Planeta Jadzi

sierpień 31, 2014

zycie na kreske

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

Europa, Europa.....

stary alfabet cyrylica powstały na bazie
alfabetu głagolica stworzonego przez
św.Cyryla i Metodego
No i mamy sukces. A chyba nawet dwa, bo pewnie wygramy mecz w siatkówkę. Oczywiście ten sukces nie przełoży się na większe pensje w kraju i nie rozwiąże innych problemów. I chyba nie o to w tym chodzi. Pamiętam, jak w latach siedemdziesiątych pytano mnie w Londynie, co robimy jak na ulicy spotykamy zimą białego niedźwiedzia i nie był to żart, tylko poważne, zatroskane pytanie. Taki był stan świadomości na Zachodzie o świecie za żelazną kurtyną. Inna przygoda- w 1989 roku w mojej obecnie Wspólnocie we Francji, dzielni bracia dali mi pokój z Węgierką do spółki, z gorącego serca. Tłumaczyli- wy przecież mówicie tym samym językiem. I nie byli to analfabeci. Dla nich wszystko, co było za granicą zachodnich Niemiec było czarną dziurą, światem jednolitym, obcym i nieznanym. Na pewno nie było Europą. Nie mam nic przeciwko dzieleniu pokoju z Węgierką, żeby było jasne. A ubawiłam się setnie i musiałam zrobić wykład dla wszystkich o grupach językowych i pochodzeniu różnych narodowości na wschód od Łaby. Na pytanie skierowane do studentki medycyny z Francji: -kim był Stalin? usłyszałam-to chyba jakiś inżynier. To były lata dziewięćdziesiąte.  Nasza obecność w UE  zmusza ludzi do poszerzania horyzontów. Nas oczywiście też. Nawet, jeśli szkoła nam wiedzy nie daje, to kontakty, podróże, media- zrobiły z Polaków obywateli świata. Narzucając nam współodpowiedzialność za ten świat. Już nie tylko za własne podwórko. Kościół okazał się być czymś więcej niż tylko najbliższą parafią i mieć inny kolor skóry oraz obyczaje. Z tym mamy trochę problem.  Nawet święci z innych stron przybliżyli się do Polski. Nie na darmo JPII patronami Europy uczynił św. Cyryla i Metodego, obok św. Benedykta. Uprzedził tym papież wejście do UE krajów słowiańskich, gdzie dominuje Kościół obrządku wschodniego. Im zawdzięczają Słowianie alfabet-cyrylicę. 
św.Cyryl i Metody-IX w
pomnik Żilina, Słowacja
św.Benedykt z Nursji VI w


Nad-obowiązkowo

Patroni Europy, co oni nam teraz mogą powiedzieć:
Nic bardziej nie może różnić tych ludzi z zamierzchłych epok. Jednak ich miłość do Boga i ludzi dała podwaliny nie tylko chrześcijaństwu w Europie pojętej szerzej niż tylko Rzym, ale także wniosła cywilizację i kulturę w świat wielu ludów i narodów. Alfabet otworzył Słowianom drogę do wiedzy i literatury. W ślad za misjonarzami wkroczyła w ich życie cywilizacja biznatyjsko-grecka. Benedyktyńscy mnisi  w ciemnych czasach barbarzyństwa pracowicie przepisywali księgi, rozwijali śpiew, uprawiali i uczyli uprawiać ziemię, budowali mosty, zakładali szpitale i szkoły. Czy nasze czasy są jaśniejsze tylko dlatego, że mamy wc i jeździmy samochodami? 



najstarszy klasztor w Europie-Bułgaria
św.Atanazy-IV w., odkryty niedawno przez
archeologów 
Monaster św.Rila Bułgaria, początki z  IX w



Monaster w Macedonii, XI w
chrześcijaństwo przynieśli tu
także Cyryl i Metody








Kaplica św.Trójcy na wyspie Lérins -najstarszy
kościół we Francji-IV w













św.Kolumban VI w
/w środku/ z towarzyszami
klasztor na wyspie Iona
założony
przez św.Kolumbana








Św. Kolumban proponowany jest jako patron UE. Czczony w Irlandii, oczywiście, ale także w całym Kościele Zachodnim, prawosławnym i uznawany przez protestantów za świadka wiary. Ewangelizacja i cywilizacja w jego czasach przechodziła przez klasztory jako centra modlitwy, pokoju i wiedzy oraz formacji misjonarzy dla Europy. Założył ponad 80 sztuk. Wszędzie studiowano i przepisywano księgi. Miał też w swoim życiorysie epizod "błogosławionej winy"- kradzież drogocennego psałterza, o który rozpętał prawdziwą wojnę, która przyniosła śmierć paru tysięcy ludzi. Któż by dzisiaj w Europie walczył o psalmy? Trzeba dodać, że został za to podobno ekskomunikowany. Za kradzież czy za wojnę, trudno dociec. Nawrócił króla Piktów* i dał podwaliny do powstania królestwa Szkocji. Dzisiaj Piktów jest wielu, przydałby się gorliwy apostoł. Również do nawrócenia paru polityków potrzebny. Zarówno na Wschodzie jak i na Zachodzie. 
*plemiona zamieszkujące tereny obecnej Szkocji, uwielbiali tatuaże

by Małgorzata Chmielewska (noreply@blogger.com) at sierpień 31, 2014 02:58

sierpień 30, 2014

zapiski zgagi

Dożynki

Tak się składało, że od lat nie uczestniczyłam ani w sołeckich, ani gminnych dożynkach… Tym razem jednak obecna byłam na sołeckiej uroczystości duchem i ciałem, nawet z załącznikiem w postaci szarlotki!

Od szesnastej do północka. Najpierw dwie godziny organizacyjne. W ramach koła gospodyń. Trzeba było porozstawiać, ponakrywać, przygotować. Oficjalne rozpoczęcie o osiemnastej.

Impreza na polu! W miejscu, gdzie (oby!)  w ciągu dwóch lat stanie wiejska świetlica! I gdzie wreszcie będziemy mogły się spotykać, gotować i przechowywać trofea z licznych konkursów, zdeponowane na razie na strychu u ,,Matki”.

Frekwencja zaskoczyła nas bardzo pozytywnie! Chyba to dzięki sprzyjającej aurze częściowo. Wszystkie stoły zostały ,,obsiądnięte”. Nie powiem w tym momencie, ile zarobiłyśmy. Nieważne zresztą, bo istotniejsze, żeby się społeczność związała z miejscem. I skojarzyła, że to tu właśnie będzie się działo w przyszłości!

Sporo prywatnych spotkań z niewidzianymi od dawna… Sentymentalnie!… I  gorąco!

***

Wrześniowa trasa urlopowa uległa generalnemu przewartościowaniu! Jeszcze w piątek planowaliśmy jeden nocleg w Szczecinie, jeden w Zielonej  Górze, jeden w Świeradowie Zdroju. Tak jakoś w drodze z ryneczku pruszczańskiego do domu się okazało, że Świeradów pociąga nas jednak najbardziej!  Bo w okolicy liczne zamki dolnośląskie, niedaleko do czeskiego Frydlantu itp… I w ogóle, nie ma, jak Karkonosze! Więc w efekcie trzy zabukowane noclegi świeradowskie….

Na pewno jeden dzień Małż mnie pogoni w góry… Trudno, wytrzymam! Byle potem do Harrachowa na mamucią skocznię dał namiar! Bo niedaleko…

by Zgaga at sierpień 30, 2014 11:21

Kura

Praca w cieniu

Samotny bankomat przy plaży.

Wypłacam .

Słychać szum liczonych papierków.

G.patrzy badawczo.

Zagląda za bankomat.

Wielkimi oczami wpatruje się w maszynę.

- Muniu? A o której ten ktoś wychodzi?



:)))

Z pozdrowieniami dla wszystkich narzekających na swoją pracę.
Kura morska

PS Rysunki wr ó c ą po 15 wrzesnia :)

by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at sierpień 30, 2014 08:43

Zuzanka

Anrzej rysuje

notatki na mankietach

futrzak

Struktura cen w tym kraju zadziwia. Np. prosze zgadnąć, co jest droższe: mejillones (gatunek małży, blue mussels) czy grzyby (obojętnie jakie, pieczarki, portobello)? Dodam, że grzyby rosną w Argentynie a mejillones (te, które kupuję) są importowane z Chile.

Otoż – droższe są… grzyby. Kilogram małży kosztuje 72 ARS, kilogram grzybów 95 ARS…
Podaję ceny z Coto (argentyńska sieć supermarketów) – bo czasami można dostać tansze mejillones w chińskim sklepie rybnym (są jednak zdecydowanie gorszej jakości i maja więcej wody zamrożonej na kilogram), podobnie jak pieczarki okazyjnie w narożnym warzywniaku.

A tak w ogóle pancetta – czyli wędzony boczek w stylu włoskim – kosztuje w Carrefourze 150 ARS/kg.

Ktoś ma pomysł, dlaczego to takie dziwaczne?


by futrzak at sierpień 30, 2014 03:39

zimno

2.249 [O przekleństwie]

… posiadania zdania na każdy temat, na temat Zakopanego w sezonie letnim także.
A jakże.


To będzie odważna filipika wymierzona w krytyków Zakopca.
I w krytyczki też.
Dwie komentatorki pod poprzednią notką mnie wywołały do tablicy, więc oto jestem, a od wtorku ostrzyłam erudycję. 
I odkurzałam pamięć.

Bo otóż uważam, że nie, Zakopanego nie dotknęła degrengolada przestrzeni wakacyjnej w takiej skali, jak to się stało w Międzyzdrojach (chociaż przecież miejscowi się starają ile sił, żeby zbrzydzić, co popadnie i widać owoce ich wysiłków tu i tam).

Cóż, mam romantyczny stosunek do Zakopanego, bo jestem od zawsze jego wyznawczynią, od pierwszego zimowiska w głębokich latach siedemdziesiątych i nadal czuję w mięśniach pewien zjazd na saneczkach z Kalatówek do Kuźnic, jakże rozsądna rozrywka z trzylatką, ale w końcu mój ojciec miał wtedy ledwie trzydzieści lat.
- JEEEDZIE SIĘ! – krzyczał. Albo: - Luuudzie, zejdźcie z drogi!!!*
Z każdym kolejnym metrem w dół nabieraliśmy pędu, śnieg bryzgał, płozy skrzypiały na wystających kamieniach, ta wizja z rodzinnej opowieści jest tak plastyczna, doprawdy, jakbym rzeczywiście tam była i jechała, a przecież amerykańscy naukowcy, specjaliści od dziecięcych wspomnień utrzymują, że nie mogę tego pamiętać i że raczej mam bujną wyobraźnię.
Cóż, mogliśmy wtedy stracić zęby (ja mleczaki, he he) i połamać kończyny albo coś tam, coś tam. Ale nie straciliśmy, nic nikomu nie odpadło i na niepogruchotanym sprzęcie zahamowaliśmy w Kuźnicach.

Od początku lat dziewięćdziesiątych stałam się wyznawczynią Tatr, Rysów i Orlej Perci. I Zawratu. Siermiężnych warunków w schroniskach, włączając stęchliznę i swąd. Oraz wrzątek gratis (jakże wtedy było zgrzebnie bez zadęcia i bez hipsterskiego krygowania się). 
... i schroniskowej atmosfery, tych wszystkich gwiazd spadających wczesną nocą przy brzdęku gitary, zachwycającego młodzieńczego kiczu, cieniutkiej czarnej karimaty, waletowania na niej na „Piątce” i kisielu gotowanego na kocherku.

Uwielbiam Tatry.
I spożywczaki przy Krupówkach, w których kupowaliśmy chleb na tydzień, bo kto by częściej schodził z gór do Zakopanego.
I stację kolejową, alegorię początku wakacji.
I tak dalej. To stara miłość.
Zaraziłam nią Ojca Dzieciom, do Zakopanego jeździliśmy od pierwszego roku co roku, w Zakopanem lało przez dwa tygodnie naszej podróży poślubnej, w Zakopanem Nowy Człowiek nauczył się chodzić, literalnie: tup-tup-tup na dwóch nogach na trawniku przed „Basieńką”, miał dziesięć miesięcy.
A później nagle posiedliśmy naraz dużo drobnych dzieci, z którymi trudno byłoby przejść choćby Kościeliską, więc dosięgnęło nas kilka lat przerwy. Wróciliśmy w ubiegłym roku i już nie planujemy nie wracać, bo owszem, był i jest badziew i urbanistyczno-przestrzenna gangrena, ale w natężeniu (i w rozmieszczeniu) które nas nie zniechęca.

Zgadzam się, że na Gubałówce trudno się przecisnąć między „atrakcjami” drenującymi rodzicielską kieszeń i przyznaję, że nadmiar decybeli odrywa głowę, a swąd przypalanych oscypków wykrzywia twarz. Ale jeżeli już ma się imperatyw okazania progeniturze potęgi łańcucha górskiego (dotąd Zachodnie, odtąd Wysokie, a teraz w tył zwrot, bo za plecami Podhale, Orawa i Spisz, patrzcie i uczcie się, dzieci), więc jeżeli ma się ten przymus i wjechało się na grzbiet Gubałówki z Szymoszkowej (bo ta kolejka jest bez kolejki), wystarczy pójść w lewo zamiast w prawo. Na Butorowym atrakcji ze świecą …

Do szlaków w dolinach, wzdłuż Ścieżki Pod Reglami można dojść albo dojechać nie ładując się w szpony komercji. Byle omijać Krokiew. W ogóle, zamiast terroru dmuchańców albo samochodzików jest darmowa alternatywa dla nieletnich w każdym wieku, marzących o utracie energii pozostałej po zdobyciu tej czy owej perci - Miejski Plac Zabaw, obszerny, przyzwoity, wyłożony gumową matą. Prawie jedenastolatek też się tam wspinał i nie narzekał, nie mówiąc o młodszej młodzieży.

Jest gdzie zjeść.
Znakomitą pizzę (tutaj jest reklama gratis Trattorii Adamo, ale niech mają, bo są świetni – smaczni, przystępni cenowo, a kącik dla dzieci mają klasy mistrzowskiej. I bardzo dobrą obsługę.) Filet z kurczaka z grilla też się da tu i ówdzie spożyć w Zakopanem. I frytki. A to takie istotne dla spokojnego odpoczynku rodziców, a nie, że mama! głodna/-y!.
Bo w wakacje moje nielaty przechodzą na dietę Ninja (głównie Margherita!), przerywaną kurczakiem z grilla. Proste, nieryzykowne dania, niewiele im trzeba. Dziwne, że tego nie ma w standardowej ofercie kurortów, wyjąwszy pewien fastfood na Mc … . Hm.

A wracając do łażenia. Oczywiście, że się potężnie wkurzyłam, kiedy zamarzyliśmy sobie wycieczkę z przychówkiem na „Piątkę” i jakimś cudem, z myślą, że zaparkujemy na Palenicy, udało się nam dotrzeć w okolice o całkiem przyzwoitej porannej godzinie, a na Łysej Polanie okazało się, że dalej nie pojedziemy i że możemy zostawić samochód na dawnym przejściu granicznym za drobne 20 zł haraczu i pomykać pieszo po asfalcie do Wodogrzmotów Mickiewicza pięć kilometrów. Żadnej kołowej komunikacji nie przewidziano. Konia można pomordować od Palenicy, jeżeli komuś brak serca i wyobraźni.
Zawróciliśmy cedząc pod nosem na zmianę merde i merci (za ten odległy parking), przejechaliśmy parę kilometrów w stronę Bukowiny, zatrzymaliśmy się przy Wierchu Porońcu i stamtąd ruszyliśmy na Rusionową Polanę, a później na Gęsią Szyję i zamiast w tłumie walącym ławą nad Morskie Oko szliśmy w lesie całkiem sami, tylko my i drobny deszcz. Fajne.

A kiedy padało mocniej (cóż, to jest właściwie jedyny poważny zakopiański mankament – tam latem zasadniczo pada), więc kiedy lało zdrowym, tatrzańskim opadem, że od rana widać ścianę deszczu i żadnych przejaśnień – chodziliśmy do muzeów. „Chudobno mie mama miała...”, wystawa w Muzeum Tatrzańskim bardzo pouczająca dla rozwydrzonych małolatów, plastyczny opis wiejskiej, dziecięcej rzeczywistości sprzed 150 lat. Wejście rodzinne 20 złotych, w cenie warsztaty dla dzieci – rysowanie pod wodzą animatorki, wycinanki, produkcja etnicznych lalek. Bdb.
Harenda Jana Kasprowicza też bdb (a nawet cel), chociaż jest tam niewiele do zwiedzania, za to kustoszka ma wielki talent do narracji, oczarowała opowieścią nielaty, po wizycie siedzieliśmy kilka kwadransów na Bardzo Inspirującej Werandzie, a nieletni szkicowali nasturcje, brodatych poetów i szklane chatki.

Uwielbiam Zakopane.
Sto do zera wygrywa z Międzyzdrojami.











* Sprawdziłam. „Medytacje wiejskiego listonosza” Skaldów wyszły na płycie „Cała jesteś w skowronkach” w 1969 r. i od razu stały się hitem, więc kiedy zjeżdżaliśmy z Kalatówek z całą pewnością ojciec mógł to nucić, bez żadnej lipy.




A tu pozytywne zdjęcia z wakacji:

 


by zimno (noreply@blogger.com) at sierpień 30, 2014 12:26

Czarny pazur

Silva rerum

Zgodnie z obietnicą pojawia się wpis. Tematów jest sporo, więc zaczynamy od razu. Będzie w podrozdziałach.

1. Metamorfozy

Pamiętacie, jaka jest Niuteczka, prawda? Taki mały srebrny kotek, który wszystkiego się boi i nawet do własnych Człowieków podchodzi z dystansem i spod kanapy? Otóż, Niuteczka przeżyła przemianę. Wchodzący do domu Personel wita dorodna kociczka, rozciągnięta leniwie na kanapie. Dorodna, ponieważ panienka nagle zaczęła nabierać ciała. Personel ze Spadniętym Niebem zaopatrzyli się nawet w karmę light, tak na wszelki. Niuteczka z tchórzNiutki zmieniła się w kota, który żąda, DOMAGA się absolutnej uwagi.

Dajmy na to, Człowiek idzie sobie zasiąść w miejscu ustronnym. Natychmiast na kolanach ma rozmruczaną Niutkę, którą należy wygłaskać do granicy ekstazy. Po dojściu do granicy ekstazy Niutka zeskakuje na podłogę, momentalnie wywala się na plecki i wystawia brzuszek. Można umrzeć ze szczęścia.

Inną kwestią związaną z Niutką jest kuweta. Kuwety mamy dwie, kociarnia korzysta z nich zgodnie. Podczas gdy Behemot elegancko zasypuje produkty przemiany materii, Niuteczka radośnie oznajmia światu, że trawienie przebiegło pomyślnie i zostawia wszystko na wierzchu. Czasem nawet poza kuwetą. Żeby nie było - kuwety mają żwirku tyle, ile trzeba, są regularnie kontrolowane i myte. Po prostu Niuteczka uważa, że jak łapki stoją pewnie na żwirku, to wszystko inne też. I w ten sposób dwie łapki mamy w lewej kuwecie, dwie w prawej, a kuperek - zdecydowanie poza. Dodajmy do tego fakt, że panieneczka lubi chadzać do kuwety w godzinach mocno porannych, czwarta, piąta rano... Człowieka budzi wtedy niepowtarzalny aromat i, niezależnie, jak głęboko byłby uśpiony i rozleniwiony - musi się ruszyć. W rodzinnym języku zaczęło zatem funkcjonować alternatywne imię Niuty - Nefretete Walikloc. Przypominamy bowiem, że oryginalnie zowie się ona Nefretete von Karvinen.

2. O Kocie Behemocie

Słów kilka należy poświęcić głównemu, jakby nie było, bohaterowi bloga. Kot Behemot ma się dobrze, kocha dalej wiernie swój Personel, a ostatnio nawet zastygł w czułych objęciach Spadniętego Nieba. Spadnięte Niebo nadal złośliwie twierdzi, że Kot Behemot nie ma godności, bo najbardziej kocha SN podczas porannej kawy. Personel tłumaczy cierpliwie, że w przypadku kota godność nie występuje, za to dominującą rolę odgrywa instynkt. Jedzenie musi być dane Kotu, niezależnie od tego, KTO daje. Ważne, że stoi koło lodówki. Wdzięczy się zatem Kot Behemot, owija wokół nóg Człowieczych, ale czasem dociera do niego, kogo tak prosi. Wtedy zaś z obrzydzeniem się otrząsa, nie przestając się łasić. Taki to Kot.

3. Wiejska sielanka

Ostatnich kilka dni Personel i Spadnięte Niebo spędzają na Włościach. Personel pasie kury, realizuje się w kuchni i okazjonalnie nic nie robi. Kurczaki rosną jak na drożdżach, z małych czarnych kuleczek zrobiły się zupełnie kuropodobne stworzenia z pasiastymi skrzydełkami, co pokazuje, że kwestii ich pochodzenia najwięcej do powiedzenia ma kogut Gerwazy. I oto chodziło, miała być czysta hodowla wajendotów i koniec.

Kwoce Spadnięte Niebo sprokurowało elegancki kojec na podwórku, ma tam siano, ziemię do grzebania (wyobraźcie sobie radość kurczaka, kiedy mama wykopie mu robala i wręczy uroczyście!), ziarenka i inne takie szykany. Może się zatem kurze przedszkole werandować cały dzień, bezpieczne od kotów i w ciągłym kontakcie z resztą stada.

Trochę słabo widać tu maluchy, alternatywą było zdjęcie przez kraty, ale mogłoby się to źle kojarzyć. Jeden z nich, Dominik, wykluty jako pierwszy, prawdopodobnie jest kogutkiem (Personel zna się na wielu rzeczach, ale seksować drobiu jeszcze nie potrafi), jest wyraźnie większy, bardziej bojowy i ma pięknie pomarańczowe nogi. Drugi, malutek wykluty w środę, czyli Śródka, być może jest kurką, ale kto wie. Kwoka opiekuje się nimi wzorowo, bezbłędnie reagując na zagrożenie. Ostatnio nad podwórkiem latał jakiś drapieżnik, kura natychmiast rozłożyła skrzydła, zebrała dzieci i czujnie patrzyła w niebo, gniewnie mówiąc: pokpokpokopokpok. Personel, jakby mógł, toby całymi godzinami stał i patrzył.

4. Ryszarda

Ryszarda jest córeczką Pusi bezogonki. Przyzwyczajana od małego do Człowieka (Personel ma szczery zamiar matkę i córkę wysterylizować, bowiem nie odpowiada mu lokalny sposób kontroli kocich urodzin) wmaszerowała wczoraj wieczorem do domu i czuła się bardzo u siebie. Dostała resztkę ryby, akurat trafiła na apogeum przyjęcia urodzinowego Spadniętego Nieba, ale liczba osób nie wprawiła jej w panikę większą niż zwykle. Wzięta na ręce przytuliła się do Personelu, a dzisiaj z rozkoszą dawała się miziać Spadniętemu Niebu.

I tak to jest, proszę państwa. Żyjemy w zgodzie z Naturą. Zgoda polega na tym, że jak Natura żąda jeść, to dostaje. I wtedy unikamy wielu problemów. Personel bardzo sobie ceni zainteresowanie zwierząt, lubi, kiedy w drodze na pole towarzyszy mu kurzy korowód (kura ma zakodowane: pole=zielone, człowiek=rwie zielone, zielone=jest dobre). Personel doskonale wie, że zwierzęcego zaufania zawieść nie można. Gniewne KUOO! porządkuje wszystko. No i jeszcze widok głodnego kota za firanką, w porze obiadowej. Przecież sam Człowiek nie będzie jadł!

A oto Ryszarda. Ryszarda ma nawet cztery kolory i zdecydowanie nie jest chłopcem!



by amelia007@NOSPAM.gazeta.pl at sierpień 30, 2014 10:16

Slow Day Long

Dialogi na cztery nogi, czyli co Alicja ma do powiedzenia – część 1

Kiedy dziś rozmawiamy z naszą córką, trudno nam uwierzyć, że jeszcze rok temu prawie nic nie mówiła. Teraz buzia jej się nie zamyka. Pytaniom i opowieściom nie ma końca. A jak już coś powie, to często rozśmiesza nas do łez. Niestety, zwykle te sytuacje ulatują z głowy i ciężko jest je powtórzyć.

Dlatego też, począwszy od dziś, raz na tydzień, raz na dwa, będziemy publikować na blogu spisane przez nas dialogi, które prowadzimy z Alą. To nas zmotywuje do tego, żeby te ciekawsze szybko zapisywać. Było ich wiele, nie wszystkie pamiętamy. A szkoda, bo w przyszłości będą dla niej (i dla nas) fajną pamiątką. Zaczynamy skromnie – 3 rozmowami. Ale będzie tego więcej! Już wkrótce!

Rozmowa 1 – SZAŁ

Wchodzimy do nowej, nieznanej nam wcześniej kawiarni. Mamy ochotę na jakiś deser. Obczajam zawartość lady chłodniczej.

Damian: I jak te ciasta? Jest coś ciekawego?
Kamila: Szału nie ma. Wychodzimy stąd.

Kilkanaście minut później. Jesteśmy już w samochodzie. Bez deseru.

Ala: Brakuje szału?
Kamila: Co mówiłaś Aluniu?
Ala: Ktoś zabrał szał i teraz nie ma? A dlaczego nie ma szału mamo? Jak chcę trochę szału!

Rozmowa 2 – GOŁĘBIE

Jedziemy samochodem. Nagle z okna widać stado lecących nad nami ptaków.

Ala: O! Ile ptaków leci! Może to kruki i wrony, takie czarne? Nie! To są chyba gołębie! Grrr…
Damian: Alu, a pamiętasz jak jest gołąb po angielsku?
Ala: Nie.
Damian: Pigeon albo dove (fonetycznie ‚daf’).
Ala: Tato! Dove nie! Daft Punk raczej.

Jeśli nie wiecie, co to Daft Punk, to zobaczcie poniższy klip. Znacie to, prawda?
 

Rozmowa 3 – SPODNIE

Szykujemy się do wyjścia z domu. Ubieram spodnie, których Ala wcześniej nie widziała.

Ala: Mamusiu, jakie masz ładne spodnie. Od kogo dostałaś?
(to standardowe pytanie Ali, pewnie dlatego, że ona wszystko dostaje od babć, a nie kupuje sama)
Kamila: Nie dostałam, kupiłam sobie.
Ala: Aha. Spodobały Ci się w Castoramie i sobie kupiłaś?

KOMENTARZ

Pewnie i Wasze dzieci rzucają czasami fajnym tekstem. Być może krążą też w Waszej rodzinie jakieś anegdoty, dotyczące rozmów z Waszymi pociechami. Jeśli macie ochotę podzielcie się nimi z nami w komentarzach.

A na koniec przypominamy publikowany już film, który pośród naszej rodziny, znajomych i co poniektórych czytelników, stał się wręcz kultowy. To ‚rrrryyy’, zupka pomidorkowa i naleśniczki… Zresztą sami zobaczcie.
 

 

by Kamila at sierpień 30, 2014 07:32

Dzieciowo mi

Placuszki z cukinii – moje odkrycie sezonu

Człowiek wsteczny kuchennie, to wiekopomnych odkryć dokonuje w okolicach czterdziestki. Ale są, więc jest dobrze. Doceniłam awokado, zabrałam się za cukinię. Szał ciał i uprzęży, okazuje się, że cukinię można wmanewrować w placki, zupełnie tak jak się to robi z ziemniakami. Zaleta jest taka, że mamy o wiele mniej kalorii. No i jest smaczniej. No i dziecka zjedzą. Moje zeżarły, a placków nie lubią. Ja zjadłam, a się odchudzam i to skutecznie, he he. Siła oddziaływania placków była naprawdę potężna. A robiłam pierwszy raz w życiu.

Dwie wersje mam na sumieniu, dla dorosłych i dla dzieci. Ta dla dorosłych różni się tylko i wyłącznie obecnością boczku (i było to fantastyczne połączenie), dla dzieci było całkiem saute. Powinnam też zetrzeć cukinię na mniejszych oczkach tarki. Nie rozwalałaby się, a tak popełnienie potrawy wymagało ode mnie pewnej wprawy. Której nie mam.

Placki z cukinii nie wymagają intensywnego gryzienia, dlatego można je zapodać organizmowi, który dopiero co dostał zębiszcza. Poradzi sobie. Roczniak już zdzierży. Dodatkowa zaleta jest taka, że w ten sposób możemy zapoznać młodego z nowymi smakami, a poznawanie z nowymi smakami to dobra droga do tego, żeby uniknąć wyhodowania sobie niejadka. Mówię to ja, która wyhodowałam dziecię żywiące się energią kosmiczną i dokonujące reakcji fotosyntezy. Nie popełnijcie moich błędów. Lecimy.

Placuszki z cukinii

Składniki:
  • 3 cukinie (wyszło dla pułku wojska, połowę zeżarłam sama, zapomnijmy…)
  • 3 jajka
  • sól, pieprz
  • mąka kartoflana i mąka zwykła (dawałam metodą babci: na oko i ile zabierze)
  • olej
Przygotowanie:

Obieramy cukinię i ścieramy na małych oczkach tarki. Solimy do smaku, dajemy trochę pieprzu (jeśli chcemy, ja lubię) i czekamy chwilę. Cukinia puści sok, odciskamy go. Dodajemy jajka i mąkę, wszystko mieszamy.

Na patelni rozgrzewamy tłuszcz, łyżką nakładamy placki i z obu stron smażymy na złoto. Fotka zawiera wersję dla dorosłych, czyli z boczkiem, ale nie przejmujemy się tym.

placki_z_cukinii

I koniec meczu. Placki dobrze jest wyłożyć na talerz przykryty papierowym ręcznikiem, żeby wchłonął nadmiar tłuszczu. Zostałam fanką cukinii. Można do tego dorobić jakąś sałatę i mamy naprawdę smaczne jedzenie, niewymagające zachodu i czasu. No i tanie, to też ważne.

placki_z_cukinii2

by kruszyzna at sierpień 30, 2014 06:00

zycie na kreske

Kura pazurem

Blog Day

Dzisiaj przypominajka. Ostatni dzień konkursu. Proszę się pospieszyć, bo do północy zostało już niewiele czasu! A wyniki już w poniedziałek! Będzie też post powstały na podstawie nadesłanych prac dotyczący oczywiście idealnego blogu.

blog1A teraz czas na nominację. Z okazji Blog Day (31 sierpnia) redakcja Onetu wytypowała mnie, a ja typuję trzech następnych blogerów/blogerki i składam życzenia z okazji naszego wspólnego święta.

Uwaga! Uwaga! Nominuję:

Ulębrzydulę z blogu ulabrzydula.blog.pl/

i życzę jej wielu ciekawych imprez muzycznych (i nie tylko), żeby mogła nam o nich pisać.

Dziewczynę z Tatuażem z blogu niezdecydowanie-zdecydowana.blog.pl/

Życzę jej zdecydowania, uśmiechu i samych szczęśliwych momentów w życiu.

Krzysztofa z blogu ktak.blog.pl/

Życzę mu wielu ciekawych i oryginalnych pomysłów.

Nominować wszystkich się nie da, bo można tylko trzy osoby, ale mam nadzieję, że nominowani podejmą wyzwanie i nominują dalej po trzy osoby, a każdej z nich złożą życzenia.

Wszystkich ściskam i jak święto, to święto, trzeba oddać się rozpuście (dowolnie interpetowanej). Szalejmy! :-D

Na tę okazję u mnie sernik na zimno z zieloną herbatą i limonką. Pychota. A jakby kto chciał przepis, to można zajrzeć TUTAJ.

sernik 009

by anna at sierpień 30, 2014 01:14

moje waterloo

1877

Niosą mnie emocje i dlatego powiem to, co mam do powiedzenia, czy się to komuś podoba, czy nie. To mój kawałek Internetu. Dano mi prawo do wypowiadania się autorytarnie, emocjonalnie i inne -nie, ile tylko chcę. Jak się komu nie podoba, to wynocha. Publikując informacje o moim życiu, nie zarabiam ani grosza. I nie zamierzam. Dzięki temu jestem wolna i mogę sobie mówić, co chcę. W czym wydajnie pomaga mi różowe, wytrawne, hiszpańskie.

Opowiem Wam historię mojej znajomości z Chudą. Nigdy nie poruszałam tego tematu, ale teraz uważam rzecz za istotną, więc poruszę. Przy tym ostrzegam na wstępie, że jestem stronnicza, uporczywie zafiksowana i mam na ten temat swoje zdanie, którego nic nie zmieni. Tym samym ostrzegam, że może się nie podobać. I w dupie to mam. Owszem - fajnie się obserwuje, jak to przestałam prowadzić (zgodnie z definicją martuuhy) blog niszowy. Ale w końcu nie dla taniej popularności się tu produkuję. Czemu się produkuję? Z przyzwyczajenia. Dlaczego zaczęłam? Nie mam pojęcia. Ale skoro jest Was tu jakaś liczba dziennie, to mam szansę dotrzeć do kilku osób i wykorzystam to. Mało tego, będę działać podprogowo, manipulować i wykorzystywać zależności. I co mi zrobicie.

Czytam blog od-rana-do-wieczora praktycznie od jego zaistnienia. Wtedy były inne czasy, mniej chłamu, a i tak Chuda się wyróżniała. Inteligentna, dowcipna, samokrytyczna, lekka i przyjemna. Chciało się wracać, nie tylko mnie. Tłumy waliły - i walą do dziś. Nie zawdzięcza tego ładnemu kształtowi tyłka, tylko wiedzy, umiejętnościom, zdolnościom i pracy. To są cechy, które cenię. Będę je ceniła, póki tchu w piersiach. Bo demokracja to jest taki ustrój, który byle chłystkowi pozwala powiedzieć, co mu tam w duszy gra. Miałeś, chamie, złoty róg. Mówi. Niestety. Kurwa.

Pewnego dnia, a zarobiona byłam w cholerę (ale doskonale pamiętam), Chuda napisała do mnie maila. Zatkało mnie, nie powiem. Bo wiecie... CHUDA. Gdzie ona, gdzie ja. Nie ma porównania. Na jej blog wchodziły codziennie tysiące osób. A ja byłam nikim. Anonimowym pikselem. W tym mailu opisała chęć pomocy chłopczykowi, choremu na rdzeniowy zanik mięśni typu pierwszego - czyli naszemu Mikołajkowi. I poprosiła, żebym dała jakiś swój tekst do antologii.

Jak wspominałam, zarobiona byłam wtedy po kokardę. Mail przeleciał przez wyżyny mojej świadomości, ale trafił. Nie zastanawiałam się wiele, przecież sama jestem matką, wygrzebałam jakiś post i wysłałam Chudej, nie bardzo wiedząc, co z tego wyniknie. I tak, nie zdając sobie sprawy z rozmiaru przedsięwzięcia, znalazłam się pośród Sław Internetu: Teściowej, Chudej, Drugiej-Mamy, Pierwszej-Żony, że o innych nie wspomnę. Jak to się stało, że Chuda mnie znalazła... nie wiem do dziś. W końcu nie prowadzę blogu parentingowego (booszsz... jak ja nienawidzę tego słowa). Od kiedy to pojęłam, jestem wdzięczna. Wyrosłam na znajomości z kobietami, co to nie mają sobie równych.

A potem tak już jakoś poszło. Mam na półce książkę, której jestem współautorką, choć wstydzę się trochę własnego współuczestnictwa. Bo jest żenujące na tle sław, z którymi przyszło mi tam koegzystować. Potem życie mi się zapętliło i zaproponowałam Chudej, że będę jej biegać po sprawunki, bo akurat mam czas. Dzięki temu awansowałam na redaktorkę części drugiej i trzeciej MbL, choć do dziś nie czuję, bym na to zasłużyła. Wystąpiłam w telewizorach (ale nie chciałam, przysięgam, i do dziś czuję niesmak, bo nie poszło, jak miało i było w scenariuszu, chociaż telewizory uzgadniały to ze mną pińcet razy). Wyrosłam na Chudej i na Macierzyństwie. Do dziś najwięcej wejść mam z Jej blogu. Mimo że trochę mi się udało zapracować na własną markę.

Tempus fugit, tempora mutantur, każdy musi jeść, nawet gdy ma trzysta kilo niedowagi, jak Chuda (wierzcie lub nie - wygląda niczym niedożywiony silnie wróbelek), i na utrzymaniu trzech młodzieńców, co to będą robić na taśmie na nasze emerytury. Czasy się zmieniły, jak wspominałam, więc rozsądny człowiek wykorzystuje wszelkie zasoby własne, żeby uzyskać pięć groszy i zatkać nimi gęby progenitury. Chuda nie odbiega od tego schematu, bo ma ludzi w domu. A ludzie jedzą. Po naszemu: ją.

I dlatego oburza mnie do granic możliwości, gdy na je blog przychodzą anonimowe, jedna z drugą, gwiazdeczki, i wyrzygują, że im się nie podoba linkowanie do serwisu Onet. Wyjaśnię Wam: Chuda robi coś takiego, bo jej za to płacą. Pieniądze, uzyskane w ten sposób, przeznacza na wyżywienie dzieciątek. Nie zauważyłam, żeby kupowała sobie za to złote łańcuchy, wyuzdane obuwie (jak ja) lub/i wczasy zagraniczne. I dlatego fochy czytelniczek, co to nigdy w życiu dla nikogo bezinteresownie nic, tak bardzo wyprowadzają mnie z równowagi. Bo - widzicie - zanim Chuda zaczęła odcinać jakiekolwiek kupony od własnej, tymy ręcamy wypracowanej popularności, najpierw oddała to niepełnosprawnemu dziecku. I kto wie jeszcze komu. Bo ona już taka jest - nie obnosi się z rzeczami, które robi dla innych ludzi w sposób prawdziwie biblijny (niech nie wie ręka prawa, co robi ręka lewa). Ot, zwyczajnie - niezwyczajnie: dobry człowiek. Z kościami.

Wy, którzy Chudej nie znacie, wierzcie mi na słowo: jest cudna. Absolutnie wyjątkowa, zainteresowana bytem drugiego człowieka, nieobojętna, nieprzechodząca mimo, nastawiona na dawanie. Podziwiam ją i szanuję, jak mało kogo. To ona, jedna z nielicznych, pozwala mi ufać, że można być katolikiem i głęboko wierzącą, skromną, cichą osobą w jednym. A przy tym mieć niebywałe poczucie humoru, dystans do samej siebie, trzeźwy umysł i dryg. Cała Dorotka, cała ona.

Pomóżmy jej zarobić pięć złotych. Klikajmy w te linki na jej blogu, bo dzięki temu dokładamy się do utrzymania jej dzieci. Zanim się o to pokusiła, zrobiła wiele, ponad miarę, dla innych. Oddała, co miała. A i dziś wykorzystuje przecież wyłącznie własny warsztat. Umiejętność trafiania do ludzkich serc. Nie ukradła tego, tylko wypracowała.
I dlatego uważam, że wypowiadanie się na temat nieodpowiedniego - zdaniem czytelników - prowadzenia przez Chudą blogu, jest karygodne. Pokażmy, proszę, że jest inaczej. Zapraszam Was wszystkich do wyrażenia opinii w komentarzach u Chudej. Obrońmy ją - ona swoją energię oddała słabszym i bardziej potrzebującym. Byłoby niegodne, gdybyśmy nie odwdzięczyli się tym samym.
Niegodne - rozumie ktoś jeszcze to słowo w spauperyzowanym do granic możliwości świecie?!

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at sierpień 30, 2014 01:17

sierpień 29, 2014

Od rana do wieczora

Do szkoły, gotowi… start!

Państwo gotowi? Ja w pełnej mobilizacji. Tornistry stoją na baczność, wyposażenie w równych stosikach czeka na półkach, zeszyty kuszą pustymi kartkami, podręczniki leżą i pachną. To już w poniedziałek, już w poniedziałek!

No dobra, bez ściemy. Tornister Piotrka opróżniłam gdzieś w połowie wakacji i tak stoi i czeka zmiłowania. Szkolny ekwipunek udało nam się upchnąć na dwóch półkach, a książki i zeszyty czekają, aż je podpiszę i oprawię. Białe koszule wymięte leżą się gdzieś na dnie walizki z ciuchami, która przywieziona z wakacji stoi w przedpokoju, a dzieci wyjmują z niej codziennie jakieś rzeczy do ubrania. Jeszcze ze dwa tygodnie i opróżnią ją całkowicie. Do koszul muszę dokopać się wcześniej.

W tym roku Michaś zaczyna szkolną karierę, Piotruś zaczyna nowy etap. Niedobrze mi na myśl o pilnowaniu szlaczków i literek, ale po wyższym etapie edukacji też nie spodziewam się ekstatycznych doznań. Piotruś wreszcie będzie musiał zacząć się uczyć, bo w klasach I-III to dzieci odrabiają zadania, a nie uczą się. Daj mi Panie Boże cierpliwość, bo jak mi nie dasz, to trafię na pierwszą stronę “Faktu”.

Podręczniki zamówiłam w internecie, w dwóch księgarniach, bo oczywiście w jednej nie mieli wszystkich. Pierwsza paczka przyszła we wtorek.

- Co to jest? – zainteresowały się dzieci.
- Szkolne książki dla Piotrusia.
- Hurrrra!!!! – wrzasnął Piotruś i zabrał się za rozpakowywanie przesyłki.
- O nie!!!! – ryknął Michał i rzucił się na dywan – ja też chciałem książki!!!
- Michasiu, ty dostaniesz w szkole – próbowałam tłumaczyć. Na darmo – Michasiu, to może nagram twoją rozpacz i wyślę pani minister? Niech zobaczy, do czego doprowadził pomysł z darmowym podręcznikiem.

Michał książki brata skopał, swoim podręcznikiem do religii wzgardził i obraził się na całe 15 minut.

Druga paczka przyszła w piątek. Histeria Michała była krótsza, bo w tej były również przygody Lassego i Mai, po jednej części dla każdego, więc zaczytali się na chwilę. Ale były też “Bieszczady w PRL”, książka o której Piotruś marzył od czasu naszej wakacyjnej wyprawy. Zobaczył ją w Jabłonkach, w kiosku z pamiątkami pod pomnikiem gen. Świerczewskiego.

- Mamo, kup! – prosił – przecież wiesz, że interesuję się PRL! (Wiem aż za dobrze. Piotruś zadaje dziesiątki pytań o PRL. Nawet chce przenieść się w czasie, żeby choć na chwilę znaleźć się w tamtej epoce).
- Do której ty klasy chodzisz, chłopczyku? – zainteresował się sprzedający.

Nie chciało mi się książki z Bieszczadów wozić, obiecałam więc, że kupię po powrocie do domu. Tak zrobiłam, ale to się Michasiowi nie spodobało.

- Bo on ma dwie ksiązki, a ja jeeeeednąąą! – wył dramatycznie.

To nic Dorotko, to nic, głaskałam się mentalnie po głowie, za chwilę wrzesień, pójdzie do szkoły…
I będzie wył np. z tego powodu, że on chce na podwórko, a nie lekcje odrabiać.
Ale przynajmniej będziesz miała chwilę spokoju.
Akurat. Wojtek rusza na podbój świata.
No to już nie wiem jak cię pocieszyć – odęła się moja druga jaźń. I poszła.

by Chuda at sierpień 29, 2014 10:47

Skorpion w rosole

(119) niebezpieczeństwa Amazonii i francusko-szwedzkie SPA

     Choroby Mata i Mima (w ilości 3 szt na 2 łebki) przeplatały się z sobą oraz innymi problemami jak liany w lesie tropikalnym. W pewnym momencie nie widać było ani ich początku, ani końca. Dzień i noc przy ich łózkach, nocne inhalacje  i interwencje w trakcie trudności z oddychaniem nadwątliły mnie fizycznie i psychicznie. Dookoła czaiły się błyskające w ciemnościach oczy jaguarów, słychać było szelesty włochatych nóg ptaszników, twarz muskały błoniaste skrzydła nietoperza, a w gaciach hasały jadowite skolopendry i mrówki wielkości kota. Za dnia życie umilały złudne kolory motyli Morpho i śmiertelnie trujące dendrobatesy.  Gdy po trzech tygodniach wysupłaliśmy się z tropikalnego gąszczu na gładkie równiny zdrowia, z lekka tylko nakrapiane górkami kaszlu jak wulkanami w czasie erupcji, okazało się, że dzieciary zostały daleeeeeeko za ginącymi plemionami Yanomami. Na dwa wspomniane łebki przypada teraz gonienie po sawannie za kilkudziesięcioma stronami w ćwiczeniach, zeszytach i podręcznikach, za około 15 różnej maści sprawdzianami, kartkówkami, testami i konkursami, które trzeba upolować, poświęcić czas na ich oskórowanie, oprawienie i konsumpcję.
Mat, prócz tego, że jest świetnym myśliwym obdarzonym wrodzonym instynktem łowieckim, jest również mistrzem suspensu. Kilka dni temu, wieczorem przychodzi do mnie, grzejącej się przy ognisku i od niechcenia cedzi między zębami informację o jutrzejszym międzynarodowym konkursie matematycznym Kangur. Włos mi się zjeżył na czaszce, nie powiem. Miał kilka miesięcy na zgłębienie tematu. Ale opanowując się przed ukatrupieniem syna na miejscu z uśmiechem pytam:

- Jak,  dziecko, chcesz zdążyć rozwiązać przykładowe zadania z zeszłorocznego kangura, skoro jest on już za mniej niż 20 godzin, a po drugie jak chcesz to robić, skoro masz przed nosem włączony tv? 

- Spokojnie, ja sobie tu posiedzę, rozwiążę jakiś test z zeszłego roku i będę STUDIOWAŁ.

Faktycznie, uspokoił mnie. Trzeba mu to przyznać. Został sam w pokoju. Po czym okazało się, że studiowanie w wydaniu Mata obejmowało li tylko i wyłącznie oglądanie STUDIA sport przed Ligą Mistrzów.

Kiedy indziej zawziął się na grę w tenisa. Skutecznie. Wygrał i poznał Janowicza, zobaczcie: klik!

To samo dzisiaj. Mat startuje jutro w ogólnopolskim konkursie języka angielskiego klas 5-tych. Na tę okoliczność umówił się z kolegą na rower. Teraz ogląda mecz. Hm.
I tak jest ciągle. Mat nie poświęca nauce nawet 5 minut dziennie. Bo, jak sam mówi, nie chce wyjść na kujona.
Drży ze strachu, bo na koniec roku grozi mu średnia 5,7.

Mat w 2012r.

Mat na konkursie piosenki w 2011.
Śpiewał tę:



 Z Mimem jest trochę lepiej, przynajmniej pod względem ilościowym. W czasie choroby ominął go dwoma susami Kangur i konkurs piosenki angielskiej, nad czym Mim pochylał się w żalu i żałobie przez tydzień. Na pociechę przed nim, w piątek, taki sam konkurs języka angielskiego, jaki ma Mat, ale dla klas 2.(apdejt: zajął 1 miejsce w szkole)

A jeszcze turnieje szachowe, zawody sportowe (Mat jest również zagrożony tytułem Sportowca Roku w szkole) ...i sto innych..

Prócz tego, Mat zakłada swój blog!!!!!!!! O szczegółach wkrótce!!!!!!!

Mat startuje również w Ogólnopolskim Konkursie Mitologicznym KLIO-
właściwie dwóch - fotograficznym oraz wiedzowym.
Wymyślił, że najbliżej mu do Dionizosa...
(-Małżu przynieś z szafy prześcieradło! -
po czym pojawia się Małż z zielonym prześcieradłem frotte z gumką...)

apdejt:
zdjęcie zajęło 1 miejsce w etapie wojewódzkim, 4 w ogólnopolskim ;)

     Ludzie nie lubią jak komuś jest lepiej. Wiem o tym. Wstrząsającym przykładem było zdanie, które usłyszałam 2 lata temu od ówczesnego "kolegi" podczas naszej przeprowadzki z bloku do domku: Po co Wam dom, skoro i tak ciągle siedzicie w szpitalach?! Wiadomym jest, że z ust bliskiej osoby boli najbardziej, o czym przekonałam się jeszcze co najmniej dwukrotnie.

Tak więc także druga strona lustra:

     Dzień i noc, do końca moich dni, będę dziękować za takich synów. To, że Mat urodził się żywy jest cudem. A, że do tego jest zdrowy - to cud jeszcze większy. (Dla mnie 15-godzinny poród skończył się tylko wywichnięciem żeber, otwarciem miednicy poprzez zgruchotanie spojenia łonowego, wylewami wielkości Jangcy i niemożnością chodzenia przez długie tygodnie).
W wieku 3 lat trafił do szpitala w ciężkim stanie, pamiętam jak krzykami zwoływano wszystkich lekarz z oddziału, i nakłuwano ze wszystkich stron jego nieprzytomne, nagie ciałko.
Teraz Mat ma tez swoje zdrowotne problemy.
Gdy byłam w ciąży z Mimem, ciąży, której zresztą lekarze ortopedzi zakazywali, Mat najpierw rozbił sobie czaszkę o ławkę, a jakiś czas później dusił się. Tej nocy w szpitalu byliśmy rodzinnie - moja mama, Mat, a ja- przedwcześnie na porodówce.
Gdy Mim miał około tygodnia, bezwładny trafił do szpitala, a ja, po cesarce - z nim. Poddano go wszelkim możliwym badaniom i stwierdzono wadę serca, z która zmagaliśmy się prawie 4 lata.
W między czasie kilka lat mieli taką alergię, że z Matem musieliśmy chodzić o 1-2 w nocy po dworze, by go czymś zająć, bo wył z bólu.
Był długie lata na diecie bezglutenowej.
Mim dla odmiany po niezidentyfikowanych pokarmach, był obsiany czerwonymi punktami, dostawał przy tym temperatury i duszącego kaszlu. Ostatni kaszel trwał...19 miesięcy.
Tak więc nieobce nam medyczne peregrynacje po lekarzach wszelkich specjalizacji.

2012. Uwielbiam to zdjęcie :)

Teraz zmagamy się już tylko z moim zdrowiem, bezrobociem nas obojga i rachunkami. Nie licząc nieuleczalnych chorób kilku osób z najbliższej rodziny i paru innych spraw.

- Jesteś taką optymistką, uśmiechasz się. Czy zdarza ci się upadać i tracić nadzieję?  - pytają mnie.- Czasem tak - odpowiadam - ale nieczęsto. Jakieś 15 razy dziennie.

Ale z wierzchu jesteśmy milionerami. Taki polski paradoks - milionerami żyjącymi poniżej ustawowej granicy ubóstwa ;)


     W związku z tym, jak jestem uwiązana, Pi zaprosiła mnie w sobotę na pokaz florystyczny, abym odpoczęła i zrelaksowała się choć chwilkę. Pokaz był w Leroy Merlin. Trochę denerwował mnie nieprofesjonalizm prowadzących, ale ogólnie było bardzo fajnie. Zrobiłam dekorację z hiacyntów w szkle.  Pi po dwóch godzinach zaproponowała, żebyśmy pochodziły po Merlinie. Zakupiłam przy okazji kubeczek do kompletu łazienkowego, który 2 lata wcześniej kupiłam w sklepie tej sieci, w związku z tym zostałam zaspokojona zakupowo, dzięki czemu całość pozostawiła po sobie jak najlepsze wspomnienie. Niepokoiło mnie tylko moja nadmierna wrażliwość na zapachy emitowane przez wykładziny dywanowe i chemię do drewna. Nie zrażona, obejrzałam sto donic i trzysta leżaków, po czym Pi wyszła z brawurową propozycją, że skoro już nastąpiło to święto wyszłam z domu w innym celu niż zakup syropu, to może skoczymy do Ikei. Jako, że w Ikei nie byłam z rok (wiadomo, mam ją za blisko po prostu), przystałam z ochotą na propozycję skoku. Jak się później okazało, błędem było zignorowanie zapachów dywanów i gwałtownie uciekającego krajobrazu za samochodowym oknem.

Ikea powitała nas gęstością zaludnienia dorównująca prowincji Szanghaj przy zgodzie rządu na dwójkę dzieci. Już przy pościelach podłoga zaczęła falować, by przy talerzach radykalnie się unosić i niemal walić mnie sobą po plecach. Próbowałam utrzymać równowagę rozrzucając ręce na boki (w prawicy obrus SOLFINT z makrelą, w lewicy chusteczki papierowe z makrelą, a jakże, SOLFINT) i rozkraczając nogi jak rasowy bosman. Walcząc z żywiołem w trybie ekspresowym pokonałam odmęty Ikei, przy kasie doznałam wizualizacji własnego nagrobka na dmuchanym pontonie, więc wrzuciłam makrele do wazonów i pocwałowałam do samochodu Pi. Z Ikei droga do domu zajęła nam 2 minuty, podczas których zdążyłam wykonać telefon do Małża.

- Małżu, przygotuj mi, a chyżo, mocnej i gorącej herbaty. Osłodź mi ją 2 łyżeczki i nie dziw się, dlaczego w tak hurtowej ilości. Wiem, że cukier nie krzepi, ale zasłabłam.

- Noooooooo nooooooo - Małża głos nie wyrażał ani zaskoczenia, ani choćby troski. Jedynie lekko wyczuwalną nutę znudzenia.

- Ja też napiłabym się herbatki - nieśmiały głos Pi wplątał się między warkot silnika, a huk oceanicznych odmętów.

Po przyjściu rzuciłam się na łóżko na moment przed utratą świadomości, uniosłam ręce i nogi w górę i pozwoliłam sobie podać herbatę, którą wlałam w siebie na leżąco.

Nie zakrztuś się jeszcze do tego - Pi jest niezastąpiona - bo nie umiem przeprowadzać reanimacji!

Po chwili zaczęłam odzyskiwać drożność styków, różnymi otworami ciała zaczęły napływać do mego wnętrza sygnały ze świata - jednymi odurzający odór gotowanego bobu, a drugimi przebijający się przez smród okrzyk Mima: "Mamo, mamo, a kiedy będę mógł jechać monster-truckiem Pi?"

Wyjście do kawiarni z drugą koleżanką, z którą spotykam się (mam zamiar) już ze zmiennym szczęściem od roku (!) zostało zamienione na nasiadówkę domową. Boję się, że za progiem zaatakuje mnie Kraken i makrele.

***

     Post jest przydługawy, wiem. Mógłby być rozbity na co najmniej trzy. Podobno dobrzy blogerzy podsycają stopniowo ciekawość Czytelników, a także nie nadwyrężają ich wzroku i cierpliwości.  Ale piszę go w jednym celu - nie osądzaj książki po okładce, człowieka po wyglądzie ani piosenki po tytule.

     Ponoć rolą blogera jest służenie ludzkości i zabijanie cennego czasu Czytelnika nie smęceniem, co czynię ostatnio, ale ciekawą treścią, dowcipem, błyskotliwością, celnymi ropostami, generalnie - bloger to intelektualny umilacz czasu i okienko w inne światy. A nie vice Wersal, uuuu jaka szkoda! Jako, że nie czuję się na siłach sprostać tym wysublimowanym zadaniom, pozwolicie, że Skorpion w rosole uda się na nieokreślenie długi urlop na Malediwy :)

by pandeMonia (noreply@blogger.com) at sierpień 29, 2014 11:14

Eksribicjonizm kontrolowany

Doskonałe niedoskonałości

Wyciągnij do siebie rękę i ciesz się, że nie jesteś ideałem.

Nikt nie jest doskonały. Banał, prychniesz. Każdy to wie.

Ale jak często patrzysz w lustro i mówisz sobie, że chciałabyś mieć inny nos czy biust? Ile razy patrzyłaś na swoje koleżanki i w duchu zazdrościłaś im wielkich oczu, idealnej cery, zgryzu jak pod sznurek, długich nóg czy choćby paznokci ładniejszych od Twoich? A może marzysz o operacji plastycznej z myślą o tym, że kiedy będziesz już mieć nosek jak Nicole Kidman, Twoje życie w jednej chwili zmieni się na lepsze? 

Mało prawdopodobne. Kompleksy są w Tobie. Tak naprawdę to one, nie nos, niski wzrost czy mały biust, przeszkadzają Ci w cieszeniu się sobą. Być może, jeśli wydasz parę tysiączków, zmieni się Twoje podejście. Ale co, jeśli wtedy zaczną Cię martwić za szerokie biodra albo wpadniesz w czarną rozpacz z powodu kształtu swoich łydek? Tego nie zmienisz.

Ten wpis powstał po tym, jak szukałam zdjęć Scarlett Johansson przed operacją nosa. (To było w czasach "Zaklinacza koni" i wyglądałyśmy wtedy jak siostry.) Znalazłam, ale przy okazji dokopałam się do zestawień zdjęć celebrytek, które poddały swoje nosy podobnej korekcie. Na końcu listy była Lady Gaga, która wyłamała się z wszechobecnego trendu zmniejszania i zwężania chrapek, powiększając swój, już dość pokaźny, kinol. To tak, jakby powiedziała: mam wasze dążenie do ideału w nosie, drogie koleżanki - będę wyglądać jak 110% siebie.

Krótko mówiąc, Gaga ma więcej oleju w głowie niż wszystkie gwiazdki razem wzięte. Kanon urody nie jest wzorcem z Sevres. To, kim jesteśmy, stworzone jest z szeregu cech, które wcale nie są doskonałe, jeśli wziąć je pojedynczo pod lupę. Dopiero zestawienie ich razem czyni mnie mną, a Ciebie Tobą.

Nie chcę przez to powiedzieć, że mam cokolwiek przeciwko poprawianiu urody. Sama to robię! Przedłużam rzęsy, farbuję włosy, noszę obcasy, podnoszę biust odpowiednim stanikiem i zostawiam majątek u dentysty. Nie ma w tym nic złego. Chcę tylko, żebyś zrozumiała jedno: nie możesz być niewolnicą swoich kompleksów. 

Schemat działania jest prosty: jeśli coś Ci się w sobie nie podoba, to zmień to. Jeśli nie da się zmienić, zmień podejście. Zaakceptuj, polub, pokochaj. Możesz znaleźć osoby, które mają podobny problem do Twojego - i dowiedzieć się, że to wcale nie problem, tylko normalna rzecz. (Miałam tak z cellulitem.)

Nie odkryję Ameryki: żeby być szczęśliwa, musisz poczuć się dobrze w swoim ciele. 
Nie masz dokąd z niego uciec, więc lepiej powieś ładne firanki i urządź się wygodnie.

Ilustracja do wpisu pochodzi z musicalu "West Side Story", tak samo jak TA piosenka.

by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at sierpień 29, 2014 10:46

Domowa kuchnia Aniki

Placek ze śliwkami i polewą

Placek ze śliwkami i polewą
 

 

Dziś przepis na pyszny placek ze śliwkami i śmietankowo-twarogową polewą. Ciasto jest na prawdę smaczne, a bardzo proste i w miarę szybkie w wykonaniu. Ja właśnie takie ciasta preferuję. Nie jest też za słodkie. Takie w sam raz. Kto go próbuje, ten od razu chce przepis:)

 

Składniki:

Na ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 150 g masła
  • 1 jajko
  • 60 g cukru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli
Na wierzch: ok 500 g śliwek

Na polewę:
  • 100 g mielonego twarogu
  • 100 g cukru
  • 130 g kwaśnej śmietany
  • 150 g migdałów w płatkach
  • 2 jajka
  • 1 łyżka kaszy manny
  • szczypta cynamonu
Sposób wykonania:
  • Mąkę przesiewamy z proszkiem do pieczenia. Dodajemy pozostałe składniki ciasta i wyrabiamy na gładkie ciasto. Formujemy kulę i owijamy w folię spożywczą. Wstawiamy na ok 0,5 godziny do lodówki
  • Śliwki myjemy, wycieramy i dzielimy na pół. Wyjmujemy pestki
  • Przygotowujemy zalewę: jajka ucieramy z cukrem i twarogiem. Dodajemy śmietanę, płatki migdałowe i kaszę mannę. Doprawiamy do smaku cynamonem ( zalewę przygotowuję w malakserze. Używam ostrza z nożykami, więc sera wcześniej nie mielę, bo w malakserze i tak zostanie rozdrobniony za pomocą nożyków )
  • Ciasto wyjmujemy z lodówki i rozwałkowujemy na krążek o średnicy ok 30 cm. Ciasto za pomocą wałka przenosimy na wysmarowaną tłuszczem tortownicę o średnicy 26 cm, tak aby wokół formy utworzyła się z ciasta równa krawędź
  • Na cieście równomiernie rozkładamy śliwki skórką do ciasta, a następnie wylewamy na nie zalewę
  • Ciasto wstawiamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika i pieczemy ok 1 godziny. Po upieczeniu ciasto pozostawiamy jeszcze ok 10 minut w otwartym piekarniku. Następnie wyjmujemy i odpinamy obręcz. Pozostawiamy do całkowitego wystygnięcia. Świeże gorzej się kroi

by Anika (noreply@blogger.com) at sierpień 29, 2014 10:31

TUV

no to w końcu mamy wszystkie wyniki

bo dopiero teraz Młodej podano wyniki egzaminu zawodowego.

Na tle klasy…świetnie !

na 28 osób nie zaliczyło go 15 osób !

Młoda ma punktację 70% i 80%,źle nie jest.

Był bardzo ciężki ,nawet nauczyciele to potwierdzili. Smutne że tyle nie zdało.

by Tuv at sierpień 29, 2014 07:29

nic specjalnego

Idę za ciosem, kulinarnym

Jak się robi leczo każdy wie , ale ja je robię to mało kto wie.
Dziś  moje głodne oczy dostrzegły dynię hokkaido, która pięknie się złociła
na moim kuchennym blacie. Nie była duża, za to mocno pomarańczowa.
Umyłam ją, przecięłam na pół, łyżką usunęłam pestki i miękki środek ,
pokroiłam na paski, które potem przy pomocy obieraka do jarzyn pozbawiłam
skórki,** po czym pokroiłam wszystko w grubą kostkę.
W dużym, płaskim rondlu rozpuściłam klarowane masło, na które wrzuciłam
pokrojoną w kostkę dużą cebulę cukrową, a po chwili dodałam pokrojoną
dynię.
Dodatkowo dorzuciłam  obraną i pokrojoną w kostkę marchewkę karotkę.
Teraz wszystko podlałam nieco gorącą wodą , zamieszałam i dodałam:
2 łyżki stołowe słodkiej mielonej papryki, kopiastą łyżeczkę hinduskiej
przyprawy "madras", czyli łagodnego curry oraz z pół łyżeczki granulowanego
czosnku.
Dodałam 4 kiełbaski frankfurterki, pokrojone w niezbyt cienkie plasterki.
Gdy dynia i marchewka osiągnęły pożądaną przeze mnie miękkośc, czyli były
miękkie, ale się nie rozpadały, dodałam 2 łyżki stołowe przecieru pomidorowego,
zamieszałam i poddusiłam wszystko jeszcze ze 3 minuty.
W tak zwanym międzyczasie ugotowałam ryż paraboidalny , do wody dodałam
łyżkę bulionu wegetariańskiego.
Ani ryżu ani dyni nie soliłam.
I tym sposobem znów  szybko zrobiłam obiad.
Surówka była z kiszonej kapusty pekińskiej , kiszonej razem z jabłkiem- pychota.

**
wg. światłych kucharek tej dyni nie trzeba obierac, ale wtedy mój ślubny
zacząłby na talerzu robic wiwisekcję, pozbawiając skórki każdą kostkę dyni.


by anabell (noreply@blogger.com) at sierpień 29, 2014 08:11

Zuzanka

efka i koty

Ekspresowe wakacje

W tym roku wyjechaliśmy na bardzo krótkie wakacje. Trzy dni w górach szybko minęły. Na szczęście zrobiłam trochę zdjęć aby móc wspominać te piękne widoki.
This year our summer holidays were wery short. We spent three days in the mountains. I took photos to remind me this beautiful views.

Góry przywitały nas deszczem, chmurami i zimnem.
Mountains greeted us with rain, clouds and cold.


Na drugi dzień pogoda się poprawiła.
Next day weather was better.






Zwiedzaliśmy trochę na leniuszka.
We were lazy tourists.




Podziwialiśmy urokliwe zakątki.
We were admiring beautiful places.



Ten cudny dom zachwycił mnie wyjątkowo.
Piękny i fantastycznie położony.
Jak bym chciała mieszkać w takim rajskim zakątku.
I am in love with this amazing place.


Oczywiście były też koty.
Of course we met cats.

 





Wdrapaliśmy się na Zamek Chojnik.
  





Do tego trochę ciekawostek różnych:

Straszne lalki w Muzeum Zabawek w Karpaczu.
Scary dolls at The Museum of Toys.


Zatrzymany czas u fryzjera.
Time stood still at the hairdresser.


I na koniec coś na szczęście :-)
Four-leaf clover - for good luck :-)

by efka i koty (noreply@blogger.com) at sierpień 29, 2014 07:05

Dzieciowo mi

Pieluchy Mots d’Enfants z Leclerca – takie odkrycie, tyle wygrać!

Ożeż w mordę zwierzę kolczaste! Sześć lat niespełna blog istnieje i okazuje się, że nie gościły na nim jeszcze ani jedne pieluchy, które można dostać w Leclercu! Może dlatego, że sama mam do Leclerca tak bardzo nie po drodze, że nawet Real jest łatwiej osiągalny. Nie bywam więc tam i może błąd to był, bo umknęły mi fajne rzeczy. Na szczęście jest Ashja, która stanęła na wysokości zadania i zaopatrzyła się w pieluchy Mots d’Enfants. Kupiła i podzieliła się recenzją, za co jej serdeczne dzięki składam :)

mots_denfants

.

Ostatnio robiąc zakupy w Leclercu zauważyłam pampki „Mots d’enfants” i postanowiłam je wypróbować. Cena może nie jest jakoś szczególnie kusząca, bo kosztowały około 27 zł za 46 szt, ale i tak wzięłam. Chciałam wypróbować francuską firmę ;) Opakowanie jest wygodne, łatwo się otwiera, pampersy są cienkie, mają rozciągliwe boczki, przód i tył jest wyraźnie zaznaczony zabawnym rysunkiem słonia, są chłonne, jak dla mnie nie odbiegają niczym od Pampersów czy Babydream i Toujour.

mots_denfants3

Od tych dwóch ostatnich różnią się tylko jedną rzeczą i to in plus, mianowicie nie pachną brzydko gdy pielucha jest pełna :) Babydream i Toujour bardzo nieładnie pachną gdy są pełne (nie chodzi o kupkę), a Mots d’enfants nie wydzielają niemiłego odorku. Tak więc polecam wypróbowanie ich jeśli ktoś będzie miał okazję.

Daję im 5+. Na pewno jeszcze kupię jak będę robić zakupy w Leclerc.

mots_denfants4

Namierzyłam gazetkę Leclerc (dlaczego byłam przekonana, że tylko Lidl, Rossamann, Biedronka i Superpharm mają takie?) i już chciałam napisać, że są w promocji, ale nie. 26,99 zł, czyli 27, jak pisała Ashja. A to pech ;)

by kruszyzna at sierpień 29, 2014 05:50

moje waterloo

1876

Godzina zero zbliża się nieuchronnie. Prezes jest kłębkiem nerwów.

Nie zdawałam sobie sprawy, że ta zmiana pracy, mimo że z wyboru i chciana, aż tak go zestresuje. Od dłuższego czasu nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Chwytał się różnych czynności i porzucał je. Krążył po domu niczym zwierzę w klatce. Zrzędził, marudził i czepiał się. Opowiadał mi nieustannie o swojej pasji modelarskiej, którą, jak zapewne wszyscy podejrzewają, dzielę z nim ściśle teoretycznie. Im mniej teorii, tym lepiej, prawda?

Znajdowałam mu różne zajęcia, włączając sprzątanie, gdyż wyznaję zasadę, że na zmartwienie nie ma jak czegoś pożytecznego zrobienie. A i dom odarty z kurzu zaraz lepiej wygląda (Zuziu... tęsknimy za Tobą!). Wypchnęłam go na imprezę integracyjną, o której dowiedział się przypadkiem, żeby poznał ludzi, bo wtedy pierwszy dzień w pracy nie polega wyłącznie na odbieraniu milionów bodźców. Miło jest zawiesić wzrok na nieobcej całkowicie twarzy.

Na nic.

Dziś zadzwonił mu telefon. Prezes poleciał na górę odebrać (mówiłam Wam już, że jeśli zostawi się komórkę na poziomie, na którym akurat się nie przebywa, to ona ZAWSZE  zadzwoni?) i nie było go dłuższą chwilę. Poem zszedł na dół i oznajmił:
- Kierownik do mnie dzwonił.
Nowy - w Archiwum X, zwanym pieszczotliwie szpitalem dla obłąkanych, sam był kierownikiem.
- I co mówił? - zainteresowałam się, odkładając natychmiast komputer.
- Przepraszał.
- Słucham?
- Bardzo mnie przepraszał, że idzie na urlop od poniedziałku i może się zdarzyć, że przez pierwsze trzy tygodnie niewiele będę miał do roboty. Podkreślił, że to nie wpłynie ani na moje uposażenie, ani na ocenę pracowniczą.
- Jeszcze cię nie zna, a już kocha. Co będzie, gdy się poznacie bliżej?!
- Nie wiem. Może zamieszkamy razem?

Ten to się zawsze załapie. Nie dość, że od miesiąca bimba sobie koncertowo, to jeszcze mu się to bimbanie przedłuży o trzy tygodnie! I to w sytuacji, gdy ja zapinkalam jak mały autobusik i czuję się, jakbym stała przy linii produkcyjnej.
- Czy ty to wszystko jeszcze ogarniasz? - zapytał dziś Szef.
- Spoko.
- Gdybyś wyprzęgała, daj mi znać.
- Pracuję tu siódmy miesiąc i jeszcze nie wyprzęgłam. Mało prawdopodobne.
- Wiesz... Bo ja już dawno wyprzęgłem. Więc jakby co, to mnie uprzedź.
A figę! Nie takie rzeczy my robili za śfagrem po pijoku!
Chyba się przejął, bo później powiedział do wszystkich:
- Bardzo wam dziękuję, że się spięliście i przygotowaliście te projekty w tak krótkim czasie. A najbardziej dziękuję Joannie, że nad tym wszystkim panuje. Ja się zgubiłem.
Tylko udaję - mruknęłam, ale niezbyt głośno. Po co psuć taki uroczy efekt.

Aby sobie podnieść nastrój, od trzech dni bezustannie grzebiemy w kocich gównach, pieczołowicie zbierając co lepsze kawałki do pojemniczka. Cóż mogłoby bardziej nas zgnoić?

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at sierpień 29, 2014 06:39

Skorpion w rosole

(141) Znowu zoologicznie, za co przepraszam!

     Teraz każdą wolną chwilę poświęcamy na łapanie owadów do nowego domku. Dziękujemy Wam, Kaczko i Bebe za te spacery z nosem w trawie! Za te godziny spędzane w chaszczach, w których grasują tabuny kleszczy! Jak przyjemnie jest przedzierać się z lupą przez mokre, nadmaltańskie zarośla, pod czujnym okiem spokojnie kroczących spacerowiczów i bywalców parków linowych! 

     Rotacja mieszkańców insektarium Mima jest kilkugodzinna. Po przetrzepaniu kieszeni, spisaniu dowodów osobistych, wykonaniu zdjęć portretowych z profilu i an face oraz prześledzeniu drzewa genealogicznego do pierwotniaków włącznie, na bruk wyrzucono w kolejności alfabetycznej:
ćmy róznych gabarytów i gatunków, muchy domowe, muszki drosofilki, osy, pszczoły, stonogi, trzmiela i wija drewniaka.

Mieszkańcy potencjalni, tj tacy, których Mim z chęcią by przygarnął, ale niestety, mają wilczy bilet to:
-zaskroniec,
-ślimaki,
-myszy,
-ryby,
-tasiemce,
-żaby,
-ropuchy,
-pijawka,
-papuga, najlepiej gadająca żako,
-oraz zabłąkany diplodok (młody)

Akcja rozwijała się brawurowo:
Mim chciał świerszcza. Widział kto z Was świerszcza w mieście? Albo w ogóle czy ktoś widział? No właśnie. A Mim widział. W sklepie zoologicznym. Cóż było robić. Pojechaliśmy nabyć.  W sklepie były jedynie świerszcze karmowe i to w ilościach hurtowych. Matko jedyna, przecież nie kupię stada owadów do chaty! (chociaż przymierzam się do straszyków) Mim asertywnie prowadzi dialog ze sprzedawczynią i pyta trzeźwo, czy nie można by wyłowić z terrariów czyjegoś drugiego dania. Niestety, po terrariach węży biegały tylko zupy opakowane w białe gustowne futerko i długi różowy ogonek.
Tymczasem przy ladzie zaczęła się już tworzyć kolejka niby normalnych ludzi: trzymających w dłoniach wędki z barwionym piórkiem dla kota, z łypiącą na boki scyraną rybką w napompowanym worku foliowym, nogą kury dla psa (chyba suszoną), świńskim uchem pakowanym próżniowo oraz łopatką do kociej kupy. A my powoli dobijaliśmy targu nad pudełkiem. Licytowana nekropolia obejmowała 14 sztuk świerszczy w nienajlepszej formie, co tu kryć, powiedzmy szczerze - trupów-  oraz sześć osobników dychających. Ledwo, bo ledwo, ale jednak. Mim chciał od razu przesiedlać je ze zbiorowej mogiły do luksusowego pomieszczenia z moskitierą i izolatki z lupką, z którymi się nie rozstaje, ale wybiłam mu to z głowy, zapraszając go podstępnie na lody Grycanek. Mim, który ma fobię bakterii, podskoczył ni to z obrzydzenia ni to z pożądania i mogliśmy opuścić lokal, uiszczając opłatę z udzielonym nam 50% rabatem na sarkofag ze świerszczami.
Nadmienię tylko, że eskalacja fobii miała miejsce podczas uroczystej Wigilii. Mim, przepychając się przez tłumek kilkunastu osób, zgromadzonych przy śnieżnym obrusie i kolędach sączących się złotym pyłem z głośników, podszedł do cioci-babci i zapytał tubalnym głosem: Przepraszam, ale czy toaleta jest ZDEZYNFEKOWANA?

NO. 
Mim nie tknie nic, kiedy ja jego dłoniach są bakterie albo jady grzybów i węży.

Udaliśmy się do domu i dokonaliśmy introdukcji owadów do środowiska naturalnego. Środowisko naturalne, owszem, ale nie dla owadów hodowanych od pierdyliona pokoleń w plastikowych izolatkach. Świerszcze zarżały radośnie, ale unosiły nogi z obrzydzenia, że coś zielonego oplata się wokół ich ciał. Pełzały we wszystkie strony jak karaluchy i chciały włazić do chaty. Po chwili jakby doszło do nich, że oto są wolne i dzikie i powlokły się pod liście piwonii i w fugi w płytkach. Ach, ten zew hemolimfy, ta burza hormonów i atawistycznych zachowań! Ta kipiel dzikich genów! Ale jakoś chyba się ogarnęły i wieczory od tej pory mamy obłędne! Warto było wywalić 3,50 PLN w trawę!

     A wczoraj złapałam dla Mima wija drewniaka! Wypasiony, kilkucentymetrowy czyhał na mnie pod umywalką! Jako, że Mim biegał już po wiszących ogrodach Semiramidy i rozmawiał z muszlami i Markiem Kamińskim, odłowiłam go w kwikach do Insekten haus (tak, wstyd mi, ale on biegał tak szybko po moich rękach) i odłożyłam w chłodne i zacienione miejsce, czyli przy wannie. Rano przynoszę do łóżka Mima trofeum, które spoczywa nieruchomo na bocznej siatce i wlepia w nas czerwone spojrzenie małych oczu. Mim chwyta domek, ale wij odpada od ściany i z łoskotem pada na podłogę swej kwatery. Pada  i zastyga w pozie na wioślarza lub na robiącego brzuszki. Przy próbie reanimacji odpada mu jedna rączka. Wij nie zmienia pozycji. A więc to śmierć. Mim w płacz. Ja w konsternację. Mat do kuchni na śniadanie. Zieeew. Stoję tak w piżamce i słucham steku wyrzutów, jakoby Mim jakiś czas temu wypuścił tego lokatora na NASZE salony (dla przypomnienia jak wyglądał KLIK!), że żył sobie, nikomu nie wadząc, że spokojny był, że niehałaśliwy i nieuciążliwy, a tu nagle pojawiam się ja, wpycham go za kraty i podstępnie morduję po nocach. 
(Jezuniu, ile to dni z nim mieszkaliśmy, wertuję tylko mózg. Wychodzi mi, że prawie 3 miesiące! Nie dziwota, że go nie poznałam! Był już wielkości małego węża ogrodowego) To chyba rzuca jakiś cień na jakość porządków. Hm.

Dzisiaj nie będzie zdjęcia wijów, ani świerszczy, bo już były. Ale trzymajmy się nurtu zoologicznego, a nawet, idąc dalej i głębiej w ten animalistyczny las, entomologicznego. Będzie to bogata dokumentacja, jak życie po śmierci może być piękne!











po wnikliwych poszukiwaniach udało się spisać dane autora:
Magnus Muhr


     Bo ja taka jestem rozkojarzona i roztargniona. Co się dziwić, tyle przygód, a jeszcze rok szkolny za pasem ugniata pachwiny.
     Siedzę sobie ja, piszę ody do wija, a tu włazi do mnie Lima. Lima jakoś dziwnie pachnie. Stęchlizną, czy węglem. Czy tam czymś równie niemiłym. Kontroluję podogonie, miziam i wyjmuję kilka sfilcowanych kulek z kryzy. Franca się filcuje jak wełniany sweter uprany w 60C. Skubię, skubię, jem mizerię, jem mizerię, pukam, pukam, a swąd coraz większy jakby. Ze smrodem spada równocześnie poziom przejrzystości powietrza. Pędzę dostojnie do kuchni ruchem posuwistym jednostajnym, po czym stwierdzam, że owszem, nastawiłam obiad. Na kuchence wyłażą z siebie brokuły zamienione w zupę o gęstej konsystencji kremu, patelnia od dwóch godzin smaży nicość na 0%-owym niczym, generując kłęby gryzącego dymu a ziemniaki z zimna tłuką się po ścianach zimnego gara. Zadumałam się nad tym zdarzeniem i zjadłam w afekcie kolejną porcję mizerii. Z kołtunami Limy. Myślicie, że będę rzygać kłaczkami?

by pandeMonia (noreply@blogger.com) at sierpień 29, 2014 05:05

Archiwum chaosu

Jestem Ridż. Reach Blogger

Nie obawiaj się. To nie będzie wpis o „Modzie na sukces”.  Choć o sukcesie owszem. I o tym, że osiągnąć można go robiąc po prostu to, co sprawia frajdę i będąc otwartym na pomoc i propozycje.  Kiedy prawie trzy lata temu zakładałam mój Chaosowy zakątek, pojęcie o blogowaniu miałam takie, że jest to miejsce, w którym jedna osoba pisze a reszta nie czyta. Bardzo szybko i szczęśliwie okazało się, że dość mylne a ludzi odwiedzających moją stronę naprawdę interesuje to co mam do powiedzenia, nawet jeśli nie mam nic. Po...read more

by Kamila Łońska-Kępa at sierpień 29, 2014 03:58

Anna Sakowicz

Anglicy na pokładzie

„Anglicy na pokładzie” to kolejna książka wydana nakładem „Wiatru od Morza”. Do tej pory książki publikowane w tym wydawnictwie budziły mój zachwyt i wywoływały czytelniczą radość. Tym razem jednak tak nie było. Matthew Kneale napisał niezwykłą książkę, w której do głosu dopuścił dwudziestu jeden narratorów. Wydaje się to oryginalnym przedsięwzięciem, bo dotychczas z takim ogromem…

by anna.sakowicz at sierpień 29, 2014 02:11

Tomaczek

Anrzej rysuje

Ania 13

Wykluczenie


„Towarzystwo ubezpieczeniowe, które reprezentuję, ma tylko dwa wykluczenia”. Kompletnie nie wiem, o co chodzi. Wykluczenia kojarzą mi się z mniejszością, z dziewiętnastowiecznym nacjonalizmem, z językiem rosyjskim i zakluczeniem, nie wykluczeniem. 

Tydzień później słyszę, że wykluczeń jest niewiele i liczą się właściwie tylko te, które są zarejestrowane w państwowej służbie zdrowia. 

Teraz dopiero rozumiem. Zaczynam wykluczać. 

Wykluczyłabym raka, nieszczęśliwe wypadki na drogach i ulicach z uczestnictwem samochodu i także bez. Wykluczyłabym jazdę po alkoholu i narkotykach lub środkach antydepresyjnych. Wykluczyłabym przemoc domową i gwałt. Wykluczyłabym pomyłkę natury przy dobieraniu płci dla zarodków. Najbardziej ze wszystkiego wykluczyłabym depresję. 

Bardzo to byłby piękny świat, w którym ubezpieczalibyśmy się nie od chorób i nieszczęść, ale od towarzystw ubezpieczeniowych. 

by ania13 (noreply@blogger.com) at sierpień 29, 2014 01:20

Bazarek Handmade

OKAZJA.... podkładeczki pod kubeczki- letnia wyprzedaż

Polecam

 nowa, letnia kolekcja podkładek pod kubeczki
w kolorach pastelowych

Ręczna robota,100 % bawełny, średnica 10 cm, ukrochmalone
Komplet 7 sztuk

Ozdobią Twój stół, umilą spotkania przy kawie lub będą miłym prezentem dla kogoś bliskiego, idealne na letnie przyjęcia.
Są tak uniwersalne, że można je powiesić jako ozdobę w oknie, przyszyć jako aplikacje na poduszki  a zimą ozdobią Twoją choinkę J

Cena za komplet 16 zł 
+(6- 8 zł) koszt przesyłki listem poleconym, gabaryt B.

by Ania (noreply@blogger.com) at sierpień 29, 2014 12:54

szydełkowe podkładeczki pod kubeczki-okazja



turkusowe

marine style- białe, czerwone, granatowe

czerwono- czarne


Ręczna robota,100 % bawełny, średnica 10 cm, ukrochmalone
Komplet 6 sztuk

Ozdobią Twój stół, umilą spotkania przy kawie lub będą miłym prezentem dla kogoś bliskiego, idealne na letnie przyjęcia.
Są tak uniwersalne, że można je powiesić jako ozdobę w oknie, przyszyć jako aplikacje na poduszki  a zimą ozdobią Twoją choinkę J

Cena za komplet 15 zł +(6-8 zł) zł koszt przesyłki listem poleconym, gabaryt B.


Osoby zainteresowane proszę o kontakt – wmalymdomku@gmail.com

by Ania (noreply@blogger.com) at sierpień 29, 2014 12:53

Skorpion w rosole

(123) raz dwa trzy most budujesz Ty!

     Mosty są dobre. Z mostów widać to, co przed i co za. Może i wydają się niepotrzebne, gdy się jest po jednej stronie. Ale kiedy się znajdzie po drugiej... Owszem, można sobie siedzieć na brzegu i krzyczeć do tych, co zostali. Albo wręcz przeciwnie, obserwować ich zza krzaka. Albo, co gorsza, pójść sobie dalej.

     A ja lubię się cofać. Lubię patrzeć na to, co za mną, na tych ludzi, którzy kiedyś blisko, a teraz bliżej. Porównywać, czy trawa faktycznie zieleńsza. Patrzeć na to samo niebo, które wtedy i dziś i jutro. Nie, stanowczo nie jestem z tych, co palą mosty.

fot. szikabo

    Ja lubię wracać i szukać zarośniętych już ścieżek. Z radością odkryć, że w miejscu zgliszczy urosły nowe wioski, że coś poszło tak,  a nie inaczej. Co miało być, a miało z założenia być inaczej, a nie tak. Chociaż kto to wie, co by było gdyby.

Wiecie, że na świecie są ludzie, którzy do niedawna żyli w przekonaniu, że wojna trwa? Że trzeba się bać i chować w lesie? Warto ich odszukać!

Mnie wystarczy świadomość, że most jest. Taka, zbita z desek, tęczokładka. Że, gdyby co, mogę pobiec i pogadać ze swoim odbiciem w rzece. A może ktoś wyjdzie z lasu.

 I tak sobie myślę, że dużo ludzi siedzi przy brzegu rzeki zamiast budować mosty.
 Bo mosty są dobre.

by pandeMonia (noreply@blogger.com) at sierpień 29, 2014 11:53

Dzieciowo mi

Piątek z blogującą mamą – insekty rules!

O mięsie było tydzień temu i o tym, że żryć lubię. Włażę na stronę, patrzę, wygląda smacznie, treści konkretne, nawet palce lizać. Wcinam więc i stwierdzam, że nie tylko na pierwszy rzut oka zachęcające, ale na drugi też, a na trzeci jeszcze bardziej. Po trzech rzutach rozlegają się już tylko pełne ukontentowania odgłosy paszczowe.

Wchodzę więc i tym razem, patrzę, rosół dają. Ja lubię rosół. Zupa, którą najczęściej robię, to rosół, bo nie trzeba jej przerabiać na żadną inną. Zaglądam ci ja do tego rosołu, a tam… O w mordę jeża, o kozę w rzyć!  Tam skorpion! Skorpion w rosole! Zjadłam? Co miałam nie zjeść? Jak dają, to bierz. I co? Motyla noga, to było pyszne! (http://skorpionwrosole.blogspot.com)

skorpion

Założyć blog każdy potrafi, żaden wyczyn. Dzisiaj się można lansić na bloga nieposiadanie, bo wszyscy mają. Jednak prowadzić blog, który wciąga, do którego się chce wracać po jeszcze, blog naznaczony ciekawą osobowością, blog w jakiś sposób inny niż wszystkie – to jest sztuka. Autorce Skorpiona w rosole to się właśnie udało. Świetny styl, kapitalny sposób opowiadania. Czytanie nie męczy, ale co tam nie męczy! Toż to uczta jest dla umysłu! Widać, że prowadzi go inteligentna baba z dużym dystansem do siebie, swojego macierzyństwa i świata w ogóle. Cudownie czyta mi się coś, co jest umiejętnie doprawione ironią. Sporo tego dają, długie te dania, ale nie dość, że wsuwam wszystko, to jeszcze wylizuję talerz. Żarcie z charakterem, smak, którego się nie zapomina. Potrawa inna niż wszystkie. Skorpion w rosole. Mniam. Nie wiem, jak wy, ale ja wracam po dokładkę. Polecam wam przede wszystkim szefa kuchni danie z muchami. Muchy były PYSZNE!

by kruszyzna at sierpień 29, 2014 09:55

Szymaczek

Smoking kills...

O SŁOWACH KLUCZOWYCH I PROGNOZIE POGODY

 

Ponieważ od czasu do czasu do czasu trzeba zrobić przegląd (a nawet jeśli chodzi o zawartość lodówki, to polecałabym robić te przeglądy raczej częściej niż rzadziej – WIEM CO MÓWIĘ, ostatnia śmietana którą usuwałam umiała już jeździć na jednokołowym rowerku, robić sztuczki cyrkowe i zbierać pieniądze do czapki), to ja dziś, mało oryginalnie, zrobię przegląd haseł z Google Analytics, które mnie urzekły. Od razu mówię, że nie zapisuję jakichś tam „grube dziwki duże cycki gołe baby”, bo pomimo dużego zapotrzebowania społecznego, jakoś mnie to nie bawi i nie wzrusza. Może dlatego, że jednak jestem tym socjopatą (i nie narzekam). No to jedziemy:

- „Sernik garbusek” – pierwsze słyszę; konik garbusek to wiem, a także dzwonnik z Notre Dame, ale sernik?

- „Opętanie a starzenie się” – czyli, że jak się człowiek starzeje, to nawet opętania nie są już takie, jak kiedyś? Czy że starego to już nawet nic nie chce opętać? No nie wiem, mnie czasem jak opęta kanapka z boczkiem, to nie odpuszcza, dopóki jej nie zjem.

- W kategorii przyroda: „biedronka flądra” oraz „masło z mrówki”. Nalewka na mrówkach to była na reumatyzm, ale masło? Mrówki podobno są kwaśne, chyba bym wolała sardelowe. Albo czosnkowe.

- „Cukierniczka na imprezie” – zawsze się przyda, i taka porcelanowa, i taka z tortem.

- „Ginekolog po paru kieliszkach” oraz „kura nie może ustać na nogach” – może pili razem?

- „Zdjęcie na pocieszenie” – chyba majtek.

- „Wyższa konieczność nie alkoholizm” – absolutnie się zgadzam w stu procentach całkowicie.

- „Nie mam czucia w palcach po wsadzeniu w maszynkę” – jeśli po takich manewrach w ogóle zostały palce, to trzeba się cieszyć, widziałam nawet odcinek „Chirurgów” na ten temat. Zagadnienie palców w maszynce to nie jest łatwy temat.

- „Jak boli wypruwanie flaków?” – polecam kontakt z osobą od palców w maszynce.

- „Jamnik na obrazie” – jamnik wszędzie.

- „Zupa ze słonia” – a poszedł mi stąd, zboczeńcu gastronomiczny!

- „Dziecko zjadło żelowy zapach” – mam nadzieję, że popierdzi przez dzień – dwa morska bryzą i wszystko wróci do normy, a najlepiej tego nie kupować, bo śmierdzi chyba gorzej niż wszystko, co może wystąpić w normalnym domu (za wyjątkiem sytuacji „wyjechałam na dwa tygodnie na wakacje i niechcący zostawiłam w piecyku dwa kilogramy boczku” – wtedy tak, zapach żelowy, pięć zapachów żelowych, sto zapachów żelowych i egzorcysta).

- „Pękata owieczka z otworem” – obawiam się, że Internet cholernie źle pana przekierował i nie zazna pan tu ukojenia.

O tak, bardzo lubię słowa kluczowe z gugla analyticsa, o wiele bardziej, niż reklamę kontekstową. Wiecie, co mi dziś fejsbuk zaproponował?… Wzięcie udziału w badaniu naukowym dotyczącym udaru! Chociaż może powinnam się zgłosić: jak zobaczyłam prognozę pogody, że od jutra przez tydzień ma lać, to oko mi lata dość konkretnie.

Ale to wszystko nic, marność nad marnościami w porównaniu z początkami internetów, kiedy to wystarczyło zamieścić na blogu słowo „penis”, żeby statystyki szalały, licznik się obracał jak geigery w Fukushimie i przybywali wędrowcy z najdalszych zakątków Galaktyki. A teraz?… Westch. WESTCH.

by Barbarella at sierpień 29, 2014 08:57

Slow Day Long

Czy wiesz, skąd się bierze kawa, i która tak naprawdę jest dobra? Zobacz!

Budynek wygląda z zewnątrz dosyć niepozornie. Ot, stary poniemiecki magazyn, z wielkimi metalowymi przesuwanymi drzwiami. W progu stoi trzech uśmiechniętych facetów. Wyglądają, jakby czekali właśnie na nas. Jeden z nich, to Łukasz, jeden ze współwłaścicieli palarni. Drugi, to zaprzyjaźniony z tym miejscem Dominik, a trzeci Kuba, brat kolejnego wspólnika, czyli Tomka. Kiedy wchodzimy do środka spotykamy również Kasię, żonę Łukasza, naszą czytelniczkę, z sześciomiesięcznym Brunonem w nosidle.

Jest też Krzysiek, który pełni tu funkcję ‚roastera’, czyli odpowiada za cały proces palenia kawy. Oto bohaterowie naszej opowieści. A, zapomniałbym – w całej historii jest jeszcze Natnael (Etiopczyk) i Sebastian – pozostali wspólnicy wrocławskiej palarni kawy „Etno Cafe”, która zaprosiła nas w swoje skromne progi. Jako wielbiciele dobrej kawy z zaproszenia skorzystaliśmy bez zastanowienia.

Naszą wizytę zaczynamy, nie zgadniecie, od kawy. Dominik przyrządza nam po kubku aromatycznego napoju. Kamila dostaje pyszną kawę z mlekiem, a ja dostaję do ręki aromatyczne espresso. Siedzimy na siedziskach wykonanych z pustych worków jutowych, w których transportowane są ziarna kawowca. Podczas pogawędki dowiadujemy się co nieco o miejscu, w którym się znajdujemy. Palarnia ma tu swoją siedzibę od półtora roku. Wcześniej kawa była palona w zaprzyjaźnionej palarni w Krakowie. Było OK, ale w końcu zapadła decyzja, że czas pójść „na swoje”, bo transportowanie surowych ziaren kawy do stolicy Małopolski, a potem wypalonych do Wrocławia, zaczęło być kłopotliwe. Chłopakom marzyło się własne miejsce. W końcu dopięli swego.

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (36)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (7)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (5)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (4)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (2)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (11)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (12)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (13)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (14)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (15)

Z kubkami w ręku udajemy się na mały spacer. Widać, że kawa to dla nich więcej niż biznes. To pasja. Pokazują nam worki, wypełnione po brzegi ziarnami. Tłumaczą, że od momentu zamówienia, do chwili, kiedy transport trafia do ich magazynu mija około trzech miesięcy. Opowiadają, w jaki sposób łupiny owoców kawowca oddzielane są od ziaren. Pokazują, na czym polega metoda obróbki kawy na mokro i na sucho. Słuchamy z rozdziawionymi buziami.

W końcu pytam, jak to się stało, że zajęli się tym biznesem i sprowadzają kawę akurat z Etiopii. Okazuje się, że Sebastian – brat żony Łukasza, czyli Kasi, rozpoczął kilka lat temu studia doktoranckie z ekologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jego głównym towarzyszem i przyjacielem na tych studiach był właśnie wspomniany Etiopczyk – Natnael. Ten przywoził ze swojego kraju kawę, która wszystkim wybitnie smakowała. Kilka kilogramów, które zabierał ze sobą do Polski, rozchodziło się niczym ciepłe bułeczki. Żeby nie powiedzieć, jak gorąca kawa.

W końcu od słowa, do słowa okazało się, że jego krewni są właścicielami plantacji kawy. Wówczas wpadli na pomysł, aby zacząć etiopską kawę ściągać do Polski. Trochę to trwało. Najpierw badali rynek, potem zbierali odpowiednią wiedzę. W końcu pierwszy transport trafił do Wrocławia. Powoli, powoli zaczęli budować sieć odbiorców. Na początku napotykali wiele trudności. Panowie opowiadają nam o tym wszystkim z ogromnym przejęciem. Widać, że ten temat naprawdę ich kręci. A my lubimy i podziwiamy ludzi z pasją. Nie przypuszczaliśmy, że o ‚zwykłej’ kawie, można tyle rozmawiać. A do tego tak ciekawie.

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (17)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (18)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (20)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (23)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (24)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (25)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (26)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (27)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (28)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (29)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (30)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (31)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (32)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (33)

W końcu zostajemy zaproszeni do pomieszczenia, w którym stoją dwa piece do wypalania kawy. Jeden wielki, wyglądający na całkiem nowy, który został kupiony w Turcji. Będziemy świadkiem procesu palenia, którego mistrzem ceremonii jest Krzysztof. Ziarna znajdują się już w środku, a my czekamy, aż nagrzeje się do odpowiedniej temperatury. W tym samym czasie Łukasz pokazuje nam, jak wygląda surowe ziarno. Pachnie jak groszek, albo pszenica. W niczym nie przypomina kawy, którą mielimy w naszym młynku.

Drugi piec, bardzo stary, bo mający ponad 50 lat pochodzi z Austrii. W nim pali się z reguły kawy wyższej klasy (w tym tzw. kawy speciality) To np. te, których używa się zazwyczaj do zaparzania w AeroPressach, czy przy innych tzw. alternatywnych metodach. Dziś nie będziemy go uruchamiać, ale wygląda naprawdę stylowo. Gdy w dużym piecu, który podgrzewany jest gazem, temperatura osiągnie pożądany stopień, Krzysztof uruchamia spust, a i kawa wpada z kosza zasypowego do obrotowego bębna znajdującego się w piecu,który ogrzewany jest od spodu przez palniki gazowe. Cały proces potrwa około dwudziestu minut. My w tym czasie, zostajemy zaproszeni na tzw. cupping. Będziemy smakować i tym samym oceniać różne typy kaw. To było bardzo ciekawe doświadczenie.

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (34)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (37)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (38)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (39)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (40)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (41)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (42)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (43)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (44)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (46)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (47)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (48)

Na czym polega cupping? W sumie, to wygląda trochę jak zabawa. Wyobraźcie sobie, że stoi przed Wami kilka szklanek ze świeżo zmieloną kawą. Każda z nich oznaczona jest innym numerkiem. Nie wiecie, co to za kawy, skąd pochodzą, ani czy są dobre, czy całkowicie beznadziejne. Waszym zdaniem jest ocenić, która z nich Wam najbardziej odpowiada.

Najpierw kawę wącha się na sucho. Tak jak pokazują nam Łukasz i Dominik wsadzamy, więc nosy w szklanki i wąchamy. Na specjalnym formularzu zapisujemy wrażenia. Żadni z nas znawcy, ale od razu wskazujemy kawę, która wydaje się nam wyraźnie „podejrzana”. Jak się okazuje, nie bez powodu. Następnie panowie zalewają kawę gorącą wodą. Teraz będziemy wąchać raz jeszcze. To tak zwana próba na mokro. Raz jeszcze wąchamy kawę, a tym razem raczej jej opary. To zupełnie inne doznania. Aczkolwiek nasze typy są od początku te same.

Po jakimś czasie następuje tzw. przełamanie skorupki. Specjalną łyżeczką uwalniamy aromat, który ukrywał się pod pływającymi po powierzchni drobinkami kawy. I znowu czuć coś innego. Pojawiają się nowe zapachy, aromaty, czuć owocami, ale nie wiemy, jakimi. Ale wkręcamy się na całego. Po chwili musimy jednak przerwać. W pomieszczeniu obok, gdzie znajduje się wspomniany wcześniej piec, kawa osiągnęła odpowiedni stopień wypalenia i za chwilę zostanie uwolniona ze wspomnianej maszyny. A na to właśnie przecież głównie czekamy.

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (52)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (54)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (55)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (56)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (49)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (50)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (51)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (58)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (59)

Kawa wylatuje z bębna do specjalnego urządzenia (tzw. coolera) przypominającego trochę duży kosz . Tam schładzana jest powietrzem. Robi się to po to, aby zatrzymać procesy fizykochemiczne zachodzące dalej wewnątrz ziaren. Wcześniej Krzysztof, co chwilę sprawdzał, na ile ziarno przypomina to z wzorca. Ważne jest, aby kawa za każdym razem była palona równo i aby kawosze, którzy zaopatrują się tu w swój ulubiony napój, dostawali zawsze to samo.

Wracając do cuppingu. Na samym końcu panowie odkrywają przed nami karty. Kawa, która najmniej nam smakowała i od początku wyglądała na podejrzaną, to kawa zakupiona na stacji Orlen. Zapach i smak innych kaw podoba się nam mniej lub bardziej. Jednak suma sumarum okazuje się, że dokonujemy wyboru kaw palonych tu, na miejscu. Panowie są wręcz dumni, że jako najlepszej nie wskazaliśmy kawy z kultowej berlińskiej palarni The Barn, którą również kosztowaliśmy. A my naprawdę nie znamy się na kawie. Po prostu kierowaliśmy się naszymi zmysłami i gustem. Widocznie nie jest taki zły, jak się nam wydawało.

Nasi gospodarze mogą o kawie opowiadać bez końca. Dzielą się z nami swoimi opowieściami o szkoleniach, które odbywali w różnych krajach Europy. O wizytach w innych palarniach m.in. w Dublinie, Berlinie czy Pradze. Na końcu pytam, skąd w logo palarni data 1976, bo przecież firma istnieje dopiero nieco ponad 2 lata.

Jak się okazuje, w tym właśnie roku, rodzina Natnaela posadziła na swojej ziemi pierwsze krzewy kawowca. I właśnie od tej daty zaczyna się historia wyśmienitej etiopskiej kawy, która palona we Wrocławiu gości w kubkach licznych smakoszy tego wybornego napoju. Jak się zresztą dowiadujemy nie tylko we Wrocławiu. Pito ją choćby podczas niedawno zakończonego OFF FESTIVAL w Katowicach, podczas którego wypito jej ponad 9000 porcji.

Wizytę w palarni kończymy z dużymi uśmiechami na twarzy. Nie spodziewaliśmy się takiego przyjęcia. Na końcu dostajemy drobny urodzinowy upominek. Kilka paczuszek etiopskiej kawy, którą od teraz będziemy parzyć w naszym AeroPressie. Jak się zresztą okazało, do tej pory parzyłem ją nie tak, jak powinno się to czynić. Ale po udzielonym mi szybkim instruktarzu spróbowałem poleconej mi przez chłopaków metody i… Jak widać, człowiek uczy się całe życie.

Tak przy okazji, kawa z Etiopii jest całkowicie organiczna. Do jej uprawy, nie używa się żadnych chemicznych związków. Szczerze powiedziawszy, jest to dla nas sporym zaskoczeniem.

To było bardzo smakowite, ciekawe, a zarazem pachnące popołudnie.

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (60)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (61)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (62)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (63)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (64)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (65)

Slow Day Long - Palarnia Kawy Etno Wrocław - 27.08.2014 (16)

by Damian at sierpień 29, 2014 06:02

zycie na kreske

Kura pazurem

Coś o feministkach i nie tylko

Niedawno byłam na spotkaniu z Agnieszką Graff i przyznam, że pobudziła mnie do refleksji nad sytuacją kobiet. Jak się przypatrzeć stereotypom, to okaże się, że współczesna kobieta powinna być superwomen, powinna robić karierę i absolutnie nie dać się wcisnąć w obowiązki domowe.

kobietaOstatnio zostałam zapytana o to, dlaczego codziennie gotuję obiady i kto tego „wymaga”. Hmm… Nikt ode mnie tego nie wymaga, a mąż bez obiadów by sobie doskonale poradził. Przez wiele lat, zanim zostaliśmy małżeństwem, jadał w stołówce, gdzie za 7 zł można zjeść dwudaniowy obiad, więc gdybym nagle „zastrajkowała”, to spokojnie dałby radę. Nikt mi obiadów gotować nie każe. Jednak nie wyobrażam sobie, żebyśmy raz dziennie nie zjedli ciepłego posiłku. Jeżeli ja pracuję w domu i mam możliwość zrobić sobie przerwę, by wstawić zupę czy ziemniaki, to nie widzę w tym najmniejszego problemu. Nie bije to w moją godność ani też nie obniża mojego poczucia wartości, ani też nie spycha do roli „kuchcika”. Mam wolną wolę, gotuję ten obiad, bo chcę potem usiąść z mężem i Jajem do stołu i zjeść wspólnie posiłek.

I tak mnie to pobudziło do refleksji, zastanowiłam się nad swoją rolą. Kiedyś wydawało mi się, że jestem feministką, w dodatku taką, która chętnie ruszyłaby na barykady siec i ścinać. Potem urodziło się Jajo, a ja dalej czułam się wyemancypowana, i żadne tam gary na wyłączność nie wchodziły w grę, trzeba było szybko ruszyć do pracy, rozwijać się i realizować, bo przecież zostanie w domu równałoby się z uznaniem mnie za śmierdzącego lenia bez ambicji. Nie oszukujmy się, ale chyba takie przekonanie funkcjonuje, że jak kobieta „siedzi” w domu, to żyje z pieniędzy męża, zajmuje się „tylko” garami, lataniem na szmacie, a przy okazji wychowywaniem dzieci, toż to leń patentowany, w dodatku bez ambicji żadnych.

Pracowałam więc na kilku etatach, bo szybko się okazało, że jednak wyjścia nie mam. Po kilkunastu latach, jak wiecie, przyszło mi jednak z powodu przeprowadzki osiąść na dupsku i poczułam się dokładnie jak przysłowiowa kura domowa. I nagle w oczach co niektórych osób faktycznie się nią stałam. Hmm… I tak źle, i tak niedobrze. Opadły też we mnie feministyczne skłonności, bo jednak okazało się, że to „siedzenie” w domu, zajmowanie się ogniskiem domowym jest całkiem przyjemne. A „przy okazji” pracą zawodową mogę teraz zajmować się właśnie w domu. W dodatku wyczytałam, że takie „kury domowe” wypracowują 30% PKB! I może warto by było je docenić.

Mam też kilka koleżanek, które po studiach urodziły dzieci i zostały w domu, by zająć się swoimi pociechami. Mąż się realizował, a one przez wiele lat prały, sprzątały, latały na szmacie i wychowywały dzieci. Niektóre są szczęśliwe w takim układzie do dziś, bo mają swoje pasje, realizują je z zapałem. Ale na przykład dwie z nich, niech to będzie Kasia i Asia, po odchowaniu dzieci zostały wymienione przez mężów na młodsze modele. I co wtedy? Kasia i Asia nigdy nie pracowały zawodowo, nie mają żadnego doświadczenia, mają po czterdzieści-pięćdziesiąt lat i, przepraszam, co z nimi teraz? Teoretycznie mężowie powinni płacić im alimenty, ale to też nie jest takie łatwe, bo panowie z reguły zrobią wszystko, by jednak nie płacić. A dzieci dorosłe, ale jeszcze się uczące, więc mamą też się nie zajmą od strony finansowej. Możemy krzyknąć, po co się tak „poświęcały”, że to ich wina, mogły „nie rozkładać nóg” itp. Tak najłatwiej. Jednak mnie zastanawia to, że państwo w żaden sposób nie zabezpiecza, nie dba o takie kobiety. Jeżeli można wyliczyć, że wypracowują 30% PKB, to chyba jednak można by wyliczyć jakąś „pensję” dla kobiet zajmujących się wychowywaniem dzieci, jakieś zabezpieczenie. Wiem też, że zaraz byłoby mnóstwo nadużyć, bo przecież u nas wszystko można wykombinować, ale nie będzie w tym naszym kraju chętnie się rodzić „stadka” dzieci, jeżeli kobieta nie będzie miała zapewnionej pomocy, nie tylko w postaci żłobków, przedszkoli, czy w razie co alimentów.

I przyznam szczerze, że zastanawia mnie poważnie sytuacja kobiet. Zastanawia mnie także, czy ja jestem jeszcze feministką? Nie podoba mi się wiele feministycznych problemów, typu wciskania na siłę nazw żeńskich zawodów, nie podoba mi się wmawianie kobietom, że wszystkie muszą byś supersiłaczkami, robić kariery, wchodzić do polityki, uciekać od garów, być silne, przebojowe, energiczne, robiące wielkie biznesy. Bo jak im ten wzorzec nie odpowiada, to co?

Jakoś tak mam nieodparte wrażenie, że to tematy zastępcze, niesięgające istoty problemów.

Co sądzicie na temat współczesnego feminizmu? Jak oceniacie sytuację kobiet?

by anna at sierpień 29, 2014 04:13

zycie na kreske

notatki na mankietach

futrzak

powinna zostać pośmiertnie przyznana temu panu.

Uczył on 9 letnie dziecko strzelania z pistoletu maszynowego Uzi. Broń ową można przestawiać na ogień punktowy albo ciągły. Niby nie jest to duży kaliber (9 mm) ale swoje waży tj. 3.5 kg. Ja sama nie utrzymałabym tego w ogniu ciągłym na wyciągnietych rekach (z ramienia już tak) – a jestem osobą dorosła i wcale nie chucherkiem przecież. Nie miałam nigdy okazji użyć Uzi, ale strzelałam z karabinów snajperskich (Lupua Magnum), Mosin (long i short barrel), Kałasznikow oraz pistoletu i rewolweru kalibru 9 mm – gdzie w tym ostatnim wypadku po 2 pełnych rundach (wystrzelonych magazynkach) z pozycji klasycznej tj. wyciągniętych rąk musiałam sobie dać siana, bo po prostu ręce mi się za bardzo trzęsły.

A my tutaj mówimy o 9 letnim dziecku!!! Oraz, instruktor (pożal się boże, i nie, nie szkoda mi go wcale) przestawił jej Uzika na ogień CIĄGłY.
Nosz ja p****
Pominę milczeniem inteligencję rodziców, ktorzy zabrali na strzelnicę 9 letnie dziecko. Pominę inteligencję władz stanowych Arizony, gdzie nie ma limitu wieku odnośnie strzelania z broni palnej.
Oto Ameryka. Kilkuletnie dziecko może postrzelać sobie w miejscu publicznym z karabinu maszynowego a nawet granatnika!!!, tymczasem dwudziestolatka można aresztować za wypicie piwa. No.


by futrzak at sierpień 29, 2014 01:22

Ania 13

„Ponieważ mam coś bardzo ważnego do powiedzenia”

Zdecydowanie najlepszy spam miesiąca. Jako redaktorka, poprawiłabym tylko parę przecinków i żądała opublikowania w modnym internetowym czasopiśmie literackim. Nike gwarantowana.

by ania13 (noreply@blogger.com) at sierpień 29, 2014 02:00

sierpień 28, 2014

zapiski zgagi

Słufka, czyli co w e-bookach piszczy

Zabrałam się za książkę Marty Madery ,,Ślimaki w ogródku”. Autorkę znałam już wcześniej z jednej ,,krakowskiej” powieści, którą czytałam jeszcze w wersji papierowej.

Tym razem radość z lektury niejako podwójna, a to za sprawą składu tekstu. Co i rusz napotykam na dwa lub więcej słów sklejonych do kupki. Niektóre zajmują wręcz całą linię, jak w niemieckim! Niezła zabawa czeka czytającego przy ,,rozklejaniu”.

Tu kilka przykładów ,,słuwek”: czylipo, przybarze, idałamu, domunie, ponieważon, sięmusi, tenkrok, nosapoza, ciałoma, mikrzyż, dopiąćma, żesię, prawierok, dajznać, grzybamam, toprawie, bądźdla (moje ulubione – można użyć jako wyzwiska!), alemam, formalnienie, alewojny. I tak mogłabym wyliczać bez końca, wszak na każdej stronie kilka podobnych kwiatków!

Małż twierdzi, że chyba potrafiłby zmienić ten stan rzeczy, ale czy ja tego chcę? Rzadko mam okazję tak się ubawić przy lekturze…

***

Wróciliśmy z bardzo udanego koncertu countrowego zespołu Asi. Taka energia od pierwszego numeru – z obu stron, muzyków i publiczności – zdarza się rzadko! W bonusie nieoczekiwane spotkanie z dawno niewidzianymi Kasią i Dżekiem. Miodzio po prostu…

***

Dobrze, że trafiło się tak miłe zakończenie dnia, bo przedtem było średnio wesoło. Zawsze boli, gdy bliskie osoby stają przeciw Tobie w sprawie, w której nie mają racji. Niepotrzebnie się zgodziłam na pracę w tej komisji socjalnej… Żmudne to, trudne, a w dodatku zewsząd pretensje… Ech!

by Zgaga at sierpień 28, 2014 09:52

Czarny pazur

Jesteśmy, jesteśmy!

Wpis będzie. I o kotach, i o kurach. Tylko Personel przysiądzie i napisze :) Zostańcie na linii!

by amelia007@NOSPAM.gazeta.pl at sierpień 28, 2014 08:36

pokolenie ikea

10139377723_f60a1cd5dd_b

Mniej więcej 150 km od granicy dzielącej mnie od ukochanego kraju zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie warto zatankować po niemieckiej stronie, co ma zaletę, że ma się paliwo i wadę że ma się drogie paliwo.

Wskazania licznika i pośpieszna kalkulacja dowodziła tezy, że do granicy wachy akurat starczy. A później hmm chyba krzynę za bardzo wciskałem pedał gazu bo pojawiła się kontrolka rezerwy.

I tak sobie jechałem, jechałem, jechałem i zapamiętajcie drogie dzieci, że stacje benzynowe w byłym DDR to dobro rzadkie i na tyle rzadkie, że żadnej znaleźć nie mogłem a wskaźnik paliwa mówił do mnie: błagaj o litość skurwysynu.

Wyłączyłem klimatyzację, włączyłem drugi raz w życiu przycisk jazdy ekonomicznej, samochód się zdziwił a ja postanowiłem zjechać na najbliższym zjedzie z autostrady, bo według moich szacunków zostało mi paliwa na jakieś 30 km i to pod warunkiem, że pojadę niezwykle ostrożnie.

15 km dalej nie było zjazdu a mi humor nieco opadł, w przeciwieństwie do Olgi, której poprawiał się z każdą chwilą, opowiadała też bardzo barwnie o technikach pchania auta co w tym przypadku jest absolutną nieprawdą, bo gdy zatrzymasz się na autostradzie to cię holują i tyle, żebyś nie zagracał drogi.

Po mniej więcej 20 km był zjazd! No dosłownie poczułem się jak Forrest Gump, który dostał pudełko czekoladek.

Jadę dalej a to wieś niemiecka, post DDR –owska, dookoła psy dupami szczekają. Odpaliliśmy więc mapy Googla, mapy powiedziały że najbliższa stacja benzynowa jest za kilometrów siedem.

Jadę według wskazań, w pewnym momencie telefon stracił zasięg a kiedy go odzyskał to mapy mówiły już, że najbliższa stacja jest za 21 km.

Bardzo optymistycznie prawda?

Zatrzymałem się więc przed jakąś chałupą i postanowiłem udać się po prośbie pośród miejscowych gospodarzy.

Otworzyła mi kobieta, wysłuchała mojej barwnej opowieści, w której grzecznie zaproponowałem odkupienie dwóch litrów paliwa po czym odpowiedziała, że po pierwsze primo to nie ma kanistra, a po drugie primo: benzyna czy diesel?

Na odpowiedź: „benzyna” posmutniała i pokręciła przecząco głową, stwierdzając, że wszyscy dookoła tu na dieslu lecą łącznie z jej kolegą rolnikiem po drugiej stronie ulicy, który również używa do napędu maszyn rolniczych diesla, a poza tym jest godzina 20 więc kolega śpi.

- Gdybyśmy mieli dzieci i byli tutaj z nimi przegryzłabym Ci tętnicę u szyi i wsadziła do baku – zapowiedziała Olga złowieszczo. 

Do samochodu wracałem krokiem statecznym, oszczędzając stopy, które za chwilę miała czekać dłuższa przechadzka. gdy wtem zatrzymał się obok nas samochód, wysiadł z niego Niemiec i zapytał czy coś się nie stało i czy może w czymś pomóc.

Następnie doradził, że do stacji w Angermünde jest skrót, co oznacza, że jechać trzeba tylko 7 km w prawo, później lewo później dwa razy w prawo i raz lewą nogą za prawe ucho a dalej to już nie słuchałem bo się pogubiłem.

Pan spojrzał na moją tępą gębę i sam z własnej woli zaproponował, że pojedzie przodem bo a nuż się uda dojechać.

I muszę przyznać, że prawie, no prawie się nawróciłem wznosząc modły do kilku Bogów a Olga regularnie syczała niczym żmija .

I tak jedziemy kilometr, dwa, trzy, silnik ciągnie, ja się pocę.

- Dasz mu koniak, ten który trzymasz w bagażniku – zaordynowała.

Samochód pokonał wzniesienie z prędkością 30 km na godzinę, bo bałem się docisnąć pedał gazu.

- Jak będzie chciał żebyś zrobił mu laskę, to też się zgodzisz – dodała.

ALE DOJECHALIŚMY.

Ba, Shell był otwarty!

W prezencie wręczyłem panu francuski koniak za złotych polskich 300, który miałem obalić z kolegami (chłopaki wybaczcie).

Pan okazał się lekarzem, który kempingował sobie w okolicy (Olga stwierdziła, że mimo lat mniej więcej 50 wyglądał niezwykle pociągająco) a na dodatek świetnie mówił po angielsku.

Wracałem stamtąd z bananem na ustach, pełen wiary w człowieka choć ciągle Niemcom nie wybaczyłem 1939 r. i okupacji.

Aha – Olga jak jechała po polskiej autostradzie to zaczęła się skarżyć, że jej kierowcy TIR-ów mrugają i nie chciała zaakceptować wytłumaczenia, że widać na jej widok poczuli wolę Bożą i zapragnęli zadzierzgnąć bliskie więzy.

Później jednak jak zmieniliśmy się na stacji benzynowej TIRowiec zamrugał i mi. a ponieważ od razu uznałem, że raczej nie jest gejem więc po prostu zerknąłem na deskę rozdzielczą i wyłączyłem długie.

A jak wasze wakacje kotki?

10139377723_f60a1cd5dd_bPhoto by torbakhopper/CC Flickr.com


by panikea at sierpień 28, 2014 07:59

Dzieciowo mi

Dzieciowo Ranking – darmowa aplikacja do oceniania artykułów dla dzieci

Wyobraź sobie taką sytuację, że kompletujesz wyprawkę dla noworodka i chcesz wiedzieć, jakie kosmetyki warto kupić. Ta oliwka czy tamta? Krem do pupy czy puder, a jeśli już, to jaki? Wyobraź sobie, że jesteś w sklepie, widzisz jakieś pieluchy i nie wiesz, czy się na nie zrujnować, czy nie. Są tanie, ale taniość nie zawsze oznacza dobry interes. Wyobraź sobie, że masz kosmetyk, który chcesz przedstawić innym rodzicom. Polecasz go albo wprost przeciwnie odradzasz i chcesz o tym powiedzieć. Możesz to oczywiście zrobić poprzez fora, blogi czy portale społecznościowe, ale kapitalnym narzędziem może być dla ciebie aplikacja, która właśnie powstała. Dzieciowo Ranking, darmowa porównywarka kosmetyków dla dzieci.

Po co mi Dzieciowo Ranking?

  • Możesz prosto i intuicyjnie dodawać kolejne kosmetyki do poszczególnych grup, dzięki czemu budujesz bazę produktów, z której potem korzystasz ty i inni rodzice.
  • Możesz oceniać i komentować kosmetyki już dodane i te, które sam wprowadzasz.
  • Możesz wyszukać kosmetyki oceniane najwyżej i najniżej, dzięki czemu łatwiej unikniesz wpadek
  • Możesz za sprawą kategorii Ulubione zrobić sobie listę rzeczy, które zamierzasz kupić.

Jak korzystać z aplikacji?

Och, to jest proste jak konstrukcja cepa. Pobierasz apkę z Google Play. Jest darmowa.

05

Przy instalacji apka może poinformować cię o konieczności zainstalowania jeszcze jednego programu, będzie to czytnik kodów kreskowych. Zainstaluje go sama, nic nie musisz szukać.

I… już, można korzystać.

Domyślnie aplikacja uruchamia się pokazując 10 ostatnio dodanych produktów.

04

Kosmetyki i produkty dla dzieci pogrupowane są w odpowiednie kategorie.

01

Możesz wyszukiwać interesujące cię produkty na dwa sposoby:

  • korzystając z wyszukiwarki w aplikacji (symbol lupki) i wpisując nazwę
  • sczytując kod kreskowy z opakowania produktu (symbol kodu kreskowego)

Po kliknięciu na dany produkt zobaczysz więcej informacji. Średnią ocen wszystkich oceniających, informację, jaka część z użytkowników aplikacji kupi go ponownie, ile ocen zebrał dany artykuł oraz szczegółowe dane na jego temat.

03

 

Ikonka podniesionego kciuka służy do wystawienia oceny (niekoniecznie pochlebnej). Ikonka serduszka umożliwia dodanie produktu do listy ulubionych. Kiedy przesuniesz ekran, zobaczysz komentarze użytkowników.

06

 

Możesz też wyświetlać produkty w zależności nie od kategorii, ale od uzyskanej oceny.

02

Jak dodać artykuł?

Jeśli jeden i drugi sposób wyszukiwania nie przyniósł efektu, to znak, że trzeba dodać nowy produkt ;) Robi się to niezwykle prosto. Sczytujemy kod, wpisujemy nazwę, producenta i inne informacje wymagane w aplikacji (np. cena, objętość lub ilość sztuk itp.), wybieramy odpowiednią kategorię. Jeśli wprowadzasz artykuł niedostępny w Polsce, przelicz cenę na złotówki (orientacyjnie oczywiście). Potem dwoma ruchami dodajemy ocenę i krótki komentarz. Gotowe. Pamiętaj, żeby kosmetyk wprowadzić starannie, bo można to zrobić tylko raz. Wprowadzonego produktu nie można usunąć ani skorygować, a z informacji będziesz korzystać ty i inni ludzie. Wprowadzić artykuł można tylko poprzez sczytanie kodu kreskowego, dzięki temu unikniemy dublowania się produktów.

Artykuł można wprowadzić w każdych okolicznościach przyrody, wystarczy mieć go pod ręką. Oceniasz i wio, budujesz sobie bazę informacji, z której możesz potem korzystać. Im więcej ocen i komentarzy, tym precyzyjniejsze dane. Na zdrowie, bierzcie i instalujcie. Aplikację ściągniecie stąd: Dzieciowo Ranking.

by kruszyzna at sierpień 28, 2014 07:23

moje waterloo

1875

Wbrew pozorom to jest notka o Irenie Kwiatkowskiej.

Jestem pod wrażeniem, zwłaszcza tych, co eksplodowali tylko dla mnie.


Oczywiście, żeby była jasność, to wszystko moja wina. Gadaliśmy sobie za stodołą na tematy różne, m.in. o internetach, o tym, że jak ja tak w życiu pieprzę, to w internetach też mi się zdarza i Kolega powiedział:
- Blog sobie załóż.
- Mam od ośmiu lat - odpowiedziałam odruchowo.
I w tym momencie zorientowałam się, że szpara między zębami. Znów mi coś przez nią wyleciało. A słowa mają to do siebie, że wepchnąć z powrotem do gęby się nie da.
Na szczęście trafiło na właściwego człowieka (mam nadzieję).

On mnie znajdzie, przecież to proste jak drut. W internetach nie ma żadnej prywatności, a kto tak myśli, ten po prostu ma mniej narzędzi. Wiecie, jak to jest - aby uzyskać oczekiwane wyniki, trzeba po prostu do wyszukiwarki wrzucić właściwą frazę. Jedni mają więcej wprawy, inni mniej i nic w tym dziwnego. Taka Zmorka na przykład to łazi sobie popodglądać Prezesa. Cwaniara. Faktem jest, iż ma fory na starcie, bo widzi szczegóły mojego profilu na fejsie, który jest zamknięty dla niezakoleżankowanych. Osobistego profilu, nie Łoterlowego. (Kto się jeszcze nie przytulił do profilu Łoterlowego, ten powinien udać się tam natychmiast).

Podsumowując: porozmawiam z nim od serca. Niech czyta - ma poczucie humoru, a mnie nie ubędzie (chociaż parę kilo bym ubyła, nie powiem, ale to raczej nie tędy droga). Byle poszedł do dentysty i na wszelki wypadek załatał sobie swoją przerwę na papierosa.
Milczenie wszak złotem.
A od złota nikt jeszcze nie zbiedniał.
A biednemu zawsze wiatr w oczy.
A czy te oczy mogą kłamać?
A kłamstwo ma krótkie nogi.
A nogi...


Mówiłam, że o Irenie Kwiatkowskiej?

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at sierpień 28, 2014 08:12

Zuzanka

Blog do czytania

Pytania do biegacza

Bieganie to nie tylko cały ten haj wynikający z endorfin. To także konieczność opowiadania o swojej pasji podczas różnych spotkań towarzyskich. A wtedy dziwne pytania lubią się pojawiać… Na podstawie mojego przebogatego doświadczenia (biegam blisko dwa i pół roku, więc się znam) wyodrębniłem garść pytań, z którymi musi się zmierzyć każdy biegacz. Prędzej czy później, nie […]

by mrcichy at sierpień 28, 2014 05:20

moje waterloo

1874

No i się porobiło. Państwo głosujo, czy blog zamykać, czy poszatkować.

Wyszło bowiem na jaw w fabryce, że się człowiek po internetach włóczy, a co wie Jaś i Grześ, to wie cała wieś. Aż smuteczek, że o pracy już nie pogadamy. Państwo pomacha Szefowi oraz koleżeństwu. Papa. Pozostaje Wam jedynie nudzić się z moim życiem prywatnym lub też i przemyśleniami oraz działalnością wywrotową. Może z tej rozpaczy założyć jakieś stałe rubryki? Co za pech - Idiomka podebrała mi tematykę feministyczną, więc będę musiała zająć się czymś mniej nośnym. A wolę się upić.

Dla odmiany, skoro ogłosiłam na fejsie jesień, pogoda natychmiast wypiękniała. Słońce świeci, temperatura zadowalająca i nawet w pokoiczku na stryszku cieplej się jakoś zrobiło. Bo się okazało, imaginujcie sobie, że nie ocieplam wystarczająco atmosfery. A gdyby tak kocyk z domu przynieść i wejść w posiadanie kanapki... Fabryka mogłaby się stać moim topowym pracodawcą.

Koszmarnie wprost tęsknię za wyjazdem nad morze. Do tego stopnia, że na Frondzię znów mnie poniosło, gdzie przeczytałam zatrważający wpis o niestosowności noszenia bikini oraz istnienia plaż koedukacyjnych.
Co najbardziej mnie oderza w tego typu wypowiedziach, to standardowy ogląd jednostronny, czyli z punktu widzenia mężczyzn (ale nie do końca). Mianowicie: kobiety nieskromne, wodzące na pokuszenie. Odziać, względnie zamknąć i trzymać w odosobnieniu.
Artykuły mędrców katolickich na tematy damsko-męskie (każdy temat może być damsko-męski, spoko) niezmiennie mnie zasmucają. Albowiem promują one wzorzec mężczyzny jako bezwolnego, tępego, przepełnionego chucią zwierzęcia w rui 24/7. Wynika z nich każdorazowo, że mężczyzna jako taki nie panuje nad żadnymi myślami, słowami i emocjami w swoim żałosnym życiu.

Chciałam się sprzeciwić.
Lubię mężczyzn i znam wielu naprawdę fajnych. I głęboko nie bezmyślnych (czyli myślnych). Zapytani, zapewne nie odpowiedzieliby , że ich nieskromnym myślom winne są kobiety.

Schemat ten powiela się w różnych sytuacjach. Pamiętam barwną dysputę na temat uprawiania przez kobiety zawodów, uważanych za męskie. Jednym z argumentów przeciwko była teza, że kobieta na budowie będzie rozpraszała pracowników. Rodzi się we mnie natychmiast pytanie, czy to jest problem kobiety. Jeśli murarz w pracy nie myśli o murarce, tylko o dupie Maryni, to winna jest dupa czy zainteresowany? Ja w pracy myślę o pracy, nie rozbieram nikogo wzrokiem, nie konfabuluję na temat wyuzdanych pozycji seksualnych, które mogłabym przyjąć w relacji z jakimś kolegą. Jeślibym takie myśli miała, to by znaczyło, że należy dołożyć mi roboty. Sugeruję właścicielom firm budowlanych kontrolować, czy pracownicy dokładają się do wzrostu PKB, czy też nie warto odchudzić załogi. Wtedy nie będzie się trzeba przejmować kobietami-budowlańcami.
Które, oczywiście, są kompletnymi idiotkami, co widać wyraźnie na załączonym obrazku.


by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at sierpień 28, 2014 12:40

Od rana do wieczora

Nowe buty na nowy sezon

Chciałabym się pochwalić Wam nowymi szałowymi butowymi zakupami, jak Asia czy Monika, ale u mnie pospolitość aż skrzeczy. Jeśli nowe buty, to przeważnie dla dzieci.

Macie już buty do szkoły i po szkole dla swoich dziateczek? Odfajkowałam ten punkt programu z wielką ulgą, choć oczywiście nie obyło się bez przygód.

by Chuda at sierpień 28, 2014 11:22

Dzieciowo mi

Szybciorem 115 – seks

Maria wygramoliła się z samochodu, stanęła na chodniku, westchnęła i oznajmiła bardzo stanowczo:

- Seks.

„Seks” – dodała jeszcze dobitniej, kiedy szłyśmy w stronę budynku przedszkola. „Seks, seks, seks!”,  zawołała radośnie, a ludzie zaczęli oglądać się za nami ze zgrozą. „Seks!!!” – wykrzyczała, po czym dwie osoby potknęły się o niezwykle jak na polskie warunki równy chodnik. „SEKS!!!” – ryknęła triumfalnie w drzwiach przedszkola, po czym dumna i blada udała się do szatni, pozostawiając za sobą tłum pogrążony w stuporze i prezentujący wzorcowy wytrzeszcz.

- Seks – dokończyła w końcu. – Widzis, mamo, jak ja ładnie lice po angielsku?

;)

Ikona notki z nortus.pinger.pl

by kruszyzna at sierpień 28, 2014 06:52

zycie na kreske

Kura pazurem

Wiek mojego serca

Wczoraj Mężuś mi zafundował rozrywkę. Uśmiałam się, a pycho cieszyło mi się do samego wieczora. Ale nie myślcie, że te masaże mi się tak spodobały. O, nie! Drugi zresztą dopiero przede mną.

serceWczoraj Mężuś wraca z pracy. Siadamy przy naszym pięknym stole w kuchni. Pałaszujemy. Ja proszę Mężusia, żebyśmy po obiedzie podjechali Jaju bilet miesięczny kupić na dworzec PKS. Tam humor mi się poprawia po raz pierwszy, bo okazuje się, że bilet jest w promocyjnej cenie. U nas w mieście PKS walczy o przetrwanie, bo pół roku temu pojawiła się firma konkurencyjna i ceny lecą w dół. Rok temu bilet kosztował prawie 180 zł, obecnie kosztuje 45 zł. Nieźle, co? Oby tak jeszcze rok wytrwali w tej walce. Wiem, że to z mojej strony straszny egoizm, ale dzięki temu mój portfel lepiej dycha. Panie w okienkach narzekają, bo wiadomo, boją się o pracę i ja to rozumiem, ale cieszę się, że kawał grosza zaoszczędziłam dzięki temu. Ba! Jakby tego było mało do biletów miesięcznych zaczęto dokładać talon na 5 litrów paliwa za darmo. Taki bonusik, by przyciągnąć klientów. Pycho więc mi się uśmiechnęło, bo pięć litrów to kilkadziesiąt kilometrów do przejechania!

Jedziemy z dworca, a Mężuś proponuje, żebyśmy pojechali  na taki duży parking w naszym  mieście, bo tam w specjalnym autobusie można sobie zmierzyć wiek serca.

Ha! Lekki stres jest, bo jak się okaże, że serducho moje ledwo zipie? No, ale jedziemy. Wchodzimy do autobusu. Lekarka wywiad robi, mierzy to i owo, sprawdza dwukrotnie ciśnienie i mówi mi, że moje serce ma 34 lata. Ło, matko! Jaka radość! A ja się bałam, że tyle to moje serducho rozczarowań, wzlotów i upadków przeżyło, że geriatria murowana. A tu taka niespodzianka!

Wychodzę z autobusu i zadowolona pytam Mężusia, jak u niego.

– Głupie to badanie – burczy pod nosem. – Jak można tak określić wiek serca? – narzeka.

Oho, myślę sobie, przed chwilą namawiał mnie, że zbadamy, że profilaktyka, że dobrze wiedzieć, że to fachowcy, a teraz mu się odwidziało?

– Ile ci wyszło? – pytam.

– 55 – mówi. – Ale to bzdura!

Parskam śmiechem. No, to już jasne, dlaczego bzdura. A ja się cieszę, toż nie jest źle, trochę go tylko postarzyli. Sześć lat więcej to nie jest najgorzej, tym bardziej, że dawniej to raczej nie dbał o zdrowie.

W myślach też liczę i liczę, i wychodzi mi, że jestem młodsza od mojego Mężusia aż 21 lat! Normalnie tatuśkiem moim mógłby być. Od razu tak młodziutko się poczułam, niby dzierlatka jaka i kilka podskoków z radości uczyniłam. Aż Jajo się zainteresowało, co się dzieje.

Jednak intuicja dobrze mi podpowiada, że ja młoda kobitka jeszcze jestem. Ba! I mam to na piśmie!

by anna at sierpień 28, 2014 03:59

notatki na mankietach

futrzak

Paul Singer, właściciel funduszu Elliot Management (to oni dostali przychylny wyrok Griesy przeciwko Argentynie w sprawie defaultowych bondów), jest znanym potentatem, który inwestuje miliony dolarów rocznie w lobbying polityczny oraz wsparcie dla republikańskich kandydatów. Dolary Singera wsparły kampanie polityczne co najmniej 18 spośród 45 obecnie urzędujących konserwatywnych senatorów.

W roku bieżącym, Paul Singer wydał na nadchodzącą kampanię wyborczą 7 mln dolarów.

W/g Center for Responsive Politics Singer wsparł pięniężnie 56 kongresmenów (pięć z nich to demokraci) od roku 2004 do dziś.
Poza tym, finansował kilkudziesięciu kandydatów, którzy wyścigu do fotelu kongresmana nie wygrali.
Jako osoba prywatna jest szóstym co do wielkości darczyńcą na rzecz wyborów prezydenckich z 2012 roku. 745 tys. dolarów przekazał Mittowi Romneyowi (który ostatecznie przegrał z Obamą).

Oprócz kampanii prezydenckich pieniądze idą też na potrzeby firm lobbyingowych. American Task Force Argentina – firma Singera, której celem jest dzialność na rzecz uniemożliwienia Argentynie restrukturyzacji długów, otrzymała łącznie, od 2007 roku do dziś na swoje działania 5.2 mln. dolarów.

Na co poszły te pieniądze? M. in. na:
– zagwarantowanie, że reforma dotycząca Wall Street a przepchnięta przez Obamę w 2010 nie objęła posiadaczy bondów argentyńskich (defaulted bonds)
– wielokrotnych deklaracji kongresu dotyczących członkostwa Argentyny w szczycie G20 i uzależniania go od zaakceptowania wyroków sądów amerykańskich w sprawach związanych z defaultem
– usiłowanie zablokowania pożyczek z Inter-American Development Bank oraz Banku Światowego
– usiłowanie zablokowania ugody z Klubem Paryskim

To, co wylistowane powyżej, to są publicznie dostępne informacje, ponieważ łapówkarstwo – pardon – lobbying jest w USA legalny.
Nie ma żadnych dowodów, że i sędzia Griesa został „wylobbowany” czy że otrzymał cokolwiek na poczet takiego a nie innego rozstrzygnięcia wyroku.
Mogło zresztą wcale nie być to konieczne. Griesa na stanowisko sędziego federalnego został nominowany przez Richarda Nixona, prywatnie jest bardzo religijnym konserwatystą, członkiem Christian Science. W ciągu swojej kariery dał się też poznać jako osoba o mocno prawicowych inklinacjach. Prawdopodobnie to nie przypadek, że on rozstrzygał w sprawie NML Capital versus Argentyna.
Pozew został złożony przeciez przez vulture funds w dysktrykcie, w którym rozstrzyga Griesa…

źródło


by futrzak at sierpień 28, 2014 01:34

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

nie-pełno-sprawni ale pełno-ludzcy, a my bardziej ludzcy

stary dwór ożywa przy takich gościach
W Nagorzycach tłumy. Zaprzyjaźnieni niepełnosprawni z rodzicami i opiekunami. Szefem tego bałaganu jest Jacek Zaleski- ojciec niepełnosprawnego Kuby. Założył stowarzyszenie i hula, dzięki czemu rodzice mają wsparcie, a dzieci i dorośli "inni" wypoczynek, atrakcje. Czego oni nie robią! Nawet do PFRON się wybrali, na wycieczkę, a jakże, co dało okazję tamtejszym pracownikom do spotkania twarzą w twarz z ludźmi upośledzonymi intelektualnie. Nie ma to jak ćwiczenia w realu. A podopieczni mogli pojeździć wypasioną windą i po luksusach pobiegać. U nas biegali na Górę Witosławską i po boisku. Mniej luksusowo, ale w kontakcie z przyrodą. Inżynier, choć lekuchno chory, nie dał sobie odebrać przyprawiania  zupy, bo miała być pierwsza klasa. Podobno była. Nie jadłam, bom musiała do Zochcina wracać. Ich stowarzyszenie nazywa się bezpretensjonalnie: Dobra Wola. Dzięki takiej woli można zmienić świat trudu i cierpienia w radość. Konieczność ciężkiej pracy w pakiecie. Co z tego mamy? Stajemy się bardziej ludzcy. Oni nas tego uczą. 
Byłam u pewnej rodziny. Zaprowadził mnie tam znajomy właściciel małej firmy. Od lat im pomaga, jak może, ale sam ledwo przędzie, więc już nie może. Stan osobowy: pani w wieku emerytalnym z córką głęboko autystyczną lat 31, synem żonatym z niepełnosprawną kobietą i ich dwójką dzieci: starsza córeczka też niepełnosprawna. Trzecie dziecko w drodze. Ma być chłopak. Wszystko w jednym pokoju starej, nędznej chałupy. Z pensji - najniższej rzecz jasna, odłożył chłopina i sklecił łazienkę, co z dumą pokazywał. Podziwiam dzielność tych wszystkich ludzi. Oni się nie skarżą. Mój znajomy wymienił im okna. I co dalej? Trzeba by dobudować chociaż ze dwa pokoiki, tylko jest obawa, że stary dom się rozsypie jak się go ruszy. Głowa mała. Moja. Bo Pana Boga jest pełnowymiarowa. Na razie pchamy pod górkę budowę dla innej rodziny. A kolejnej wystarczyło kupić papę i lepik. Sami pokryją dach, a łóżka dowieziemy z Warszawy w piątek. Inni siedzą przy świecach, bo "tatuś" odłączył im prąd. Ojcostwo bywa troskliwe! Trzeba tam zajrzeć. 
Garfield mnie dzisiaj wzruszył: mysz tłustą przyniósł pani swojego serca, czyli mnie. I miauczał oczekując podziękowania. Pan Jezus, co go przytaszczyliśmy z jezuickiej piwnicy z Krakowa i stał w ogrodzie, stracił rękę. Odpadła. I nie da się zreperować. Czyżby chciał być niepełnosprawny? Chyba nie wie, że w naszym kraju brak ręki nie uprawnia do renty. Więc do piwnicy nie wróci. 

Nad-obowiązkowo

Naucz nas, Panie, mówić o miłości
a odpowiemy na nienawiść słowami serdecznymi.
Naucz nas, Panie, mówić o sprawiedliwości,
a znajdziemy słowa, które wyzwolą i rozerwą kajdany.
Naucz nas, Panie, mówić o pokoju,
a zamienimy gorycz w śpiew radości.
Naucz nas, Panie podnosić głowy,
a patrzeć będziemy w niebo zamiast spuszczać oczy.
Naucz nas, Panie, czytać znaki czasu,
a będziemy umieli  przekazać prawdę Słowa.
Naucz nas, Panie podążać za Tobą,
a nauczymy się poznawać Ciebie w burzach i trudnościach
Naucz nas, Panie, świadczyć o Tobie,
a głosić będziemy życie, które z Ciebie wytryska/J.Grou-teolog, biblista/

by Małgorzata Chmielewska (noreply@blogger.com) at sierpień 28, 2014 01:23

sierpień 27, 2014

pierwsza żona

dupa

Przyszedł dziś taki dzień kiedy to sciszylam telefon i poszlam spac o 17.00.

po wstaniu bylam w stanie jedynie usiasc i nacisnąć play

następnie bezkarnie zjadłam 2 mozzarele z 4 pomidorami, puszkom oliwek i CHLEBEM.

Zjadlam to wszystko na brudnym stole, tłustym, mokrym i z dziwnymi brązowymi zaciekami.

potem zjadłam paczke chrupek kukurydzianych kruszac niemiłosiernie. odgarnelam okruszki. postawiłam kompa, nacisnelam play.

Jestem taka zbuntowana, taka dziś niezalezna!

tak mnie dziś szlag trafia na wszystko. tak mnie dziś wkurwia wszystko. tak mnie nikt nie kocha!!!!

teraz nacisnę play i przedawkuje vibowit.

pa.

 

by autor at sierpień 27, 2014 10:19

TUV

nie,no nie poznaję tego lata…

zimno!

zwierzyna pochowana tam gdzie się można ogrzać,czyli w mojej ocieplinie…

a Kubkowi to tylko nosek sterczał;)

coś tam w sprawie remontu się dzieje.

I tak oto wygląda blat po pomalowaniu….

ławy niczego sobie …

Po zniesieniu na dół,praktycznie niczym się nie odróżniają od koloru boazerii…błogosławione ciemności parteru.

Ale bardzo,bardzo mi się zaczynają podobać!

Jednak po dokładniejszym obejrzeniu powędrowały znów na poddasze bo niedomalowane.Nie mamy czasu na to , i robimy zazwyczaj przy złym świetle,bo wieczorami .Mnie udało się raniutko ale wtedy obrabiałam nogi stołu.

Dwukrotnie malowane,przecierane papierem ściernym a i tak trzeba malować jeszcze raz.Ależ to się dłuży !!!

Wszystko przez to zimno…ZIMNO !!! cóż w lipcu tropiki to natura teraz wieje chłodem.

Raczę się grzańcem i grzeję kotami;))) ( na podłogę patrzeć nie trzeba,też do remontu )

 

by Tuv at sierpień 27, 2014 09:33

Pani Smaczna

Ciasteczka musli

Ciasteczka musli

Macie w domu zalegające kartonik musli? Najpierw zjadamy je (my lub pociecha) oczami w sklepie a potem stoi. Wiecie co z nim zrobić? ;) Ciasteczka proponuję! Zdrowa, pełna błonnika przekąska powinna zainteresować zarówno dzieci jak i dorosłych.

Składniki:

12 większych sztuk

  • 140 g masła orzechowego (ja użyłam kremu peanua)
  • 90 g miodu (użyłam pomarańczowego)
  • ½ łyżeczki cynamonu
  • ½ łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 1 duże jajko
  • 170 g niesłodzonego musli
  • 60 g mąki pełnoziarnistej (użyłam orkiszowej)
  • ½ łyżeczki proszku do pieczenia
  • garść orzechów włoskich
  • garść pestek dyni










Wykonanie:

W rondelku podgrzewamy masło / krem i miód. Gdy się rozpuszczą dodajemy ekstrakt waniliowy oraz cynamon. Mieszamy, drewnianą łyżką.

Gdy masa trochę przestygnie dodajemy jajko i energicznie mieszamy. Następnie dodajemy musli, mąkę oraz proszek do pieczenia. Dokładnie mieszamy.

Piekarnik rozgrzewamy do 180°C. Blachę wykładamy papierem do pieczenia. Masę wykładamy łyżką, w odstępach ok. 2 cm, lekko ją spłaszczając.

Ciastka pieczemy ok. 12-15 minut, po czym pozostawiamy do ostygnięcia.

Smacznego!

Bazowałam na tym przepisie.

 

by Pani Smaczna at sierpień 27, 2014 08:25

Kura

Kura po bałtycku

200 metrów do morza.


Szacowany czas dotarcia do brzegu uliczką naszpikowaną straganami - godzina.

Suniemy chaotycznie.

Rozmyślam o gumeczkach, skoczkach, fikuśnych piłeczkach, żółwikach z muszelek, buteleczce z chybabursztynami i kilku innych cudach wypełniających już naszą walizkę.

G.i A machają do mnie entuzjastycznie.

- Zobacz, zobacz tylko! Tu jest wszystko za darmo po 2 złote!!!



17979329748 x 2 złote = 0

Szalenie u nas tanio w tym roku...



Pozdrawiam
Kura po bałtycku

 

PS Z przyczyn technicznych (wakacyjnych) rysunku tymczasowo brak :).

by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at sierpień 27, 2014 08:21

Pani Smaczna

Rogaliki z kremem bazyliowym, suszonymi pomidorami i cheddarem

Rogaliki z kremem bazyliowym, suszonymi pomidorami i mozzarellą

Lubicie rogaliki? Ja uwielbiam, pod każdą postacią :) Nie tylko słodką! Tym razem przygotowałam mini rogaliki z kremem bazyliowo-orzechowym i kozim serkiem. Przepis na krem znajdziecie tutaj. Zaskakujące połączenie smaków zostało dobrze przyjęte przez nasze kubki smakowe :) Po rozłożeniu całego nadzienia został mi kawałek ciasta. Mąż oczywiście nie przepuścił i zrobił sobie mini-pizzę – to tak w ramach wyjaśnienia do zdjęcia ;)

Składniki:
16 sztuk

Ciasto:

  • 4 g suszonych drożdży
  • 90 ml ciepłej wody
  • 50 g cukru
  • ½ łyżeczki soli
  • 1 jajko
  • 55 g miękkiego masła
  • 250 g mąki pszennej

Wykonanie:

Ciasto: w misce miksera mieszamy drożdże i ciepłą wodę. Odstawiamy na 5 minut. Następnie dodajemy cukier, sól, jajko, masło i 150 g mąki. Miksujemy (z końcówką hakiem) na gładką masę i dodajemy pozostałą mąkę. Kilka minut ugniatamy, po czym przykrywamy i odstawiamy w ciepłe miejscy na 1,5 – 2 godziny.

Po tym czasie wyjmujemy ciasto na stolnicę chwilę dłonią ugniatamy i dzielimy na dwie części. Z każdej formujemy okrąg i dzielimy (krojąc jak pizzę; tworząc coś w rodzaju śnieżynki ;) ) na osiem części.

Nadzienie: ser trzemy na tarce, suszone pomidory kroimy w paseczki.

Na środku każdego trójkąta rozsmarowujemy krem bazyliowo-orzechowy, dodajemy paseczki suszonych pomidorów i cheddar. Zawijamy, tak aby powstał rogalik dłuższym bokiem do środka. Masło rozpuszczamy i smarujemy nim rogaliki. Na koniec rogaliki posypujemy serem.

Piekarnik rozgrzewamy do 200°C. Blachę wykładamy papierem do pieczenia i pieczemy rogaliki przez około 12-13 minut, aż nabiorą złotego koloru.

Smacznego!

by Pani Smaczna at sierpień 27, 2014 08:21

nic specjalnego

Coś "na ząb" robione "na oko"

Gdy ostatnim razem  byłam w Austrii i w przeuroczym ogródku   nad
brzegiem jeziora spożywałam z córką obiad, do sąsiedniego stolika kelner
przyniósł coś, co wyglądało  jak kawałki biszkoptu posypane cukrem pudrem.
Znad talerzy unosił  się intensywny zapach wanilii i jabłek z nutką cynamonu.
Jako rasowy łakomczuch zainteresowałam się co to za danie, więc córka
zapowiedziała, że nastepnego wieczoru dostanę takie żarełko, bo jej mąż
świetnie je przygotowuje.
Składniki owego dania to: jajka, mleko, śmietana 30%, wanilia, jabłka, rodzynki,
mąka pszenna, cukier  kryształ i cukier puder.
I rzeczywiście, mój zięc, który jest facetem wielce zdolnym,  zaserwował nam
takie  żarełko.
A przedwczoraj wieczorem dostałam napadu kulinarnego i też je zrobiłam.
Robiłam oczywiście "na oko", ponieważ nie byłam uprzejma zapisac sobie
tego przepisu. Poza tym zrobiłam wersję bezglutenową.
A więc:
do miski wrzuciłam 4 jajka, dodałam tubkę (150g) skondensowanego słodzonego
mleka o smaku waniliowym, rodzynki namoczone w rumie, 150g mączki
migdałowej i jedno jabłko obrane, starte  na tarce z dużymi oczkami.
Wszystko razem krótko zmiksowałam i zawartośc miski wylałam na patelnię
z mocno rozgrzanym klarowanym masłem. Smażyłam jak omlet, czyli stopniowo
unosiłam boki placka, by wpływała pod spód jeszcze nie usmażona mieszanka
jajeczna.Gdy całośc już się ścięła, pokroiłam zawartośc patelni w szerokie paski
i każdy pasek po kolei odwróciłam na drugą stronę, by się  dobrze zarumienił.
Patelnię nakryłam siatkową pokrywką i smażyłam do momentu zarumienia się
spodniej części pasków. Na koniec posypałam niewielką ilością cukru pudru
wymieszanego z cynamonem.
Kolacja była super, jak to określił mój ślubny.
Oczywiście zamiast mąki pszennej dałam mąkę migdałową, ale można też dac
mąkę kokosową. Zamiast mleka i śmietany oraz cukru dałam "gotowca", czyli
mleko skondensowane.
Paski tego omletu kroiłam plastikowym  nożem, żeby nie uszkodzic patelni.
A moja znajoma, jako znacznie mniej leniwa osoba dodała na wierzch bitą śmietanę.
Wg mnie  jest to po prostu tzw. "omlet-grzybek" i można  poeksperymentowac
z jego składnikami.
Coś czuję, że następnym razem dodam do masy jajecznej kakao.


by anabell (noreply@blogger.com) at sierpień 27, 2014 09:13

pokolenie ikea

IMG_0020

Ta podróż wcale nie zaczęła się źle od początku, tylko mniej więcej od jednej trzeciej. Jechałem, jechałem, jechałem i w pewnym momencie komputer pokładowy do mnie przemówił i od razu wiedziałem, że będzie źle bo on jak się już wyświetla to zawsze będzie jakiś kłopot. 

Przypomina to sytuację, gdy koleżanka przekonała znajomego geja Kurę aby po raz pierwszy poszedł na depilację woskiem, bo to wcale nie będzie bolało. I poszedł. 

Komunikat głosił: „check tyre pressure.”

No to pomyślałem, że widać dawno kół nie dopompowałem to zeszło nie? Podjechałem więc na stację benzynową w Belgii, a później jeszcze we Francji bo komunikat nie chciał zniknąć.

Wsiadł do środka kumpel doktor habilitowany informatyki i zrestartował mi komputer pokładowy. Zrobił to w bardzo prosty sposób – przeczytał instrukcję obsługi samochodu, która trzymałem w schowku.

Jakoś mi się nie udało do tej pory, a wszystkich tych którzy chcą we mnie rzucać mięsem zapytam: a wy przeczytaliście instrukcję obsługi swojego samochodu? No, właśnie.

Kontrolka zniknęła pojechałem dalej.

Następnego dnia zwiedzałem urokliwe normandzkie miasteczko Sourdeval, które jak to urokliwe miasteczka mają w zwyczaju ma kościół, rynek, piekarnię i coś tam jeszcze. Samochód zaparkowałem na tymże rynku i poszedłem oglądać sobie miasteczko.

Wracam i patrzę z oddali i czuję jak mi brwi pod linię włosów podchodzą bo w miejscu gdzie zaparkowałem mojego samochodu nie ma.

Oczywiście pomyślałem, że jakiś francuski apasz mi go zajebał ale nie. Stał 50 metrów dalej zaparkowany tyłem na dwóch słupkach.

Więc pamiętajcie drogie dzieci aby zaciągać ręczny DO KOŃCA dobrze? Mnie brak tej świadomości kosztował efektowne wgięcie w zderzaku.

Popadłem w skrajną depresję (nie dlatego że walnąłem w zderzak, od czegoś do nędzy płace to ubezpieczenie, tylko z powodu własnej głupoty), która trwała mniej więcej do następnego dnia rano gdy jadąc odwiedzać kolejne urokliwe miasteczko wyświetlił mi się komunikat „check tyre pressure”.

Pomyślałem, bo myślę raczej zwięźle: i chuj, pomyślę o tym jutro. I jechałem sobie bardzo spokojnie drogą podziwiając widoki, gdy ktoś w czerwonej ciężarówce zaczął na mnie trąbić w celu wyprzedzenia.

Będąc uprzejmym człowiekiem zjechałem kulturalnie na bok i to był przyznaję po czasie błąd. Pan dodał gazu, ryknął soczyście i wyprzedzając mnie… urwał mi lusterko i wrzucił mnie do rowu. 

Nie chciał przy tym zauważyć swego czynu i oddalił się pospiesznie nieustająco przyspieszając. Prawdopodobnie goniły go wyrzuty sumienia.

Owszem wpadł mi do głowy pomysł aby dogonić skurwysyna i spuścić mu wpierdol, ale po pierwsze postanowiłem sobie, że nie będę się denerwował a po drugie jak już przycisnąłem pedał gazu to drogę zablokował mi majestatycznie jadący citroen c5 a mi zapał opadł.

Polecam taśmę z samochodowej apteczki, na taśmie lusterko trzymało się całkiem nieźle. Później wzmocniłem je jeszcze dodatkowo srebrną taśmą klejąca i było prawie dobrze. Wyglądałem na tyle groźnie, że kierowcy teraz sami mi ustępowali drogi.

Znalazłem serwis Hondy w Caen i kosztem jedynych 500 euro obinstalowano mi raptem tydzień później (czekanie na części) nowe lusterko.

Przy okazji pan serwisant wyjął z lewej przedniej opony pokaźny ot trzy centymetrowy gwóźdź. Zapytał czy chcę go na pamiątkę, ale nie chciałem.

No i wracałem sobie spokojnie do kraju z dalekiej wycieczki dumając nad wysokością składki ubezpieczeniowej w przyszłym roku, gdy Olga za kierownicą zjechała o 100 metrów za wcześnie z autostrady.

Zdarzają się większe nieszczęścia, niemiecka prowincja bywa przepiękna, nawigacja błyskawicznie wyprowadziła nas z powrotem na autostradę, jedziemy sobie dłuższą chwilę, patrzę dookoła i w końcu zapytałem to co cisnęło mi się na usta: Olga?

- Tak?

- A dlaczego tak tu pusto?

- Bo nikt nie jedzie?

- A dlaczego my jesteśmy jedyni na tej drodze? – drążyłem dalej temat.

- Może mają jakieś lokalne święto? Albo obiad jedzą? Niedziela jest nie marudź – fuknęła.

Po chwili było ograniczenie do 110, później do 70, do 40 a później był już niemiecki cieć, który z otwartymi oczami jak półmiski mojej matki w czasie świąt Bożego Narodzenia oznajmił nam, że droga jest zamknięta i w budowie i że on nie wie jak my na nią wjechaliśmy ale mamy się oddalić bardzo pośpiesznie.

Na pytanie jak mamy to zrobić, padła błyskotliwa odpowiedź: zurück. No więc odkręciliśmy zurück, zignorowaliśmy błagalne jęki nawigacji o powrocie w to samo miejsce i przy pomocy mapy papierowej szparko ruszyliśmy w kierunku na Drezno.

CDN

 

 

 

IMG_0020Photo by Guillaume P. Boppe a Creative Commons license

 


by panikea at sierpień 27, 2014 07:48

moje waterloo

1873

Kupiłam sobie książkę. Znowu.


To nie jest w Waszym interesie, bo może mnie wessać. A przecież mam jeszcze ledwo co zaczętego nowego Pratchetta i trylogię Ziemiańskiego "Pomnik cesarzowej Achai". Tak, miałam przeczytać wcześniej, zabrałam się, odświeżyłam sobie trylogię "Achaja", a potem odciągnęło mnie do innych czynności. W każdym razie sytuacja jest zadowalająca, bo przy łóżku leży już 5 książek i to wcale nienajcieńszych. Przystojna sytuacja.

Warunki do czytania są wielce sprzyjające, gdyż niespodziewanie zrobił się cholerny listopad. Przy tym obie dyrekcje ciągały mnie dziś po budynku na wyprzódki, za pomocą sekretarek popiskując: szybko, szybko, chodź tu!!! I raz, że od mojego latania zrobił się przeciąg, a w przeciągu to wiadomo, a dwa, że na z nagła zaimprowizowanej naradzie u naczelnego zmarzłam jak cholera.
Przy tym ubawiłam się setnie, wpadłszy w trwający już od jakiegoś czasu kocioł.
- O, jesteś! Zamów sobie kawę, czy co tam chcesz - przywitał mnie, po czym wysilił się na dowcip - Albo nie. Trzeba oszczędzać. Nie zamawiaj.
- Za późno - odpowiedziałam leniwie. - Już zamówiłam.
- Będę chyba musiał porozmawiać z sekretarką.
- Słusznie, to pana sekretarka.

Kawa jednak za ogrzewanie nie wystarczyła. Ja pijam kawę z wiadra, więc takie filiżanusie, to wiecie... Może siedem naraz, ale jedna - żart. Poza tym nie zdążyłam jeszcze zjeść śniadania. I zrobiło mi się zimno, a ci gadali i gadali. Czy wspominałam, że nie cierpię bicia piany? Nawet jeśli wspominałam, to podkreślę raz jeszcze: nie-cier-pię! Uważam to za absolutnie idealną stratę czasu, szczególnie w porze śniadania. A wiedziałam, że one tam na górze na pewno zrobiły już sałatkę i kto wie, czy nie zeżarły!

Nie zeżarły. Podobno pochyliły się nad moją niedolą, gdyż albowiem poszła plota o nowym projekcie, co to musi mieć kierownika. Więc uznały, że skoro wezwano mnie na gwałt to pewnie w tej sprawie. I rzeczywiście, acz nie do końca.
Cóż... trzeba się będzie przemykać pod ścianami.
Albo i urlop wezmę, co mi przysługuje. Zawsze to jakiś sposób na przeczekanie.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at sierpień 27, 2014 07:49

Slow Day Long

Tuczysz dziecko jak małą świnkę? Jak dorośnie, to zrobi Ci niezły gnój!

Długo się kłóciliśmy kto ma napisać ten tekst. Oboje mieliśmy na niego chrapkę. Po dłuższej dyskusji wpadliśmy na kompromisowy pomysł. Zróbmy go razem! Tym samym zapoczątkujmy nową tradycję na naszym blogu. Mamy na myśli wpisy, które będą formą dialogu, na dany temat, między nami obojgiem. Jak to sami nazwaliśmy „kulturalne kłótnie”. Zaczynamy od tematu nam bardzo bliskiego, który postanowiliśmy ugryźć z zupełnie innej strony.

PROLOG

Całkiem niedawno zostaliśmy zaproszeni na urodzinową imprezę. Ta, odbyła się nieopodal Wrocławia, nad jednym z kąpielisk. Rano postanowiliśmy popływać w nieopodal położonym jeziorku. Jednym z gości, był znajomy Kamili brata od wypraw samochodami terenowymi, przemiły człowiek. Robert jest lekarzem anestezjologiem, a na miejscu pojawił się ze swoim dziesięcioletnim synem Szymonem.

Panowie zabrali ze sobą ponton. Na imprezie był też inny znajomy, ze swoimi córkami. Dziewczynki były nieco młodsze od Szymka. Obie są raczej drobniutkie i urodziwe. Chłopiec, raz jedną, raz drugą z nich zapraszał do pontonu i obwoził po niewielkim stawiku. Oczywiście, wszystko działo się pod bacznym okiem obydwu tatusiów, którzy co jakiś czas pozwalali sobie na drobne żarty, w stylu „tylko nie w trzciny” itd.

Po jakimś czasie dziewczynki poszły z tatą na drugie śniadanie, a chłopak pływał sobie dalej. Po chwili podeszła do niego inna dziewczynka, również podobna wiekiem. Tym razem była dosyć… pulchna. Żeby nie powiedzieć gruba. Czy mogę z tobą popływać? – zapytała. Nie ma miejsca – odpowiedział Szymon i czym prędzej odpłynął od brzegu.

KAMILA I DAMIAN ROZMAWIAJĄ

Damian: Czy zwróciłaś uwagę, że od pewnego czasu, w mediach, przynajmniej niektórych, zaczyna być kreowana moda na bycie grubym? Tak jakby społeczeństwo miało się przyzwyczaić do tego, że to przecież nic złego mieć nadwagę. Jakiś czas temu pojawiły się ‚celebrytki’ Grycanki, które, co to dużo mówić, są strasznie grube. Na szczęście, były chyba tylko jednosezonową atrakcją, bo jak szybko się pojawiły, tak zniknęły. Mam nadzieję (śmiech!).

Kamila: Może chodzi o to, aby osoby, które są otyłe poczuły się dzięki temu lepiej. Na zasadzie: popatrz, nie musisz czuć się źle, bo jest nas całkiem sporo. Ci, którzy to lansują zdają sobie sprawę, że nie jest to nic zdrowego. Jednak może im zależeć na tym, aby grubych ludzi było coraz więcej, bo mają w tym jakiś  interes.

Damian: Tym bardziej, że statystyki krzyczą, iż jesteśmy najszybciej tyjącym narodem w Europie. Tyczy się to głównie dzieci. A przecież odpowiedzialność za to biorą, albo przynajmniej powinni brać, ich rodzice, którzy z tym faktem nic nie robią.

Kamila: Robią! Tuczą je coraz bardziej. Pomijam już kwestie zdrowotne, o których teoretycznie wiedzą wszyscy. Chodzi też o kwestie społeczne. Człowiek szczupły, będzie zawsze postrzegany jako atrakcyjniejszy, mądrzejszy czy bardziej pożądany w towarzystwie, niż człowiek gruby. Dziecko z wyraźną nawdagą zawsze będzie tym ostatnim wybieranym do drużyny na lekcji WF’u. Podczas wycieczki szkolnej będzie się szybciej męczyć i spowalniać grupę. To denerwuje nauczyciela. Nie wspominając o tym, że inne dzieci zwykle mówią o nim: grubas, ciamajda itd. To nie jest przecież miłe.

Damian: Zobacz. Nawet w filmach zwykle dzieci grube są tymi, które ciągle pakują się w jakieś tarapaty, ściągają na innych nieszczęścia, są mniej lubiane, nieszanowane przez innych, stając się tzw. popychadłami. To chyba nie przypadek?

Kamila: Nawet nauczyciele w szkołach podświadomie lepiej oceniają te szczupłe, a przez to bardziej energiczne dzieci, niż dzieci otyłe i ospałe. W stosunku do tych drugich mają mniejsze oczekiwania, na zasadzie: on i tak sobie nie poradzi.

Damian: Jasne! Bo człowiek działa skrótami myślowymi. Jak widzimy dziecko ładne, zadbane i szczupłe, to z automatu przypisujemy mu pozytywne cechy charakteru. Generalnie w społeczeństwie osoby atrakcyjne, uważamy za mądrzejsze od innych. Oczywiście w rzeczywistości nie zawsze tak jest, ale tak działa ludzki umysł. Tym samym, jeśli widzimy grubasa obżerającego się wielkim hamburgerem, to od razu nadajemy mu negatywne cechy osobowościowe. Że jest pewnie głupi itd.

Kamila: Pamiętam, jak kiedyś w pociągu widziałam grubego licealistę, który wyjął z torby z 20-30 dkg żółtego sera w kawałku i zaczął go jeść, po prostu gryząc jak jabłko.

Damian: To co sobie o nim wówczas pomyślałaś?

Kamila: Po prostu zrobiło mi się niedobrze.

Damian: A pamiętasz, jak byliśmy z Alicją w szpitalu, kiedy miała zapalenie płuc i rodzice otyłego chłopca, przynosili mu codziennie na kolację dania w rodzaju polanych skwarkami pierogów, czy porcja 15-tu placków ziemniaczanych? Przecież to za dużo jedzenia na noc nawet dla dorosłego!

Kamila: Pamiętam, że chłopiec miał 10 lat i ważył wtedy tyle samo, co ja, kiedy szłam rodzić Alicję. Pielęgniarki tłumaczyły jego rodzicom, że robią mu wielką krzywdę, karmiąc go w ten sposób i że jego problemy z sercem są spowodowane głównie tym, jak się odżywia. Niestety, ci nie słyszeli tych argumentów, tłumacząc się m.in. że przecież to dobre, domowe jedzenie. A do McDonalda, to „chodzimy tylko raz w miesiącu”. Niestety, na kardiologię dziecięcą chodzili z podobną częstotliwością.

Damian: Co do McDonalda. Zawsze mnie zastanawia fenomen tej „restauracji”. Zawsze kiedy przechodzimy przez strefę gastronomiczną w Magnolii (centrum handlowe we Wrocławiu) widzimy w niej tłumy. Większość z konsumujących stanowią rodziny z dziećmi oraz młodzież.

Kamila: A vis a vis, w knajpie serwującej głównie sałatki, siedzi kilka pojedynczych osób. Pamiętam, jak na szkole rodzenia, na zajęciach o żywieniu dzieci, jedna z matek powiedziała: Chyba każdy z nas, jak widzi grube dziecko, myśli: „O, świnka!”.

Damian: Pamiętam. Pozostali rodzice byli wręcz zbulwersowani tym stwierdzeniem. A niestety, była to prawda. Takie małe, spasione dzieci, obżerające się drugim pączkiem pod rząd, zapijające go napojem gazowanym, wyglądają po prostu obrzydliwie.

Kamila: Niestety. Dziwi mnie, że rodzic, który sam jest otyły i w związku z tym ma świadomość, jak bardzo przeszkadza to w życiu, funduje taki sam los swojemu dziecku. Robi mu krzywdę, bo z góry zakłada, że jego dziecko jest obciążone genetycznie. Przynajmniej często się tak tłumaczy. A to zazwyczaj nie jest to przecież żadne obciążenie, ale zwykłe zaniedbanie. Bo jeśli taki rodzic nie ma wiedzy, co z tym fantem począć, ale widzi problem, to powinien się zwrócić do kogoś o pomoc, a nie zostawiać sprawę ot tak, po prostu. Niestety, zazwyczaj problemu nie widzi. Albo mówi: My już tak mamy.

Damian: Nie wiem, czy pamiętasz, ale kilka lat temu była taka sytuacja, że gdzieś na jakiejś wiosce przyszła opieka społeczna i zabrała matce dziecko. Powodem tego było stwierdzenie, że dziecko jest chorobliwie otyłe. I niestety, faktycznie takie było. Straszny bulwers się wtedy podniósł, że jak to, że tak nie można. A może oni temu dziecku zrobili tym dobrze? Bo dawanie dziecku zbyt dużo jeść, też jest przecież zaniedbaniem. Nie wspominając, że grzechem.

Kamila: Ciężko się nie zgodzić. Nie tak dawno, pod jednym z naszych archiwalnych wpisów, pojawił się komentarz od jednego z naszych czytelników, który chce zostać ojcem. Zanim to jednak nastąpi, postanowił ostro schudnąć, bo zdał sobie sprawę z tego, jak się zaniedbał. Tym samym chciał od początku dawać swojemu dziecku dobry przykład. Wspominał też , że chce być aktywny ruchowo i mieć siły do tego, aby z dzieckiem „zagrać w piłkę”, a nie tylko siedzieć przed telewizorem, czy komputerem (wpis i komentarz przeczytasz TUTAJ).

Damian: Ciekawe, ilu jest takich świadomych rodziców? Mam wrażenie, że niewielu. Pamiętasz, jak w zeszłym tygodniu, szukając dla Alicji przedszkola, rozmawialiśmy z szefem jednej z wrocławskich firm cateringowych, która zaopatruje placówki edukacyjne. Firma ma dobrą opinie w branży (sprawdziliśmy kanałami „eventowymi”), a jej właściciel okazał się rzeczowy i konkretny. Powiedział nam, że niestety od rodziców, słyszy często żądania, żeby podawał jedzenie mniej zdrowe. Bo dzieci nie chcą jeść jogurtu naturalnego z owocami sezonowymi, tylko wolą słodzone jogurty „owocowe”. Zamiast domowego kisielu, wola ciastka. Przykłady można mnożyć.  Dzieci nie są przyzwyczajone do zdrowego jedzenia.

Nawet nauczyciele w szkołach podświadomie lepiej oceniają te szczupłe, a przez to bardziej energiczne dzieci, niż dzieci otyłe i ospałe. W stosunku do tych drugich mają mniejsze oczekiwania, na zasadzie: on i tak sobie nie poradzi.

Kamila: Ja jeszcze słyszałam o tym, że w przedszkolach dają za mało jedzenia i dzieci są głodne, a od razu po wyjściu rodzice czekają na nie z kanapkami, batonikami i soczkami. Prawda jest taka, że od małego dzieci są przyzwyczajone do zbyt obfitych posiłków. I co z tego, że w przedszkolu jest dietetyk, który dba o menu naszych pociech, jak później rodzice to po prostu psują. W jednej z placówek, jak podpytywaliśmy o to, co jedzą maluchy okazało się, że zdecydowana większość dzieci, nie napije się po prostu mleka czy wody, bo jest przyzwyczajona, aby pić kolorowe napoje i słodzone „mleka” smakowe. No ktoś ich tego nauczył! Wygląda to tak, jakby rodzice nigdy wcześniej nie podawali im w czystej postaci tych dwóch, niby najbardziej oczywistych napojów.

Damian: Twoja szwagierka, Karolina opowiadała nam kiedyś o znajomym dwulatku, uzależnionym od ‚ajsti’. Kiedy byli z wizytą u swoich znajomych, tato chłopca zapytał ją: A co wy dajecie swojemu synowi do picia? Ta odpowiedziała, że po prostu wodę. A on na to: Nie, nie! Źle mnie zrozumiałaś. Pytałem DO PICIA! (bez komentarza).

Kamila: Dużo się mówi o wyrównywaniu szans, jeśli chodzi o edukację, a potem o rynek pracy. Umówmy się, i na uczelni i u rekrutera, ludzie są oceniani po wyglądzie. Świadomie czy nie. Sam kiedyś prowadziłeś rekrutację do firm. I teraz pomyśl, masz dwoje kandydatów o podobnych kwalifikacjach. Jeden z nich jest szczupły, czytaj zdrowy i zadbany (niestety). Drugi natomiast ma sporą nadwagę, przez to zapewne jest powolny i często będzie chodził na L4. A do tego strasznie się poci. Kogo wybierasz?

Damian: Pytanie jest retoryczne. Rodzice narażają swoje dzieci na nie tylko na bycie tymi „gorszymi” i mniej lubianymi w szkole. Rynek pracy to jedno, ale np. poszukiwanie partnera życiowego to drugie. Otyli nastolatkowe, z reguły, umówmy się, to nastolatkowe samotni. Ich koledzy i koleżanki „randkują”, chodzą na imprezy, a oni siedzą przed komputerem, czy telewizorem i gapią się w ekran, obżerając się czipsami. Czy widziałaś w klubie, aby na parkiecie bawiły się grubasy? Bo ja nie. Widać wiele atrakcyjnych, szczupłych i dobrze ubranych osób, bo otyła osoba nie ma tam czego szukać. Zostanie wytknięta palcami. Niestety.

Kamila: Widziałam, w USA, ale to zupełnie inna historia.

Damian: O patologiach nie będziemy tym razem rozmawiać.

EPILOG

Temat jest „gruby” dosłownie i w przenośni. Przykłady można mnożyć, a my nawet po zamknięciu tego tekstu, dalej dyskutowaliśmy. Prawdę powiedziawszy, nie mamy już ochoty nikogo pouczać, wymądrzać się, czy oceniać. Po prostu szkoda nam tych dzieci. Bo faktem jest, że osoby otyłe, czy też mówmy wprost, grube, mają gorzej w życiu. I nich nam ktoś udowodni, że tak nie jest!

Żeby było jasne, pisząc „grubas” nie mamy na myśli osób, u których nadmierne tycie powoduje jakaś choroba. Nie mówimy też o ludziach z lekką nadwagą, ani o tak zwanej „mocnej budowie ciała”.

Piszemy o dzieciach, których rodzice zaniedbują je, przez nadmierne karmienie, jednocześnie mówiąc, że je bardzo kochają. Kochają?

Nie mamy też na myśli Lenki, córki Marleny, autorki bloga Makóweczki.pl, której niedawno czytelniczki wytknęły, ze dziewczynka jest za gruba i powinna coś z tym zrobić (czytaj TUTAJ). Umówmy się, Lenka jest normalnie zbudowaną śliczną dziewczynką, a osoby, które te bzdury napisały, są jak dla nas skończonymi idiotami.

by Kamila i Damian at sierpień 27, 2014 06:47

Dzieciowo mi

Poopeys z Dayli – pieluchy dla szczupaków

Rany, co ja bym bez Marty zrobiła? Już się wydawało, że wrota świata pieluch ostatecznie się przede mną zamknęły i otworzą znowu dopiero za jakieś sześćdziesiąt lat, kiedy ktoś będzie musiał oporządzać mój szanowny zadek (serdecznie ci współczuję, przyszła dobra duszo, i wiedz, że za ten czyn chwalebny będziesz miała nagrodę w niebie), ale oto Marta napisała recenzję pieluch Poopeys, które można dostać w drogerii Dayli. Nazwa skojarzyła mi się od razu tak, jak skojarzyła się bratu Marty i zastygłam w oczekiwaniu na opakowanie z marynarzem żującym fajkę. Marynarza nie było (smuteczek), ale jest naprawdę wartościowa recenzja oraz fotki, a jedno i drugie zapodaję poniżej. Czytamy!

Muszę się przyznać bez bicia, że za pierwszym razem kupiłam te pieluszki głównie ze względu na nazwę. Co tam jakieś Pampers, po co komu pieluchy z Lidla, których nazwy nie potrafię wymówić poprawnie, kiedy mamy… Poopeys! I nie, nie skojarzyło mi się z Popeyem jak mojemu bratu ;)

poopeys

W opakowaniu rozm.4 znajdziemy 40 sztuk moim zdaniem bardzo dobrych pieluch, dużo, dużo lepszych niż większość tańszych odpowiedników oryginalnych Pampersów.

poopeys2

Po pierwsze cena – nie odstrasza zwłaszcza w promocji (19,99zł), regularna to coś około 29 zł.

Po drugie te pieluchy mają coś, czego nie znalazłam w żadnych innych. Mają elastyczne boki i elastyczne gumeczki z tyłu jednocześnie. Zazwyczaj jest albo jedno, albo drugie. Dla mamy bardzo, bardzo szczupłego dziecka jest to niezaprzeczalny atut. Pieluszka ładnie dopasowuje się do chudej pupy, nic nie odstaje, nie trzeba zapinać na dziesięć zakładek owijając tym samym dziecko pieluchą trzy razy. Tym samym łatwo zidentyfikować gdzie jest przód, a gdzie tył (poza gumkami z tyłu, rybka odwraca się do nas…ogonem:) ).

poopeys3

Wewnątrz jest bardzo chłonny wkład (podobny jak w pieluszkach Pampers). Nigdy nic nam nie uciekło ani bokiem, ani górą.

Poopeys nie są tak miękkie jak oryginalne Pampersy (ale nie znalazłam jeszcze takich, które by były równie miękkie), nie mniej jednak są tak samo cienkie i dużo przyjemniejsze w użytkowaniu niż sztywne wersje Lidlowskie czy Rossmanowe. Zauważyłam, że miękkość Poopeys zależy też od partii.

poopeys6

Jedyny minus jaki znalazłam podczas użytkowania tych pieluch to zapięcia, które nie są zaskakująco mocne. Co prawda nie przytrafiła mi się sytuacja w której Poopeys się same odpięły, ale moja sprytna M. bez problemu zdejmuje je samodzielnie, a raz odpięty rzep trzyma już bardzo słabo. Ja sobie z tym radzę, ale zdaję sobie sprawę, że dla niektórych mam może być to dyskwalifikujące.

poopeys5

Podsumowując, to bardzo przyzwoite pieluszki są. Póki co używamy ich na co dzień i radzą sobie świetnie. Dla mnie wygrywają faktem elastycznej gumki z tyłu wraz z elastycznymi bokami. Mamy szczuplaków na pewno je docenią. Warto je kupić zwłaszcza w promocji. Dostępne w drogeriach Dayli.

poopeys4

Jak dla mnie 5- (byłyby idealne, gdyby nie słabe zapięcia).

poopeys7

Fajna recenzja? Fajna. Fajne fotki? Fajne. A teraz trzymajcie się krzesła, bo zapodaję namiary na Martę na Instagramie. Gotowi? Jedziem.

http://instagram.com/owl_with_soul

Ludzie, gacie spadają (z pieluchą włącznie), musicie te zdjęcia zobaczyć! Są świetne!

by kruszyzna at sierpień 27, 2014 05:41

Anrzej rysuje

Andrzej Rysuje w Klubie Komediowym

klub_komediowy_zaproszenieMoje rysunki posłużą za inspirację do improwizowanego spektaklu. Improwizatorzy nie będą ich wcześniej znali, zobaczą je dopiero na scenie i będą na żywo wymyślać scenki. Jak to mówi młodzież, będzie „pysznie”. Klub nie jest wielki, więc warto wcześniej zarezerwować miejsca.

Rezerwacja: rezerwacje@komediowy.pl oraz telefon 517 876 360
Bilety: 30 zł normalny, 20 zł ulgowy

Więcej szczegółów pod linkiem: http://goo.gl/4X6Db6

Share

by Andrzej at sierpień 27, 2014 12:22

kociokwik

Dojrzewanie do bycia kocurem

Wojtek dojrzewa do bycia KOTEM. Owszem, szaleje, ale też coraz częściej zaczepia mnie prosząc o głaski, coraz częściej układa się na "kokoszkę" puchaciejąc i stając się większym kotem niż jest w rzeczywistości. Nie porzucił, rzecz jasna, chowania się pod kapy, kołdry, koce do spania, ale często widuję go śpiącego po prostu na fotelu, czy wersalce. I nie zawsze noce spędza na drapakowym bocianim gnieździe.

Wczoraj mnie zaskoczył. Widząc ułożone na mnie Sisi, Gusię i Nusię zaczął powolutku wchodzić na tapczan. I gdy już, już miał się przytulić do Gusi, ta obudziła się i nakrzyczała na niego. Zwiesił łepetynkę i powędrował na drapak. Ale dziś rano spał na tapczanie, pięknie zwinięty w kłębuszek. Może dziś wieczorem ciotki wyrażą zgodę na jego towarzystwo?

by kociokwik (noreply@blogger.com) at sierpień 27, 2014 01:03

Dwie Chochelki

Wiśnie w rumie

p { margin-bottom: 2.47mm; line-height: 120%; }a:link { }Długo kazałam Wam czekać na ten przepis, ale prawie całe wakacje spędziłam poza domem. Wpadłam na chwilę, przełożyłam wiśnie do słoiczków, rum zlałam do butelki i wróciłam na letnisko. Degustację tak wisienek jak i zalewy odbyłam dopiero teraz, więc z czystym sumieniem mogę Wam zaprezentować jej wyniki. Opinia brzmi: coś pysznego! Co prawda doszliśmy z mężem do wniosku, że wiśnie całkowicie zdominowały smak rumu, ale nie przeszkadza to w delektowaniu się tą lekką nalewką o wspaniałym kolorze i aromacie. A wisienki bez zarzutu. Jędrne, aromatyczne – wręcz doskonałe. Można je używać do deserów czy wypieków, ale myślę, że wyjadane prosto ze słoika będą mi osładzać długie zimowe wieczory. Przepis stąd, dostosowałam proporcje do nędznej ilości wiśni, którą dysponowałam. Wyszły mi cztery małe słoiczki (po 200 ml) i niewielka buteleczka nalewki (też ok. 200 ml).

Chuda


Składniki:
  • 500 g wypestkowanych wiśni
  • 250 g cukru
  • 250 ml rumu

Sposób przygotowania: 
Wiśnie płuczę, odstawiam na sicie, by odciekły, następnie wydłubuję pestki. Mąż pokazał mi, jak to zrobić agrafką – świetny sposób, niech się drylownica schowa. Doszłam do takiej wprawy, że mogłabym najmować się do drylowania.

Wypestkowane wiśnie wkładam do słoika (1,7 l był w sam raz), zasypuję cukrem, zalewam rumem. Delikatnie wykonuję słoikiem ruchy okrężne, aż do rozpuszczenia cukru. Odstawiam na trzy tygodnie (u mnie stało cztery).

Po upływie czasu przeznaczonego na przechodzenie wiśni rumem, a rumu wiśniami, przekładam owoce do wyparzonych słoiczków, zalewam je płynem, słoiki mocno zakręcam. Pozostały płyn zlewam do buteleczki (gdyby nie abstynencja wymuszona karmieniem dziecka, wlałabym wprost do gardła).

W wersji dla wytrwałych zalecane jest odstawienie na pół roku.

by Chuda (noreply@blogger.com) at sierpień 27, 2014 01:00

Zuzanka

Dzieciowo mi

Wcześniak – rodzicielstwo level expert. Część 1 – odżywianie

Jakkolwiek by to głupio nie zabrzmiało, przedwczesny poród i w efekcie wcześniak to dla rodziców trauma. Dla rodziców, podkreślam, nie tylko dla matki. Dla niej z oczywistych względów w stopniu nieco większym, bo w końcu ona jest w ciąży fizycznie, mężczyzna zaś – jakby to ująć – mentalnie. Przeżywają jednak oboje. Oboje są najczęściej nieprzygotowani na przedwczesny poród, bo ciężko być przygotowanym, jeśli się go spodziewamy na za dwa miesiące, a sprawa zaczyna się dziać tu i teraz. Nieprzygotowani fizycznie i psychicznie. Do tego dochodzą częste w takich przypadkach problemy zdrowotne z dzieckiem, a nawet zagrożenie jego życia. W połączeniu z typowym poporodowym zachwianiem hormonalnym mamy naprawdę bombę, która w każdej chwili może wybuchnąć i siać zniszczenie.

Urodziłam wcześniaki, poczułam więc na swoim własnym organizmie, jak to jest. To idiotyczne uczucie, że się zawaliło, nie spełniło oczekiwań i zawiodło. Nie donosiłam, nie dałam rady. Jestem beznadziejna. Na pewno będę kiepską matką, bo głupiej ciąży dotrzymać nie umiałam, a co dopiero potem. Nieustanne zadręczanie się, co zrobiłam źle. Może powinnam mniej się ruszać, co innego jeść i pić? Może nie powinnam wtedy i wtedy zrobić tego albo tamtego? Może powinnam zmienić lekarza? Może nieodpowiedni był szpital? Może powinnam się wnikliwiej przebadać, to wtedy dałoby się tego uniknąć? W nieskończoność. Kolejne poczucie, jakie się pojawia, to strach, jak ja sobie poradzę. Co teraz będzie? Pal licho brak wózka czy łóżeczka, ale w co ubrać dziecko, które ma 40 cm wzrostu? Jakie pieluchy kupić? Jak pielęgnować? A wędrówki po lekarzach? Co robić? Nic przecież jeszcze nie mam, gdzie tego szukać?

Ważne jest też to, że wcześniak nie jest różowym bobaskiem. Tak naprawdę wygląda strasznie. Wychudzony (bo przecież tkanka tłuszczowa miała się dopiero zbudować pod koniec ciąży), ma pomarszczoną, czerwoną skórę, przez którą przeświecają wszystkie większe naczynia krwionośne. Zamknięte oczy zdają się być spuchnięte, jakby gałki oczne za szybko urosły w stosunku do całej głowy. Wcześniak bywa owłosiony na całym ciele, meszek wyciera się dopiero pod koniec ciąży i częściowo po porodzie. Na dodatek od razu po porodzie zabierają go do inkubatora, często na oddział intensywnej terapii i można go zobaczyć dopiero wtedy, jak już jest cały otoczony rozmaitymi rurkami i kabelkami, a z nosa wystaje mu sonda. Sam ten widok to szok dla rodzica.

Pozwólcie, że zapodam coś w rodzaju mocno skrótowego tutoriala dotyczącego karmienia.

Karmienie wcześniaka

W zależności od tego, z jaką masą przyszedł na świat i na jakim etapie ciąży się urodził, karmienie może przebiegać różnie.

Karmienie dożylne (pozajelitowe).

Najmniejsze wcześniaki są karmione dożylnie. Nie są w stanie w żaden inny sposób przyjmować pokarmu. Karmi się je płynem zawierającym roztwór glukozy i elektrolitów. Dostaje też mieszankę białka, witamin, tłuszczu i cukrów do czasu, aż będzie w stanie trawić pokarm matki.

Karmienie poprzez sondę dożołądkową

To już kolejny etap, dziecko jest w stanie trawić pokarm, nie radzi sobie jednak ze ssaniem. Do żołądka wprowadza mu się specjalną rurkę, przez którą podaje się płyn. Najlepiej jeśli będzie to pokarm matki. Jeśli się nie uda – trudno. Dostaje wtedy mleko modyfikowane dla wcześniaków. Widok nie jest przyjemny, ostrzegam, wprowadzanie rurki także pięknie nie wygląda. Pamiętajcie, nikt waszemu dziecku krzywdy nie robi, a pojawia się takie uczucie, nie bez kozery o tym piszę. Rurka jest wprowadzana fachową ręką i ta ręka robi to wiele razy na dzień, ma wprawę.

Karmienie piersią lub z butelki

No, to już jest wyższa szkoła jazdy. Po pewnym czasie karmienia sondą, personel szpitala pomału przestawia małego na ssanie. Z udziałem rodziców oczywiście. Musisz wiedzieć, że to nie będzie prosta operacja. Najlepiej by było przestawić wcześniaka na karmienie piersią, ale nie zawsze się to udaje (mnie na przykład się nie udało). To wymaga poświęcenia i wręcz katorżniczej pracy, zaciskania zębów, prób i wyrzeczeń. Naprawdę.

Wcześniak przede wszystkim ma problem ze ssaniem. Ssanie to wysiłek. Dziecko w życiu płodowym trenuje, ssąc kciuk, ale to nie to samo. Nawet dla urodzonego o czasie dziecka ssanie piersi bywa irytujące, zanim się odpowiednio ułoży i zanim wytworzy zbawienne podciśnienie, żeby sprawnie pobierać pokarm. Wcześniak bardzo szybko się męczy. W efekcie mamy dwie reakcje:

  • rozpoczyna pracę, zasysa, ale po krótkim czasie odpuszcza i… zasypia
  • irytuje się, płacze, nie chce chwytać sutka, nie potrafi „zrozumieć”, że powinien go wziąć do ust, „żąda” efektów teraz, zaraz i natychmiast, a tu przecież trzeba popracować, żeby coś poleciało.

U bliźniaczek miałam obydwie reakcje, po jednej na egzemplarz ;) Co robić? Rozwiązań jest kilka.

  1. Znam matki, które mimo wszystko przyuczyły wcześniaka do piersi (były to wcześniaki urodzone około 30. tc i później, ważące w chwili urodzin między 1200 a 2000 g, lub dzieci urodzone o czasie, ale z hipotrofią). Zajęło im to sporo czasu (kilka tygodni – sic!!), ale się udało. Jeśli wybierasz tę drogę, nastaw się na wysiłek, ale wiedz też i ZAAKCEPTUJ fakt, że może się nie udać.
  2. Wiele matek robi to, co i ja robiłam, czyli odciąga pokarm laktatorem i potem ten pokarm podaje z butelki. Z butelki jeść wcześniakom dużo łatwiej, bo ciągnięcie smoczka nie wymaga takiego wysiłku jak ssanie piersi). Przy jednym dziecku opcja spoko, przy bliźniakach nie wyrabiałam, nie spałam, nie jadłam (a jeszcze trzecie dziecko, dwuletnie przecież było), non stop odciągałam pokarm, dlatego powiedziałam pas i wybrałam trzecią opcję.
  3. Karmienie mlekiem modyfikowanym. Poddałam się po miesiącu. Zwyczajnie fizycznie nie dawałam rady, czas poświęcony na ściąganie pokarmu przeznaczyłam na trzecie dziecko i wszystkie tak zwane czynności okołodomowe.

Karmienie pokarmem matki w szpitalu

Jeśli urodziłaś dziecko o wiele za wcześnie (nawet w 27. tc i wcześniej), to oczywiście nie możesz mu podawać swojego pokarmu od razu, ale możesz i nawet POWINNAŚ zacząć pracę nad jego „produkcją”. Poród nastąpił za wcześnie, bardzo często poprzez cesarskie cięcie ze względu na zagrożenie życia i/lub zdrowia dziecka i twojego, dlatego na początku pokarmu mieć nie będziesz. NIE STRESUJ SIĘ. Łatwo powiedzieć, wiem, wiem. Stres hamuje produkcję pokarmu. Po prostu weź laktator, przystaw do piersi i zacznij odciągać. Na początku, nawet przez pierwsze kilka dni nie poleci NIC. Nie zniechęcaj się, nie załamuj, po prostu rób swoje. Przystawiaj laktator co 2-3 godziny codziennie. Ja po dwóch dniach wyprodukowałam pierwsze 5 ml. Po dwóch dniach. Jest moc.

Z czasem pokarmu będzie coraz więcej. Co z nim robić? Zamroź. W szpitalu najczęściej są dostępne lodówki dla pacjentów. Matki ekstremalnych wcześniaków, które poznałam, miały swoją zamrażarkę, w której gromadziły podpisane odpowiednio pojemniczki na pokarm. Pojemniczki czekały do momentu, aż dziecko będzie na tyle rozwinięte, że będzie mogło trawić matczyny pokarm.

Zawsze na początku leci siara i o tę siarę tu chodziło. Jest przebogata zarówno w składniki odżywcze, jak i w przeciwciała i w ogóle coś, co podnosi odporność dziecka. Jak już produkcja się „rozhulała” i dziecko było na etapie karmienia sondą lub nawet butelką, o zużywało się mleko produkowane na bieżąco, zamrożone nie musiało być użyte.

Pod koniec moich zmagań z laktatorem byłam w stanie za jednym posiedzeniem odciągnąć 200 ml. Szał ciał i uprzęży.

Kilka rzeczy trzeba załatwić.

  1. Zainwestuj w dobry laktator. Najlepiej elektryczny. Ja miałam dwa: ręczny Philips Avent VIA (gorąco polecam, służył mi i przy pierwszym dziecku, i przy bliźniakach) oraz Medela Swing (porównanie obu laktatorów tutaj: klik, klik, klik). Medela jest bardzo droga (kilkaset złotych), ale naprawdę warto, poza tym posłuży długo. Cicha i bezawaryjna. Dobry laktator do podstawa. Nic tak nie wpienia jak fakt, że nic nie leci, a ty nie wiesz, czy źle to robisz, czy masz po prostu gówniany sprzęt. Jeśli nie masz laktatora na już, można wypożyczyć (bodajże 8 zł/dzień czy jakoś tak, nie pamiętam, poprawcie mnie jak coś) z poradni laktacyjnej. Wypożyczają też najczęściej Medelę. Z elektryczym laktatorem wiąże się jedna ważna sprawa: nie ustawiaj ssania na maksa, bo nic nie leci. To nie pomoże, a poranisz sutki. Potrzeba czasu i spokoju, nie siły.
  2. Kup pojemniczki do przechowywania pokarmu. Są najczęściej w zestawie z laktatorem, ale będzie ich za mało. Dokup koniecznie. Można je dostać w aptece. Raczej pojemniczki, nie woreczki. U mnie woreczki się nie sprawdziły, a mamy innych wcześniaków też miały z nimi problem.
  3. W szpitalu sprawdza się sterylizator. Najczęściej nie ma swobodnego dostępu do kuchni, a bawienie się w wygotowywanie pojemniczków i butelek najlepiej pozostawić miłośnikom survivalu. Matki wcześniaków miały chyba ze trzy (na sali, na której leżało 8 osób) i pożyczały sobie.

Z czym musisz się liczyć przy karmieniu wcześniaka?

O problemach ze ssaniem już powiedziałam, to fundament. Druga rzecz to refluks. Wcześniaki mają do niego skłonności. Ulewają na potęgę. Wcześniaki „zapominają” podczas ssania wziąć oddech. Trzeba je od czasu do czasu odstawiać, bo zaczyna się męczyć. Potem znowu przystawiamy, ono znowu zapomina i tak w kółko. Z karmieniem wcześniaka jest zabawa, niestety. Trzecia rzecz – znacznie większa podatność na kolki. Przyczyna kolek jest tak naprawdę nieznana, ale w odniesieniu do wcześniaków może mieć ona związek z niedorozwiniętym układem pokarmowym (jeśli tak do można określić). Wcześniak się rodzi ukształtowany, ale potrzeba CZASU, żeby „doszlifować” jego narządy wewnętrzne. Układ pokarmowy jest jednym z takich elementów wymagających doszlifowania.

Bardzo ważna rzecz, zanim zaczniesz zmieniać sposób żywienia. Wiek wcześniaka jest wiekiem skorygowanym. Jeśli urodziło się o dwa miesiące za wcześnie, to, owszem, ma pięć miesięcy, ale rozwojowo jest na etapie trzech. Nie oczekuj zatem tego, co można obserwować na danym etapie u dzieci urodzonych w terminie. Wiekiem skorygowanym posługujemy się do skończenia 2. roku życia (o ile dobrze pamiętam). To odnosi się również do rozszerzania pokarmu.

Uf, mam nadzieję, że komuś pomogłam. Będzie taki mini-cykl o wcześniakach traktujący szerzej o wyzwaniu, jakim jest dziecko urodzone przed terminem. O badaniach, o ciuszkach, o pieluchach, o pielęgnacji i o kilku innych rzeczach. Cztery lata minęły, a ja nadal mam traumę i muszę się z tym rozliczyć, choć moje wcześniaki były stosunkowo późne (urodzone na początku 36. tc, rozwój układu nerwowego określono w badaniach jako właściwy dla dzieci urodzonych między 32. a 36. tc.)

Wcześniej coś tam o wcześniakach spłodziłam, proszszsz… – klik, klik, klik.

Na zdjęciu moje dzieci w inkubatorze. Zdjęcie zrobiono w dniu narodzin, po południu (07.09.2010).

by kruszyzna at sierpień 27, 2014 10:25

Asz dziennik

ojciecredaktor

Oto najnowszy ASZdziennik dla naTemat. PiS chce nominować Tuska do Ice Bucket Challenge, ale jest jeden problem. „Trzeba najpierw oblać prezesa”   Ważne! (nie liczy się tl;dr) ASZdziennik zawsze ukazywał się w kilku miejscach, ale jeden adres skupia całą godną uwagi twórczość. To fanpage na Facebooku, który działa codziennie bez przerwy. Nieustannie zapraszam!

by ojciecredaktor at sierpień 27, 2014 10:09

Blog do czytania

Wpół do weekendu #9

Powariowały te celebryty! Lodowatą wodą się oblewają! Przecież to najprostszy sposób, aby dostać wilka! Dziś kilka słów o Ice Bucket Challenge. Z pewnością wiecie, co to jest. Nie wiecie? No to po kolei. To fajne, kolorowe dookoła – to tak zwany Internet. Są tu zdjęcia kotów, gołych biustów oraz od jakiegoś czasu – rzeczony Ice […]

by mrcichy at sierpień 27, 2014 10:00

Anna Sakowicz

Magia w blasku księżyca

„Magia w blasku księżyca” to jeden z najnowszych filmów Woody Allena. Poszliśmy na niego zupełnie przez przypadek i muszę przyznać, że to nie był jeden z najlepszych naszych wyborów. Nudziłam się jak mops. Dawno nie widziałam tak przegadanego filmu, w dodatku po błyskotliwym, specyficznym humorze Allena nie ma tutaj prawie śladu. Jedyne, co mi się…

by anna.sakowicz at sierpień 27, 2014 09:38

Czytadelko

Uśmiech gekona. Azja jakiej nie znacie - Dorota Sumińska

Po Historiach, które napisało życie obiecywałam sobie, że żadnej książki Sumińskiej już nie tknę. Niestety, jak zwykle moja silna wola okazała się bardzo słaba i koniec końców skusiła mnie ta Azja w podtytule. Do Uśmiechu gekona podchodziłam jednak jak pies do jeża, z ostrożnością czytając pierwsze strony aż wpadłam… jak śliwka w kompot. Nawet nie wiem kiedy, bo nim się spostrzegłam mój wzrok padł na ostatnią stronę. I żałuję tylko, że książka jest tak krótka.  

Miłość Sumińskiej do Azji zaczęła się w 1992 roku, kiedy ta musnęła ją ciepłym wiatrem znad Morza Czarnego*. Od tamtej pory wracała tam wiele razy, lądując w Indiach, Tajlandii, Turcji, Kambodży, na Borneo, Sri Lance, Filipinach czy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Z każdego z tych miejsc przywiozła ważne dla siebie wspomnienie, obrazy, które warto zapisać w pamięci i o których warto opowiedzieć nie tylko bliskim, ale jak się okazuje, też czytelnikom. 

Uśmiech Gekona to fascynująca podróż po Azji jakiej faktycznie nie znamy, bo Sumińska nie skupia się na tym, co na ogół możemy zastać w książkach podróżniczych. Choć znajdziemy tu opowieści o cudownych zakątkach, o tym, co warto zobaczyć, czym się zachwycić, czemu należałoby zrobić zdjęcie, to autorka pisze także o innych rzeczach. To podróż po Azji pełnej zwierząt, jakich nie zobaczymy nigdzie indziej i dobrych ludzi, których warto spotkać na swej drodze. Przeczytamy więc między innymi o Beatris, suczce, którą Sumińska zaadoptowała na krótko przed wyjazdem z Kochi, piegowatych słoniach indiochińskich, makakach, które wcale nie są tak przyjazne na jakie wyglądają, gadatliwych gekonach, ale także o mistrzu tajskiego muay thai, czy jedynej rikszarce na Sri Lance. 

Uśmiech gekona pełen jest także czegoś nieuchwytnego, czego nie potrafię nazwać, a co sprawia, że spomiędzy kart książki wypływa autentyczna radość autorki z tego, że wraca do miejsca, które tak bardzo przypadło jej do gustu.

Całą przyjemność czytania potęgują jeszcze zamieszczone w książce zdjęcia, pochodzące z rodzinnego archiwum Doroty Sumińskiej. Nie są może najlepszej jakości i nie zachwycają feerią barw, jak te zamieszczane w wydanych na kredowym papierze książkach podróżniczych, ale sprawiają poczucie prawdziwej bliskości autorki z czytelnikiem. Wiem oczywiście, że książka została wydrukowana w tysiącach egzemplarzy, ale ja miałam poczucie, że Sumińska wpuszcza mnie do swojego zupełnie prywatnego świata, pozwala na zaglądnięcie do rodzinnych albumów, które nie każdy może oglądać, na zobaczenie tego, co nie wszyscy mogą zobaczyć.

Na końcu, w rozdziale zatytułowanym Moja Azja w pigułce Dorota Sumińska zamieściła kilka rad dla wybierających się do Azji, z uwzględnieniem tego, co ze sobą zabrać, czego unikać, jak się zachowywać w poszczególnych krajach. Myślę, że dla planujących swoją pierwszą podróż po tym kontynencie okazać się one mogą naprawdę przydatne.

Podsumowując - jestem na tak. Sumińska w opowiadaniach zupełnie do mnie nie przemawia, za to w wersji podróżniczej kupiła mnie całą. Chcę więcej!

Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl 

Dorota Sumińska, Uśmiech gekona. Azja jakiej nie znacie , Kraków, Wydawnictwo Literackie 2014

*s. 5

by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at sierpień 27, 2014 08:23

moje waterloo

1872

Samotność nie istnieje.
Nie będzie się nikt alienował.
Strażnik Teksasu czuwa.


Dzień dobry. Miłego dnia Wam życzę. Uratujcie jakiegoś kotka od bezdomności.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at sierpień 27, 2014 07:34

Smoking kills...

O UCZUCIACH PSA I ŚWIETNYM SERIALU

 

Jak to było? Że temperatura uczuć psa do człowieka jest wprost proporcjonalna do tego, jak bardzo jest brudny? Absolutnie Szczypawka to ma: im brudniejsza, tym bardziej wylewna. Czysta, śliczna i puchata ma mnie w dupie, łaskawie daje się za uszkiem podrapać. Szczypawka prosto z ogródka, mokra, ze zwisającymi kudłami, oblepiona błotem kocha mnie TAK BARDZO, że niestety nie może poczekać, aż wytrę jej chociaż łapy. Nie, musi się NATYCHMIAST przytulić, wejść na kolana i wytrzeć o mnie kilogram czarnej ziemi z pyska. I zapewnić mnie o swojej miłości, rozsmarowując mi błoto ze (swojego) nosa po (moich) szyi i dekolcie. I wystawić do drapania (czarny) brzuszek.

Tak, mogłabym mieć mopsika albo tom takom galaretę na cienkich nóżkach, co się trzęsie cały czas (ratlerek? pinczerek?) – prawie to łyse, mało wychodzące i podkołdrowe. Co robić, kiedy serce nie sługa i żywiej bije na widok kudłatych, niskopodłogowych wojowników o zdeterminowanym wyrazie pyska. Miłość chyba nigdy nie jest racjonalna, toteż się pierze ręczniki i koce codziennie (jak te CZYSTE panie z forum normalnie). Mówi się trudno i kocha się dalej, że zacytuję.

(A propos galareta, to przypomniał mi się dialog z Zebrą:

- A masz w telefonie żabę co się ją karmi cukierkami?

- Nie mam.

- A uciekające galaretki?

- Nie mam.

- TO PO CO CI TELEFON?)

Ale wczoraj odkryłam serial!… Prawie dostałam gorączki z zachwytu i budziłam się w nocy i rozważałam, czy by nie iść go oglądać (ale nie poszłam, bo pod kołdrą cieplej): „Manhattan”. Ale nie ten Manhattan, po którym kuśtyka Carrie Bradshaw i włóczy się Woody Allen, jak duchy w Pacmanie. Manhattan w Nowym Meksyku, wczesne lata czterdzieste zeszłego wieku. Wybudowane w środku niczego super tajne miasteczko, gdzie najzdolniejsi naukowcy z całego USA i okolic pracowali nad wynalezieniem BOM-BY-A-TO-MO… „Wolimy używać nazwy gadżet”. Szaleni fizycy używają ołówków, papieru, kredy i czarnych tablic, a czasem wesołych dziewczyn z liczydłami, znanych pod nazwą „komputery” (łatwo przekupić „komputery”, żeby pracowały całą noc – pończochami). W tym czasie ich żony próbują prowadzić dom w baraczkach ze sklejki, gdzie często nie ma bieżącej wody, dzieci mają wszy, a jedzenie i pozostałe artykuły są racjonowane. Żeby było weselej, we wszystko wtrąca się wojsko, a Oppenheimer jest trochę zarozumiałym bucem.

Jakby jeszcze ktoś zrobił serial o Bletchley Park, to bym się skichała ze szczęścia. Ale dobry i Projekt Manhattan.

Chyba już w tym roku nie ma co liczyć na sandałki, prawda?…

by Barbarella at sierpień 27, 2014 06:33

Slow Day Long

Warto, czy nie? Nasz test urlopowych patentów, udogodnień i wynalazków.

Fajnie jest wyjechać na wakacje, ale sztuką jest przewidzieć każdą okoliczność i sytuację, która może się nam zdarzyć. Nie jest to łatwe. Podczas naszego dwutygodniowego pobytu w Holandii przytrafiło się nam kilka nieprzewidzianych niespodzianek, jak choćby ta, kiedy Kamila wyprała, a potem wysuszyła w suszarce naszą jedyną kartę do konta w Euro (o tej niefortunnej przygodzie, możesz przeczytać TUTAJ).

Z naszego wyjazdu jesteśmy jednak w pełni zadowoleni, bo testowane podczas niego patenty sprawdziły się doskonale. W dzisiejszym wpisie dzielimy się z Wami naszymi doświadczeniami, które warto skopiować podczas własnych eskapad. Część z nich pewnie znacie. Może zainspiruje Was to, do podzielenia się z nami własnymi? Poznajcie jednak nasze subiektywne zdanie na ich temat. Bo my planując już kolejny wypad, nie wyobrażamy sobie wyjazdu bez nich (kolejność alfabetyczna).

AIRBNB, CZYLI NAJLEPSZY PATENT NA FAJNY NOCLEG

Portal jest pewnie znamy wielu z Was. Słyszeliśmy jednak sporo obaw, co do kwestii korzystania z niego. W wielu przypadkach nieuzasadnionych. My też na początku nie mogliśmy się do niego przekonać. Gdybyście nie wiedzieli jednak o co chodzi, to pokrótce.

Na stronie AIRBNB znajdują się ogłoszenia osób prywatnych, którzy chcą wynająć np. swój dom, mieszkanie, apartament, czy część domu w celach turystycznych. Cały myk polega na tym, że korzystając z AIRBNB możemy najechać na dany, interesujący nas region świata, przybliżyć mapę i sprawdzić, co i gdzie jest w danym okresie dostępne. Zobaczyć zdjęcia, poczytać opinie, skontaktować się z wynajmującym, ponegocjować. No i te ceny!

75 Euro za dobę za komfortowe mieszkanie z tarasem położone 15 minut rowerem od centrum Amsterdamu (zobacz TUTAJ). 65 Euro za dobę za apartament z ogródkiem w centrum Hagi (napisaliśmy o nim TUTAJ), czy taka sama kwota za wielki apartament w domu na wsi, nieopodal morza.

A nie łatwiej jest pojechać do hotelu? Może i tak, ale nie z małym dzieckiem. Ci z Was, którzy są rodzicami kilkulatków wiedzą, że dobrze mieć jednak pełen dostęp do kuchni, bo jedzenie na mieście bywa kłopotliwe. Poza tym, za ww. kwoty w Amsterdamie dostaniemy co najwyżej obskurny hostel ze śniadaniem w postaci tostów i dżemu. W dodatku jeśli planujecie (tak jak my) przemieszczanie się z miejsca na miejsce, a nie stacjonowanie w jednym, to taka opcja jest wręcz doskonała. Bo my wyjeżdżając na urlop, chcieliśmy dalej czuć się jak w domu. Opcja z hotelem nie jest zła, ale… Sprawdźcie sami.

Slow Day Long Amsterdam z dzieckiem  (1)

AEROPRESS, CZYLI ŚWIEŻA KAWA Z SAMEGO RANA

Nie wyobrażamy sobie życia bez niego. Wstajesz rano, oczka zaspane, obudzić się trzeba. Kawy byś się napił. Jeśli jesteś w hotelu, to zanim doczłapiesz się na śniadanie, trochę czasu minie. A umówmy się, w hotelach kawa zazwyczaj jest delikatnie mówiąc średnia. Kawiarnia? Trzeba wstać, wyjść, poszukać. A tak?

Wiem, że to trochę profanacja, ale młynka już nie chciało się nam zabierać. Przed wyjazdem zmieliłem około kilograma przepysznej arabiki prosto z Kuby, zapakowałem próżniowo do worka i dzięki temu, każdego dnia, mogliśmy się cieszyć doskonałym smakiem i aromatem.

Aeropress daje ten komfort, że jest lekki, łatwo go zapakować choćby do bagażu podręcznego. Kawa zaparzana przy jego pomocy jest taka sama, jak z wykorzystaniem najlepszego ekspresu ciśnieniowego. Żeby było jasne, mam na myśli taki z porządnej kawiarni, a nie domowy za 300 PLN.

I nawet jak zmielona w Polsce kawa się nam skończyła, to picie tej kupnej, zmielonej, ze sklepowej półki, było znacznie większą przyjemnością, niż picie rozpuszczalnej lury z torebki. Oczywiście, zależy kto co lubi.

Slow Day Long Amsterdam z dzieckiem  (31)

BAGAŻNIK ROWEROWY THULE

Fajny patent dla miłośników rowerów. W naszym przypadku sprawdził się doskonale. Nasz model, to Pro Ride 591. Lekki, wytrzymały, łatwy w montażu. Jedyny minus (dosyć istotny), to brak wyobraźni producentów. Nie przewidzieli, że montując na dachu dwa rowery, które mają zapięcia z tej samej, prawej strony, do jednego z nich będziemy mieli ‚nieco’ utrudniony dostęp.

Faktem jest, że w przyszłym roku, po zmianie auta, mam zamiar wymienić je na bagażnik montowany na hak. Bo nie każdy jest w stanie złapać rower i postawić go na dach. Parę kilogramów to to waży, a więc łatwo nie jest. Choć z drugiej strony, to mamy darmową siłownię. Generalnie polecam.

Slow Day Long na wakacjach Holandia 2014 Amsterdam (14)

BAJKI MUZYCZNE DLA DZIECI

Długa podróż z dzieckiem, to prawdziwa udręka. Jak zabawić naszą pociechę, aby wytrzymała trudy jazdy? Nad tym zastanawia się wielu z Was. Nasz patent, to bajki muzyczne, które Ala wręcz uwielbia. Mam na myśli te stare, które pewnie wielu z Was słuchało w czasach dzieciństwa.

Obecnie nie ma z tym problemu. Większość z nich można kupić w formie audiobooka. My jednak poszliśmy nieco dalej i przed wyjazdem przegraliśmy je z płyt winylowych na MP3. Wiem, nie każdy ma taką możliwość, sprzęt, płyty i czas. Nie namawiam Was od razu, do kupowania gramofonów i zestawu kabelków do przegrywania.

Jednak patent z bajką do słuchania, choćby takim fenomenalnym Piotrusiem Panem, Calineczką, Tomciem Paluchem czy Alicją w Krainie Czarów sprawdza się zawsze. Największy smutek, zły nastrój i łzy można zniwelować puszczając „śpiewającą” bajkę. I nie od razu trzeba w takiej sytuacji dawać dziecku do ręki tablet, czy komórkę, aby tylko się uspokoiło. Polecamy. Sprawdzone. Działa.

DSC_8718a

CROOZER – ROWEROWY DOM NA KÓŁKACH

Wiele osób pyta się nas o opinię na temat naszej rowerowej przyczepki. Co to za firma, jak się sprawdza, czy jesteśmy zadowoleni? Jesteśmy! Kupiliśmy ją 3 lata temu i od tamtej pory nie wyobrażamy sobie bez niej urlopu, weekendu czy wycieczki za miasto.

Co jest w niej takiego fajnego? Przede wszystkim wygoda. Pakujesz dziecko do fotelika. Brzdąc siedzi sobie wygodnie, ma koło siebie książeczki, zabawki, nie nudzi się. Do bagażnika wsadzasz wszystkie potrzebne podczas rowerowych wojaży rekwizyty. Zabawki, koce, jedzenie, aparaty itd. Nie musisz obwieszać się sakwami. Jest super!

Do tego taka przyczepka jest znacznie bardziej bezpieczna, niż fotelik montowany na bagażnik. Wywracasz się z rowerem, a dziecko nadal jest bezpieczne, bo wózkowi się nic nie dzieje. Montaż i demontaż jest naprawdę prosty. Po złożeniu zajmuje mało miejsca i zmieści się w praktycznie każdym kombiaku. W niejednym sedanie pewnie też.

A minusy? Cena. Za wersję na dwoje dzieci (czyli taka jak nasza), trzeba zapłacić około 1800 PLN. Wózek nie jest lekki. Jeśli nie masz garażu (tak jak my), to trzeba nieco siły i trudu, aby znieść ją do piwnicy. No i jeśli nie masz dużego auta, to zapakowanie jej do środka, może stanowić niemały problem. Nas to nie dotyczy, bo Mondeo ma bagażnik, który pomieściłby konia. Albo nawet dwa. Ale do jeżdżenia po mieście, to rewelacja!

Hofje Amsterdam Jordaan zdjęcia mapa plan atrakcje zwiedzanie event (9)

MAPA I GPS

Bez GPS’u praktycznie żaden kierowca nie wyobraża sobie wyjazdu na wakacyjny urlop, czy w jakąkolwiek podróż. Jednak mapa? Tak, tak! Jeśli planujemy spontaniczne zwiedzanie danego regionu, jest wręcz niezbędna. Umówmy się, GPS poprowadzi Cię z miejsca na miejsce najkrótszą drogą. Na mapie możesz sam wybrać trasę, która będzie najciekawsza. Co więcej, gdybyśmy mieli ze sobą mapę Niemiec, to nie stalibyśmy jak te parówy w korku pod Hannoverem, tylko czmychnęli byśmy sobie (jak miejscowi) bocznymi drogami. Mapa, to mapa. W Holandii przydała się nam wielokrotnie. Po prostu, trzeba ją mieć.

PUDEŁKA DO PAKOWANIA

Nie będziemy się tu dłużej rozwodzić, bo o opakowaniu w pudełka napisaliśmy osobny wpis (zobacz TUTAJ). Walizki są passé. Oczywiście, nie dotyczy to podróży samolotem, czy pociągiem. Jednak podczas wypraw na czterech kółkach ten prosty wynalazek, jest wręcz niesamowity. Wygodny, tani i praktyczny. Zresztą sprawdzony w wielu bojach.

Po naszym powrocie Radek, brat Kamili, wraz ze swoją żoną Justyną, wybrali się w offroadową wyprawę do Albanii. I wyobraźcie sobie, że również spakowali się w plastikowe pudełka. Komfort, taniość i wygoda. Polecamy!

Slow Day Long na wakacjach Holandia 2014 Amsterdam (13)

ROWERY

W czasie naszych wakacyjnych holenderskich wojaży, oboje z Kamilą, jak echo, powtarzaliśmy ten sam tekst. Najlepszą rzeczą, jaką mogliśmy zrobić, to zabrać ze sobą rowery. Jak wiecie (lub nie), tuż przed wyjazdem czekał mnie mały wydatek. Mój dziesięcioletni Author został mi skradziony sprzed klatki. Wręcz na gwałt, musiałem kupować nowy.

Wybrałem tą samą markę, a rower był wręcz bliźniaczo podobny do tego skradzionego. Z tym, że ma zdecydowanie lepsze wyposażenie, jak choćby przerzutki ukryte w piaście. Kamila śmiga rowerem z polskiej firmy Zasada. Zarówno na mieście, jak i na plaży sprawował się świetnie (o czym pisaliśmy choćby we wczorajszym wpisie). Kolejny urlop również musi być rowerowy. Tylko gdzie się tu wybrać?

Amsterdam Slow Day Long Holiday Wakacje (3)

SAMOCHODOWY STOLIK DLA DZIECKA

Patent podsunęli nam blogerzy z Rodziny bez Granic (Aniu, dzięki za te wpis!). Wyobraź sobie, że sadzasz swojego brzdąca w samochodowym foteliku, do którego mocujesz wykonany z miękkiego tworzywa stolik, pełen kieszonek np. na kredki, mający usztywnienie idealne do rozłożenia puzzli, książeczek, czy  malowanek.

W przypadku naszej córki, jest to niezwykle istotne, bo Ala w chwili obecnej ma właśnie największą fazę na malowanie. I znowu nie trzeba dawać dziecku tabletu, czy innego elektronicznego wynalazku, o czym ww. blogerzy pisali nie tak dawno, bo własnie w ostatnim swoim wpisie (czytaj TUTAJ).

Slow Day Long na wakacjach Holandia 2014 Amsterdam (21)

TERMOS NA ZUPĘ

Wyobraź sobie, że idziesz na plażę. Jest fajnie, świeci słońce, dziecko się bawi. Ale zaczyna być głodne. Z plecaka wyciągasz termos z makaronikiem, zupką pomidorkową, czy naleśniczkami. Wszystko jest ciepłe, świeże, pachnące. Dziecko zjada i bawi się dalej. A Ty dalej siedzisz na plaży, słuchasz szumu fal i czytasz książkę. Niby takie proste, ale nigdy wcześniej na to nie wpadliśmy.

Polecamy termos z Decathlona, do którego zakupu zainspirowała nas jedna z naszych czytelniczek. Do dwóch osobnych pojemników, można włożyć dwa oddzielne dania. A po ich wyjęciu termos będzie idealny do przenoszenia lodów. Co też często robimy ustawiając się z nim w kilkudziesięcioosobowej kolejce, przed najpopularniejszą we Wrocławiu lodziarnią, tj. Polish Lody (zobacz TUTAJ).

DSC_7876

UBEZPIECZENIE

Tak z ciekawości. Ilu z Was wyjeżdżając na urlop wykupuje dodatkowe ubezpieczenie NW czy OC? Nie istotne, czy w Polsce, czy zagranicą. Pytam, bo my zawsze. Nie wiem, czy to kwestia wyobraźni, zboczenia zawodowego i doświadczenia, jakie zdobyliśmy podczas organizacji eventów (zobacz TUTAJ). A może to po prostu kwestia odpowiedzialności, jaką bierzemy za siebie i nasze dziecko. Jednak ubezpieczenie zawsze musi być. Nigdy się nie przydaje, ale wolę nie myśleć o tym, jakie koszty musielibyśmy ponieść podczas wizyty u lekarza za granicą.

Nie tak dawno mój kolega wybrał się na urlop na Maltę. W dniu wylotu rozbolał go ząb. W czasie 10 dniowego pobytu cztery razy odwiedzał gabinet stomatologiczny. Rachunek za kanałowe leczenie trzonowca wyniósł 890 EURO. Bez ubezpieczenia ta ‚przyjemność’ kosztowałaby go jeszcze raz tyle, co cały pobyt dla jednej osoby. A tak? Przedstawił rachunek i kilka dni temu dostał zwrot pieniędzy na konto.

PODSUMOWANIE

A Wy? Bez czego nie wyobrażacie sobie swojego urlopu i wakacji. Podzielcie się z nami swoimi patentami. Chętnie wypróbujemy je podczas naszego kolejnego wyjazdu. Innym naszym czytelnikom, też się może to przydać. Z góry dzięki, bo wiemy, że macie fajne pomysły. A my przecież na wszystkim się nie znamy. Grunt to wymiana informacji. A ta, jak mawiał klasyk, to przecież władza!

by Damian at sierpień 27, 2014 06:29

zycie na kreske

Kura pazurem

Poddałam się torturom

Odkryłam zupełnie przez przypadek nową formę torturowania. Wyglądam dzięki niej jak ofiara przemocy domowej. I to bardzo ostrej.

A zaczęło się niewinnie. Mój Mężuś podarował mi na urodziny zaproszenie do salonu kosmetycznego. Zabieg mogłam sobie wybrać samodzielnie za określoną kwotę. Prezent dostałam w lipcu, ale jakoś czasu nie było i nie wiedziałam, co ja chcę. Czy na gębę, czy na ciało? Czy masaż? Czy zabieg? Wiecie, osiołkowi w żłoby dano.

masazW końcu idę do salonu, pokazuję zaproszenie i proszę panią, by mi coś poleciła, bo ja taka niezdecydowana jestem, że nie wiem, co mam sobie zrobić. A pani zachwala, że teraz bardzo popularna wśród kobiet jest endermologia. Wyjaśnia, że to masaż ujędrniający, likwidujący cellulit.

Ha! W to mi graj, a jeszcze wylicza, że mogę skorzystać z czterech takich masaży w ramach zaproszenia.

Umówiłam się więc na wizytę, która wypadła akurat wczoraj. Super się złożyło, bo jakoś ostatnio dużo stresów, więc myślę, że relaks mi się należy.

Kładę się na łóżku. Pani tłumaczy co i jak, że świetny efekt będzie, że początkowo to boli, ale zrobi delikatnie, na najmniejszej mocy, że za trzecim razem skóra się przyzwyczai. Mówi, a ja jej ufam. Toż kobitce dobrze z oczu patrzy. Rozluźniam się. Leżę i czekam. Ta włącza urządzenie, przykłada do mojego uda… I, kurka wodna! Całe dzieciństwo przeleciało mi przed oczami. Ja, pierdyczę, że ja tak z własnej woli, w prezencie urodzinowym! Pani zapewnia, że skóra się przyzwyczai. A ja wierzgam nogami!

Już coraz mniej jej ufam.

Ale mówi, że to musi rozmasować, że limfa i te sprawy. No, daję sobie głowę uciąć, że moja limfa już wywinęła orła po tym zabiegu.

Już w ogóle kobitce nie ufam.

A ja naiwnie przed tymi zabiegami poczytałam, obejrzałam nawet filmik, na którym pani leży uśmiechnięta podczas tego masażu, zadowolona, zrelaksowana. Szkoda, że nie widzieliście mnie. Wyglądałam jak na łożu tortur, aż łezki w oczach się pojawiły i dwa razy kosmetyczka musiała mi dać odpocząć. Tył ud i brzuch dało się przeżyć, ale przód i strona wewnętrzna to tortura dość wymyślna i skuteczna. Normalnie mam siniaki. Tak ostro było. Toż ta maszyna wciąga skórę i roluje! Jakby kto człowieka zabić chciał!

A jeszcze umówione następne masaże!

Podejrzewam, że masochizm to moje drugie imię.

by anna at sierpień 27, 2014 04:03

sierpień 26, 2014

zapiski zgagi

Drobne przyjemności, codzienne radości…

Parę dni temu taki super obiadek na przykład…

Rozrobiłam mielone mięsko z ugotowanym dzikim ryżem, pieczarkami, przyprawami, jajem itp. I załadowałam to w dwie papryki czerwone, jedną cukinię i jednego bakłażana. Ten ostatni gościł w moim domu dopiero po raz trzeci. Zapiekłam, dodając pod koniec tarty ser żółty. Ku memu zdziwieniu wersja z bakłażanem okazała się the best!

***

 Dziś przymiarka ostatniego fragmentu stroju ludowego, znaczy gorsetu. Wszak zimne dni i noce nadchodzą… A gorset z ciepłej wełenki! Pojechałyśmy do pani krawcowej we trzy – Justynka, Kinia i ja. Pani szwaczka zdecydowanie jest zwolenniczką kobiet ,,z biustem”. – Wszystko się lepiej układa, gdy klientka posiada cycki! – oznajmiła nam pani na wejściu. – Szyję często suknie ślubne. Gdy takie ,,patyczaki” przychodzą, nie mam punktu zaczepienia…

Już najpóźniej w czwartek posiądziemy we trzy pełen komplet ,,ludowy”…

***

Małż wymyślił, że niezbędny nam jest klosz do żółtego sera! Nabyliśmy więc stosowne urządzenie w Makro. Ależ to ozdabia kuchnię… Nigdy bym nie przypuszczała!

***

Ukończyłam ,,dzieło” na zamówienie. Asia – pierwsza recenzentka – entuzjastyczna! Druga z kolei, Ania,  jeszcze się nie wypowiedziała… Czekam! Do naszej ,,Matki” nie śmiem jeszcze e-maila wysłać…

***

Czytającym polecam Irenę Matuszewską!

***

Lada moment przyjdzie pora zrywania czarnego bzu! Grona już częściowo zupełnie dojrzałe… Muszę przyznać, że rok temu sok bzowy pozwolił nam uniknąć gryp, zaziębień, kaszli, katarów itp. Naleweczka też podziałała…

***

Przelałam dziś do butelek wiśniak na rumie. Rum 80-procentowy. Jest moc!…

by Zgaga at sierpień 26, 2014 11:15

sierpień 27, 2014

Mikołajkowo

ZALEGŁE i AKTUALNE

Zdjęcia z czerwcowych "wczasów na moziu" jak to mówi Michałek:-)

                                                       szaleństwo pierwszego dnia

                                      nie ma jak dżemka na plaży we własnym namiociku :-)

                                                           4 urodzinki Miksia :-)
                                                            taka była impreza :-)

                                      Mikołajek śladem Michałka zapragnął tandety za 2zł.


oceanarium


 


                                                     Michałek też miał swój namiot

                                                             a to nasz plażowy kramik
 
 

a po powrocie Michałek przystąpił do codziennych obowiązków - zaczął od koszenia trawy :-)


nie wczasowe ale nie mogłam się oprzeć :-)
 
 
Spędzając czas na plaży poznałam super mamę-mamę Igorka i Leosia- Izę.
 Igorek jest rok starszy od naszego Michałka więc razem się bawili. Leoś malutki-jeszcze niechodzący więc Iza miała nieźle zaopatrzony kramik- parawan, namiot, kocyki, mnóstwo zabawek, a co najistotniejsze była w tym kramiku uziemniona. Szybko zauważylyśmy że  w kramiku oprócz nas i trójki naszych dzieci jest jakaś szóstka w różnym wieku dzieci nam nieznajomych. Np. uroczy na oko siedmiolatek dla którego nie miało znaczenia że ośmiomiesięcznemu Leosiowi sypie piaskiem w oczy, bynajmniej Leonkowi nie było wszystko jedno. Szybko doszłyśmy do wniosku że inne mamusie wyczaiły że ich dzieciaki mają bezpieczną bawialnię. Oczywiście gdy próbowałyśmy zlokalizować właścicielki dzieci, to miałyśmy wrażenie że dzieci na plaże przyszły same, te które wyglądają na trochę więcej niż roczek też. No udało nam się zlokalizować właścicielki jednego chłopca - mamę i babcię, ale tak były zajęte równym opalaniem każdej części ciała że nie zawracały sobie głowy dzieckiem. Nie chcę być brutalna ale dokonałyśmy z Izą podziału- na mamusie zrobione, znaczy z nieskazitelną fryzurą, opalenizną, paznokciami i strojem bynajmniej nie do pływania (tylko podtrzymywania bądź powiększania). I te do nas podobne, znaczy rozczochrane, ze strojem kąpielowym przypadkowym, lub bez bo przecież i tak do morza nie wejdzie z dwójką dzieci (Iza), oczami wyobraźni widzę tą chmarę nie naszych dzieci biegnących za nami :-). Ale wpadłyśmy na pomysł i zawarłyśmy układ- na zmianę pilnujemy sobie dzieci i idziemy pływać, i nie miało dla nas znaczenia że fryzura nie taka, albo inne bzdury, radość miałyśmy nieziemską. Żałowałyśmy tylko że tak późno poznałyśmy się. Iza kiedy umawiamy się na pływanie ? :-)

 A teraz trochę wiadomości aktualnych :
 Parę dni temu pojechaliśmy z Mikołajkiem na izbę przyjęć żeby zobaczył go laryngolog bo z uszka wypłynęło troszkę krwi. Okazało się że to powierzchowne podrażnienie i wszystko ok. Ale chcę napisać o zaskoczeniu Pani Doktor, która spytała Mikołajka czy potrafi pokazać oczkami czy go boli, a Mikołajek zamiast oczkami głośno i wyraźnie powiedział buzią NIEEE!!! :-) Pani Doktor była w szoku :-)

                                                                                        Mama Mikołajeczka i Michałka




by Wiola Grabowska (noreply@blogger.com) at sierpień 27, 2014 12:06

sierpień 26, 2014

moje waterloo

1871

Pod zajawką poprzedniej notki na fejsie Idiomka napisała:

Przypomniał mi się tekst, jaki kilka tygodni temu opublikowały Wysokie Obcasy Extra (co zakończyło się tym, że przestałam kupować ów miesięcznik) w którym jakiś terapeuta tłumaczył, że podział obowiązków domowych musi skończyć się spadkiem temperatury w związku. Podobno kuchnia faceta odjajcza nieodwołalnie w oczach kobiet....

W związku z powyższym postanowiłam opowiedzieć Wam historię o Prawdziwym Mężczyźnie. Będzie to bezczelnie uprawiana reklama, upraszam więc całym sercem Żonę Prawdziwego Mężczyzny o nieganienie, nieżądanie ściągnięcia tego tekstu i ogólne, całkowite, wszechobecne "nie-". Natomiast wszystkie obecne tu niewiasty zaklinam, żeby się nie pakowały i nie ruszały na południe Polski, gdyż Prawdziwy Mężczyzna jest szczęśliwie zajęty od wielu, wielu lat i nie ma w planie zmieniać tego stanu.

Dawno, dawno temu, tak gdzieś w zeszłym roku (mam nadzieję, że to nie dwa lata, bo byłby wstyd) pojechałam sobie z wizytką do drugich-rodziców. Pewnie nie wszyscy pamiętacie drugą-mamę, bo od czasu majstrowania przy platformie Blog, wyniosła się na blogspot i zamknęła drzwi, a część z Was czytuje Donoszę uprzejmie... od całkiem niedawna. W skrócie - poznałyśmy się z drugą-mamą przez Internet, zakoleżankowałyśmy, a potem zaprzyjaźniły na śmierć i życie. Nieomal dosłownie. Finalnie zostałam zatrudniona na etacie ciotki-rezydentki i wykorzystuję wszystkie te - stanowczo za rzadkie i za krótkie - chwile, które możemy spędzić razem. Albo u drugich, albo gdziekolwiek. Ot, choćby, gdy z którymś dzieckiem przyjeżdżają (jak to mówią) do Miasta, do lekarza. Naonczas ściągamy ich do siebie bądź też spotykamy się po knajpach, gdzie doprowadzamy wraz z drugim-tatą drugą-mamę do absolutnej histerii, zachowując się jak - nie przymierzając - dwa szczeniaki, spuszczone akuracik ze smyczy na łące. Co przejawia się np. tubalnymi śpiewami pieśni patriotyczno-biesiadnych w miejscach całkowicie publicznych. Zaiste piękny musi być to widok: okrąglutka paniusia w średnim wieku oraz na szpileczkach i wielki chłop z całkiem białym łbem plus zaawansowaną ciążą, rozbawieni do wypęku swoim w pełni nieadekwatnym profilem osobowościowym. Co słabsze egzemplarze odpadają.

Gdy jestem u drugich, scenariusz wygląda zwykle dość standardowo, albowiem (wbrew pozorom) mamy dość podobne podejście do życia. Daruję Wam opowieści, jak to szczuje się mną początkujących narzeczonych córek, sąsiadów lub też liczne, zastępcze potomstwo. Przejdziemy sobie płynnie do opisu pewnego wieczoru.

Otóż po spełnieniu wszelkich obowiązków względem progenitury, zaopatrzyliśmy się w pewną ilość napojów wyskokowych i udaliśmy się na pięterko, gdzie została zapuszczona muza w tle, a my w trójkę (Prezes został z kotami) wdaliśmy się w niekończące dyskusje na tematy różne. Po kilku godzinach drugi-tata uznał, że ma nas dość, w związku z czym opuścił zebranie, na co żadna niewiasta nie zwróciła przesadnej uwagi. Rozparte wygodnie na kanapach i w fotelach, oddawałyśmy się nieprzerwanej kontestacji niesatysfakcjonującej nas rzeczywistości oraz snułyśmy plany i wspominałyśmy różne zabawne zdarzenia z życia.

Nie minęło 20 minut i do pokoju wkroczył On. Z tacą. Na tacy była zielona herbata dla drugiej-mamy w jej ulubionym kubeczku (bo taką preferuje), czarna z cytryną dla mnie w moim ulubionym kubasie XXL (bo taką preferuję), kanapeczki dla drugiej-mamy (gdyż uznał, że nadeszła pora i ona może mieć chęć) oraz jeszcze ciepła szarlotka na drugim talerzyku dla mnie. Szarlotkę tę zapobiegliwie upiekł drugi-tata nieco wcześniej. Tymy ręcamy. Wydał nam zaopatrzenie, huknął na progeniturę, celem zagonienia jej do łóżek, udał, że nie dostrzega wylegującej się pod stołem psiarni i byczącej się gdziebądź kociarni, mruknął:
- No to sobie gadajcie...
i oddalił się z uśmiechem do komputerka, gdzie po chwili wsiąkł, oddając się zasłużonej rozrywce.

Niechże się kto odważy i powie mi w twarz, że jego coś odjajcza. Utrzymuje dom z pierdylionem bachorów. Muruje, buduje, stawia i burzy. Łopatą macha, gdy zajdzie konieczność. Obsrane dzieckowe tyłki wyciera i obsmarkane nosy (niekoniecznie jedną chusteczką). Do lekcji goni, po lekarzach wozi. Przytula. Troszczy się. Obiad ugotuje, tort piętrowy upiecze (jaki piękny!), a jego chleb nie ma sobie równych. I jeszcze do tego czytać potrafi. I grać. I śpiewać. Ostatnimi laty nawet na parkiecie nie odpuszcza. No i nie przepuści okazji, żeby mnie buchnąć w mankiet, za co go kiedyś odjajczę własnoręcznie*.

Ten facet jest archetypem męskości. Nie bałabym się iść z nim przez ciemny las o północy. Bez chwili wahania powierzyłabym mu jeszcze ciepłego noworodka.
Głupiś pan, panie terapeuto, jak but z lewej nogi. Zajmij się pan hydrauliką - z całym szacunkiem dla tej profesji - bo do grzebania w ludzkich duszach za grosz pan nie masz inklinacji, a i wiedzy brakuje, i umiejętności.
Phi!


PS A propos temperatury w związku: drugi-ojciec zmajstrował czworo potomstwa. I dziś, po przeszło ćwierć wieku od ślubu, tak na siebie patrzą, że coś mi w brzuchu trzepocze i przestaję oddychać, żeby tylko nie przeszkodzić tym delikatnym i ulotnym emocjom.


* Po prostu na mnie poluje, świnia niemyta, bo wie, że tego nie znoszę.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at sierpień 26, 2014 10:31

notatki na mankietach

futrzak

A tymczasem zrobilo sie zabawnie.

George Soros i Kyle Bass pozwali BONY (Bank of New York Mellon) za nie wywiązanie się z umowy. Bondy nalezace do Sorosa (jak rowniez wielu innych inwestorów) nie znajdowały się pod jurysdykcją amerykańską, jednak BONY po otrzymaniu pieniędzy od Argentyny nie przelał ich na konta inwestorów, tym samym łamiąc kontrakt; Do złamania kontraktu został zmuszony wyrokiem Griesy, który to wyrok został wydany poza jurysdykcją sądu orzekającego (i łamie międzynarodowe prawo o suwerenności państw)

Argentyna cofnęła licencję dla BONY na prowadzenie biznesu na swoim terytorium. Oficjalny powód:

The resolution, dated Aug. 25 and signed by Superintendent Cosme Juan Carlos Belmonte and central bank President Juan Carlos Fabrega, says BNY Mellon “isn’t complying with its operational objectives,” according to an e-mailed copy from the central bank. The resolution revokes the authorization given to BNY’s local director, Maria de la Cruz Solares, and another official, Mariel Garcia Sturzenegger, for failing to provide local financing as the bank had “no active operations” since December 2012.

źródło.


by futrzak at sierpień 26, 2014 07:40

W toku

Dzieciowo mi

Śmierdząca sprawa i cząstka tożsamości

Jesteśmy boscy. Wymiatamy. Rządzimy, zawstydzamy resztę świata. Nikt nam nie podskoczy. Nikt tak jak my, rodzice, nie umie rozmawiać o kupie! Niech nikt mi nie mówi, że kupa to nie jest fascynujący temat. O kupie możemy godzinami, w każdej porze dnia i nocy, analizujemy, dociekamy, rozkładamy na czynniki pierwsze, podziwiamy. Kupa dziecięca jest jak wypłata z niezłą premią. Czekamy na nią, wypatrujemy, martwimy się, że ciągle nie ma, co rusz sprawdzamy, bo może przyszła, a kiedy w końcu się pojawia, nic nie daje tak wielkiego poczucia ulgi i satysfakcji. Jest! NASZA kochana kupa! Jakbyśmy normalnie razem zrobili. Czujecie to? Jasne, że czujecie ;) Bywa jednak i tak, że kupa z przedmiotu staje się podmiotem, a wtedy całość zaczyna… po prostu śmierdzieć.

,,Byłam w odwiedzinach u młodej matki. W salonie stał nocnik z kupą. Moja znajoma podaje herbatę, ciasteczka, a kupa stoi. A ja mówię: – Słuchaj, a to? Ona: – Wiesz, co ja wyczytałam? Kupa to jest cząstka dziecka tożsamości, dziecka dzieło. Nie możesz mu okazać braku szacunku i po prostu ją wyrzucić” (prof. Anna Giza-Poleszczuk w rozmowie Nie bój się toksycznej matki, Zwierciadło 2014 nr 8).

Powyższy cytat, który poznałam dzięki Oli, skłonił mnie do głębokiej rewizji i analizy własnych poczynań. Poszłam do pokoju dziecięcego, stanęłam i wlepiłam gały w niebieski nocnik. Z kaczuszką. To znaczy nocnik był z kaczuszką, nie że kaczuszka wlepiała ze mną gały.

Ożeż w mordę, kurde, szlag. Jedne Niebiosa zapewne wiedzą, ile razy okazywałam prostacki brak szacunku, niosąc przed sobą dzieło dziecięcych pośladków, by ostatecznie unicestwić je w toalecie, po drodze rozpaczliwie szukając maski gazowej i starając się wywołać tsunami w celu przewietrzenia mieszkania. Stężenie metanu przekraczało wartości krytyczne, kwiaty mdlały, pies z wytrzeszczem i na wdechu, a ja szłam w pochodzie destrukcji.

O niemądra, przestań! Uszanuj dziecięcą tożsamość i tę jej cząstkę, którą z uporem maniaka topisz w toalecie. Ogarnij się, opanuj. Okaż wreszcie szacunek. Gromadź!

Napisawszy te słowa, zgarnęłam bydlę, które od dłuższego czasu siedziało przy moich nogach i przewiercało mnie wzrokiem, by zabrać je na spacer. Poszłyśmy w miejsce stałe i doskonale nam znane, miejsce odosobnione, gdzie pies charakterystycznie wyprężył grzbiet. Patrzyłam, z jaką uwagą i skupieniem pozostawiał na trawie cząstkę swojej psiej tożsamości, biologiczny dar dla świata. Kudłacz dokonał wiekopomnego dzieła, rzucił mi spojrzenie, które wzbierało dumą, grzebnął dwa razy łapami zupełnie bez sensu, jakby kilogram guana dał się tak po prostu zakryć, po czym pociągnął mnie ze smyczą do bramy. Cholera, nie wiem, pies jest członek rodziny. Może też będę gromadzić…

Na zdjęciu właśnie ten tron z kaczuszką.

by kruszyzna at sierpień 26, 2014 05:10

Blog do czytania

„Admiralette” – czyli hej, żeglujże, żeglarzu…

Gdy bloger wydaje książkę – cała blogosfera się cieszy. A gdy nie jest to poradnik, tylko normalna książka do czytania – radość sięga zenitu. Z takimi właśnie uczuciami zasiadłem do lektury „Admiralette” Andrzeja Tucholskiego, autora bloga JestKultura.pl. Gdy na moim kundelku wyświetliła się ostatnia strona, te uczucia ani trochę we mnie nie osłabły. Mam nadzieję, że […]

by mrcichy at sierpień 26, 2014 04:05

Kurlandia

Karkonosze na pożegnanie wakacji

Skoro już spaliśmy bak benzyny, postanowiliśmy zostać w górach na dłużej. Zaopatrzyliśmy się w markecie w konserwy, napoje i chleb, stanowiące naszą dietę na kolejne dni. Spakowaliśmy też łóżeczko turystyczne dla Szymka. Znaleźliśmy ośrodek, który przyjął nas z Nelką. Albo z psem, albo wcale – taką mamy zasadę.

Pierwszego dnia udaliśmy się na Wodospad Szklarki. Strumień wody wodospadu ma ponad trzynaście metrów. Dojście do niego jest bardzo łagodne i krótkie, wiedzie przez mostek, następnie wzdłuż potoku.

Zdaje się, że i wózkiem można tam dojechać. Szymona nosiliśmy jednak w chuście. Ciężko nosić dwulatka, ale jakie jest inne wyjście, gdy on sam nie chodzi?

Nie nasyciliśmy się jeszcze widokami, więc obraliśmy kolejny cel wyprawy. Trasa do najwyższego w Karkonoszach Wodospadu Kamieńczyka nie była długa (25 minut marszu), lecz pod koniec forsowna. Dość ostro pod górę i te sztucznie wyłożone kamienie…Każdy z nich mały i wysoko sterczący, nie było jak postawić stopy.Widok jednak wynagrodził wszystko! Trzeba było tylko zejść po metalowej konstrukcji w dół wąwozu mającego długość stu metrów. Szymonek słodko się we mnie wtulał, a ja ochraniałam dłonią jego główkę. Zdarza się, że osuwają się odłamki skalne. Stąd konieczność zakładania kasków.

Otaczały nas bloki skalne, trójstopniowa kaskada wysokości 27 metrów wyglądała zjawiskowo!

Jeszcze poszliśmy na spacer po Szklarskiej Porębie. Żal było opuszczać tę górską miejscowość, choć kramy i ruch w centrum nieco nas nużyły. Drugiego dnia obudziliśmy się w Starej Kuźni w Sosnówce pod Karpaczem. Za oknem widok na bryczkę i dwa spokojne hucuły…

Konie to była wspaniała atrakcja dla chłopców. Głaskanie, przytulanie, karmienie na pobliskiej łące…A łasuchy tylko czekały na jabłko, czy kromkę chleba.

Dwa lata temu siedzieliśmy na pięknej polanie marząc, by móc kiedyś przyjechać tam razem z Szymonem…

Zapakowaliśmy Szymona w chustę i udaliśmy się pod Dziki Wodospad. Prowadził z niego szlak na młaki i torfowiska (trzeba iść jakieś 100 metrów szosą w dół i znaleźć szlak ukryty między drzewami). To tam właśnie było ukochane miejsce w Karkonoszach, zwane „Naszą Polaną”. Prowadziła do niej długa kładka, dzięki której można było przejść przez podmokłe tereny. Ostatnio kwitła tam wełnianka, tym razem jej nie znalazłam. Nie ta pora roku? Okazuje się, że kwitnie na wiosnę.

Skały po prawej stronie dawały nam sygnał, że jesteśmy już blisko.

Na górze wzniesienia szlak był znów kamienisty. Ledwo człapałam, obarczona ciężarem Szymona…

A potem już wielka radość, że nasze marzenie się spełniło!!! Zjedliśmy „obiad” we czwórkę, patrząc na Śnieżkę. Rwany chleb, a na nim kawałek konserwowej szynki. Jabłko,wafelek. Sycąca uczta. I niech mi ktoś powie, że mając niepełnosprawne dziecko, nie da się być szczęśliwym. Na szczęście trzeba sobie dać przyzwolenie, po prostu żyć!

Czułam się nieco zmęczona i perspektywa ściągnięcia ciężkich buciorów była dla mnie bardzo kusząca. Najedzona, dotleniona marzyłam tylko o jednym…spaaaaać. Mój Mąż miał jednak entuzjazm za nas dwoje i namówił mnie na wędrówkę do schroniska Samotnia. Nad nami wizja zbliżającego się deszczu, zerwał się lodowaty wiatr. Moje nogi snuły się po szlaku, ale czego nie robi się dla Męża… Jacek zabrał ode mnie Szymona i zamienił się w kangura. Ufff, odczułam to dziesięć kilo mniej.

Widoki były absolutnie cudowne! Trasa prowadziła kamienistą ścieżką nad jakimś wąwozem. Momentami było tak wąsko, że pod jedną pachę brałam Nel, a w drugiej ręce kurczowo trzymałam Michałka, żeby moje pociechy nie runęły ze skarpy.

Szymcio natomiast wtulał się w Tatusia zadowolony. Tylko radosne oczka wyłaniały się spod futrzanego kapturka.

Kiedy dotarliśmy do Małego Stawu, przy którym usytuowane jest jedno z najpiękniejszych schronisk w Karkonoszach. Zastanawiał mnie kolor wody, zwierciadło było ciemno grafitowe. Zbiornik polodowcowy głęboki jest na siedem metrów i w najcieplejszych miesiącach osiąga temperaturę czternastu stopni. Przepływa przez niego Łomnica, której źródła znajdują się na równi pod Śnieżką.

Piętnaście minut drogi w górę szlaku było kolejne schronisko – Strzecha Akademicka. Rozsądek podpowiadał jednak, by ochronić dzieci przed kaprysami pogody. Niebo nad nami przybrało stalowy odcień. Udaliśmy się w drogę powrotną. Michałek bawił się patykami, dłubał w pobliskich ciekach wodnych, a ja próbowałam sobie przypomnieć gatunki chronionych roślin. Wiele już zapomniałam z czasów studiów. Nigdy nie pracowałam w zawodzie.

Kolejny dzień przyniósł cudowne wspomnienia lasu, wyglądającym jak z dziecięcych baśni. „Ty jesteś jak Fantagiro” – niespodziewanie powiedział Jacek. „Ja??? Czemu?” – spytałam zdziwiona. „A co, nie? Jesteś silna, o wszystko walczysz”. „No to mi komplement strzeliłeś…” – skwitowałam rozbawiona. Zrobiło mi się bardzo miło, że Mąż ma o mnie takie zdanie.

Swoją wędrówkę zaczęliśmy w Borowej i udaliśmy się pieszo w stronę Wodospadu Podgórnej, cały czas kierując się na Przesiekę. Trasa była niezwykle malownicza. Stary drzewostan świerkowy, jaskrawo zielone mchy oraz grzyby rozmaitych gatunków. Wszystko to składało się na bajkowy pejzaż, który tak nas oczarował. Powietrze wypełniało płuca aromatyczną wilgocią i Szymonek szybko zasnął w objęciach Ojca.

Wody potoku Podgórna spadają z 10-metrowego progu skalnego dwiema kaskadami do kotła eworsyjnego. Kocioł stanowi wyżłobienie dna na skutek erozyjnego działania wody. Wykonaliśmy pamiątkową fotografię.

Duża część drogi wiodła wzdłuż cieku wodnego, a tam delektowaliśmy się widokiem piętrzącej się wody. Największa niespodzianka czekała nas nad wodospadem. Wdrapaliśmy się tam zgodnie z oznakowaniem i naszym oczom ukazał się magiczny zaułek.

cdn

 

 

 

 

 

 

 

by Iga at sierpień 26, 2014 03:44

Szymaczek

Tomaczek

moje waterloo

1870

Dzwoni Prezes, który przeżywa właśnie Dni Ostatnie u starego pracodawcy (czyli przymusowy urlop).

- Jeśli chodzi o wyżywienie, to chciałem zaproponować: zupę ze świeżych pomidorów z kawałkami kurczaka w bazyliowej marynacie, gulasz z serc drobiowych z kaszą gryczaną i ogórkiem kiszonym, pałki z kurczaka w sosie musztardowo-miodowym z pieczonymi, ziołowymi ziemniaczkami. A na deser murzynek oblewany czekoladą, z prażonymi orzechami.
- Ale tak wszystko naraz?!
- Wybierz sobie. A ja zrobię pranie.

Nie mogę nic wybrać, bo mi słabo. To zbyt wiele bodźców, jak na mnie jedną.
Swoją drogą - co on z tym mięsem? Będę teraz musiała przez miesiąć jeść liście, żeby odreagować.

Aha! Ponieważ Prezes od 1 września będzie świadczył pracę stacjonarnie, następuje przełom w obowiązkach domowych. Gotujemy tydzień na tydzień. Jadłospis na kolejny okres wywieszany będzie w kuchni, do wglądu pozostałych domowników. Czy muszę mówić, że kto gotuje, ten kupuje?
To się urządziłam.
Omnomnomnom...


by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at sierpień 26, 2014 02:13

Kurlandia

Szybka akcja

Zostało jeszcze kilka przedmiotów, których nikt nie przytulił. Jeśli znajdą nabywców, uda nam się zrealizować wielkie marzenie dotyczące zagospodarowania ogrodu (na łuski ortopedyczne i bocianie gniazdo – dzięki Przyjaciołom -  pojawiły się już środki finansowe).

Mieszkamy na wsi, gdzie placyk zabaw jest tylko na terenie przedszkola. Nie ma tam jednak żadnego urządzenia, w którym można by bujać Szymona. Musimy zapewnić synowi terapię integracji sensorycznej. Nie obejmuje nas jednak bezpłatna pomoc z Wrocławia, bo nie jesteśmy z rejonu. W rejonie natomiast nieodpłatnej terapii brak. Nie zamierzam płacić po 60-85 zł za niecałą godzinę ćwiczeń w salce, w której raptem jest tylko hamak, duża piłka, duży klocek i materac. Przy dwójce dzieci robi się z tego ogromna kwota (Michał też ma przetrwałe odruchy do zrehabilitowania), a potrzebne synom ćwiczenia naprawdę można wykonywać bez specjalisty, nie ma w nich nic trudnego!!! To tylko tak poważnie się nazywa „terapia integracji sensorycznej”…a mówimy o bujaniu, huśtaniu, dogniataniu ciała, dotykaniu różnych faktur. Wymagany jest tylko sprzęt, który już mamy. Musimy tylko zamienić „pole ryżowe” pod samym domem w bezpieczny podjazd i dojście do ogrodu. Na razie chodzimy tam w gumowcach, a po deszczu Michałowi zdarza się grzęznąć w błocie i gubić buty. W tym roku już sami nic nie zdziałamy, to pewne. Próbowaliśmy.

Tak niewiele zostało do zrobienia, tylko podjazd z kostki i dowiezienie ziemi. Resztę udało nam się wykonać własnymi siłami, czyli:

- nawiezienie  kilku ton dobrej jakości ziemi na połowie terenu (robiliśmy to taczką przez salon, bo od tyłu nie ma jak wwieźć ziemię),

- ogromny podziemny drenaż terenu, zbierający wodę opadową z dachu,

- przywieziony domek, piaskownica, zjeżdżalnia, dopinane huśtawki,

- wyłożenie wykładziny pcv w domku, żeby od wilgoci nie niszczyła się podłoga,

- transport i dokonanie napraw po przewiezieniu placyku z poprzedniego ogrodu,

-  basen z kulkami (przeniesiony obecnie do pokoju chłopców ze względu na zachowanie czystości piłek)

- zakorzeniona murawa w obrębie placu zabaw,

- nasadzenia malin, poziomek, agrestu, porzeczek, żeby chłopcy podjadali z owoce z krzaków

- pergola na winogron dająca cień w upalne dni.

Musimy zamienić tylko błoto w mały tarasik i murawę. Brakuje jedyne 600zł! Jesteśmy już tak blisko. Może ktoś się skusi na zakup książek z autografami lub lalek z mojej kolekcji? Tyle serca i pracy włożyłam w odnowienie tych zabawek.

Przedmioty można licytować na grupie Dinozaury Szymona na facebook’u.


https://www.facebook.com/groups/204582743058328/photos/

Akcja trwa do niedzieli. Jeśli uda nam się zgromadzić pełną kwotę, na koniec przyszłego tygodnia wchodzi ekipa, która utwardzi grząski teren. Resztę zrobimy siłą własnych rąk. Doprowadzenie ogrodu do użytkowania to moje wielkie marzenie.

***

by Iga at sierpień 26, 2014 11:29

...czasem oprócz skalpela używa rozumu

Kraina filcu

Wełna czesankowa hiszpańska 25% taniej!!!

Na ostatni tydzień wakacji przygotowaliśmy dla Was super promocję. Obniżyliśmy cenę wełny czesankowej hiszpańskiej aż o 25%!!!

Promocja trwa do końca sierpnia i obowiązywać będzie również w naszym sklepie stacjonarnym w Warszawie na ul. Filtrowej 83 domofon 69 (wejście od ul. Akademickiej tel. 22-822-58-27). Sklep otwarty jest od pon. do pt. w godz. 10.00-18.00.

A wszystkim robiącym zakupy w naszym sklepie internetowym www.krainafilcu.pl przypominamy, że do końca miesiąca mogą również skorzystać z naszej poprzedniej promocji i kupić merynosa południowoamerykańskiego 30% taniej (17 wybranych kolorów).

by kraina filcu (noreply@blogger.com) at sierpień 26, 2014 12:13

Ojciec Wwwirgiliusz chowa dzieci swoje

Jak zostać królem

Jak zostać królem? To bardzo proste. Wystarczy się urodzić szlachetnym duchem. Nie trzeba być wielkim, groźnym, bogatym. Nie trzeba najeżdżać Krymu, ani bombardować Bagdadu. Trzeba mieć uśmiech, spojrzenie, GEST. No i choć jednego poddanego. Który cię będzie nosił, ewentualnie woził. Najlepiej sprawdzi się ojciec, bo choć jest gruby, to za to wytrzymały i może długo się przepychać z młodym władcą przez wiwatujący tłum. 

Miły Młody Człowiek jest urodzonym królem. Tu spojrzy, tam się uśmiechnie. Do tej zatrzepocze rzęsami, od tamtej wstydliwie wzrok odwróci, ale po chwili jednak znów spojrzy cwaniaczek, aż poddanemu czy poddanej na serce wyleje się wielki srebrny dzban miodu. Ręką pomacha, palec do góry uroczyście wzniesie. Mało kogo zostawi obojętnym. To jest charyzma, z którą się albo człowiek rodzi, albo nie. On się urodził. Ja nie. On to najwyraźniej zawdzięcza matce swojej. Ja nie. Niemniej niezmiernie przyjemnie jest mi grzać się w jego blasku. Zaglądać w dekolty pięknym paniom, które pochylają się nad młodym władcą, aby go ciuciuciu pogłaskać po policzku. Kupować bez kolejki u rzeźnika (pan nie będzie z tym maluchem stał przecież!) i dostawać najlepsze kąski w nabiałowym. Obżerać się gratis drożdżówką w piekarni. Tak, to prawda, jestem tylko silnikiem napędowym rydwanu cezara, albo jego niewolnikiem, na plecach którego kroczy dumnie przez miasto. Niby tylko, bo nie wszystkim nawet takiego "tylko" przyszło w życiu zaznać. Nawet takiego... Można mi wiele rzeczy zarzucić. I słusznie. Jestem raptusem, bywam okrutnikiem, awanturuję się o byle co. Łamię przepisy ruchu drogowego. Na opieszałych kierowców mówię ty palancie i jeszcze gorzej. Natomiast zawistnikiem nie byłem, nie jestem i być nie zamierzam. Lubię się bezpiecznie z boku przyglądać jak Miły Młody Człowiek pozdrawia wiwatujące tłumy. Bo kochają go. Kochają bezspornie, bezgranicznie, bezkrytycznie. Choć jest też, ma się rozumieć, opozycja. Ruch antymonarchistyczny. Jacyś anarchiści. Wywrotowcy. Choć oficjalnie działają pod wrednym i fałszywym płaszczykiem wiernopoddaństwa. Hasła wznoszą Ci wrogowie króla takie:

- Jaki śliczny chłopiec, ale nogi mu zmarzną, bo zły tata nie założył mu butów.

- Proszę natychmiast ubrac mu czapkę.

- Kurtka, gdzie jest kurtka. Mama to wam da!

- Kocyk. Kto to widział w taką pogodę, bez kocyka?

 

Cóż można odpowiedzieć takim ludziom? Chciało by się, jak zmarły tragicznie prezydent Warszawy, kazać spieszyć do domu dziadówom. Jednak to nie ja tutaj decyduję, tylko młody władca. A ten wyrozumiałością godną Karola Wielkiego obdarza antymonarchistów promiennym uśmiechem. Pokazując wszystkich osiem zębów. Wielki to człowiek, choć nie przekroczył jeszcze metra liczonego wg wzorca przechowywanego  w Międzynarodowym Biurze Miar i Wag w Sèvres koło Paryża. 

who didn't let the gorilla into the ballet? from alonso ruvalcaba on Vimeo.

// //

by ojciec_wwwirgiliusz@NOSPAM.gazeta.pl at sierpień 26, 2014 09:33

Dzieciowo mi

Bajki dla potłuczonych – toksyczne związki Calineczki

Lakier powoli wysychał, a Calineczka tępo gapiła się w ekran laptopa. Kobieta podobno bezbronna jest tylko wtedy, kiedy schną jej paznokcie, ale całe jestestwo Calineczki, każdy atom (czy co tam to jest) jej psyche zdawał się wołać, że to nie prawda i zakres bezbronności należy rozszerzyć na pozostałe aspekty życia. Zwłaszcza tak podłego jak ma Calineczka.

Bo i z czego tu się cieszyć? Świat nie lubi drobnicy. Cały świat dąży ku gabarytom coraz to większym. Jeśli maluje paznokcie – tak jak robi to teraz – pędzelek mógłby z powodzeniem robić za miotłę. Użyjcie kiedyś zmiotki do nakładania lakieru, to zrozumiecie.

A zakupy? W przeciwieństwie do wszystkich innych dziewczyn nie cierpiała chodzić po sklepach, a każdorazowy wypad wiązał się z traumą, którą leczyła potem za sprawą głupich gierek na komputerze i butelki czerwonego wina (butelka dla odmiany była duża). Na litość boską, w czym znajdować przyjemność, jeśli się pokona pół miasta i nie znajdzie jeansów w rozmiarze XXS?! Nie mielibyście wkurwu? No i jeszcze ten toksyczny związek z Księciem Motyli, zakończony zresztą szybciej niż szybko.

A powinna się była domyślić. Powinno jej się zapalić czerwone światełko, kiedy na czacie dla poszukujących singli napisał jej „cze”. I na dodatek używał nicka Książę. Ktoś, kto podpisuje się jako Książę i wita poprzez „cze”, musi być fagasem. Och, jakaż była głupia, że nie dostrzegła tego w porę. I te jego ciągłe wymagania. A włóż krótszą spódniczkę, a włóż wyższe obcasy (WYŻSZE obcasy, kretyn!), umaluj usta na czerwono, zabierz torebkę. Nie bierzesz torebki? Każda normalna kobieta nosi torebkę a ty nie? Chyba zwariowałaś. W SPODNIACH chcesz pójść? W spodniach?! W spodniach to ja chodzę. Aleś sobie fryzurę zrobiła, weź ty sobie znajdź kogoś z talentem do tej roboty, żebyś w końcu wyglądała jak człowiek. Co oglądasz? Mecz?! Dżizas, jaki mecz?! Raz siądź jak każda normalna i obejrzyj serial. Mój ty kurdupelku, mówił do niej i miało to brzmieć pieszczotliwie. KURDUPELKU! Kurwa! Książę miał metr osiemdziesiąt.

Pogoniłaby go szybciej, ale czuła się taka samotna. Nie, dobra, dość kłamstw, przynajmniej przed sobą nie będzie udawać. Pewnego dnia, kiedy siedziała w korpo, dostała smsa z informacją, że zabrał swoje rzeczy i przeprowadza się do jakiejś Pameli czy Palomy. Wróciła do domu i faktycznie powiało pustką. Z jednym wyjątkiem. Koło stolika na telewizor znalazła damskie majtki. Nie jej.

Calineczka zapaliła papierosa (dla niej był gruby jak cygaro), postanowiła przestać się nad sobą użalać oraz wreszcie przestać być singlem, po czym zalogowała się do serwisu randkowego i poświęciła w całości wyszukiwaniu kandydatów. Papierosów ubywało, kawę liczyła już na hektolitry, wino dawno już stało się miłym wspomnieniem, połowa drugiego także, kiedy w końcu osiągnęła to, co zamierzała. Umówiła się na randkę. Wybrany obiekt, delikatnie mówiąc, daleki był od jej oczekiwań, ale był, nie miał ksywy „Książę” i na czacie nie przywitał się „cze”. No i miał wzrostu metr pięćdziesiąt sześć. Szóstym zmysłem (tfu, siódmym, bo szósty to kobieca intuicja) wyczuwała, że to kolejny strzał w kolano, ale ponieważ mentalnie czuła się spowinowacona z jednym takim ewangelicznym niedowiarkiem, postanowiła, że jeśli się sama nie przekona, to zwariuje. Randka za godzinę.

Nieźle już miała w czubie, kiedy otworzyła szafę. O nie, nie będzie ułatwiać mu zadania. Młodości, ty nad poziomy wylatuj, tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga. Szczuciu cycem powiedziawszy stanowcze nie, sięgnęła po bojówki, glany i golf (no dobra, golf był obcisły), zarzuciła na siebie jeansową katanę, związała włosy w koński ogon i wyszła z domu zupełnie bez makijażu, czego nie odważyłaby się zrobić, gdyby była trzeźwa. Ale nie była.

Zbiegła po schodach starej kamienicy w śródmieściu, z niemałym trudem otworzyła ciężką bramę i wychodząc na chodnik wpadła prosto na jakiegoś faceta.

- Przepraszam… – wyjąkała i chciała go minąć.

- To ja przepraszam – odpowiedział.

- Nie, nie, to ja. Chodzę jak ofiara losu.

- Losowi to trzeba skopać dupsko, a nie składać się w ofierze – uśmiechnął się facet.

Przyjrzała mu się. Maszynka do golenia nie była jego ulubionym akcesorium łazienkowym, to pewne. Fryzjera też mógłby sobie jakiegoś z talentem… cholera, zaczyna myśleć jak Książę. Co on ma na spodniach? Smar?! To dlatego wali od niego rozpuszczalnikiem. I… no tak. Jest niewiele wyższy od niej. Tak gdzieś z metr pięćdziesiąt.

- Jasne, jasne – powiedziała. – To ja idę.

- W tamtą stronę? To czekaj, potowarzyszę ci. Jeszcze znowu na kogoś wpadniesz.

Calineczka stała i patrzyła. Obcy facet właśnie zaproponował, że ją odprowadzi. W kiepskiej dzielnicy. Po zmroku. Przy ulicy dysponującej potężnym zasobem ciemnych, obskurnych bram. Czknęła, zachwiała się i pomyślała, że to wszystko pierdoli.

- Idziemy – powiedziała.

I poszli.

Na randkę nigdy nie dotarła. Dzięki Tomkowi żadnych randek już nie będzie potrzebować. Wieczór spędziła kapitalny, ale nie z tym facetem, z którym się umawiała. Miesiąc później wprowadził się do niej i zapełnił puste przestrzenie życia i mieszkania. Zaczęła dzielić jego pasję i pracę, bo akurat – szczęściarz! – to było jedno i to samo. Coś w sam raz dla niewielkich. Świetnie jest mieć tor gokartowy.

Kolejne trzy miesiące później się oświadczył, a ona się zgodziła. Siedziała więc sobie teraz i – a jakże – malowała paznokcie. Myślała o tym, że skopanie losowi tyłka okazało się bardzo dobrą postawą życiową i będzie to kontynuować. Myślała też o tym, że już niedługo pójdzie do urzędu miasta i zrobi sobie nowy dowód. Będzie się trochę śmiesznie nazywać, ale kij tam z nazwiskiem. Zupełnie inna ona. Celina Paluch.

PS. Jakbyście chcieli poznać alternatywną historię Kopciuszka, to jest tu (klik, klik, klik), a o Roszpunce też pisałam tu (klik, klik, klik). Indżoj ;)

PS2. Ikona z merlin.pl.

by kruszyzna at sierpień 26, 2014 09:29

Zuzanka

Slow Day Long

Miejsce tak piękne, że chciałbyś w nim spędzić całe życie. Albo chociaż wakacje!

Dla większości z nas wakacje są tylko raz w roku. Tylko ten jeden raz udaje się nam wygospodarować czas i środki na wymarzony wyjazd. Chcielibyśmy więc, żeby był jak najbardziej udany i spełnił nasze wszystkie oczekiwania. Jak z bajki! Ja w tym roku marzyłam o plażowaniu. O dziwo, Damian też. Ale kiedy zaczęliśmy sprawdzać możliwości wyjazdu w tropiki, to intuicja nam ostro podpowiadała, że to nie jest dla nas…

Najpierw minęła nam chęć wyjazdu z biurem podróży. Potem, przerażeni perspektywą 40-stopniowych upałów, zniechęciliśmy się do ciepłych krajów w ogóle. Tylko co tu zrobić, by wilk był syty, a owca cała? O tym, jak doszliśmy do decyzji, że wakacje spędzimy w Holandii, przeczytacie TUTAJ. Dziś mogę Wam z całą pewnością powiedzieć, że pomysł mieliśmy w 100% trafiony.

Nasz pobyt w kraju tulipanów rozpoczęliśmy od kilku dni spędzonych w Amsterdamie. Owszem, mieliśmy tu wspaniałą pogodę i namiastkę plażowego lenistwa (czytaj TUTAJ), ale to zdecydowanie nie było to, o co mi chodziło. Przyznam się też, że cały czas miałam lekki stres, że zaraz zepsuje się pogoda, bo przecież Holandia słynie z bardzo zmiennej i raczej deszczowo-wietrznej aury. A my tu w Amsterdamie mamy upały! Jak nic, zaraz się to zmieni. Przecież to niemożliwe, żeby było tu ciepło przez wiele dni pod rząd. Holendrzy współczująco kiwali głowami – wykorzystaliśmy swój limit słońca na zwiedzanie miasta. Nie czeka nas już nic dobrego. Jak pech to pech.

Do położonej nad morzem Hagi jechaliśmy więc pełni obaw. I faktycznie, już pierwszego dnia musieliśmy wykopać z dna naszych pudeł cieplejszą odzież. Prognozy pogody też nie wyglądały optymistycznie. Ma być zimniej, wietrzniej i codziennie ma padać. Wkurzyłam się, a moją złość wyładowałam na Damianie. Bo to on uparł się, żeby zacząć od Amsterdamu i od razu zaklepać tam nocleg na 5 dni. I co? Zmarnowaliśmy dni z najlepszą pogodą w mieście! Nici z plażowania! Byłam wściekła i rozżalona. A oczyma wyobraźni widziałam już, jak codziennie wieczorem stoję przy suszarce i pakuję do niej nasze przemoknięte ciuchy.

Na szczęście prognozy w Holandii są równie niewiarygodne jak bardzo zmienna jest tu pogoda. Już następnego dnia obudziły nas promienie słońca i… najprawdziwszy upał. Żeby nie tracić czasu, wskoczyliśmy na rowery i pognaliśmy na naszą wymarzoną trasę po tutejszych wydmach. Trudno w to uwierzyć, ale potrzebowaliśmy zaledwie 5 minut, żeby z naszego mieszkania w ścisłym centrum miasta przedostać się do ogromnego parku, przechodzącego w las. I kolejne 10, żeby znaleźć się w parku,ale tym razem Narodowym. Niesamowite!

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (23)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (43)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (39)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (40)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (18)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (19)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (20)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (21)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (26)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (25)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (24)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (22)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (2)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (3)

Haskie wydmy zajmują dość spory obszar i prezentują się niezwykle malowniczo. Niesamowite wrażenie robią w kontraście z widzianym w tle miastem. Z jednej strony morze, z drugiej majaczące w oddali wielkie wieżowce. Bajka! Na dodatek, co ucieszyło mnie szczególnie, gdyż nie jestem typem piechura, można je całe objechać rowerem. Żyć nie umierać! Takie rzeczy możliwe są chyba tylko w tym kraju. Wszystkie wytyczone szlaki turystyczne są tak przygotowane, żeby można je było przebyć na rowerze lub… konno.

Wśród achów i ochów docieramy do leżącej na uboczu, na wschód od miasta, niemalże pustej plaży. Pustej, jak na polskie warunki. Słońce, piasek, lekka bryza i mało ludzi. Leżymy i czytamy książki. Nasza córka gania dookoła i bawi się w najlepsze. I do tego wszystkiego, ku naszemu zaskoczeniu, okazuje się, że woda w Morzu Północnym wcale nie jest taka zimna, jak się spodziewaliśmy. Powiem więcej, jest na tyle ciepła, że wszyscy troje bez bólu, bez „wskoczyć – nie wskoczyć” i innych „przyczajek”, radośnie zażywamy kąpieli. Jest cudownie!

Nie chce nam się w ogóle z tej plaży schodzić, dlatego postanawiamy na obiad pojechać rowerami po piasku. Dla mnie bomba! Wiatr we włosach, chrzęst rozgniatanych kołami muszli, których miliony pozostawione przez odpływ leżało wzdłuż wody. Mój powolny rower na szerokich oponach okazał się do takiej przeprawy idealny. Niestety, Damian z ciężką przyczepką, na szosowych oponach, miał poważny problem. Gdy dotarliśmy do polecanej nam restauracji, padł zmęczony i nie mógł się ruszyć. Może lekko przesadzam, ale widziałam, że nie było mu łatwo. Po wysiłku spotkała go jednak wspaniała nagroda w postaci dobrego posiłku w fajnym miejscu.

Przez resztę dnia leżymy na kanapach, popijamy lokalne zimne piwo prawie bezalkoholowe i chłoniemy tą miejsko-plażową atmosferę, za którą tak tęskniliśmy jeszcze we Wrocławiu. Nasza córka bawi się w piasku, zbiera muszelki i… jest szczęśliwa. My też.

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (4)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (5)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (7)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (8)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (9)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (10)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (11)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (13)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (14)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (15)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (16)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (17)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (27)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (28)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (29)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (30)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (33)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (34)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (35)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (36)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (37)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (38)

Rowerami do piachu więcej się nie pchaliśmy, ale do końca naszego pobytu w Hadze, każdego dnia spędzaliśmy kilka godzina na jednej z dwóch spokojnych plaż – tej na wschodzie miasta i drugiej, po jego zachodniej stronie. Mamy więc plaże nudystów, wyłaniającą się zza morza elektrownie, wydmy, malownicze domki… Ach, rozmarzyłam się znowu.

Podczas naszego pobytu, jak ognia, unikaliśmy tylko centralnej plaży, czyli tej w Scheveningen, która jednak wydawała nam się dziwnie znajoma. Deptak wypełniony knajpkami, lodziarniami i straganami z pamiątkami. Molo (zresztą nieczynne). Na prawo od niego majestatyczny Grand Hotel. Coś Wam to przypomina? Podobieństwo do plaży w Sopocie jest wręcz łudzące! Poza sezonem jest to niewątpliwie piękne miejsce, ale w lipcu, przy TAKIEJ pogodzie, tłumy są straszliwe.

Zajechaliśmy jedynie na promenadę, bo tam czekała na naszą córkę wspaniała niespodzianka. Otóż, okazało się, że jej własny pacynkowy krasnoludek, przyleciał do nas samolotem i zaprosił ją na spotkanie swoich holenderskich krewnych. Radości dziecka nie było końca. Dzięki temu, że wcześniej nie wyciągnęliśmy krasnala z torby, udało nam się fajnie „sprzedać” skwerek z rzeźbami. Mała rzecz, a cieszy!

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (44)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (45)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (46)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (47)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (49)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (50)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (52)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (53)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (54)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (55)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (56)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (57)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (58)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (59)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (60)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (61)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (62)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (63)

Jak widzicie, warto zaryzykować i wbrew utartym schematom i stereotypom poszukać słońca tam, gdzie nikt się go nie spodziewa. Kolejne dni spędzone na holenderskim wybrzeżu utwierdziły nas w tym, że dokonaliśmy słusznego wyboru. W Holandii jest mnóstwo pięknych i czystych plaż, wzdłuż których ciągną się kilometry ścieżek rowerowych.

Jest też sporo typowo turystycznych miejscowości, pełnych straganów z „mydłem i powidłem”, wakacyjnych restauracji i lodów na patyku. Niby to samo, co u nas nad Bałtykiem, ale jakoś tam schludniej, mniej krzykliwie.

Nie widać w tych miejscach zagranicznych turystów. A szkoda. Bo niejeden Polak, Niemiec, czy Francuz mógłby być mile zaskoczony. Ale może to i lepiej. W końcu tak samo jak hiszpańskich upałów nie do wytrzymania, nie lubimy nadbałtyckiego ręcznika przy ręczniku. Wolimy plażować po holendersku, gdzie ostrości widzenia nie zaburza nam ani męcząca gorączka, ani tłum turystów, wśród których tak łatwo stracić dziecko z  oczu.

Na holenderskiej plaży można naprawdę odpocząć. Czego jesteśmy najlepszym przykładem.

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (31)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (32)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (41)

Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (42)

by Kamila at sierpień 26, 2014 05:37