Planeta Jadzi

wrzesień 01, 2015

Kraina filcu

Zapraszamy do sklepu na Al. Niepoległości 76/78 w Warszawie.

Uwaga!!! Z przykrością informujemy, że w dniu dzisiejszym zamknęliśmy nasz sklep na ul. Filtrowej 83/69.

Wszystkich chcących zrobić zakupy w naszym sklepie stacjonarnym w Warszawie zapraszamy do naszego sklepu na Al. Niepodległości 76/78. Sklep otwarty jest od pon. do pt. w godz. 10.00-18.00 tel. 22-646-00-29.

by kraina filcu (noreply@blogger.com) at wrzesień 01, 2015 12:00

TUV

jak dobrze wstać skoro świt….

i wpaść po kostki w wodę.

Około 6 rano postanowiłam podlać kwiaty bo upał wszak i sąsiad mnie znów zbudził odpalając MOTOCYKL pod oknem mojej sypialni….po piątej rano zaraz.

Na dole w biurze,tam gdzie i pralka i różne takie tam, i wąż podpięty  – woda na całej podłodze.

Akurat hm,Młoda była w łazience (biuro jest pod) i wiemy skąd ciurkiem woda leci….

Posprzątałam – ściery i mop w robocie, żaden kran,żadna spłuczka nie może zostać użyta ( a jak tu siku?!?) i szukamy sprężyny.No zasrane kiedyś zostawiliśmy na dworze ale w końcu wywalone zostały bo przecież te stare mają pół wieku kiedyś jakby co kupimy nową.

Taaaa kupił w Castoramie taką ———->>>> klik ————->>>>>>>>


http://www.castorama.pl/produkty/narzedzia-i-artykuly/narzedzia-reczne/narzedzia-hydrauliczne/spirale-kanalizacyjne/sprezyna-do-udrazniania-10mx10mm.html

Pękła po PIĘCIU minutach użytkowania!!!!!!!!!!!!

a kosztowała 120zł.

Kuźwa umyłam, a niech tam,X-men pojechał, pieniądze oddali ale co dalej?!?

Pojechał do sklepu/hurtowni specjalistycznej i kupiła DOBRĄ,PORZĄDNĄ sprężynę za jedyne 55 zł ( potrzebujemy długiej,brał 10 metrową).

No i po 3 godzinach mordęgi woda schodzi ale…. Coś jest,co powoduje że raz schodzi,raz nie, raz ledwo-ledwo,raz szybko. Jakiś babok jest na 6-7 metrze rury czyli już poza domem, niby do nas nie należy ale tu znów problem bo nie wiadomo gdzie u nas na placu jest studzienka kanalizacyjna!

No jak pragnę podskoczyć czary jakieś czy jak?, pamiętam jak przez mgłę że była na podjeździe ale potem Dadek chyba ziemią przysypał bo trawnik robił. A!A!A!

Kiedyś już nam jej szukali ale nic z tego nie wyszło.I teraz ktoś w wodociągów by przyjechał ale….za gruby sprzęt,przez piwnicę nie wejdą.

Dzwonimy do lokalnych hydraulików . Jedne nie ma czasu ew.jutro , drugi podjedzie ale cena 350 zł +Vat…..czyli że pięćset a tyle raczej nie mamy.

Cóż.

X-men pojechał po sprężynę przemysłową.Co będzie ,to będzie.

 

 

by Tuv at wrzesień 01, 2015 10:27

pokolenie ikea

11884033136_f7b2359edc_b

Wyznam wam mój wielki sekret. Jestem sentymentalną dziwką.

Zawsze najbardziej lubię ostatnie dni lata. Świat jest pełen niepokoju. Czuję się wtedy rozedrgany wewnątrz. Podświadomie na coś czekam. Sam nie wiem na co.

Słońce zachodzi (słońce potrafi zachodzić generalnie o każdej porze roku, ale teraz zachodzi jakby trochę inaczej). Niebo jest ciemniejsze. Księżyc świeci mocniej. Powietrze nie jest już duszne. Czuć w nim wilgoć, zapach gnijących liści i chłód. Wakacje się kończą. Coś się kończy, coś odchodzi, coś w nieodwołalny sposób tracimy.

Wakacje zawsze kojarzą mi się (i kojarzyć się będą do ostatniej chwili, kiedy będę oddychał) z błękitnym niebem, białym piaskiem na wydmach w Łebie. Z młodymi dziewczynami w krótkich dżinsowych spodenkach i z długimi blond włosami.

Ich pocałunki były słodkie i wilgotne.  Ich usta smakowały tanim błyszczykiem. Ich skóra była nagrzana od sierpniowego słońca. Miały ziarna piasku na płaskich brzuchach, na udach i na stopach. Gdy się uśmiechały, lśniły ich białe zęby. Ta biel odcinała się od ich śniadych, opalonych twarzy. Kiedy o tym myślę, czuję w lędźwiach tęsknotę za tym, co było.

 Za tym, czego już nie będzie.

Ponieważ jestem sentymentalną dziwką, myślę o jedzeniu, które kojarzy mi się z domem. Młodość kojarzy mi się z pieprzonymi buraczkami i wątróbką z cebulą. Może dlatego, że u mnie w przedszkolu i szkole robili je całkiem nieźle, więc do tej pory mam słabość do buraczków, wątróbki i mielonego (Olga nie, Olga wątróbki i buraczków nienawidzi).

Kiedy tęsknię za tymi dziewczętami rozgrzanymi słońcem i za tą wątróbką (nie każcie mi być logicznym, może po prostu jestem głodny) tęsknię za czasami, kiedy nie musiałem myśleć, kiedy ktoś myślał za mnie i za mnie podejmował decyzje. Pierwszego września po prostu szedłem do szkoły. I wiedziałem, że ze wszystkim dam sobie radę.

Ale teraz jestem dorosły.

Lubimy wspominać, rozpamiętywać, dzielić włos na czworo. „Dlaczego mi się to przytrafiło?” Po prostu przytrafiło, chuj wie dlaczego, tego nie zmienisz. „Co pomyślą o mnie inni?” Inni o tobie nie myślą. „A co by było, gdyby? Jakby to było, gdybym wybrał inaczej? Być teraz w innym mieszkaniu, w innym domu, z inną kobietą albo innym mężczyzną. Mieć inną pościel, inne kieliszki, inną pracę. Wystarczyło przecież tylko … .” I tutaj pojawia się długa historia, co wystarczyło zrobić. „Trzeba było bardziej to, bardziej tamto, nie odpuszczać, naciskać, iść do przodu.” Ale tego nie wybrałaś/ nie wybrałeś. Wyciągnij wnioski, żyj dalej, nie ma sensu się katować.  

Nasze życie składa się z etapów.

Na początku naśladujemy innych.  Wiecie, to ten czas, kiedy nie wiemy kim jesteśmy, mamy pryszcze  i wydaje się nam, że inni wiedzą to lepiej od nas, mimo, że tak naprawdę są tak samo zagubieni i też mają pryszcze.

To etap, kiedy robimy wszystko aby spodobać się innym. Albo się nie wyróżnić, bo wtedy nikt nas nie zauważy i każdy da nam spokój. Niektórzy całe życie zostają w tym etapie. I kopiują plany i marzenia innych. Chcą mieć rodzinę, bo inni mają rodzinę. Chcą mieć pracę w banku, bo inni mają pracę w banku. Chcą mieć mieszkanie na Wilanowie, bo inni mają mieszkanie na Wilanowie. Chcą mieć SUV-a, bo ich znajomi jeżdżą SUV-ami. Suną koleinami wypracowanymi przez innych. Nie tworzą własnej drogi. To dla nich zbyt trudne.

Bo przejście do kolejnego etapu jest bolesne.

Kolejny etap  to poszukiwanie.

To ten moment, kiedy pijesz za dużo, kiedy masz za dużo seksu, kiedy zaczynasz podróżować, albo stwierdzasz, że masz w dupie podróże, bo to inni chcą podróżować, a ty chcesz siedzieć na zabitej dechami wsi w otoczeniu pięciu kotów, czterech psów, dwóch koni i wysokiego płotu z drutem kolczastym na górze. Kiedy nagle rozumiesz, że twoja praca ma sens tylko wtedy, jeśli sprawia ci przyjemność, inaczej jedną trzecią życia spędzasz na zwyczajnym zarabianiu pieniędzy (oczywiście, że pieniądze są ważne, za pieniądze możesz uszczęśliwiać innych oraz siebie, ale pieniądze powinny być środkiem, a nie celem). Kiedy nagle potrafisz mówić nie, gdy coś ci nie pasuje, kiedy potrafisz odejść, zapomnieć, odciąć się od przeszłości, żałować, ale iść dalej. Kiedy schodzisz z jednej góry, aby wejść na kolejną. Kiedy poznajesz swoje ograniczenia, wiesz w czym jesteś dobry/dobra, wiesz czego już nie osiągniesz. To etap, kiedy dorastasz i zaczynasz rozumieć kim jesteś. To etap, w którym jesteś gotów/gotowa utworzyć dojrzały związek, bo w końcu udało ci się zrozumieć o co ci chodzi, co jest ważne, co nieważne, i że czasami trzeba w życiu iść na kompromisy.

I etap trzeci: ślad.

Chcemy wiedzieć, że nasze życie miało sens. Że kiedy nasz mózg umrze, coś po nas zostanie. Nie powiem wam nic więcej. Zwyczajnie nic więcej nie wiem. Jestem na tym etapie. Na razie rozglądam się. Ale jakoś to ogarnę. Wyjdę poza swoją strefę komfortu.  

Nie cenimy rzeczy, które pojawiają się wokół nas teraz, w tej chwili, w tym momencie. Albo czekamy, albo rozpamiętujemy.

Teraźniejszość nabiera dla nas wagi z upływem czasu.  Razem z miesiącami i latami powoli obrasta w legendę, aż w końcu możemy wyszeptać: kiedyś to były czasy, kiedyś to się bawiłem/bawiłam. A chodzi o to, żeby żyć teraz.

 Już nigdy nie będzie takiego lata. Ale będzie następne.

11884033136_f7b2359edc_b

Photo by ArTeTeTrA/CC Flickr.com


by panikea at wrzesień 01, 2015 08:45

Smoking kills...

O WRACANIU DO PSA

 

No to wróciliśmy, bardzo zacny upał nas przywitał i mam jedno ramię i szyję zawiane przez klimatyzację, tak że głową mogę ruszać mniej od jaszczurki. Boli jak jasna cholera. W upale prawie 40 stopni klima wszędzie w barach, sklepach, hotelu ustawiona na 15 stopni to nie jest ani zdrowe, ani przyjemne.

W tamtą stronę N. siedział obok pana z Saragossy (która mi się myliła z Somosierrą – o matko, jeden pies – polskie szable, polski hrabia, phi), który wracał z ośmiodniowej wycieczki po Polsce. Opowiedzieli sobie nawzajem swoje życie, po czym pan się poskarżył, że był w Warszawie, Częstochowie, Żelazowej Woli i Krakowie i wszędzie mu dawali pierogi i schabowego. On chciał czegoś innego spróbować, ale mu tłumaczyli, że nie ma w Polsce nic innego i żeby jadł swoje pierogi. Na szczęście bardzo mu smakowała kapusta w postaci surówek, chociaż tyle dobrego. Moim zdaniem to skandal, organizator powinien wejść pod stół i się wstydzić.

Z powrotem mieliśmy za sąsiada faceta, który układał w telefonie pasjansa z towarzyszącą oprawą muzyczną w postaci dzikiego flamenco. Spoko, można gorzej trafić.

Robiliśmy w tym upale codziennie co najmniej 10 kilometrów – nie mam pojęcia, JAKIM CUDEM, bo kondycję mam zerową – widocznie po prostu potrzebuję CELU, żeby się ruszać; nie potrafię jak chomik w kółku. Byliśmy na Mercado San Anton, w parku Retiro oraz zwiedzić egipską świątynię Debod – stoi w przepięknym parku na wzgórzu niedaleko od Plaza de Espana (tego z najpiękniejszym moim zdaniem pomnikiem w Madrycie – Cervantesa patrzącego na don Quijote i Sancho Pansa). Plus oczywiście program obowiązkowy i dowolny po barach, dwa razy dziennie. I sjesta pomiędzy, jak przedszkolaki; niestety, ale w tej temperaturze bez sjesty byśmy nie przeżyli.

Odkryciem wyjazdu został mianowany bar Lacon, który mijaliśmy milion razy, ale weszliśmy dopiero teraz – o której by się nie przyszło – dziki tłum. Kuchnia galicyjska i solidne darmowe tapas do wina, w dodatku można sobie wybrać z czterech – pięciu wypisanych na tablicy. Załapać się na rożek miejsca przy barze nie jest łatwo. Poszliśmy tam na obiad i o mało później nie umarłam, albowiem wpierdzieliłam arystokratyczne danie składające się z ziemniaków w cieniutkich plasterkach, borowików i jajek. To elegancko zapieczone warstwami, po czym kelner na moich oczach rozszarpał wszystko i skotłował w garnuszku – przepyszne! Grzybki mnie później boksowały po wątrobie przez całe popołudnie i wieczór.

No i oczywiście, chodziliśmy do Bodegas Ricla – bar ma jakieś siedem metrów kwadratowych, wymalowany jest na zielono olejną farbą, w otoczeniu wytwornych, dopracowanych, wypieszczonych knajpeczek wygląda dość abnegacko – i też zawsze, o każdej porze jest tam tłum. Z ciekawostek – premier Tusk z naszym ambasadorem lubi tam sobie przyjść na flaki. Barmani od razu usłyszeli, że mówimy po polsku, pokazali nam zdjęcie, mówili „cześć” i byliśmy sadzani na miejscu premiera Tuska w rogu przy bufecie. Zakąski faktycznie mają dobre, ale dosłownie pięć na krzyż – a i tak bez przerwy kłębi się tam dzika tłuszcza, a piwiarnia obok puściutka! Zawsze mnie to fascynuje, jak te bary sobie wyrabiają markę. Zjedliśmy boquerones, kanapkę z cabralesem, po czym z zaplecza wyszła Pani Mama Barmana, spojrzała na N. i mówi:

- A ty caballero to jeszcze spróbujesz moich flaków.

N. zaczął się wić, że na pewno pyszne, ale aktualnie jest upał 40 stopni i tak szczerze mówiąc, to trochę się obawia jedzenia gorących flaków w taką pogodę, bo boi się dostać zawału. Na co Pani Mama, że spoko, ona te flaki gotuje od 20 lat i one są bardzo dobre na upał – i już mu nalewa. A za nami jedna wytworna dama:

- Ojej, są flaki?… A można poprosić porcję?

- I dla mnie, i dla mnie – zaszeleściło po całym barze.

Zjedliśmy te flaki, co było robić (tzn. ja sam sos z bułką i kawałek kaszanki) – smaczne, ostre, i faktycznie nie zaszkodziły na upał. Jak to nigdy nie wiadomo i najlepiej się słuchać kucharek.

W niedzielę o siódmej nagle zrobiło się siwo, ryknęło, błysnęło i zaczął padać deszcz. Deszcz!… Spacerowaliśmy w tym deszczu, ledwo parę ciepłych kropel na krzyż, ale społeczeństwo się pochowało po knajpach i zerkało z trwogą, czy klęska żywiołowa już przeszła. No trudno, żebym gdzieś przyjechała i nie padało. Ale chyba się starzeję, bo w najwygodniejszym łóżku świata w najpiękniej położonym hotelu już tak od soboty tęskniłam za moją sypialnią BEZ KLIMATYZACJI wiejącej mi w bark, za to z aksamitnym pyskiem mojego psa.

Matko, jak się stęskniłam za herbatą. Oraz chyba musimy po południu przeprać nieco nasz psi aksamit, bo jakaś jest utytłana i piach się z niej sypie.

No i tak. Jak to się mówi, majtki na dupę i do roboty. Ale fajnie, że jeszcze jest ciepło; tylko mogłoby trochę popadać. Już się za to zabieram, hue hue.

by Barbarella at wrzesień 01, 2015 06:18

zycie na kreske

Od rana do wieczora

Pierwszy dzwonek dla sześciolatków

Skończył się okres przejściowy, w którym to rodzice mogli decydować o szkolnych losach swojego sześcioletniego dziecka. Skończył się czas, który szkoły dostały na przygotowanie się do przyjęcia pod swoje dachy i skrzydła młodszych dzieci. Nie ma przebacz. We wrześniu 2015 do pierwszych klas idzie obowiązkowo rocznik 2009.

tornistry500

Część rodziców skorzystała z łaskawości rządzących i odroczyła swoje dzieci na podstawie zaświadczeń z poradni. Te rodziny czeka spokojny rok w przedszkolu i pierwsza klasa za rok jak bułka z masłem. Zaznałam tego z Michasiem. Część uniosła się honorem (zapewne głównie ojcowskim), że nie będą z dziecka robić półgłówka, jak trza do szkoły, to do szkoły pójdzie. Tym rodzinom nie życzę tego, co przeżyłam z Piotrusiem w pierwszej klasie. Przeczytajcie przynajmniej książkę moją i psychologa Karoliny Piękoś, żebyście wiedzieli, że Wasze dziecko ma prawo do tych wszystkich zachowań, które zobaczycie u niego jesienią. Uzbrójcie się w cierpliwość, w całą cysternę cierpliwości i zaciśnijcie zęby. I życzę z całego serca, żeby udało Wam się rozewrzeć szczęki przed wiosną.

Chwilowo nie mam na stanie żadnego sześciolatka, więc pieklę się w tej sprawie całkiem bezinteresownie. Ale nie potrafię przejść obojętnie obok tekstu Nishki.

Z miejsca wkurzyło mnie pytanie „Czy rodzice 6-latków, które za tydzień idą do szkoły, powinni się bać?!” Podobnie zagadywała z ekranu telewizora minister Hall, apelując „Rodzice, nie bójcie się!” Ach, jakże mnie to rozwścieczało! Sorry Nishka, ale zabrzmiałaś dla mnie tak samo.

Rodziców nie trzeba głaskać po główkach i trzymać za rączki, tłumacząc łagodnie, że nie ma się czego bać, to wcale nie boli (a potem jak dentysta przystawi wiertło, to człowiek wszystkie gwiazdy zobaczy i z miejsca znienawidzi tych, którzy go okłamali). Rodzice nie są tłumokami, zastraszonymi przez roszczeniowe małżeństwo Elbanowskich, które chce wykluczyć edukacyjnie nasze zdolne maluszki i ugrać coś ich kosztem. Rodzice dobrze wiedzą, jak wygląda polska szkoła  i chyba tylko ci naprawdę nieświadomi wierzą, że przeciętna rejonowa podstawówka nadaje się dla sześciolatka, z zatłoczonymi do granic możliwości świetlicami, z małą stołówką, często połączona w jeden kompleks z gimnazjum. Większość moich koleżanek-nauczycielek nie posłała swoich własnych dzieci do szkół w wieku 6 lat. Rodzice dobrze pamiętają, co powiedział minister Boni w przypływie szczerości: „(…) sześciolatki muszą iść do szkół. Bo chodzi również o to, żeby wcześniej kończyły edukację. To element polityki rynku pracy, bez tego nie będzie miał kto zarabiać na nasze emerytury.”

Nie dajcie sobie wmówić, że ta reforma to dla dobra naszych dzieci, żeby się, bidulki, nie uwsteczniały. Jak to uroczo ujęła Dorota Zawadzka „Ograniczanie prawa dziecka do nauki, a tak rozumiem pozostawienie dziecka w wieku sześciu lat w przedszkolu, może skutkować różnego rodzaju problemami, kiedy dziecko będzie starsze”. Teraz zastanawiam się, do kogo mam składać zażalenie na wszystkie moje życiowe problemy? Do rodziców czy do ówczesnego rządu, że nie nakazał posłać mnie do szkoły w roku 1981? Nie wierzcie, że na całym świecie dzieci idą do szkoły mając sześć lat. Otóż nie, nie idą, w UE obowiązek dotyczy tylko połowy krajów członkowskich. W Finlandii, w której dzieci osiągają najlepsze wyniki w prestiżowych badaniach PILRS, idą do szkoły jako siedmiolatki. 

Od czterech lat uważam, że szkoła dla sześciolatka to porażka, i tak odpowiadam każdej czytelniczce, która pisze do mnie z prośbą o radę. Ale jeśli chcesz – proszę bardzo. Zawsze można było posłać dziecko do szkoły rok wcześniej i system powinien działać w tę stronę: zachęcanie, stwarzanie warunków, by zdolne dzieci nie „traciły czasu” w przedszkolu (dla mnie bzdura, dzieci wspaniale rozwijają się pod okiem mądrych nauczycielek przedszkolnych, co więcej – dzieci starsze, później rozpoczynające edukację, szybciej chłoną wiedzę, więc nie ma mowy, że coś stracą), ale nie przymus i ośmieszanie tych, którzy się nie zdecydowali skorzystać z propozycji.

W jednym się z Nishką zgadzam: „(…) w dużej mierze zamieszanie spowodowane 6-latkami jest wynikiem rozgrywek politycznych.” Włos mi się jeży, gdy czytam, że w razie wygranej PiS reforma zostanie cofnięta, a rodzice będą mogli już w trakcie roku szkolnego przenieść dziecko z pierwszej klasy do zerówki. To dopiero byłby bałagan! Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Przenoszenie dziecka na niższy poziom, powrót do zerówki czy przedszkola po kilku tygodniach czy miesiącach w szkole (skąd miałoby się znaleźć dla niego miejsce?) byłby przecież klęską dla malucha na starcie edukacji! Dziecko to nie książka, którą można przestawiać z półki na półkę!

Trzymam kciuki za Wasze sześciolatki w pierwszej klasie (za siedmiolatki też, naturalnie!) i oby nie był to koszmarny rok, którego wspomnienie będzie Was prześladować latami jak piszącą te słowa, howgh.

by Chuda at wrzesień 01, 2015 12:50

sierpień 31, 2015

Zuzanka

Blog do czytania

Dzień Blogera 2015

Po raz kolejny świętujemy międzynarodowe święto, znane tylko w Polsce. Dzień Blogera. Czekając na ciastka i prezenty od Was dla mnie, postanowiłem – jak każe tradycja – pokazać piątkę blogerów, na których warto przynajmniej rzucić okiem. Ale, żeby nie było tak, jak zawsze, tym razem przyjąłem dwa założenia: Zgodnie z najnowszą wykładnią z konferencji blogerskich […]

by Bartosz Cicharski at sierpień 31, 2015 05:45

Anna Sakowicz

Guguły

Dzieciństwo spędziłam w czasach PRL-u, więc książkę Wioletty Grzegorzewskiej „Guguły” czytałam z sentymentem. Przenosiłam się w świat tak dobrze jeszcze pamiętany właśnie z perspektywy dzieciństwa. „Guguły” to zbiór dwudziestu czterech opowiadań utrzymanych w niezwykłym klimacie. Grzegorzewska daje ciekawy obraz prowincji. Podczas czytania przypominałam sobie Czesława Miłosza, Melchiora Wańkowicza czy Brunona Schulza. Trochę wpisywałam utwór w…

by anna.sakowicz at sierpień 31, 2015 05:31

Niezbyt boska ja

Jedzie pociąg z daleka

Och, och, w jakim to ja sławnym mieście mieszkam :)

Szanowni Państwo, witamy w MIEŚCIE ZŁOTEGO POCIĄGU :)

Jestem nieco zadziwiona informacjami w mediach. Nie tym, że pociąg się u nas znalazł, ale tym, że są to wieści POZYTYWNE po raz pierwszy.

Zazwyczaj kiedy podawane są wiadomości z kraju jest na przykład tak: "W Szczecinie powstał nowy ogród różany, Poznań otworzył sieć miejskich wypożyczalni rowerów, a w Wałbrzychu w biedaszybie ziemia przysypała 2 osoby".

Do tego w Wałbrzychu nakręcili "Sztuczki" oraz "Komornika" (oba bardzo dobre zresztą), jednak po obejrzeniu których ludzie raczej nie pragną spędzić wakacji w naszym mieście. A jak ktoś na dokładkę przeczytał "Ciemno prawie noc" Batorowej, to już nawet do granic województwa dolnośląskiego się nie zbliży.

A tu nagle taka niespodzianka: jest pociąg i jest złoty. 

Znajomi z Wałbrzycha mieszkający w UK donoszą, że uwierzyć nie mogą, że czytali o swoim rodzinnym mieście w Guardianie :).

Teraz tylko czekać aż ZZ Top zmieni słowa piosenki z Viva Las Vega na Viva Wałbrzych :)

:)

by boskajana@NOSPAM.gazeta.pl at sierpień 31, 2015 04:43

Eksribicjonizm kontrolowany

Feministki są brzydkie

Jak wygląda feministka?

Jeśli nie widzisz jej, kiedy patrzysz w lustro, to prawdopodobnie masz w głowie taki obraz: obcięty na krótko babochłop z wkurzonym wyrazem twarzy. Bez stanika, w męskich spodniach i bez makijażu. Nie gotuje, bo to opresyjne, nie sprząta, bo to wtłaczanie w schematy. Jest singielką z wyboru, bo faceci to świnie. A feminizm jej się spodobał, bo jest zbyt brzydka, żeby sobie mogła chłopa znaleźć.

Takie stereotypy są wciąż żywe, bo ten normalny, codzienny feminizm nie jest medialnym tematem. Do telewizji trafiają te feministki, które najgłośniej krzyczą. Na pierwszej stronie gazet widzimy zdjęcia tych, które całują mężczyzn w rękę albo mówią o sobie "ministra" zamiast "pani minister".

A przecież feministki są wśród nas. 

Ja nią jestem. I pewnie Ty też, jeśli tylko nie uważasz, że to, co masz między nogami i na klatce piersiowej, czyni Cię w jakikolwiek sposób gorszym gatunkiem człowieka. Bo feminizm to nie jest palenie staników. To idea, która mówi, że wszyscy ludzie powinni mieć takie same prawa, bez względu na różnice, jakie ich dzielą. 

Dlatego jestem jedną z nich. Jestem feministką.



Do akcji "Jestem jedną z nich" zaprosiłam 8 pięknych, mądrych, wspaniałych kobiet. Każda z nich zrobiła sobie zdjęcie, które obala jeden ze stereotypów na temat feministek, i opublikowała je. Wszystkie napisały na swoich blogach bardzo mądre teksty.

Zachęcam Was do przeczytania tych wpisów oraz do przyłączenia się do akcji.
Wystarczy opublikować swoje zdjęcie w dowolnym miejscu internetu i otagować je #jestemjednaznich. Pokażmy Polsce, jak wyglądają prawdziwe feministki.

O #JestemJednaZNich napisała także polska strona akcji He For She.



by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at sierpień 31, 2015 02:05

Anrzej rysuje

Matka jest tylko jedna

Pięć rzeczy, które warto kupić jesienią

Zbliża się jesień, nie ma co się oszukiwać. Otumanieni wyprawkami przedszkolnymi i szkolnymi chyba jeszcze nie widzimy jej pierwszych oznak, ale, spacerując po lesie z Kosmykiem, zostaliśmy ostatnio zaskoczeni nieprawdopodobną ilością kolorowych liści, ścielących się na drogach. Jesień to, wbrew pozorom, najlepszy czas na zakupy. Warto w ciągu roku przygotować się na jesienne okazje i niezliczoną ilość możliwości, dzięki którym możemy w stanie zaoszczędzić parę złotych i dopełnić kilka inwestycji.

 

 

1. Rowery 

 

 

Rowery najlepiej kupuje się zimą [są najtańsze], ale jesienią ich cena już zaczyna spadać [na przykład na kaski rowerowe tutaj, a promocje na rowery już zaczęły się tutaj], a my, kupując właśnie teraz, zdążymy jeszcze trochę rowerowych przejażdżek odbyć.  Sama zastanawiam się właśnie nad jednym zakupem, raczej nie zdążę już w tym roku, ale na przyszły zaczynam odkładać i mam nadzieję za rok śmignąć nim z dziećmi wzdłuż jeziora.

 

 

 

 

2. Działka

 

 

Jeśli chcecie zostać wiejskimi potentatami jak ja [;)] warto pamiętać, że najtańsze działki kupicie właśnie jesienią. Dlaczego? A przede wszystkim dlatego, że sprzedający najczęściej przed zimą najchętniej pozbywają się działek i najczęściej właśnie wtedy są skłonni na obniżki i upusty. Poza tym jeśli w pochmurny deszczowy dzień spodoba ci się jakaś działka, możesz być pewien, że w każdy inny dzień podobać będzie ci się jeszcze bardziej. No i to najlepszy czas, żeby przygotować się do budowania domu/remontu na wczesną wiosnę – przez zimę przygotujesz wszystkie dokumenty, na wiosnę wyremontujesz/wybudujesz, a przyszłej jesieni już się możesz wprowadzać [to takie moje entuzjastyczne domniemywania, choć znam ludzi, którym się to udało]. A przy okazji prywata – w mojej wsi jest działka do sprzedania, co prawda nie nad jeziorem, ale i tak ładna, jeśli jesteście zainteresowani po więcej informacji możecie pod numer na Przystani Jaskółka.

 

 

 

3. Drzewka 

 

 

Każdy, kto ma dom z ogrodem wie, że drzewka w nim najlepiej sadzić wczesną wiosną albo jesienią przed przymrozkami. A jak nie wie, to się prędzej czy później dowie, tak jak ja, gdy w czerwcu wybrałam się na poszukiwanie jabłonek :) Jeśli chcemy w naszym ogrodzie mieć piękny sad, warto pomyśleć o tym teraz – drzewka zdążą się zakorzenić, a na wiosnę będziemy mieli obsypane kwieciem jabłonie, grusze i śliwy. Muszę przyznać, że Chłop zaskoczył mnie swoimi planami sadowniczymi – chce mieć przynajmniej 20 jabłoni, 5 grusz, 5 śliw, 10 wiśni i… dalszych planów nie słuchałam, bo w popłochu zaczęłam przeliczać, ile to wszystko będzie kosztować…

 

 

4. Meble ogrodowe

 

 

Czas po sezonie letnim to najlepszy moment, żeby zaopatrzyć się w meble na… przyszły sezon. Teraz ceny są najlepsze, bo sklepy chcą się pozbyć z magazynów tegorocznych produktów, żeby zrobić miejsce na nowe. Warto śledzić ceny i oferty, żeby na wiosnę rozstawić na tarasie piękne, nowe meble. Ja obecnie jestem na etapie poszukiwania, bo te wakacje spędziliśmy siedząc na poduszkach i odnawiając stary stolik. Na przyszłe już chcę mieć komplet wypoczynkowy z prawdziwego zdarzania! Okazji szukam na Grouponie – tutaj – oraz na Kodach Rabatowych, które regularnie wysyłają mi info o nowych promocjach i unikalnych kodach zmniejszających cenę nawet o połowę! [o promocji na rowery dowiedziałam się właśnie z kodów, które mają wygodną aplikację mobilną].

 

 

5. Ubrania

 

 

Stosuję to od dawna,  a dość regularnie, od kiedy mam dziecko. Wiosnę modowo traktuję po macoszemu, a to właśnie na jesieni kupuję masę ciuchów z myślą nie tylko o nadchodzących przymrozkach, ale też o tych pierwszych bezśnieżnych dniach w lutym i marcu. Trudno kupić coś na zapas mając malutkie dziecko, ale dla takiego trzylatka kurtka jesienna może swobodnie posłużyć też wiosną. Korzystając z promocji po szale wyprawkowym [tutaj na przykład], można na kilku promocjach zaopatrzyć swoje dziecko w ubrania, które spokojnie może nosić cały rok.

 

Ja mam to szczęście, że Kosmyka stópki przystopowały nagle z rośnięciem i zatrzymały się na rozmiarze 28. Tej jesieni mogę mu więc spokojnie wybrać lepsze buty, które prawdopodobnie wystarczą jeszcze na pierwsze wiosenne dni – dla mnie to niesamowita ulga, bo zeszłej wiosny dwukrotnie zmienialiśmy rozmiar, co było trochę uciążliwe. Fajne promocje są na Sarenza, a korzystając z kodu rabatowego Sarenza, możecie jeszcze zaoszczędzić.

 

xxxx

Zdjęcie: Sarenza

 

 

Jesień to też czas, kiedy ja – mama – masowo kupuję ubrania. Jakoś tak się utarło w naszej rodzinie, że mężczyźni kupują sobie ciuchy przed wakacjami i zimą, a kobiety masowo robią zakupy na jesieni. Jesień to czas, gdy kupuję całą moją bazę ubrań na następny rok. Jeśli na jesieni wypełnię szafę odpowiednią liczbą ciepłych ubrań, na wakacje zostaje mi tylko dokupić kilka sztuk koszulek, sukienek i jakieś krótkie spodenki. Na jesieni zawsze kupuję bluzki na dłuższy rękaw, podkoszulki, buty,wyszukuję sobie nowe dżinsy [na Zalando dżinsy 50 procent taniej! klik] i oczywiście jakieś swetry i ciepłe bluzy. Od kiedy karmię Adaśka, jestem fanką krojów tego rodzaju [można je kupić tutaj i tutaj]

 

collage

 

Jak widzicie, jesień to okres, gdy wydajemy najwięcej pieniędzy, a jednocześnie okres, gdy chyba najlepiej te pieniądze lokujemy. Oczywiście nie co roku kupujemy ziemię i rowery, ale jeśli wpadnie nam w oko działka, z pewnością poczekamy na jej zakup do pierwszych czerwonych liści. W tym roku, gdy dopiero zaczynamy sadzić owocowe drzewka, a nasze przydomowe krzewy nie wydają jeszcze tyle owoców, ile byśmy chcieli, sporo wydamy również w warzywniakach. Uwielbiam robić przetwory i fajnie zimą pić własnoręcznie przygotowane soki i kompoty. A jak wiadomo, warzywa i owoce najtaniej kupić pod koniec wakacji :)

 

Czy macie jeszcze jakieś doświadczenia/propozycje rzeczy, które warto kupić/załatwić jesienią, dzięki czemu możecie trochę zaoszczędzić?

 

2,577 wszystkich wizyt, 425 wizyt dzis

Post Pięć rzeczy, które warto kupić jesienią pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at sierpień 31, 2015 12:30

Zapiski dojrzalej kobiety

Tak źle, tak nie dobrze.

Zimą marzyli o słońcu
latem myślą o chłodzie
aż spytał zakłopotany Bóg
jak ja ludziom dogodzę?
wiem, ześlę im pogodę ducha
dobrą na chłody i na upał
lecz nie wszyscy skorzystali
i nadal „narzekaczami”pozostali…

(Autor:"cichosza" 07.07.2015r)

Tak, to jest pierwszy dzień tegorocznego lata, kiedy mam ochotę ponarzekać, postękać i pokwękać.
Lipcowe i sierpniowe upały znosiłam "z godnościom osobistom", tzn. owszem, było mi gorąco, ale czułam się dobrze i dało się żyć.
Natomiast dzisiaj po prostu nie mam czym oddychać i lewo nogi wlokę za sobą.
Fakt, nic nie muszę i mogę spokojnie dogorywać na kanapie, ale ...nie cierpię tego złego samopoczucia i tej niemocy.
Ok, pomarudziłam trochę, a teraz pokażę Wam kocyk który uszyłam dla Wiktorii.
Zdjęcia są robione przy świetle sztucznym więc nie są dobrej jakości, sorry.

Trochę mi smutno, bo jutro Wiktoria idzie do przedszkola.
Nie smucę się, że idzie do przedszkola, ale dlatego, że już pewien etap życia za nią
Smutno mi, że czas tak szybko ucieka, przecież nie tak nie tak dawno opłakiwałam jej pójście do żłobka, a tu minęło już dwa lata.
Mała w żłobku czuła się wspaniale, nie chorowała, ale był to bardzo dobry (niepubliczny) żłobek z monitoringiem i można było sobie pooglądać jak dziecko się zachowuje, czy tęskni, jak sobie radzi z jedzeniem, jak opiekują się nimi ciocie itp.
Teraz Wiktoria idzie do przedszkola państwowego, bo takie jest najbliżej nich.
Niech jej tam będzie równie dobrze jak było jej w żłobku. 

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at sierpień 31, 2015 11:22

Bezwstydnica

Bez umiaru

urlop2

Pozdrowienia dla wszystkich z okazji końca wakacji!

A w szczególności dla tych, którzy nie mają umiaru w urlopie (jak pani powyżej).

Pozdrawiam

Kura

by admin at sierpień 31, 2015 09:10

Kura pazurem

Jak się wietrzyłam

Noclegi zamówione, więc już niedługo jadę przewietrzyć rozczochraną. Mój Mężuś tak się zaangażował w tę moją potrzebę wietrzenia łepetyny, że zorganizował mi weekend w siodełku. I niestety moja facjata nie nadaje się się do pokazywania światu, bo zmieniłam barwy na (prawie) narodowe. Gęba czerwona, szyja biała. W sobotę pomykałam niczym Szurkowski czy Jaskóła, wiatr we włosach, muszki na zębach, bo pycho rżało w uśmiechu. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie niedziela rano. Po śniadaniu Mężuś mówi, że jedziemy, więc się cieszę, bo dzień wcześniej fajno było. Siadam na rower i mknę przed siebie. I tak mknęłam, dopóki nie okazało się, że jakoś ciężko idzie, bo ścieżka pełna piachu. Kilka razy się zatrzymywałam i mówiłam, że nie dam rady. I gdyby nie był to las, to pewnie usiadłabym, przykuła się do drzewa i kazała Mężusiowi (delikatnie mówiąc) zapie…przać po auto.

Mężuś się przejął i prowadził już prosto do asfaltówki, a stamtąd to już tylko kilkanaście kilometrów, więc jadę z jęzorem, który o mało nie wkręcił się w koła. Jedziemy, a tu nagle jakiś peleton kolarzy wyjeżdża z zakrętu. Po chwili jesteśmy w środku. Czuję się jak ryba płynąca z nurtem rzeki (nawet poprosiłam, by wzięli mnie na hol, ale chętnych nie było) i kiedy jeden, drugi i piąty nas wyprzedzał, nagle przełączyłam się na inny bieg. I co? Nas? Nie damy się! I dawaj dociskać pedały. Znów wiatr we włosach. Co prawda, po chwili wąchamy kurz po tym peletonie, ale z oddali zauważam, że dwóch pęka i odpada, a dzieli nas od nich tylko ze 100-200 metrów.

- Dajemy!!! Za nimi!

Znów muszki na zębach, komary we włosach, robal w uchu. Znikają za zakrętem. Wypadamy za nimi, a tam kibice z trąbkami, flagami i wielkim dzwonem. Oczywiście z daleka nie poznali, że my to nie zawodnicy i dawaj wiwatować na naszą cześć. I co wtedy? Człowiek z dumą dociska na pedały i gna z prędkością błyskawicy. Na szczęście zaraz znów zakręt i można zwolnić. Dojeżdżamy do miasta. Akurat meta ustawiona na ścieżce rowerowej, więc przejeżdżamy. Niestety nikt na nas nie zwróca uwagi, medalu nie wręcza, więc z opuszczonymi głowami „mkniemy” do domu. I odhaczam pierwszy wyścig kolarski jako zaliczony.

Sprawdzamy w necie, co to za wyścig. „Koła Kociewia”. Trzy kategorie. Jedna to 75 km do przejechania.

– O, to byśmy dali radę – mówi Mężuś. A ja liczę. W sobotę 32 km, dzisiaj 36, więc jakby mi rozbili ten dystans na dwa dni, to dam radę.

– A myślisz, że oni czekają na ostatniego zawodnika? – pytam Mężusia. – Bo mogłabym namiot sobie po drodze rozbić, zdrzemnąć się i na dwa dni to rozłożyć. Ciekawe, czy by na mnie czekali. Jak myślicie?

I jakoś dziwnie, bo Mężuś nie komentuje. Potem za to rzuca kolejny pomysł związany z moim wietrzeniem rozczochranej, że możemy sprzedać dom, kupić jakiś wypasiony wykrywacz metali i wyruszyć na Dolny Śląsk, szukać złotego pociągu.

Może ja jednak zostanę przy wyjeździe na Kaszuby, nie? Bo co będzie, jak go znajdziemy. Chętnych do podziału już cała kolejka.

 

A na koniec kilka fotek z przejażdżek, bo nie wszyscy mają FB:

image29

image3

image45

image43

image27

by anna at sierpień 31, 2015 04:12

zycie na kreske

Od rana do wieczora

Lato pełne rocznic

Każdego roku nasze lato obfituje w rocznice różnych ważnych rodzinnych wydarzeń. To także :-)

chlopcy

17 lipca Wojtuś skończył półtora roku

Wojtuś jest uroczy, słodki do schrupania i z takim charakterkiem, że ojacież…! Jest bardzo bystry i doskonale rozumie, co się wokół niego dzieje. Kiedy ktoś w jego obecności wspomina o czasie, kieruje wzrok na zegar. Powiedziałam:

- Wojtusiu, zdejmiemy skarpetki, żebyś się nie pośliznął – a ona zaczął stąpać powolutku, uważnie patrząc pod nogi.

Na hasło „zakładamy buciki”, siada na podłodze. Ostatnio próbował zakładać sobie sandały: nogę trzymał nieruchomo, a sandałem machał wokół stopy.

Od późnej wiosny składa sylaby: adzia, edzia, ciuciuciuciu, siasiasiasia, ciasia, cisi, cieś, dzieś, siesia, sieje, ciacia, ide. Zadaje także rozmaite pytania: sia? jojasieja? desiała? aduładuła śła? tak?

Pierwsze zdanie wygłoszone 8 kwietnia brzmiało:

- Dzie tata?

Da się z nim już porozmawiać, choć monotonne to pogawędki.:

- To jest kawa, kawa jest dla dorosłych.
- Ne.
- Tak.
- Ne.

Ale bywa i ciekawiej:

- Gdzie masz spodnie?
- Tata.
- Tata ci zgubił spodnie?
- Taaaa.

Bardzo lubi swoją nianię, więc wcale się nie zdziwiłam, gdy pewnego popołudnia zapytał:

- Dzie eś ciocia?

Wsiadł do autobusu i zakrzyknął z mocą:

- Jajade! – co wzbudziło żywiołową reakcję współpasażerów.

Muczy jak krowa, miauczy jak kot i szczeka jak piesek.
Na „Amen” pięknie składa dłonie.
I tańczy, tańczy dla mnie i dla każdego, kto znajduje się w pobliżu. Ciotki były zachwycone, gdy wykonał pokaz dla nich. Jakikolwiek rytm usłyszy, nawet zwykłe klaskanie, już nóżki chodzą, już pupcia podryguje, już rączki włączają się do układu choreograficznego. Michaś miał tak samo, pamiętasz, Jutka? :-)

Nie pozwala się wykluczyć cyfrowo. Absolutnie. Awantury o dostęp do telefonu czy komputera słyszy cała dzielnica.

21 lipca Piotruś skończył dziesięć lat

- Wiesz mamo, teraz będziesz miała w komputerze wejście DVI, a miałaś VGA – powiedział do mnie ostatnio, trzymając w rękach płytę główną komputera, a mnie się w głowie zakręciło.

- Syneczku – rzekłam – dopiero co szczytem twoich oratorskich popisów było zdanie „Pepuś dawa piciu kotu”, a teraz wygłaszasz do mnie techniczne mowy, których ja nie rozumiem!
- „Jedzie Pepe, kęci koła” – zacytował inną swoją wypowiedź, bo wspominamy je często i chętnie.

Jest wspaniały, rozsądny, odpowiedzialny. Wiem, że mogę na niego liczyć. Pójdzie do sklepu, zajmie się Wojtkiem, ziemniaki obierze, sałatkę zrobi, posprząta. Ma skłonności do bujania w obłokach i uwielbia czytać. Czyta po trzy książki naraz, słucha namiętnie „Opowieści z Narnii”.

24 sierpnia Michaś skończył osiem lat

Michaś, mistrz kombinowania. Spóźnił się haniebnie na obiad, opieprzam go, a on spokojnie zasiada do zupy, przeprasza i po chwili pyta:

- A kto ugotował tę zupę? Ty czy babcia?
- Ja – odpowiadam w przerwie między kolejnymi porcjami ochrzanu.
- Wspaniała zupa! – wstaje od stołu i całuje mnie czule.

I co, taki nie da sobie rady w życiu?

Nade wszystko ceni życie towarzyskie. Koledzy są najważniejsi, potrafi wsiąknąć na długie godziny. Na początku denerwowałam się jego nieobecnością i obdzwaniałam mamy kolegów, teraz wiem, że wróci jak się ściemni. Dostał na urodziny zegarek i jak na razie cieszy go umawianie się na godzinę i pilnowanie czasu. Do czasu oczywiście.

Kasa się go nie trzyma, ale ma gest: na urodziny kupił Piotrusiowi puszkę Coli.

Świetnie bawi się z Wojtusiem. Uwielbia budowanie z klocków i bawi się w odgrywanie scenek i scen batalistycznych. Walczą ze sobą nawet pluszowy miś z zawartością jajka niespodzianki. Kiedy jest robota do zrobienia albo protestuje, albo znika niepostrzeżenie, by pojawić się na koniec i zapytać z niewinnym spojrzeniem, w czym trzeba pomóc.

30 sierpnia minęło nam dwanaście lat pożycia małżeńskiego

Pozwolą Państwo na sentencję okolicznościową: Małżeństwo jak życie, składa się na nie beczka dziegciu i łyżka miodu. Najważniejsze, żeby miód był słodki i aromatyczny i oczywiście prawdziwy. Czego i Wam życzę :-)

by Chuda at sierpień 31, 2015 01:54

sierpień 30, 2015

moje waterloo

2123

Zamieszkały z nami:
- tuje sztuk 16*,
- jałowce płożące sztuk 6,
- pigwy sztuk 4
- oraz rododendron.
Prezes odnalazł swoje powołanie. Jest nim ogrodnictwo. Pobił również rekord koszenia, który wynosi 1:1, czyli 1 działka w 1 godzinę. Szok. Faktem jest, że wyglądał potem jak szmata.

Tymczasem strona obywatel.gov.pl donosi, że w Urzędzie Miasta oczekuje na mnie nowy dowód. Zatem nie damy mu tęsknić zbyt długo i skorzystamy z dobrodziejstwa pracy urzędowej w poniedziałki do 17. Następnie tour de instytucje, ciekawe, o czym zapomnę. I dlaczego tak drogo w sądach.

Przyjmujemy też kolejnych gości, również z noclegiem. Wizja odwiedzenia najbliższego sklepu IKEA celem nabycia dużego łóżka gościnnego staje się coraz bardziej realna. Oraz i także materaca.

Dziecko przybywa 11 września nocą. Nie mogę się doczekać.

Koty pragną biec w dal.
Figę.

W ogóle to mam tak strasznie dużo pracy, że chyba umrę. W razie czego o pogrzebie zawiadomi się PT Czytelników w osobnym poście.


* Potrzebujemy jeszcze tylko 284.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at sierpień 30, 2015 08:12

Dzieciowo mi

Jak zmieścić trzy łóżka i trzy biurka w jednym pokoju?

Małe mieszkanie to wyzwanie i nie ma, że nie. Powiedzmy, że problem jest odwrotnie proporcjonalny do powierzchni lokum. Póki dziecko jest jedno,

by Malwina Ferenz (Krusz.) at sierpień 30, 2015 07:02

Matka jest tylko jedna

Jak reagować na matkę karmiącą piersią publicznie?

Raz na jakiś czas przebiega przez mój newsfeed biadolenie, jakie to matki karmiące są bezczelne, że ośmielają się wywalić cyce w miejscu publicznym. Po internecie krążą legendy o tym, jak to ktoś gdzieś kiedyś spotkał taką matkę z wywalonym cycem, która ani się nie zakryła, ani nie miała specjalnej bluzki do karmienia, ani nawet nie schowała się nigdzie, żeby przypadkiem nie wpaść komuś w oczy. Raz na jakiś czas więc taka matka wpada w te oczy, a wtedy świadek wpadnięcia bezzwłocznie informuje o tym swoich znajomych, a ci, pełni oburzenia, komentują wpadkę na różnorakie sposoby. Dzięki tym komentarzom wpadłam na idealne rozwiązanie na to, jak reagować na matkę karmiącą piersią publicznie…

 

 

Bo wiecie, to nie jest tak, że każda z nas lubi epatować cycem. Są różne sytuacje – a to bluzka do karmienia w praniu, a to pieluszka zleciała, a to chusta się odwinęła, a to dziecko reaguje histerią na zakrytą buzię, no różne. Matki kombinują, jak mogą, a to wciskają dziecko pod bluzkę, a to zakładają mu kapelusz na łeb, a to chowają się w zaułkach jak złoczyńcy.  Ale czasem okoliczności sprawią, że matka karmiąca zaświeci cycem, a cyc przecież jest obleśny i potworny. Nie chcemy widzieć cyców.  O wiele lepiej wyglądają stringi wystające z tyłka, albo parówy w legginsach, ewentualnie goła picz na okładce gazety w każdym jednym kiosku. Umówmy się – to oczywiście jest ogólnie tolerowane, ale cycki nie, bo nie.

 

I ja do wszystkich, którzy zostali brutalnie narażeni na ten drastyczny, obleśny widok, do wszystkich, których oczy ucierpiały na widok jedzącego posiłek niemowlęcia, mam jedną zasadniczą radę:

 

 

Nie patrzcie się. 

 

 

Tak jak omijacie wzrokiem każdy nie pasujący wam widok, tak jak nie przypatrujecie się dziwnie ubranym ludziom, sikającym pod ścianą menelom. Jeśli widok matki karmiącej jest dla was niemiły, to naprawdę zróbcie tak, jak ze wszystkim, co wydaje wam się brzydkie:

 

 

Po prostu się, kurde, nie patrzcie. 

 

 

 

 

 

12,435 wszystkich wizyt, 265 wizyt dzis

Post Jak reagować na matkę karmiącą piersią publicznie? pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at sierpień 30, 2015 05:11

Szymaczek

Park Wschodni

szymek parko wschodni 30 sierpnia

I moje najnowsze odkrycie”plum” kamykami do wdy :)

by szymaczek at sierpień 30, 2015 04:50

Czarny pazur

Czas drogi, czas błogi

Czyli po prostu urlop. Drogi, bo cenny. Personel już tęskni za następnym :-).

Personel i Spadnięte Niebo spędzają urlop na Włościach. Przywieźli wszystko i wszystkich. Kota Behemota i Niutkę. Żółwia. Kurczaki. Tonę książek. I głębokie pragnienie zapomnienia o świecie.

Zadebiutowały również na dobre Włości, jako dom rodzinny i otwarty dla gości. Personel i Spadnięte Niebo gościli najpierw personelowego brata w Miłym towarzystwie, a następnie Niedoszłą Kuzynkę wraz z rodziną. Cichy dotąd dom napełnił się dźwięcznymi głosami dzieci, radosnym śpiewem niewiast i tonującym burczeniem mężczyzn. Koty, na wszelki wypadek, ukryły się głęboko. To znaczy, ukryła się Niuteczka, bo Behemot generalnie jest kotem bardzo towarzyskim i lubi wizyty. Oczywiście, w rozsądnym zakresie decybeli. Ale zasadniczo był obecny. Goście zresztą przydali się niezmiernie, ponieważ gospodarze ciągle znajdują się w fazie późnoremontowo-ustawieniowej. Personelowego brata zagnano do noszenia mebli, a mąż niedoszłej kuzynki miał zaszczyt brać udział w usuwaniu skutków spektakularnego zatkania rury kanalizacyjnej. Ale - takie jest życie, proszę państwa, a trochę wakacyjnej przygody jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

Gości na Włościach wita się chlebem, solą i kociątkiem. Kociątka aktualnie są dwa, dostarczyła je Siwa, najdziksza ze spółdzielczych kotów i absolutnie niedotykalska. Personel wytropił legowisko małoletnich i od momentu wytropienia są one zagłaskiwane na śmierć. Zresztą - nie głaskalibyście?....

Bonifacy i Filemon są bardzo groźni, syczą i szczerzą zębiska, a na Człowieczych rękach zasypiają słodko. Jak się trochę ucywilizują, pójdą do ludzi. Tymczasem Personel i Spadnięte Niebo siadają na ławeczce, każdy bierze swojego koteczka i starannie go miętoli. Ile przy tym radości i niewinnej zabawy!

Wizytę wszystkich gości Niuteczka przetrwała w szafie. Wychodziła po zmroku, odwiedzała miskę i kuwetę, a spotkana przez Człowieka umykała w popłochu. Czasem dawała wyraz swojej dezaprobaty wobec bieżącej sytuacji demograficznej ("Miach!!"), ale w zasadzie była nieobecNiutka. Mąż Niedoszłej Kuzynki twierdzi jednak, że coś dotknęło go noskiem w nogę, a potem siedziało na parapecie, kiedy pracował na komputerze. Kto wie? W starym domu różne rzeczy się zdarzają...

A dzisiaj dom już pusty. Goście spakowali się i pojechali w siną dal. Kot Behemot uczestniczył chętnie w ceremonii pożegnalnej i nie zraził go widok licznych bagaży. Z pewnością uspokajało go to, że Personel niczego nie dźwigał i nie nosił. Utwierdził się zatem, że to nie jego ludzie mają niecne plany. Zazwyczaj, kiedy Spadnięte Niebo i Personel pakują się, Kot Behemot na wszelki wypadek ukrywa się w miejscu niedostępnym. A nuż ktoś chciałby go wpakować do jakiegoś nieprzyjemnego miejsca?

Żeby obraz rodzinnego szczęścia był pełen, Spadnięte Niebo i Personel zasadzają się jutro na Borsuka ("miauuuu!") i w samo południe zawożą go do weterynarza. Borsuk, oczywiście, nic nie wie na ten temat, ale będzie bardzo zdziwiony, gdyż spędzi noc w piwnicy. Bez żarcia ("miauuuuuuu!"). Bo końcu czemu tylko ludzie mają się dobrze bawić?

A wiadomość z ostatniej chwili jest taka, że Niutka wyszła z szafy!

 

 

by amelia007@NOSPAM.gazeta.pl at sierpień 30, 2015 01:51

Tomaczek

W parku Wschodnim

park wschodni 30 sierpnia tomek

Byłem tu dzisiaj pierwszy raz. Wiziałem prawziwe czaple!!!!

by Tomaczek at sierpień 30, 2015 01:44

...czasem oprócz skalpela używa rozumu

"TRADYSZYN"



Na początek anegdota. Na stacji, pośrodku nocy i podróży zatrzymuje się pociąg dalekobieżny. Jeden z pasażerów, ziewając otwiera okno i widzi gościa w kolejarskiej czapce, który chodzi wzdłuż pociągu i długim młotkiem z dziwnymi obręczami na trzonku, uderza w koła. Zaciekawiony pyta kolejarza: "Panie, co pan robi właściwie, zawsze chciałem o to zapytać, a teraz mam okazję". "Hm", odpowiada pracownik PKP, "uderzam w koła młotkiem, tak mnie nauczył mój majster 40 lat temu i od tej pory tak robię..." . Kolejarz powoli, nadal pukając w koła oddalił się, a  pociąg  wśród zgrzytu  szyn ruszył w dalszą podróż. Pasażer zamknął okno i ziewając pomyślał: "Pewnie to jakaś kolejarska  tradycja".   
Podobnie miłośnicy musicali pamiętają, że na większość pytań, o czasami dziwne zachowania mleczarz Tewie odpowiadał: "bo taka jest nasza tradycja".
Tradycja to rzecz święta dla wielu. Ba, twierdzą oni nawet, że pozwoliła zachować tożsamość narodową wielu uciskanych przez ciemiężcę (w tym oczywiście polskiego) narodów. Może to prawda w sensie języka, kultury czy pewnych (o tym dalej) obrzędów religijnych.  Są jednak tradycje, które budzą mój sprzeciw. Tradycje mogą, a nawet muszą podlegać weryfikacji kulturowej czy moralnej. Wiwlowiekową tradycją było niewolnictwo, czy w okresie nam bliższym segregacja rasowa. W drugiej połowie XX wieku w najpotężniejszym państwie świata, człowiek czarnoskóry nie mógł skorzystać z tego samego pisuaru co biały, że o wspólnym posiłku w restauracji nie wspomnę. To działo się na 5 lat przed lotem człowieka na Księżyc. To wszystko miało miejsce po tym co amerykańscy żołnierze zobaczyli w Dachau, a polscy i sowieccy w Auschwitz do czego prowadzi nienawiść na tle rasowym lub kulturowym.  W domach Niemców, ludzi wierzących w Boga, ba nawet domach parafialnych księży i pastorów służyli niewolnicy z podbitych krajów. Taka tradycja i możliwość jakie dał Führer. Dziś oficjalnie  (podkreślenie moje) nie ma już niewolnictwa i segregacji rasowej. Jest natomiast tradycja. Ma się dobrze, ba coraz lepiej, gdyż wielu ludzi postanowiło sięgnąć "do korzeni". Dotyczy zarówno ludzi jak i zwierząt. O ile ludzie w większości krajów są chronieni prawem (z jakim trudem się to zmienia niech świadczy obrzydliwa postawa prawicy i kościoła wobec tzw. ustawy przemocowej), tak sytuacja zwierząt mało kogo obchodzi. Większość z 5000 bogów i innych "bytów wyższych", którzy są czczeni na naszej planecie, wskazuje poprzez tzw. święte księgi (cała biblioteka! ) lub też poprzez bezpośredni kontakt założycieli danej religii z bogiem (czasami odpowiedniej dawki alkaloidów), wskazuje na służebną rolę zwierząt wobec człowieka.  Taka optyka, poparta przecież przez jednego z wielu bogów, stwarza nieskończone możliwości znęcania się na naszymi braćmi mniejszymi. W Nepalu corocznie zabija się toporem tysiące wołów, aby oddać cześć pewnej bogini. Nakazała ona również smarowanie krwią zabitych zwierząt samolotów startujących z miejscowego lotnika. że o drobniejszych pojazdach nie wspomnę. Ot, piękne połączenie tradycji z nowoczesnością. Ale jak można zakazać tym ludziom tradycyjnych obrzędów. Co będzie jak bogini się pogniewa, a poza tym obrazilibyśmy ich uczucia religijne. Zdjęcia z owej rzezi są tak straszne, że normalnemu człowiekowi robi się niedobrze. Podobnie jak tradycyjna rzeź grindwali na Wyspach Owczych. Zacytujmy portal Onet.pl : " Mimo sprzeciwów obrońców zwierząt, krwawa tradycja jest zaciekle broniona przez władze wysp i lokalnych mieszkańców. W tym roku tylko jednego dnia zarżnięto 250 zwierząt. Myśliwi wypatrują zwierzę i rybackimi łodziami zapędzają je do zatoki. Żeby wyciągnąć walenie na brzeg, w otwory oddechowe wbijają im tępe haki. Gdy ssaki są już wystarczająco blisko brzegu, przyłączają się kolejni mieszkańcy. Walenie zabija się następnie specjalnymi nożami. Woda w zatoce staje się czerwona od krwi. Brutalny rytuał często obserwują dzieci. Mięso z waleni jest rozdzielane między mieszkańców Wysp" . Jak wiadomo na tych wyspach nie panuje głód czy inne klęski zmuszające ludzi do takich zachowań. Jest to robione dla zabawy. Podobnie dla zabawy w katolickiej Hiszpanii odbywają się corridy. No tu entourage jest przebogaty. Tradycja, siła, męskość i inne podobne brednie uzasadniają ów dochodowy (nikt tego nie kryje) proceder. Turyści kupują bilety, są specjalne farmy hodujące odpowiednie byki. Cały obrzydliwy przemysł zabijania dla prymitywnej zabawy. Albo chora gonitwa oszalałych ze strachu byków w Pampelunie. Tradycja wielowiekowa chyba.
Są też i inne chore tradycje. Tym razem chodzi o niszczeni żywności. Nie dość, że z restauracji w krajach zachodnich wyrzuca się reszki jedzenia warte miliardy, to dla zabawy używa pokarmu  do rzucania w siebie. Taka zabawa zwana tomatiną odbywa się w (znowu!)  Hiszpanii a we Włoszech z kolei miłośnicy rozrywki rzucają w siebie pomarańczami. Nie wiem czy jest to przypadek ale oba kraje są "modelowo" katolickie. Gdyby Jezus istniał chętnie zapytałbym go czy należy w ten sposób postępować z jak sam powiedział. "owocami ziemi i pracy rąk ludzkich" . Obie zabawy budzą mój wstręt.
My w Polsce też nie mamy się czego powstydzić. Do naszych miast raz po raz zajeżdżają cyrki, które ku uciesze dzieci i starszych, o niewiele większych rozumach, pokazują tresurę zwierzą. Nieszczęsne zwierzaki wykonują podskoki, tańce i podobne hołubce, jakże "charakterystyczne" dla ich zachowań w naturze,  czynności. W jednej z bydgoskich gazet, starsza pani zapytana w ulicznej sondzie o zwierzęta w cyrku powiedziała, że tak jak sportowcy potrzebują treningu, tak zwierzęta tresury. Niestety większość społeczeństwa reprezentuje poziom intelektu owej pani. Na całe szczęście pojawiają się ludzie i  głosy zabraniające tego typu prymitywnej rozrywki. Piękną postawę zaprezentował prezydent Słupska pan Biedroń nie wypuszczając do miasta cyrku ze zwierzętami.
Psy  przywiązane na dwumetrowym łańcuchu do budy z blachy falistej to norma. Po co głupiemu bydlęciu  coś innego, niech się cieszy że ma miskę i że nie utopiono go jak był szczeniakiem. Weterynarz dla psa lub kota? Wielkopańskie fanaberie. No może krowa bo daje mleko, a pies jak zdechnie (w Polsce umierają tylko ludzie)  to się weźmie nowego.
Miną pokolenia nim ludzie zrozumieją (a jestem pewien że tak), iż nie należy krzywdzić dla zabawy istot czujących ból i strach tak jak my. Mam nadzieję, że wnuki owej pani  wypowiadającej się na temat tresury zwierząt dojdą do wniosku, że babcia nie miała racji. Być może,  zmiany klimatu i klęski głodu również w Europie spowodują, że nabierzemy szacunku do tego co jemy. Nie jest to myśl ani nowa, ani odkrywcza. C.K. Norwid pisał:
 "Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
Podnoszą z ziemi przez uszanowanie
Dla darów Nieba....
Tęskno mi, Panie...
 Do kraju tego, gdzie winą jest dużą
Popsować gniazdo na gruszy bocianie,
Bo wszystkim służą...
Tęskno mi, Panie..."
Czasami warto czytać starych poetów. To ludzie dobrej woli i dobrej tradycji. Nim uderzymy młotkiem w coś zastanówmy się czy kogoś nie zaboli, a przynajmniej wiedzmy czemu to robimy.

by Wojciech Szczęsny (noreply@blogger.com) at sierpień 30, 2015 11:34

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

Mamy news o świństwie zdobyty nieładnie

W piątek wieczorem trafiła do naszego schroniska dla chorych starsza pani, którą wyeksmitowano na klatkę schodową wraz z torbą rzeczy i kotem. Sprawa opisywana w prasie, bo pani była niegdyś osobą znaną- milicjantką regulującą ruch w Warszawie. Dzisiaj przed południem wpadła do schroniska, bez zawiadomienia, ekipa TVN i rozsiadła się w domu. Wywiad ze starszą panią robić i dobrostan kota zobaczyć/sic!/.

Otóż:

1/to nie pierwszy przypadek eksmisji na bruk starego człowieka, który pozostawiony sam sobie, cierpiący na zaniki pamięci nie płaci rachunków. Wiedzą o tym organizacje prowadzące schroniska i służby społeczne Warszawy. Alarmujemy od dawna o sytuacji.

2/Dziennikarze mają prawo rozmawiać z każdą z naszych mieszkanek, wszak panie są dorosłymi, wolnymi ludźmi, oczywiście za zgodą rozmówczyń. Jednak dla naszych pań schronisko jest domem i wtargnięcie kamer bez uprzedzenia i zgody zarówno kierownictwa domu jak i pań tam mieszkających, w niedzielę rano jest co najmniej niegrzeczne, żeby nie użyć mocniejszego słowa.

3/przeprowadzanie wywiadu z osobą cierpiącą na zaburzenia pamięci i nie bardzo wiedzącą co się dzieje/ gdyby było inaczej, nie byłaby eksmitowana/ jest dla mnie wątpliwe etycznie.

4/grożenie siostrze Chmielewskiej nagraniem rozmowy telefonicznej/ przez  dziennikarkę/  jest co najmniej nierozsądne, bo siostra się nie boi. Szkoda miejsca na dysku nagrywarki, miła Pani. Z szacunku i wyrozumiałości dla młodych oszczędzę podania pani nazwiska.

A teraz pytania:

-gdzie są pracownicy socjalni z lokalnego OPS? Zainteresują się sprawą pewnie dopiero w poniedziałek, bo ludzie mają prawo  mieć problemy między siódmą a piętnastą od poniedziałku do piątku?

-dlaczego w ogóle doszło do takiej sytuacji? Gdzie byli pracownicy OPS, kto wydał wyrok i dlaczego nie zainteresował się najpierw sytuacją i stanem zdrowia pani? Czy osobom eksmitującym nie przyszło do głowy, że postępują może zgodnie z prawem, ale nieludzko? Dlaczego nie szukali innego rozwiązania lub choćby zabezpieczenia dla tej osoby.

-czy bezpardonowe zdobywanie newsa nie wpisuje się w schemat zysku za wszelką cenę i bezduszności? W ten sam schemat, którego ofiarą padła nasza mieszkanka?

-czy miejscem dla starego, schorowanego człowieka, który przeżył pracowicie i przyzwoicie całe życie jest schronisko dla bezdomnych?

Pozdrawiam Fakty TVN, lokalną pomoc społeczną, sędziów i wykonawców wyroku. Wszyscy jesteście uwikłani w system wykluczania najsłabszych. Interesują was tylko wtedy, kiedy robi się haja lub  możecie jeszcze coś na tym ugrać.

PS: dla tych, co troszczą się o los kota nieco bardziej niż starszej pani, info: kot żyje i ma się dobrze. Jednak, jeśli pani trafi do jakiejś placówki opiekuńczej będzie się musiała z kotem rozstać. Jakoś go zabezpieczymy.

 

by siostra at sierpień 30, 2015 10:15

Kurlandia

Piknik Lotniczy w Szymanowie

W ostatniej chwili odwołaliśmy rehabilitację na basenie, żeby móc wziąć udział w Pikniku Lotniczym w Szymanowie. W przeciwieństwie do zeszłorocznej imprezy nie można było swobodnie podchodzić do samolotów i zwiedzać je w środku. Było to bardzo rozczarowujące zważywszy, że Szymon widzi tylko świat w zasięgu trzech metrów. Ochrona wypraszała gapiów przechodzących za ogradzającą taśmę. Zgłosiliśmy więc fakt, że przybyliśmy z dwójką niepełnosprawnych dzieci. Reakcja załogi była wzruszająca, zaproszono Michała i Szymona na na pokład śmigłowca MI24.

Pilot wziął naszego młodszego synka na ręce, a jego postawa była niezwykle ujmująca. Mężczyzna przyklęknął, by naszemu dziecku z porażeniem mózgowym było wygodnie.

Czasami drobny gest potrafi być bezcenny: daje pokrzepienie, sprawia, że człowiek nabiera sił na kolejne miesiące do walki o zdrowie i sprawność dzieci. Michał – pod wpływem nagromadzonych emocji – zrobił spadochrony z worków foliowych i biegał z nimi po ogrodzie, a teraz wyciął z kartonu samolot. Szymon? Jest ciężko niepełnosprawny ruchowo, ale rozumie wszystko! Każda przeżyta emocja, każdy zobaczony obraz koduje się w jego głowie i przybliża do pełnej sprawności intelektualnej. Dlatego nie ustajemy w wysiłku, by pokazać dzieciom cały otaczający świat. Jesteśmy wdzięczni za okazany chłopcom szacunek i życzliwość.

Zdjęcie z pokładu MI24 niesie niesamowity przekaz i od wczoraj zachwyciło już bardzo wielu ludzi.

**

 

by Iga at sierpień 30, 2015 09:13

zycie na kreske

sierpień 29, 2015

zapiski zgagi

Dożnęłam…

… nie watahę wprawdzie, ale jednak!

Nasze wsiowe dożynki bardzo udane. Początkowo ludzi jak na lekarstwo, ale z czasem pojawił się niezły tłum. Jedli, pili, płacili. Czyli trochę jako KGW zarobiłyśmy! Na ciastach, leczu (czy to ,,po polskiemu”?), chlebie z dwoma rodzajami smalcu. Żurek sponsorował szef Rady Gminy, więc darmowy był (żurek, nie szef!) i jakże pyszny zarazem… Gotowany na prawdziwej maślance!

Didżej się bardzo sprawdził, ludziska bawili się setnie do dwudziestej trzeciej trzydzieści. Zaliczyłam kilka sympatycznych spotkań z dawno niewidzianymi osobnikami w różnym wieku i różnej płci. Nawet byłam, pod nieobecność Małża,  dość  energicznie podrywana przez tatę byłej koleżanki z pracy. Ego mi urosło, że ho-ho…. Babcia miała wzięcie!

***

Na ryneczku rano nabyłam z siedem kilo antonówek. Przerobię jutro. Z czterech dużych pojemniczków malin dwa poszły na kolejną porcję naleweczki, z dwóch kolejnych zrobiłam sok, a z nieco podsuszonej masy powstanie jutro dżemik. Jeszcze trochę dokupię od koleżanki z ex-pracy, która plantację własną posiada. W końcu na zimowe dni grożące infekcjami nie ma jak malinowy soczek…

***

Smaluszek z fasoli po rozmrożeniu stracił tylko nieco na słoności. Poza tym zachował się wzorowo, a nieco się obawiałam… Teraz wiem, że na konkurs 20-tego września mogę się przygotować wcześniej. Wszak z wojaży na ,,ścianę wschodnią” wrócimy wieczorem 19-tego…

by Zgaga at sierpień 29, 2015 10:45

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

do szkoły marsz….

jesus-school-2W sklepie na wsi panie dyskutują na temat ceny butów dla dzieci. Ostatni turyści z dziećmi na Świętym Krzyżu, który zaliczyliśmy z Arturem w ramach „spacerku”/spacerek w samochodzie, nie na nóżkach, niestety/. Oferta przyborów szkolnych przyprawia o zawrót głowy. Spotkanie katechetów diecezjalnych, na które zostałam zaproszona jako „gadająca głowa”. Nam została jeszcze jedna sztuka w szkole i to średniej, więc nerwowego doboru kredek i plasteliny nie ma. Za to mamy, co u nas mieszkają mają zgryz.

Kraj żyje nowym rokiem szkolnym, przynajmniej ta jego część, która jeszcze ma dzieci. Część ta kurczy się jak wiadomo błyskawicznie.

Może jednak ów nowy rok to edukacyjna szansa dla każdego? Można przeżyć życie w oślej ławce, gapiąc się w okno, wodząc znudzonym wzrokiem po klasie. Można też  potraktować je jako nieustające doświadczenia w pracowni. Sęk w tym, że żeby doświadczenie zrozumieć potrzeba trochę teorii, regułek i wzorów. I potrzeba mistrzów.

 

Niedawno rozmawiałam z pewnym lekarzem, co założył hospicjum na wsi. O mistrzach mowa była. Mistrzach, którzy przekazaliby nie tylko
wiedzę, ale także sztukę bycia lekarzem, nauczycielem, księdzem,…..człowiekiem. Takich jak na lekarstwo. A nawet jeśli jeszcze gdzieś są, to mistrz bsens życiaez ucznia nic nie wart. Uczeń musi chcieć pobierać lekcje. Sztuki bycia Człowiekiem nie posiądziemy klikając w google.

Mamy Mistrza nad mistrze. OK. Tylko uczniów mało. No bo jakże to? W krawacie, na stanowisku, wnuki się kręcą, a tu ciągle uczyć się nam Mistrz każe i wyraźnie wskazuje, że już tak do końca życia w Jego szkole pozostaniemy, bo nigdy w jesus-doctor-healingpełni miłości nie pojmiemy. A my ciągle chcemy się wymądrzać, wszystkowiedzący i w rezultacie tracimy szansę na przygodę nieustannego poznawania i zadziwienia.

Więc do szkoły z tornistrem marsz. Lekcja zaczyna się codziennie wraz z dzwonkiem
budzika i trwa do zaśnięcia. Nic to, że czasem dostaniemy linijką po łapie i oceny nie najlepsze. Liczy się chęć nauki. W końcu wszyscy zdadzą do następnej klasy. Mam taką nadzieję! Silniejsi pociągną słabszych i razem będziemy balować na zakończenie roku. A w szkole grzecznie, nie popychać się, nie dokuczać kolegom, nie wrzucać chrabąszczy dziewczynom we włosy, słuchać i notować. No i lekcje w domu odrabiać.

Nad-obowiązkowo

Christ-wo-backgroundSłuchaj, synu, nauk mistrza i nakłoń [ku nim] ucho swego serca. Napomnienia łaskawego ojca przyjmuj chętnie i wypełniaj skutecznie,  abyś przez trud posłuszeństwa powrócił do Tego, od którego odszedłeś przez gnuśność nieposłuszeństwa.  Do ciebie więc kieruję teraz moje słowa, kimkolwiek jesteś ty, co wyrzekasz się własnych chęci, a chcąc służyć pod rozkazami Chrystusa Pana, prawdziwego Króla, przywdziewasz potężną i świętą zbroję posłuszeństwa.

 Przede wszystkim, gdy coś dobrego zamierzasz uczynić, módl się najpierw gorąco, aby On sam to do końca doprowadził. Wówczas, skoro raczył nas już zaliczyć do grona swoich synów, nie będzie musiał kiedyś się smucić naszymi złymi postępkami. Posługując się dobrem, jakie w nas złożył, powinniśmy zatem zawsze być Mu posłuszni, bo w przeciwnym razie mógłby nas nie tylko wydziedziczyć, jak rozgniewany Ojciec swoich synów,  lecz także jak groźny Pan, obrażony naszą nikczemnością, wydać na wieczną karę sługi niegodne, gdyż nie chcieliśmy iść za Nim do chwały./prolog Reguły św.Benedykta/

 

Duszę się miewa.

Nikt nie ma jej bez przerwy

i na zawsze.Obraz1

Dzień za dniem,

rok za rokiem

może bez niej minąć.

Możemy na nią liczyć,

kiedy niczego nie jesteśmy pewni,

a wszystkiego ciekawi.

Wygląda na to,

że tak jak ona nam,

również i my

jesteśmy jej na coś potrzebni./W.Szymborska/

 

by siostra at sierpień 29, 2015 09:29

Kurlandia

Kocur

Poranek.

Piszczą sobie psy…”Cicho! Na miejsce!” – syknęłam.

Miałczy kot…”Sansa, fe!”.

Śpimy dalej…

Nagle uporczywe „Miaaaał, miaaaaał, miaaaaaaaaał!!!”. Mąż zerwał się z łóżka. Oszołomiony, półprzytomny wycedził…”K…a, co to???”. A to kocur sobie przyszedł po dachu, wlazł oknem u Michała i darł ryja w drzwiach naszej sypialni. Ha ha ha.

Ale fajnie. Tłumy nas kochają! Nawet półdzikie burmany.

***

by Iga at sierpień 29, 2015 07:11

Anrzej rysuje

nic specjalnego

Skutki upału....

....bywają różne.
Przeważnie szkodzą  te upały zdrowiu, mnie chyba głównie
psychicznemu.
No i tak mnie od tych upałów skołowało, że siedziałam i dłubałam 
na drutach i szydełkiem chustę :


Szydełkiem oczywiście tylko ją obrębiałam, a całość jest
robiona samymi prawymi oczkami po obu stronach.

                                            *****
Dostałam wczoraj 350 zdjęć z Kornwalii i Walii. Oczywiście nie są
opisane i mam podejrzenie, że nie prędko uda mi się dowiedzieć
które są z Walii a które z Kornwalii.
Generalnie ogromnie  cała wyprawa podobała się moim dzieciom-
i tym dużym i Krasnalom.
Byli zaskoczeni ogrodami kornwalijskimi, z których większość jest
bardzo stara i uprawiane są w nich rośliny z zupełnie innych stref
klimatycznych, np. w przydomowym ogródku rosną palmy,które
wyglądają jak olbrzymia juka 3 m wysokości. A paprocie to nie
są tak jak u nas 50cm wysokości a minimum metrowej. Poza tym
wszędzie dookoła królują żywopłoty, oczywiście wszystkie równo
przycięte. W obu tych krainach króluje zieleń, jest mnóstwo
bardzo starych kamiennych budowli, które są przez swych 
właścicieli starannie pielęgnowane a wnętrza przystosowane do
współczesnych wymogów.
Oni mieszkali w Walii w wybudowanej kamiennej stodole z XVIIw.
Ów dom miał własny ogród, na tyłach domu  "letnią jadalnię" i
z każdej strony piękne widoki - z jednej na dość odległe morze, 
z drugiej na odległe pasma górskie.
Robili codziennie spore wycieczki, albo wzdłuż klifów brzegiem 
morza w czasie odpływu albo wytyczoną trasą grzbietem klifów.
Dzieciaki robiły dzielnie po kilka kilometrów, a raz nawet 10, chociaż
córka podejrzewa, że więcej, bo oni tak się zachowują jak psy,
więc z pewnością zrobili tych kilometrów więcej.
Dzieciakom podobało się wszystko, a zwłaszcza starszemu.
Gdy uda mi się opanować tę zdjęciową orgię, to co  ciekawsze tu
wrzucę.

 


by anabell (noreply@blogger.com) at sierpień 29, 2015 01:45

Domowa kuchnia Aniki

Kruchy placek migdałowy ze śliwkami. Migdałowe ciasto śliwkowe

Kruchy placek migdałowy ze śliwkami. 
Migdałowe ciasto śliwkowe





Bardzo smaczne ciasto migdałowe. Upiekłam go w foremce o średnicy 23 cm. Wychodzi niskie, ale jest bardzo smaczne, migdałowe, a śliwki nadają mu nieco kwaskowatości . Migdały mieliłam samodzielnie łącznie ze skórką. Moim zdaniem jeszcze lepsze jest na drugi dzień.



Składniki:
  • 125 g masła
  • 105 g cukru drobnego kryształu
  • 16 g cukru waniliowego ( 1 opakowanie )
  • 1 jajko
  • 175 g mąki pszennej
  • 100 g mielonych migdałów
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
Dodatkowo:
  • ok 500 g śliwek
  • 2- 3 łyżki gruboziarnistego cukru
  • papier do pieczenia
Sposób wykonania:
  • Śliwki myjemy, osuszamy i kroimy na pół, wyjmujemy pestki. Jeśli śliwki są duże to każdą połówkę tniemy jeszcze na pół
  • Miękkie masło ucieramy z cukrem i cukrem waniliowym na puszystą masę, a następnie dodajemy jajko i dalej ucieramy
  • Do puszystej masy dodajemy przesianą mąkę pomieszaną z proszkiem do pieczenia. Mieszamy, a następnie dosypujemy do ciasta zmielone migdały i jeszcze raz wszystko mieszamy
  • Ciasto przekładamy do wyłożonej papierem do pieczenia formy i rozprowadzamy równomiernie łopatką. Wygładzamy. Na cieście układamy śliwki skórką do dołu, a całość posypujemy cukrem gruboziarnistym
  • Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni ( góra - dół) lub przy termoobiegu do 160 stopni. Pieczemy ok 50 - 60 minut, aż ciasto się zrumieni
  • Po upieczeniu ciasto wyjąć z piekarnika. Po chwili zdjąć obręcz od formy i pozostawić do ostygnięcia
 

    by Anika (noreply@blogger.com) at sierpień 29, 2015 01:32

    Niezbyt boska ja

    Odmładzająca moc zielonej herbaty

    Mam taką jedną sukienkę z Primarka, w której postanowiłam zadać szyku w robocie przy piątku.

    Szło mi całkiem dobrze do momentu, kiedy to zadzwonił Kiero, a ja, tryknąwszy kablem w kubek, wylałam na siebie herbatę. Całą. Zieloną. Na szczęście nie gorącą. 

    Z biurka obok nadeszła odsiecz i sytuacja została dość sprawnie opanowana.

    Sytuacja na biurku i na podłodze, bo sukienka wciąż była mokra. Na szczęście jednak została wykonana z wysokiej klasy sztuczniaków, więc a) nie było widać na niej plamy, b) dość szybko wyschła. Można by w niej nawet biegać, dochodzę do wniosku.

    Ale do rzeczy.

    Najpierw na korytarzu (idąc w tej mokrej sukience) spotkałam kolegę, który powiedział, że pięęęęknie wyglądam.

    Ale to jeszcze nic.

    Po południu pojechałam odebrać Syna z półkolonii i babcia jednego z chłopców, rzuciwszy na mnie okiem, rzekła (sukienka już była sucha:): tak młodzieńczo pani wygląda, że ciężko uwierzyć, że jest pani mamą któregoś z chłopców. A pani syn chyba jeden z najstarszych z grupy, prawda?

    Prawda. 

    Mogłam jej poradzić, żeby przed wyjściem po wnuki też oblała się zieloną herbatą, wzięli by ją za mamę chłopców, nie za babcię :)

    Bo zielona ma moc :)

    by boskajana@NOSPAM.gazeta.pl at sierpień 29, 2015 09:40

    zycie na kreske

    sierpień 28, 2015

    TUV

    znów ciepło,co zatem w weekend robić?

    dwa tygodnie temu.Tak,to już dwa tygodnie temu! Czyli dwa tygodnie temu w niedzielę,pływaliśmy kajakiem.

    X-men wpadł na pomysł,kiedy to tak sobie maszerowaliśmy brzegiem Pogorii IV. Było cudnie ! Pogoda fantastyczna, na wodzie chłodniej,przestrzeń,spokój…

    Ta ,spokój – od razu ci z brzegu się do nas doczepili i tempo chcieli narzucać,no !

    Człowiek nie może spokojnie powiosłować! by zza krzaka nie usłyszeć:

    raz,dwa,raz,dwaaaaaa

    Bo my jesteśmy zgranym tandemem;))).Się pływało,się wiosłowało kiedyś,to teraz problemu nie było.

    Niech podziwiają;)))

    Kapoki dostaliśmy,acz pan stwierdził że pogoda ładna,ciepełko ,to lepiej je sobie na kolankach trzymać?!? No ja pływam po warszawsku,że tak powiem tyłkiem pop piasku ale kapoczek na kolanach złożyłam.

    Się przydał bo w środku twardawo.Jednak nie wypływaliśmy na szerokie wody,bardziej wzdłuż brzegu,czego żałuję jednak macho na swoich skuterach wodnych wywoływali spore fale, i nie było to bynajmniej ani przyjemne,ani bezpieczne dla naszego kajaczka…..Znaczy się bliżej brzegu jednak bezpieczniej.

    nad nami niebo i …. lotniarze.

    Jutro to nie wiem, może w niedzielę chciałabym znów popłynąć.Tym razem opłyniemy całą Pogorię a nie połowę jak ostatnio.Ale i tak mogłam być dumna,bo kilka kilometrów w łapkach mam;)))  Pan w marinie dał mi lekkie aluminiowe wiosło,gorzej miał X-men stare,drewniane,takie wiecie,jak przez łeb walniesz to gość nie wstanie,ale machaj tym kilometry bez treningu!

    Koszt takiej wyprawy? Dziesięć złotych! Niewielka kwota a jaka frajda;)))

    A co  domu? Ano,co dzień prawie postanowiłam zrobić coś dla domu,dla firmy dla porządku,dla.

    I odmalowaliśmy drzwi wejściowe do firmy,wewnętrzne drzwi na śliczny gołębi kolor.Oj,chyba ze trzy lata temu malowałam tym kolorem regały ( a raczej Młoda jeszcze z kol Galikiem,je malowali),bardzo ładnie to wyszło i przyszła pora drzwi odświeżyć.

    A i jeszcze sień pomalowałam ,X-men pomagał.Też na szary kolor.Ale…

    W głowie masz wizję, kupujesz farbę  -  Śnieżka,blask księżyca – (no wiadomo jaki jest blask księżyca PRAWDA ?)

    a tu ,wtem na ścianie masz koszmar PRL-u!!!

    Szaro/sino/niebieskawy…..A!A!A! Gdzie moje srebrzystości rozedrgane ?!? Gdzie błysk księżyca w kropli rosy,gdzie ?!? No jak się wkurzyłam.Pojechaliśmy do Castoramy ( bo tam to kupowałam) nawrzucałam nawet miłemu panu z obsługi że sprzedają fujjjjj i zniszczyli moje marzenie a on na to:

    - no ile pani dała za tą farbę? 34 zł za 2,5 litra? I czego pani oczekuje,co ? Trzeba było kupić o taką ! I tu wskazał na puszkę kuźwa najdroższej MAGNATA prawdaż.

    I miałaby pani swój blask.

    Kurtyna.

    by Tuv at sierpień 28, 2015 08:57

    Krolowa Matka i Banda Czworga

    Dobrzy ludzie patrzą na...


    Zdjęcie zamieścił The Independent.

    Na zdjęciu łódź z uchodźcami. Na łodzi facet - na oko wielki, silny, dobrze zbudowany. Trzyma na ręku trzy-czteroletnią dziewczynkę, być może wszystko, co mu na tym świecie zostało. I płacze. Płacze z tak bezbrzeżną rozpaczą, że nie da się jej wyrazić słowami, że serce podchodzi do gardła, a ręce się trzęsą, tak bardzo nie można niczego zrobić.

    Królowa Matka zobaczyła je, gdy siedziała w ogródku. Była wściekła, jej dzieci robiły akurat hałas, porównywalny z hałasem startującego Boeinga, wrzeszczały, bawiły się w jedną z tych bezsensownych z punktu widzenia dorosłych zabawę w rodzaju sypania piaskiem i dźgania kijem, bez przerwy czegoś chciały, a Królowa Matka myślała tylko o tym, żeby je podusić, albo przynajmniej zakneblować, związać i wrzucić do jakiejś przyjemnie głębokiej piwnicy.

    A potem je zobaczyła. To zdjęcie. Podniosła głowę, powiodła wzrokiem po spokojnym, słonecznym, zielonym świecie i pomyślała: "Jestem szczęściarą. Boże, jakie ja mam szczęście. Czym sobie zasłużyłam? Czym zasłużyłam na to wszystko?".

    A jeszcze potem poczytała to.

    Mili ludzie. Sympatyczni, uśmiechnięci. Otwarcie, bez oporów, pod nazwiskami. Tulący w objęciach labradora, na tle róż, z ukochaną na kolanach. Dziewczyna, której największym problemem jest prawdopodobnie to, że mama podała na obiad pomidorową, a ona woli rosół, albo, że sałatka grecka ma za dużo kalorii, pisze: "Niech jedzą gówno". O ludziach. O LUDZIACH. Do ludzi. Pan czule tulący psa wypowiada się z uznaniem o Hitlerze i jego metodach rozwiązywania problemów z niepożądanym elementem. Sekunduje mu piękna dziewczyna, która zagazowałaby wszystkich, łącznie z bachorami. Dobrzy ludzie. Nigdy nie zrobiliby krzywdy swoim dzieciom. Ich koty mają lepiej niż ten rozpaczliwie płaczący mężczyzna na łodzi. Ich psy mają więcej niż trzymane przez niego dziecko.

    Teraz Królowa Matka podzieli się swoją największą obawą.

    Jej największą obawą oto jest, że kiedyś, za lat pięć, dziesięć, siedem, piętnaście, włączy komputer, odpali fejsa (czy co tam będzie zamiast fejsa na fali) i ujrzy uśmiechnięte zdjęcie swojego dziecka, a obok niego podobne opinie.

    Hołota.

    Ścierwa.

    Zagazować ich.

    Torturować.

    Rzucać w nich granatami, nie paczkami.

    Ludzi od małp dzieli Morze Śródziemne.

    Że kiedyś wydarzy się coś, co sprawi, że jej dzieci staną się kimś takim samym jak ci mili, uśmiechnięci ludzie.

    Kimś głupim.

    Złym.

    Bez litości.


    https://www.facebook.com/permalink.php…


    APDEJCIK

    Te zdjęcia i te wypowiedzi nie są już dostępne. Kliknięcie w link przekierowuje do informacji, że strona nie istnieje lub link jest uszkodzony. Zniknęły zdjęcia, teksty, polubienia, komentarze. Prawdopodobnie w zderzeniu z brakiem anonimowości odwaga niektórych dumnych zwolenników ostatecznego rozwiązania problemu uchodźców gwałtownie staniała.

    Ale niektórzy orędownicy gazowania tego ścierwa razem z jego bachorami, odesłania hołoty tam, skąd przypełzła, nakarmienia jej gównem i torturowania poczuli się boleśnie urażeni brutalnym łamaniem ich praw, czyli bezwzględnym i barbarzyńskim UJAWNIENIEM DANYCH OSOBOWYCH.

    Natychmiast tez znalazł się adwokat, który się nad wrażliwym ego powyższych pochylił i już zapowiada procesy, ciąganie po sądach oraz oddawanie sprawy do Strasburga, gdzie będzie walczył do upadłego o przestrzeganie Niezbywalnych Praw Człowieka.

    Tego właściwego rodzaju człowieka.

    Oczywiście.





    Jak to się mogło w ogóle zdarzyć, pytamy, patrząc na zdjęcia krematoriów, na góry wychudzonych ludzkich zwłok. Jakim cudem. Dlaczego holocaust, Wołyń, rzeź Ormian, Rwanda. Jak można było do tego dopuścić. Jak można było pozwolić. Jak to się mogło stać?

    Otóż właśnie tak.

    Tak to się stało.

    Nie inaczej.

    by Anutek (noreply@blogger.com) at sierpień 28, 2015 08:56

    Zuzanka

    Czytadelko

    Dysforia. Przypadki mieszczan polskich - Marcin Kołodziejczyk

    Trudno przejść obojętnie obok książki, która wzbudza zachwyty w ogromnej liczbie czytelników. Jeszcze trudniej przejść obojętnie obok zbioru reportaży polecanych przez mistrzynię tego gatunku. Wydawało mi się, że to po prostu musi być dobre...

    Po części zgadzam się z Hanną Krall, bo faktycznie Dysforia to książka gorzka i przenikliwa , tyle, że nie do końca zabawna. Albo zabawna tylko do pewnego momentu. Najnowszy zbiór reportaży Marcina Kołodziejczyka to, zgodnie z podtytułem, przypadki mieszczan polskich, ale przypadki w dużej mierze pokazujące niestety tę naszą gorszą stronę, pełną niezadowolenia, kręcenia nosem, narzekania, ale i swego rodzaju głupoty. Jest tu więc miejsce na sfrustrowanych pracowników, zazdrosne koleżanki, osiedlowych plotkarzy, tych, którzy tęskniąc za poprzednim ustrojem wciąż psioczą na nowy. Są ci, którzy zawsze mają racje, ci, którzy zawsze wiedzą lepiej, ci, którzy życiem innych zajęci są znacznie bardziej niż własnym. To wszystko jest nieco wyolbrzymione, przedstawione może w nieco krzywym zwierciadle, pokazane tak, że tekstom tym bliżej chyba do opowiadań inspirowanych faktami niż do reportaży sensu stricto. Nie chcę wierzyć, że to wszystko jest prawdziwe, że tak naprawdę wyglądamy.

    Znajdziemy tu teksty lepsze i gorze, jedne nie wywołały we mnie żadnych emocji, inne bardzo mi się podobały. Faktem jednak jest, że Dysforia to książka zupełnie nie w moim stylu, nie odnajduję się w tym. Kołodziejczyk jak dla mnie pisze zbyt chaotycznie, dostosowuje się do języka swoich bohaterów, stylizuje swoje utwory tak, aby jak najlepiej oddać charakter opisywanych postaci i sytuacji, ale ja się w tym gubię. Czytając nie potrafiłam się skupić, często wypadałam z rytmu, musiałam wracać kilka zdań wstecz, by się odnaleźć, w efekcie czego byłam czytaniem bardziej zmęczona niż usatysfakcjonowana. Zaś po przerzuceniu ostatniej kartki bardzo boleśnie uświadomiłam sobie, że mimo wszelkich starań niewiele we mnie po tej lekturze zostało. Rozumiem zachwyty nad tą prozą, ale mimo szczerych chęci nie podzielam ich.

    Marcin Kołodziejczyk, Dysforia. Przypadki mieszczan polskich , Warszawa, Wielka Litera 2015

    by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at sierpień 28, 2015 05:10

    Matka jest tylko jedna

    Głupie zainteresowania mojego dziecka…

     

    Szperałam w ciuchlandzie, szukając jakiejś sensownej bluzki do karmienia i je zobaczyłam. Matki przez duże M. Siaty, skórzane torebki świadczące o niekwestionowanym wysokim statusie w miasteczku, klapeczki, paznokcie, leginsy, tuniczka, blond wichura. Rozmawiały o piłce nożnej – paskudnej pasji ich synów.

     

     

    Słuchałam, bo co miałam robić, szperanie w bluzkach jest nudne jak robienie zupy z proszku. Poza tym byłam zainteresowana, czemuż ta piłka taka zła? Jaki szatan się w niej czai i dlaczego jeszcze nie było o tym na Frondzie.

     

    – A daj spokój, tylko by na te zjazdy jeździł i jeździł. Urlop musiałam skrócić, bo przecież treningi. Chwili spokoju.

    – Wiem, wiem. Ja już mojemu powiedziałam, że jak chce marnować czas na boisku, to mu kieszonkowe obniżę. Bo na same dojazdy, to ja z pięćset złotych wydaję, a jeszcze buty kup, za koszulki zapłać, studnia bez dna. A komputer stoi nieruszany, jeszcze za niego raty płacę, a ten nie ma czasu usiąść… Zawsze marzyłam, żeby został jakimś ważnym człowiekiem, adwokatem, informatykiem, a ten nic tylko biega za kawałkiem skóry…

    – Ech… inni to mają jakieś normalne dzieci, a nam się trafiły takie… głupio zainteresowane. [tu zmęczone i zrezygnowane kręcenie głową].

     

    Zmęczona i zrezygnowana [żadnych fajnych bluzek] wyszłam z ciuchlandu z pustymi rękami, ale pełną głową. To był kolejny raz, kiedy spotkałam się z czymś, czego nienawidzę – tylko częściowo pokrywające się ze standardowym podcinaniem skrzydeł – uderzyło mnie to znowu jak młotem: głupie zainteresowania naszych dzieci.

     

     

     

    ***

     

     

    Spotykam się z tym na każdym kroku. Na każdym. Wszystko, czym nasze dzieci się interesują, a co nie pokrywa się z naszym wyobrażeniem zainteresowań, dostaje łatkę „głupie”. Głupie bo nie moje, głupie, bo nie znam, głupie, bo pierwszy raz widzę, głupie bo nie rozumiem. Głupie, bo sam jesteś głupi, mam ochotę powiedzieć, ale na nieszczęście [moje] jakoś do tej pory się powstrzymuję.

     

    Pamiętam, jak znajomy został skrytykowany przez kogoś za to, że gra w jakąś grę. Osoba krytykująca „Jak możesz tracić czas na takie głupoty?” o grze nie wiedziała kompletnie nic i do głowy jej nie przyszło zapytać. Wszak wszystkie gry z założenia są głupie, nawet jeśli rozwijają niewyniesioną z domu umiejętność planowania, strategii, punktualności, spostrzegawczości, oszczędzania. Sama w kilka takich gram i wiem, jak dużo umiejętności, zaniedbywanych latami, dzięki nim w sobie wyszkoliłam.

     

     

     

    Czemu to robicie swoim dzieciom?

     

     

    Czemu sprowadzacie do rangi nic nie znaczącego guana coś, co sprawia im frajdę, coś, co je angażuje, coś, co je z pewnością rozwija, choć nie w taki sposób, w jaki wy chcielibyście to widzieć?

     

    A, to taka głupota, którą lubi moje dziecko. Nie jestem w stanie jej tego oduczyć – powiedziała kiedyś jakaś babka, zapytana, czemu jej córka tak dziwnie skacze po chodniku. Córka ewidentnie tańczyła, chciała się ruszać, ale przecież mody na taniec wtedy nie było, a miejsce w szkole muzycznej z fletem dodawało prestiżu.

     

    Te wszystkie głupie zainteresowania waszych dzieci… Pomyślcie czasem, czy to one są głupie, czy tylko wy ich nie rozumiecie i w żaden sposób nie staracie się zrozumieć?

     

     

    Fascynacja Kosmyka końmi wybuchła, gdy po raz pierwszy zobaczył stado dzikich koników polskich na drugim [od naszej strony jeziora] brzegu Bełddan oraz gdy patrzył na pasące się nieopodal konie sąsiada. Swoje zainteresowanie nimi pielęgnował, aż wreszcie dorósł do tego, że mogłam go zabrać do stajni. Wszystkie zdjęcia ze Stadniny Koni Ferensteinów w Gałkowie. Czy jazda konna jest głupia, spytacie, skoro zdjęcia ze stadniny widnieją pod tym tekstem? Nie wiem. Żadne zainteresowanie mojego dziecka nie jest głupie. Nawet wrzucanie kamyków do wody, co ostatnio syn preferuje zamiast zwyczajnego pływania.

     

     

    Unknown-1

     

    Unknown

     

    Unknown

     

    Unknown-4

     

     

    Unknown-6

     

    Unknown-3

     

    Unknown-2

     

    Unknown-1-kopia

     

    Bluzka Kosmyka w auta – Maxomorra

    Bluzka w paski – Kapphal

    Spodnie [szare i khaki] – Zara

    Buty w ogromnym rozmiarze, a już przymałe: CCC

     

    Unknown-7

    6,890 wszystkich wizyt, 42 wizyt dzis

    Post Głupie zainteresowania mojego dziecka… pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

    by MatkaTylkoJedna at sierpień 28, 2015 05:10

    Anrzej rysuje

    Kurlandia

    Wakacje marzeń odc.3

    Przyjęliśmy założenie: jeden dzień forsownej wędrówki – jeden dzień zwiedzania. Wszystko po to, by dać odpocząć kręgosłupowi i biodrom Szymka oraz naszym mięśniom. Ta doba przerwy była też niezbędna, by podleczyć sączące pęcherze na palcach. To był dokładnie dwudziesty siódmy lipca, gdy zwiedzaliśmy Krupówki. Pamiętam dobrze, bo to była nasza druga rocznica ślubu i z tej okazji zjedliśmy pyszne desery: szarlotkę z lodami, strudel ze śliwkami i sernik z sosem waniliowym. Michał zrobił ciągle jeszcze zakochanym Rodzicom zdjęcie.

    Główna ulica Zakopanego przypominała lunapark. Masa reklam, kasetonów, gwar i opary frytury. Z trudem doszukiwaliśmy się zabytkowych budynków i swojskiego jadła. Za to kramy pełne były chińskich upominków, wartościowe rękodzieło kryło się w ciemnych kątach. Wystarczyło obejść kilka straganów, by mieć dokładny pogląd na asortyment: wszędzie było to samo. Pluszowe barany, spódnice w róże, drewniane korale, kapcie…

    Udało nam się jednak znaleźć Górala, który wyrył dłutem Michałowi napisy na kiju. Dzieliliśmy się potem z synem ciupagą, która odciążała mi bolące kolano podczas długiego marszu. „Harnaś, zbójnik?” – spytał mężczyzna. „Michał? Zbójnik!” – tego byliśmy absolutnie z Jackiem pewni. Ha ha ha.

    Po drodze, przy windzie wiodącej na drugą stronę jezdni, posłuchaliśmy śpiewu młodego chłopaka. Szymon siedział jak zaklęty słuchając utworu zespołu „Stare Dobre Małżeństwo”:

    …z nim będziesz szczęśliwsza, dużo szczęśliwsza będziesz z nim
    ja cóż- włóczęga, niespokojny duch
    ze mną można tylko pójść na wrzosowisko
    i zapomnieć wszystko.

    Nasz śliczny chłopczyk kocha muzykę i zwierzęta. Staramy się, by mógł posłuchać gry na żywo, dotknąć wibrujących od dźwięku instrumentów. Po krótkim spacerze wzdłuż deptaka w nasze ręce trafiła ulotka o makiecie kolejowej. „Idziemy” – zadecydowaliśmy, choć nie skorzy byliśmy fundować Michałowi dodatkowe atrakcje. Pilnujemy tego, by synowi wszystko nie przychodziło w życiu zbyt lekko. Na nagrody musi sobie zapracować, zasłużyć. Wszystko po to, by potem mógł znać i docenić wartość rzeczy, by je szanował.

    Makieta była duża, zawiadywana sprzed kilku monitorów przez jakiegoś fascynata kolejnictwa. Po zdjęciach ciężko rozpoznać, że była to miniatura taboru kolejowego. Precyzyjnie wykonane budynki, lokomotywy z wagonami, auta, postaci…Nawet pożółkła trawa. Ja poczekałam z młodszym synem przy wejściu, gdzie można było pobawić się przestawianiem zwrotnic. Szymon ziewał, a Michał – jak na miłośnika kolei – gmerał pilotem przeszczęśliwy.

    Zupełnie nieoczekiwanie znaleźliśmy się na wyprzedaży odzieży sportowej. Nie sądziliśmy, że w centralnym punkcie Krupówek kupimy dla Jacka porządne i niedrogie buty do górskiej wędrówki. Od półtora roku szukaliśmy jakieś okazji, na urlop Mąż zabrał Adidasy. W Mountain Warehouse zaopatrzyliśmy też Szymka w przeciwdeszczowy kombinezon , a starszego syna w wymarzony kompas. Olbrzymie przeceny! Potraktowaliśmy nasze zakupy jako „pamiątki z Tatr” i obiecaliśmy sobie nie zawlec do domu żadnych klamotów, które potem kurzyć się będą na półkach. Wszelkie klamoty ze straganów czekały na mniej praktyczne osoby.

    Z dworu przegonił nas przelotny deszczyk, a zielony kombinezon w traktory natychmiast założyliśmy na dziecko. Przeciwdeszczowe wdzianko przydało się wcześniej, niż to przewidziałam. Opad atmosferyczny dał drogom oddechowym potrzebną ochłodę i orzeźwienie, skłonił do niezbędnego wypoczynku. Michał w wolnej chwili wypełniał kolejne strony w „Mapowniku”, a my magazynowaliśmy siły. Następnego dnia przeszliśmy olbrzymią trasę – trzydzieści pięć tysięcy kroków, czyli jakieś dwadzieścia kilka kilometrów. Dotarliśmy do Morskiego Oka i usytuowanego nad nim Czarnego Stawu.

    Podejście było łagodne. Asfaltowa droga prowadziła przez większość długiej i monotonnej trasy. Można ją było skracać idąc czerwonym szlakiem przez las, ku górze ciasno ułożonych warstwic. Wędrowaliśmy jednak poboczem, bo dźwiganie Szymona po stromych skałach, odzierało nas z energii. Co chwilę mijały nas bryczki z końmi, które kopytami zdzierały asfalt. Ten pył unosił się potem w powietrzu, odbierając mu świeżość i uzdrawiającą moc. Nie polecam pieszej, nużącej wędrówki tą trasą, przynajmniej w jednym kierunku warto jechać powozem. My jednak przyjęliśmy strategię oszczędnościową. No i uparliśmy się jak dzikie woły, że turystyka górska to przede wszystkim chodzenie.

    Michał dzielnie przebierał małymi stópkami, a porządne buty trekkingowe od Dziadków, chroniły kostki dziecka przed zwichnięciem. W plecaku syna znajdował się złożony w kostkę polar i kurtka przeciwwiatrowa, butelka picia i mapa…Byłam też spokojna o Męża niosącego młodszego syna. Nowe buty okazały się bardzo wygodne, chroniły przed niekontrolowanym poślizgiem. Mi przyszło w udziale nosić jedzenie, picie i stroje na kapryśną pogodę oraz akcesoria higieniczne dla Szymka. Mieliśmy też porządną, laminowaną mapę z najnowszymi oznaczeniami. Brakowało dmuchanego przewijaka. Zajmował by niewiele miejsca, a bardzo ułatwiłby nam przebieranie dziecka.

    Na szlaku mijaliśmy tablice dydaktyczne wyryte w drewnie, a na trzecim odcinku zatrzymaliśmy się przy Wodogrzmotach Mickiewicza. Wodospad podobny do tych, które znamy z Karkonoszy. Szymek przespał nudny odcinek wędrówki. Wcale mu się nie dziwię. Bardzo monotonna trasa.

    Po drodze zobaczyliśmy oznaczenie na asfalcie „HURRRA. 1/3 TRASY ZA TOBĄ”. Wszystko fajnie, ale już kolejnych znaków nie było. Bezowocne oczekiwanie na oznaczenie „2/3″ było demotywujące. „Czy to jakaś gra psychologiczna? – zastanawiałam się w duchu. Odpowiedzi poszukaliśmy w nawigacji z telefonu. Trójkąt na mobilnej mapie wyznaczał nasze położenie, wiedzieliśmy jak rozłożyć dalej siły.

    Im bliżej Morskiego Oka, tym gęściej od turystów. Pod samym schroniskiem obijaliśmy się łokciami o ludzi. Odeszliśmy jakieś sto metrów wzdłuż linii brzegowej, by zjeść spokojnie posiłek i nacieszyć się malowniczym obrazem. Jezioro przybrało turkusowy odcień, a wokół piętrzyły się stalowo-sine skały. Miejscami widać było ślady po lawinie kamieni. Jedna osunęła się całkiem niedawno, bo głazy nie zostały jeszcze porośnięte przez mikroorganizmy pionierskie. Przeczytałam gdzieś, że lawina zeszła w 2012 roku i odcięła drogę na Rysy. Pewnie były też inne, mniejsze. Jasne kamienie odznaczały się na tle sędziwych Tatr.

    Podczas robienia kanapek, zostałam obryzgana lodowatą wodą przez jakieś dziecko, nad którym babcia nie miała najmniejszej kontroli. Powiedziałam tylko ironicznie „dziękuję” i próbowałam kończyć przygotowywanie jedzenia dla rodziny. Miałam już rozpakowany – na wielkim głazie – plecak i Szymka wypiętego z nosidła. Michał jadł grzecznie pierwszą porcję chleba. Chlup! – wielki kamień spadł tuż obok mnie, zalewając kolejne partie ubrania. „Droga Pani! – odparłam – Gdybym miała coś podobnego na przebranie, nie zwróciła bym Pani uwagi, ale nie mam kolejnych krótkich spodni w plecaku”.  „No wie Pani… Co ja mogę? On mnie nie słucha.” – odparła kobieta i nie wiedziałam, czy potraktować to jako przejaw rozbrajająca szczerości czy też zwykłej głupoty. Zagotowałam się!  „Co Pani może? A bierz kobieto łobuza za rękę i zwróć mu uwagę. Wytłumacz, rozmawiaj, reaguj!” – żachnęłam się w duchu. Zerwał się wiatr i zaczęło mi się robić lodowato. Mokry materiał przywarł do ciała i zaczął błyskawicznie odbierać mi nagromadzone podczas wędrówki ciepło. Zapięłam się szczelnie, owinęłam kapturem. Musieliśmy zacząć się ruszać, odpoczynek trwał krócej niż planowaliśmy.

    Obeszliśmy jezioro z prawej strony, a z każdym odcinkiem ubywało ludzi, co niezmiernie poprawiało mi humor. Morskie Oko jest zachwycające! Z każdej strony można je fotografować, a zdjęcia są niczym pocztówki. Cudowny, naturalnie zarybiony wytwór przyrody. Wydrążona przez lodowiec misa skalna ma ponad pięćdziesiąt metrów głębokości. Podjęliśmy decyzję, by zobaczyć jezioro z góry, od strony Czarnego Stawu.

     

     

     

     

     

     

     

     

    cdn

     

     

     

    by Iga at sierpień 28, 2015 11:44

    zycie na kreske

    Kura pazurem

    Gdzie jechać?

    Macie tak czasami, że Was nosi, by wyjechać? Bo mnie dopadło i trzyma od kilkunastu dni. Przeglądam nawet oferty noclegów i wiem, że muszę, muszę, po prostu muszę. I już mam wizję: ja, drewniana chata, wokół cisza (ewentualnie w tle drące się ptaki), przede mną jakieś jezioro, wzgórze, góra lub łąka. Nie ma znaczenia co, ale ważne, żeby nie było ludzi. No, może niech będą w jakiejś klimatycznej karczmie, do której poszłabym na obiad, popatrzyła i posłuchała. A potem znów: łąki, lasy, wzgórza, góry i jeziora…

    zabaMężusiowi powiedziałam o swoich planach, że jak nie pojadę, to się uduszę. A muszę usiąść z laptopem, popisać w zupełnej ciszy, nieprzerywanej pytaniami „Co dziś na obiad?”, „Piszesz?”, „To pisz sobie, ja TYLKO zapytam o…” i tak kilka razy dziennie Babcia wsadza głowę pomiędzy drzwi a futrynę do mojego pokoju i za każdym razem w takim momencie, kiedy ja główkuję albo zbieram informacje.

    I przyznaję, jestem zmęczona. Nie mogę się skupić. A w głowie pomysł, który wymaga ciszy, spokoju i samotności. Mężuś niestety nie ma urlopu, więc nie może jechać, a ja nie mogę czekać. Cały dzień praktycznie w domu, muszę się więc wyrwać i zmienić otoczenie. Na szczęście mąż wyrozumiały, rozumie i podpowiada dokąd jechać. W pierwszej wersji miałam pomknąć w góry. Jednak jak spojrzałam, ile będę tłuc się pociągiem z przesiadkami, to zrezygnowałam. Mam na samotny wypad tylko 5 dni i szkoda mi dwóch dni na marnowanie w pociągu, więc wymyśliłam, że najwygodniej, jak Mężuś mnie zawiezie. Może być całkiem niedaleko, oby tylko mieć tę upragnioną samotność. Wymyśliłam więc Kaszuby. Szukam miejsca idealnego.

    Jestem obecnie na etapie skręconej maksymalnie mojej rozczochranej. Muszę ją rozprostować, przewietrzyć, dać nowy powiew powietrza. Jakby kto znał fajne miejsce na Pomorzu, to chętnie przyjmę namiary. Moje wymagania to: WiFi, piękne widoki z okna/balkonu/tarasu, brak tłumów, dostęp do restauracji/karczmy/sklepu spożywczego/piekarni (żebym nie umarła z głodu). I cisza, spokój… (aha, i łazienka w pokoju). 8-)

    by anna at sierpień 28, 2015 04:12

    zycie na kreske

    sierpień 27, 2015

    moje waterloo

    2122

    O Tacie na wesoło.

    - Wybrałem się do centrum...
    - Znowu łazisz po mieście z zamiarem wypierdzielenia się? Może tym razem na twarz?
    - Cicho! Wybrałem się do sklepu z laskami.
    - Co dolega obecnej?
    - Czuje się samotna. Elegancki mężczyzna w moim wieku powinien mieć jakąś laskę z klasą.
    - Matka odpowiada temu opisowi.
    - Ale problem, by się na niej wesprzeć, z uwagi na rwę kulszową i ślepotę.
    - Coś w tym jest. Kupiłeś?
    - Zamówiłem, na stanie nie mieli.
    - Czyli jakaś wyuzdana!
    - Metalowa.
    - Cała metalowa?!
    - Słuchaj no, ja się zawsze szczycę, że jesteś inteligentna po mnie, ale dostrzegam braki, naprawdę.

    Normalnie WSZYSTKIE zalety mamy z Zuzią po nim.
    (Jedynie cierpliwość po Mamie, ona tylko wznosi oczy ku niebu słuchając tych farmazonów).

    Z laskami w ogóle jest zabawa.

    - Słuchajcie - oznajmiam w fabryce. - Sprawa wygląda tak, że potrzebuję probówki. Z zatyczką.
    Po czym, obficie gestykulując oraz okazując artefakty, informuję świat, że w lasce Taty jest dziurka, w dziurce probówka, w probówce procentowy zestaw ratunkowy. I właśnie szlag go trafił. (Nie, nie Ojca). Bez wsparcia etanolu ani rusz.
    Jak ludzkość słyszy takie historie, to się rzuca do sprzętów.
    Mam pięć. Różnych.
    Ja mu dam braki!

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at sierpień 27, 2015 11:31

    Dzieciowo mi

    I miej tu dzieci! O prowadzeniu ciąży i badaniach na NFZ i prywatnie

    Zanim zaleję was potokiem sarkazmu, a cięte frazy runą z siłą wodospadu (z siłą wodospadu to działał jeden środek do sztucznej szczęki,

    by Malwina Ferenz (Krusz.) at sierpień 27, 2015 10:13

    Domowa kuchnia Aniki

    Leczo z mielonym mięsem. Leczo z papryki, cukinii i mielonego mięsa

    Leczo z mielonym mięsem.  
    Leczo z papryki, cukinii i mielonego mięsa



     
    Po zrobieniu słoiczków z leczem na zimę nadszedł czas, aby przyrządzić leczo na obiad. Tym razem nie dodałam do niego kiełbasy i boczku, jak to zwykle czynię, lecz leczo wzbogaciłam mielonym mięsem. Wyszło smaczne i sycące danie, które smakowało wszystkim domownikom. Ilość składników, które podaję, starcza na jakieś 6 porcji.

     
     
    Składniki: ( na 6 porcji )
    • 600 g mielonego mięsa wieprzowego
    • 3 duże czerwone papryki
    • 1 duża żółta papryka
    • 2 młode cukinie
    • 1 duża cebula
    • 1 papryczka chili
    • ok 1 kg pomidorów ( u mnie lima )
    • 1 duży ząbek czosnku
    • sól
    • pieprz
    • olej
    • duża łyżka przecieru pomidorowego
    • majeranek, bazylia, ostra czerwona papryka
    Sposób wykonania:
    • Pomidory myjemy, nacinamy ich czubki na krzyż i wkładamy do garnka. Zalewamy wrzącą wodą. Po ok 2 - 3 minutach odcedzamy i po przestudzeniu ściągamy z pomidorów skórkę. Wykrawamy grubszą część od ogonka i kroimy pomidory na mniejsze części. Wraz z sokiem podgrzewamy pomidory w garnku, aż zmiękną. Cedzimy przez sitko, a następnie przecieramy
    • Na patelni smażymy na kilku łyżkach oleju zmielone mięso do czasu, aż odparuje z niego płyn i mięso nieco się zarumieni
    • Cebulę kroimy w kostkę. Wrzucamy do garnka o szerokim dnie z rozgrzanym olejem i smażymy do zeszklenia
    • Do zeszklonej cebuli wrzucamy pokrojoną w większą kostkę paprykę. Delikatnie oprószamy solą i dusimy pod przykryciem mieszając od czasu do czasu ok 10-15 minut. Po tym czasie do warzyw dolewamy sok wraz z przetartymi pomidorami i dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek a także drobno pokrojoną papryczkę chili ( pozbawioną wcześniej pestek )
    • Do gotujących się warzyw dodajemy cukinię pokrojoną w grubsze ćwierćkrążki. Dodajemy podsmażone mięso. Mieszamy. Wszystko solimy, doprawiamy pieprzem i dusimy ok 12 minut, aż cukinia zmięknie
    • Gdyby było za mało płynu w niepełnej szklance wody rozprowadzamy łyżkę przecieru i dolewamy do warzyw
    • Na koniec leczo doprawiamy ostrą papryką, majerankiem i bazylią i chwilkę wszystko gotujemy
    • Podajemy z pieczywem lub solo
     A oto inne moje przepisy na leczo: 

     
     

        by Anika (noreply@blogger.com) at sierpień 27, 2015 09:27

        Niezbyt boska ja

        Pielgrzym - Terry Hayes

        W lecie czytanie idzie mi słabiej, bo latam, bo ogródek, bo ciepło, bo wszystko :).

        A jak już ściągnę do chaty i próbuję czytać przed zaśnięciem, to po 3 stronach już śpię :). 

         

        Jednak 'Pielgrzyma' czytało się elegancko.

        Jest to kryminał, więc jest morderstwo, jest specjalny agent, jest tropienie, jest pokrętne myślenie, żeby wpaść na to, co wykombinował Saracen. 

        Dobrze napisane. 

        Może końcówka z lekka rozmemłana, ale generalnie akcja toczy się wartko i lektura szalenie wciąga. 

        Warto :)

         

        by boskajana@NOSPAM.gazeta.pl at sierpień 27, 2015 06:14

        Moje życie i Stwardnienie Rozsiane

        Kraksy dwie

        Przenosiłem się dziś rano z łóżka na wózek i gdy prawie już stałem na nogach przy chodziku to nagle nogi się ugięły, a resztę zrobiła grawitacja. Gleba była ostra. Mama pomogła mi się pozbierać z podłogi. Wsadziła mnie na łóżko no i drugie podejście.
        Tym razem byłem o wiele szybciej na ziemi. Nie udało mi się nawet podnieść z łóżka. Trzeciej, samodzielnej próby już nie było. Trzeba było schować ambicję, dumę do kieszeni i skorzystać z pomocy mamy(-: Zwyczajnie nie miałem siły.
        To nie pierwszy raz i coraz częściej mam ten problem. Najgorsze jest to, że nic nie mogę z tym zrobić.

        Coś optymistycznego? Nic mi się nie stało:-)
         


        by mojsm (noreply@blogger.com) at sierpień 27, 2015 06:19

        Anrzej rysuje

        nic specjalnego

        Paranty nadziewane warzywami

        Paranty to nadziewane placki- mogą być samodzielnym daniem albo
        dodatkiem do innych potraw.
        Składniki:
        Ciasto:
        225 g mąki razowej,
        1/2 łyżeczki soli,
        200 ml wody,
        100 g klarowanego masła + 2łyżki do smażenia.
        Nadzienie:
        3 średnie ziemniaki,
        1/2 łyżeczki kurkumy,
        1 łyżeczka przyprawy garam masala (łagodnej),
        1 łyżeczka świeżego posiekanego drobno imbiru,
        świeże listki kolendry, ew. natki,
        pół strączka zielonego chili b.drobno posiekanego.
        Wykonanie:
        W misce mieszamy mąkę, wodę, sól,rozpuszczone masło
        i zagniatamy ciasto.
        Zagniecione ciasto dzielimy na 8 równych porcji. Każdą z nich
        rozwałkowujemy na stolnicy posypanej mąką na cienki placuszek.
        Smarujemy każdy placuszek niewielka ilością rozpuszczonego
        masła i zwijamy w rulonik .
        Rulonik spłaszczamy palcami i formujemy z niego okrąg.
        Teraz każdy z placuszków ponownie rozwałkowujemy, tworząc
        placek o średnicy 18 cm.
        W tzw. międzyczasie gotujemy do miękkości  ziemniaki. 
        Ugotowane odparowujemy i ugniatamy na miazgę.
        Wszystkie przyprawy+imbir, kolendrę chili mieszamy i łączymy z 
        ugniecionymi  ziemniakami. Dokładnie mieszamy.
        Na połowie ilości placków umieszczamy ok. łzyki
        ziemniaków z przyprawami i przykrywamy drugim placuszkiem, 
        brzegi dokładnie zlepiamy-najwygodniej widelcem.
        Na patelni rozgrzewamy  klarowane masło, delikatnie  kładziemy na
        nim placki i smażymy na złoto brązowy kolor.
        Podajemy gorące.

                                                *****
        Chlebek z mąki z ciecierzycy, który uwielbiam
        Składniki:
        100g mąki razowej,
        75g mąki z ciecierzycy, (jest w sklepach ze zdrową żywnością)
        1/2 łyżeczki soli,
        1 mała cebula, 
        świeże listki kolendry lub natki,drobno posiekane,
        1 strąk zielonego chili drobno posiekany,
        150 ml wody,
        2 łyżki klarowanego masła
        Wykonanie:
        Obie mąki przesiać do dużej miski, dodać sól.
        Posiekać cebulę, chili i kolendrę, dodać do mąki i dobrze wymieszać.
        Wlać wodę i zagnieść ciasto. Przykryć i odstawić na 15 minut.
        Po tym czasie ciasto wyjąć z miski i ugniatać 5-7 minut.
        Podzielic na 8 równych porcji.
        Każda z porcji rozwałkować na palcki o sredn. ok 18 cm.
        Placki smażyć na patelni na średnim ogniu, każdy placek przewrócić
        trzy razy i za kazdym razem smarować go masłem.
        Podawać gorące.

                                             *****
         Podpłomyki ciapati
        Składniki:
        225 dag mąki razowej,
        1/2 łyżeczki soli,
        200 ml wody. 
        Wykonanie:
        Do dużej miski wsypać mąkę i sól, wymieszać.
        Zrobić w niej dołek i stopniowo dolewać wodę, mieszając palcami.
        Na koniec zagnieść miękkie ciasto.
        Przełożyć na stolnicę i ugniatać 7-10 minut.

        Podzielić na 10-12 porcji i rozwałkować na cienkie placki.
        Patelnie  b. mocno rozgrzać (bez tłuszczu), zredukować ogień do
        średniego i kolejno układać na patelni placki. Gdy pojawią się
        na nich pęcherzyki powietrza przewrócić na druga stronę,
        powtarzając czynność dwa razy.
        Po zdjęciu z patelni układać jeden na drugim , by za szybko nie ostygły.

        No to do dzieła, to naprawdę nie jest trudne.
        W mąkę z ciecierzycy można się również zaopatrzyć w sklepach
        internetowych. 
        Garam masalę można upolować w Lidlu lub w stoiskach z żywnością
        azjatycką.


        by anabell (noreply@blogger.com) at sierpień 27, 2015 05:01

        Matka jest tylko jedna

        Czemu Vine?

        Wczoraj, gdy jak zwykle opowiadaliśmy sobie z Kosmykiem dzień, oboje stwierdziliśmy, że w zasadzie nie mamy co sobie opowiadać, bo nie zrobiliśmy nic konkretnego.

        – I ani jednego zdjęcia nie zrobiliśmy, mamo! Ani jednego!

        Pozżymaliśmy się chwilę, jakie to z nas leniuchy, a kiedy synek zasnął, zajrzałam do aparatu i zauważyłam, że zamiast zdjęć mam tam praktycznie same filmy… Vine wciągnął mnie bardziej niż przypuszczałam…

         

         

        Od dziecka jestem osobą, która musi być stale czymś zajęta. Jeśli nie mam zajęcia lub, co gorsza, zaczynam czuć rutynę, staję się leniwa i nieproduktywna. Dlatego wciąż i wciąż szukam nowych form wyrażenia siebie  i sposobów rozwoju bloga nie tylko w formie pisanej, która, wbrew pozorom, jest dość trudna przy dwójce dzieci [weź się skup!], zwierzętach, ogrodzie…

         

        Obecnie jestem na etapie złości. Pewne tematy buzują we mnie od jakiegoś czasu, a ja z doświadczenia wiem, że żeby powstał dobry tekst, swoją złość muszę przetrawić. Nie pisze się w emocjach – takie mam doświadczenia. Owszem, emocjonalne teksty fajnie się „sprzedają”, dobrze się je czyta, dają rozgłos, ale też o wiele bardziej jestem dumna z tekstów pisanych „na zimno”, po przetrawieniu pewnych emocji [wszystkie w zakładce „O mnie”]. Tak jak nie ubiera się rozhisteryzowanego dziecka, bo maluch się wyrywa, tak też niektórych zjawisk, emocji nie można pisać „w nerwach”, bo uciekają :)

         

        Spokojnie więc czekam, jestem cierpliwa. Wiem, że istnieje ryzyko, że ktoś przede mną ujmie pewne rzeczy lepiej, wiem też sam temat może przestać wydawać mi się atrakcyjny, ale cóż. Takie uroki blogowania :) Ucieczkę i odprężenie znajduję na Vinie, który w Polsce dopiero raczkuje, choć na świecie popularny jest co najmniej od roku.

         

         

        CO TO JEST VINE?

         

        Vine to aplikacja, która umożliwia dodawanie krótkich, sześciosekundowych filmików, które można wielokrotnie odtwarzać [zapętlać]. Więcej o vine’ach przeczytacie u Arleny, Aleksandry i Marii.

         

         

        Filmiki zaczęłam kręcić za namową Kasi z Twoje DIY. Co  ciekawe, na początku moim „jestem na nie” był stary telefon, który nie mógł obsłużyć tej aplikacji. A potem, kiedy stary telefon się rozsypał, a ja ciągle nie mam okazji podjechać do salonu po nowy [to już dwa tygodnie!], wpadłam na pewien pomysł, nakręciłam go z Kosmykiem, film dodałam za pomocą telefonu Chłopa, a resztę już zrobiłam z poziomu komputera. Da się? Da. Oto filmik:

         

         

         

         

        I kolejny, mój ulubiony:

        Albo ten:

         

         

        Wszystkie moje „wajny” możecie oglądać tutaj, a ja już mam w głowie pomysł na kolejny. Z czystą ciekawością obserwuję, jak to się będzie rozwijać, nie tylko u mnie, ale też u mojej drugiej koleżance z parentingów – Justyny Flow Mummy, która krótko przede mną zaczęła wajnować i która najwyraźniej równie dobrze czuje się w tej formie, co ja :) Ale ona pije sporo kawy :)

         

         

         

        Nie wiem, czy w Polsce Vine zdobędzie taką popularność jak za granicą, a my, początkujący wajnerzy staniemy się tak rozpoznawalni jak mój ulubiony Eh Bee. Ale co tam, warto spróbować, tym bardziej że Kosmykowi kręcenie ze mną wajnów sprawia sporą frajdę :) A i rozpoznawalni być koniecznie nie musimy. Pasuje nam nasza wiejskość :) Od kilku dni namawia mnie na puszczenie wajnów z jego samochodzikami, bo”one też chcą zagrać”. Cóż… może nawet i mam na te samochodziki pomysł :) Niedługo zobaczycie! A na koniec zerknijcie na Eh Bee, ten facet jest rewelacyjny!

         

         

         

        4,140 wszystkich wizyt, 23 wizyt dzis

        Post Czemu Vine? pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

        by MatkaTylkoJedna at sierpień 27, 2015 01:55

        Zapiski dojrzalej kobiety

        Raptem minie sierpień ...

        Ramiona gwiazd
        obracają się i skrzypią
        Na rozstaju Mlecznych Dróg
        Jezuski Frasobliwe w kapliczkach
        ochrzczone zapachem floksów
        w kolorze fuksji
        zapomniały o bożym świcie.

        Toczy się Wielki Wóz
        zaprzężony w cztery jednorożce
        Na sianie zasnęły utrudzone dniem
        pulchne Madonny z Dzieciątkami
        Śnią im się rajskie jabłuszka
        W mojej kieszeni szeleści
        srebrny księżyca papierek
        i grają kolorami na szczęście
        łuski wigilijnego karpia
        Jestem wiecznym wędrowcem
        szukam swojego miejsca
        tam na ziemi albo tu
        w niebie.

        (Autor: Ruth Porter „Floksy”).

        Koniec sierpnia tuż, za chwilę jesień, blade słońce jeszcze próbuje nas zbawić ale ranki i wieczory już rześkie i chłodne.
        Nie wspomnę już o dywanie spadłych zaschłych liści, które, wspominają  wiosnę i szeleszczą z nadzieją na powrót na wiosnę …

        Ten tydzień miałam przeznaczony na odpoczynek.
        Córka poprosiła mnie bym uszyła Wiktorii kocyk do przedszkola.
        Zapytałam wnuczki jaki chce ten kocyk – ma być ze sówkami, odpowiedziała.
        Nic prostszego, pojechać do sklepu, kupić materiał w sówki i ocieplinę zszyć, przepikować, wyhaftować imię wnuczki i po robocie.
        Ale mnie się nie chciało ruszyć do sklepu.
        Poszukałam więc w moich zasobach i znalazłam dwa kocyki (seledynowy i fioletowy) zakupione kiedyś w Ikei.
        Trochę cienkie, ale po zszyciu razem będą w sam raz.
        I wtedy pomyślałam sobie, ze skoro już grzebię w moich skarbach to poszukam skrawków kolorowych materiałów z których wytnę litery i naszyję na kocyk.
        Pomysł ciekawy ale … pracochłonny jak diabli.
        Narysować i wyciąć litery w materiale – mały Pikuś.
        Ale naszyć te litery ściegiem zygzakowym, tak żeby materiał się w praniu nie siepał – makabra.
        Ale już mam to za sobą.
        Zostało mi jeszcze podszyć ręcznie plisę – 5 metrów 80 centymetrów ściegiem krytym;(.

        Polityką się nie zajmuję, bo troszczę się o zdrowie psychiczne, ale ponieważ sprawa kocykowa, a właściwie fakt, ze sama wpuściłam się w maliny (czytaj harówkę) mnie nosi, to upuszczę sobie tu trochę żółci.
        Paweł Kukiz wreszcie dojrzał prawdziwą twarz PiS.
        40% Polaków (ostatni sondaż) dojrzy pod koniec roku.
        No cóż, znudziło się ludziom siedzieć w bagnie po kolana, to będą siedzieć po uszy.
         

        by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at sierpień 27, 2015 12:22

        Kurlandia

        Zapowiedź wpisów…

        Ukończona druga część wypadu w Tatry. Notka ze spotkania z Jasnowidzem. Jutro kolejny odcinek górskiej przygody.

        by Iga at sierpień 27, 2015 12:15

        Anna Sakowicz

        Uczeń Gutenberga

        Początki druku, typografia, Biblia Gutenberga to moje koniki. Wszystko, co tego dotyczy, jest fascynujące. Kiedy więc znalazłam na Targach Książki w Warszawie powieść Alix Christie „Uczeń Gutenberga”, nie wahałam się ani chwili. To niezwykła powieść!!! Tym bardziej że autorka sama zajmuje się drukarstwem i podczas pisania korzystała z własnych doświadczeń. Christie napisała przepiękną historię Petera…

        by anna.sakowicz at sierpień 27, 2015 12:13

        TUV

        jaka cudna tęcza czyli zbieram w garście okruchy szczęścia

        Popadało.Ogród odetchnął.Od miesiąca mam pod świerkiem kuwetę z wodą dla ptaków i pomniejszej zwierzyny np.jeży.

        Zaanektowały ją natychmiast sroki. Co jaki tam ptaszek przyleciał ( a myślałam o wróblach szczególnie) to sroka frrrrr i już przy wodzie a raczej na  środku kuwety by podkreślić że to JEJ. Ptaki jakoś sobie radziły, bo co ? upał to woda jest istotna i się nie boimy wielkich, ale zachowanie srok mnie wkurzało.Cóż, nie straszyłam , bo bym wystraszyła pozostałe ptaszki.

        Woda paruje,szczególnie w upał ale żeby tak natychmiast od rana do wieczora już NIC nie było?(kuwetka tak na 5 cm głęboka, a i spora bo 30*40cm mniej więcej) Znaczy stadka ptaszków i pewnie jeże do wodopoju chodziły intensywnie,nie tylko pijąc ale i kąpiąc się.

        Wczoraj pod wieczór poszliśmy na zakupy.Wracając krople deszczu poczułam ale niebo świetne,bo i błękit i chmury i słonce podświetla i wtem TĘCZA. Jaka piękna i uśmiech,bo dawno nie widziałam;).

        Przechodząc obok ogródka sąsiadów często przystaję by wsłuchać się w stadko szpaków które osiadło na choinkach.Żal mi było że u mnie nie, ale koty,sroki pewnie się boją.A dziś ?

        A dziś SĄ ! Świerk i tuje ożyły,sporo nasion,robaczków szczególnie na chorującym świerku.Nasza parka cukrówek wiadomo,sroki również ale te szpaki!

        Zaśpiewy,przekomarzania,ćwierki,podlatywanie,furgot skrzydeł.Cudnie;).

        Ciężko szpaczkom zrobić zdjęcie.Pięknie pozują ale jak nastawiasz aparat natychmiast zmieniają miejsce….

        Za to gołąb gotowy do pozowania;

        Znów uśmiech na twarzy,tak niewiele człowiekowi potrzeba.

        O 7 rano byliśmy z mamą u lekarza. Specjalnie taka pora,żeby być pierwszym i nie przechodzić awantur kolejkowych.

        Mama dała radę! Od mniej więcej miesiąca zaczęła schodzić do nas ,na dół, potem powoli chodzić po ogrodzie.

        Po tym co się działo od lutego to OGROMY postęp.

        Super to nie jest.Migotanie niestety,problemy z nogami ale jest samodzielna,chodzik poszedł w niepamięć i oby tak dalej i lepiej i lepiej.

        Dodaje otuchy to że sobie radzi.I fryzjer był na początku tygodnia – pierwszy raz od lutego !.

        Nie wiem czy dobrze robię pisząc te słowa,bo szczęście takie tam spokojne,ludzkie rozgłosu nie lubi ale mnie te stadko tak wprawiło w dobry nastój ;))).

        by Tuv at sierpień 27, 2015 07:11

        Kurlandia

        Jasnowidz

        Zbieg okoliczności sprawił, że spotkałam się z osobą jasnowidzącą, z której usług korzysta policja. Można się śmiać, można też trochę z tego pokpić (pozwalam), ale uwierzcie mi, że rodzic – który z oddaniem walczy o swoje dziecko – zapuka do każdych drzwi. Dwie strapione kobiety, szukające drogowskazu na przyszłość, przekroczyły razem próg fundacji, działającej na rzecz pomocy potrzebującym ludziom.

        Jasnowidz – praktykujący katolik, ministrant, wiernie związany z kościołem katolickim – kazał sobie dać Szymka na ręce po czym rzekł…”Nie widzę przeciwwskazań, żeby chodził (…)”. Pytam więc, co mogę więcej dla dziecka zrobić, On na to… „Nic. Kochać go dalej, bo z tą miłością daje mu Pani energię (…) Wiem, że chciało by się szybciej, ale jemu potrzebny jest czas, który dla niego za wolno płynie”. Kazał też zrobić porządek ze źle zrośniętymi szwami na czaszce dziecka. O tych szwach myślę już od pół roku…”Proszę kierować się matczyną intuicją” – dodał. Musimy porządnie zdiagnozować Szymona u neurochirurga i chirurga szczękowo-czaszkowego – dr Dutkiewicz.

        WCZORAJ SZYMON PRZESTAŁ NA BASENIE W PŁYTKIEJ WODZIE PRAWIE GODZINĘ. BYŁ FIZJOLOGICZNIE SPIONIZOWANY, PLECY POSTE NICZYM SZPRYCHA. ZACZĘLIŚMY NAUKĘ CHODZENIA! Etap stania mamy szczęśliwie zakończony, a mimowolne ruchy rąk dziecko nauczyło się w wodzie kontrolować. Czaaaaaasss….Tylko potrzebny jest czas. I miłość, która ozdrawia nasze dziecko od chwili narodzin…

        ***

        by Iga at sierpień 27, 2015 06:57

        zycie na kreske

        sierpień 26, 2015

        zapiski zgagi

        Babka w obowiązkach

        Cztery doby takową byłam…

        Tyle radości, ile i drobnych niedogodności. ,,Moje oczy są słabe, moje członki są stare” – chciałoby się zacytować staruszka z ,,Żywota Bryana” Monty Pythona. Tyle, że oczy zamieniłabym na uszy! Poza tym… Rzeczywiście to, jaki człowiek jest życiem sterany, wychodzi dopiero w kontakcie trzeciego stopnia z dwójką bardzo żwawych chłopaczków na czterdziestu paru metrach kwadratowych… No, nie nadążam!

        Pamiętam, jak się dziwiłam Mamie, gdy maluchy przyjeżdżały do Gdyni. Nie mogła znieść tego, że wokół dzieci natychmiast  powstaje totalny nieład. Minęło raptem dwa-trzy lata i łapałam się na tym samym. Że narzuty na fotelach były wciąż rozbebeszone, że obrus skołtuniony – jakoś bolało! Jakbym była nie wiem jak perfekcyjną panią domu… A przecież to nie tak!

        Przez większość dnia miałam pod opieką dwa słodkie aniołki. Wieczorem następowała jednak przemiana, szczególnie Stasiowi wyrastały rogi! Nie na długo, ale dość dotkliwie…

        Małż, zazwyczaj bardziej cierpliwy i tolerancyjny w stosunku do dzieci niż ja, tym razem jakoś szybko nerwowo reagował. Zatem to mnie przypadła rola ,,dobrego policjanta”.

        Jaką relację zdadzą w domu dzieciaki rodzicom? Hm… Niby starszy wnuk stwierdził, że gdyby nie spanie z bratem w jednym łóżku, mógłby tu zostać. Pewnie dlatego, że u nas dłużej niż w domu mógł sobie  pograć w ulubione gry komputerowe. Raport Stasia z kolei jest dla mnie wielką niewiadomą. Częściej był dyscyplinowany, raz nawet oświadczył, że nie kocha dziadka, więc?…

        A jeśli zostaniemy zakwalifikowani jako wyrodni dziadkowie…

        by Zgaga at sierpień 26, 2015 10:48

        Od rana do wieczora

        To były piękne dni

        I takimi chcę je zapamiętać. A reszta jest milczeniem. Oczywiście dopóki nie znajdę czasu, by złoto zamienić na srebro :-)

        wakacje1

        wakacje3

        wakacje2

        klosy

        wakacje5

        by Chuda at sierpień 26, 2015 09:12

        Domowa kuchnia Aniki

        Kompot z renklod w słoikach. Renklody na zimę

        Kompot z renklod w słoikach. Renklody na zimę

         
        Renklody w kompocie to dla mnie smak dzieciństwa. Mama co roku robiła te śliwki na zimę i niezmiennie bardzo nam te kompoty renklodowe smakowały. I tak tez pozostało do dziś dnia. Przygotowanie takiego kompotu nie sprawia żadnej trudności i nie zajmuje dużo czasu. Nie urozmaicam kompotu żadnymi dodatkami aromatycznymi w postaci kory cynamonu czy  goździków, bo nie chcę zabijać smaku śliwek,  które same w sobie są doskonałe i nie trzeba ich w żaden sposób ulepszać. Ze śliwek nie wyjmujemy pestek, tylko wymyte wkładamy do słoików i zalewamy wodą, a potem pasteryzujemy. Ale od początku...

         

        Składniki:
        • śliwki renklody ( dowolna ilość )
        • cukier
        • woda
        Sposób wykonania:
        • Śliwki myjemy, osuszamy, nakłuwamy w kilku miejscach wykałaczką i wkładamy do wysterylizowanych słoików
        • Do każdego słoika wsypujemy 3 łyżki cukru
        • Słoiki zalewamy gorącą wodą i zakręcamy
        • Pasteryzujemy ok 25 minut. Jeśli cukier zbierze się na dnie, wystarczy jeszcze gorące słoiki nieco poruszać, a cukier się rozpuści
         Sterylizacja słoików: umyte i wypłukane słoiki i przykrywki wstawiamy do piekarnika i nastawiamy go na 110 stopni. Od momentu osiągnięcia przez piekarnik wymaganej temperatury sterylizujemy słoiki i przykrywki ok 10 - 15 minut. Ze słoików i przykrywek powinna całkowicie odparować woda 

        Pasteryzacja: w dużym garnku z wodą wyłożonym ściereczką układamy słoiki. Woda, do której wkładamy słoiki,  powinna mieć mniej więcej taką temperaturę jak zawartość słoików i sięgać 2-3 cm poniżej zakrętek słoików. Słoiki nie powinny się stykać.  Woda powinna  osiągnąć temperaturę ok 85 - 95 stopni

        by Anika (noreply@blogger.com) at sierpień 26, 2015 07:22

        nic specjalnego

        Curry...

        ...... czyli coś wegetariańskiego.
        Ogólnie biorąc curry "nie jedną ma twarz" . 
        Na straganach pokazała się dynia, więc można zrobić curry z dyni.
        Składniki:
        2 średnie cebule pokrojone w plasterki,
        pół łyżeczki kminku (może być mielony lub w całości)
        45 dag obranej ze skórki i pokrojonej w kostkę dyni- może
        być ta zwykła żółta, lub zielona,
        1 łyżeczka drobno posiekanego świeżego imbiru,
        1 łyżeczka zmiażdżonego  świeżego czosnku ,
        1/2 łyżeczki soli,
        300 ml wody.
        Wykonanie:
        Na patelni rozgrzać masło klarowane i usmażyć na rumiano cebulę 
        wraz z kminkiem. Dodać dynię i smażyć dalej na małym ogniu 3-5
        minut, ciągle mieszając. Dodać imbir, czosnek i sól, wymieszać.
        Wlać wodę i dusić na małym ogniu 15 minut, kilka razy zamieszać.
        Przełożyć na półmisek i podawać z pieczywem. 

                                               *****
        Następnym szybkim daniem jest curry z jajek. 
        Składniki:
        1 średnia cebula pokrojona w plastry,
        1/2 łyżeczki chili w proszku,
        1/2 łyżeczki świeżego imbiru drobno posiekanego,
        1/2 łyżeczki zmiażdżonego czosnku, 
        4 jajka,lekko rozbełtane,
        jeden twardy pomidor pokrojony w plastry,
        świeże listki kolendry.
        Wykonanie:
        W rondlu rozgrzać klarowane masło i zeszklić na nim cebulę.
        Dodać imbir, czosnek i chili i smażyć minutę, ciągle  mieszać.
        Dodać jajka i pomidor i smażyć do chwili ścięcia się jajek, stale 
        mieszać.  
        Przełożyć na półmisek posypać listkami kolendry, podawać gorące 
        z pieczywem.  Ja posypuję listkami pietruszki zielonej. 

        Oba przepisy są dla 2 osób.

        Jak zauważyliście nie ma tu wcale przyprawy o nazwie CURRY.
        Po prostu w nomenklaturze indyjskiej curry to mieszanka różnych
        składników i przypraw.

        A gdy się nieco ochłodzi postaram się namówić Was na zrobienie
        parantów nadziewanych  jarzynami. Pychota, wierzcie mi.
         

        by anabell (noreply@blogger.com) at sierpień 26, 2015 03:59

        Moje życie i Stwardnienie Rozsiane

        Koncert Linkin Park Rybnik 2015

        Wczoraj wybrałem się z bratem na koncert zespołu Linkin Park. Koncert był na stadionie Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji w Rybniku.
        Z Krakowa do Rybnika mieliśmy około 120 km. Udało się dojechać poniżej 2 godzin. Miałem bilety dla osoby niepełnosprawnej i niebieską kartę parkingową więc wszystkie drzwi, nakazy i zakazy nas nie obowiązywały. Zostaliśmy poprowadzeni pod sam stadion - pełna kultura.

        Koncert zaczął się z 15-to minutowym opóźnieniem ale potem było coraz lepiej. Wszystko było dobrze widać i słychać chodź miałem miejsca daleko od sceny. Stadion, zwłaszcza otwarty nie jest najlepszym miejscem na takie koncert ale wszystko było super. Dawali czadu i to ostrego.



          

        Dla bardziej dociekliwych i chcących dowiedzieć się więcej o koncercie to polecam relacje tutaj

        Koncert zakończył się koło godziny 23. Powrót był dużo szybszy. Brat mówił, że nie raz jak wracał np. znad morza samochodem to na drogowskazach były różne inne małe miejscowości dalej niż Kraków ale Krakowa nie było. Wczoraj było tak samo. Były drogowskazy na Wrocław, Łódź, Rzeszów, Katowice ale na Kraków nie! To chyba jakieś kompleksy. Dopiero w Katowicach pojawiły się drogowskazy na Kraków:-)

        Bardzo się cieszę, że mogłem być na tym koncercie i nie zrezygnowałem. Wszystkim którzy mówią, myślą, że nie mogą, nie potrafią i mają inne negatywno - depresyjno podejście do siebie, choroby, życia to mówię wam - jesteście w błędzie! Przestańcie myśleć o tej chorobie, o tym co z Wami będzie. Jak będziecie żyć, co z Waszą pracą, mieszkaniem, dziećmi itp. Na większość tych rzeczy nie macie praktycznie żadnego wpływu! Dzięki takiemu myśleniu człowiek popada w smutek, depresje. Rezygnuje, wycofuje się. Czy na prawdę warto jest myśleć tylko o tym co nam choroba zabrała? Czy warto myśleć o tych czarnych wizjach, które mózg roztacza w głowie? Przecież bardzo często one się nie sprawdzają i okazało się, że się jakoś udało. Ja te złe myśli zamknąłem w pokoju gdzie jest bajzel i syf. Wszędzie mam posprzątane, a do tego pokoju nie zaglądam i nie zamierzam. Życie mamy jedno. Powtórki nie będzie, a kiedy przyjdzie nasz koniec to nie chcę myśleć o tym czasie tu spędzonym jak o jednej wielkiej tragedii na ziemi. Zamierzam wyciągnąć z tego życia maksimum i myśleć pozytywnie.

        Nigdy specjalnie nie narzekałem na swoje poprzednie życie za "życia" czyli kiedy byłem sprawny. Teraz, kiedy jestem w takim stanie w jakim jestem to też specjalnie nie jestem chyba uciążliwy i marudny ale od skoku ze spadochronem czuję taki wewnętrzny spokój. Raczej niewiele bym zmienił. Miałem fajne życie, ludzi w okół siebie, przyjaciół, znajomych. Niczego nie żałuję, przed niczym nie zrezygnowałem. Nie należy rozumieć tego, że jestem szczęśliwy z obecnego stanu rzeczy. Żyję tu i teraz i niczym innym się nie zamierzam zajmować, zwłaszcza że mój wpływ na życie jest bardzo ograniczony.

        Teraz czas zacząć szukać nowych rozrywek:-)



        by mojsm (noreply@blogger.com) at sierpień 26, 2015 03:42

        Smoking kills...

        O TYM, ŻE ŁEB MI PĘKA

         

        No i tak. Ponieważ, jak wiadomo, prawa Wszechświata są takie, że jak jest miło i dobrze, to natentychmiast dla równowagi musi się coś spierdolić, bo taka jest natura przyciągająco – odpychającego pola uniwersalnego, to właśnie wylizuję sobie przydatki po zawale serca. Łeb mi pęka (a solpadeina cała wyżarta!) i nie wiem, co spakować (oczywiście, sandałki z grzywką – są kochane, kudłate i super wygodne – ale jeszcze parę rzeczy by się przydało chyba?…). W pionie trzyma mnie wizualizacja jutrzejszego natrąbywania się w kolejnych barach. Aha, jeszcze oczywiście muszę przeżyć wyrzut we wzroku Szczypawki, kiedy ją będziemy zostawiać u ciotki (wino, wino, pamiętaj, różowe lodowate wino i krewetki).

        Ponieważ i tak już mi wszystko jedno, to powiem to na głos:

        Drugi sezon „Detektywa” podobał mi się bardziej, niż pierwszy.

        Intryga mnie bardziej wciągnęła, a także bardzo mi przykro, ale nie umiem w sobie wzbudzić podziwu i uwielbienia dla odkrytego na nowo Matthew Mcconaughey (a już w „Interstellar” to bym mu przerobiła kiszki na podwiązki, tak mnie te jego miny denerwowały). Serio, w pierwszym „Detektywie” jak zaczynał swoje filozoficzne wywody, to szłam rozpakować zmywarkę albo umyć wannę, wracałam, a ten dalej przeżywa.

        Najbardziej mi się podobały zarzuty, że zbyt skomplikowana intryga w drugiej części. No chyba dla widzów reality show o Kardashianach.

        Oraz – od kilku dni reklama kontekstowa chce mi opchnąć olej kokosowy. A to nie jest jakieś przemysłowe świństwo? (A może mi się pomyliło z palmowym). Różne rzeczy już mi gugiel wciskał, żyrandole, czepki chirurgiczne, ale olej kokosowy? Ciekawe, skąd taki pomysł.

        by Barbarella at sierpień 26, 2015 02:37

        zycie na kreske

        Kura pazurem

        Koci foch

        Straszna rzecz się w moim domu stała. Nutuś obraził się prawie na śmierć. Ostentacyjnie leży na twardym krześle wciśniętym w róg pokoju i zerka na mnie spod byka. A ja oczywiście biję się w piersi i przepraszam go  jak mogę. Tłumaczę, że wizyta u weterynarza od czasu do czasu jest konieczna, bo trzeba się zaszczepić i odrobaczyć. Nic to jednak nie pomaga. Kot od dwóch dni ma focha.

        kinomaniakZa to widzę, że w końcu znalazł w naszym domu najsłabsze ogniwo: Babcię. Ona nigdy nie odmówi kotu serka czy kiełbaski, a wręcz ze swojej kanapki zdejmie i zwierzakowi poda. Ba! Mają wręcz jakiś tajny układ, bo od czasu do czasu sam na sam zostają w kuchni i podejrzana cisza wtedy zalega w mieszkaniu. Nutuś wychował Babcię odpowiednio. Postawił na swoim i wyleguje się, gdzie chce, po staremu, a  w dodatku tak Babcię wytresował, że wystarczy, by głęboko spojrzy jej w oczy tymi swoimi błękitnymi ślepiami, Babcia mięknie i co lepsze kocurowi oddaje. Czasami musi ją lekko łapką trącić, żeby się nie ociągała, ale to drobiazg. Nie pomagają moje tłumaczenia, że kot za gruby, że dokarmiać nie można. Babcia kiwa głową, Nutuś to ignoruje, a i tak robią swoje.

        Poszłam z nim wczoraj na szczepienie. Wróciliśmy. Nutuś od razu wszedł pod stół i warczał ostrzegawczo na wszystkich. A Babcia mu tłumaczyła:

        - No widzisz, zastrzyk dostałeś, dupka boli, ale za to jak ty będziesz teraz pięknie jadł, jaki apetyt ci wróci.

        A mnie od razu zmroziło. Jaki apatyt? Skąd wróci? Toż jeszcze Nutusia nie opuścił nigdy. Apetyt to jego drugie imię. Także jest szansa, że nasz klopsik w prawdziwego klopsa się zmieni. O ile oczywiście zamiast tego wyimaginowanego utraconego apetytu nie wróci do nas zdrowy rozsądek.

        persMuszę jeszcze przyznać, że u weterynarza nasz kocur zachowuje się grzecznie, jedynie warczy i syczy, udając na zmianę psa i węża, a nuż coś poskutkuje. Zawsze trzymam go gołymi rękoma i nigdy jeszcze mnie nie użarł. Za to widziałam raz persa w akcji. U fryzjera. Właściciel miał na rękach rękawice po łokcie. Biały wielki pers walczył zawzięcie. Ja siedziałam w poczekalni, sama zestrachana i obserwowałam kota w akcji. Ledwo słyszałam własne myśli, tak się zwierzak darł. A jak kobieta zbliżyła się ze szczotką do jego tylnej części ciała, to chyba wszystkie okoliczne demony wlazły w kocisko. Dodatkowo się odwrócił i spojrzał w moją stronę. Ciary po plecach. Zamordował mnie wzrokiem, przegryzł tętnicę, wydrapał oczy, a na końcu lekceważąco osikał. Brrr. Jak dobrze, że Nutuś to taka chodząca kocia sierota.

        I na koniec jeszcze jedna wiadomość. Pamiętacie, jak niedawno trzymaliście kciuki za suczkę moich rodziców? Pies przeżył drogę powrotną do domu. I za radą naszego weterynarza rodzice zrobili psu badania. Okazało się, że suczka miała raka, usunięto jej macicę. Obecnie jest po operacji, dochodzi do siebie, dwa razy dziennie dostaje kroplówkę i podobno widać, że czuje się coraz lepiej. Dziękuję więc za kciuki. Przydały się. Jest w Was moc.

        Ja tu gadu gadu, a tu trzeba iść kota udobruchać. Może telewizor mu włączyć, by sobie pooglądał, odprężył się. :lol:

        *

        *

        Na zdjęciach: po lewej u góry Nutuś, po prawej niżej pers (znaleziony w necie na https://pixabay.com/) podobny do tego walczącego „o życie”.

        by anna at sierpień 26, 2015 04:14

        zycie na kreske

        sierpień 25, 2015

        Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

        różne czasy

        Najpierw przeprosiny za długie milczenie. Milczenie jest złotem co prawda, ale ….Wszystkich tych, którym na maile nie odpowiadam zaraz albo też wcale, również przepraszam. Nie da rady rozciągnąć doby. Trzeba pisać do skutku, jak ewangeliczna wdowa, aż odpowiem znużona nagabywaniem./To moja rada, jak ze mną postępować, żeby osiągnąć skutek/.

        20150815_112844 — kopiaW Berlinie zebrali się przedstawiciele Wspólnoty na imprezce zwanej w kościelnym języku kapitułą. Kapitalnie to tam było tylko trochę. Wielogodzinne  narady w dusznej sali. Okien się nie otwierało za bardzo, jako, że w sąsiednich baraczkach szerszenie miały gniazda, a szerszeń to w Niemczech istota chroniona. Co prawda pierwszego dnia wieczorem weszłyśmy do kuchni z siostrą Marią, Francuzką, co w Peru, w puszczy amazońskiej  żyje wśród Indian i  zastawszy tam sztuk sześć buczących pod lampą zabrałyśmy się za „dezynsekcję” przy pomocy obuwia. Na to wpadł nasz niemiecki brat z głośnym krzykiem o ochronie ginących gatunków oraz wyliczeniem ewentualnej kary pieniężnej za zabicie owadów. Szybko więc usunęłyśmy brata na korytarz, słownie, bez użycia sandałów i po chwili w kuchni można było wypić herbatkę z poczuciem długu wobec niemieckiego państwa. Maria orzekła, że mniej boi się tarantuli niż szerszeni. Ja nie mam zdania i wolę nie mieć.

        Radość ze spotkania z braćmi, których nie widziało się wiele lat, albo też nigdy na żywo, tylko na zdjęciach i filmach, to ta lepsza część  zebrania. Sprowadzony z Polski pan Bogdan przy wsparciu Inżyniera próbował z dobrym skutkiem nakarmić całe towarzystwo gotując coś z prawie niczego. Bez czasu na  spotkanie, wspólną modlitwę i refleksję nie da się tworzyć wspólnoty, rodziny czy przyjaźni.

        20150818_150513

        A w tym samym czasie w Ojczyźnie:

        100_3997 — kopia– w Krynicy szalały dzieciaki ze świetlicy, sztuk 30 plus 6 opiekunów. Były morskie kąpiele, zwiedzanie Gdańska, pływanie statkiem, koncert Lata z Radiem. Ja zwykle łapię oddech kiedy ostanie z dzieci dociera do rodziców. Uff! Nic się nie stało, wszyscy wrócili cali i zdrowi. I taki stres od lat, przy każdej wycieczce. Dziękujemy sponsorom za kasę na tę wyprawę. To był piękny czas.

        -w Zochcinie natomiast, zostawionym pod opieką Mikołaja i Tamary, co mieli na głowie 3 domy plus Syryjczyków, też imprezka była, a jakże. Zakończona wywózką przez policję 3 mieszkańców pijanych w sztok. Miki wyławiał dwóch z basenu, bo wiadomo, że pijana głowa ochłody potrzebuje. Na szczęście pozostali panowie stanęli na wysokości zadania i dom przetrwał. Tak zwykle jest, że w czasie naszych wyjazdów mamy straty w personelu. Z drugiej strony nie możemy być niewolnikami cudzych nałogów. Mieli faceci szansę: terapia, praca, doskonałe warunki. Stracili-ich problem. Widać cat-modijeszcze muszą wrócić na dno. Pozostaje tajemnicą, dlaczego jedni się podnoszą, drudzy nie. Ufam, że każdy ma swój czas i w końcu wszyscy jakoś się spotkamy w Niebie. A my nie możemy stale robić za kota.

        Od czasu mojego powrotu Artur nie opuszcza mnie na krok. Nie chce biedak ryzykować kolejnego rozstania. Wykorzystał je jednak na poszukiwanie rzeczy przed nim schowanych. Zapomniałam zamknąć schowek anty-Arturowy i w dodatku klucz miałam w kieszeni w Berlinie. Sytuację uratował Zbyszek, który ekspresowo wymienił zamek, tak, że straty są stosunkowo niewielkie. Sztuką jest bowiem życie z autystykiem. Polega owa sztuka na takim wnoszeniu i przechowywaniu sprzętu, książek, dokumentów i innych przedmiotów atrakcyjnych dla gościa/np. kocha termosy i elektryczne dzbanki, żarówki i taśmy miernicze, aparaty fotograficzne itp./, żeby nie wiedział, że są i gdzie są. Poprzeczka jest wysoko, bo mieszkamy na bardzo małej przestrzeni i Artur czujnie obserwuje każdy ruch w mieszkaniu. Potem kolejną sztuką jest pamiętać co i gdzie zostało schowane. Trzeba mieć czas i cierpliwość.

        I wreszcie- nasz Bartek, co w Zochcinie za fajtłapę się miał i obijał nieco, dzisiaj przepuszczał przez bramkę Mikiego i Syryjczyków w urzędzie dla cudzoziemców. W mundurze ochroniarza, z całą powagą. Wypchnięty po czasie zochcińskiego dorastania na szerokie, warszawskie wody: proszę, radzi sobie!

        Nad-obowiązkowo

         „Nie mam czasu” to dorosła wersja wymówki „pies zjadł moją pracę domową”./nieznany/

        Rzadko masz czas na wszystko. Musisz dokonać wyboru. Na szczęście twoje wybory mogą  zależeć od tego, kim w głębi swojej duszy jesteś. /F.Rogers/

        by siostra at sierpień 25, 2015 10:23

        pierwsza żona

        orety rety kotlety

        Jezu ile mam do napisania !!!! jezu!!

         

        No więc wpierw miałam zapętlenie.

        Zapętlenie polegało na tym, że dzwoni do mnie umowiona wcześniej osoba celem porady wózkowej. Osoba nieznana , od znajomej taka. I ona dzwoni a jej numer wyświetla mi się jako już zapisany pod imieniem przyjaciółki mojej córki z klasy 5b. Która to i owszem miałą ten numer parę miesięcy temu. Rozumiem recykling ale żeby az tak mnie dotknął ????

        Potem dostałam od A. na urodziny naszyjnik. Wszyscy znają moją słabość do świecidełek więc wiadomo dzie pójść ale żeby kupować mi taki sam naszyjnik co dostałam od innej osoby na zeszłoroczne urodziny ???

        Potem dostałam od mojej mamy na urodziny naszyjnik. Wszyscy znają moją słabość do świecidełek więc wiadomo dzie pójść ale żeby kupować mi taki sam naszyjnik co dostałam od innej osoby na zeszłoroczne urodziny ???

        Więc od razu wymieniłam dwa.

        Mam już w pełni obczajoną minę ALE NIE PRZEJMUJ SIE !!! WYMIENIE !

        Co potem , co potem.

        no potem jebła mnie lipa.

        Taka konkretna. 70 letnia. Jebła z rozmachem na kable, kable, słup, ulicę, płot.płot.

        Burza była ale bez przesady!

        No i jak jebła to cichutko, nic nie było słychać.

        Tylko Larwa przylatuje i mówi mamusiu chyba drzewka nie ma.

        Idę pacze i nie no to nie nasze drzewo. Cos jest na płocie, ale to może jakies smieci przywiało ?

        My nie mielismy w tym miejscu lipy.  no bo ile ich mamy ? 3? 4 ? no nie wiem. Ale to nie nasze.

        DUPA> nasze. kurwa , wszystko nasze.

        Nasz rozwalony płot,, nasze porwanie kable i nasza kochana straż pożarna (ale kotek, tam był kotek, to łatwo możecie go zdjąć, a Pan to przyjedzie do mojego drugiego kotka jeszcze jutro! ).

        Prądu nie było długo, internetu jeszcze dłużej.

        Po 10 dniach wiem że aby połączyć się z niebieską linią na skróty to tak :

        1, nip firmy #, *, 2, 9.

        Specjalistów było wielu. Były też odwiedziny fantomowe (monterzy byli wczoraj, nikogo nie zastali, dziś też byli).

        Dziś przyjechał wreszcie jakiś wybawca, który powiedział NO JA PRZECIEZ PANI NIE ZOSTAWIE Z TAKIM INTERNETEM. LOVE.

         

        W między czasie była aaaaakocicapaierosa oraz eeeeecotojachcialam oraz dziennikfrazeologiczny.

        O boże. Od razu poszło ostro. Potrawki z łożyska podlane gęsto czerwonym winem.

        Bardzo, oj bardzo dużo siły czerpie się z przebywania wspólnego kobiet.

        Daje to motór, siłę i wszystko staje się jasne.

         

        Dobra,

        nadal. to najlepsze wakacje w moim życiu. EVER.

        by autor at sierpień 25, 2015 08:35

        Blog do czytania

        Z życia wzięte: potrzeba

        Dzieci. Nazywane są „naszą przyszłością” tylko po to, aby choć trochę złagodzić wszystkie minusy związane z tym, że póki co są naszą teraźniejszością. Spokojne, leniwe popołudnie. Wracam ze sklepu przez moje osiedle, mijam grupkę dzieci i dwie kobiety – zapewne matki. Wtem – cała gromada rusza, dzieci podrywają się do biegu, mijają mnie radośnie. Mija […]

        by Bartosz Cicharski at sierpień 25, 2015 05:45