieta wkracza w e-comerce” z innymi pozycjami czytelniczymi również poruszającymi to zagadnienie. Znam się jednak na stronie technicznej prowadzenia blogów, bo zajmuję się tym od lat sześciu, mam ich kilka i są moim źródłem dochodu. Mogę powiedzieć, że na tym polu odniosłam sukces i cały czas dążę coraz to wyżej i wyżej. Patrzę więc na treść książki jako blogerka i muszę powiedzieć, że odnajduję w niej bardzo dużo istotnych technicznych wskazówek, które można zastosować, kiedy pracujemy nad popularnością bloga. Kwestia nazwy domeny, szablonu, układu graficznego to również ma znaczenie.

ecomerce2

Książek dotyczących prowadzenia bloga, tworzenia go, pracowania nad nim i z nim od kuchni powstało sporo. Nie czytałam ich, ale założę się, że w kwestiach technicznych z treścią książki pani Katarzyny będą kompatybilne. Jeśli więc w swoim blogowaniu chcemy wyjść poza hobby i poza zupełnie niezobowiązujące pisanie, to bajery techniczne trzeba poznać. Dla blogera chcącego podejść do tego, co tworzy, bardzo profesjonalnie, treść książki pani Katarzyny będzie bardzo przydatna.

Książka może też przydać się wszystkim, którzy czują potrzebę zbudowania czegoś swojego, odseparowania się ze swoją ofertą od serwisów aukcyjnych, w których możliwości graficzne są ograniczone, i tworzenia własnej rozpoznawalnej marki wraz z produktami, które się oferuje. Jak ktoś bardzo trafnie mi powiedział, życie z pasją a życie z pasji to dwie zupełnie różne rzeczy. Żeby żyć z pasji, talent nie wystarczy. Trzeba wiedzieć, jak zbudować fundament. Nie wiem, czy temat tworzenia sklepu internetowego potraktowany jest odpowiednio wyczerpująco. Nie znam się na tym i nie mam porównania. Z punktu widzenia administratora własnej domeny wiadomości są cenne i konkretne. Ale ja prowadzę blog, nie sklep.

Książkę czyta się lekko, tekst przyjemnie „wchodzi”. Język dopasowany jest do mało zaawansowanego odbiorcy i to małe zaawansowanie zakłada. To dobrze. Częsty błąd, jaki jest popełniany, to założenie, że odbiorca wie, w czym rzecz. Odbiorca nie wie i to jest właściwa perspektywa.

Jakieś wady? Widzę dwie. W książce pojawiają się emotikonki. Rozumiem, jaki był zamysł – zbliżenie do czytelnika, ale w książce papierowej emotikony wyglądają kiepsko. Można je sobie wstawiać na blogu, który siłą rzeczy jest przestrzenią mniej oficjalną. W książce trzeba sobie darować. Mnie irytują i moim zdaniem odejmują profesjonalizmu, a szkoda. Drugą wadą są błędy interpunkcyjne. To już, oczywiście, nie broszka Autorki, a korekty, ale błędy się zdarzają. Idę o zakład, że znakomita większość czytelników tego nie zauważy, ale ja owszem. Mnie też, rzecz jasna, błędy się zdarzają, ale znów: blog to miejsce o wiele mniej oficjalne niż książka. Tu się wybacza więcej (grammar nazi opuszczają ten fragment notki).

Autorka książki sama jest mamą dwójki dzieci, wie zatem, jak to jest, kiedy próbuje się godzić pracę i macierzyństwo. Również i ona wyszła poza „strefę komfortu” i zaryzykowała. Ryzyko się opłaciło, dlatego w książce oprócz informacji technicznych znajdziemy też sporą dawkę optymizmu. To dobrze. Bez optymistycznego podejścia do sprawy nawet nie ma co zaczynać. Bez sensu jest się pakować w coś z myślą, że to nie wypali, prawda? ;)

by kruszyzna at październik 17, 2014 07:58

Zuzanka

notatki na mankietach

futrzak

Nie, żeby to jakaś nowość była w psychologii, ale cały czas całe masy ludzi daja sie nabierac. Tymczasem:

Osoby, które zgodziły się uczestniczyć w badaniu, miały przez pięć tygodni regularnie słuchać kaset dostarczonych przez badaczy zgodnie z zaleceniami producentów tego typu nagrań. Jednocześnie badanych proszono o wzięcie dwukrotnego udziału w badaniach diagnozujących samoocenę i funkcjonowanie pamięci. Pierwsza diagnoza miała miejsce przed rozpoczęciem sesji, druga po pięciu tygodniach, po zakończeniu interwencji. Czas trwania badania został ustalony po konsultacjach z producentami kaset. Po przeprowadzeniu pierwszej diagnozy osoby badane dostawały swoją kasetę. Eksperymentator wyjaśniał, czemu ma służyć słuchanie konkretnej kasety i odnotowywał, jaki rodzaj kasety otrzymała każda z osób badanych.

W tym momencie pojawiała się manipulacja, której istnienia badani nie byli świadomi. Otóż połowa badanych otrzymała kasety z opisem zgodnym z intencją producenta, reszta badanych dostała kasety, których opis został zamieniony. Wprowadzenie w błąd polegało więc na tym, że badani, którzy dostali kasety podwyższające samoocenę, dowiadywali się, że słuchanie tych kaset poprawi ich pamięć, a badani, którzy dostali kasety w założeniu poprawiające pamięć, dowiadywali się, że w konsekwencji słuchania poprawi się ich samoocena. I już. Cel wprowadzenia badanych w błąd był oczywisty – chodziło o sprawdzenie, jak duży będzie wpływ oczekiwań odnośnie skuteczności kaset, jakie będą mieli słuchacze.

Wyniki tego starannie zaplanowanego badania są dość jednoznaczne. Porównanie wyników dwóch badań diagnostycznych (przed rozpoczęciem interwencji i po jej zakończeniu) nie ujawniło istotnych różnic w wysokości samooceny czy funkcjonowania pamięci, które można by uznać za konsekwencję słuchania udostępnionych kaset. Jednocześnie jednak badani byli przekonani, że ich funkcjonowanie poprawiło się w obszarze, który kasety miały modyfikować zgodnie z opisem na kasecie, nawet jeśli niezależne testy nie dokumentowały takich zmian.

Źródło.


by futrzak at październik 17, 2014 03:50

Domowa kuchnia Aniki

Kapuśniak na wędzonych żeberkach

Kapuśniak na wędzonych żeberkach




Ostatnio zarzucałam Was zupami, ale cóż .. taki nadszedł czas, że mam teraz większą ochotę na zupę niż latem. Choć w lecie też je gotowałam, ale nie tak regularnie, jak teraz. Latem nie ma się też chęci na dwudaniowe obiady, bo jest gorąco, bo pod ręką pełno świeżych owoców. A jesienią owoców też jest sporo, ale jakoś te pierwsze chłody napędzają mnie do gotowania zup. Gotuję je na dwa dni, więc na drugi dzień mam więcej swobody.
Tym razem ugotowałam kapuśniak na wędzonych żeberkach. Taka zupa już od dawna za nami chodziła, ale trudno było dostać wędzone żeberka. Dopiero niedawno odkryłam sklep, w którym wędzone żeberka są w stałej sprzedaży. I tak oto zrealizowałam mój pomysł na kapuśniak na wędzonych żeberkach. Wszyscy byli zadowoleni. Zupę odwiozłam też mojemu tacie, tak więc rodzina, również ta nie mieszkająca z nami pod jednym dachem,  przez dwa dni jadła kapuśniak:)
Co do samego kapuśniaku .. piszę, że na wędzonych żeberkach, choć tak na prawdę kapustę gotowałam osobno, a żeberka osobno i całe szczęście, bo jak zobaczyłam wodę po  gotowaniu żeberek, to włos prawie mi się na głowie zjeżył. Tłusta, gęsta, mętna maź ... brrr. Wiem, że niektórzy gotują takie żeberka razem z kapustą, a więc później muszą zjeść tę maź. Ja nie potrafiłabym zjeść takiej tłustej zupy.  Ja zawsze mięsa do zup gotuję w osobnej wodzie, a potem mięso kroję i wrzucam do warzywnego wywaru i jest i smacznie i niezbyt tłusto, a więc i bardziej zdrowo. A wrzucone do kapuśniaku kawałki wędzonych ugotowanych osobno żeberek i tak oddadzą zupie swój aromat.
Po ugotowaniu żeberka wyjęłam z wody i przestudziłam, a następnie mięso oddzieliłam od kości i wrzuciłam do ugotowanej kapusty,  do której wcześniej dodałam przyprawy i boczek z cebulką. Chwilę razem pogotowałam, więc całość przeszła wędzonką. Zapach wędzonych żeberek był bardzo intensywny. Szczegóły poniżej.

 

Składniki:
  • 1,5 kg wędzonych żeberek
  • 1 kg kiszonej kapusty ( najlepiej mokrej z sokiem )
  • 30 dag wędzonego boczku
  • 1 cebula
  • łyżeczka kminku
  • 3 liście laurowe
  • 3 ziela angielskie
  • 6 ziarenek pieprzu
  • majeranek
  • sól
  • pieprz
  • ziemniaki 
Sposób wykonania

  • Żeberka kroję na części i gotuję do miękkości, aż mięso będzie miękkie i łatwo będzie odchodzić od kości ( ponad godzinę )
  • Kapustę kroimy na drobniejsze kawałki i zalewamy w garnku ok 3 litrami wody. Jeśli jest sok spod kapusty to również wlewamy go do garnka. Kapustę gotujemy, aż będzie miękka dodając do niej w międzyczasie przyprawy ( kminek, liść laurowy, ziele angielskie, pieprz w ziarnach)
  • Boczek kroimy w kostkę, wytapiamy na patelni i dodajemy do niego pokrojoną cebulę. Smażymy razem do ładnego zeszklenia. Dodajemy do gotującej się kapusty
  • Ugotowane mięso oddzielamy od kości i dodajemy do ugotowanej kapusty. Wszystko razem gotujemy jeszcze ok 20 minut. Doprawiamy obficie majerankiem. Jeśli kapuśniak jest za gęsty rozcieńczamy go przegotowaną wodą do odpowiadającej nam gęstości
  • Na koniec smakujemy i doprawiamy pieprzem oraz ewentualnie solą
  • Podajemy z ziemniakami. Ziemniaki pokrojone w kostkę można dodać bezpośrednio do gotującego się kapuśniaku ok 20 minut przed końcem gotowania ( ja gotuję osobno, bo kapuśniak gotuję na 2 dni, a dwudniowe ziemniaki w kapuśniaku mi nie smakują )










by Anika (noreply@blogger.com) at październik 17, 2014 04:23

Eksribicjonizm kontrolowany

Koniec pewnej epoki

Wczoraj oficjalnie skończyłam studia z wynikiem dobrym. I mogę wreszcie spokojnie usiąść.
Gorączkowa gonitwa, jaką uskuteczniałam przez miniony rok w trójkącie bermudzkim dom-praca-uczelnia, dobiegła wreszcie końca. Odzyskałam mój czas wolny. Wreszcie czuję, że żyję.

W czerwcu zrobiłam sporo planów. Niektóre przez wakacje uległy modyfikacji, głównie ze względu na fakt, że zmuszona byłam przełożyć część egzaminów, które odbywały się w tym samym terminie. Zajęć z bilokacji jeszcze nie miałam, więc sesja się przeciągnęła, a ja doświadczyłam jedynej w swoim rodzaju huśtawki euforyczno-depresyjnej, przeplatając zdawanie egzaminów ślubem. (Nie polecam!)

Wczoraj o 10:13 obroniłam pracę licencjacką na ocenę 4,5 i głęboko odetchnęłam. Teraz mogę zająć się tym, co istotne, przegrupować priorytety zgodnie z teoriami racjonalnego zarządzania czasem i dostosować do nich mój rozkład zajęć.

CO SIĘ ZMIENIA?

- studia magisterskie - obecnie wchodzą dla mnie w grę tylko zaoczne, bo nie zafunduję szefowi kolejnych lat z pracownikiem z doskoku, a sobie następnej gonitwy. Dlatego nie wchodzi w grę ani kontynuowanie religioznawstwa, ani żaden z planowanych wcześniej kierunków - albo nie ma zaocznych w ogóle, albo nie otwierają z powodu braku chętnych. Chciałabym kontynuować studia, ale na razie nie mam takiej możliwości.

- wakacje - jesteśmy wielkimi szczęściarzami, bo w prezencie ślubnym dostaliśmy dwie wycieczki. Dlatego wyskok w ciepłe kraje odbędzie się dopiero w lutym, ale miasto Hrabala odwiedzimy już tej jesieni. Nie mogę się doczekać, bo nigdy nie byłam w Pradze, a wszyscy twierdzą, że jest piękna! A w dodatku będziemy mieć najlepszego przewodnika.

- blog - przy okazji ankiety zapowiadałam zmiany na blogu. Teraz ruszą z kopyta, bo choć mam duży sentyment do tego bloga, to 9 lat temu byłam zupełnie inną osobą. To trochę jak z płaszczem noszonym w liceum - może wygląda jeszcze dobrze, kiedy skończysz studia, ale niekoniecznie pasuje do reszty ubrań i nowego stylu życia. Potrzebuję nowego i nowe przyjdzie już wkrótce. Zbiegnie się z wpisem nr 2500 na tym blogu - to już bardzo niedługo!

CO ZOSTAJE?

- ja - tak jak pisałam na blogowym Facebooku, moja obrona niczego nie zmieniła. (Zresztą tak samo jak ślub. Jedyne co, to przedstawiam się teraz do połowy starym nazwiskiem, po czym reflektuję się i mówię nowe - póki co, funkcjonuję w zawieszeniu, bo jeszcze nie wymieniłam dowodu.) Dalej lubię to, co lubiłam, a tematyka nowego bloga nie będzie wcale specjalnie rewolucyjna.

- cykl 52 - z przyjemnością wracam do regularnego oglądania filmów i czytania książek... oraz dokumentowania tego w specjalnych folderach.

- planowane wpisy - będzie wreszcie o mojej toaletce, o cydrach, o londyńskich pubach, o naszych ulubionych planszówkach i malarzach oraz o tym, co jeść na Montignacu, żeby nie tylko nie umrzeć z głodu, ale nawet schudnąć. Jeśli macie ochotę na konkretne tematy, oczywiście jestem otwarta na propozycje.

Najbliższe miesiące zapowiadają się naprawdę ekscytująco!

by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at październik 17, 2014 04:20

Kraina filcu

Konkurs na najlepszy TUTORIAL - ogłoszenie wyników.

Zwycięzcą naszego konkursu zostaje Pani Paulina, która przygotowała dla Was swój "anielski" tutorial - " ANIOŁEK Z WEŁNY CZESANKOWEJ ORAZ CZESANKI JEDWABNEJ". Pani Paulina otrzymuje bon na zakupy o wartości 100 zł.



Drugie miejsce i bon na zakupy o wartości 50 zł. zdobyła Pani Bożena, która przygotowała tutorial, który idealnie możecie wykorzystać na zbliżające się święto halloween.


Zwycięzcom serdecznie gratulujemy.

by kraina filcu (noreply@blogger.com) at październik 17, 2014 04:05

pokolenie ikea

2540078331_263003388f_b

W pewnym okresie dla kobiet znalezienie faceta jest sensem istnienia. Jestem nieszczęśliwa, bo nie mam faceta. Moje życie nie ma sensu, bo nie mam faceta.

I moje ulubione: „moje życie wyglądałoby inaczej gdybym miała faceta”. Wiesz, zdradzę ci coś . Nie, nie wyglądałoby inaczej. Po prostu szybko by cię rzucił.

Wiesz dlaczego mężczyźni od ciebie uciekają? Bo nic tak nie śmierdzi jak desperacja. Na kilometr widać, że wieje od ciebie chęcią obrączki.

I owszem, może z wysiłkiem i namaszczeniem przekonywać faceta w klubie, że nawet nie pamiętasz imion gości z którymi spałaś. I że takich jak on to ty tylko na raz, i żeby po nie dzwonił do ciebie, bo i tak nie odbierzesz, ale on z tych deklaracji niepodległości słyszy tylko: „da się zerżnąć, jest chętna”.

A rano on jeszcze doda do tego: „dobrze, że już sobie idzie, ale mogłaby zrobić jeszcze loda przy drzwiach, bo przecież przetrzepałem ją tak, że  sąsiedzi w ściany walili. Należy mi się jakaś nagroda, nie?”.

Wiem, bo wielokrotnie byłem po drugiej stronie w tej sytuacji.

Życie to nie jest bajka. Jeśli po północy w klubie widzisz, że nie masz pantofelka, to znaczy że jesteś w trzy dupy pijana. Powinnaś poszukać torebki i nie dać nikomu ściągnąć z siebie majtek.

Wiesz co jest najgorsze w tym wszystkim? Że nawet nie jesteś głupia. Radzisz sobie przecież w życiu, masz pracę, czasami nawet niezłą i dobrze ci w niej idzie. Jesteś po prostu głupia emocjonalnie. Nie znasz siebie kompletnie. Nie masz samoświadomości. Nie wiesz kim jesteś, czego oczekujesz od życia, co cię cieszy a co cię martwi, co jest twoim celem.

Załatwieniem pustki w życiu ma być stały i tak samo wyglądający kutas między twoimi udami.

Tak, wierzę ci że jesteś ładna. Wierzę ci że masz duże cycki, zgrabny tyłek i że większość facetów oddaje ci salut gdy idziesz latem ulicą,

I wiesz co faceci uwielbiają pieprzyć szczupłe kobiety o pięknych twarzach i sterczących cyckach, ale chcą wiązać się z takimi, które są interesujące i mają coś co nazywam własnym życiem.

Zamiast tracić energię na szukanie kutasa zajmij się sobą. Znajdź sens życia poza pracą i szukaniem męża. Wtedy facet się sam znajdzie. Wręcz kurwa nie będziesz mogła się opędzić.

2540078331_263003388f_b

 Photo by Mark SebastianlCC Flickr.com


by panikea at październik 17, 2014 02:41

efka i koty

W mojej kuchni

Wakacje upłynęły nam pod znakiem remontu. Efektem jest moja nowa, cudowna kuchnia. Kuchnia którą sami wymyśliliśmy. I którą Karol własnymi rękami zrobił od A do Z. Jedynymi wyjątkami było cięcie blatów i położenie rur do wody aby podłączyć zmywarkę - do tego trzeba mieć profesjonalny sprzęt. Jak znam życie gdyby Karol go miał to też by to zrobił. Wszystko poza zlewem i baterią kupiliśmy w IKEA. Śmiejemy się z Karolem, że wszystko mamy z IKEA ale nie ma innego sklepu w którym można kupić takie fajne rzeczy za taką kasę.

Cieszę się za każdym razem kiedy wchodzę do kuchni.  Przeskok jest bardzo duży co możecie zobaczyć na tych zdjęciach. Najpierw to jak wyglądała kuchnia kiedy się wprowadziliśmy. Nie chcieliśmy dopłacać za meble, które tam były więc po zabraniu ich przez poprzednich właścicieli widok był opłakany.



Od razu zrobiliśmy szybki remont. Nie była to kuchnia naszych marzeń ale przez te cztery lata jakoś daliśmy z nią radę choć nie była najwygodniejsza.


Teraz aż chce się piec i gotować. Mamy dużo miejsca do pracy i przechowywania, fajny sprzęt AGD.  Bardzo jestem zadowolona z nowego piekarnika i z przyjemnością piekę chleb i pichcę obiady.



Jestem pełna podziwu dla Karola. Poradził sobie z krzywymi ścianami i innymi niespodziankami, których jak to w bloku z lat osiemdziesiątych nie brakowało. Niestety na rury na wierzchu nie ma rady. Karol robi na nie osłonki więc mam nadzieję, że będzie jeszcze ładniej kiedy je zakryjemy.


W naszej kuchni musiało się też znaleźć miejsce na kocie miski. Jest go całkiem dużo na razie. Bo na wolnej ścianie docelowo ma się jeszcze znaleźć mój wymarzony drewniany kredens. Na razie muszę nazbierać na niego pieniądze ale nie śpieszy mi się. I tak uwielbiam naszą nową kuchnię :-)

by efka i koty (noreply@blogger.com) at październik 17, 2014 03:29

Anna Sakowicz

Latarniczka

Praca latarnika zawsze kojarzyła mi się z męskim zajęciem. Okazuje się jednak, że są też w tym zawodzie kobiety. O jednej z nich opowiada książka Karola Kłosa „Latarniczka”. Jest to kontynuacja poprzedniej książki tego autora „Latarnik”. Znów mamy do czynienia z dziennikiem. Znów nietypowym, bo każdy wpis zaczyna się numerem, nie datą. Czasami są to…

by anna.sakowicz at październik 17, 2014 02:03

Bazarek Handmade

gwiazdki szydełkowe w kolorze lawendowym

polecam

duży zestaw gwiazdek wykonanych z grubego bawełnianego kordonka w kolorze lawendowym
  usztywnione
20 sztuk
w zestawie sznureczki ( do zawieszenia jako ozdoba np. na choinkę, gałązki lub do prezentów świątecznych)
średnica gwiazdek ok 7 cm
                                                                           
cena 20 zł za zestaw 20 sztuk

+kp ( 5 zł list polecony )

kontakt wmalymdomku@gmail.com

by Ania- w małym domku (noreply@blogger.com) at październik 17, 2014 12:51

Dzieciowo mi

Piątek z blogującą mamą – po godzinach

Piątunio. Słaba to pociecha tych, którzy siedzą z chorymi dziećmi w domu, jeszcze gorzej, że dzieci wcale nie zachowują się, jak na chorych przystało. Mówiąc inaczej trwa rodzicielska ścieżka zdrowia i survival w Sajgonie. Jest moc. OK, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo i jakoś weźmiemy na klatę, ale mimo wszystko słabo czujemy cwałujący ku nam łykendzik.

Co innego po godzinach. Wieczorem, kiedy już progenitura zainstaluje się w wyrach i po zaledwie kilku akcjach wędrówki ludów z pokoju dziecięcego go gościnnego wygląda wreszcie na ululaną, zaczyna się nocne życie rodziców. Co rodzice robią nocą? Na przykład zasypiają na napisach początkowych filmu, dziobią książkę pozostając kompletne nieprzemakalnymi na jej treść, siedzą z kompletnie zlasowanym mózgiem, tępo gapiąc się w ścianę i nie mając siły ruszyć którąkolwiek z kończyn. Jednostki pracujące w domu teraz dopiero naprawdę zaczynają być w pracy, a pewna matka po godzinach zaczyna tworzyć. Można powiedzieć, że odreagowuje swoje macierzyństwo, pokazując jego blaski i cienie. Na dodatek robi to w sposób bardzo przyjemny dla oka, bo… obrazkowy. Panie i panowie, w cyklu „Piątek z blogującą mamą” poznajcie Matkę Po Godzinach (matkapogodzinach.blogspot.com).

pogodzinach

Blog Matki Po Godzinach bardzo przypomina mi blog Kruszki, którą też polecałam i która ostatni rysunek opublikowała rok temu (dziewczyno!!! Żyjesz? Tęsknię!!!). Autorka „O kruszków” jest też sprawczynią tła „Dzieciowo mi!’ użytego również jako obrazek na Facebooku.

Wróćmy jednak do Matki Po Godzinach. Ja kocham blogi graficzne i fotograficzne, bo są w stanie w obrazie i jednym lub dwóch zdaniach wyrazić to, na co ja potrzebuję prozy o rozmiarach magisterki ;) Trafność spostrzeżeń, lapidarność wypowiedzi, dowcip, często cięty język, dystans do świata, ironia – to jest to, co kocham. W rysunkach Matki Po Godzinach jest dodatkowo mnóstwo ciepła, a kiedy widzę jej rysunki mam wrażenie, jakbym wychodziła z cienia w pełne słońce. Jest mi cudownie. Podzielam zapatrywania na zapasy kawy (ja też robię w wiadrze), pieczenie ciasta wychodzi nam bardzo podobnie, opcja „chodź, pomaluj mój świat” jest także i u nas ciągle aktualna i ja też się czasami „niedzielę”. Choć jak mam być szczera, nie pamiętam, kiedy ostatni raz to robiłam, czyli to musi być jednak rzadko ;)

Gorąco wam polecam blog Matki Po Godzinach. Pisz, to jest rysuj, kobieto, ślij promienie w świat, jesteś w tym świetna!

by kruszyzna at październik 17, 2014 11:36

zimno

2.257 [O puszczaniu tekstów w świat]

zaleca się co najmniej jednorazową aplikację youtube’owego linka przed rozpoczęciem lektury.
celem neutralizacji przekazu ;))))



Przyśniła mi się droga E45, która w tym akurat miejscu jest chyba nadal Autostradą Słońca i łagodnym łukiem w prawo się przebija spomiędzy bloków w stylu Rataj albo Piątkowa wprost na krater wulkanu.
Jechałam z Iwoną, sen jeden wie, dlaczego z nią właśnie.
Zobaczyć Wezuwiusz - Roma Roma Napoli amore mio! - i się dać oczarować na amen.
- Panie się cofną, - rzekł do nas po polsku jakiś miły Włoch – z góry eksplodują trujące gazy.
- Nam nie przeszkadza – prychnęłam, a Iwona się rozpłynęła robiąc miejsce dla moich nielatów.
Kilka sekwencji dalej torowaliśmy sobie drogę wśród lian, narracja w stylu przygód Froda w drodze do Rivendell w trawestacji na, powiedzmy, PS Quatre. Nienazwane zło się czaiło w załomach skalnych, a my przed nim umykaliśmy, sprawnie skacząc po kępach mchu, wśród wysokiej trawy.
Freudowski sen pomiędzy jednym budzikiem o szóstej trzydzieści, a kolejnym – następnego dnia. W międzyczasie to i tamto.
Prawdziwa Iwona, z ubrań i ciała wyciągnęła rękę i smyrgnęła mnie po twarzy.
- Masz siwe włosy!
Mam.
Co prawda wolałabym być jak Frodo, spomiędzy czasu, ale wiek nielatów świadczy przeciwko mnie, ucha cha. Tym bardziej, że się zabrałam za rodzicielstwo w wieku przedemerytalnym.
Więc nie pobiegłam do lustra, żeby wyskubać siwe pęsetką.
Zjadłam kanapkę.
I tak dalej, dalej ...


A po co w ogóle ten przydługi wstęp?
Otóż stało się jakimś cudem tak, że parę tygodni temu i niemal w tym samym czasie Wysokie Obcasy poprosiły mnie o zacieśnienie współpracy, a portal Mamadu, w osobie Boskiej Matki, zaproponował(a) mi skok na główkę, w toń nowego serwisu.
I teraz patrzę (cała radosna, zaszczycona i tak dalej) na swoje teksty w obcych miejscach i jednego dnia mi się wydają całkiem ładne, a kolejnego – cudze, nie moje, pokraczne. Bastardy.
(na komentarze właściwie nie powinnam wcale patrzeć)

Różnica położenia jest z pozoru kosmetyczna, i tu, na blogu, i tam jestem w bezkresie internetu, w nigdzie i we wszędzie. Różnica się sprowadza do iluzorycznej władzy nad własnymi literami – tutaj je, teoretycznie, mogę szlifować każdego dnia. Tam – nie. Tam się eksponuję z tym albo z tamtym, w jakiś sposób żałosna ze swoimi poglądami. Śmieszna i bezbronna. Napisałam i jest napisane.
(tak, dzisiaj jest dzień gorzkich żali)

Z intymnego dziennika blogerki (takiego dziennika z szuflady): jak stawić czoła własnym tekstom i temu, jak je odbierają, o przeklęta przestrzeni internetu, o parszywy feedbacku online.
Dzisiejsza litania się w sumie dość ściśle wiąże z lajkami.

Przeczytałam ładne zdanie, które mi ujmuje sedno sprawy:

[rozmowa Violetty Szostak i Marcina Kąckiego z Joanną Krakowską „Jesteście konformistami”, Duży Format; 9.10.2014]


Zostało to co prawda wyartykułowane w kontekście analogowym, ale i do internetów się nada.
Bo to przecież nie kłamstwo, że jestem w tym, co piszę ze swoimi flakami, swoją herstorią, co prawda nie żyłowaną do poziomu składników dania z obiadu, ale poziom „jak postrzegam świat, łypiąc ponad głowami moich nielatów” to też intymny hardcore. Śmieszna zza moich liter.

I jakoś mi głupio, o, głupia!, za każdym razem, kiedy mi ktoś doradza na fejsbuku antykoncepcję (spóźnioną o dwanaście lat), zamiast pisania. Albo wzięcie się w garść, a nie narzekanie. Obok lajków kwitnie doradztwo. Dosadne, zawsze trafne.

Dzisiaj jest stylizacja na łzawą bubę, ale co tam.




A konkluzja jest taka, Drodzy Czytacze, że się wstydzę swoich tekstów w miejscach publicznych i się z nich cieszę zarazem, zupełnie jak z nielatami wypuszczonymi w świat, idealnie tak samo.


by zimno (noreply@blogger.com) at październik 17, 2014 11:23

Kura

Nadnumeracja

Mecz.

Komentator krzyczy wniebogłosy.

- Naaa booooisko wchoooodzi Robert L.!!!! 76 kilogramów.

 

Dreszcz przebiegł mi po plecach.

Jakie to szczęście, że ja nie gram...

"Naaa booooisko wbiega Kuuuuuraaaa! Sześć, sze, sze... sześćdziesiąty trzeci numer".

 

Pozdrawiam

Kura z nadnumeracją

 

PS Pierwszy od lewej to Robert L. Fryzura bardzo mi się udała :)

by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at październik 17, 2014 06:49

Dzieciowo mi

Chcę pomóc. Dołączysz się?

Jest sobie jedna taka miejscowość. Mała miejscowość. Właściwie – pardon – wiocha zabita dechami. Nie różniłaby się od setek innych, gdyby nie to że znajduje się w niej Dom Pomocy Społecznej dla Dzieci „Fiszor” oraz mała szkółka dla 30 uczniów, która przy tym domu się mieści. Kim są mieszkańcy tego domu? Powiedzmy tak, w rankingu poszukiwanych do adopcji raczej zamykaliby stawkę. Dzieci z zaawansowaną postacią spektrum autyzmu, z zespołem Downa, niepełnosprawni intelektualnie, tacy, co nie widzą i/lub nie słyszą, tacy, z którymi trzeba się porozumiewać za pomocą gestów i dotyku, bo mową nic nie zdziałamy.

Nauka w takiej szkole to wyzwanie. Wielki szacunek dla pedagogów, zwłaszcza że muszą zmagać się z niedostatkami wyposażenia placówki. Na trzydzieścioro uczniów jest jeden (JEDEN!) siedmioletni komputer. Niech żyje rozdział priorytetów w tym kraju, nakazujący przepieprzać pieniądze na cele bzdurne, kiedy prawdziwe potrzeby pozostają niezaspokojone.  Szpitale mają dobrze, mają WOŚP, a co może zdziałać mała, wiejska szkółka, której uczniowie nie zachwycają na olimpiadach wojewódzkich?

Przydałoby się więcej komputerów i jest na to szansa. Ludzie, jest akcja. Chcę zebrać dla nich 10 tysięcy złotych. Szansa jest spora, fundacja Aviva przeznaczyła 200 tys na granty, czyli 20 inicjatyw dostanie po 10 tysięcy. 10 tysięcy w zupełności wystarczyłoby na kupno kilku porządnych komputerów. To nie rozwiąże problemu zupełnie, ale sprawi, że pedagodzy będą mogli więcej osiągnąć, a dzieci będą się uczyć w bardziej ludzkich warunkach. Teraz mają JEDEN KOMPUTER NA 30 OSÓB. Mogą mieć KILKA.

I teraz jest właściwy moment, żeby powiedzieć, że możecie w tym pomóc bez konieczności wydawania pieniędzy. Pieniądze są, trzeba je po prostu rozdzielić. Co możecie zrobić, żeby pomóc? WYSTARCZY KLIKNĄĆ. Jak? Lecę ze szczegółami.

  1. Klikacie w ten link: todlamniewazne.pl i wchodzicie na stronę fundacji Aviva
  2. W wyszukiwarce po prawej stronie wpisujecie nazwę tej inicjatywy, czyli MÓJ KOMPUTER 
  3. Wchodzicie na stronę inicjatywy i klikacie GŁOSUJ strona_inicjatywy
  4. W formularzu, który się pokaże wpisujecie swój adres e-mail, na który otrzymacie kod weryfikacyjny. Ten kod trzeba kliknąć, żeby głos był ważny. glosowanie

I już. Nic więcej nie trzeba. Zależy mi na tym, bo nawet jeśli nie wygrają, to przynajmniej ktoś o nich usłyszy. Najważniejsze, żeby jak najwięcej osób wiedziało, że potrzebują pomocy. Są mało medialni, mało przebojowi, kiepsko wychodzą na zdjęciach. Nie są przytulaśnymi maluszkami, najprawdopodobniej nie cieszą swoich rodziców. Nie mieszkają ze swoimi rodzinami, już mają ciężko, a mogą się uczyć w lepszych warunkach. Nie podziękują wam w sposób oszałamiający, bo nie potrafią. Możecie im pomóc i nic was to nie będzie kosztować. Dwa kliki i wybranie paru literek na klawiaturze. To jak? Pomożecie?

Zdjęcie pochodzi ze strony inicjatywy DPS „Fiszor”.

by kruszyzna at październik 17, 2014 06:38

am mniam

Krem brokułowo – porowy z soczewicą

Za oknem robi się coraz chłodniej, a więc w naszym menu coraz więcej zup – gęstych, sycących i rozgrzewających. To moje must have na jesienno-zimowy czas. Tym razem zupa w roli głównej  z brokułami, porem i soczewicą. Tylko trzy bardzo zdrowe składniki, a efekt fantastyczny. Muszę przyznać, że Kacperkowi gotowane brokuły ostatnio się znudziły i... More

by Magda at październik 17, 2014 06:27

Blog do czytania

10 jaków

Bywają łańcuszki, w które chcę być włączony. A gdy czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat… zresztą – sami wiecie. O wyzwaniu „dziesięciu jaków” dowiedziałem się w środę i stwierdziłem, że to fajna sprawa. A już w czwartek zostałem wyznaczony przez Marcina do jego zrealizowania. I tym razem mam zamiar podejść do tematu rzetelnie, a nie […]

by mrcichy at październik 17, 2014 06:00

zycie na kreske

bonus poza numeracja


 na Wióry lecą można nabyć super tkaniny z życiowymi wzorami. oczywiście zachęcam nie tylko w kwestii tkanin, ale i świetnych warsztatów, na które można tam przyjść. KLIK!
Kasia Sawko, jak zwykle dziękuję Ci za super współpracę! Michał Malikowski - dobra robota!


(fot. Kasia Sawko)

by pani od rysunkow (noreply@blogger.com) at październik 17, 2014 05:30

Kura pazurem

Bo zupa była za słona

Przeczytałam ostatnio artykuł, który mną wstrząsnął. Była to opowieść kobiety, którą dopadał lekki wkurw, gdy słyszała hasła w stylu „jak jesteś świadkiem przemocy fizycznej czy psychicznej, to reaguj”, „jak ktoś stosuje wobec ciebie przemoc, to zadzwoń na numer…” itp. Opowiedziała historię o tym, jak jej mąż wykładowca najstarszej i najbardziej prestiżowej uczelni w naszym pięknym kraju stosował na niej wszelkie rodzaje przemocy, łącznie z ekonomiczną. Podobno nawet ją pogryzł. Policja stwierdziła, że za słabo (sic!), żeby go aresztować. Niestety bardzo szybko okazało się, że prawo w Polsce nie chroni ofiary. Bohaterka reportażu na szczęście poradziła sobie, uwolniła się od oprawcy.

przemocPo przeczytaniu artykułu przypomniałam sobie kilka opowieści znajomych.

Kiedyś dziewczyna opowiadała mi, w jaki sposób mąż stosował na niej przemoc ekonomiczną. Musiała go prosić nawet o pieniądze na podpaski. Jedno opakowanie (10 podpasek) musiało jej starczyć na miesiąc! Nie bił jej, ale za to rozliczał z każdej złotówki, z każdego litra wody, z każdej przepalonej żarówki, z zużytego gazu itp. I nigdy nie był zadowolony. Wtedy krzyczał, poniżał, wyzywał od darmozjadów, pasożytów itp. Oczywiście dzisiaj nie są już małżeństwem, ale to ona musiała się zdobyć na odwagę i odejść. Na szczęście miała gdzie. Wróciła do rodziców.

Kolejna sytuacja: kobieta bita przez męża. Facet bardzo nerwowy, nie cierpi niesubordynacji i za każdą przysłowiową przesoloną zupę sprawiedliwie przyłoży. W pracy kobieta opowiada o tym, że spadła ze schodów, że się uderzyła o róg szafki. Standard. W końcu ktoś jej radzi, by zgłosiła sprawę na policję. Zgłasza. Policja przesłuchuje męża, który wystawia żonie opinię fantastki. W czasie jednej z awantur dochodzi jednak do aresztowania. A potem? Potem kat wraca do domu…

Polska nie ratyfikowała Konwencji Rady Europy o przeciwdziałaniu przemocy. Każdy ma swoje racje. Politycy się kłócą, dyskutują, a kobiety zbierają razy. Ofiarą przemocy zresztą może być każdy, katem też.

Spróbowałam się dowiedzieć, co by było, gdyby… Co ma zrobić ofiara przemocy psychicznej, fizycznej lub ekonomicznej? Niby wydaje się to takie oczywiste. Jak to co? Zgłosić na policję. Wyprowadzić się z domu. Znaleźć pracę. Chronić dzieci (jeżeli je ma). Może się zwrócić na przykład do MOPS-u, prawda?

No, może, tylko że MOPS-y z reguły nie dysponują mieszkaniami, do których osoby poszkodowane mogłyby się przeprowadzić. Można jeszcze pójść do noclegowni, prawda? Z dziećmi.

Podobno można też starać się o dopłaty do wynajmu, pod warunkiem że ofiara uzbiera sobie wcześniej odpowiednią kwotę na zapłacenie kaucji za wynajem. Już widzę, jak ofiara przemocy np. ekonomicznej uruchamia swoje tajne szwajcarskie konto i wynajmuje przytulne mieszkanko.

Nie znam się dokładnie, nie wiem, jak wygląda pomoc ofiarom przemocy. Ale jak słucham opowieści osób, które tego doświadczyły, to ręce mi lekko opadają. A niestety przemoc rodzinna nie jest zjawiskiem marginalnym. Przemoc stosują kobiety i mężczyźni, dzieci i rodzice, dziadkowie i wnuki itp. Tutaj wszelkie konfiguracje są możliwe. I nie wiem, czy nie trudniejsze do rozwiązania są te, kiedy to na przykład rodzic (a nie mąż na żonie) wyżywa się na dorosłym dziecku lub odwrotnie, a mieszkają pod jednym dachem. Tutaj nawet nie można wziąć rozwodu!

A co poradzić ofierze? Co ma robić? Bo kat wiadomo, nawet jak go aresztują, to i tak spokojnie wróci do domu, położy się w swoim łóżku i sięgnie po jedzenie ze swojej lodówki.

 

by anna at październik 17, 2014 03:52

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

meblowanie i kontrolowanie

Budowa domku dla naszej rodziny. Zbliżamy się ku końcowi. Nareszcie. Pozostaje umeblowanie. Umeblowanie to rzecz ważna. Kto ma źle umeblowane w mieszkaniu lub w głowie.-żyć trudno. Mam nadzieję, że w naszych magazynach znajdziemy odpowiednie meble, dzięki temu, że ludziska zmieniają swoje na inne. Niedawno nasza stypendystka dostała od nas mebelki extra z odzysku. 
Co z meblowaniem głowy? Modlitwa, rachunek sumienia, sakramenty, a czasem terapia i gotowe. Niestety - każdy musi swoje meble sam tam powstawiać. 
Dzwoni młody człowiek. Ponad 30 lat. Nie pracuje, matka go z domu chce wyrzucić, co dziwne nie jest. Długi jakieś ma. Kiedyś pracował, ale sobie przerwę zrobił. Nawet rejestrację w Urzędzie Pracy stracił, bo nie dotrzymał terminów wpisów. Trzeba głowę przemeblować. Albo samemu, albo z pomocą lekarza. Wszyscy mu to mówią, jak stwierdził. I co? Na co czeka? Nikt za niego tego nie zrobi. Czasem tak ciągniemy bałagan w życiu, aż trzaśnie. Porozbijane życie trudno szybko pozbierać i poustawiać. Lepiej porządkować i meblować na bieżąco. 

W Jankowicach zaczyna się kurs zdobienia wszystkiego, co się da czyli jak z rzeczy zwykłej zrobić niezwykłą. Nasi mieszkańcy i  pracownicy edukować się będą. 

Jak wszystkich - tak i nas dotyka ból z powodu chorób naszych sędziwych rodziców. I konieczność organizacji opieki. Stąd czasem trzeba zwolnić. Nie można zajmować się innymi, pozostawiając najbliższych w tarapatach. 

Sezon kontroli rozpoczęty. Sanepid na Potrzebnej- godzin 4. W innych domach nieco krócej, ale tylko nieco. Oczywiście kolejne nowe przepisy, do których trzeba się dostosować. Tak bez końca. Oczywiście dostosowanie kosztuje i to niemało. Podobnie w innych dziedzinach. Pewien strażak przyznał się kiedyś, że sam nie nadąża, bo zmiany i nowe rygory wyskakują spod klawiatury twórców co kilka tygodni, a nawet dni. Radosna twórczość!!!! To, co było już zgodne z normą i dostosowane rok temu, teraz jest be. Interes się kręci. Szkoda, że tu, na dole, zysk z tego interesu żaden, a straty ogromne. Dla jasności- oczywiste, że potrzebne są pewne normy bezpieczeństwa. Utracono jednak umiar i zdrowy rozsądek. Dość dawno. Oczywiście kasę na to musimy znaleźć sami. 
 *Steve Ballmer-wieloletni prezes Microsoftu

Na szczęście jedna norma nie zmienia się od tysiącleci. Pan Bóg widać nie zatrudnia armii urzędników w niebiesiech. Dziesięć punktów i byłoby na tyle. I aż tyle! Chyba, że do Nieba trafi prezes Microsoftu.
Nad-obowiązkowo

Żeby zaprowadzić ład w świecie
musimy najpierw zaprowadzić ład w narodzie.
Żeby zaprowadzić ład w narodzie
musimy zaprowadzić ład w rodzinie.
Żeby zaprowadzić ład w rodzinie
musimy najpierw zatroszczyć się o nasze życie osobiste,                 musimy posiąść prawość serca./Konfucjusz/

by Małgorzata Chmielewska (noreply@blogger.com) at październik 17, 2014 01:27

październik 16, 2014

Ania 13

O słowach słów kilka


Słowa mnie słuchają.

Ustawione w szeregu lub rozrzucone bezładnie, są posłuszne. Nie układane w mozole jak puzzle, nie jakby sylabizowane, ale strzepnięte z palców, prosto na klawiaturę.

Słowami się czaruje. Można wszystko w nie oblec, a niekiedy przykryć słowami nic. Rzeczom dać słowami życie, a wydarzenia otoczyć legendą.

Cóż jest w nazwie – pytał Szekspir. Wszystko – odpowiem, bo co nazwane, to staje się.

Choć... czasem już sama nie wiem, czy to co mówię, istnieje, czy jest tym, co stwarzam. Dlatego nie zawsze wierzę własnym słowom. 

by ania13 (noreply@blogger.com) at październik 16, 2014 09:45

Od rana do wieczora

Zaproszenie na spotkanie dla rodziców

Kochani,

w najbliższą sobotę 18 października w Klubie Kultury Kliny odbędzie się spotkanie dla rodziców i dzieci. Na dorosłych czekać będzie kawa, domowe ciasto i inne przysmaki, zapraszamy również na spotkanie z Barbarą Dziobek, mamą, pedagogiem, trenerką i coachem, autorką artykułów, warsztatów, kursów internetowych dla rodziców, specjalistką w radzeniu sobie ze złością. Dzieci zapraszamy na różne smakołyki i lepienie z masy solnej. Zaczynamy o godz. 10.00.

Wstęp wolny.

Serdecznie zapraszamy!

Klub Kultury Kliny
Adres: ul. Biskupa Albina Małysiaka 1, 30-389 Kraków
Dojazd: autobusami nr 178 i 451 (przystanek Pod Fortem)

by Chuda at październik 16, 2014 08:39

moje waterloo

1948

Wiecie, po czym rozpoznać szefa na poziomie?

Szef na poziomie dwie godziny przez zakończeniem dniówki mówi:
- Kto może, niech idzie do domu i odpocznie. Od tygodnia jest bardzo ciężko, a będzie jeszcze gorzej. Nie ma potrzeby, żebyście tu siedzieli. Każdą chwilę wykorzystujcie na odpoczynek. Bardzo wam dziękuję za wszystko, co robicie. Ja z kolei zrobię, co w mojej mocy, żeby wam to wynagrodzić.

Naczelny zapunktował. Zatkało mnie. A mnie rzadko zatyka.
I teraz powiedzcie, że bez powodu lubię tę robotę.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 16, 2014 08:50

Zuzanka

Blog do czytania

Nasze fajne dzieciństwo

Kiedyś na podwórkach było więcej życia. My byliśmy szczęśliwsi. A kolana mieliśmy bardziej podrapane. Jeśli nie jesteś w internetach od wczoraj, to musisz znać jakiś  tekst, obrazek albo – o zgrozo – prezentację w PowerPoincie, pokazujące, jakie beztroskie było nasze dzieciństwo. Rozejrzyj się po fejsie – zapewne ktoś z Twoich znajomych niedawno wrzucił taki sentymentalny […]

by mrcichy at październik 16, 2014 04:20

Kura

Chudsza o...

 

Chudsza... o ósemkę pozdrawiam grubszych.

Kura Aktualnie Jęcząca

PS W ręku mam wagę, nie torebkę z czekoladkami.

by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at październik 16, 2014 03:45

Slow Day Long

Czy to jeszcze zoo, czy już cyrk? Czyli tresura słoni, na oczach naszej córki.

Padało i było zimno. Do tego od dwóch dni, nad Świeradowem wiało okrutnie. Nie siedzimy jednak w domu, ale zbieramy się i wyruszamy do Czech. Jako nadworny ‚kaowiec’ naszej rodziny, miałem taką sytuację w pełni przewidzianą. Jak będzie brzydka pogoda, to jedziemy do Liberca. Tam jest zoo, dwa już w tym roku widzieliśmy, Alicja będzie zachwycona. Zresztą, nigdy do tej pory nie widziała słoni. No, jak była bardzo mała, to we Wrocławiu, ale tego nie pamięta.

Żeby nie było łatwo, to pojechaliśmy naokoło. Zamiast jak Pan Bóg przykazał i GPS podpowiedział, ‚prostą’ drogą, pośród wzgórz, gór, miasteczek i górskich rzeczek, którą w ciągu 45 minut bylibyśmy na miejscu, to… wybraliśmy opcję „B”, przez czeską wioskę Jizerkę. Pięknych widoków się nam zachciało! Wiele nie zobaczyliśmy (no chyba, że przecudną stację z malowniczymi pociągami), bo chmury wisiały strasznie nisko i nic nie było w sumie widać. Do tej wioski wróciliśmy zresztą kilka dni później. Tyle, że piechotą i od polskiej strony. Też było pochmurno, ale przynajmniej były widoki. O tym, niebawem.

Strasznie dziwny ten Liberec. Centrum to totalny chaos architektoniczny. Chyba jeszcze bardziej naciapane, niż Haga. Najpierw jednak kierujemy się w stronę zoo, którego nasza latorośl nie mogła się doczekać. Gdzie te słonie, gdzie lamparty, antylopy, lwy i goryle, które ukradły moje daktyle?

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (1)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (2)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (3)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (4)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (5)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (6)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (7)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (8)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (9)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (28)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (42)
Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (29)

Dzielnica, w której znajduje się zoo, jest po prostu cudna. Stare kamienice, tramwaj, wielki park. Ogród ma ponad 100 lat. Do centrum, jest stąd stosunkowo niedaleko. Można by rzec, że rzut beretem. Kupujemy bilety (Ala wchodzi za darmo). Są bardzo tanie. Dorosła osoba płaci jedynie 20 PLN.

Tak się składa, że akurat przyjechaliśmy w porze obiadowej. Za chwilę zaczyna się karmienie słoni. W innych pawilonach również trafiamy na czas posiłku. Przed klatkami, na pożarcie, czekają martwe kurczaki, szczury, robaki i larwy. Ale także owoce czy warzywa. Zależy, kto co lubi, a na temat gustów się nie dyskutuje.

Idziemy do słoni. Kiedy Ala miała nieco ponad rok, to jej ukochana ciocia Justynka, zabrała ją do wrocławskiego ogrodu zoologicznego, gdzie te wielkie ssaki również można spotkać. Jednak nasza córka nie pamiętała tego zdarzenia w ogóle. Za mała była. Można więc powiedzieć, że w Libercu było jej pierwsze spotkanie z tymi zwierzętami.

Na początku było fajnie. Na wybiegu z dwoma gigantycznymi ssakami pojawili się ich opiekunowie. I wtedy zaczęło się. Najpierw było niewinnie. Jakieś tam czyszczenie szczotką, dawanie smakołyków, stawanie na podwyższeniu, i… Po jakiś 5 minutach zaczęliśmy czuć się zażenowani. Nie znosimy cyrków. Jesteśmy przeciwni sztuce cyrkowej, w której wykorzystywane są zwierzęta (pisaliśmy o tym w tym wpisie – KLIKNIJ). I nie ważne, chodzi o konie, lwy, słonie czy węże.

Co do samego zoo, to też jakiegoś wielkiego przekonania nie mamy. Zwierzęta powinny żyć w naturalnym środowisku. Wiemy, że nie jest to jednak możliwe i że dosyć często, do ogrodów zoologicznych, trafiają osobniki, które z jakiegoś powodu nie mogą żyć na wolności. Po prostu by tam zginęły. Przy okazji. Jak jesteśmy w temacie, to polecam Wam książkę Witolda Szabłowskiego „Tańczące Niedźwiedzie”, o której wspominałem w niedawnym wpisie (znajdziesz go tutaj – KLIKNIJ).

Jesteśmy jednak zdecydowanie przeciwni, aby zwierzęta przyuczać do robienia jakiś sztuczek, popisów czy akrobacji. A w zoo w Libercu, jak się po chwili okazało, słonie zaczęły wykonywać dla nas cyrkowe wariacje. Gwoli wyjaśnienia. Ich opiekunowie nie znęcali się nad nimi, nie bili ich czy też nie przymuszali siłą do noszenia drewnianych belek, do podnoszenia nóg, trąb, czy do stawania na jednej nodze. Ale mieli metalowe pręty, zakończone wypustką, aby nakierować słonia, gdzie ten ma iść itp.

Nie zmienia to faktu, że w pewnej chwili poczuliśmy się jak w cyrku własnie. Po prostu zaczęło być zwyczajnie niesmacznie. Nagle opiekunowie zwierzaków, zaczęli spacerować z nimi wzdłuż wybiegu. Słonie trzymały się przy tym za trąby. Chwilę potem jeden z nich dosiadł zwierzaka i zaczął na nim jeździć. Tego było dla nas zbyt wiele. Zrobiło się nam po prostu przykro. Nie spodziewaliśmy się, że będziemy świadkami robienia ze słoni idiotów. Naszym zdaniem zwierzęta, były w ten sposób po prostu upokarzane. I to na oczach wielu dzieci.

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (10)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (11)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (12)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (13)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (14)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (15)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (17)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (18)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (19)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (20)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (21)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (22)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (23)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (24)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (25)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (27)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (31)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (36)

Kiedy uciekaliśmy, gawiedź śmiała się i klaskała. Nam nie było jednak do radości. W sumie to zaczęliśmy żałować, że poszliśmy na karmienie. Gdybyśmy wiedzieli, że tak to wygląda, to przyszlibyśmy później. Nasza córka oczywiście nie rozumiała, co się dzieje. Dla niej wszystko wyglądało fajnie.

Dlatego, kiedy pojawiliśmy się na wybiegu z żyrafami, zacząłem jej tłumaczyć. Słuchaj Alu, zoo to nie jest takie miejsce, w którym zwierzęta mieszkają naprawdę. Zoo to taki ich dom zastępczy. Możemy tu przyjść, aby je podziwiać i im się przyglądać, ale zwierzaki najlepiej czują się w naturze. Rozumiesz? Ala kiwała głową, że tak. Nie jesteśmy jednak do końca pewni, czy zrozumiała. Na wszelki wypadek przypominamy jej o tym od czasu do czasu, że miejscem, gdzie zwierzęta czują się naprawdę szczęśliwe, jest ich naturalne środowisko.

Zoo w Libercu jest bardzo ładne, ale niezwykle małe i przy tym strasznie ciasne. Zwierzęta (a jest ich tu dosyć sporo) stłoczone są na naprawdę małej przestrzeni. W porównaniu z przeogromnym i przepięknym zoo w Opolu, do którego (serio) wrócimy pewnie nie raz i nie dwa, czy wielkim zoo w miejscowości Anna Paulowna w Holandii, zoo w Libercu jest po prostu tyciutkie. Trochę szkoda było nam patrzeć na mikroskopijny wybieg dla lwa, tygrysa, czy pumy. Gepard miał wręcz ciasno. A goryle wyglądały na smutne i przygnębione klaustrofobiczną przestrzenią, na jakiej przebywały.

O ile po wyjściu z ww. ogrodów zoologicznych, wracaliśmy do domu y z przekonaniem, że może to nie jest ich prawdziwe środowisko, to mimo wszystko nie dzieje się im tu krzywda, to w Libercu…

Kurcze, chyba nie polecimy Wam tego miejsca. Kwas ze słoniami i ciasnota obiektu sprawiła, że poczuliśmy się zdegustowani i zdruzgotani tym, co zobaczyliśmy. Nawet zaczęliśmy się zastanawiać, czy dobrze zrobiliśmy zabierając tu córkę. Warto dodać, że przy wizytach w innych tego typu obiektach, nie mieliśmy takiego moralniaka.

A tu wręcz,pojawił się kac. I dylemat. Zabierać dziecko do zoo, czy nie? Zamiast tego pokazywać Ali zwierzątka w komputerze i na zdjęciach, czy dać jej możliwość zobaczenia słonia na żywo.

Ale na pewno nie w zoo w Libercu. Bo tu, to już więcej się nie pojawimy.

Przysięgam.

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (32)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (33)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (34)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (35)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (37)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (38)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (39)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (40)

Zoo Liberec galeria zdjęć zdjęcia ceny biletów czy warto z dzieckiem słonie żyrafy zebry foki flamingi (26)

Liberec zoo Slow Day Long zdjęcie centrum (1)

Liberec zoo Slow Day Long zdjęcie centrum (2)

Liberec zoo Slow Day Long zdjęcie centrum

by Damian at październik 16, 2014 03:25

Dzieciowo mi

Wzmacnianie odporności u dzieci i o tym, że tran rozdają

Patronat nad tekstem sprawuje Vibovit

Zaprawiony w bojach czytelnik wie, że ostatnio wczasowałam się w szpitalnym SPA na oddziale nefrologii dziecięcej, gdzie towarzyszyłam prezes spółki Trójca Świetna Sp. z o.o., która zażywała rozkoszy dożylnej aplikacji antybiotyków za pomocą wenflonów raz po raz zakładanych w przeróżnych miejscach kończyn górnych. Na infekcję nerek nałożyły się różne infekcje górnych dróg oddechowych, mieliśmy więc niezły bal. Wiecie, czego nam teraz potrzeba oprócz dalszego wyprowadzania pani prezes na prostą? Wzmacniania odporności. Z tą odpornością to różnie bywa i raczej kruchawo. Dlatego bardzo się ucieszyłam, kiedy do drzwi rozległo się ding-dong (a właściwie puk-puk, bo nie mam dzwonka, hy hy) i w progu objawił się kurier. Pal licho kuriera, ważniejsze było, co trzymał w rękach, a trzymał, proszę ja was, paczuszkę z nowością firmowaną nazwą Vibovit.

vibovit_tran_norweski

Vibovit Tran Norweski dla dzieci od 3. roku życia. Nooooooo, jest dobrze. Czym prędzej wykopałam kuriera i żarłocznie rzuciłam się na paczkę, by – ależ oczywiście – odpowiednio ją sfocić przed zapodaniem młodzieży. W środku znalazły się dwie butelki Tranu Norweskiego Vibovit o pojemności 250 ml, obie o smaku cytrynowym.

vibovit_tran_norweski3

Ach, zanim jeszcze dalej o tranie, to jeden nius. Oprócz tego, że mamy zaplanowane z panią prezes wizytę w poradni nefrologicznej, potem ginekologicznej dla dzieci, potem urologicznej, to jeszcze odwiedzamy poradnię wad postawy z racji płaskostopia i różnych pomniejszych atrakcji. Się dzieje, nie? Nie nudzi się człowiek. W tej więc poradni usłyszałam, że oto, proszę ja was, weszły nowe regulacje odnośnie suplementacji dzieci witaminą D3. I teraz ta suplementacja wskazana jest do wykonywania w trybie ciągłym, nie tylko przez pierwsze dwa lata życia. Pani prezes ma zalecone podawanie witaminy D3 w ilości znacznie zwiększonej. Dlaczego? Ponieważ zbawiennie wpływa ona na układ kostny i pomaga w wypracowaniu prawidłowej postawy do spółki z rehabilitacją. Nie mówiłam, że czeka nas też rehabilitacja? No to mówię ;)

Wady postawy pani prezes, jak się okazuje, są miedzy innymi pochodną jej obniżonej odporności i – być może, kto wie – niedostatków w suplementacji witaminy D3. Na szczęście prezes ma dopiero 6 lat, w odpowiednim momencie trafiła do poradni i da się jeszcze wszystko wyregulować. Witaminę trzeba jednak jej podawać.

Dlatego tran spadł nam dosłownie z nieba (a pośrednio z furgonetki). Vibovit Tran Norweski zawiera właśnie witaminy A, D i E oraz kwasy omega-3. Vibovit Tran Norweski to płynny tłuszcz z dorsza norweskiego. Samo dobro. Kwasy omega-3 pozytywnie wpływają na funkcjonowanie mózgu i wzrok, natomiast witaminy A, D i E robią właśnie to, o co nam chodzi, czyli wspomagają odporność oraz wspierają prawidłowy wzrost i rozwój kości u dzieci.

Rzecz jasna konsumuje nie tylko pani prezes. Zadziałaliśmy globalnie i suplementacją zostały objęte również pozostałe dwie członkinie zarządu. Personel był zachwycony, ponieważ zarząd tran łykał gładko i wyraził akceptację dla tej formy aplikowania witamin. Ponieważ prezes balowała na nefrologii, personel na etacie ojca uchwycił w kadrze pozostałą część zarządu.

marcysia_vibovit

Członek zarządu Marcelina (albo Maria).

marysia_vibovit

Członek zarządu Maria (albo Marcelina, ale raczej Maria ;) ). Spuśćmy litościwie zasłonę milczenia na kompetencje w rozpoznawaniu własnych dzieci przez personel na etacie matki. To nie jest temat tej notki ;)

Zdania co do smaku Tranu Norweskiego Vibovit są podzielone. Tran ma przyjemny cytrynowy aromat. Marcelina upiera się, że oprócz tego, że pachnie cytrynowo, to tak smakuje. Maria i Jadzia twierdzą, że – tu personel zacytuje – „smakuje po prostu jak woda”. Jak dla mnie nutka cytrynowa jest bardzo delikatna. Ważniejsze od zapachu i smaku jest jednak to, że cały zarząd łącznie z panią prezes łyka tran bardzo chętnie. Rozumiecie, co za ulga, że nie trzeba łamać praw człowieka podczas aplikacji suplementu diety. Doceniacie, prawda? Żadnego wykręcania paszczy do tyłu, żadnego uciekania po domu, żadnego „nie chcę, nie lubię, nieeeee”. Nic z tych rzeczy. Mówię, że proszę bardzo, teraz witaminki i zarząd czeka zwarty i gotowy, otworzywszy jamy chłonąco-trawiące ;) To bardzo dobrze.

Cieszę się więc, że dwie butelczyny (ćwiarteczki, ekhm ;) ) z nami są. Dzieci łykają tran dla nich przeznaczony. Jak nam się skończą posiadane zapasy, to będziemy kupować go dalej. Fajny jest, przyjemny. I potrzebny, jak się okazuje.

No i teraz ważna informacja: TRAN ROZDAJĄ! Od 15.10.2014 do 31.11.2014 30 pierwszych osób w każdym dniu dostaje Vibovit Tran Norweski. Gdzie dają? O tutaj: https://apps.facebook.com/vibovittrannorweski/. Nie trzeba robić absolutnie nic poza pozostawieniem kompletnych danych w formularzu, który jest umieszczony pod podanym przeze mnie adresem. No i trzeba załapać się do tej trzydziestki, która każdego dnia zgarnia zestaw tranu. Próbujcie, dajcie szansę losowi! :)

by kruszyzna at październik 16, 2014 02:16

Notatki na marginesie

na marginesie

- Jak mylisz, kto  wygra? - pyta mnie znajomy

- A kto gra?

- No my ze Szkocją przecież! - odpowiada lekko urażony - Apetyt rośnie po wygranej z Niemcami.

- A w co gramy?- dopytuję

- NIE GADAM Z TOBĄ

Jak już wyszłam na kompletną ignorantkę, to może chociaż sprawdzę, kto Nobla dostał.

by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at październik 16, 2014 02:14

moje waterloo

1947

Jaka piękna wiosna tej jesieni!

Mimo zapowiadanych pogorszeń, świat ma się znakomicie. Rankami jadę przez mgły, a w radiu zapowiadają opady. Na szczęście pogoda nic sobie nie robi z planów meteorologicznych i żyje własnym życiem, dopieszczając nas ciepłem i słońcem. Wciąż noszę balerinki na bose stopy, jeszcze nie zakładam kurtek. Czuję się rozpieszczona.

Na tę okoliczność rozpieszczam trochę Szefa, który przechodzi właśnie apogeum wkurwu i ryczy na wszystkich jeszcze przed poranną kawą. O tej porze to ja mam słabą odporność. Wszyscy mają. W związku z powyższym, jako specjalistka najwyższej klasy, zostałam oddelegowana przez zespół do załatwienia tej sprawy. Powracając z misji wojennej, napotkałam rząd wpatrzonych we mnie nieomal modlitewnie oczu. Zgrabnym ruchem wytarłam dłonie w gacie.
- No! To kto ma coś do załatwienia, leci teraz.
- Jak ty to robisz?! - kwiknął tłumek.
- Nie mogę wam zdradzać tajemnic warsztatu. Oglądnie rzecz ujmując - miziam mu ego.
Tłumek poderwał się i rączo ruszył ku smoczej jamie.

Zostałyśmy we dwie.
- Co ci powiedział? - dopytała koleżanka.
- Że jest wdzięczny za dobre słowo.
- Lizus.
- Wal się. Dzięki mnie parę osób uniknie dziś środków na uspokojenie. Powinniście założyć jakiś fundusz, bo na razie żerujecie na mnie za darmochę.
I pokazałam jej język, co przyjęła, chichocząc entuzjastycznie.

I tak to się plecie, ecie-pecie. Wracam do zajęć, jakoś nie chcą czekać.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 16, 2014 01:34

TUV

karuzela się kręci, a ja padam

X-men wcześniej wczoraj wrócił z trasy ale nie dany mu był odpoczynek.

Tuv- jestem BARDZIEJ zmęczony niżbym w trasie do wieczora był !!!

cóż.

Frontem do klienta i wykazanie się ze zdolności organizacyjnych kosztuje sporo…. energii…

Dałam radę .Dałam radę bo X-men pomagał, ale jakbym była sama ? No nie wiem.

Wysyłka towaru do Anglii.Pakowanie do do centymetra bo wiadomo,koszty rosną i nie można przekroczyć gabarytów.

Uffff.

No i to zmęczenie maszynami.Szycie,szycie,szycie.Od tzw skoroświtu do 10 rano,a potem od 18 do północy.

Kon by nie wytrzymał ,nie ?

by Tuv at październik 16, 2014 09:25

Dzieciowo mi

Seks geriatryczny i inne radości

Do długoletniego związku na pewno nie można dopasować sceny z Rejsu, kiedy to kaowiec staje przed publiką i oświadcza, że znamy się mało, więc on może powie kilka słów o sobie. Słów zostało wypowiedzianych kilka, kilkanaście lub nawet miliony. W długoletnim związku znamy się jak łyse konie i nic, co ludzkie, nie jest nam obce. On widział już ciebie w wersji mambie (czyli poporodowa matka – zombie), ty czyściłaś jego koszule, kiedy się nieopatrznie zrzygał, bo się struł czy coś tam (raczej coś tam). Przeszliście razem niejedną jelitówkę i niejedną grypę i rozmawialiście o tym bez zbytniej krępacji. W długoletnim związku on wchodzi do łazienki, kiedy ty golisz nogi i nikt z tego powodu nie umiera. Mało tego, podnosi klapę kibla, a ty dalej golisz te nogi (bo przecież gdzie pójdziesz? Nie wyniesiesz się z toną kremu do depilacji, prawda?). W długoletnim związku nie ma kłótni o kołdrę, bo każde ma swoją. Wszystko w łóżku jest w najlepszym porządku – ty śpisz zawsze przy ścianie, on zawsze z brzegu lub odwrotnie, ale nigdy się nie zamieniacie miejscami. W długoletnim związku ty obserwujesz, jak zakola zdobywają kolejne przyczółki na jego głowie, a on widzi twoje zarzucone siwizną odrosty wyglądające spod farby. On ze szczupłego młodzieńca przeistoczył się w klockowatego facia w średnim wieku, a ty kolekcjonujesz fałdki brzuszne i nadupny cellulit. Przemiana materii w obu przypadkach już nie ta. Ty wiesz, że ma dziury w dwóch zębach, a on wie, że naklejasz na plecy plastry przeciwbólowe, bo lędźwiowa dyskopatia nie daje ci żyć.

Wszystko właściwie już o sobie wiemy. Tak, geriatria, też uprawia seks. Co więcej, może to być seks udany, nawet bardziej udany niż za lat szczenięcych, kiedy jeszcze jemu się wydawało, że w łóżku musi dokonać rzeczy wielkich i pokazać, jaki z niego Spiderman (pozycja na pająka – zjeżdżasz z sufitu na szelkach), a ona myślała, że wersja minimum to trzy orgazmy w ciągu godziny, bo jak mniej, to znaczy, że porażka. Geriatria zna już swoje ciała i tych ciał możliwości. On wie, że nie musi się spinać, bo klucz do niej już dawno odnalazł i wie – tak muzycznie popłyńmy – którą strunę trącić, żeby piękną melodię uzyskać ;) Ona wie, że kiedy on jest po trzech piwach, to nie ma co ponad poziomy wylatać, bo co prawda pewne rzeczy lepiej prezentują się w pionie, ale w tej sytuacji będą bardzo na poziomie i nic tego faktu nie zmieni.

Jeśli długoletni związek jest związkiem zdrowym, to oboje nie boją się, że się w łóżku wygłupią. Strach przed siarą to domena młodości. Staruchy już od dawna wiedzą, że podczas seksu wyglądają śmiesznie. Nie ma się co łudzić, tyłki podczas upojnych chwil prezentują się ładnie tylko na filmach erotycznych. Nad tym zresztą pracuje cały sztab ludzi, odpowiednio ustawia, odpowiednio koryguje, tutaj zadek bardziej w prawo, a pierś w lewo i jeszcze zarzuć grzywą, mała, o właśnie. Ociekające oliwką modelki muszą się ładnie kadrować. W normalnych warunkach sypialnianych nikt się tak nie zachowuje. Nie dbamy o kadry, dbamy o siebie.

W zdrowym, długoletnim związku ludzie podchodzą do wyra z dystansem. Czasem coś się nie uda, czasem coś nie wypali i korona nikomu z głowy nie spadnie. Nikt nie traci na wartości, nikt się nie obraża. Szczylom się wydaje, że coś muszą. Starzy wiedzą, że nic nie muszą. Mogą. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że im człowiek starszy, tym lepszy seks. Niekoniecznie z zastosowaniem pozycji wymagających złamania prawa fizyki. No bo ej, bez jaj, ręka do góry, kto zastosował kiedyś taką pozycję:

kamasutra_na_samolot

Grafika z www.students.pl

Ludzie, bez kitu, chciałoby wam się? Sam widok męczy. W wersji geriatrycznej, długozwiązkowej wyglądałoby to tak:

- Halina, ale weź wygnij się jeszcze.

- Zwariowałeś, Wiesiek? Pamiętaj o moich korzonkach.

- Dobra, Halina, trzymam cię, teraz jeszcze muszę cię podnieść. Hej, rrrrrrrup! O Jezuuuu!

- Wiesiek, co jest?

- Halina, dysk mi wypadł!

- Drugi?!

Romantyzm, aż boli, nikt nie obiecywał, że miłość będzie łatwa ;) Geriatria wypracowała sobie swoje własne metody bzykanka i rozumie, że udany seks nie wymaga znajomości miliarda pozycji, a zastosowania co najmniej połowy z nich. Dobry seks polega na byciu razem w wolności, wzajemnym poszanowaniu swoich ograniczeń i mankamentów, na zachowaniu otwartych umysłów nakierowanych na drugiego człowieka. Cała reszta to wodotryski.

Zdjęcie z zdrowie.dziennik.pl.

by kruszyzna at październik 16, 2014 09:09

Anna Sakowicz

Nocne zwierzęta

Kobieta niejedno ma imię, niejedno oblicze. Wiadomo to od wieków. Obok matki, żony, kochanki w literaturze pojawiała się cała galeria kobiet upadłych. I pewnie ta zła, upadła moralnie kobieta wydaje się ciekawsza, bardziej nieprzewidywalna. Wszystko oczywiście zależy od rodzaju jej upadku. Patrycja Pustkowiak w debiutanckiej powieści „Nocne zwierzęta” główną bohaterką czyni trzydziestoletnią samotną kobietę, która…

by anna.sakowicz at październik 16, 2014 08:54

Smoking kills...

O DOMOWYCH SPOSOBACH NA KRĄŻENIE

 

N. ostatnio (tj. od zawsze, ale ostatnio jakoś tak mu to wychodzi mimochodem i z dużym wdziękiem) stosuje naturalne metody przeciwdziałania mojemu niskiemu ciśnieniu. Wiadomo, że naturalne są najlepsze i człowiek nie przepłaca i nie bierze udziału w światowym spisku farmaceutycznym dwugłowych jaszczurów… czy jakoś tak. Na przykład przedwczoraj (o, jaka ładna fraza do dyktanda na r-z: „na przykład przedwczoraj”). O cholera, o czym to ja miałam, bo znowu się zgubiłam?…

Przedwczoraj dzwoni z delegacji, pytam się o której wraca, a on „A jeszcze spotkanie… No i na policję muszę iść”. Dobra. Jak musi to musi, nic nie poradzę. Godzina stawienia się na policji nadeszła i minęła, a za nią następna godzina i następna… i następna… Nie dzwoniłam, bo wiadomo, że to bez sensu, albowiem człowiekowi na policji zabierają telefon – ogląda się te seriale i się wie. Telefon i sznurowadła i pasek i sadzają w samych gaciach na krześle przyspawanym do podłogi i skuwają łańcuchami ręce i nogi… STOP! Ale to chyba tylko, jak się jest podejrzanym o morderstwo, a N. raczej chyba nie jest?… Z nas dwojga to już prędzej ja.

Po czterech godzinach wizualizowania mojego męża wleczonego w pomarańczowym drelichu ze skutymi kończynami przez środek zakładu karnego o obostrzonym rygorze, podczas gdy dwa tysiące więźniów stoi przy kratach i tłucze w nie metalowymi miskami – TELEFON. Że właśnie wyjeżdża z budowy. Aaaa!… z BUDOWY? A policja? No był na policji – wszedł, załatwił co ma załatwić i wyszedł, a później już normalnie siedział z chłopakami na budowie. Po informacji, że ja go ZABIJĘ, bo cztery godziny siedzę z ciśnieniem jak parowóz Latający Szkot i się kurwa o niego MARTWIĘ – bardzo się zdziwił, że mogłam pomyśleć, że coś mu zrobią na policji, bo przecież on jest uczciwym człowiekiem.

Serio?… Nie wpadłam na to, że jak człowiek jest uczciwy, to nic mu nie zrobią. Może za dużo czytam różnych historii w prasie.

Natomiast w tak zwanym międzyczasie problem nadmiaru winogron rozwiązał się sam. Już dawno temu zauważyłam, że w stosunku do problemów warto przyjąć taktykę Napoleona: poczekać. Większość rozwiązuje się sama albo znika (uwaga: nie dotyczy np. ciąży) (chociaż, jak by nie patrzeć, ciąża też się w pewnym momencie rozwiązuje sama). W tym konkretnym przypadku – przyleciały kosy i zabrały się za przetwórstwo winogron w kosi metabolizm. Bardzo się cieszę, bo wyszło ekologicznie i nie muszę stać nad garami.

Coś bryndza owcza na moim ulubionym forum. Dawno żadnej konkretnej, tłustej jateczki nie było. Ech… Jesień.

by Barbarella at październik 16, 2014 07:33

zycie na kreske

Kura pazurem

Post nadliczbowy, ale bardzo ważny

Wiem, że dzisiaj nie piątek. Wiem, ale nie wytrzymałam. To będzie post nadliczbowy. Jakże człowiek ma wytrzymać do jutra, jak? Nie da rady. Udusi się, a tego byśmy nie chcieli. No, przynajmniej ja nie.

Mój blog pełnił na początku funkcję autoterapeutyczną. Czas wrócić do korzeni. Dzisiaj właśnie dokonam sobie małej autoterapii, ważnego rozrachunku z własną osobą.

świniaOd dwóch lat prowadzę bardzo siedzący tryb życia, bo do pracy nawet nie muszę wstawać z łóżka, wystarczy, żebym sięgnęła po laptopa. A wiadomo, jak to się kończy. Przytyło mi się strasznie. Tak strasznie, że w nic się nie mieszczę. Nic. No, poza tymi dżinsami, które mam na sobie, bluzami i koszulkami. Reszta ubrań wisi bezczynnie, bo albo dopiąć się nie da, albo wyglądam w nich jak baleron w siateczce. Widzieliście w mięsnym? Jak się mięsko przez siatkę przeciska? To ja.

Ostatnio miałam nagranie do TVN Style i nie wiem, czy się przyznam, kiedy będzie emisja programu. Jak pomyślę, że kamera doda jeszcze swoje kilogramy, to moja rozczochrana już całkiem osiwieje.

No, ale nie piszę tego, by się nad sobą użalać. O, nie! Biorę, kochani, dupę w troki! To znaczy wczoraj już ją wzięłam i zaprowadziłam do dietetyczki. Takiej prawdziwej, nie jakiejś co mi suplementy będzie wciskać lub zupki w proszku. Nie! Pani ma mi pomóc nauczyć się odżywiać z uwzględnieniem moich dolegliwości. Ha! Taka jestem. A najbardziej podobało mi się pytanie:

− A jakie są pani plany co do aktywności fizycznej?

I tutaj wewnętrzny rechot mojej duszy. Ba! Plany to ja mam bardzo szerokie: od biegania przez basen, aż po siłownię. Pani się pośmiała, ale kazała mi zadeklarować jakiś ruch. A ruch szarych komórek nie wchodził w rachubę. Zdecydowałam się na steper (pół godziny dziennie) i skakanie na skakance (15 minut dziennie). Tyle dam radę. W końcu jak Kura obiecuje, to Kura dotrzymuje, nie? No, chyba że robi małe odstępstwo… :twisted:

Można by oczywiście samej spróbować bez pomocy dietetyka. Owszem, ale nie ja. Ja muszę mieć kogoś, kto mnie zważy bez oszukiwania. Bo przyznaję jak na spowiedzi, że nauczyłam się stawać na wadze tak, by troszeczkę zmanipulować wynik. Nie pytajcie po co. Muszę mieć też kogoś, przed kim będzie mi wstyd, że się złamałam i zjadłam cukierka. Muszę mieć kogoś, kto kijem w dupsko przyłoży za wszelkiego rodzaju oszustwa. Bo kury to niestety oszustki straszne. Po przyjściu do domu już próbowałam sobie wmawiać, że to, co pokazała waga u dietetyczki, to wina moich kolczyków, które miałam w uszach. Złote przecież! A złoto swoje waży, nie?!

Ten post piszę po to, by dać Wam prawo do rozliczania mnie z moich postanowień. Jeżeli za cztery miesiące moja waga (albo może lepiej pani dietetyczki) nie wskaże o 12 kg mniej, to można mnie jajami obrzucić. Nawet śmierdzącymi. I przyjmę to z pokorą na monitor.

No, a tak poza tym to cicho sza o tym moim odchudzaniu. Piszę to Wam na ucho, po co ma się roznieść po ineternetach.

by anna at październik 16, 2014 03:51

notatki na mankietach

futrzak

I nadszedl wreszcie ten dzien, kiedy musialam wyslac zeznanie podatkowe za rok 2013 na rzecz Wuja Sama.
Dla niezorientowanych: obywatele hamerykańscy, nawet jak rezydują za granica, zarabiają za granica, to do końca życia musza wysyłać zeznania podatkowe co roku do Wujaszka Sama. A jak przekroczą magiczna barierę 97 000 USD/rok brutto, to musza i od nadwyzki zarobionej podatek zaplacic, prawdaz. USA ma podpisane umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania z kilkudziesieciu krajami, ale ponieważ kraju mojej obecnej rezydencji (Argentyny) nie ma na liście, to trzeba było odwalić obowiązek.

Oczywiscie, zaczełam wtedy, kiedy ustawa nakazuje, tj. ostatniego dnia dozwolonego na rozliczenie, czyli 15 kwietnia (jak zwykle, od kilkunastu juz lat, prawdaż…). No i okazalo się, ze firma mi papierka nie przyslala. Mlodszy Ksiegowy albowiem (tu w roli wystepuje Hindus, ha ha – zgadłam po nazwisku…) nie wpadl na to, ze bede potrzebować. Albowiem rozliczył najpierw nie-obywateli, więc. No ale upomnialam sie, a to za godzinę nie bedzie gotowe, wiec trzeba bylo zrobić unik pod tytułem „file extension”. Czyli kupić sobie zapas czasu na nastepne pół roku. A potem, oczywiscie, zapomniec na te pół roku.

Po wgryzieniu sie w ustawy-srawy na stronach IRS wiedzialam już, ze kwalifikuję się na „foreign earned income exclusion”. Nie, zeby język tego gówna był zrozumiały dla normalnych ludzi, o nie. W kazdym razie doszłam do wniosku, że ja podatku płacić nie muszę, bo kwalifikuję sie na zwolnienie od.

I wszystko k* pięknie ładnie, ale… program przesławny do podatków, co to go używam od lat ładnych kilku (odkąd będąc jeszcze w USA, zrezygnowałam z księgowego człowiekowatego) – TurboTax – zaparł się był, że podatek płacić MUSZĘ.

Następne 4 godziny dziś spędziłam kombinując jak koń pod góre i zmieniając to, co myślałam, ze POWINNO wreszcie zmusić ten program do prawidlowego policzenia mi podatku. Ale nie.
Atmosfera zgęstniała, latały siekiery, k*wy i co tylko – Chłopa na szczęście nie było, więc uniknął – w końcu się poddałam.

I powiem państwu, ze kocham Internet. Albowiem znalazły się były podobne owieczki zbłakane, jak ja. Co to też miały problem taki. I cóż, ah cóż poradzili doświadczeni koledzy? (dodam złosliwie i zajadle: na FAQ TurboTaxa k***** tej informacji nie bylo!!!) Że ten p*** dochód trzeba wpisac w takiej rubryczce „other uncommon income” – a potem, potem, skarbiec z nową ścieżką otwiera się…

No w kazdym razie po pojściu owąż ścieżką było już z górki, wysłałam.

Aha. Dla obywateli amerykanskich ekspatow info: darujcie sobie uzywanie TurboTaxa jak nie macie jakiegos adresu z USA do wpisania: zarejestrowac sie nie mozna, jak adres nie jest amerykanski. To tyle w temacie.

Oczywiscie, nie musze chyba dodawac, ze mam ochote przynajmniej przydzwonic w przyrodzenie temu geniuszowi, co robil GUI design TurboTaxa? Prawdaz?


by futrzak at październik 16, 2014 02:36

październik 15, 2014

moje waterloo

1946

Co by Wam tu?

Nosem się podpieram. Szef znajduje dla mnie coraz to nowe zastosowania, a każde bardziej irytujące. Poziom trudności wzrasta, już chyba przestał się zastanawiać nad faktem, że ja jestem "z zewnątrz", czyli laik (skromna polonistka). Przyznaję, że niektóre rzeczy robię i nawet mu nie mówię, bo na 100% chciałby poprawiać (wtedy sobie przypomni, że nie jestem z branży), a ja nie mam teraz ani siły, ani czasu na dyskusję o wymianie ale na lecz.
Dziś posunęłam się do kradzieży.

Mianowicie ukradłam mu książkę z biblioteczki w gabinecie, bo mi zabrakło zgrabnego sformułowania i przypomniałam sobie, w której pozycji rzecz ładnie opisano. Ryzyko było spore, bo on jest uczuony na punkcie tych książek i, choć na pewno by mi pożyczył, zaraz chciałby wiedzieć po co, a ja nie umiem kłamać. Pewnie bym wyznała, on zapragnąłby autoryzacji, czas leci, roboty po czubki kucyków. Więc ustaliłam gryplan z sekretarką, wystawiłam czujki, zwinęłam książkę. Poziom trudności wzrósł przy odkładaniu jej na miejsce. Udało się bez strat w ludziach i sprzęcie. Artykuł opuścił mój komputer via e-mail i może się nawet o nim nie dowie. Oby.
Konsultację odbyłam z kimś innym i chwatit'.

Niech to się skończy, bo wykorkuję. Mam do poprawienia doktorat, który zalega, a u doktoranta też deadline. Oczywiście odnosi się ze zrozumieniem do zaistniałej sytuacji, lecz zaznacza, że i jego promotor ciśnie. Tymczasem po powrocie do domu nie mam już na to siły, gdyż mi się w fabryce zwoje całkowicie rozprostowują. Poprawiam z doskoku, po stronie. Rzecz jest z branży medycznej, czyli specyficzne słownictwo, wymagające dużego skupienia. Ale nie takie rzeczy my ze śfagrem po pijoku. No i nie pierwszy to mój doktorat na medycznej Alma Mater. Choć dla mnie to raczej macocha.

Nawaliłabym się, ale nie mam siły nalać.
Może Prezesa zawołam?

PS W tym pędzie zapomniałam zarejestrować, czy wciąż jestem chora, czy już przeszło.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 15, 2014 10:05

Anrzej rysuje

Szok

szok
false" />
false" ondragstart="return false" ondrag="return false" onmousedown="return
false" oncopy="return false" />Rysunek opublikowany na wyborcza.pl 13 października. Link:

http://goo.gl/athrAX

by Andrzej at październik 15, 2014 08:31

Dzieciowo mi

Huśtawka, czyli krótki tekst o bujaniu

Ha! Ręka do góry, kto miał za młodu w domu huśtawkę. Ja nie podniosę, bo nie miałam, dlatego pod byle pretekstem waliłam do kuzynów, którzy mieli. Okupywałam tę huśtawkę i trzeba było mnie z niej wyciągać używając przemocy i łamiąc ustalenia konwencji genewskiej. Stosowałam szantaż, podstęp i zaawansowane łapówkarstwo, żeby tylko huśtać się częściej niż inni. Nic dziwnego, że zgodnie ze świecką tradycją przeprojektowałam swoje marzenia na dzieci i pierwsze, co pani prezes otrzymała, to właśnie huśtawka.

Był to bardzo ciekawy gadżet rodem z IKEA.

ikea_hustawka2

Zdjęcie z materiałów prasowych IKEA

DSC_5830-hustawka1

DSC_5832-hustawka3

A to już fotki naszej produkcji.

Pani prezes lubiła nawet przysypiać w huśtawce, kiedy jeszcze była na etapie dziennych drzemek, bo siedzisko to po prostu pompowany balon obleczony w tkaninę. Huśtawka była tak eksploatowana, że balon dokonał w końcu żywota, a całość przeszła w zapomnienie. Do tej pory zostały nam w suficie haki, które aż się proszą do zawieszenia na nich czegoś nowszej generacji.

Toż i zoczyłam owo i zastanawiam się nad zakupem. Huśtawka jest na pierwszy rzut oka prosta jak konstrukcja cepa, miękka, co jest o tyle istotne, że z jednej strony łatwo ją wyczyścić (wrzucamy do pralki i po sprawie), z drugiej strony ciężko przyłożyć komuś kantem, bo kantów niet.

ikea_hustawka

IKEA

O takie właśnie coś. Huśtawka dla starszaków, no ale jak się ma pogłowie w zaawansowanym wieku przedszkolnym, to już nie ma to tamto, sprzęt też zaawansowany musi być ;) Fajne jest to, że na takiej huśtawce można i huśtać się, i fikać, i rozmaite inne bajery wyczyniać. Nie mam pojęcia, ile kosztuje, ciekawi mnie też, jak się to to sprawdza w praktyce. Jeśli więc ktoś z was coś takiego miał i może coś powiedzieć, to będę wdzięczna. Albo się przyczyni do mojej ruiny finansowej, albo wskrzesi mój portfel.

by kruszyzna at październik 15, 2014 08:10

notatki na mankietach

futrzak

najbardziej aktualne i wiarygodne informacje mozna znaleźć TU.

Website jest wspólną obywatelską inicjatywa naukowcow, dziennikarzy i pracowników sluzby zdrowia. Nie jest opłacany przez żaden rząd.


by futrzak at październik 15, 2014 06:18

Domowa kuchnia Aniki

Prosta sałatka z bundzem ( buncem )

Prosta sałatka z bundzem ( buncem )



Za nami piękny, ciepły i słoneczny weekend. Słuchając optymistycznych prognoz pogody w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się na wyjazd do Zakopanego. Pewno jeden z ostatnich  tak pięknych weekendów w tym roku, więc szkoda byłoby nie wykorzystać go na odpoczynek i spacery. Tak więc spakowaliśmy walizkę i wio do Zakopanego. Ludzi tłumy, Krupówki zatłoczone, turysta na turyście. Ale pogoda przepiękna. Nie pamiętam, kiedy w Zakopanym w połowie października chodziło się w koszulkach z krótkim rękawkiem. A tak właśnie było. Wieczory i noce też ciepłe, ok 10 - 11 stopni. Tak więc pospacerowaliśmy, pooddychali innym klimatem, odwiedziliśmy ulubione miejsca i przywieźliśmy też nieco zakopiańskich smakołyków, wśród nich ulubiony przez mojego męża bundz, i kilka rodzajów oscypków. Oczywiście nie obyło się też bez
zakupu  kuchennych "przydasiów", zwłaszcza tych z drewna, które zawsze przywożę z Zakopanego. No i piękna ruda skórzana torebka :).
Mając lodówkę zapełnioną zakopiańskimi smakołykami przedstawię w najbliższym czasie kilka przepisów na dania z bundzem i oscypkiem.
Zaczynamy od przepisu na smaczną sałatkę z bundzem.
A bundz to ser z mleka owczego, który oprócz swoistego smaku charakterystycznie skrzypi w zębach. Zachwycamy się mozzarellą, a mamy własny pyszny ser, który nieco ją przypomina, ale wg mnie jest dużo smaczniejszy, wyrazistszy, więc warto czasem po niego sięgnąć, jeśli oczywiście mamy taką okazję. Co prawda najlepszy bundz jest z maja, ale cóż, mamy październik, więc tym razem nie miałam okazji zakupić bundzu majowego.

 

Składniki:
  • ok 25 dag sera bundz ( bunc )
  • 1 duży pomidor
  • 1 ogórek 
  • 1 malutka czerwona cebula ( aby nie zdominowała smaku sałatki )
  • 3 łyżki siekanego szczypiorku
  • na sos :2 łyżki oliwy z oliwek, 1 łyżeczka octu winnego, sól i świeżo mielony pieprz
Sposób przygotowania:
  • Ogórka i pomidora myjemy i kroimy w niezbyt duże kawałki
  • Ser kroimy w kosteczkę, a cebulę w piórka
  • Przygotowujemy sos: oliwę mieszamy z octem, solą i pieprzem
  • Warzywa i ser mieszamy, posypujemy szczypiorkiem, a na koniec polewamy sosem

    by Anika (noreply@blogger.com) at październik 15, 2014 06:50

    pierwsza żona

    na marginesie

    Jestem silniejsza.

    Pewne etapy pokończyłam. Pewne etapy zaczynam.

    Nie wiem jak będzie ale może jakoś będzie?

    Pozbierałam w miarę do kupy swoją głowę. Nie pozbierałam życia to wiem, ale to tak bardzo zależy od hormonów , że nie ma sensu.

    Zaczęłam wpierw planować te obiady a teraz to już w ogóle. UGOTUJ W 2H OBIADY NA CAŁY TYDZIEŃ.

    I mam. Powaznie, mam na cały tydzień obiady, częściowo pomrożone.

    Matko święta jaka ulga!

    Jak mi to pomogło.

    Jeszcze tylko muszę coś zrobić z kryzysem godziny 17. O tej porze bowiem napada mnie wściekłość, dopinam dzień w pracy, przychodzą dzieci, korytarz za ciasny, myśli zapieprzają, zlew pełen, lekcje, kawy już nie mogę.

    Muszę jakoś przeorganizować tę godzinę między 17-18.

    Żeby ją jakoś złagodzić.

    Nie wiem, pójść spać ?

    wyłączyć się ? pójść biegać ?

    Może najdę coś na pintreście jak z tym plannerem ?

    by autor at październik 15, 2014 02:50

    Czarny pazur

    Nie taki Człowiek sprytny...

    ... jak mu się wydaje. Personel i Spadnięte Niebo postanowiło odrobaczyć towarzystwo podwórkowe. Chude toto, bidne, a żarte i do głaskania chętne. Pomysł był taki, że skoro towarzystwo jest żarte, to żadna filozofia wymieszać antyrobaka z jedzeniem i elegancko podać.

    Tymczasem podwórkowe towarzystwo nie dało się zrobić jak dziecko. Najbardziej głodny i strachliwy kocurek owszem, coś tam podjadł, ale przyCzłowiecza Pusia zajrzała do miski, powąchała... i spojrzała ze zdumieniem na Człowieka. Jakże to tak?

    Personel i Spadnięte Niebo liczą jednak na to, że wzbogacona karma została zjedzona i chociaż trochę pomoże półdzikotom nabrać ciała. W końcu kiedyś zima przyjdzie.

     

    by amelia007@NOSPAM.gazeta.pl at październik 15, 2014 02:22

    Szymaczek

    am mniam

    Domowa kiszona kapusta

    Połowa października to czas kiszenia kapusty na zimę. Jeśli nie mamcie dużej powierzchni na jej przechowywanie lub nie wyobrażacie sobie szatkowania 10 kilogramów kapusty, można po prostu kisić ją na bieżąco w mniejszych ilościach i cieszyć się jej smakiem nie tylko w zimie, ale przez cały rok. Kiszenie kapusty nie jest trudne, dlatego warto przygotować... More

    by Magda at październik 15, 2014 11:51

    Ojciec Wwwirgiliusz chowa dzieci swoje

    Te okrutne góry

    Włodzimierz Wysoki (jak widać Vołodia nie musi oznaczać od razu łobuza) śpiewał, że jeśli chce się sprawdzić przyjaciela, trzeba go zabrać w góry. Można to prawo rozszerzyć - jeśli chcesz zdemolować rodzinę, zabierz ją w góry. Jest bowiem zadanie tak karkołomne jak koalicja ponad podziałami w celu jednoczesnej beatyfikacji (za życia, a co!) profesora Chazana oraz przeniesienia szczątków generała Kuklińskiego na Wawel. Katastrofa takiego  przedsięwzięcia jest pewna jak upadek piramidy finansowej. Pytanie tylko jak wielka, jak bardzo spektakularna będzie ona i czy po upadku rodzina będzie jeszcze umiała się podnieść, wybaczyć i wrócić z wakacji na niziny jednym samochodem chowając urazy i noże do kieszeni. Nam się udało. Choć upadków i potłuczeń było co niemiara. Było to w sierpniu, ale dopiero teraz umiem pisać o tym traumatycznym doznaniu na spokojnie.

    Pierwszy upadłem ja oraz Miły Młody Człowiek, który chwilowo przestał był być miły. Zabił nas Klimczok i upał, a właściwie generał upał, bo Klimczok bez upału mógłby nam co najwyzej naskoczyć. Zasadniczo obaj nie jesteśmy ludźmi nadmiernie problemowymi, przynajmniej za takich się uważamy. Natomiast nazbyt wysoka temperatura doprowadza nas szybko do stanu psychicznego wrzenia. Dlatego sytuacja kiedy w trzydziestostopniowym upale niosłem w niespecjalnie wygodnym górskim nosidełku niezbyt Miłego Młodego Człowieka szybko przerodziła się w goglotę picnic. Leżący mi na plecach gorący termofor, który wierzgał, skakał, ciągnął mnie za uszy i toczył ślinę za spoconą koszulkę sprawiał, że z każdą chwilą trudniej zwalczałem pokusę, by jak niedźwiedź wyczochrać plecy o pień drzewa. Młody Człowiek odbierał to zgoła inaczej. Posadzono go na zwale otłuszczonego mięsa, która działała jak gigantyczny termofor, podczas gdy jemu w zupełności wystarczał żar lejący się z nieba. Efekt? Na górę jakoś tam dotarliśmy, ale na szczycie zostaliśmy rozdzieleni, aby przerwać gorszącą wymianę przekleństw toczących się pomiędzy nami ku uciesze pozostałych turystów.

    // //

    Druga upadła Oleńka. W drodze z Dużej na Małą Czantorię doznała załamania nerwowego, wykrzyczała nam, że ma tego wszystkiego dosyć, że ona chce do samochodu, że nikt jej nie powiedział, że ten samochód będzie tak daleko i że już nigdy, przenigdy nie dojdziemy do domu. Kilka godzin marszu później, gdy docieraliśmy do naszej kwatery, Oleńka biegała wokół nas, bo nudziło ją zbyt wolne tempo. Jak widać wszystko jest kwestią nastawienia psychicznego i nie ma dla 5-ciolatka rzeczy niemożliwych oraz tras zbyt długich. Podejrzewam, że gdybyśmy jej kazali wejść na K2 to najpierw stękałaby całą drogę, a na szczycie spytała, gdzie do cholery jest plac zabaw.

    Upadek Małgorzaty nie przypominał innych. Było to raczej osunięcie psychiczne, coś w rodzaju klinicznej depresji, która objęła całe ciało z wyjątkiem nóg. Małgorzata na rozkaz maszerowała, na rozkaz się zatrzymywała, jadła, piła... Gdy kończyła się cała wyprawa zdejmowała z nóg buty, a wtedy na jej twarzy pojawiało się coś w rodzaju skrzywienia przypominającego uśmiech. Interpretuję, że była to radość, że ten koszmar się skończył. Niemniej nie udało mi się tego ustalić, bo na wszelkie pytania konsekwentnie odpowiadała na zasadzie szefa wywiadu, w poważnym państwie, nie mówimy tu o RP czy innych bananowych republikach, który nigdy ani nie zaprzecza ani nie potwierdza, a w ogóle to no comment.

    Pies za to był szczery do bólu i już od dnia drugiego, jak tylko widział, że zakładam górskie buty, to uciekał przed nami pod stół i tam czekał, aż bezpiecznie wyjdziemy za bramę. Niby trochę głupio mu było, bo gdzie chowanie się pod stołem, a gdzie bycie wiernym jak pies, ale postanowił jednak dokonać wyboru za życiem niż za śmiercią z przemęczenia. 

    Upadek Królowej Matki odbył się już poza górami. Gdy wracaliśmy do domu przepełnionym samochodem, gdy w aucie zepsuł się wentylator, a autostrada przed Wrocławiem zablokowała na równą godzinę. Wtedy to dowiedziałem się paru ciekawych rzeczy na temat stanu państwa w ogólności, stanu dróg w szczególności, kompetencji pracowników serwisu klimatyzacji, kompetencji mojej w wyborze zakładu serwisującego klimatyzację oraz w ogóle stanu mojego umysłu i życiowej zaradności. Nie dziwię się jej i nie mam za złe. Było wtedy 30 stopni w cieniu, w aucie pewnie jakieś 330, Miły Młody Człowiek wrzeszczał, pieluchy śmierdziały odchodami, nadmiar bagaży wyjechał z bagażnika na głowę KM, a facet w aucie przed nami palił śmierdzące papierosy. Gdybym miał komu też zrobiłbym awanturę.

    // //

    by ojciec_wwwirgiliusz@NOSPAM.gazeta.pl at październik 15, 2014 11:22

    Blog do czytania

    Wpół do weekendu #16

    Dziś – lwy. Bo czemu nie? Co tu dużo mówić – jestem gdańszczaninem, a wiadomo, że jak Gdańsk, to lwy podtrzymujące gdański herb. To chyba powinno wystarczyć za inspirację dzisiejszej przerwy w pracy? No właśnie, gdańskie lwy. Wiadomo, że tradycyjnie lwy podtrzymujące tarczę herbową Gdańska patrzą na siebie. Znana jest też legenda o tym, dlaczego jeden […]

    by mrcichy at październik 15, 2014 10:00

    Dzieciowo mi

    Toksyczna matka? Proszę mnie nie rozliczać!

    Nic tak nie cieszy, jak seria z pepeszy. Serią z pepeszy oberwałam trochę między oczy i trochę w okolicę serca, a i jakaś tętnica udowa też się do kompletu trafiła, żeby mieć pewność, że jak już oberwałam, to się nie podniosę. Mentalnie oberwałam rzecz jasna. Przeczytałam bowiem artykuł o matkach cudownych inaczej, pt. „Największa zmora dziecka: toksyczna matka”. Nagłówek krzyczy:

    Przyjrzyj się sobie, czy jesteś toksyczną matką? Czy masz zadatki? Sprawdź, nim skrzywdzisz swoje dziecko!

    Sprawdziłam. Przeczytałam do końca. Moje kochane dzieci, macie totalnie przesrane. Niestety wasza matka, zanim się zorientowała, że jest toksyczna, wyrządza wam krzywdę od lat odpowiednio sześciu i czterech. Wasza psychika jest już kompletnie zrypana i jedyne, co wam pozostaje, to za lat mniej więcej dwadzieścia stworzyć toksyczne związki, bo w posagu zostawię wam rozchwianie emocjonalne, podcięte skrzydła i globalny defekt mózgu.

    Przesadzam oczywiście, wyolbrzymiam, odpowiednio pompując każde ze słów stosowną porcją jadu (w końcu toksyczna jestem, co nie?). Artykuł skądinąd ważny i poruszający tematy istotne podziałał na mnie jak płachta na byka. Podziałał głównie za sprawą podtytułu i zdanie „Sprawdź, nim skrzywdzisz swoje dziecko” uważam za szczyt nagłówkowej tandety, połączenie superekspresowo-faktowe z miejsca sprowadzające do parteru i grające na najniższych instynktach w celu podniesienia czytalności artykułu. Bo kiedy jestem w ciąży, to JESZCZE nie mam jak sprawdzić mojego poziomu jadu, a kiedy dziecko jest na świecie, to JUŻ od pewnego czasu obcuje ze mną jako toksyczną matką. Czyli pozamiatane.

    Nie odnoszę się do poszczególnych elementów artykułu, odnoszę się do wymowy po całości sprowokowana genialnym strzałem do własnej bramki, jaki sprawił sobie ten, kto wymyślił tytuł. Muszę was rozczarować, KAŻDA matka jest po trochę toksyczna, każda.

    Każda matka ma ogromny udział w szczęśliwym lub nieszczęśliwym życiu swojego dziecka. „Ma udział” nie oznacza „jest winna”. Chce dla dziecka jak najlepiej (pomijając patologie) i wychowując dziecko korzysta z dostępnych jej zasobów. Innymi słowy: wychowuje jak umie. A że często nie umie…

    Nie umie, droga Dzielnico Rodzica, bo nie ma czegoś takiego jak kurs na supermatkę do rany przyłóż i bezkonfliktową. ŻYCIE NAS UCZY, do jasnej cholery, i polega to na wyciąganiu wniosków z popełnianych błędów. Zdecydujcie się na coś, albo mam sprawdzić, czy krzywdzę, zanim skrzywdzę, albo zgadzamy się na to, że wychowuję, jak umiem, choć często nie umiem. Trwanie w rozkroku grozi bolesnym szpagatem.

    Ja już mam dość tego ciągłego rozliczania. Stajemy na rzęsach, godzimy pracę, dom, wychowanie, rolę matki, żony i kochanki, stawia się przed nami wymagania i oczekiwania coraz to nowe i nowe, a jeszcze musimy sprawdzać, czy nie jesteśmy przypadkiem toksyczne. Jestem wystarczająco dobrą matką dla swoich dzieci! Tak, czasem je krzywdzę. Wszyscy się nawzajem od czasu do czasu krzywdzimy, to jest nieodłącznie związane z życiem stadnym. Funkcjonujemy w społeczności, społeczność zakłada kontakty, kontakty zakładają ścieranie się postaw i racji, ścieranie się zakłada zranienia. Błądzę i szukam rozwiązań, często robię źle, ale często postępuję właściwie. Im bliższe relacje, tym dotkliwsze zranienia. Nie jestem patologią, dbam o moje dzieci, jak umiem, razem z ich ojcem zapewniamy im życie, jakie leży w ramach naszych możliwości. Dość już mam tych rankingów, sprawdzania, ocen i rozliczeń. Zawsze będzie coś nie tak, zawsze. Zawsze się okaże, że w czymś zawaliłam. Jestem wystarczająco dobrą matką, bo się staram, sprawę toksyczności mam więc, droga Dzielnico Rodzica, totalnie w dupie.

    Cały artykuł znajdziecie tutaj.

    Na zdjęciu matka mocno niedoskonała razem ze swoimi ofiarami w muzeum kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej (wrzesień 2014).

    by kruszyzna at październik 15, 2014 07:08

    Slow Day Long

    Śmiało mogliby tu kręcić Hobbita, czyli księżycowy klimat Gór Izerskich

    Dwa dni zajęło nam zaklimatyzowanie się. Czas ten spędzaliśmy na spacerach po Świeradowie (o samym mieście napiszemy niebawem) oraz na ratowaniu małego Zygmunta, który nadal szuka nowego mieszkania (o znalezionym przez nas kociaku, pisaliśmy w tym wpisie – KLIKNIJ).

    W końcu w poniedziałek postanowiliśmy wdrapać się na jakiś szczyt. Wdrapać, to szumnie powiedziane, bo na górę wjechaliśmy kolejką linową. Jeśli tego nie wiecie, to warto dodać, że jest ona jedną z najnowocześniejszych i najnowszych w Polsce. Naprawdę robi wrażenie. Standard europejski.

    Było to też nowe doświadczenie dla naszej córki, która nigdy wcześniej ‚nie leciała’ do nieba. Nie bała się, była naprawdę dzielna. Chciała pojechać nią raz jeszcze, ale… O naszej niemiłej przygodzie, za chwilę. Najpierw będą ochy i achy.

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (27)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (12)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (13)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (14)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (15)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (16)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (17)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (18)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (19)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (20)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (21)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (22)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (26)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (25)

    Po wjechaniu na górę, po raz pierwszy w życiu, wsadziliśmy naszą córkę w chustę. Kupiliśmy ją kilka tygodni temu w Rudej Kicie (o tym miejscu, przeczytasz tutaj – KLIKNIJ). Jednak zdecydowanie źle ją nam dobrano, bo ta okazała się zbyt krótka, co dało się nam (a najbardziej mi) we znaki w ciągu kolejnych dni. Sam pomysł noszenia dziecka w chuście, jest jak najbardziej trafiony, jednak…

    Naszym celem był czeski szczyt Smrek, do którego, od kolejki idzie się około 1,5 godziny w jedną stronę. W sam raz, jak na pierwszy dzień. W końcu dopiero zaczynamy nasz jesienny urlop. Mega wrażenie zrobiło na nas mijane przez nas schronisko. Przepiękny, stary budynek, z niesamowitymi oknami i dachem, z jednej strony budzi grozę, z drugiej szacunek, że tyle lat stoi w tym miejscu, nie poddając się sile wiatru, deszczom i śniegom.

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (37)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (30)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (31)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (32)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (29)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (28)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (33)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (34)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (35)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (36)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (38)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (40)

    A dalej? Dalej oddałem aparat Kamili, a sam wziąłem Alicję na barana. W chuście było jej nie wygodnie, a poza tym chciała wszystko dobrze widzieć. Mijane przez nas wzdłuż drogi wielkie krzaki jałowca, kosodrzewiny, świerki i sosny, a także ogromne łany jagód i żurawiny. Niestety, większość owców nie nadawała się już do jedzenia, bo zostały przemrożone przez ujemne temperatury, które od kilku dni nawiedzały nocą tą okolicę. Jesień pełną gębą.

    Niesamowity klimat tworzą liczne martwe drzewa, których (niestety) w Izerach nie brakuje. W latach 70-tych poprzedniego stulecia, kwaśne deszcze, pełne toksycznych substancji, niesione z nad Niemiec i Czech oraz z pobliskiej Bogatyni, spowodowały totalne spustoszenie w drzewostanie tych cudownych gór. Z jednej strony, wygląda to przerażająco, ale z drugiej… Nadaje temu miejscu wyjątkowy klimat.

    Przyroda zdążyła się od tamtej pory odrodzić. Oczywiście, nic nie naprawi szkód wyrządzonych przez człowieka. Ale widać, że natura poradziła sobie doskonale. Jagody, grzyby, wrzosy, borówki. Wszystko to znajdziecie w Izerach.

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (23)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (24)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (44)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (52)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (51)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (49)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (57)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (50)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (48)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (47)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (46)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (45)

     

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (53)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (54)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (55)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (58)

    Spacer na stronę czeską zajął nam nieco dłużej niż zakładane 1,5 godziny. Z jednej strony nie do końca mieliśmy opanowane chodzenie po górach z dzieckiem. Było to dla nas nowe doświadczenie. Wnioski są takie, że następnym razem musimy kupić specjalny stelaż, do noszenia dziecka na plecach. Chusta w góry, przy tak dużym dziecku, to chyba jednak nieporozumienie.

    Z drugiej, klimat Izerów jest tak niesamowity, że co chwilę przystawaliśmy, aby cyknąć zdjęcie. Opowiadaliśmy też Ali o mijanych miejscach i roślinach. W końcu dotarliśmy na szczyt. Pozostało nam jedynie wdrapać się na czubek wieży widokowej, aby podziwiać niesamowity krajobraz księżycowych Gór Izerskich.

    Droga powrotna zajęła nam niecałą godzinę. Może, dlatego, że w końcu Alicja postanowiła wsiąść do chusty i… zasnąć. Jednak po dotarciu do kolejki linowej, czekała nas niemiła niespodzianka. Okazało się, że nie zjedziemy już kolejką na dół, bo ta… jest już zamknięta. Niestety, pani sprzedająca nam bilet ‚zapomniała’ nas poinformować, że kolejka jeździ tylko do 16-ej. Pamiętała natomiast, żeby namówić nas na bilet w dwie strony „na wszelki wypadek, jakby nam się nie chciało wracać piechotą”, chociaż to zakładał nasz pierwotny plan. Niby mogliśmy sami to sprawdzić, ale…

    Na ratunek przyszli nam dobrzy ludzie, którzy akurat zjeżdżali ze schroniska do Świeradowa. Zabrali nas ze sobą, opowiadając o ciekawych miejscach w okolicy. A także o tym, że mniej więcej co drugi dzień wiozą kogoś na dół, kto nie został w kasie kolejki uprzedzony, że ta, jesienią jeździ jedynie do 16-ej. Moim zdaniem, takie wprowadzanie klienta w błąd to bardzo nieładna zagrywka. Uważajcie, więc na panie w okienku kolejki w Świeradowie.

    Napełnieni świeżym powietrzem, nakarmieni pięknymi widokami kolejny dzień postanowiliśmy spędzić w…

    Ale o tym, to już w kolejnym wpisie.

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (59)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (60)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (61)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (62)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (63)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (64)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (65)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (66)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (67)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (68)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (69)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (70)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (71)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (72)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (73)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (74)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (75)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (76)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (1)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (2)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (3)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (5)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (6)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (7)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (8)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (9)

    Smrek Kolejka Linowa Świeradów Zdrój Rezerwat Góry Izerskie Izery Slow Day Long z dzieckiem jesienią  (10)

    by Damian at październik 15, 2014 05:24

    zycie na kreske

    Kura pazurem

    Bonobo lubią seks

    Słuchałam ostatnio audycji radiowej. Temat był iście filozoficzny, bo dotyczył początków moralności oraz samoświadomości. Nie podejrzewałam, że będzie o seksie, dlatego dzisiejszy wpis tylko dla dorosłych. Proponuję też nie czytać osobom przykrywającym główki moherowymi cudeńkami, bo post może być lekko bulwersujący. Ba! Jeszcze bardziej niż seks osiołków w zoo. Dotyczyć będzie między innymi małp bonobo, o których opowiadali naukowcy. Słuchałam z rozdziawioną gębą i od razu zastanawiałam się, czy te małpy są w którymś polskim zoo. Bonobo_011Jeżeli są, to już widzę za chwilę protesty zaniepokojonych mam, bo raczej wątpię, żeby te małpy zachowywały się przyzwoicie, tylko dlatego że ktoś na nie patrzy. Okazuje się, że bonobo to jedne z tych zwierząt, które uprawiają seks dla przyjemności i jedyne (poza człowiekiem), które robią to, patrząc sobie w oczy. Pięknie, nie? Podobno wszelkie emocje rozładowują właśnie seksem. I nie robią  też tego po to, by się wyłącznie rozmnażać!

    Kiedyś usłyszałam, że w przyrodzie nie ma homoseksualizmu (sic!). To jeden z tych argumentów, które miały pokazywać, że to niby człowiek jest tylko tak chory i zdeprawowany. A tu proszę. Takie małpy jak najbardziej homoseksualny seks też preferują. Ba! Dzięki praktykom erotycznym można w stadzie społecznie awansować. Brzmi znajomo, nie?

    Bonobo to podobno odmiana szympansa. Świetnie jeden z rozmówców porównał. Zwykły szympans to taki dres wypuszczony z siłowni, naładowany testosteronem, rozwiązujący wszystko siłą, a bonobo to hipis – wolna miłość i te sprawy.

    Dyskusja jednak miała poważny ton, bo mówiono o narodzinach moralności, a także o samoświadomości wśród zwierząt. Pewnie większości doskonale znany jest test lustra. Niewiele zwierząt potrafi rozpoznać siebie w odbiciu. Robią to tylko naczelne, delfiny, słonie i podobno sroka. Te zwierzęta mają świadomość.

    I w tym momencie protest mi się włączył. Bo jakże to tak? A Nutuś? Czyżby Nutuś nie miał świadomości?! Toż to kłamstwo wierutne. Postanowiłam więc poddać swojego kota odpowiednim badaniom. Może koty testu lustra nie zdają, ale Nutuś zda! Poczytałam, jak taki eksperyment się przeprowadza. Przeprosiłam Nutusia i mu żółtym mazakiem na łepetynie kółeczko zrobiłam. Postawiłam go przed lustrem. I mówię: „Patrz, jaki przystojniak”. Nutuś spojrzał na mnie leniwie. W lustro nie raczył, więc zaczęłam machać, żeby mnie w odbiciu widział. I oczywiście żeby rozpoznał swoją kochaną pancię, a potem siebie i żółtą kropkę sobie zmazał. Jednak mój sierściuch spojrzał jedynie z politowaniem i wygodnie ułożył się przed lustrem, dając mi do zrozumienia, że moje testy to on ma, ale bardzo głęboko w czterech literach. I przyznam, że nijak nie można go było przekonać, by zdał ten test. To jednak nie znaczy, że nie ma świadomości. Ma! Tylko nie chciało mu się jej ujawniać.  A na jego usprawiedliwienie mogę dodać, że ja czasami rano też mam problem, by rozpoznać siebie w lustrze. Patrzy na mnie wtedy jakaś rozczochrana z sińcami pod oczami, z jednym okiem na Kaukaz, z drugim na Maroko. I co? Że niby bez świadomości?

     

    PS  A przy okazji zwierząt. Pewnie wszyscy wiedzą, że do gdańskiego zoo przywieziono ostatnio lwa z trzema lwicami. Niestety w poniedziałek lew zagryzł najmłodszą lwicę.

    by anna at październik 15, 2014 03:20

    Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

    Cóż masz, czego byś nie otrzymał?

    Sezon "turystyki duchowej"w pełni. Śmignęłam do Gdańska. Do Warszawy sama, a potem ze wsparciem Cezarego, bo na tak długą trasę trzeba chłopa. Do prowadzenia samochodu. Jak wiadomo chłop stworzony do prac ciężkich, więc fakt koedukacyjności naszej Wspólnoty wykorzystuję często. Rozkosz pełna- autostrada do samiutkiego Sopotu. Nie wyruszajcie jednak na A1 bez pełnego baku paliwa i z pustym brzuchem. Nie wszystko na raz. Na stacje benzynowe i bary trochę jeszcze musimy poczekać.

    A byłam na salonach. Konkretnie na jednym: Salon Młodopolski im. Arama Rybickiego. Cykl dyskusji na różne tematy. Tym razem w duecie z Janką Ochojską, który to duet zdarza nam się dość często. Ona ma spojrzenie "wielkogrupowe", ja -szczegółowe, na różne ludzkie biedy. Dodatkową atrakcją wycieczki- w pakiecie- był nocleg w pięciogwiazdkowym hotelu. Goście lekko przecierali oczy, aczkolwiek dyskretnie, bo dobrze wychowani, a my z Cezarym łamaliśmy sobie głowy jak uruchomić windę. Uratował nas czarnoskóry pan wkładając elektroniczną kartę -klucz do dziurki w ścianie. I wpuścić nas na salony! Choć barek w pokoju był dobrze zaopatrzony, nie skorzystałam. Cóż, nie piję. Dzieci moje zawsze mówią, że w mojej obecności żadna impreza! Herbata była gratis, na szczęście dla naszych kieszeni, bo butelka mineralnej 14 zł! Dla pełni obrazu dodaję, że nie ja płaciłam za hotel. Oraz, że z przyjemnością zamieniam z powrotem "łóżko królewskie" na wyrko obok Artura i jego psa. 

    Trójmiasto ma tradycję publicznych dyskusji na ważne tematy. Areopag Gdański, rozmowy w Filharmonii Gdańskiej. Ludzie wkładają wysiłek w organizację, inni w przyjście i słuchanie. Potrzebujemy siebie nawzajem, czyli ciągle żyjemy. 

    Jutro zaś kierunek południowy czyli Mielec. Niedaleko! Tam Dni Papieskie. I jak mi się bardzo nie chce, to przypominam sobie pewnego sędziwego, schorowanego człowieka w białym ubranku, który, opierając się na lasce, po świecie wędrował. I nie kaprysił. Od razu wraca motywacja. To, co zostało nam dane jako Wspólnocie, nie jest naszą własnością. To, co zostało ci dane, nie jest twoją własnością. Ani zasługą, tym bardziej. "Cóż masz, czego byś nie otrzymał?" /św.Paweł/ Więc się podziel. Czasem, chlebem, radością, smutkiem, nadzieją, pokojem serca, mądrością, doświadczeniem, wiedzą, życzliwym spojrzeniem, pilotem do telewizora, komputerem, miejscem w samochodzie, miejscem przy stole.....

    Nad-obowiązkowo

    Kościół, wierny duchowi Błogosławieństw, jest wezwany do dzielenia się swoimi dobrami z wszelkiego rodzaju ubogimi i uciśnionymi. Zachęcam zatem wszystkich uczniów Chrystusa i wszystkie wspólnoty chrześcijańskie, od rodzin do diecezji, od parafii do wspólnot zakonnych, do szczerej rewizji własnego życia pod kątem solidarności z ubogimi/
    JPII/
    J.Valesco
    Panie, gdy jestem głodna, przyślij mi kogoś,
    kto potrzebuje pożywienia;
    gdy chce mi się pić,
    przyślij mi kogoś spragnionego;
    gdy jest mi zimno, przyślij mi kogoś do ogrzania;
    gdy odczuwam przykrości,
    ofiaruj mi kogoś do pocieszania;
    gdy mój krzyż staje się ciężki,
    pozwól mi dzielić krzyż innej osoby;
    gdy jestem biedna, skieruj mnie do kogoś,
    kto jest w potrzebie;
    gdy nie mam czasu, daj mi kogoś,
    kogo mogłabym wesprzeć przez chwilę;
    gdy jestem upokorzona, spraw, bym miała
    kogoś, kogo mogłabym pochwalić;
    gdy jestem zniechęcona, przyślij mi kogoś,
    komu mogłabym dodać otuchy;
    gdy potrzebuję zrozumienia u innych,
    daj mi kogoś, kto czeka na moją wyrozumiałość;
    gdy potrzebuję, by ktoś zajął się mną,
    przyślij mi kogoś, kim ja mogłabym się zająć;
    gdy myślę tylko o sobie samej,
    zwróć moją uwagę na kogoś innego.
    Uczyń nas, Panie, godnymi służenia naszym braciom,
    którzy na całym świecie żyją i umierają
    biedni i wygłodniali.
    Daj im dzisiaj, posługując się naszymi rękoma,
    ich chleb powszedni.
    Daj im za pośrednictwem naszej wyrozumiałej miłości
    pokój i radość.
    /Matka Teresa z Kalkuty/

    by Małgorzata Chmielewska (noreply@blogger.com) at październik 15, 2014 02:49

    październik 14, 2014

    zapiski zgagi

    ,,A ty maszeruj, maszeruj…”

    Zaszła konieczność udania się po recepty do pierwszego kontaktu. Zarejestrowałam się więc już w czwartek, na poniedziałek, na trzynastą punkt.

    Jakiś czas temu zauważyłam, że nasze autobusy mają ,,na plecach” inną nazwę przewoźnika. Ale nie skojarzyłam, że w związku z tym i godziny kursowania uległy zmianie. I to dość konkretnej. W niedzielę wieczorem znalazłam na stronie gminy aktualny rozkład jazdy, i tu… No, tak! Nie mam jak na 13-tą dotrzeć! Albo będę dwie i pół godziny przed czasem, albo się spóźnię o ok. 30 minut. Tak czy siak d..a!

    Pięć po dwunastej wpadłam do szkoły z pytaniem, czy czasem ktoś z kadry nie kończy zajęć  po piątej lekcji i nie jedzie w stronę ośrodka. Niestety… – Złap okazję! – poradziła mi Hala. – Nie umiem! Jak widzę auto i powinnam machnąć, to mi jakoś ręka do tułowia przyrasta… – odparłam. – No, tak mam!

    Wyszłam na szosę, popatrzyłam w lewo i prawo. I o 12.13 ruszyłam żwawym marszem. Pogoda była w sam raz, nie za gorąco, nie za zimno, bez wiatru praktycznie, co u nas rzadko się zdarza. Buty miałam wygodne.

    Dystans 4,7 kilometra pokonałam w niezłym, jak na 60-latkę tempie – równe 40 minut! Nawet się specjalnie nie zasapałam, za to dotarłam dość mokra… I dosłownie za minutę weszłam do gabinetu. – Pani doktor! Proszę mi szybko zmierzyć ciśnienie i puls, bo nie wiem, czy jeszcze na pewno żyję… – zawołałam.

    Nie było źle. Ciśnienie 140/90, tętno 120. – Może pani jeszcze maszerować! – orzekła fachowa siła medyczna.

    Z mojej relacji  o wydarzeniu Małż wysnuł z gruntu fałszywy wniosek, że będę teraz z nim regularnie zasuwać po polach. Nic z tego! Lubię chodzić, w dodatku lubię dość szybkie tempo marszu. Ale wciąż ta sama trasa bezbrzeżnie mnie nudzi! W nowych miejscach natomiast mogę wędrować godzinami.

    ***

    Całe szczęście, że to na wczoraj mój ,,marsz po zdrowie” wypadł. Bo dziś lało od rana do siedemnastej ciurkiem! Przeszłam się tylko na godzinkę do szkoły, bo pani dyrektor zaprosiła na apel z okazji dzisiejszej.

    Trwającym wciąż na nauczycielskich posterunkach życzę dobrych dzieci! I mądrych rodziców!

    by Zgaga at październik 14, 2014 09:35

    Dzieciowo mi

    Magnetic, czyli zabawki kreatywne dla cierpliwych

    Z zabawkami to różnie bywa. Zanim pierwsze twoje dziecko przyjdzie na świat, obczajasz wszystkie pluszowe misie. Wybierasz oczywiście albo te super przytulaśne, albo super interaktywne. Tertium non datur. Potem inwestujesz w karuzelki. Mało. Dochodzą szeleszczące bajery, grzechotki i tego typu sprawy, a ty zwarta i gotowa możesz czekać na poród. Rodzisz, sprowadzasz w progi domu nowe pokolenie, a wraz z pokoleniem przygarniasz tonę kolejnych misiów, grzechotek i karuzelek. Nieśmiało kiełkuje w tobie podejrzenie, że podaż znacznie przewyższa popyt, ale póki co żyjesz.

    Jest niemowlę, jest dobrze, ale dziecko rośnie i przechodzisz na wyższy level. Zabawki ulegają powolnej miniaturyzacji, a ich ilość staje się odwrotnie proporcjonalna do rozmiarów. W końcu dochodzisz do etapu, że nie wpuszczasz za próg tych, którzy nieopatrznie się zdradzą, że niosą w darach puzzle (zwłaszcza te, które mają więcej niż 100 elementów), ofiarodawcom klocków Lego grozisz wydziedziczeniem, strzelasz za przemycenie mini-zabaweczek z jajek-niespodzianek (musisz potem pół dnia szukać jakiegoś cholerstwa) i profilaktycznie chowasz wszystkie małe resoraczki.

    Zabawki to temat newralgiczny i ryzykowny prawie jak szczepienia, he he. Od razu sobie powiedzmy, że wypierdzielenie połowy nie działa. Cholestwo odrasta w tempie ekspresowym. Groźba, że jak nie będą sprzątać, to też wypierdzielisz, też nie działa. Potomstwo rzuca się Rejtanem, wrzeszczy, że liberum veto, rozdziera szaty i pieluchy, ewentualnie próbuje metody na kotka ze Shreka. Ulegasz, kto by się oparł? Ulegasz i obrastasz dalej.

    Nie ma co walczyć, trzeba przyjąć na klatę i przeczekać. Trzeba się dostosować do zmieniających się warunków klimatycznych, żeby nie skończyć jak dinozaury. W ramach dostosowywania się powiem wam, co mi ostatnio w oczyska wpadło. W szpitalu dzięki jednemu z ojców odkryłam kapitalną zabawkę. To różnej długości patyczki wyposażone w magnesy i metalowe kulki różnej wielkości. Brzmi strasznie, gorzej niż klocki i puzzle z 1000 elementów razem wzięte, wiem, wiem. Ale ludzie, jak to wciąga! Genialna zabawka, niezwykle kreatywna! W miarę nabierania wprawy można z niej robić bajery. Pierworodna w szpitalu specjalizowała się w poziomie. Oto czterogłowy smok oraz smoczek popełniony przez koleżankę.

    magnetic3

    Zdjęcie być może nie oddaje piękna i potęgi imaginacji, proszę zatem, kolejna dawka:

    magnetic

    I kolejne z pierwszą nieśmiałą próbą pójścia w trzy wymiary w wykonaniu personelu na etacie matki. Później mi szło lepiej, zapewniam i zacięciem produkowałam ostrosłupy ;)

    magnetic2

    To to jeszcze pikuś, w miarę nabywania wprawy można produkować bajery.

    magnetic2

    Ojciec właścicielki układanki wymiatał. Tworzył ryby, auta i tego typu odjechane rzeczy. Zabawka nazywa się Magnetic i można ją kupić w różnych sklepach (widziałam też na allegro). Cena allegrowa zabójcza nie jest, między 31 a 45 zł. Jeśli szukacie prezentu dla kogoś, kto już wyszedł poza etap łykania małych elementów, ewentualnie wpychania ich do nosa (NIE DLA MALUCHÓW), jeśli przyjmiecie na klatę wiecznie spadające kulki i walające się wszędzie różnej długości patyczki, to zabawa może być fantastyczna. Gorąco polecam, młodzież siedziała – bez kitu! – bite kilka godzin (chyba ze trzy) i układała. Czad!

    by kruszyzna at październik 14, 2014 07:27

    moje waterloo

    1945

    Normalnie poszczuć Was cycem i od razu wymiękacie. Inna sprawa, że trudno się dziwić, bo cycki są fajne. Przy tym coraz więcej ślicznych modelek się pojawia - ja szczególnie lubię tę panią, która prezentuje nam Kleksika. Jest taka wesolutka i sympatyczna, że mam ochotę się do niej przytulić. Zresztą Ewa Michalak, jak widać na zdjęciach, ma modelki w naprawdę różnych rozmiarach, a także - uwaga - wieku. Ostatnio zauważyłam panią w MOIM wieku. Tak przynajmniej sądzę.
    Mam dziwne przeczucie, że to będzie jakiś nałóg.

    Ekspres pojechał do naprawy, a właściwie to pozwiedzał Śląsk, ponieważ okazało się, że serwis czynny do 16:00. Rozczulają mnie takie rzeczy. Kto otwiera punkty usługowe dla bezrobotnych? Najgorsze, że Prezes pracuje do 17:00. Zgaduj-zgadula, kto jutro kopnie się do Katowic i będzie smyczył tego grata w rękach? Pomstuję odrobinę, bo oczywiście z miejscami parkingowymi jest kłopot i nie wiadomo, jaką trasę będe musiała przebyć z kawiarką wtuloną w mymłon. To jest duża kawiarka. Poza tym ma same zalety. No i po dziesięciu latach miała prawo się zepsuć.

    W robocie nadal szaleństwo, a ja - chyba ze zmęczenia - znów się wychyliłam, nieboga. Po prostu nie mogę słuchać, jak Szef brnie, a nikt nie reaguje. Skunksy. Żaden się nie odezwie.
    - 52 - podsumował Szef, studiując swoje notatki.
    - 47 - nie zdzierżyłam po dłuższej chwili idealnej ciszy, bo mam swoje notatki i moje są lepsze.
    - Nieprawda! Mam notatki!
    - 47 - odpowiedziałam spokojnie. - 21, 18 i 8.
    - Marian, ile u ciebie? - Szef postanowił mnie zniszczyć.
    - Yyyyy... - odpowiedział Marian twórczo.
    - 21 - podbiłam. - U niego 21, Paweł ma 18. No i 8.
    - Nie macie pojęcia, co się tu w ogóle dzieje! - grzmiał Szef. - Niech ktoś natychmiast to policzy.
    - 47 - zabrzmiało z drugiego końca sali.
    - Mam tego dosyć! Gdzie jest tablica? Niech ktoś ustawi tablicę i wypisze na niej ile sztuk w każdym miejscu. Kupić tablicę i ustawić mi w sekretariacie! Kto się tym zajmie? - czujny wzrok Szefa obiegł salę. - Joanna!
    Moje ucho nietoperza odebrało mściwe chichoty.
    - Mamy tablicę - podrzucił naczelny - na korytarzu.

    Rzeczywiście stoi tam taka tablica do pisania mazakami. Wielka jak słoń. Gdy jest do czegoś potrzebna w konferencyjnej, to Szef ZAWSZE się o nią potyka. Przyciaga go niczym magnes. Jeśli ustawimy zawalidrogę w drugim końcu sali, on na pewno tam pójdzie tylko po to, żeby się potknąć. Przecież nie ustawię mu grzmota w sekretariacie, bo się zabije. Poza tym nie byłoby miejsca na oddychanie. Choć po spotkaniu ktoś zaproponował w kuluarach, żeby wstawić tablicę, gdy Szef już będzie w gabinecie. Znalazło się nawet paru ochotników, nie powiem.

    - Po co tu przyszłaś? - zapytał mnie uprzejmie pół godziny później w zupełnie innym miejscu.
    - Żeby powiedzieć, że tablicy tu nie wstawię - poinformowałam najspokojniej, jak umiałam.
    - Jak to: nie wstawisz?!
    - Nie wstawię, bo się pan potknie i zrobi sobie krzywdę. Jest za duża.
    - Wcale się nie potknę!
    - Nie wstawię. Jest pan chory i zmęczony, nieszczęście gotowe. Mowy nie ma. Zrobiłam grafik wielkości A4 i mogę panu przykleić na ścianie. Tablicy nie będzie.
    - Jesteś okropna i w ogóle mnie nie słuchasz - burczał.
    - Nieprawda - wywiodłam go do sekretariatu, a tam sekretarka, uprzedzona o potrzebach, wydłubała skądś niewielką tablicę korkową i ustawiła na kaloryferze. - No i proszę bardzo: tu przyczepimy grafik i wszystko jasne.
    Mruknął coś niezrozumiałego.
    - Bardzo ładnie wygląda - podsumowałam z zadowoleniem, przyglądając się dziełu. - Od dzisiaj będę pilnowała, żeby dane były aktualne. Codziennie. Koniec nieporozumień.
    - Dziękuję - dodał pod nosem.
    - Proszę bardzo, nie ma sprawy.

    Czasem bywa naprawdę nieznośny. Ale trzeba mu przyznać, że "dziękuję" umie powiedzieć. A ja wiem, że to tak naprawdę znaczy "miałaś rację". Dzięki temu jeszcze go nie zabiłam.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 14, 2014 08:14

    Domowa kuchnia Aniki

    Pierogi z ziemniakami i żółtym serem

    Pierogi z ziemniakami i żółtym serem





    Dziś przepis na smaczne pierogi, które może nieco przypominają ruskie, i smakują wcale nie gorzej. Warto spróbować! Takie pierogi robiło się w moim rodzinnym domu, więc i ja do nich czasami wracam, zwłaszcza jak zostaje mi kawałek żółtego sera po zapiekance lub pizzy. Wówczas wykorzystuję go do tych smacznych pierogów. Choć ostatnio kupiłam ser ekstra, bo mnie naszło właśnie na te pierożki:). Dziś dzielę się z Wami moim pomysłem na smaczny, sycący, niedrogi i prosty obiad.



    Składniki:


    Na ciasto:
    • 400 g mąki
    • 1 jajko
    • szczypta soli
    • niepełna szklanka ciepłej wody
    Na farsz:
    • 700 g ugotowanych ziemniaków
    • 250 g żółtego sera ( np gouda )
    • 1 duża cebula
    • sól
    • pieprz
    • olej
     Dodatkowo: cebula, olej, ewentualnie szczypiorek

    Sposób wykonania:
    • Przygotowujemy ciasto ( ja w robocie ): mąkę mieszamy z jajkiem i solą, a następnie dolewamy po trochę wody i zagniatamy ciasto. Odstawiamy na chwilę pod przykryciem ( będzie bardziej elastyczne )
    • Ziemniaki gotujemy w lekko osolonej wodzie. Po ugotowaniu odcedzamy i gorące zgniatamy praską do ziemniaków. Studzimy
    • Ser ścieramy na tarełku o drobnych oczkach
    • Obydwie cebule drobno siekamy, lekko oprószamy solą i smażymy na oleju na wolnym ogniu do ładnego zezłocenia
    • Ostudzone ziemniaki łączymy z serem, połową przygotowanej cebulki, pieprzem i ewentualnie solą. Wszystko razem mieszamy
    • Ciasto rozwałkowujemy ( ja zazwyczaj dziele sobie ciasto na 3 - 4 części i rozwałkowuję mniejsze kawałki )i za pomocą foremki wycinamy kółka. Na każde nakładamy  łyżeczkę farszu i zlepiamy
    • W garnku zagotowujemy wodę , którą delikatnie solimy. Na wrzątek wrzucamy partiami pierogi. Od wypłynięcia i ponownego zagotowania się wody gotujemy je ok 3 minut
    • Odcedzamy za pomocą łyżki cedzakowej i podajemy z pozostałą cebulką i ewentualnie posypane szczypiorkiem
     

      by Anika (noreply@blogger.com) at październik 14, 2014 06:28

      Bazarek Handmade

      różowe gwiazdki choinkowe

      duże szydełkowe gwiazdki
      wykonane z kordonka, średnica ok. 9 cm
      idealne na choinkę i jako zawieszki na okno lub na prezenty
      kolor różowy
      ozdobione drewnianym koralikiem w kolorze srebrnym

      komplet 6 sztuk


      10  zł + kp( 5 zł list polecony)
      kontakt wmalymdomku@gmail.com

      by Ania- w małym domku (noreply@blogger.com) at październik 14, 2014 06:23

      Szymaczek

      Blog do czytania

      Secret Service powrócił!

      Kiedy kultowa marka wraca na rynek po 13 latach niebytu dzięki crowdfundingowi, można być pewnym dwóch rzeczy. Premiera będzie sukcesem. A oczekiwania będą naprawdę wysokie. „Secret Service” to pismo mojej młodości. I to dość wczesnej, tej podstawówkowej. Nie byłem fanatykiem, nie pisałem do nich listów, nie żyłem pojawieniem się nowego numeru – ale zawsze przynajmniej zajrzałem do środka. […]

      by mrcichy at październik 14, 2014 03:55

      Tomaczek