Planeta Jadzi

luty 11, 2016

moje waterloo

2222

Byłam już rudzielcem.

2004
I byłam blondynką.

2006
Teraz - wiadomo.

Rok nieznany.

A potem się dziwię, że fryzjerka toczy pianę z ust. Wychodzi na to, że przynajmniej 12 lat mam tę samą fryzurę (z drobnym potknięciem, ale mi przeszło) i uporczywie nie pozwalam niczego zmienić.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at luty 11, 2016 06:01

zycie na kreske

luty 10, 2016

efka i koty

Mały, biały piesek

Tym razem dostałam psie zamówienie.
Mam nadzieję, że opiekunka tego słodziaka będzie zadowolona z bransoletki :-)



by efka i koty (noreply@blogger.com) at luty 10, 2016 10:15

Zuzanka

Dwie Chochelki

Najlepsze babeczki jogurtowe

Ostatnio mam wrażenie, że robię je raz w tygodniu. Ale nie ma w tym nic dziwnego, bo nie dość, że są banalnie proste w przygotowaniu, to smakują idealnie. Mięciutkie, pachnące, delikatne - podbiły serca całej mojej rodziny oraz koleżanek i kolegów z klasy córki. Kto jeszcze nie robił, musi koniecznie wypróbować.

Przepis cytuję za, a jakże, Moimi Wypiekami.

Anka


Składniki:
  • 75 g roztopionego masła
  • 125 g jogurtu naturalnego
  • 2 jajka
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 150 g mąki
  • 1/2 łyżeczki sody
  • szczypta soli
  • 125 g drobnego cukru (zazwyczaj daję ok. 80 g)
Sposób przygotowania:

Prosty: łączymy mokre i suche składniki, mieszamy łopatką, nakładamy do formy na muffiny wyłożonej papilotkami i pieczemy 20-25 minut w 180 stopniach. Tzn. w moim piekarniku w temperaturze 180, bo Moje Wypieki podaje 170. Robię w normalnej formię na babeczki, wychodzi mi akurat 12 niedużych sztuk.

Kilka uwag dla początkujących: pamiętamy, że najlepiej, żeby wszystkie składniki były w temperaturze pokojowej, nie wrzucamy jajek do gorącego roztopionego masła, tylko czekamy, aż trochę przestygnie, zresztą najpierw dodajemy do masła jogurt, a skórkę z cytryny ścieramy delikatnie, tylko żółte. I 25 minut może się okazać zbyt długim czasem pieczenia.

Poza tym lubię dodać cukier z wanilią, jeśli akurat mam. I można oczywiście polukrować, ale ja nigdy nie mam na to czasu w przypadku tych babeczek.

Smacznego!

by pstrykam (noreply@blogger.com) at luty 10, 2016 06:25

Kurlandia

Zupa gulasz w 35 minut?

Szybkowar jest cudownym wynalazkiem. Kawałki szynki wieprzowej wrzuciłam do garnka, wrzuciłam pół kostki rosołowej, liść laurowy, ziele angielskie, kminek i zalałam wodą. Zamknęłam naczynie i po osiągnięciu pełnego ciśnienia, gotowałam 30 minut na palniku (moc 4 z 9). Potem otworzyłam garnek, dołożyłam dwie papryki pokrojone w duże kawałki, pokrojone cztery pomidory bez skórki. Zamknęłam szybkowar i po osiągnięciu ciśnienia gotowałam pięć minut. Potem pozostało dosolić, dodać czerwonej słodkiej papryki, trochę chilly, majeranek. No i dogotowałam osobno kluseczki, które miałam wcześniej ususzone do zacierki na mleku. Pyyyycha. Mięsko kruchusieńkie, nasączone smakiem wywaru. Następnym razem paprykę podpiekę w piekarniku i ściągnę skórkę. Oszacuję różnicę i dam znać.

Szybkowar trzeba mieć! Nie ucieka tyle witamin z potraw, gotuje się szybko i smacznie. Naprawdę bardzo proste w obsłudze urządzenie.

***

by Iga at luty 10, 2016 05:27

moje waterloo

2221

A tymczasem przybył nowy kapciuch. W domu szaleństwo. Zofia była pierwsza i zrobiła się siara. Mały kapciuch już się pierze, by polecieć do innego pieska. Tymczasem specjalnie dla Państwa...

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at luty 10, 2016 04:45

Matka jest tylko jedna

Książki dla przedszkolaka

To jedno ze stale powracających pytań, jedna z najczęściej powtarzanych próśb oraz najczęściej artykułowana w ankiecie prośba: jakie książki dla przedszkolaka, co polecasz, co czytacie?Kiedyś, dawno temu, zaczęłam cykl „Nasza Biblioteczka” i przez natłok zajęć zrezygnowałam. Ale w tym roku się spięłam i zamierzam regularnie pokazywać wam nowości w naszej bibliotece oraz szlagiery, które towarzyszą nam na co dzień od dawna.

 

Pod ziemią, pod wodą

Aleksandra Mizielińska, Daniel Mizieliński

Dwie Siostry

 

DSC_0919

 

Ta książka jest niesamowita. Pal licho jej wymiary [po rozłożeniu ma coś około 56 cm], ale samo to, jak została wykonana i ile wartościowych informacji ze sobą niesie jest godne podziwu. Kiedy Kosmyk zaczął ją przeglądać i na każdej stronie odkrywał nowe rzeczy, złapał się za głowę i wykrzyknął „Nie wiedziałem, że tyle rzeczy jest pod ziemią!”. A jest tego masa. Album ładnie pokazuje i wyjaśnia, jak do domu dopływa gaz, jak dopływa prąd, jak wypływają ścieki, jak zbudowane są tunele, co to są skamieliny, a w przeglądaniu kolejnych kart cały czas znajdujesz coś nowego. Co najlepsze – jeśli dziecko nie umie czytać, informacje możesz mu dawkować, czytając wybiórczo, albo możesz wyłącznie rozmawiać o tym, co widzicie [dopiskami  w książce tylko się posiłkując]. To jedna z tych książek, które rosną razem z dzieckiem – podejrzewam, że każdego dnia Kosmyk coraz więcej z niej zrozumie, a za kilka lat zajrzy do niej i stwierdzi, że jak on mógł czegoś nie rozumieć, skoro to takie oczywiste. Jeśli chodzi o książki dla przedszkolaka to ta jest obowiązkowa.

 

Jedna z najładniejszych naszych pozycji. Możecie kupić ją TUTAJ.

 

DSC_0920

 

książki dla przedszkolaka

 

DSC_0929

 

DSC_0930

 

DSC_0939

 

DSC_0943

 

DSC_0944

 

 

 

 

 

Wielka księga uczuć

Grzegorz Kasdepke

Nasza Księgarnia

 

 

DSC_0946

 

Doskonale wiecie, że to moja ulubiona pozycja. Wielokrotnie się do niej odwoływałam, a jedną z części można wygrać u mnie do dziś w konkursie. Czytanie tej książki i porady w niej zawarte pomogą nie tylko uporządkować emocje dziecku, ale też rodzicowi. Są tu historie pomagające dziecku zrozumieć złość, nienawiść, szczęście, miłość, zazdrość ładnie opowiedziane i angażujące dziecko. Kosmyk wyraźnie lubi nie opowieści same w sobie [nie wiem, ale mi się je ciężko czyta na głos], ale właśnie te porady na końcu – zawsze sobie potem o nich rozmawiamy i porządkujemy naszą wiedzę. Do tej książki wracamy raz na tydzień lub dwa. Inni mają Biblię, ja mam Kasdepke.

 

Książkę można kupić TUTAJ.

 

DSC_0955

 

 

Historie trochę szalone

Piret Raud

Adamantan

DSC_0959

 

Myślałam, że z tą książką to jakaś ściema i nic specjalnego, kupiłam jednak dla ciekawej okładki no i ten tytuł mnie zaintrygował. Na początku byłam trochę smutna, że ta książka taka mała – jak gruby zeszyt, ale w środku – niespodzianka. Zbiór krótkich, niesamowitych, zabawnych historii, które idealnie nadają się na „mamo, jeszcze jedną, ostatnią, dobra?” podczas wieczornego czytania. No i na głos idzie lekko, przyjemnie. Jedna z naszych obowiązkowych pozycji do snu.

 

Książka do kupienia TUTAJ.

 

DSC_0961

 

DSC_0963

 

 

 

Ilustrowany inwentarz zwierząt,

Ilustrowany inwentarz drzew

Virginie Aladjidi

Zakamarki

 

DSC_0964

 

Pisałam wam już, że nie uczę mojego dziecka czytać i pisać? Ale za to uczę je tego, co powinien umieć. Jak wyglądają drzewa, je rozpoznać, jakie są zwierzęta na świecie i wszystkie ich cechy charakterystyczne. Pozycja obowiązkowa!

 

Inwentarz zwierząt kupisz TUTAJ. Inwentarz drzew: TUTAJ.

 

DSC_0966

 

DSC_0970

 

DSC_0972

 

Siri i pies sąsiada

Tiina Nopola, Mervi Lindmann

Wilga

DSC_0062

 

 

Mam z tą książką problem. Ogromny. Totalnie nie wiem, czemu zrobiła taką furorę. Napędzona ochami i achami kupiłam i ja, ale… no nie zachwyciła mnie. Jest okropna,  bo ciężko się ją czyta na głos [przeczytajcie na zdjęciu niżej, po prawej – masakra!], obrazki niby plastyczne i w ogóle, ale… no nie wiem, zamieram, kiedy Kosmyk chce ją przeczytać. Ogólnie chodzi o to, że Siri, mała dziewczynka, ma się zaopiekować jakimś Onnim, ale na początku, nie wiemy, co to za Onni i ma być zabawnie, bo nie wiemy, czy to dziecko, czy kot, czy co. Potem okazuje się, że Onni to pies, pies z wymaganiami, który ostatecznie Siri ucieka, a siri ze wszystkimi Ottami szuka go po całym mieście Na szczęście Onni się znajduje i historia dobrze się kończy.

 

Niestety, przy całej mojej niechęci – Kosmyk ją uwielbia i kiedy jąkam się przy tych wszystkich Ottach, Onnich i innych dziwnych imionach,  ryczy ze śmiechu i mnie poprawia. Cóż robić? :)

 

Książkę kupicie TUTAJ.

 

DSC_0066

 

DSC_0064

 

 

 

 

Moje prawa, ważna sprawa!

Anna Czerwińska-Rydel, Renata Piątkowska

Literatura

 

DSC_0123

 

Książka, która powinna być [czytana!] w każdym domu. Uwielbiam styl Renaty Piątkowskiej i lekkość z jaką prowadzi dialogi. A z tematami, jakie są poruszone w tych krótkich historyjkach, powinno się zapoznać każde dziecko. Bo to są historyjki interpretujące,  a raczej tłumaczące dziecku to, co zostało zawarte Konwencji Praw Dziecka opowiedziane w przystępny sposób: przez dziadka, rodziców, znajomych i nieznajomych. Teoretycznie wiesz,do czego ma prawo twoje dziecko, ale czy twoje dziecko też wie?

 

Książkę możesz kupić TUTAJ.

 

 

książki dla przedszkolaka

 

książki dla przedszkolaka

 

DSC_0129

 

DSC_0128

 

 

Mała, biała rybka

Guido van Genechten

Mamania

 

 

DSC_0118

 

 

Spokojniejsza pozycja, na późne popołudnia, z myślą bardziej o młodszym dziecku niż o czterolatku [już widzę, jak śmiejecie, cykl „książki dla przedszkolaka, a to wygląda jak dla niemowlaka], ale, o dziwo, te głębokie kolory bardzo uspokajają Kosmyka. Lubi się wpatrywać w „niebieskość” wieloryba i „żółtość ślimaka”, a czarne tło kojarzy mu się z porą snu. Nie zapominamy jednak o Adaśku i oglądam ją zazwyczaj z Kosmykiem i Daśkiem na kolanach. Cieplutka taka.

 

Do kupienia: TUTAJ.

 

DSC_0121

 

DSC_0119

 

 

 

Sposoby na zaśnięcie we współczesnych

wierszach i ilustracjach dla dzieci

Praca Zbiorowa

Biuro Literackie

 

DSC_0150

 

Kolejny nasz „must have” na… poranki. No nie idzie nam czytanie tej książki przed snem, bo niektóre skoczne wierszyki rozbrykują Kosmyka, za to sobotnie czy niedzielne poranki [ewentualnie w tygodniu, jeśli znowu zaśpimy do przedszkola] często spędzamy recytując te wierszyki. [Na zdjęciu tego nie widać, ale z drugiej strony widać po książce ząb czasu Adaśka :D]. No i sporo ilustracji jest po prostu ładna, gustowna. A jak nie jest – nadrabiają zabawnym tekstem. Kilka razy ta książka uratowała dzień dąsającemu się Kosmykowi  i skutecznie go rozweseliła. Nasz ulubiony? Wyliczanka o siedmiu oraz „dzień tostów z tatą”.

 

Książka TUTAJ.

 

DSC_0161

 

DSC_0159

 

DSC_0157

 

DSC_0154

 

 

Niedługo dalsza część i kolejne książki, które będziecie mogli znaleźć tutaj, w kategorii „Nasza biblioteczka”.

 

Chętnie zerknę też na wasze ulubione książki <3

 

[EDIT: Myślałam, że napisałam, ale teraz patrzę, że nie – linki do książek są afiliacyjne, czyli do mnie trafi kilka procent ze sprzedaży, dzięki czemu kupię kolejne książki :)]

 

 

1,039 wszystkich wizyt, 1,033 wizyt dzis

Post Książki dla przedszkolaka pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at luty 10, 2016 04:36

Bezwstydnica

Po co ci to?

Od jakiegoś czasu usiłuję realizować plany minimalistyczne.
Drobne zmiany w nazwach półek sklepowych znacznie ułatwiłyby zakupy. :)

po co ci to

Pozdrawiam
Kura

by admin at luty 10, 2016 12:25

moje waterloo

2220

Nie moja wina, że obdarzono mnie nieprzeciętną urodą. Teraz muszę dźwigać to brzemię!


Prezes powinien pracować. A co robi? Zdjęcia robi.

Prezes: Wiesz, że są takie psy, które grymaszą przy jedzeniu?
Łoterloo: Nasz nie je, to nie grymasi. On wpierdala na akord.
Prezes: I są takie psy, które się obrażają albo są niezadowolone.
Łoterloo: Nasz nie ma czasu, bo na półtora etatu się cieszy, a na półtora szaleje lub zakrada podstępnie.
Prezes: Fajny z niego pies, wiesz? Udał nam się.
Łoterloo: Następną weźmiemy suczkę, co?
Prezes (zastyga i popada w stupor).
Łoterloo: Co? Jednego psa będziemy mieli? Przesz jakoś głupio. I bez sensu.
Prezes: Ale...
Łoterloo: Nazwiemy ją Krycha.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at luty 10, 2016 12:03

Ja jestem Blog Agaty Komorowskiej

Jak cieszyć się życiem z niepełnosprawnym dzieckiem. No jak?

Dostałam mnóstwo maili od rodziców, którzy czytając poprzedni wpis pytają: Jak? No jak można tak cieszyć się życiemWIĘCEJ...

Artykuł Jak cieszyć się życiem z niepełnosprawnym dzieckiem. No jak? pochodzi z serwisu .

by Agata at luty 10, 2016 08:54

Dzieciowo mi

Fistaszki w wersji kinowej – o wielkich emocjach dla małych i dużych

Zacznijmy od tego, że słabo znam Fistaszki. Przewijał mi się piesek Snoopy, ale najbardziej – wybacz, Twórco! – jako motyw na majtkach

by Malwina Ferenz (Krusz.) at luty 10, 2016 07:12

Kura pazurem

Metoda na wnuczka

Metoda na wnuczka ciągle pewnie przynosi zysk podłym ludziom, którzy wykorzystują naiwność i wiarę starszych ludzi. Nigdy moja rozczochrana nie pojmie, jak to się dzieje, że człowiek jest w stanie wykorzystać słabość drugiego człowieka po to, by się wzbogacić. Nigdy.

W telewizji co jakiś czas ostrzegają i przypominają. Oglądaliśmy niedawno z mężem program, w którym przedstawiciele banków mówili o zabezpieczeniach, jakie stosują, by chronić starszych ludzi. Podobno pracownicy banków zostali specjalnie przeszkoleni, by ewentualnie pomagać starszym ludziom próbującym wypłacać pieniądze ze swoich kont. Tym bardziej jak widzą, że przychodzą do oddziału z „obstawą”. Podobno kasjerka ma się upewnić, że starszemu człowiekowi nic nie grozi i nie jest naciągany. Została przecież w tym kierunku odpowiednio przeszkolona.

Usłyszałam, zakodowałam i przyjęłam, że tak jest. Zapomniałam tylko wziąć poprawkę na to, że przecież to, co mówią w TV, nie bardzo jakoś znajduje potwierdzenie w życiu.

Moja babcia, od kiedy się do nas sprowadziła, powtarzała nam, że jak będzie ładna pogoda, będzie się dobrze czuła i będzie miała czas, to pojedziemy z nią do banku, by zlikwidowała konto, na które od lat nic nie wpłacała i miała tam zaledwie kilkaset złotych.

Nadszedł wreszcie dzień, że mieliśmy tę sprawę załatwić. Mówię do męża, by sam jechał z babcią, bo po co nas tam cała gromada.

– A jak mnie aresztują? – rzuca. – Że niby na wnuczka kasę wyłudzam?

No, dobra. Głupio by było mieć męża za kratkami. Ja mam wszelkie upoważnienia, do konta też jestem upoważniona, więc pojadę.

Jadę więc. W banku oczywiście dostaję takiego nerwu, że o mało nie rzucam się kasjerce do gardła. Odsyłają mnie już z nieźle przekrwionymi białkami oczu od okienka do okienka. Babcia co prawda siedzi na krzesełku, ale widzę, że już siódme poty na nią wystąpiły, bo gorąco jak w piekle.

Ja cały czas czekam,  kiedy mną rzucą o ścianę, kajdanki założą, lampą w oczy poświecą i zasypią pytaniami lub kiedy mnie przynajmniej wylegitymują, sprawdzą albo chociaż ktokolwiek babcię zapyta, czy te dwa podejrzane typy z obłędem w oczach to jej prawdziwe wnuki czy tylko próbują kasę na wnuczka wypłacić. I nic. Żadnych erotycznych przyjemności. Rzucania i zakuwania człowiek nie uświadczył. Nikt nas nie sprawdził. Nikt babci nie przepytał. O tyle tylko były panie miłe, że babcia siedziała jak królowa przy stoliku, a one same do niej podchodziły, bo moje upoważnienia (notarialne) podobno nie obejmowały banku. A już z pewnością nie TEGO oddziału.

– Pierwszy raz jestem w takim banku – babcia nerwowo chichocze i nie ścisza głosu, tylko komentuje, by wszyscy słyszeli. – Jedenaście okienek, a tylko przy jedenastym można coś załatwić. Reszta siedzi i pierdzi w stołki. Co za bank? Jak dobrze, że ja to konto likwiduję. – I chichot. Ludzie w kolejce jednak chichotu nie podejmują. Stoją cierpliwie. Za to my z Mężusiem doznajemy głupawki i trzęsiemy się w tej kolejce. I nawet wtedy nikt się nami nie zainteresował, czy zdrowi, czy uczciwi i czy wnuki prawdziwe. Ale fakt, organizacja do bani. A jeszcze nie szło nikogo za włosy z kolejki wyciągnąć i się wepchnąć, bo dwa okienka kasy zablokowały ludziska, które przyszły sobie konta zakładać. I nie pojmę tego, dlaczego musieli to robić właśnie w kasie. Ale widać taki bank, że dwie kobity pracują, a reszta siedzi i krzesła grzeje. Na szczęście moja noga nigdy już w tym oddziale banku nie postanie. Być może przeszkolono przeciw metodzie na wnuczka tylko bankierów w Warszawie, o Starogardzie zapomniano.

Babcia jednak wróciła zadowolona do domu. Poinformowała mnie, co mam dołożyć do trumny, a co do stypy. W końcu człowiek musi być przygotowany na wszelkie ewentualności. I stwierdzam, że Babcia szkoli mnie dużo lepiej niż przeszkolono bankierów. W środku nocy mnie obudzicie, a ja wyrecytuję, gdzie czarne buty, bluzka, gdzie trumienne majtki i stanik, jak ma pomnik wyglądać, że najlepiej kwatera z ładnym widokiem, na wzgórzu itp.

by anna at luty 10, 2016 04:07

zycie na kreske

luty 09, 2016

Niezbyt boska ja

Dyskretny bohater - Mario Vargas Llosa

Bardzo miło jest pojechać gdzieś czasem pociągiem, NIE jako maszynista ;), bo można czytać.

W drodze do i ze Szczecina pyknęłam przeto 'Dyskretnego bohatera'.

Dwie myśli które miałam podczas czytania tejże lektury to:

a) że Llosa to zboczeniec, co nie jest ani nowe, ani zbyt odkrywcze;

b) że ludzie w tej książce się nie spieszą i potrafią celebrować każdy dzień. 

 

Bohaterów jest trzech:

1) biznesmen Felicito Yanaque, który ma mało ponętna i mało gadatliwą żonę oraz ponętną i nie wiadomo czy gadatliwą kochaneczkę Mabel i który musi zmierzyć się z szantażystą,

2) Don Rigoberto + Lukrecja dość mocno skoncentrowani na swych potrzebach cielesnych oraz ich syn Fonisto widzący niewidzącego pana

3) i bohater trzeci to Ismael Carrera 80+ planujący zemstę na swych synkach, moczymordach oraz oszustach:)

 

Jest to raczej kryminał, ale dziejący się w Peru, gdzie życie toczy się nieco innym torem i co innego jest ważne, więc nawet jak się śledzi przestępcę trzeba się elegancko ubrać i wpaść do wróżki przyjaciółki na szklaneczkę wody :)

Szału, jak dla mnie, nie ma, ale przeczytać można.

by boskajana@NOSPAM.gazeta.pl at luty 09, 2016 09:33

Blog do czytania

Wielki Post 2016

Czas czytania w minutach: 2
Takie krótkie ogłoszenie. Parafialne. Jutro zaczyna się Wielki Post. Dla części z Was to bardzo…

by Bartosz Cicharski at luty 09, 2016 07:16

Zapiski dojrzalej kobiety

Nieczynne do odwołania.

Udaję się na przymusowy odwyk od netu, dlatego jakiś czas (nie potrafię określić jaki) mnie tu nie będzie.
Ale wrócę, by dalej nudzić Was swoimi zdjęciami i wpisami.
Trzymajcie się, jako i ja obiecuję, ze postaram się godnie trzymać pion;).

ps. przepraszam, ze nie odpowiedziałam na komentarze, ale zostałam zaskoczona zdarzeniami, które miały nastąpić w terminie późniejszym.

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at luty 09, 2016 06:25

Ojciec Wwwirgiliusz chowa dzieci swoje

Koniec czyli strzelam samobója

 Było mi bardzo miło. Żegnajcie. I do zobaczenia w lepszym świecie. Tak chciałbym napisać, ale wiadomo... Jestem gadułą więc na tym poprzestać nie umiem. No więc kilka faktów:

- zacząłem pisać ponad 4 lata temu i na początku miałem niewielu czytelników (pozdrawiam Cię Arku),

- powstało ponad 180 wpisów,

- najpopularniejszy były chyba były te, o nierównoległych babach oraz seksie i schabowym,

 - ileś tam razy wrzucali mnie na główną gazeta.pl,

- do współpracy zaprosił mnie Znak w Atlasie ojców oraz Macierzyństwo bez lukru.

 

// //

Tyle osiągnąłem. Ale nie przeskoczyłem Pokolenia Ikea, nie dorosłem do Kominka. W ogóle Kominek przestał być Kominkiem, a nikt mi o tym nie powiedział. W każdym razie nie trafiłem na żadną z wpływowych list. Nikt nie wysłał mi samochodu, laptopa, a nawet czekoladek. Nie zostałem felietonistą żadnej poczytnej gazety. Niepoczytnej też. Raz mi ktoś powiedział, że chyba ze mną zrobi kampanię reklamową. Poprosiłem o szczegóły, żeby potem zdecydowanie odmówić, ale już się nie odezwali.

Po drodze zużyłem się, zmęczyłem i zmarniałem. I dlatego postanowiłem popełnić samobója. Żegnajcie więc. Było miło. I nigdy już tak nie będzie.

 

 

[Ojciec W., jak James Bond, powróci. Tylko w innej postaci]

 

by ojciec_wwwirgiliusz@NOSPAM.gazeta.pl at luty 09, 2016 01:07

moje waterloo

2219

Normalnie... moje życie obfituje w atrakcje. Ledwo mi jeden kot wyłysieje [1], ledwo drugiemu zepsuje się  sikawka [2, 3], ledwo psa adoptujemy, a już windykator dzwoni. No, ludzie...

Ja to się nie umiem awanturować, bo zawsze wietrzę, że coś zawaliłam. I jak mi pani mówi, że nie opłaciłam ubezpieczenia samochodu, to ja nawet jestem skłonna uwierzyć. Szczególnie że termin przypadał w najgorętszym okresie - zarówno temperaturowym, jak i dotyczącym kupna domu.
Poleciałam na konto, sprawdzam, przelew jest. Kwota inna, numer polisy inny, konto inne. O, żesz! Ale żebym tak WSZYSTKO pomyliła?! Owszem, mam świra, nie przeczę, jednak mało prawdopodobne. Zadzwoniłam do agentki, która na szczęście jest moją serdeczną koleżanką. Oraz wysłałam jej maila o zgrabnym tytule "Ratunku!!!".

Rzeczywistość mnie przerosła. Okazało się, że wszystko zrobiłam dobrze, tylko przy wystawianiu polisy agentka sie pomyliła, więc ją anulowała, a potem wystawiła drugą, która mi dała, a ja grzecznie zapłaciłam. Różnica w kwocie wynikała z zakresu ubezpieczenia (tak, porywam się na AC), konto było inne, bo polisa inna, a numer - oczywiste. Nie miałam o tym zielonego pojęcia, bo i skąd. Trudno się dopatrywać winnego: czy system nawalił, czy nie dopełniła jakiejś procedury, wszystko jedno. Faktem jest, że stałam się dłużniczką towarzystwa ubezpieczeniowego, które nie bawi się w żadne uprzejmości, tylko nasyła windykatora.

Nie było fizycznej możliwości, żebym wyjaśniła tę sprawę bez udziału agentki. W nerwach na pewno nie umiałabym znaleźć polisy, bo w dokumentach wozi się tylko odcinek. Niby kwota nie była zabijająca, ale konia z rzędem temu, kogo nie swędzi pięć stów.

Teraz mi przyszło do głowy powiązanie z pewnym rządowym programem...

Przesłałam informację i skany dokumentów do windykacji, zadzwoniłam i muszę czekać. 30 dni. I znowu popłynę finansowo na znieczulaniu się. Człowiek zawsze stratny.

***

Poza tym wczoraj wieczorem pomyślałam, żeby koniecznie umówić się na przegląd u dentysty, bo dawno nie byłam. A wiadomo powszechnie, że mam fobię stomatologiczną i muszę, ach, MUSZĘ mieć zdrowe zęby, bo szlag mnie trafi. Zaledwie wczoraj wieczorem to pomyślałam, a już dziś rano ułamał mi się ząb trzonowy.
No to wizyta nastąpi szybko.

A Leśniewski poszedł na szczepienie, które zniósł nieomal z godnością. Nieomal, bo musiałam go trzymać na rękach i potem zapierdział całą przychodnię. Ale przynajmniej nie wył, nie smarkał, nie rzucał się na plecy, nie gryzł wszystkich, nie płakał i nie wzywał pomocy. Tak, poprzednio dostał antybiotyk w zastrzyku i było atrakcyjnie. Za dwa tygodnie wścieklizna i mamy przerwę do kastracji.



[1] Zofia.
[2] Karol.
[3] Edek jest zdrowy i bardzo zazdrosny o zabiegi na wszystkich [4] oprócz niego. Nie, żeby znosił z godnością, skąd. Ale domagać się można. Poza tym Edek lubi zachorować spektakularnie. Lewatywa u kota... bezcenne.
[4] Lesiek nadal dostaje leki wzmacniające odporność oraz Rumen, żeby nie żarł gówien. Edward jest więc poważnie osamotniony w swym zdrowiu, biedaczek.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at luty 09, 2016 11:33

Anna Sakowicz

Ewangelia ognia

Michel Faber to dla mnie niezwykły autor. Wszystkie jego książki czytam zawsze z ogromną przyjemnością, tym bardziej że w każdej zaskakuje  i tematyką, i stylem. Jest to z pewnością bardzo wszechstronny autor. Tym razem sięgnęłam po „Ewangelię ognia”, której nie miałam okazji jeszcze przeczytać, choć została wydana w Polsce w 2009 roku. Autor opowiada o…

by anna.sakowicz at luty 09, 2016 09:37

Tokyo Pongi (komentarze)

zycie na kreske

luty 08, 2016

TUV

dzięki Bogu już poniedziałek wieczór…

nie myślałam że kiedyś to powiem!

Weekend był pod znakiem katorżniczej pracy,tak pochłaniającej siły,czas i energię że przeciągnął się na dziś.

X-men potrzebował więcej regałów by sensownie rozsortować książki – wtedy pakuje się sensowniej i szybko a nie lata i szuka gdzie co leży.Każdy pomysł ,dobry pomysł wymagał sporych nakładów finansowych i naszej pracy.W końcu pomyślałam że na cel szczytny oddam regały które od lat nastu służą mi do ekspozycji kompletów pościeli. W tym celu były robione zresztą acz ostatnio coś mnie irytowały.Jak się do sprawy zabraliśmy tak było sobotnie popołudnie a robota w polu…A bo tak to jest że wyskakują robótki nieprzewidziane ale niezwykle istotne dla ciągu dalszego.

W sumie ze DWIE TONY przeniosłam.Do tego spać nie mogę bo pełnia?!? albo coś z ciśnieniem, albo warunki biometeorologiczne .Kit co tam,ale nie dość że kończyliśmy o północku to i jeszcze ta bezsenność. mantrowałam w kuchni,meliska,kakao,rumianek,książka i szydełko;). No i zwlekałam się do wyrka koło drugiej w nocy a tu wtem o trzeciej kocur pitolił jak oszalały bo pogoda w sam raz na ksiuty! Co prawda on nie za bardzo kuma czaczę wszak kastrat ale aurę czuje !

Jak kot ,to i pies z tym że pies to chce i wychodzi a kot wiadomo kombinuje.No to sru w tą tłustą dupę bosą stópką coby przemówić kocisku do rozumu i przyspieszyć proces myślowy;>

Ale rankiem…rankiem to się kuźwa czołgamy…

Dziś pojechaliśmy na obiad,bo na widok garów obłęd w oczętach.No tak chujowego kotleta schabowego to dawno nie jadłam.O kartoflach nie wspomnę.Za to kapusta zasmażana pyszna.

Obiad kamieniem, winkiem popchnięty ale twardo się trzyma;>

I tym przyjemnym akcentem…

by Tuv at luty 08, 2016 09:45

Bezwstydnica

Wyrzeczenia

– Mamooooo, a pani na religii powiedziała, że w Wielkim Poście trzeba z czegoś zrezygnować. No, że przez 40 dni, tak mówiła – opowiada G.
– Acha, i z czego postanowiłaś zrezygnować? – pytam zainteresowana.
– Ze szkoły!

:)

Pozdrawiam
Kura

by admin at luty 08, 2016 05:48

Blog do czytania

Kilka słów do zainteresowanych polityką

Czas czytania w minutach: 4
Dziś zabawimy się w kolory. Już pierwsze zdanie poniżej powie Ci, który kolor literek (poza…

by Bartosz Cicharski at luty 08, 2016 04:45

Smoking kills...

O JAJACH HRABIEGO I LISTACH DO ŻON Z DELEGACJI

 

Z tymi parówkami to w pierwszej chwili myślałam, że ktoś sobie robi żart z pani Gessler. Nic do niej osobiście nie mam – ani mnie specjalnie grzębi, ani zieje, choć porcje niektórych dań w firmowanych przez siebie restauracjach ma skandaliczne, ale żeby się komuś pocałunki z kiełbasą kojarzyły… No wiem, nie jestem ekspertem od cudzego życia, a każdy ma takie doświadczenia, jakie ma. W sumie nie jest to aż tak spektakularna nazwa, jak we wczesnych latach 90-tych soki „DICK BLACK”, na przykład.

Czytam ja ci tego Kossaka (skończyło mi się „O świcie wzięłam psa i poszłam” – po tej części jestem już całkowicie zakochana w Jacksonie Brodie, w sumie aż dziwne, że nie wcześniej, skoro gra go Jason Isaacs) i natykam się na taki rodzynek (anegdota dotycząca wielkanocnego śniadania): „Ktoś zapytał przy stole, dlaczego zamiast srebrnych sztućców podano zwyczajne. Pani domu wyjaśniła, że srebro czernieje od jaj – co zresztą jest prawdą, bo żółtko zawiera siarkę – na co Wojciech Dzieduszycki lekko uniósł się na krześle i nic nie mówiąc, z całą powagą przełożył srebrną papierośnicę z kieszeni spodni do górnej kieszeni marynarki”. Oczywiście kwiknęłam sobie radośnie i czytam to na głos N. Na co on, znudzonym głosem – że to strasznie stare, on to ZNA i z pięć razy już mi opowiadał!…

Nooo moi państwo, ja może mam lekką sklerozinkę i potrafię zgubić kubek z herbatą we własnej chałupie, ale NA PEWNO nigdy mój osobisty mąż mi nic nie opowiadał o jajach hrabiego Dzieduszyckiego! Jak nic wmawia mi, że nie pamiętam, bo wariatkę chce ze mnie zrobić i zamknąć na strychu (a strych mamy bardzo niski, cholera jasna).

Na razie jestem w czasach młodości Kossaka, kiedy to podobno nie miewał jeszcze kochanek, za to pisał do małżonki takie oto listy z Berlina, gdzie malował panoramę: „Mańcia niech się przygotuje na bardzo stęsknionego i wyposzczonego męża, proszę, żebym nie widział niebieskiej chusteczki [intymny sygnał oznaczający: dzisiaj nie można], żeby służąca miała konferencję właśnie w innej chwili i żeby tam było wszystko ładnie i pachnąco – dobrze? Za to Wonio będzie bardzo uprzejmy”.

Dziś mężowie z delegacji zdecydowanie rzadziej do żon piszą.

by Barbarella at luty 08, 2016 03:27

Dzieciowo mi

Ile potrzeba pieniędzy, by zdążyć przed Panem Bogiem?

Lat temu mniej więcej dwieście pełniłam zaszczytną funkcję pracownika administracyjnego w jednej z pracowni tomograficznych. Dużo się działo. Ponieważ jestem typem łatwo

by Malwina Ferenz (Krusz.) at luty 08, 2016 02:24

Anrzej rysuje

Za garść bezglutenowych okruszków!

12642929_1285377804812016_7958722182194533979_nOpublikowano 6 lutego w „Magazynie Świątecznym” Gazety Wyborczej

by Andrzej at luty 08, 2016 01:05

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Onigiri – ryżowa kanapka, którego autorem jest Beata

Zapakowane wygląda zdecydowanie ładniej:) Chyba bym tego nie przełknęła…

by Beata at luty 08, 2016 08:52

Czytadelko

Flora i Grace - Mareen Lee

Choć na świecie szaleje wojna, życie Flory Knox zdaje się niemal sielankowe, niczym niezakłócone, aż do momentu, gdy na stację kolejową w niewielkim szwajcarskim miasteczku, pewnie w wyniku fatalnej pomyłki, wjeżdża pociąg pełen wypełnionych krzykami bydlęcych wagonów, a jedna z jadących w nim kobiet podaje zdezorientowanej siedemnastolatce zawiniątko o dźwięcznym imieniu Simon, z błaganiem w oczach prosząc o zaopiekowanie się dzieckiem. Po chwili pociąg odjeżdża, zgiełk ustaje, a życie staje się toczyć dalej, choć dla Flory zmienia się całkowicie... Jak poradzi sobie w roli opiekunki?

Maureen Lee stworzyła dość jednowymiarową postać, której życie pieczołowicie przedstawia na kolejnych stronach. Flora Knox, osierocona jako dziecko, osamotniona i spragniona miłości, zdaje się wszystkie swoje uczucia lokować w dziecku, które w krótkim czasie zaczyna traktować jak swoje własne, zachowując się częstokroć dosyć egoistycznie i bezmyślnie. Szkoda, że po macoszemu została potraktowana Grace, wspomniana w powieści zaledwie kilka razy, tytuł wskazywałby raczej na to, że również ona będzie tu jedną z głównych postaci. 

Nie będę kłamać, Florę i Grace czytało mi się bardzo dobrze, bo Maureen Lee ma lekkie pióro i potrafi pisać tak, by czytelnika zainteresować. Tym bardziej należy żałować, że jej powieść jest tak naiwna, istotne tematy zostały potraktowane z przymrużeniem oka, to, co ważne zepchnięte na dalszy plan. Czasy II wojny światowej nie są tu właściwie zbyt ważne, migoczą raczej lekko w tle, są przyczynkiem do opowiedzenia tej historii, do zbudowania jej początku, do wywołania może lekkiego wzruszenia nad losem tych ludzi, wiezionych na rzeź, ale nic poza tym, bo autorka przechodzi nad nimi do porządku dziennego, skupiając się raczej nad życiem Flory niż nad tragedią Grace. Za dużą też wagę przywiązuje Maureen Lee do rzeczy mało ważnych, do codziennych czynności, do kwestii ubioru czy wystroju, a szkoda, bo na zakłóceniu tych proporcji książka wiele traci. 

Maureen Lee, Flora i Grace , Warszawa, Świat Książki 2014

by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at luty 08, 2016 07:17

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Onigiri – ryżowa kanapka, którego autorem jest travelingilove

Maika, podarłaś nori, nie liczy się ;p
Powinnaś zacząć od początku 😉

by travelingilove at luty 08, 2016 07:04

Anna Sakowicz

Wyniki optymistycznego konkursu

Słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Czas na wyniki konkursu (oczywiście te same na obu blogach). Pamiętam swoje pierwsze konkursy organizowane na blogu. Kiedy było kilkanaście zgłoszeń, skakałam do góry. Teraz łącznie na obu blogach było ich dobrze ponad sto. Spędziliśmy więc sporo czasu, by wybrać zwycięzców. I nie powiem, że cały czas zgadzaliśmy się…

by anna.sakowicz at luty 08, 2016 05:09

Kura pazurem

Wyniki optymistycznego konkursu!

Słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Czas na wyniki konkursu (oczywiście te same na obu blogach).

Pamiętam swoje pierwsze konkursy organizowane na blogu. Kiedy było kilkanaście zgłoszeń, skakałam do góry. Teraz łącznie na obu blogach było ich dobrze ponad sto. Spędziliśmy więc sporo czasu, by wybrać zwycięzców. I nie powiem, że cały czas zgadzaliśmy się ze sobą. Trwała burzliwa dyskusja, wreszcie poszliśmy na kompromis i każdy wybrał jedno optymistyczne zdanie. Na szczęście każde było inne, więc mogę spokojnie rozdzielić nagrody.

Cieszę się też, że wielu stałych czytelników odważyło się zabrać głos. Dziękuję i zachęcam do komentowania. Przepraszam, że nie odpowiedziałam na wszystkie komentarze, ale nie dałam rady. Od jakiegoś czasu ścigam się z różnymi terminami i niestety nie dałam rady odpowiedzieć ponad stu osobom. Biję się więc w pierś.

Dzięki Wam mam teraz bank optymistycznej myśli! Jesteście genialni. W powieści „To się da!” pojawił się taki moment, kiedy Joanna spotkała mamę Szpilki. Rozmawiają, siedząc na ławce przed hospicjum. To dla mnie jeden z ważniejszych fragmentów. Znajdziecie go niżej, pod ogłoszeniem wyników.

A teraz, uwaga, uwaga! Nagrody przyznajemy w następującej kolejności:

I miejsceMariola Pomykaj („Kiedy gąsienica myślała, że świat się skończył, stała się motylem”. – Cecelia Ahern)

II miejsceMartyna („Dom, w nim łóżko. I lodówka pełna. Stąd tak mnie ba­wi chmu­ra, choćby była ciemna”. – Jacek Dehnel)

III miejsceKrzysztof („Gorzej już było”)

Bardzo proszę o kontakt (anna.a72@wp.pl) i podanie adresów do wysyłki.

Wszystkim dziękuję za udział w zabawie.

A teraz zostawiam Was z fragmentem „To się da!”.

 

wszystkie nagrody

– Pani Asiu, dlaczego pani to robi? – spytała, patrząc mi prosto w oczy.

– Ale co? Palę z panią? – zdziwiłam się. – W sumie to głupie, ale wie pani, czasami nawet chyba niepalący ma ochotę sobie posiedzieć z fajką w dłoni.

– Nie o to pytam – przerwała mi. – O tę akcję dla mojej córki.

– A, o to – odparłam i zamyśliłam się na chwilę. – Szczerze?

– Szczerze.

– Ze strachu – powiedziałam. – Ze strachu, że jeśli niczego nie zrobię, to dam sobie przyzwolenie na to, by poddawać się wszystkim przeciwnościom losu. A przecież trzeba walczyć.

– Walczyć? A może właśnie czasami trzeba jednak się poddać i nie robić sobie złudnych nadziei?

– Kiedyś przeczytałam, jak kobieta mówiła o sobie, że musi być tak silna, by mieć moc rozwalenia trumny od środka. Rozumie pani? Nie ma sytuacji beznadziejnych, trzeba mieć tylko siłę i wolę walki. Czasami oczywiście się przegra, ale w przekonaniu, że zrobiło się wszystko, co było w naszej mocy. Nie zawsze da się rozbić tę trumnę, ale trzeba próbować.

– Myśli pani?

– Tak. I nie ma złudnej czy niezłudnej nadziei. Nadzieja zawsze jest tylko jedna. Daje lekki podmuch wiatru, a wtedy można stawiać żagle.

Sięgnęła po kolejnego papierosa. Włożyła go do ust, a ja oddałam jej zapalniczkę. Znów spoglądała przed siebie. […]

– Dziękuję. Idzie pani? – Wskazała głową w kierunku hospicjum.

by anna at luty 08, 2016 04:08

zycie na kreske

zapiski zgagi

Luki, szpary, dziury…

Z pamięcią jeszcze, dzięki Bogu, nie tak tragicznie. Owszem, tu jakieś nazwisko w głowy wyleci, ówdzie nazwa pospolita, ale generalnie może być. Wczoraj np. JUŻ o trzeciej piętnaście w nocy przypomniałam sobie, że pies miał dostać zastrzyk! Lepiej późno niż wcale. I ta naprawdę nieduża satysfakcja, że Małż w ogóle nie pamiętał, a przecież to on jest domową ,,pigułą”…

Gdzieś niedawno przeczytałam, że pani Sława Przybylska, niewiasta już w okolicach 80-tki, dzień w dzień uczy się na pamięć jednego wiersza. Może to jest myśl?… By się ,,Niemcowi” nie dać.

O ile jednak pamięć służy mi jeszcze jako-tako, o tyle zaczyna kuleć logiczne myślenie. No, nie dziwne to aż tak bardzo, to nigdy nie była moja pierwszorzędna specjalność! Niemniej, żeby do tego stopnia głupieć?!

W tłusty czwartek pączków wprawdzie nie popełniłam (po raz pierwszy od lat!), ale żeby jednak coś tam-coś tam, zaplanowałam rogaliki z dżemem. Moja poznańska Marysia podarowała mi jakiś czas temu paczuszkę z minirękawkami cukierniczymi i kompletem końcówek, takich jak do ozdabiania tortów. Chciałam je wykorzystać, by wycisnąć zgrabnie porcje dżemiku na kawałki ciasta. I… Zaćmienie totalne. Jak połączyć woreczek z końcówką? Nijak nie mogłam! Bo, zamiast przepchać końcówkę od szerokiej strony woreczka do wąskiego otworu, gdzie się plastik blokował samoistnie, próbowałam na odwrót!

Małż się niebotycznie zdumiał, gdy mu problem zreferowałam… I popatrzył jakoś tak! Jak na obcą osobę… Wcale się nie dziwię zresztą.

I takie właśnie miewam ostatnio  ,,intelektualne” przygody. Wcale mnie tu nie pociesza fakt, że kolega Małż jeszcze bardziej zapominalski. W końcu o kilka lat  starszy jest. Wczoraj cały dzień przeszukiwał mieszkanie i piwnicę nawet w poszukiwaniu jakiejś blaszki i dwóch śrubek od furtki tarasowej, uszkodzonej podczas ostatniej wichury. Nawet nie odczułam specjalnego zadowolenia z faktu, że w końcu to ja zgubę odnalazłam… Bo cały dzień gdzieś mi w głowie kołatała myśl, że takową blaszkę gdzieś widziałam, tylko, motyla noga,  gdzie?… Około dwudziestej drugiej trzydzieści, gdy Małż z piesą wyszedł, skojarzyłam, że ze dwa dni temu kopnęłam w jakiś metalowy element  na tarasie. I to było to…

 

by Zgaga at luty 08, 2016 12:58

luty 07, 2016

Od rana do wieczora

Niedziela, niedziela była dla mnie!

Wczoraj obchodziłam imieniny (tak, dziękuję bardzo, wszystkie dobre życzenia chętnie przyjmuję każdego dnia), a dziś świętowałam urodziny w gronie moich kochanych koleżanek.

Umówiłyśmy się o 15.00 w Mamma Mia na Karmelickiej, gdzie serwują pyszne dania kuchni włoskiej. Bardzo nam było dobrze i smacznie, dwie godziny przeleciały jak z bicza strzelił, tematy jak zwykle mnożyły się niczym króliki na wiosnę i jak zawsze został nam niedosyt, bo nie nagadałyśmy się wystarczająco. Najwyraźniej cierpimy na syndron tych babek, o których mój Tata opowiada swój nieśmiertelny dowcip: siedziały razem w celi 20 lat, wyszły na wolność i jeszcze dwie godziny stały pod bramą.

Wracałam do domu w ciepły, wiosenny, lutowy wieczór i gdy zajęłam miejsce w tramwaju, oczom moim ukazała się zachęta do oddawania krwi:

140litrow500
Aż mi ciarki przeleciały po kręgosłupie. Od razu pomyślałam o tysiącu szkół na tysiąclecie i innych cudownych hasłach minionego ustroju. Pomyślałam też, że prawdopodobnie w agencjach reklamowych pracują ludzie tak młodzi, że nie mają takich historycznych skojarzeń.

by Chuda at luty 07, 2016 09:20

Zuzanka

Matka jest tylko jedna

Czy klocki Plus Plus są lepsze od Lego?

 

A więc stało się. W naszym domu, w którym bezsprzecznie królowało Lego, pojawiła się konkurencja. Klocki Plus Plus Kosmyk dostał pod choinkę, a ja z ciekawością spoglądałam, jak na nie zareaguje. Na początku zupełnie je zignorował, zafascynowany innymi podarunkami, ale następnego dnia obudziłam się w ciszy i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam synka siedzącego przy swoim biureczku i w skupieniu układającego kolorową mozaikę…

 

 

Nie bez przypadku porównałam klocki Plus Plus z klockami Lego, bo jedne i drugie zostały wymyślone w Dani oraz jedne i drugie tak samo angażują, wciągają i nagle orientujesz się, że chcesz ich jeszcze i jeszcze, i jeszcze i szukasz nowych kolorów, nowych kompozycji, nowych pomysłów.

CO TO SĄ KLOCKI PLUS PLUS?

To takie małe krzyżyki [wszystkie w tym samym kształcie, ale różnych kolorów], które możesz łączyć w najróżniejsze mozaiki lub tworzyć… budowle. Od kilku lat zdobywają liczne nagrody i wyróżnienia głównie za doskonały wzór i produkt. Warto podkreślić, że są całkowicie bezpieczne, nie zawierają ftalanów ani PVC i spełniają wszystkie europejskie normy bezpieczeństwa. A dodatkowo dają mnóstwo korzyści.

CO DAJE ZABAWA KLOCKAMI PLUS PLUS?

– rozwijają wyobraźnię, bo można z nich zrobić praktycznie wszystko –  od płaskiej mozaiki przez domek po bransoletkę, dzięki czemu są:

 

– wszechstronne

 

– pięknie kształtują motorykę i precyzję ruchów [wolę uczyć dziecka tego, niż pisania :D]

 

– zmuszają do kreatywnego myślenia

 

– naukę cierpliwości [dla mamy też, serio, bransoletka, którą zrobiłam, była rewelacyjna, ale dość długo ją „spinałam”]

 

– scalają rodzinę [no nie mogę się oprzeć, żeby nie siąść z Kosmykiem i nie układać :D].

 

CZY KLOCKI PLUS PLUS SĄ LEPSZE OD LEGO?

`Oj tam, przesadziłam z tym tytułem. bo porównanie PP do Lego, to jak porównanie rowerka biegowego do zwykłego roweru. Na zwykłym rowerze trzeba pedałować, na biegowym, trochę bardziej popracować nogami. I to mi się w PP podoba. O ile kocham Duplo, tak widzę sama, że zabawa nimi ogranicza się dla Kosmyka do budowania domku, ewentualnie garażu lub samochodu, czyli tylko trochę pracuje się nogami. Klocki Plus Plus są rewelacyjne, bo ich minimalizm zmusza do kreatywnego myślenia, do kombinowania, a małe kształty wymagają skupienia i precyzji ruchów, której Kosmykowi trochę brakuje. No i są trochę tańsze, nie ma co ukrywać. A przede wszystkim: nic nie boli, jak się na nie w nocy przez przypadek stanie :D

 

Lego to piękna kolorowanka, którą możesz pokolorować, jak chcesz i dorysować do niej, co chcesz, klocki Plus Plus to czyste kartki, które może zgiąć, uformować, narysować na nich, co ci się tylko przyśni. Ostatnio wolimy rysować, zobaczcie:

 

 

 

 

 

DSC_0745

 

DSC_0748

 

DSC_0800

 

DSC_0806

 

DSC_0814

 

DSC_0821

 

DSC_0825

 

DSC_0176

 

DSC_0832

 

DSC_0833

 

DSC_0841

 

DSC_0846

 

DSC_0857

 

DSC_0862

Klocki Plus Plus kupicie między innymi w Edukatorku tutaj [trudno je znaleźć w zwykłym sklepie, za to w internetowych jest ich sporo]. Możecie też wygrać zestawy klocków Plus w moim konkursie urodzinowym tutaj.

 

 

No i jak wam się podobają?

4,615 wszystkich wizyt, 334 wizyt dzis

Post Czy klocki Plus Plus są lepsze od Lego? pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at luty 07, 2016 07:23

Zuzanka

Bezwstydnica

Czysty optymizm

optymizm

Jesteśmy w kuchni.
Podaję A. miseczkę z jogurtem.
– Tylko nie zalej się od razu – mówię głupio.

A.robi dwa kroki.
Potyka się o podłogę (nie wiedzieliście, że to możliwe? A jednak!)
Miseczka wypada jej z rąk, uderza o kafelki, a zamaszysty chlust jogurtu oblewa podłogę i ścianę.

A.stoi nieruchomo przestraszona rozmachem strat.
Wbiega G.zaintrygowana hałasem.
– Ale siebie nie zalałaś! – mówi G.triumfalnie do A.

Jak to było… “ciesz się z małych rzeczy”?

:)

Pozdrawiam
Kura

 

by admin at luty 07, 2016 05:12

moje waterloo

2218

Leśniewski w coraz lepszej formie. Dziadkowie, z którymi jest systematycznie (czyli raz w tygodniu) socjalizowany, twierdzą, że urósł. My tego nie widzimy, co zrozumiałe. Za to z przyjemnością odnotowujemy, że w samochodzie nie płacze już cały czas - trochę pojęczy na początku, a potem zwija się w kłębek i drzemie. Radość, że znów udało się wrócić do domu po podróży, jest ogromna.

Wyprowadzany na spacer na smyczy zachowuje się w miarę przyzwoicie. Zresztą niczego specjalnego od niego nie oczekujemy. Ot, żeby się nie wyrywał i nie darł mordy. Z tym drugim jest gorzej, ale podejrzewam, że on to robi ze strachu. Lubi się kopnąć tu i tam, bodźców ma wtedy dużo, więc sikawka z emocji się wyłącza, ale świadomość, że za płotem istnieje jakieś życie, wydaje się całkiem pociągająca.

Przestał zwiewać przez szparę między szczebelkami, może dlatego, że urósł i już się chyba nie mieści, co przyjmuję z ulgą. Ogólnie jest wyraźnie spokojniejszy i być może zaczyna wierzyć, że nie pozbędziemy się go z byle powodu. Bo pewnie jeszcze nie wie, że nie pozbędziemy się go wcale, ale ufam, że i to kiedyś zrozumie. Lubi leżeć na ciepłej podłodze przed drzwiami na taras i obserwować kury sąsiada, znajduje zagubione pół roku temu kocie obroże i wyschnięte żaby z zeszłego sezonu. Jest radosny, po szczenięcemu aktywny, psoci, roznosi chałupę i przysposabia sobie różne sprzęty. Niech ma. Czekam na nowe, większe legowisko, by móc aktualne wysłać innemu, potrzebującemu pieskowi.

Przysposabia - np. żyrafkę antyprzeciągową. Nie znajdowała zastosowania, bo u nas nie ciągnie.
Przymila się do kotów, a dziś przyłapałam go na jakichś zażyłościach z Edkiem. Obaj się zerwali i odeszli w różne strony pogwizdując. Niemniej matczynemu oku nic nie umknie i to jest dodatkowa informacja dla Zuzanny, jeśliby ewentualnie jeszcze nie pojęła, że matki wią. Fakt, że nic nie mówią, nie oznacza, że nie przyjęły do wiadomości.

Poza tym pogoda jest boska i tulipany nam wzeszły. Niebawem może być całkiem ładnie. Pod warunkiem, że pies wszystkich nie wyciągnie, co czyni z lubością.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at luty 07, 2016 02:46

Tokyo Pongi

Onigiri – ryżowa kanapka

Onigiri, czyli ryżowy trójkąt z farszem, zawinięty w nori, czyli suche wodorosty, to jedna z najpopularniejszych przekąsek w Japonii. Znane od co najmniej XI wieku, dziś produkowane na masową skalę i dostępne na każdym kroku niewielkie „kanapki” (to nie są oczywiście kanapki, ale tak je dla uproszczenia nazywam) dostępne w kilku wariantach, między innymi z rybą, krewetkami, ikrą czy marynowaną śliwką, są pyszne, niedrogie i bardzo wygodne do zabrania w podróż czy na lunch do pracy.

Tradycyjnie onigiri zawija się ręcznie, ale onigiri dostępne w sklepach jest oczywiście produkowane masowo. Aby nori, które dość szybko łapie wilgoć, przez co robi się nieprzyjemnie żujące, pozostawało suche, onigiri pakuje się w taki sposób, aby ryż i wodorosty w ogóle się nie dotykały. Otwieranie onigiri ludziom z odrobiną wyobraźni nie powinno sprawić żadnych trudności, ale ponieważ ja chyba nie zaliczam się do tej grupy, musiałam w swoim czasie pobrać korepetycje u koleżanki. Poniżej obrazkowa instrukcja co i jak, aby szybko i bez brudzenia sobie rąk dobrać się do onigiri:

onigiriPunkt 1. Ciągniemy pasek z napisem „1”. onigiriPunkt 2. Kontynuujemy to co zaczęliśmy w punkcie pierwszym :) onigiriPunkt 3. Widzicie tę małą czerwoną dwójkę ze strzałką? Przez rok nie zorientowałam się o co chodzi. A chodzi o to, żeby pociągnąć. (Proszę mi nie pisać w komentarzach, że instrukcja jest na opakowaniu. Po szkodzie to każdy mądry :) ) onigiriPunkt 4. A tę małą czerwoną 3 widzicie? Tak, za nią też trzeba pociągnąć. onigiriPunkt 5. Gratulujemy! Rozebraliście onigiri. Smacznego :)

Czego możecie spodziewać się w środku? Jak już wspomniałam głównie surowej ryby, ale grillowany łosoś czy tuńczyk z puszki z majonezem jest równie popularny, podobnie jak wkład z ikry, marynowanej śliwki czy imbiru. Niektóre trójkąty są bez farszu, poznać je można po tym, że do ryżu dodano czegoś kolorowego (sezamu na przykład). Jest to bezpieczna opcja dla wegetarian lub tych, którzy nie czytają japońskich znaków i boją się trafić na coś, czego nie lubią.

Mimo, że onigiri to niewielka przekąska, w Tokio jest wiele tradycyjnych restauracji, które specjalizują się właśnie w ryżowych trójkątach. Jest to też tak wygodne i proste w przygotowaniu danie, że może warto pokusić się o samodzielne przygotowanie onigiri w domu? Zachęcamy do zapoznania się z ofertą spotkań i warsztatów kulinarnych w ramach festiwalu Azja Restaurant Week(end), który właśnie odbywa się w Warszawie i o którym pisaliśmy już wcześniej. Dzięki nim z pewnością nie będziecie musieli poświęcić całego roku na odkrywanie najskuteczniejszej metody na rozpakowanie onigiri :).

The post Onigiri – ryżowa kanapka appeared first on TokyoPongi.

by Maika at luty 07, 2016 02:26

nic specjalnego

Mix

Jestem zniesmaczona, zgorszona i zaniepokojona. 
Bardzo często zaglądam na YT bo korzystam z różnych tutoriali, które subskrybuję.
Dzięki temu mogłam się rozstać z wieloma gazetkami, które jakby na
to nie  spojrzeć sporo kosztują a na dodatek zajmują miejsce. 
Poza tym łatwiej opanować jakiś ścieg obserwując jak robi go inna, 
wprawna osoba.
Wczoraj , rzuciły mi się w oczy dziwne filmiki- nakręcone z udziałem
niejakiego pana Jackowskiego, który ponoć jest jasnowidzem.
O tym, że policja korzystała z Jego usług przy szukaniu osób zaginionych
to nawet kiedyś czytałam. 
W kilku wypadkach ten pan  podał przybliżone miejsce pobytu zwłok i
ta informacja rzeczywiście pomogła policji w znalezieniu ich, w kilku
innych przypadkach taka informacja była chybiona.
A teraz pan Jackowski twierdzi, że lada moment  wybuchnie III wojna
światowa. Każdy może  coś przewidywać , bo rzeczywiście sytuacja
międzynarodowa jest skomplikowana i zawsze mogą komuś puścić nerwy, 
no ale może bez przesady-tak naprawdę nikomu wojna nie  da pożytku
i wielu przywódców państw doskonale o tym wie.
A tak przy okazji wpadły mi w oczy różne filmiki nawołujące do 
nienawiści osób, które mają poglądy różniące się od poglądów skrajnej
polskiej prawicy. A więc powinniśmy jak jeden mąż i jedna żona
nienawidzić wszystkich, którzy są innej narodowości niż my, a zwłaszcza
wyznawców Allaha oraz Żydów. Nienawiścią objęta jest też UE.
Tylko o jednym zapominają -Chrystus był Żydem. I religia chrześcijańska
wyrosła z judaizmu. I ponoć jest religią miłości blizniego.
To tyle w tym temacie. 
                                             *****

Nie wiem co się dzieje ostatnio w blogach, ale coraz częściej "dzieją się 
cuda" - znikają prawidłowo zapisane komentarze, czasem  znika w ogóle
możliwość komentowania, chociaż właściciel bloga wcale nie wyłączył
opcji dodawania komentarzy, czasem znika cały blog.
Pomału blogowanie  staje się coraz  mniejszą  przyjemnością -przynajmniej 
dla mnie.
A poza tym harcują wszędzie hejterzy, między innymi za wiedzą pewnych
ugrupowań partyjnych. Bo powtarzane 1000 razy to samo kłamstwo staje
się z czasem jedyną prawdą. Smutne to i bardzo niepokojące.
                                             *****
Podobno nadchodzący tydzień ma być ładny - stosunkowo ciepło i
słonecznie. Czyli idealne warunki do rozwoju grypy, która ma się w takim
klimacie świetnie.
                                             *****
PiS ma kolejne  genialne pomysły na umilenie nam życia - jeżeli zrealizują
ten pomysł padną niemal wszystkie sklepy internetowe.
W związku z tym zakupiłam dziś przezornie nową ( o tu) włóczkę tureckiego
producenta. Przyszły nowe włóczki Kartopu, między innymi mieszanka
50/50% bawełny z akrylem. I ogromnie fajne włóczki  fantazyjne, udające
futerko. Gdyby nie resztki rozsądku zakupiłabym wszystkie nowe włóczki
tej firmy, bo świetnie się nimi robi.
I tu małe wyjaśnienie -nikt mi nie płaci za reklamę tego sklepu a jego
właścicieli  nie znam osobiście. Po prostu mają fajne włóczki, jest z nimi
łatwy kontakt, szybko realizują zamówienie a jego właścicielka jest entuzjastką robótek włóczkowych ponadto ma dar jasnego tłumaczenia
co i jak się wykonuje na drutach lub szydełku.
No to tyle na dziś.
Miłego, słonecznego tygodnia Wszystkim życzę:)
                                            
                                            

by anabell (noreply@blogger.com) at luty 07, 2016 01:37

Krolowa Matka i Banda Czworga

Filozoficznie

Królowa Matka (myśląc nie wiadomo o czym, chociaż jest prawdopodobne, że zupełnie o niczym, wchodzi do kuchni i zamiera z uniesioną ręką i wyrazem zagubienia na twarzy).

Królowa Matka (niepewnie) - Zaraz, zaraz... skąd ja się tu wzięłam? I po co?

Potomek Starszy (pomocnie) - Ale w sensie, że w kuchni, czy że na tym pięknym świecie?


Cóż.

Przynajmniej po co jest w kuchni to sobie Królowa Matka w końcu przypomniała...

by Anutek (noreply@blogger.com) at luty 07, 2016 11:34

Bezwstydnica

123 przepisy

Znalazłam spis treści, który rozśmieszył mnie do łez.
Idę robić faworki, bo pączki już mam.
I oponki też… :)))

przepisy

Pozdrawiam
Kura

by admin at luty 07, 2016 09:57

zycie na kreske

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

kluczowa sprawa

Rekolekcje zakończone. Nawet dom posprzątany po gościach. No, prawie, ale się z Marią staramy.

20160203_104325Na koniec rekolekcji, jak zwykle były przyrzeczenia członków Wspólnoty. Każdy klęka przed ołtarzem w czasie Mszy św. i składa swoje zobowiązania. Artur poobserwował chwilę i zerwał się nagle z ławki i też ukląkł. Cóż, nie wiemy co powiedział Panu Jezusowi, ale był bardzo dumny, kiedy wstawał z kolan. Mamy zatem nowego członka Wspólnoty!

Naszego wędrowca nam zabrano. Tego, co za piątym razem zakotwiczył się w Zochcinie i odmrożenia leczył. Wielki przestępca na 21 dni zajmuje łóżko w areszcie, bo pewnie Wysoki Sąd nie raczył zauważyć, że jest to człowiek chory, wymagający raczej doktora niż więziennego strażnika. Albo batonik ukradł, albo może siusiał gdzieś w kącie, bo jak wiadomo człek bezdomny też gdzieś musi. A jak tylko już toaletę osiągnął w naszym domu, to mu zamieniono na więzienny kibelek.

Wszędzie ludziami zapchane, miejsc nie ma, pozostają korytarze w większych domach. Byle do wiosny. Jak słoneczko będzie wyżej, a na dworze cieplej to zaraz się rozluźni. Taki jest rytm natury.

Chłopaki kończą remont domu, cośmy zamiast kurnika kupili. Malowanie itd. Teraz będzie już całkiem ślicznie. Coraz to wpada nam nowa ludzka bieda, a stare też trzeba trzymać za głowę.

Nasze dzielne młodziaki ze świetlicy koncert dawały dzisiaj w Ćmielowie wspierając zbiórkę na leczenie chorego chłopaka.

Historia przewala się nad naszymi głowami, a my staramy się trzymać łódkę na kursie mimo burz i strat w załodze. Kamizelki ratunkowe wiszą w kaplicy w postaci Tabernakulum, ikony Matki Bożej Ubogich i relikwii świętych, którymi  rzucało w życiu  gorzej.

saint-peter-recieving-the-keys-to-the-kingdomKluczowa sprawa pozostaje na razie nie rozwiązana. W Nagorzycach Artur ma pole

Poznaniak - własna praca na podstawie: Stemma del Santo Padre FrancescoThis vector image includes elements that have been taken or adapted from this:  Coat of arms of Jorge Mario Bergoglio.svg (by SajoR)., CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=25175121

herb papieża Franciszka: klucz srebrny- łączenie i rozwiązywanie na ziemi, klucz złoty- w niebie. Klucze są nieodłącznym elementem papieskich herbów.

do popisu i grzebie we wszystkich pokojach. Udało się do każdego dopasować klucz, a nawet już jeden-od magazynu-zgubić. I latamy co chwila wyciągając to jeden, to drugi ze schowka, żeby cokolwiek zrobić. Lekki obłęd. Mam pomysł na ulżenie kluczowej niedoli- wstawić jednakowe zamki do wszystkich drzwi i takim samym kluczem otwierać można będzie wszystko. Jeden klucz do wszystkich skarbów- to już przede mną ktoś wymyślił. Oby tylko tego klucza nie zgubić!

A jak się zgubi, to dorabiają w konfesjonale. Keys-to-The-Kingdom-Image-10

Nad-obowiązkowo

@import url(https://fonts.googleapis.com/css?family=Open+Sans); #wonderplugincarousel-5 .amazingcarousel-image { position: relative; padding: 0px; } #wonderplugincarousel-5 .amazingcarousel-image img { display: block; width: 100%; max-width: 100%; border: 0; margin: 0; padding: 0; -moz-border-radius: 0px; -webkit-border-radius: 0px; border-radius: 0px; } #amazingcarousel-container-CAROUSELID { margin: 32px 48px; } #wonderplugincarousel-5 .amazingcarousel-list-container { margin: 16px 0; } #wonderplugincarousel-5 .amazingcarousel-item-container { text-align: center; padding: 0px; } #wonderplugincarousel-5 .amazingcarousel-item-container:hover { opacity: 0.7; filter: alpha(opacity=70); } #wonderplugincarousel-5 .amazingcarousel-prev { left: 0%; top: 50%; margin-left: 0px; margin-top: -30px; } #wonderplugincarousel-5 .amazingcarousel-next { right: 0%; top: 50%; margin-right: 0px; margin-top: -30px; } #wonderplugincarousel-5 .amazingcarousel-nav { position: absolute; width: 100%; top: 100%; } #wonderplugincarousel-5 .amazingcarousel-bullet-wrapper { margin: 4px auto; }

 

 

by siostra at luty 07, 2016 02:12

luty 06, 2016

Dzieciowo mi

Fotelik samochodowy dla starszego dziecka (i nie tylko) – jak wybrać dobrze?

Temat fotelikowy przewijał się, przewija i będzie przewijać. Ola na fejsie zadała mi pytanie, co z fotelikami dla starszaków, albo inaczej –

by Malwina Ferenz (Krusz.) at luty 06, 2016 06:50

moje waterloo

2217

Wydaje mi się, że pisałam już kiedyś o słowach w kontekście ich mocy sprawczej, sile niszczenia i odpowiedzialności za to, co wypada nam z ust. Krążąc ostatnio po internecie, rozmyślam często nad ludzką naturą, która - miast dążyć do wiedzy i poznania - steruje w zupełnie innym kierunku. Zastanawiam się często nad butą i zarozumialstwem, które pozwala osądzać innych, dawać "dobre" rady, krytykować i narzucać własne opinie.

Za moich czasów brało się w szkole literaturę czasów wojny i okupacji, obozową, literaturę zniewolenia - i na jej przykładzie tłumaczyło relatywizm postaw. Tak naprawdę, to zaczynało się wcześniej, od "Dzikiej kaczki" Ibsena, ale chodziło o to samo. Mianowicie, żeby uzmysłowić uczniom, że nie mają zielonego pojęcia, jak zachowaliby się w sytuacjach skrajnych.

Łatwo z pozycji fotela w ciepłym domu i z napełnionym brzuchem myśleć, że postawa obozowego kapo była jednoznacznie zła. Ja bym się tak nie zachował, trzeba ocalić resztki człowieczeństwa. Ja bym tego nie zrobiła, nigdy. Ja bym tak nie mógł. Naprawdę?! Co możesz wiedzieć o roli zaszczutego zwierzęcia, o głodzie, zimnie, przeraźliwym strachu, zagrożeniu czyhającym za każdym rogiem? Skąd wiesz, do czego można się posunąć, by ratować życie: swoje, bliskich, ukochanych? Byłeś tam? Widziałaś? Przeżyłeś razem z tymi ludźmi? Zagrałaś główną rolę w takim życiowym filmie o prześladowaniu? Nigdy nie myl kata z ofiarą, nie obarczaj jej nawet częściową winą. Nie masz prawa nikogo osądzać.

Ostatnio w prasie wiele miejsca poświęcono informacji o prezydenckim akcie łaski dla kobiety, która po pięćdziesięciu latach upodlenia, przemocy, gwałtów zabiła swojego męża-oprawcę. Ruszyła fala hejtu: "ja bym nigdy na to nie pozwoliła", "nie dałabym skrzywdzić dziecka", "on gwałcił i bił dzieci, mogła uciekać, to jej wina", "mogła się zwrócić do kogoś o pomoc". Otóż nie mogła. Jeśli czegoś nie zrobiła, to znaczy, że nie mogła. Niemożność ma różne podłoża: to nie tylko brak okazji, pomocy, instytucji, to także klin w środku człowieka. Czy Twoje życie jest jednoznacznie udane? Wszystko w nim jest dobre? Nie? To czemu tego nie zmienisz? Praca jest niskopłatna i wyczerpująca, a Ty w niej tkwisz - odejdź. Że co? Że trudne warunki na rynku? To Twoja wina, na pewno można znaleźć coś innego, tylko się nie starasz. Co? Nie masz kwalifikacji? Trzeba się było szkolić - to Twoja wina. Jeśli w Twoim życiu istnieje jakakolwiek płaszczyzna, z którą nie jest Ci dobrze, to przemyśl czy masz prawo kogokolwiek oceniać, osądzać, obarczać winą.

Tryumfy święcą "dobre rady" dla rodziców. Że dzieci niegrzeczne, niewychowane, na baczność nie stoją, żreć marchewki nie chcą, nie uczą się, wagarują, palą za śmietnikiem. To wina rodziców. Mogli więcej, lepiej, nie starali się. Fajnie, że Twoje idealne, na pewno wychowałeś ośmioro. Wyniańczyłaś, wyprowadziłaś w dorosłość cały pułk. Pewnie buty mają zawsze czyste i paznokcie też, dorobiły się apartamentu w centrum Warszawy, są wzorowymi rodzicami. A pytałeś czy są szczęśliwe? Zastanawiałaś się, dlaczego córka nigdy nie przyjeżdża wieczorami, a w sortowanych skrzętnie śmieciach ma zawsze dużo szkła? Jeśli na Twoim rodzicielstwie są jakiekolwiek rysy, to przemyśl czy masz prawo kogokolwiek oceniać, osądzać, obarczać winą. Nie dawaj rad, nie wymądrzaj się.

Po artykułami o przemocy seksualnej zawsze znajdzie się jakaś dobra dusza, która uzna, że ofiarę można obciążyć choćby częściową winą. Ubrała się jak kurwa, a po co tam szła, niepotrzebnie piła, sprowokowała. Winny jest tylko i wyłącznie sprawca. Koniec, kropka. Wtórna wiktymizacja ofiary przestępstwa to najgorsze, co można zrobić. Nie ma usprawiedliwienia dla takiego zachowania. Nikt nie jest odpowiedzialny za czyjąś seksualność, a napastowanie i gwałt mało mają wspólnego z seksem. To tylko kompleksy i upośledzenie. Jeśli ktoś przywali Ci łopatą, to raczej nie nazywasz tego ogrodnictwem, prawda? Nawet gdy byłaś lub byłeś ofiarą przemocy na tle seksualnym, to nie była ta sytuacja. Nie ma dwóch takich samych okoliczności. Nie ma dwóch identycznych osób o przystającym do siebie idealnie garniturze przeżyć i doświadczeń. Jeśli nie chcesz pomóc, po prostu się zamknij.

Najnowsze hejterstwo dotyczy naturalnie uchodźców. Niektóre osoby czują się predystynowane do oceniania, co może lub powinien zrobić człowiek, nad głową którego wybuchają bomby, którego życie jest zagrożone, który egzystuje w nienormalnych warunkach. Kto z was - pytam - mieszkał przynajmniej miesiąc w strefie działań wojennych? Komu z Was zastrzelono dziecko? Kto widział, jak w wybuchu bomby giną ludzie? Widzieliście kiedyś rozerwane ludzkie szczątki na ulicy? Skąd to zarozumialstwo, ta pycha, by wiedzieć, jak zachowalibyście się w takiej sytuacji?! Czy wiecie, że w czasie Wielkiego Głodu na Ukrainie ludzie zabijali i zjadali własne dzieci? Nie zrobiłbyś tego? Do bestialstwa byś się nie posunęła? A skąd wiesz?! Śmiem sądzić inaczej, skoro w idealnych warunkach nie potrafisz nawet powściągnąć swojego języka i palców. Z przykrością stwierdzam, że z takich, jak Ty, rekrutuje się potem obozowych kapo.

Twoje słowa budują komory gazowe. Jeśli nie chcesz lub nie potrafisz pomóc - PO PROSTU SIĘ ZAMKNIJ.

I odśwież wiedzę z poziomu szkoły średniej.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at luty 06, 2016 04:49

zycie na kreske

luty 05, 2016

Dzieciowo mi

Czy macierzyństwo ryje beret?

Swego czasu pewien psycholog udzielił słynnego wywiadu, którym wywołał największą gównoburzę w historii tego Wszechświata. Shitstorm zmieniał trajektorię planet, wpływał na losy

by Malwina Ferenz (Krusz.) at luty 05, 2016 08:34

Zapiski dojrzalej kobiety

Dywagacje o zimie.

Zawsze, gdy spadnie pierwszy śnieg,
Chcę iść przez pola, które w śniegach drzemią,
Naprzód przed siebie, aż na świata brzeg,
Tam, gdzie niebiosa stykają się z ziemią.

Chcę iść przed siebie, odrzuciwszy w tył
Życie codzienne tak pełne hałasu
I czuć na twarzy swojej mokry pył
Śnieżnych okiści, wiszących wśród lasu.

I uciec wreszcie choć na chwilę tam,
Gdzie mię opuści wszystko to co liche
I w ciszy śniegów będę tylko sam,
Nad głową swoją mając niebo ciche.

Lecz wiem, że chociaż porzucę mój świat
I spraw i twarzy ludzkich się wyrzeknę,
Wróg najstraszliwszy pójdzie za mną w ślad:
Przed samym sobą nigdy nie ucieknę.

(Autor: Henryk Zbierzchowski).

Kiedy wyszłam z wieku dziecięcego przestałam lubić zimę.
Lubiłam tylko tę w górach i na nartach.
Ale z nart też już „wyrosłam”, więc zimy nie cierpiałam.
To znaczy nie lubiłam dużych mrozów i śniegu w mieście, wystarczyło wyjechać do Powsina i śnieg mi się podobał (mróz poniżej -5 toleruję tylko w zamrażarce).
Ostatnimi laty prawdziwej zimy nie było i to mi pasowało.
Ale w tym roku, kiedy przyszła, dmuchnęła wschodnim mrozem, oczyściła powietrze, poświeciła słoneczkiem, a za kilka dni sypnęła wreszcie śniegiem, to powitałam ją jak dobrą znajomą.
Śnieżek sobie padał, jedni się cieszyli, drudzy klęli, a śnieżek sobie padał, było go coraz więcej.
Polubiłam tę ciszę, która spadała wraz z płatkami śniegu.
Okryty białym puchem i spokojem świat zwolnił bieg.
Uradowało mnie to, już nie musiałam ciągle być w niedoczasie.
W mieście było wreszcie czysto, a poza miastem bajkowo i cudnie.
Piękna, biała zima za oknem i długie wieczory sprzyjały lekturze, poświęceniu więcej czasu domownikom i oglądaniu telewizji.
Przyroda jest mądra, wie co robi.
Po to są pory roku, abyśmy żyli według nich, po czasie intensywnej pracy i długich dniach lata oraz wczesnej jesieni przychodzi zima z krótkimi dniami, przychodzi czas odpoczynku.
Telewizji nie oglądałam, bo nie ma co, za to lekturze oddawałam się namiętnie.
Ale o tym pisałam już we wcześniejszym poście.

Czy chciałabym powrotu białego puchu?
Pomimo, ze jest początek lutego i zima kalendarzowa w pełni, to śniegu bym już nie chciał, chociaż żal mi, ze ten poprzedni leżał tak krótko.
Dziwny to czas, bo  ani to zima, a do wiosny też jeszcze daleko.
Ale jak minie luty, to można zacząć przywoływać wiosnę, wstawić do wazonu wierzbowe witki, albo gałązki forsycji, która w ciepłym pomieszczeniu zakwitnie w ciągu kilku dni.

Do Wiktorii jeździ dziadek, wczoraj byli w Centrum Kopernika, dzisiaj nie wiem gdzie poszli, bo dziadek nie chciał zdradzić.
Ja odpoczywam, bo tego bardzo potrzebuję.
Co będzie po niedzieli, to się dopiero zobaczy.

A’propos przyszłego tygodnia to proszę, w poniedziałek o 10.00 trzymajcie za mnie kciuki.
Idę do lekarza w ważnej sprawie.

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at luty 05, 2016 06:40

Anrzej rysuje

Od rana do wieczora

Refleksja dnia

Czy w piekle jest odrębny krąg dla Matek, Których Dwuletnie Dzieci Obsługują Pilot do Telewizora Lepiej niż One Same?…

?

by Chuda at luty 05, 2016 04:37

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Relacja z frontu, czyli o tym jak szukam pracy w Japonii, którego autorem jest Monika

Hej Zajxi!
Widzę, że trafiliśmy oboje na artykuł Maiki, bo oboje zastanawiamy się nad pracą w Japonii, zgadza się? :) Jeśli chcesz – napisz do mnie maila, może razem coś pomyślimy – mapetka01@gmail.com

by Monika at luty 05, 2016 12:15

Kurlandia

Skarb po Babci – dokończony

Mieszkanie Babci pustoszeje, przygotowywane jest do sprzedaży. Ciężko mi uwierzyć, że kręcić się po nim będą obcy ludzie. Nie daj Boże, zrobią remont…Przecież ja zawału dostanę! Wzięłam kilka drobiazgów: mały portfelik i dwie chusteczki z robioną na szydełku koronką, moją gumeczkę do włosów z czasów dzieciństwa i broszkę w kształcie pająka. Spytałam, czy mogę zabrać siatkę, którą Babcia uszyła z brązowego poliestru. Brała ją na zakupy odkąd sięgam pamięcią, świetnie mieścił się w niej gorący chleb z piekarni u Malika. Rzeczy trafiły do kufra z pamiątkami.

Z trudem powstrzymałam się, by nie zabrać nożyka z zieloną rączką, którym nie wolno mi było kroić cebuli. O ile Babcia miała do mnie anielską cierpliwość, o tyle za zapach cebuli i czosnku na ostrzu ulubionego nożyka, dostawałam burę. Jęczałam, marudziłam i ponaglałam rodzinę…aż stare ozdoby choinkowe stały się moją własnością. Umarła bym, gdyby trafiły one do kontenera na śmieci, albo zostały porzucone w zakurzonej piwnicy. Trudno mi objąć umysłem, że w dobrym stanie zachowały się misternie wykonane bombki choinkowe, a mojej Babci już nie ma. Życie jest bardziej kruche, niż – cienki jak pergamin – splot zabytkowego już szkła. Rzeczy są, Babcia zasypana ziemią…

Bluzgałam, na przemian zalewając się łzami, gdy znalazłam kilka potłuczonych bombek. Na szczęście te, które stanowiły dla mnie największą wartość sentymentalną, zachowały się w nienaruszonym stanie.

Piękny, stary szpic ozdobi w tym roku świąteczne drzewko. Widok Mikołajków i grzybków pomoże mi poczuć się przez chwilę małym dzieckiem. Najpiękniejsze są jednak sople z „reflektorkami”. Zachwycam się nimi całe życie. Koleżanka sprezentowała mi niegdyś muchomorki. Oj cudna choinka będzie w tym roku!

 

Mam też swoje sanki z dzieciństwa. Przerobimy je na pojazd dla Szymka, tylko śniegu brak – jak to na Dolnym Śląsku bywa. Ale najbardziej rozczulił mnie warzywniak. Pomarszczone ręce mojej Babci przejmowały koszyczki pełne zakupów. Niegdyś była tam też maleńka waga, na której odmierzałam ciężar jarzyn. Odważniki zachowały się do dziś, ale waga połamała się jeszcze wtedy, gdy byłam dzieckiem.

Pamiętam, jak z białej modeliny robiłam patisony. Kulkę trzeba było uformować w dysk, a ten palcami szczypnąć na krawędziach. Mam te patisonki ze śladami moich małych rączek. Są ceny odręcznie pisane przez małą Ilonkę…Minęło ćwierć wieku.

***

 

by Iga at luty 05, 2016 12:01

Smoking kills...

O DREWNIE, KOSSAKU I PARÓWKACH

 

Uprzejmie informuję, iż już jest drugi tom czeskiej komedii – „Arystokratka w ukropie”. Kupiłam, ponieważ zamawiałam dla N. książkę, która wychodzi naprzeciw jego żywotnym potrzebom, czyli „PORĄB I SPAL. Wszystko co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie”.

Tak. Czyta od wczoraj. Już stwierdził znaczące braki w zakresie siekier i klinów do drewna. Nie ukrywam, że początkowo trochę się z tej książki nabijałam, ale okazało się, że to żadne mętne i zawiłe pieprzenie nawiedzonego pseudofilozofa w stylu Pablo Kueblo (a tak by sugerował opis na okładce), tylko całkiem niezły poradnik z przepięknymi zdjęciami. Szczególnie część o układaniu drewna w stosy mnie zachwyciła. A że teraz przez tę książkę znacznie powiększy się nasza kolekcja siekier… obok kolekcji wędek, łuków, szlifierek, noży, pił i zegarków… A, i map… No to cóż. Cóż ja mogę na to poradzić?… (No – mogę; mogę np. popracować nad moją kolekcją butów).

Żeby paczka nie była za chuda, bo ja nie znoszę za chudych paczek z książkami (nasi kurierzy coś o tym wiedzą), to dorzuciłam jeszcze nową książkę Araela Zurli – tego od „Bagiennej niezapominajki” – „Wojciech Kossak. Malarz polskiej chwały”. Na razie tylko rzuciłam okiem – bardzo ładne wydawnictwo z jednym wyjątkiem: reprodukcje obrazów są STRASZLIWE. Straszliwie ohydne. Przekłamane kolory, rozmazane jak w PRL-owskich gazetach, nie wiedzieć czemu wszystko fioletowe. Lepiej by było w ogóle tej paskudnej wkładki nie zamieszczać.

Ale JA TU O KSIĄŻKACH, a przecież takie ważne rzeczy się dzieją na świecie… Kto już jadł parówki BESOS? (Jak byłyśmy z Zebrą małe, to święcie wierzyłyśmy, że każda parówka to są połączone dwa krowie wymionka; wszyscy mówili, że parówki są z krowich cycków, więc wydawało nam się to całkiem logiczne, zważywszy na kształt jednych i drugich).

by Barbarella at luty 05, 2016 08:43

TUV

tłusty czwartek ,frywolność ,szydełko i dawno nie było o kupie.

bo lubię ale już jeść to niekoniecznie;)

No i strasznie słodkie i z lukrem,no nie mogę.Pamiętam wciąż mojej Dady pączki. O,takie to bym jadła !

Zaradna pani kupiła dwa kartony pączków w biedrze (byłam tam ,to wiem skąd ) ,siadła w sionce przychodni – są tam podwójne drzwi i miedzy nimi pomieszczenie 3*3metry z ławką – i sprzedawała…

A my sami tego wieczora,to pączki,wino,film dość frywolny puściłam a co sobie żałować będziemy.

X-men po 15 minutach oglądania – wiesz co tuv, NIE ROZUMIEM TEGO FACETA ( cóż,fabuła miałka,tu się raczej ogląda niż wsłuchuje w role co nie?:)))). No nie rozumiem,czemu tą swoją narzeczoną tam przyprowadził ?~?

X-menie drogi ależ o co ci chodzi?

Bo tak patrzę i myślę i NIE ROZUMIEM.

- chciałeś dupy to MASZ DUPY warknęłam doprawdy już wkurzona.Co tu rozumieć?

eee,wiesz chyba za dużo maślanki wypiłem ,muszę do kibelka. I pogalopował.Siedział no nie przymierzając 20 minut,

potem po krótkiej przerwie znów i znów.

Film dawno wyłączyłam, duszkiem szklaneczkę wina czerwonego wytrawnego wypiłam dla zdrowotności i uspokojenia nerwów, włączyłam sobie  „Niemoralną propozycję  ” i wzięłam się za robótkę na szydełku.

I trzeba tak było zrobić od razu !

by Tuv at luty 05, 2016 08:13

Bezwstydnica

Piątek po czwartku

To już dziś :)

czwartek piatek

Pozdrawiam
Kura

 

by admin at luty 05, 2016 06:43

zycie na kreske

Kura pazurem

Śmieci czy pierdółki?

Konkurs ogłoszony przeze mnie w poniedziałek przyniósł mi wiele radości. Zasypujecie mnie tak pozytywną energią, że wystarczy mi jej na najbliższy rok. Mam kopalnię pozytywnej myśli! Przypominam tylko, że dziś ostatni dzień, macie jednak czas do północy, więc można jeszcze myśleć. Pozytywnie oczywiście.

Ostatnio na Facebooku zamieściłam zdjęcia koszyka po metamorfozie. Miałam w domu dwa stare kosze, które kiedyś trzymałam w szafie i służyły za pojemniki na skarpety. Teraz nie mam tej szafy, a bieliznę trzymam w szufladach z organizerami rodem ze Szwecji. Kosze więc trafiły do piwnicy. I zalęgła się w mojej łepetynie myśl. Śmiem twierdzić, że genialna. Malowałam wtedy meble do sypialni, więc machnęłam też jeden kosz. Potem kupiłam sobie przesłodką tkaninę, uszyłam wnętrze, obszyłam koronką i gotowe.

kosz

Czekałam tylko, kiedy Mężuś zamontuje półkę w sypialni, abym to swoje dzieło mogła elegancko ustawić.

12516665_1726987257545022_379625355_o

No i ustawiłam. Leżę sobie w łóżku, cieszę oko swoim dziełem. Duma mnie rozpiera. I nagle widzę, że z tego mojego koszyczka pięknie wystylizowanego wystaje jakiś kabelek. Poświęcam się i schodzę z łóżka, żeby sprawdzić. Wiadomo, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale co tam. Wstaję. Podchodzę. Zaglądam. I w tym momencie morduję wzrokiem tego mojego ślubnego. A ten wzrusza ramionami i najspokojniej w świecie rzuca bardzo wyczerpujące pytanie:

– Co?

A ja zbieram myśli, żeby mu odpowiedzieć niekoniecznie kulturalnie. W koszu widzę kabel, już nie kabelek, tak zakurzony, jakby przebiegł obok niego cały tabun spłoszonych koni. W moim czyściutkim koszu! A obok kabla papiery! Śmieci!

– Co tu jest? – pytam oniemiała i patrzę na tego mojego męża Sławomira, głowy domu, ojca dwóch synów i ojczyma Jaja. – Co to za paskudztwo? – Dla pewności pokazuję kabel i papierek po cukierku.

– A to nie jest na śmieci? – zdziwił się moją reakcją.

Nie no, trzymajta mnie, ludziska kochane. To ja siedzę, maluję, potem wycinam tkaninę, obszywam, wciągam kokardkę, upinam, układam i  to wszystko po to, by elegancko śmieci się w koszu prezentowały?

– No, raczej nie – odpowiadam.

– To do czego służy ten kosz? – pyta mąż Sławomir ze stoickim spokojem, w ogóle niezbity z pantałyku.

– No, na różne pierdółki, żeby ich nie było widać, żeby na wierzchu nie leżało.

– Aha, no to idealnie, bo właśnie nie chciałem, żeby ten kabel na ziemi leżał.

I w tym momencie „pani zabiła pana”. Wzrokiem. Na szczęście. Tylko dziwnym zbiegiem okoliczności wywołało to atak śmiechu w moim mężu.

Śmiem więc twierdzić, że mężczyźni (przynajmniej niektórzy) nie potrafią rozróżnić śmieci od pierdółek. A przecież to takie proste! No nie?

by anna at luty 05, 2016 04:02

luty 04, 2016

Skorpion w rosole

(199) Nos

     Mój nos jest zmiennocieplny. Gdy jest zimno, staje się zimny jako pierwszy. Jednak wystarczy go potrzeć, by na powrót miał 36.6 C. Jego skrzydełka stają się czasem lekko różowe na mrozie. Gdy mocno oddycham, poruszają się jak końskie chrapy. Gdy jest upał, skóra mieni się maleńkimi tęczowymi kropelkami potu.
     Nie lubiłam go nigdy. Od samego początku. Pojawił się wraz ze mną na świecie i od zaistnienia przyciągał uwagę swym rozpłaszczeniem. Potem niby się podniósł, uformował. Ale ledwo to zrobił, zatoczył w powietrzu zgrabny łuk nad oblodzonymi schodami i wylądował z głuchym łup! na samiuśkim dole. Tylko moc adrenaliny i lód utrzymały ścianki naczyń w ryzach, ale nos i czoło urosły do gabarytów dorodnej mandarynki. Wtedy znielubiłam go jeszcze bardziej. Ustawiając się profilem do kogoś, cierpiałam katusze, łagodzone tylko niebotyczną długością rzęs i jasną grzywką. 
Tak było przez wiele lat, a w końcu przyszedł czas na polubienie całej siebie.
I akceptację. Pełną akceptację siebie jako człowieka wypełnionego po rant emocjami własnymi i wyobrażeniami emocji innych ludzi. Niezwykła gmatwanina dendrytów, kilometry organicznych zwojów.

    Kocham swój nos. Kocham nawet z tą śmieszną górką pamiątek po spadnięciu ze schodów. Za doskonały węch, za to, że czuje ledwo wyczuwalny zapach marynarki i płynu po goleniu. Za aromat pomelo. Za to, że tak miło jest nim ocierać o Twój. 

A najbardziej, że wyczuwa innych ludzi i rzeczy dobre. Wciąga ich zapach, fluidy i łączy z mózgiem na zgrabną welurową kokardkę.

Wyczuwa złe intencje i niedobrych ludzi. Włącza czerwoną lampkę i zamyka bramę.

Fajnie mieć nosa do różnych rzeczy :) Doskonale mieć nosa do ludzi :))))



     Dostałam ostatnio niespodziewanie przemiłe maile. Znienacka zupełnie. Podziękowania od ludzi, z którymi się otarłam słownie, a których wskazał mi mój nos. Tyle miłych słów o klimacie moich pisanek. Niezwykłe jest to, że ludziom ciepło na sercu od skorpioniego kapsiplastra. Ogromna to dla mnie nagroda, czek in blanco na moje marzenia, ogromna satysfakcja i benzyna do mojego motorka.

   Wojtek to autor nieistniejącego już bloga Dziwne życie Huberta. Teraz pisze teksty i śpiewa. Cudownie jest móc zobaczyć i usłyszeć tego fajnego chłopaka:




>>Apolonia zrobiła dla mnie branding mojej firmy. Należała (bo jest już freelanserką!) do zespołu kurek z >>Kurka Design, Ależ cudna jest!

Zobaczcie jakie ładne >> TUTAJ.

No i dziękuję mojemu nosowi za netowe i realne przyjaźnie:

fot. Ela Wasiuczyńska


Nosie, Ty wiesz, że Cię kocham za wszystko za czym podążasz ♥

by Skorpion pandeMonia (noreply@blogger.com) at luty 04, 2016 07:56

Zuzanka

Matka jest tylko jedna

Przereklamowany bunt dwulatka, czyli o tym, jak zrobiłam dziecku krzywdę

Nie wiem, czy to dlatego, że moje starsze dziecko jest już sławne z tego, że nie da sobie lecieć w kulki i twardo broni swojego zdania, czy może dlatego, że młodsze coraz bardziej, ku mojej rozpaczy, zbliża się do tego wieku, ale zdania/teksty/rozprawy o rzekomym buncie dwulatka i o tym, jak podczas tego buntu się zachowywać, zalewają mnie zewsząd i doprowadzają do rozpaczy. Czy wściekam się na bzdury, jakie są tam napisane? W dużej mierze nie, ale wkurza mnie szafowanie określeniem „bunt dwulatka”. Bo nie ma czegoś takiego jak bunt dwulatka.

 

 

Zszokowani?

 

Pewnie tak.

 

Pewnie już w komentarzach piszecie, że „oj, Asiu, nie znasz się, nie widziałaś mojego dziecka, które…” albo „co ty wiesz o buncie, Jaskółko, moje dziecko robiło to i to, i robiło to książkowo”.

 

Nie zaprzeczam. Na pewno tak było. Pewnie też chodziłaś wtedy wykończona i struta, a wrzaski  i krzyki nie raz doprowadzały cię do łez. Rozumiem. Przechodziłam przez to samo, dopóki nie zmieniłam narzuconego przez portale dziecięce i psychologów myślenia. Dopóki nie zrozumiałam, że nie ma czegoś takiego jak bunt dwulatka, a skoro go nie ma, ja tak naprawdę nie mam z czym walczyć, nie mam z czym się szarpać, nie muszę się stresować.

 

Mam wrażenie, że coraz częściej rodzice każde nowe zachowanie swojego dość mało mobilnego i dość niewiele rozumiejącego dziecka od razu wtłaczają w ramy buntu. O, krzyczy, bo nie chce czerwonego kubeczka – to bunt! O, nie chce wyjść na dwór – to już bunt. O, nie chce obiadu – na pewno bunt. Wrzeszczy, bo chce lody – jaka mała buntowniczka. Często towarzyszy temu zgarnięcie wyimaginowanego potu z czoła i pobłażliwy uśmiech, bo to przecież „takie humory”, miną, każdy mówi, że miną, przecież. Ojej. Mam złą wiadomość.

NIE MINĄ

Ale o tym za chwilę. Najpierw przypomnij sobie, co byś czuła, gdyby coś bardzo by ci się nie podobało, czegoś byś bardzo nie chciała, a wszyscy wokół mówili ci: „Oj, przestań, to tylko takie twoje humory, bo pewnie hormony ci buzują”. Jednym z najgorszych komentarzy, które skrupulatnie usuwałam w czasie ciąży było między innymi zdanie „Oj, chyba ci się hormony ciążowe rzuciły na mózg” albo „Oj, chyba Chłop się w nocy nie postarał”. Jakby to, że myślę w taki, a nie inny sposób, było zależne wyłącznie od moich hormonów. Jakbym nie była normalnym człowiekiem, tylko bezwolną kobiecą istotą, nie potrafiącą myśleć bez porządnego kopa spermy w macicę. Pomyśl, co by było, gdybyś była bardzo smutna, zmęczona, rozżalona, a twój partner, najbliższa osoba, skwitował to krótkim zdaniem „E tam, marudzisz, bo przed okresem jesteś”. No, pomyśl.

 

A teraz tę sytuację przełóż na swoje dziecko 

Nie zna świata, nie zna nawet swojego mózgu, nie zna zasad, jakie panują na świecie, ledwo co pamięta, jak ma na nazwisko. Jego mózg buzuje, przyswajając milion nowych informacji, przecież wszystkie te okresy występowania „buntu” powielają się z okresami najsilniejszego rozwoju mózgu. To czas, w którym maluch najbardziej na świecie kocha swoją matkę, jest pewny, że ona zrobi dla niego wszystko, a kiedy ona stawia sensowną dla niej granicę, dziecko odbiera to jak najmocniejszy policzek. I się wścieka. To czas, kiedy maluch widzi, że może być niezależny – potrafi chodzić, potrafi już praktycznie sam jeść, potrafi sam zrobić wiele rzeczy, a jednocześnie nie może praktycznie nic. Zupełnie nic, bo albo ktoś mu czegoś zabrania, albo… orientuje się, że jednak nie wszystko mu wychodzi. Czujecie, jak wielką to może wywołać frustrację? Pomyślcie, jakbyście się czuli w pięknym pokoju, bogatym we wszystkie dobra, których nie możecie ani dotknąć, ani zabrać, bo… zamknęli was w niewidzialnej klatce?

 

Między 16. a 23. miesiącem życia następuje „faza ponownego zbliżenia” – malec uczy się, że jest odrębny od matki i doświadcza sprzecznych uczuć wobec niej: od rozczarowania (bo nie pozwala na wszystko) po uwielbienie (bo to z nią chce dzielić wszystkie doświadczenia). To faza konfliktu między potrzebą autonomii a zależności. Nie może więc dziwić fakt, że dziecko w tym czasie czuje się zagubione i jest rozchwiane. – Margaret Mahler, badaczka rozwoju dzieci [źródło]

 

 

 

Dziecko nie wie. To taka prosta prawda, którą wszystkim rodzicom powinno się literować wielkimi literami. Dziecko nie wie, czemu nie może, dziecko nie wie, czemu nie powinno, dziecko nie wie, czemu tobie zależy, żeby zrobiło konkretnie to, a nie tamto. Mało tego – nawet jak mu powiesz, to zapomni. Cała jego wina, za którą cierpią miliony.

 

 

Jak zrobiłam dziecku krzywdę 

Korzystając z rad, jakie znalazłam w internecie, zrobiłam swojemu dziecku krzywdę. Przykro mi, ale taka jest prawda. Buntując się przeciwko domniemanemu buntowi mojego dziecka, zszarpałam sobie i jemu nerwy, doprowadziłam nas oboje do przepaści, z której albo możemy razem skoczyć i niech się dzieje, co chce, albo się objąć i wrócić, trzymając się za ręce. Wróciliśmy. w najlepszym momencie. I nie puszczam tej ręki do teraz. Nie puszczam jej, kiedy się wścieka, bo nie rozumie, że rzucanie kubkami nie jest sposobem na wycieczkę do babci. Trzymam, kiedy zielone spodenki są ubłocone i nie można ich założyć. Trzymam, kiedy on myśli, że ja słyszę jego myśli i się wścieka, że jednak nie. Trzymam, bo moją rolą nie jest utemperowanie jego rzekomego buntu, a pomoc w zrozumieniu tego, jak ten świat działa  i maksymalne wsparcie w rozumieniu emocji, jakie nim targają.

On tak specjalnie!

Kiedy napisałam o histeriach [też paskudne słowo, wstydzę się go] mojego dziecka, dostałam masę wiadomości i maili od mam, które szukały pomocy i wytłumaczenia zachowania swojego dziecka. Tak wiecie, jak od mamy. Często słyszałam – on to robi specjalnie i włos mi się nad ustami jeżył. Warto pamiętać – kiedy twoje dziecko się złości, nie robi tego specjalnie, nie robi tego tylko po to, żeby cię wkurzyć. Ono krzyczy ci w twarz, a tym krzykiem prosi: błagam, pomóż mi, pomóż mi mamo, zrozumieć, co się ze mną dzieje, błagam. W takiej chwili obarczenie go dodatkowo twoją złością za „marudzenie” i „bunty” jest okrucieństwem.

 

Ono nie wie, dlaczego musi rzucić tym kubkiem. Ono nie wie, dlaczego musi podrzeć tę gazetę. MUSI. Właśnie runęła cała jego wiara w to, że zawsze będziesz robiła to, o co on prosi, właśnie w tym momencie został kompletnie sam ze swoją potrzebą, która twoją potrzebą nie jest wcale, ty chcesz zupełnie co innego. Możesz to sobie wyobrazić? Ono nawet nie wie do końca, co się z nim dzieje. I to możesz sama sprawdzić – zapytaj się swoje dziecko, czy pamięta, co robiło podczas wybuchu złości. Na pewno sobie nie przypomni. To często są zbrodnie w afekcie. To znaczy przez rodziców traktowane jako zbrodnie, bo normalny sąd coś takiego z miejsca by uniewinnił.

 

 

Smutna wiadomość – bunt dwulatka nie minie

Niestety. Ja wiem, że wściekłość dwulatka słyszy cały świat i pół galaktyki  – doskonale ją pamiętam, do tej pory mam problemy ze słuchem. Ale ściema, że to minie, jest największą bzdurą w historii. Twoje dziecko będzie się rozwijać, jego mózg pracować, jego emocje będą szaleć, a napady złości atakować wcale nie do końca zgodnie z tym, co wymyślili psycholodzy. Masz dwa wyjścia – albo walczyć z tym i tłumić emocje swojego dziecka [nie polecam, o tym wkrótce], albo zwyczajnie się z tym faktem pogodzić i znaleźć sposób na to, żeby skutecznie dziecko na te wszystkie emocje związane z wchodzeniem do świata przygotować i ich nauczyć. I być z dzieckiem, być przy nim w tych najtrudniejszych momentach, wspierać je, nawet kiedy cię odpycha, a przede wszystkim, starać się postawić w jego sytuacji. Ja też, kiedy chłop nie kupi mi czekolady, mam ochotę czymś w niego rzucić.

 

 

Zdjęcie: Olga Pozdina

[jakoś nie mogłam znaleźć wściekłego dwulatka]

25,193 wszystkich wizyt, 604 wizyt dzis

Post Przereklamowany bunt dwulatka, czyli o tym, jak zrobiłam dziecku krzywdę pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at luty 04, 2016 07:31

Blog do czytania

Dyktatura bylejakości

Czas czytania w minutach: 2
Bo każdy może mieć gorszy dzień, prawda? Co jakiś czas wrzucam na prywatnego fejsa zdjęcie…

by Bartosz Cicharski at luty 04, 2016 04:55

Tokyo Pongi (komentarze)

moje waterloo

2216

Tak sobie pomyślałam, że warto raz jeszcze pochylić się nad problemem "czy decyzja o tak niebezpiecznej i niepewnej podróży była absolutnie konieczna".


Nie, kurwa. Przesz zajebiste widoki. Takie oldschoolowe. Jak w czterdziestym czwartym. Czad! I mogliby przecież walczyć - kamienie leżą, nie? Dać im karabin, odesłać z powrotem i niech... gruzy przerzucają. A tak wogle, to miasto ma potencjał do własnej aranżacji.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at luty 04, 2016 11:17

TUV

jak to już luty?

Zabieg usuwania zaćmy się udał,mama po kontroli.

Taka sytuacja to spore wyzwanie logistyczne.Musi X-men poprzestawiać sobie plany wyjazdowe w teren,bo mama jest słaba i zaczyna sobie nie radzić.W szpitalu spotkała się z sąsiadką, sporo od niej młodszą ( ma dopiero po siedemdziesiątce ale też kłopoty z oczami ). Sąsiadka po raz kolejny zabieg bo zaćma wtórna się przyplątała (zdarza się na ileś tam przypadków ) i wczoraj X-men wiózł dwie babcie na kontrolę.

Bieganina po piętrach to jednak nie na siły starszych pań,X-men się wykazał i matka (sąsiadka miała na później) już o 11,15 w domu! A pojechali na 10. Mama podbudowana bo sąsiadka mimo że młodsza też źle się czuła po zabiegu.Dostały jakieś pastylki i zastrzyk ze znieczuleniem miejscowym.Wszyscy tak dostają ale każdy inaczej na to reaguje.

No i widzenie.

Widzi nagle wiele, o wiele więcej rzeczy ! JEDNAK !!! A mówiła że widzi w miarę dobrze. Nagle zobaczyła pajęczyny na suficie…I kolory na obrazach…I świat się wyostrzył, zmarszczki też;/. Mama jednakże wiedziała jak wygląda i nie spodziewała się cudów ,natomiast jej współspaczka z pokoju dostała histerii! Płakała mama mówi i płakała ,szlochała że „co ten zabieg ze mnie zrobił „!!! – a tu po prostu ostrość widzenia i zmarszczki swoje ujrzała…Poszłam zmienić jej szkła w okularach, bo na operowane oko ma teraz -1,5 a na to z zaćmą -4 i nie może czytać w swoich starych.

Kolejny zabieg wyznaczyła jej lekarka na ….listopad 2017….To tak zwana „kolejka do eutanazji”
Tak ją zwą pacjenci…

Styczeń to był dla nas dobry miesiąc.Wiele nowych rzeczy wypłynęło, sporo zmian . Po raz pierwszy w naszej historii nie mieliśmy dopłat do energii elektrycznej! Niestety,znów nam stawkę podnieśli ale to chyba wszystkim.

I kiedy tak zaczynasz oddychać spokojniej przychodzi kop.A potem drugi solidniejszy,bo przecież za dobrze ci było ,nie?

by Tuv at luty 04, 2016 09:56