Planeta Jadzi

czerwiec 30, 2016

Smoking kills...

O RZECZACH SMACZNYCH I WPROST PRZECIWNIE

 

Zacznijmy od rzeczy ważnych: zdegustowałam twistera orientalnego w KFC, nareszcie! Gdzie te czasy, kiedy nowości pożerałam tego samego dnia, którego się pojawiły, a najdalej następnego?… No ale najważniejsze, że w końcu spróbowałam – jest smaczny. Tylko nie wiem po co ktoś tam pacnął majonezu. Z samym sosem orientalnym byłoby jeszcze lepsze.

Wyguglałam sobie roślinki z podpowiedzi i  wychodzi mi, że w donicy rośnie mięta meksykańska, a.k.a. kubańskie oregano. Przepraszam za lamerskie zdjęcie, na którym nie widać, że ta roślinka ma grube liście, z wodą w środku. Nie nadające się do suszenia. I faktycznie bukiet zapachowy ma taki bardziej przyprawowy, niż herbaciany. Na razie nie będę jej jadła – niech sobie rośnie i się rozgałęzia. A jak już sobie podrośnie, to pierwszą porcję najpierw na kimś wypróbuję. Na pierwszy rzut oka, a raczej nosa z podniebieniem, to bym te posiekane liście widziała dodane do chilli (oczywiście w przypadku, gdy tester przeżyje).

Co mnie ostatnio załamuje, to nowy obrzydliwy podrozdział w serwisach plotkarskich. Już się przyzwyczaiłam, że absolutnie koniecznie muszą tam wisieć, codziennie świeże, fotki gwiazd w krótkich kieckach, które BŁYSNĘŁY na spacerze albo przy wysiadaniu z samochodu. No trudno. Chociaż nie wiem, czym się ekscytować – żeby jedna z drugą miała tam skrzela albo nie wiem – trzecie oko. Ale każda w kółko to samo, a zdjęcia się mnożą – no ale trudno. Ale stanowczo protestuję i po prostu… NIE! Nie chcę więcej czytać o tym, co sobie powąchał trener Niemiec! Podczas meczu albo po meczu. To już jest naprawdę przekroczenie wszelkich granic miłosierdzia bożego, żeby uczciwy podatnik musiał trafiać na takie ohydztwa! Niech to Euro się już skończy, bo naprawdę nie ręczę za siebie, jak on jeszcze coś powącha.

Uwielbiam lato, ale wczoraj znowu usuwałam gza z kuchni (słoikiem po majonezie) oraz wielkiego widlicha z sypialni (mężem). Że nie wspomnę o pięciocentymetrowym ohydnym chrząszczu – potworze, który siedział na lipie i na szczęście do chałupy mi się nie pchał, ale i tak o mało nie zemdlałam na jego widok. Droga Redakcjo, co powinnam zażywać na zwiększenie tolerancji entomologicznej, względnie na uspokojenie?…

PS. Potwór. Szwagier mówi, że to dyląż garbarz. Ja mówię, żeby go sobie wziął na zawsze!

potwor1

by Barbarella at czerwiec 30, 2016 10:24

Dzieciowo mi

Co z tą szkołą? O planowanej reformie szkolnictwa

Zanim zwolennicy KOD okrzykną mnie zbrojnym ramieniem PiSu i zanim zwolennicy PiSu przypną mi łatę piątej kolumny KODu, tradycyjnie przy tego typu

by Malwina Ferenz (Krusz.) at czerwiec 30, 2016 08:43

falkografioly

prawdziwa opowieść

falko

prawdziwa opowieść

jadę pociągiem
za oknem słowa
na gałęziach drzew
na drutach
na kominach
na dachach
na zielonych polach
wzgórzach
jeziorach
na słupach
składam w opowieść
tak prawdziwą
kto uwierzy
rzeczywistość staje się
kłamstwem

Wiesław falko Fałkowski, 2016

by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at czerwiec 30, 2016 07:58

Kurlandia

Turnus płynnej mowy

Michał przestał się jąkać. Ale my nie chcemy zaleczyć problem, lecz go wy-leczyć. W związku z tym zapisaliśmy syna na turnus dla ludzi z problemem niepłynności mowy: dwanaście dni bardzo wyczerpującej terapii po pięć godzin dziennie. Wracam do domu jak z krzyża zdjęta i idę na godzinę spać, żeby naładować akumulatory. Nie trudno wyobrazić sobie jak czuje się Michał i jak się z dzieckiem zmęczonym i zniecierpliwionym pracuje. Szajby dostaję, ale…się nie poddaję. Jak to ja: wszelkie braki nadrabiam uporem. Czasami tylko łzy same płyną z głęboko tłumionej złości. Muszę się wygadać, by poczuć ulgę.

Na zajęciach jest trzech nastoletnich chłopców. Dwóch z nich jąkało się tak, że mi się oczy szkliły na widok tej niemocy. Drugiego dnia każdy z nich już płynnie czytał. Celem terapii jest, by mowa płynnie i spontanicznie wydobywała się z ust pacjenta. Ciekawa jestem efektów na koniec. Trzeciego dnia – dzisiaj – Michał próbował na mnie wymuszać swoje racje. Łamał wszelkie zasady i czekał, aż eksploduję. Kiedy widział, że jego działania nie przynoszą planowanych rezultatów, zaczął mnie bić, szczypać i szarpać. A potem złość przekierował na siebie i sam się okładał pięściami i targał za włosy. Dlaczego?  Bo powiedziałam „nie”. Nie dałam mu kartki z ćwiczeniami do ręki, tylko kazałam słuchać poleceń prowadzącej zajęcia. Niedobra ja.

Jąkanie się jest silnie związane z emocjami. Tych Michał nie potrafi jeszcze kontrolować. Dlatego – póki płynna mowa nie zostanie utrwalona – syn nie dostanie żadnych zewnętrznych bodźców. Żadnego tabletu, telewizji, pobudzających placów zabaw czy spotkań z osobami, które nie są objęte planem terapii. U nas wszyscy mówią wolno, nawet żartujemy, że psy wolno zaczęły szczekać. Turnus jest piekielnie wyczerpujący i nie pozwolę, by moja praca oraz wysiłek Michała poszły na marne. Muszę to doprowadzić do szczęśliwego końca. Potrzebny jest czas.

***

 

by Iga at czerwiec 30, 2016 05:11

zycie na kreske

bonus poza numeracją

Kochane/Kochani, jak będziecie w Poznaniu, to śledźcie Fundacja Koło Kultury. Robi fajne akcje! 
Plakat, który tu widzicie, ma taką oto historię: jakiś czas temu zapytano, czy nie zrobię czegoś dla Siostry Łodziakówny - walka o zdrowie. Zaproponowałam, żeby zrobić aukcję, gdzie osoba, która najbardziej wesprze Siostry, ode mnie otrzyma grafikę. I tak trafiły się Agata i Anna z Fundacji. Własnymi siłami robiły akcję czytelniczą. I to jest dla mnie najlepsze - że tyle osób mogło skorzystać na jednym wydarzeniu (czyli na aukcji dla Sióstr).

Do tego współpraca z Agatą i Anią - świetna sprawa! Bardzo Wam dziękuję!

Wspieramy czytelnictwo, wspieramy pomaganie!

KLIK!

by pani od rysunkow (noreply@blogger.com) at czerwiec 30, 2016 06:00

czerwiec 29, 2016

Domowa kuchnia Aniki

Likier z czerwonej porzeczki

 Likier z czerwonej porzeczki




Likier  z czerwonej porzeczki to kolejna już nalewka, którą Wam przedstawiam. Likier z czerwonej porzeczki jest na prawdę smaczny i aromatyczny, a bardzo prosty w przygotowaniu. Kto lubi się"bawić" w produkcję domowych nalewek i likierów to myślę, że powinien spróbować też likieru z czerwonej porzeczki. Na pewno mu posmakuje.  

 



Składniki:
  • 1 kg czerwonej porzeczki
  • 0,5 kg cukru
  • 0,5 litra wódki
 Sposób wykonania:

Porzeczki płukamy i pozostawiamy do ocieknięcia na sicie. 
Następnie obieramy z ogonków i przekładamy do dużego słoja. Lekko je zgniatamy ( np drewnianą łyżką ) i zasypujemy cukrem. 
Wstrząsamy, zakrywamy ściereczką lub gazą i pozostawiamy je na parapecie przez kilka dni, aby puściły sok. 
Codziennie wstrząsamy, aby cukier łatwiej się rozpuścił. 
Po kilku dniach zalewamy wódką i zakręcamy słój. Odstawiamy na dwa miesiące. 
Po tym czasie odciskamy sok z owoców i filtrujemy nalewkę. 
Rozlewamy do butelek. Do degustacji po przynajmniej 6 miesiącach



by Anika (noreply@blogger.com) at czerwiec 29, 2016 10:25

Ojciec Wwwirgiliusz chowa dzieci swoje

Statystyki (nie)meczowe

Pewnie zauważyliście, że właśnie odbywają się finały Mistrzostw Europy w piłce nożnej. ;-) Upływają nam one pod znakiem statystyk. Dziennikarze każdego dnia raczą nas wyrafinowanymi danymi. Liczba podań, liczba podań celnych, liczba strzałów, liczba strzałów celnych, liczba strzałów celnych i gróźnych, liczba przebiegniętych kilometrów… Pomyślałem sobie, że ja też jeden z naszych wspólnie  (rodzinnie) obejrzanych meczy podsumuję z punktu widzenia chłodnej statystyki. Przed państwem mecz Polska kontra Szwajcaria w kilku liczbach.

 

repka

4 minuty, 23 sekundy i 3 setne sekundy trwała awantura połączona ze wzajemnym obwinianiem się i jednoczesne poszukiwanie pilota do dekodera, bez którego nie można było przełączyć kanału na odpowiedni. Jak się już udało włączyć mecz, to ten fakt się nie spodobał Miłemu Młodemu Człowiekowi, który się rozryczał, domagał ponownego włączenia ukochanej bajki i uspokoiło go dopiero odpalenie youtube'a na komputerze (straciłem dzięki temu dwie fajne akcje).

121 sms-ów wymieniłem z kolegami oraz zapalczywie kibicującą mamą. Mama najchętniej by w ogóle zamykała oczy przy trudniejszych momentach i tylko czytała sms-y ode mnie, czy się udało.

43 razy Oleńka zadała pytanie, z którego wynika, że nadal nie rozumie, co to znaczy aut.

21 razy Oleńka zadała pytanie, z którego wynika, że nadal nie rozumie, co to znaczy korner.

15 razy Królowa Matka podważyła kompetencję sędziego głównego słowami, które nie przystają do kobiety z wykształceniem wyższym, nie będącej posłanką na sejm.

10 razy zaprotestowałem tłumacząc dlaczego nie uważam, żeby Lewandowski był łajzą, a Milik miał organ żeński (na „p”) na oczach.

7 razy zmuszony byłem do interwencji w obliczku ataków złości MMC to jest do odświeżenia strony na youtube, wyboru nowego filmu lub ustawienia odpowiedniego kąta ekranu.

5 razy Miły Młody Człowiek wywalił miskę z orzeszkami wprost na podłogę.

2 razy nie upilnowałem butelki z piwem, na którą polował MMC. Za drugim razem musiałem przebrać spodenki. Co było kompletnie bez sensu:

 

// //   // ]]>

 

by ojciec_wwwirgiliusz@NOSPAM.gazeta.pl at czerwiec 29, 2016 01:06

Niezbyt boska ja

All Fall Down - Jennifer Weiner

Książkę dostałam od Maryli. Ilekroć Maryla sunie do PL pyta mnie, czy czegoś z UK mi trzeba. 

Zazwyczaj jest to herbata Lady Grey, ale tym razem poprosiłam ją jeszcze, żeby wybrała się do czariciaka i coś do czytania dla mnie wygrzebała.

Przywiozła mi trzy książki, 'All Fall Down' to jedna z nich. 

 

Jest to historia uzależnienia. Nie tak dramatyczna jak 'Milion Małych Kawałków' Jamesa Freya, która, póki co, wygrywa u mnie konkurs na 'książkę o uzależnieniu', ale również dobra. 

Tu w uzależnienie wpada kobita dobrze sytuowana, wykształcona, szczęśliwa mężatka, z dzieckiem i dużym domem. Teoretycznie nie ma się do czego przyczepić, jednak rzeczywistość zaczyna przytłaczać, obowiązków robi się więcej i więcej i ogarnięcie wszystkiego staje się coraz trudniejsze.

Wtedy koleżanka poleca jej Vicodin (pamiętam Vicodin, Dr HOUSE go brał:) i od tego się wszystko zaczyna. Najpierw jedna tableteczka czasem. Potem jedna dziennie, a potem, mimo zleceń, żeby brać JEDNĄ co cztery godziny, są CZTERY co GODZINĘ. W 1,5 dnia idzie 150 sztuk. 

Przy tym wszystkim pani uważa, że wszystko jest spoko i że nie trzeba jej pomocy.

Tak jednak nie jest.

'...but the sense of that morning had never left me, the idea that everything could change with just one wrong turn. There was a paralell universe that ran alongside the normal world, and if you went through the wrong door, or turned left instead of right, ran up the street instaed of down it, you could accidentally push the curtain aside and end up in that other place, where everything was different and everything was wrong.'

Życie można sobie spieprzyć szybko, w dwie minuty można zapodać grunt pod 40 gównianych lat (znam przypadki), i tej pani się PRAWIE się to udaje.

Dobrze się czyta.

Szukałam polskiego tytułu, ale nie widzę - może jeszcze nie przetłumaczono.

Tak czy siak - polecam :)

by boskajana@NOSPAM.gazeta.pl at czerwiec 29, 2016 10:43

Tokyo Pongi (komentarze)

Kura pazurem

Koniec z nieestetycznymi gaciami powiewającymi na wietrze!

Na czytelników zawsze można liczyć. Nie dość, że przychodzą na moje spotkania autorskie, potrafią odpowiednio zmotywować, zarazić dobrą energią, to jeszcze podrzucają interesujące tematy.

Kiedyś na moim blogu pojawiło się kilka tematów gaciowych i fajnie teraz do nich wrócić, bo nic tak nie resetuje mózgu jak coś absurdalnego. Ponadto sezon ogórkowy w pełni, więc czemu nie.

źródło pixabayMyślę, że każdy zgodzi się z tym, że gacie suszące się na balkonie to nie jest coś, z czego możemy być dumni. Ponadto, nie oszukujmy się, nie każde gacie pięknie się prezentują. Jeszcze można zrozumieć powiewające stringi, bo to prawie nic. Ot, taki paseczek czy niteczka robiąca falę meksykańską na wietrze. Jednak kiedy zawiesimy barchanowe gacie, reformy czy inne pantalony, to już widok będzie konkretny. Niejednego może zmylić, że to spadochron niechcący zawiesił się nam na lince. I chyba dlatego w jednym z polskich miast wytoczono wojnę balkonowej bieliźnie, by nie budzić skojarzeń z nalotami, by mieszkańcy nie wpadali w panikę, widząc nadmuchany wiatrem „spadochron”. Zakazano suszenia gaci na sznurkach i poddawania ich publicznemu widokowi. Teraz należy gatki suszyć w domu. Ja wiem, że w urzędnikach jest wiara, że w każdym bloku jest pralnia z suszarnią, że metraże ci u nas potężne i można sobie galoty na suszarkach w łazienkach czy w miejscach do tego wydzielonych suszyć. Ale nie oszukujmy się, statystyczny Kowalski ma bardzo ograniczony metraż. Ba! Często też nie ma balkonu.

Idea piękna, by bielizna zniknęła za sznurków. Ludzie oczywiście zaraz zaczęli protestować, bo jakże to wolność ograniczać. Wiadomo, jest zarządzenie, musi być opór. Chętnie bym się nawet do tego oporu przyłączyła, ale jestem w tej komfortowej sytuacji, że moje gatki mogą powiewać na wietrze w moim prywatnym ogródku i nikt mi tego nie zabroni. Przynajmniej do czasu, gdy ich rozmiar nie będzie przypominać wielkością spadochronu i nie zasłani widoku sąsiadom. Już widzę ich miny, gdy wielka płachta zacznie się majtać przed ich oknem. Ale póki co, mieszczę się w europejskich standardach. Powiewa na wietrze tyle, ile potrzeba. Chociaż… Tak teraz mnie tchnęło. Podobno jednym z najpiękniejszych widoków jest żaglowiec na pełnym morzu. A przecież białe wielkie pantalony nadmuchane powietrzem na tle błękitnego nieba są… niczym żaglowiec pod pełnymi żaglami! A to już jest piękne!

Przyznam jeszcze, że kiedy mieszkałam w mieście i dysponowałam jednym balkonem, miałam składaną suszarkę, której nie było widać przez barierkę, więc powiewać sobie mogło to, co chciałam.

A u Was jak? Gatki na wietrze niczym sztandar czy żagiel? Czy może w zaciszu łazienki?

I jeszcze jedna kwestia. Kto będzie wymierzał kary za nieprzestrzeganie zakazu? Jaka będzie kara? Konfiskata mienia? A potem licytacja gaci?

by anna at czerwiec 29, 2016 04:08

zycie na kreske

czerwiec 28, 2016

zapiski zgagi

Taki wtorek…

No, nie zaczął się ten dzień zbyt sympatycznie, niestety…

Wyprowadzając sunię po śniadaniu zabrałam z sobą śmieci do wyniesienia i… przeżyłam nawrót traumy sprzed bodaj 36 lat. W pojemniku bowiem zobaczyłam, o zgrozo, setki larw muszych! Czyli tzw. ,,dzikuny”. Ohyda, ohyda, ohyda! I powracające wspomnienie pewnej nocy mundialowej, gdy napotkałam tysiące takich larw w przynależnym do naszego ,,pionierskiego” pokoiku wychodku… Brrr!!!

Potem druga, może nie klęska, ale duża nieprzyjemność. Parę lat temu, z pięć lub sześć, Madzia wycyganiła od swoich księgowych odszczepki szewskiego kaktusa, który miał kwitnąć nie na czerwono, jak wszystkie, a na żółto. Podzieliła łup na pół. Jej kaktus kwitł już ze trzy razy, mój nic. Wyszeptałam mu wiosną: – Jak nie zakwitniesz, potworze, w tym roku, to powędrujesz na kompostownik!

I oto jakieś dwa tygodnie temu pojawiło się coś jakby pączek. Rósł sobie pomaleńku, acz systematycznie, ku mojej radości. Miał już ze cztery centymetry. Jeszcze wczoraj pytałam Magdy, czy u niej też  ma na początku kolor taki raczej łososiowy? Dziś podczas porannej rozmowy z Asią postanowiłam się pochwalić botanicznym osiągnięciem. Nagle patrzę, a pąk leży… obok doniczki, luzem! W ramach odwetu wystawiłam gada na taras. Niech stoi do września, potem pójdzie na nawóz!

Skromna rekompensata za przedpołudniowe nieszczęścia – trzy godziny z wnusiami. Pierworodni jakąś rocznicę intymną obchodzili sam na sam. Co prawda Stasinek w trakcie wizyty obdarzył mnie wątpliwym komplementem, ale co tam! Zrywałam im niedojrzałe śliwki (z których i tak nigdy pożytku nie ma) na naboje do proc, gdy nagle mój młodszy wnuk zauważył: – Babcia jest już za stara na to zrywanie…

Dziadek wprawdzie o cztery lata bardziej wiekowy, ale to akurat mnie się dostało… Cóż, przyjęłam mężnie na klatę!

***

Małża imieniny dziś. Popełniłam mu do pracy szarlotkę oraz coś na kształt brownie z orzechami i migdałami. Czyli najłatwiejsze ciasto w świecie. Cztery całe jajka roztrzepać, potem dodać przestudzony miks ze 100 gram masła, pół szklanki cukru i tabliczki gorzkiej czekolady, wybełtać ze 150 g lekko rozdrobnionych orzechów włoskich (zamiennie 150 g wiórków z kokosa lub migdałów), piec 25 minut w 180 stopniach. Niewyględne to może, ale jakie dobre!

by Zgaga at czerwiec 28, 2016 11:14

Bezwstydnica

Kura w sklepie

Drodzy Czytelnicy,
od dziś możecie rozproszyć Wasze oszczędności na:
torbę zakupową, kubek, deskę do krojenia lub koszulkę.

A już niedługo nawet na etui na telefon i skarbonkę (chociaż w sumie nie będzie Wam przecież już potrzebna).

Zapraszam do pierwszego kurzego sklepu!

http://artegro.pl/a/kura/

Pozdrawiam
Kura
http://artegro.pl/a/kura/
PS Jeśli pragniecie jakiś inny rysunek, to piszcie który (i na czym). Zostanie wstawiony do sklepu. Taki szał 🙂

kubek serduszkatorba

by admin at czerwiec 28, 2016 08:32

Niezbyt boska ja

Napoczęty kolonista

W tym roku Syn nasz pierwszy raz pojechał na kolonie.

Fajnie, bo to kolonie piłkarskie, więc ruszyli z całą bandą kolegów + ze znajomym trenerem. 

 

Drugi dzień, dzwoni i donosi:

- A wiesz o której poszliśmy wczoraj spać?

- O której? - pytam

- O pierwszej! 

- I co, żyjesz, Synu? Czy śpisz?

- Nieeee, mamo! Jestem napoczęty!

 

To spoko :)

by boskajana@NOSPAM.gazeta.pl at czerwiec 28, 2016 07:27

Anrzej rysuje

Notatki na marginesie

dostęp do broni

Po masakrze w Orlando rozgorzała w niektórych środowiskach dyskusja o dostępie do broni.

Ktoś przytoczył badania, że dostęp do broni zapobiega wielu przestępstwom. Dotarłam do źródła.  Badani byli przestępcy w więzieniach w USA i zadawano im miedzy innymi pytania "czy powstrzymaliby się od napadu, gdyby podejrzewali, że ofiara może mieć broń". Więźniowie. W Stanach. No jakoś się nie powstrzymali.

 

To naprawdę budujące, że zwolennicy łatwiejszego dostępu do broni wierzą, że gdyby mieli broń to :

- strzelaliby lepiej i celniej z zaskoczenia niż przygotowany na strzał potencjalny przestępca

- nie zaczęliby strzelać do niewinnych ludzi

- uchroniliby się od przypadkowego użycia broni

- ochroniliby swoje dzieci przed przypadkowym użyciem broni

- Charles Bronson mógłby im buty czyścić

Piękna to wiara ale naiwna bardzo.

Naprawdę czulibyście się bezpieczniej z bronią i ze świadomością, że KAŻDY spotkany człowiek może mieć pistolet?

Ja bym wolała kamizelkę kuloodporną.  

A jeśli chodzi o prawo do obrony własnej, to jak to sobie wyobrażacie? Że uzbrojony przestępca podchodzi i wygłasza MONOLOG? 



 

by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at czerwiec 28, 2016 02:59

nic specjalnego

Uśmiechnij się....

....bo to łańcuszek zdarzeń.
Prezes wzywa sekretarkę:
-Pani Halinko, jedziemy na weekend do Czech. Proszę się spakować.

Sekretarka po przyjściu do domu mówi do męża:
-Krystian, jadę z szefem w delegację. Bedziesz musiał poradzić sobie sam,
biedaku.

Facet dzwoni do  kochanki:
-Weronika, jest dobrze. Stara wyjeżdża na weekend, zabawimy się nieco.

Kochanka, nauczycielka matematyki w gimnazjum telefonuje do swego
ucznia:
-Kamilek, będę zajęta w weekend.Korepetycje odwołane.

Zadowolony uczeń telefonuje do dziadka:
-Dziadku, mogę wpaść do  ciebie w weekend, korki odwołane!

Dziadek (prezes) telefonuje do sekretarki:
-Pani Halinko, wyjazd odwołany, pojedziemy za tydzień.

Sekretarka dzwoni do męża:
-Krystian, szef odwołał wyjazd.

Facet dzwoni do kochanki:
-Weronika, beznadzieja. Stara zostaje w chacie.

Kochanka -nauczycielka  telefonuje do ucznia:
-Kamil, korepetycje będą o 10 rano, w sobotę

Uczeń dzwoni do dziadka:
-Dziadziu, lekcje  jednak będą.Nie mogę do ciebie wpaść.

Dziadek -prezes  do sekretarki:
- Pani Halinko, a jednak wyjeżdżamy w ten weekend.

Pamiętajcie - jeżeli nagle zmieniacie swe plany mogą z tego wyniknąć komplikacje dla wielu osób;))


na podst."Nieznany Świat 7/2016

 

by anabell (noreply@blogger.com) at czerwiec 28, 2016 01:47

falkografioly

Fiesta, sjesta i mañana

falko

Fiesta, sjesta i mañana

Sjesta.
Pijemy wino z La Manczy,
jemy chleb i dojrzałe pomidory.
W ogrodach kwitną pomarańcze.
Drzewa dają cień.
Wiatr przynosi zapach morza,
porusza liśćmi winorośli.

Fiesta.
Pijemy wino z La Manczy,
jemy tapas i langustynki.
Gwarno w tawernach.
Gwiazdy nad nami.
Wiatr przynosi muzykę flamenco
i porusza białą sukienkę
śniadoskórej dziewczyny.

Mañana.
Na pewno nie dzisiaj.
Jutro, pojutrze, może kiedyś.
Wypijemy znowu wino z La Manczy,
a w Andaluzji zakwitną pomarańcze.
Wiatr przyniesie wspomnienia
i poruszy serca.
Jacy będziemy młodzi!

Wiesław falko Fałkowski, 2016


by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at czerwiec 28, 2016 01:44

Krolowa Matka i Banda Czworga

Popkulturalnie, na początek wakacji

Nie jest tajemnicą państwową, że Królowa Matka jest wielbicielką seriali brytyjskich, ze szczególnym uwzględnieniem tych wyprodukowanych przez BBC.

Czasem jednak chęć na zrobienie czegoś szalonego i życia przez chwilę na krawędzi / nuda / ciekawość, która wiadomo, czym jest, ale czasem się o tym zapomina / uwielbienie dla kina przedwojennego / po troszeczce tego wszystkiego sprawia, że Królowa Matka zasiada przed telewizorem i ogląda jakąś rodzimą produkcję.

Na przykład serial „Bodo”.

Zwłaszcza, że jest to serial reklamowany jako produkcja zrobiona z nadzwyczajnym po prostu rozmachem, w realizacji której zatrudniono 240 aktorów, 300 epizodystów i 4000 statystów, a zdjęcia kręcono w aż 293 różnych lokalizacjach, m.in. w Łodzi, Wrocławiu, Żyrardowie, Zgierzu oraz w Warszawie. No to już mus zobaczyć, nie ma przebacz!

Powodowana tą myślą Królowa Matka dzielnie – z odcinka na odcinek, co trzeba podkreślić, bardziej dzielnie – zasiadała przed telewizorem głównie po to (jak się raczej szybciej niż później okazało) by oswajać się z myślą, że jeśli chce sobie popatrzeć na porywającą scenografię, dwadzieścia rodzajów sztućców, wszystkie autentyczne, kostiumy, które natychmiast po zejściu z planu mogą trafić do muzeum i nikt ich nie odróżni od oryginalnych strojów, jeśli chce posłuchać dialogów, różnych w zależności od tego, czy mówi służba, pani hrabina, mały ulicznik, aktorka rewiowa czy stangret pana barona, powinna jednak skupiać się na kontemplowaniu „Upstairs, downstairs” albo „Downton Abbey”.

Niby to zawsze wiedziała, a tu wot, kakij serprajz.

Pierwsze sześć odcinków Królowa Matka poświęciła głównie na zadawaniu sobie pytania, czy reżyserzy dzieła założyli, że ona polubi głównego bohatera, bo to Bodo (nie żeby rozumiała założenie, że widz w ogóle WIE, kto to Bodo, ale umówmy się, że wie), gwiazda przedwojennego kina, świetny aktor, bożyszcze tłumów? Innego powodu polubienia osoby prezentowanej na ekranie Królowa Matka nie widziała – a chcąc stworzyć serial, który przyciągnie widzów wypadałoby jednak wykreować głównego bohatera jeśli już nie nadającego się do lubienia, to chociaż interesującego, nie każdy ma tyle samozaparcia, by oglądać trzynaście odcinków czegokolwiek wyłącznie w celach naukowych!

Podobno – jeśli wierzyć przedwojennej prasie, na którą Królowej Matce zdarzyło się tu i ówdzie rzucić okiem - Bodo był człowiekiem skromnym, sympatycznym i z dużym poczuciem humoru, chociaż także trochę zarozumiałym. Nade wszystko jednak – dyskretnym. Nie afiszował się z romansami, chociaż krążyły o nich legendy, zawsze elegancko wypowiadał się o kobietach, z którymi łączono jego nazwisko. Jego życie prywatne nie obfitowało w skandale obyczajowe i towarzyskie. Mieszkał z matką, której towarzystwo i przyjaźń bardzo cenił. Cenił sobie też spokój i domową atmosferę, lubił robótki ręczne – wyszywał makatki, które później ofiarowywał znajomym. Pełen uroku mężczyzna z klasą, inteligentny, przy tym oczywiście bardzo pracowity, perfekcjonista, niezwykle muzykalny. Krótko mówiąc - powszechnie lubiany, fajny facet.

Bodo w serialu to nadęty, dążący po trupach do celu bufon i karierowicz, zupełnie nie wzbudzający sympatii, prekursor ustawek z paparazzi, z którymi się umawia na strzelenie fotki zza węgła. Cham i prostak, nielojalny, zawistny, bez mrugnięcia okiem sprzedający prywatność swoją i kobiety, z którą był w związku dla zdjęcia w gazecie i numeru solowego, uprawiający seks za recenzję. Dość odrażający typ, którego tragiczny koniec (o którym to końcu, że Królowa Matka przypomni, widz ma prawo NIE WIEDZIEĆ) nie stanowi wystarczającego usprawiedliwienia dla poświęcenia mu całego serialu.

Tak w ogóle to nie bardzo Królowa Matka wie, na podstawie czego został napisany scenariusz serialu, bo Bodo nie zostawił po sobie dziennika czy pamiętnika... i w ogóle pewnie nie powinna się wypowiadać, jako osoba, która się nie zna i jest najbardziej laickim laikiem, jakiego można obie wyobrazić... ale czy w związku z brakiem wystarczającej ilości dotyczących życia osobistego aktora materiałów źródłowych nie byłoby lepiej NIE skupiać się na życiu uczuciowo-towarzyskim Bodo, o którym niewiele wiadomo, za to skupić się na jego życiu zawodowym, o którym wiadomo całkiem sporo?

Tymczasem im dalej w serial, tym robiło się weselej, bo coraz częściej mieliśmy do czynienia z fantazjami na temat życia głównego bohatera, a nie z faktami. Być może była to świadoma polityka autorów serialu, którzy do niewątpliwych emocji szalejących wśród widowni podczas oglądania każdego odcinka dodawali jeszcze ten dreszcz niepewności – czy zgadnę, którą postać reżyser dokleił? Co dopisał, co wymyślił, co dosztukował, czym ubarwił to, co wydawało mu się zbyt nudne? Należało tylko jeszcze wprowadzić system glosowania przez audiotele: „W dzisiejszym odcinku „Bodo” wymyślonych zostało postaci a) 5 b) 3 c) 11? Dopisaliśmy głównemu bohaterowi a) alkoholizm b) kokainizm c) oba d) żadne z powyższych, Bodo zarówno pił jak i zażywał kokainę?” aby skanalizować wstrząsające widzami napięcie i podreperować budżet telewizji publicznej.


Królowa Matka by miała w tym audiotele szanse ustrzelić wszystkie główne nagrody.

Przyjaciel Bodo, Żyd Moryc (BTW chyba jedyna w miarę ciekawa postać), gdyby Królowa Matka nie wiedziała, że jest fikcją zgadłaby to natychmiast po dopisaniu mu happy endu w postaci rejsu Batorym do Stanów Zjednoczonych w sierpniu 1939 roku. I super, że popłynął do tych Stanów, Królowa Matka go lubiła i dobrze mu życzyła, ale jednak takie to było... do przewidzenia.

Kolega Hans z dzieciństwa, Niemiec – nie dość, że fikcja, to jeszcze klisza na kliszy kliszą poganiająca, OCZYWIŚCIE zły, OCZYWIŚCIE nazista, OCZYWIŚCIE esesman, OCZYWIŚCIE Sturmbannführer albo nawet Obersturmbannführer, wstrętny, wstrętny człowiek, który leży jak kłoda na drodze do prawdziwej miłości naszego bohatera i nie pozwala mu uwieść własnej żony, no co za bydlę.

Ale prym wiedzie wspomniana miłość naszego artysty, czyli Ada, miłość pierwsza i w zasadzie jedyna... Łojzicku, jak mawiają NacMacFeeglowie. Królowa Matka może nawet troszeczkę (naprawdę odrobinkę) zamiary twórców rozumie - chcieli jakoś ubarwić pewne wątki, sprawić, by nie była to biografia w typie encyklopedycznym, by główny bohater miał jakieś  życie emocjonalne, ale jednak... no, nie całkiem wyszło.

W dodatku postać Ady nie dość, że fikcyjna, nie dość, że irytująca do bólu zębów, nie dość że zagrana na jedno kopyto bez względu na to, czy oglądamy na ekranie wiośnianą panienkę z pensji, czy dojrzałą kobietę, matkę dzieciom, poprowadzona jest silnie zagadkowo. Najpierw Ada jest, później znika, za chwilę Bodo sobie o niej przypomina i myśli, że ciągle ją kocha i chciałby z nią być, potem przez dwa odcinki o Adzie ani słychu, następnie Bodo odbiera od niej telefon i się jej namiętnie oświadcza, potem prawie żeni się z kimś zupełnie innym, by za chwilę jechać do Berlina i oznajmiać, że kocha tylko ją... Przez długi czas wcale nie widać, że główny bohater w ogóle o niej pamięta, pisze do niej, tęskni za nią, po czym nagle Ada znowu się pojawia i uczucia rozkwitają jak ten róży kwiat...

A szczytem osiągnięć reżysersko-scenariuszowych jest odcinek bodaj przedostatni, w który Ada pojawia się ni z gruszki, ni z pietruszki w Warszawie, padają z Bodo w objęcia, jakby pozostawali dotąd w namiętnym związku, lądują w łóżku i podejmują rozmowę o rozwodzie. Chociaż z kilku poprzednich odcinków w ogóle nie wynika, że wymieniali ze sobą choćby grzecznościowe kartki na święta.

Oczywiście wszyscy widzowie rozumieją, że w związku z rozbudowywaniem (choćby nie wiem jak chaotycznym) roli nieistniejącej Ady coś musiało zostać złożone w ofierze, aby twórcy, nie dysponujący wszak budżetem "Wspaniałego stulecia", zmieścili się w trzynastu odcinkach.

Została złożona cała reszta.

W efekcie czego w serialu o Bodo, czyli tak naprawdę również w serialu o polskim przedwojennym kinie, skupiono się na fikcyjnej "wielkiej miłości" Eugeniusza Bodo do fikcyjnej Ady, a wielkich i wspaniałych aktorów tamtych lat pokazuje się marginalnie. Albo wcale.

Aleksandra Żabczyńskiego Królowa Matka przeoczyła, ponieważ za pierwszym jego pojawieniem się na ekranie kichnęła (trochę przesadza, ale tylko odrobinkę), a za drugim nie rozpoznała po całych dwóch wypowiedzianych przez niego zdaniach z kim ma do czynienia. I nic nie szkodzi, gdyż – jak doniósł Królowej Matce Pan Małżonek – Aleksander Żabczyński, niezwykle przystojny mężczyzna, amant kina, człowiek dzielny i o barwnej osobowości został w tej jednej migniętej scence sprowadzony do poziomu Jasia Fasoli.

Migającą gdzieś w tle Jadwigę Smosarską Królowa Matka poznała tylko dlatego, że ją przedstawiono z nazwiska.

Ludwika Sempolińskiego, Mieczysławy Ćwiklińskiej, Hanki Ordonówny, Henryka Warsa – niet.

O... eee... niezręcznościach obsadowych Królowa Matka pisać nie będzie, w końcu znaleźć dużą ilość aktorów podobnych do innych aktorów łatwo nie jest, ale jednak za każdym razem, gdy widziała wysokiego i smukłego Bartłomieja Kotschedoffa w roli Dymszy odczuwała dyskomfort estetyczny. Zwłaszcza gdy stał on obok serialowego Bodo i byli równi wzrostem (albo i Dymsza przewyższał Bodo, co sobie będziemy żałować, proszę Państwa). Podczas gdy w rzeczywistości... 

Źródło

(Drogie Dzieci oraz Odpowiedzialni Za Obsadę w Serialu, Bodo to ten z lewej).

Od odcinka mniej więcej siódmego Królowa Matka zaczęła się w serialu, który zaczął przypominać szereg nie związanych ze sobą scenek, nieco gubić. Dog, który był taki ważny dla Bodo, najwyraźniej spadł z nieba. Nie pokazano dlaczego nagle Gienio Junod stał się Eugeniuszem Bodo. Wielką gwiazdą. Której jednakże jeszcze w poprzednim odcinku rolę załatwiała garderobiana. Bodo przeżywa ślub Nory Ney jakby to była jego osobista narzeczona, która mu uciekła od ołtarza, a według serialowych realiów po prostu raz poszedł z nią na spacer (chyba, że Królowa Matka coś przeoczyła, czego nie wyklucza). Życie bohaterów drugiego planu – tych migających wielkich gwiazd przedwojennego kina, ale także fikcyjnej Ady - nie układa się w żadną całość. Pojawiają się znikąd, wygłaszają kwestie, jeśli są kobietami to idą do łóżka z bohaterem tytułowym (bardzo jest Królowa Matka swoją drogą ciekawa, kto wpadł na pomysł, by życie przedwojennej gwiazdy ekranu zilustrować opowiastkami o jego romansach? W tym częściowo fikcyjnych? Czy to wynika z opinii o polskich widzach? Że tylko goła d... ich utrzyma przed ekranem? Że pokazanie pracy i rozwoju twórczego aktora to za mało? Czy z lenistwa, bo łatwiej jest napisać scenę łóżkową i upchnąć po jednej w każdym odcinku niż poświęcić trochę czasu na research i poprawienie kulawego scenariusza?) i znikają, co w niczym nie przeszkadza, bo i tak robią tylko za elementy scenografii służące do ozdabiania głównego bohatera. Nic się w tym drugim planie nie wiąże ze sobą i nic nie wynika jedno z drugiego. Nikogo nie można polubić, nikim się zainteresować, a znacznej części można w ogóle nie zauważyć.

Pobuszowawszy nieco na przeróżnych stronach i serialowych forach oraz natknąwszy się na wypowiedzi w stylu „Mam nadzieję, że Bodo i Ada zejdą się i będą szczęśliwi” (a nie mówiła Królowa Matka, że nie wszyscy widzowie wiedzą, kto to Bodo? Mówiła, gdzieś tam wyżej) Królowa Matka zaczęła zadawać sobie pytanie, kto jest adresatem serialu? Bo na pewno nie fani dwudziestolecia, artystów, kultury międzywojnia, o przedwojennych filmach nie wspominając.

I coraz wyraźniejsze było, że serial jest adresowany po prostu do „grupy oglądaczy seriali familijnych”, a ponieważ formuła sielsko-rodzinna zaczęła się powoli wyczerpywać, czy też, mniej elegancko rzecz ujmując, ten wąż zaczynał już zjadać własny ogon postanowiono widza ubogacić czymś z kompletnie innej beczki. Taką samą historią jak w „Domu nad Rozlewiskiem”, ale w innych dekoracjach, innych strojach, innych wnętrzach. Te inne wnętrza, inne stroje i inna epoka ma poudawać, że to serial ambitniejszy i o czymś, a celem jego jest nie tylko bawić, lecz i uczyć. I po to są te wszystkie Pole Negri i kabarety „Qui Pro Quo”, które jednakże nikomu nic nie mówią, bo i postacie, i kultowe instytucje należało by najpierw solidnie osadzić w epoce, a widzom, ze szczególnym uwzględnieniem młodego pokolenia – dać jakąś informację o nich i ich osiągnięciach w kontekście społeczno-kulturowym dwudziestolecia miedzywojennego. Podczas gdy w serialu skupiono się na jakichś bzdurach sypialniano-knajpiano-romansowych oraz Wielkich Miuościach Rzycia Bochatera.

Tylko po kie licho robić ten serial pod tytułem „Bodo”? Przecież spokojnie mógłby się on nazywać dowolnym nazwiskiem przedwojennego aktora - ach, co Królowa Matka mówi, jakim znowu "nazwiskiem aktora"! Po co tu komu prawdziwe nazwiska?  I tak niczego byśmy się o życiu zawodowym tegoż aktora nie dowiedzieli, a nikt by się nie czepiał, że dzieło mówi o tym, co się twórcom uroiło, a nie o tym, co działo się naprawdę. 

I nie, Królowa Matka nie kupuje tej, przeoczanej przez nią po każdym odcinku wzmianki o tym, że „serial jest oparty o..., ale nie jest biografią”. Nie jest biografią? Bo co, bo biografia była za bardzo krwista, życie aktora było tysiąc razy ciekawsze od serialu, a sam bohater tysiąc razy sympatyczniejszy od serialowej postaci? I twórcy tego nie unieśli? No to sorry, w takim razie można było zrobić osadzony w realiach międzywojennych film o niespełnionej miłości Ady i kogoś tam, zamiast używać w tytule znane nazwisko, niewątpliwie w celu przywabienia widzów, którym to nazwisko coś powie!

(przerwa na oddychanie do woreczka)


Ma Królowa Matka tylko nadzieję, że porwani sukcesem wśród nastoletniej („ach, jakie to smutne, że Ada czekała na Bodo w Warszawie i nigdy się nie dowiedziała, że zginął!”) oraz patriotycznie nastawionej („wspaniały serial o polskim wybitnym artyście, gdyby tylko nie ten seks, domy publiczne i kokaina, to byłby piękny film rodzinny o wartościach”, no tak, bo seksu za sanacji nie było, a co do kokainy to cud, że Królowa Matka nie zaczęła zażywać, do towarzystwa pseudo-Bodo oraz dla poprawienia sobie odbioru utworu) widowni twórcy nie dojdą do wniosku, że mamy jeszcze wielu artystów, których życiorysy to gotowe materiały na seriale (i nie, Królowa Matka nie powie, kogo ma na myśli, bo jeszcze ktoś to przeczyta, zasugeruje się, a Królowa Matka będzie do końca życia dźwigać brzemię winy nie do zmycia).


Ale, ok, serial trwa, Królowa Matka zaczyna dostawać szału coraz rzadziej, a coraz częściej popada w apatię, gdyż organizm przeładowany bodźcami przestaje na nie reagować, Bodo zaczyna się robić bardziej „lubialny”, porządnieje z wiekiem, lepiej odnosi się do przyjaciół i konkurentów, zaczyna być nawet widać, że się rozwija zawodowo, numery muzyczno-taneczne – bdb, Królowa Matka chętnie ogląda nawet powtórki, cholerna Ada pęta mu się po życiorysie, ale trudno, Królowa Matka skupia się na robótce za każdym razem, gdy Ada pojawia się na ekranie, mamy odcinek dwunasty, Bodo i Ada w czułem uścisku patrzą pogodnie w obiecującą przyszłość, wredny Obersturmfuhrer obiecuje żonie zgodę na rozwód, groza zbliżającej się wojny narasta, Bodo zdaje się jej zupełnie nieświadomy, co tę grozę, paradoksalnie, powiększa, w finale odcinka pany reżysery zapodają nam utwór Hemara „Może kiedyś innym razem” i jest to utwór, który naprawdę podkreśliłby nastrój zbliżającego się koszmaru, gdyby nie.


Otóż gdyby nie to, że tę piosenkę do filmu „Dwanaście krzeseł” napisał Marian Hemar w roku 1933. Śpiewał ją Adam Wysocki i Mieczysław Fogg. Bodo chyba nie, ale niech będzie, że to możliwe.


I kolejne, bardzo „gdyby” - gdyby nie to, że tej samej piosenki, w tym samym kontekście, w filmie o tym samym okresie - "Jutro idziemy do kina" - ten sam reżyser użył jako muzycznego motywu przewodniego. No pewnie, bo raz zadziałało, nikt nie skojarzy i się nie zorientuje, Gugiel gryzie, a korzystania z Wikipedii zakazano pod karą więzienia.

Tylko, że nie, panie reżyserze, i w związku z tym to, co w „Jutro idziemy do kina” było przejmujące, tutaj zgrzyta i trąci taniością, i, naprawdę, jeśli w tak młodym wieku trzeba cytować samego siebie, by uzyskać emocjonalny efekt to należy pomyśleć o dłuższych wakacjach.


(Ewentualnie nie o wakacje chodzi tylko o cyniczne podejście „raz zagrało, drugi raz się sprawdzi, wszak widzowie to idioci i łykną każde byleco”, w takim razie najmocniej Królowa Matka przeprasza za sugestie o twórczym wyczerpaniu).


Ale i to niechta, piosenka jest super, zaśpiewana dobrze, zagrana dobrze, wpada w ucho, Potomki ją przez tydzień śpiewały, zresztą, zbliżamy się do końca, jeszcze tylko jeden odcinek...


I nadszedł. Ten jeden odcinek. Ten, który sprawił, że Królową Matkę na dłuższą chwilę oszołomiło. Ten, który sprawił, że wyłapała i obejrzała powtórkę, z notatniczkiem w ręku. Ten, który spowodował, że powstaje ta notatka (i wygląda na to, że to, co powyżej to był WSTĘP, nigdy Królowa Matka nie twierdziła, że jest mistrzynią kompozycji literackich).

Tuż przed premierą odcinka ostatniego Królowa Matka dowiedziała się, że przedstawiciele TVP udali się byli z serialem na festiwal w Cannes, a tam zamierzają zachęcać do jego kupna przeróżne stacje, jak natenpszykłat BBC. Wiadomość była z serii tych zatykających i wszyscy się cieszymy, że Królowa Matka wchodząc w jej posiadanie niczego akurat nie jadła, bo gdyby jadła, nie czytalibyście, Drodzy Czytelnicy, tych słów.

BBC. To jest, Państwo pamiętają? To jest ta firma, która jak robi współczesną wersję „Sherlocka” to ci, co nie czytali Conan Doyle'a mają rozrywkę na najwyższym poziomie, a ci, co czytali Conan Doyle'a mają rozrywkę na najwyższym poziomie. Która robiąc „Wszystko dla Pań”, które nawet nie stało obok książki Zoli, robi je tak, że mimo wszelkich niedociągnięć ogląda się serial z zachwytu nad scenografią, kostiumami i z sympatii dla bohaterów. Która robiąc setną ekranizację „Emmy” wciąż potrafi wykrzesać z niej wdzięk. Która robiąc ekranizację „Wielkich nadziei” tak dobiera aktorów, że wyglądają jakby wyszli z książki, a robiąc film o królowej Wiktorii – tak, jakby zeszli z portretów.

Ta właśnie firma ma nabyć chaotyczny serial o nie wiadomo kim, o jakimś mało znanym aktorze, chociaż nie do końca, z mało znanego kraju, ale niezupełnie, ubarwiony wpadkami muzyczno-scenograficznymi i obfitujący w scenki rodzajowe typu „zrobiliśmy staranny risercz społeczno-obyczajowy, ale dżentelmen stoi z rękami w kieszeniach rozmawiając z damą”.

Następnie firma ma pokazać dzieło widzom którzy nie tylko nie wiedzą, kim był Bodo, ale nie wiedzą też, dlaczego wojna w Polsce toczyła się z dwoma wrogami, co to jest NKWD i z czego jest najbardziej znane, a także czym są łagry.

Sprawdźmy więc, czego się taki widz dowie z ostatniego odcinka serialu „Bodo”.
 
W dużym uproszczeniu... nie, zaraz, większego, niż autorzy scenariusza to Królowa Matka zrobić nie może, więc tylko – w oparciu o serial na temat życia w ogarniętej wojną Warszawie taki widz nie dowie się niczego. Na temat życia we Lwowie dowie się, że Bodo występował dla bolszewickiego prostactwa, które zakładało na siebie nocne koszule w przekonaniu, że to wieczorowe kreacje, zaś w trakcie przedstawienia kradło kostiumy z garderoby artystów, i że całe życie lekko się prowadził w kwestii kobiet i to go ostatecznie zgubiło. 
 
Bodo wyjeżdża do Lwowa z trupą Henryka Warsa (którego w serialu nie ma, chyba, że jest, ale bez nazwiska, ani jedno, ani drugie po dwunastu odcinkach już nas nie dziwi), z piastowanym jak największy skarb kontraktem do Hollywood oraz dwiema rolkami taśmy z nagranym filmem „Uwaga szpieg” w metalowych pudełkach. Kontrakt zaszywa w rękawie płaszcza po tym, jak nasilają się kradzieże kostiumów w garderobie aktorów, taśmy nigdzie nie zaszywa ale, trzebaż trafu, dwa wielkie, wepchnięte na szafę pudła nie budzą zainteresowania ani złodziei, ani smutnego pana z NKWD, ani w ogóle nikogo.

Oczywiście do czasu.

Bodo jak to Bodo, kobiety doń lgną jak pszczoły do miodu, niby czemu Rosjanki miałyby być inne, też lgną, a już najbardziej lgnie żona niejakiego pułkownika Rywkina, który jest złym człowiekiem, co poznajemy po tym, że przemawia z kamienną twarzą: „A wy tu szto, dumajet'ie szto wam wsio zdies' diełat' można? Zdies' gawarim seriozna!”, po czym wybucha śmiechem, mówi „Szuczu, ja szuczu”, wszyscy się odprężają, a potem apiat' od nowa. Ponadto wystawia na wabia własną żonę, która ma się dowiedzieć, czy Bodo jest prawomyślnym obywatelem, czy też wręcz przeciwnie, Bodo nie chce, bo Ada, no, ale ostatecznie poświęca się dla dobra sprawy, żona popada w uczucie, niestety, odkrywa zdjęcie Ady i powodowana zazdrością donosi mężowi o planach Bodo udania się do Stanów Zjednoczonych. Tak oto Bodo staje się ofiarą nie zbrodniczego systemu, tylko zazdrosnej baby, chłopcy, weźcie to do serca jako przestrogę!

Bodo zostaje aresztowany w lipcu 1941 roku, na wstępie dostaje w gębę tak, że aż dzwoni, ale mimo to śladu nie zostawia żadnego, smutni panowie z NKWD zabierają filmy, ale płaszcza Bodo broni jak niepodległości, z tym, że skuteczniej, a zatem płaszcz wraz z zaszytym w rękawie magicznym papierkiem, przepustką do holiłudu, spędza wraz z Bodo w więzieniu półtora roku.

W łagrze jak w łagrze, smutno jest bardzo i do dziś Królowa Matka nie ustaje w zadziwieniu, jak można tak dramatyczne chwile przedstawić w filmie w tak nie wywołujący żadnych emocji sposób, ale że co, że nasi filmowcy nie potrafią? Potrafią, jeszcze jak! 
 
Amnestia dla polskich obywateli przysługująca polskim więźniom politycznym na mocy układu Sikorski–Majski Bodo nie obejmuje, bo ma on wciąż paszport szwajcarski (po ojcu), starania ambasady polskiej nie przynoszą efektów, bo „a niby czemu polską ambasadę ma interesować jakiś Szwajcar”, smutny Bodo siedzi sam jak palec w celi, spowity w płaszcz, od czasu do czasu chadza na nużące przesłuchania - „Wy szpion”. „Ja aktior”. „Niet, wy szpion”. „Niet, ja aktior”, i tak przez parę miesięcy.

Aż wreszcie wspomniane półtora roku od aresztowania oficer NKWD, dusza człowiek w typie „a tak w ogóle to ja widziałem wszystkie pana filmy” przyznaje, że nic na Bodo nie mają (!), że sam się dziwi, że się ten Rywkin uparl jak osioł (!!), ale on bardzo, panie Bodo, przeprasza za zaistniałe niedogodności (!!! oraz headdesk razy dużo), w ramach przeprosin ściska mu prawicę i cóż się dzieje?
 
I otóż namacywuje ten zaszyty w rękawie kontrakt (Królowa Matka wali głową w stół i produkuje liczne facepalmy).
 
No, teraz to się zacznie, myśli sobie Królowa Matka po dojściu do siebie po serii facepalmów. I rzeczywiście, zaczyna się tak bardzo, że do dziś na wspomnienie scen ze złowrogim NKWD Królowa Matka popada w otępienie, a minął już miesiąc.

Przesłuchania prowadził inny zły pan z NKWD, ten nie tylko pytał „Wy szpion?”, ale jeszcze nakrzyczał na Bodo, że co on sobie wyobraża, że jest od kogoś lepszy? A bo wcale, że nie jest! ŻEBY WIEDZIAŁ!!! Nieszczęsny Bodo, tak mu to zmiażdżyło morale, że dziw prawdziwy, że nie umarł na sali przesłuchań, jak stał normalnie.

Wyrafinowane tortury przyjęły postać okrzyków: „Nie bić, nie bić!”, co jest, jak wie każda osoba, która ukończyła polską szkołę, zachowaniem typowym dla oficerów NKWD, oraz prześwietleniem filmu, specjalnie na tę okazję trzymanego w enkawudowskich kazamatach. Bodo powtarzał słabym głosem: „Niet, niet”, a Królowa Matka, zamiast przeżywać do głębi, czuła się rozdarta między chęć wybuchnięcia nietaktownym a nieopanowanym śmiechem, popadnięciem w stupor, urżnięciem się w trupa, gdyż jedno co warto to upić się warto, oraz pohamowywaniem impulsu, by siąść w kątku i pokiwać się, ssąc kciuk.

13 stycznia 1943 roku Bodo zostaje skazany na pięć lat obozu pracy jako element skrajnie nie rokujący i nie współpracujący z przesłuchującymi (i to mimo, że tak na niego krzyczeli!).

Ostatniej sceny Królowa Matka stara się nie pamiętać, acz nie wyklucza, że z jej duchowością cepa po prostu jej nie zrozumiała.

Opisze ją jednak dla osób bardziej wrażliwych i/lub bardziej oblatanych filmowo:

Dwóch enkawudzistów ciągnie omdlałego Bodo trzymając go pod ręce, a świat robi się coraz jaśniejszy i jaśniejszy.

Robi się biała, biała przestrzeń.

Bodo wchodzi w światło, odpalony w najlepszy garnitur (a nawet smoking, zdaje się, Państwo wybaczą, że Królowa Matka nie sprawdzi), wyglądając jak milion dolarów.
 
Mija samego siebie w wieku młodzieńczym, wymieniają uśmiechy.

(Królowa Matka robi przerwę na przetarcie oczu, namacanie szczęki na podłodze i umieszczenie jej na mniej więcej właściwym miejscu).

Wchodzi na dłuuuugie, białe schody, na szczycie których tuziny girls (wiecej girls niż statystów w całym serialu) wykonują radośnie (NAPRAWDĘ radośnie, żeby nie było) i rewiowo, że proszę siadać, "Ach śpij, kochanie". 

 
Bodo mija girlsy z wachlarzami i w pończochach, i podąża w górę schodów, jak Królowa Matka mniema, ku nieśmiertelności. 

Źródła zdjęć

  Odwraca się i posyła uśmiech nam wszystkim, obserwującym całość bez tchu normalnie. 
 
(Emocjonalny cep w Królowej Matce na przemian histerycznie się śmieje i przykłada lód na miejsca spuchnięte od facepalmów). 
 
W pierwszej chwili Królowa Matka chciała napisać, że pożąda tego zioła, które bez najmniejszej wątpliwości zażywał autor sceny finałowej serialu, ale po namyśle - jednak nie, bo to musi mieć nieodwracalne skutki uboczne.

Ponadto jako laik miała opory, żeby wyśmiać ten finał po całości, wszak może na przykład te girlsy z wachlarzami znaczą coś, o czym nie wie, i palnie potworne fopa natrząsając się z nich niemiłosiernie. Pobiegła więc konsultować się z internetem i poczytać wypowiedzi twórców, producentów, rozkochanych widzów, jak również komentarze na forach.

Dowiedziała się z nich, że ten finał to jak Fellini oraz David Lynch ze swoim „Miasteczkiem Twin Peaks”.

Jaki film, taki Fellini, tyle ma Królowa Matka do powiedzenia w tej kwestii.

I taką prawdę o naszej historii i tragicznym losie człowieka wplątanego w jej tryby poznają Brytyjczycy, jeśli ktoś w BBC zaszaleje i kupi ten serial.

...

...

...

Co to Królowa Matka chciała...

A, tak.  BBC.

Trzymajcie się BBC, kochani Czytelnicy.

Przyjacielska rada od Królowej Matki na...





KONIEC


by Anutek (noreply@blogger.com) at czerwiec 28, 2016 11:33

Bezwstydnica

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj [RECENZJA] Katarzyna Boni, Ganbare! Warsztaty umierania, którego autorem jest Maika

Ok, już wiem. Chętnie przeczyałabym o plusach i minusach życia w Indonezji – chodzi mi oczywiście o punkt widzenia obcokrajowca, co przeszkadza, a co się podoba. I przepraszam, że tak długo się namyślałam :( Pozdrawiam serdecznie!

by Maika at czerwiec 28, 2016 06:53

Kurlandia

zycie na kreske

Tokyo Pongi (komentarze)

czerwiec 27, 2016

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

errata do podziękowań-uważaj kogo i skąd wyrzucasz

Do relacji ze Święta/poprzedni post/ nieco dorzuciłam. Filmy: ze Mszy Św. z ważną homilią Ks.Kard.K.Nycza i reportaż Kamiliańskiej Misji, czyli Święto widziane ich oczyma oraz ….sorry, pominięty udział w imprezce ludzi z Centrum Myśli JPII. Muszę dorzucić coś jeszcze, choć biłam się z myślami, czy powinnam. Ksiądz Kardynał w gorących słowach zachęcał nas do wzięcia […]

by siostra at czerwiec 27, 2016 10:09

Kurlandia

Odpowiedź Pani Stasi.

Pamiętacie Staruszkę o smutnych oczach*?

Na stronie Stowarzyszenia na Rzecz Wspierania Aktywności Seniorów As znalazło się zdjęcie listu Michałka oraz odpowiedź takiej treści:

„Kochany Michale Głodzik!!!
Pani Stasia bardzo serdecznie dziękuje. Czytając ten list od Ciebie miała łzy w oczach, prosiła abyśmy przekazali że bardzo serdecznie cię pozdrawia i przytula :) zaprasza również do Mławy do naszego Centrum Aktywnego Seniora gdzie uczestniczyć będzie w zajęciach :)
Czytając ten list bardzo się wzruszyła, mówiąc że ludzie wrażliwi i dobrzy mają wielkie serca a dobro którym się dzielą to jedyna rzecz jaka się mnoży gdy się ją dzieli.
Zrobiłeś Pani Stasi i nam wielki prezent, bo jesteś przykładem że czasami dobre słowo i uśmiech są droższe od jakichkolwiek prezentów czy pieniędzy :)
Dziękujemy Ci bardzo i publikujemy Twój list jako wzór zachowania i wrażliwości, na prośbę Pani Stasi, która powiedziała: zamieście ten list w internecie, niech każdy go przeczyta bo to co napisał Michałek jest piękne i inni mogliby się od niego uczyć. Więc czynimy swoją powinność
pozdrawiamy Cię serdecznie :) <3 :”

Michała komentarz:

„Bardzo jestem szczęśliwy, radosny, że Pani miała łzy w oczach (ze wzruszenia). Bardzo się cieszę, że Pani dostała ten list”. Z wakacji wyśle kolejny…

***

*
https://www.facebook.com/fundacjaas/photos/a.1229759767049517.1073741829.1221842777841216/1437877126237779/?type=3&theater

by Iga at czerwiec 27, 2016 06:33

Skorpion w rosole

(220) Co robią skrzaty w promocji? Oraz sesja i biżuteria!

     15 czerwca nie był pod żadnym względem dniem nadzwyczajnym. Nie było trzęsienia ziemi, bo ten fakt zanotowały sejsmografy w poniedziałek, wiadomo, najgorszy dzień tygodnia usiany zawałowcami i gęstym trupem.
   
    Dzień był niby słoneczny ale przydymiony, niby bezchmurny, ale grzmiący głosem piorunów. Ktoś miał rocznicę ślubu, ktoś tam komuś się urodził, ktoś świętował oblany egzamin albo dwie kreski na teście. Po dwóch tygodniach chyba już nikt nie pamięta, co tego dnia robił.

     Tymczasem, gdzieś w podziemiach matrasów i empików, zgraja pracowitych skrzatów ciągnęła za sobą dębowe skrzynie wypełnione czymś zielonym. Niestety, nie dolarami. I nie zużytymi chusteczkami higienicznymi, to akurat dobrze. Ale z tymi chusteczkami blisko, blisko, elementem zbioru wspólnego są wydzieliny głowy i celuloza.

- Jasny gwint, ale to ciężka rzecz, ta literatura! - zauważył pierwszy, wysupłując skołtunione bokobrody spomiędzy deszczułek skrzyni.

- Dokładnie!. A wszyscy gadają, że lekkie pióro! Że leciutko się czyta! Że poczucie humoru nic nie waży!

- Gówno prawda, ci powiem - spomiędzy wyplątanych bokobrodów zaraz za słowami wytrysnęła porcja gęstej śliny, lądując finalnie na ścianie katakumb księgarni. Zapadła cisza przerywana chrapliwymi oddechami o konsystencji bąka. Obaj skrzaci patrzyli leniwie jak ślina spływa po ścianie, zostawiając po sobie ślimaczy ślad.

- Wiesz. Ale podobno całkiem gładko się czyta - oczy osadzone nad bokobrodami śledziły tor plwociny aż do samej podłogi.

- A w dodatku ta blondyna z tego erotycznego autorskiego trójkąta schudła znacząco - między wąsem a brodą drugiego ukazał się mokry, różowy język podobny do jaszczurzego. Po chwili znikł w gąszczu zarostu wijąc się jak robak. Żółte ślepia błysnęły obleśnie w półmroku - wiesz, że ona latem nosi wyłącznie krótkie sukienki? I to bez niczego pod spodem?!

- Czasem dobrze być małym, co? Hehe! - spomiędzy splotów trzęsących się bokobrodów wysypały się okruchy starego gulaszu i rechot. Okruchy spadły na podłogę, a rechot wkręcił się głęboko w brudne ucho wąsacza. Ten pokręcił długim, żółtawym paznokciem w głębinach swej muszli, oblizał go ze smakiem i pomlaskując, sięgnął do skrzyni po książkę. Mokrym palcem przerzucił kilka kartek. - Ty, słuchaj, tu są nawet momenty! - dorzucił po chwili.

     Ukucnęli przy oplutej ścianie, ściskając w lepkich łapach książkę. Dwie pary oczu pełzały zachłannie po rzędach czarnych liter, a trzy ręce naprzemiennie gładziły najpierw śliską, sztywną okładkę, a potem wysuwający się spod zarostu wilgotny jęzor. Czwarta całkiem jawnie drapała goły pośladek. Pod bokobrodami powstało podciśnienie, powietrze zostało ze świstem wessane do płuc właściciela, który to, modulując głos, przeczytał, co następuje:  


"Odskoczył, uderzając plecami w drzwi. Te uchyliły się
nieco pod jego ciężarem. Stukułka, nie mając oparcia,
zsunął się po ich gładkiej powierzchni i upadł jak długi,
lądując głową między czyimiś korpulentnymi łydkami
stojącymi za progiem. Leżąc na wznak, przesunął wzrok wyżej,
na uda, skądinąd znajome. Nad nim, jak Statua Wolności,
stała Aldona Maieuskaus, dzierżąc we wzniesionej dłoni pogrzebacz, 
a w drugiej kajet. I Stukułka, patrząc na promienie okalające głowę Aldony
– a były to ołówki kopiowe, którymi wypełniała księgi w magistracie – 
doznał olśnienia i zobaczył wolność wiodącą lud na barykady.
– Aldono! Miłości mojego życia! Będziemy wolni! Ty i ja! 
Wydrzemy się z tych kleszczy wojny i pobiegniemy
ku jutrzence swobody. „Jest to najmądrzejsze posunięcie
 ze wszystkich, które uczyniłem.”, Stukułka był pewien, że czyni słusznie.
 „Lepiej będzie, gdy krew Aldony zamknięta w tak kształtnym ciele
nie zostanie przelana. Czymże jest poświęcenie dla ojczyzny?
Czyż lepiej będzie, że zginiemy tutaj, czy może damy sobie szansę
poza tym kotłem świata? Jeśli zginiemy w drodze,
cóż, taki zamysł Opatrzności. Ale dajmy sobie tę szansę.
Dajmy ją naszym nienarodzonym dzieciom!”
Po czym od razu przeszedł do czynu na skrzypiącej kozetce 
w drugim pokoju, zostawiając skonsternowaną,
przyścienną staruszkę samej sobie (jednakże czuł fizycznie
czyjeś oko świdrujące przez dziurkę od klucza
i prześlizgujące się po ich splecionych, nagich ciałach).
„Ljubow nie kartoszka – Dłużej gorąca, a i w towarzystwie lepiej smakuje”,
Stukułka, doszedłszy do tych życiowych eksperiencji, mlasnął
i zasnął na ciepłym biuście Aldony".*)


*) "Wędrówki i myśli porucznika Stukułki" wydawnictwo MG, premiera 15.06.2016


     Finalnie skrzaty zdołały dostarczyć książki do miejsca ich intymnych spotkań z Czytelnikami, gdzie, drodzy Czytacze możecie ją odnaleźć pod literką T jak Tyrmand Leopold. (Kaczce i Skorpionowi doniosły skrzynkę szampana, którego sączą mocząc odnóża w basenie (nie szpitalnym)).

     A jak to się zaczęło i jak to Kaczka i Skorpion wygrały konkurs, można doczytać tutaj:

http://booklips.pl/newsy/napisaly-najlepsze-zakonczenie-minipowiesci-tyrmanda-ich-tekst-ukaze-sie-w-ksiazce-razem-z-dzielem-autora/

i w skorpionim pamiętniczku tutaj:


Mat, jak uważasz, który profil jest mniej przykry dla oglądających?



No, ale książkę trochę też uchwyć, co?



Bez przesady!



O, idealnie. 



Dla wnikliwych - taaaak, mam profesjonalny pierścień :D



Wykonany na podstawie rysunku Newy, który jest zdjęciem profilowym Skorpiona na FB :



Cmok!
Wracam do basenu! A Wy czytajcie!


by Skorpion pandeMonia (noreply@blogger.com) at czerwiec 27, 2016 12:51

falkografioly

Ukryty za krawędzią Wszechświata

falko


Ukryty za krawędzią Wszechświata


Lądy, morza, oceany i Ameryka dawno odkryte.
Szukać do nich drogi, to otwierać dawno rozwarte wrota.

Doświadczanie na własnej skórze
niezliczonych elementów
kultury, literatury i sztuki
upoważnia do szukania w różnych,
czasami futurystycznych,
czasami historycznych dekoracjach
odpowiedzi na pytanie o kondycję
człowieka wyobcowanego,
zamkniętego w niewielkiej przestrzeni,
zmagającego się z wyrzutami sumienia,
nękanego przez złe wspomnienia
i bezradnego wobec bólu straty.
Człowieka obarczonego obowiązkiem
poznawania wszechświata
i swojego w nim miejsca.

Czy jest możliwa komunikacja?
Próbę porozumienia
utrudniają tajemnicze byty.
Z pamięci do rzeczywistości
przychodzą istoty z dalekiej przeszłości
spiętej klamrą wspomnień.
To bywa trudne do zniesienia.
Czy Bogowie drwią,
czy może w ten okrutny sposób
wskazują drogę? 
Brak kontaktu z nieznanym.
Może porozumienie jest niemożliwe,
kiedy na przeciw siebie stają
byty skrajnie odmienne
doświadczeniem, świadomością,
pojęciem i pojmowaniem?

Niemożność zrozumienia Wszechświata
wynika z niemożliwego
- ludzkie schematy i doświadczenia.
Romans, satyra, parodia i medytacja.
Wszystko naraz, a jednak nie jednocześnie.
Natura ludzkiej świadomości
nie daje się sklasyfikować tak łatwo.

Zamknięty w klaustrofobicznej,
niesamowitej i katastroficznej przestrzeni
człowiek czuje frustrację i strach.
Targany, w niespiesznie przesuwającym się czasie
emocjami  i wątpliwościami staje, któryż to już raz,
na krawędzi oceanu wszechświata
zadając pytania, na które nie ma odpowiedzi.

Wiesław falko Fałkowski, 2016


 


by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at czerwiec 27, 2016 12:05

Kurlandia

10 lat mniej

Znacie mnie. U mnie co w sercu to na języku. Jak jest źle, to otwarcie mówię, że gasnę. Jak podejmuję walkę o swoje zdrowie i szczęście, to staram się być konsekwentna. Upór to moja najmocniejsza cecha, która pozwala nadrobić niedobory w wiedzy czy umiejętnościach. Chciałabym dziś przedstawić efekt moich trzy- czteromiesięcznych starań. Ponad dziesięć lat mniej. Mój biologiczny, metaboliczny wiek oceniono ostatnio na 20 lat. I tak też się czuję.

To zdjęcie nazwałam żartobliwie „minutą lansu”, a tak poważniej…Chodzi mi o to, żeby każdy z nas zastanowił się, co ostatnio zrobił dla siebie. Wyłącznie dla siebie! Zatracamy się gdzieś w dbaniu o wszystko i wszystkich. A przecież zasługujemy na wsparcie nie mniej, niż pozostali członkowie rodziny. My też zasługujemy na odpoczynek, chwilę beztroskiego lenistwa i na to, by realizować własne marzenia. Czy jesteśmy gotowi dać sobie przyzwolenie na to, by zadbać również o siebie? Ja potrzebowałam trzydziestu pięciu lat, by wzrósł we mnie zdrowy egoizm. Mało tego, stanowczo bronię swojego prawa do myślenia o sobie. I już się nie cofnę, bo podoba mi się reorganizacja naszej rodziny.

Zaczęłam jadać często, ale małymi porcjami. Z pięciu – pitych codziennie – kaw z mlekiem, poprzestałam na dwóch. Jadam niewiele słodyczy, makaronu i białego chleba. Ogórki małosolne i owoce na przekąskę, gdy głód zaczyna ssać w żołądku. Piję dużo wody i soku pomidorowego z potasem. Do tego doszły częste wygibasy z Michałem przy disco polo, tak po pół godziny kilka razy w tygodniu. Chodzę pieszo, kiedy tylko mogę. Staram się wysypiać, chodzę na popołudniowe drzemki i nie czuję się winna. Napinam mięśnie ud i pośladków podczas oglądania telewizji czy siedzenia przy laptopie, regularnie masuję skórę podgrzewanym pasem wibrującym (wybrałam go kiedyś z uzbieranych punktów na stacji benzynowej). W sumie tyle. Wystarczyła konsekwencja i czas.

Najtrudniejsze w tym wszystkim była nie dieta czy ćwiczenia, lecz zmiana sposobu mojego myślenia. Zastanów się, tak na spokojnie…życie mija miesiąc za miesiącem, rok za rokiem…a Ty zawsze myślisz, że jeszcze kiedyś przyjdzie ten Twój moment. Pewnego dnia jednak orientujesz się, że jesteś na skraju wyczerpania i absolutnie nikt tego nie widzi. Bo wszyscy przyzwyczaili się do tego, jak wiele z im siebie dajesz i uważają to za normalne. Dziecku uginają się półki od wymarzonych klocków, a Tobie zdarły się ostatnie buty na lato. Zamiast kupić sandały, dokładasz do kolejnej upragnionej zabawki dla malucha. Brzmi znajomo?

Śmieszne? Straszne. Czas coś z tym zrobić! Trzeba sobie (przede wszystkim sobie) powiedzieć: dość! Zacznij od drobnych przyjemności: długa kąpiel z książką w ręce, wieczorny spacer w upragnionym chłodzie – nieważne. Byle to było tylko i wyłącznie Twoje, własne, osobiste doznanie. A potem po kolei: zmiana sposobu żywienia, trochę ruchu, wizyta u fryzjera…

Wraz z nowym wyglądem i podleczonym zdrowiem, zaczęłam promieniować energią. Zauważono, że często się uśmiecham. Wieczorki z Mężem stały się gorące i pełne emocji…Wystarczyło, że zaczęłam się stosować do własnych rad: KAŻDY W RODZINIE JEST TAK SAMO WAŻNY. Nie trawią mnie już wyrzuty sumienia, wszystko jest teraz dobrze. I już się nie cofnę.

***

 

by Iga at czerwiec 27, 2016 07:50

Ja jestem Blog Agaty Komorowskiej

Wszystko przez Ciebie Tato!

Mój tata nie był ideałem, taki pewnie nie istnieje, ale jestem pewna, że znalazłoby się kilku, którzy w rankingu wypadliby lepiej. Idąc zgodnie z panującymiWIĘCEJ...

Artykuł Wszystko przez Ciebie Tato! pochodzi z serwisu .

by Agata at czerwiec 27, 2016 07:35

Smoking kills...

O UPALE I O TYM, ŻE EKSPERYMENT WIELE ZMIENIA

 

O panie, jak przygrzało. Nie, żebym się skarżyła, bo lubię takie ciepło – chociaż oczywiście inaczej bym śpiewała, gdybym musiała w taką pogodę pracować nie w zacienionym pokoiku. Nawet niekoniecznie od razu dekarzem – wystarczy być kelnerem w lokalu z ogródkiem. Albo sprzedawcą na bazarze. Albo rozładowywać towar dla biedronkowych grasowaczy (kefir Krasnystaw! Ajlowiu, Biedronko).

W każdym razie – było bardzo ciepło, bo nagle zaczęłam mieć ciepłe stopy. Normalnie w ciągu dnia, bez skarpet, w japonkach. Zwykle mam zimne jak ogórek, więc jest to jakieś wydarzenie w moim gnuśnym życiu. No, ale po wczorajszej burzy wszystko wróciło do normy.

A teraz mam zagadkę. Na którą nie znam odpowiedzi, więc raczej nie zagadkę, tylko zwykłe laickie pytanie do kogoś mądrzejszego: CO TO JEST?

Coto

Na pewno TO jest jadalne, ponieważ zostało zdjęte z kotleta przez mojego tatusia. W jakiejś restauracji podali gałązkę TEGO jako przybranie, a on zamiast zjeść, to mi TO dostarczył i polecił włożyć do wody, że niby na pewno puści korzonki. Oczywiście nie wierzyłam w to za bardzo, ale do szklanki z wodą włożyłam, bo to mniej wysiłku niż się kłócić. I co? I puściło korzonki! W nagrodę dostało od N. doniczkę i oszalało ze szczęścia. Ma grube, mięsiste liście z włoskami, ale najlepsze, że jak się to „postraszy”, czyli przejedzie dłonią albo potrząśnie, to zaczyna wydzielać mocny zapach, taki świeży, cytrusowo – miętowy. Więc pewnie jakaś mięta, ale dziwna, bo mięta ma płaskie listki, a to – mięsiste, jak jakiś aloes.

W tle okno, którego nikt nie chce myć. Są po prostu masakrycznie piekielne do umycia. W dodatku pojedyncza szybka jest jakieś 3 – 4 cm węższa od karchera do okien, więc dupa zbita. Ciągle czekam na telefon z NASA, żeby zaoferowali mi udział w projekcie „Jak długo można nie myć okien”, bo tak po prostu nie myć bez eksperymentu to się jest pospolitym brudasem, a z eksperymentem – naukowcem. Z brudnymi oknami, ale naukowcem.

by Barbarella at czerwiec 27, 2016 06:46

moje waterloo

2321

Piesek Leszek uczestniczył w kolacji.

Co prawda odrobinę mentalnie, bo nie dopuszczono go do stołu, ale jednak fakt jest faktem. Bacznie obserwował każdy kęs wędrujący pomiędzy talerzykiem a ustami ludzi. Był odrobinę zawiedziony - w końcu ostatnio jadł aż godzinę wcześniej i było rzeczą absolutnie oczywistą, że za chwilę zemdleje z głodu. Tymczasem ludzie zdawali się w ogóle tego nie zauważać!

W pewnej chwili piesek Leszek dostrzegł, że na talerzu pozostała jedna kromka, którą nikt nie był zainteresowany. Pociągnął nosem i skonstatował, że mamy do czynienia z bułeczką, masłem i dżemem wiśniowym. Zasępił się srodze, jego brwi podskoczyły w niemej pretensji, a mars zmarszczył szlachetne czoło. Co robić?! Ludzie byli tak okrutni, że mogli nie zauważyć konającego z głodu psa! Przy tym, o czym piesek Leszek wiedział najlepiej, charakteryzował ich również całkowity brak rozsądku: potrafili wylać resztkę zupy! Wyrzucić do śmieci kawałek ziemniaka! A raz - o, Boże! - raz widział, jak pozbywają się suchej bułki... Była tylko troszeczkę zapleśniała! Nadawała się!!!

Piesek Leszek sądził czasami, że zmówili się, by morzyć go głodem. Co "trzy posiłki"? Co "trzy posiłki"?! Co to są dla psa trzy posiłki?!! Preludium, wstęp i, że tak powiem, awangarda!!!
Piesek Leszek powoli zstępował do piekieł i osuwał się w otchłań rozpaczy.

Nagle - udręczony do ostateczności - zauważył, że w jego stronę podąża talerzyk z kanapką. Kyrie elejson! Bułeczka! Masełko! I dżemik wiśniowy!!
OMNOMNOMNOMNOM!!!

Co za ulga, O Najszczekliwszy!, co za ulga...

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at czerwiec 27, 2016 07:05

Dzieciowo mi

Presto, presto, pasty i pesto!

W życiu nie wpadłabym na to, że można tak pyszne uzupełnienie chleba naszego powszedniego zmajstrować za pomocą roślin! Nie wpadłabym, ale na

by Malwina Ferenz (Krusz.) at czerwiec 27, 2016 05:00

zycie na kreske

Kura pazurem

Plener w Szczecinie

I znów powróciłam. Chyba zmieniam się w bumerang. Pojawiam się i znikam.

Muszę przyznać, że kocham Szczecin, a on próbował mnie wykończyć. W piątek był taki upał, że szło się udusić, dostać zawału i palpitacji serca. Wszystko oczywiście jednocześnie. Stoiska Pleneru Literackiego były w wielkim namiocie. Wyobraźcie sobie ponad trzydzieści stopni na dworze, a w namiocie istny piekarnik. Nie miałam ani ja, ani koleżanka (Dorota Schrammek) wentylatora, udało się nam go zdobyć dopiero w sobotę. Oczywiście w piątek szczecinianie mieli lepsze zajęcie niż wchodzenie do naszego namiotu przypominającego saunę, więc wędrowali tylko najtwardsi. W sobotę od rana było lepiej, ale o piętnastej mecz, więc znów ludzi wywiało, a dla pewności przywaliło kilkoma piorunami, poprawiło deszczem, próbowało zerwać namiot i tyle.

Najprzyjemniej było w niedzielę, bo i książki się sprzedawały, toczyły się ciekawe rozmowy z czytelnikami, a i niespodziankę miałam, bo brat blogerki Socjoblożki odwiedził mnie przy stanowisku! Poznałam też kilka blogerek recenzenckich i kilka pisarek, między innymi Wiolettę Piasecką – autorkę książek dla dzieci (którą oczywiście serdecznie pozdrawiam).

Tego dnia byłam też odpytywana na scenie przez dziennikarza pana Tomasza Zaperta. To był mój pierwszy raz z mężczyzną, bo do tej pory spotkania prowadziły kobiety. I przyznam, że z męskim moderatorem jest równie dobrze jak z żeńskim.

Szczecin

Aha! W sobotę przy stoisku można było spotkać Wojciecha Cejrowskiego. Pewnie wiecie, że pochodzi z Kociewia, więc kiedy przechodził koło nas, zaglądając na stoisko, oczywiście zagadałam. Okazało się, że przyszywana Kociewianka się nie liczy.

– Mój mąż z krwi i kości Kociewiak – chwalę, bo pan Wojciech od razu do nas po kociewsku zaciągał.

– A skąd?

– Ze Starogardu.

– Eee, miastowe. Miastowe się nie liczą. – Zaśmiał się. Ale co jak co, mój mąż pełną gębą i pełnym sercem Kociewiak i kocha to swoje miejsce na ziemi jak mało kto. I co, że miastowy, nie? Jak mój ci on i tyle.

Przyznam, że to był bardzo pracowity i wyczerpujący czas, ale wróciłam do domu zadowolona, bo najcenniejsze zawsze są nowe znajomości, dobrych ludzi należy „kolekcjonować”.

I zgadnijcie, kto się cieszył najbardziej z naszego powrotu. No kto? Aż lizał mnie po rękach, wtulał się i domagał uwagi. Kogo obstawiacie?

by anna at czerwiec 27, 2016 03:58

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Relacja z frontu, czyli o tym jak szukam pracy w Japonii, którego autorem jest Dan

Jestem dosc dlugo w Japonii i mysle, ze mam dosc dobre pojecie o tym jak znalezc prace tutaj, ale aby to osiagnac trzeba byc – niestety- realista. Japonia jest krajem technologicznie rozwinietym. Mam oczywiscie na mysli wieksze miasta, a zwlaszcza Tokio, poniewaz poza tymi miastami Japonia jest w oplakanym stanie. Japonia to kraj ogolnie zamkniety dla obcokrajowcow. Dopiero od – powiedzmy – 20 lat Japonczycy sa „otwarci” na „obcych”. Ludzie Zachodu, a glownie Europy Wschodniej sa tutaj egzotyka. Nieznane zawsze przeklada sie na ryzyko, a firmy nie lubia ryzyka – to jest bardzo wazny fakt. Praca jest oferowana przez firmy japonskie (kaisha) oraz przez firmy zagraniczne (gaishikei). Praca w japonskiej firmie to nie praca tylko sluzba w firmie, to oddanie swego calego czasu firmie – tak mysli Japonczyk. Dlatego na rozmowie o prace w japonskiej firmie zawsze trzeba podkreslic, ze mamy dlugoletnie plany zwiazane wlasnie z ta firma, chemy zostac liderami, chcemy wprowadzic miedzynarodowego ducha do firmy i – najwazniejsze – trzeba prosic o szanse. Tutaj licza sie marzenia i motywacja. Glosne oswiadczene, ze mamy wielka motywacje moze dac wam natychmiast prace – bo jest to rodzaj zobowiazania sie, a Japonczycy to cenia. W firmach miedzynarodowych jest nie co inaczej. Zazwyczaj sa to firmy finansowe lub software’owe, w takich firmach najczesciej wymagany jest angielski, z ktorym Japonczycy maja problem, a to daje nam juz pewna przewage.Ogolnie japonski jest podstawa i tego jezyka oczywiscie trzeba sie uczyc – ale plynnosc przyjdzie z czasem. Bez znajomosic jezyka odpada nam 90% ofert. W pozostalych 10% kladzie sie nacisk na jakas zdolnosc – i tutaj mamy pewna szanse. Trzeba sprawdzac jaka zdolnosc jest w cenie. Na przyklad – byl taki czas niedawno, ze zapotrzebowanie na programistow iPhone bylo tak duze, ze japonski nie byl warunkiem przyjecia do pracy, ale trzeba bylo sie szybko przekwalifikowac. Japonia w glownej mierze opiera sie na szeroko rozumianej informatyce – i tutaj mozna znalezc najwiecej „okazji”. Obecnie robotyka staje sie ta galezia, gdzie zapotrzebowanie bedzie stopniowo wzrastac, takze sieci oparte o tzw. cloud, a co za tym idzie moza szukac pracy np. w internetowej sprzedazy (ecommerce). Glownie chodzi o powiazanie 2-3 zdolnosci, Japonczycy maja z tym problem. Prosze pamietac, ze wszystkiego mozna sie nauczyc w rok. Przemysl IT jest tak dynamiczny, ze praktycznie po pol roku nasza wiedza sie przedawnia. Ja sam zmienialem zawod 4 razy i zapewne zmienie nie raz. Prosze takze pamietac, ze napewno jest 1000 firm, ktore by nas zatrudnily – tylko trzeba je znalezc, do tego potrzebny jest plan, wytrwalosc i niestety pieniadze. Jesli mamy jakas zdolnosc, zawsze nalezy ja podkreslic np. zamiast ” umiem sprzedawac paczki” powiino byc „posiadam zdolnosc przyciagania kliena, szybkiej i milej obslugi oraz bes stresowego rozwiazywania konfliktow” – to jest to co ceni pracodawca. W IT bardzo dobrze jest przygotowac prezentacje, lub wydrukowac kilka stron z przeszlymi projektami – a jesli ich brak to przyklady projektow, ktore was interesuja, tak aby pokazac proacodwacy, ze myslicie powaznie ( nie chodzi mi tutaj o cv, ale o prawdziwe przyklady). Najlepsza droga jest obranie wlasciwego planu. Jesli nie masz wyksztalcenia to sprobuj zrobic jakas internetowa szkole (zazwyczaj dyplom mozna uzyskac szybko) – z czasem kosz sie zwroci. Nie trzeba w cv wspominac, ze to dyplom internetowej szkoly. Jesli masz dyplom to przegladaj codziennie oferty i zdecyduj sie na opanowanie jakiejs zdolnosci. W ofertach czesto jest napisanie co jest wymagane.Z czasem oferta sie powtorzy i wtedy nasze szanse rosna. Osobiscie, proponuje abyscie szukali pracy w firmach miedzynarodowych. Firmy japonskie maja tendencje do nie placenia za nadgodziny, do nie zgadzania sie na urlopy, do utrudniania kariery, do zmuszana do pracy poza wyznaczonym czasem – nie wspomne o samej naturze i atmosferze pracy. Nie warto.

by Dan at czerwiec 27, 2016 03:38

czerwiec 26, 2016

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

podziękowania tendencyjne

Udało się!!! Mimo straszliwego upału. Od razu wniosek na przyszłość. Jak się modlimy o pogodę, to trzeba stawiać Panu Bogu warunki graniczne: zakres temperatur, ilość opadów, siła wiatru itd. Bo pogoda przecież była i owszem. Tylko nieco przesadzona. Podziękowania się należą, co wykonali już nasi Przyjaciele z Sant’Egidio i Kamiliańskiej Misji. Ja dorzucę  kilka wspólnotowych. […]

by siostra at czerwiec 26, 2016 09:32

zapiski zgagi

Posypały się niektóre sobotnie imprezki…

Nie żałuję wprawdzie, bo przynajmniej z decyzyjnością nie było kłopotu.

Na przeszkodzie stanęły trzy czynniki obiektywne: straszliwy upał, popołudniowe nawałnice i, oczywiście, mecz. Truskawkobranie odpuściliśmy sobie oboje z Małżem zgodnie. Bo daleko, poza tym Asia, która tam grała kiedyś, powiedziała, że to w sumie tylko festyn jak festyn…

W samo południe udałyśmy się z Beatką na Jarmark Żuławski, o rzut beretem od naszego grajdołka. No, rozczarowanie… Ludzi jak na lekarstwo, poza zwiedzaniem domu podcieniowego (który już skądinąd znamy dość dobrze) trzy czy cztery kramiki z miodem, lekturami o tematyce regionalnej i jakimiś bibelotami. Nabyłyśmy w ramach ciekawostek po słoiczku musztardy z rabarbaru, Beatka jeszcze się zaopatrzyła w miód i do domu, by chłodu zaznać.

Byłam nawet gotowa po meczu wyskoczyć jeszcze do Błotnika, by zobaczyć jak tam przebiega impreza nadwodna, ale już od circa siedemnastej zaczęło błyskać i grzmocić… I tak do nocy samej.

Za to piątkowe urodziny Ani bardzo, bardzo sympatyczne! Wprawdzie do mniej więcej dwudziestej drugiej nie było czym oddychać, ale daliśmy radę. Bezcenne okazały się tekturowe tacki, tym razem  w roli wachlarzy… Aż mnie rano nadgarstek bolał!

A dziś spotkaliśmy się całą rodziną u Pierworodnego na urodzinach wnuków. Znów bardzo miłe trzy godzinki. Chłopaczki zadowolone z prezentów, smaczny obiadek, wesołe pogaduchy… Czego chcieć więcej?

by Zgaga at czerwiec 26, 2016 09:26

moje waterloo

2320

Kiedy rozpoczęła się nawałnica, postanowiłam skontrolować, jaką zwierzynę mamy w domu.
- Edek śpi na drapaku - powiedział Prezes.
Pies był oczywisty.
- A gdzie reszta? - zapytałam.
- Wygląda na to, że na survivalu.

Godzinę później, gdy deszcz już ustawał, otwarłam drzwi wejściowe. Na progu siedziała Zofia, zaledwie leciutko wilgotna, za to z miną wielce zniesmaczoną, że się tak ociągałam. Najwyraźniej przeczekała ulewę w garażu, bo wcześniej sprawdzałam czy nie wraca do domu, ale nie byłam aż taka lekkomyślna, żeby plątać się po ogrodzie w ulewie. Pod drzwiami jej wtedy nie było.
- A gdzie Karolek? - martwiłam się. - Myślisz, że ten deszcze gdzieś go złapał? Zaziębi się.
- Nic nie poradzimy - zasępił się Prezes.


Stojący między nami z zadartą główką Karolek minę miał również zaniepokojoną. Ale aż parowało z niego przekonanie, że przebywanie Karolka na takim deszczu byłoby wysoce niestosowne, a nawet niebezpieczne. Co prawda nie do końca wiedział, o jaki deszcz chodzi, ponieważ przespał go w szafie, ale co racja, to racja.

Obiekt niepokojów. Głównie własnych.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at czerwiec 26, 2016 06:47

Dzieciowo mi

Homo dyskontus

Naukowcy nie są zgodni, kogo należy uznać za przodka homo dyskontus. Gatunek rozprzestrzeniony jest właściwie po całym świecie, ale choć typ zachowań

by Malwina Ferenz (Krusz.) at czerwiec 26, 2016 05:18

Krolowa Matka i Banda Czworga

Głos w sprawie sztachet w płocie

Nadeszło lato.

Czas krótkich spodenek, powiewnych sukienek, spódniczek mini, i tych maksi z maksymalnymi rozcięciami też, bluzeczek z dekoltami, koszulek na ramiączkach. Czas bikini i kostiumów jednoczęściowych, czasem, bywa, więcej odkrywających i bardziej ekstrawaganckich niż nawet najbardziej skąpe bikini.

Czas odchudzania się

Nad odchudzaniem się pochyla się o tej porze roku ze zrozumieniem cały świat, od koleżanek w pracy począwszy, poprzez przyjaciół i rodzinę, po wielkie koncerny produkujące tzw. zdrową żywność, specyfiki ułatwiające spalanie tłuszczu lub też sprzęt do ćwiczeń. W gazetach, czasopismach i na portalach internetowych festiwal diet, a im dziwniejsza nazwa, tym lepiej. Dieta Dukana, dieta raw, dieta 5:2. Dieta lemon detox, dieta koktajlowa, dieta owsiankowa. Dieta Igpro. Dieta kopenhaska, winogronowa, owocowa, dieta dla osób z problemami naczynkowymi, ze skłonnością do cellulitu, ze skłonnością do rozstępów.

Ciekawostki – pomocne i te mniej pomocne. Chcesz schudnąć, jedz jajka. Ananasy. Grapefruity. Suplementy wspomagające odchudzanie. Albo, przeciwnie, nie ruszaj suplementów nawet kijem, to tylko sprytny sposób naciągania klientek na kasę. Lepiej spożywaj ser kozi, ser feta. Orzeszki pinii popijaj zieloną herbatą.

I oczywiście programy ćwiczeń. Treningi na siłowni, bieganie, joga. Medytacje pomagające w schudnięciu. Trening aerobowy (przebóg, co to w ogóle jest?!). Seks, uprawianie dużej ilości seksu. Pływanie. Jogging.

A najlepiej wszystko naraz.

Na te, które nie są częścią oszalałego z chęci wbicia się w odzież o rozmiarze 36 tłumu nikt nie zwraca uwagi.

Na te, które są chude. Szczęśliwe zołzy. Napychające się smakołykami po gardło, biegające co najwyżej do podjeżdżającego autobusu, owsianka budzi w nich żywiołową niechęć i, cholera jasna, nie muszą jej połykać przez ściśnięte z obrzydzenia gardło. Nigdy w życiu, nawet przez kwadrans, nie musiały odchudzać. Nigdy nie musiały ćwiczyć. A wszyscy wokół im wyłącznie zazdroszczą.

No bo też, rzeczywiście, jaki one mogą mieć ze sobą problem?

Jakie problemy może mieć w ogóle osoba chuda? Jakie kompleksy? Na pewno nie te, dotyczące jej figury. Na pewno zbliżające się lato nie budzi w jej sercu skurczów przerażenia, bo wszak w bikini nie tylko nie będzie musiała się wbijać, ale normalnie w nie wejdzie.

I dlatego może być od początku życia przez wszystkich - obcych, znajomych, przyjaciół i rodzinę, dalekich wujków, bliskich kuzynów, koleżanki i kolegów ze szkoły i studiów, kompletnie obcych pasażerów komunikacji miejskiej, towarzyszy podróży przez pięć przystanków, oraz znanych od dzieciństwa sąsiadów mamusi, przez osoby zarówno proste w obejściu, jak i wysoce kulturalne i doskonale wychowane – oglądana, oceniana i dowcipnie podsumowywana.

Można do niej żartobliwie powiedzieć „Co taki szkieletor może mieć za problem”, „A co o diecie wie taki patyczak”, „och, jak ktoś jest jak sztacheta w płocie...” (czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie kulturalną osobę mówiącą do prawie nieznajomej osoby pulchnej „taki wielorybek”, „taka piłeczka plażowa” „taki tłuścioszek”?).

Można ją bezpośrednio i bez skrępowania spytać, czy ma bulimię lub anoreksję (czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie kulturalną osobę mówiącą: „Taka gruba osoba jak pani zapewne cierpi na zespół Cushinga? a może zespół policystyczny jajników?”).

Można ją pomacać, wydając przy tym radosne rechoty i okrzyki: "Ale żebra!". Można złapać za rękę bez pytania i bez chwili zastanowienia, czy ona sobie tego życzy, żeby pokazać, że jej nadgarstek mieści się między kciukiem i palcem wskazującym. Można ucapić i posadzić sobie na kolanach w autobusie z komentarzem, że nie ma miejsc siedzących, ale nie szkodzi, takie chuchro może na kolanie usiąść, nic, panie, nie poczujesz.

Można uznawać jej problemy za wydumane – co to za zmartwienie, być zbyt chudym? Kto normalny uzna, ze kompleksy powodujące, że nosi się wyłącznie spodnie, aby nie pokazywać zbyt chudych nóg to PRAWDZIWE? A nie takie tam coś, kompletnie wydumane głupstwo, drobiazg?

Bo przecież tekst "kto by chciał się przytulać do worka kości" nie boli, wcale, ale to wcale nie.

Przecież powodem hodowanej latami traumy, urazów i ciężkich kompleksów może być wyłącznie wysłuchiwanie uwag o pucołowatej twarzy i krągłościach, zaś słuchanie przez całe życie tekstów w stylu „nie można cię dotknąć, żeby się nie poobijać”, „jak chodzisz słychać klekot” nie rani wcale, bo każdy (każdy, prawda? Oczywiście, że tak!) wie, że to jest zaowalowana forma komplementu i wyraz zazdrości,. I taka szczęśliwa chudzina też powinna to wiedzieć i cieszyć się z każdego podobnego określenia jak dziecko. I na pewno wie, gdzieś w głębi serca wie i topnieje z zachwytu, i duma ją rozpiera, a jeśli twierdzi, że nie to jest to zapewne udawanie, takie kokieteryjne machanie rzęsami i dopraszanie się o jeszcze więcej.

A już najbardziej wydumanym, nie istniejącym, wymyślonym nie wiadomo po co, chyba po to, żeby zwrócić na siebie uwagę albo nie czuć się wykluczonym z rozmowy w towarzystwie rozprawiającym o dietach jest problem „jak utyć”.

NO BO KTO NORMALNY NIE UMIE UTYĆ?!

I taka Królowa Matka, wychodząca ze szpitala „sztacheta w płocie”, ważąca przy 175 cm wzrostu 52 kg, niezdolna do utycia zyskuje, zamiast zrozumienia, zachwyt i wyrazy zazdrości. Przyjaciele wyrażają go z zażenowaniem i przepraszając. Znajomi i mniej znajomi – bez skrepowania. Boże, jak masz cudownie. Tyle schudłaś. Możesz jeść wszystko i nie tyjesz. Szczęściaro. Jakże ci zazdroszczę.

Ci zupełnie nieznajomi pozwalają sobie na teksty o anoreksji całkiem otwarcie. Bo 52-kilogramowa Królowa Matka nie nosiła na czole naklejki "Mam NYHA IV, jeśli nie wiesz, co to, przechodniu, to sobie wyguglaj, jeszcze trzy tygodnie temu moja wątroba nie pracowała, a serce może stanąć w każdej chwili tak, że nie jestem pewna, czy dożyję końca dzisiejszego dnia". I można w związku z tym skomentować głośno wszystko, od wyglądu do stanu psychicznego. Otaksować wzrokiem od stóp do głów, wskazać palcem. Te głupie baby. Zobacz, co z siebie zrobiła. Idiotka, wygląda jak ofiara obozu koncentracyjnego, czego te kretynki nie zrobią z powodu mody! Czy nie wiedzą, że kobieta musi mieć czym odetchnąć i na czym usiąść?

Chudnąc patologicznie na skutek silnego stresu zyskuje się to samo. Szczęściara. Ta szczęściara. Ona to ma dobrze. Też bym tak chciała, a ta narzeka!

Ale nawet zdrowa i szczęśliwa jak prosię w deszcz osoba (która chciałaby być wytwornie szczupła, jak Ania z Zielonego Wzgórza, a wie, że jest nieromantycznie chuda) patrzy czasem w lustro z niechęcią, skreśla z listy wymarzonych zakupów jakąś rzecz, która za dużo odsłania, źle się czuje w swojej skórze. Bo jest chuda. I tak samo wstydzi się wyjść na plaże w bikini jak tysiące tych kobiet, które z myślą o lipcowym urlopie katują się dietą i ćwiczeniami od marca.

Różnica polega na tym, że je świat rozumie, a jeśli nawet nie rozumie, to udaje, że rozumie, oferując szereg środków i sposobów, by wesprzeć je w walce z tym, co im wadzi.

Problemów związanych ze zbyt niską masą ciała ludzi chudych nie rozumie i nie oferuje im nic, a kompleksy zbywa machnięciem ręki, jako wymyślone i nieprawdziwe.

Nadeszło lato. Czas odwinięcia się z kilku warstw odzieży. Wystawienia na ludzkie spojrzenia wystających kości obojczyka, łopatek, cieniutkich nadgarstków, kostek. Kombinowania, jak się ubrać, żeby zakryć dekolt. Albo sterczące kolana. Albo uda wyglądające jak kość udowa, tylko i wyłącznie.

Czas rozmów o dietach, z których jest się wyłączonym, i nasilonych uwag o szkieletorach, które nie mają problemów i nic nie rozumieją.

Nawet fakt, że można bezkarnie zjeść pół blachy sernika z galaretką nie stanowi za to czasem wystarczającej rekompensaty.

by Anutek (noreply@blogger.com) at czerwiec 26, 2016 12:49

Kurlandia

Randka

Nadeszło lato, delektujemy się deserami z sezonowych owoców. Bomba witaminowa. Ostatnio rozpuszczałam w mleku czekoladę i podawałam z malinami, a teraz żelowałam truskawki. Dwa kilogramy umytych i obranych z szypułek truskawek przetarłam przez metalowe sitko. Uzyskany mus doprowadziłam do wrzenia, żeby rozpuścić dwie galaretki truskawkowe. Dodałam łyżkę cukru trzcinowego i cynamon. Po ostudzeniu mus przelałam w pucharki i szklane kubki, wstawiłam do lodówki. Truskawki nie zamieniły się w twardą galaretkę, lecz zżelowały i były niesamowicie apetyczne. Deser zasypałam poziomkami, bo tych owoców miałam w ogrodzie najwięcej. A potem pozostało wykorzystać ulubione lody sorbetowe mango z Biedronki. Orzeźwiają i mają wyrazisty smak. Całość prezentowała się kolorowo, brakowało jakiegoś listka mięty, albo wafelka do ozdoby. Chłopcy nie zostawiają sobie nawet sekundy na podziwianie dania, tylko pochłaniają witaminki ze smakiem. Dlatego też nie bawię się w strojenie. „Jest dokładka?” – pyta Michał.

Tymczasem, po pół roku od naszych deklaracji, w końcu wynajęliśmy opiekę dla dzieci na kilka godzin. Kiedy ulubiona Pani Pielęgniarka pilnowała Szymka i Michała, Mąż i ja bujaliśmy się na koncercie Bajmu. Wolność – dziwne uczucie. Ciężko wyzbyć się natrętnej chęci wodzenia oczyma wokół głowy. Tak przywykliśmy do tego, że są z nami dzieci, że w pewnym sensie i tak byliśmy jedną nogą w domu. Chyba musimy częściej robić sobie wychodne, by móc przerwać mentalną pępowinę z Szymonem.

Koncert był dość fajny, aczkolwiek zupełnie inaczej go sobie wyobrażałam. Sądziłam, że stanie przed nami diwa z charyzmą i delektować się będziemy czystą formą muzyki na bardzo wysokim poziomie. Tymczasem występ był przegadany, a chęć włączenia publiczności do zabawy, skutecznie unicestwiało moją radość w wsłuchiwanie się w każdą wyśpiewaną nutę. Ja to z tych starych, zramolałych – zmęczyło mnie jodłowanie dla popisu przed publicznością. Szczęśliwie starzeję się u boku męża, który miał dokładnie takie same odczucia. W wyjściu na koncert najwspanialsze było samo wyjście.

Nocny spacer po lesie był urokliwy. Wieczorny chłód dawał wytchnienie rozgrzanej skórze…Cudownie mieć Jacka tylko dla siebie. Pachniał oszałamiająco, obejmował mnie troskliwymi ramionami…Dla mnie ta noc mogłaby się nie kończyć. Nie wiem, kiedy znów będę mogła odetchnąć od trybu czuwania i wzmożonej koncentracji uwagi. Kiedy zbliżała się północ, musiałam – niczym Kopciuszek – wracać do domu. I czar prysnął…Znów przywdziałam dres.

***

 

by Iga at czerwiec 26, 2016 10:08

Kup krzesło

Często przyglądam się swoim koleżankom…nieszczęśliwe. Dlaczego? – próbowałam dociec. Snują w swoich głowach wizje własnego życia, przez ich umysł przechodzą projekcje barwnych obrazów. Wszystko jest dokładnie przemyślane i sprecyzowane: co się wydarzy, jakie padną słowa, jakimi gestami zostaną obdarzone…A potem przychodzi bolesne zderzenie z rzeczywistością. I smutek. Bo mogło być spektakularnie pięknie, a było dobrze, po prostu przeciętnie. Mógł być wielki bukiet czerwonych róż, a była gerbera ze wstążką. Miał cytować Szekspira, a burknął „wszystkiego najlepszego”. I tak dalej…

Żyjący w świecie projekcji ludzie, pielęgnują w sobie wieczny niedosyt. A ten, po latach niespełnienia, przeradza się w rozgoryczenie. Ja cieszę się z tego, co mam i staram się nie wymagać od ludzi więcej, niż sami chcą z siebie dać. Dzięki temu omija mnie większość rozczarowań, a życie potrafi mnie niesamowicie zaskoczyć. I wtedy to jest dopiero radość: gdy się nie spodziewasz, a spotyka Cię coś cudownego! Kilka dni po tym, jak pomogliśmy Oliwierowi, dostałam niezwykłą wiadomość.

Wielką niespodzianką była reakcja pracowników Avivy na wieść, że nasz Szymon potrzebuje pomocy. Ze względu na zmianę siedziby i wyposażenia wnętrz, firma zaproponowała pracownikom odkupienie w ramach akcji charytatywnej krzeseł, z których dotąd korzystali. Symboliczną ustalona kwota trzydzieści złotych miała zostać przekazana na subkonto naszego syna. I tu wydarzyło się coś, czego absolutnie się nie spodziewaliśmy. Ludzie odkupowali fotele chętnie, często przekazując wyższe kwoty, niż ustalone trzy dziesiątki polskich złotych. Kiedy dostałam komunikat na temat zebranej sumy, sądziłam, że nastąpiła pomyłka o jedno zero na końcu. Szok i niedowierzanie.

Przychylność Pracowników Avivy  zagwarantowała ciągłość terapii Padovan do momentu rozliczenia jednego procenta podatku. Zabezpieczona zostanie kwestia mowy i jedzenia buzią (rzucie i przełykanie u dziecka z porażeniem mózgowym nie jest łatwe). Szymon dostał też nową furę, do której pasuje nasze siedzisko anatomiczne, zamówiliśmy nową huśtawkę. Dotąd odkładaliśmy ważne wydatki na rzecz tych – ważniejszych. Obecnie udało nam się nadążyć za zmieniającymi się dynamicznie potrzebami syna.

„Iga, Ty sobie ze wszystkim poradzisz. Kto jak nie Ty?” – często słyszę. Tylko garstka osób wie, jaki wysiłek oraz zmęczenie, często olbrzymia frustracja i zwątpienie, kryły się za każdą zdobytą dotąd złotówką na terapię naszych dzieci. Wraz z pieniędzmi ofiarowano nam niewyobrażalne wręcz poczucie ulgi, spokój i radość w sercu ojca i matki. Pracownicy Avivy dali nam bezcenny czas, byśmy mogli zatrzymać się na chwilę i złapać oddech w płuca, zregenerować siły po długiej walce o sprawność naszych synów.

Dziękujemy!

Dziękuję Pani Prezes Monice Kulińskiej za zainicjowanie tej wzruszającej inicjatywy.

***

by Iga at czerwiec 26, 2016 08:48

Zakończenie roku szkolnego

Czwartek, dochodzi godzina dwudziesta druga. Pani Basia pisze wiadomość:”Pani Ilonko, śpi Pani?”. Nie śpię, właśnie – po przeczytaniu esemesa – przechodzę zawał. Oddzwaniam. Dostaję informację, że o ósmej rano w piątek jest msza święta, a Michałka ulubiony ksiądz żegna się z dziećmi i wyjeżdża za granicę. Skąd mogę wiedzieć… ja z tych wierzących, praktykujących głównie poza murami kościoła. Oczywiście będziemy, Pani Basia chciała iść do kościoła razem ze swoim podopiecznym. Dzięki wspólnemu spotkaniu w świątyni, zakończenie roku szkolnego było wyjątkowo uroczyste i wzruszające. I chociaż Michała już po dwudziestu minutach nosiło w kościelnej ławie, to jednak warto było przybyć i Księdza Łukasza serdecznie pożegnać.

Starsze dzieci śpiewały i grały na gitarze, białe bluzki migotały między oparciami. Moje dziecko – ubrane w spodnie z garnituru, koszulę i krawat – zebrało wiele pochwał, że swoim strojem pokazało szacunek dla nauczycieli i szkolnego sztandaru. Ja wyjątkowo założyłam szpilki, koronkowa sukienka nadawała mi dziewczęcego uroku. Jacek został z Szymkiem w domu na ten czas, mały jeszcze spał. I dobrze…

Upał sponiewierał oglądających przedstawienie szkolne. Mi zrobiło się słabo, a ból głowy minął dopiero po czterech szklankach wypitej wody. Warto jednak było zobaczyć kabaret parodiujący nauczycieli z zespołu szkolno-przedszkolnego. I warto było zobaczyć nasze dziecko, które – z całkiem dobrą cenzurką – dostało promocje do drugiej klasy.

Kwiaty wręczaliśmy już od samego rana, żeby uniknąć niepotrzebnego zamieszania. Pani Sekretarka – przesympatyczna i zawsze bardzo pomocna Pani Gosia – popłakała się ze wzruszenia. Wiadomość, że dziecko układało bukiet dla niej, bardzo ją rozczuliła. Kilka lat temu powitała Michała w murach przedszkola…patrzyła jak dziecko z olbrzymimi problemami intelektualnymi i ruchowymi, ewoluuje pod wpływem rehabilitacji i ich społecznych oraz pedagogicznych bodźców. Stał przez nią urodziwy blondynek, bardzo elegancko ubrany, który odparł „Dziękuję, że mogem chodzić do szkoły i jestem tu szczęśliwy”. Sama się wzruszyłam. „Pani Gosi, dziękuję za Panu wsparcie, gdy dzwoniłam, że nie dotrę na czas do szkoły po syna. Pani głos upewniający mnie, że zajmiecie się dzieckiem troskliwie, był dla mnie pocieszeniem w trudnych chwilach”. Musiałam przytulić tę kobietę, Pani Dyrektor bardzo skrupulatnie dobrała sobie współpracowników – przyznaję. Od września wychowawcy zajmą się też Szymonkiem.

Michał podziękował też Paniom”Kuchenkowym”. Za pyszne, niemal domowe obiady i wieczne dokładki dla głodomora. Kucharki dbały o to, by dzieci wychodziły ze stołówki najedzone, a my zadbaliśmy o ich łzy szczęścia. To jest olbrzymia przyjemność sprawić komuś taką radość, że szklą mu się oczy i czuje się doceniony. Po drodze Michał przeszurał gdzieś kolana…

Rozmówiliśmy się z Mamą Maksia, dawnego przyjaciela Michałka z przedszkola, nauczycielką angielskiego mojego syna. „Ten Twój Michał to taki był zawsze grzeczny na zajęciach” – twierdziła po raz kolejny już. „Fenkju wery macz” – syn wręczył współtworzony bukiecik. „Michał???” – upewniałam się. – „Nie wiem jak Ty to robisz, że potrafisz go zdyscyplinować, a jednocześnie on tak lubi Twoje zajęcia. Jak pięknie test napisał, na sto procent punktów”. „Nooo, i sam pisał. Pani Basia na ten czas wyszła z sali” – nauczycielka była dumna z Michała. Miała też absolutnie prawo czuć dumę z wykonanej przez siebie pracy, bo potrafiła do tak trudnego dziecka jakimś sposobem dotrzeć. Pani Magda od zajęć rewalidacyjnych powiedziała natomiast, że bukiet jest tak piękny, że zrobi mu zdjęcie na pamiątkę. Michał wykonał karneciki z serduszkiem, na których odręcznie wyskrobał niezdarne „dziękuję”. Wpięte na wykałaczce wśród główek kwiatów, wyglądały uroczo.

Dziadkowie sprawili niespodziankę Michałkowi i wraz z z Tatą Łukaszem, uczestniczyli w ceremonii wręczania świadectw. Babcia Ula natomiast zapowiedziała się, że zajmie się Szymonem, gdy ja – przez dwanaście dni – będę jeździła ze starszym synem na turnus logopedyczny: terapię jąkania. Co prawda zacinanie się ustąpiło, ale musimy jeszcze mocno utrwalić prawidłowy oddech podczas mówienia i pracę przeponą. Od jutra zatem pełna chata.

Pani Ela wręczyła dzieciom świadectwa i pamiątkowe książki, informując, że uczniowie są już drugoklasistami.

Na koniec, gdy większość rodziców i dzieci opuściła salę, Michał podziękował Paniom za pomoc i wsparcie. Pani Basia miała oczy wypełnione łzami wzruszenia. Przytuliliśmy kobietę za okazane przez ten rok serce. Naprawdę nie mogliśmy sobie wymarzyć lepszego – bardziej serdecznego i wyrozumiałego – nauczyciela wspomagającego. Pani Basia jest kimś więcej, niż tylko pedagogiem. Zapełniła pustkę w sercu dziecka, które swoich dziadków widzi rzadko. Między chłopczykiem, a kobietą nawiązała się przyjaźń. Trudno się dziwić, że pożegnanie było takie roztkliwiające dla nas wszystkich.

Niesamowite: Michał – drugoklasista. Jakie to szczęście, że trafiliśmy do przyjaznej wiejskiej szkoły…

***

by Iga at czerwiec 26, 2016 07:49

zycie na kreske

Tokyo Pongi (komentarze)

falkografioly

Klucz

falko

Klucz 


Wchodząc coraz głębiej
w niezbadaną przestrzeń
nieświadomości, obsesji,
sennych wyobrażeń
i ludzkiego strachu,
pod cienką skórą
zdarzeń realnych
dziejących się tu i teraz,
poczujemy nagle
tę metafizyczną otchłań.
Balansowanie na krawędzi
nieświadomości 
bywa utrapieniem.

Postmodernistyczny smak
hollywoodzkich opowieści
opisujących rzeczywistość
nie chce nas opuścić.
Błądzimy po omacku
między narodzinami a umieraniem,
by wreszcie znaleźć
właściwy klucz - uczucia.
Potem pozostaje już tylko
nauczyć się otwierać
kluczem drzwi do niezbadanej
przestrzeni metafizycznych doznań
ukrytych w podświadomości
i zacząć kochać.

Wiesław falko Fałkowski, 2016


by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at czerwiec 26, 2016 01:28

czerwiec 25, 2016

moje waterloo

2319

Leśniewski chodzi do szkoły.

Właściwie szkoła przychodzi do Leśniewskiego, a konkretnie to przyjeżdża na motocyklu. Z kamerą na kasku. Owszem, Lesiek był chętny, żeby ją zjeść.
Wycena psa opiewa na inteligencję, co było podejrzewane. Współpraca również na wysokim poziomie. No i w końcu...
- Jaki... hmmm... aktywny piesek.
Ano aktywny. Prawda jest taka, że nie trafił do właściwego domu, bo nikt z nim na kilometrowe spacery chodził nie będzie, o jeździe na rowerze nie wspominając. Mogę gada wlec za samochodem.
Musi mu starczyć ogród, ale coraz intensywniej pracuję nad przygarnięciem drugiego młodego pieska, co powinno obu stworzyć jakąś pożądaną perspektywę. Znajduję co jakiś czas atrakcyjne propozycje. O, na przykład taką:


Suczka, natychmiast ochrzczona przeze mnie Pajączkiem, waży zaledwie 3 kg! Uważam, że rozwala system*. Oczywiście Prezes zrobił mi przydługawy wykład, że psy nie są już przewidziane, ponieważ Leśniewski skutecznie go zniechęcił. Pragnę podsumować, że jest to góralska prawda wg Tischnera (czyli, po noszymu: gówno prowda). Decyzja w końcu już dawno zapadła i ja bym na jego miejscu próbowała przynajmniej mieć wpływ na wybór pieska.

<TU UPIORNY ŚMIECH>

Zresztą bądźmy uczciwi - sam wspominał o minipiesku. A w naszych warunkach możemy mieć i minipieska, i jakąś landarę. Nie bądźmy faszystami.

Wracając do meritum: Lesiek pracuje codziennie z Prezesem wg wskazówek pana kamerkowego. Ja się nie wtrącam, ponieważ zamierzam wyłącznie spijać śmietankę. Dawno już zrozumiałam, że nie muszę wszystkiego robić sama.


* Na tymczasie z interwencji.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at czerwiec 25, 2016 02:28

Zapiski dojrzalej kobiety

Leśny chorał.

Głos prastarej
zapomnianej kniei przetrwał
w szumie dębu

Z suchym trzaskiem
Spadł zwątlony świerczek
Mógł być olbrzymem

Wiatr umiłował
dąb nad inne drzewa
nauczył szumieć

Wieczorny popas
saren we
mgle

Błysk nad przymglonym
bagnie olbrzymiej kuli
wieczorny piorun

Razi zielenią
okryte całunem mchów
cmentarzysko drzew

W aureoli złotych
liści śmiał się
młody dębczak

Latarnicy puszczy
świecą ognikami
opali

Brodaty porost
z czułością otulał
konary sosny

Pod dębem czarne
diamenty, oczy
jeża

W opuszczonej barci
wiewiórka kitą,
wymiata kurze

Sprzymierzeniec zwierząt
- wiatr
strzeże przed wrogiem

Na krzywej brzozie
hałaśliwy wiec
zlot droździków

Księżyc ze strachem
przepływa przez oczka
topieli

Z jedwabistej
przędzy korowódka tka
atłasowy glob

Zmęczone ptaki
czerpią siły z drzewa
z liści serca

Po rozlewisku płynie
kulista łódka,
Gniazdo perkoza

Zielonym blaskiem tlił
się spróchniały konar,
jak upiorny stwór

Nad knieją szemrze
wiatr nieśmiertelny ptak - co
nigdy nie zamrze

W świętym gaju
opalowe kołysanki,
zachodzi słońce

(Autor: Krzysztof Agams)



Przy okazji wycieczki do Antonina przespacerowaliśmy się do pobliskiego Rezerwatu przyrody o frapującej nazwie Wydymacz.
Nazwa rezerwatu pochodzi od znajdującego się na jego terenie malowniczego stawu Wydymacz (powierzchnia 10,80 ha).
„Rezerwaty przyrody obejmują ochroną obszary zachowane w stanie naturalnym lub mało zmienionym, ekosystemy, ostoje i siedliska przyrodnicze, a także siedliska roślin, siedliska zwierząt i siedliska grzybów oraz twory i składniki przyrody nieożywionej, wyróżniające się szczególnymi wartościami przyrodniczymi, naukowymi, kulturowymi lub walorami krajobrazowymi” – tyle na temat rezerwatu mówi Wikipedia.
Nam nie tyle chodziło o ekosystemy, ostoje i składniki przyrody nieożywionej, oczywiście podziwialiśmy przy okazji, lecz o to, by pospacerować w cieniu, jako ze jak na początek czerwca skwar był wtedy solidny.
Trasa spacerowa okazała się idealna.
Przyjemny chłodek, zapach lasu, piękne widoki i cudne śpiewy ptaków.
I nie było komarów ani innych żyjątek chcących się ze spacerującymi "zaprzyjaźnić".

Zaczynam rozumieć ludzi, którzy nie chodzą do lekarzy, nie robią badań, bo wolą nie wiedzieć.
Czuję się ostatnio nie najlepiej, poszłam więc z tym do mojej lekarki.
Jest bardzo dobrym lekarzem, ale tylko lekarzem a nie jasnowidzem więc kazała zrobić badania.
Trzy – jedno już zrobiłam, jest wszystko dobrze, pozostały mi dwa, na jedno mam już ustalony termin, na drugie nie mam terminu, bo lekarz, który ma mi to robić jest na urlopie, a moja lekarka chce mieć wyniki tylko od tego lekarza.
Zaczynam mieć wszystkiego dość i najchętniej wcieliłabym z życie powiedzenie – samo przyszło, samo pójdzie – a jak nie, to – los tak chciał.

Lubię ciepełko i obecna pogoda mi nie przeszkadza.
Ale właśnie temperatura w mieszkaniu podniosła się do 25 stopni i (ze względu na koty) trzeba włączyć wentylator.

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at czerwiec 25, 2016 11:30

Kurlandia

Trochę zamieszania – ogród w donicy

Ogród w donicy zdobył wyróżnienie w konkursie organizowanym na fecebook’u przez „Spokój w ogrodzie”…

…natomiast Gazeta Wrocławska zwróciła się do mnie z zapytaniem, czy mam ochotę wystartować w ich kolejnym konkursie. Ogród w donicy bardzo się spodobał i mój artykuł został opublikowany na łamach prasy. Zapraszam do dzisiejszego wydania gazety. W tekście znajdziecie Państwo sugestię, jak projektanci tworzą miniaturowe kompozycje w donicach, a po jakie komponenty sięgnęłam ja.

Tymczasem – między innymi dzięki głosom Czytelników Kurlandii – jesteśmy już na pierwszym miejscu w dolnośląskim plebiscycie na najpiękniejszy ogród wiosenny. Nagroda w konkursie – jeśli uda nam zachować pozycję – zostanie przekazana na licytację w grupie na facebook’u POMAGAMY OLIWIEROWI SOPATA. Naszym celem jest, by o dziecku z porażeniem mózgowym i autyzmem wspomnieć na łamach dolnośląskiej prasy – co uda nam się zrobić, jeśli nadal będziemy mieć Państwa wsparcie. Jesteśmy zdeterminowani, by pomóc rodzicom chłopca w uzbieraniu upragnionych siedmiu tysięcy złotych na turnus rehabilitacyjny. Oliwier ratowany był na tym samym oddziale reanimacyjnym, co Szymek, a jego matka to prawdziwa lwica. I choć rodzina mieszka na wsi…daleko od Wrocławia…to nie ustaje w wysiłkach, by niepełnosprawne dziecko miało najlepszą terapię. Miłość, czysta forma miłości. Fajni są.

Dzięki mojej współpracy z fundacją, chłopcu przekazane zostanie 3 tysiące złotych na rehabilitację. Wszyscy byli przekonani, że fundusze skieruję w stronę mojego Szymona. Nie po to jednak latam do Warszawy, angażuję swój czas i wkładam ogrom serca w ogólnopolską działalność społeczną, by finansować swojego syna. W pomoc Szymkowi angażuję się od lat, a skoro starcza mi sił i determinacji, nadal pomagać będę i innym dzieciom. Mąż mnie poparł, mam jego pełną przychylność, co jest dla mnie bardzo ważne. Jeśli możecie Państwo przeznaczyć choć drobną kwotę na leczenie Oliwiera, to gorąco do tego zachęcam. To wspaniała rodzina i warta jest tego, by im pomóc. Ewa płakała ze szczęścia, gdy przekazałam im dobre wieści. Dobro zawsze się mnoży, gdy się nim podzielimy z innymi ludźmi.

Jedni powiedzą…”Iga, jesteś wielka”, inni bezmyślnie rzucą krzywdzącą uwagę, że się „lansuję na chorych dzieciach” A prawda jest taka, że nie jestem ani wyjątkowa, ani też nie mam parcia na szkło. Po prostu wiem, jakim trudem dla rodziców chorego dziecka jest walka o jego lepszą przyszłość. Niejednokrotnie płakałam ze wzruszenia, gdy napływała do nas pomoc. Teraz ja mogę znów wesprzeć innych, bo mam siłę i mam możliwości. Docenię odzew z Państwa strony. Oliwier powinien mieć dobrą rehabilitację, zróbmy razem coś dobrego. Proszę <3


http://fundacja-sloneczko.pl/frame/pokaz_opis.php?ida=111/S

A ja działam dalej.

***

by Iga at czerwiec 25, 2016 07:41

zycie na kreske

falkografioly

wyssane z pamięci

falko
wyssane z pamięci


porozrzucane po kątach
pamięci wspomnienia
ostre kawałki
kawałki szkła
kaleczą myśli
dotkliwie kaleczą

obraz wyssany z pamięci
czarno biały i płaski
zbyt ostry
zbyt jasny
światło razi
razi w oczy

wiersz napisany z pamięci
czarno na białym
wyrazy przecinają
tkankę wyobraźni
serce boli
ból ściska

składana w pamięci
opowieść o wczoraj
potłuczone lustra
odbijają tysiące twarzy
wszystkie zapomniane
zapomniane twarze

z pamięci wyrwana
krwawiąca rana
czerwony na białym
zostaje ślad
czas ran nie goi
czas nie zagoił

Wiesław falko Fałkowski, 2016


by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at czerwiec 25, 2016 12:49

czerwiec 24, 2016

Kurlandia

Czekolada z malinami

Chyba Jacek pokocha mnie dziś bardziej, niż wczoraj – pomyślałam nakładając sorbet malinowy do wysokiego kubka. Mój łasuch uwielbia słodkie niespodzianki. Inspiracja na deser zaczerpnięta z pijalni Wedla, pominęłam jednak likier malinowy, a składniki dobrałam tak, jak potrafiłam.

Dużą czekoladę mleczną Milka rozpuściłam z mlekiem w kąpieli wodnej. Na ciepło miała konsystencję ciasta na naleśniki. Maliny umyłam i wypełniłam nimi przezroczysty kubek do połowy. Owoce zalałam letnią czekoladą i wstawiłam do lodówki na kilka godzin. Przed podaniem dodałam dwie gałki lodów z Biedronki: sorbet malinowy. Takie lody można łatwo zrobić samemu, ale jeszcze nie mamy w ogrodzie wystarczającej ilości owoców. Jacek szczęśliwy, bo deser był bardzo, ale to bardzo smaczny. Podając go gościom, można pokusić się o jakieś ozdobne dodatki typu: słodkie rurki, wafelki, czy tarta czekolada. My siedzieliśmy w ogrodzie, sami swoi, więc nie marnowałam czasu na dekorowanie.

***

by Iga at czerwiec 24, 2016 08:38

nic specjalnego

Czarny piątek

Puszka Pandory została otwarta.
I nikt nie wie co z niej, oprócz wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, jeszcze wyleci.
Scenariuszy jest kilka, a wśród nich również możliwość rozczłonkowania
Wielkiej Brytanii.
Bo Szkocja może teraz zażyczyć sobie  oddzielenia się od WB, bo Szkotom akurat Unia Europejska  bardzo pasuje.
Irlandia też się może odłączyć. 
Nie da się ukryć, że chęć pana Camerona pozostania za wszelką cenę na
swym stanowisku, podpowiedziała Mu zorganizowanie referendum.
Nie przewidział, zupełnie jak pewna partia u nas, że część społeczeństwa
nie myśli ani perspektywicznie  ani racjonalnie. 
I zrobiło mi się tak jakoś smutno - nie dlatego, że darzę Brytyjczyków 
jakimś gorącym uczuciem przyjazni lub miłości- smutno mi, bo idea
silnej, zjednoczonej Europy była i nadal mi jest bliska. I to bardzo.
I przyszła mi na myśl pewna piosenka, którą słyszałam będąc dzieckiem.
Na jakichś szkolnych występach dzieciaki brały udział w przedstawieniu,
którego ideą przewodnią była krytyka  postępowania USA, dążącego
ponoć do III wojny światowej i chórek śpiewał co jakiś czas:
"świat już za długo był spokojny, my chcemy wojny, my chcemy wojny".
Wszędzie ożywają ruchy nacjonalistyczne, a to do niczego dobrego nie
prowadzi.
Czyżby ludziom  znudził się spokój, względny dobrobyt i stabilizacja?
A może część z nas jest obciążona jakimiś zmutowanymi genami i dla
tych osób  stabilizacja, jest po prostu nudna i męcząca? 
I jest mi dziś bardzo smutno i szaro, choć słońce świeci obłędnie i żar
leje się z nieba. 
Miłego weekendu Wam  życzę;)

by anabell (noreply@blogger.com) at czerwiec 24, 2016 05:27

falkografioly

rzeźnicy


rzeźnicy
z cyklu:: wymierające zawody


w moim miasteczku
najważniejsza jest rzeźnia
niewielki budynek
jak od wschodu się wjeżdża

rzetelnie wyrżniemy wszystkie świnie
potem rżnąć będziemy krowy i byki
i resztę bydła z okolicy
na koniec
psy koty pawia i wiewiórki

zabrakło rynsztoka by toczyć krew

Wiesław falko Fałkowski, kwiecień 2015

by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at czerwiec 24, 2016 11:20

W bawełnianej pajęczynie

falko

W bawełnianej pajęczynie


W takie upalne popołudnie
trudno jest znaleźć pomieszczenie
na tyle chłodne by gorące pragnienia studzić.
Słońce już nie tak wysoko, schyla się nad zielonymi
koronami drzew po zachodniej stronie ulicy.
Dziewczyna w bawełnianej pajęczynie letniej sukienki
tak szybko idzie chodnikiem po po tej samej stronie.
Spieszy się zapewne, by dotrzeć na drugi koniec miasta
zanim resztki słonecznego światła rozproszą się
i zastygną w cieniach i półcieniach rozgrzanych
w ciągu dnia domów i kamienic.
Kiedy zaczyna robić się ciemno
w sercach rodzi się strach przed samotnością.
Ze strachu przed samotnością,
ze strachu przed niespełnieniem marzeń,
ze strachu przed utratą wszelkich dziewczyńskich złudzeń
dziewczyna rzuci się w ramiona przypadkowego kochanka.
W jakiś dzień przyszłorocznego gorącego lata
dziewczyna w bawełnianej pajęczynie letniej sukienki
chodnikiem po zachodniej stronie ulicy
będzie pchała wózek z owocami strachu
przed samotnością,
niespełnieniem marzeń,
utratą złudzeń.
Może mniej samotna?
Popołudniowy, gorący letni wiatr
zerwał z ust dziewczyny uśmiech.

Wiesław falko Fałkowski, 2016


by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at czerwiec 24, 2016 09:10

Smoking kills...

O TYM, ŻE DZIŚ MATERIAŁ POGLĄDOWY

 

Bo co można robić w taki upał, oprócz przeglądania zdjęć?

(Jakaś następna guru od sprzątania napisała książkę. O sprzątaniu. Dostojewski i Dickens się w grobach przewracają. No więc, czytałam u Zuzanki recenzję – bo chyba nikt mnie nie posądza, że wezmę do ręki książkę o sprzątaniu – i ona podobno każe wyrzucać zdjęcia. Bo trzeba patrzeć w życiu naprzód, a oglądanie zdjęć w tym podobno przeszkadza. Książki też każe wyrzucać. Na pewno za chwilę będzie miała własne reality show, jeśli jeszcze nie ma, a jak jeszcze wstawi sobie implanty w tyłek, to może nawet własny kanał telewizyjny).

Na pierwszy ogień idzie katedra w Burgos.

Zd8

Trudno ją sfotografować, bo jest orgomna i rozłożysta, i całkowicie wchłonięta przez miasto. Obudowana domami prawie ze wszystkich stron – tylko ten jeden nieduży placyk z przodu. Z jednej strony to dość interesujące, kluczyć małymi uliczkami i co chwilę wychodzić wprost na katedrę, ale z drugiej – no nie da się zrobić zdjęć, żeby objąć całość.

Zd7

Ale nie samą katedrą Burgos żyje – jeszcze kaszanką. Na zdjęciu nadziewany anszuj (przepyszny) i rzeczona kaszanka. Na starym mieście jest mnóstwo małych, tradycyjnych sklepów z miejscowymi smakołykami, w których kaszanka leży w oknach wystawowych. Akurat jak byliśmy był niezły upałek i po całym dniu takiego leżenia kaszanki były już nieźle spocone, a nawet zielonkawe. W barach mam nadzieję podają świeżą – bardzo byla smaczna.

Zd2

A to jest dość starożytny przyrząd do picia wina. Tego dziobka się nie zasysa, tylko przechyla i wino ma ściekać. Przy przechylaniu też ostrożnie, bo można się oblać (trzeba do przodu, nie w bok). Bardzo ciekawe doświadczenie.

Zd1

Wspominałam, że uwielbiam fontanny?

Zd10

Wspominałam, że w Oviedo spotkałam Woody Allena?

Zd3

Takie piękne są tam miejscowości portowe. To jedna z większych i bardziej eleganckich; te porciki bywają malutkie, na kilka rybackich kutrów, bardzo malownicze. Wejścia do portów są umacniane sześcianami z betonu, wysypywanymi do morza, a później jedne na drugie. W jednej miejscowości zimą przyszły takie fale, że przerzuciły przez umocnienie i wrzuciły w sam środek mariny jedną taką betonową kostkę. O wadze 36 ton.

Zd4

A to Playa de las Catedrales (Plaża Katedr) – chyba widać, dlaczego tak się nazywa.

Zd5

Plaża odsłania się w czasie odpływu i podobno w sezonie trzeba się będzie zapisywać do zwiedzania, bo będą wpuszczać tylko określoną liczbę osób. Piękne miejsce na nostalgiczny spacer.

Zd6

To w tym miejscu składa się w ofierze nogi i inne części ciała. Zejście do pieczary widać za kościółkiem.

Zd9

A to hiena na fasadzie katedry w Santiago de Compostela. Lubię ją i zawsze robię zdjęcie. W tym roku wyrósł jej kwiatek, z którego jak widać bardzo jest zadowolona.

Aha, i widzieliśmy się ze znajomym barmanem z baru Ricla – tym, który ma psa Moki. Otóż, Moki był w kołnierzu, ponieważ właśnie przeszedł operację oka, ze wstawieniem soczewki. Sądząc z tego, jak energicznie wyrwał na spacer, to operacja raczej się udała. Zdjęcia nie mam, bo nie zdążyłam zrobić.

 

by Barbarella at czerwiec 24, 2016 07:46

zycie na kreske

czerwiec 23, 2016

zapiski zgagi

Weekendowo i owocowo

Jutro kolejna z naszych Gospodyń świętuje jubileusz. 18 plus stary VAT. Więc imprezujemy…

Jeśli chodzi o sobotę, to się czuję nieco jak ten osiołek z wiersza Fredry. Tyle, że u mnie do wyboru aż trzy ,,alternatywy”. W okolicy liczne festyny i jarmarki. Koło Kartuz Truskawkobranie – od lat mam ochotę się tam udać. W pobliskim Błotniku, gdzie niedawno powstała piękna marina,  impreza świętojańsko-wodna, z wiankami i rusałkami.  A rzut beretem od pieleszy Jarmark Żuławski. I co tu wybrać?

Na ostatnią z wymienionych imprez tak czy siak się udam, prawdopodobnie z Beatką, bo obiecałyśmy Kołu, że na przeszpiegi się wybierzemy. W tym roku zrezygnowałyśmy z udziału, ale warto podpatrzeć, o co chodzi, by się przygotować godziwie na 2017-ty. Jarmark tam dwudniowy, więc jeśli sobota nie wypali, pozostaje jeszcze niedziela.

No tak, ale w niedzielę rodzinne spotkanie u Pierworodnego z okazji urodzin obu wnuków. Dzielą ich dwa lata i cztery dni – jeden z 29 czerwca, drugi z 3 lipca. Nie do wiary, że Seba już kończy 9 lat, a Staś siedem… Zleciało nie wiedzieć kiedy!

***

Tydzień pod znakiem konfitur z truskawek. Może nie robię ich tak w stu procentach wzorcowo, ale i tak duma mnie rozpiera! W komórce już 12 słoiczków, a do tego 15 butelek soku i ze 4 słoiki dżemu. A dziś zadebiutowałam jeszcze jako producent konfitury z moreli. Część tych dóbr na potrzeby Koła, resztę pewnie tradycyjnie rozdam. Lubię obdarowywać rodzinę i przyjaciół właśnie takimi drobiazgami.

Całe moje mieszkanko, z kuchnią włącznie, na szczęście chłodne. To ogromna zaleta, gdy nastają tropikalne upały…

by Zgaga at czerwiec 23, 2016 10:24

Domowa kuchnia Aniki

Gulasz wołowy z papryką

Gulasz wołowy z papryką



Gulasze bardzo lubimy, a wołowy smakuje nam szczególnie. Tym razem przygotowałam gulasz wołowy na szybko, bo przez pomyłkę wyciągnęłam nie to mięso co trzeba z zamrażarki. Został mi kawałek pręgi, którą użyłam do zupy gulaszowej po meksykańsku i zamroziłam go. Zapomniałam i wyciągnęłam myśląc, że to wieprzowina. Więc jak się rozmroziło i zauważyłam, że to mięso wołowe na szybko zrobiłam gulasz. A że pręga gotuje się dość szybko, jak na wołowinę, to i obiadu nie jedliśmy wieczorem, choć trochę opóźniony był. Gulasz bardzo smaczny, nieco urozmaicony dodatkiem papryki.

Składniki:
  • ok 1 kg pręgi wołowej
  • 1 duża czerwona papryka
  • olej do obsmażenia mięsa
  • 2 łyżki mąki pszennej
  • 1 łyżka maki ziemniaczanej
  • 2 ziela angielskie
  • 1 liść laurowy 
  • sól
  • pieprz
  • 2 łyżki przecieru pomidorowego
  • łyżeczka słodkiej papryki mielonej
  • 1/3 łyżeczki ostrej papryki
  • 1/2 łyżeczki mielonego kminku
  • 1/2 łyżeczki majeranku
Sposób wykonania:
    • Mięso myjemy i kroimy w grubszą kostkę, cebulę dość drobno kroimy
    • Na  rozgrzaną patelnię wlewamy olej i wykładamy mięso wcześniej oprószone solą i pieprzem
    • Smażymy aż odparuje woda i mięso ładnie nabierze brązowego koloru
    • W garnku zagotowujemy ok 1,5 litra wody z liściem laurowym i zielem angielskim
    •  Do gotującej się wody przekładamy mięso. Garnek przykrywamy i gotujemy ok 1,5 godziny
    • Po tym czasie do mięsa dodajemy przecier pomidorowy, słodką i ostrą paprykę, kminek i majeranek oraz ewentualnie sól. Dorzucamy pokrojoną w kawałki czerwoną paprykę i gotujemy jeszcze ok 30 minut. Gdyby woda zanadto wyparowała uzupełniamy jej braki
    • Po upływie 30 minut w niewielkiej ilości wody rozprowadzamy mąkę tak, aby nie było grudek. Powoli i stopniowo dolewamy do gulaszu czekając co jakiś czas, aby gulasz ponownie się zagotował. W ten sposób stwierdzamy, czy nabrał już odpowiadającej nam gęstości. Chwilę razem gotujemy
    • Gulasz podajemy z kaszą, ziemniakami lub plackami ziemniaczanymi i ulubioną surówką Smakuje też dobrze z pieczywem

      by Anika (noreply@blogger.com) at czerwiec 23, 2016 07:46

      Ja jestem Blog Agaty Komorowskiej

      Kochani Tatusiowie!

      Nawet nie wiecie jacy jesteście ważni! Dla syna jesteście wzorem męskości, dla córki jesteście pierwszym i najważniejszym facetem w życiu. Ale co ja tu będęWIĘCEJ...

      Artykuł Kochani Tatusiowie! pochodzi z serwisu .

      by Agata at czerwiec 23, 2016 03:18

      moje waterloo

      2318

      Pomyślałam sobie, że zachęcę trochę tych z Was, którzy jeszcze nie kupili najnowszego Macierzyństwa bez Photoshopa. Bo wiecie... Mikołajek czeka. Ponieważ nie mam chwilowo pomysłu marketingowego, który rozwali system, postanowiłam podzielić się z Wami rozdziałem mojego autorstwa.

      Pamiętajcie, że wszystkie pozostałe są lepsze niż mój.

      MOJE ŻYCIE — PASMO OLŚNIEŃ

      Nie będę oryginalna. Ja tu*  teksty redaguję, więc znacznie wcześniej niż czytelnicy wiem, co się pisze. W bólu ze współautorkami się łączę, bo mi bardzo łatwo. Otóż, uwaga!, całe życie byłam potwornie zakompleksiona i nienawidziłam swojego ciała. Rzec by można — rozdwojenie jaźni: z jednej strony ja, z drugiej ono, niby razem, a osobno. Obecnie opowieści o przejawach tego zjawiska, z naciskiem na ówczesne przemyślenia i emocje, „robią” imprezy. Widownia płacze ze szczęścia, gdy roztaczam przed nią wizje szarpiących mną uczuć. Chyba zajmę się tym zawodowo, zwłaszcza że stand-up ma się w naszym kraju coraz lepiej.

      Żyłam więc sobie bezpiecznie, bo w grupie — czyli ja i moje kompleksy — nie przyjmując żadnych bodźców z zewnątrz. Ani ciepłych słów życzliwych osób, ani opinii terapeuty, ani w końcu realnego zainteresowania mężczyzn, które bez specjalnego wysiłku wypierałam. A wszystko pomiędzy olśnieniami.

      Olśnienie pierwsze
      To było jakoś w czasie matur ustnych. Wiedzeni przynależnością grupową, stawialiśmy się na wszystkie egzaminy, włączając cudze, by dodawać skazańcom otuchy. Zdawanie matury było wtedy ściśle połączone z jaraniem za węgłem oraz dokonywaniem podsumowań. W wirze debaty, komentując atrakcyjność wizualno-towarzyską różnych osób, wypaliłam do otaczających mnie kolegów z grubej rury:
      — W końcu spotykaliście się ze mną tylko ze względu na Zośkę. Wlekła mnie wszędzie ze sobą, to co mieliście robić?!
      Zapadła taka niezręczna cisza. Moi koledzy popatrywali po sobie dziwnie, aż jeden mruknął, wydmuchując dym:
      — Zapraszaliśmy Zośkę tylko dlatego, że była z tobą.
      Co ja na to, spyta ten i ów? A jakże — nie przyjęłam do wiadomości! Znakomity żarcik.

      Olśnienie drugie
      Na terapię poszłam. No, dobra — może w innej sprawie, ale przecież musiało zejść na mój, pożal się Boże, wygląd. Starym, sprawdzonym sposobem wypierałam wszelkie uwagi terapeuty. Aż do dnia, gdy usłyszałam pewną opowieść. Dotyczyła ona Amazonek, które mają takie same problemy z samoakceptacją, jak większość kobiet, plus, w promocji, okaleczenie ciała, czyli usunięcie jednej lub obu piersi. Jak się okazuje, potrafią nienawidzić siebie do niewyobrażalnych granic. W trakcie jednego ze spotkań zadano im pracę domową. Miały stanąć nago przed lustrem, przyjrzeć się sobie i znaleźć jedną ładną część ciała. Choćby paznokietek w małym paluszku u stopy. Cokolwiek. Z całej, dużej grupy zadanie były w stanie wykonać tylko dwie panie. Na następnym spotkaniu obie opowiedziały identyczną historię. Otóż, pokonawszy obrzydzenie, stanęły przed lustrem, spojrzały na swoje blizny, na miejsca, gdzie kiedyś były piersi, a pozostały tylko zniekształcenia, i zrozumiały, że mogłyby być cudownie piękne i doskonale... martwe. Że te blizny to ich SZANSA, BY ŻYĆ. Żeby budzić się każdego dnia, cieszyć słońcem, przytulać ukochane osoby, czuć dumę z własnych i ich sukcesów.

      Wysłuchawszy opowieści, pożegnałam się, wsiadłam do samochodu i pojechałam do domu. Tak gdzieś w połowie drogi jej głęboka mądrość dotarła do mnie z całą mocą. Coś pękło. Zaczęłam potwornie płakać, po prostu się zachłystywałam. Musiałam zatrzymać samochód, bo nie byłam w stanie prowadzić. Po powrocie do domu stanęłam nago przed lustrem i pierwszy raz w życiu zobaczyłam w nim kogoś zupełnie innego. 

      Mam pełne kształty, bo moje życie jest dobre i spokojne, mogę jeść, co i kiedy chcę, nie znam lęku, ucieczki, zimna i głodu. Brzuch pozostał rozciągnięty po ciąży i znaczą go liczne rozstępy, a piersi są ciężkie i wiszące — ale na wyciągnięcie ręki mam wspaniałą, dobrą, mądrą młodą kobietę, moją córkę. Nie oddałabym ani jednego pęknięcia skóry, kicham na sterczące cycki. Nie żałuję. Moje nogi są grube i mocne, a niosą mnie wszędzie, gdzie tylko zechcę; nie narzekają i nie buntują się, choć od ćwierćwiecza katuję je bardzo wysokimi szpilkami. Zaledwie pomyślę, a one już robią, co do nich należy. Mam cudowne dłonie: silne i twarde, gdy trzeba, a delikatne, miękkie i ciepłe — w innych okolicznościach. Ręce, które chroniły kruche niemowlęta — ludzkie i zwierzęce — zapewniając im bezpieczeństwo. Te, którymi dałam w ryj wielgachnemu bykowi, co to odważył się zamachnąć na moją matkę. I przeprowadzkę umieją zrobić, i knedle ze śliwkami. Wszystko potrafią — jestem z nich dumna! Mam mnóstwo siwych włosów, skrzętnie ukrywanych pod farbą, ale każdy z nich to doświadczenie i życiowa mądrość. Puste, łatwe, płytkie życie... to nie dla mnie. Są też zmarszczki w kącikach oczu. Pewnie byłoby ich mniej, gdybym się tak ciągle nie śmiała. Ale na cholerę człowiekowi żyć, jeśli nie może się pośmiać do rozpuku! 

      Olśnienie trzecie
      Po domu plącze się „ja — wersja druga, poprawiona”. Może kiedyś nie było to takie widoczne, ale teraz, gdy jest dorosła, ludzie reagują zawsze tak samo:
      — Jesteście identyczne! To niemożliwe!!!

      Patrzę na tę moją córkę… jaka ona piękna! Te sarnie oczy, rzęsy nieprawdopodobnej długości, zdecydowanie zarysowane brwi, serduszko ust, zgrabna, idealnie proporcjonalna figura i te nogi! No, nogi to ona ma do samej ziemi. Jest doskonała.
      Ale zaraz! Skoro ona taka piękna, a jesteśmy identyczne…

      ***

      Moje ciało jest jak moje życie — piękne, choć pewnie niełatwe. Widzę w nim odbicie tych wszystkich cudownych rzeczy, które mnie spotkały i wciąż stają się moim udziałem. Tyle czasu byłam dla niego niedobra, a ono mimo wszystko oddawało mi coś zupełnie przeciwnego. Może trochę wdzięczności?! Pokochałam je więc z całego serca i mam nadzieję, że będziemy sobie razem we względnej sprawności jeszcze przez długie lata. W końcu… nie ma czegoś takiego, jak „moje ciało — osobny byt”. Jestem całością: fizyczność nierozerwalnie połączona z intelektem, wdziękiem, poczuciem humoru. Jestem doskonała. I nigdy jeszcze nie byłam taka stara. Ani taka gruba. Wreszcie — nigdy, przenigdy nie byłam taka szczęśliwa.

      Trzeba natychmiast żyć. Jest później niż się wydaje.

      * Macierzyństwo bez lukru


      Idźcie na stronę wydawnictwa i czyńcie dobro.

      by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at czerwiec 23, 2016 03:52