Planeta Jadzi

kwiecień 21, 2015

Eksribicjonizm kontrolowany

Kwiecień Bez Zakupów: tygodnie 2-3

Za mną 2/3 eksperymentalnego kwietnia bez zakupów. 
Jak minęły mi ostatnie 2 tygodnie?

Mam wrażenie, że zakupowy post zaczyna przynosić efekty. Ale po kolei... Na co wydaję pieniądze?

❂ JEDZENIE 

Wielu z Was trudno było uwierzyć, że nie zamierzam kupować jedzenia. Jednak dla mnie wizyta w spożywczaku potrafi być równie przyjemna jak ta w drogerii. Uwielbiam buszować wśród półek z herbatą czy w lodówkach, bo zawsze znajdę jakąś nowość, której chciałabym spróbować. A przecież miałam szukać przyjemności innych niż "mieć"!

Dlatego zakupy zostawiam Jemu - wiem, że nie wrzuci do wirtualnego koszyka niczego, co nie byłoby naprawdę potrzebne. Mimo to zdarzyło mi się samej kilkukrotnie odwiedzić spożywczaki, jednak za każdym razem kupowałam wyłącznie rzeczy w danym momencie niezbędne, których nie mogłam zamówić online. Nie omijałam przy tym kuszących stoisk z drobiazgami do domu - przeciwnie, wystawiłam na próbę swój zdrowy rozsądek i silną wolę, przeglądając ofertę i decydując się niczego nie kupić, bo ładne, bo tanie, bo może kiedyś się przyda.


❂ URODA 

Nie wiem właściwie, jak klasyfikować wydatki tego typu. Z całą pewnością nie są to zakupy, ale trudno nazwać je rzeczą niezbędną. W każdym razie, odwiedziłam moje ulubione FBI na umówioną jeszcze w marcu regulację brwi.

Skończył mi się też krem do twarzy, ale tu dzięki pomocy Sophie i jej zapasom kosmetycznym zdołałam uniknąć zakupu nowego. Poza tym udaje mi się omijać drogeryjne pułapki, co zresztą okazuje się zaskakująco proste - od dawna przecież kupuję tylko niezbędne kosmetyki i to dopiero wtedy, kiedy stare się skończą.


❂ CZAS WOLNY 

Zgodnie z założeniami, poszukuję darmowych lub możliwie tanich sposobów na przyjemne i rozwojowe spędzanie wolnego czasu. Pomysły na nie zebrałam w tym wpisie, ale ciągle odkrywam nowe. Przez ostatnie 2 tygodnie ani razu nie potraktowałam zakupów jako rozrywki.

Mam za sobą spotkania z fajnymi ludźmi (babskie #razwmiesiącu z Nadine, Sophie i Martą, blogerski Smok Blog i wyprawę do gliwickiej palmiarni z przyjaciółką), internetową lekcję gotowania we własnej kuchni (rezultat widzieliście na moim Instagramie - zrobiłam stek!), kilka spacerów i jeden wieczór w domowym spa. Nieprzerwanie też czytam, korzystając z tanich oraz darmowych e-booków, a także papierowych książek pożyczonych od znajomych albo kupionych przed rozpoczęciem projektu.

Do kategorii "zakupów" nie wliczam opłat za podróż do i od rodziców (dwa razy) czy biletów wstępu (Palmiarnia). Na liście znalazły się jednak wizyty w restauracjach, choć nie są to faktyczne zakupy.


ZAKUPOWY BILANS

8-20 kwietnia

    • chusteczki (9 kwietnia)
    • sok pomarańczowy (11 kwietnia)
    • mus jabłkowy - składnik ciasta (13 kwietnia)
    • chusteczki (15 kwietnia)
    • kolacja z przyjaciółkami (15 kwietnia)
    • herbata na Smok Blog (16 kwietnia)
    • papilotki do muffinów i serek - składnik ciasta (16 kwietnia)
    • obiad z przyjaciółką (19 kwietnia)


    Do końca eksperymentu zostało mi 10 dni, a ja już widzę jeden efekt: dużo rzadziej myślę "chciałabym mieć", "chciałabym kupić". Wystawy w sklepach interesują mnie tak samo jak ładne elewacje budynków czy fajne psy na ulicy - czyli czysto estetycznie. Można powiedzieć, że wystarczyły 3 tygodnie świadomego rezygnowania z zakupów, żeby stłumić pragnienie posiadania i przestawić się na myślenie bardziej przeżyciowe.

    Czy na długo? Zajrzyjcie do mnie 1 maja po podsumowanie!

    by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at kwiecień 21, 2015 02:00

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Bezwstydnica

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Skomentuj Shinkansen sushi, którego autorem jest Hania

    Byliśmy tu dzisiaj – pyszności – dzięki wielkie za namiary :)

    by Hania at kwiecień 21, 2015 09:25

    Dzieciowo mi

    Co znajdzie się w sklepie? Odsłaniam rąbek tajemnicy

    Zupełnie niedawno, krygując się z lekka i szurając nóżką, rzuciłam informację, że rozszerzamy swoją strefę bezpośredniego rażenia i przy blogu „Dzieciowo mi!”

    by Malwina Ferenz (Krusz.) at kwiecień 21, 2015 09:00

    Anna Sakowicz

    Dziewczyna z Kamienia

    Izabella Cywińska kojarzy mi się z teatrem, ale przede wszystkim utkwiła mi w głowie jako minister kultury w rządzie Tadeusza Mazowieckiego oraz reżyser „Bożej podszewki”. Na pewno jest to kobieta z bogatą przeszłością i ciekawą osobowością. Chętnie więc sięgnęłam po jej autobiografię „Dziewczyna z Kamienia”. Książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że autorka jest niezwykłą postacią.…

    by anna.sakowicz at kwiecień 21, 2015 07:26

    Smoking kills...

    O NIEDYSPOZYCJI I HORRORZE

     

    No więc, sytuacja kształci się tak, że od wczoraj mi niedobrze oraz ktoś mi wbija gwoździe w głowę, zaraz za linią włosów. Bolą mnie też gnaty, więc pewnie ktoś mi sprzedał jakieś sympatyczne wirusiątko w sobotę na zakupach.

    Torba przyszła, jest piękna, normalnie bym się do niej poprzytulała, ale chwilowo boję się obrzygać te śliczne frędzle.

    Pozostając w temacie – N. w niedzielę przy śniadaniu puścił odcinek Makłowicza w podrózy, z wizytą na Sardynii. Pan Robert konsumował ser, który dojrzewając jest napowietrzany przez czerwie. Figlarnie odsuwał sobie przyschniętego czerwia z porcyjki sera na widelcu… Naleśnik mi w gardle zawył i stanął sztorcem. TO JEST MOJA NIEPRZEKRACZALNA GRANICA – larwy much w jedzeniu. Za nic na świecie. Może i one są przepyszne i mają delikatny orzechowy posmak (jak zaświadczał jeden z tych rąbniętych podrózników, co to jedzą szarańczę i tarantule), ale nie, nie i jeszcze raz NIE. Nic związanego z owadami niech się nawet nie zbliża do mojego talerza. The horror, the horror!…

    O, jak mnie łupie – jeszcze się ta wiosna dobrze nie zaczęła, a już mam z nią na pieńku.

    by Barbarella at kwiecień 21, 2015 06:50

    Kurlandia

    Beskid Niski

    Jesteśmy bardzo podekscytowani! Właśnie negocjujemy warunki turnusu rehabilitacyjnego w Beskidzie Niskim, 370km od Wrocławia. Terapię organizuje znana nam Fundacja 21, czyli rodzice cudnego Adaśka z trisomią. Jest tam o tyle komfortowo, że – poza niewątpliwymi urokami przyrodniczymi – sami możemy wybrać pakiet zajęć. Będzie więc nasz genialny neurologopeda – Ola Listwoń, pedagog specjalny, mega empatyczny psycholog – Beata Kessler, muzykoterapeuta, artoterapetuta, dogoterapia. Szymon będzie uczył się żucia, czytania metodą Krakowską, będziemy uczestniczyć w zajęciach indywidualnych i grupowych. Po każdym takim turnusie Szymon ma takie…nie wiem jak to określić…bystre oczy. To dziecko robi krok milowy po każdym terapeutycznym wyjeździe. My natomiast będziemy mogli dalej szerzyć wiedzę na temat terapii wzroku, która można zorganizować w warunkach domowych. Mamy misję, stół świetlny bierzemy ze sobą!

    Jedno, co spędza mi sen z powiek, to zakwaterowanie. Dziś się dowiemy, czy uda nam się je zrefundować wraz z turnusem. JEST SZANSA, ŻE SZYMON SPĘDZI SWOJE TRZECIE URODZINY W GÓRACH!!! Jestem mega zestresowana, czy w tak krótkim czasie uda nam się to wszystko zorganizować. Jestem już myślami tam…Na tych drzewiastych wzniesieniach, przesyconych wiosenną zielenią. Zastanawiam się co zrobić, by urodziny naszego synka były tak wyjątkowe, jak On sam! Co może być lepszym prezentem, jeśli nie łyk górskiego powietrza w schorowane płuca oraz porcja wiedzy, dzięki której Szymon jeszcze lepiej będzie chłonął świat? Jestem bardzo wzruszona i poddenerwowana. Tak bardzo bym chciała, żeby wyjazd był możliwy do zrealizowania.

    Dzięki metodzie Krakowskiej Michałek nauczył się czytać w trzy miesiące. Szymon jest bystry, więc uczenie go samogłosek przyjdzie nam – jak sądzę – z łatwością. Musimy wrócić do nauki żucia, bo właśnie wyrżnął się ostatni ząb w paszczy syna i fale wymiotów nie będą go już tak dręczyć. Do tego odkryliśmy zamiłowanie naszych synów do muzyki. U młodszego objawia się to próbami śpiewania wraz z zawodzącą matką, Michała natomiast zapiszemy na naukę tańca. Starszy z braci przejawia nieprzeciętne zdolności koordynowania ciała w takt muzyki. To, co prezentuje, jest autorskim powiązaniem jeazz’u i stylu break dance. Do tego ma pamięć fotograficzną i kojarzy, przy której nucie ma wykonać dany gest. Mam już cały pakiet nagrań tańczącego Michała…Wszystko zaczęło się od teledysku do piosenki „Mam tę moc”. Któregoś dnia puściłam dziecku samą melodię, a Ono powtórzyło po kolei wszystkie gesty Królowej Elsy. Myślałam, że znam swoich potomków, ale tym razem zaliczyłam tak zwany „pełny opad szczęki”. Była Teściowa skwitowała to krótko…”Pamiętasz co mówili nam o wcześniakach? Że wyrośnie z niego albo dziecko niepełnosprawne, albo genialne”. Coś w tym jest!

    Jestem ciekawa tych zajęć muzycznych na turnusie. Chcemy jednak też choć raz zobaczyć się z dogoterapuetą. Może otworzą nam się mózgi na nowe pomysły? Czasami jedna drobna informacja jest w stanie wywołać lawinę pozytywnych zdarzeń. Tak było na przykład z nauką chodzenia w wodzie, czy terapią wzroku. Gdzieś złapałam jakiś trop, a potem zbudowaliśmy cały nowy system terapii na 2015 rok.

    Siedzę jak na szpilkach…

    ***

    by Iga at kwiecień 21, 2015 06:44

    zycie na kreske

    kwiecień 20, 2015

    Mikołajkowo

    DZIECIĘCA BEZTROSKA

    Mam podbite oko i wyszarpaną dziurę we włosach. Nie myślcie że brałam udział w bójce. Nie, małżonek też mnie nie pobił. Nawet nie wiem jak to się stało. Trwało to jakieś 30 sekund a sprawcą był 3 letni Michałek.
     Przy ubieraniu wyciągając rączkę z rękawa przywalił mi w oko a jakieś 30 sek. później podczas ubierania majtek stracił równowagę i wyrwał mi garść włosów. To się nazywa beztroska i brak odpowiedzialności za swoje czyny. A ja musiałam szybko wybierać włosy z uroczej pulchniutkiej dłoni bo królewiczowi przeszkadzały.

    A co na to Mikołajek?

    Wiadomo: hahaha, ubaw miał po pachy. Zresztą pani psycholog ostatnio stwierdziła że poczucie humoru to ma nasz Mikołajek ma nieziemskie. :-)

    No cóż, mi tak wesoło z podbitym okiem nie jest :/

                                                                                             Mama Mikołajka i Michałka

    by Wiola Grabowska (noreply@blogger.com) at kwiecień 20, 2015 11:27

    moje waterloo

    2077

    Inny temat, dla rozluźnienia.

    Przychodzę z roboty do domu, patrzę, patrzę, a tu paczka. Z Richtich Fajnych Niemców. Ja ze Śląska jestem, tu każdy ma kogoś w Richtich Fajnych Niemcach. To myślę, kogo ja mam. I... TAK! Ja mam Kaczkę! Wgapiam się w nalepkę adresową - bingo. Kaczka jak dzwon.
    Robię rachunek sumienia. Zamawiałam coś u Kaczki? Cóż, pamięć dobra, tylko krótka. Otwieram...

    List był na samym dole. Długo nie mogłam do niego dotrzeć, bo za każdym razem, gdy próbowałam podnieść się z podłogi, śmiech rzucał mnie na nią z powrotem. Kiedy się wreszcie udało, nastąpiła kolejna część kary - każdy przedmiot został skrupulatnie opisany wraz z instrukcją obsługi. Na szczęście wróciło dziecko i zamiotło mnie do przedpokoju, gdzie dogorywałam przez chwil kilka, a potem skończył się cykl prania, to poszłam rozwiesić.
    Chichocząc.

    To była Paczka Żywnościowa!


    - Już wszystkim powiedziałaś, że głodujemy? - lekko podrzuciła Zuzanna, po czym otwarła pudełko.


    "Tak jak obiecałam - zwracam w bezie!".
    (Jak widać, nie zdążyłam ze zdjęciem. Jedna różowa beza zniknęła w otchłani).


    "Małe, białe - to spód pod pavlovą - złóż to sam".


    Kaczka nie zapomniała też o swojej ulubienicy.


    Oraz o Laluńku Mamusi. Tak. TAK, to są klipsy od woreczków. Z chlebem na ten przykład.


    Oraz pozostałej gawiedzi.


    Nie zapomniała również o Prezesie.
    (- Kochanie! Kaczka przysłała ci tiktaki popkornowe!
     - Super. Będą jutro na obiad).


    Na samym dole leżała maleńka paczuszka.


    Z lekko zastanawiającą datą przydatności.


    "Niech cię nie zraża data przydatności (...). Sekret bezy wg Norweskiego".

    Płakałam otwierając.
    Płakałam przeglądając.
    Płakałam czytając.
    Płakałam fotografując.
    Płaczę opisując.
    Płaczę zamieszczając zdjęcia.
    Będę płakać za każdym razem, gdy to sobie przypomnę.


    Kaczko! Miłości Moja!

    Oto nadeszło namacalne potwierdzenie, że jesteś równie (lub i nawet bardziej) pierdolnięta niż ja. Świadomość istnienia w galaktyce kogoś takiego przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Nie jestem już sama! Oto człowiek! Założymy klub. Ty będziesz prezeską. Ja wyczyszczę Ci obuwie. (W liczbie obojętnej). Oraz dziateczki odkurzę, gdyby zaistniała konieczność. A nawet Norweskiego przypilnuję, by nie wylizywał patelni.
    Och.

    Kocham Cię.
    Nigdy nie dostałam takiego prezentu.
    Aż dziw, że udało mi się to napisać, zważając, że nie mam już nieosmarkanego miejsca na rękawach.

    Do nóżek się ścielę Pani Dobrodzice
    Łoterloo


    PS Są takie chwile, gdy wiem na pewno, że życie jest piękne, ludzie są dobrzy i - co najważniejsze - obdarzeni takim poczuciem humoru, że ja przepraszam.
    Zazdrośćcie mi teraz!

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at kwiecień 20, 2015 08:17

    Zapiski dojrzalej kobiety

    ... płatki śniegu, czy płatki magnolii...

    Czasie różowo-biały, coś kwieciem nad kwiaty,
    rozsiadł się kielichem na skromnych gałązkach;
    Chwilo coś przybrała drzewko w królewską szatę,
    by wiatrem w słońcu, jak jedwabiem potrząsać.

    Gdybym mogła zatrzymać cię, jak kiedyś brankę...
    Wzięłabym w jasyr, twój czar, zapach, urodę!
    Proszę trwaj bezkreśnie, jak piękna bogdanka,
    co zdobi nieziemskie, a niebiańskie ogrody.
    ( Autor: Zofia Szydzik).

    Wieje u nas jak w Kieleckiem.
    Nie lubię takiej pogody bo głowa mi pęka i jestem bardzo senna, ale z drugiej strony ten wiatr jest mi bardzo na rękę.
    A dlaczego?
    A dlatego, ze moje futrzaki tak samo jak ja reagują na wietrzną pogodę.
    Śpią zgodnie, nie pętają się pod nogami, nie broją, nie biją się (tak, ostatnio dochodzi do łapoczynów).
    A spokój mi teraz bardzo potrzebny, albowiem zajęć mam aż nadto, albowiem wzięłam na siebie obowiązek gotowania dla matki karmiącej, prania ubranek niemowlęcych i prasowania ich.
    Gotuję bo czuję się w obowiązku, pranie robi pralka, a prasowanie tych małych koszulek i śpioszków sprawia mi wielką frajdę.
    I tak sobie stoją codziennie przy desce do prasowania, prasuję te maleństwa z lewej i prawej strony i myślami  cofam się czterdzieści pięć lat … no cóż, zupełnie inaczej te ubranka dla maluchów wyglądały…
    A jutro, jeżeli wiatr ustanie to zrobimy Wiktorii wagary od żłobka i pojedziemy gdzieś w plener, muszę trochę złapać dystansu, bo za chwilę będę gryzła własny ogon.
    A jeszcze rano idę do laboratorium na badania, to też mi dokłada obaw i zmartwień, bo przy takim zmęczeniu w jakim ostatnio żyję wyniki na pewno nie będą takie, jaki bym chciała.
    Nie wierzcie, ze wesołe jest życie staruszka;(.

     

    by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at kwiecień 20, 2015 07:04

    Zuzanka

    Blog do czytania

    MVMT – mój nowy, fajny zegarek

    Jeśli ktoś twierdzi, że blogerzy nie napędzają sprzedaży, to chyba jest Jonem Snow. I nic nie wie. Kilka tygodni temu Paweł Opydo na swoim blogu i fejsie pochwalił się nowym zegarkiem. I powiedział, gdzie można go dostać. To wszystko. Namówił mnie. OK, może nie do końca to wszystko. Od kliku miesięcy szukałem nowego zegarka. Nie, […]

    by Bartosz Cicharski at kwiecień 20, 2015 05:55

    Kurlandia

    Żyję

    Kochani, żyjemy. Musiałam trochę odtajać. Nic mega ciekawego się nie działo, co by wymagało odrębnego wpisu. Mieliśmy Gości i było bardzo miło. Wyplewiłam ogród. Planujemy wyjazd na turnus logopedyczny w Beskidy. Muszę Państwu opowiedzieć o Foreście. Cudowny pies nam się trafił. Marzy mi się wypad do Afrykarium, ale czekamy na wypłatę. Ot minęło 5 dni na luzie…

    ***

    by Iga at kwiecień 20, 2015 05:10

    Notatki na marginesie

    M jak mieszkanie

    Sprzedałam dom. Emocjonalnie kosztowało mnie to bardzo dużo, bo to był mój rodzinny dom i pierwszy mój własny. Kopalnia wspomnień, zdarzeń kluczowych i tych mniej ważnych. Urodziłam się tam, wychowałam tam najlepszą córkę na świecie, posadziłam drzewa w ogrodzie, pochowałam kota Kłopota pod leszczyną. Kosztował 30 lat życia.

    Sprzedałam ludziom, którzy ten dom pokochali i dlatego boli jakby mniej.

    Moja była szefowa mawiała, że pierwszy mąż, dom i samochód są "na brudno". No to chyba mogę zaczynać "na czysto" :).

    Kupiłam mieszkanie w Olsztynie. Nie piszę, bo zajęta jestem oswajaniem. Mieszkanie mnie wybrało i to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Ale wiem, że pokocham je z czasem, bo widzę potencjał. 

    No i na nowe mieszkanie przybłąkał się kot. A właściwie kotka. Ktoś znalazł kilkunastoletnią przybłędę na ulicy i zaniósł do schroniska. W schronisku było kotce tak źle, że trafiła do domu tymczasowego. Ogłoszenie o szukaniu człowieka dla kota przyniosła Lolka z biblioteki. No i wrobiła mnie.

    Kotka powiedziała, że ma imię Helena (na drugie Zuzanna) i że właściwie już ma dość i wszystko jej jedno. Kilka tygodni trwało zanim nieśmiało zaczęła się czuć jak w domu i pozwoliła mi być jej człowiekiem. 

    Wczoraj koordynatorka ze schroniska przyszła na inspekcję zwaną "jestem akurat w pobliżu, czy mogę odwiedzić kotka". Helena się zestresowała na kanapę. Trzeba jej było wytłumaczyć, że nikt jej zabierać i przenosić nie zamierza. Gawędząc z panią Ewą, przyznałam się, że kota nie planowałam i zostałam wrobiona przez córkę.

    - Ale chyba pani nie żałuje? - zapytała inspekcja ze strachem - nie zamierza jej pani oddać?

    - Córki też nie planowałam i nie żałuję - odpowiedziałam uspokajająco.

    No ja nie wiem, czy zdałam.

     

     

    by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at kwiecień 20, 2015 04:25

    pokolenie ikea

    7678494582_558950c87f_o

    Dziewięć miesięcy temu napisałem notkę „Posłuchajcie mnie 20 kilkulatki„. Odniosła wielki sukces. Zalajkowało ją na Facebooku ponad 5 tys. osób, została przeczytana ponad 75 tys. razy.

    Pisałem w niej że może nie stać cię teraz na wiele rzeczy, które wydają się ważne: mieszkanie, samochód, wakacje, kieckę, buty (wstaw sobie dowolną pierdołę). Ale stać cię na pewno na szczerość. Bo ona nie wymaga kasy. Zastanów się więc co chcesz robić? W czym jesteś dobry/a? A dalej po prostu to rób i idź za marzeniami.

    Pisałem żeby mówić często co naprawdę myślisz i czego oczekujesz. Bo asertywni ludzie jak pokazują moje dotychczasowe doświadczenia zazwyczaj dostają to co chcą.

    Radziłem wreszcie aby unikać ludzi, którzy cię nie szanują. Z szacunku do samego siebie. Szkoda na nich czasu. Jeśli nie potrafią cię docenić, to jest to tylko wyłącznie ich problem.

    Po jej opublikowaniu dostałem od was mnóstwo maili w których domagaliście się ciągu dalszego. Oto więc sześć rzeczy, których dowiedziałem się mając 30 – kilka lat.

    1

    Wiesz bardziej czego chcesz

    Kiedy skończyłem 30 lat byłem głupi. W sensie owszem byłem inteligentny. Owszem znałem dużo uroczych historii, po których kobiety zdejmowały majtki, ale nie byłem zbyt mądry. Nie twierdzę, że teraz jestem. Ale po 30 tce, wzrosła moja samoświadomość.

    Wymagamy aby ludzie szanowali nas za to kim jesteśmy, nie wiedząc sami kim jesteśmy.

    Nie odkryłem więc na czym polega sens życia. Odkryłem po prostu na czym polega sens mojego życia. Ty też musisz zrobić to samodzielnie. Nikt nie zrobi tego za ciebie.

     2

    Uczysz się nie przywiązywać za bardzo do planów

    Nie wiesz co wydarzy się za rok, dwa, pięć. Więc przestań o tym myśleć, przestań obsesyjnie planować, bo i tak życie cię zaskoczy.

    Nic nie jest na stałe. Żyjąc tyle czasu na tej planecie już wiem, że przez całe nasze życie uderzają w nas dwie siły.

    Jedna, która pozwala iść do przodu i ta druga, która nas hamuje. Spotykamy na swojej drodze, niezwykłych, wspaniałych ludzi oraz takich o których zawsze powiemy: o głupi człowiek.

    Głupia nauczycielka – bo pyta z lekcji, której nigdy nie omawiała.

    Głupi szef, bo rozlicza z rzeczy których nigdy nie zlecił

    Głupia żona, bo domaga się od swojego męża, rzeczy których wie nigdy nie dostanie.

    Ograniczenia idą z nami przez całe życie. I pewną umiejętnością jest ich przyjęcie. Przetrawienie. I zostawienie za sobą. 

    3

    Zaczniesz się rozwijać. To dobry pomysł

    Tak, wiem udało ci się skończyć kilka szkół. To było nudne prawda? Nasz model szkoły nie zmienił się od czasów Bismarka. Ławki, uczniowie i znudzona laska, albo facet przed tablicą.

    Szkoła zabija w nas ciekawość.

    Szkoła mówi nam, że mamy wybierać rzeczy stabilne i bezpiecznie.

    A jak nam się uda i będziemy naprawdę się starać, to skończymy pracując w korporacji. I będziemy mieć mieszkanie i samochód na kredyt. A sokowirówkę i toster będziemy mogli kupić od ręki płacąc swoją karą kredytową.

    Szkoła upierdala nam skrzydła (bardziej robią to tylko rodzice, ale o tym będzie za chwilę).

    Jakie pytania zadaje się dzieciom, kiedy stamtąd wracają? Nie, czego dowiedziałeś się ciekawego o świecie, o historii, geografii, muzyce. Rodzice pytają: co dostałeś? Co dostałaś?

    A później to pytanie zamienia się w: ile premii? Ile trzeba sprzedać? Ile płacą? Całe nasze życie od małego dziecka jest programowane na ilość.

    Po 30 tce zaczyna się zaś czas aby rozwijać się jakościowo. Chciałaś malować? Zapisz się na kurs. Całe życie narzekałeś, że nie znasz dobrze żadnego języka? Zacznij się uczyć. Chcesz podróżować? Do dzieła.

    To co masz we łbie – jest Twoje – dopóki oczywiście nie dobierze się do ciebie ta potworna zdzira Alzheimer (swoją drogą mój największy koszmar).

    4

    Pogodzisz się z rodzicami

    Związek z rodzicami przypomina falę na oceanie. Na początku jest spokojnie. Później fala wzbiera, wali o brzeg i zostaje tylko piana. I nagle znowu jest spokój.

    Do ósmego może 12 roku życia rodzice są dla ciebie Bogiem/ostoją/supermenem i transformersem jednocześnie. A później wszystko zaczyna się pierdolić. Ty zaczynasz dostrzegać ich wady, oni twoje. Oni usiłują realizować wymyślony przez siebie plan na twoje życie, ty nie chcesz mu się poddać.

    Jesteście na nie i tak zostaje przez długie lata.

    Rodzice dają nam pewne rzeczy i pewne zabierają. Rodzice nauczyli mnie czytać, nauczyli mnie również mówić przepraszam.

    Sprawili, że jestem uparty jak muł i trudny do zajebania niczym karaluch. Ale wykastrowali mnie też emocjonalnie. Coś dzięki nim zyskałem, coś straciłem, czasami pewnie nieodwracalnie.

    Dostaję dziesiątki maili w których kobiety pytają się mnie: a dlaczego mi z nim nie wychodzi? A dlaczego on mnie tak potraktował? Dlaczego mnie zostawił? Dlaczego mnie wykorzystuje? Dlaczego mimo, że wiem że mnie wykorzystuje cały czas liczę jak idiotka, że mnie jeszcze pokocha?

    Jeśli chcesz wiedzieć skąd biorą się kłopoty kobiet z facetami, spójrz na ich relacje z ojcem. W najgorszej sytuacji są te, które wychowywały się całkiem bez niego, albo z takim, który był atrapą z silikonu i styropianu. Cały czas niepewne siebie i usiłują zasłużyć na uwagę faceta z którym akurat są. A mężczyźni to wykorzystują. Większość tak robi. Czując słabość jak rekin czuje krew.

    Później już jako dorosłe kobiety mówią: a bo mój ojciec był taki a owaki. Nie nauczył mnie. Nie pokazał mi jak powinien wyglądać związek. Ok, to już cię nie nauczy. Jest za stary. Musisz nauczyć się sama.

    Po 30 – tce, powoli zaczniesz się jednak godzić z rodzicami. Będziecie się obchodzić jak podejrzliwe psy. Dojrzałość rodzi akceptację. Staniecie się partnerami.

    Odkryjecie się na nowo. Być może nawet się zaprzyjaźnicie. 

    5

    Nauczysz się rozstawać. I dowiesz się, że to nic złego

    Dziecko ma wspaniałego misia, do którego bardzo się przywiązało. Pojechało gdzieś ,zostawiło go, misio zaginał. Rodzice mówią: nie martw się, kupimy innego. Ale dziecko mówi ale ja nie chcę innego, chcę tego. Taką emocją która jest trudna do akceptacji, jest smutek i rozstanie.

    Mając 30 lat już wiesz, że pieniądze przychodzą i odchodzą. Znajomości i przyjaźnie przemijają.

    I nie ma w tym nic złego.

    Coś się kończy, coś się zaczyna.

    Było miło. I należy doceniać chwile kiedy tak było. O czym czy coś jest dla nas dobre czy złe decydujemy sami i to jak sobie z tym poradzimy. W końcu porażki i zwycięstwa są tylko w naszych głowach.

    To jak z tymi kredytami we frankach szwajcarskich. No bo z jednej strony chujnia i fatalnie, ale z drugiej strony wow! Bo kto teraz dostanie kredyt na mieszkanie we frankach?

    Albo tak jak z Adele. Poznała faceta, zakochała się a później on z nią zerwał. Napisała o nim piosenkę. „Someone Like You”. Że słyszała że się ustatkował, że znalazł dziewczynę, z którą się ożenił, że jego marzenia się spełniły, że ona dała mu to czego Adele dać nie mogła.

    I że teraz ona (Adele) jest przekonana, że znajdzie kogoś takiego samego. I że życzy mu wszystkiego najlepszego.

    „I heard that you’re settled down
    That you found a girl and you’re married now
    I heard that your dreams came true
    Guess she gave you things I didn’t give to you

    /…”

     

    Never mind, I’ll find someone like you
    I wish nothing but the best for you, too”

    A później ta piosenka stała się światowym hitem a ona dzięki niej światową gwiazdą I warto zobaczyć jak Adele śpiewa ją na wręczeniu Britt Awards w 2011 roku

    To śpiew ciągle zakochanej kobiety, która potrafiła się rozstać i pójść ze swoim życiem dalej. 

    6

    Oszczędzanie czy spełnianie marzeń wybór należy do ciebie

    Chcesz sobie strzelić tatuaż rzygającego pelikana na pośladku? Zrób to.

    Całe życie uważałaś że masz za małe usta? To je kurwa powiększ. Załatw to raz na zawsze.

    Chcesz mieć motor? Odłóż i kup. Po prostu.

    Zawsze chciałaś zobaczyć Galapagos? Zrób to. Zbierz kasę i jedź.

    Kraina ludzi po 30 – to strefa kiedy możesz zacząć robić te wszystkie rzeczy o których mówiłeś/aś, że je zrobisz będąc nastolatkiem. Fajnie nie? 

    xxx

    Ale wiesz co jest najlepsze w przekroczeniu 30 – tki? Świadomość, że jeszcze masz czas na zmiany. Jestem w najlepszym momencie swojego życia. I każdy dzień jest lepszy niż poprzedni.

    7678494582_558950c87f_o

    Photo by Ferran Jordà/CC Flickr.com


    by panikea at kwiecień 20, 2015 02:35

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Skomentuj Ramen (ラメン), nie taka zwykła zupa, którego autorem jest Maika

    Widziałam już kilka artykułów na ten temat w „internetach”, ale może rzeczywistość internetowa odstaje od tej zwykłej. Ramen bardzo lubimy, ale faktycznie nie wszędzie jest dobry.

    by Maika at kwiecień 20, 2015 02:23

    Skomentuj Ramen (ラメン), nie taka zwykła zupa, którego autorem jest Maika

    Hmm…. Ja o takim nie słyszałam. W Japonii za potrawami wegetariańskimi trzeba się co nieco nachodzić. W menu w restauracjach bardzo rzadko zdarzają się opcje wegetariańskie, raczej zawsze trzeba prosić, żeby podali wybrane danie z karty bez mięsa, ryby, jajka czy sosu. Ale z ramenem tak się niestety nie da zrobić.

    by Maika at kwiecień 20, 2015 02:22

    Skomentuj Ramen (ラメン), nie taka zwykła zupa, którego autorem jest Magda B.

    A czy istnieją jakieś rodzaje ramenu, które nadają się dla roślinożerców?

    by Magda B. at kwiecień 20, 2015 01:24

    Skomentuj Ramen (ラメン), nie taka zwykła zupa, którego autorem jest Beata

    Przyznam szczerze, że pierwszy raz o tym słyszę. Nie jestem miłośniczką kuchni japońskiej, więc może dlatego;) Ile to jednak zależy od przyrządzenia potrawy skoro ta sama, albo jest obrzydliwa, albo zniewala:)

    by Beata at kwiecień 20, 2015 11:57

    Dzieciowo mi

    Alimenty, czyli smutny tekst o przemocy ekonomicznej

    Najczęstsza forma przemocy w Polsce? O nie, właśnie że nie domowe rękoczyny. Również nie molestowanie seksualne. Oraz nie gwałty. Najczęstszą formą przemocy

    by Malwina Ferenz (Krusz.) at kwiecień 20, 2015 10:30

    Zorkownia

    Jezusmaria


    Na oddziale A leży starsza pani. Siwe kosmyki spadają na poduszkę policzka.

    - Muszę je obciąć, wciąż wchodzą mi do oczu. - Mówi i zapomina.

    Na oddziale B leży syn - nie Boży. Syn własny. Siadam przy niej i trochę nie wierzę.

    - Synowa woziła mnie codziennie do niego, teraz jej nie ma. Ktoś od was powiedział, że mój syn nie żyje. Chyba. Nie chcę o tym myśleć, płakać, nic przecież nie wiadomo na pewno.

    Słucham, nie wiem. Liczę, że pani jest splątana, że gorszy dzień. Idę do Basi.

    - Mamy w hospicjum jednocześnie matkę i syna?

    - Mieliśmy, syn umarł kilka dni temu. Czekaj, sprawdzę. W Wielki Piątek.

    Jezus Maria - myślę. - Jezus Maria.

    Ona jeszcze nie wie. Nikt z rodziny nie ma sił, bo pogrzeb, tysiąc spraw na głowie, a mi mówić nie wolno. Idę więc do kogoś, komu wolno.

    - Może być ciężko - słyszę. - Pani ma alzheimera. Powiem jej oczywiście, powiem, ale nie wiem, czy jutro będzie pamiętać.

    I nagle, kiedy już wiem o życiu tyle, że nie ma nic trudniejszego niż śmierć dziecka, dociera do mnie, jak bardzo się mylę. O śmierci dziecka można dowiadywać się codziennie od nowa.

    Dzień świstaka/noc świstaka. Piekło niepamięci.

    by noreply@blogger.com (zorka) at kwiecień 20, 2015 08:49

    Bezwstydnica

    Prokoncepcja

    na golo

     

    Jesteśmy w kuchni.
    Robię poranną herbatę z miodem.
    Nieprzytomnie usiłuję odkleić się od łyżki.
    Brodoziak, zamiast robić kanapki, usiłuje przykleić się do mnie.
    Zakleszcza mnie w uścisku niedźwiedzia brunatnego.

    Nagle mija nas półsenna G.
    – Jak chcecie mieć dzieciaczka, to musicie się pocałować – mówi G.apatyczno-informacyjnym tonem idąc dalej.
    B.niczym lew żądny rzędu potomków rzuca się na moje usta rechocząc przebiegle.
    W drzwiach, w drodze powrotnej z łazienki, pojawia się G.
    – Na goło! – mówi z dezaprobatą – Tak w szkole mówią.

    :))))

    B. nie idzie dziś do pracy.
    Opracowuje koncepcję kreacji na wieczór. :)

    Pozdrawiam
    Kura

    by admin at kwiecień 20, 2015 07:16

    Tokyo Pongi

    Ramen (ラメン), nie taka zwykła zupa

    Docierają do mnie ciekawe informacje z Polski – otóż ramen w naszym kraju staje się coraz popularniejszy! Otwiera się coraz więcej restauracji specjalizujących się w ramenie, co niezwykle cieszy, bo ramen to najlepsza kulinarna rzecz pod słońcem (…zaraz po mandarynkach ;) ). Tak szczerze, to trochę nam zeszło z pokochaniem tej zupy – pierwsza, którą jedliśmy w zamierzchłych czasah w Kioto, czyli w 2011 r., nie smakowała nam zupełnie, ledwie spróbowaliśmy, a już zdecydowaliśmy, że jednak nie jesteśmy głodni i lody o smaku fasolki nadają się na lunch równie dobrze.

    Ale któregoś zimowego, zmarznietęgo wieczoru trafiliśmy do jakiejś speluny (przepraszam za wyrażenie, ale tak to wyglądało), w której serwowano ramen i postanowiliśmy dać tej zupie jeszcze jedną szansę. I tak właśnie zaczęła się nasza miłość do ramenu. Zdarzało nam się jeść ramen nawet kilka razy w tygodniu i dopiero wzrost wagi przywołał nas do porządku. Bo niestety ramen jest dość tuczący.

    Ale od początku. Czym jest ramen i z czym się to je? Ramen to zupa z makaronem, mięsem lub rybą czy krewetkami, marynowanym jajkiem i innymi składnikami, różnie w zależności od regionu i przepisu. Ramen jest uważany na świecie za typowo japońskie danie, ale tak naprawdę przywędrował do Japonii z Chin, jego nazwę zapisuje się sylabariuszem katakana, który służy do zapisu wyrazów obcego pochodzenia. Oczywiście Japończycy dopracowali receptury i obecnie ramen jest jednym z najpopularniejszch japońskich fastfoodów. Istnieje wiele rodzajów ramenu, ale jednak składniki podstawowe są przeważnie wszędzie takie same – bulion (mięsny lub rybny) i makaron, więc restauracje z ramenem konkurują między sobą dodatkami, czyli marynowanym, a następnie pieczonym plastrem wieprzowiny (dość tłustym), marynowanymi jajkami, oraz innymi dodatkami.

    Istnieje niezliczona ilość rodzajów ramenu, ale najczęściej występujące to:

    • shio (shio = sól) – najstarszy i najbardziej tradycyjny rodzaj ramenu. Przygotowuje się go na bardzo słonym wywarze na bazie mięsa drobiowego lub wieprzowego, podaje z mięsem drobiowym, rybami, kapustą pekińską, pędami bambusa, cebulą i szczypiorkiem.

      Właśnie mi się przypomniało, że nasz japoński kolega nazywa rozgotowane pędy bambusa rozgotowanymi pałeczkami :D Faktycznie, nie wyglądają ani nie smakują jakoś szczególnie zachęcająco, ale są ludzie, którzy je uwielbiają.

    • tonkotsu (tonkotsu = kość wieprzowa) – ramen na bazie wywaru gotowanego na kościach wieprzowych. Ma ciemny kolor, jest gęsty i raczej tłusty. Podawany z mięsem i warzywami.
    • shoyu (shoyu = sos sojowy) – ramen z dodatkiem sosu sojowego. Podaje się z mięsem, jajkiem, warzywami. Bardzo często doprawiany olejem chili (jap. rāyu) i podawany na ostro.
    • miso (miso = pasta ze sfermentowanej soi) – najbardziej japońska wersja ramenu Do wywaru dodaje się pastę miso, całość podaje z mięsem, kiełkami soi, sezamem, cebulą i kapustą pekińską.
    Shio ramen Tonkotsu Ramen Miso Ramen

    Dodatkowo można również wyodrębnić regionalne odmiany ramenu. Poniżej trzy z wielu regionalnych odmian ramenu:

    Sapporo, stolica Hokkaido jest bardzo znana ze swojego ramenu. Ramen w stylu Sapporo gotuje się z pastą miso, a następnie podaje z kukurydzą, masłem, kiełkami fasoli, wieprzowiną i ewentualnie z owocami morza. Uważa się, że jest to idealny ramen na surowy, zimowy klimat.

    Ramen SapporoRamen w stylu Sapporo. Fot: źródło

    Typowy ramen w stylu Tokyo, to sojowy bulion z dodatkiem cienkiego, kręconego makaronu. Podaje się go z dodatkiem m.in. szalotki, pędów bambusa, mięsem wieprzowym i jajkiem. Dzielnice, w których można znaleźć najwięcej restauracji z typowym tokijskim ramenem, to Ikebukuro, Ogikubo oraz Ebisu.

    Tokyo RamenRamen w stylu Tokyo. Fot: źródło

    Ramen Yokohama jest znany jako Ie-kei. Składa się z bulionu wieprzowego doprawianego sosem sojowym, podawany jest z marynowaną wieprzowiną, gotowanym szpinakiem, nori (sprasowane wodorosty) oraz jajkiem. Klienci mogą zdecydować jak miękki powinien być makaron, jak gęsty bulion oraz ile oleju powinno być w ramenie.

    Ciekawostki

    • Chińska zupka w kubeczku (cup noodle) to japoński wynalazek i została zainspirowana ramenem właśnie. Cup noodle powstał w 1971 roku i od tamtej pory jest wielce zasłużony w dokarmianiu całych zastępów studentów na całym świecie.
    Ramen_cupnoodle1 ramen_cupnoodle2
    • Pojawiające się tu i ówdzie informacje o tym, że w Japonii można kupić ramen w automacie, są nie do końca prawdziwe. W automacie można wybrać i zamówić ramen, ale nadal to prawdziwy kucharz z krwi i kości musi przygotować naszą zupę. No chyba, że mówimy o cup noodle z maszyny, ale taki ramen ma tyle wspólnego z ramenem, co zupka chińska z rosołem.

    A tu „nasza” restauracja i nasz ulubiony, bardzo ostry ramen, który nas tak podstępnie utuczył zimą 2013 roku.

    NSC_9849 NSC_9860 NSC_9869

    The post Ramen (ラメン), nie taka zwykła zupa appeared first on TokyoPongi.

    by Maika at kwiecień 20, 2015 06:44

    Matka jest tylko jedna

    Szorty z Kosmyka, czyli dialogi z dwulatkiem

     

     

    Szorty z Kosmyka zaczęły się 3 stycznia 2014 roku – tutaj. To zapis rozmów z moim synem praktycznie od początków jego mówienia.  Zapisywałam je skrupulatnie przez prawie rok, tworząc swoiste świadectwo, jak bardzo w tak krótkim czasie może zmienić się zasób słów dwuletniego dziecka.

     

     

     

    1. 

     

     

    Sylwester. Zabawa trwa. Kosmyk biegnie do pokoju gości i wraca stamtąd z plasterkiem sera w łapce.

    - Mamo, mam ser! Lubię ser! Ludzie mają ser.


    – My też mamy ser, Kosmyku. – odpowiada zdumiona namiętnością synka do nabiału matka.


    – Nie, ludzie mają dobry ser. Ja lubię ser ludzi!

     

     

     

    2. 

     

     

     

    Z cyklu „Spostrzeżenia”


    – O, mama ma włosy – mówi Kosmyk – i tata ma włosy! I baba ma włosy! I dziadek ma [chwila wahania]… włosy. Tak. Ma!

    – Kosmyku, a ty co masz na główce? – pyta się mama.

    - Ja mam loki!

     

     

    3. 

     

     

    Kosmyk pobiegł do kuchni i słyszę, że mnie tam woła.

    – Mamo! Brudne!

    Idę, spodziewając się, że brudne są tylko rączki.

    – Co jest brudne, Kosmyku?

    – Dłoga brudna. O tu! Duzo wody!

    – O, faktycznie, a kto tak wylał dużo wody na podłogę? – zupełnie serio się zastanawiam, przygwożdżona jakąś niemocą chyba, nawet podejrzewam: dziadka, chłopa, siebie… Ale dziecko mnie sprowadza do rzeczonej podłogi:

    – Ja lałem!

    – Ojej, ale to nie specjalnie, niechcący wylałeś tyle wody na podłogę? – pytam, bo kretynizm mnie już opętał całkowicie, a moja matka miała dostać pierwotnie na imię Nadzieja.

    – Ja cjalnie lałem. O tak!

    I moje dziecko, żeby głupiej matce pokazać, jeszcze raz specjalnie wylało wodę na podłogę.

     

     

    4. 

     

     

    – AŚKAAAAA – drze się chłop z kuchni.

    – Aśkaaaaa! – drze się wraz z ojcem Kosmyk.

    Coś mi się wydaje, że niechcący zapoczątkowaliśmy przedwczesną modę na zwracanie się do rodziców po imieniu…

     

     

    5. 

     

     

    Kosmyk dorwał szczotkę do zmiatania i zawzięciej usiłuje jej użyć.

    – Co robisz, Kosmyku – pyta się tata.

    – Pomiatam! – odpowiada dziecię.

     

     

    6.

     

     

    Słyszę, że dziecię wierci się w łóżeczku. Podchodzę i głaszczę po głowie:

    – Śpij Kosmyku, a jak będzie ci źle, to przyjdź do mamusi…

    – No pszeciesz! – odpowiada przez sen moje dziecko.

     

     

    7.

     

     

    Rodzice oglądają film. Jest romantycznie. Za świeczki robi nam mała lampka. Za ogromne łoże – kanapa. Nagle do pokoju wchodzi Kosmyk.

    – Mamo! Na basen idziemy!

    Z kanapy rodzice lądują na podłodze…

     

     

    8. 

     

     

    Śniło mi się, że ktoś ładuje mi na plecy ciężarówkę, potem ciągnie za włosy i mówi „nie pij”. Następnie coś mi przemknęło po nogach i miałam wrażenie, że to ucieka kot z wyrwaną sierścią. W końcu usłyszałam szum wody i paniczny krzyk „tkało się, mamo!”. Pomyślałam, że przecież zostawiłam korek w umywalce i co za głąb leje wodę do umywalki z korkiem, woda może się wylać. W końcu ktoś z mokrymi nogami wlazł mi do łóżka i powiedział „wszędzie moko mamo jest”. I się do mnie przytulił.

    I to nie był sen.

     

     

    9.

     

     

    Kosmyk podchodzi do mnie ze łzami w oczach:

    – Mamo, klopot mam! Brakuje jednego bruma!

    Problemy dzieci są takie aktualne. Kiedyś, gdy dziadkowi ktoś zawinął samochód, też przyszedł ze łzami w oczach do swojej matki i powiedział, że mu brakuje. Jednego bruma.

     

     

     

    10. 

     

     

    – Chodź, Kosmyku, lulu!

    – Nie! Baba lepiej lula mnie!

    – Baba? To nie będę lulać, pośpiewam ci.

    – Nie! Baba lepiej piewa!

    – To chodź, okryję cię kołderką.

    – Nie! Baba lepiej krywa!

    – A kto cię lepiej zaraz w kosmos wystrzeli?

    – Mama!

    – No to chodź z mamą lulu. Lepiej.

    Tak się sprawy załatwia!

     

     

    11. 

     

     

    Chłop: Chodź, Kosmyku, se kawę zrobimy!

    Kosmyk: Tata kawe pije pszecież! Ja pije mleko!

     

     

    12. 

     

     

    – Kosmyku, chodź, weźmiemy tę szarfę, obwiążemy cię, zawiążemy kokardę, podejdziesz do babci i powiesz „Jestem twoim prezentem”, ok?

    – Nie! Ja jestem ja! A nie prezent!

     

     

    13. 

     

     

    Monolog Kosmyka:

    – Gdzie jest tata nasz?

    – Hm… nie ma.

    – W pacy chyba jest!

    – Yhyyy. W pacy! No tak! W pacy jest!

    – Czekamy pszecież na tate.

    – No! Czekamy!

    A wszystko to podczas spoglądania przez okno na drogę.

     

     

    14. 

     

     

    Goście, którzy odwiedzili pensjonat na weekend, stoją już ubrani w drzwiach i się żegnają. Kosmyk się niecierpliwi:

    – Pa pa! Jechajcie goście już!

    No cóż. Muszę porozmawiać trochę z synem o gościnności…

     

     

    15.

     

     

    – Dziadku! Dziadku! – woła Kosmyk.

    – Co, Kosmyku – odpowiada dziadek.

    – Ciura w statku!

     

     

    16. 

     

     

    – Kosmyku, dziś kończysz dwa latka! Jesteś już dużym chłopcem!

    – Nie jestem duzy! Mama duza jest! Malutki jestem jesce ja!

     

     

    17.

     

     

    Kosmyk skacze na łóżku. Tata asekuruje. Nagle Smyk staje w miejscu, kładzie palec na brodzie i trwa tak w milczeniu.

    – Kosmyku, co robisz? – pyta się tata.

    – Myślę ja!

    – A o czym myślisz? – ciągnie tata.

    – O kakaniu!

    Nawet tak prosty proces jak skakanie musi zostać dogłębnie przemyślany…

     

     

    18. 

     

     

    Kosmyk skacze na łóżku. Nagle siada, z impetem odchyla głowę i lekko uderza nią o zagłówek łóżka.

    – Przepraszam! – krzyczy głośno – Przepraszam!

    – Łóżko przepraszasz? – pytam się.

    – Nie! Głowę przepraszam! – odpowiada.

     

     

    19.

     

     

    Kosmyk pod opieką babci szaleje w kuchni. Wyciągnął pokrywki od garnków, rozsypał ziarenka słonecznika i knuje kolejne psoty. Do kuchni wchodzi dziadek i babcia mu się głośno zwierza:

    – Kosmyk dziś jest niegrzeczny!

    – Jesteś niegrzeczny Kosmyku? – pyta się dziadek.

    – Nie! Jestem tylko wesoły! – odpowiada Kosmyk.

     

     

    20. 

     

     

    Wrzaski podczas zmiany pieluszki i ubierania, które miały miejsce  jeszcze kilka miesięcy temu, konfrontuję z dzisiejszą odpowiedzią Kosmyka na moją prośbę, żebyśmy zmienili pieluszkę i ubrali się do wyjścia:

    – Nie ma prawy mamo! Serio!

     

     

    21. 

     

     

    Tatuś do Kosmyka:

    – Synku, przytulić cię na dobranoc?

    – Nie tato, dzięki!

     

     

    22. 

     

     

    – Zobacz Kosmyku, jaką atencją pała Flejtuch do tego kocyka…

    – Atencja… atencja… – powtarza Kosmyk.

    – Nie wiesz, co to atencja? To takie coś, co ty okazujesz swoim brumikom.

    – Ale tylko duzym! Mamo! Duzym tylko!

     

     

    23. 

     

     

    Kosmyk szuka czegoś w szafie.

    – Nie znaleźć bluzki ja! – lamentuje.

    – Kosmyku, mówi się „nie mogę znaleźć bluzki” – poprawia tata.

    – Mamo! Tata tez nie znaleźć bluzki!

     

     

    24. 

     

     

    – Kosmyku, może drugie śniadanie?

    – Nie, mamo, nie jestem głodny. Nawet piernika nie zjem!

     

     

    25. 

     

     

    – Mamo! Tato! Mam powiedzenia!

    – Co Kosmyku mówisz?

    – Mam powiedzenia!

    – Masz coś do powiedzenia?

    – Tak! Mam powiedzenia!

    – A co masz do powiedzenia?

    – TAM. SOM. DRZWI.

     

     

    26. 

     

     

    Stresuję się, więc siedzę. A siedząc, słyszę, jak mój syn mówi przez sen:

    – Nic nie zumiesz!

    Niedawno skończył dwa latka, a już niezrozumiany przez świat.

    Jak mamusia!

     

     

    27. 

     

     

    – Mamo! Mamo! – krzyczy Kosmyk pół do czwartej rano.

    – Kosmyku, która godzina? – pytam się cała jeszcze w sennym amoku!

    – Najlepsza mamo! Najlepsza!

     

     

    28. 

     

     

    – Mamo! Mamo!

    – Kosmyku, mama jest zła.

    – Ojej, mama jest zła?

    – Tak, mama jest zła. Włosy nie chcą jej się ułożyć.

    – Ojej! To przeciesz straszna katastrofa!

    Przynajmniej on mnie rozumie…

     

     

    29.

     

     

    Kosmyk wypił dziś mleczko i zażądał żelek. Ok, mówię, chodź. Stawiam go na blacie i pytam, gdzie mogą być te nasze żeleczki. Kosmyk otwiera jedną szafkę – nie ma. Drugą szafkę – nie ma. Trzecią szafkę – są!

    – O! Tu są te moje małe skurczybyki!

     

     

    30. 

     

     

    Pod prysznicem:

    – Mamo! Podlewaj Kosmyka!

     

     

    31. 

     

     

    Kosmyk idzie, dzierżąc w dłonie naręcze brumików. Nagle potyka się i brumiki wylatują na podłogę.

    – No nie! – wścieka się Kosmyk – Chwili spokoju z wami nie mogę mieć!

     

     

    32.

     

     

    – Kosmyku, pora już na kąpiel i lulanie.

    – Nie mamo, jeszcze śniadam mojom kolacje!

     

     

    33. 

     

     

    Jedziemy do miasta. Kosmyk zauważa dużo nadjeżdżających z naprzeciwka samochodów:

    – Babciu! Ile brumików!

    – Masz rację, Kosmyku, ciekawe, gdzie jadą te brumy?- próbuje zagaić rozmowę babcia.

    – W drugą stronę babciu, przecież! – odpowiada Smyk.

     

     

    34. 

     

     

    Babcia na dworze z Kosmykiem:

    – Chodź, wytrę ci nos chusteczką, bo zaraz gil wyleci i go zjesz!

    – Już zjadłem, babciu!

     

     

    35. 

     

     

    – Mamo! – krzyczy Kosmyk, pędząc w moje ramiona – Kocham cię chyba!

    – Chyba? – pytam się zdziwiona.

    – Chyba nie! – odpowiada mój synek.

     

     

    36. 

     

     

    – Kosmyku, większego bałaganu nie mogłeś zrobić? – pytam, załamana rozrzuconymi po całym pokoju zabawkami…

    – Nie, mamo, niestety nie!

     

     

    37. 

     

     

    Wieczorna refleksja Kosmyka przed snem:

    – Mamo! Ja jestem Kosmyk, a ty jesteś ty, wiesz?

     

     

    38. 

     

     

    – Mamo! Żądam kolacji!

    – Mówi się proszę, Kosmyku.

    – Mamo! Proszę i żądam kolacji!

     

     

    39. 

     

     

    Wieczorne czytanie książeczki z tatusiem:

    – Tato, jaki to kwiatek?

    – Czerwony.

    – Dobrze. A to jaki kwiatek?

    – Niebieski.

    – Dobrze. A tato, jaki to kwiatek?

    – Kosmyku, to nie kwiatek, to żyto.

    – Tato, głuptasie, to żółty kwiatek!

     

     

    40. 

     

     

    – Mamo, jak było w poluleku?

    – Yyyy… nie mam zielonego pojęcia, Kosmyku [co to jest poluleku – w domyśle].

    – A ja, mamo, nie mam czerwonego pojęcia!

     

     

    41. 

     

     

    Kosmyk je z babcią grejpfruta łyżeczką. Łyżeczka nagle wylatuje z rączek Kosmyka i upada na podłogę.

    – Babciu! Podnieś tę łyżeczkę! – rozkazuje Kosmyk.

    – Jak to podnieś? Co to znaczy „podnieś”? – oburza się babcia na tak bezczelny rozkaz.

    – Babciu, „podnieś” to takie słowo!

     

     

    42. 

     

     

    – Mamo! Nie chcę myć włosów i nóg!

    – Kosma, to masz problem, bo albo myjemy od góry, albo od dołu.

    – Nie mamo, ty masz problem, ja nie chcę przecież!

     

     

    43. 

     

     

    – Gdzie mój puder! – drę się z sypialni – Kosmyku, widziałeś mój puder?

    – Chwilę!

    – Nie chwilę, tylko proszę sobie przypomnieć, czy widziałeś mój puder?

    – Widziałem. Chwilę.

    – A co się stało po chwili?

    – Zamknąłem kibelek.

     

     

    44.

     

     

    W Mikołajkach:

    – Mamo, fajne to miasto, ale domy wszystko zasłaniają!

     

     

    45. 

     

     

    Kosmyk skacze wokół taty i nagle wpada na niego i nogą przygniata mu…

    – Ała! Moje jaja! – drze się ojciec.

    – E tam, tato, mały kłopot. – odpowiada synek.

     

     

    46. 

     

     

    – Mamo! Daj mi banana!

    – Kosmyku drogi, zjadłeś już kolację, wypiłeś mleczko, zażyczyłeś sobie jeszcze jogurcik, później winogrona, teraz banana, co jeszcze zrobisz, żeby odwlec moment kąpieli i pójścia spać?

    – Babcia jeszcze obierze mi kiwi!

     

     

    47. 

     

     

    – Kosmyku, mieszkasz tutaj sam, masz

    jakichś swoich przyjaciół? – spytała się pani, co przyjechała na odpoczynek.

    – Mam! Najlepszych przyjaciół! Mamę i tatę!

     

     

    48.

     

     

    – Pohamuj swe emocje, synku! – powiedziałam do Kosmyka usiłującego zadźgać kolegę kijem.

    – Nie pohamuję, mamo! – odpowiedział Kosmyk. – pokopię tego chłopczyka!

    – Powściągnij się, synu, bo kolega jest starszy i zrobi ci z tyłka jesień średniowiecza, zobaczysz!

    – No dobra. Powściągnę. Nie lubię jesieni!

     

    49.

     

    – Kosmyku albo jesz kolację, albo wrzucam cię do wanny! Wybieraj!

    – Nie, mamo, sama se wybielaj. Albo będę niegrzeczny, albo pójdę na dwór i będę płakał!

     

    50.

     

     

    – Nie jestem brumem! – stwierdza zdumiony Kosmyk – Nie mam przecież kół!

     

    51. 

     

     

    – Kosmyku, co powiesz na drzemkę?

    – Kagetorycznie odmawiam!

     

    52. 

     

    Tata ] bawi się z Kosmykiem w pokoju obok. Nagle słyszę:

    – Tato! Zwaliłem konia! Zwaliłem konia!

    – No, Kosmyku, zwalisz jeszcze jednego?

    – Tak! Pewnie.

    I proszę mi powiedzieć, jak ja mam w spokoju pracować? No jak? Jeśli oni od czterdziestu minut zwalają te plastikowe koniki ze stołu?

     

    53. 

     

    Wysypał piasek z doniczki na łóżko, polał to wodą, dokładnie przyklepał. Potem rozsypał po pokoju klocki i podarł cały papier toaletowy na małe kawałeczki.

    Dopiero wieńczący dzieło, pełen zadowolenia okrzyk:

    – No! To matka się wkurzy!

     

    54. 

     

    – Kosmyku, smakują ci lody?

    – Nie mam czasu na dyskusje! Spożywam!

     

    55.

     

    – Mamo! Dziś był taki upalny dzień, wiesz?

    – Wiem.

    – Było dziś bardzo upalnie.

    – Tak.

    – To był taki upalny dzień!

    – Yhy.

    – Prawda?

    – Tak.

    – I dalej jest upalnie, wiesz?

    – Nie, już nie.

    – Jest upalnie!

    – Nie jest już!

    – Mamo, nie kłóć się ze mną. Zakańczam tom dyskusjem!

     

    56.

     

    Dziecko skrada się cicho, kieruje się w stronę furtki w zamiarze ucieczki. W ostatniej chwili zagradzam mu drogę.

    – Mamo, jesteś taka wariatka! – śmieje się synek.

    Tak. To ja.

     

    57.

     

    – Mamo! Z tego kocyka!

    – Co z kocyka?

    – No z tego kocyka!

    – Ale co z tego kocyka?

    – Z tego kocyka, mamo!

    – Ale ja nie wiem, o co ci chodzi, dziecko!

    – Z tego wynika, że nie jesteś mądra! Jesteś tylko dobra!

     

    58.

     

    – Kosmyku, już jest bardzo późno, idziemy się kąpać i spać!

    – Mamo! Ty naprawdę jesteś niesforna!

     

    59. 

     

    Wieczór, głaszczę Kosmyka do snu. Nagle mój syn otwiera oczy i mówi:

    – Mamo! Słuchaj mnie uważnie!

    – Słucham cię synku – odpowiadam i zdumiona powagą sytuacji czekam, co takiego ważnego chce mi dziecko przekazać.

    – Jest sprawa, mamo! Przygotuj mi mleko!

    Zdumiona odpowiedzialnością, jaka na mnie spoczęła, zapewniam, że mleko przygotuję, podnoszę się i kieruję w stronę drzwi. Chwytam już za klamkę, gdy syn zakrzykuje za mną:

    – Mamo, ale musisz się postarać! Zrób je porządnie!

     

    60.

     

    – Mamo będziesz dzisiaj zła?

    – Nie wiem, czemu pytasz?

    – Bo bądź dzisiaj zła. Bardzo zła.

    – Jeśli zrzucisz całą pościel z łóżka na podłogę, to będę zła!

    – I będziesz krzyczeć?

    – Nie, nie będę, będzie mu smutno, że chcesz mi zabrudzić poduszki, które ostatnio wietrzyłam i prałam.

    – A jak to wszystko poleję wodą to będziesz zła?

    – Kosmyku, czy ty chcesz mnie specjalnie rozzłościć?

    – Tak!

    – Czemu?

    – Bo ty tak machasz rękami jak jesteś zła! To takie zabawne! Jak stary ptak tak machasz!

    – ….

    – Mamo?

    – …

    – Mamo!

    – Co?

    – Dlaczego jesteś zła?

     

    61.

     

    O poniższej sytuacji przypomniała mi czytelniczka która odwiedziła nas z rodziną w sierpniu. Podczas śniadania, jej tata nie mógł napatrzeć się na Kosmyka, który pałaszował naleśnika czy inny twarożek. Tata czytelniczki tak się zapatrzył w mojego synka, aż wreszcie Kosmyk poczuł się obserwowany, podniósł głowę, zmierzył tatę czytelniczki poważnym wzrokiem i powiedział:

    – Co się tak patrzysz, głuptasku? Jedz swoje śniadanie!

     

    62. 

     

    Wędrujemy z Kosmykiem po lesie, ale naraz Kosmyk staje, mówi, że nie ma już sił iść i prosi, żeby wziąć go na rączki. Jesteśmy niedaleko domu, więc mówię:

    – Kochany, a na pewno nie dojdziesz do domu na nóżkach? To zaraz już za zakrętem…

    – Nie! Na pewno! Na rączkach muszę! Jestem zmęczony!

    – Ojej… Skoro jesteś taki zmęczony, to w takim razie wezmę cię na rączki, zaniosę do domu i szybko położę spać!

    – SPAĆ? O ty sprytna mamo… nie chcę już twoich rękawic!

     

    63. 

     

    Kosmyk nie chce jeść kolacji i babcia stara się pomóc, dokarmiając wnuczka co chwilę prawie jak niemowlaka. Zaczynam protestować, bo Kosmyk doskonale potrafi jeść sam i dokarmianie uważam za niepotrzebne rozleniwienie dziecka. Kosmyk, po moich protestach, zaczyna uważanie przypatrywać się talerzowi i nagle mówi:

    – Idź już, mamo, idź. Ja zjem wszystko, ale idź!

    Po kolejnej gorącej prośbie, żebym już poszła, decyduję spełnić życzenie syna i powoli kieruję się ku łazience. Idąc, słyszę:

    – No babciu, poszła już sobie, teraz możesz mnie karmić!

     

    ***

     

    Szorty skończyły się w listopadzie 2014 roku – wiązało się to ze zmianą szablonu bloga i brakiem pomysłu na dalszą ich formę. Coraz częściej krótkie rozmowy z synem zaczęły pojawiać się na moim prywatnym profilu [obserwujcie: tutaj] lub na profilu facebokowym Matki [tutaj]. Coraz częściej też stawały się na tyle wysublimowane, że aż prosiły o szerszy opis [„Jak się zrobić na bóstwo przy dziecku” lub „Rodzicielstwo bliskości, psia mać„.]. Kwestia tego, czy wrócić do nich w dawnej formie, czy zostawić tak, jak jest, pozostaje do rozważenia :)

     

     

    3,095 wszystkich wizyt, 246 wizyt dzis

    Post Szorty z Kosmyka, czyli dialogi z dwulatkiem pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

    by MatkaTylkoJedna at kwiecień 20, 2015 06:26

    Slow Day Long

    Nie wiem jak Ciebie, ale nas absolutnie nie stać, aby nie jeździć na wakacje!

    Wiele lat temu, kiedy pracowałem na etacie w jednej z wielkich międzynarodowej korporacji, kompletnie tego nie rozumiałem. Nie wiedziałem, dlaczego tak się dzieje. Czułem się jak ledwo naładowany telefon komórkowy, który co chwilę gubi zasięg, zawiesza się i pracuje na minimum swoich możliwości. Przełożeni oczekiwali ode mnie wyników, liczb, zaangażowania, motywacji, a ja zawalałem prawie wszystko, nie umiejąc wskrzesać z siebie minimum entuzjazmu. Myślałem, że jeśli będę ciężej pracował, wkładał w to więcej siły, to w końcu przełoży się to na efekty. Tych jednak widać nie było.

    Nie znam Cię. Nie wiem, kim jesteś i jaką pracę wykonujesz. Ja przez całe życie pracuję głową. Moja praca, to wysiłek intelektualny. Zarabiam pieniądze tylko wówczas, jeśli moje pomysły chce ktoś kupić. Jeśli są ciekawe, świeże, wyjątkowe i inne, niż proponuje konkurencja, to ktoś chce mi za nie zapłacić. Jeśli są wtórne, jałowe, nudne i pospolite, to nawet nikt na nie nie spojrzy. Bo po co? Przecież na nasyconym rynku jest mnóstwo firm takich jak moja, które są w stanie zrobić coś bardziej wyjątkowego! Wyróżnikiem jest mój łeb i to, co w nim siedzi!

    W końcu całkiem niedawno dotarło do mnie, że z pracą intelektualną, jest odwrotnie proporcjonalnie, jak z pracą fizyczną. Jeśli zjesz dobry posiłek, wyśpisz się, masz krzepę i power w rękach, to im mocniej będziesz walić młotem w gwóźdź, tym szybciej wbijesz go w drewno. Im więcej siły w to włożysz, tym lepiej. Jeśli jednak pracujesz umysłowo i nie masz świeżego umysłu, nie jesteś wypoczęty, wyspany, i nie masz naładowanych baterii, czy też „naostrzonej siekiery”, to nie wymyślisz nic kreatywnego.

    Jeśli nie jeździsz na urlop, albo robisz to z doskoku, to też będzie słabo. A jeśli jeździsz na wakacje, ale zabierasz ze sobą służbową komórkę i laptopa, bo może klient, albo szef zadzwoni… dupa blada! Bo z pracą umysłową jest całkowicie odwrotnie, jak z z fizyczną. Zmuszanie się do niej i ilość czasu poświęconego na myślenie kompletnie nie przekładają się na jej efekty! Można siedzieć godzinami i nic nie wymyślić. Mając zmęczoną głowę nigdy nie wpadłem na żaden wyjątkowy i kreatywny pomysł!

    Zdaniem psychologów, idealnie jest wyjechać na trzy tygodnie nieprzerwanego wypoczynku. Podobno w pierwszym tygodniu mózg doznaje szoku i przyzwyczaja się do nowej sytuacji. Bez biurka, komputera, telefonów i obowiązków służbowych. Bateria „ładuje się wtedy” w około 25-40%. W drugim tygodniu nasza głowa dostosowuje się do nowej sytuacji. W pełni aklimatyzuje się do nowych warunków. Przyzwyczaja się, że już nic nie trzeba, tylko można. Mówimy tu o około 70-80% naładowania. W trzecim tygodniu urlopu mózg zaczyna prawdziwie odpoczywać i w pełni się regenerować. Dopiero po trzech tygodniach, dochodzi do 100% naładowania naszej baterii.

    Jakiś czas temu Kamila zwróciła mi uwagę na pewien bardzo interesujący szczegół. Wkurzałem się na nią, że siedzi skandalicznie długo w wannie biorąc prysznic. Czasami trwało to całą wieczność. Czynność ta potrafiła mojej żonie zająć nawet 20 minut! Ile wody się wówczas marnowało! Kamila wytłumaczyła mi, że mycie zajmuje jej tyle czasu, bo ona wówczas… myśli. Dopiero po jakimś czasie dostrzegłem, że często wychodzi z łazienki i od razu przychodzi do mnie oznajmiając mi jakiś nowy pomysł i koncepcję. Nie zawsze byłem tym zainteresowany, bo jeśli dotyczyło to np. kolejnej wariacji na temat przemeblowania naszego mieszkania, czy zakupu nowego mebla, to (sami rozumiecie) mój entuzjazm był w takiej sytuacji bliski zeru. Ale czasami zdarzało się, że byłem naprawdę pozytywnie zaskoczony. Wówczas coś tam zaczęło mi w głowie iskrzyć i…

    Pewnego dnia dotarło to i do mnie. Trochę czasu musiało minąć, zanim skojarzyłem ze sobą pewne fakty. Kiedy wchodziłem do wanny (a jeśli było to po wysiłku fizycznym np. po przyjściu z siłowni, to efekt się zwielokrotniał), w której posiedziałem sobie trochę, w ciepłej wodzie, z jakąś fajną aromatyczną solą, to od razu po kąpieli, jakże przyjemnej i relaksującej, biegłem do komputera zapisując jakiś nowy pomysł. Nie istotne, co to było. Ważne, że było. Prawie zawsze!

    Raz chodziło o nowy tekst na wpis na bloga, który właśnie czytasz, bo faktem jest, że sporo „zaczynów” na nie powstało właśnie w czasie polewania się ciepłą wodą. Innym razem był to pomysł na nową ofertę, dla któregoś z moich klientów, albo na udoskonalenie czegoś, co jakiś czas temu już przygotowałem, a pod prysznicem przyszła mi do głowy świeża koncepcja na modyfikację. Nie odkryję nic nowego, jeśli napiszę, że woda odpręża, „wyciąga” i powoduje, że mózg przestawia się na inny sposób myślenia. Prysznic, to takie krótkotrwałe doładowanie baterii. Działa prawie zawsze, choć efekt jest oczywiście różny. Nie zawsze jest to EUREKA! Zresztą tak powiedział Archimedes, który właśnie kąpiąc się w wannie odkrył „prawo wyporu”. Przypadek?

    O ile kąpiel, to podładowanie baterii (podobnie jak sen, kawa, spacer, seks, czy dobra książka), o tyle podróże, używając terminologii komputerowej, to dla mnie totalna defragmentacja dysku, połączona z aktualizacją systemu, wyczyszczeniem wszelkich brudów, które na nim tkwiły, oraz naprawą uszkodzonych sektorów, które spowalniały pracę komputera. Jeśli choć trochę interesujesz się informatyką, albo psychologią, to doskonale wiesz skąd to porównanie.

    Kilka lat temu, kiedy mieliśmy z Kamilą poważny problem finansowy. Kiedy kompletnie nie było nas stać na wyjazd na wymarzone wakacje, to mimo wszystko pojechaliśmy na ponad dwutygodniowy urlop. I to właśnie była dla nas prawdziwa EUREKA! Nie wybraliśmy się do Toskanii, Holandii, czy do Grecji, do której jedziemy za parę dni. Spakowaliśmy rowery, przyczepkę dla Ali, trochę ciuchów i niezbędne drobiazgi i wyruszyliśmy w zachodniopomorskie, zatrzymując się w Chojnie u mojej mamy (o urokach Pomorza Zachodniego pisaliśmy tutaj KLIKNIJ). Ile nas to kosztowało? Paliwo i trochę jedzenia na miejscu. W sumie, to wydaliśmy może z 500 PLN. Za dwa tygodnie laby, to prawie nic. Śmiem stwierdzić, że więcej byśmy wydali zostając w domu, bo w Chojnie byliśmy karmieni przez mamę. Efekt? Niesamowity!

    Nie chodzi o to gdzie się jedzie, ale że się jedzie. I że urlop nie trwa 3 dni, ale minimum dwa tygodnie. Bo długość czasu, w jakim pozwalamy naszemu mózgowi odpocząć i się zregenerować, stanowi istotny aspekt całego przedsięwzięcia. Użyte na początku wpisu porównanie do telefonu komórkowego nie jest przypadkowe. Zdaniem psychologów, idealnie jest wyjechać na trzy tygodnie nieprzerwanego wypoczynku. Podobno w pierwszym tygodniu mózg doznaje szoku i przyzwyczaja się do nowej sytuacji. Bez biurka, komputera, telefonów i obowiązków służbowych. Bateria „ładuje się wtedy” w około 25-40%.

    W drugim tygodniu nasza głowa dostosowuje się do nowej sytuacji. W pełni aklimatyzuje się do nowych warunków. Przyzwyczaja się, że już nic nie trzeba, tylko można. Mówimy tu o około 70-80% naładowania. W trzecim tygodniu urlopu mózg zaczyna prawdziwie odpoczywać i w pełni się regenerować. Dopiero po trzech tygodniach, dochodzi do 100% naładowania naszej baterii. Czas ładowania to jedno, ale częstotliwość ładowania, to drugie. Jeśli korzystacie ze smartfonów to wiecie, że jeśli jedynie „podładowujecie” swój telefon co jakiś czas, nie ładując go do końca, to bateria wytrzymuje coraz mniej. W końcu „nie trzyma” w ogóle i telefon trzeba wymienić na nowy. Zawsze lepiej naładować do końca, niż podładowywać po trochu. Wiadomo jednak, że nie zawsze się da.

    Od wspomnianych wcześniej wakacji w Chojnie minęło prawie trzy lata. To był super wyjazd! Właśnie po nim zrozumieliśmy, że NIE STAĆ NAS na to, aby nie jeździć na wakacje. To był przełomowy czas. Do Wrocławia wróciliśmy zrelaksowani, z nowymi pomysłami, siłą do działania. Niedługo potem zdobyliśmy kilka bardzo dużych zleceń. Bo jeśli zapominamy o regeneracji, odświeżeniu systemu i wypoczynku, efekty naszej pracy, są co najmniej słabe. Pieniądze wydawane na wyjazdy, traktujemy więc nie jako koszt, ale jako inwestycję. Bez niej nasza praca, firma, którą prowadzimy z Kamilą, nie miałaby racji bytu.

    Pracujemy w domu. Do dyspozycji mamy biurko, stół, komputer, kawę. Naszego kota Bronisława, który często wskakuje nam na kolana, każąc się „myziać”. To też nas relaksuje. Nasz cały kapitał, to nasze głowy. Ich stan przekłada się bezpośrednio na ich sposób działania. To nasz cały majątek. Widzimy to po sobie, że jeśli przez jakiś czas pracujemy bardzo intensywnie (jak ostatnio), to jeśli czegoś z tym nie zrobimy, to po prostu idzie zwariować. Dlatego oprócz długich wyjazdów robimy wiele rzeczy, aby się zregenerować. Podładować chociaż na chwilę. Rowerowa wycieczka, wyjście siłownię, wyjazd na ryby, spacer po parku, dobry film, teatr, czy książka, to atrybuty, bez których przyszłoby nam dostać świra.

    Faktem jest, że obecnie jesteśmy potwornie zmęczeni. Za nami kilka dużych projektów. Przed nami następne. Duży stres, ogromna odpowiedzialność. W naszej pracy nie ma miejsca na pomyłki. Dlatego na najbliższy wyjazd nie bierzemy naszych służbowych komputerów, ale nowy prywatny komputer, bez „ałtluków”, aplikacji blogowych, ofert i innych przeszkadzajek. Bo w czasie wyjazdu nie pracujemy, a co więcej, nie blogujemy. Komp się jednak przyda. Choćby po to, aby sprawdzić okolicę, którą mamy zamiar zwiedzać. No i Ala lubi sobie czasem bajkę zobaczyć :)

    Dlatego od 24.04 do 8.05 na blogu nie pojawi się żaden nowy materiał. Nie będziemy publikować bieżących relacji z wyjazdu. To czas dla nas i dla Alicji. Abyście o nas nie zapomnieli, to jeszcze przed wyjazdem przygotujemy dla Was serię wpisów, które będziemy przypominać na Facebooku. Będzie co czytać! Bo tak naprawdę, to kto z Was zapoznał się ze wszystkimi naszymi tekstami? To ponad 600 wpisów, w których opublikowaliśmy ponad 10.000 (słownie dziesięć tysięcy) zdjęć? Osobiście znamy (oprócz nas) dwie osoby, które tego dokonały.

    Jeśli będziecie ciekawi co u nas słychać, co robimy i gdzie jesteśmy, jedynym miejscem do podglądania przebiegu naszej podróży, będzie nasz profil na Instagramie (jeśli nas tam jeszcze nie śledzisz, to kliknij TUTAJ). Tylko tam, będziemy na bieżąco publikować zdjęcia z naszej eskapady po Krecie. Nowy wpis pojawi się dopiero 11 maja.

    Wybaczcie, ale od blogowania też czasami trzeba odpocząć.

    by Damian at kwiecień 20, 2015 05:47

    zycie na kreske

    Kura pazurem

    Dwie kulki

    Stwierdzam, że jestem zacofana. I to bardzo. To, że jeszcze nie byłam w sex shopie doskonale wiecie, bo już pisałam. I jak ktoś powiedziałby mi o kulkach gejszy, to na pewno od razu skojarzyłabym je właśnie z tym miejscem. Bo do czego te kulki służą? Na samą myśl się czerwienię, ale wiem doskonale, że są przede wszystkim przydatne do ćwiczeń Kegla. Ba! Podobno poprawiają sprawność zdrowotną i seksualną.

    Brzmi ciekawie, nie?

    kulki1Ostatnio przeczytałam w jakimś czasopiśmie, że pewne dwie bardzo pomysłowe kobietki stworzyły eleganckie designerskie kulki, które mają służyć poprawieniu zdrowotności, bo mięśnie dna miednicy są tak samo ważne jak bicepsy. Chcą zachęcać Polki do ich stosowania, bo u nas jednak ciągle jest to temat tabu. Zresztą moja reakcja na to cudo też potwierdza, że jestem nieobeznana w temacie, a kulki mi się tylko z jakimiś zakazanymi i „zbereźnymi” sprawami skojarzyły (za co biję się w piersi i przepraszam).

    Na wszelki wypadek od razu jednak robię przegląd swoich wszystkich mięśni:

    napinam przed lustrem, sprawdzam, klepię, ściskam. No, jeżeli te na dnie miednicy wyglądają tak jak pozostałe, to już zaczynam zbierać pampersy, bo zasikam się po pachy na stare lata.

    Zajrzałam na stronę, gdzie takie kulki można kupić. Faktycznie, eleganckie, ładnie zapakowane w pudełko niczym biżuteria. I tyle też kosztują, niestety. Na widok ceny lekko mnie zmroziło i mięśnie same się napięły. Wszystkie bez wyjątku, więc podejrzewam, że te „na dnie miednicy” również. Poczytałam jednak o zaletach tego cuda. I nie powiem, zabrzmiało zachęcająco. Podobno sprawne mięśnie zapobiegają puszczaniu „zaworków” w przyszłości. I to w sumie dobra sprawa, bo mogłabym jednak zaoszczędzić w przyszłości moim potomkom zmieniania mamusi/babci pampersów.

    Oczywiście, nawet nie zapytam, czy macie (albo Wasze partnerki) takie kulki, czy ćwiczycie, bo to intymna sprawa. Chyba jednak warto przełamać wszelki opór, jeżeli takowy jest, zaopatrzyć się i trenować „mięśnie z samego dna”. Podobno we Francji to normalna sprawa i jak kobiety nie stosują takiej profilaktyki, to potem więcej płacą za leczenie.

    Zaraz wyobraźnia poniosła mnie jednak dalej. Pognała w siną dal, a ja za nią z wywieszonym jęzorem.

    W mojej rozczochranej dziwne rzeczy się dzieją, więc od razu te kulki skojarzyły mi się z taką popularną dawniej zabawką dla dzieci. Pamiętacie „tiki-taki”? Chyba tak się to nazywało. Zabawa polegała na odpowiednim machaniu kulkami, aby się o siebie obijały. Oczywiście już we wspomnieniach nimi macham, a chichoczę od razu, bo jak kulki, to jeszcze inne mi się w wyobraźni pojawiają. I jak by tak nimi poobijać o siebie? Auć! To by dopiero bolało. Hi, hi. Rechocze mi coś radośnie w duszy.

    Podejrzewam, że to jakaś głupawka z powodu przegrzania zwojów mózgowych, bo ostatnie dni cały czas pracuję w literkach, a te już mi się mienią w oczach i chyba powinnam jakąś chłodnicę sobie zamontować, żeby nic mi się nie przegrzało.

    Albo może kulki…

     

    by anna at kwiecień 20, 2015 03:34

    kwiecień 19, 2015

    moje waterloo

    2076

    Jak sądzicie, jaki kolor ścian najbardziej pasuje do nowoczesnych, gładkich mebli kuchennych w kolorze zasadniczo biało - czarnym? Tzn. fronty w większości są białe, a kilka jest czarnych. Nie, że jakieś mieszanki na jednych drzwiczkach. Plus srebrny sprzęt. Bo ja się waham. Obecnie wydaje mi się, że jasnoszary byłby niezły. Jasnoszary z czerwonymi akcentami? Jakieś sugestie?

    ***

    Prezes chce przerobić garaż na modelarnię połączoną z winiarnią. Na tę okoliczność żąda wymiany drzwi garażowych na szybę.
    Prezes: I wymienimy te drzwi, będzie jaśniej. Jak sądzisz?
    Łoterloo: ...
    Prezes: Ja cię znam! Ty sobie milczysz, bo myślisz, że przeczekasz i nic z tego nie wyniknie.
    Łoterloo: ...
    Prezes: Otóż nie przeczekasz.
    Łoterloo: Usiłujesz zadać kłam wieloletnim doświadczeniom. Z podwójną ślepą próbą.
    Prezes: Będę twardy.
    Łoterloo (obstając przy podwójnie ślepej próbie): ...

    ***

    Ściana, której zadaniem jest przyjąć obuwie, ma 1,83 m. To mi idealnie robi, bo zamknę ją lustrami. Każde lustro ma metr szerokości. MamaPiotra, właścicielka firmy, która potrafi zrobić wszystko, szaleje ze szczęścia z powodu każdej kolejnej informacji o moich wymysłach. Faktyczny wykonawca nabrał wody w usta i na wszelki wypadek się do mnie nie odzywa, bo przypuszcza, co go czeka. Ja udaję, że to jest normalna sytuacja i zamierzam trwać w tym niezmąconym stanie aż do zamieszkania. Żadnych. Bodźców. Niezwerbalizowanych. Nie. Odbieram. Zwerbalizowane lekce sobie ważę.

    ***

    Brat Młodszy: Musimy poważnie porozmawiać.
    Łoterloo (obstając przy podwójnie ślepej próbie): ...
    Brat Młodszy: Chcę ci zorganizować przeprowadzkę.
    Łoterloo (wyrywając się ze stuporu): Wypijmy za to.
    Kolejny raz chciałam podnieść argument, że alkohol jest dobry na wszystko.

    ***

    W sklepie popycham Prezesa ku stoisku monopolowemu.
    Prezes: Czemu popychasz mnie ku stoisku monopolowemu?
    Łoterloo: Trzeba nabrać zwyczaju kupowania butelki wina przy każdej wizycie w sklepie.
    Prezes: Czemu?
    Łoterloo: Piwniczka w garażu sama się nie stworzy.
    Prezes: Modelarnia.
    Łoterloo (obstając przy podwójnie ślepej próbie): ...
    Prezes: ... (zapomina, że kropla drąży skałę, co potwierdza teorię).

    ***

    Byłam u Brata Starszego. On ma psa marki kundel w wieku nieadekwatnym. To postawiło pod znakiem zapytania kwestię psa. Nie wiem czy szczymam do dorosłości. Chyba łatwiej będzie nauczyć Cześka szczekać.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at kwiecień 19, 2015 11:13

    TUV

    bierzemy misia w teczkę,ruszamy na wycieczkę

    pogoda mało zachęcając.Niby czasem słońce ale jaki zimny wiatr!

    Zimowa kurtka jednak cały czas na topie i dobrze że ma kaptur,choć często go muszę trzymać bo robi za żagiel.

    X-men chciał sobie kupić buty,bo gdzieś zahaczył swoje ukochane biegówki w których czuje że żyje i wszędzie w nich chodzi i jak dobrze w nich w aucie.

    Wczoraj zaliczyliśmy Decathlon w nadziei ale tam sieczka a ludzi masa.I znów ratunku wąskie czubki!!!!!!!!! X-men też nie lubi takowych dziwaczków.CO TO ZA MODA ?!? nie uwierzę że miliony ludzi na świecie mają wąskie,wysublimowane stopy!!!!!!!!!!! i do tego faceci…

    No to dzisiaj pieszkom na poszukiwania.I jakoś tak zrobiliśmy prawie że 14 km. Dokładniej nie wiem, bo tylko korzystałam z mapy wujka gogle. I X-men ma.Co prawda nie biegówki leciutkie jak puch ale trekingi i do tego niemożliwe – obtarłem małego palca a kupiłem rozmiar większe bo wąska podeszwa! Ale być może to przypadek i teraz będzie dobrze już.

    Kupilam sobie pod wpływem  dyskusji u Zmorki narzędzie do obierania;).Obieraczkę znaczy.Z ruchomym ostrzem.

    No super tylko jest za duża…Młoda ma za małą rękę w sumie ja też .Świetnie się obiera potwierdzam ale muszę zdobyć mniejszą.

    I tak to zleciał nam weekend

    by Tuv at kwiecień 19, 2015 06:36

    Domowa kuchnia Aniki

    Babka dyniowa z bakaliami

    Babka dyniowa z bakaliami




    Dynia dotrwała u mnie bez problemu do Wielkanocy. Twarda, piękna, pomarańczowa, wielka dynia, która od jesieni zdobiła moją kuchnię. Nie przechowywałam jej w jakiś specjalnych warunkach - stała w kuchni. W końcu uznałam, że czas ją spożytkować, a że ciasta z dynią uwielbiamy, tak więc zrodził się pomysł na babkę dyniową. I bardzo dobry to był pomysł, bo babka wyszła wyśmienita i zniknęła w oka mgnieniu. Dodałam do niej sporo bakali i pokruszoną czekoladę mleczną. Po prostu pycha! Wilgotna, pachnąca - po prostu idealna!
    Takie ciasto jest oczywiście całoroczne. Można go upiec w keksówce lub tak jak ja w tortownicy z wymienną wkładką. Zamiast zwykłego płaskiego dna użyłam dna z kominem i tłoczeniami, dzięki czemu po odwróceniu góra babki miała ładny wzór. Średnica tej tortownicy wynosi 26 cm.

     

    Składniki:
    • 360 g puree z dyni
    • 270 g mąki pszennej 
    • 50 g otrębów owsianych
    • 220 g cukru
    • 4 duże jajka
    • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
    • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
    • 240 ml oleju ( u mnie rzepakowy )
    • 50 g czekolady mlecznej
    • 10 suszonych daktyli
    • garstka rodzynek
    • garść orzechów włoskich 
    • 50 g skórki pomarańczowej
    • 1 łyżeczka przyprawy do piernika
    • 1,5 łyżki kakao
    • tłuszcz + mąka do wysmarowania formy
     Sposób wykonania:
    • Przygotowujemy puree z dyni . Przepis na puree z dyni znajdziecie na samym dole posta
    • Przygotowujemy pozostałe składniki: mąkę, kakao, proszek, sodę przesiewamy do miski, a następnie dodajemy przyprawę do piernika i otręby. Wszystko mieszamy
    • Czekoladę łamiemy na drobne kawałeczki, orzechy siekamy, a daktyle kroimy na mniejsze kawałki. Dodajemy skórkę i rodzynki - wszystko mieszamy
    • Jajka ucieramy z cukrem na puszystą, prawie białą masę
    • Do tak przygotowanej masy dolewamy partiami olej, a następnie puree z dyni cały czas ucierając
    • Gdy masa jest już jednolita dodajemy do niej po łyżce mąkę z pozostałymi składnikami cały czas mieszając
    • Na koniec dodajemy bakalie i dokładnie mieszamy
    • Ciasto wlewamy do tortownicy z kominem ( śr 26 cm ) wysmarowanej tłuszczem i obsypanej mąką
    • Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy ok 1 godziny
    • Po tym czasie formę z ciastem wyjmujemy z piekarnika, odpinamy obręcz i studzimy
    • Po wystudzeniu obsypujemy cukrem pudrem lub oblewamy polewą czekoladową
    Przepis na puree z dyni: 
    •   Dynię przekrawamy na pól i wydrążamy miękki miąższ wraz z pestkami. Tak oczyszczoną dynię dzielimy na mniejsze kawałki ( jesli dynia nie jest zbyt duża wystarczy połówkę dyni podzielić na kilka łódeczek. Jeśli większa - łódeczki dzielimy na mniejsze części )
    • Tak przygotowana dynię układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia skórką do dołu
    • Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na ok 45 - 50 minut, aż dynia zmięknie
    • Piekarnik otwieramy i dynię nieco studzimy, a następnie miąższ oddzielamy od skórki ( za pomocą noża lub łyżki ). Miąższ umieszczamy w naczyniu, a po chwili jak się ustoi odlewamy zbierający się płyn ( można powtórzyć 2-3 razy ), a następnie miąższ miksujemy na gładki mus

      by Anika (noreply@blogger.com) at kwiecień 19, 2015 06:30

      Dzieciowo mi

      Szybciorem 141 – wyjechali. I o zagadkach.

      Wyjechali Wakacje za pasem. Atmosfera udziela się powoli wszystkiemu, co żyje i mniej więcej ogarnia temat, a nas, dorosłych, mobilizuje do znalezienia

      by Malwina Ferenz (Krusz.) at kwiecień 19, 2015 04:03

      zycie na kreske

      kwiecień 18, 2015

      zapiski zgagi

      Sobota z córcią

      Właściwie nie tyle sobota, co popołudnie w piątek, noc i soboty obszerny fragment.

      Kiedy mi dziecię naświetliło swój kalendarz do końca sierpnia, to niemal oniemiałam! Oprócz ,,normalnych” trzech miejsc pracy masa wyjazdów krajowych i zagranicznych, terminy pozazębiane okrutnie itp. Tak wygląda w realu pozornie  lekkie, łatwe i przyjemne życie artysty…

      Póki co, nasza artystka odbyła dziś z nami  prawdziwą podróż sentymentalną. Najpierw zachęciłam do odwiedzenia ,,domu mody” mojego ulubionego we wsi gminnej. Oboje z Małżem się nieźle obkupili za nieduże pieniądze. Pani Kasia-właścicielka  bywa przy tym lekiem na całe zło, bo tak potrafi skomplementować, że poprawa nastroju murowana. Która z nas nie uradowałaby się na powtarzane kilkakroć: ,,taka pani szczuplutka”…

      Potem udaliśmy się do miasteczka  powiatowego. Obowiązkowo najpierw ryneczek. Nasz cosobotni rytuał. Asia tam chyba po raz pierwszy od ośmiu lat. Zachwycona absolutnie! A potem nasze ,,stałe fragmenty gry”. Dla dziecięcia natomiast nowe lub na nowo odkrywane. Czas nas trochę gonił, więc nie pokazaliśmy nowego atrakcyjnego fragmentu miasta. Gdzie i piękne tereny rekreacyjno-parkowe, i sporo nowych placówek handlowych.

      Od ponad miesiąca Asia jest na diecie, pod opieką specjalistki. Efekty zdecydowanie widoczne, coraz  piękniej wygląda. Narzuconego reżimu przestrzega z niezwykłą wprost skrupulatnością. Trochę podglądam, staram się  co nieco zastosować, ale u mnie na razie efekty marne… Jednak i ja umiem się zaprzeć! I chyba poniedziałek to będzie dobry moment na start. Zrzuciłabym chętnie z 2-3 kilo przed wyjazdem…

      Jako  półkrwi Kaszubkę najbardziej mnie w tej asinej diecie boli całkowite wyrzeczenie się ziemniaków! Jak tu żyć bez ,,gruli”?! I tak już od ponad roku mieszam z czym się da. Na zasadzie 3 kartofelki plus cały seler korzeniowy lub naciowy, albo pół na pół z brokułem lub kalafiorem. Czasem też  w związku intymnym z soczewicą lub zielonym groszkiem.

      Pięć posiłków dziennie to też dla mnie wyzwanie nie lada. Bo co i raz zapominam… Ale czynię postanowienie publiczne, tu i teraz!  A co na papierze (ekranie), to zobowiązuje… Przynajmniej na najbliższy miesiąc. Bardzo proszę, rozliczajcie mnie co jakiś czas! To mi da siłę…

      by Zgaga at kwiecień 18, 2015 10:24

      Dzieciowo mi

      Zwiedzanie z dzieckiem – co warto zobaczyć we Wrocławiu?

      Dzisiejszy tekst sponsoruje wybujały lokalny patriotyzm, he he. Tak naprawdę krążyłam wokół tematu jak rekin wokół rozbitka uzbrojonego w harpun, czyli z

      by Malwina Ferenz (Krusz.) at kwiecień 18, 2015 02:50

      Anrzej rysuje

      Smoking kills...

      O POGODZIE, BO SIĘ FRANCA WYBIJA NA PIERWSZY PLAN

       

      To jest jakiś eksperyment naukowy, ta pogoda?  Jest czternasta i właśnie zrobiło się ciemno i z nieba napierdzielają białe lodowe kulki wielkości pestek wiśni. Naprawdę, boki zrywać ze śmiechu.

      N. przez trzy dni nie było, w związku z czym spałam dość słabo; umownie wręcz. Najpierw moja wyobraźnia tkała fabułę do wszystkich trzaśnięć i skrzypnięć, tak więc miałam głowę pełną obrazów duchów, wampirów, zombie, seryjnych morderców, pospolitych włamywaczy, potwornie zdeformowanego bezdomnego ukrywającego się przed światem i takie tam bolki i lolki. W każdym razie – ze trzy zawały zanim zasnęłam. A kiedy w KOŃCU udało mi się zasnąć, to po drugiej w nocy pies dostał czkawki i się obudziłam i musiałam ją klepać po pleckach i w ogóle. A później apiać zasypianie z wampirami, mordercami itp.

      - Dałaś jej wody? – zapytał surowo N., jak mu zdawałam relację rano przez telefon.

      Szczerze mówiąc – nie, nie dałam, bo wodę na czkawkę się daje, żeby czkający się napił ze szklanki do góry nogami. A jak napoić psa ze szklanki do góry nogami? Hę? Poza tym miska z wodą była strasznie daleko od łóżka i w drodze ze trzy razy by mnie coś zeżarło.

      N. mówi, że prognoza pogody mówi, że jutro cały dzień ma padać. Powraca temat złożenia kogoś w ofierze na poprawę pogody. Mamy jakieś typy?…

      by Barbarella at kwiecień 18, 2015 02:01

      TUV

      co z tymi palcami i czy jestem WIEDŹMĄ ?

      mam prawie że kwadratowe stopy czyli wg ‚The Witches’ Roald Dahl ( widziałam film i kupiłam kiedyś Młodej książkę ) niby podchodzę ale ja jednak MAM palce.

      Drugi palce u stopy jest około 0,5 cm większy od palucha. Od około roku wiem o tym boleśnie. Chodzenie w czymkolwiek co nie jest sandałem z mocno otwartym przodem.

      NIGDY nie nosiłam butów z wąskimi noskami,bo mi się nie podobają to raz a dwa  że w nich moje duże stopy są jeszcze większe…

      Od wielu lat podstawowym obuwiem są  buty sportowe.TRAMPKI i adidasy ( nie że jakieś tam obuwie,adidasy)

      i trapery zimową porą.I co ? I mam zmaltretowane palce i paznokcie.Paznokcie znaczy jeszcze są ale mają czarowny fioletowy kolor.

      A w domu chodzę w croksach.I co ? Ano jedno wielkie nico.

      A Młoda strzeliła sobie tatuaż.

      Hmmmm,od lat chciała ale nalegałam ,wyjaśniałam swoje na NIE. I przyjmowała do wiadomości.Ale jest dorosła,pracuje i zrobiła za swoje.

      Hmmm.Brzydki nie jest.W mało widocznym miejscu acz NIE intymnym. Cóż.

      by Tuv at kwiecień 18, 2015 10:03

      moje waterloo

      2075

      A tak w ogóle, to chodzę na rehabilitację. Gdyż albowiem zepsułam się w okolicy dłoni prawej, która mi zdrętwiała trzy tygodnie temu i trwa w tym niezmąconym stanie.

      Pan masażysta straszny gaduła. Zamykam oczy i wydaję z siebie komunikaty fatyczne. A on jest czuły. Wczoraj na przykład odkręcił mi głowę. Nie bardzo wiem, jaki to ma związek i pan masażysta też chyba nie, a przynajmniej jest zawiedziony moim uporem w kwestii nieodczuwania poprawy. Ponieważ po odkręceniu głowy doniosłam, że było fajnie, ale nic nie dało, pan masażysta się zachmurzył i postanowił mi tę głowę oderwać. Jak postanowił, tak uczynił. Pełen nadziei, z głową mą w dłoniach, zwrócił się z pytaniem:
      - I jak?
      - Pyta pan o głowę czy o rękę? - próbowałam doprecyzować wdzięcznie. - Bo jeśli o rękę, to bez zmian.
      Na tę okoliczność pan wyraźnie się zmartwił i wepchnął mi głowę na miejsce, sugerując, bym się nie bała. Ja tam się nie boję, jeszcze by tego brakowała, żebym się bała miłych chłopców w TYM wieku. Gdy głowa była wciśnięta pomiędzy pośladki, ponowił pytanie. Moja odpowiedź go zdruzgotała. Po chwili jednak doznał olśnienia i postawił na cieśń nadgarstka. Jakież było jego rozczarowanie, gdy wyszło na jaw, że uchylam się od cieśni, a ręka drętwa jak stuletnia prababka.

      - Hmmm… -zawiesił się.
      Żal mi się chłopca zrobiło, gdyż znam już większość jego życiorysu, wiem z kim zamieszkuje, jakie są jego plany zawodowe, nieomal przytuliłam go do piersi mej obfitej na okoliczność wredoty władz uczelnianych, udzieliłam kilku cennych porad dotyczących pisania pracy dyplomowej oraz weszłam w posiadanie pewnych głęboko skrywanych tajemnic (a to wszystko w czasie dwóch randek - w poniedziałek chyba będziemy się całować). Dokonałam więc przewartościowania naszych relacji.
      - Co pan robi w weekend? - dopytałam.
      Tak się jakoś rozjaśnił. Wniosłam więc korektę do planów.
      - Proszę do książek i szukać nietypowych przyczyn odrętwień. Jak zapewne pan się zorientował, nie jestem banalna.
      Ciekawe, co tam wyczyta. Choć, prawdę mówiąc, nie liczę na rewelacje. Ale dłonie ma miłe i jego zabiegi mnie odprężają. Co w obecnej sytuacji nie jest bez znaczenia.

      ***

      Do kredytu brakuje nam dwóch dokumentów. Jeden mam nadzieję otrzymać w poniedziałek, drugi jest umową przedwstępną, która zostanie zawarta 28 kwietnia. Wraz z panią zbywająca zawiozłyśmy dziś papiery do notariusza, po czym udałyśmy się na kawę, gdzie w budującej atmosferze spędziłyśmy półtorej godzinki, bo nam się fajnie gadało. Może nawet zamieszkamy w komunie.

      Nie wszystko idzie tak gładko, jak człowiek mógłby sobie wymarzyć. Pocieszam się, że nie ma tak dobrze, żeby stworzyć scenariusz i go zrealizować. W związku z powyższym przestałam powiadamiać Pana Boga o swoich planach, co się ma naśmiewać. Jak będzie, tak będzie. W najgorszym wypadku będziemy w plecy 12.000 - 2.000 taksy notarialnej i 10.000 zadatku. Gdyż wspólnymi siłami (ze zbywającą) doszłyśmy do wniosku, że zadatek w wysokości 10% wartości nieruchomości, któren może mi przepaść na okoliczność braku środków z puli banku, byłby zbrodnią na żywym organizmie i ograniczyłyśmy jego wartość, resztę przerzucając do zaliczki. Zaliczka podlega bowiem zwrotowi.

      Obym się nie myliła, co do ludzi. W każdym razie do chwili obecnej transakcja mojego życia przebiega w wyjątkowo sympatycznej atmosferze. Obie jesteśmy zdenerwowane do granic możliwości, więc dzwonimy do siebie, wysyłamy SMSy i maile o treści wspierającej i zapewniającej, że kto da radę, jak nie my. A oprócz tego gadamy sobie o facetach (tak, to jest takie troszkę obgadywanie), dzieciach, relacjach, pracach, sytuacjach życiowych i takie tam.
      Nie spodziewałam się.

      A traktorek musimy kupić sami, bo obecny przejął panin tato. Za co zostałam bardzo serdecznie przeproszona i zapewniona, że otrzymam namiar na miejsce, gdzie go kupili, bo jest bardzo tanio.
      Jeśli spadnę, to z bardzo wysokiego konia.

      by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at kwiecień 18, 2015 10:36

      Bezwstydnica

      Anrzej rysuje

      Zuzanka

      Tokyo Pongi (komentarze)

      Skomentuj Odaiba, czyli „u nas” w Tokio, którego autorem jest Maika

      Cieszymy się, że film się podobał :) Będziemy na pewno pokazywać więcej. A Gdynia być może kiedyś będzie tak wyglądać, z tego co widziałam będąc tam niedawno, to miasto jest na dobrej drodze ;)

      by Maika at kwiecień 18, 2015 05:02

      zycie na kreske

      Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

      Analfabetyzm i doktorat z Pana Boga

      Akcja komputer z internetem zakończona. Właściwie taka mała akcyjka, jedna z wielu. Najpierw trzeba było założyć prąd, potem ktoś dał laptopa, potem trzeba było poinstalować niezbędne programy, kupić internet, skonfigurować modem, co był z innej sieci i wszystko razem zadziałało. Akcja „sprzątnie w Brwinowie” prawie zakończona. Ekipa z Warszawy wsparła mateczki i trawniki wygrabione, kwiatki […]

      by siostra at kwiecień 18, 2015 12:14

      kwiecień 17, 2015

      Slow Day Long

      Dialogi na cztery nogi, czyli co Alicja ma do powiedzenia? Część 20 (video)

      F16

      Ala siedzi na podwórku, przed domem u babci i je zupkę pomidorową. Ten znajduje się niedaleko lotniska, skąd widać lądujące i startujące samoloty. W pewnej chwili do lotu podrywa się odrzutowiec F16. Ala obserwuje go z przejęciem i komentuje:
      – O, jaki szybki! Prawie jak nasz samochód.

      Osioł

      Często, zanim odbiorę Alę z przedszkola, wybieram się na nieopodal położną siłownię. Kiedy wychodzę z niej zziajany i spocony, to najczęściej nie chce mi się iść pod prysznic, bo wolę odświeżyć się w wannie, w domu. Parę dni temu przyjeżdżam po Alę do przedszkola. Wsiadamy do samochodu, a moja córka do mnie:
      – Tato, ty znowu byłeś na siłowni?
      – Byłem, a co?
      – Bo śmierdzisz jak stary osioł.
      – Yyyyyyyyy…

      Siniaki

      Ala siedzi w wannie i się kąpie. Komentuje stan swojego ciała, a zwłaszcza siniaki, które ponabijała sobie na kolanach.
      – Popatrz tato. Ale mam straszne siniaki.
      – A od czego masz Alu te siniaki?
      – No bo jadłam czekoladę. Dlatego są takie czarne.

      Nogi

      Jedziemy z przedszkola do domu, a Ala trzyma w ręku kawałek znalezionej w aucie plasteliny. W pewnej chwili pyta:
      – Tato, a ty masz długie nogi, czy krótkie?
      – No chyba długie, a czemu pytasz?
      – Po lepię cię z plasteliny i nie wiem, jakie mają być.

      Dżdżownice i kucyki

      Ala bawi się z kolegą Olkiem w piaskownicy u babci przed domem:
      – Ala, chodź poszukamy dżdżownic i tramwajów i zrobimy dla nich domek z piasku – zagaduje ją Olek.
      – Ale ja nie lubię robaków, ja lubię kucyki.
      – To może poszukam ci robaków, ale takich różowych?

      Prezent

      Kilka dni nie było mnie w domu. Wracam z całym naręczem prezentów, które przywiozłem dla Ali od babć i cioć.
      – Alu, chodź pokażę ci jakie prezenty ci przywiozłem. Chcesz?
      – Dziękuję, bardzo chętnie.

      Syf 2

      Alicja bawi się w swoim pokoju, jednocześnie zajadając kanapkę. W pewnej chwili ta wypada jej z rączki na dywan.
      – Chorera, znowu se syfu narobiłam. Ale ja gupia jestem!

      Teleportacja

      Alicja nie do końca jeszcze pojmuje takie pojęcia jak czas i odległość. Kiedy wsiadamy do samochodu i jedziemy dajmy na to do Szczecina, to mniej więcej po 10 minutach pyta: Czy widać już dach babci Danusi?

      Zresztą, z domkiem babci Danusi jest taka historia, że jak się do niego zbliżamy, to zaczynami odliczać (od 10 do 1), aż faktycznie staniemy przez jego bramą. Alicja pomyślała więc, że jeśli zacznie sama liczyć, to szybciej dojedziemy na miejsce. W sensie, że teleportujemy się do niego. Co z tego wyszło? Zobaczcie sami.
       

      by Damian at kwiecień 17, 2015 10:10

      moje waterloo

      Dzieciowo mi

      Szampon Babydream – dla niemowlaka i dla wapniaka ;)

      Panny mam już prawie na wydaniu, ale to nie znaczy, że kosmetyki przeznaczone dla niemowląt są nam obce. Nie są. Niechże one

      by Malwina Ferenz (Krusz.) at kwiecień 17, 2015 05:29

      Niezbyt boska ja

      Faza testów

      Dziś w naszym [sportowym i stroniącym od słodyczy:] dziale przeprowadzaliśmy niezwykle ważne badania.

      Otóż badaliśmy czy Milka Oreo (ta wielka, po cóż się rozdrabniać) przywieziona z Niemiec różni się czymś od tej dostępnej w kraju.

       

      Oczywiście, żeby badania w ogóle miały jakiś sens, cała Komisja musiała zbadać po 2 kostki.

      NA POCZĄTEK:)

      (Przy okazji obliczyliśmy, że ta czekolada ma 1800 kalorii i na przykład ja, żeby ją spalić, muszę przebiec jakieś 30 km, bo w półmaratonie spaliłam tylko 1300. Ale czymże jest 1800 kalorii w porównaniu do ważności badań :).

       

      Badania nie zostały zakończone.

      W związku z tym wychodząc z pracy wzięłam sobie jeszcze jedną próbkę. 

       

      Badania będziemy kontynuować w nadchodzącym tygodniu, jeśli, oczywiście, kolega Maciek nie zbada jej doszczętnie w weekend, co już mu się raz zdarzyło, o czym już nie raz z dumą rozpowiadał :)

       

      Wszystkich zainteresowanych badaniami i/lub pobraniem próbek do testów serdecznie zapraszamy do naszego biura :)

      by boskajana@NOSPAM.gazeta.pl at kwiecień 17, 2015 05:15

      Zuzanka

      efka i koty

      Piękny kawałek świata

      Ostatnio znowu miałam okazję odwiedzić Karpacz i okolicę. To był krótki firmowy wypad ale i tak odetchnęłam innym powietrzem i nacieszyłam oczy widokami. Dobrze jest czasem opuścić miasto i popatrzeć na takie cudne widoki. Tym bardziej jeśli nie trzeba przy tym wspinać się na szczyty. 

      Te zielone drzwi i psisko to Karpacz



      A to już troszkę za Karpaczem

       Taki widok na Śnieżkę po wyjściu na ganek - marzenie.
      Choć z drugiej strony domu był ogród to chyba spędzałabym czas właśnie na ganku. I kiedy tylko pogoda by pozwoliła to piłabym na nim poranną kawę. Zresztą każdą inną też :-)













      Kuszące - taka miejscówka z widokiem na góry na własność....

      by efka i koty (noreply@blogger.com) at kwiecień 17, 2015 03:26

      Sprawo-Zdanie

      Alastair Reynolds, cykl „Przestrzeń objawienia”



      Ulatuję w kosmos za nimi, za ludzinkami z tych książek, do ich miast, habitatów (zwiedzę całą Migotliwą Wstęgę), na ich światłowce (za same nazwy należy im się wzmianka), na wykopaliska obcych ras, wybieram Hybrydowców, montuję sobie implanty w rozumku i znikam w szumie Matczynego Ula, gubić się i odnajdywać w strumieniu danych, aż do momentu gdy ONI przyjdą i zacznie się wojna.

      by Ruda (noreply@blogger.com) at kwiecień 17, 2015 12:04

      nic specjalnego

      Geomancja? A z czym się to je???

      Geomancja -  wg prawdziwych naukowców jest to PSEUDONAUKA, czyli
      brednie i banialuki, złudzenia i co tam jeszcze kto chce.  Bo jeśli czegoś nie
      można zmierzyć, zważyć, przedstawić wzorem matematycznym to tego
      czegoś nie ma - i już.
      Ale geomancja to nic innego niż wybieranie na podstawie obserwacji ziemi
      oraz innych elementów otaczającego nas środowiska miejsc o najlepszych i
      dobrych właściwościach bioenergetycznych.
      Może gdybyśmy my, współcześnie żyjący ludzie nie byli tak w sobie zadufani
      i poświęcili nieco więcej uwagi temu w jakich miejscach stawiali domy i
      budowali swe miasta starożytni to nie budowano by całych dzielnic w Polsce
      np. na terenach zalewowych.
      Stosując zasady geomancji zakładali swe miasta Etruskowie, a potem podbici
      przez nich pod koniec VII wieku p.n.e. Rzymianie. Naprawdę tak było, wtedy
      Etruskowie byli bardziej rozwinięci cywilizacyjnie niż Rzymianie, którzy
      przejęli ich dorobek a następnie go rozwinęli. Około 100 roku p.n.e. Etruskowie
      i Rzymianie tworzyli już jeden naród.
      Jak zapewne wszyscy pamiętamy z lekcji historii Imperium Rzymskie było
      wielce ekspansywne. Mało jest miejsc w Europie, do których nie dotarli i
      nie założyli tam swych miast.
      Marek Witruwiusz, już w I wieku p.ne. napisał traktat o sposobie wybierania
      właściwego miejsca do zamieszkania.
      Sposób był dość prosty i logiczny -na wybranym "na oko" terenie należało
      wpierw przez jakiś czas wypasać bydło i dokładnie sprawdzać stan zdrowia
      zwierząt.
      Jeżeli krowy dawały dużo mleka, nic im nie dolegało, można było uznać dany
      teren za dobry do zamieszkania.
      Należało również obserwować szatę roślinną danego terenu - roślinami które
      rosły na terenach dobrych do zamieszkania były dęby, leszczyny, jabłonie
      oraz grusze.
      Na terenach niewłaściwych do budowy rosły paprocie, dęby skalne (zimozielone
      krzewy ze strefy śródziemnomorskiej) oraz jeżyny.
      Hipokrates i Avicenna też polecali by starannie dobierać lokalizację domów.
      Czas wszystko zmienia i "pożera", nadszedł również kres potężnego Imperium,
      ale do dziś w wielu miejscach w Europie przetrwało sporo obiektów zbudowanych
      przez Rzymian.
      Niedaleko Bazylei przetrwały do współczesności pozostałości założonego  przez
      Rzymian w roku 44 p.n.e miasteczka Augusta Raurica (dziś Kaiser August)..
      Oprócz zabudowy mieszkalnej były tu równiez dwa teatry, kilka budynków
      świątynnych i obronnych, termy  oraz forum z bazyliką i kurią.
      Dwaj szwajcarscy architekci i radiesteci, M.Mettler  z  Zurrychu  i  H. Stachelin
      z Bazylei przeprowadzili radiestezyjne badania tego miasteczka i okazało się, że
      położenie wszystkich budowli zostało przemyślane w najdrobniejszych szczegółach.
      Wszystkie miejsca kultu i centralne obiekty zostały wkomponowane w siatkę
      szwajcarską i diagonalną - czyli w dwa podstawowe rodzaje układającego się
      w sieci promieniowania kosmicznego znanego w radiestezji.
      Ściany budowli, rzędy kolumn i statuy pokrywają się dokładnie z pasmami lub
      skrzyżowaniami siatek.
      Całe miasteczko, jego zarys odzwierciedlał porządek Kosmosu i był zgodny
      z istniejącymi strefami energetycznymi.
      Główne ulice rzymskich miast  wytyczano jako dwie prostopadłe do siebie osie -
      pierwsza na linii wschód-zachód, druga  na linii   północ- południe.
      W miejscu ich przecięcia budowano zawsze rynek (forum). Te dwie podstawowe
      główne ulice  decydowały o planie miasta. Pozostałe ulice miasta były do nich
      równoległe.
      Znano już wtedy również szkodliwe promieniowanie geopatyczne i by się przed
      nim uchronić stosowano posadzki będące jednocześnie ekranem ochronnym.
      Współczesna analiza chemiczna wykazała, że używano do ich zrobienia mieszanki
      piasku rzecznego i wapna z domieszką białka zwierzęcego.
      Przez długie lata nie zastanawiałam się dlaczego w jednych miejscach czuję się
      świetnie a w innych nie mogę usiedzieć na miejscu.
      A radiestezję, promieniowanie, cieki wodne traktowałam podobnie jak "prawdziwi
      naukowcy, pakując to wszystko do worka  z etykietą  "bzdury".
       Do czasu aż pojawiło się  u nas dziecko. Wraz z małą zamieszkałam w małym
      pokoju. Pod jedną ścianą stał mój tapczan, pod drugą, w odległości 1,5 m stało
      drewniane łóżeczko małej.  Stało i tylko stało- puste, bo ilekroć w nim ułożyłam
      małą ta po kilkunastu minutach darła się jak zarzynana.  Gdy ją przekładałam
      na tapczan- wrzasków nie było.
      Sprowadziłam do domu radiestetę. Nie mówiłam nic o tym dziwnym zachowaniu
      się dziecka. Pan radiesteta (dyplomowany, z Tow. Psychotronicznego) obszedł
      całe mieszkanie, usiadł, narysował plan mego mieszkania i zakreskował na
      czerwono miejsca, w których jest  niekorzystne dla człowieka promieniowanie.
      W tych miejscach nie powinny stać łóżka- powiedział. A  dziecię nie powinno
      w takim miejscu leżeć. Dopiero wtedy powiedziałam mu o tym ,że we własnym
      łóżeczku mała  wciąż się drze.
      Oj, pani ma w domu taki świetny wykrywacz cieków wodnych a wzywa pani mnie?
      Niepotrzebnie wydaje pani pieniądze- śmiał się.
      Zgodnie z zaleceniami poprzestawiałam w mieszkaniu miejsca do spania a poza
      tym zakupiłam odpromiennik bursztynowy.
      I od tej pory zaczęłam się interesować tym, co jest "bzdurą, banialukami i
      zwyczajnie  pseudonauką" oraz początkami ludzkiej cywilizacji.



      by anabell (noreply@blogger.com) at kwiecień 17, 2015 11:23

      Tokyo Pongi (komentarze)

      Skomentuj Odaiba, czyli „u nas” w Tokio, którego autorem jest Sebastian

      Jestem zachwycony. Właśnie takie rzeczy chcę oglądać, a takich w internecie znaleźć nie mogę. Dzięki za film, bardzo mi się podobał. Pozdrowienia z Polski.
      PS. Ciekawe czy Gdynia też tak kiedyś będzie wyglądała ;) ?

      by Sebastian at kwiecień 17, 2015 09:23

      am mniam

      Aksamitna pomidorowa z cynamonową nutą

      O zupie pomidorowej z dodatkiem cynamonu słyszałam i czytałam już w kilku miejscach. Postanowiłam zrobić własną wersję. I udało się, zupa zasmakowała całej rodzinie i na stałe weszła  do naszego menu. Teraz taką właśnie pomidorówę robię najczęściej. Oprócz tego, że zupę przyprawiłam cynamonem to przygotowałam ją z dużą ilością warzyw, które zmiksowałam na gładko, uzyskując... More

      by Magda at kwiecień 17, 2015 08:42

      Zuzanka

      Anrzej rysuje

      Smog

      smogOpublikowane na wyborcza.pl 17 kwietnia: http://goo.gl/upVQdT

      by Andrzej at kwiecień 17, 2015 06:37

      zycie na kreske

      Kura pazurem

      Jak wyleczyć z homoseksualizmu?

      Na swoim drugim blogu pisałam ostatnio recenzję kapitalnych reportaży („Diabeł i tabliczka czekolady”). Przyznaję, że kilka z nich ciągle kołacze mi się po głowie, szukając jakiego ujścia. Przeczytałam między innymi o homoseksualistach, którzy nie potrafią zaakceptować swojej inności i szukają pomocy w stowarzyszeniach zajmujących się pomocą „chorym” na homo. I przyznam, że włos mi się lekko zjeżył na głowie. Bo ja rozumiem, że jeszcze pięćdziesiąt lat temu można było uznać to za jednostkę chorobową, a sto lat temu wsadzać za orientację seksualną do więzień. Ale w XXI wieku? Toż wydaje się, że jesteśmy obeznani z tematem, że niczyją winą jest to, że rodzi się taki, a nie inny. W końcu nikt z nas nie zastanawia się, jakiej chce być orientacji. Nie można się też tym zarazić! Ot, po prostu rodzi się taki i już. W heteroseksualnym społeczeństwie pewnie czuje się inny, wyalienowany i nie każdy ma w sobie na tyle odwagi, by to zaakceptować. Nie wspomnę o rodzinie, która też nie zawsze potrafi stanąć na wysokości zadania i wykazać się tolerancją.

      W każdym razie czytam ten reportaż; czytam o tym, jak to przez modlitwę/medytację można uleczyć się z homoseksualizmu. Czytam o tym, jak mężczyznom każe się spać ze sobą w celach terapeutycznych (oczywiście pod czujnym okiem jakiegoś stróża moralności, żeby jednak chuć góry nad człowiekiem nie wzięła). Czytam też, jak to się „leczy” z grzesznego onanizmu i mam takie wrażenie, że przenoszę się w czasie. Bo w XIX wieku też uznawano masturbację za źródło wszelkich chorób, począwszy od ślepoty, a skończywszy na śmierci. Wymyślano różnego rodzaju urządzenia (nawet stosowano chłodnice!), które miały takie praktyki powstrzymywać.

      Opowiadam o reportażu mężowi.

      – Wiesz, że onanizm prowadzi do raka prostaty? – mówię mu ku przestrodze. Niech wie, żeby w razie co nie zwiodło go na pokuszenie.

      – Twój tata miał raka prostaty – odpowiada. Ups! Faktycznie. Oj, tatuś, tatuś! Fuuuuj!

      Czytam potem statystyki ogłoszone przez prof. Starowicza. Okazuje się, że ok. 64% dorosłych mężczyzn i 24% kobiet TO robi (a nastolatkowie prawie wszyscy!). I tak od razu myślę, że populacja nasza skazana jest na zagładę. Zginiemy marnie, jak się nie uspokoimy.

      Potem znów czytam w reportażu wypowiedź psychologa, który tłumaczy, że próby „leczenia”, czy wmawiania homoseksualistom, że są chorzy, powoduje tylko depresje (często również samobójstwa), ponieważ utwierdza się ich w przekonaniu, że można to wyleczyć. A przecież to prywatna sprawa, co kto i z kim. Dziecko każdego z nas może okazać się homo i co wtedy? Wtedy powinno mieć wsparcie, a nie wizytę u „egzorcysty”, który przegoni z niego zło, czy „uzdrowiciela”, który wmawiać będzie, że „dobrym dotykiem” można nawracać na heteroseksualizm.

      Sprawdziłam, jak wygląda sytuacja prawna homoseksualistów na świecie. Podobno jest aż 77 krajów (np. Nigeria, Somalia, Sudan), gdzie prawo przewiduje kary za związek mężczyzny z mężczyzną i kobiety z kobietą (choć zdecydowanie surowiej karze się mężczyzn). Są miejsca, gdzie grozi za to kara śmierci! Polska zawsze (przynajmniej teoretycznie) wydawała się krajem tolerancyjnym, w prawie nie było kary za homoseksualizm (z wyjątkiem okresu zaborów). A państwem, które jako pierwsze depenalizowało akty homoseksualne, była Francja (1791).

      Mnie zawsze na myśl w takich sytuacjach przychodzi Oscar Wilde czy Paul Verlaine, którzy właśnie z tego powodu trafili do więzienia!

      Temat może się wydawać wielu osobom kontrowersyjny, jednak ja jestem zdecydowanie po stronie tolerancji. Mam nadzieję, że Wy również.

       

      by anna at kwiecień 17, 2015 03:28

      kwiecień 16, 2015

      zapiski zgagi

      Jeszcze miesiąc…

      … a ja już przytupuję z niecierpliwości. Ale teraz już bliżej niż dalej.
      Dwa lata temu byliśmy po kilka dni w Paryżu i Budapeszcie. I może dlatego, że ja średnio światowa jestem, to Budapeszt znacznie bardziej przypadł mi do gustu. Po prostu czułam się tam niemal swojsko. Pomijając język naszych ,,bratanków”, oczywiście.
      Jakiś czas temu odgrzewałam sobie lektury z pogranicza obyczajów, tradycji  i kuchni. I kiedy trafiłam na książkę o Węgrzech, to już wiedziałam, że właśnie tam chcę pojechać. Małż przyklasnął, bo odczucia ma podobne i wielki sentyment do wyprawy sprzed dwóch lat…
      Tym razem nie stolica, lecz jedno z większych miast madziarskich. Trochę ciekawych zabytków, ale przede wszystkim baseny termalne i  wszędzie wokół winnice. Jednym słowem Eger! Kolebka ,,byczej krwi”…
      Sporo już poczytaliśmy w sieci, by się należycie przygotować, m.in. relacje blogerów z podróży tamże. Im więcej czytamy, tym bardziej rośnie ochota. Małż już planuje trasy wędrówek, a ja szperam, gdzie tu zjeść prawdziwie po węgiersku. W Budapeszcie się nam ta sztuka nie udała, teraz szansa większa na rozmaite porkolty, gulasze, rybne zupy. Może i ciężka to kuchnia, ale cztery dni nie powinny spowodować większego wyłomu w naszych rozmiarach.
      ***Każdy taki wyjazd to dobry pretekst, by garderobę uzupełnić. Rozumiecie mnie dziewczyny, prawda? Akurat trochę wolnej gotówki znalazło się, więc w ulubionym ,,domu mody” u pani Kasi we wsi gminnej poszalałam w poniedziałek troszkę. Uboższa o 154 zł wyszłam z nowymi dżinsami, ładną tuniką i modrą niczym włoskie niebo bluzeczką. Na uspokojenie sumienia Małżowi nie poskąpiłam na dwie pary bokserek ,,z bambusa”. Ale się ucieszył!…Teraz tylko odliczać pozostało do 16 maja…

      by Zgaga at kwiecień 16, 2015 09:23

      Od rana do wieczora

      Z cyklu: dialogi na cztery nogi

      Krótka rozmowa ojca z synem. Ojciec ogląda teledysk „November rain”. - Patrz Piotrusiu, to jest Slash. - Taki ukośnik?…

      by Chuda at kwiecień 16, 2015 09:19

      Zapiski dojrzalej kobiety

      A gdy zakwitną stokrotki.

      A gdy zakwitną stokrotki  
      usiądę sobie na łące
      wzrokiem je swoim ogarnę
      bo kocham je takie... kwitnące.

      Gdy zazielenią się trawy
      popatrzę na nie w zachwycie
      źdźbła głaskać będę i tulić
      bo cudem jest przecież życie.

      Gdy chmur zasłona zasłoni
      niebo i słońce zabierze
      czule uśmiechnę się tylko...że to na moment uwierzę.
      (Autor: Ernesto Cortazar - Alone).

      Zawsze w miesiącach letnich, kiedy trzeba dźwigać konewki z wodą na balkon obiecuję sobie, ze w następnym roku nie posadzę kwiatów a zostanę tylko przy trawach ozdobnych.
      Ale jakoś nie mogę przejść spokojnie koło sklepu ogrodniczego by nie kupić jakiegoś kwiatka.
      W tym roku już w połowie stycznia przyniosłam prymulki i już w styczniu na moim balkonie mieszkała wiosna;).
      Obecnie już prymulek nie ma, ale naprawdę mam doglądać, podlewać, zasilać, w dodatku na stokrotki weszły mszyce więc co kilka dni wypowiadam im wojnę.
      Podjęłam więc "męską" decyzję, jak tylko stokrotki przekwitną likwiduję kwiaty na parapetach.
      Na lato posadzę kwiaty tylko w skrzynce.
      Kwiaty w skrzynce plus trawy w donicach wystarczą.

       "Śpieszmy się kochać ciepłe i słoneczne dni, tak szybko odchodzą" – chce się powiedzieć słuchając meteorologów.
      Po kilku słonecznych i w miarę ciepłych dni prognozy straszą nas ponownym ochłodzeniem i dość silnymi wiatrami.
      W niedzielę ma być tylko od 3 do 8 stopni a na Polesiu może spaść śnieg.
      Szkoda, bo w weekend ma być u nas Wiktoria, a wiadomo, ze nie tylko „w czasie deszczu dzieci się nudzą”.
      W czasie brzydkiej pogody też.

      Dentysta z zębem trochę się natrudził, ale chodziło mu o to, by jak najmniej uszkodzić kość szczęki.
      Za trzy miesiące w to miejsce będzie wstawiał implant, więc miał na uwadze swoje dobro;).
      Na wszczepienie implantu do zębodołu się nie zdecydowałam, bo w takich przypadkach jest większe prawdopodobieństwo odrzutu implantu.
      Niech więc wszystko odbędzie się tradycyjnie.
      Za dziesięć dni idę do protetyczki żeby mi zrobiła tymczasowy mostek na miejsce tej usuniętej piątki, bo nie wyobrażam sobie pokazać się ludziom z taką szczerbą.

      by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at kwiecień 16, 2015 09:19

      Matka jest tylko jedna

      Jak wykorzystać oliwkę dla dzieci?

      Kiedy jakiś czas temu [oj dawno] pochwaliłam się prezentem od Bon Bon Baby, napisałam, że w paczce znalazłam oliwkę, która przyda mi się już teraz do nabłyszczania piekarnika. I większość otworzyła szeroko oczy, bo jak to, oliwka do piekarnika? Co ja chcę nabłyszczać? Bułeczki? A faktem jest, że istnieje przynajmniej dwadzieścia sposobów na to, jak wykorzystać oliwkę dla dzieci, i akurat nabłyszczanie piekarnika [zaraz dowiecie się, o co chodzi], jest tylko jednym z wielu sposobów na jej zastosowanie. Zobaczcie:

       

       

       

      1. NAWILŻANIE CIAŁA

       

      Czyli coś, co od razu kojarzy się z oliwką. Można  się nią smarować od razu po kąpieli, ale jeśli nie lubimy czekać aż specyfik się wchłonie, równie dobrze można dolać trochę bezpośrednio do wanny lub do… płynu do mycia. Mamy wtedy dwa w jednym :)

       

      2. NAWILŻANIE TWARZY

      Mieszkam, gdzie mieszkam, i czasami krem do twarzy kończy mi się w najmniej odpowiednim momencie. Na przykład wieczorem szukam czegoś do posmarowania suchych partii twarzy i orientuję się, że w pudełku mam same marne resztki. Wklepuję więc wtedy w twarz kilka kropel oliwki. Rano nie czuję tego okropnego ściągnięcia policzków [moje wrażliwe partie], a skóra jest delikatna jak pupa niemowlęcia.

       

      3. ZMIĘKCZANIE SKÓREK PAZNOKCI

      Dzięki temu sposobowi mam w kosmetyczce o jeden kosmetyk mniej – działa tak samo jak drogie specyfiki, a jest o wiele naturalniejszy i zdrowszy.

       

      4. MASAŻ

      Chyba nie muszę komentować :)

       

      5.  DEMAKIJAŻ

      Podobnie, jak w dwójce, w sytuacjach awaryjnych oliwka nałożona na wacik, świetnie zastępuje płyn do demakijażu i muszę przyznać, że u mnie sytuacja awaryjna trwa od kilku miesięcy, bo co kupię jakiś płyn, to ten mnie na raz uczula [taka ciążą, pisałam już, jak źle ją znoszę]. Dlatego makijaż ograniczyłam do minimum, a mocniejsze fragmenty usuwam oliwką.

       

      6. KOŃCÓWKI WŁOSÓW

      Zazwyczaj używam jedwabiu do włosów albo przygotowuję sobie mega śmierdzącą i momentalnie odstraszającą ode mnie dziecko odżywkę do włosów z jajka i rycyny, ale jeśli jedwab się skończył, a mi się nie chce chodzić pół godziny z torebką na głowie, to zwyczajnie apgrejduję końcówki oliwką :)

       

       

      7. DODATEK DO PEELINGU

      Na szybko. Jeśli mam ochotę na peeling, a właśnie mi się skończył [najczęściej dzień po większych zakupach tak się dzieje], biorę trochę cukru i kawy i mieszam to z oliwką. Domowy peeling gotowy, a Chłop nie ma czym się obudzić do pracy :)

       

      8. CHUSTECZKI NAWILŻANE

      Sposób odkryty podczas jakiejś podróży z malutkim Kosmykiem. Miałam pod ręką kosmetyczkę podróżną, w której było wszystko, miałam całkiem puste opakowanie po mokrych chusteczkach, miałam pieluchę i całkiem ufajdane dziecko, które ulało przez sen. Zmoczenie pieluszki oliwką zdziałało cuda i na miejsce dojechaliśmy z czyściutkim dzieckiem.

       

      9. FARBA NA SKÓRZE

      I ta od włosów, a na szybko nawet ta od odnawianych starych mebli.

       

      10. CIEMIENIUCHA

      Pozbywałam się jej wyłącznie nawilżając oliwką, a potem skrupulatnie wyczesując. Najlepszy sposób, a taki masaż głowy wspaniale uspokajał niemowlaka.

      11. ROBACZKI

      Nie wiem, o co chodzi [może o zapach?], ale do nasmarowanego oliwką Kosmyka nie przypałętywały się te okropne meszki i inne dziadostwo tak jak do nie nasmarowanej mnie…

       

      12. ŚCIĄGANIE PLASTRÓW OPATRUNKOWYCH

      Świetnie sprawdza się u dzieci, kiedy plaster tak przywrze do skóry, że oderwanie go sprawia ból, ale ja sama dzisiaj po pobraniu krwi, odklejałam plaster z opatrunkiem [zawsze po pobieraniu krew się ze mnie leje jak z cebra], o którym sobie za późno przypomniałam. Nasmarowanie plastra oliwką ułatwiło odklejenie.

       

      13. ZAMKI BŁYSKAWICZNE

      Zacięte, łatwiej puszczą, jeśli nasmarujecie je oliwką.

       

      14. SKRZYPIĄCE ZAMKI, ZAWIASY, KLAMKI

      Jak wyżej. Można, oczywiście polać specjalnym środkiem lub zwykłym olejem, ale oliwka jest zawsze pod ręką i ładnie pachnie.

       

      15. CZYSZCZENIE PĘDZLI

      Do kubka wlej trochę ciepłej wody, tyle, żeby zamoczone było tylko włosie pędzla, a potem dodaj kilka kropel oliwki. Możesz doprawić kroplą szamponu do włosów i już.

       

      16. NABŁYSZCZANIE MEBLI

      Ściereczka plus oliwka równa się zadbane meble. Takim czymś przecieram zawsze stolik przed zdjęciami – ładniej wtedy błyszczy i zdecydowanie zbiera o wiele mniej kurzu.

       

      17. DO CHROMOWANYCH/NIKLOWANYCH POWIERZCHNI

      Ta sławna kuchenka, w której nabłyszczanie wielu nie mogło uwierzyć… A prawdą jest, że wszystkie zacieki z urządzeń z powyższych materiałów [kuchenka, okap, mikrofalówka, żyrandol] pięknie usuniemy, polerując je szmatką nasączoną w oliwce. Urządzenia błyszczą i dość długo nie łapią kurzu, dzięki czemu mam spokój. a jeśli nie wiecie, jak wykorzystać dziecko, to nawet jemu możecie zlecić do zadanie. Polerowanie rączki od wyłączonej kuchenki czy boków mikrofalówki zajmie go na dłuższą chwilę :)

       

      18. NISZCZARKA 

      Coś, co znalazłam na jakimś forum i mnie autentycznie zdziwiło – otóż w jakimś biurze ktoś tak właśnie naprawił niszczarkę: do zaciętej włożył kilka namoczonych w oliwce kartek i z nimi w środku ją uruchomił. Zadziałało, ale ja nie mam zepsutej niszczarki, żeby przetestować.

       

      W ogóle nie mam niszczarki :D

       

      19. NAKLEJKI

       

      Podobnie jak w przypadku plastrów opatrunkowych – naklejki, którymi twoje dziecko oblepiło cały dom, pięknie zejdą, jeśli nasmarujemy je wcześniej oliwką dla dzieci. Dodam, że tym sposobem pozbyłam się również tych uporczywych sklepowych naklejek ze sprzętów AGD. Działało! Podobny efekt można uzyskać z gumą do żucia, ale tego akurat nie próbowałam. Kosmyk gum nie żuje, a ja sama zawsze pamiętam, żeby przyklejać je do rozrzuconych po kątach ciuchach Chłopa. Jak on to usuwał – nie pytałam, a spróbować znowu nie mam jak, bo przestały mi się jego ubrania walać po chacie, a przecież wciąż z nami mieszka…

       

       

      20. NIESZCZĘŚLIWY WYPADEK

      Będąc w posiadaniu takiej ilości oliwki, która sprosta wszystkim powyższym zadaniom, spokojnie możesz rozlać kilka kropel na podłodze i nieuważnie się na niej poślizgnąć. A co! Po takiej harówce i tobie należy się kilka dni w łóżku!

       

       

       

      Sposobów na to, jak wykorzystać oliwkę dla dzieci, jest sporo. Może znacie jeszcze kilka? Jak widać, oliwka dla dzieci może być takim naszym domowym octem :) Dwudziestego sposobu nie radzę stosować na domownikach… Wiecie, teściowa może tego nie wytrzymać, a Chłop zamiast leżeć, powinien pracować na niewyobrażalną ilość oliwki ;)

       

       

       

      9,345 wszystkich wizyt, 48 wizyt dzis

      Post Jak wykorzystać oliwkę dla dzieci? pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

      by MatkaTylkoJedna at kwiecień 16, 2015 06:19

      Z usmiechem przez Japonie

      Shinya Ayama: moje widzenie polskich miast - wystawa

      W piątek 3 października w Galerii Sztuki Naiwnej i Ludowej we Wrocławiu odbył się wernisaż prac japońskiego artysty Shinyi Ayamy. Wystawa nosi tytuł "Widzenie polskich miast" i prezentuje Polskę z punktu widzenia Japończyka, artysty, podróżnika, bywalca. Ayama zachwyca się przede wszystkim polską architekturą, która dla niego jest bardzo egzotyczna. Z punktu widzenia kota wałęsającego się po czerwonych, spadzistych dachach przedstawia nam Polskę widzianą własnymi oczami - trochę odrealnioną, trochę baśniową. Mogę się pochwalić, że kupiłam pierwszy w życiu obraz i jest bardzo zadowolona. Pewnie nie będzie on ostatni.

      Moją relację z wydarzenia i zdjęcia możecie przeczytać i obejrzeć na stronie: 



      by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at kwiecień 16, 2015 06:59

      Blog do czytania

      Dwa miejsca i jeden samochód, na które warto zwrócić uwagę w Gdańsku

      Dziś wpis kierowany głównie do gdańszczan, ale ci z Was, którzy gród nad Motławą tylko odwiedzają, też mogą się czegoś dowiedzieć. Gdańsk od kilku (dwóch? trzech?) sezonów szuka swojego miejskiego placu. Takiego, na którym można spotkać się z przyjaciółmi, odpocząć, poopalać się… Staraniem wielu zaangażowanych osób takim miejscem w sezonie zostaje Targ Węglowy, w samym […]

      by Bartosz Cicharski at kwiecień 16, 2015 05:55

      Tokyo Pongi (komentarze)

      Bezwstydnica

      Dzieciowo mi

      Jak wzmocniliśmy poczucie własnej wartości u dziecka?

      Stawiam akcent na liczbę mnogą, bo praca była współdziałaniem moim i męża. To bardzo ważne, że jeśli już się za coś zabieramy,

      by Malwina Ferenz (Krusz.) at kwiecień 16, 2015 11:13

      Zuzanka

      Tokyo Pongi (komentarze)

      Skomentuj Odaiba, czyli „u nas” w Tokio, którego autorem jest Pong

      to mogłaś kupic od razu dwa, jeśli taki tanie. Kot, którego ostatnio oglądalismy kosztował ponad 1 mln jenów :)

      by Pong at kwiecień 16, 2015 08:44

      pierwsza żona

      króciótko i lece

      Bardzo mnie to zdanie rozbawiło.

      Nie oszukujmy się. Każdy zdrowy, normalny facet marzy o seksie wyjętym prosto z pornola. Bierzesz do ust mojego penisa i nie jęczysz, że boli cię ręka, żuchwa, noga, czy dupa. W tej chwili w ogóle mnie to nie obchodzi.

      [
      http://www.koladynska.pl/jak-zrobic-dobrze-facetowi/
      ]

      Poza tym to reszta jest jakże pocieszająca.

      W zasadzie nic a nic nie czeba się przejmować. NIC.

      Dajesz dupy, w tle smarzysz kotlety teściowej i zostawiasz w spokoju.

      I masz wolne.

      A dzie tam nasze domysły, co on miał na myśli, co on pragnie o czym myśli. Bezsensu.

      Oni nie myślą. Oni nie analizują.

       

      Złapałam się na tym wczoraj że hihoczę sama do siebie.

      To dobrze.

      by autor at kwiecień 16, 2015 08:40

      Tokyo Pongi (komentarze)

      Skomentuj Odaiba, czyli „u nas” w Tokio, którego autorem jest Maika

      Dziękuję :) A na Twojego bloga z pewnością będę zaglądać! I również pozdrawiam! ;)

      by Maika at kwiecień 16, 2015 08:12

      Skomentuj Odaiba, czyli „u nas” w Tokio, którego autorem jest Maika

      Cieszę się, że film się podobał i bardzo dziękuję za miłe słowa. Ten szczeniak był faktycznie słodki. Ale te zwierzaczki to w Japonii towar luksusowy – ten piesek kosztuje 280 tys. jenów (około 9 tys. zł!)

      by Maika at kwiecień 16, 2015 08:12

      Skomentuj Shabu Shabu, którego autorem jest Maika

      Na Shabu shabu to i ja mam ochotę. Ostatni raz jadłam shabu shabu ponad rok temu, czyli mniej więcej wtedy, gdy powstawał ten wpis :)

      by Maika at kwiecień 16, 2015 08:12

      Skomentuj Kosmetyki z Japonii, które polecam, którego autorem jest Maika

      Olejku Hada Labo nie próbowałam, ale te nieliczne, które miałam bardzo podrażniały mi oczy. Zgadzam się co do numerów 2 i 3! Olejek Oshima to w Japonii produkt kultowy. Kaminomoto przestałam używać jakiś czas temu, aby dać szansę polskiej wcierce Jantar, z której jestem bardzo zadowolona. Ale jak mi się skończy, to wrócę do Kaminomoto :) Ja również bardzo się cieszę, że mam dostęp do japońskich kosmetyków, które po prostu uwielbiam i już się zastanawiam co to będzie, gdy wyjedziemy kiedyś z Japonii. Nie wszystko jest dostępne w sieci, a to co jest, przeważnie zabija ceną.

      by Maika at kwiecień 16, 2015 08:11

      Skomentuj Japońskie maseczki nawilżające, którego autorem jest Maika

      Te peel-offy radzą sobie z zaskórnikami całkiem nieźle, szczególnie taki jeden, który kupiłam na próbę (Niena Cosmetics Pikaturu Hada Face Pack). Bardzo trudno odchodzi od skóry, przez co odklejanie maski jest dość bolesne, ale ten peel-off robi to co ma robić – wyciąga wszystko! :)

      Niena Cosmetics Pikaturu Hada Face Pack

      by Maika at kwiecień 16, 2015 08:10

      Skomentuj Szalone Tokio?, którego autorem jest Maika

      Aaaa, jak miło jest zaczynać dzień od przeczytania takiego komentarza :) Bardzo dziękuję za taki miły komentarz, oraz za czas spędzony na blogu ;) . Co do programu Agnieszki Szulim to nie wiem czy można jeszcze coś dodać w tej kwestii. Hejt – nie wiem zresztą czy to co się działo po programie to hejt, moim zdaniem to raczej zasłużona krytyka – był potrzebny i ja uważam, że bardzo dobrze, że tyle osób zabrało głos w tej sprawie. Dzięki temu siła rażenia głupoty jest choć odrobinę mniejsza :)

      by Maika at kwiecień 16, 2015 08:05

      Smoking kills...

      O KOLEJNYM ZAMACHU I NAMIASTCE SZTUKI

       

      Piec znowu chciał mnie zabić  – wykąpał mnie w lodowatej wodzie. Poczekał, aż się rozgrzeję i namydlę i TRZASK – poleciała zimna. Powrzeszczałam, poskakałam, większość żelu wytarłam ręcznikiem… Pięć minut później, jak myłam zęby (kłapiące z zimna), z kranu OCZYWIŚCIE leciał już wrzątek. Wiedziałam że coś knuje, po prostu WIEDZIAŁAM – za długo udawał niewiniątko. Co za skuhwysyn -  jak by powiedziała przedwojenna hrabina.

      A Szczypawka wczoraj wpadła w trans – wchodziła pod samochód i wąchała gumowe chlapaki. Zaciągała się i rozkoszowała tak, że nie można jej było wyciągnąć. N. przyznał, że być może, prawdopodobnie, niewykluczone iż przejechał po jakimś biednym truchełku, rozciągniętym na jezdni. Sądząc po zachwytach Szczypawki, musiało to być wyjątkowo wonne truchełko, jakiś nasz krajowy Pepe le Swąd. Najchętniej by się w nim wytarzała, na szczęście – nie miała jak. Dlaczego te nasze kochane pieski są takimi wielbicielami ohydy, w szczególności zapachowej?…

      A propos mocno dziwnych upodobań – siostra ze szwagrem zapytali nas, czy byliśmy w salonie mebli OLIMP. Nie byliśmy, na co oni – IDŹCIE KONIECZNIE! W życiu byście nie uwierzyli, jak można zestawić kolor, kształt, fakturę obicia i NÓŻKI! Koniecznie, koniecznie idźcie, tylko weźcie coś na uspokojenie.

      Chyba pójdę, bo strasznie mi brakuje Madrytu i Muzeum Królowej Zofii. Mam ich na fejsbuku i co wrzucą informację o wystawie, to mnie skręca. Ostatnio dali dziesięciominutowy klip z facetem, który opowiadał o wyrażaniu gniewu w sztuce awangardowej, stojąc na tle poskręcanej rury przeciągniętej przez pokój. No dobra, trochę się podśmiewam, bo tak między nami – niewiele rozumiem ze sztuki nowoczesnej, ale lubię ją oglądać. To pójdę sobie do salonu mebli OLIMP, będę miała chociaż namiastkę.

      by Barbarella at kwiecień 16, 2015 05:40

      zycie na kreske

      kwiecień 15, 2015

      Skorpion w rosole

      (171) Do czego to posuwają się ludzie...

           No wkurzacie mnie, Wy zdolni ludzie! Ja nie mogę na to patrzeć spokojnie! Malują jak Michał Anioł, dziergają, piszą - no Tomek to już => przeszedł wszystko! Wszyscy naokoło pitraszą, wiją gniazda, oddają się bez rozumu sztuce, popadają w wiry namiętności do pracy. Żeby jeszcze siedzieli cicho skubiąc sobie te koniki w kątku. Ale nie! Pokazują ekshibicjonistycznie owoce swych artystycznych lędźwi, czym powodują u mnie zrywy szaleństwa i twórczego pędu. Na ten przykład Jarecka. No ta to już przesadziła prezentując na blogasku TO:



           Nie dajcie się zwieść urodzie tej torby. Ja się czuję jakbym dostała skarpetką w twarz. Podniosłam ją zatem i podjęłam wyzwanie! Macham zakrzywionym drutem, macham cierpliwie, zazdrość to jednak dodająca skrzydeł cecha. Ale zanim wyczaruję sobie coś takiego, zrobię poduchy na taras. Na szczęście mam tylko dwa fotele, więc jest szansa, że będę szybsza niż mój protetyk stomatologiczny. Miejmy nadzieję, że sosna dla mnie jest w sile wieku i szumi gdzieś w Polsze.
      Jak Jarecka w kolor, to ja ciach! W pastylki. Tfu! W pastelki:


        
      Nananananana!

      Co mi przypomniało stare, zmurszałe czasy, kiedy dysponując pokładami czasu o grubości jednej warstwy atmosfery ziemskiej, parałam się różnymi robótkami ręcznymi. W swoim życiu przechodziłam też ostrą fazę pilnej kursantki. Opłaciła się nawet umiejętność wytwarzania wieńców nagrobnych!

      A teraz odrzucam skarpetkę!

      Na pierwszy ogień niech idzie duży lampion. Lampion wrył mi się w pamięć tym, że podczas kursu w powietrzu było większe stężenie brokatu niż tlenu, a szlagmetal w arkusikach unoszony był  każdym oddechem. Moje płuca lśniły!



      Zrobiłam też lampiony o tematyce świątecznej. Z dużych nie został mi ani jeden, a z kartonu małych tyko dwa, więc nie widać wszystkich wzorów. No cóż, może wznowię produkcję jesienią. 



      A teraz moje heklowanie. Szydełkiem wydziergoliłam dziesiątki serwetek, z czego półtorej dużej serwety. 



      A w korytarzu mam wieszak, zwany przez niektórych ramiączkiem, który to wyściuboliłam dla Mata, amatora cyklingu. Obecnie służy moim długim sweterkowm, które uwielbiam.



      W taaaakim powiększeniu widać jak niedokładnie mamy położoną farbę na ścianie. Bo przecierki na wieszaku są zrobione celowo.

           A teraz perły z lamusa. Niektórych Czytaczy nie było jeszcze na świecie, gdy, będąc 15-letnią panienką, rysowałam to, co poniżej, między innymi i pisałam wiersze. Narysowałam rodzinę Poszepszyńskich, których wielbię do dziś.  Wiersze pisałam też w IV klasie, ale należały one do nurtu prymitywnego, ludycznego i naiwnego, ze sztandarowym dziełem "Połamały się kredeczki naszej małej Kasineczki", albo "Januszek Bolibrzuszek", które to dzieła nie pozbawione były gryzącego humoru i szczypiącej ironii. A już kilka lat później miałam widocznie skok rozwojowy, objawiający się miłością do Bursy i muzyki niepokornej. 

      W roku pańskim 1988, kiedy był jeszcze X stopień zasilania i prąd wyłączano każdego dnia, rysowałam tak: 



      Niestety, więcej prac się nie zachowało, podejrzewam, że rozpadły się w pył i proch.

      Ale znalazłam swój autoportret z początku XXI wieku:


      Przez te parę lat nie zmieniłam się dużo. No, może trochę. Przytyłam 20 kilo.

      A jakie Wy macie supermoce?

      ***

      Gdyby komuś było mało, napomknę, że po kliknięciu w obrazki, powiększają się one sromotnikowo.

      A w następnym odcinku pokażę dary od Czytaczy.


      by pandeMonia (noreply@blogger.com) at kwiecień 15, 2015 09:03

      Domowa kuchnia Aniki

      Zupa dyniowa z białą fasolą i grzankami

      Zupa dyniowa z białą fasolą i grzankami





      Na święta rozkroiłam ostatnią dynię, która pozostała u mnie z jesieni. Zrobiłam z niej babkę, a z reszty zupę. Bardzo smaczną zupę:-). No nie jest to sezon na dynię, ale, kto kupił i przechował, to może i na wiosnę cieszyć się jej smakiem. U mnie jeszcze w piwnicy w słoiczkach czeka na wykorzystanie puree z dyni. Ale w tym roku nie będę już jej przerabiać na puree. Lepiej przechować ją w całości. Nic się z nią nie dzieje, więc w każdym momencie możemy po nią sięgnąć i przygotować to, co nam pasuje. Trzeba mieć zwykle pomysł na kilka dań z jej udziałem, bo jedna dynia z powodzeniem starczy na zupę, ciasto i jeszcze inne smakowitości.




      Składniki:
      • 1 kg dyni
      • 1 cebula
      • 2 ząbki czosnku
      • sól
      • pieprz
      • 1/2 litra bulionu ( najlepiej warzywnego)
      • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
      • 1/2 łyżeczki mielonej ostrej papryki
      • szczypta kurkumy
      • 1 puszka białej fasoli
      • bagietka + 2 łyżki masła +  2 garście sera żółtego startego
      • 3 łyżki oliwy
      Sposób wykonania:
      • Dynię rozkrawamy, pozbawiamy miękkiego środka, kroimy na cząstki i obieramy
      • Obraną dynię kroimy na małe kawałki
      • Cebulę drobno kroimy
      • W rondelku rozgrzewamy oliwę, wrzucamy na nią dynię, cebulę i przeciśnięty przez praskę czosnek. Delikatnie solimy i smażymy często mieszając, aż warzywa nieco zmiękną ( ok 10 minut )
      • Warzywa zalewamy bulionem i gotujemy pod przykryciem do miękkości warzyw ( 10 - 15 minut ). Miksujemy na krem
      • Krem dyniowy doprawiamy solą, pieprzem, imbirem, kurkumą i papryką i chwile razem gotujemy
      • Fasolę z puszki płukamy na sicie i dodajemy do zupy. Chwilę całość gotujemy
      • Masło łączymy ze startym serem, a następnie smarujemy nim bagietkę pokrojoną na ukośne kromki. Wkładamy do zapieczenia do piekarnika
      • Zupę podajemy z grzankami. Można posypać posiekaną pietruszką

        by Anika (noreply@blogger.com) at kwiecień 15, 2015 07:55

        Tokyo Pongi (komentarze)

        Skomentuj Odaiba, czyli „u nas” w Tokio, którego autorem jest AyaChan

        Miejsce przecudowne (jak sama Japonia zresztą)! Ulice ukazane na filmie po prostu mnie urzekły. Bardzo ciekawie jest oglądać Tokio z tak bliska, a jednocześnie tak daleka ;)
        Pozdrawiam i zapraszam do siebie:

        http://japoniamoimokiem.blogspot.com/

        by AyaChan at kwiecień 15, 2015 06:52

        Z usmiechem przez Japonie

        Polskie miasta oczami Shinyi Ayamy - wernisaż prac we Wrocławiu


         W imieniu swoim i artysty chciałabym serdecznie zaprosić wszystkich zainteresowanych na wernisaż malarstwa Shinyi Ayamy "Moje widzenie polskich miast", który odbędzie się 3 października 2014 roku w Galerii Sztuki Naiwnej i Ludowej we Wrocławiu, godz. 18:00. Wstęp bezpłatny!


        Shinya to bardzo ciekawa postać. Urodził się w Kioto (jest rdzennym Kansajczykiem), gdzie studiował ekonomię. Nie pracował zawodowo na żadnym szczeblu w korporacji, ponieważ odkrył w sobie pasję do sztuki...
        Najpierw występował jako aktor, a teraz jest artystą-malarzem. Prawdziwą inspirację znalazł dopiero w Polsce - fascynuje go architektura i struktura polskich miast, które są zupełnie inne niż znane mu japońskie. Dużo podróżuje, często zmienia miejsce zamieszkania i ciągle wozi ze sobą płótna. Miał dużo zabawnych przygód, o których opowiem przy kolejnej okazji, ponieważ planuję przeprowadzić wywiad.

        "Widzenie polskich miast" to piękna wizja Polski, która jest kolorowa, która powoduje zachwyt, która jest egzotyczna. Shinya pokrywa płótna całymi rzędami małych, geometrycznych rzędów, co sprawia wrażenie głębi. Żywe barwy, uproszczona, minimalistyczna forma powoduje, że obrazy Shinyi balansują pomiędzy pop-artem, ilustracją, a komiksem. Widziałam te obrazy z bliska i niektóre, zwłaszcza te o mocnym wyrazistym nasyceniu, robią na mnie wrażenie. Na wernisażu będzie można kupić płótno Shinyi i ja zamierzam taki oryginał nabyć.







        Wszystkie fot. są własnością artysty.

        Galeria Sztuki Naiwnej I Ludowej

        Ul.Kiełbaśnicza 31, Wrocław
        Wernisaż: 3 października (piątek), godz. 18:00
        Wystawa: 4 października - 31 grudnia 2014 r.


        by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at kwiecień 15, 2015 07:32

        "Szalone Tokio" Agnieszki Szulim - czy rzeczywiście szokuje?


        Przed niedzielą wielkanocną rozpętała się może nie burza, bo byłoby to wielce przesadzone, ale mini-burzka na facebookach odnośnie zapowiadanego dokumentu Agnieszki Szulim "Szalone Tokio". Stwierdziłam, że skorzystam z dobrodziejstw mojej telewizji satelitarnej i obejrzę program, w który - nie powiem - sama wątpiłam. A czy niesłusznie, to się okaże.

        "Szalone Tokio" pokazywano na antenie TVN Style późnym wieczorem, choć reklamowano na wszystkich platformach tvn-owskich przez cały tydzień. Przyczyną były prawdopodobnie kontrowersyjne tematy, jakie Agnieszka Szulim postanowiła poruszyć, i z pewnością duży budżet na przygotowanie tego materiału. Wszystko - jak sama autorka kilkakrotnie powtarzała - "w Japonii kręci się wokół seksu", a więc i program będzie podbarwiany erotycznie. To przyciąga widownię jak magnes, zaspokaja ich ciekawość, a tym samym zaspokaja wpływy producentów programu. Agnieszka Szulim jedzie do Japonii, by "dziwić się" i pokazywać tę odmienność innym, z przymrużeniem oka, nie do końca na poważnie, z humorem. Jak dla mnie bez pogardy i poniżania, choć wydaje mi się, że niektórzy zareagują na pewne komentarze alergicznie. 

        Czy w Japonii wszystko kręci się wokół uciech cielesnych? Według mnie wniosek ten jest trochę zbyt ogólny, ale z drugiej strony nikt, kto był w Japonii chociażby przez chwilę, nie będzie w stanie całkowicie temu zaprzeczyć, choćby bardzo się starał.

        Dla osób w pewien sposób obytych z japońskimi "wynalazkami", do których są już tak przyzwyczajeni, że już ich nie szokują - mówienie o Japonii jedynie w kontekście owej odmienności może być w różnym stopniu nudne lub irytujące. Nudne - bo "to już było, ile można" i irytujące - bo "Japonia to nie tylko kraj dziwaków, ale <zwykłych> ludzi mających <zwykłe> uczucia". Zgadzam się z tym, ale tak naprawdę, ilu z nas Polaków i Polek ma szansę zanurzyć się w tej kulturze na tyle, aby móc dojść do momentu, gdy mówienie o pewnych aspektach staje się nudne i irytujące? Jest to na tyle znikoma liczba, że można śmiało stwierdzić, że nas Polaków Japonia zawsze będzie szokować. Jak nie pod tym, to pod innym kątem.

        W tym miejscu warto wziąć pod uwagę fakt, że w Polsce wiele sfer (w tym seksualność, BDSM, modyfikacje ciała) jest objęte ścisłym tabu, a Japonia - wbrew wszelkim pozorom - niewiele się pod tym względem różni i podobnie jak u nas publicznie się o tym nie mówi. Jaka jest zatem różnica? Dlaczego wydaje nam się, że u nich to "normalka"? 

        W Japonii choć raczej nie omawia się i nie analizuje otwarcie swoich głęboko ukrytych potrzeb, ale jak to w wysoko skomercjalizowanym świecie - biznes nakręcają potrzeby. Liczy się, ile można na tym zarobić (przecież od zarania dziejów to najbardziej opłacalny interes). I tu Japończyków ogranicza tylko ich własna fantazja, a w tym wypadku nierzadko biją oni inne narody na głowę.

        I być może u nas seks nadal w mniejszym lub większym stopniu to społeczne tabu, a Japonia jest nieco bardziej liberalna, Japonki nie chodzą półnagie po ulicy, jak to ma miejsce w Polsce, wręcz przeciwnie nawet przy 30-stopniowych upałach niektóre mogą pod krótkimi spodniami mieć getry i kozaki, a na głowie czapkę. Nie obściskują się tak ostentacyjnie ani na ulicy, ani w metrze, choć - trzeba przyznać - robią się coraz bardziej śmiali. Natomiast za zamkniętymi drzwiami, kiedy nikomu się nie przeszkadza, Japończycy dają upust swojej wyobraźni. Nie wolno mylić tego ze zboczeniami, których tam też nie brakuje. To raj dla fetyszystów, więc kupienie zużytych majtek czy perfum o zapachu intymnych części ciała nie stanowi problemu. I tak jak wszystkich dziwią te zużyte majtki, tak proponuję wejść chociażby na Allegro i sprawdzić, jak łatwo dostępne są one i w Polsce.

        A zatem program otworzy przed widzami możliwość zajrzenia do największego 6-piętrowego sexshopu w Tokio, z ukrytej kamery przyjrzymy się najdroższym lalkom na świecie z silikonu, które są bardzo podobne do kobiet, wejdziemy do jedynego love hotelu w Japonii, gdzie miłośnicy BDSM mogą się pobawić, wejdziemy do host clubu czy zamówimy pana do towarzystwa. 


        Oprócz tego obejrzymy znany sklep z plastikowymi imitacjami jedzenia, które są słynne w całej Japonii. Służą one lepsze promocji serwowanych w restauracjach potraw. Ponadto zapoznamy się z wirtualną przymierzalnią ubrań, poćwiczymy z gadżetami do wyszczuplania twarzy i innymi. Jeśli chodzi o modyfikacje ciała będziemy mieli okazję dowiedzieć się, na czym polega japońska metoda tworzenia tzw. bagel head. I nie tylko, pokazane będą też inne modyfikacje, które są doskonale wszystkim w Polsce znane - skaryfikacja, podwieszanie, implanty, wkręty, tatuaże itp. Zresztą to nie wszystkie atrakcje.

        Program nie jest odkrywczy, ale za to rozrywkowy. Według mnie Agnieszka Szulim nie zachowuje się w irytujący sposób, czego z pewnością obawiają się niektórzy. Jeśli tylko potraktować go w kategoriach nie poznawczych, a właśnie rozrywkowych można się dobrze bawić. Taką postawę przybraliśmy razem z Panem Sól i nie raz, i nie dwa szczerze się uśmialiśmy. I choć mówi o stereotypowych zjawiskach, omówionych wzdłuż i wszerz, to jednak forma ich podania jest dla mnie akceptowalna. 


        Agnieszka Szulim nie stawia się w pozycji "znawcy Japonii", to duży plus. Mówi jedynie o tym, co na pierwszy rzut oka w Japonii może samodzielnie zaobserwować. Owszem materiał został dobrany tak, żeby szokować, ale byłoby to kuriozalne, gdyby komercyjna stacja walcząca o wyniki oglądalności pokazywała to, co zainteresuje zaledwie garstkę osób. Kontrowersje są przecież uniwersalne. Czy to jest powierzchowne? Trochę tak, ale prawda jest taka, że większość z nas, jadąc do Japonii turystycznie (i do jakiekolwiek innego kraju) nie będzie prowadzić pogłębionych analiz socjologiczno-antropologicznych w kontekście uwarunkowań historycznych i innych, ale będzie po prostu chłonąć wszystko to, co jest obserwowalne. A w oczy rzuca się to, co jest inne. Zwykle mamy za mało czasu na to, by dokładnie się pewnym zjawiskom przyjrzeć, poruszamy się najczęściej po turystycznych miejscach i dzieli nas bariera językowa. Jeżeli ma się czas, zna się japoński, jest się już wyrobionym obserwatorem, to należy się do grona nielicznych szczęściarzy. Czy taka osoba będzie się tą wiedzą dzielić z innymi, czy wywyższać i negować wszystkich mających odmienne odczucia, to już kwestia indywidualnego wyboru.

        Moim zdaniem to dobrze, że rzuca nam się głównie w oczy to, co jest inne. Jeżeli tylko nie przejdziemy obok tego bezrefleksyjnie lub z pogardą, może to być faktycznie "lekcja tolerancji", o czym wspomina autorka "Szalonego Tokio". 

        Tak, przyznaję się, oceniłam ten program "po trailerze" i z góry założyłam, że będzie w najlepszym wypadku słabo, ale kończyłam z uśmiechem na twarzy. Do tego wystarczy odrobina dystansu już nie do samego programu, ale do swojego własnego wyobrażenia na temat Japonii. Czy polecam? Widziałam dużo gorsze programy o Japonii, a ogólne moje wrażenie było nawet pozytywnym zaskoczeniem, więc tak, raczej tak. Ale nic się też nie stanie, jeśli go nie obejrzycie, bo o omawianych w materiale zjawiskach można też szerzej poczytać w Internecie.  

        by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at kwiecień 15, 2015 07:26

        PORADNIK. Bezpieczeństwo na Okinawie. Jak się do wyjazdu przygotować?


        Zaczyna się sezon wiosenno-letni, tym samym zaczyna się sezon na wyjazdy do Japonii. I bardzo mnie cieszy to, że coraz więcej osób decyduje się spełnić marzenia, czy też po prostu pragnie zażyć egzotyki. Odkąd Peach Airlines otworzyło tanie połączenia na Okinawę - japoński raj jest otwarty na coraz więcej zwiedzających, w tym i coraz więcej Polaków. Ostatnio bardzo dużo pytań odnośnie tego kierunku zaczęłam dostawać, więc najpierw opowiem Wam nie o tym, co zwiedzać, ale jak się do Okinawy przygotować. Niezależnie od tego, na której wyspie będziecie, musicie być na pewne okoliczności przyrody uwrażliwieni i ich świadomi, aby był to rzeczywiście wypoczynek i czysta przyjemność.



        Archipelag Riukiu rozciąga się na południe od jednej z czterech głównych wysp Japonii - Kiusiu i kończy tuż przed samym Tajwanem. Mimo tego że administracyjnie cała Okinawa należy obecnie do Japonii i tworzy osobną prefekturę, historycznie była królestwem o odmiennej kulturze i języku (zaanektowanym do Japonii w 1879 roku). Niestety, Japończycy z ery Meiji za nic mieli odmienności kulturowe pomiędzy Riukiusami i stopniowo japonizowali te tereny. Dzielni i dumni Riukiusi, choć dziś są Japończykami, zdają się jednak pielęgnować swoją odrębność. Z czego Okinawczycy są szczególnie dumni? Według osób, z którymi miałam okazję rozmawiać, przede wszystkim z długowieczności, pysznej i najzdrowszej kuchni, która tę długowieczność zapewnia i ze spokoju wewnętrznego, którym tym z wielkich wysp zdecydowanie brakuje. Oczywiście to nie oznacza, że życie tam to sielanka. Młodzi Okinawczycy zwykle nie zagrzewają na małych wysepkach zbyt długo i "emigrują" w poszukiwaniu dobrej edukacji i pracy, o którą raczej w "ojczyźnie" jest trudno.

        Okinawa dzieli się na cztery podstawowe rejony - pas wysp Amami, Okinawa, Miyako i Yaeyama (najbliżej Tajwanu). Ja miałam okazję zwiedzać wyspy Yaeyama. Poniżej mapa archipelagu - najbardziej na wschód mamy Ishigaki, czyli główną, choć nie największą, wyspę. 



        Kiedy najlepiej wybrać się na Okinawę?  

        Na to chyba nie ma recepty, bo każdy sezon z pewnością jest na swój sposób piękny. W lipcu i sierpniu mamy idealną temperaturę do kąpania się w oceanie, ale za to możemy spodziewać się tropikalnych deszczy, we wrześniu przychodzą tajfuny, a październik może być lekko za chłodny. Polecam dokładnie zaznajomić się z pogodą na Okinawie w poście o tym, kiedy najlepiej jechać do Japonii. My byliśmy w połowie października i kąpaliśmy się codziennie. Nawet nie przewidziałam, że słońce będzie tak palić... Skończyło się to tym, że musiałam chodzić ubrana w długi rękaw i długie spodnie. 

        Co zabrać ze sobą na Okinawę?

        Do wycieczki na Okinawę trzeba się odpowiednio przygotować, aby odpoczynek nie zamienił się w męczarnię oraz żeby do maksimum wykorzystać jej "wakacyjny" potencjał. Zaczniemy od tego, co trzeba zabrać ze sobą. Będzie mowa o oczywistych oczywistościach i o tych mniej oczywistych ;-) .

        1. Krem z filtrem

        Niezabranie ze sobą tego podstawowego kosmetyku może spowodować, że spalicie się na amen i przyjemność odpoczywania będzie odebrana. Co gorsza, poza sezonem na wyspie Ishigaki bardzo trudno było kupić coś takiego jak wodoodporny krem z filtrem. Obeszliśmy wszystkie konbini w okolicy i żaden nie oferował kremu ochronnego. Żaden. Może mieliśmy tylko zwyczajnego pecha? Udało nam się znaleźć malusieńką 50 ml buteleczkę 50+ dopiero w aptece za jedyne 70 zł, bo to był jakiś super-specjalny krem do twarzy. Przeciętny polski mężczyzna liczący metr osiemdziesiąt wzrostu wysmaruje się tym może raz i na tym koniec.

        2. Buty do kąpania się

        Okinawa to praktycznie jeden wielki koralowiec, choć są miejsca wolne od korali. Zarówno piasek na plaży składa się z nieżyjących już, zwapnionych korali (dlatego jest trochę nieprzyjemny i kłujący) oraz dno oceanu w większości pokrywają bardzo ostre, aczkolwiek jeszcze żyjące rafy. Stąpanie po morskim dnie bez takich butów może skończyć się drobnym lub bardzo poważnym skaleczeniem. Szkoda na to i tak pewnie krótkiego czasu. To zresztą nie jedyny powód, dla którego warto mieć takie buty. Na dnie pływają różne kolczaste rybki z trucizną, na których nadepnięcie skończyć się może bardzo źle. Na to również szkoda czasu i zdrowia.

        3. Ocet

        Można, ale nie trzeba, zabrać ze sobą ocet i mieć go w torbie, jeżeli planujemy kąpać się w oceanie. W momencie kontaktu z tzw. habu meduzą, o której za chwilę, kluczowy w uśmierzaniu bólu i pierwszej pomocy jest właśnie ocet. Polewa się nim ranę, ponieważ neutralizuje on parzące toksyny. Ja akurat octu ze sobą nie miałam, ale czytałam, że jest to tzw. "wyposażenie polecane".

        4. Maska i rurka oraz aparat do zdjęć podwodnych

        Każdemu, nawet największemu strachajle, polecam zanurzyć głowę w oceanie i podziwiać podwodny świat z maską i rurką na głowie. Czasami wystarczy wejść w wodę po kolana, aby cieszyć się naprawdę niesamowitym widokiem. Żałuję, że nie miałam pokrowca do zdjęć podwodnych... Bo zobaczyć można wszystkie rybki z Gdzie jest Nemo? z głównym bohaterem bajki na czele. Będą żółte, niebieskie, czerwone, czarne, z ogromnymi ustami, tęczowe, zebry, będą też ogromniaste srebrne rybcie, które nie boją się człowieka zupełnie i chcą go capnąć. Taka jedna uczepiła się mnie tak bardzo, że nawet wychodzenie z wody i wchodzenie z powrotem nic nie dawało. Czaiła się jędza na mnie. 

        Na każdej większej wyspie znajdziemy przynajmniej jedną bazę nurkową i będziemy mogli nurkować z pełnym osprzętem, po uprzedniej rezerwacji.

        5. Strój kąpielowy, ręcznik i klapki

        Niby banał, ale zapomnienie któregoś z tych wymienionych podstawowych elementów szanującego się plażowicza może nas słono kosztować. Najtańsze, chińskie, plastikowe klapki, jakie znalazłam na Ishigaki, kosztowały 3 tys. jenów. Po co nam dodatkowe koszty?

        6. Kapelusz i okulary słoneczne

        To też oczywiste oczywistości, o których warto pamiętać, zwłaszcza gdy planujemy pozostawać długo na słońcu (nie ma tam zbyt wiele cienia), wybieramy się na spływ kajakowy czy na rejs statkiem.

        Bezpieczeństwo na Okinawie

        W Pacyfiku otaczającym Okinawę żyje wiele zwierzaków, które mogą zrobić nam krzywdę i do tego trzeba być przygotowanym raczej psychicznie, bo na pewne rzeczy nie mamy wpływu i jak mamy mieć pecha, to będziemy mieć pecha. Krzywda może się też stać we własnym domu czy na prostym chodniku, dlatego nie ma co za bardzo się tym przejmować. Skoro ja mogłam tam pojechać, to znaczy, że wszyscy mogą.

        Praktycznie każdy japoński przewodnik przygotowuje swojego obywatela z głównych wysp do wyprawy na japońskie Malediwy odnośnie tego, na co trzeba uważać. Dodatkowo ostrzeżenia o potencjalnych zagrożeniach w formie tablic są po prostu wszędzie - niemal na każdej plaży. Specjalne plansze informacyjne ze zdjęciem stworzenia oraz zdjęciem rany, jaką się ma po spotkaniu z nim, wiszą również - na polepszenie apetytu - w niektórych restauracjach. Oto jedna z nich:



        Do tego widać w wielu miejscach instrukcje udzielania pierwszej pomocy oraz numery alarmowe.  I dobrze, bo w razie czego wiadomo, co robić. Znajomość pierwszej pomocy przyda się zarówno nad Bałtykiem jak i nad Pacyfikiem.


        1. Na co uważać na lądzie?

        Habu [ハブ habu]



        Jedynym poważniejszym postrachem może być habu wąż edycja lądowa, czyli taki zwierz, po ugryzieniu którego trzeba wyssać jad i natychmiast jechać do szpitala po surowicę. W bardzo zatłoczonych i turystycznych ośrodkach raczej go nie spotkacie, bo jemu też na towarzystwie człowieka specjalnie nie zależy. Habu może wędrować raczej w odludnych miejscach, w krzakach i lasach.

        Najłatwiej można habu węża spotkać w formie habu alkoholu z prawdziwym okazem zamkniętym w butelce. Nie jest to najtańszy przysmak, ale na pewno na niektórych zrobi wrażenie.

        Kruki [カラス karasu]


        Na lądzie trzeba też zabezpieczyć się przed krukami. Tak, zwykłymi czarnymi krukami, które uwielbiają grzebać w naszych rzeczach. Całkowicie bezstresowo i bezczelnie rozrywają worki i poszukują przysmaków, robiąc przy tym niezły bałagan. Można się zirytować, gdy okaże się, że nasza jedyna foliówka na mokre rzeczy będzie podziurawiona jak ser szwajcarski i swojej funkcji już nie spełni. Z tego względu rzeczy polecam przykrywać ręcznikiem i, będąc w wodze, co jakiś czas patrzeć, czy te dziady nie kręcą się wokół naszego "obozowiska".

        2. Na co uważać w wodzie?

        Wąż morski [ウミヘビ umi hebi]


        W wodzie mamy kilka zagrożeń podstawowych tj. habu wąż edycja morska (jego odmian jest kilka - niektóre mają nawet ubarwienie zebry). Habu morski jeżeli nie poczuje się zagrożony, nie powinien atakować. Można nawet obok nich spokojnie pływać, co udowadniają filmiki osób nurkujących z rurką. Sama tego doświadczyłam. Oglądając w najlepsze rybki, nie zauważyłam, że habu gad leży sobie zawinięty tuż pode mną. Gdy jednak zobaczyłam, nad czym w miarę blisko pływam, w panice zwiewałam na brzeg szybciej niż biały szkwał, co nie przeszkadzało mi się kąpać na drugi dzień znowu.

        Habu meduza [ハブクラゲ habu kurage]



        Drugim stworzeniem, na które trzeba bardzo uważać jest habu meduza. Nazywa się habu, ponieważ niczym wąż reaguje na ciepło i goni swoją ofiarę, ale tylko wtedy, gdy naruszy się jej terytorium (trudno mi jednak określić jak duży kawałek oceanu może sobie taka meduza przywłaszczyć). Same z siebie nie podpływają i nie atakują ludzi. Zauważyłam więc, że dzieci zwykle kąpią się w piankach do nurkowania, które chronią małe ciałka przed poparzeniem, dorosłym również zaleca się kąpanie w ubraniu, ale akurat do tego nie stosowałam się, dopóki nie spaliło mnie słońce. W połowie października nie pokazała się ani jedna habu meduza na żadnej z odwiedzanych przez nas plaży, mimo że cały czas bacznie obserwowałam teren, czy aby żadna nie zamierza się ze mną przyjaźnić. 

        Habu meduzy raczej występują sezonowo i lato to czas, kiedy te łajzy wychodzą najczęściej. Może się wtedy tak zdarzyć, że plaże zostaną oficjalnie zamknięte. W najbardziej turystycznych miejscach są specjalne siatki, które chronią kąpiących się przed dziką zwierzyną, jednakże nie w 100% - zawsze znajdzie się kilka cwaniar, którym uda się przez siatkę prześlizgnąć. Warto podpytać lokalsów, gdzie habu meduza lubi pojawiać się najczęściej, a gdzie praktycznie ich nie ma. Np. jeden pan powiedział nam, że na plaży Yonehara raczej się z nimi nie spotkamy.

        Gdy mimo tego wszystkiego nie uda nam się ochronić przed habu meduzą i zostaniemy poparzeni, ranę - jak wspominałam - polewa się octem i jedzie do szpitala. Na szczęście, jest to porównywalne do boleśniejszego ugryzienia osy (może być groźne i powodować zaburzenia pracy układu krążenia, ale zwykle nie jest aż tak źle). 

        Szkaradnica [オニダルマオコゼ oni daruma okoze]


        Fot. Nurkomania.pl

        Przy dnie morskim oprócz ostrych korali może urzędować zakamuflowana w piasku stonefish, po polsku zwana bardzo przyjemnie szkaradnicą. Jest to jedna z najbardziej toksycznych ryb w oceanie i ukłucie się może skończyć się dla człowieka śmiercią - zwłaszcza w przypadku małych dzieci i tych, których układ odpornościowy jest słaby. To oczywiście nie przeszkadza temu, aby w Japonii ją jeść, czy traktować jako zwierzątko domowe w akwarium. Pierwszą pomoc udziela się poprzez oblewanie rany gorącą wodą, aby zniszczyć białka w samej toksynie i ją neutralizować. Zresztą skąd na plaży mamy mieć gorącą wodę? Z tego względu chodzenie po dnie bez butów do wody należy pozostawić lokalsom, a samemu nie chojrakować - takie jest moje prywatne zdanie.

        Hapalochlaena [ヒョウモンダコ hyoomon dako]


        Ta przyjemnie kolorowa ośmiorniczka podobnie jak szkaradnica należy do najbardziej śmiercionośnych zwierząt w oceanie. Nie atakuje, o ile nie będziemy jej prowokować ani straszyć. Jest malutka, ale neurotoksyny w jadzie potrafią zabić dorosłego człowieka, o ile natychmiast nie zostanie przewieziony do szpitala - paraliż powoduje uduszenie. Co robić? Przede wszystkim reanimować ugryzioną ofiarę i podawać jej tlen. Pod żadnym pozorem nie próbować wysysać jadu, ponieważ jest on trujący przy połknięciu, natomiast należy starać się wycisnąć z rany tyle trucizny, ile tylko się da.

        Fale i prądy morskie 


        Uważać też trzeba na bardzo silne prądy morskie i fale. Z tego względu na niektórych plażach, zwłaszcza na jednej z najpiękniejszych - Zatoce Kabira - nie wolno kąpać się w ogóle, mimo że to jedno z niewielu miejsc, gdzie piasek jest piaskiem. Na innych natomiast mogą być ograniczenia godzinowe, np. tylko od 9:00 do 12:00 i tylko w kamizelkach, ponieważ często zdarzają się tam utonięcia. Kamizelki są wtedy rozdawane przez osobę przy plaży, która przypilnuje, czy aby na pewno się stosujecie. Kąpaliśmy się właśnie w takim miejscu i mimo tego, że woda była płytka, gdy położyło się bezładnie na powierzchni, ciało przemieszczało się w szybkim tempie. Wejście głębiej, gdzie nie ma już się gruntu pod nogami, może być po prostu niebezpieczne, gdy nie będziemy mieć na tyle siły, aby wrócić. Podobnie jak z Bałtykiem - nie jest to specjalnie odkrywcze.

        Uwaga też na większe fale, jeśli otoczenie jest pełne twardych raf koralowych. Jeśli stracimy równowagę i nas na taką skałę zniesie, można się pokaleczyć.


        Hotele na Okinawie

        Jeśli chodzi o hotele na Okinawie i ogólne spanie - zasady są takie jak wszędzie. Polecam jednak przed zabukowaniem hotelu sprawdzić, czy mimo tego że mieści się on 10 metrów od plaży, nie stoi przed nim betonowy mur, który trzeba będzie obchodzić przez kilometr lub dwa. Widać to np. na zdjęciach satelitarnych. Jeśli nie widać, to wystarczy dokładnie poczytać opinie osób, które w tym miejscu przed nami były.

        Myślę, że dobrym rozwiązaniem jest, jeżeli nie stać nas np. na hotel przy plaży, wybranie takiego blisko portu, z którego wypływają promy na pozostałe wyspy lub blisko przystanku autobusowego, aby móc się w miarę sprawnie poruszać. Odbędzie się to, co prawda kosztem widoku z okna, ale coś za coś.


        Tak właśnie zrobiliśmy my - kupiliśmy najtańszy możliwy pokój w "hotelu" na Ishigaki, wśród rozpadających się ruder, ale za to przy porcie i stacji autobusowej. Kosztował "zaledwie" 7000 jenów za noc dla dwóch osób (z łazienką). W wysokim sezonie doliczyć trzeba 500 jenów. Był to jeden z bardziej ohydnych hoteli, w jakich mieszkałam, choć na zdjęciach (w tym i moich własnych) wszystko wyglądało w miarę porządnie. W efekcie spaliśmy na łóżkach, które trzeba było codziennie odkażać płynem mordującym robaki, nie mieliśmy poduszek, nie mieliśmy prześcieradla, do tego wszędzie były mrówki, które nie dawały spać, bo urządzały sobie nocne spacery po nogach, a z łazienki wydobywał się odór kanału. Przynajmniej lokalizacja była super, więc tak naprawdę nie wypada mi narzekać. 

        Transport po wyspach


        Między poszczególnymi głównymi archipelagami wysp w obrębie pref. Okinawa są naprawdę spore odległości. Stąd też trudno będzie się dostać z Okinawy-Okinawy na np. Ishigaki, o ile nie będzie to połączenie lotnicze. Natomiast w obrębie jednego archipelagu np. Yaeyama funkcjonuje bardzo dobrze zorganizowana sieć promów działających jak tramwaje wodne. Koszt przeprawy w jedną stronę zależy od pokonywanego dystansu - natomiast trzeba liczyć od 1 do 2 tysięcy jenów. Samo dotarcie na sąsiednią wyspę to nie wszystko, trzeba wiedzieć, jak się po niej poruszać. I tak np. na Taketomi, Haterumie czy Kuroshimie jedyną opcją są rowery. A wypożyczalni mamy już w porcie dosyć sporo. Ustawione też są busiki, które dowożą klientów do bazy rowerowej i zawożą nas później do portu o umówionej godzinie. 


        Bardzo często zdarza się, że nasze rowery zostaną podebrane przez innych wycieczkowiczów i wtedy nie pozostaje nam nic innego, jak zadzwonić, by dowieźli nam nowe... Trzeba mieć zatem numer do wypożyczalni przy sobie i mniej więcej orientować się, gdzie jesteśmy. Można też spróbować dodatkowo oznakować swój rower np. apaszką, bo wstążki, które pozwalają rozróżnić między sobą wypożyczalnie, na niewiele się czasem zdają.


        Na niektórych wyspach bez zorganizowanej wycieczki lub bez uznawanego prawa jazdy nie ma możliwości poruszania się, ponieważ nie funkcjonuje tam żaden sensowny lokalny transport. Przykładem jest Iriomote, gdzie jest tylko jedna droga, a autobus ponoć jeździ raz na 3 godziny według swojego własnego rozkładu, o ile w ogóle jeździ, bo nie spotkaliśmy po drodze żadnego. Bez samochodu jesteśmy uwięzieni w porcie i tylko w porcie... Być może w kolejnych latach to się zmieni, ale jak na razie nic mi o tym nie wiadomo.

        Jak się dostać na Okinawę?

        Tutaj polecam jedynie drogę lotniczą, ponieważ jest to szybkie i oszczędne rozwiązanie. Jakie linie latają na wybrane wyspy? O tym przeczytanie w poście o tanim lataniu po Japonii


        Dzisiejszy tekst nie ma za zadanie straszyć. Trzeba być po prostu świadomym istnienia pewnych zagrożeń i zakodowania sobie procedur, co robić, gdyby coś się stało. Bo lepiej jest wiedzieć wcześniej, niż dowiadywać się w trakcie. Japończycy są dobrze przygotowani do udzielania pomocy, o czym chociażby świadczy odpowiednie oznakowanie terenu. 

        Każdego roku Okinawę odwiedzają tysiące turystów i każdego roku podróżuje się tu z malutkimi dziećmi, które pluskają się w oceanie. Wniosek: nie ma powodów do obaw, jeśli tylko ma się głowę na karku. :-) Niestety zawsze znajdą się tacy, którzy za brawurę zapłacą wysoką cenę, ale na to już nie ma rady. 

        by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at kwiecień 15, 2015 07:24

        Bezwstydnica

        Kuroner

        uryednik

        Poranek.
        Układam włosy.  Pieczołowicie uklepuję przedziałek.
        Wchodzi B.
        – Ciekawą masz fryzurę – mówi podejrzanie uśmiechnięty.
        – Prawda? – mówię naiwnie zadowolona.
        – Jak, jak eee, jak amerykańska, ski, amerykański – jąka się B.
        – Salma Hayek – podpowiadam w myśli Brodoziakowi.
        – Jak amerykański urzędnik! – szczerzy się B.

        AAA Mistrza komplementów wypożyczę.

        Pozdrawiam
        Kuroner *

        *koroner – amerykański urzędnik policyjno-sądowy
        **w dymku po lewej ja, jako Frida Kahlo

        by admin at kwiecień 15, 2015 06:24

        Z usmiechem przez Japonie

        Tadao Ando w Kobe - wielkie zmiany

        Zdarzyło mi się zrobić zdjęcie w 2012 roku, które tak naprawdę jest już zdjęciem historycznym, żeby nie powiedzieć archiwalnym... Na owym zdjęciu widnieją, zaprojektowane przez chyba najbardziej znanego na świecie japońskiego architekta Tadao Ando, dwa nietypowe domy mieszkalne - będące doskonałym przykładem japońskiego minimalizmu. W tym roku został tylko jeden... 


        Obok słynnych "domów", które powstawały przez ok. 3 lata na początku tego stulecia, przejeżdżaliśmy pociągiem setki razy, przejeżdżaliśmy tyle samo razy samochodem i za każdym razem, kiedy Pan Sól krzyczał do mnie "patrz, patrz to są domy zaprojektowane przez Ando!", zanim zdążyłam chociażby podnieść głowę do góry, już je minęliśmy.  

        Pewnego dnia stwierdziłam, że skoro są takie ważne, chcę je zobaczyć z bliska. Pojechaliśmy pod same drzwi, aby mogła się napatrzeć do woli. A było to w 2012 roku pod koniec października. Sączyliśmy wtedy już świąteczną kawę z japońskiego Starbucksa i przyglądaliśmy panoramie Morza Wewnętrznego.

        Dom został zaprojektowany, dzięki konkursowi ogłoszonemu przez lifestylowy japoński magazyn "Brutus". Ando samodzielnie wybrał miejsce i wykonał projekt. Jednak sceneria, w której domy stanęły, całkowicie odbiega od "ładnej", "zadbanej", tudzież "malowniczej". Było tam brzydko, śmieci, zardzewiałe rupiecie, kawałki rusztowań, rury walały się po burej plaży. Kropką nad i był wszędobylski beton. Pewnie trochę przesadzam, ale doskonale pamiętam pierwsze "piorunujące" wrażenie. Ma to oczywiście swoje naturalne uzasadnienie - teren ten regularnie podmywany jest przez wodę morską, która zalewa działki i utrudnia budowę czegokolwiek. 


        Wolne od wody jest tylko 16 m2. I właśnie ta magiczna 16-stka stała się inspiracją dla wielkiego konstruktora, jakim jest Ando. 16 m2 to powierzchnia kwadratu o bokach 4 m x 4 m.

        Jak na takiej wąskiej "chusteczce" zbudować coś funkcjonalnego? Mówi się, że Japończycy to mistrzowie funkcjonalizmu i funkcjonalności, dlatego Ando zaprojektował dom składający się z sześcianów o boku 4 m. Budynek składa się również z czterech kondygnacji, które podzielone są na: wejście i pomieszczenie gospodarcze, sypialnię, pracownię i pod samym dachem kuchnię i jadalnię, która jest całkowicie przeszklona i jasna. 



         Z tej wysokości na pewno nie widać już śmieci walających się na dole... Za to mieszkańcy mogą podziwiać piękne wschody i zachody słońca, czy relaksować się, patrząc w morską dal.





        Drugi dom powstał w 2005 roku i został wykonany z drewna. Co prawda, w pierwotnych planach Ando chciał postawić obok pierwszego domu szklane pudełko, które podczas przypływu podmywającego plażę byłoby zanurzone w wodzie, ale rozmyślił się i postawił brata bliźniaka. I ja miałam okazję go poznać, choć na krótko. W tym roku, przejeżdżając po raz pierwszy pociągiem w tamtym rejonie, to ja krzyknęłam do śpiącego ze zwieszoną głową Pana Sól "patrz, patrz został tylko jeden dom!". I zanim Pan Sól się obudził, już go minęliśmy. Tylko dziewięć lat dane było drugiemu domowi stać w tym miejscu, po czym właściciel zdecydował go zburzyć. Dlaczego? Ponoć to jedna z większych zagadek, której nie udało się rozwikłać.


        by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at kwiecień 15, 2015 07:21

        "Mind Game" - życie jest grą, w której zła decyzja kończy się...

         
        Miałam ochotę obejrzeć dowolną pełnometrażową anime. Trafiłam zupełnie przypadkiem na Mind Game (2004), nie wiedząc nic o tym filmie wcześniej. Zachęcił mnie tytuł, który zwiastował to, czego oczekiwałam. To, że lubię psychodeliczne klimaty, wiadomo nie od dziś, dlatego włączyłam i po chwili wielkimi oczami chłonęłam kolorowy obraz, nie mogąc na sekundę się oderwać.



        Czy ta animacja jest podobna do Papriki? I tak, i nie. Nie łączy ich ani kompozycja, ani stylistyka, ani tematyka, ani konstrukcja dialogów, ani kreska. Do elementów wspólnych zaliczyć można jedynie estetykę marzenia sennego i psychodeliczną, miejscami upiorną atmosferę.  



        Głównym motywem filmu jest balansowanie na granicy życia i śmierci, pokonywanie własnych lęków, słabości i niechęci wobec zastanej rzeczywistości. Opowiada on historię Nishiego - młodego chłopaka, mangaki, który bał się żyć w pełni, był nieudacznikiem, tchórzem. Nie potrafił mówić o uczuciach, nie potrafił zadziałać w chwili zagrożenia, żył biernie. Tchórzostwo gubi go, co powoduje, że główny bohater ginie w bardzo brutalny sposób. Reżyser, Masaaki Yuasa (twórca Kociej Zupy, 2003), nie oszczędza widza. 

        Scena śmierci jest długa, zapętlona, wyrazista i absolutnie nieprzyjemna. Jednak nie o rozpieszczanie ckliwymi ujęciami w tym filmie chodzi, a raczej o bezpośrednie uświadomienie rzeczywistej hierarchii wartości. W niebie Nishi poznaje Boga, który ciągle przybiera inną, całkowicie odrealnioną postać. Bóg każe mu zniknąć i to dosłownie. Ten jednak, kiedy wydawać by się mogło, że jest już za późno, decyduje się na desperacki krok. Dzięki temu otrzymuje jeszcze jedną szansę. Wraca do siebie na kilka sekund przed śmiercią i podejmuje walkę. Uciekając przed wrogami razem z Miyo i jej siostrą Yan lądują w bardzo dziwnym, cuchnącym i ciemnym miejscu, skąd nie ma możliwości wydostać się - w brzuchu gigantycznego wieloryba, który pływał w wodach Zatoki Osakańskiej. Okazuje się, że nie są sami - po tym dziwnym świecie oprowadza ich staruszek. A jest tu wszystko czego dusza zapragnie - najbardziej wyborne sushi i homary, jakie można sobie wyobrazić. Bohaterowie kąpią się w typowo japońskiej łaźni, pływają z prehistorycznymi stworzeniami i korzystają z życia. W pełni? 

        Jednak w pinokiowym mikrokosmosie czują się osaczeni. Mając wszystko, nie potrafią zapomnieć o świecie zewnętrznym, dlatego desperacko próbują się wydostać. Czy im się to uda?

        Ja, wychowana na soczystych kolorach i prostej kresce Studia Ghibli i tym podobnych. początkowo musiałam przyzwyczaić się do zupełnie innego rysunku. Co ciekawe, nie jest on jednolity. Bardzo często pojawiają się wstawki zdjęć lub animacji z realnego, nieanimowanego świata, tworząc wizualnie interesujący kolaż. Czasami realne osoby czy zwierzęta są modyfikowane, a tym samym ponownie odrealnione. Efekt ten robi na widzu wrażenie zgrzytu i dysonansu, co nie pozwala na przyzwyczajenie się i bierne oglądanie.


        Akcja dzieje się w Osace, a zatem pojawiają się miejsca znane i rozpoznawalne przez większość osób, która kiedyś tam była. Możemy obejrzeć symbole miasta, choć nie te tradycyjne, lecz te nowoczesne, mam tu na myśli barwną dzielnicę Naniwa-ku ze słynną wieżą Tsūtenkaku. Tokio ma swoje Sky Tree, Kobe ma Kobe Port Tower, a Osaka - Tsūtenkaku (mającą stanowić odpowiednik Wieży Eiffela, tylko po drodze trochę architektom nie wyszło...). Ważne jest słownictwo i gramatyka charakterystyczna dla dialektu Kansai, którym posługują się bohaterowie. Można też przysłuchać się melodyjności tej odmiany japońskiego, ponieważ niektórzy "czytacze" to rdzenni osakańczycy.

        I nie dlatego że miejscem akcji jest Osaka, tak bardzo ta animacja przypadła mi do gustu. Film jest bardzo dobrze przyjęty przez zarówno krytyków, opinię publiczną, jak i przez innych reżyserów anime. Pozytywne zdanie wyraził sam Satoshi Kon, twórca mojej ulubionej Papriki i równie dobrych Tokyo Godfathers. W moim przekonaniu (i nie tylko moim, ponieważ ocena na RottenTomatos i IMDb mówi sama za siebie) film jest zdecydowanie warty uwagi i godny polecenia, choć nie powinien go oglądać ktoś, komu psychodelia przeszkadza czy w jakikolwiek sposób wytrąca z równowagi. A na koniec dodam, że muszę obejrzeć Mind Game jeszcze raz, bo mam wrażenie, że nie dostrzegłam wszystkich istostnych szczegółów.

        Polecam!

        by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at kwiecień 15, 2015 07:21

        Przytulić kapibary w Animal Kingdom w Kobe - bezcenne!


        Szmat czasu temu pisałam o Parku Ptaków w Kobe, gdzie można potrzymać na ręce prawdziwego tukana, pooglądać z bliska różne gatunki sów oraz innych śmiesznych ptaków. Było to w 2012 roku. Dwa lata później, gdy znowu zawitaliśmy u rodzinki w Akashi, chciałam koniecznie pójść tam jeszcze raz, mimo wielkich sprzeciwów i kręcenia nosem, że "to przecież dla dzieci!". Udało mi się dopiąć swego i bardzo dobrze, bo okazało się, że Parku Ptaków już nie ma, jest za to całe Animal Kingdom pełne ciekawych zwierząt, które - w przeciwieństwie do zoo - można głaskać i przytulać! 



        Wycieczka do Animal Kingdom jest naprawdę wspaniałym przeżyciem, jeśli ktoś w ogóle lubi zwierzęta, i to nie tylko dla dzieci. Oprócz ptaków, które można potrzymać na ramieniu i je pogłaskać, a co najważniejsze obejrzeć dokładnie z bliska, są też przesłodkie kapibary, wesołe foki, żółwie oraz kangury. Te ostatnie uznawane są zwykle za niebezpieczne, bo potrafią "dokopać," ale w Animal Kingdom nie są one pokaźnych rozmiarów i zdają się być całkowicie "wyluzowane". Oczywiście całość atrakcji przemyślana jest głównie pod kątem dzieci, dlatego mamy pokazy pingwinów (jak poprzednio), papuziego gadania, ptaków łowieckich oraz od niedawna słynny Alpaka Walk, czyli spacer z południowoamerykańską alpaką. Polega to na tym, że idzie sobie alpaka z przewodniczką, a za nią idą dzieci. Przewodniczka opowiada o życiu tych śmiesznych stworzeń, jak się zachowują, co jedzą. Dzieci są zachwycone, a dorośli nie mogą przestać się chichrać, bo sprawia to maluchom naprawdę niespotykaną frajdę. 


        Można też być świadkami niecodziennych scen, jak my. Otóż w owym czasie od zaledwie tygodnia do Królestwa Zwierząt dołączyły flamingi. Jako że były nowicjuszami i nie wyrobiły sobie jeszcze pozycji wśród pozostałych pensjonariuszy, siedziały ściśnięte w kącie. W pewnym momencie z wody zaczęły wyskakiwać pelikany jeden po drugim i formować się w gang. Przypominały napakowanych kolesi odzianych w podrabiane dresiwo. I co dla takich typów charakterystyczne, zaczęły naruszać granicę bezpieczeństwa chudzielców w różowych ubrankach. I kłapały dziobem, i podskakiwały, pokazując sześciopaki na klacie, i skrzydłami machały, i gulgały. Flamingi, choć było widać, że takie zachowanie nie należało do najprzyjemniejszych, dzielnie odpierały ataki. Na szczęście całe to towarzystwo szybko utemperowała pani opiekunka, a gang pelikanów niechętnie, bo niechętnie, ale odpuścił... Brakowało jeszcze, żeby na odchodne odwróciły głowę i rzuciły mściwe spojrzenie: "I'll be back!".


         Dla mnie najlepszą atrakcją były przesłodkie kapibary, które z bliska i z zachowania przypominają wielkie koty. Niektóre wydawały dźwięki, bardzo ciche, ale z pewnością przyjazne. Pan Sól, który nie chciał iść do Animal Kingdom, jak zobaczył i pogłaskał kapibarę rozpromienił się, jak nigdy dotąd, aż mu się uśmiech na twarzy zakręcał kilkakrotnie. Uwielbiały się głaskać i przytulać, wiadomo - najlepszą częścią było otrzymanie zielonego listka za 100 jenów. Czy kapibary gryzą i są bezpieczne dla dzieci? Nie ma obaw, że kapibara ugryzie (choć teoretycznie może to zrobić, ale teoretycznie własny pies może pogryźć i własny kot podrapać do krwi). Wszystkie japońskie dzieci - nawet te, które jeszcze same nie chodziły, głaskały te gigantyczne chomiki, wyciągając w ich kierunku malutkie paluszki i zdecydowanie im się to podobało. A same kapibary? Nie wyglądały na nieszczęśliwe. Niektóre spacerowały między nogami, aby sprawdzić, czy ktoś nie ma dla nich smakołyków, inne leniwie wylegiwały się w bajorkach i przyglądały zwiedzającym z pełnym wyższości lekceważeniem, jeszcze inne po prostu smacznie chrapały. 





        W następnej sali można było pogłaskać i nakarmić kangury, które są skrajnie wyluzowane, wręcz zdają się odpoczywać po udanej reggae imprezie. :D 


        Do papug na pogadankę nie mogliśmy zajrzeć, bo otrzymały od pracodawców dzień urlopu, ale za to obejrzeliśmy air show, czyli pokaz zdolności lotniczych ptaków łowieckich i papug. Polegało to na tym, że jedna pani z mikrofonem opowiadała o ptaszkach, natomiast one latały od jednej pani do drugiej. Następnie można było zgłosić się na ochotnika i założyć wielką rękawicę ochronną z przyczepioną imitacją myszy, którą wystarczyło lekko poruszać, aby ptaszyna na niej usiadła. Później pokaz dawały egzotyczne ptaki oraz najbardziej zawzięta uczestniczka, prawdopodobnie był to jakiś gatunek kakadu, ale nie daję sobie ręki uciąć. Dlaczego najbardziej zawzięta? Bo w naturalnych warunkach potrafi przelatywać do 10 metrów. Na pokazie udowodniła, że może więcej.



        W Animal Kingdom czas płynie bardzo szybko. Tak szybko, że nawet nie wiadomo, kiedy na człowieka może spaść wielki głód. Do wyboru mamy to samo bento z sowami, o którym pisałam poprzednio, ale możemy się też skusić na nowość zakładu Alpa Cafe - alpaka curry. Sam pomysł i aranżacja tego talerza spowodowały, że decyzja była oczywista. Dostaliśmy nasze dwa dania i zaczęło się... No przecież szkoda jej zjadać głowę... Może zacznę od ogona? Podczas gdy ja miałam zagwozdkę tematyczną, jak jeść alpakę, żeby jak najdłużej się nią nacieszyć, Pan Sól rozciapał jej łyżką głowę... I miał przy tym wielką radochę - porównywalną do radochy stolik obok, gdzie średnia wieku nie przekraczała 4,5 lat... Curry i dodatki były pyszne, dużo lepsze niż bento, które jadłam dwa lata temu, dlatego z czystym sumieniem polecam na obiad bielutką alpakę z nóżkami z ziemniaków :D!



        A tu i oryginał ("No poka! poka, poka!"):



        Dodatkowo można karmić pingwiny, karmić żółwie i podziwiać piękne kwiaty.





        Można też podziwiać ptasie piękności:







        Co ważne, całe Animal Kingdom jest dostosowane dla osób niepełnosprawnych - o różnych niepełnosprawnościach - zarówno dla niewidomych jak i poruszających się na wózkach (których było całkiem sporo). Nie ma schodów, wszędzie są szerokie rampy. Dla tych o niepełnosprawnościach umysłowych przewidywane są ciekawe zajęcia terapeutyczne. 

        O Parku Ptaków można przeczytać tu i obejrzeć zdjęcia z 2012 roku oraz dowiedzieć się dokładnie jak tam dojechać: http://podrozejaponia.blogspot.com/2013/06/czyli-park-ptakow-w-kobe.html 

        by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at kwiecień 15, 2015 07:20

        Tokyo Pongi (komentarze)

        Skomentuj Odaiba, czyli „u nas” w Tokio, którego autorem jest Beata

        Moje pierwsze wrażenie to …Kosmos:), ale miejsce rzeczywiście fajne.
        Urzekające pokazane przez Ciebie zwierzaczki, zwłaszcza psiaczek( bo ja psiara straszna jestem).
        Na pewno dla nas Polaków, zresztą chyba w ogóle Europejczyków jest to jednak egzotyka. Fajnie, że mogę się od Ciebie tyle dowiedzieć:) Pozdrawiam:)

        by Beata at kwiecień 15, 2015 06:13

        Z usmiechem przez Japonie

        Spowita we mgle świątynia Engyōji 円教寺


        Dwa tygodnie temu po raz tysięczny leciał w telewizji Ostatni samuraj. Jako że, odkąd pamiętam, nie przepadam za głównym odtwórcą roli, nigdy nie obejrzałam filmu do końca, a jedynie we fragmentach. W tym roku natomiast te fragmenty przykuły moją szczególną uwagę. Dlaczego? Bo sceny kręcono w świątyni Engyōji w pref. Hyōgo, którą 3 miesiące temu odwiedziłam.

        Stali Czytelnicy i Czytelniczki mojego facebooka prawdopodobnie pamiętają zdjęcie ukrytej we mgle świątyni, która klimatem przypomina animacje Miyazakiego i magiczne przejścia do innego wymiaru. To właśnie Engyōji. Zbudowano ją wtedy, gdy Polska przyjęła chrzest, czyli w 966 roku. Jest to miejsce licznych pielgrzymek, ponieważ świątynia ta figuruje na liście 33 świątyń Pielgrzymki Saigoku Kannon. Wydaje mi się, że warto zdać sobie sprawę, że nie tylko Sikoku i 88 świątyń to droga pielgrzymów w Japonii, ale równie ważny szlak prowadzi przez cały region Kansai.

        Świątynię na świętej górze Shoshazan (miasto Himeji) o zabójczej wysokości 371 m wzniósł niejaki Shōkū, którego rzeźba z XI wieku znajduje się na terenie kompleksu. Engyōji to siedziba sekty buddyjskiej Tendai - zakorzenionej w buddyzmie Wielkiego Wozu. 

        Przeżywała wiele wzlotów i upadków (jak wszystkie drewniane konstrukcje w Japonii). W 1331 roku piorun bezczelnie zniszczył jeden z pawilonów, w XVI wieku Toyotomi Hideyoshi stwierdził, że będzie to jego "plac zabaw" i oprócz tego, że przywłaszczył sobie terytorium, to jeszcze na dodatek rozkradł większość cennych skarbów, głównie rzeźb sakralnych. Podczas Restauracji Meiji w XIX wieku urzędnicy doszli do wniosku, że Engyōji nie będzie trzymana w rękach prywaciarzy i została upaństwowiona. Niedługo jednak cieszono się względnym spokojem, bo chwilę później wybuchła wojna na Pacyfiku, która świątyni nie oszczędziła...

        Dopiero w latach 50. ubiegłego stulecia zabrano się za jej odbudowę i dziś swoim majestatem potrafi powalić niejednego na kolana. Jest ulubionym miejscem nie tylko lokalsów i pielgrzymów, ale też i reżyserów. Niejednokrotnie pojawiała się jako plan historycznych dram telewizyjnych w Japonii, choć prawdziwą sławę zdobyła jednak dopiero, gdy reżyser Edward Zwick wybrał Engyōji jako plan wszystkim znanego filmu Ostatni samuraj z Tomem Cruisem w roli głównej. Mówi się, że Zwick zakochał się w tej lokalizacji, ponieważ jako jedyna nie wyglądała jako "sztuczna", a gęsty las, spowity we mgle tworzył niepowtarzalną atmosferę. 

        Atmosfera jest naprawdę niesamowita i to trzeba poczuć na własnej skórze. Żadne z moich zdjęć nie oddaje gęstości mgły, ponieważ aparat widział nieco lepiej niż moje własne oko, niemniej jednak wydaje mi się, że przynajmniej poglądowo udało mi się klimat na fotografii zamknąć.

        Aby wdrapać się na górę można wybrać dwa sposoby - trudny, bo pieszy (ok. 30-45 minut marszu) lub łatwy, bo kolejką górską (ok. 4 minuty). Nienawidzę zawieszonych nad ziemią gondolowych kolejek, ale wizja podchodzenia pod górę była dla mnie znacznie gorsza. Kolejką mogą wjechać również osoby niepełnosprawne na wózkach. 


        W kolejce jadącej dokładnie 781 metrów możemy posłuchać bardzo ciekawego wykładu pani pilnującej porządku, która jest tak perfekcyjna, że wykład kończy się w momencie dojechania do stacji. Spod stacji może zabrać nas autobus (to jest opcja do osób starszych, niemających zbyt wiele sił lub dla niepełnosprawnych), natomiast my zdecydowaliśmy się iść na piechotę i był to dobry wybór, mimo że pierwszy widok był dokładnie taki jak na zdjęciu:


        Po drodze mijaliśmy małe świątynki, boddisatwów, a nawet szintoistycznych bogów Jizo.


        Droga prowadziła przez nieco upiorny las. Mgła powodowała, że nie widziało się zbyt wiele...


        Ale za to spotykało się takie miejsca jak to:


        Na całej trasie można spotkać czerwone drzewa. Tak naprawdę są to nagie drzewa, pozbawione kory, której używa się do budowy dachu świątyń. 


        Pierwsza część świątyni ukryta jest pomiędzy gęstymi drzewami, na wzniesieniu. Trudno więc zrobić jej jakieś w miarę sensowne zdjęcie. Trafiliśmy akurat na pielgrzymów, którzy recytowali mantry, a po skończeniu znikli dosłownie w kilka chwil.


        Kilka chwil później teren był czysty.



        Na terenie świątyni są kamienne latarnie, na które trzeba położyć kamyk. Jeżeli się utrzyma, zapewni to nam szczęście i ogólną pomyślność.



        To nie wszystko, Engyōji ma o wiele więcej do zaoferowania. Idąc dalej, możemy oddychać zapachem wilgotnego drewna i słuchać echem niosących się odgłosów lasu. Mija się wiele świętych drzew, które koniecznie należy dotknąć w celu przekazania sobie dobrej energii płynącej prosto z natury.


        Szlak prowadzi do głównego kompleksu pawilonów.



        No dobra, wszystko pięknie, ale gdzie jest Tom Cruise? Ano siedzi i kształci się u Kena Watanabe w głównym pawilonie.


        Jak tam dojechać?

        Po pierwsze warto zaplanować sobie wypad na Shoshazan, kiedy będziemy zwiedzać Zamek Białej Czapli w Himeji. Po drugie trzeba wsiąść w JR-Sanyo-Shinkansen z Tokio (jadący 3,5 godziny) lub z Osaki (1 godzinę). Następnie trzeba wsiąść w autobus ze stacji Himeji z napisem Shosha Ropeway (書写山ロープウェイ) i wysiadamy na ostatnim przystanku po ok. 30 minutach. Stamtąd wsiadamy w kolejkę i jesteśmy na miejscu. Dostanie się tam jest tak naprawdę bardzo proste, więc warto. Można dogadać się po angielsku.




        by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at kwiecień 15, 2015 07:10

        PORADNIK. Co zjeść w Japonii? Karee Udon!


        Każdy lubi czytać o jedzeniu, prawda? Dlatego dzisiaj na naszych talerzach wyląduje karee udon.

        Na początku przypomnę Wam inne posty stricte kulinarne, które prezentują różne rodzaju potrawy japońskie - te restauracyjne, a nie domowe:
        I choć pisałam już o udon to jednak zbyt ogólnie, właściwie podałam nudny, encyklopedyczny spis różnych rodzajów tego dania, a nie pokazałam chociażby prawdziwej udoniarni z Sikoku. Czas to naprawić.
         
        Przez trzy pierwsze lata broniłam status quo, że nie lubię udonu. Podanie mi takiego obiadu oznaczało głodowanie, ponieważ 3/4 oddawałam Panu Sól. Zmieniło się to dopiero w 2012 roku, odkryłam wtedy jeszcze jeden rodzaj udonu, który na zawsze wpisze się do kanonu "must eat in Japan". Jest to udon curry, czyli po japońsku karee udon.

        Zacznijmy od parującej, przydymionej udoniarni. W mało merytorycznej ocenie, lecz w praktyce się sprawdzającej, im mniejszy lokalik, tym smaczniejszy udon. Kolejną sprawą jest fakt, że lepiej nie kierować się wrażeniem "estetycznym". Zdarza się tak, że najsmaczniejsze udoniarnie to obskurne budy, które po prostu straszą. Przechodząc obok, możemy też zwrócić uwagę, czy ustawiają się przed udoniarnią kolejki. Jak się okazuje, nie zawsze jest to wyznacznik smaku, ale efekt lokalnych plotek.

        W prefekturze Kagawa na Sikoku udoniarnie są na każdym rogu, jedna z nich mieści się tam, gdzie jedyny człowiek na tej ulicy.


        Po lewej udon zwykły, po prawej - zaru udon i sosik do maczania makaronu. Oba to moja zmora. 

        W kolejnym roku podczas kolejnej wizyty u Babci, co trzeba było zrobić? Trzeba było iść na udon. Tym razem do "lokalnej knajpki dla lokalnych". Po odstaniu swojego w kolejce, mogłam znowu posmakować prawdziwej Kagawy, po czym oddać prawie całą miskę Panu Sól (ku jego uciesze). 


        Z tempurą 



        Przynajmniej tym razem wyjście na "tortury" miało charakter edukacyjno-kulturowy, bowiem zapoznałam się z bliska z technikami przygotowywania makaronu.



        "Tortury" skończyły się dwa lata temu, kiedy odkryłam karee udon, a było to w pewnej udoniarni w Akashi. Czym jest karee udon? Najprościej rzecz ujmując, to makaron zanurzony w gęstym, gulaszowym sosie z japońskiego curry, które różni się od tego indyjskiego.




        W tej sieciowej udoniarni podaje się makaron przede wszystkim w drewnianych miskach.



        Do tego można dobrać fantastyczną tempurę - warzywną i krewetkową.


        I skomponować swoje danie z cudownym karee udon:




        W tym roku znów byliśmy u Babci, więc co trzeba było zrobić? Trzeba było iść na udon! Z wielką chęcią! Poszliśmy do ulubionej udoniarni Pana Sól Toraya. Czekaliśmy z godzinę na swoją kolej, a i tak jedliśmy na raty, bo było nas tylko jedenaścioro. Gwar, pokrzykiwania z kuchni, ekstremalne siorbanie - to jest to!



        Pan Sól wybrał specjalność lokalu akira udon:


        A ja najlepszy karee udon:



        Obowiązkowe danie po przylocie do Japonii. Jestem prawie pewna, że nie pożałujecie swojej decyzji. 

        by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at kwiecień 15, 2015 07:06

        4. urodziny PodróżeJaponia!


        Mój blog doczekał się czwartych urodzin, a nie dawałam mu nawet dwóch... Pierwszy wpis ujrzał światło ekranu komputera dokładnie 10 stycznia 2011 roku, 5 minut po godzinie 1 w nocy polskiego czasu i był to poradnik, jak wyjechać do Japonii. Nie miałam wtedy zbyt wielkiej wiedzy, ani zbyt dużego doświadczenia, ale zebrałam garść informacji w jedną całość i kliknęłam "opublikuj".



        Od tego czasu najczęściej czytany artykuł, czyli właśnie Poradnik. Jak wyjechać do Japonii zmienił się kilkunastokrotnie (a może kilkudziesięciokrotnie). Poprawiałam informacje błędne, aktualizowałam nowe, dodawałam kolejne działy. Co prawda, nadal uważam, że jeszcze wiele trzeba by było dodać, aby stał się pełny. Najbardziej cieszy mnie jednak to, że od tego czasu 20 tys. osób przeczytało go i wielu chciało się podzielić ze mną swoją opinią. Nierzadko ten artykuł był polecany na różnych forach podróżniczych, co było i jest dla mnie wyróżnieniem.

        Chciałabym podziękować wszystkim Czytelnikom i Czytelniczkom za to, że czytają moje wypociny. Chciałabym podziękować za wszystkie komentarze, za wszystkie maile i wszystkie pytania. Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję! :-)

        Miałam przygotować specjalny deser na skondensowanym mleku słodzonym (samo zdrowie) i matchi, ale nie kupiłam matchi, więc zrobiłam galaretkę z gruszkami i umeshu, czyli z winem śliwkowym. Agar-agar to wspaniały japoński wynalazek - naturalna, w pełni wegańska żelatyna z wodorostów, która ma jedną genialną właściwość - jest całkowicie bezsmakowa. A więc wznoszę toast alkoholową galaretką :-)! Do tego herbatka mugicha i owieczka na 2015 rok.


        Rok 2014 obfitował w różne życiowe zmiany, mam nadzieję, że na lepsze. A dzięki temu udało nam się do Japonii pojechać na cały miesiąc. I chyba to najlepsza długość pobytu - nie za długo, nie za krótko. 

        Zwiedziliśmy mnóstwo miejsc, o których będę pisać. Odwiedziliśmy całą rodzinę, co było dla mnie najważniejsze. Przeżyłam tajfun, który miał zepsuć nasze plany, ale na szczęście nie zepsuł i polecieliśmy na wyspy Yaeyama na Okinawie

        Próbowałam różnych kulinarnych dziwactw (do najdziwniejszych zaliczam kraba kokosowego - największego lądowego kraba na świecie, który jest czarny, włochaty i przypomina gigantyczną tarantulę). Polubiłam też ramen! 

        Nauczyłam się jeździć na rowerze (to moje największe osiągnięcie ostatniej dekady), przegrałam 400 jenów w rodzinnym konkursie rozpoznawania czekolad (i uwaga - poległam dwa razy na Milce). Miałam na sobie shiromuku (ślubne kimono i dostałam w nim klaustrofobii), moczyłam się w gorących źródłach, przytulałam kapibary, przeczytałam kilka mang dla dzieci (zaprzyjaźniłam się z typowym otaku z książkowego second handu - dawał mi najlepszy towar spod lady :D).

        Spotkałam się z Japonią pełną chochlą w Akashi (pokazaliśmy jej niezwykłe piękno tego historycznego miasta :P), bo była w Japonii w tym samym czasie. Spotkaliśmy się dwa razy z Shinyą Ayamą w Kobe i w Kioto. 

        No i zrobiłam kilka tysięcy zdjęć...

        Akashi, pref. Hyogo


        Kurashiki, pref. Okayama


        Marugame, pref. Kagawa (Sikoku)


        Arashiyama, Kioto, pref. Kioto

        Shiromuku


        Kinosaki, pref. Hyōgo



        Nekozaki, pref. Hyōgo



        Dziękuję, że jesteście ze mną! :-)

        by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at kwiecień 15, 2015 07:06

        PORADNIK. Fly Peach, czyli o najtańszych liniach lotniczych w Japonii


        Latanie lataniu nie równe. Wiele zależy od przewoźnika, od rodzaju usług, wybranej klasy podróży, pogody itp. itd. Wiele też zawdzięczamy samemu krajowi, po którym się poruszamy i organizacji lotniska. W Japonii - jak zawsze - coś rażąco odmiennego musi się rzucić w oczy i wywołać uśmiech na twarzy. Dzisiaj opowiem Wam, jak "używać" Peach Airlines.


        W tamtym roku miałam okazję zasiąść na pokładzie Airbusa 320 najtańszych japońskich linii lotniczych Peach. Każdy kto mnie zna, wie, że nienawidzę latać samolotem. Boję się, panikuję, mam uprzedzenia, jak raz mnie coś wystraszy, to koniec. A to wszystko przez przebojowy rejs do Paryża zepsutym Wizzairem, któremu zawdzięczam obecny stan mojego mózgu. Od tamtego czasu nie wsiadłabym w żaden "podejrzany" samolot i stanowczo wolę przepłacać, byle tylko mieć komfort psychiczny. Okazało się, że jednak wsiadłam w "podejrzany" samolot, bo nie miałam innego wyjścia. 

        Thriller sensacyjny pt. Odwołany lot
        2-3 dni przed wylotem na wyspę Ishigaki na Okinawie, a konkretnie w niedalekiej odległości od Tajwanu, rozszalał się tam tajfun. W związku z tym wszystkie loty były odwołane. Do Osaki musieliśmy jechać dzień wcześniej, ponieważ lot był zaplanowany bardzo wcześnie i nie było odpowiedniego połączenia. Mieliśmy wsiąść w pociąg po południu, ale po południu tajfun miał już przybyć do Osaki, a to oznaczało, że od godziny 14:00 wszystkie pociągi JR zostaną wyłączone. Z tego powodu pojechaliśmy wcześnie rano i dobrze, bo mieliśmy więcej czasu. Zwiedziliśmy przy okazji Kaiyukan, czyli największe oceanarium w Japonii, wdrapaliśmy się na najniższą górę Japonii (4,5 m wysokości), zjedliśmy dobre jedzenie i już musieliśmy ewakuować się do hotelu. Od 16:00 siedzieliśmy zamknięci w budynku, bo lało jak z cebra, wszystkie sklepy i bary zostały zamknięte, a ja modliłam się, aby lot był odwołany i problem rozwiązał się sam. Moje modły nie zostały wysłuchane... 


        Nazajutrz udaliśmy się na lotnisko. I co zastałam? Wszystkie loty na Okinawę były odwołane oprócz jednego jedynego - naszego. Dosłownie wszystkie. Nawet telewizja przyjechała nakręcić o tym materiał do wiadomości...


        Wyłam jak bóbr, ale do wyboru miałam a) lecieć lub b) zostać samemu na lotnisku. W końcu wsiadłam w ten cały Peach i lecieliśmy nad Pacyfikiem przez 3 godziny z kawałkiem.  


        Samolot nawet nie drgnął, świeciło piękne słońce, nie było też niemal żadnej chmurki, więc przez okno widać było taflę wody. 


        Obiektywnie lot był bardzo przyjemny i wszyscy - oprócz mnie - byli całkowicie wyluzowani. Stewardessy są bardzo miłe, a serwis jak na najtańsze linie lotnicze w Japonii był przyzwoity. Zdarza się jednak, że loty są często odwoływane, zmieniane są też ich godziny. Polecam więc sprawdzać regularnie skrzynkę mailową.


        Japończycy latają, czyli zmora stewardess

        Jedynym problemem w japońskim samolocie są sami Japończycy. Tani serwis przyciąga różnych ludzi, zwłaszcza takich, którzy nie zamierzają podporządkowywać się żadnym zasadom, wszystko mają w nosie i nikt im nie będzie rozkazywać. I tak na przykład pani przed nami, za nic w świecie nie chciała zrozumieć, że nie może przy starcie trzymać swojej walizki na kolanach, lecz musi ją położyć pod siedzeniem przed sobą. Ostatecznie trzy stewardessy musiały praktycznie na siłę włożyć tę walizkę pod siedzenie. 

        Niedaleko obok pewien pan rozłożył się ze swoim siedzeniem tak, że zgniatał osobę za nim i również nie reagował na jedną, drugą, a nawet trzecią uwagę, że do startu ma mieć fotel w pozycji pionowej. Ostatecznie przyszła szefowa pokładu i bez dyskusji złożyła mu siedzenie oraz poinformowała, że nie wolno mu go rozkładać, bo nie wystartujemy. 

        Pewnie to nie były jedyne przypadki podczas naszego lotu, bo boarding zajął naprawdę sporo czasu. Dużo krócej trwała odprawa ponad 300 osób z Frankfurtu niż 90 w Osace... 

        Jak używać Peach Airlines?
        O samych liniach pisałam już w poście Tanie latanie po Japonii, więc nie będę się zbytnio powtarzać. Najważniejsze jest jednak to, że baza znajduje się na Kansai International Airport i nie ma bezpośrednich połączeń z Tokio na Okinawę czy w jakiekolwiek inne miejsce. Tą linią lotniczą bezpośrednio można latać tylko z Osaki lub przez Osakę. 
         
        Bukujemy bilet, tak samo jak wszędzie. Natomiast kartę pokładową drukujemy na lotnisku w specjalnie przeznaczonych do tego stanowiskach. Teoretycznie nie wymagane do tego żadne dokumenty, ponieważ jesteśmy już wewnątrz Japonii i przeszliśmy kontrolę imigracyjną. Nikt przynajmniej nie poprosił mnie o paszport na żadnym etapie odprawy, ale miałam go cały czas w torebce na wszelki wypadek. Natomiast musimy mieć przy sobie e-mail potwierdzający rezerwację z kodem kreskowym albo w formie papierowej albo elektronicznej. Skanuje się kod czytnikiem i na ekranie pojawiają się nazwiska pasażerów. 


        Następnie program prowadzi nas przez rejestrację i drukujemy "paragon", który jest naszym boardingiem. Z tym paragonem udajemy się do odprawy bagażu. 


        Jeszcze przed podejściem do stanowiska, bagaż podręczny jest ważony i jeżeli przekracza 8 kg choćby o 100 g, trzeba się przepakować. Jest też wielki napis po angielsku "8 kilos and NO EXCEPTIONS". Następnie oba bagaże i podręczny i check-in są skanowane i ponownie ważone. Dostają żółtą naklejkę "security check". Wtedy dopiero możemy podejść do okienka z "paragonem" i nadać bagaż. 


        Po części bagażowej, przechodzimy - jak wszędzie - przez bramki, a potem Peach zaprasza nas na zakupy w "brzoskwiniowym" sklepie. Można kupić Hello Kitty z Peach Aviation, model fioletowego Airbusa 320, lalkę Rika-chan (japońską Barbie) w wersji Peach i inne gadżety. 




        Następnie pozostaje nam tylko wsiąść na pokład i tu zaczyna się prawdziwa zabawa. Pasażerowie podzieleni są na dwie grupy i wsiadają po kolei, aby uniknąć korków, zatorów czy przepychanek przy wejściu. 

        Samolot natomiast stoi 50 m od wyjścia z terminalu, więc idzie się na piechotę. Aby przejść po pustej płycie do jedynego samolotu naprzeciwko potrzebne jest aż 5 osób, które wyznaczają trasę zygzakiem, bo przecież można się zgubić lub nie znaleźć wejścia, a poza tym jest to niezwykle niebezpiecznie... :-).



        Dojazd na terminal lotów krajowych, a konkretnie na terminal Peach, jest trochę skomplikowany. Trzeba pamiętać, że pod względem powierzchni lotnisko Kansai jest największe na świecie, więc można się zgubić, a poruszanie się zabiera trochę czasu.  

        Warto wziąć to pod uwagę, jeśli nie korzystamy z terminalu lotów międzynarodowych, ale właśnie krajowych, który jest hen, hen na samym końcu. Można tam dojechać TYLKO autobusem lub taksówką - nie dojedzie tam ani pociąg, ani kolejka wokół lotniska. 

        Przed przyjazdem na lotnisko polecam więc dokładnie przestudiować tę stronę:
        www.flypeach.com/airports/KIX_T2_access.aspx

        by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at kwiecień 15, 2015 07:04