Planeta Jadzi

marzec 06, 2015

Bazarek Handmade

szydełkowe kwiatuszki- nowe komplety

większy rozmiar 3,5-4 cm
wykonane z bawełny
do wianków i ozdób wielkanocnych
0

1

2

3


4
----------------------
kwiatuszki mniejsze, do 2-3 cm
wykonane z cienkiego kordonka
doskonałe do ozdoby kartek wielkanocnych
5

6

7

8


cena za zestaw 20 sztuk
10 zł +5 zł KP

kontakt wmalymdomku@gmail.com

by Ania w małym domku (noreply@blogger.com) at marzec 06, 2015 12:02

Zuzanka

Dzieciowo mi

Jeśli nie wiesz, co zrobić z pieniędzmi, to…

Ha! Chciałbym mieć ten problem – każdy pomyśli – nie wiedzieć, co zrobić z pieniędzmi. Piątek to najlepszy moment, by pospieszyć z

by Malwina Ferenz (Krusz.) at marzec 06, 2015 10:42

Smoking kills...

O KRZYWYCH PLECACH I NISKIEJ TEMPERATURZE

 

Żyję, żyję. Najbardziej podoba mi się teoria o schizofrenii / osobowości wielorakiej, nie ukrywam (i tak już ze sobą rozmawiam). Ale chyba już trochę za stara jestem na pierwsze objawy schizofrenii?… Chyba, że miałam przez te wszystkie lata postać bezobjawową. Ten pomysł z piecem też jest ciekawy, ale musiałabym się z nim MINĄĆ NA SCHODACH, a PIEC to chyba już NAWET JA bym zauważyła. Nawet bez szkieł!

No i muszę zrewidować poglądy na temat mojego ducha – myślałam, że to cicha, pragmatyczna Szpilmanowa, a to okazuje się bardziej taki Fantom z Opery. Romantyk i trochę histeryk. Tylko błagam, niech mi się nie manifestuje po nocach w pelerynie i masce i nie uczy mnie śpiewać.

Czy ja już wspominałam, że bardzo mi smakuje kasza jaglana? Zupełnie niedawno ją odkryłam i to przez pomyłkę, bo w rodzinnym domu się jadło raczej gryczaną i perłową, ale jakoś się kupiła w Biedronce i ugotowałam do gulaszu. Trochę mi przypomina polentę, ale jest lepsza, bo nie lubię kukurydzy (ciekawe, czy też by się dała ugotować na gęsto, a później zgrillować). Tymczasem (WTEM!) się okazuje, że kasza jaglana to jest sztandarowe pożywienie antywacków, eko zboków i ludności leczącej raka cieciorką pod kolanem. I teraz normalnie nie wiem, czy się w towarzystwie przyznawać, bo jeszcze mnie posądzą o pranie w orzechach albo co.

Wstaję rano, a tu dach biały, podjazd biały, samochód do skrobania, a w Madrycie jutro dwadzieścia dwa stopnie!… I weź się człowieku nie denerwuj, no. Na dodatek coś mi chrupnęło w plecach, jak się schylałam do kosza na śmieci i nie chce się odchrupnąć. Ostrzegam, że chodzę dziś krzywa i lekko wściekła.

 

by Barbarella at marzec 06, 2015 09:33

zycie na kreske

bonus poza numeracją

ostatecznie powstała inna wersja na koszulki w słusznej sprawie. KLIK!

by pani od rysunkow (noreply@blogger.com) at marzec 06, 2015 04:35

Kura pazurem

Babcia radzi

Mój Mężuś niedługo ma zabieg. Nic groźnego, ale wiadomo, człowiek się denerwuje, bo z naszą służbą zdrowia, jak jest, każdy wie. Na razie jesteśmy na etapie żartowania na ten temat, bo do wyznaczonego terminu jeszcze miesiąc.

Mężuś ostatnio wygadał się przed moją babcią, że będzie szedł do szpitala. I się zaczęło.

babciaBabcia ma prawie dziewięćdziesiąt lat (skończy w październiku), ale trzyma się całkiem, całkiem. Obecnie codziennie dzwoni i pyta, jak się czuje mój Mężuś (to jej pupilek). Potem każe mi go całować w nosek (a ja mam zaraz masę kosmatych skojarzeń, jakżeby inaczej). Ostatnio jednak zaczęła udzielać Mężusiowi instrukcji, jak należy zachować się w szpitalu. Bo kto jak kto, ale babcia ma doświadczenie.

I tak, jak już będzie po zabiegu, ma nie rozmawiać z innymi chłopami z sali. Bo to cwaniaki, wcześniej pewnie mieli zabiegi i będą się mądrować, żarty sobie robić i gadać głupoty. Mężuś powinien udawać zawsze, że śpi i nie wdawać się w dyskusje. A nie daj, Boże, żeby się śmiał! Od śmiechu można dostać zawału!

Mężuś oczywiście wszystkie rady skrzętnie notuje w głowie i domyślam się, że będzie się stosował, bo przecież te cenne rady przekazywane są w naszej rodzinie od pokoleń (?!). No, cóż. Może jakie pokolenia, takie rady.

Dwa dni temu babcia znów dzwoni i pyta o zdrowie Mężusia.

– Pamiętaj, żebyś ciepłe majtki zakładał! – nakazuje. – Masz?

– Mam, babciu – odpowiada Mężuś. Pomijam tutaj fakt, że ciepłe gacie nie mają żadnego, a to żadnego związku z operowanym miejscem, ale dla babci ciepłe majty to istne panaceum.

– Bo wiesz, jak nie masz, to ja ci wyślę. Kupiłam sobie, ale ci odstąpię. Takie fajne, cieplutkie.

Mężuś prawie się zadławił ze śmiechu, a ja oczyma wyobraźni zobaczyłam go w babcinych reformach. Piękny widok. Chyba poproszę jednak babcię, by Mężusiowi pożyczyła, bo to będą bezcenne wrażenia.

– A ty rosołek mu ugotuj i zanieś do szpitala – mówi do mnie. Szczegół, że Mężuś ma jednego dnia zgłosić się do szpitala, drugiego mu zrobią co trzeba, a trzeciego idzie do domu. To naprawdę nic poważnego.

Podejrzewam, że gdyby moja babcia mieszkała z nami, Mężuś byłby najlepiej odżywionym mężczyzną w okolicy. Ba! I jeszcze w najcieplejszych majtasach, jakie można sobie wyobrazić.

Niestety babcia niedługo będzie musiała się dowiedzieć, że Jajo też będzie miało zabieg. Co prawda, profesor ma podjąć decyzję w kwietniu, co z tym Jajem dalej, ale może ciepłe gatki też dostanie od prababci.

A ja zabieram się za przygotowywanie wielkich garów z rosołem. Bo rosołek dobry na wszystko!

Jakby kto miał jeszcze jakąś cenną radę dla Mężusia, to proszę się nie krępować. On wszystko dzielnie bierze na klatę.

by anna at marzec 06, 2015 03:24

marzec 05, 2015

Kurlandia

W Chełmie

Ciężko jest opisać słowami, jak bardzo martwiła mnie pięćset kilometrowa podróż do Mateuszka. Kilka dni przed wyjazdem biłam się z myślami, czy mam na to wszystko siłę. Siedem godzin jazdy z dwójką dzieci, z czego jedno ma problem z wysiedzeniem na czterech literach, a drugie ma nowy – niesprawdzony jeszcze pod względem funkcjonalności – fotelik samochodowy. Do tego ledwo wróciliśmy od mojej mamy, nie zdążyłam nacieszyć się domem oraz nawiezionymi ze strychu drobiazgami. Mati oraz Jacek mieli jednak na początku marca urodziny, więc nie mogło chłopców i mnie zabraknąć przy zdmuchiwaniu świeczek…

Podróż minęła przedziwnie szybko. Dobre drogi zrobili na wschód…Rozmowa z Mężem się kleiła, dzieci były nadzwyczajnie niedokuczliwe. Jakby opatrzność sprzyjała temu olbrzymiemu dla mnie wysiłkowi. Zajechaliśmy w porze obiadowej. Po chwili odpoczynku Jacek odebrał swoje dziecko wprost spod furtki. O postępach syna dowiedział się więc dopiero dzięki wizycie w szkole Mateusza.

Oj było powodów do dumy! Mati bardo dobrze się uczy, jest zrównoważony i spokojny. Uczęszcza na dodatkowe zajęcia z tańca, języka angielskiego, gry na fortepianie. Wypytywaliśmy chłopca o jego zainteresowania, taniec lubi. W piłkę nie gra, choć zbiera karty sportowe, wymarzonego psa nie ma, nawet chomika. „Nie ma czasu”.

Nigdy nie zapomnę, jak mnie to dziecko przywitało…Objęło mocno rękoma za uda i silnie przywarło. Byłam zaspana po poobiedniej drzemce i zaskoczona. Dobrze się czuję w roli Cioci, aczkolwiek przez cały pobyt wyśmiewaliśmy fakt, że jestem dla Mateusza „macochą”. Ha ha ha. „Maco-chooo” – nawoływał synek Jacka, śląc łobuzerski uśmiech. Mogę być nawet Pan Pikuś, byle dziecko mnie witało z takim entuzjazmem. Tego dzieciaka nie da się nie lubić, fajny chłopczyk. Z Michałem zgodnie się bawili, trochę wygłupiali, robiąc w domu raban. Nieduże mieszkanie w bloku tętniło życiem, Dziadkowie mieli istną szkołę przetrwania. Babcia szukała wytchnienia u sąsiadki. Ha ha ha.

Michał był głośny, jak zwykle. Do tego ruchliwy i gadatliwy. Nie wypełniał definicji grzecznego dziecka w taki sposób jak Mati. Wybity ze swojego rytmu dnia, oderwany od obowiązków oraz możliwości spożytkowania energii, Michałek pobudzał się. Małe pomieszczenie i dużo bodźców to nie środowisko do funkcjonowania dziecka nadreaktywnego. To jednak cena tego, byśmy chociaż przez kilka dni w roku mogli być w komplecie. Było warto, mimo wszystko.

Dostrzegłam, jak trudne jest nasze życie. Dzięki pomocy Dziadków, wyrwaliśmy się na dwie godziny na spacer bez dzieci i czuliśmy się wolni. Szymcio zadowolony był na kolankach u Dziadzia…

W Kurlandii nie ma tego luksusu, każda wyprawa – nawet do sklepu po bułki – to ogromne przedsięwzięcie logistyczne. Trzeba przygotować się na każdą ewentualność, szczególnie na wymioty dwulatka. A tu dreptaliśmy z Jackiem…noga za nogą. Trzymaliśmy się za dłonie. Pamiętam jego opowieści o tym jak marzył, by móc swoją żonę prowadzić za rękę na spacerze. Trochę w życiu musiało się wydarzyć, ale na reszcie trafiliśmy na siebie. A ja lubię ten drobny, czuły gest. Mam nadzieję, że dożyjemy później starości i będziemy się prowadzać pod rączkę po jesiennym parku…

Często słyszę pytanie, jakimi ludźmi są moi Teściowie. A ja odpowiadam przekornie pytaniem: „A jacy mają być, skoro wychowali dwóch synów na porządnych ludzi”? Dzięki nim Anka i ja mamy wspaniałych mężów. Teściowie mogą ze spokojem przyglądać się temu, że zarówno Krzysiek jak i Jacek czują się dobrze w swoich małżeństwach. Co innego dało by większe poczucie spełnienia rodzicowi, jeśli nie szczęście jego własnego dziecka?

Wędrówka po mieście mocno wyziębiła mój organizm. Ale warto było, bo Jacek wybrał sobie prezent urodzinowy. Mój Mąż stał się elegancki, znów się zakochałam. Ha ha ha. Co jakiś czas motyle spontanicznie zrywają się w brzuchu pomimo tego, że wiele lat jesteśmy z Jackiem parą. Cudownie jest odkrywać siebie na nowo. Coś zaiskrzyło, pojawiła się wzmożona chęć, by bardziej zatroszczyć się o naszą relację. Tuningowi poddałam również siebie. W mojej szafie zawisła rozkloszowana sukienka, czarna w drobne białe groszki. Wyszperałam też na wyprzedaży żakiet. Brakowało mu dwóch, skóropodobnych guzików, ale to przecież żaden problem. Urwałam z innego miejsca, gdzie były mniej potrzebne i zapełniłam widoczne ubytki. Na targu zgarnęłam ostatnią parę kozaków, przez co ich cena była znacznie obniżona. Buciki są śliczne. Czarne, z małą sprzączką i na niewysokim obcasiku.

Oczywiście euforia dość szybko zamieniła się w ogromne poczucie winy. Pojawiły się natarczywe myśli, czy przypadkiem nie poszalałam za bardzo. Cały czas brakuje nam trzech kaloryferów, ościeżnicy…Odgoniłam się od dokuczliwych głosów w głowie, niczym od namolnej muchy i dałam sobie prawo do tego, żeby nie chodzić w mocno spranych już ciuchach. Potem poszło już lawinowo, będę robić sobie pazurki i zafunduję pilling kawowy. Nasz ekspres produkuje cudowny kosmetyk. Ha ha ha. Za kilka dni będę gotowa do przywitania wiosny. Jeden gest zrobiony z myślą o sobie, naładował mnie energią. Chociaż w moim charakterze leży dbanie o wszystkich, tylko nie o siebie, to jednak powinnam czasem postawić swoje potrzeby na pierwszym miejscu i to bez wyrzutów sumienia. Może się kiedyś tego nauczę.

Czas płynął dość szybko. Zdążyłam wpaść na kawę do sąsiadki i poznać jej dzieciaki. Ładne diablęta, trzeba przyznać. Ojciec obcokrajowiec sprezentował im w genach ciemne źrenice i loczki na głowie. Jacek do swojej Chrzestnej pojechał sam w czasie, gdy Mateusz miał zajęcia z muzyki. Ciocia Zosia jest ciepłą osobą, bardzo rozsądnie wypowiada się na różne tematy. Tym razem zrezygnowałam z wyciągania Szymka na mroźny wiatr. Musi nabrać odporności po chorobie i ząbkowaniu, więc Ciocię odwiedzę przy następnej okazji. W komplecie pojechaliśmy na wycieczkę na wieś…

Nasi synowie oglądali krowy w oborze. Szymonek miał okazję poznać różnicę między maminym „mu”, a krowim, donośnym „muuuuu”. Ha ha ha.

Gospodarze sprezentowali nam świeże mleko. Jako dziecko chodziłam po ciepłe jeszcze mleko i nalewałam ciecz w specjalną bańkę. Tego smaku, lekko słodkawego i śmietanowego, nie zapomina się. W gospodarstwie Mirka były też dwa małe cielaczki i ozdobne gołębie. Największą atrakcją była jednak klacz. Mądre stworzenie muskało nas po twarzach zamszowym pyskiem, domagając się marchewki. Szymon też załapał się na koński całus…

…Mati wyraźnie bał się zwierzęcia, choć ciekawość była silniejsza. Fajny koń, byle by metr dwadzieścia dalej. Potem jednak zwierzę oswoiło sobie dziecko.

A Michał? Najchętniej wcisnął by w zwierzaka całe siano w stajni i wszystkie warzywa. Dostał jednak komunikat, z którym musiał się pogodzić: każdy z braci po równo.

Nie zazdroszczę rolnikom. Praca od świtu do nocy, siedem dni w tygodniu. Szczerze szanuję jednak wielopokoleniowe rodziny oraz życie w zgodzie z naturą. Z chęcią spędziłabym latem na wsi kilka dni. Jest szansa, że moje dzieci nie będą malowały w przedszkolu fioletowych krów. Aaaa, bo zapomniałam się pochwalić. Michał idzie od września do pierwszej klasy, a Szymcio do przedszkola – na początek na dwie, trzy godziny. Dzięki temu grupa integracyjna przetrwa.

Drugiego marca Babcia Stasia zrobiła sernik na zimno z dziewięcioma świeczkami. Odśpiewaliśmy Mateuszowi „sto lat” wraz ze wszystkimi towarzyszącymi przyśpiewkami. Dziecko dostało karty kolekcjonerskie. Ale była radość, gdy w zestawach pojawiały się rzadkie egzemplarze! Za moich czasów zbierało się karteczki z kolorowych notesików. A potem chłopcy przywarli do konsoli, co powodowało, że cierpła mi skóra. Odrywałam ich od monitora zabawami kreatywnymi. W ruch poszła więc ciastolina oraz zestaw planetarny, który świecił w ciemności.

Zamek z rycerzami i smokami też zajął synów na dłuższy czas. Mateusz dbał o to, by Nelka zamieniała się w latającą poczwarę. Biedna mała…Ha ha ha. Uciekała od dzieci w najciemniejszy kąt.

Cieszyłam się z powrotu do domu. Nigdzie nie jest mi lepiej. Jacek też stęsknił się za naszą kawą z ekspresu i wygodną kanapą. Postanowiliśmy wcześniej zrobić ponad stukilometrowy łuk i odwiedziliśmy przyjaciół. Michał zgodnie bawił się z Ulą. Boki zrywaliśmy, gdy udawali męża i żonę. „Trzecie, jest trzecie! – krzyczeli szczęśliwi rodzice, gdy na świat przyszła kolejna lalka czy miś. Podejrzałam też, że poród odbierał nasz syn, nacinając brzuch kredką. Zdaje się, cesarskie cięcie. Ha ha ha. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby Ula została kiedyś moją synową. To mądre i uczuciowe dziecko.

Maria i Tomek są świetnymi ludźmi. Gospodarz naszykował nam dwa pudła przetworów, dzięki czemu spiżarnia wypełniła się domowymi ogórkami, burakami i sokiem z malin. Ten sok to bezcenny podarunek. Wystarczy przeczytać etykietę sklepowych syropów, by docenić gest Marii i jej Męża. Ja zrewanżowałam się serwując kanapki, dla dzieci w kształcie kota, robiąc oponki i smaczny obiad. Gospodyni chętnie pomagała w przygotowaniach i podpatrywała, jak wygląda Iga w swoim żywiole. Zapowiedziałam, że przy dłuższym pobycie mogę obiady gotować, by odciążyć Przyjaciółkę, ale do swojej kuchni Marysi nie wpuszczę. Jacek bywa zdruzgotany, gdy na stole pojawiają się smaki, które nie powstają spod mojej ręki. Ha ha ha.

Na Podkarpaciu spadł śnieg, a mi jeżył się włos na głowie na myśl o długiej podróży. Szczęśliwie zimowy puch zdążył stopnieć, zanim zdążyłam udusić uda z kurczaka w sosie ziołowo – cebulowym. Zrobiłam miękkie mięso i pyszny, gęsty sos bez odrobimy mąki. Przed jazdą miałam jednak żołądek ściśnięty w pętlę, więc podzióbałam ziemniaki zostawione na talerzu przez Michała. W domu było czternaście stopni, ale dla mnie i tak nie ma milszego miejsca na ziemi…

***

 

by Iga at marzec 05, 2015 08:34

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

Nie wystawiaj się na działalność przestępczą i sprawdź dokąd idziesz

Oprócz nauki do obrony licencjatu, która coraz bliżej, czasem słyszę różne ciekawe historie mieszkańców z Potrzebnej. Ostatnio mamy dwóch typowych łazików, to znaczy uważają Potrzebną za taką lepszą noclegownię z ambulatorium (trochę jak model szwajcarski). Jeden z nich wychodząc ze szpitala otrzymał w wypisie następujące wskazania: „Nie wystawiać się na działalność przestępczą osób trzecich”. Bo […]

by siostra at marzec 05, 2015 08:26

Zapiski dojrzalej kobiety

Dobrze idzie;).

Spytał mnie raz przy kawie pewien człek ciekawy,
co znaczy, kiedy drogę czarny kot przebiega;
bo on w takim przypadku ma pewne obawy,
podobnie – jego babka, ciotka i kolega.

Ja na to odpowiedzieć potrafię i mogę;
ta wiadomość zapewne i innych ucieszy:
Otóż, kiedy kot czarny przebiega wam drogę,
to z pewnością oznacza, że gdzieś mu się spieszy.
(Autor: Franciszek Jan Klimek).

Dzisiaj koty nikomu drogi nie przebiegały, bo nawiedził je koci Morfeusz.
Felek już nie siedzi bez przerwy w kanapie ślubnego a rozkłada się na mojej sofie.
Dzisiejszą noc kot przespał z nami, to znaczy ze mną i z Vicią.
Co prawda on się ułożył w okolicy moich nóg a Vicia śpi zawsze na poduszce obok mojej twarzy, ale jednak spał na jednym posłaniu z Vicią.
Brawo dla Vici, ze go Felka nie ofukała;). 
Dzisiaj też odbyło się obcinanie pazurów.
Z jego zachowania wynikało, ze to pierwszy zabieg w jego życiu.
Przy pierwszej łapce myślałam, ze nie dam sobie z tym rady, przy następnych kot zrozumiał, że nikt nie chcę mu zrobić krzywdy i się trochę uspokoił.

A Vicia swoje drzemki uskutecznia tradycyjnie na biurku.
 Pod biurkiem jest kaloryfer, przez otwory wywiercone w blacie biurka leci ciepłe powietrze, więc jest to idealna miejscówka dla kota piecucha;).

 

Koty nie używają wobec siebie przemocy, nie kładą sobie po pyskach, ale obchodzą się jak śmierdzące jajo.
Jednak trzeba przyznać, ze z dnia na dzień bliżej siebie podchodzą i się obwąchują.

Żeby nie było , ze narzekam - nic z tego, nie mam do tego powodu, bo Felek jest naprawdę miłym, grzecznym i łagodnym kotem.
Dużo się musi jeszcze nauczyć, ale charakter ma dobry i wygląda na to, że będzie z niego wielki pieszczoch.

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at marzec 05, 2015 07:46

Niezbyt boska ja

Kochaj wystarczająco dobrze - Agnieszka Jucewicz i Grzegorz Sroczyński

W któryś z ostatnich Wysokich Obcasów wyczytałam, że taka książka powstała, a że tytuł zachęcał, gdyż, w przeciwieństwie do większości poradników nie zachęcał JAK KOCHAĆ NAJLEPIEJ WE WSZECHŚWIECIE, postanowiłam dać jej szansę. 

W komplecie przetestowałam też dostawę przesyłki do kiosku Ruchu. Działa :)

Książka jest fajnie napisana - są to rozmowy z psychologami i terapeutami podzielone na kilka sekcji. Czyta się to jak wywiad, a nie jak typowy poradnik: we wtorki rób to, a trzy razy w tygodniu tamto. I nie ma wymuszania: jeśli nie plumkacie od rana do nocy w białych powiewnych ubrankach i nie całujecie się jak w reklamach, to już koniec, natychmiast się rozwiedźcie. 

O wielu ciekawych rzeczach można sobie poczytać, o niektórych się niby wie, a niektóre były dość zaskakujące. 

Generalnie rzecz ciekawa i pouczająca, można coś dla siebie wyciągnąć. 

I wydana ładnie.

Fajnie, że chociaż czasem ktoś mówi, że nie wszystko w życiu musi zawsze być na piątkę :)

by boskajana@NOSPAM.gazeta.pl at marzec 05, 2015 06:55

Kurlandia

Maminkowo

Powiem Wam, że rozbroił mnie wpis autorki bloga Maminkowo…


http://maminkowo.blog.onet.pl/2015/03/05/o-szczesliwej-kobiecie/

Wielkie Bóg zapłać!

***

by Iga at marzec 05, 2015 05:58

Matka jest tylko jedna

Jak zrobić kotlet schabowy z ziemniakami i surówką

 

 

Zrobienie obiadu to wielkie wyzwanie. Szczególnie przy hasającym, rozbrykanym, posiadającym zawsze odmienne zdanie niż mamusia, dziecku. Ale niektóre rzeczy można sobie ułatwić. I ja dziś znalazłam takie ułatwienie. Postanowiłam się nim podzielić, bo przecież nie każda matka wie, jak zrobić tak skomplikowane danie jak kotlet schabowy z ziemniakami i surówką. Zacznijmy więc od składników.

Potrzebne wam będą z pewnością sól i pieprz. To jest ten moment, kiedy robisz surówkę i obierasz ziemniaki.

 

download (26)

 

Soda oczyszczona i doniczka tez się przydadzą. Lepiej nie kroić mięsa przy dziecku, więc możesz dorzucić mu też łyżkę i kubeczek.

 

download (31)

 

Nie zapomnijmy o konewce [ale nie napełniajcie jej do pełna wodą, bo nie odcedzicie ziemniaków na czas!].

 

download (28)

 

Przydadzą się też nasiona. Warto być skupionym podczas doprawiania obiadu:

 

download (27)

I trochę ziemi do palm, którą Chłop ostatnio mnie obdarował zamiast ziemi uniwersalnej. To jest moment, kiedy rzucasz kotlety na patelnię, więc zadbaj o to, żeby ziemi było sporo.

 

download (30)

 

A teraz zamknij oczy i staraj się nie myśleć, co się dzieje tam, gdzie twoje dziecko jest zajęte na przynajmniej 40 minut. Przynajmniej nie musisz się martwić, że wleci ci zaraz pod nogi albo chwyci rozgrzaną patelnię.

 

download (29)

 

Swoje schabowe z ziemniakami  i surówką rób jak zwykle :)

 

 

PS. Dla miękkości kotletów przyda się też proszek do pieczenia, majeranek i odrobina kawy. To dodatkowe 10 minut, jeśli kotlety nie chcą się dobrze rozbić!

 

 

617 wszystkich wizyt, 602 wizyt dzis

Post Jak zrobić kotlet schabowy z ziemniakami i surówką pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at marzec 05, 2015 05:16

am mniam

Pyszna wege grochówka z warzywami

Kocham zupy. Szczególnie te gęste, z dużą ilością warzyw. Mogę jeść je na obiad, kolację, a nawet śniadanie. To danie idealne –  zdrowe, sycące i proste do przygotowania. Grochóweczka – to ostatnio moja obsesja i gotuję ją przynajmniej dwa razy w tygodniu. Jest przepyszna. To ulubiona zupa mojej Karoliny, która wcina ją samodzielnie z wielkim... More

by Magda at marzec 05, 2015 04:36

Kraina filcu

Już jutro ostatni dzień promocji - 20% zniżki na filc 1 mm!!!

Już jutro ostatni dzień promocji!!! W piątek przygotowaliśmy dla Was 20% zniżki na filc 1 mm!!!

Przypominamy, że aby skorzystać z promocji musicie złożyć zamówienie na stronie www.krainafilcu.pl i na adres: krainafilcu@wp.pl wysłać maila z numerem zamówienia oraz hasłem "dzień kobiet".

Promocja obowiązuje również w naszych sklepach stacjonarnych po podaniu hasła dla sprzedawcy.

by kraina filcu (noreply@blogger.com) at marzec 05, 2015 03:35

Dzieciowo mi

Matki – frustratki

„Ostatnio to ciągle słyszę, jak rodzicielstwo męczy, i już mam tego dość” – napisał kiedyś w komentarzu jeden z ojców. W pierwszym

by Malwina Ferenz (Krusz.) at marzec 05, 2015 01:11

Kurlandia

Już w domu!

Kochamy nasz domek! Strasznie się stęskniłam. Nawet Jacek poczuł szczęście, rozsiadając się na ulubionym narożniku i pijąc kawę z ekspresu. Wieczorkiem postaram się podzielić wrażeniami z wyjazdu.

***

by Iga at marzec 05, 2015 07:45

Slow Day Long

Kilka ważnych rzeczy, o których opowiem Ali, zanim założę jej konto na Facebooku

Jakiś miesiąc temu odezwał się do mnie mój stary kumpel. Nie widziałem go dobre 10 lat. Choć nigdy nie byliśmy przyjaciółmi, to swego czasu widywaliśmy się w prawie każdy weekend. Wtedy sporo imprezowałem. To były szalone czasy! Po wielu latach milczenia Michał dał znak życia zapraszając mnie do grona znajomych na Facebooku. I wiecie co? Nie przyjąłem go. Co więcej zablokowałem możliwość, abym ponownie otrzymał od niego zaproszenie w przyszłości.

Michała ostatni raz widziałem na swoje urodziny. Bodajże dwudzieste piąte, albo szóste. Dokładnie nie pamiętam. Dwa tygodnie później dowiedziałem się, że wyjechał do Anglii. Z dnia na dzień, ot tak po prostu. Nie pożegnał się, nie powiedział nawet cześć. Czy było mi przykro? Wówczas nawet bardzo. Życie toczyło się jednak dalej, ale ja przez wiele lat nie zapomniałem o starym kumplu.

Kiedy na ekranie komputera zobaczyłem wyskakujące zaproszenie, to w pierwszej chwili poczułem narastającą złość. Ta przeszła mi bardzo szybko, zamieniając się w potok myśli i lawinę refleksji. Było to niczym pewien impuls do działania. W sumie, to powinienem mu teraz podziękować, bo gdyby nie on, to pewnie dzisiejszy tekst w ogóle by nie powstał.

Jeszcze tego samego wieczoru wszedłem na swoje „fejsbukowe” konto i przyjrzałem się, kogo tak naprawdę mam w swoich znajomych. I wiecie, co w tym wszystkim było przerażające? Że mniej więcej o 50 osobach pośród nich nie potrafiłem powiedzieć nic oprócz tego, że są moimi wirtualnymi ziomkami. Co gorsza, to około 30 osób nie potrafiłem w żaden sposób zidentyfikować. Próbowałem przypomnieć sobie w jakich okolicznościach stali się moimi znajomymi, kim są, co robią, albo kiedy ostatnio ich widziałem? W żaden sposób nie potrafiłem odpowiedzieć na te pytania.

Tego wieczoru usunąłem z listy ponad 80 osób. Pośród nich były takie, które wiele lat temu spotkałem raz, albo dwa w swoim życiu, aby chwilę potem, z automatu, wysłać zaproszenie. Takie to były czasy. Do znajomych zapraszało się każdego. Na drugi odstrzał poszli ci, z którymi z różnych powodów nigdy więcej nie chcę mieć nic wspólnego. Na końcu usunąłem tych, którzy czymś mi tam kiedyś w życiu podpadli i prawdę powiedziawszy miałem ich pośród swoich znajomych przez czystą grzeczność i „fejsbukowe zasiedzenie”.

Następnego dnia zrobiłem drugi przesiew wyrzucając kolejne dwadzieścia osób. A wieczorem jeszcze z dziesięć. Z jednej strony poczułem satysfakcję, że zrobiłem porządki i teraz mam już „czysto”. Z drugiej ogarnęło mnie lekkie przerażenie. W sumie obcy mi ludzie mieli dostęp do moich danych, zdjęć, informacji nieraz bardzo prywatnych, które mimochodem wrzucałem sobie na „fesjbunia”. Czasami dla frajdy, lub po prostu z nudy, albo żeby z czysto egoistycznych i prymitywnych pobudek pochwalić się światu tym i owym.

Tego wieczoru usunąłem z listy ponad 80 osób. Pośród nich były takie, które wiele lat temu spotkałem raz, albo dwa w swoim życiu, aby chwilę potem, z automatu, wysłać sobie zaproszenie. Takie to były czasy. Do znajomych zapraszało się każdego. Na drugi odstrzał poszli ci, z którymi z różnych powodów nigdy więcej nie chcę mieć nic wspólnego. Na końcu usunąłem tych, którzy czymś mi tam kiedyś w życiu podpadli i prawdę powiedziawszy miałem ich pośród swoich znajomych przez czystą grzeczność i „fejsbukowe zasiedzenie”.

Bo wyobraź sobie taką sytuację. Idziesz sobie ulicą i nagle spotykasz jakąś osobę. Wydaje ci się sympatyczna, dobrze wam się rozmawia. Nie mija dziesięć minut, a Ty dajesz jej adres swojego mieszkania, informacje gdzie pracujesz, co lubisz, jak spędzasz wolny czas. Kogo lubisz, czego słuchasz i jaki film oglądałeś w zeszłym tygodniu. Jeszcze wczoraj nieznana Ci osoba już dziś wie o Tobie wszystko. Co więcej, bez Twojej wiedzy może w każdej chwili odwiedzić Cię, aby sprawdzić co u Ciebie słychać, pooglądać fotki z wakacji, albo urodzin Twojego dziecka. W jaki sposób? Bo dałeś jej „klucz” do swojego mieszkania.

Tym razem nie chodzi mi o moich facebookowych znajomych, ale o aplikacje podłączone do mojego konta, którymi zająłem się w drugiej kolejności. Usunąłem ich ponad pięćdziesiąt! Każda z nich zbiera informacje o Tobie. Po co? Aby nimi handlować. Niby dlaczego Mark Zuckerberg, czyli prezes Facebooka, podczas swojej wizyty w Warszawie został z honorami przyjęty w Pałacu Prezydenckim? Bo Facebook, to taka wspaniała firma, a Pan Prezydent ma tam konto i chciał poznać słynnego Marka? Czy może po to, aby gromadzone o nas dane były udostępniane służbom wywiadowczym, w celu zagwarantowania bezpieczeństwa naszego kraju? Jak to było w Hamlecie, „Reszta jest milczeniem.”

Nie wiem, czy zwróciłeś uwagę, że kiedy logujesz się do jakiejś strony, czy aplikacji i masz możliwość połączenia się z nią przez Facebooka, to ta prosi Cię o wyrażenie zgody na dostęp do danych Twoich i Twoich znajomych, to jest adresów e-mail, telefonów, zdjęć itd. A nowy regulamin. Czytałeś? Facebook ma prawo wejść na Twój komputer i sprawdzić co na nim przechowujesz. Jeśli są to nielegalne dane i informacje, odpowiednie służby mogą skontaktować się z Tobą w celu ich zabezpieczenia. Facebook może kopiować Twoje hasła, dane, numery rachunków bankowych, zdjęcia. Generalnie może zrobić wszystko. Nie musi tego zrobić, ale może. Nie przesadzam.

I wiecie co? Ja nie mam w sumie nic przeciwko temu, bo nie mam specjalnie nic do ukrycia. Rozumiem, że czasy w jakich żyjemy wymagają tego, aby w celu zagwarantowania bezpieczeństwa naszego kraju takie informacje były zbierane i przechowywane. Natomiast nie podoba mi się, że dane o mnie zbierane są do celów komercyjnych. Co więcej, wielu z nas „wpuszcza” do siebie szereg różnego rodzaju aplikacji zupełnie nieświadomie, dając im prawo do handlowania nimi. Generalna zasada brzmi, że jeśli coś jest za darmo, to tak naprawdę za darmo w ogóle nie jest. Instalujesz sobie program na smartfonie, a on Ci mówi, że jasne, proszę bardzo, bierz mnie, ale w zamian udostępniasz dane o sobie, bo inaczej sorka, ale nie da rady.

Nie wiem, czy zauważyliście, ale jeśli w Google (które też jest za darmo) szukacie czegoś np. informacji o hotelu w Wąchocku, to po chwili na Facebooku zaczynają Wam wyskakiwać reklamy z hotelami w tym mieście. Niby ma być to ułatwienie, ale przecież ktoś na tym zarabia. Idźmy dalej. Piszesz na komunikatorze wiadomość do koleżanki, że szukasz dajmy na to kołdry dla dziecka, to po chwili reklama kołder pojawia się w oknie Facebooka, zachęcając Cię do ich zakupu. Sam przeżyłem taką sytuację, więc nie jest to żadna fikcja. Za to Kamila jakiś czas temu zszokowała się, gdy po wykonaniu jednego telefonu do pewnej osoby, Facebook po chwili wyświetlił jej sugestie, że może zechce ją dodać do swoich znajomych. Po jednym telefonie!

Nie namawiam Was do likwidowania kont na Facebooku, ani do nie korzystania z różnego rodzaju aplikacji. Sam to robię i robić będę, godząc się na pozbycie się pewnego zakresu prywatności, którą oddaję w zamian. Mam jednak świadomość, z czym się to je i czym to grozi. Idąc dalej. Już od dawna nie dodaję z automatu zaproszeń od nieznajomych, a nawet dopiero co poznane osoby wrzucam na „listę oczekujących”. No bo jeśli kogoś poznaję i nawet wydaje się dosyć sympatyczny, a znam go od dnia lub tygodnia, to niby z jakiej paki mam mu pokazywać swój prywatny świat, zdjęcia, udostępniać informacje o mnie i mojej rodzinie? Przecież nie wiem kim jest. Również dobrze może być terrorystą, planującym atak na metro w Warszawie. Albo członkiem sekty, która werbuje innych do wejścia w jej struktury. I nie przesadzam!

Jestem z lekka przerażony z jaką łatwością nastolatki i dzieci udostępniają wiedzę o sobie nieznajomym osobom. Nasza koleżanka musiała przedsięwziąć niezwykle restrykcyjne kroki wobec swoje niespełna piętnastoletniej córki, kiedy zupełnie przypadkiem zobaczyła jej konto na Facebooku. Wyglądało bardzo niewinnie. Parę zdjęć z koleżankami, na nich „dziubki” i „selfie” robione z komórek. Dalej galeria zdjęć z piżama party, na których ona i jej psiapsiółki paradują w samej bieliźnie. W czym problem? Przecież to „niewinne” zabawy gówniarzerii!

Rzecz w tym, że córka miała na Facebooku ponad 3000 znajomych. Jak się domyślasz o zdecydowanej większości z nich nie potrafiła powiedzieć nic oprócz tego, że kiedyś wysłali jej zaproszenie do znajomych. Zapomniałem dodać, że córa znajomej jest bardzo ładna. I niestety jeszcze trochę głupiutka i naiwna. Zaimponowało jej to, że tyle osób chce mieć z nią kontakt.

Potem przyznała się, że w szkole istnieje istna rywalizacja, kto będzie miał więcej znajomych na „fejsie”. Słynne „udost za udost”, to już klasyk. W hierarchii klasowej i towarzyskiej jedynie liczą się znajomi, udostępnienia, lajki i polubienia. W szkole najbardziej popularne są te osoby, które mają najwięcej znajomych w wirtualnym świecie. To te właśnie one mają największe poważanie i autorytet. Wybaczcie, ale dla mnie to nic innego jak istna patologia.

Bo w dzisiejszych czasach nastolatki nie chcą zostać lekarzami, prawnikami, czy też nawet tym przysłowiowym strażakiem. Chcą być znani, lubiani, popularni i rozpoznawalni. Chcą być blogerami, pozować na ściankach, bywać na „salunach”. Bycie celebrytą imponuje im najbardziej. Bycie znanym zaczyna być celem samym w sobie. Ale nie znanym, bo zrobiło się coś wartościowego, pożytecznego, co ktoś zauważy. Bycie dla bycia. Sława dla sławy.

Czy pozwolę kiedyś, aby Alicja założyła sobie konto na Facebooku? Myślę, że tak. Najpierw jednak przeprowadzę z nią rozmowę i poinformuję z czym się to wiąże. Jakie są tego zalety, ale i zagrożenia. Niech sama zadecyduje. Zapewne nie zrobię tego szybko. Nie chce być jednym z tych rodziców, którzy kupują swojej latorośli nową lans komórkę, tablet lub komputer, nie mając zupełnie kontroli nad tym i wiedzy o tym, czy jego dziecko wie jak się nią posługiwać. I nie mam na myśli aspektów technicznych, bo najpewniej dziecko będzie potrafiło obsługiwać ów sprzęt znacznie lepiej, niż jego rodzic.

Będąc w temacie, dla myślących i interesujących się swoimi dziećmi rodziców (choć w sumie to każdemu z Was), polecam film „Disconnect„, który niedawno oglądaliśmy  z Kamilą. Na początku niespecjalnie mi się podobał. Rozkręca się po około 30 minutach, przeradzając się w mało zabawną historię opowiadającą o dzisiejszym świecie opanowanym przez internet. Świetne kino!

O czym opowiada? Otóż o tym, że byt łatwo wyzbywamy się naszej prywatności. Ekshibicjonizm jest w modzie. Wielu z nas pokazuje w internecie wszystko i każdemu. Zapominamy o tym, że chociaż fajnie jest korzystać z dobrodziejstw dzisiejszej techniki, to należy to robić z głową i umiarem.

Bo oczywiście wszystko jest dla ludzi, ale dla ludzi myślących. A nie ślepo wierzących w bezinteresowne zamiary twórców nowych gadżetów i rozwiązań, które są fajne, piękne, ładne i „za darmo”. Ale przecież nic i nigdy nie jest za darmo. Cenę trzeba zapłacić zawsze. Prędzej, czy później.

Pytanie brzmi jak, kiedy i czym?

by Damian at marzec 05, 2015 06:12

zycie na kreske

marzec 04, 2015

zapiski zgagi

Fuks

Strona, z której ściągam sobie książki, co jakiś czas jest zamykana. Za każdym razem wygląda to tak, że już na zawsze…

Jednak, gdy kończą mi się ostatnio pobrane lektury, stronka ożywa! Tak było już kilkakrotnie. I teraz też. Właśnie dziś Małż mi oznajmił, że można pogrzebać. A kończyłam akurat przedostatnią pozycję.

Pobieramy jednorazowo 10-12 książek. To moja  porcja na dwa tygodnie, może ciut więcej, gdy czas na czytanie bardziej ograniczony. Przeciętnie jakieś trzy dni później strona się zamyka. I tak w kółko!

W odwodzie wciąż inna strona, ale jeszcze dotąd  nie musiałam z niej korzystać. I oby tak zostało…

***

W ogródku prawie wiosna! Oprócz przebiśniegów kwitną pierwiosnki, kalina, dwa żółte krokusy. I ciemiernik już niemal … Dziś wprawdzie śnieg lekko postraszył, ale po godzinie nie było już  po nim śladu.

Ptaszki tylko nadal iście zimowy apetyt prezentują. Oprócz bogatek i modraszek odwiedza mnie regularnie  jedna szarytka (sikorka uboga) i jedna kapturka! Do tego dwie sójki i  bardzo agresywna sroka.  Od dwóch dni wyraźnie słychać w górze skowronka…

***

Małż jest wielkim miłośnikiem krupniku. Zupy, nie alkoholu. Gotuję mu średnio raz na dwa tygodnie wielki gar. Dziś po raz pierwszy z pęczakiem.  Do tej pory zawsze z drobną  kaszą jęczmienną.  Ależ cmokał z zachwytu! Jeśli zupa jest jedynym daniem obiadowym, musi być taka, że  w niej ,,łyżka stoi”! I z dużą ilością mięska… Dziś dwa udka kurzęce i jedno indycze zaspokoiły ową potrzebę.

Osobiście za krupnikiem żadnym  nie przepadam, alkoholowym także. Więc najbliższe trzy dni opędzę indywidualnymi daniami… Mam zapas brokułów, papryki, pyrek, dam radę!

by Zgaga at marzec 04, 2015 11:27

Skorpion w rosole

(166) Leczenie impotencji francuską hydroterapią

    Zauważyłam, że Skorpionowi ostatnio urosło kilku członków. W samą porę, moje miłe Panie - Egzemo, Kalino, Klaudio, w samą porę, bowiem, wstyd przyznać, jestem ostatnio impotentem twórczym.

A nic tak dobrze nie robi na impotencję, prócz członków, rzecz jasna, jak wizyta w kolejnym urzędzie.

     Zdarłam więc z twarzy woal pajęczyn, wyrzuciłam z buta gniazdo myszy i odryglowawszy pierwsze drzwi, a zrywając skobel z drugich, czując powiew wiatru na kędziorach w nogawkach, udałam się ruchem posuwistym,  wręcz powłóczystym w świat. I tak oto, zostawiając za sobą domową strzechę z gniazdem wróbli pod powałą, świat rozwarł się szeroko przede mną otworem. Wyczuwając smród spalin, bez pudła poznałam, którym dokładnie. Do centrum wielkiego miasta z wielkimi budynkami i wielką kupą ze szkła i stali,  dotarłam, przepłynąwszy nurt Warty. Mostem, co prawda. 
 
   Budynek urzędu, który był tego dnia moją Mekką, zawala swą posępnością kilkanaście metrów przylegającego, upstrzonego tu i ówdzie psim moczem, chodnika, który łączy go posępnie szarą wstęgą z zakładem pogrzebowym. W zasadzie powinni zawiązać sobie wzajemnie jakiś krawat triumwiratu i oferować wzajemnie kwiecie zniżek dla ludności z racji wspólnej gałęzi, na której socjologicznie wiszą. W kolejności dowolnej.
 Będąc jeszcze po tej stronie zasłonki, po której potrzeba ciała, choćby do wstawiennictwa, ślepy na marniutki widok, jaki przedstawiała moja soma, los, chciał, by dostarczyć ją na poddasze gmachu, będące trzecim i ostatnim piętrem posesji. Jako, że przypełzłam spóźniona o circa półtorej minuty, nie dałam ciału się wysapać i takie sapiące i dzikie wprowadziłam na salony.
 
     Bystry czytacz zapyta o windę. Winda, owszem, istnieje. A nawet funkcjonuje. Do drugiego piętra, więc i tak czekałoby mnie zdobywanie saute trzeciego. A, jako, że jestem z gatunku twardych, zdobyłam ten promilotysięcznik bez protez i ułatwień.
   
     Prawie zemdlawszy, opadłam pod wpływem wysiłku, zahaczając żuchwą o klamkę, tym samym zgrabnie torując sobie drogę do celu wizyty. Całe szczęście, że za drzwiami trafiłam wyłącznie na istoty mojego gatunku i płci, na które mój przyspieszony oddech, rozszerzone źrenice i rozwiany włos na piersiach nie zrobił wrażenia. Ku mojemu zdumieniu okazało się jednak, że osobnik, który zajmował m o j e krzesełko przy m o j e j urzędniczce, czmychnął czym prędzej przerażony. Osobnik mógł jednak pierzchać spokojnie, bowiem był kompletnie nie w moim typie. Generalnie kto nie jest Sebastianem Karpielem-Bułecką, może nie pierzchać. Skoro pierzchnął jednak, uwalniając 30cm kwadratowych służbowego siedziska, spowiłam je zatem swoją sutą i okazałą... eeeee materią. Materią dżinsową, skrywającą materię organiczną i jej perystaltykę. Stop. Materią. Poprzestańmy na materii.


     Moja urzędniczka państwowa wstała, wyciągnęła państwową prawicę i przepisowo przedstawiła się. Wysapałam swe nazwisko, które i tak jest niezrozumiałe, nawet, gdy się nie sapie i mogłyśmy płynnie przejść do wypełniania kwestionariusza. Szło nam średnio gładko, nudno i bez ikry. Do czasu, gdy wyraziłam swoją wątpliwość, czy w dobrym kierunku zmierzamy, albowiem jakiś czas temu trzy kondygnacje niżej złożyłam stosowne, a tu kluczowe dla sprawy i jednakowoż rzucające światło na to, co tu niemrawo wyrabiamy, podanie. Pani urzędniczka spięła pośladki, które radośnie wybiły ją pod sufit, i plasnąwszy nimi w powietrzu, a może dłońmi, opadła na krzesło z okrzykiem ulgi:

 - Wiedziałam! Mogła pani od razu mówić! Pani mi od początku nie wyglądała normalnie, tylko na artystyczna duszę! O, to teraz zupełnie co innego!

    I tak oto nastąpił cud nad Wartą - jako, że pani kończyła drugi fakultet w Paryżu, rozmowa przybrała wartki bieg. Szemrała sobie srebrzyście jak Loara, poruszając burtami wszystkich swoich barek w promieniu 5km od Notre Dame i otwierając z łoskotem wszelkie urzędnicze wrota. Na koniec spotkania urzędniczka uścisnęła mnie serdecznie, obdarowała wiedzą zaklętą w schludnie spięty skoroszyt i, machając ręką, z uśmiechem życzyła powodzenia.

Wot i ludzka twarz biurokracji.




by pandeMonia (noreply@blogger.com) at marzec 04, 2015 09:22

Czarny pazur

Czuć wiosnę

Oj, czuć. Wiejskie kocury chodzą po okolicy i basem ryczą "FRAU! FRRRAUUUU! FRRRRAAUUU!". Jak wiadomo, Północ to ukryta opcja niemiecka.

by amelia007@NOSPAM.gazeta.pl at marzec 04, 2015 08:10

Co się działo, jak się na blogu nie pisało

No i znowu przerwa! Najpierw Personel hasał gdzie indziej (znaczy, u Pełki i Ptysia), potem blox nie chciał współpracować, a potem to nie było czasu. Ale dzisiaj jest, zatem spieszymy się nadrabiać zaległości.

Personel pojechał odwiedzić stolicę i zatrzymał się u Pełki i Ptysia, którzy zachowywali się przyzwoicie i dawali się głaskać. Personel spędził ten czas mile i wypoczynkowo, ale tęsknił oczywiście za pozostawionym na północy Kierownictwem, no i, naturalnie, Spadniętym Niebem.

Pod nieobecność Personelu w domu królowała Niuteczka. Spadnięte Niebo daje jej duże poczucie bezpieczeństwa, zatem nie spędzała już dni w kanapie (tak zwana schowNiutka), tylko kompletnie na wierzchu, na kociej kanapie, rozwalona na pleckach i przeciągająca się rozkosznie. Kot Behemot tymczasem czuł się porzucony. Nie przychodził jednak spać do Spadniętego Nieba (godność to w końcu jego drugie imię). Ograniczał się do subtelnych próśb o mleko ("Coś mnie za rękę ciągnęło, jak sobie robiłem kawę"), ale ostatniego dnia już nie wytrzymał i, wzięty na rączki, przytulił się mocno do oficjalnego konkurenta. Wzruszony Personel uznał, że taki Kot to skarb i wsiadłszy w pendolino pognał do swojego Kierownika. Powitanie było czułe i mruczące, w stylu bardzo cenionym przez Personel. Role się szybko odwróciły, Niutka wróciła na kanapę, a Personel na poduszkę Personelu, fundując mu tym samym bezsenną noc. No bo nie da się wygodnie spać będąc przygniecionym kocim zadkiem.

Na włościach na dobre zadomowił się kot Borsuk. Zamieszkał w nieużywanym podwórkowym szaleciku, reaguje na wołanie, a brzuszek ma przyjemnie zaokrąglony. Aby zwrócić na siebie uwagę Człowieka, robi piękne fikołki i lubi być na rączkach. Personel i Spadnięte Niebo zamierzają zająć się nim nieco bardziej, a mianowicie przykroić do swoich potrzeb, żeby nie wdawał się w bójki z lokalnymi zakapiorami. Przydałaby się również pomoc w kurniku, który został ogarnięty plagą myszy. A Borsuk wygląda tak:

I z tym obrazkiem w oczach zostawiamy naszych Wiernych Czytelników i, jak zwykle, obiecujemy relacjonować regularnie kocie i kurze przygody.

 

by amelia007@NOSPAM.gazeta.pl at marzec 04, 2015 07:44

kociokwik

Nusia


Pytanie kogoś, kto ma kilka zwierząt o to, które z nich kocha najbardziej jest równie niezręczne, jak pytanie rodziców o to, z którym ze swoich dzieci czują się najbardziej związane. I choć wszystkie koty Kociokwika są moje, to jednak Nusia jest jakby najmojsza. Mam do niej słabość, pozwalam jej na rzeczy, na które innym kotom pozwalam mniej chętnie i rozpieściłam ją straszliwie.

I pewnie dlatego, mimo wielkiego zaufania jakim darzę PanDoktora, o Nusię bałam się jakoś mocniej niż o inne koty. Owszem, o Sisi i Gusię się niepokoiłam, bo dziewięcioletnie kotki to jednak już panie w słusznym wieku, ale Nusia (przyznaję - znacznie za obszerna) spędzała mi sen z powiek.

Przegłodzona od wczorajszej kolacji Nusia burczała do mnie od rana przymilnie. Niestety dla niej, byłam twarda i kociaste nie dostały jeść. Przed południem Ciocia Z. zapakowała kocicę do transportera i niczym siłacz trenujący podnoszenie ciężarów ruszyła z nią do samochodu. A Nusia śpiewała... Całą drogę śpiewała i dopiero u PanDoktora uznała, że właściwszym będzie udawać, że śpi. Może wówczas dadzą jej spokój? Nie dali spokoju, ale dali zastrzyk.

Gdy Sisi i Gusia były w gabinecie weterynaryjnym PanDoktor dzwonił w trakcie wybudzania kota, żeby opowiedzieć mi co i jak. Co prawda, widząc lekarski numer telefonu wyświetlający się na moim aparacie próbowałam zejść na zawał, ale gdy dziś telefon nie zadzwonił... Wyobrażacie sobie co czułam? ;-)

Nusia ma usuniętą większą część zębów. Dostałam ją wybudzoną tak jak poprzednie koty, ale miałam silne podejrzenia, że jeszcze śpi - nie zareagowała na moje pojawienie się, tkwiła nieruchomo w transporterze. Okazało się jednak, że jest obrażona i nieszczęśliwa, a w międzyczasie zdążyła nasyczeć na PanDoktora.

Teraz siedzi koło komputera na stole i burcząc cichutko czeka aż pójdę do łóżka i zapalę lampkę nocną, by poczytać. A ona czym prędzej zwinie się pod światłem lampki i dogrzeje swój (już) najedzony brzuszek.

P.S. W piątek Wojtuś. On, mam nadzieję, tylko na czyszczenie zębów.

by kociokwik (noreply@blogger.com) at marzec 04, 2015 07:38

Matka jest tylko jedna

Szczypior na parapecie

 

Kiedy myślę „wiosna”, do głowy pierwszy przychodzi mi twarożek ze szczypiorem. No może jeszcze rzodkiewka, ale to już po szczypiorku. Szczypior akurat nie jest w sklepach towarem deficytowym [spróbujcie kupić dobrą oliwę z oliwek, dobrą, a nie „jakąś tam”], ale jednak fajnie, kiedy po pęczek świeżego nie trzeba pędzić do sklepu i na dodatek szybko pożerać, bo zwiędnie. Dlatego też podkradłam mojej mamie sposób na to, jak wyhodować szczypior na parapecie. A jeśli już podkradłam, to się nim podzielę.

 

Dziwnym trafem przeprowadzka wyszła nam nader sprawnie i chociaż po remoncie na podwórku jest sajgon z cyklonem, to i w tym znajduję plusy, bo uratowało się mnóstwo rzeczy rodziców, które pewnikiem po sprzątnięciu już nigdy by w moje oczy nie trafiły. A trafił się garnek w serduszka. Emaliowany i już obtłuczony, więc i tak pożytku z niego by nie było, ale ja od razu zauważyłam w nim potencjał.  Tym bardziej, że w korytarzu czekała kiełkująca już cebula…

 

Szczypior to co innego niż szczypiorek – szczypiorek to bylina i z cebulą ma niewiele wspólnego. Szczypior zaś to to, co wyrasta z głowy cebuli. Mało kto widzi między nimi różnicę, a jednak taka istnieje.  Swój własny szczypior można wyhodować trzema sposobami: wsadzić cebulę w ziemię i czekać aż wykiełkuje, wsadzić w gazę nasączoną wodą lub kiełkującą cebulę zwyczajnie wsadzić do wody. Ponieważ Chłop kupił mi ziemię do palm [wpis tutaj], cierpię na brak niezmrożonej ziemi i postawiłam na wodę :)

 

 

Rondel [właśnie, to rondel, nie garnek] był dość głęboki, więc do wypełnienia dna, żeby cebulka ładnie mi wystawała, posłużyłam się walającymi się wkoło domu kamykami i resztkami dachówek.

 

DSC_0821

 

DSC_0826

 

DSC_0828

 

DSC_0815

 

Na parapecie prezentuje się całkiem ładnie. Muszę tylko pamiętać, żeby dolewać wody, którą namiętnie wypija Łajza.

 

DSC_0864

 

 

I gotowe!

 

DSC_0854

 

 

A teraz powiedzcie mi, jak rozróżniacie szczypior od szczypiorku? I kiedy zaczniecie hodować własny szczypior na parapecie? :)

 

 

 

2,127 wszystkich wizyt, 976 wizyt dzis

Post Szczypior na parapecie pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at marzec 04, 2015 06:47

Zuzanka

Czytadelko

Gdzie jesteś? - Marc Levy

Moje pierwsze spotkanie z prozą Marca Levy'ego okazała się bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Naprawdę nie spodziewałam się, że Gdzie jesteś?, cieniutka książeczka z niepozorną okładką, tak mnie wciągnie, że bohaterowie okażą się tak ludzcy, że ich losy wzbudzą we mnie tyle emocji, że będę im współczuć i ich dopingować. Ogromnie miła niespodzianka.

...kochać to nie znaczy rezygnować ze swojej wolności, to znaczy nadać jej kierunek*.

Filip i Susan. Ona i On. Znają się od dziecka, kochają całym sercem, stali się dla siebie wszystkim, wtedy, gdy ona wszystko straciła. Wydawałoby się, że nic nie będzie w stanie ich rozdzielić. Nigdy. A jednak... gdy nadarza się okazja, ona podejmuje decyzję, której konsekwencji nie da się cofnąć. Susan wyjeżdża na akcję humanitarną do Hondurasu. To tylko krótkie rozstanie, tylko kilkanaście miesięcy, gdy nie będą się widzieć, kilkadziesiąt tygodni, gdy jedynym kontaktem będą listy, pisane coraz rzadziej... Dni, które niebezpiecznie zaczną się wydłużać.

Nie ma gorszej samotności niż ta, którą przeżywa się we dwoje**. 

Gdzie jesteś? to historia miłości, tej pierwszej, prawdziwej, gorącej i nieprzemijającej. Ale to jednocześnie opowieść o dwójce ludzi, którzy szukają swojego miejsca, których drogi w pewnym momencie się rozchodzą, którzy nie potrafią już wrócić na wspólną ścieżkę. To historia związku, w którym ciężko jest żyć bez siebie, ale ze sobą chyba jeszcze ciężej. Wielka miłość oparta na ideałach, która nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością. Marc Levy pokazuje katastrofalne skutki niszczących sił natury, zaangażowanie w akcję humanitarną, które staje się w zasadzie pewną formą ucieczki od własnego życia, poszukiwanie własnej drogi, gdy ciężko jest zapomnieć o przeszłości. Jego bohaterowie są żywi, złożeni, a ich historie wywołują w czytelniku multum różnorodnych emocji. 

Marc Levy, Gdzie jesteś? , Warszawa, MUZA SA 2002

*s. 89

**s. 175

by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at marzec 04, 2015 05:36

Niezbyt boska ja

Podwójny pech

Dziś przyszedł do naszego działu kolega i oznajmił:

- Nie będzie mnie jutro - mam chorego małego.

 

To się chłopu nieszczęśliwie złożyło, nie dość, że mały, to jeszcze chory ;)

Żeby się tylko na mieście nie rozeszło ;)

by boskajana@NOSPAM.gazeta.pl at marzec 04, 2015 04:53

Dzieciowo mi

Bunt czterolatka, czyli niech ktoś coś zrobi z tym dzieciarem!

Z rodzicielstwem jest tak jak z małżeństwem. Mówi się, że po siedmiu latach małżeństwa przychodzi kryzys. W rzeczywistości małżeństwo to pasmo kryzysów

by Malwina Ferenz (Krusz.) at marzec 04, 2015 01:45

moje waterloo

2055

Obejrzałam wreszcie, lata odwlekając, przedstawienie Teatru Telewizji Śmierć rotmistrza Pileckiego. Trudne to było oglądanie. Tak trudne, jak może być styczność z ogromną, ludzką, narodową, osobistą, państwową, rodzinną, systemową tragedią dla osoby, która wychowana została w czci dla ojczyzny. A oprócz tego jest człowiekiem.
Przedstawienie, ma się rozumieć, powinien obejrzeć każdy. Sama odwlekałam, ale przecież nie chodzi o to, by łykać jak gęś to, co łatwe i przyjemne. Idzie też o namysł, rozważania i stawianie pytań. Jeśli nam zależy, by ten człowiek w środku się rozwijał jakoś.

Wiele we mnie pomieszania uczuć, trochę niezgody i lekcja pokory. Znowu. Ale ja to cenię. Twórcy Śmierci… zrobili widzowi psikusa. Jakże łatwo byłoby widzieć świat czarno-białym. Ci - dobrzy, ci - źli. Pilecki - samotny bohater naprzeciw ludzi systemu - podłych, odartych z ludzkich uczuć, sprzedawczyków. Takich, co to możemy ich jednoznacznie potępić. Bezwolnych sługusów radzieckiej Rosji, tym większych, że przecież polskich żołnierzy, którzy przelewali krew za ojczyznę. A potem bez cienia wstydu katowali, odbierali człowieczeństwo i mordowali nawet własnych towarzyszy broni.

Nie jest tak łatwo.

Polecam szczególnej uwadze trzy role: sędziego podpułkownika Jana Hryckowiana, zagranego przez Marka Kalitę, prokuratora majora Czesława Łapińskiego, w którego wcielił się Andrzej Niemirski i pułkownika UB Józefa Różańskiego w znakomitym odtworzeniu Jacka Rozenka. (Oraz muzykę Pawła Szymańskiego i, naturalnie, scenariusz wraz z reżyserią Ryszarda Bugajskiego).

Sędzia Jan Hryckowian - zbrodniarz i oprawca okresu stalinizmu, sędzia, adwokat, żołnierz AK. Odznaczony Krzyżem Walecznych za zniszczenie niemieckiego transportu kolejowego i Srebrnym Krzyżem Zasługi za walkę z okupantem. W sprawach oficerów AK i WiN haniebnie wsławił się wieloma wyrokami śmierci i długoletniego więzienia. Nigdy nieosądzony za zbrodnie stalinowskie. Zmarł w 1975 r.

Prokurator Czesław Łapiński - absolwent podchorążówki, uczestnik kampanii wrześniowej i Powstania Warszawskiego, wywiadowca AK, oskarżyciel w procesach wielu wojskowych, żądający dla nich (skutecznie) kary śmierci. W 2002 r. powstał przeciw niemu akt oskarżenia w sprawie tzw. mordów sądowych. Do procesu nie doszło - zmarł w 2004 r. na chorobę nowotworową. O, ironio - w warszawskim Centrum Onkologii u zbiegu ulic Roentgena i… rotmistrza Pileckiego. Pochowany na wojskowych Powązkach.

Józef Różański, a właściwie Józef Goldberg (sic!) - adwokat, stryj historyka Jerzego Wojciecha Borejszy, związany z NKWD jeszcze od przedwojnia, znany donosiciel, żołnierz Armii Czerwonej, wsławiony osobistym uczestnictwem w rozstrzeliwaniu więźniów w Starobielsku, armijny politruk. Zasłynął też jako zboczeniec, sadysta i kat, który lubował się w torturach, a uzyskane tą droga zeznania dopasowywał do tez oskarżenia. Odznaczony Orderem Krzyża Grunwaldu I i II klasy, Krzyżem Oficerskim i Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i Złotym Krzyżem Zasługi. Osądzony z zabawnym wyrokiem w roku 1955, na fali audycji Józefa Światły, i ponownie w roku 1957 - gdy wyrok podwyższono do 14 lat. Po wyjściu z więzienia bez problemu znalazł pracę w Mennicy Państwowej (gdzie siedział sobie spokojnie do emerytury). Zmarł w 1981. Nigdy nie okazał skruchy.

dygresja
Teraz wszyscy zrozumieją, dlaczego ja całe życie tak bardzo wzbraniam się przed jakimikolwiek odznaczeniami. Otóż nie wiadomo, jaki śmieć nosi na piersi takie samo odznaczenie. NIE.
koniec dygresji

dygresja
Zauważyliście jak dawno nie było dygresji?
koniec dygresji

Nie będę pisała, jak ukazano w przedstawieniu te trzy postaci. Zobaczcie sami. Jeśli zechcecie, pogadamy o tym w komentarzach lub w jakiejś innej notce. Nie mogę odbierać Wam prawa do wrażeń i przemyśleń. Zresztą… lubię Wasze komentarze i refleksje. Bardzo. Więc nie zapomnijcie się ze mną podzielić.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at marzec 04, 2015 01:12

Anrzej rysuje

Eksribicjonizm kontrolowany

To koszmarne przedwiośnie! 5 pomysłów, jak je przetrwać

Meteorolodzy twierdzą, że jest wiosna. Najwyraźniej nie mają w domach okien.

Marzec zawsze był dla mnie najtrudniejszym miesiącem do przetrwania. To taki wiatrołap, pomieszczenie przejściowe między zimą i feriami a prawdziwą wiosną. Podobnie mam z listopadem - październik równa się fajna jesień, dwa rodzinne torty urodzinowe i nasza rocznicowa kolacja, a w grudniu są święta, za to listopad śmierdzi mokrym od deszczu psem. Przynajmniej w Krakowie.

Dzisiaj od rana wieje, leje i śnieży. Pogoda przygnębia, ale optymizm (nie wrodzony, ale starannie wypracowany, więc tym więcej wart) pomógł mi znaleźć kilka sposobów na to, żeby poczuć wiosnę i przetrwać ten szaro-bury czas. Podzielę się z Wami pod jednym warunkiem: że o kolejnych poczytam w komentarzach. Do dzieła!


Jak przetrwać przedwiośnie?



➛ ROZBIERZ CHOINKĘ


Nie wiem jak u Was, ale w naszym mieszkaniu dekoracje świąteczne mają tendencję do zasiedzenia. Choinka w tym roku zaczęła się sypać jeszcze przed Sylwestrem, ale dla równowagi wieniec na ścianie zmumifikował się aż do 1 marca. Teraz zostały nam tylko światełka, ale z nich nie trzeba rezygnować - można pobawić się w rękodzieło i zrobić kulki ze sznurka i kleju (tzw. cotton balls - INSTRUKCJA), "bomby" z origami (INSTRUKCJA) albo kwiatuszki (INSTRUKCJA).

➛ WYSIEJ RZEŻUCHĘ


Nowalijki w sklepach lepiej jeszcze omijać - są sztucznie pędzone, żeby prędzej nadawać się do sprzedaży albo importowane i mocno konserwowane, żeby przetrwały daleką podróż. Tak czy inaczej, wolę je omijać, a witamin dostarczać w inny sposób. Rzeżucha jest świetna, bo nie trzeba być ogrodnikiem, żeby sobie z nią poradzić, a nasiona można kupić nawet w Rossmannie.

➛ WYPIJ ZIELONY KOKTAJL


Najlepiej taki, który będzie i zdrowy, i pyszny. Kiedy jest zima, zazwyczaj wolę ciepłe jedzenie i picie, ale koktajle w temperaturze pokojowej pozwalają nieco oszukać mózg i wmówić w niego, że jest bliżej wiosny niż w rzeczywistości. O zielonych koktajlach pisała ostatnio Marta z bloga Lusterko - tam poszukajcie dalszych inspiracji.

➛ ZMIEŃ COŚ W DOMU


Nie jest tajemnicą, że otoczenie, w jakim się znajdujemy, ma wpływ na nasz nastrój. Światło, kolory, wzory, kształty - to wszystko oddziałuje na nasz mózg, który może reagować przygnębieniem na nudę. Nie będę namawiać na generalny remont czy przeprowadzkę, bo często wystarczy drobiazg, żeby lepiej się poczuć. Moje sugestie: nowa pościel w kwiaty, jasne zasłony, zmiana klosza w lampie albo przestawienie mebli - to niezawodne sposoby na przedwiosenny marazm.

➛ KUP ŚWIEŻE KWIATY


Koszt: parę złotych. Radość: bezcenna. Tulipany czy żonkile chętnie zajmą miejsce świątecznych dekoracji. I po prostu nie sposób się nie uśmiechnąć, kiedy po wejściu do domu wita nas zapach kwitnących hiacyntów, które jeszcze rano były zwinięte w pączki.



Pamiętacie naszą umowę z początku tego wpisu? Teraz Wasza kolej! 
A migawki z mojej codzienności możecie podglądać na Instagramie - TUTAJ.

by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at marzec 04, 2015 11:45

nic specjalnego

Co to jest Hashimoto?

Może to i nieco śmieszne, ale z tym pytaniem spotykam się na każdym niemal kroku.
Jeżeli stawia je osoba nie mająca nic a nic wspólnego z medycyną to spokojnie i
z pełnym zrozumieniem wyjaśniam- ale jeśli takie pytanie stawia lekarz, to z lekka
mnie ogarnia furia.  Bo jaki w takim razie z niego lekarz? nie musi wiedzieć jak
leczyć pacjenta z tą chorobą, ale powinien wiedzieć co to jest choroba Hashimoto.
Ale pomału życie sprawia, że coraz więcej osób na tę dolegliwość choruje.
Podobno choruje już 10% światowej populacji i z tego  też powodu stwierdzono,
że lekarze tzw. u nas pierwszego kontaktu powinni wiedzieć cokolwiek o tej chorobie.
Choroba Hashimoto jest chorobą autoimmunologiczną tarczycy. To niewłaściwa
odpowiedz naszego układu odpornościowego na zapalenie tarczycy - w jej wyniku
nasz własny organizm atakuje tarczycę niszcząc ją.
A tarczyca to narząd, który reguluje wieloma procesami w naszym organizmie
przy pomocy hormonów.
Nazwa choroby pochodzi od nazwiska japońskiego lekarza pana Hakaru Hashimoto,
który pierwszy rozpoznał i szczegółowo opisał tę chorobę w 1912 roku i opublikował
wyniki swych badań i obserwacji  w niemieckim czasopiśmie medycznym.
A teraz coś ważnego - jeżeli spotyka nas:
-nieuzasadnione tycie,
-niepłodność lub samoistne poronienia,
-zaburzenia cyklu menstruacyjnego,
-depresja,
-ciągłe zmęczenie,
-zaburzenia koncentracji,
-sucha, szorstka skóra,
-wypadanie  włosów i zewnętrznych końców brwi,
-ciągłe uczucie chłodu, obniżona rano temperatura,
-poranne obrzęki twarzy,
-bóle mięśni i stawów,
-osłabienie
musimy udać się do endokrynologa i domagać się skierowania na poniższe badania
krwi: fT3, fT4, TSH oraz przeciwciała tarczycy TPO,TG i TR 
poza tym lekarz z prawdziwego zdarzenia powinien wysłać nas na USG tarczycy.
Oczywiście do endokrynologa trzeba u nas mieć skierowanie od lekarza pierwszego
kontaktu.
Każdy inaczej choruje na tę samą  chorobę Hashimoto- składa się na to wiele
czynników. Jedno jest pewne - 1000 razy lepiej jest chorować na chorobę Hashimoto
niż na raka. Jest to wprawdzie choroba nieuleczalna, ale nie jest śmiertelna i przy 
odpowiednim leczeniu można znacznie spowolnić jej postęp.
Wszystkie choroby autoimmunologiczne są niesamowicie towarzyskie- chorując
na Hashimoto możemy się spodziewać, że z czasem dojdą nam inne choroby
autoimmunologiczne , a jest ich do licha i trochę. No ale gdy już się jest pod stałą
opieka endokrynologa to mamy szansę, że zostaną one w porę "wyłapane" i bedą
odpowiednio leczone. Nie mniej nie zwalnia nas ta opieka  od stałej auto obserwacji 
swego organizmu.
Pamietajcie- ten niewielki narząd ma ogromny wpływ na cały nasz organizm. 
Od niego zależy nasz wygląd zewnętrzny a więc skóra i włosy, praca naszego
ukladu pokarmowego czyli  stan jelit i żołądka, stan układu krążenia i serca
układ nerwowy, stan mięśni, ilość tkanki tłuszczowej i stan psychiki.

A wszystkim, którzy juz chorują lub podejrzewają u siebie kłopoty z tarczycą
polecam książkę "Jak żyć z Hashimoto? Poradnik dla pacjenta autorzy: Leveke 
Brakebusch i Armin Haufelder   oraz wizytę na tej stronie.
 


by anabell (noreply@blogger.com) at marzec 04, 2015 11:40

Ojciec Wwwirgiliusz chowa dzieci swoje

Tajemnice alkowy albo noc dyktatorów

Podobno właściciele psów dzielą się na tych, którzy choć raz pozwolili swojemu pupilowi spać w łóżku i tych, którzy nie chcą się do tego przyznać. Ja nie mam problemu z przyznaniem się, że psu okazjonalnie na taki wyskok/wskok raz na ruski miesiąc pozwalam, natomiast na ogół śpi on jednak na swoim miejscu. W przeciwieństwie do Miłego Młodego Człowieka.
Miły Młody Człowiek kiedy się urodził, otrzymał pięknego i modnego tak zwanego mojżesza. Gdy z niego wyrósł, skręciliśmy mu łóżeczko, w którym wcześniej spała Ola. Teraz Królowa Matka zamierza kupić tej dwójce łóżko piętrowe. MMC ma znaleźć się na dole, a Ola na górze. To już będzie trzecie (nie licząc okazjonalnie rozstawianego łóżka turystycznego) łóżko w którym Miły Młody Człowiek nigdy nie przespał całej nocy. Dlaczego? A dlatego, że nie miał takiego życzenia. A my, mimo wcześniejszych sukcesów wychowawczych nie jesteśmy w stanie tej decyzji zmienić. Możecie się śmiać. Proszę bardzo, bo nam do śmiechu nie jest. Bo MMC noc w noc leży między nami niczym miecz między Tristanem i Izoldą. Z tą tylko różnicą, że miecz (z tego co mi wiadomo) nie darł mordy, jeśli Tristan i Izolda zamienili się miejscami. My musimy trzymać się wyznaczonych nam poduszek: KM po lewej, ja po prawej. Jeśli się zmienimy, darcie mordy. Jeśli jedno z nas jest nieobecne, a drugie położy się na jego miejscu, także następuje darcie mordy. Miecz również, o ile się nie mylę, nie wzbudzał u siebie sztucznych wymiotów, gdyby go odstawić na należne mu miejsce. Miecz na pewno nie kopał Tristana po głowie, miecz nie bił Izoldy po twarzy, gdy się przebudził rano, a Izolda chciała pospać jeszcze kwadrans. Z pewnością też miecz nie grzebał naszym kochankom po smartfonach, nie skasował im listy kontaktów i nie wysłał do prezesa firmy, w której pracował Tristan esmesa o treści "AAACCQWGRWA" o godzinie 6:45. Dwanaście razy.

// //

Do tego dochodzi zasypianie. Miecz się kładło i tyle. Zasypiać Miły Młody Człowiek lubi ze mną. Nie raczej ze mną . Nie wolałby ze mną . P o prostu ze mną. W końcu to noc dyktatora i od momentu jej ogłoszenia MMC przestaje być Miłym Młodym Człowiekiem, a staje się dzierżymordą. No więc zasypia ze mną. Potem mogę sobie na paluszkach odejść i coś tam porobić. Jednak o godzinie 24 najpóźniej musimy już leżeć obok niego w komplecie. W przeciwnym wypadku... Tak, zgadza się. Dobrze myślicie. W przeciwnym wypadku jest darcie mordy.

Ktoś spyta pewnie, czytając tę skargi mięczaka, dlaczego po prostu go nie położysz do łóżka, w którym powinien spać i tyle? Zazwyczaj w takich momentach odpowiada się sakramentalne TO NIE TAKIE PROSTE. Ja odpowiem inaczej. Spróbowaliśmy raz. Dawno, dawno temu spróbowaliśmy.
Wsadziliśmy MMC do jego łóżeczka. Oczywiście rozdarł mordę. Oczywiście dostał ataku szału. Oczywiście rozdzierająco wymieniał nasze imiona, którymi nadaremno próbował zmiękczyć nasze serca. Oczywiście zerzygał się kilkakrotnie. Oczywiście Królowa Matka łkała. Oczywiście ja mówiłem, że musimy być twardzi i że jeśli teraz pokażemy mu, że może wygrać, to już po nas. Oczywiście KM mówiła, że jestem złym członkiem (ujęła to krócej) bez serca. Oczywiście nie ulękłem się tego. Tłumaczyłem spokojnie (no prawie), że musimy być twardzi, że inaczej zawsze będzie spał z nami. Przywoływałem przykład znajomego nam obojgu młodzieńca, który tak długo spał z matką i ojcem, aż zrozpaczony ojciec wyuczył się stolarki i dorobił do ich małżeńskiego łóżka dostawkę dla potomka, aby wszyscy się jakoś pomieścili. Młodzieniec ten właściwie chyba nigdy nie spał sam, bo z łóżka matki płynnie niemal przeskoczył do łóżka dziewoi, z którą zaczął pomieszkiwać...
- Czy takiego losu chcesz dla naszego syna? - grzmiałem w świętym oburzeniu.
KM matka zanosiła się płaczem, ale kiwała głową przecząco na znak, że nie, że nie chce takiego losu dla MMC. Trwaliśmy więc dalej.
W końcu MMC zasnął. Skończyły mu się rzygi i bluzgi, skończyły mu się pomysły na "po dobroci". Najpierw usiadł zmęczony, a potem ułożył na kołdrze plecy, aż wreszcie przyłożył do niej głowę i łypiąc na mnie złym okiem odszedł do krainy snów. Okryłem jego małe ramionka kołderką. Jeszcze raz wstrząsnął nim spazm płaczu. Poszliśmy do kuchni napić się triumfalnego drinka, a potem umywszy się udaliśmy się do sypialni. MMC nadal spał w swoim łóżeczku. Już twardo. Nie płakał, nie rzygał, nie złorzeczył.
- Udało się. - powiedziała KM - I nawet łatwo poszło. Myślałam, że całą noc będzie darł mordę.
- Zobacz, jaki biedny. Taki sam - powiedziałem ja. - Może weźmy go do nas...

Gdzieś w jakimś filmie czy książce natrafiłem na zdanie "Żeby wygrać, musisz najpierw przegrać".

// //

by ojciec_wwwirgiliusz@NOSPAM.gazeta.pl at marzec 04, 2015 11:28

Blog do czytania

Wpół do weekendu #36 – ostatnia granica

Dziś zabieram Was w podróż do gwiazd. I nie mam tu na myśli Kim Kardashian. Po ostatnim odcinku, który był raczej słuchowy – dziś wracamy do czytania. Podlinkowanych tekstów może nie ma zbyt wiele, ale kilka chwil Wam zajmą. Jeśli więc planujecie zrobić sobie przerwę w pracy – to może wróćcie tu wieczorem? Nie no […]

by Bartosz Cicharski at marzec 04, 2015 11:00

Smoking kills...

O TYM, ŻE MAM ZAWAŁ

 

Mam ducha i to nie jest śmieszne. Chyba mnie nawet lubi, ale to nadal nie jest śmieszne i mam zawał od rana. N. oczywiście w delegacji, więc pies histeryzuje, nie chce jeść i co pół godziny w nocy chce na spacer, a na dodatek jeszcze TO.

O nie, następnym razem jak sobie będzie wyjeżdżał, to bierze sukę do torby na laptopa, a ja chcę kawalerkę na mieście. W bloku z wielkiej płyty z lat 80-tych. Żeby nade mną była rodzina z pięciorgiem dzieci, pode mną wielbiciel nocnych remontów, z jednej strony studenci co przez całą noc balują, a z drugiej – małżeństwo, które się non stop kłóci. Głośno. I pośrodku tego słuchowiska – JA. Cała na biało, w fotelu z herbatką.

Bo nie zostanę sama w domu w lesie z duchem. Który mi przynosi kwiaty na prześcieradło.

by Barbarella at marzec 04, 2015 10:06

zycie na kreske

Kura pazurem

Przedwiosenne perypetie

Wczorajszy dzień był niczym sinusoida. Leniwie sobie pykały wskazówki na zegarze, kawa sączyła się w ekspresie, a ja czekałam, aż przestanie padać grad, by wyjść do ogródka i odgonić zimę. Miałam w planie przyciąć jeden krzaczek. I musiałam to zrobić już, teraz, natychmiast (nie pytajcie dlaczego, po prostu taki był plan).

kotOdcięte gałązki pakowałam do pojemnika z bioodpadami, bo przecież segregować trzeba. Wychodziłam z domu przez garaż, podnosiłam bramę, która powoli, w ogóle się nie spiesząc, wjeżdżała do góry, a potem na dół. Stałam w garażu i obserwowałam, jak właśnie brama zjeżdża. Oczywiście wszystkim czynnościom przyglądał się Nutuś. A jakżeby inaczej? Stoimy więc razem i patrzymy, jak się wrota opuszczają. I kiedy były już około pół metra od ziemi, Nutuś ruszył do ataku. Czmychnął na drugą stronę. Ożeż, ty! Ja za nim. W pierwszej chwili na kolana (niestety nie wyglądało to jak ślizg siatkarski), bo może za ogon zdążę chwycić i wciągnąć do środka. Toż przecież ten kot potrafi się katulać na kanapie, a nie takimi susami uciekać. Ja na kolanach, kot po drugiej stronie, a brama dalej zjeżdża, aż w końcu zamyka garaż. Ostatni widok przed zamknięciem to w oddali Nutusiowy ogon uniesiony w górę przypominający wyprostowany środkowy palec, w dodatku wymierzony wprost we mnie. Złorzeczę mu, bo przecież padać znów zaczęło i ja teraz na ten deszcz czy grad, czy śnieg (trudno określić to, co tak upierdliwie zacina z nieba) muszę za dziadem popędzić. Naciskam przycisk, by brama się podniosła. Wychylam się, a kot oczywiście już w żywopłocie siedzi. Na szczęście odwagi i impetu starczyło mu tylko na to, by wystartować w krzaki. Potem musiał przyznać się do porażki i się poddać.

Pod pachę dziada chwyciłam i zatargałam do domu. Patrzył na mnie potem spod byka. Ogon podwinął pod siebie i uwalił się na kanapie.

A ja relaksik sobie zafundowałam. Siadłam do komputera i dawaj serfować po necie w poszukiwaniu ciekawostek.

Ha, ha! I nagle trafiam na informację, że w Begalu (w Indiach) nie można pokazywać scen pocałunku w teatrze i w kinie, bo sceny erotyczne zmiękczają mózg. Jak wygląda zmiękczony mózg tego nie wiem, ale zmiękczone inne części ciała udało mi się widzieć. I coś w tym musi być, bo przecież w takich scenach czasami miękną nogi. Może to tak działa, że jak jedno mięknie, to drugie twardnieje? Toż mówi się, że jak się ma miękkie serce, to trzeba mieć twardą tylną część ciała, nie?

I tak jeszcze myślę sobie o Nutusiu, że marzec już, poszedłby pobiegać za kotkami, a tam ni hu-hu, wyciachane. Najpierw twardziela zagrał, bo skoczył niczym drapieżnik z krwi i kości, a potem niestety miękka klucha z niego wyszła.

A Wy jak na wiosnę? Twardziele czy kluchy? Kaloryfery wyrzeźbione?

 

 

 

by anna at marzec 04, 2015 04:03

marzec 03, 2015

pierwsza żona

i nadzieją

Byłam wczoraj w operze na Banaszak/Frąckowiak/Prońko.

Tak, poczułam dreszcze na plecach przy Jesteś lekiem na całe zło.

Było czarująco.

Moje życie wygląda cały czas jak  6 kolorów nitek (nie wełny, to było by za prosto) splątanych w wielki supeł.

Nawet nie wystają końcówki. wszystkie kolory się zmieszały i powstał szary.

Muszę to wszystko rozplątać.

 

by autor at marzec 03, 2015 08:53

Matka jest tylko jedna

Najlepsze kołysanki dla dziecka, najgorsze dla rodziców

 

Za wszystkie te kołysanki autorzy, kompozytorzy i wykonawcy powinni zapłacić wysoką karę. Za znęcanie się nad matkami. Za znęcanie się nad rodzinami. Za to, że kilkakrotnie nie pozwalałam dziecku spokojnie zasnąć, a zamiast tego spazmatycznie szlochałam w poduszkę…

 

To absolutny top naszych ulubionych kołysanek. Całkowicie subiektywny. Po prostu w tej plątaninie infantylnych pieśni podoba mi się zaledwie kilka. I do tych kilku zalicza się „Kołysaneczka” Orkiestry Dni Naszych. Może to ciążowe przymulenie mózgu, ale coś mi drga, kiedy widzę zasypiającego Kosmyka, a w tle słychać tę nutę:

 

 

 

„Kołysanki utulanki”, a raczej „Noc koszyczek srebrny niesie” [na filmie otwiera się kilka sekund przed właściwą piosenką] to przez długi czas hit hitów Kosmyka, którego słuchał kilkanaście razy pod rząd i wreszcie padał w pół słowa, a raczej nuty, bo całą piosenkę zna na pamięć:

 

 

 

 

A tę Kosmyk pamięta pewnie z życia płodowego, bo bardzo często jej w ciąży z nim słuchałam. Ona też uratowała mnie chyba od całkowitej depresji poporodowej, bo weź tu odepchnij takiego okruszka, który kiedyś tam będzie miał dorosłą duszę, a ty tu się nad sobą użalasz, zamiast łapać chwile:

 

 

 

 No „namber łan”, piosenka, która podoba się wszystkim – i mi, i Chłopu, i Kosmykowi, i moim rodzicom. Jest po prostu przepiękna, Grechuta po prostu wykonał ją perfekcyjnie, teledysk, co prawda nie poraża, ale ja jej słuchałam pierwszy raz z płyty i od razu sobie wszystko wizualizowałam. Zerknijcie, przecież ten fragment jest o moim starym nowym domku, z naszymi ulami, malinami i całym ogrodem:

Śpij bajki śnij

A w tych bajkach jasny dom z ogrodem

W nim owoców raj

A wokoło małe domki z miodem

Można zbierać wielkie kosze malin

Nie ma dymu fabryk miasta spalin. 

I weź, człowieku, nie wzrusz się, kiedy słuchasz piosenki o tym, co twoje dziecko autentycznie rano zobaczy :)


Wiem, że część z was lubi też tę wersję:

 

 

Ale ja, pozwólcie, zostanę przy pierwszej…

A na wszelki wypadek, gdybym coś przeoczyła, możecie podawać też swoje propozycje best of the best kołysanek dla dzieci :)

 

Zdjęcie: howpin

3,446 wszystkich wizyt, 299 wizyt dzis

Post Najlepsze kołysanki dla dziecka, najgorsze dla rodziców pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at marzec 03, 2015 07:28

moje waterloo

2054

Z nieznanych przyczyn umysł mam jak rzeszoto - wszystko jakoś tak dziurawo przecieka i nie umiem napisać nic do rzeczy. W związku z powyższym informuję Was uprzejmie, że zostałam szczęśliwą posiadaczką pierwszej irregularkowej torebki! Jest absolutnie i cudownie niepraktyczna, na którą to okoliczność będzie chadzała na koncerty do NOSPRu. Bo nigdzie indziej nie chadzam, biedna sierota.

Torebka wygląda tak:


Na tej gwiazdce, co ją widać z boku, jest naszyty firmowy guzik. Wnioskuję z tego, że guzik będę w życiu miała, ale już się pogodziłam.
A kokarda nie jest taką zwykłą kokardą - ona jest w środku wypchana, stanowiąc milusią, grubusią podusię. Torebka została w fazie wstępnej zaakceptowana przez martuuhę, w przeciwieństwie do innej torebki irregularkowej, którą zapragnęłam mieć. Tamtą wdeptała w ziemię kopytami, rżąc rozgłośnie.
A ja się boję Tej Osobie sprzeciwić. Really.

***

Wracając do NOSPRu.
Dzwoni do  mnie onegdaj Matka Chrzestna. Rozmowa, jak można się spodziewać po przeszło czterdziestoletniej znajomości (łomatkobosko, na świecie są ludzie, których znam ponad 40 lat - powinna być jakaś ustawa, która tego zabrania), toczy się gładko, ale ja wiem, że skłąnia się ku upadkowi. Ja do NOSPRu, a ona…
- Muszę kończyć - mówi.
- Ja też. Wychodzę.
- Dokąd idziesz?
- Na koncert do NOSPRu.
- Hmmmm… - zawiesza się Matka Chrzestna. - A ja po wiadro.
Tak oto proza życia dobiera nam się do rzyci.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at marzec 03, 2015 06:27

Zapiski dojrzalej kobiety

Jest, jak jest.

Pędzą za radością
na słonecznym zegarze
kołysząc rozbite myśli
wysiloną wesołością...

Niezaspokojoną tęskonotą
pląsają zielonością
i przymykają powieki
natchnioną potęgą...

Uciekają w jaskrawości
złotem otulonej
w grę nie w zielone,
lecz do szczęśliwości...

W sile witalnej
dość żywo obchodzą
zestrojenia z emocjami,
miłości - wymarzonej...
(Autor: Aleksandra Baltissen "Żonkile")

Tylko pierwszego dnia kot był kotem spokojnym i w miarę dobrze ułożonym.
Teraz pokazuje swoje prawdziwe oblicze.
Jak to na prawdziwego „dzikiego” kota przystało, w dzień śpi a w nocy wyrusza na łowy.
Lubi również siedzieć (w nocy) na parapecie i wyglądać oknem.
Nie pakuje się do łóżka i nie uznaje (mam nadzieję, ze tymczasem) spać na posłaniu.
Jak już pisałam w dzień śpi w ślubnego kanapie, a w nocy albo rozrabia, albo drzemie w kąciku w przedpokoju.
Historia jego musiała być nieciekawa, bo jest bardzo lękliwy i spłoszony.
Relacje z Vicią idą małymi kroczkami do przodu.

Kot nazywa się Feliks czyli na co dzień Felek.
Tylko Wiktoria mówi na niego Elek, bo w przedszkolu ma kolegę Felka, więc na kotka chce mówić Elek.
Córka bardzo się martwiła jak wytłumaczy dziecku, ze nie ma już Bandyty.
Ale życie trudne sprawy rozwiązuje w prosty i łatwy sposób.
Kiedy Wiktoria pierwszy raz zobaczyła Felka, uśmiechnęła się i powiedziała – o, Bandziorek się przebrał, jak go teraz nazwiemy?
Kiedy córka próbowała jej tłumaczyć, że Bandziorka już nie ma, że odszedł za Tęczowy Most, przerwała jej i dobitnie powiedziała – to jest Bandziorek tylko przebrany.
I jest po sprawie, według Małej kot jest przebranym Bandziorkiem i nazywa się teraz Elek.

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at marzec 03, 2015 06:12

Zuzanka

Bazarek Handmade

podkładeczki pod kubeczki- rękodzieło- ostatnie komplety

Polecam na prezenty 

Ręczna robota,100 % bawełny, średnica 10 cm, ukrochmalone
Ozdobią Twój stół, umilą spotkania przy kawie lub będą miłym prezentem dla kogoś bliskiego, idealne na letnie przyjęcia.

Są tak uniwersalne, że można je naszyć jako aplikacje na poduszki, powiesić jako ozdobę w oknie a zimą ozdobią Twoją choinkęJ

Cena za komplet 15 zł + 5 zł koszt przesyłki listem poleconym

po rezerwacji proszę o kontakt na @
wmalymdomku@gmail.com

1

2
3


4

5

6

7

8

9

10




zapraszam:)
wmalymdomku@gmail.com

PS. Kończę działalność na blogu, zapraszam na wyprzedaże...tylko do czerwca



by Ania w małym domku (noreply@blogger.com) at marzec 03, 2015 04:45

Kraina filcu

Już w najbliższą środę - 20% zniżki na filc 2 mm.

Na środę przygotowaliśmy dla Was 20% zniżki na filc 2 mm.

Jeżeli złożycie zamówienie w tym dniu i kupicie filc 2 mm, a na adres: krainafilcu@wp.pl wyślecie do nas maila z numerem zamówienia oraz hasłem "dzień kobiet" to dostaniecie od nas maila z dokładną kwotą, którą macie wpłacić za zamówienie uwzględniającą ten rabat.

Aby skorzystać z tej promocji w naszych sklepach stacjonarnych musicie nasze hasło "dzień kobiet" powiedzieć sprzedawcy.

by kraina filcu (noreply@blogger.com) at marzec 03, 2015 03:22

Dzieciowo mi

Rekrutacja do przedszkoli i szkół podstawowych – będzie dobrze!

O jakże się cieszę, że już za chwileczkę, już za momencik rozpocznie się we Wrocławiu rekrutacja do przedszkoli i szkół podstawowych na

by Malwina Ferenz (Krusz.) at marzec 03, 2015 12:11

Od rana do wieczora

Czas jednego procenta

Zawsze o tej porze roku mam zgryz, a właściwie to z każdym rokiem jest on coraz większy. Bo procent jest tylko jeden, a potrzebujących wielu. I komu go oddać? Polecam Waszej uwadze Mikołajka. Wasz 1% zapewnia mu: - rehabilitację 5 razy w tygodniu, jedyny znany do tej pory sposób na zahamowanie rozwoju choroby; - całą […]

by Chuda at marzec 03, 2015 10:18

Blog do czytania

Dlaczego piję herbatę, a nie kawę?

Każdy nosi w sercu jakąś traumę z dzieciństwa. Dziś krótko i osobiście, ale co jakiś czas ktoś mi proponuje kawę, a wtedy rozmowa wygląda tak: – Nie piję kawy. – Jak to, tak zupełnie? – Zupełnie. – A kiedy przestałeś? – Nigdy nie zacząłem. – Łomatko, nie umiem sobie tego wyobrazić! Ale dlaczego? No więc […]

by Bartosz Cicharski at marzec 03, 2015 07:45

zycie na kreske

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

Nie ma obcych i szczęścia bez innych czyli świat wg Artura

Najpierw dwa dni nie było prądu. Ciemno, chłodno, brak internetu, telefonu i filtracji w akwariach. Ofiara-jedna rybka. Potem wybraliśmy się z Arturem na wakacje. Prawdziwe, trzydniowe wakacje autystyka. Na Łopuszańską, oczywiście, co sprawiło, że lokal mieliśmy za friko. Gosia była tylko dla niego, bez telefonów, komputera, papierów i tłumu interesantów. Zanim dojechaliśmy w czwartek do […]

by siostra at marzec 03, 2015 12:12

marzec 02, 2015

Tokyo Pongi (komentarze)

TUV

no i co tam doktorku ? nr 50 chyba…

w weekedny robię kilometry.

W sobotę ponad 17.Bo w jedną stronę i z powrotem.Do M1 nową trasą.I do domu też nowa.

W niedzielę z piesem,Rudką znaczy niby przed siebie ale w okolicach będzińskiego zamku zrejterowałam i skręciłam znów do M1 i tylko koło 9 km w nogach,jednak licząc te dwa dni wychodzi 27  km !

Szło mi się nieźle.Przyjemnie . Ale …. ale w domu się okazało że cóż.Nogi wyglądają koszmarnie.Pełni krwiaków;/.

Nic nie czułam !!!!! I nie wiem czy buty obcierały czy skarpety za ciasne czy chuj wie co . No jak niemiło…I nie wiem co robić.

Ale piąty marca niedługo a wtedy mam badania, dziesiątego wizyta u gin i mogę do rodzinnego się wydzierać o dalsze leczenie.

Na razie realizuję plan – wizyty matki.

Dziś byłyśmy u rodzinnego.O ja pierdole…Zarejestrowałam ją przez internet.Numerek miałam,godzina 7,20 rano ( tak najlepiej,mało kto lubi taką porę i nikt raczej na chama się nie pcha)

Potuptałyśmy jakoś.Powolutku. Do przychodni jednym ciągiem bo ławek po drodze nie ma,ale to w sumie trzysta metrów? Matka osłabiona,nie dość że krwotoki były, to jeszcze te cholerne leki.

Potem krzesełka i uf.

Koło szatni,koło windy i na górze przed gabinetem.

Miałyśmy na 7,20 czyli dwie osoby przed nami.Pierwsza weszła a potem nie było chętnego,to weszłyśmy MY. I tango,bo nie ma matki karty.NIE MA.Lekarz usiłował dodzwonić się do rejestracji co zajęło mu całe pięć minut ! No wyciągnijcie kartę matki pani tuv,zaraz tam córka będzie na dole.Biegiem na parter,do rejestracji ale … NIE MA PANI WYDRUKU Z KONTA ?!? NIE MA PANI NAWET ZDJĘCIA Z KOMÓRKI ?!? nie,nie wyciągniemy karty…

I to na głos, żeby ludzie z kolejki słyszeli…I się rozglądają czy wszyscy słyszeli….

kurwa jak to ?!?

lecę do lekarza i mówię – zostałam oszustką.Zmyśliłam wg pań z rejestracji ten internetowy numer.Powiedziały że kary nie dadzą.

I chuj.

Lekarz na szczęście wyciągnął matki kartę ( cóż,program komputerowy może sporo) i stwierdził że jakoś sobie poradzi. Pod koniec wizyty w gabinecie pojawiła się rejestratorka z kartą matki…( i pouczyła mnie o KONIECZNOŚCI wydruku a nie pisania na kartce ! ) cóż….proszę pani DYREKCJA nas poucza a …. a …. a lekarz rodzinny jest akurat dyrekcją…

Znaczy się są w konflikcie nie ? Tylko dlaczego ja mam na tym tracić ?

Siedziałyśmy ponad dwadzieścia minut.Przez te przepychanki…PO wyjściu ludzie tam rozjazgotani a w szczególności kobieta która miała na 7,10 czyli PRZED nami.Ale jej wtedy nie było !!! NIE BYŁO JEJ ! spóźniła się.

I to jej problem,prawda? czy tak trudno przyjść na termin co do minuty?

Jutro badania i znów w czwartek do lekarza. Ale trzeba to zrobić raz a porządnie.I zabieg „usunięcie zaćmy” przesunięty ma być,bo rodzinny jednak nie daje pozwolenia.Ale też tak uważam że nie czas.Szkoda że lata temu matka się nie zdecydowała….

I tak czas mi upływa.

prawda ze interesująco ?

 

 

 

by Tuv at marzec 02, 2015 09:14

Dzieciowo mi

Z jakiego powodu można odebrać dziecko?

Taka sytuacja. Ona i on, wiek trzydzieści plus, pięcioro dzieci na stanie. Bywa? Bywa. Ręka w górę, kto pomyślał po tym pierwszym

by Malwina Ferenz (Krusz.) at marzec 02, 2015 07:11

Notatki na marginesie

boski pierwiastek

Jestem bogiem.

Jednym bogiem ale w trzech osobach. Bóg Matka, Boska Córka i Duch święty. Wspólnymi siłami tychże trzech osób boskich dokonałam cudu i zaprawdę powiadam wam do nieba wstąpię. Trójkami. 

Ale od początku:

Otóż w moim rodzinnym Orłowie, kiedy jeszcze mieszkałam z Mamutem kwestią telefonu, internetu i rachunków zajmowałam się ja a właścicielką telefonu była Mamut. Przepisanie go na mnie wymagało czasu i kosztów ze względu na jakieś wiecznie promocyjne umowy. Ustanowiłam się pełnomocniczką  i funkcjonowało bez zarzutu.

Prawie trzy lata temu przeniosłam usługę na olsztyński adres. Potem nastąpiło trzęsienie ziemi, przeprowadzka, umarła Mamut, miałam dużo pracy, studia, trzy zakręty, rozsypałam się i pozbierałam. Internet mi działał, telefonu nie używałam. Rachunki płaciła Loka ze swojego konta, bo ja w takich kwestiach nawalam. (Spóźniam się, zapominam, mylę rachunki, płace niewłaściwe kwoty itp. Lolka jest odpowiedzialna i zorganizowana)

W październiku zeszłego roku, przez zupełny przypadek (awaria była i dzwoniłam do pomocy technicznej) dowiedziałam się, że mam jakiś wypasiony pakiet telewizyjny z pierdyliardem kanałów, na który  moja mama podpisała super promocyjną umowę i związała się nią do końca 2015 roku. Poświęciłam się, udałam się do salonu i poprosiłam o pokazanie mi tej umowy, którą podpisała moja Mamut rok po swojej śmierci. Umowa była "w systemie" ale na papierze nikt mi jej nie umiał odszukać. A może nie chcieli jej szukać, bo moje pełnomocnictwo okazało się „niewidoczne”. Nie chciałam wojny tylko załatwienia sprawy. 

Zakończyłam umowę Mamuta przedstawiając  akt zgonu, podpisałam umowę na sam Internet, bez telewizji i bez telefonu jako ja.  Adres usługi ten sam i nawet obyło się bez problemów.  

Zapomniałam o całej sprawie do zeszłego weekendu, kiedy to odłączono mi internet. Bez jednego strzału ostrzegawczego. 

Znacie ten monolog Stuhra?  On nie jest śmieszny.

Pomoc techniczna dała mi słowo honoru, że na łączach jest bezawaryjnie i zasugerowali, żebym sprawdziła płatności. Dałam technicznym słowo honoru, że z płatności są robione z podziwu godna regularnością.

Zadzwoniłam do córki z pytaniem formalnym,  retorycznym wręcz

- Zapłaciłaś, córuś? 

- Zapłaciłam, mamuś – padła odpowiedź jedyna słuszna.

„Już byłam w ogródku, już witałam się z gąską”,  kiedy mnie tknęło...

- Kochanie, w październiku zmieniłam umowę. Mówiłam ci? Na jakie konto zapłaciłaś? 

- Mamo! Kiedy zmieniłaś umowę??? Ja cały czas płacę na konto babci. 

-…

No co miałam powiedzieć? W sekundę zrozumiałam, że mam niezły rebus do rozwiązania.   

 

Moje schody zaczęły się w momencie, kiedy infolinia a zażyczyła sobie wystukania „numeru, w sprawie którego dzwonię”. "Stary" numer mamy wysadzał mnie w kosmos a ja numeru telefonu nie posiadam. Musiałam się dodzwonić do człowieka, bo żadna z opcji automatycznej obsługi klienta nie przewidziała sytuacji, w której płaci córka, właścicielem jest matka  a w opisie przelewu babcia. 

Zawzięłam się. Wysłuchałam uważnie tuzina komunikatów, ofert, ostrzeżeń i zapewnień. Udało mi się wyłuskać życie między światłowodami, kiedy zdecydowałam się wklepać numer służbowej komórki (bo w tej samej sieci).

Najpierw wytłumaczyłam miłej pani, że:

- Nie, nie jestem klientem biznesowym i dzwonię "w zupełnie innej sprawie"

Zostałam przełączona do "klienta indywidualnego" i tam kolejny miły głos zapytał „w czym może pomóc”.

- Proszę pani, odłączono mi internet ze względu na zaległości. Ale TAK NAPRAWDĘ to ja nie mam zaległości, gdyż płaciła moja córka na konto mojej mamy. Czy ja bym mogła to jakoś "odkręcić"? 

Pani, jak już przestała się śmiać, poradziła mi, że najszybciej będzie, jeśli zaległość zapłacę natychmiast a odzyskaniem nadpłaty zajmę się później. 

Tak zrobiłam, internet wrócił  a ja w ferworze obowiązków odwlekałam załatwienie sprawy aż do wczoraj. 

Oszczędzę opisywania drogi przez mękę z automatycznym biurem obsługi. W końcu połączyło mnie do człowieka. Znów bardzo miła pani, przełączyła mnie do "klienta indywidualnego", następna dalej do "płatności" a kolejna do "reklamacji". Ostatnia osoba zechciała wysłuchać, że nadpłata, że córka płaciła na konto mamy, zamiast na moje.

- A pani jest kim? – zapytała infolinia podejrzliwie całkiem przyjemnym barytonem

- Ja jestem mamą. To znaczy mamą mojej córki a nie moją mamą.  Środkowym ogniwem jestem – odpowiedziałam

- W takim razie nie mogę przeksięgować na pani wniosek. To musi być  córki wniosek – pouczył mnie baryton

- To chwileczkę, zaraz dam córkę – policzyłam do dziesięciu i gotowa byłam na wszystko

- Dzień dobry, czy w takim razie mogłabym zlecić przeksięgowanie moich  trzech ostatnich przelewów na konto mamy? Mam potwierdzenia i mogę je wysłać e-mailem – podszywałam się

- Yyy, ma pani bardzo podobny głos – baryton był nieco zbity z tropu.

- Wiem, wiem, wszyscy nam to mówią, nawet mój tata nas po głosie nie rozróżnia - to akurat była prawda, więc zabrzmiało przekonująco

- Proszę pani, nie mogę przeksięgować, tych przelewów, bo one pokryły cześć zadłużenia. Nie ma nadpłaty, jest jeszcze sporo do uregulowania

Osłabłam.

- A z czego wynikają zaległości, bo z tego,  co wiem, to na dzień rozwiązania umowy, babcia miała wszystko uregulowane - zapytałam

- Niestety, nie mogę udzielić pani informacji, bo nie jest pani „stroną”

I tu przysięgam, że usłyszałam tętent kopyt czterech jeźdźców apokalipsy. Poczułam, że wstępuje we mnie boskość i nieco mnie to rozproszyło. Możliwe też, że zwariowałam. Symptomy podobne.

- Trudno mi będzie namówić babcię do rozmowy, bo akurat nie żyje, ale proszę chwilę poczekać, dam mamę, ona miała kiedyś pełnomocnictwo – kupiłam sobie chwilę na ochłonięcie.

Napiłam się wody, odetchnęłam i wzięłam telefon

- Przepraszam bardzo za córkę, ona tak reaguje na stres – wytłumaczyłam się – czy mogę wiedzieć, co to za zaległość na koncie mamy?

Po przepytaniu mnie z peselu Mamuta, adresu i hasła, pan odpowiedział rzeczowo:

- W grudniu wystawiliśmy notę obciążeniową na 902 złote i 60groszy. Powinna pani udać się do salonu, zwrócić dekoder i modem, napisać pismo…

- Przepraszam, pomijając taki drobiazg, że nie jestem w posiadaniu dekodera i moim zdaniem moja mama też nie była, to jako kto mam to pismo napisać? Jako zatroskana córka, czy jako duch matki?

- To może ja panią przełączę, bo to nie jest typowa sytuacja – poddał się baryton i przełączył  mnie na muzykę relaksacyjną. Aha! Znaczy opcja: „trudny klient”.

Po kilku minutach odezwał się następny męski głos:

- W czym mogę pomóc?

- Mam nadzieję, że pan pomoże, bo od ponad godziny usiłuję rozwikłać problem i zaczynam się czuć jak Kubuś Puchatek szukający Prosiaczka. Otóż w skrócie. Z konta bankowego (imię i nazwisko Lolki) szły przelewy na rachunek nieżyjącej (imię i nazwisko Mamuta) a powinny iść na (imię i nazwisko moje). Usiłuję to zawirowanie wyprostować.  Na przeszkodzie stanęła świeżo odkryta nota obciążeniowa. Czy do tej pory pan rozumie?

- Mniej więcej rozumiem. A Pani jest kim?

- Proszę pana, brzmi pan rzeczowo i rozsądnie a ja potrzebuję pomocy. Ustalmy, z kim pan może rozmawiać, a ja się dostosuję – wzniosłam się na wyżyny dyplomacji.

Pan miał poczucie humoru. Przepytał mnie z adresów, peseli i poprosił o cierpliwość.

- Dziękuję – odezwał się po dłuższej chwili  - Już wszystko wiem. Tu nie chodzi o,  przepraszam, dekoder tylko o naruszenie warunków promocji. To jest oczywista pomyłka, bo to przecież wygaśniecie umowy z powodu, przepraszam, zgonu a nie rozwiązanie. System wygenerował należność, bo ktoś w niewłaściwej kratce, przepraszam, „ptaszek” postawił. Ja nawet widzę w plikach, przepraszam, akt zgonu, tylko nie powiązany. Nota obciążeniowa została anulowana.

- Już? Nie muszę nic pisać – zdziwiłam się

- Nie musi pani, nie jest pani stroną. Mamy akt zgonu, wystarczy.

- Czy to znaczy, że mam nadpłatę? – ucieszyłam się

- Tak, przyjąłem zgłoszenie CÓRKI o przeksięgowaniu nadpłaty na panią. Czy coś jeszcze?

- Chwileczkę, bo nie zrozumiałam chyba. Zaległość mamy została anulowana, ja mam trzy rachunki do przodu i nie muszę nic robić, tak? Żadnych pism, potwierdzeń i wizyt w salonach?

- Dobrze pani zrozumiała, mam nadzieje, że  jest pani zadowolona.

- Zadowolona? Jestem w euforii! Ja wam wszystkie grzechy odpuszczam! W imię matki i córki, i ducha świętego, amen.

 

 




by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at marzec 02, 2015 05:08

kociokwik

Gusia


I znów uskuteczniałam głodzenie kotów. Jeść dostały dopiero w południe, gdy Z. przyjechała, żeby zabrać Gusię do PanDoktora. Ponoć zapakowanie Gusi do transportera trudne nie było, za to nieco kłopotliwsze okazało się jej znieczulenie przed zabiegiem. Ale Ciocia wsparła PanDoktora trzymając Gusię i koteczka usnęła.

Stan jamy pyszcznej lepszy niż u Sisi, więc kolejna wizyta kontrolna za pół roku. Część zębów usunięta, a przy okazji pobrana do badań krew i zerknięcie przy pomocy USG do kocich wnętrzności (i znów musi brzuch zarastać, bo został ogolony).

Gusia drogę do domu przebyła spokojnie, a pobrudziwszy nieco ręcznik, którym wyłożony był transporterek, obraziła się na to brudne i przyległa całym ciałkiem do wyjścia z transportera, żeby się nie powalać. 

Po wyjściu na wolność nakrzyczała na ciekawską Sarę, pacnęła dla porządku Wojtka, zajrzała do miski i stwierdziła, że może jeść będzie później.

P.S. W środę Nusia.
P.S. 2. Za oknem szaleje burza z piorunami i nie możemy iść z mamutkiem na spacer. Nie uwierzyłabym w tę marcową burzę, gdybym nie widziała...

by kociokwik (noreply@blogger.com) at marzec 02, 2015 04:58

Kraina filcu

20% zniżki na wełnę z merynosa południowoamerykańskiego.

Już jutro 20% zniżki na wełnę z merynosa południowoamerykańskiego - na wszystkie kolory i każdą wagę!!!

Pamiętajcie, że liczą się tylko zamówienia złożone w dniu jutrzejszym i na adres: krainafilcu@wp.pl musicie wysłać do nas maila z numerem zamówienia oraz hasłem "dzień kobiet".

Promocja obowiązuje również w naszych sklepach stacjonarnych po podaniu hasła dla sprzedawcy.

by kraina filcu (noreply@blogger.com) at marzec 02, 2015 04:20

nic specjalnego

Mix

Jestem ostatnio niemal jak Hamlet - stoję na wielkim rozdrożu i  niemal
"na okrągło" dręczą mnie pytania: pisać?czy nie pisać?, robić? czy nie robić?,
jechać? czy nie jechać?, jeść? czy nie jeść?
Od lat nie miałam  takiego stanu ducha, chyba coś mi na mózg padło.
I z całą pewnością padło - widać to po odebranych dziś wynikach analiz.
Wszystkie wyniki do kitu- nic tylko siąść i płakać.
W czwartek mam wizytę u endokrynolożki - już wyobrażam sobie w jaki
dobry  humor wpadnie na ich widok.
Znów muszę podnieść dawkę euthyroxu, bo za mało mam hormonu tarczycy.
Ale to jest do opanowania i to bez trudu.
 Za to mam za wysoki poziom kortyzolu i to wcale nie jest zabawne - bo albo
są kłopoty z przysadką albo z korą nadnerczy. No a  żeby wiedzieć co jest
przyczyną tego stanu rzeczy to trzeba znów robić badania.
I mam również za niski poziom wapnia- czyli znów kolejne badania. Nie
podoba mi się to wszystko, oj nie.
                                                      *****
Skończyłam bardzo miłą książkę p.t. "Tajemniczy Manuskrypt". Napisał ją
hiszpański pisarz Enrique Joven, który z zawodu jest....astrofizykiem.
A ów Tajemniczy Manuskrypt to tzw. Manuskrypt Vojnicha. Oczywiście
Vojnich nie był autorem tego tajemniczego  manuskryptu- był jedynie jego
właścicielem. Jeżeli kogoś  sprawa tego Manuskryptu interesuje, to
wrzućcie w Google hasło  "Manuskrypt Vojnicha".
                                                      *****
W maju będę miała  miłych gości - przyjeżdża córka z mężem i dziećmi.
Niestety "wpadną jak po ogień", ale dobre i to.
Przy okazji córka mi napisała, że ten tęczowy w kolorach tort urodzinowy
Młodszego Krasnala  miał właśnie mieć wydzwięk polityczny- doskonale
przewidywała, że pokażę go na blogu.
                                                     *****
Ostatnio mało koralikuję - znów eksperymentuję z jedwabiem.
Ale czekam  na skończenie jeszcze jednego wisiora i wtedy wszystko razem
sfotografuję.
Nie jestem wcale pewna czy ten  jedwabny podkład mi w 100% odpowiada.
Jak widzicie znów  hamletowskie rozterki.
Z koralikami mi zbytnio nie idzie bo paluszki też mi wysiadły- pół dnia
schodzi mi na ich smarowaniu, okładaniu, masowaniu preparatami
siarczkowo -jodkowymi i żywokostem. No normalne SPA się w  domu
zrobiło.
Może zamiast  koralikami powinnam się zająć zorganizowaniem takiego mini
SPA dla pań z bolącymi stawami palców u rąk????
                                                     *****
Ale mimo wszystko zrobiłam pasztet - wyszedł b. smaczny.
Składniki:
95 dag chudego schabu karkowego, 45 dag chudego wędzonego boczku,
2 rozbełtane jajka
duuużo włoszczyzny-dodajemy ją gdy mięso już wrze.
Schab i boczek ugotowałam do miękkości  w towarzystwie mrożonej , tej
pokrojonej w paski włoszczyzny.
Zmieliłam przy pomocy pasztetowego sitka oba mięsa i  warzywa.
Dodałam do zmielonej masy nieco  startej gałki muszkatołowej, odrobinę
soli i dodałam do masy wywar z gotowania tyle, by zmielona masa nie
była sucha, dokładnie wymieszałam, potem dodałam 2 całe jajka i znów
wymieszałam. Masę przełożyłam do wyłożonej papierem do pieczenia
formy, wstawiłam do nagrzanego piekarnika, temp. 160 stopni, termoobieg.
Piekłam ok. 60 minut. No i mam coś do chleba i do naleśników względnie
do zrobienia krokietów.
Miłego nowego tygodnia wszystkim życzę!


by anabell (noreply@blogger.com) at marzec 02, 2015 02:20

W toku

efka i koty

Koty i ptaszki


Obserwacja ptaszków - kociarze dobrze znają ten widok
Birdwatching - cat people know this view very well


by efka i koty (noreply@blogger.com) at marzec 02, 2015 01:25

am mniam

Niebiańska pieczona owsianka a’la ciasto marchewkowe

Oto propozycja na leniwe weekendowe śniadanie – coś między owsianką, a ciastem marchewkowym. To prawdziwa uczta dla podniebienia. Jedząc taką owsiankę mam wrażenie, że to deser. Cudownie smakuje z kokosową bitą śmietaną.  Owsiankę zrobiłam na podstawie przepisu z bloga Green Kitchen Stories. Pewnie go znacie, a jeśli nie to zajrzyjcie tam koniecznie, bo jest naprawdę... More

by Magda at marzec 02, 2015 12:26

zimno

2.272 [O światach ze sweet foci]


[Mariusz Szczygieł „Gdzie Indziej”, Duży Format, 19 lutego 2015]

***

W ogóle mi nie przeszkadza, że przestrzeń wakacyjną odbieram na zasadzie obrazkowej, z uproszczoną listą dialogową. Nie mam z tyłu głowy żadnych palących problemów lokalnych, nie angażują mnie potyczki polityczne w mediach, nie jestem osobiście odpowiedzialna za paprochy na stole, ani za śmieci pod płotem. Nie interesują mnie stawki podatkowe, świadczenia rodzinne, uregulowania prawne związane z prowadzeniem działalności. Mogę tubylcom tylko bezinteresownie zazdrościć. I to robię. Zazdroszczę dobrego światła, przyjaznej pogody, historii zapierającej dech w piersiach i obecnej w każdym kącie w sposób iście imponujący. Zazdroszczę doskonałego jedzenia, taniego wina, fantastycznej dezynwoltury.

Wszyscy kochają nasze nielaty, Silny obsadza rolę piccolo amore, blond amorek prosto z kościelnego fresku, z rzeźbionego fryzu wokół ambony. Zawstydzony czułościami Silny zaciska buzię w ciup i opuszcza oczy, a wtedy jest tylko gorzej, bo ćwierkająca mu nad głową adoratorka gwałtownie umiera z miłości.
Zbieramy szufeleczką adoratorkę z podłogi, a później zgodnie konsumujemy owoce jej uczucia. Dodatkową porcję gelati. Cappucino gratis. Kieliszeczek valpolicelli dla mamusi.

Przez kilka albo przez kilkanaście dni nie czytam żadnych gazet, chociaż odcięcie się, rzecz jasna, to raczej pic na wodę, internet mają tam na normalnej długości.

I obserwuję.


***

Para niemieckojęzycznych turystów po pięćdziesiątce, szczupła, siwa kobieta i szpakowaty brodacz. Zatrzymują się, żeby zrobić zdjęcie, ulica jest dość wąska i pusta, tylko oni i ja. „Przejdzie pani? --- Poczekam. --- To chwilę potrwa. – It’s ok”, wymieniamy kurtuazyjne komunikaty w turystycznym angielskim o wąskim zasobie słów, nie spieszy mi się, bo czekam na nielaty i ich ojca. Szukają WC w tych wymarłych kątach.

Mężczyzna uruchamia funkcję aparatu w smartfonie, kobieta się uśmiecha i wyciąga z siatki lalkę-niemowlę. Zabawka jest realistyczna, pomarszczona plastikowa twarzyczka się układa w grymas niezadowolenia albo nudy, kobieta z czułością przeciąga palcami po jasnej, lokowanej główce i poprawia śpioszki. Przytula twarz do lalki i przywiera do mężczyzny, szmaciane niemowlę tkwi między twarzą kobiety a twarzą brodacza, naraz oboje zwracają wzrok na zabawkę i się śmieją radośnie. Mężczyzna robi zdjęcie ze statywu w wyciągniętej dłoni, bezgłośnie zapada migawka, twarze turystów tężeją zaraz potem, a kobieta wciska lalkę do torby, głową w dół.

Znowu pada między nami kilka zdań w uproszczonym narzeczu opartym o „thank you” i „no problem”, niemieckojęzyczni turyści ruszają w górę miasta, ja powoli za nimi, a za plecami słyszę znajome pokrzykiwania kłusującej hordy.


***

Japońska turystka o opuchniętych ustach.
Jest cała kawaii, nosi bladoróżowe butki z miękkim futrem, króciutkie tiulowe tutu i mini sweterek z guzikami jak landrynki, opięty na wydatnym brzuszku. Mały kolorowy plecaczek, niewielka czapeczka na potarganych od wiatru włosach, wszystkie akcesoria w mniejszej skali w stosunku do wymiarów właścicielki, jak gdyby tycia kukiełka o twarzy kobiety, ale w dziecięcych ciuchach zjadła ciastko Alicji Carrolla i sama podrosła, ale jej ubranie zachowało dawny rozmiar.

Idzie, ściska razem krągłe kolanka, ten sposób poruszania się musi być niewygodny, stopki stawia palcami do siebie, a piętki na zewnątrz, dorosła-malutka i się rozgląda. Szuka okazji do zdjęcia, każde tło jest niedobre, dorosła-malutka nerwowo przesuwa palcami po ekraniku smartfonu. Wreszcie ma go. Korzystny mur. Dorosła-malutka wydyma przebotoksowane wargi do telefonu. Telefon wczepiła w koniec statywu, trzyma uchwyt w jednej dłoni, drugą ręką łapie za tył głowy, unosi włosy, opuszcza włosy, półsekundowy, nabrzmiały uśmiech na czas potrzebny do zapisu foty. Kiedy wyłącza telefon, czar spada, a twarz małej-dorosłej jest znów przeszywająco smutna.
Ale po chwili powtarza sekwencję ruchów. Wyciąga przed siebie aparat, uśmiecha się słodko do plastikowej oprawy telefonu i do swojej społecznościowej popularności, smutnieje kiedy go wyłącza.
Oczy ma zawsze ponure, głęboko osadzone czarne punkty.
Przechodzi jeszcze kilka kroków i znika za załomem.


***

I w końcu oni. Zaplecze pierwszego świata.

[Pierwszy świat poluje na sweet focie, się tłoczy przy wystawach sklepów i w kolejce do „must see in Florence”. Zajada lepkie desery w ciastkarniach pachnących karmelowo, wchłania owoce morza, makaron, pizzę, Montepulciano, Chianti, Barolo. Lody w tysiącu smaków. Pryzmy mandarynek, stosy pomarańczy, nadmiar jedzenia, przedmiotów i widoków. Gigantyczny wybór pamiątek, każda kolejna gelateria oferuje „the best ice cream in the world”, wszystko na wyciągnięcie ręki i w zasięgu wzroku, otwarte, dostępne i zachęcające. Wszystko jest świetnym tematem do selfie, terabajty danych lecą co sekundę na serwery serwisów społecznościowych.
Pierwszy świat przerabia realia na sweet focie.]

Przybysze ze świata, w którym się wytwarza smartfony skręcając je śrubka po śrubce, i pamiątki na stragany we Florencji i w Lukce, i oryginalne włoskie chusty też się tłoczą. Natrętni. Nachalni w swojej inności.
Wciskają turystom okulary słoneczne albo parasole, w zależności od układu sił na nieboskłonie.
Oferują statywy do smartfonów w każdym kolorze i wzorze.
Tylko z moim statywem twoja selfie będzie zachwycająca. Unikatowa!
Wszystkie statywy z oferty przyczepili do kurtek, wystarczy rozpostrzeć dłonie, żeby klient mógł się do woli przyglądać, pomacać i dokonać świadomego wyboru.
Wyłącznie mój statyw gwarantuje sukces twojej selfie na fejsbuku.
Kup pan statyw albo, do cholery, umrę z głodu.


--------------------------------------

To znaczy nie mam zdania, nie mam zdania.

--------------------------------------

Pierwszy świat i jego problemy z ustawieniem ostrości na smartfonie, z utrzymaniem przed sobą nieruchomej ręki wystarczająco długo.
I świat z zaplecza, dwóch handlujących statywami Hindusów, którzy się kryją przed policją municypalną i wciskają między mnie a fontannę otoczoną płotem. Boleśnie depczą mnie po palcach, najpierw jeden, później drugi i nawet tego nie odnotowują, bo skupili wzrok na sylwetkach municypalnych, którzy już właśnie, zadaje się, odchodzą.
Palce mnie bolą, ale chyba nie jestem wkurzona.
No dobra, nie jestem wkurzona, ale nie rzucę też żadnym tanim współczuciem.
Nie mam recepty ani na świat pierwszy, ani na drugi.





by zimno (noreply@blogger.com) at marzec 02, 2015 12:21

Kraina filcu

Rozpoczynamy tydzień promocji z okazji dnia kobiet w Krainie Filcu.

Zgodnie z obietnicą w dniu dzisiejszym będziecie mogli kupić filc 4 mm aż 20% taniej. Aby uzyskać tą zniżkę musicie do końca dnia złożyć zamówienie na naszej stronie internetowej www.krainafilcu.pl i na adres: krainafilcu@wp.pl wysłać do nas maila z numerem zamówienia oraz hasłem "dzień kobiet". My podliczymy rabat i odeślemy dokładną informację jaką kwotę macie wpłacić za zamówienie.

Z promocji możecie skorzystać również w naszych sklepach stacjonarnych. w Warszawie na Al. Niepodległości 76/78 i ul. Filtrowej 83 domofon 69. Wystarczy, że sprzedawcy podacie hasło: "dzień kobiet", a on automatycznie naliczy Wam 20% zniżki.

A już dzisiaj wieczorem opublikujemy informację jaką promocję przygotowaliśmy dla Was w dniu jutrzejszym.

Pamiętajcie - aż do piątku każdego dnia będzie obowiązywała inna promocja.

by kraina filcu (noreply@blogger.com) at marzec 02, 2015 11:56

pokolenie ikea

131450752_ec805a53f4_o

Kobiety mój drogi męski czytelniku nigdy nie skumają, że nasze potrzeby są jasne i proste.

Praca.

Jeść.

Spać.

Seks.

Święty spokój.

Ale ponieważ one do tego wszystkiego zawsze dorobią jakąś teorię, postaram ci się przybliżyć ich sposób myślenia (pierwszą część znajdziesz tu).

Aby to skumać musisz na chwilę wrócić do czasów dzieciństwa. Jedną z najsłynniejszych bajek jakie nam wtedy opowiadają jest Kopciuszek. Wiem nudne to było w pytę, żadnych smoków, żadnych pożeranych pastuszków, jakaś laska w kiecce martwi się, że musiała czyścić podłogę a później dostała buty i nowego faceta.

Aby jednak zrozumieć kobiety, musisz zrozumieć Kopciuszka. Swoją drogą to jest dopiero story przy którym feministki powinny podjąć jakieś radykalne działania a nie skupiać się na niegoleniu nóg , walce o osobowość prawną macicy i pozbawianiu facetów jajec.

Oczywiście można przekonywać, że Kopciuszek wcale nie chciała żadnego pieprzonego księcia. Chciała mieć wolny wieczór, nową kieckę i skuć się na mieście.

Ale to najprawdziwsza nieprawda.

Bo o czym tak naprawdę jest Kopciuszek? Laska, która jest pomiotłem, dostaje nagle od ciotki (dobra wróżka) szansę żeby się wylaszczyć (czytaj sporo waluty). Dostaje nową kiecę, nowe buty, limo z szoferem na jeden wieczór, robi sobie tapetę na twarzy, jedzie do klubu a tam wyrywa ją niezły bażant (książę).

Na imprezie faktycznie skuła się strasznie, więc zgubiła szpilkę a żeby nie rzygnąć na kolesia zwinęła się szybciej do domu.

Rano kac jak cholera, a trzeba ruszać do roboty. Macocha wkurwiona, pół nocy sprzątała pawie w korytarzu i prała dywaniki. Siostry przyrodnie też w nerwach, bo również na kacu i nikt nie chciał ich puknąć w kiblu. Na dodatek mają już ze 25 lat, więc czują, że zaraz wypadną z rynku.

Poza tym zwróć uwagę na to uprzedmiotowienie. Czy słyszałeś, w tej bajce jakiś fragment o tym, że książę wziął na bok Kopciuszka i zapytał: co sądzisz o teorii kota Schrödingera? Albo jak ci się podobały bajki braci Grimm? Nie kurwa.

Książę ją wyrwał, bo nieźle wyglądała w nowej kiecce, kręciła dupą na parkiecie i dawała mu niezły widok na cycki i uda.

Typowa tępa dzida.

Ale, czasami, kiedy nie możemy dostać przelecieć jakiejś laski, to nam odwala. Książę miał takie ciśnienie w rajtuzach, że latał z tym pantofelkiem jak pojebany po całej okolicy, przymierzając i przymierzając (nieźle musiał też się sponiewierać, że nie zapamiętał jej twarzy).

Ale w końcu, kiedy dotarł na miejsce tak ją przekonał tym zaangażowaniem, że w końcu mu dała.  Nie bez kozery słowo Kpciuszek pochodzi od słowa kopcić…

Co było dalej to już pamiętasz. Książę odnajduje Kopciuszka, ostre pukanie, ciąża a następnie szybki ślub i przeprowadzka do ojca pana młodego (król). Młodych jak to młodych nie było stać na własną chatę.

Dlaczego to takie ważne?

Bo poszczególne elementy tego schematu zasłyszanego w dzieciństwie później się powtarzają w dorosłym życiu.

Kobiety szukają więc cały czas jakiegoś księcia. I zrobią wszystko aby tylko go dostać. Ale jak już się postarają dla niego, zeskrobią owłosienie, nałożą kolory i maski, to chcą aby zostało to zauważone!

Kobiety chcą aby to mężczyzna chciał i to pokazał.

Nie po to udają, że lubią przysiady z ciężarkami, kupują stringi i kremy przeciwzmarszczkowe, żeby pozostało to przemilczane.

Skoro katuje regularnie tyłek na fitnessie, chce usłyszeć od zachwyconego faceta – masz najlepszą dupę jaką kiedykolwiek widziałem.

A później zamknij się i ją pocałuj.

Wydała trzy stówy na farbę i podcięcie końcówek? To powiedz, że jest piękna a następnie ją pocałuj.

Właśnie po to siedziała dwie godziny na tyłku, nudząc się jak mops i przeglądając historie o tym co za 900 zł może kupić Sara Boruc.

Wydała majątek na nową bieliznę? Wbiła się w stringi, które wrzynają się jej w tyłek, założyła pas i pończochy i teraz musi co trzy minuty chodzić do łazienki aby je poprawić?

Doceń i ją pocałuj.

(Swoją drogą jeśli chcesz się dowiedzieć czy ci da po dzisiejszej randce sprawdź jaką bieliznę ma na sobie, od razu będziesz wiedział wszystko.)

Jeśli przesyła ci swoje zdjęcie na którym ma czerwoną szminkę na ustach jest półnaga i lekko rozczochrana to wiedz, że spędziła cały ranek aby tak wyglądać a to pieprzone zdjęcie wybierała przez 20 minut.

Zamknij więc ryj i pocałuj, tak aby zabrakło jej tchu.

Kobieta chce być pożądana.

Chce być adorowana.

Tak, może opowiadać wiele rzeczy o swoim feminizmie, ale chce być również molestowana. (Oczywiście nie przez każdego)

Chce słyszeć że jest piękna. Że jest podniecająca.

A już najlepiej taki, który może mieć wszystkie, który na co dzień jest wzorem opanowania nagle dla niej oszalał. Aby otwarcie przyznawał, że nienawidzi, że jest suką, dziwką, ale nie może już bez niej żyć.

A jeśli już nadejdzie taka chwila, kiedy nie będziesz wiedział co powiedzieć,

kiedy para będzie ci buchała uszami,

kiedy poczujesz że jeśli nie chwycisz jej zapinanej na guziki bluzki i nie rozerwiesz jednym ruchem na dwie części,

że jeśli za sekundę nie rzucisz jej na ścianę, podłogę czy stół i nie zerwiesz majtek to oszalejesz to?

Wtedy nie baw się w żadne błyskotliwe: chciałbym, czy można, jesteś taka piękna itd. Po prostu zamknij gębę i ją pocałuj.

A później rzecz jasna rwij i obracaj (pamiętaj jeśli porwiesz jej bieliznę będziesz musiał sprezentować nową i lepszą, nie kupuj sam, niech ona sobie wybierze).

131450752_ec805a53f4_o

 Photo by daniel sandoval/CC Flickr.com


by panikea at marzec 02, 2015 11:45

Anrzej rysuje

Eksribicjonizm kontrolowany

Hefalump #7. Mój luty

12 migawek z najkrótszego miesiąca w roku: kokosy, ocean i klejnoty.

Minęło już 5 dni, odkąd wróciłam z wakacji, ale wciąż zaliczam dość bolesną aklimatyzację. Dzisiaj na przykład obudziłam się o wpół do siódmej. W niedzielę! Po kilku próbach zaśnięcia z powrotem skapitulowałam i powlokłam się do kuchni. Niech chociaż tyle pożytku będzie z tego wczesnego wstawania, że zjem porządne śniadanie i opublikuję nowego Hefalumpa - pomyślałam.

Za punkt honoru postawiłam sobie, żeby pojawiły się tu również zdjęcia niezwiązane z moim wyjazdem. Nie chcę Was przecież nudzić. Ale jeśli macie ochotę na więcej lankijskich wpisów - kolejne ciekawostki albo przekrój przez tamtejsze jedzenie - dajcie mi znać w komentarzach.

A wracając do lutowych zdjęć...

#NewIn


Jednym z dóbr naturalnych Cejlonu są szafiry i inne kamienie szlachetne. Traf chciał, że szlifiernię i sklep odwiedziliśmy 14 lutego, więc On miał doskonałą okazję, żeby zrobić mi walentynkowy prezent.

Pasta cukrowa Sweet Skin to prezent od Zosi z bloga Sophie.am. To jedyny sposób trwałej depilacji, który w ogóle mogę stosować i jestem bardzo zadowolona z pierwszych prób.

Sukienka z trzeciego zdjęcia pochodzi z kolekcji Jaspera Conrana dla Debenhams i w całości wygląda tak. Kupiłam ją jeszcze w zeszłym roku, ale nie miałam okazji w niej chodzić, bo było za zimno. Za to na tropikalną plażę nadała się idealnie!

#Food


Woda kokosowa prosto od krowy, czyli najlepszy sposób na uzupełnienie płynów na wakacjach. Podobno jest naturalnym izotonikiem, a jej skład chemiczny przypomina do złudzenia osocze ludzkiej krwi. Ale to bez znaczenia - grunt, że jest przepyszna.

Tagliatelle ze zdjęcia zjadłam w krakowskiej restauracji Portobello - tej samej, w której urządzaliśmy poślubny obiad. Makaron robią tam na miejscu, a sos z gorgonzoli wart jest grzechu.

Hummus zrobiłam na wczorajsze spotkanie z cyklu Zadzieram kiecę i lecę. Przez kilka godzin gadałyśmy w babskim gronie o jedzeniu i podróżach, a biletem wstępu były potrawy i produkty z całego świata.

#FromWhereIStand


Słodkie zapachy, relaksująca muzyka i światło świec - to nie wstęp do "50 twarzy Greya", a skrócony opis rytuału czekoladowego w FBI. Zafundowałam sobie takowy po powrocie z wakacji, żeby trochę wyrównać opaleniznę. Było warto.

W lutym miałam okazję podróżować dwiema legendami polskiego transportu: Pendolino (na drugim zdjęciu) i Dreamlinerem. Chciałabym, żeby wszystkie pociągi i samoloty tak wyglądały.

Ostatnie zdjęcie to brzydkie buty do gry w kręgle. Pierwszy raz w życiu stałam na torze i trzymałam w ręku dwunastokilową kulę. Spodobało mi się!

#me


Ostatniego dnia pobytu trochę popsuła nam się pogoda - pewnie po to, żeby nie było żal wyjeżdżać. Dlatego żegnałam się z morzem w wietrzny, pochmurny wieczór.

Kapelusz, okulary i krem z filtrem 50 to moje obowiązkowe wyposażenie na wakacje. Całkiem blada nie jestem, bo opalamy się nawet siedząc w cieniu, ale za to uniknęłam poparzeń słonecznych.

Gdybyście zastanawiali się, czy warto jechać na wakacje w lutym, odpowiadam: trzy razy TAK. Nałapałam słońca na zapas na całe kilka miesięcy.

WYZWANIE KSIĄŻKOWE: 5/15


W lutym przeczytałam dużo, bo niemal 3000 stron. Jednak nie wszystkie książki pasują do listy. W tym miesiącu odhaczyłam książkę wydaną w 2014 "Król biurowej klasy średniej", zekranizowaną "Jedz, módl się, kochaj", o zbrodni "Wszyscy jesteśmy podejrzani" i o mieście, w którym byłam (Londynie) "Undomestic Goddess", w Polsce znaną jako "Pani mecenas ucieka".

WYZWANIE FILMOWE: 2/15


Obejrzałam komedię, w której nie gra Karolak (a nawet dwie, bo to był "Kiler" i "Kilerów 2-óch") oraz film z 2014 "Facet (nie)potrzebny od zaraz".

LUTOWE WPISY NA BLOGU:



Nie chcesz przegapić nowych wpisów?
Obserwuj blog na Facebooku lub przez Bloglovin!

by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at marzec 02, 2015 09:39

Dzieciowo mi

Szybciorem 137 – sprzątanie zabawek, czyli grunt to znać swoją wartość

Są chwile w życiu rodzica, kiedy pedagogika przegrywa ze świętym spokojem, i takie, kiedy przegrywa z zarówno ze świętym spokojem, jak i

by Malwina Ferenz (Krusz.) at marzec 02, 2015 09:12

Smoking kills...

O, MOŻE BĘDĘ ŻYŁA

 

Z tą wścieklizną też się zastanawiałam. Czy mnie nie użarła jakaś bestia? Tylko ja sama siebie w policzek. Ale na własne jady powinnam być uodporniona. Chyba.

Miało być o Szczypawce. Sprawa się ma tak, że podłączamy gaz. Tak, Piec przegiął o jeden raz za dużo. O jeden most na rzece Kwai za daleko. Doigrał się, jednym słowem. Poza tym – N. musi co roku zrobić jakąś rewolucję, zdjąć dach, wykopać dziurę, żeby COŚ się działo. No więc przyszło dwóch chłopa i elegancko zryło nam podwórko, o co zresztą wcześniej była awantura, bo roślinki, bo korzenie, bo wogle ja się nie zgadzam PRZY TARASIE, więc poszli tak więcej na okrętkę i rów był naprawdę imponujący.

No i Szczypawka się zdenerwowała.

Że JAK TO – to jak ona sobie wyjdzie czasem, na swoje własne podwórko i zacznie kopać dołek W DOBREJ WIERZE, a przecież co to jest taki psi dołek w porównaniu z tymi okopami spod Ypres, noooooo to się od razu zaczyna! Najpierw musi się nasłuchać, jaki niedobry pies (chociaż bardzo dobry przecież), jest narzekanie, następnie czyszczenie nosa i pyska z ziemi, upokarzające mycie łap – głowa pęka. A tu dwóch drabów przychodzi jak do siebie, ryją całe podwórko, pies ma w tym czasie ograniczoną wolność osobistą – i nie dość, że pańcio na nich nie nawrzeszczy i nie każe im myć łap, to jeszcze im rękę podał i dziękował! Biedactwo, chodzi teraz po tym zakopanym rowie i nie może odżałować, że to nie jej dzieło. Że taki porządny dół się zmarnował, nawet zdechłego ptaszka tam się nie zakopało, żeby go ekshumować za miesiąc i przynieść paniusi (najlepiej na kanapę albo do śniadania). Albo chociaż kawałek schabu (też ładnie cieknie i śmierdzi po kilku tygodniach). Biedactwo.

Z innej beczki: dowiedziałam się ostatnio, że istnieje w Polsce takie zjawisko jak SELF – PUBLISHING. Już samo to mnie zadziwiło niepomiernie, bo mam wrażenie, że wydaje się już w tym kraju WSZYSTKO. W księgarni stacjonarnej trzeba się młotem pneumatycznym przebijać przez książki celebrytek, tych seksownych, tych trzeźwiejących i tych wyginających się, następnie przez kolorową sieczkę pań, co to upiekły szarlotkę z przepisu babci nad jeziorem i dostały objawienia z orgazmem wielokrotnym, żeby wygrzebać coś choć w przybliżeniu zalatującego literaturą. No więc jeśli żadne wydawnictwo tego nie chciało wziąć do gęby, to już jest nieźle. No i nie sądzę, żeby ktoś samodrukujący się zainwestował kilka złotych w korektę czy redakcję. Widywałam przedwojenne publikacje „nakładem własnym Autora” i głownie to byli niespełnione literacko hrabiowie grafomany. Teraz podejrzewam jest podobnie, minus hrabiowie. Ale naprawdę to jeszcze SPOKO. Wydają, nikogo nie krzywdząc, nie ma obowiązku kupowania tych arcydzieł, no – może trochę drzew żal.

Ale w całym newsie najlepsze jest to, że jedna pani co się sama wydrukowała pozywa do sądu pana, co na blogu napisał, że mu się jej „książka” nie podoba! HA! Piękno i logika takiego rozumowania mnie po prostu rozmaśliły. Czyli jak przez wydawnictwo, to można autora recenzować i krytykować, ale jak on się sam własnym sumptem zmasturbował poprzez drukarnię – to absolutnie nie wolno? Bardzo jestem ciekawa ciągu dalszego – co na to Sąd (chyba że akurat trafi na taki Sąd, co też się publikuje własnym sumptem, nigdy nie wiadomo).

Zdechlina przeszła mię w gardło, ale lepsze bolące gardło niż śpiączka. Z gardłem daje radę przynajmniej oglądać seriale („Broadchurch” – dobre zakończenie, bo bliskie rzeczywistości – od dawna wiadomo, że tak zwany wymiar sprawiedliwości w krajach demokratycznych mówiąc delikatnie jest do dupy; daje do myślenia w każdym razie).

by Barbarella at marzec 02, 2015 07:48

zycie na kreske

Kura pazurem

Rozważania na temat Jaja

No, dobra. Poddaję się. Przemyślałam sprawę. Jajo jest za duże na bycie jajem. Macie rację, w końcu to dorosła kobieta. Trudno mi w to uwierzyć, ale fakt jest faktem. Długo nad tym myślałam. Pierwsza próba zmiany ksywki Jaja już kiedyś spaliła na panewce, ponieważ koledzy i koleżanki Jaja zaprotestowali, że Jajo ma pozostać Jajem. Chcąc więc uniknąć manifestacji przed domem, Jajo zostawiłam.

londyn 046Przemyślałam znów sprawę i dobra. Jednak nie myślcie, że Jajo to jakaś totalna oferma. Nie, jest zupełnie samodzielne (w dodatku grzeczne), a Jajem jest tylko na blogu.

Idę więc do Jaja pokoju i wyłuszczam sprawę. Proponuję coś w zamian. Jednak Jajo patrzy na mnie, jakby zobaczyło kosmitę i w końcu stwierdza:

- Nie zgadzam się. Jajo ma zostać Jajem!

- No, ale wiesz, jak post trafia na główną, to mnie hejtują za to jajo.

- Bo zazdroszczą. Taki hejt, to nie hejt. Jajo ma zostać.

- Ej, ale dorosła jesteś, nie? Może czas to zmienić, co?

- Ty też jesteś dorosła, a jesteś kurą.

No, i na tym dyskusja została zakończona. Jajo więc nadal będzie Jajem i podejrzewam, że do końca istnienia tego bloga. I przyjmijmy, że to taka ksywka. Jeżeli można nazywać kogoś „Łysym”, „Skarpetą”, „Tosterem” itp., to można też „Jajem”, niezależnie od tego, ile ma się lat. A Jajo strzeże swojej anonimowości, więc imię nie wchodzi w grę.

W weekend Jajo robiło imprezę urodzinową, a my z Mężusiem mieliśmy wychodne, musieliśmy zwolnić chatę. I tak jak w tamtym roku znów skorzystaliśmy z Grouponu. Mężuś pięknie wszystko zorganizował. Pojechaliśmy do Sopotu. Spaliśmy w pięknej willi „Flaming”, jedliśmy obiadokolację przy molo w „Rybnej ferajnie”. Na koniec zawędrowaliśmy do teatru w Sopocie.

Czterodaniowa kolacja zamieniła nas w grube bąki, więc potem się toczyliśmy po sopockich alejkach. Ale przyznam, że jedzonko było wyśmienite. Rybny szaszłyk i zupa kalafiorowa z prażonym słonecznikiem genialne. Polecam. Tylko teatr nas rozczarował. Monodram „Jestem swoją własną żoną” nie porwał nas grą aktorską (choć na pewno była to bardzo trudna sztuka do zagrania). Po pół godzinie ukradkiem zerkaliśmy na zegarki.

Po powrocie do domu okazało się, że chatka nasza stoi. Porządek zachowany, Jajo całe. Nutuś również. Co prawda Nutuś próbował o 22 zakończyć imprezę, ale sam przeciwko tylu gościom miał marne szanse. A jak nie można pokonać „przeciwnika”, to najlepiej się do niego przyłączyć. Po imprezie i Nutuś, i Jajo odsypiali do południa.

 

 

PS  Na zdjęciu to, co mi się przykleiło do pleców, to właśnie Jajo we własnej osobie. :lol:

by anna at marzec 02, 2015 03:26

zapiski zgagi

Hardcorowa sobota

Dla takiej pary starszych państwa jak my nie był to łatwy dzień. Choć w sumie przyjemny…

Pierwszy raz z domu wyjechaliśmy punkt dziesiąta. Krótka wizyta na pruszczańskim ryneczku, by uzupełnić zapasy warzywno-owocowe, i potem pod Kościerzynę na pogrzeb Cioci. Sama ścisła rodzina Cioci (dzieci, wnuki i prawnuki) to niemal sto osób. Do tego liczni reprezentanci krewnych ze strony Cioci i Wujka, plus sąsiedzi, znajomi  itp. Dobrze ponad dwieście osób. To była zdecydowanie największa tego typu ceremonia, jakiej doświadczyłam…

Zmarznięci mocno wracaliśmy do domu na niecałą godzinkę. Szybka herbata, jakaś kanapeczka i w okolice Żukowa do E., na obchody 60-tki. A tam przyjemnie i na bogato, ale… Znaliśmy tylko Jubilatkę i jej najbliższą rodzinę, poza tym na imprezie multum całkiem obcych ludzi. Nie należymy oboje do osób łatwo nawiązujących kontakty z nieznajomymi, niestety. Szczególnie Małż. Ja sobie chociaż pogadałam z siostrą przyjaciółki…

Po dwóch godzinach znów do domu. Z odbiorem tortu dla Asi po drodze. I tu przygoda! Małż złapał wielki wypiek tak niezgrabnie, że upaprał totalnie kremem wyjściową kurtkę na wysokości żołądka… W domu mieliśmy dosłownie kwadrans na odsikanie Ery, złapanie upominków i przygotowanych przeze mnie przekąsek. Udało się jeszcze zaprać szybciutko kremowe ślady, Małż przyodział okrycie mniej reprezentacyjne i ruszyliśmy w stronę Gdyni. Po drodze zabierając z Żabianki na imprezę córkę mojej poznańskiej Marysi.

W Blues Clubie, mimo że byliśmy tam zdecydowanie najstarsi, poczuliśmy się ewidentnie bardziej ,,domowo”. Przygotowana przez nas ,,laurka” dla Asi pt. ,,30 twarzy Bobera” (taka córcina ksywka), inspirowana wiadomo czym, okazała się całkiem trafiona. Również tort, z takim  trudem i poświęceniem dostarczony, zrobił furorę. Z lewej strony porzeczkowy, z prawej caffe latte… Dzieło naszej szefowej KGW, Izy.

Bardzo nas cieszyło, że tylu znajomych przybyło na Asi jubileusz. W zasadzie chyba wszyscy zaproszeni dotarli! Czyli circa 50 sztuk! Przyjaciele, studenci, znajomi muzycy. Ponoć zabawa trwała niemal do czwartej rano, my się wykasowaliśmy tuż przed jedenastą… A w domu, po północy,  padliśmy jak kawki!  I dziś od rana  regenerowaliśmy siły…

by Zgaga at marzec 02, 2015 12:00

marzec 01, 2015

Od rana do wieczora

Nowe zastosowanie bransoletek z gumek

Swojego czasu Piotruś i Michaś naprodukowali ich mnóstwo, mieli nawet nadzieję, że zbiją na nich fortunę. Cóż, fortuna kołem się toczy, więc potoczyła się gdzieś obok, a bransoletki zostały. I przydały się akurat do systemu zabezpieczeń kuchennych szafek przed dostępem wszędobylskiego Wojtusia:

by Chuda at marzec 01, 2015 10:36

efka i koty

Domowa kuchnia Aniki

Gulasz wołowy - przepis podstawowy

Gulasz wołowy - przepis podstawowy



 
Gulasz wołowy wolę od gulaszu wieprzowego, choć wiadomo - gulasz wołowy to droższy interes. No i przede wszystkim  trzeba kupić odpowiednie mięso. Nie kupuję takiego pięknego gulaszowego, bo z reguły to mięso mimo długiego gotowania pozostaje twarde i włókniste. Z doświadczenia wiem, że najsmaczniejsza i najbardziej miękka jest pręga wołowa. Mi nie zdarzyło się jeszcze od momentu kiedy poczyniłam to odkrycie trafić na pręgę,która jest sucha i twarda po ugotowaniu. Mięso samo rozpływa się w ustach, a gulasz ma wyborny smak, z wieprzowym nie ma nawet co porównywać, choć to zapewne sprawa gustu.

 





Składniki:
  • 1 - 1,2 pręgi wołowej
  • 2 duże cebule
  • kilka łyżek oleju
  • 1 duży liść laurowy
  • 2-3 ziarenka ziela angielskiego
  • 1 łyżeczka słodkiej czerwonej papryki
  • 1/3 łyżeczki ostrej papryki
  • 2 łyżki koncentratu pomidorowego
  • sól
  • pieprz
  • 1,5 - 2 łyżek mąki pszennej
Sposób wykonania:
  • Mięso myjemy i kroimy w grubszą kostkę, cebulę dość drobno kroimy
  • Na  rozgrzaną patelnię wlewamy olej i wykładamy mięso wcześniej oprószone solą i pieprzem
  • Smażymy aż odparuje woda i mięso ładnie nabierze brązowego koloru
  • W garnku zagotowujemy ok 1,5 litra wody z liściem laurowym i zielem angielskim
  • Do gotującej się wody przekładamy mięso, a na patelnię ( nie myjemy jej po mięsie) wlewamy nieco oleju i wrzucamy posiekaną cebulę. Oprószamy solą i smażymy do zeszklenia często mieszając, po czym przekładamy do gotującego się mięsa. garnek przykrywamy i gotujemy ok 1,5 godziny
  • Po tym czasie do mięsa dodajemy przecier pomidorowy, słodką i ostrą paprykę oraz ewentualnie sól, mieszamy i gotujemy jeszcze ok 30 minut. Gdyby woda zanadto wyparowała uzupełniamy jej braki
  • Po upływie 30 minut w niewielkiej ilości wody rozprowadzamy mąkę tak, aby nie było grudek. Powoli i stopniowo dolewamy do gulaszu czekając co jakiś czas, aby gulasz ponownie się zagotował. W ten sposób stwierdzamy, czy nabrał już odpowiadającej nam gęstości. Chwilę razem gotujemy
  • Gulasz podajemy z kaszą, ziemniakami lub plackami ziemniaczanymi i ulubioną surówką Smakuje też dobrze z pieczywem

by Anika (noreply@blogger.com) at marzec 01, 2015 07:06

Dzieciowo mi

Czy patriotyzm się opłaca?

Wyobraź sobie, że pewnego pięknego (albo i mniej pięknego) dnia przychodzi do ciebie twój mąż i informuje cię, że wyjeżdża i nie

by Malwina Ferenz (Krusz.) at marzec 01, 2015 07:00

Matka jest tylko jedna

Wszystkie uroki przeprowadzek…

 

Kiedy tylko ogłosiłam finalną przeprowadzkę, kilka osób od razu żywo zareagowało i wysłało mi wiadomości z pytaniem, jak to wszystko udało mi się zorganizować [i do tego w ciąży] i jak właściwie się urządziłam. Mam dla nich smutną wiadomość: nie wiem. Nie wiem. Połowy nie pamiętam :)

 

A poza tym wcale się jeszcze nie urządziłam. Mamy mniej więcej ogarnięte dwa pokoje, kuchnię, łazienkę i korytarz, ale na podwórku cały czas pobojowisko [dla bezpieczeństwa na spacery wychodzę z Kosmykiem i psem do lasu, pora świetna, bo jelenie zrzucają rogi, więc może nam się uda coś znaleźć], na strychu hula wiatr, a budynek gospodarczy jest zawalony starymi rzeczami moich rodziców i resztkami naszych warszawskich gratów.

 

Ale nie ma dnia, żebyśmy czegoś nie udoskonalili, czegoś nie rozpakowali, czegoś nie sprzątnęli. Zresztą sami widzieliście, że wpisów na blogu jak na lekarstwo, a ja, zamiast pisać, szoruję, czyszczę, sporządzam kolejne zakupowe listy dla Chłopa [muszę coś wymyślić z tymi listami, bo on się jeszcze nie nauczył racjonalnych zakupów. Tym sposobem zamiast ziemi pod kwiatki, mam 20 kilo ziemi pod palmy. To na wypadek chyba, gdyby mi kiedyś jedna odbiła].

 

W tym wszystkim jest Kosmyk, którego na czas wszystkich naszych urządzań trzeba czymś zająć, jakoś zabawić. Na moje nieszczęście mam dziecko dość pomocne [sama sobie zgotowałam ten los] i chętne do pracy, jednak czasami jego pomoc jest bardziej niż zbędna. Chociaż nie powiem – ziemię do kwiatków, którą własnoręcznie rozsypał na podłodze w kuchni, bardzo skrupulatnie posprzątał odkurzaczem. Przy okazji wciągnął też świeżo posadzoną pietruszkę i rzodkiewkę, ale cóż… powiedzmy, że zaopatrzyłam się w dużo nasion, a ziemia i tak była pod palmy.

 

W nowym starym domku mieszkamy już całą rodziną od wtorku i rozglądając się wokół, w trakcie pisania tego tekstu, muszę powiedzieć, że jestem z siebie całkiem zadowolona. O swojej ciąży i o kąciku dla nowego dziecka na razie nie myślę [opcja sufit wchodzi w grę :D], ale dumna jestem z siebie, że przed wyprowadzką udało mi się przejrzeć dokładnie nasze rzeczy i posegregować, sprzedać, wyrzucić większość nam niepotrzebnych. Część z tych, do których mi zostało trochę serca [głównie książki], spoczywa w kartonach na strychu, ale większości – nie ma. I tyczy się to też zabawek Kosmyka – w nowym starym domku wylądowały autentyczne nie psujące się pochłaniacze czasu. Uf. Wreszcie dość plastikowych części pod nogami.

 

I koty:

 

download (34)

 

download (45)

 

Które większość dnia spędzają na parapetach. Nauczyły się tego od Kosmyka:

 

download (52)

 

download (47)

 

O, tu jest niepsujący się pochłaniacz czasu numer jeden. Parking Plan Toys. Dzięki niemu rozpakowałam pół szafy i wyczyściłam łazienkę. Kosmyk dostał ten parking w prezencie urodzinowym, czyli już miesiąc temu, ale ta zabawka w ogóle mu się nie nudzi i zanim pójdzie spać, musi koniecznie ustawić na nim swoje brumy. Dzięki temu nie wpadam na nie, gdy w nocy idę do łazienki. Najlepsze prezenty to takie, które uszczęśliwiają też mamusię, prawda?

 

download (40)

 

download (36)

 

Stolik, o którym pisałam tutaj, w całej okazałości, choć zastawiony malunkami. W tle widać wspomniane w podlinkowanym tekście moje miejsce do pracy. Właśnie tu siedzę :) Kabel wspomagający prztyczek do internetu na razie jest wisielcem, ale podczas najbliższego wolnego Chłopa pojedziemy do miasta i kupimy jakiś router czy coś, żeby hulało światem w całym domku. I pod podcieniem, czego się nie mogę doczekać :)

 

download (46)

 

Niżej cały komplet bloków rysunkowych, w których zakochaliśmy się oboje z Kosmykiem, z serii, o której pisałam tutaj. Pierwszy był „Mrówkowy blok rysunkowy”, ale postanowiłam zaszaleć i sprawić dziecku cały komplet, żeby miał co robić, kiedy ja usiądę wreszcie i zajmę się  blogiem. I tak właśnie jest – ja siadam pisać tekst albo zanotować jakąś anegdotkę z Kosmykiem, a moje dziecko siedzi i „pracuje jak mamusia” :)

 

Jestem dumna, że udało mi się tak wymyślić nasze „domowe biuro”. U dziadków był z tym problem, bo zazwyczaj pisałam w swoim pokoju, w którym na zabawki Kosmyka miejsca nie było, i żeby coś sobie popisać musiałam czekać aż Chłop wróci z pracy albo podrzucić na chwilę dziecko babci. [Biedna babcia, prawda? :D, ale nie martwcie się, praktycznie wszystkie teksty na blogu powstawały w nocy :)] A teraz mogę po prostu przesunąć stolik Kosmyka bliżej mojego, czym zaznaczam, że pora na robotę. I jest fajnie, bo zawsze widzę, co akurat maluje Kosmyk, mogę podejść [nie muszę łazić do drugiego pokoju lub krzyczeć „co tam?” przez drzwi] i mu pomóc, jeżeli nie rozumie polecenia, a bardzo często siadam obok niego i zwyczajnie rysujemy razem. Te bloki są naprawdę rewelacyjne. Samochodowy już zrobiliśmy calutki i zanosi się na to, że będzie nam potrzebny kolejny. Z tego, co wiem, teraz jest na niego spora przecena: klik.

 

download (43)

 

Pytaliście się, na jaki ostatecznie kosz na pranie się zdecydowałam [po tym wpisie]. Padło na 3 Sprouts, z racji tego, że świetnie się też sprawdził przy przenoszeniu zabawek Kosmyka [głównie książek i samochodów], co mogliście zobaczyć tutaj. Ja wybrałam lwa, ale można też dostać takie z łabędziem i ośmiornicą –  tutaj. Są urocze i pięknie się komponują z ceglaną ścianą. Dlatego też stoją w salonie, a nie w pokoju Kosmyka – cieszą moje oko i nie myślę wtedy o ich zawartości :)

 

download (35)

 

download (31)

 

download (32)

 

Jeśli chcielibyście zająć dziecko jakimiś zadaniami, a przy tym nie chce wam się podchodzić i za każdym razem tłumaczyć, o co w kolejnym poleceniu chodzi, serdecznie polecam „Labirynty nie z tej ziemi” i „Łamigłówki nie z tej ziemi”. Ta pierwsza składa się w całości z różnych labiryntów i wytłumaczenie Kosmykowi, że w każdym z nich chodzi o znalezienie drogi z punktu A do punktu B, nie było wcale trudne, a zajęło dziecko na dobrą godzinę, co akurat jest dość trudne, a druga książeczka to łamigłówki i zagadki, które już wymagają czasami moich wyjaśnień, ale spoko, jestem w stanie zerknąć i wytłumaczyć Kosmykowi, o co w zadaniu chodzi bez wstawania od stolika albo wychodzenia z kuchni [akurat wtedy tuż po zrobieniu zdjęć gotowałam rosół, ale też byłam w stanie kontrolować poczynania dziecka :)].

 

download (27)

 

Pytaliście się mnie, o moje podsumowanie remontu. Kilka słów nabazgrałam dla Makóweczek i na tym poprzestańmy. Remont spłukał nas totalnie i już wiem, że na razie dalsze inwestycje [garaż, strych, podjazd, budynek gospodarczy] musimy odłożyć trochę w czasie. Wszak mam w brzuchu poważniejszą inwestycję :) Dostałam też kilka pytań o to, jak zorganizować przeprowadzkę i już, już miałam przygotowywać ten wpis, ale zrobiła to za mnie Wikilistka. Pytaliście się też, jak zorganizować przeprowadzkę w ciąży, więc oto wskazówka: drugi trymestr to czas idealny. Ja zaraz wchodzę w trzeci i już widzę, że trzytygodniowa, a nawet dwutygodniowa zwłoka całkowicie by mnie przez brzuch zablokowała [z Kosmykiem w ósmym miesiącu nie mogłam sobie sama butów zawiązać!]. Więc teraz, póki mogę, staram się uporządkować, ułożyć, przygotować jak najwięcej się da i zrobić to w jak najbardziej przemyślany sposób. I wszystko zapisywać, bo wiecie, w ciąży to ja mam spory problem z zapamiętywaniem. Chłop ma taki problem wrodzony, więc notes i długopis to teraz u nas podstawa…

 

Spytałabym się, jak wam się podoba, ale celowo nie dodałam zdjęć całych wnętrz, bo czekam sama na efekt ostateczny :) Mam za to pytanie natury praktycznej. Sporo osób chce mnie odwiedzić w moim przybytku i pyta, co mi kupić na nowy dom. Nie oczekuję prezentów, czekolada wystarczy,  ale wiem, że właśnie z prezentami „parapetówkowymi” zawsze jest problem [czy będą odpowiednie, czy się spodobają, czy się przydadzą?], może pomyślimy więc razem o tym, jaki prezent na nowe mieszkanie byłby najodpowiedniejszy, najpraktyczniejszy i najbardziej uniwersalny?  Ja obstawiam ścierki do kuchni, a wy?

 

 

8,537 wszystkich wizyt, 190 wizyt dzis

Post Wszystkie uroki przeprowadzek… pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at marzec 01, 2015 05:07

Zapiski dojrzalej kobiety

Czarno na białym.

Mama chciała wyjaśnić
swoim dzieciom małym,
co może znaczyć zdanie
jest czarno na białym.

Sprawa trudna, lecz Zosia
zgrabnie na trop wpada:
– Wiem! To jest nasza kotka
i kocur sąsiada!

– Bo on ma futro czarne,
a kotka ma białe,
było czarno na białym,
będziemy mieć małe!

I to jest właśnie prawda
znana od stuleci:
Jak coś trudno wyjaśnić,
trzeba spytać dzieci.
(Autor: Franciszek Jan Klimek).

Kot jest u nas w domu już dobę.
Lubi głaskanie, czochranie po brzuszku, drapanie pod brodą, ale tylko jak leży na podłodze.
Mruczy wtedy jak traktorek.
Na kanapie się nie kładzie, jak się go wsadzi to ucieka.
Nie lubi być brany na kolana ani na ręce.
Jest trochę dziki, ale to normalne, musi się do miejsca przyzwyczaić.
Ignoruje swoje posłanie, śpi w kanapie ślubnego a w nocy na krzesłach pod stołem.
Z Vicią stosunki są poprawne, ale … na odległość pół metra.
Jak kot chce się spoufalić to Vicia go ofukuje a kot potulnie odchodzi.
Szkoda, bo przydałoby się żeby jej trochę futro przetrzepał.
Mam nadzieję, ze szybko się z sobą dogadają.

ps. kot nie ma jeszcze swojej nazwy i też bardzo nie lubi obiektywu;).

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at marzec 01, 2015 01:37

kociokwik

Sisi


Piątkowy zabieg Sisulka zniosła dobrze. Ma usuniętą połowę zębów - usunięcie wszystkich przy jednym zabiegu spowodowałoby zbyt wiele bólu i mogłoby doprowadzić do tego, że przestałaby jeść i trzeba by ją karmić sondą.

W piątek wieczorem odsypiała przeżycia na kaloryferze. W sobotę nie dała się umyć, sama się nie myła i nie jadła, więc pojechałyśmy na wizytę kontrolną. Dostała leki przeciwbólowe, a po powrocie do domu od razu dorwała się do miski.

Dziś zjadła niewiele, ale mam nadzieję, że będzie coraz lepiej.

Wieczorem znów schowam jedzenie i przegłodzę koty - jutro na zabieg jedzie Gusia.

by kociokwik (noreply@blogger.com) at marzec 01, 2015 12:02

Slow Day Long

Budujemy dom – oficjalna zapowiedź całkowicie nowego cyklu

Kiedy miałam 12 lat odkryłam swoje powołanie. Na zajęciach z plastyki dostaliśmy zadanie przeprojektowania swojego pokoju. Większość moich kolegów i koleżanek podeszła do tematu „na odwal się”, ale ja zatraciłam się w tym całkowicie. W ciągu tygodnia stworzyłam kilkanaście różnych wersji tych 9 m2, które miałam do dyspozycji w mieszkaniu moich rodziców. Większość z nich trzymam do dziś.

Nie wiedzieć czemu, już wtedy nie skupiłam się na wybieraniu (z głowy) nowych mebli, ale wymyśliłam, jak przerobić i przemalować starą meblościankę, żeby tchnąć w nią nowego ducha. Taki upcycling AD 1991. W każdym razie, moje zaangażowanie zostało nagrodzone stosowną oceną, a wszystko co nastąpiło później, stopniowo prowadziło mnie do miejsca, w którym jestem dziś.

Kolejne miesiące i lata upłynęły mi w towarzystwie mojego nowego hobby. Zaopatrzona w bloki papieru milimetrowego, linijki i porządnie naostrzone ołówki, ganiałam z miarką po naszym mieszkaniu i przeprojektowywałam je na milion sposobów. Pojawiła się nawet w mojej głowie myśl, żeby pójść do klasy o profilu architektonicznym w jednym z wrocławskich liceów, ale na szczęście, nie było takiej możliwości w moim roczniku.

Co miesiąc biegłam do kiosku po nowy numer „Czterech Kątów” i „Mojego Mieszkania”, w których pilnie studiowałam wszystkie rubryki z poradami architektów, przymykając oko na estetykę, która w nich dominowała (pisałam zresztą o tym w TYM wpisie). Już wtedy z większością tych eksperckich pomysłów zupełnie się nie zgadzałam. Czułam, że ich wiedza to nic, w porównaniu z moim naturalnym instynktem.

Nie ukrywam, że tematy mieszkaniowe zajmują w moich myślach znacznie więcej miejsca, niż w głowie mojego małżonka. O ile dla obojga z nas, mieszkanie czy dom jest jakimś tam marzeniem, jakimś sposobem na zaspokojenie potrzeb i podniesienie komfortu życia, to dla mnie jest to coś więcej. Dla mnie nowe mieszkanie jest tym, czym dla Damiana wędkarska wyprawa na tajmienie do Mongolii. Możliwością zrealizowania swoich ambicji, nauczenia się nowych rzeczy i… wcielenia ich w życie.

Może dlatego, pomimo ukończonych stosownych kursów rysunku, które odbywał na politechnice, nie zdecydowałam się zdawać na studia na wydziale architektury. Chyba gdzieś tam głęboko pod skórą bałam się sformalizować to, co po prostu wypływało ze mnie i było moją pasją. Czasem to właśnie brak wiedzy i znajomości zasad pozwala w pełni wykorzystać potencjał naszej wyobraźni.

Studia wybrałam inne, ale nie przestawałam rysować. Mieszkanie rodziców, mieszkanie babci, mieszkania z oferty wrocławskich deweloperów. Uwielbiałam udowadniać sama sobie, że potrafię wyciągnąć z danych lokali więcej, niż projektujący je architekci. Bo to wypływa z mojej duszy.

Tak było z moim pierwszym lokum, które sprzedałam z niezłym zyskiem, bo nie było wtedy na wrocławskim rynku wtórnym funkcjonalniej zaprojektowanych 41 m2. Tak jest z mieszkaniem, w którym mieszkamy obecnie. Jest wygodne, praktyczne i w 100% wymyślone przeze mnie. Z pełną odpowiedzialnością pozwolę sobie stwierdzić, że ten, kto je ode mnie kupi, jest prawdziwym szczęściarzem (tak, tak, znów jest na sprzedaż, więc jeśli ktoś coś… to macie na mnie namiary :)). Jedyny problem z nim jest taki… że kompletnie mi się już znudziło. „Wycisnęłam z niego” wszystko, co się da. Przestało być dla mnie wyzwaniem.

Wielu z Was pewnie kojarzy istniejący od początku naszego bloga cykl „Zmieniamy mieszkanie” (TUTAJ znajdziecie wszystkie wpisy na ten temat). Dla niewtajemniczonych napiszę pokrótce, że w poszukiwaniu nowego, większego mieszkania, zwiedziliśmy kilkanaście wrocławskich inwestycji deweloperskich, co dokładnie opisaliśmy na blogu, żeby i inni mogli skorzystać z naszych spostrzeżeń. Jednak im dłużej szukaliśmy, tym bardziej nam się odechciewało.

Jesienią zeszłego roku już już myśleliśmy, że znaleźliśmy wymarzone mieszkanie, ale… nie udało nam się pozyskać stosownych funduszy. I wtedy znów wróciły do nas wątpliwości co do tego, czy idziemy we właściwym kierunku (czytaj TUTAJ). Czy miasto, to jest to? Czy może jednak wieś? Kurcze, decyzja nie jest łatwa. Przynajmniej dopóki nie spojrzy się na nią z właściwej perspektywy.

Nie ukrywam, że tematy mieszkaniowe zajmują w moich myślach znacznie więcej miejsca, niż w głowie mojego małżonka. O ile dla obojga z nas, mieszkanie czy dom jest jakimś tam marzeniem, jakimś sposobem na zaspokojenie potrzeb i podniesienie komfortu życia, to dla mnie jest to coś więcej. Dla mnie nowe mieszkanie jest tym, czym dla Damiana wędkarska wyprawa na tajmienie do Mongolii. Możliwością zrealizowania swoich ambicji, nauczenia się nowych rzeczy i… wcielenia ich w życie.

„Zaliczyłam” już dwa nowiutkie mieszkania deweloperskie, przebudowane według mojego projektu. Wiem „z czym się je” modernizację lokum w wielkiej płycie. Mieszkałam w pięknych wysokich mieszkaniach w starych kamienicach w centrum Opola. A później w pokręconej adaptacji strychu w Szczecinie. Od kilku lat praktykuję drobne przeróbki i udogodnienia w tym samym miejscu. I chociaż trochę mogłam sobie „użyć” na ciągnącej się niemalże 3 lata budowie domu moich rodziców, dopadła mnie nuda.

Czas na prawdziwą zmianę. Czas pójść dalej. Czas wykorzystać zdobyte doświadczenie i nauczyć się kolejnych nowych rzeczy, skoczyć na głęboką wodę. Czas zbudować dom. Swój, własny, idealny. Nie dla przeciętnej polskiej rodziny, tylko dla nas. W miejscu tylko dla nas najlepszym.

To wszystko rodziło się w mojej głowie, w niej dojrzewało i nabierało kształtu. Po raz kolejny przekonałam się też o tym, że jeśli czegoś naprawdę chcę, to absolutnie nie mogę o tym mówić Damianowi. Nie od razu. Muszę jednak dużo o tym myśleć, a jego podświadomość zareaguje na moje sygnały.

Jakkolwiek dziwnie by to dla Was nie zabrzmiało, kiedy wreszcie powiedziałam Damianowi, co mi chodzi po głowie, on od razu powiedział „tak”. I poprosił, żebym dowiedziała się, czy TA działka nie jest na sprzedaż. Dokładnie TA, o której sekretnie rozmyślałam od tygodni, i na której w myślach rysowałam nasz dom. Przypadek?

Działka znalazła sie więc sama. Dokładnie taka, jak chcemy. Właśnie tam, gdzie chcemy. Mamy kilka miesięcy na zebranie pieniędzy, które pozwolą nam ją kupić, a za rok o tej porze chcemy być gotowi do rozpoczęcia budowy. Przygotowania zaczynamy już dziś, bo nie ma czasu do stracenia!

Funkcjonalny rozkład domu zaprojektowałam sama w dwa dni. Wiemy już o naszym przyszłym domu bardzo dużo. Ale mamy też całą masę niewiadomych. Wiemy jak będzie wyglądał, ale nie wiemy, z czego zostanie zbudowany. Czyli prawie wszystko, i prawie nic. Czeka nas mnóstwo pracy, ale jakże przyjemnej.

Dzisiejszym wpisem oficjalnie rozpoczynamy na blogu nowy cykl – Budujemy Dom. Chcemy siebie i Was przeprowadzić krok po kroku przez wszystkie etapy, które powinny mieć miejsce od momentu podjęcia decyzji, do momentu wbicia w ziemię pierwszej łopaty. I później, poprzez fundamenty, ściany, dach, instalacje, materiały i ludzi, aż po relaks na tarasie w cieniu brzóz.

Nie wiemy, ile dokładnie będzie tych wpisów, ani jak często będą się pojawiać. Wiemy natomiast, że aby mogły powstać, będziemy musieli porozmawiać z wieloma różnymi ludźmi. I wiecie co? Prawdopodobnie część z nich jest wśród Was. Może ktoś spośród Was zbudował dom z kostek słomy? Albo energooszczędny dom z prefabrykatów? Albo z sukcesem (lub wręcz przeciwnie) połączył rożne technologie w jednym budynku? Zbieramy informacje, uczymy się. Interesuje nas wszystko, co odbiega od standardu, za który uważam zbudowany według gotowego projektu dom z betonu komórkowego z piecem na „ekogroszek”. Chcemy poznać alternatywy.

Wiele osób znamy już sami. W końcu pracowałam na dwóch budowach i mimo tego, że nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, posiadam sporo kontaktów i wiedzy, którą chętnie się z Wami podzielę. Już w pierwszych wpisach z cyklu opowiem Wam, jak zaplanować budowę, wybrać architekta, firmę, która nam to wybuduje. Jakie pytania zadawać, czego i kogo unikać, jak przygotować plan budowy. Fajnie, co nie?

Może nie powinnam tego tak wprost pisać, ale w ramach cyklu chętnie pokażemy rozwiązania firm, które zajmują się daną dziedziną związaną z omawianym tematem. Na przykład baterie słoneczne, okna, pokrycia dachowe. Jeśli będzie to warte pokazania, zrobimy to z przyjemnością.

Zanim podejmiemy tą decyzję, chcemy znać WSZYSTKIE możliwości. I chcemy podzielić się tą wiedzą z Wami, bo uważamy, że wielu z Was może się ona przydać.

Tak więc… start! Przygodę uważam za rozpoczętą.

p.s. Żeby było jasne. Nasz przyszły dom, to nie jest ten z tytułowego zdjęcia tegoż wpisu :)

by Kamila at marzec 01, 2015 11:43

Anrzej rysuje

Wsparcie

polska pomocOpublikowane na wyborcza.pl 26 lutego: http://goo.gl/1rAsnt

by Andrzej at marzec 01, 2015 11:00

Smoking kills...

O TYM, ŻE ŚPIĘ

 

Dopadła mnie zdechlizna i śpię 23 godziny na dobę. Wieczorami każę N. szukać wysypki na plecach, ale twierdzi, że nic nie ma (co niczego nie dowodzi, bo przecież w każdej chwili może mi sparaliżować pół gęby). Żywię się rozpuszczalną aspiryną, światło mnie razi, we łbie mi się kręci, już chyba nawet na psią karmę mnie nie kupią.

Przeczytałam pomiędzy spaniem a spaniem „Olive Kitteridge” (pod serial z Frances McDormand, który obejrzę jak tylko świat przestanie mi migać i falować przed oczami) i jestem zachwycona. Nie dają tego Pulitzera za darmo.

W następnym odcinku: dlaczego Szczypawka jest trochę zdegustowana. Idę się zdrzemnąć.

by Barbarella at marzec 01, 2015 09:16

zycie na kreske

luty 28, 2015

zimno

2.271 [O podglądaniu kobiet]

… bo nie chciałabym za szybko zapomnieć, że się zdarzają urlopy …



Starsza, mocno zgarbiona kobieta w pięknym płaszczu i ze złotą torbą na zakupy.
Płaszcz się miękko układa na zdeformowanej figurze, złotą torbę kobieta przewiesiła przez ramię, torba jest pusta, ma wklęsłe boki, wielka złota sakwa, jedna z tych – z fasonu - jakie sprzedają z ekologicznych pobudek przy kasach w spożywczych, ale ta ma rodowód. Połyskujący. Wielkopańska elegancja w drodze do dyskontu.
Kobieta stoi na skraju chodnika i czeka na zielone. Przesuwa reumatycznymi palcami po pałąkach torby. Bardzo zniekształcone chorobami ciało i ten lśniący worek.
Hamuję zamiast zwyczajowo przyspieszyć na żółtym, nie mogę od niej oderwać oczu kiedy kuśtyka po pasach ze swoją wykwintną siatą, opakowaniem na makaron, karczocha i kilka butelek …
Oliwa extra vergine może jest dziś, a nuż, w jakiejś cenowej promocji.

Chciałabym jej wymyślić los, porywająco bajkową sklepową fabułę, bardzo dojrzałej księżniczce piątkowych sprawunków.


***

Przysadzista właścicielka pizzerii.
W lokalu wisi stężony zaduch ostatnich pięćdziesięciu lat bez remontu i ostra woń orientalnej perfumy. Wszystkie stoliki są puste. Kiedy wchodzimy, kobieta pilotem odbiera głos pokaźnemu telewizorowi, a jej mąż albo partner, albo nikt więcej, jak tylko wiekowy garçon zapala mdłe żarówki w tej części sali, gdzie stoi stół na pięć osób. W telewizorze migają lokalne stłuczki samochodowe, reportaż z czyjejś zalanej piwnicy – milczący, mościmy się za stołem. Mężczyzna szura i pomrukuje i drepcze między zapleczem a naszym stołem zaopatrując nas w sztućce, serwetki, w menu i w chlebowe paluszki. W tym czasie kobieta wypija zawartość małego kieliszka jednym haustem za barem i nalewa sobie ponownie.

Chciałabym mieć wgląd do jej głowy. Obejrzeć z bliska tę faunę i florę, którą uśmierca wódką.


***

Piękna młoda dziewczyna z pieskiem na smyczy i z torbą z logo sklepu handlującego wykwintnymi dessous. Trzyma wstążeczki torby czubkami drobnych paluszków, opakowanie tańczy w rytm jej kroków, mały pies biegnie radośnie. Obrazek sunie przez średniowieczny rynek niemal bez kontaktu z rzeczywistością, panienka nie dotyka bruku, pies ją dogania w locie, obietnica luksusowej bielizny się za nimi unosi jak obłoczek.

Stoimy w chińsko-europejskiej kolejce do popularnego zabytku, teraz, w zimie te kolejki są krótkie, najwyżej dziesięć minut oczekiwania, nie to co w sezonie.
Panienka nadciąga, a kolejka się rozstępuje. Czas staje. Mężczyźni, bez względu na różnice pochodzenia i dysproporcje wiekowe, chrupią panienkę żywcem razem z psem i łącznie z nienoszonym koronkowym biustonoszem.
Kobiety z kolejki to ja sama nie wiem co, osobiście jestem urzeczona panienką, myślę że dla dobra fabuły powinna mieć w torebce rajstopy antyżylakowe.


***

A tu fotograficzne, syntetyczne bestiarium z wyprawy za wielkie góry.
Z racji pozazawodowych upodobań osobliwie ujęła mnie Wenus Podwórkowa, strażniczka suszarki w kącie.





by zimno (noreply@blogger.com) at luty 28, 2015 11:00

Zuzanka

Dzieciowo mi

Szybciorem 136 – higiena miażdży system

Rola kobiety w przyrodzie O nie, to nie jest tak, że era BLW kończy się wraz z ogarnięciem instytucji łyżki i widelca.

by Malwina Ferenz (Krusz.) at luty 28, 2015 08:13

Kurlandia

W Chełmie

Jesteśmy u Mateuszka. Dziecko wyściskało mnie tak, że aź ciepło zrobiło się na sercu. Sarę odbieramy po powrocie.

by Iga at luty 28, 2015 05:58

Notatki na marginesie

o co tyle hałasu?

Zwykle unikam wszelkich dyskusji ze zwolennikami lania jako środka wychowawczego, a także z grupą pod wezwaniem "ależ nie demonizujmy" a już zupełnie omijam tych, którzy w kontekście klapsa zaczynają mówić o szkodliwości wychowania bezstresowego.

Dlatego zebrałam do kupy i powiem to raz.

Otóż ten hałas jest o zasady. I o kwasy. O to, żeby sobie z kwasami radzić trzeba ustalić zasady. (Moja gurua w dziedzinie chemii wyjechała na studia do Gdańska, więc dokładnie nie wytłumaczę dlaczego reakcja zobojętniania może mieć różny przebieg w zależności od tego, czy do roztworu kwasu dodaje się zasadę, czy też na odwrót, do zasady dodaje się kwas.

Zasada jest taka: Klaps to przemoc.

Zawsze.

Całe to roztrząsanie czy lekko, ręką po tyłku, czy sznurem od żelazka, czy się zwichnęło rękę i naderwało ucho, czy tylko trzasnęło drzwiami. Ustalanie czy w afekcie, czy systemowo, czy incydentalnie to już kwestia skali, natężenia i okoliczności łagodzących. Ale zawsze, co do zasady, rozmawiamy o zastosowanej przemocy.

Zabranie komuś złotówki i zabranie  miliona złotych to będzie kradzież. Zasada jest prosta, bierzesz cudze bez zgody - kradniesz. Odpowiedzialność, szkodliwość, krzywda na inną skalę ale klasyfikacja czynu jasna. Mogę sobie nawet wyobrazić sytuację w której kibicowałabym złodziejowi (ach ten  Arsene Lupin), ale nie zmieniłoby to faktu, że jest złodziejem.

 

1.Idiomka na swoim blogu napisała "bite dzieci nie wyrastają na ludzi" . Mocno, ale będę tak właśnie  odpowiadać  wszystkim tym, którzy bronią klapsa mówiąc "ja byłem bity i wyrosłem na ludzi".

Klaps to przemoc. Zawsze.  Jeśli ktoś dopuszcza stosowanie przemocy jako metody w relacjach z ukochaną osobą, słabszą i zależną od nas to nie - nie wyrósł na człowieka.

2.Jest taki rodzaj obrońców "tradycji", którzy mówią: "Jestem przeciwny biciu dzieci, uważam jednak, że nic nie jest tak niszczące jak chłód emocjonalny wokół dziecka". Rozumiem. To znaczy, że lepiej dziecku raz przywalić niż je maltretować tygodniami. Wolałabym nie wybierać. Jedno i drugie jest złe.  Jeśli odrzucamy przemoc jako formę komunikacji czy środek wychowawczy, to odrzućmy w całości i bicie, i krzyk, i poniżanie, i straszenie, i wyśmiewanie, i szantaż, i  "wymowne milczenie", umniejszanie, uzależnianie od siebie. To jest przemoc. To "układanie" dziecka "na siłę" według własnego scenariusza.

3.Trzeci chochoł to "wychowanie bezstresowe". Cieszy się dużą popularnością wśród zwolenników klapsów jako wiatrak, z którym należy walczyć. Wychowanie bezstresowe, tak jak się je potocznie rozumnie (znaczy wychowanie bez wskazywanie dziecku, co jest dobre, a co złe) nie jest alternatywą dla bicia.  Jest tak samo głupie, jak dyscyplinowanie dziecka klapsem. Nie daje oparcia, nie uczy, zaburza poczucie bezpieczeństwa.

4."Nie demonizujmy, wszyscy dostawaliśmy lanie i żyjemy". Żyjemy owszem. W świecie, gdzie żniwo zbiera depresja, gdzie poważnym problemem społecznym jest agresja w relacjach międzyludzkich. Gdzie wysoki poziom frustracji, narzekactwa i zawiści jest podobno naszą cecha narodową. Żyjemy w świecie, w którym nikt nie spowiada się z nienawiści, za to "grzechem" bywa kochanie "niewłaściwej" osoby. 

Nie każdy rodzic, który uderzył dziecko to bestia. Większość bijących to przyzwoici, kochający swoje dzieci ludzie. Nie chcą skrzywdzić, tylko wychować. Nie mają czasu, cierpliwości, wiedzy i czasem "puszczają im nerwy". (Tu właściwie powinnam użyć zaimka "my", bo nie jestem bez winy)  Nie każde lanie to trauma na całe życie, powielanie schematu i dramat. Konsekwencje zależą od skali, natężenia i kontekstu. I ustalenia zasady, że bicie jest złe.

Rozumiem, że nikt nie chce być ofiarą. "Ofiara" ma ciągle wydźwięk pejoratywny, a oprawca jednak kojarzy się z siłą. Jest powszechne przyzwolenie społeczne na przemoc. Właśnie po to, żeby nie być ofiarą nie należy udawać, że klaps to drobiazg. I działa. Czyżby?

Nie drobiazg.

Nie działa.

Szkodzi.

Dziecko wraz z komunikatem "kocham" dostaje ból, strach i skok adrenaliny. 

Tak ma rozumieć miłość?

 

 

 

 

 

 

by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at luty 28, 2015 03:05

Dzieciowo mi

Kuchnia malucha – kuskus i czerwona soczewica, czyli nietypowe kotleciki

Kotlet, jaki jest, każdy widzi. Robiłam już „oszukane mielone” z zielonej soczewicy (nieskromnie powiem, że omnomnom), robiłam już kryzysowe kotlety z kaszanki

by Malwina Ferenz (Krusz.) at luty 28, 2015 02:54

Slow Day Long

Dlaczego lubimy spędzać swój wolny czas bez Alicji, czyli nasz spacer na Ślężę

Dzisiejszy tekst w ogóle nie miał mieć charakteru przemyśleniowego. Co więcej, miał się ukazać dopiero w przyszłym tygodniu. Kiedy dziś obudziłem się o szóstej rano, nie mogłem już zasnąć. Myśli kołatały mi się po głowie i wiedziałem, że ze snu nici, więc otworzyłem komputer.

Kiedy kilka dni temu wybraliśmy się z Kamilą na spacer na Ślężę naszły mnie pewne refleksje, dotyczące naszego czasu, który spędzamy bez Alicji. Bo chociaż bardzo ją kochamy i jest dla nas bardzo ważna, to w pewnych momentach naszego życia wcale nie musi być najważniejsza. Bo my rodzice, też mamy swój świat i czasami potrzebujemy czasu tylko dla siebie.

Niestety. Kiedy rodzi się dziecko, wielu z nas zapomina o sobie, stawiając za priorytet pieluchy, karmienie piersią, całkowicie ubezwłasnowolniając się od małego wyjącego po nocach „potwora”.  Znam wielu rodziców, którzy za idealne wytłumaczenie zamknięcia siebie samych w czterech ścianach, podają urodzonego niedawno małego ludzika, z którym przecież „nie można nigdzie daleko podróżować”.

Jakiś czas temu ostro ściąłem się z moim kolegą, który kiedy urodziło się mu dziecko, przestał odwiedzać swoich rodziców. A ci mieszkają niecałe 100 kilometrów od niego. Niezmotoryzowani, kiedy chcieli zobaczyć wnuczka musieli zapakować cały majdan do autobusu i tłuc się kilka godzin w końcu docierając na miejsce. Mój kumpel nie dał sobie przetłumaczyć, że podróż z dzieckiem będzie dla nich dużo mniej uciążliwa, niż dla schorowanych dziadków.

Żona innego kolegi (przepraszam, już była żona), gdy urodził się ich syn, wprowadziła w domu istny terror. Koniec z teatrem, kinem, o weekendach ze znajomymi zapomnij. Najważniejszy jest dom i dziecko. Wózek, spacer i rytuał karmienia, wyrzucania kupy i przewijania. Po pracy, do domu! Jedyne co udało mu się wytargować dla siebie, to wypady na ryby. Ale nie więcej, niż raz w miesiącu. Po pół roku usłyszał – albo ryby, albo ja. Wybrał ryby. Szczerze? Zrobiłbym tak samo, jak on!

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (2)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (3)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (4)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (5)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (7)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (8)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (9)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (10)

Wracając jednak do Ślęży. Kiedy w zeszłym tygodniu postanowiliśmy, że jesteśmy już tak zmęczeni, że musimy zrobić sobie dzień wolny i jedziemy na narty, spakowaliśmy sprzęt i koła naszego samochodu skierowaliśmy w stronę gór. Jednak bardzo szybko okazało się, że w Rzeczce, do której się wybieraliśmy nie ma śniegu. No to zmiana planów, jedziemy na spacer na Ślężę. I wtedy zadzwonił telefon.

To była Kamili znajoma, która miała do niej jakąś sprawę. W góry jedziecie? Bez Ali? – zapytała z nieukrywanym zdziwieniem. Nie będzie jej przykro? A dlaczego ma być? Przecież jest w przedszkolu. No, ale gdyby się dowiedziała, że pojechaliście bez niej, to będzie jej smutno. Co z was za rodzice? Kamila przekazała jej to, co chciała się dowiedzieć i szybko zakończyła rozmowę referując mi jej przebieg. A mnie naszły kolejne myśli.

Kocham swoją córkę. Uwielbiam z nią spędzać czas. Jednak nie wyobrażam sobie, abym poświęcał go tylko jej. Oczywiście wielu z Was powie, że przecież też całego swojego czasu ze swoim dzieckiem (dziećmi) nie spędza, bo chodzicie np. do pracy, na zakupy itd. Ja mam jednak na myśli czas wolny. Dla zdrowia psychicznego obu stron warto, a nawet należy pobyć czasami w samotności. O wyjeździe z żoną i pozostawieniu brzdąca dziadkom nie wspominając.

Wiecie, bo my kochamy te chwile, kiedy Ala zostaje na weekend na wsi, a my możemy pobyczyć się w łóżku. Pospać do dziewiątej. Poczytać książkę. O robieniu innych rzeczy nie wspominając. Nie stresujemy się, że nagle otworzą się drzwi, w których ukaże się rozespana twarz Alicji i usłyszymy: Tato, ja chcem kupę!

Kiedy Ala miała niespełna rok, zostawiliśmy ją z babciami i pojechaliśmy na koncert Pearl Jam do Amsterdamu. Rok temu byliśmy na tygodniowym wypadzie w Austrii, gdzie szusowaliśmy na nartach. Również bez niej. Niebawem wyruszamy do Pragi, zostawiając Alicję we Wrocławiu. Czy mamy z tego powodu wyrzuty sumienia? Wcale a wcale.

Oczywiście tęsknimy i dzwonimy do niej codziennie pytając się, co tam porabia nasza mała dziewczynka. Łapię się jednak na tym, że potrafię przez cały dzień o niej nie myśleć. Nie zamartwiam się, co tam u niej. Nie myślę o tym, czy przypadkiem nie jest głodna, czy nie dzieje się jej krzywda itd. Przecież wiem, że wszystko jest w porządku.

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (11)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (12)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (13)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (14)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (15)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (16)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (18)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (19)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (20)

Kiedy w końcu dotarliśmy pod Ślężę wziąłem w płuca duży haust świeżego powietrza. Założyłem górskie buty, spakowałem torbę z aparatem, Kamila wzięła plecak z prowiantem, złapałem ją za rękę i zaczęliśmy się wspinać. Z tą wspinaczką, to trochę przesadziłem, bo wybraliśmy najłatwiejszą i najkrótszą z tras wiodącą na szczyt. Chcieliśmy sprawdzić, czy następnym razem, kiedy tu przyjedziemy (tym razem z Alicją – sic!) nie sprawi jej ona zbyt dużego problemu, aby pokonać ją samodzielnie na własnych nogach.

Szliśmy tak i szliśmy, podziwiając bukowy las, ślady topniejącego śniegu, pierwsze przebłyski wiosny, która bez wątpienia zbliża się do nas dużymi krokami. Ile byśmy stracili z tej wyprawy, gdyby Alicja była z nami. Mamo, ja chcem pić. Tato, chcem siku. Jestem głodna. Ja chcem tam iść. Wiecie, o co mi chodzi.

Każdy potrzebuje odrobinę samotności. Wszyscy musimy od czasu do czasu spędzić go w towarzystwie innym, niż naszych dzieci. To straszne, co teraz napiszę, ale poważnie zastanawiam się, czy chcemy mieć drugie dziecko. Nie wiem, czy mam siłę i ochotę na te wszystkie zarwane noce, wstawanie o trzeciej nad ranem, podkrążone oczy i chroniczne zmęczenie z niewyspania. Bez wątpienia przy drugim dziecku mnie to czeka. W chwili obecnej mamy ten komfort, że Ala jest na tyle duża, że możemy (przynajmniej przez jakiś czas) w ogóle o niej nie myśleć.  Nie wiem również, czy mając odchowaną córkę, którą możemy zostawić na weekend u babci nie martwiąc się o nic, chcę rezygnować z tych wszystkich możliwości spędzania czasu sam na sam z moją żona. Przecież Kamila jest dla mnie tak samo ważna, jak Ala.

Bo jakiś czas temu odbyłem długa rozmowę z moim serdecznym kumplem. Marcin ma odchowaną córkę, która od pewnego czasu chodzi już do szkoły. Nie chcecie mieć drugiego dziecka? – zapytałem go kiedyś. Nie. Bo wiesz co, my w końcu możemy poświęcić czas dla siebie. Możemy wyjechać, zostawić ją z dziadkami, skupić się nie tylko na niej, ale i na sobie. Ona jest dla nas najważniejsza w życiu, ale mamy w nim tą cząstkę tylko dla nas, którą nie pozwolimy jej zagarnąć. Drugie dziecko mogłoby to zniszczyć. Egoizm? Nie sądzę. 

Znam wielu rodziców, którzy zatracili się dla dzieci, dla innych, dla świata, zapominając o sobie. To naprawdę szlachetne jest poświęcać się dla innych. Jednak przychodzi kiedyś w życiu taki moment, że dzieci wylatują z gniazda, a my pozostaniemy sami. I co wtedy? Wielu z nas oczekuje (bo tak zostaliśmy przecież wychowani), że nasze dzieci „odwdzięczą się” i nie zapomną o starzejących się rodzicach. Znam jednak wiele przykładów niezrozumienia, kiedy dzieci chcąc poświęcić czas i życie dla swojej rodziny, są obarczani winą za samotność mamy i taty.

Moja koleżanka Agnieszka usłyszała niedawno od swojej matki, że jest niewdzięczna za te wszystkie lata, której rodzice poświęcili na jej wychowanie. Zrezygnowali praktycznie ze wszystkiego, aby poświęcić czas jej i jej siostrze. Obie z nich wyszły za mąż, mieszkają daleko od nich. Starzejącym się rodzicom pozostała działka, mieszkanie, sąsiedzi i… samotność przed telewizorem. Odpowiedzialnością za to obarczyli obie z sióstr.

Oczekiwali, że te pójdą w ich ślady. Dlaczego zamiast jechać na wakacje na drugi koniec świata, nie przyjedziecie po prostu do nas? Przecież możecie spędzić ten czas z nami. Ale my nie chcemy przyjeżdżać do was – odpowiedziała. Chcemy spędzić ten czas z mężem. Sami. Jesteś niewdzięczna – usłyszała w odpowiedzi. Kiedyś i twoje dzieci cię tak potraktują. Życzę ci tego – w złości odpowiedział jej ojciec.

Kiedy zmarł tato Grzegorza ten pomyślał, że teraz matka zupełnie się załamie. Szczęśliwe małżeństwo, które przeżyło ze sobą ponad 40 lat wydawało się nierozłączne. Mój kolega zdziwił się jednak, kiedy po miesiącu żałoby pani Ania zrzuciła czerń, przefarbowała włosy, wysprzątała mieszkanie pozbywając się wszystkiego, co przypominało nieboszczyka. Zapisała się do klubu seniora, zaczęła jeździć na wycieczki, aż w końcu poszła na studia. Grzesiek przecierał oczy ze zdziwienia. Również wtedy, kiedy usłyszał od mamy: Nigdy nie poświęcaj życia jedynie innym. Służ i nieś im pomoc. Kochaj i szanuj. Pamiętaj jednak, że masz też swoje życie. A to, jest tylko jedno!

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (21)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (22)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (23)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (24)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (25)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (26)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (27)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (28)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (29)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (30)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (31)

Przemyślenia i refleksje to jedno. Muszę jednak napisać o naszym spacerze. Kamila była ostatnio na Ślęży jeszcze w liceum. Trochę wstyd, bo góra leży jakieś 40 minut jazdy samochodem od Wrocławia. Ja też się kiedyś na nią wdrapałem, ale to również było chyba z 15 lat temu. Droga na szczyt wiedzie łagodną, wijącą się pośród bukowego lasu ścieżką. W trakcie spaceru minęliśmy zrąb drzew, a nawet spotkaliśmy w lesie przepięknego konika, który odpoczywał sobie przed czekającą go pracą. Sporo drewna czekało, aż zwiezie je na dół.

Spacer zajął nam około godziny. Na górze czekał nas przepiękny widok. Pogoda była cudna, widoczność naprawdę niezła, a chmury, które przywitały nas u podnóża wzniesienia szybko rozgonił wiatr. Naszym oczom ukazało się błękitne niebo. Nasamprzód skierowaliśmy nasze kroki ku kamiennemu kościółkowi, który jest właśnie remontowany. Chcieliśmy się też wspiąć na wieżę widokową, ale jak się okazało, ktoś zakosił część drabiny, a jej drewniany zamiennik wydał się nam nie dość stabilny, abym odważył się wdrapać. Może innym razem.

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy wracając nie zahaczyli o znajdujące się na szczycie schronisko. Zamówiliśmy flaki i szarlotkę. Nie powaliły nas (ciasto nawet niezłe, ale flaki „z paczki” i podgrzewane w mikfofali). Ale że byliśmy już dosyć głodni skusiliśmy się. Dramatu nie było, ale jak to się mówi „dupy mi nie urwało”. Do tego ogromne wrażenie robi wielki maszt telewizyjny, który majestatycznie góruje nad okolicą. Z bliska wygląda jeszcze bardziej okazale.

Kiedy trzymając się za ręce schodziliśmy (a raczej zbiegaliśmy) na dół pomyślałem sobie, że następnym razem wybierzemy się tu z Alicją. Trasa jest dosyć łatwa i bez wątpienia nadaje się na rozpoczęcie sezonu. Nawet małe dzieci pokonają ją bez problemu, a jak się zmęczą, to niosących je na rękach rodzicom, nie powinna sprawić większego problemu. Zimą trasa jest idealna na biegówki, a w ciepłych porach roku damy radę pokonać ją na rowerze.

Cóż, to był piękny spacer. Nie mogę doczekać się na kolejny. Również bez Ali. Bo przecież tyle ich jeszcze przed nami.

Zarówno tych z nią, jak i bez niej.

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (33)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (34)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (36)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (37)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (38)

Ślęża zimą latem wejście na Ślęże schronisko na Ślęży wejście z dzieckiem trasa zdjęcia blog Slow Day Long (39)

by Damian at luty 28, 2015 08:44

zycie na kreske

luty 27, 2015

Domowa kuchnia Aniki

Golonka pieczona w rękawie

Golonka  pieczona w rękawie



 
Ostatnio zarzucam Was przepisami na golonki, ale tak się złożyło, że była u nas dwa razy w niedługim odstępie czasu. Przepis tym razem na golonkę pieczoną w rękawie. Jest pieczona bez wcześniejszego gotowania, a więc wersja szybsza i wygodniejsza, a golonka wychodzi bardzo smaczna. Skórka jest chrupiąca, a mięso mięciutkie, rozpływające się w ustach.

Składniki:
  • 4 golonki przednie
  • szklanka ciemnego piwa
  • 2 łyżki ostrej musztardy
  • 2 łyżeczki soli
  • pół łyżeczki pieprzu
  • 3 ząbki czosnku
  • pół łyżeczki ostrej papryki 
  • 4 łyżki oleju
  • 2 - 3 łyżki suszonego majeranku
Sposób wykonania:
  • Z  musztardy, oleju i pozostałych przypraw przygotowujemy marynatę ( bez piwa )
  • Umyte i osuszone golonki nacinamy delikatnie w szachownicę ,a następnie nacieramy dokładnie marynatą. Odstawiamy na 2-3 godziny do lodówki
  • Po tym czasie golonki wkładamy do rękawa. Końce rękawa unosimy ku górze, i wlewamy do niego piwo ( nie lejemy po górze golonek, aby nie spłukać marynaty. Rękaw szczelnie zamykamy i wkładamy go do piekarnika nagrzanego do 200 stopni. Ja dodatkowo rękaw umieszczam w dużym naczyniu żaroodpornym. Potem łatwiej jest wyjąć golonkę z piekarnika
  • W powyższej temperaturze mięso pieczemy przez 30 minut, a następnie zmniejszamy temperaturę do 180 stopni, a ustawienie zmieniamy z termoobiegu na góra: dół. W ten sposób mięso pieczemy jeszcze ok 2 - 2,5 godziny
  • Pół godziny przed zakończeniem pieczenia mięso wyjmujemy z piekarnika, rękaw ostrożnie rozcinamy, a golonki polewamy płynem, w którym dusiły się golonki. Ponownie wstawiamy do piekarnika i odczekujemy ok 20 - 30 minut 
  • Golonka doskonale smakuje podana z zasmażaną kapustą ( przepisy TUTAJ  i TUTAJ) i pieczywem. Obowiązkowo musztarda i chrzan

    by Anika (noreply@blogger.com) at luty 27, 2015 11:07

    Zuzanka

    Dzieciowo mi

    Co najlepszego rodzice mogą dać dziecku?

    Są trzy rzeczy, które najbardziej liczą się na tej planecie: kasa, władza i znajomości. Bez nich przepadniesz i zginiesz marnie. Właśnie tych

    by Malwina Ferenz (Krusz.) at luty 27, 2015 08:04

    Zapiski dojrzalej kobiety

    Jedni odchodzą, drudzy przychodzą ...

    Zapłacz
    kiedy odejdzie,
    uroń łzę jedną i drugą,
    i – przestań
    nim słońce wzejdzie,
    bo on nie odszedł na długo.

    Potem
    rozglądnij się wkoło
    ale nie w górę;
    patrz nisko
    i – może wystarczy zawołać,
    on może być już tu blisko...

    A jeśli ktoś mi zarzuci,
    że świat widzę w krzywym lusterku,
    to ja powtórzę:
    on w r ó c i...
    Choć może w innym futerku.
    ( Autor: Franciszek Jan Klimek).


    Trudny i ciężki był to tydzień.
    Całe szczęście, że nawarstwiło się dużo spraw do załatwienia i prawie całymi dniami byłam poza domem.
    A jak wracałam to padałam ledwo żywa, bo byłam zmęczona a dodatkowa porcja leków uspokajających też robiła swoje.
    Tak się akurat złożyło, że w tygodniu miałam trzy wizyty lekarskie na których dowiedziałam się, ze wyniki badań mam dobre i wszystko się unormowało.
    No cóż, los jednak wie, kiedy może na przywalić, a kiedy musi być łagodny, bo więcej przeciwności nie udźwigniemy.
    Po ostatnich przejściach domownikom nie jest łatwo, ale my możemy sobie przetłumaczyć, że choroba nie wybiera i możemy się pocieszać, ze kot zbytnio
    nie cierpiał.
    Ale jak przetłumaczyć wystraszone i tęskniącej Vici, że na darmo jej poszukiwania i pomiaukiwania – Bandyty już w żadnym zakamarku domu nie znajdzie.
    Jak namówić ją do jedzenia, jak odkleić ją od moich lub kolan ślubnego…

    Wiadomo było, ze drugi kot w domu będzie, ale chciałam, by stało się to za jakiś czas.
    Wobec powyższych zachowań Vici trzeba było decyzję o wzięciu kota przyspieszyć.
    Przejrzałam więc ogłoszenia o adopcji zwierząt w Internecie i zadzwoniłam.
    I się zaczęło.
    Pytania, pytania, pytania.
    Po pól godzinie pytań (pytania się powtarzały) przeplatanych stwierdzeniem, bym mówiła prawdę, bo oni i tak sprawdzą – nie wytrzymałam i powiedziałam – „nie prościej przyjechać i sprawdzić a w razie niejasności dopytać”?.
    Na co usłyszałam, że jak im się moje odpowiedzi nie spodobają to nie przyjadą i kota nie dostanę.
    Odłożyłam słuchawkę.

    Zadzwoniłam do innego „domu tymczasowego”.
    Pytania podobne tylko w grzeczniejszej formie, ale przy pytaniu o mój wiek i po stwierdzeniu „a co będzie z kotem jak kot mnie przeżyje” straciłam cierpliwość i znowu rzuciłam słuchawką.
    Postanowiłam, że zadzwonię do pierwszo lepszej hodowli i kota kupię.
    Za nie małe pieniądze ale bez kretyńskich pytań.
    Dobrze, że są wnikliwi i nie oddają kotów pierwszej osobie jak się nawinie, dobrze, ze wymagają aby adoptowany kot trafił do domu odpowiednio zabezpieczonego i do ludzi, którzy go nie skrzywdzą, ale nie może to wyglądać tak jak wygląda.
    Córka stwierdziła, że zakup kota, kiedy jest tyle kotów bezdomnych jest bez sensu i postanowiła, ze sama się tym zajmie.
    Wymiękła też po drugim telefonie.
    Zadzwoniłam więc do schroniska dla bezdomnych zwierząt a nie „domu tymczasowego”.
    Po trzecim pytaniu pani już wiedziała wszystko, co chciała wiedzieć.
    Poprosiła bym przyjechała i sama sobie kota wybrała a ona mi tylko doradzi, który jest z tych „mniej walecznych” co by się z Vicią na dzień dobry nie pozabijali.
    Jutro w południe jadę.

    by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at luty 27, 2015 07:46

    Matka jest tylko jedna

    Jak odświeżyć stare meble?

     

    Już jesteśmy od jakiegoś czasu po przeprowadzce i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że mniej więcej w środku jesteśmy ogarnięci. Czasem, kiedy patrzę się na niedoczyszczone okna [ktoś, kto mi zwracał uwagę, że na oknach zostawiłam taśmę chyba nie do końca wiedział, jak bardzo taśma uchroniła ramy przed zniszczeniami remontu, szkoda, że nie nakleiłam dodatkowej także na szybach], mam wrażenie, że to się już nigdy nie skończy. Ciągle znajduje się coś, czego brakuje, a to pieniędzy, a to zwykłej solniczki, ale na szczęście nie martwimy się o podstawowe meble – odśnieżyliśmy je bardzo dokładnie :)

    Chociaż od początku wiedziałam, w którą stronę ma iść rozplanowanie przestrzeni w nowym starym domku, tak o wnętrzach nie myślałam ani trochę. Być może wynikało to z tego, że oprócz ciąży, remontu, bloga i rozhisteryzowanego Kosmyka mój mózg nie był w stanie przyjąć głębszych rozmyślań o stylu, dekoracjach i innych. Postanowiłam więc o wnętrzach i konkretnych meblach pomyśleć później, a jak już odgracimy przykryte na razie śniegiem podwórko i przyjmiemy na świecie nowego członka/członkinię  [ha :D] rodziny, to wtedy zajmę się ukierunkowaniem wystroju w konkretny nurt. Czyli czekają mnie same przyjemności!

    A dopóki jest jak jest i wciąż się urządzamy, wystarczy nam to, co mamy. I tak jestem zwolennikiem niezagraconych pokoi, więc te kilka mebli, które nam zostały postanowiłam zwyczajnie odświeżyć. Odśnieżyć raczej, bo materiałów dostarczyła mi Śnieżka.

     

    Do poprzedniego warszawskiego mieszkania wprowadziliśmy się na puste podłogi. Tuż po przekroczeniu progu moim oczom ukazał się jedyny w mieszkaniu mebel – stół ze spalonym na środku blatem. Podobno poprzednia mieszkanka [babcia właściciela] zostawiła na stole włączone żelazko i tym sposobem zjarała całą chatę. Stół został spisany przez właściciela na straty, ale ja zobaczyłam w nim potencjał. Chłop mi stół odnowił i mieliśmy piękny mebel, przy którym nie raz, nie dwa siedzieliśmy i gadaliśmy do późnych nocy. Nie zastanawiałam się wtedy, w jaki sposób Chłop mi ten stół odnowił. Pracowałam, jeździłam po bibliotekach… Myślałam, że to jest strasznie skomplikowane!

     

    A to tak naprawdę jedna z prostszych rzeczy, jaka mnie w trakcie remontu spotkała. Wystarczy zaopatrzyć się w pędzel, papier ścierny, farbę gruntową, farbę właściwą i ewentualnie nożyk, żeby przecinać papier albo wydłubywać nim z zakamarków mebla jakieś stare brudy. I już!

     

     

     

    download (21)

     

    download (20)

     

     

    Na pierwszy ogień poszedł stolik Kosmyka, który już widzieliście tutaj i tutaj. Stolik nie ma nawet roku, ale intensywna praca farbami, mazakami i kredkami już nadszarpnęła jego ładny wygląd. Postanowiłam więc go pomalować na biało, odpowiednią farbą, bezpieczną dla dzieci, bo przeszło mi przez głowę, że gdybym zaszalała z białym i pomalowała nim też stolik do pracy, mogłabym dzięki temu stworzyć fajną strefę do pracy dla mamy i synka. Niedługo zobaczycie, że całkiem mi się to udało.

    Stolik Kosmyka nie potrzebował silnego tarcia papierem – ot, trochę, żeby wyrównać powierzchnię. Akurat do niego zrezygnowałam z gruntu [no dobra, babcia lubi malować, więc ona zrezygnowała] – stolik jest nowy, drewno jeszcze świeże, miałam przeczucie, że sama farba wystarczy i się nie myliłam.

     

     

    download (20)

     

    download (21)

     

     

    Gorzej ze stolikiem do pracy – z nim już się porządnie męczyłam… Ten stolik ma jakieś 40 lat, służył jeszcze mojemu ojcu, potem funkcjonował jako półka na kwiaty na werandzie, a potem dogorywał pod podcieniem i jakimś cudem przeżył zachlapanie cementem, różnorakimi klejami  i ogólnie  – kurzem. Na zdjęciu tuż po dwóch godzinach tarcia papierem ściernym i wydłubywania zaschniętych brudów z zakamarków:

     

     

     

    download (22)

     

    Na szczęście się udało i właśnie przy nim piszę ten tekst.  Kiedy już ciachnęłam na biało stolik Kosmyka, stary stolik ojca i odpowiednie krzesło, zaszalałam żółtym. Nie wiem, czemu padło akurat na ten kolor – coś mi kazało posiadać żółtą plamę na ścianie i podążyłam za instynktem :)

     

    download (25)

     

    Ostateczny efekt zobaczycie wkrótce, jak już tylko odnajdę się w zdjęciach, które wczoraj przez cały dzień cykałam jak oszalała. W każdym razie zamierzony efekt został osiągnięty. Kosmykowy stolik stoi zazwyczaj w jego pokoju, ale Kosmyk ma to do siebie, że gdy tylko widzi, że ja coś robię przy komputerze, zaraz do mnie przybiega i chce pracować razem ze mną. W takim momencie przestawiam jego biały stolik do mojego białego biurka i powstaje nam fantastyczny kącik do pracy – on ma swój, a ja swój. I jest fajnie.  Na drugim zdjęciu może uda wam się dojrzeć fragment mojego krzesła :)

     

    download (29)

     

     

    download (33)

     

    Odnowienie starych mebli to świetny sposób na odświeżenie mieszkania i w ogóle ciekawa opcja, jeśli ktoś wprowadza się do nowego mieszkania bez jakiejkolwiek wizji urządzenia jego wnętrza. A nawet jeśli z wizją, to bez kasy :) W każdym razie, kiedy już znajdę swoje wymarzone biurko, te odśnieżone meble i tak mi się przydadzą – już je widzę w altance w ogrodzie :)

     

    O maj gad… pomyślałam o ogrodzie i aż mnie ciarki przeszły… ileż jeszcze pracy mnie tam czeka…  Wyglądając za okno, z pełnym przekonaniem stwierdzam, że odświeżanie starych mebli to jednak jedna z przyjemniejszych prac okołodomowych. Szybki efekt, ładny wygląd i masa satysfakcji :)

     

     

     

     

    5,622 wszystkich wizyt, 97 wizyt dzis

    Post Jak odświeżyć stare meble? pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

    by MatkaTylkoJedna at luty 27, 2015 04:02