Planeta Jadzi

sierpień 26, 2016

Dzieciowo mi

Dopalacze – skąd wiadomo, że dziecko bierze, i inne ważne sprawy

Oczywiście, oczywiście, to nie jest notka dla was. To dla tych kiepskich rodziców, dla tych nieudaczników życiowych, którzy nie wiedzą, na czym

by Malwina Ferenz (Krusz.) at sierpień 26, 2016 10:42

Zapiski dojrzalej kobiety

Oblicza sierpnia.

Sierpień, z jego obłokami pachnących kwiatów,
Sierpień, z jego wielkimi stogami gigantycznych chmur,
Sierpień, z plantacjami kukurydzy stojącymi jak żołnierze w szeregu,
Sierpień, z arbuzami pełnymi i ciężkimi, drzemiącymi w słońcu,
Sierpień.

Sierpień, czy pamiętasz kąpiele w jeziorze?
Sierpień, czy pamiętasz dziecko Alicji wyjadające delikatnie owoce z wina?
Sierpień, czy pamiętasz Richie'go bawiącego się z kozą?
Sierpień, czy pamiętasz Donalda ćwiczącego na swoim nowym saksofonie?
Sierpień.

Sierpień i jego świecące koronkowe niebo,
Sierpień i nowożeńcy Pat i Chet dekorujący swój nowy dom,
Sierpień i Odważny Bil, Nieustraszony Bil na dwóch kołach swojego roweru,
Sierpień i migoczące wspomnienia zawieszone jak krople rosy,
Sierpień.

Sierpień, hojny, sierpień pełny,
Sierpień, mama rozgrzana, ale uśmiechnięta nad talerzem soczystego
pieczonego kurczaka,
Sierpień, tata miksujący jej mrożony napój miętowy,
Sierpień, błogosławione żniwa wspomnień,
Sierpień.

(Autor: Mary Naylor - "Żniwa) z tomu „Of Tails and Scales, Feathers and Pebbles, and Endless
Immeasurables”, 2007 tłum. z angielskiego Ryszard Mierzejewski.



Sierpień rządzi po swojemu, dopieszcza owoce w sadach, dogrzewa warzywa w warzywnikach, z pól sprzątnął zboża – pracowity jest bardzo.
Pije ze mną kompot z mirabelek i obdarował mnie ostatnimi papierówkami, ale na plotki nie ma czasu, bo szykuje się do drogi.
A za progiem już wrzesień z pędzlem i farbami by jak najprędzej zabrać się za malowane wrzosów i przydać koloru owocom w sadach.
No i Pani Jesień ciągnie już do nas ze swoim kolorowym cygańskim taborem.

Tydzień minął mi błyskawicznie.
Bardzo udany tydzień, choć w kościach czuję jego ciężar.
Albowiem była u nas wnuczka więc wywiewało nas z domu, jak powsinogi włóczyliśmy się po Ogrodach Botanicznych, gdzie podglądałam jak astry porównują swoją krasę z floksami i wykłócają się które bardziej urocze..
Praktycznie wracaliśmy na obiadokolację, a potem już tylko krótki odpoczynek, kąpiel i spanie.
Parki i Ogrody Botaniczne nam już trochę powszechniały, więc wczoraj pojechaliśmy do Czerska by zwiedzić Zamek (a właściwie ruiny) Książąt Mazowieckich.

Z przetworami w sierpniu dałam sobie spokój.
Muszę jednak zrobić przeciery pomidorowe i zakisić w słoikach ogórki na zupę.
Właśnie w poniedziałek miałam zabrać się za pomidorowo – ogórkową manufakturę, ale …
Staś dzisiaj zachorował i w ciągu kilku godzin trafił do szpitala.
W związku z tym Wiktoria będzie w dalszym ciągu u nas.
A robienie przetworów z dzieckiem, które BARDZO chce pomagać nie jest mi wcale na rękę.
I tak to plany sobie, a życie sobie….

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at sierpień 26, 2016 08:53

Skorpion w rosole

(224) Igraszki z Kaczyńskim

     Dziś znowu nie będzie o robalach, bo mam palący wręcz piekielnie temat, którym muszę się z Wami podzielić, niech Was też parzy, a co.

     Wyobraźcie sobie, że staję teraz na mównicy i natchniona, z rozmarzonym wzrokiem i rozmazanym okiem mówię jak Martin Luther King: I HAVE A DREAM! I ta reakcja! Z milionów płuc wydobywa się ekstatyczne westchnienie, które łącząc się z moją emfazą w jedno pierzaste serce, unosi się nad tłumem, samo będąc jednocześnie dla niego prawie namacalnym dowodem jedności i podniosłości chwili. Coś jak napisy końcowe pojawiające się przy wtórze porywającej muzyki. Wyciska łzy przez pępek.

Z tym, że mój sen daleki był od marzenia sennego, a reakcja tłumów daleka od ekstazy. Oj, tak. Aż się wzdragam na jego wspomnienie.

     Nie mam pojęcia jak go ubrać w słowa, bo nijak nie wpasowuje się w dzisiejszą, lepszą rzeczywistość nad której urwiskiem szumi już nie szopenowska wierzba, lecz brzoza (nota bene to już kolejne drzewo w szpalerze historii, obok tych, na którym gniazdo założył orzeł biały, dębów Bartek, Lech, Czech i Rus, obok jodeł, co to szumią na gór szczycie i rozdartych sosen. I jaworów, pod którymi amory. Może flaga Kanady nie jest taka od czapy?).
Sen może się jednak tak akuratnie wpasować w tę dendrologiczną rzeczywistość, że okaże się, że będzie to mój ostatni post, więc jeżeli zniknę w niewyjaśnionych okolicznościach, to wspominajcie mnie dobrze i przysyłajcie cebulę i majtki na zmianę. Dobrą zmianę.

     Mianowicie śnił mi się PREZES. Tak, sam Kaczyński. Jestem zaszczycona. I to nie był sen erotyczny, o nie! Jesoo, jeśli to byłby sen erotyczny, to o zabarwieniu horroru, z nutą groteski, a nawet makabreski. Taka niestrawna mieszanka spowodowałaby, że kołderka automatycznie zamieniłaby mi się w kir i marmurową płytę zaraz po transmisji. 

     Nie wiem, czy dam radę opisać te ekscesy, ale w końcu taki mam zawód, więc po prostu muszę, rozumiecie. Taka robota. Ale co się zobaczy, nawet we śnie, tego się już nie odzobaczy, a nie chcę być jedyną osobą na świecie z szokiem pourazowym. Mam widocznie coś sadystycznego we krwi, więc przekręćcie potencjometr tolerancji na maksimum, żeby nie doznać spalenia obwodów. Bo tu wymagane są wzmożone moce przerobowe. Normalnie aż mi wstyd. Włączcie empatię. I wybaczcie. To potrwa krótko.

Otóż prezes nosił wodę z jednego pokoju do drugiego bardzo ją rozchlapując. Dlaczego? Nosił ją w ustach, a przy tym tak się śmiał, że wypływała mu spomiędzy zębów, ciekła kącikami ust, pryskała po każdym parsknięciu. Prezes próbował zakrywać usta rękami, co jeszcze pogłębiło wydźwięk chwili. Przebiegał kurcgalopkiem w garniturze w tę i wewtę. Czułam wielki niesmak i niemal obrzydzenie. Politowanie i wstyd, całą tą niezbyt przyjemną mieszankę, kiedy ktoś wygłupia się niesmacznie, a przy tym głupkowato. Mieszanka zabójcza, dyskredytująca i dyskwalifikująca.



Chcąc przetrwać ten danse macabre, krzyknęłam: ZBIÓRKA!

Kaczyński stanął jak wryty, zbaraniał kompletnie, powiódł ciemnymi oczkami z prawa na lewo, aż trafił na mnie i w wysokim stopniu zaskoczony wykrztusił bezradnie: JESTEM PREZESEM! TO JA MOGĘ ROBIĆ ZBIÓRKI!

No już. Koniec tej traumy.

Z sennika staropolskiego:
Śnić o męskich wygłupach - uważaj, spełni się na jawie! Oraz strzelisz trójkę w totolotka.

Zaiste, sama prawda w tych sennikach.


by Skorpion pandeMonia (noreply@blogger.com) at sierpień 26, 2016 09:17

efka i koty

Smutny kotek

Jovi czasem wygląda tak smutno, że aż serce się kraje.
Mój kochany, melancholijny kotek.
Jovi sometimes looks so sad. My sweet, melancholic cat.


by efka i koty (noreply@blogger.com) at sierpień 26, 2016 12:44

Kura pazurem

Niezwykłe spotkania

Ostatnie dni to niezwykły czas. W Starogardzie Gdańskim w poniedziałek i we wtorek gościliśmy (oczywiście nie my osobiście) Barbarę Krafftównę i Remigiusza Grzelę. Promowali książkę „Krafftówna w krainie czarów”, którą zresztą gorąco polecam nie tylko fanom aktorki. Warto przeczytać i chociażby dowiedzieć się, co znaczy SKS.

Krafftówna

Grzela

Muszę pochwalić się zdjęciami. Wrzuciłam je oczywiście na FB, ale przecież nie każdy z Was ma tam konto, a chwalić się jest czym. Dla mnie to było niezwykłe przeżycie. Godna podziwu jest pogoda ducha Krafftówny. Ma 88 lat, a swoją energią i optymizmem zaraża wszystkich wokół. Jak będziecie mieć kiedyś okazję być na spotkaniu autorskim tej niezwykłej pary, to gorąco polecam. Naprawdę warto.

Kiedyś też napisałam, że wszystkie drogi prowadzą na północ. Pamiętacie? I to jest prawda najprawdziwsza z prawd. Wczoraj była u mnie Babcia Zuzanna! Kojarzycie? Czasami tutaj komentuje. To od niej też dostałam magiczną miotłę, którą mam dawać bez łeb durnowatym (oczywiście ja też do tych durnowatych się zaliczam, więc od czasu do czasu dokonuję „samobiczowania”).

W zeszły czwartek odwiedziła mnie Górowianka – Ania. W weekend widziałam się z dwiema autorkami blogów recenzenckich – Dominiką i Beatą. W sobotę to ja odwiedziłam w Grudziądzu Justynę z bloga Rakowi Środkowy Palec. I co najciekawsze po wrzuceniu zdjęć na FB ktoś stwierdził, że jesteśmy siostrami, bo mamy podobne rozczochrane. Justyna to oczywiście młodsza siostra, więc ma mniejszą czuprynką.

Justyna

Kilka tygodni temu miałam spotkanie z żoną Krzysztofa (blog Ktak). A żona to przecież druga połówka, więc spotkanie prawie że blogerskie. A w tę sobotę czeka mnie następne. Ma mnie odwiedzić Socjoblożka.

Jest moc, nie? Szkoda tylko, że nie zawsze pamiętam by cyknąć fotkę. Ale przecież najważniejsze są emocje.

Przyznać się, kto jeszcze ciągnie w te wakacje na środkowe wybrzeże naszego pięknego, zimnego morza.

by anna at sierpień 26, 2016 04:31

zycie na kreske

sierpień 25, 2016

Bezwstydnica

Ustronie

Pozdrawiam
Kura
PS Rysunek taki żółty od słońca 🙂

by Kura at sierpień 25, 2016 02:18

falkografioly

Wszystko bierze się z miłości ...Robert Rożdiestwienski przetłumaczył: Wiesław falko Fałkowski

falko
Robert Rożdiestwienski
przetłumaczył: Wiesław falko Fałkowski

Wszystko bierze się z miłości ...

Według Jana:
na początku
było słowo.
A słowo?
Słowo wzięło się
z miłości.

Wszystko bierze się z miłości:
i inspiracja,
i robota,
i kolor oczu,
i dziecięce oczy -
tak, to wszystko bierze się z miłości.

Wszystko zaczyna się od miłości.
Właśnie tak! Z miłości!
Dokładnie to znam,
dokładnie to wiem.
Wszystko!
I nienawiść -
rodzona siostra
dozgonnej miłości!

Początek wszystkiego z miłości:
sny, marzenia i strach.
Krew, wino i pył.
Dramat,
melancholia
i bohaterstwo -
to wszystko bierze się z miłości.

I kiedy wiosna szeptem do ciebie mówi:
"Live",
takim stłumionym szeptem.
To sprostuj.
I krzyknij:
Ostrożnie, powoli,
to wszystko bierze się
z miłości!

Рождественский Роберт
Все начинается с любви...

Твердят:
"В начале
было
слово".
А я провозглашаю снова:
все начинается
с любви!

Все начинается с любви:
и озаренье,
и работа,
глаза цветов,
глаза ребенка -
все начинается с любви.

Все начинается с любви.
С любви!
Я это точно знаю.
Все,
даже ненависть -
родная
и вечная
сестра любви.

Все начинается в любви:
мечта и страх,
вино и порох.
Трагедия,
тоска
и подвиг -
все начинается с любви.

Весна шепнет тебе:
"Живи".
И ты от шепота качнешься.
И выпрямишься.
И начнешься.
Все начинается
с любви!

by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at sierpień 25, 2016 02:22

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Praca w Japonii dla cudzoziemca., którego autorem jest Maika

Patrząc na meble w sklepach to mogę potwierdzić, że meblościanki, zabudowy itd. są tu bardzo popularne. Niestety w ogóle nie orientuję się jak jednak wyglądają możliwości zatrudnienia dla stolarza meblowego. Ale zawsze warto zacząć od sprawdzenia rodzajów wiz do Japonii, bo one co nieco mówią o tym, w jakich branżach brakuje specjalistów. A znajomość języka jest zawsze na plus.

by Maika at sierpień 25, 2016 11:22

efka i koty

Biegam bo lubię

Taka refleksja z dzisiejszego wieczoru.
I run because I like - even if it is sometimes hard.

 

by efka i koty (noreply@blogger.com) at sierpień 25, 2016 11:52

Odpoczynek

Najlepiej odpoczywa się w kocim towarzystwie.
Tak to wygląda co wieczór kiedy usiądę na kanapie :-)
A little relax with cats after work.


by efka i koty (noreply@blogger.com) at sierpień 25, 2016 11:52

falkografioly

Po właściwej stronie tęczy

falko


Po właściwej stronie tęczy

Słońce zachodzi.
Pada deszcz.
Jeszcze letni, a może już jesienny?
Zmierzch resztkami światła maluje kolorową tęczę.
Nad koronami drzew.
Na niebie granatowym o tej porze dnia.
W kulistych kroplach deszczu jaskrawe promienie
zachodzącego Słońca załamują się, odbijają,
rozszczepiają na siedem radosnych barw.

A nocą?
Nocą srebrzyste światło Księżyca
w słonych kropelkach łez płynących po policzkach
tworzy inną siedmiobarwną tęczę.
Księżycowy blask pod ostrym kątem małych i wielkich trosk
maluje ją takimi samymi, a jednak innymi kolorami.
Czerwona krew i strach, że jutro nadejdzie zbyt późno.
Pomarańczowe słońce zwiastujące rychłą jesień życia.
Żółty blask monet fałszywych i ból zdrady.
Zielona trująca pleśń i strach, że przyjdzie choroba i pech.
Niebieski smutny deszcz płacze wielkimi kroplami,
aż strach w smutku zasypiać.
A nasze dzieci w okrutnym kolorze indygo,
że zawistne, zawzięte i bez sumienia?
A fioletowa żałoba w samym środku tej tęczy,
że fioletowym całunem okryje?

Stanąć po właściwej stronie tęczy
to znaczy śmiać się.
I płakać.
Po równi.
I żyć.
I przepłynąć na drugą stronę
głębokiego jeziora.
Słonego jeziora łez.

Wiesław falko Fałkowski, 2016

by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at sierpień 25, 2016 07:02

zycie na kreske

sierpień 24, 2016

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj O jedzeniu sushi i nie tylko, którego autorem jest Alex

Gdy to wszystko czytam to płaczę ze śmiechu.Może nawet sama nie wiesz,że pisząc niby zwykle rozbawiasz do łez.Oby tak dalej.

by Alex at sierpień 24, 2016 10:24

Notatki na marginesie

zespół parlamenrtarny

Na 460 posłów i 150 senatorów mamy w 163 zespoły parlamentarne. Jeśli potrzebujecie podnieść sobie ciśnienie bez kawy to poczytajcie czym się w pocie czoła zajmują nasi parlamentarzyści.

Oto wybrane:

Parlamentarny Zespół "Pakiet - Stop" Parlamentarny Zespół "Stop ideologii gender!" Parlamentarny Zespół Chrześcijański Ruch Społeczny Parlamentarny Zespół Członków i Sympatyków Ruchu Światło-Życie Parlamentarny Zespół Dobrych Zmian - DobreZmiany.org Parlamentarny Zespół ds. Chorób Rzadkich Parlamentarny Zespół ds. efektywnej regulacji gry w pokera Parlamentarny Zespół ds. Kultury i Tradycji Łowiectwa Parlamentarny Zespół ds. Leśnictwa, Ochrony Środowiska i Tradycji Łowieckich Parlamentarny Zespół ds. Obrony Ideałów "Solidarności" Parlamentarny Zespół ds. Obrony Wolności Słowa Parlamentarny Zespół ds. Promocji Badmintona Parlamentarny Zespół ds. Przeciwdziałania Ateizacji Polski Parlamentarny Zespół ds. Referendum Ustrojowego Parlamentarny Zespół ds. skutków działalności Komisji Weryfikacyjnej Parlamentarny Zespół na rzecz Katolickiej Nauki Społecznej Parlamentarny Zespół na rzecz Ochrony Życia i Rodziny Parlamentarny Zespół Obrony Chrześcijan na Świecie Parlamentarny Zespół Obrońców Języka i Literatury Polskiej Parlamentarny Zespół Olimpijski Parlamentarny Zespół Sportu na Wsi Parlamentarny Zespół Świeckiego Państwa Parlamentarny Zespół Tradycji i Pamięci Żołnierzy Wyklętych Parlamentarny Zespół Wspierania Języka Esperanto

Ograniczę komentarz, bo cisną mi się słowa niestety nieparlamentarne.

by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at sierpień 24, 2016 03:44

TUV

skałki rzędkowickie czyli mielim wycieczkę i Tolibowski inaczej

jak pisałam Rudka źle się czuje.Znów.I to wyszło kiedy? Ano w długi sierpniowy weekend.Młoda w Warszawie a my z problemem i uziemieni.

Niedziela 14 sierpnia u weta czyli został nam poniedziałek by coś sobie zorganizować a i ze względu na samopoczucie psa raczej nic forsownego.

Wymyśliłam miejsce gdzie nie wiedzieć czemu nigdy nas nie było ( bo my jak tam to Góra Zborów ) czyli Rzędkowice.

Sobie można wygooglać – raj dla wspinaczkowiczów a jakże;). Ciepły dzień,słoneczko świeci.Jedziemy.

I było wspaniale!!!!

Rudeńka dzielnie dawała radę a nawet była wręcz zadowolona że nie siedzi w ogródku;)

tu widok ze skałki gdzie mieści się jaskinia „studnisko”- rzeczywiście studnia kilkanaście metrów w dół ,gdzie kończy się takim podcieniem w skałach ,można się niby schować ale przed deszczem niekoniecznie;)

A to X-men bawiący się w Tolibowskiego inaczej – zbierał  z upodobaniem mirabelki;))))

Wypoczęci pojechaliśmy na obiad.Tu gdzie byliśmy knajpa zamknięta co dziwi bo w doskonałym wg mnie miejscu.

Ale o tym w następnym odcinku

by Tuv at sierpień 24, 2016 09:48

Dzieciowo mi

Trzy sprzęty, które zmieniły moje życie na lepsze

I wybaczcie mi ten tabloidowy tytuł pod publiczkę, ale nie mogę inaczej. Jaram się jak fani „Gry o tron” Hodorem, jak ministerstwo

by Malwina Ferenz (Krusz.) at sierpień 24, 2016 09:08

zycie na kreske

Kura pazurem

Moje wariactwo

Ostatnio trenuję pewną sztukę, której nie powstydzę się nazwać głupią. Ale wiecie, jak to jest, czasami człowiek musi pewne rzeczy odreagować, tym bardziej jak cały dzień siedzi i skrobie.

Dwa albo czasami trzy razy w tygodniu jeżdżę rowerem na targowisko. I kiedy wracam (w trakcie jazdy już) wyciągam z kieszeni pilocik (bo takie maleństwo) od garażu, pstrykam, łapiąc zasięg i próbuję bez zatrzymywania, robienia dodatkowych kółek itp. wjechać rowerem do garażu. Myślę, że uprzedzę Wasze pytanie i od razu zaznaczę, że nie wiem, dlaczego to robię. Taka fantazja ułańska się we mnie odzywa. Dziadek był ułanem, więc może tak mi w genach się dostało, by gnać z powiewem we włosach nawet wprost do zaparkowania. Pech chce, że brama otwiera się baaaardzo powoli. Ha! W dodatku ma już odcisk mojej facjaty!

Pewnego dnia myślałam, że wreszcie się uda! Że tempo dopasowane, że bramę udało się stosunkowo wcześniej otworzyć i jadę pomalutku, jak żółw ociężale (czy jakoś tak). Brama się podnosi. Wymierzam. Na oko wystarczy się lekko tylko schylić. Jadę śmielej. I… oczywiście koło przednie wjeżdża. Kierownica również. Tylko rozczochrana odbija się lekko od bramy. A to głupi łeb! Nie zmieścił się!

Ale nie ma bata! Kiedyś wjadę. A lekkie wstrząsy łepetyny zakutej w kask zawsze się przydadzą. Może coś wreszcie przeskoczy na odpowiednie tory.

Rozumiem też, że nie tylko ja jestem specjalistką od tak genialnych eksperymentów. Rzućcie jakieś swoje pomysły, żeby człowiek nie myślał, że jest ostatni taki durnowaty.

by anna at sierpień 24, 2016 03:51

sierpień 23, 2016

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Praca w Japonii dla cudzoziemca., którego autorem jest Sebastian

Dzień dobry.

Ja mam pytanie odnośnie innego zawodu. Stolarz meblowy. Jak jest ze stolarką w Japonii? Nie chodzi mi tylko o tradycyjną pracę w drewnie lecz także o produkcję mebli w stylu europejskim. Meble nowoczesne. Kuchnie, zabudowy itp. Ogólnie całe wyposażenie mieszkań. Ze zdjęć i stron Japońskich widzę że są popularne. Oczywiście wszystko w mniejszej skali ze względu na metraż, ale jednak. Mam prawie 15 lat doświadczenia w zawodzie.
Obecnie uczę się języka i mam w planie wyjechać za 5 lat do Japonii. Jakie są szanse?

Pozdrawiam.

by Sebastian at sierpień 23, 2016 06:19

zycie na kreske

sierpień 22, 2016

Skorpion w rosole

(223) Mogiłka

     Miało być o robalach, ale nie będzie, bo może Wam się już przejadły? Będzie w takim razie o czymś innym. 

      Stał się oto cud i pojechaliśmy w zielone, daleeeeeko, daleeeeeko, za siódmą górę. Mim, Mat, Mama z Koleżanką i ja. No, może zajechaliśmy nie aż tak daleko, ale fakt faktem, że dojechaliśmy na pogranicze Wielkopolskiego Parku Narodowego, gdzie mamy kawałek naszej planety na wyłączność. Na górze kilka tysięcy metrów własnego nieba, pod nogami analogicznie tyle samo chwastów, a przed furtką rząd wierzb niepłaczących, szuwary, pole, o tej porze ogolone na jeża, a za nim jezioro, po którym będąc małą szczerbatą dziewczynką pływałam z bratem żaglówką albo i wpław.
     Jezioro to, jak większość jezior na tym terenie to akwen polodowcowy, w którym znajdowałam tony muszelek. Ale nie takich zwykłych, nie. Muszelki były bowiem skamieniałe. Mieliśmy kilogramy skamieniałości, ach, gdybyż zachowały się do dziś, bylibyśmy chyba obrzydliwie bogaci, co? A tak to pozostaje grać w totka.  

     Ale nie będę opisywać co robiliśmy w chwaściorach, bo to raczej nudne, no, z wyjątkiem zabaw Mata i Mima, którzy to rzucali mirabelkami do celu. Celem była srebrna strzała mamy, japoński cud motoryzacji z przełomu wieków. W zasadzie zarówno gabarytami jak i kolorem przypominała finalnie słoik dżemu mirabelkowego.

Wcisnęliśmy się do niego ponownie, a nasze pięć ciał wypełniło szczelnie przestrzeń strzały (ach, jaki smaczny zlepek szczprzstrz!). Jechaliśmy, jechaliśmy, wieczór wciskał się do środka przez wywietrzniki, oddechy uciekały przez uchylone okienka, kolana kłuły w brody, a brody kłuły kolana (Mat, nie dość, że produkuje więcej testosteronu ode mnie, to już mnie przerósł! Ma 173cm wzrostu i nie widać końca tej tendencji). No i pech i Mat chcieli, żeby odebrać po drodze zdjęcia. Stanęliśmy więc na parkingu, Mat poleciał na skrzydłach euforii po swoje foty, a ja i Mama wysiadłyśmy powdychać pełną piersią świeże spaliny miasta. Położyłam bukiet kwiecia od Mima na dachu, żeby nie trzymać go ciągle w dłoni. Wiecie, ręka się poci, łodygi też, nic przyjemnego ściskać taką zieleninę. Kładąc je na dachu nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że kładę je jak na pięcioosobowym grobowcu, tylko, że wewnątrz Mim i Koleżanka bardzo żywotnie deliberują. 

- Zapomnisz o nich - beznamiętnie zauważa Mama.

- Ależ skądże, specjalnie położyłam je w tak widocznym miejscu, żeby nie zapomnieć. 

- Ze straszykami było to samo, przypominam - Mama ziewnęła przeciągle.

Zacukałam się z lekka. Hmmmm, serio? Zamordowałam straszyki w tak perwersyjny sposób? Błogosławiona sklerozo i Ty, święty Alzheimerze!

No, Mat, długonoga gazela, powrócił. Pakujemy wszystko i wszystkich do srebrnej strzały i wyruszamy.
Jedziemy sobie dostojnie, aż tu nagle na drugich światłach młodzieniec obok wykonuje bulwersujące ruchy prawicą, i patrzy na mnie uśmiechając się lubieżnie. No co za facet! Oczywiście uśmiecham się do niego również. Tylko co to za nieprzyzwoite ruchy? Aaaa, że mam okno otworzyć. Nono. Szkoda.

- Proszę głośniej, młodzieńcze!

- No to kwiatki spadły, mówię, ale dopiero niedawno!

Psiakrwia. A to nawet nie Boże Ciało. No i mamy proroka w rodzinie.



Jako, że brak fotografii ilustrującej zdarzenie, a to wysoce z nim koreluje, pokazuję Wam z czego wiosną zrobiłam cukier fiołkowy.
No to może następnym razem będzie już wyłącznie o robalach, co? 

by Skorpion pandeMonia (noreply@blogger.com) at sierpień 22, 2016 11:09

Mikołajkowo

LETNIE ATRAKCJE ☺

Po lecie przychodzi jesień i zima, dla nas niestety oznacza to pół roku siedzenia w domu (na narty nie pojedziemy, nawet skoki przez kałuże nie dla nas). Dlatego staramy się zapewnić jak najwięcej atrakcji dla chłopaków póki pogoda pozwala.

Raz w roku jedziemy do Leśnego Parku Niespodzianek w Ustroniu. Co roku podoba im się tak samo ☺




Park Zielona, prawie codziennie


Konie przypadły chłopakom do gustu



drewniane też ☺


Jak pada deszcz to kino, oczywiście na najwyższym rzędzie żeby Księciunio Mikołajek dobrze wszystko widział ☺



Mama Mikołajka i Michałka

by Wiola Grabowska (noreply@blogger.com) at sierpień 22, 2016 09:49

Ojciec Wwwirgiliusz chowa dzieci swoje

Klasa sama w sobie

A mówili, żebym sobie dał spokój z polityką. Niedoczekanie. Na tym blogu tylko ja mówię o czym będę pisać. I nikt, nawet Królowa Matka nie będzie mi mówić, co mam robić. I jeśli sobie postanowiłem, że napiszę o klasie o profilu matematyczno-narodowym to o niej napiszę. Bo oburza mnie ta fala rechotu, która się przewala przez internet. Bezmyślnego hejtu. Tymczasem łączenie takich, zdawało by się, odległych od siebie tematyk to przecież doskonały pomysł. Wreszcie nie będziemy tylko naśladować trendów, które sprawdziły się w innych krajach. Małpować zachodu, wschodu czy południa. Fusion edukacyjne - to może być polska specjalność. Będą do nas przyjeżdżać, aby ich dzieci mogły się uczyć w jednej z klas. Na przykład takich, klas o profilu:

poetycko-instalatorskim. Wyobraźcie sobie, że pan wam nie tylko kran uszczelni, nie tylko odpływ odetka, ale też podyskutuje o lirykach Brodzkiego. O tym kiedy wreszcie Krynicki dostanie Nobla, a Goethe doczeka się nowego tłumacza na polski jak tego doczekał  się Szekspir.

piłkarsko-dziennikarskim. Dzięki niej polskie boiska piłkarskie zaludnią skrzyżowania Lewandowskiego ze Szpakowskim. Sam strzeli, skomentuje i podsumuje. All inclusive.

samochodowo-dochodzeniowym. Z tej klasy będą rekrutować się doskonali policjanci, którzy nie tylko skradziony samochód wytropią, ale naprawią i bezpiecznie do właściciela odstawią.

medyczno-prawniczym. Przywożą Ci kogoś z wypadku. Jesteś chirurgiem, więc go operujesz. Ratujesz życie, ale on potem wytacza Ci sprawę, że ma brzydką bliznę. A wtedy ty sięgasz do swoich zasobów wiedzy z klasy prawniczej i szach mat cwaniaczki, naciągacze! 

impo

góralsko-księgowym aby jeszcze lepiej, sprawniej i zgodnie z obowiązującym prawem podatkowym ceprów z dudków obdzierać.

pielęgniarsko-lingwistycznym. Pielęgniarka, która będzie biegle posługiwać niemieckim, angielskim lub francuskim szybko zacznie zarabiać więcej od pierwszej damy.

marketingowo-pasterskim. Przecież wiadomo, że każdy szanujący się marketingowiec, wcześniej czy później nabiera ochoty, aby rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady.

polityczno-fonograficznym. Bo co to za polityk, który nie umie podsłuchać, nagrać i dobrze zmontować zdobytego środkami operacyjnymi materiału.

oazowo-hip-hopowym zwana holly motherfucker. 

A Ty, może dorzucisz jakiś pomysł?

 

 

 

by ojciec_wwwirgiliusz@NOSPAM.gazeta.pl at sierpień 22, 2016 07:00

Smoking kills...

O RYNNACH I GWOŹDZIACH

 

N. czyści rynny, bo już nam całkiem niezła kolekcja chwastów wyrosła na siatkach – krzaczki takie dorodne, aż szkoda że to nie marihuana, może by nas w „Super Expresie” sfotografowali, przecież każdy marzy, żeby być w Superku albo w Fakcie (ja raz byłam, ale tyłem i nieco rozmazana, więc mam zrozumiały niedosyt). Natomiast Szczypawka koniecznie chce zjeść to, co jest z rynien wyrzucane. Pyszna zgnilizna; obawiam się, że coś tam musiało zdechnąć i się rozłożyć, bo jakoś nie wierzę w jej nagły wegetarianizm.

Pozostając w temacie okołoszczypawkowym – miałam moment refleksji nad światem (kolejny), widząc w ofercie sklepu z karmami dla psów BUTELKOWANĄ WODĘ dla psów z acerolą. Prawie trzy złote półlitrowa butelka. Myślałam, że po wodzie „VODA” na lotnisku, w sklepie butelka za około 15 złotych (ale można było kupić wersję z kolagenem! Piłam później zwykłą mineralną z rozpuszczonym kolagenem z saszetki – pachniało jak woda, którą się wylewa z akwarium, żeby ją zmienić, i smakuje jakby się lizało rozmrażającą się rybę), już niewiele jest mnie w stanie zdziwić, a jednak proszę. Nawet nie wiem, co to jest ta acerola! Brzmi jak coś, co Chodakowskie i Lewandowskie jedzą na śniadanie z puddingiem z chia. I mój pies by chciał coś takiego?… Nigdy mi nie mówiła! Pewnie dlatego żre śmieci z rynny, bo ma braki aceroli w organizmie, biedactwo.

Natomiast babcia (lat 93, przypomnę dla uzyskania pełnego obrazu sytuacji) przerobiła już wszystkie reportaże i ludzkie dramaty, od sierotek gnębionych przez zakonnice do kryminalistów duszących konkubiny po piwnicach i w sobotę zażyczyła sobie książkę o nałożnicach Sulejmana. To się nazywa mieć eklektyczny gust. Gdzie te czasy, kiedy cała rodzina zaczytywała się „Przeminęło z wiatrem” i sagą rodziny Whiteoaków? I teraz muszę szukać nałożnic Sulejmana – chyba założę nowe konto w internetowej księgarni, pod pseudonimem, i już się boję, co mi zacznie wyświetlać reklama kontekstowa.

Oraz dobry dowcip mi przemknął: matka pakuje syna na wycieczkę.

- Tu masz spakowane chleb, masło i gwoździe.

- Po co?

- Jak to po co? Posmarujesz chleb masłem i zjesz.

- A gwoździe?

- Tu są. Przecież spakowałam!

by Barbarella at sierpień 22, 2016 06:26

Kurlandia

Sezon na paprykę

U nas na wsi jest miło. W sklepie można sobie postać dłużej i pogadać, sąsiad pomoże w potrzebie, w urzędach załatwisz wszystko…Tym razem zamówiłam w naszym sklepiku paprykę, bo w sierpniu jest najtańsza. Dziesięć kilogramów można mieć za 30-40 złotych. Powiedziałam, że jak przyjdzie mi do głowy zrzędzić ze zmęczenia, to Mąż może śmiało walnąć mnie tłuczkiem w czoło. Ha ha ha. Chodzę i jęczę, że mam dosyć, a potem przychodzę do domu z wielkimi siatami produktów do przetworzenia…Cała ja. Niereformowalna.

Będę to jutro ogarniać. Tymczasem przypominam dwa sprawdzone i bardzo smaczne przepisy: salsa paprykowa i papryka marynowana. Do marynowania lepsza jest czerwona papryka, bo żółta bardziej „flaczeje” po jakimś czasie. A salsę koniecznie trzeba mieć, jeśli lubi się grillowanie. Jacek uwielbia mięso z tym właśnie dodatkiem, bo jest aromatyczny, ale nie za ostry.


http://kurlandia.blog.onet.pl/2014/09/09/salsa-paprykowa/


http://kurlandia.blog.onet.pl/2014/09/30/papryka-podkarpacka/

***

Zostały mi dwa ostatnie dni wycieczki w Tatry. Wtedy właśnie spełniliśmy z Jackiem kolejne marzenie.

by Iga at sierpień 22, 2016 02:33

moje waterloo

2351

W ubiegłym tygodniu, korzystając z uroczej pogody, brać grupowo rzuciła się do ogrodu.

Eduś, jak to Eduś (mamusi syneczek najdroższy) - skromniutko, nie wadząc nikomu przycupnął sobie w trawie przy krzaczkach.

 

Długo w swej cichej samotni nie posiedział. (Hanka jest już mniej więcej rozmiaru Edka - perspektywa kłamie - tylko inaczej zbudowana).


Gdyż waliły tłumy.


Natomiast Karolek szczerbaty wnosił pretensje do wścibskich, wszędobylskich paparazzi.


Za to Prezes zasadził nowy miłorząb i jak mógł, tak starał się sprostać prośbom fanek o okazanie przystojnej łydki. Paczajom, jaki ma kapelutek!


Karolek, zniesmaczony nachalnością fotoreporterów, dokonał odbioru inwestycji. Paczajom, jaką ma kitę! (Karolek jest kotem uczciwego rozmiaru, przy czym po przeprowadzce wysmuklał bardzo i lekko wystają mu gnaty - ale za to odciąża kolanka, skalane schorzeniem wędrujących rzepek).


A Zocha... jak to Zocha. Miała na to wszystko wyrąbane. Uwielbiam tego kota niemal bałwochwalczo. Paczajom, jakie ma białe usteczka!


Nieuwieczniona na zdjęciach niezmordowana trzymaczka aparatu uprasza o docenienie wysiłków, polegających na rzucaniu się na glebę oraz wstawaniu i ponownym rzucaniu, wstawaniu, rzucaniu, wstawaniu... W piątek - być może na tę okoliczność - dopadły trzymaczkę korzonki. I trzymio.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at sierpień 22, 2016 01:15

zycie na kreske

Kura pazurem

Silna wola w gruzach

Lubicie spotkania z pisarzami? Bo ja uwielbiam. Uwielbiam je z każdej strony i w każdej roli. A w sierpniu od kilku lat odbywa się Literacki Sopot. To obowiązkowy punkt mojego letniego planu. W tym roku impreza odbyła się pod hasłem literatury izraelskiej, ale oczywiście można było posłuchać również polskich autorów. Jak zawsze było rewelacyjnie! Podczas pewnego spotkania padło jedno zdanie, które otworzyło mi jakieś drzwiczki w rozczochranej. Błysnęło niespodziewanie. Mam pomysł na powieść, jednak ciągle nie wiem, jaka będzie główna bohaterka, jaka konstrukcja powieści, bo książkę mam zamiar pisać dopiero w przyszłym roku, a teraz spokojnie „zachodzę sobie w ciążę”. I kiedy padło to jedno magiczne zdanie, otworzyło mi jakąś klapkę i wylazł z niej zarys postaci. Fundament. I być może doszło do zapłodnienia. Jest więc moc, choć dupsko boli, bo kilka godzin dziennie siedzieliśmy na twardych krzesełkach. Ale czego człowiek nie zrobi, żeby mu w rozczochranej błysnęło.

W tym roku w Sopocie byliśmy tylko w piątek i w niedzielę. W sobotę mój mąż zaplanował coś dla ciała (oby za mało go nigdy nie było) i zawiózł mnie na Festiwal Smaku do Gruczna. Niby malutka miejscowość na krańcu Kociewia, a ludu tam było, jakby za darmo wszystko dawano. I przyznam, że to była wyśmienita uczta dla ciała. Posmakowaliśmy różności. Już pod koniec podjęłam męską decyzję, że nie, że jak będą mnie czymś częstować, to oprę się, nic już nie wezmę do gęby, bo jak gęba tylko czegoś posmakowała, to ręka sięgała po portfel i kupowała. Zaparłam się więc i idę z zaciętą miną. Koniec żarcia! KONIEC! I udało mi się siłą woli zapanować nad pokusami. Już przed nami rysowały się tylko ze cztery stragany, a za nimi już wolność od zapachów i smaków. A tu nagle widzę, że napisane na słoiczku „szczecińskie”. No! Od razu moja szczecińska dusza zakwiczała! I nie był to paprykarz. O, nie! Konfitury różane! Czujecie ten zapach? Ech! Westchnęłam. Zapytałam, ile taki słoiczek tych pyszności kosztuje, choć wiedziałam, że mało nie będzie, jak to takie najprawdziwsze różane.

– Proszę spróbować – zachęca pan.

– Nie, dziękuję – kryguję się, a język do du… już ucieka, chociaż w tej du… już pełniutko dzisiaj.

– Proszę – pan jest twardziel i zachęca dalej.

I w tym momencie runęły kruche mury mojej silnej woli. Biorę od pana plastikową łyżeczkę z konfiturą na zimno ucieraną. Biorę do gęby… i jakbym nagle wstąpiła do różanego raju.

– Pycha – szepczę do Mężusia i zaraz mam wyrzut sumienia, że jemu trochę do popróbowania nie zostawiłam. – Kupię, co?

Oczywiście nie czekam na odpowiedź. Ręka już sięga po portfel. A mordka się szczerzy w uśmiechu!

I tak właśnie resztki mojej silnej woli poległy na placu boju w Grucznie. Przyznajcie jednak, że też byście się nie oparli, nie?

by anna at sierpień 22, 2016 03:50

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Jak znaleźć mieszkanie w Tokio, którego autorem jest Maika

Zobaczymy jak szybko nam się przeje :) Ale to najbliższy odpowiednik hiroszimskich okonomiyaki, który udało nam się znaleźć w Tokio, więc nie jest źle… Z parapetówką pewnie się nie wyrobimy tak szybko, ale zapraszamy na ogląd (i piwo) :) Urzędujemy pod nowym adresem od 12 września.

by Maika at sierpień 22, 2016 03:21

Skomentuj Jak znaleźć mieszkanie w Tokio, którego autorem jest Ibazela

Hahaha, moje gratulacje! :) Rozumiem, że teraz monjayaki na kolację raz w tygodniu? 😉
Jeśli parapetówka będzie przed 22 września, to z przyjemnością oglądnę na żywo 😉

by Ibazela at sierpień 22, 2016 02:50

sierpień 21, 2016

zapiski zgagi

Rozjechało się…

… moje potomstwo. Dziecka większe zagranicznie, mniejsze krajowo. A my-seniorzy udomowieni na razie. Ale do czasu, bo gdy latorośle wrócą, przyjdzie kolej na nas. Przedtem jednak parę zadań do wykonania.

Nadchodzący tydzień to dla mnie czas przygotowań do sołeckich dożynek, dla Małża odgruzowanie piwnicy na przyjęcie nowego pieca. Doszliśmy bowiem do wniosku, że najwyższa pora rozstać się z ogrzewaniem węglowym, bo i lata nie po temu. Piec zresztą lata swoje ma (niemal pełnoletni!) i już w minionym sezonie wykazywał rozmaite fanaberie, chyba nie przetrwalibyśmy z nim tegorocznej zimy.

Po licznych przemyśleniach, konsultacjach społecznych itp. zdecydowaliśmy się na pelety. Marzył się nam wprawdzie gaz, ale do naszego domu nitka dotrze najwcześniej za dwa lata, więc to rozwiązanie odpadło w przedbiegach.

Piwnica, wiadomo, zbiorem jest najprzedziwniejszych gratów, uzbieranych przez ponad 30 lat. Już w sobotę, gdy Małż rozpoczął penetrację, przybiegał co jakiś czas z wieściami o kolejnych wykopaliskach… Jedne go cieszyły, inne wręcz żenowały. Oj, nazbiera się z pewnością cały samochód do wywiezienia na wysypisko! Oby tylko na jeden kurs, bo daleko…

Piszącą te słowa w temacie piwnicznym zainteresowała tylko jedna kwestia: czy znajdzie się tam trochę miejsca na słoiki? Podobno owszem. No i pięknie! Bo jakoś wyhamować nie mogę z nadprodukcją. Moje najnowsze wynalazki to kandyzowany seler naciowy (pyszny, ale zupełnie nieekonomiczny) i paprykowy dżem z gorzką czekoladą (petarda, jak mawia moja Beatka). A w głowie roją się kolejne koncepcje…

Mimo danej samej sobie obietnicy, że po nalewce malinowej już tylko pigwówka i finito, nastawiłam wczoraj coś, co mnie zafrapowało, gdy przeczytałam recepturę. Nie wykluczam, że będzie to kolejny procentowy niewypał (po zeszłorocznej brzoskwiniówce), no trudno. Nie zainwestowałam nadmiernie, więc szkodliwość czynu będzie znikoma. W składzie nalewki są, oprócz alkoholu i cukru,  śliwki ,,żywe” oraz suszone, rodzynki i laska wanilii. No, zobaczymy…

Małż żywi nadzieję, że wrześniowy wyjazd ostudzi ostatecznie mój przetwórczy zapał. Może i tak, ale przecież zaraz potem pojawią się renety…

by Zgaga at sierpień 21, 2016 11:14

moje waterloo

2350

Wprowadzenie.

Dawno, dawno temu zadzwoniłam z drogi do Prezesa z informacją, że niedługo będę w domu. Dowcipny ów człowiek skwitował moje starania przykrywając nieszczelnie mikrofon telefonu i wołając w przestrzeń:
- Zbierajcie się dziewczynki szybciutko, bo Asia już jedzie!
Tak narodziła się nowa świecka tradycja, eksploatowana obficie przy każdej możliwej okazji.

W piątek pojechałam do miasta i pożałowałam. O, wsi spokojna, wsi wesoła! Po cóż mi było cię opuszczać - jest lepiej nawet z tym remontem kanalizy, prowadzonym od półtora miesiąca, ze skutkiem ubocznym w postaci zamknięcia ulicy dojazdowej do naszej chałupiny. No, dobra, nikt sobie z tego zakazu ruchu nic nie robi, a i panowie drogowcy-kanałowcy przepuszczają miejscowych bez szemrania.
Na cóż mi więc było opuszczać, gdy natychmiast utknęłam w koszmarnym korku, z którego udało mi się uciec po - bagatela - godzinie. I to tylko dlatego, że znam Katowice, więc wiem, który trawnik między blokami przeciąć, żeby się znaleźć na wylocie.

I teraz do rzeczy.
Utknąwszy we wspomnianym korku, wysłałam Prezesowi tęsknego MMSa, obrazującego tragizm sytuacji.


Po dwóch minutach otrzymałam odpowiedź.


Przeszedł na level master.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at sierpień 21, 2016 10:54

Anrzej rysuje

Planeta Warka

Planeta Warka 7 ok

Jeden z rysunków, które zrobiłem na zlecenie Warki

by Andrzej at sierpień 21, 2016 05:32

Zapiski dojrzalej kobiety

Kolory Prowansjii.

Każda opowieść, myśl czy spojrzenie
Tworzą swój mały taniec kolorów
Gdy poskładają się w jedną całość
Wzór tworzą inny od wszystkich wzorów… 

(Autor: Małgorzata Kowzan).

Miniony tydzień minął pod hasłem „boli mnie gardło i źle się czuję”.
Jedni uznali, ze to czas rekonwalescencji, inni, ze to był tydzień lenia.
W Polsce, jak na razie, jest wolność słowa, więc każdy ma prawo mieć swoje zdanie.
Moje jest takie, ze był to bardzo fajny tydzień, i mimo pewnych niedogodności jak np. opryszczka, czy nieudana wizyta u fryzjera, bardzo mi ten czas nicnierobienia pasował.
Przeżyłam ten tydzień obcując z książką, siedząc na balkonie, jedząc owoce i obserwując świat.
Drobne rzeczy obserwowałam - błękit nieba, kształt obłoków, szeleszczące trawy na balkonie, dzieci, panów emerytów spacerujących na skwerku i wyraźnie się nudzących, narzekających i na Tuska i na Kaczyńskiego, na młodzież, na baby, na uchodźców, na papieża - niech się nie wpier…la w nie swoje sprawy, że rząd obiecał a nie daje i na jakiegoś Józka, który zapił i czegoś nie wymurował.

Nieudana wizyta u fryzjera – no cóż, całe szczęście, ze w najbliższym tygodniu nie mam żalnego poważniejszego wyjścia.
Moja fryzjerka, ma złote ręce, strzyże fantastyczne, ale jak to się w życiu zdarza, nawet mistrz popełnia falstart.
Żeby się nie wdawać w szczegóły, po fryzjerze wyglądam jak Ziemowit po pierwszych postrzyżynach.
Jak już muszę pokazać się ludziom to stawiam włosy na żel i wyglądam jak punkówa na głębokiej emeryturze, ale i tak ten wygląd jest lepszy od linii cięcia a’la garnek na głowie.
Całe szczęście, ze włosy i paznokcie mi bardzo szybko rosną (żeby w takim tempie pieniądze na konto przybywały to byście mi mówili pani Rockefeller;).

A pogoda się znowu skiepściła, mam nadzieję, ze to tylko chwilowo, bo od jutra znowu Wiktoria jest u nas.
I do lasu bym chciała pojechać zobaczyć czy kwitną już wrzosy…

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at sierpień 21, 2016 02:41

pokolenie ikea

4347305428_4a59d62674_b

Kilka lat temu na jednym z amerykańskich uniwersytetów zrobiono badania na grupie studentów. Zadano im dwa pytania: Czy rzucił cię ktoś, kogo naprawdę kochałaś/kochałeś? Czy kiedykolwiek rzuciłeś/rzuciłaś kogoś, kto cię naprawdę kochał? Prawie 95 proc. kobiet i mężczyzn odpowiedziało „tak” na oba pytania. Wnioski?

Statystycznie mamy przejebane.

Co zrobić gdy cię rzucił?

To się zaczyna od „Musimy pogadać.” Albo: „Nie wiem jak ci to powiedzieć”. I już wiesz, że to nie będzie nic dobrego.

Kilka lat temu moja koleżanka poznała faceta i była to miłość jak z bajki, gdzie włosy zawsze się świetnie układają, wszystko kończy się happy endem, a miłość zwycięża. On miał kwadratową szczękę, ona duże piersi i burzę blond loków. Pomyślałem, że to całkiem niezły fundament dobrego związku. Kupili sobie psa, wielkiego labradora, a jakiś rok później dostałem zaproszenie na ślub, na bardzo ładnym kremowym papierze z wytłoczeniami i wstążką.

I weekend przed tym ślubem przyszły mąż wyjechał na Mazury, aby trochę się zresetować i popływać na łódce. Tam poznał pewną 25-latkę i jego świat na chwilę zamarł i zaczął się kręcić jakby trochę inaczej. W nocy przed planowaną uroczystością usiadł, nalał wódki swojej narzeczonej i sobie, po czym powiedział: „Nic z tego nie będzie. Zakochałem się w innej. I chce z nią być.”

No i trochę ślub się nie udał. Rano koleżanka stała przed kościołem i informowała wszystkich tych, do których się nie udało dodzwonić, że niestety, ale zmienili zdanie. A później w torebce, obok francuskich kosmetyków, zaczęła nosić paczki prezerwatyw marki Durex i kiedy w końcu jako tako doszła do siebie to była już po dwóch rozwodach, ale za to z jednym dzieckiem.

Jednak przez pierwszy rok po rozstaniu miała momenty, że jadąc samochodem i słysząc w radiu piosenkę, która kojarzyła jej się z tym facetem z kwadratową szczęką zaraz musiała zjechać na pobocze. Bo zaczynała płakać.

Dlaczego tak boli?

Helen Fisher, profesor na Uniwersytecie Stanowym Rutgersa, zrobiła rezonans magnetyczny mózgu osób, które były zakochane. Odkryła aktywność w tej części, którą neurolodzy określają, jako ośrodek nagrody. Odpowiada on za to, że czegoś nam się chce albo nie. Za naszą motywację. Za nasze skupienie. Za nasze żądze. To ta sama część mózgu, która się uaktywnia, gdy strzelamy sobie przez nos kokainę. Albo amfetaminę. Kiedy wciągamy narkotyk, nasze komórki produkują więcej dopaminy.

Tak samo jest z mózgiem osób zakochanych. Miłość budzi aktywność w komórkach odpowiedzialnych za produkcję dopaminy, podobnie jak seks i dobre jedzenie.

Miłość to dopamina.

Fisher obejrzała wyniki, wyciągnęła wnioski i razem z kumpelą Lucy Brown zrobiła tym razem skany mózgu osób, które właśnie zostały rzucone. Odkryła aktywność w trzech rejonach. W rejonie, który odpowiada za głębokie przywiązanie do drugiej osoby – ta część mózgu chce po rozstaniu zrobić wszystko, aby tylko odzyskać osobę, którą się straciło. Odkryły aktywność w rejonie odpowiedzialnym za analizę zysków i strat – to ten fragment naszej głowy, który teraz powtarza jak katarynka: „Jak to się mogło stać? Ale dlaczego?” Odkryły też aktywność w rejonie mózgu odpowiedzialnym za głęboką, romantyczną miłość – to układ nagrody w mózgu, odpowiedzialny za naszą motywację, pragnienia i skupienie, który działa silniej, gdy nie możemy dostać tego, co chcemy. Czy to nie ironia? Ktoś cię rzuca, a ty tę osobę kochasz jeszcze bardziej niż do tej pory.

Poradzenie sobie z rozstaniem to jedna z większych traum, jakie nas spotykają w życiu. Jak powszechnie wiadomo, nic wtedy tak nie pomaga, jak stwierdzenia przyjaciół: „Ogarnij się”, „Szybko o nim/o niej zapomnisz” i król tego lodowiska: „On/ona nie był ciebie wart.” Działają po prostu, kurwa, jak ręką odjął. Jak plaster na odrąbaną rękę.  

Musisz mieć wyjaśnienie

 „Jeśli możesz, napisz kiedyś na blogu, że kobiety potrzebują racjonalnego wytłumaczenia. Logicznego, takiego prosto z mostu i konkretnego typu: sorry, nie możemy być razem, bo masz za małe cycki, poznałem inną czy coś w tym rodzaju. Po podaniu konkretnego powodu kobietom łatwiej dojść do siebie. Natomiast, jeżeli rozstajesz się z kobietą i mówisz jej, że jest dobra, idealna i można z nią planować życie, ale nie możecie być razem i tu podajesz serię błahostek, to po prostu jesteś tchórzem, a ją narażasz na to, że się nie pozbiera. Albo, że zacznie robić głupie, nieracjonalne i niebezpieczne rzeczy.” 

Oczywiście, że rzucając kogoś kłamiemy. Żeby poczuć się lepiej. I to dopiero zabawne: żeby chronić tę drugą osobę przed nieprzyjemną prawdą. Mówisz komuś, że go/ jej nie kochasz, raniąc go tak, że bardziej się nie da, a nie chcesz podać prawdziwej przyczyny rozstania, bo obawiasz się, że możesz skrzywdzić tę osobę! Czy może być coś bardziej durnego? Wyrywasz tej osobie serce, a troszczysz się, żeby przypadkiem nie złamała paznokcia.

Co naprawdę mówimy zrywając?

Mężczyzna to taka istota, która działa na trzech poziomach relacji z kobietą.

Pierwszy poziom – chcę cię chędożyć. Podniecasz mnie, podobasz mi się nago, traktujemy się jak zwierzęta. Zdejmuję z ciebie sukienkę z triumfem. (I bieliznę Triumpha.)

– Może wpadniesz do mnie i spróbujesz tego, co przygotowała moja matka?

– A co przygotowała?

– Mnie.

Poziom drugi – chcę cię chędożyć i chcę z tobą rozmawiać. Poziom trzeci – chcę cię chędożyć, chcę z tobą rozmawiać, chcę z tobą być.

Kiedy mężczyzna mówi przy rozstaniu: „Jesteś dobra, jesteś idealna, jesteś dla mnie za dobra, zasługujesz na kogoś lepszego”, znaczy to  mniej więcej tyle: „Seks był w porządku, ale już mi się znudziło. Psikro mi.” Koniec. Nie ma tutaj nic więcej.  

Podobna zasada obowiązuje, jeśli chodzi o kobiety. Kiedy kobieta mówi: „Jesteś dla mnie za dobry”, znaczy to mniej więcej tyle, że jesteś dla niej pizdą. Nie jesteś dla niej wyzwaniem, nie potrafisz jej wkręcić na obroty, nie potrafisz jej także, prawdopodobnie, dobrze przelecieć.

Kobiety bardzo pragną zdominować faceta. Czasami płaczą. Czasami krzyczą. Czasami po prostu robią awantury. To, że dostałeś kopa w dupę, to efekt tego, że osiągnęła, co chciała. Podporządkowała cię całkowicie. I zwyczajnie się jej to nie spodobało.  

Nie ma przyjaźni po rozstaniu

„Zrywam z tobą, ale zostańmy przyjaciółmi”. („Twój pies zdechł, ale możesz go sobie zatrzymać. Ostrzegam, trochę śmierdzi”).

Nie ma przyjaźni w związku, gdzie jedna osoba rzuciła drugą. Między nimi są tylko złudzenia.

Zadbaj o siebie

Elizabeth Taylor, powiedziała kiedyś: „Nalej sobie drinka, nałóż trochę szminki i weź się w garść”. Wiedziała, co mówi. Wychodziła za mąż osiem razy, w tym dwa razy za tego samego faceta.

Masz złamane serce, ale cierpisz przez chemię mózgu, więc leczyć się musisz w ten sam sposób. Ćwicz. Najlepiej biegaj. Każdego dnia. Aż padniesz ze zmęczenia. Ćwiczenia powodują, że nasza przysadka mózgowa zaczyna wydzielać endorfiny. Endorfiny działają jak morfina. Zmniejszają ból.

Nie kłam

Rozstanie to moment, kiedy nie ma sensu kłamać samemu sobie.

Nie łudź się, że on/ona wróci.

Nie wróci. Nie ma nic bardziej żałosnego niż błaganie o miłość.

Nie mów: „To moja wina, że odszedł/ odeszła.”

 Nie. To wasza wspólna wina. Nigdy nie jest to wina jednej osoby. Zmieniają się tylko proporcje.

Dlaczego on od razu jest z kimś innym?

WPokoleniu Ikea” opisałem męski dryf: 

DRYF – sytuacja, kiedy mężczyzna koło trzydziestki zaczyna myśleć o swojej przyszłości i tym, co trzeba zrobić, aby mieć własne życie. Dryf składa się z etapów:

Etap pierwszy: Ponieważ nie może rzucić pracy, samochodu ani kumpli, rozstaje się z aktualną kobietą.

Etap drugi: W krótkim czasie poznaje nową kobietę i się z nią żeni, wprowadzając w stan szoku całą okolicę, w tym babcię, dziadka i panią z kiosku Ruchu. Następnie szybko płodzi potomstwo.

Etap trzeci: Piekło pieluch, niezrozumienie w związku, różnice charakterów. Mężczyzna zaczyna szukać okazji na boku w celu podniesienia poziomu adrenaliny.

Etap czwarty: Jeśli nie znajduje szybkiego zluzowania zaworów w pracy i najbliższej okolicy, zwraca się do swojej eks, która totalnie głupieje.

Ten przeskok z jednego do drugiego związku bierze się z kilku rzeczy. Czasami po prostu ktoś odchodzi, bo poznał kogoś nowego. Czasami, bo łatwiej jest przejść z jednego związku w drugi. Tak mniej boli. A czasami dzięki jakiemuś związkowi dowiadujemy się, czego chcemy od życia. Albo, czego nie chcemy.  Jak w tym memie: „Czuję, że bycie z tobą w pełni mnie przygotowało do bycia z kimś lepszym.” 

Ludzie na sezon

unnamed

Rysunek: Aleksandra Wysocka

Ja piszę te słowa i wspominam jednocześnie pewną szatynkę, o czasami zielonych a czasami piwnych oczach i dużych ustach, którą poznałem wiele lat temu. Była ładna, a nawet piękna. Chyba mnie lubiła, potrafiliśmy rozmawiać, a i językiem potrafiła operować jak mało kto. I dzięki niej zrozumiałem, że w relacjach między kobietami a mężczyznami najważniejszy jest wzajemny szacunek. Że jedna i druga strona musi potrafić powiedzieć: przepraszam. A ona nie potrafiła.

W naszym życiu nic nie jest na stałe. Na tym polega jego urok. Życie to chaos. Ale głęboko wierzę, że ludzie, którzy się obok nas pojawiają dzielą się na dwie kategorie. Czasami znajdujemy osobę, która będzie z nami na lata, a czasami zjawia się obok nas ktoś na chwilę. Na sezon. Jak kolekcja wiosna/lato, jesień/zima. Ktoś, kto jest z nami z określonego powodu. Ktoś, kto nas czegoś nauczy. O sobie albo o świecie. I siebie również. Ktoś, kto da nam dużo przyjemności. Obudzi w nas uczucia, które – wydawałoby się – dawno w nas przygasły. Ktoś, kto nas zmieni. A później po prostu odejdzie.

Gdy mężczyzna kocha kobietę, walczy o nią 

Ta kobieta i ten mężczyzna poznali się, kiedy mieli 20-kilka lat. Pili ciepłą pepsi, chodzili po mieście i dużo się do siebie uśmiechali. I na początku był seks, po którym ona krzyczała długo w noc, a ich oddechy nie mogły się uspokoić.

On miał silne ręce. Ona doskonałe nogi i uśmiech, po którym mężczyźni rozpływali się, jak pleśniejący owoc. Wszystkiego było tam za dużo. Miłości. Emocji. Nadziei. A pewnego dnia wieczorem on powiedział jedno słowo za dużo. Ona dwa. Czasami są takie dni. I o 21.00 było już po wszystkim.

I nawet może by się pogodzili, ale on spotkał dziewczynę, która od dłuższego czasu chodziła za nim i czekała na swoją szansę. Prawie od razu zaszła w ciążę. Tamta znalazła innego mężczyznę i też miała z nim dziecko.

Minęło 20 a może 23 lata. Ich dzieci dorosły, wyprowadziły się na studia. Pewnego dnia wpadli na siebie przypadkiem. Wystarczyła godzina. Następnego dnia już mieszkali razem, dopiero kilka miesięcy później się rozwiedli.  On ma już siwe włosy. Ona swoje farbuje. Jego ręce nie są już tak silne. Jej oczy otaczają zmarszczki. Jej ciało nie jest już tak jędrne. „Nie chcemy zmarnować żadnego kolejnego dnia bez siebie” – mówią.

Tak jest właśnie z miłością.

Gdy mężczyzna kocha kobietę, walczy o nią.

Gdy kobieta kocha mężczyznę, walczy o niego.

Walczą o siebie nawzajem. Nie jedno z nich.

Owszem, kiedy się z kimś rozstajesz, razem z tą osobą odchodzi również część ciebie. Ale zadaj sobie również pytanie: czy twój związek pomógł ci stać się lepszą osobą? Jeśli nie jesteś dzięki niemu lepsza/y, to teraz masz na to szansę.

4347305428_4a59d62674_b

Photo by JustCallMe_♥Bethy♥_/CC Flickr.com

Inspiracje: dr Helen Fisher: The brain in love

 


by panikea at sierpień 21, 2016 08:06

zycie na kreske

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

Zdzicho uczy jak /nie/robić dobrze

Opanowawszy pokusę przysiądnięcia na tarasie i gapienia się w wygwieżdżone, sierpniowe niebo oto powracam do pisania, odrobiwszy lekcję z prania, gotowania i sprzątania, matki i babci oraz poradnictwa telefonicznego w sprawach trudnych lub beznadziejnych, logistyki, czyli jak z kilku zrobić kilkudziesięciu współpracowników żeby zapchać wciąż pojawiające się dziury w personelu wzrastające wprost proporcjonalnie do rosnących potrzeb. […]

by siostra at sierpień 21, 2016 01:14

sierpień 20, 2016

Dzieciowo mi

Królow(i)e szos

Człowiek, kiedy mieszka w mieście, to chce czy nie chce, staje się uczestnikiem ruchu drogowego, co siłą rzeczy wiąże się z obserwacjami.

by Malwina Ferenz (Krusz.) at sierpień 20, 2016 07:27

Notatki na marginesie

dajcie żyć

- No nie wiem jak tobie, ale mnie to przeszkadza! - wypowiedziała się koleżanka o zakazie noszenia burek we Francji.

- Ja też uważam, że dyktowanie komukolwiek, w co ma się ubierać, to zamach na wolność - poparłam ją żarliwie

- Ale co ty mówisz? Mnie te burki przeszkadzają i dziwię się, że taka z ciebie feministka i tobie nie przeszkadzają - i pouczyła mnie - to przecież zniewalanie kobiet.  Jak teraz na to pozwolimy to za 50 lat będziesz się czuła obco na własnym osiedlu.

AHA

Już czuję się obco wśród osób, które "wiedzą lepiej" jak mam żyć, z kim seks uprawiać i jak, w jakiego boga mam wierzyć, co nosić na plaży, gdzie i kiedy dziecko karmić, w jakiej roli społecznej mam się spełniać. Zawsze znajdzie się ktoś kto MA ZA ZŁE, że dziecko płacze, pies szczeka, ktoś w sandałach chodzi. Wśród tych "ktosiów" nikt jeszcze burki nie nosi, najwyżej sutannę.

Najlepszy sposób na radzenie sobie ze wszystkimi problemami świata to najwyraźniej dyscyplinowanie kobiet. Kobieta ma stać otworem, służyć i brać odpowiedzialność, za przemoc, terroryzm, partnera i dzieci i samopoczucie wszystkich obcych w przestrzeni publicznej.  Rodzić pod przymusem, ale jednak nie rodzić jak chce skorzystać z in vitro, piersią karmić, ale tak żeby nikt nie widział, cycek "nie wywalać", dupy nie pokazywać, bo to zaproszenie do gwałtu, głowy nie zasłaniać, no chyba że zasłaniać, bo się papież zgorszy.

Francja ma 66 milionów  mieszkańców. W tym ok 5 milionów to muzułmanie. 7,5 %. W tym ok 2 tysiące kobiet nosi burki. Dwa tysiące. To nawet promil nie jest. Może się po prostu od nich odczepcie. I od wszystkich innych też. 

 

 

 

 

by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at sierpień 20, 2016 11:11

zycie na kreske

bonus poza numeracją

Kochane/Kochani, wczoraj zakończyła się akcja dla Kotków z działek. Wsparliście swoimi sercami i ogromną kwotą potrzebujące Zwierzaki. Pięknie Wam WSZYSTKIM dziękujemy! 3 span="">
W przyszłym tygodniu ruszamy machinę podziękowań, w które klikałyście/klikaliście na akcji. Bardzo bym chciała, żeby wszystko jak najszybciej do Was doleciało. :)
Przypominam, że szukamy jednego dobrego domu dla Leosia i Zuzi: KLIK!
Kontakt w sprawie adopcji: Dagmara - dygmakoty@gmail.com.

by pani od rysunkow (noreply@blogger.com) at sierpień 20, 2016 06:00