Planeta Jadzi

styczeń 31, 2015

Domowa kuchnia Aniki

Pulpety z mięsa i ryżu z sosem pomidorowym

Pulpety z mięsa i ryżu z sosem pomidorowym



 
Na obiad przygotowałam ostatnio pulpety mięsne z ryżem w sosie pomidorowym. Bardzo smaczne danie. Podałam je z ziemniakami i surówką i obiad był na prawdę smaczny, a same pulpety - żadna filozofia. masa mięsno ryżowa przypomina tą na gołąbki i też nieco podobnie smakuje, tyle że więcej mamy w pulpetach mięsa niż w gołąbkach. Bardzo dobrze się je formuje, a w czasie gotowania nie rozpadają się. U mnie były przez dwa dni, bo z podanych składników wychodzi ok 6 solidnych porcji.

 Składniki: ( na ok 6 porcji )
  • 80 dag mielonego mięsa wieprzowo-wołowego 
  • 2 torebki ryżu ( po 10 dag )
  • 1 cebula
  • 1 jajko
  • 3 - 4 łyżki tartej bułki
  • 1 ząbek czosnku
  • sól
  • pieprz
  • 2-3 łyżki oleju do smażenia cebuli
  • 1 słoiczek przecieru pomidorowego (200 g)
  • 2-3 łyżki mąki pszennej
  • szczypta oregano
Sposób przygotowania:
  • Mięso mielimy
  • Ryż gotujemy wg przepisu na opakowaniu, odsączamy i studzimy
  • Cebulę drobno siekamy i smażymy na oleju do zeszklenia
  • Mięso łączymy z ryżem, cebulą, jajkiem, przeciśniętym przez praskę czosnkiem, tartą bułką. Dodajemy sól i pieprz i wszystko dokładnie mieszamy
  • Z masy formujemy kulki. Najlepiej przygotować sobie na stanowisku pracy pojemnik z wodą, w której będziemy maczać ręce po uformowaniu każdej kuleczki ( wówczas masa nie będzie nam się lepić do rąk )
  • W szerokim garnku gotujemy ok 2 litr wody. Lekko ją solimy i gdy się zagotuje wrzucamy do niej mięsne kuleczki ( jest ich sporo, więc pulpety będziemy gotować na 2 razy ). Po wypłynięciu i ponownym zagotowaniu się wody gotujemy je ok 20 minut. Wyjmujemy do przygotowanego naczynia i uzupełniamy wodę, która się wygotowała, ewentualnie dosalamy i gotujemy drugą partię
  • Następnie wodę, w której gotowały się pulpety przecedzamy i dodajemy do niej cały słoiczek przecieru pomidorowego, zagotowujemy, a następnie zagęszczamy mąką ( mąkę rozprowadzamy w niedużej ilości zimnej wody i wlewamy powoli do gotującego się sosu stale mieszając - używam do mieszania trzepaczki rózgowej ). Jeśli ktoś woli gęstsze sosy trzeba dodać więcej mąki, ale najlepiej robić to etapami. Jeśli po zagotowaniu sos jest dla nas za rzadki dolewamy kolejną porcję wody z mąką. Na końcu sos smakujemy, a następnie doprawiamy pieprzem, szczyptą oregano i ewentualnie solą
  • Do sosu przekładamy ugotowane pulpety i chwilkę razem gotujemy
  • Danie bardzo dobrze smakuje z ziemniakami i surówką

by Anika (noreply@blogger.com) at styczeń 31, 2015 02:01

moje waterloo

2040

Przypomniało mi się jeszcze, że kiedyś oglądałam film. Dokumentalny i trudny do zniesienia dla osób empatycznych. Oglądałam go na raty, bo tak beczałam, że co rusz musiałam robić przerwy: a to na wyjście po nowe chusteczki, a to na spacer po mieszkaniu. Film ten zapadł mi w pamięć i polecam go każdemu. Powinien być jazdą obowiązkową.

Występują w nim potomkowie największych hitlerowskich zbrodniarzy. Opowiadają o swoim życiu, o zderzeniu z przeszłością przodków, z pietnem i jak to na nich wpłynęło. Bezmiar poczucia winy za cudze postępki jest przytłaczający. Serce pęka. W kluczowej (dla mnie) scenie wnuk Hoessego, kata Auschwitz, staje twarzą w twarz z dziećmi Izraela. Dzieje się to na terenie obozu. Jedna z dziewczynek łamiącym się głosem, targana emocjami, rzuca mu w twarz pytanie, jak może żyć ze świadomością, że jego dziadek zamordował całą jej rodzinę.
Hoesse, z pozornym spokojem (wiemy, że jest pozorny, bo już widzieliśmy, jak boryka się z przeszłością) odpowiada, że jest mu bardzo przykro. W sali aura tak gęsta, że można kroić nożem. W tym momencie od okno odrywa się starszy pan. Ocalały z Zagłady. Podchodzi do Hessego i przytula go. Nie oddychałam chyba przez kwadrans.

Czy wiecie, że niektórzy potomkowie hitlerowców, po zrozumieniu, co zaszło w ich rodzinach, sterylizowali się, żeby nawet przypadkiem nie wydać na świat koktajlu TAKICH genów?!
Przerażające, druzgocące.

Jeśli nie widzieliście filmu "Dzieci Hitlera" w reżyserii Chanocha Ze'evii, zróbcie to koniecznie. To nie będzie łatwe oglądanie, ale naprawdę warto. On niesie mnóstwo wymiarów do przemyślenia, ukazuje płaszczyzny, nad którymi się nie zastanawiamy. Zadaje pytanie o człowieczeństwo.


Film można znaleźć na przykład TU. Chcę go obejrzeć ponownie. I potem jeszcze raz. Nie odkładajcie tego na później.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at styczeń 31, 2015 02:00

TUV

niby wszędzie ostrzega się że palenie to ZŁO ale…

tak mnie refleksja naszła po wczorajszej wizycie w przychodni zaznaczam SPECJALISTYCZNEJ- jaką jest ta moja.

W piąteczek kserowałam kartę pacjenta w bardzo niesprzyjających warunkach i smrodzie dymu papierosowego ( pisałam może dwie notki temu).

Zastanawiałam się co też jest na dole klatki bo stamtąd walił ( bo nie da się powiedzieć że snuł ) dym.

I już wiem. NIESTETY.

Wchodzimy do oddzielnego korytarza „Poradni chorób płuc”. Korytarz z grodzią , szczelnie zamykane drzwi.Czyściutko,ładnie,cicho.

Idziemy do końca,gdzie mieści się rejestracja.W cieplejszych miesiącach roku można tam wchodzić bezpośrednio z dworu.Jest osobne wejście ale pewnie teraz przyblokowane żeby ciepło nie uciekało?Wejście te znajduje się na wprost rejestracji czyli praktyczniej.Tuż przy okienku jest ściana – po lewej stronie a w ścianie drzwi.Drzwi mają matową szybę ale nie są dźwięko ani tym bardziej smrodo- chłonne.

I za tymi drzwiami jest PALARNIA !!!

W zaznaczam PORADNI CHORÓB PŁUC !!! Wali smrodem na potęgę !

Grupka pan się tam wędziła i oj tam ich sprawa ale DLACZEGO ja mam być na to narażona i to w takim miejscu?!?

A jak przychodzi ktoś kto ma aktywną astmę?!?

by Tuv at styczeń 31, 2015 09:01

Kurlandia

Choróbska

Pojechaliśmy na pogotowie z dusznością, wróciliśmy z rotawirusem, którego i Jacek załapał. A gdy zaczęliśmy wracać do formy, przyplątał się obrzydliwy wirus. Z nosa wodospad Niagara, do tego kaszel i gorączka. Michał dodatkowo uskarża się na ból ucha. Ech…Niezbyt dobry początek roku.

***

by Iga at styczeń 31, 2015 07:39

Czarny pazur

2:0 dla Kota

Personel złamał się i oddał Kotu Behemotu podstawkę pod laptopa, dzięki czemu przez jedną noc miał poduszkę dla siebie. Dzisiejszej nocy obudził się i ujrzał Kota Behemota rozciągniętego na połowie łóżka, nogi pod kołderką, głowa na poduszce, łapy rozrzucone... i głośne chrapanie. Spadnięte Niebo umarło ze śmiechu, a Personel przytulił się do ściany i już więcej nie przeszkadzał. Nadal kocha Kota Behemota, ale to trudna miłość jest.

by amelia007@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 31, 2015 07:26

zycie na kreske

Kura pazurem

Gala, soprany, tenory i moja rozczochrana

Pisałam już kilka dni temu, że zostałam nominowana w kategorii kultura do „Wierzyczanki” – takiego tutejszego Oscara. Radocha moja była wielka, bo taka nominacja to sygnał, że może już coraz śmielej mogę mówić, że jestem U SIEBIE.

Gala odbyła się w czwartek – 29 stycznia. To ważna data dla Starogardu i zawsze uroczystość odbywa się tego właśnie dnia. Panika w-co-się-ubrać zakończona została sukcesem. Poszłam ubrana tak, by czuć się pewnie i bezpiecznie, czyli na czarno z biały kołnierzykiem jak należy, co zostało uwiecznione na zdjęciu. Oczywiście zamiast kapci miałam buty. od sławka 205

Gala była bardzo uroczysta, miałam na nią specjalne zaproszenie dla mnie i Mężusia.

Szykowanie do gali przebiegało całkiem normalnie. Jednak, jak już byłam w trakcie robienia makijażu poczułam, że coś niebezpiecznie mi zaczyna buszować w trzewiach. I wtedy oczywiście genialna myśl: zjem sobie na wszelki wypadek ze trzy tabletki węgla. Tak w razie „w”. Zjadłam więc i zaczęłam malować usta. Po pomalowaniu uśmiech w lustro. I: OJ JA CIĘ!!! Normalnie jakbym piekło przeciągnęła jęzorem i zębami! Dobrze, że się uśmiechnęłam jeszcze w domu, a nie na gali do fotoreporterów. No, ale zęby się umyło i było gituś.

od sławka 217

Pojechaliśmy na galę. Zajęliśmy odpowiednie miejsca. Francja-elegancja. Aktorzy z teatru śpiewali. Dwa soprany i dwa tenory. Pierwszy występ – zachwycam się, że tak pięknie. Druga tura też piękna. Po dwóch godzinach, przy trzeciej (na końcu) stwierdzam, że mnie pokonano. Myślałam, że mi moją kurzą czaszkę rozsadzi. Ja wiem, profanem jestem strasznym. Wręcz analfabetą muzycznym. Przyznaję to. Śpiew operowy za żadne skarby nie trafia do mnie, choć nie wiem, jakbym ucho nadstawiała. Ja lubię ciszę, spokój. A jak taki sopran zahuczał, to rozglądałam się, czy szyby gdzieś nie poleciały. Mój pęcherz ledwo, ledwo dał radę. Czaszka to samo. Potem mnie tak w mózgownicy nawalało, że żadne tabletki nie pomogły. Przeszło dopiero wczoraj, więc wyobraźcie sobie, jaką rozpierduchę mi w czaszce zrobiono (przepraszam wszystkich miłośników opery i operetki).

W dodatku za nami siedzieli panowie, którzy męki straszne przechodzili. Pewnie jeszcze większe niż ja. Jeden do telefonu bez krępacji krzyczał:

– Nie słyszę, bo tu strasznie wyją!

Drugi, jak już oklaski się rozległy i pewnie miał nadzieję na finał, a na scenę weszła aktorka gotowa do śpiewu i ten swój sopran z piersi wyrwała, szepnął z rozpaczą:

– O, nie! Nie dam rady.

I naprawdę nie dali rady. Kiedy prowadzący poprosił aktorów o bis, panowie ze swoimi nagrodami pod pachami czmychnęli.

Podsumowując: gala pięknie zorganizowana. Scenografia przygotowana cudnie. W ogóle organizacyjnie wszystko pięknie przebiegło. Było naprawdę z klasą. Wierzyczanki, co prawda, nie dostałam, ale nawet nie przypuszczałam, że może się tak stać. Nominowanych w tej kategorii było dziewięć osób, konkurencja ogromna – sami zasłużeni dla miasta i regionu. Ja przy nich to mały pikuś, ale dumna byłam, że mogłam znaleźć się w tak zacnym gronie. Wygrali twórcy monodramu teatru Kuźnia Bracka – w pełni zasłużenie, czapki z głów się należą.

No, ale ja się tutaj dopiero rozkręcam, więc wszystko przede mną. Toż młoda dusza we mnie i sporo jeszcze do zrobienia.

 

by anna at styczeń 31, 2015 04:06

zycie na kreske

styczeń 30, 2015

Slow Day Long

Dialogi na cztery nogi, czyli do Ala ma do powiedzenia – cz.15

Rodzina Zygmunta

Po wielu perypetiach znaleźliśmy nowy dom dla Zygmunta. Parę dni przed tym, kiedy mieliśmy go oddać próbujemy przygotować naszą latorośl do rozstania z jej pupilem.
– Alu, posłuchaj. Wyobraź sobie, że zadzwoniła do nas mama Zygmunta. Znalazła się! Zygmunt pojedzie do niej i już z nią zostanie. Cieszysz się?
– Nie, nie! Ja go bardzo kocham!
– Ale Alu, mama Zygmunta też go bardzo kocha. Tęskni za nim, musimy jej go oddać. OK?
– No dobra. Niech będzie.
(po dwóch minutach milczenia)
– Tato, a jak się nazywa mama Zygmunta?
– Yyyyyy….. Mizia.
– Mizia? Ładnie. A babcia? Jak się nazywa jego babcia?
– Yyyyyyy…..

Ucho

Jedziemy samochodem. Ala jest zmęczona i nagle zaczyna szlochać. Nie do końca wiemy dlaczego.
– Alu, co się stało?
– Mamo, bo ty mi złamałaś ucho. Dlaczego ty się tak dziwnie zachowujesz?
– Ale jak?
– No popatrz, bo ja mam złamane ucho! Jak ubierałaś mi czapkę, to mi złamałaś! (Alicja pokazuje jak wyginają się jej uszy, widocznie nie zauważyła wcześniej, „że tak można”)
– Alu, ale tato i ja też mamy takie złamane uszy.
– Mamo, nie! Czy ty widziałaś, żeby ktoś komuś tak ucho wyginał? (ryk!)

Slow Day Long Blog Parentingwy z Wrocławia (2)

Zakupy

Krążymy autem po mieście. Załatwiamy różne rzeczy. Na końcu został nam szybki wypad do centrum handlowego Magnolia. Podjeżdżamy pod nią, kiedy Ala odzywa się do Kamili:
– Proszę mamo! To jest dla ciebie Magrolia. Idź sobie, a ja posiedzem z tatą w aucie i posłucham Lennego Kravitza. Pa!

Powołanie

Wybraliśmy się z Alą na spacer po Wrocławiu. Na sam koniec postanowiliśmy zajść do jednej z naszych (ostatnio) ulubionych knajpek, tj. Szynkarni. Alicja pojadła, popiła, muzyka jej podpasowała, to nawet sobie potańczyła. Pytam ją o wrażenia.
– Alicja, podoba ci się taki wypad z tatą i mamą na miasto? Fajnie jest?
– Tak! Bo ja odkryłam swoje powołanie! (Alicja patrzy rozmarzona przez szybę knajpy). Powołanie! To jest takie miasto i ja je odkryłam. I tu jest restauracja i musimy upiec pomidorki i zjeść hamburgera.
– Yyyyyyy…..?

Śniadanie

6:50. Budzi nas dźwięk otwieranych drzwi. Dzień wcześniej posiedzieliśmy ciut dłużej (do 1:30) i mieliśmy nadzieję, że wstaniemy nie wcześniej niż o ósmej. Tym bardziej, że jest sobota.
– Mamo, tato! Wstawajcie, bo ja jestem głodna.
– Alu, ale jest bardzo wcześnie. Daj nam jeszcze chwilę pospać.
– Mamo, tato! Ale ja chcem jeść.
– (Damian przez sen). No dobrze, a co chcesz? Kanapki czy chrupki z jogurtem?
– Nie! Kopytka!

Zaległości

Kilka dni temu był czas płacenia podatków. Rozliczamy się raz na kwartał, więc towarzyszą temu pewne emocje, szczególnie, że finansów mieliśmy „na styk”. Na szczęście, wystarczyło. Kamila próbuje się podzielić dobrą nowiną z Alicją:
– Alu rodzice wygrzebali się z zaległości.
– Jakich?
– Finansowych.
– No to chodźcie tu do mnie, ja przegonię te śmieci z waszej głowy. Gdzie jest ten mój grzebyczek różowy z misiem? Ja wszystko wyczeszę!
– ????????

Czekolada

W weekend wybraliśmy się na obiad do rodziców Kamili. Alicja siedzi przy stole i przeżuwa obiad. Komentuje:
– UUUUU! Jakie pyyysssszzzzznneeee te ziemniaczki. Pyszne! Pyszne! Smakują jak czekolada!

Dzień babci i dziadka

Przyjechaliśmy z kwiatami do rodziców Kamili, aby złożyć im życzenia z okazji święta babci i dziadka. Alicja w progu:
– Babciu, a dziś jest twój dzień i urodziny. Wszystkiego najlepszego i wesołych świąt!

Slow Day Long Blog Parentingwy z Wrocławia (1)

Modlitwa

Od kiedy Ala zaczęła mówić codziennie modlimy się razem. Któregoś dnia Alicja postanawia zmodyfikować swoją modlitwę, która brzmi:
– Panie Boże, dziękuję Ci za wspaniały dzień!
o dodatkowy akapit:
– I proszę Cię żeby mama lepiej się czuła i żeby tato lepiej… (kilka sekund ciszy) był!

Bankomat

Wybraliśmy się z Alą na zakupy. Tłumaczę jej działanie bankomatu:
– Popatrz Alu. Tu się wkłada kartę, wystukuje się PIN i czekamy. Wychodzi karta, a tutaj odbieramy…. Co odbieramy?
Alicja patrzy na wychodzącą z bankomatu gotówkę:
– Chyba jakieś paragoniki!

Siłownia

Odebrałem Alę z przedszkola, a w drodze powrotnej zabrałem ją do pobliskiego centrum sportowego, aby kupić karnet na siłownię. Ponieważ musiałem na chwilę wejść na salę treningową, aby ustalić coś z jednym z instruktorów zabrałem Alicję ze sobą. Ala stoi i przygląda się trenującym:
– Fajnie chłopaki ćwiczą. Fajnie! Zobaczcie, a ja mam jednorożca!

Slow Day Long Blog Parentingwy z Wrocławia (3)

by Damian at styczeń 30, 2015 11:01

Kręgosłup oralny

O zgubnych skutkach wypinania pupki. Cz.1 - miłe złego początki.

     Dzisiaj będę straszna i opowiem Wam o moim najbardziej spektakularnym incydencie kręgosłupowym w całej mojej prehistorii.

Trzeci kwietnia 2011 roku, niedziela.
Ta data wryła się krwawymi zgłoskami w dzieje nie tylko moje, lecz całej familii.
W rolach głównych występują: Mat lat 9, Mim lat 5, Małż i ja. Oboje o 4 lata mniej niż obecnie.
 
     Tertia Aprilis powitał nas ciepłymi strumieniami słońca, poszatkowanymi przez paski żaluzji w równe plasterki, a przez siatkę osiedlowego śmietnika - jak frytki w słupki. Całe to świetliste tałatajstwo wsypało nam się na kołderki i na twarze, dlatego zerwaliśmy się z łoża tak żwawo, jak żwawo wyrywa się podduszaniec z rąk podduszacza. Kiedy tętnice szyjne odzyskały drożność, spojówki przezierność, a krew uderzyła z impetem o wnętrze czaszki, powodując uniesienie powiek i odzyskanie świadomości, ktoś z nas zrobił śniadanie. Czas natomiast zrobił swoje i wytarł już skrupulatnie informację, k t o. A jako, że nastąpił u mnie popularny syndrom psychologicznego wyparcia negatywnych emocji, podejrzewam, że byłam to ja.

     Ranek, jako rzekłam, był piękny. Forsycja strzelała pąkiem, nad pierwszymi kwiatami mniszków kołowały pszczoły i trzmiele, a nad śmietnikiem pojawiały się pierwsze nieśmiało kopulujące muchy. Z trawnika zeszły lody i śniegi, ujawniając w pełnej krasie efekty nienagannej pracy przewodów pokarmowych osiedlowych czworonogów. Ziemia pod stopami wydawała ten charakterystyczny dźwięk mokrych buziaków typu ciągutka, chcąc wessać w siebie każdego nieuważnego, zapatrzonego w błękit nad głową, przechodnia, równocześnie z drugiej strony uwalniając na świat rzadkie zielone źdźbła traw, szumnie nazywanych trawnikiem.

     W takie okoliczności przyrody chciał wniknąć, a zarazem się z nimi stopić, Małż ze swą rodziną. Wszyscy złaknieni po zimie tych efemerycznych motyli, wierzbowych habazi i by koty wyniosły się z piwnicy, przynajmniej na siku.
Reflektował jedynie Mat, dlatego zsynchronizowaliśmy zegarki i rozeszliśmy się na dwie strony świata. Mat poszedł w zielonkawe nieznane z Małżem, ja zostałam z Mimem w betonie.

     Ptaszki wesoło kwiliły za oknem, Mim przed oknem, więc niesiona na słonecznym promieniu, chęcią nadania twarzy wiosennego wyglądu za pomocą chemii kosmetycznej, udałam się przed lustro. Kilka minut i makijażowych trików później, z chaosu i piany z żelu do kąpieli, powstała Wenus. Wenus zauważyła, że Mim, słodkie dziecko, zespolił się w jedno z zabawkami, dając się całkowicie pochłonąć światu fantasy. Usiadła więc przy nim na krześle tak wdzięcznie i delikatnie jak ważka (tak, noszę okulary, i co z tego?). Ważka zawisła niemal nad samiuśkim końcem krzesełka, zakładając nóżka na nóżkę i zaczęła kontemplować efektowny proces powabnego wyginania pupci ku tyłowi. (Wszak wiosna sprzyja takim różnym idiotycznym i atawistycznym zachowaniom). Paluszki swych dłoni opierały się nadobnie na kolanku nóżki z wdziękiem zarzuconej na nóżkę drugą, która to miała kontakt z podłogą li i jedynie za pomocą paluszków. Kontemplacja i wyginanie pupci było procesem ciągłym, acz przebiegającym skokowo. Kiedy już prawie - prawie Wenus osiągnęła odpowiedni poziom upodobnienia się do pauzy ćwierćnutowej, gdy wtem poczuła w plecach bardzo dziwne uczucie. Uczucie było nieprzyjemne, ale bezbolesne, ot, coś jakby naoliwiona kula powolnie ześlizgnęła się z drugiej, na której jakimś cudem leżała. Zupełnie odmienne od pierdut!, które zazwyczaj miała.


     Wenus zdążyła pokonać jakieś cztery metry, jakie dzieliły ją od łóżka sypialni lotem koszącym, zrobić półobrót i paść horyzontalnie w poprzek łóżka, nie mogąc odtąd ruszyć niczym więcej niż powiekami i krwią w żyłach. Na szczęście język nie skleił się trwale z podniebieniem, co zwiastowało poniekąd iskrę optymizmu i cień szansy na ratunek w tej, jakże patowej, sytuacji.

- Mimku!

...

-Mimie??!!!!!

...

-MIIIIIIIIIIIIIIIIIM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

- Co?

-Nie co, tylko słucham, do cholery! Przynieś mi telefon.

-Nie.

-Przynieś proszę, jestem bowiem nieruchawa i bezbronna jak wieloryb rzucony na plażę.

-Nie.

-Przynieś, proszę.

-Przeproś za brzydkie słowo.

-Przprszm.

-No, od razu inaczej - proszę mamusiu.

-#%@!&!!! Małżu, wracaj, stop. Umieram, stop. RATUNKU!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


     Aby podnieść napięcie, byście mogli sięgnąć zenitu Waszych możliwości przystosowawczych do życia w stresie, oberżnę odcinek 1 w tym miejscu naszej wartkiej opowieści.

Albowiem wspominałam na początku, że dzisiaj będę okrutna.

by pandeMonia (noreply@blogger.com) at styczeń 30, 2015 10:52

moje waterloo

2039

Oczywiście mnóstwo mam pomysłów na notki, ale sęk w tym, że żaden się nie nadaje. Kolejny raz buja się temat, że nie jestem anonimowym pikselem. Wszyscy wiedzą, jak się nazywam, każdy mnie znajdzie, jeśli tylko zechce. Chyba sobie założę jakiś blog alternatywny i tam sobie będę pisała.
Po jakimś czasie wyraźnie ciąży się ku publicystyce, niestety. Zdychaj, plotko!

***

A tu znowu piąteczek. Czesiek (ale nie mam dowodów) ugryzł Edka w brodę, za co spotka go kara w postaci rozstania z jądrami. Wszystkich panów uprzedzam, że, wnerwiona, od strzału załatwiam kastrację. Bójcie się.
Eduś, mamusi laluniek, przyszedł się poskarżyć. On się nie skarży wprost, trzeba mieć wiele empatii, żeby na to wpaść. Jednakże od czego jest się mamusią laluńka! Matki wią. Patrzę, mianowicie, a tu broczy mi w dłoń. Najpierw myślałam, że z łapy, więc obmacałam wszystkie - figę. Uderzyłam w czułe tony, złapałam Edka pod bródkę i mówię:
- Co się stało, syneczku?
A syneczek na to zaczął syczeć jak opętany. Syneczek nie syczy, więc pojawiło się podejrzenie. Puściłam bródkę - ręka cała zakrwawiona. Mówię Wam, nie był szczęśliwy, gdy mu Octeniseptem psikałam w twarz z psikaczki. Jednakowoż, jak wiadomo, ja się łatwo nie poddaję.
Dziś bródka wygląda już lepiej, obstrupiała co prawda, ale nic się nie sączy, więc brawo dla tego pana, wie, kiedy przyjść się poskarżyć. I do kogo. Natomiast cześczyne jajka zbierają się właśnie do odlotu w niebyt. Jak będzie na resztkach narkozy, rzucę go Zośce na pożarcie. Niech mu wreszcie wstuka, bo - bachor - nie zna moresu. Wszyscy za bardzo go niańczą. Że niby mały. Jak mały, jak słoń!

***

Tymczasem zadzwoniła do mnie koleżanusia i uderzyła w czułe tony obwisłych cycków. Powiedzmy sobie szczerze - po czterdziestce cycki nie obwisają bez powodu. Więc zadałam kilka podstępnych pytań i wyszło na jaw, że poznała jakichś młodzieńców po trzydziestce. Już ściągała majtki, a tu jej cycki obwisły. No to tłumaczę kobiecie: jesteś głupia jak but i niewłaściwie podchodzisz. Gdyż albowiem ja uważam, że mają się cieszyć z samego faktu, iż spoczęło na nich moje starannie zrobione oko. Bo zasadniczo nie musiało i zrobiło im niebywałą uprzejmość. Nie wspomnę już o jakiejkolwiek konwersacji. A zanim dojdzie do zdjęcia majtek, to im cycki zęby wybiją. Takie są realia. Około ósmej minuty tej zabawnej rozmowy przeszłyśmy na mój monolog, bo ona wydawała dziwne dźwięki. Jakby się krztusiła.
Kompleksy.
Nie idźcie w tę stronę.
Kompleksy są przereklamowane, a obwisłe cycki to jest ejdżyzm.
Nie ma takiego pojęcia "obwisłe cycki".
Jest pojęcie "wybacz, że cię olśniewam".
Można to robić dla sportu.

***

Teraz sobie pomyślałam, że mogłabym jakieś kursy prowadzić. Really.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at styczeń 30, 2015 07:16

Dzieciowo mi

6 bajek dla dzieci, które nie są dla dzieci

Znacie to uczucie? Idziecie z dzieckiem do kina, sadzacie młodego w fotelu, naładowani entuzjazmem tak dużym, że jesteście w stanie przeżyć pół

by Malwina Ferenz (Krusz.) at styczeń 30, 2015 06:00

TUV

ciepło w miarę w domu ale dziura straszy

Jest jako tako.Dom wyziębiony ,wiadomo ,czasu trzeba by się nagrzał.napaliliśmy w piwnicznej kozie – przynajmniej w łazience będzie milutko i „podłogowe ogrzewanie ” do tego.

A dziura wygląda tak:

Teraz jest gorzej bo rankiem słoneczko,te sprawy a obecnie białe niezdecydowane coś pada.

Gin odfajkowany tymczasowo,bo badania kolejne a tu trzeba czekać do marca.Niby załapałam się na piątego -  na USG ! ale czarno to widzę bo ilość ludków na termin zapisana poraża…

Do poradni chorób płuc termin na…MAJ…nie,no zaraz jak to ?!?

- a bo wie pani wszyscy do nas chodzą a że tam i tam i tam też jest to nikt nie wie.(bo my ta największa przychodnia w mieście,taka specjalistyczna więc…). No to w poniedziałek idę walczyć tam gdzie mi podano adresy.

No co za czas piekielny !

Zeszły rok się chorobowo zaczął i ten też.No starzeje się człowiek kurwasz mać…

by Tuv at styczeń 30, 2015 02:25

Anrzej rysuje

Pogoda

pogodaOpublikowane na wyborcza.pl 30 stycznia: http://goo.gl/eNXsm5

by Andrzej at styczeń 30, 2015 01:06

Kura

Zlota kurka czyli ankieta

Drodzy Czytelnicy,

w związku z pracami nad nową kurzą stroną

zwracam się do Was z pytaniem!

 

Czy jest coś takiego jak

kategoria, rodzaj rysunków,

lub inne atrakcje, które pragnęlibyście znaleźć na kurzym blogu?

 

Oto przykład - planowana nowość - kategoria "Jak Cię widzą..."

 

Strona z uroczej książki "Ależ, Bolusiu!", autor Barbro Lindgren, wydawnictwo Zakamarki.

Skan własny, z własnej książki.

 

Pozdrawiam, czekając na propozycje!

Kura

 

 

PS Złota kurka ( czytaj złota rybka).

by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 30, 2015 12:21

Smoking kills...

O TYM, ŻE ŚWIAT ZASKAKUJE I W SUMIE DOBRZE

 

To ja sobie rano jadę normalnie do biura, z psem na kolanach, niczego nie podejrzewając, a tu redaktor Nogaś z panem redaktorem Mannem wdają się w dyskusję na temat nagłówka „Była dziewczyna Szyca jest w ciąży z bratem chłopaka Dody”. Nawet redaktor Mann dokonał rozbioru logicznego i podobno rysował schemat. Nagłówek sam w sobie jest rzeczywiście uroczy, ale co innego, jak się nim zachwyca moja koleżanka na fejsbuniu, a co innego, jak zabrzmi w Polskim Radio, bo wtedy to już jest wydarzenie o charakterze społecznym. Po prostu słuchając drżałam jak klawesyn ze wzruszenia.

Z innej beczki: czesałam czeluści Internetów w poszukiwaniu, nie ma się czego wstydzić, woreczków na odchody. Psie, żeby już wszystko było jasne i klarowne. Miałam jeszcze taki kaprys, żeby one były jednak biodegradowalne. Znalazłam oczywiście dziesiątki rodzajów, w tym biodegradowalne o zapachu lawendy, poza tym kolorowe, w serduszka, w psie łapki, z uszkami i bez, bardzo słuszna idea, żeby uatrakcyjnić nieco hm… przyziemną czynność. Piękna i pożyteczna. Ale chyba ktoś się w tej idei nieco zagalopował, ponieważ razem z woreczkami wyświetliły mi się setki, ALE TO SETKI, uwaga, bo będzie grubo, ETUI NA WORECZKI NA ODCHODY. Taki przedmiot – etui na woreczki na odchody. Kolejny przedmiot, którego istnienia nie byłam świadoma.

I to jaki wybór!… Plastikowe, materiałowe, saszetki, z dozownikiem, breloki, przypinane do smyczy, ekskluzywne – w kolorze złotym, w postaci kolorowych portmonetek (jakbym nie wiedziała CO TO i do czego służy, to bym kupiła mojej chrześnicy jako torebunię – kopertówkę). W stylu sportowym lub w stylu eleganckim. „Ekskluzywne etui z kompletem woreczków do zbierania psich odchodów. Lakierowane z piękną aplikacją (kostka wysadzana diamencikami). Dostępne w czterech eleganckich kolorach: białym, czarnym, czerwonym i fioletowym” – cena: jedyne 43,20 za, przypomnę, bo może ktoś się pogubił w narracji, pokrowiec na woreczki na psie kupy. Pokrowiec. Na. Woreczki. Na. Psie. Kupy.

Jak mnie uczyli na ekonomii: jeśli jest popyt, to jest podaż. A jak nie ma popytu, to należy popyt stworzyć. Słowo daję, że przez moment się nawet zawahałam, że co – zamówię te woreczki i będę je nosić w kieszeni jak jakiś nieuświadomiony ciul? I mój pies na mieście nie będzie wiedział, gdzie oczy podziać?…

Ale w sumie to dobrze, że świat nie przestaje nas zaskakiwać, prawda? Wynagrodzę Szczypawce brak ETUI pluszową gąsienicą.

 

PS. Ale znalazłam SUPER gadżet! MISKA SPOWALNIAJĄCA JEDZENIE! Kupię jedną dla Szczypawki i jedną dla mnie! Albo dwie dla mnie.

by Barbarella at styczeń 30, 2015 09:29

Kura

Tak?

Brodoziak jest obrażony.

Twierdzi, że rysunki są tendencyjne.

Tak? ;)

 

Pozdrawiam

Kura

www.kura-kura.pl

by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 30, 2015 08:35

zycie na kreske

Kura pazurem

Jajecznica

Czasami tak jest, że w mojej rozczochranej dzieją się dziwne rzeczy. Bardzo dziwne. Wystarczy jakiś impuls, jedno słowo, a wtedy tak się tam skręca, pcha i ugniata, że człowiek nie może wytrzymać.

jajecznicaZastanawiałam się, co tak działa. I można rzucać mądre hasła: sprawiedliwość, wolność, zdrada, przyjaźń itp. i nic się nie zadzieje. A wystarczy, że ktoś rzuci hasło „galoty” czy „jajecznica”, a w mojej mózgownicy istny Armagedon. Włącza się alarm, lampki zapalają na czerwono. Słowa już podają sobie dłonie, układają w wężyki i pchają do wyjścia. A jak się one wtedy tłoczą! I nie ma innej możliwości, trzeba usiąść do kompa i pozwolić im wydostać się na monitor.

I tak było z tą nieszczęsną jajecznicą, która wywołała lawinę. W jakiejś rozmowie to padło, ktoś rzucił zdanie, że nie będzie przecież pisać o jajecznicy. Jak to nie? A w czym jajecznica gorsza od innych tematów? I zaraz w mojej kurzej duszy zagrało, choć przyznaję, temat jajecznicy dla kury zakrawa o lekki kanibalizm. Ale tylko lekki, umówmy się.

Kto nie lubi jajecznicy? Chyba nikt. Jajecznica jest pyszna. Może samo rozbijanie jaj i wylewanie ciągnących się glutów do miseczki jakoś specjalnie atrakcyjne nie jest, ale po ścięciu na patelni smakuje już to wyśmienicie.

Od razu wzięłam pod analizę sposoby przyrządzania jajecznicy w naszym domu. Każdy lubi inaczej. Ja – uwielbiam coś, co bardziej przypomina w wyglądzie breję. Wrzucam cebulkę, pieczarki, paprykę, pomidory i śladową ilość jajek. I wcinam samo, bez chlebka. I wcale nie po trochu, tylko pełnymi łychami.

Mój Mężuś – bardzo klasycznie, wręcz ascetycznie – masełko i jajka – średnio ścięte. Do tego oczywiście chleb z masłem.

Za to Jajo specjalista nad specjalistami od jajecznicy. Najpierw kroi szynkę. Ale to nie może być byle jakie pokrojenie. Każdą kosteczkę szynki można zmierzyć suwmiarką i gwarantuję, że wahnięcia będą niewielkie. Kosteczka w kosteczkę, jak z matrycy. Potem rozbija jaja w miseczce, wlewa na patelnię i jeszcze dosypuje tartego sera, ale też odpowiednio wyważoną ilość.

W sumie na podstawie sposobu przyrządzania jajecznicy można by się pokusić o charakterystykę człowieka. U mnie Armagedon to nawet na talerzu. U Mężusia porządek jak należy, minimalizm. A u Jaja wszystko wymierzone.

I co? Można o jajecznicy? Można. A jak Jajo mnie denerwuje, to jak myślicie, co wołam? Że zrobię z niej jajecznicę! No, ale na szczęście Jajo jeszcze całe. Zawsze wtedy się lekko spina i trochę poprawia.

A jakie Wy macie pomysły na jajecznicę?

Powiedzcie, jakie jadacie jajecznice, a powiem Wam kim jesteście. :lol:

 

 

PS  W sobotę wrzucę bonusik. Będzie relacja z gali, na którą zostałam uroczyście zaproszona.

by anna at styczeń 30, 2015 03:25

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

Wyruszyli w podróż i zadziałali

Małżeństwo z dwójką niepełnosprawnych synów: obaj na wózkach. Obaj wymagają opieki 24 godz. na dobę. Rodzice pracują. Radzą sobie, szkoda tylko że praktycznie są w tym sami. Pomoc ze strony państwa-praktycznie żadna. Działają w sytuacji, w której postawiło ich życie. Dzieci kochane i upieszczone. Nie narzekają, spokojni i uśmiechnięci. Mocno posunięty w latach kościelny hierarcha, […]

by siostra at styczeń 30, 2015 12:08

styczeń 29, 2015

Matka jest tylko jedna

W czym trzymać brudy, czyli szybki przegląd pojemników na pranie

To już ostatnie remontowe podrygi naszego domku, powoli zbieramy się do kupy, kończymy składać kuchnię, zamawiamy zmywarkę i powoli myślimy o innych potrzebnych sprzętach [nasza pralka to jakiś złośliwy żart!]. Jestem już praktycznie spakowana, ale i trochę przerażona faktem, że wciąż i wciąż  czegoś nam brakuje… Szczególnie zauważyłam to podczas segregowania – potrzebujemy tylu praktycznych rzeczy do nowego domku, a masa nikomu niepotrzebnych  pierdół wylądowała w koszu. Na szczęście wiem, że w sklepy oferują całkiem fajny wybór różnorakich koszy na brudy…

 

 

Do wpisu zainspirowała mnie Magda z Wnętrza Zewnętrza, który dodała notkę o koszach na śmieci. Niby zwykły wpis, a uświadomił mi, że mamy już kuchenkę, lodówkę, telewizor, kuchnię, szafę, a nie pomyśleliśmy o podstawowych rzeczach, takich jak dywany, deski do krojenia, talerze, czajnik, mikrofalówka czy właśnie kosze na śmieci [swoją drogą, muszę pamiętać, żeby zamówić śmieciarkę, przypomnijcie mi, ok?]. W każdym razie, kiedy zobaczyłam ten kompostownik, uświadomiłam sobie, że właśnie teraz mam okazję powiedzieć „nie” plastikowym ustrojstwom i swój dom zaopatrzyć w rzeczy, które może skupu plastików nie ucieszą, ale moje oko owszem. W tym tygodniu przymierzam się do koszy na brudne ciuchy. Jakiś czas temu zresztą na fejsie pytałam się was o zdanie w tym temacie, wiem więc, że temat może niektórych zainteresować :)

 

 

 

22222

 

 

1 / 2 / 3 / 4 / 5 / 6 /

 

 

111111

 

7 / 8 / 9 / 10 / 11 / 12

 

 

 

Od początku jestem fanką wikliny. Może dla niektórych jest ona staroświecka, ale ja mam do niej stały sentyment, bo to właśnie wiklinowe akcesoria niesamowicie ocieplały moje pierwsze [wynajmowane, co prawda, ale pierwsze,  w którym mieszkałam sama] mieszkanie. Faktem jest, że wiklina to gratka dla Łajzy i Flejtucha – żaden drapak nie cieszy ich tak, jak wiklinowe kosze na pranie, ale wychodzę z założenia, że przynajmniej mam realny powód do kupowania kolejnych, coraz to ładniejszych koszy. Wyżej pokazałam te, które urzekły moje serce – tak, mam też słabość do ładnych koszy, koszyków, pojemników. Znajdziecie tam standardowe bieliźniarki, ale i fajny kosz na dziecięce ubranka, ciekawy kosz na pościel czy kuchenne ścierki i w zasadzie najchętniej kupiłabym wszystkie. Co nie będzie trudne. Flejtuchowi bardzo urosły pazurki, a my [w maju nam się przecież powiększy rodzina!] mamy baaaardzo duże potrzeby :)

 

 

Oprócz koszy na bieliznę [i w ogóle koszy, dywaników, obrazków, lampek, karniszy, kanapy, wszystkiego!] potrzebuję tez odrobiny czasu na ogarnięcie naszych rzeczy, tobołów, bagażu, zamówienie jakichś mediów do nowej chaty i… świętowania trzecich urodzin Kosmyka w niedzielę :) W niedzielę też [a może w sobotę?] dodam jeden lub dwa posty z serii „Nasza Biblioteka” [jeszcze nie zdecydowałam, jak je podzielić, ale skłonna jestem dodawać pojedynczo tytuły w szybkich szortach]. Kosmykowe urodziny spędzimy jak zwykle w gronie rodzinnym – relacji na blogu nie będzie, ale może się przełamię i pokażę wam fragmenty rzeczywistości na instagramie, możecie śledzić :)

 

 

58 wszystkich wizyt, 58 wizyt dzis

Post W czym trzymać brudy, czyli szybki przegląd pojemników na pranie pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at styczeń 29, 2015 06:46

Czytadelko

Nie puszczaj mojej dłoni - Michel Bussi

Dla poprzedniej książki Michela Bussiego byłam w stanie zarwać noc, jego kolejna powieść co prawda nie powtórzyła sukcesu poprzedniczki, ale mimo tego trzyma dobry poziom.

Upalne słońce, błękitna woda, lekki powiew letniego wiaterku, totalne lenistwo i wyluzowanie... Prawdziwy raj na ziemi. W tym raju łatwo można się zatracić i zapomnieć nie tylko o codzienności, którą zostawiło się przed wejściem do samolotu, ale i przeszłości, która nie zamierza odpuszczać i niebezpieczeństwie czającym się tuż obok. 

Martial i Liane Bellion wraz z sześcioletnią córką Sofą spędzają cudowny urlop na wyspie Reunion, wygrzewając się na słońcu, popijając wymyślne drinki, kąpiąc się w przyhotelowym basenie. Nic zdaje się nie zakłócać sielanki. Aż do czasu, gdy Liane na moment udaje się do pokoju i… już z niego nie wraca. Gdzie zniknęła? Co się z nią stało? Przerażony Martial początkowo postanawia współpracować z miejscową policją, licząc na to, że wspólnymi siłami zdołają odkryć co stało się z Liane. Jednak później, gdy zeznania obsługi hotelowej sprawiają, że staje się właściwie głównym podejrzanym o zabicie własnej żony, postanawia wraz z Sofą uciec, żeby uratować przynajmniej ich dwójkę. Jednak czy na pewno jest niewinny?

Michel Bussi znów robi zamieszanie w głowie czytelnika, podsuwając fałszywe tropy i mieszając fakty. Poznajemy różne punkty widzenia, śledzimy wydarzenia z perspektywy policji, jak i samego Martiala, a także Sofy, nie do końca rozumiejącej co się wokół niej dzieje, lekko zagubionej, a momentami naprawdę przerażonej, na tyle, że mamy ochotę sami przejąc nad nią opiekę, zapewnić, że wszystko skończy się dobrze.

Właściwie do końca nie wiemy kim tak naprawdę jest Martial Bellion. Kochającym mężem i ojcem czy psychopatą, który z zimną krwią zabił żonę i porwał własną córkę. Raz za razem zmieniają się nasze odczucia co do niego, w jednym momencie wzbudza sympatię i współczucie, wierzymy głęboko w to, że to on jest ofiarą tej całej sytuacji, w drugim wzbudza już tylko odrazę, bo nie możemy zrozumieć motywów jego postępowania. 

Gdzieś w tym wszystkim Bussi ukazuje też uroki wyspy Reunion, jej wielokulturowość, zasady, jakie na niej rządzą, reguły, którymi kierują się mieszkańcy w większości znający się od wielu lat. 

Choć przez większość czasu autor trzyma czytelnika w napięciu, to jednak sama akcja nie ma zawrotnego tempa, momentami miałam nawet wrażenie, że autor specjalnie ją spowalnia, dostosowując tok wydarzeń do upalnego i leniwego klimatu wyspy Reunion. Są fragmenty, w których miałam wrażenie stop-klatki. W środku niby napięcie, bo nie wiadomo co się za chwilę może zdarzyć, a dookoła zatrzymanie, ospałość, opustoszałe ulice, upalne słońce, niemal parzące skórę. 

Są też momenty, w których czułam wyraźnie, że autor przekombinował, że próbował za bardzo urozmaicić cały pościg i tak mocno pogmatwać poszczególne wątki, że sam się w tym zaplątywał. Jednak patrząc na Nie puszczaj mojej dłoni całościowo, przyznaję, że to naprawdę dobra książka. Nie wybitna i pewnie nie zapadająca w pamięć na wiele lat, ale przez kilka wieczorów czytania pochłaniająca większość myśli. 

Michel Bussi, Nie puszczaj mojej dłoni , Warszawa, Świat Książki 2014

by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 29, 2015 03:29

TUV

zimno.mamy zimę tak wiemy,wiemy ale u nas mamy REMONT

niestety.Od tygodnia panowie z PECu usiłują naprawić/opanować awarię węzła.

Ów węzeł znajduje się dokładnie pod, tak POD naszą furteczką do domu.

Prawda że miło ?

I takiż mamy wykopany dołek.Na pół trawnika i pod furteczką.I nie mamy ciepełka jak robią czyli że od 7 rano do 15 .

Nie oznacza że w tych godzinach panowie mężnie przykładają się do pracy. Nie,nie.ONI usiłują do tej pracy PRZYBYĆ lub też zostają  NAGLE wezwani nigdziebądź dalej…

I tak to marzniemy.

Pół roku temu też była dokładnie w tym samym miejscu awaria ale…cóż ciepło było,słonko świeciło ,weszli kanałem,zaspawali i zamknęli.Po kija pana im było rury wymieniać,nie ?

No i teraz – wie pani tak szybko rdzewieją na złączach…SZYBKO ?!? pierwsza awaria była po TRZYDZIESTU LATACH ! pół roku temu.I jakbyście wtedy DOBRZE zrobili to MY byśmy teraz NIE MARZLI !!!

by Tuv at styczeń 29, 2015 02:04

Zorkownia

Trójkąt i ucho


Wystawa jest w samym sercu miasta, cykl zdjęć o odchodzeniu na amen.
Koordynatorka z hospicjum i dwie wolontariuszki w roli. Robimy za ekspertów - zdecydowanie nie w dziedzinie fotografii.

Fotografie są piękne, oszczędne, wyważone. Na sali studenci wydziałów artystycznych, przyjaciele autora. Zdjęcia dokumentują odchodzących po sobie rodziców, świat, który jakoś przy okazji się rozpada; pozostają przedmioty, wydmuszki ubrań.
Dyskusja toczy się wokół wolno/nie wolno fotografować, wolno/nie wolno wystawiać. Wyrazy uznania, wyrazy zaniepokojenia.

Najbardziej utkwiło mi pozornie nieudane, brzydkie zdjęcie. Prześwietlony kadr, w centralnym punkcie trójkątny uchwyt, który często można znaleźć nad łóżkiem chorego. Za trójkątem banalny obraz na ścianie: ścieżka, drzewa. Trójkąt odwraca uwagę, świeci światłem upiornej jarzeniówki. Perspektywa łóżka, perspektywa chorego.

Uchwyt przyjął na siebie błysk lampy, pejzaż z drugiego planu się oddala, jest niemal czarny. Świat sprzed choroby jest światem umarłym. Tu i teraz kroplówka, tu i teraz geometria leczenia.
Uchwyt bolesny, ratunkowy.

Oglądam kadr za kadrem, słucham.

I nagle Ula. Ula - wolontariuszka, która od kilku miesięcy jest codziennie przy hospicyjnym łóżku swojej mamy - wyciąga telefon i mówi, że też.

Robi zdjęcia, dużo zdjęć. Ręce, uśmiech, zbliżenie na ucho.

- To nie są artystyczne fotografie - mówi. - Ale mam je, robię, chronię.

- Zobaczcie - Ula unosi telefon. - To ucho mojej mamy.

Różowe ucho zajmuje cały ekran.

- Gdy mamy zabraknie, będę przykładać telefon do ust i mówić prosto do tego ucha.

by noreply@blogger.com (zorka) at styczeń 29, 2015 12:54

Kura

Jakiego mam imienia?

- Mamooooo, chcemy jeść!

- Mamooooo, gdzie jest mój but?

- Mamooooo, daj nam picie?

- Mamooooo, daleko jeszcze?

- Mamooooo, zobacz!

- Mamooooo, ratunku, daj, weź, popatrz, zrób, chodż!

- Mamooooo, Mamooooo, Mamooooo, Mamooooo, Mamooooo, Mamooooo, Mamooooo!

 

Idziemy sobie ulicą.

- Mammmmoooo?  Myyy, my, mii? - mówi A.

- Słucham? - usiłuję odgadnąć temat pytania.

- Maaa, miii. Eeee. Jakiego masz imienia, bo zapomniałam? - jąka się A.

 

- Na imię, ja, ja na imię jak mam? Yyy...

 ...Też zapomniałam...

 

 

Z pozdrowieniami dla tych, co zapomniały!

Kura

PS Na www.kura-kura.pl zamieszczam stare nowe wpisy (stare, ale jare ;) z nowymi rysunkami). Zapraszam do gniazda fanów na facebooku.

by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 29, 2015 11:30

Bazarek Handmade

szydełkowe podkładeczki pod kubeczki














Polecam

Ręczna robota,100 % bawełny, średnica 10 cm, ukrochmalone,
można prać.

Ozdobią Twój stół, umilą spotkania przy kawie lub będą miłym prezentem dla kogoś bliskiego, idealne na letnie przyjęcia.

Są tak uniwersalne, że można je naszyć jako aplikacje na poduszki, powiesić jako ozdobę w oknie a zimą ozdobią Twoją choinkęJ


Cena za komplet 15 zł + 5 zł koszt przesyłki listem poleconym, gabaryt B.

po rezerwacji proszę o kontakt na @
wmalymdomku@gmail.com



by Ania w małym domku (noreply@blogger.com) at styczeń 29, 2015 10:41

Notatki na marginesie

Widziały gały, co brały

No to mam coś na kształt złośliwej satysfakcji.

Przepraszam, ale nie mogę się powstrzymać. Od lat irytuje mnie retoryka, w myśl której  kobiece gały mają brać odpowiedzialność za siebie i swoje potomstwo i ponosić wszystkie konsekwencje nieodpowiedzialnego seksu. Znacie to?

Poczytajcie sobie komentarze pod każdym artykułem o słabej ściągalności alimentów w Polsce. Poczytajcie o rodzicach samotnie wychowujących dzieci niepełnosprawne i o tym, dlaczego większość z nich to matki. Poczytajcie o żonach alkoholików i oprawców. I na to wszystko zawsze znajdzie się mądrala, która powie:

"Widziały gały, co brały"  

"Trzeba było lepiej wybierać"

"Jak suka nie da, to pies nie weźmie"

Jasssne! "Trzeba było". "Trzeba było się położyć, to byś się nie przewróciła". Wstrętna to retoryka i kopiąca leżącego, ale bardzo nośna. I kobiety chętnie biorą na siebie winę. "Gdzie ja miałam oczy?", "Jak mogłam być taka ślepa/głupia/naiwna*?" (Nie wątpię, że istnieją też kobiety, które potrafią wykorzystać rolę "ofiary", ale nie są one zjawiskiem systemowym, więc proszę sobie darować). 

Aż tu pojawia się nius.

"Nowe zasady prowadzenia śledztw w sprawie gwałtów będą dotyczyć policji i prokuratury. Przesłuchiwany podejrzany będzie musiał przekonać policję, że kobieta zgodziła się na odbycie stosunku"

I zaczęło się utyskiwanie "że teraz każda larwa, będzie mogła oskarżyć faceta o gwałt"

"to umożliwi każdej przedsiębiorczej k*rwie rozszerzenie działalności rozrywkowej o szantaże i wymuszenia"

I och, och ale jak to "pytać o zgodę"?, przecież to "zabija namiętność". 

Już widzę te histerie na portalach wyznających "tradycyjne wartości". Skąd ten strach przed lawiną pomówień? Może to strach przed wzięciem odpowiedzialności? 

Drodzy chłopcy! (no przecież nie napiszę "mężczyźni", bo mężczyznom tego tłumaczyć nie trzeba. Rzecz dotyczy chłystków i pętaków. Prawdziwi mężczyźni nie gwałcą i nie potrzebują do tego hamulców prawnych)

Owszem, tak sformułowane prawo uderza w zasadę domniemania niewinności i rzeczywiście może (nie musi) uderzać w mężczyzn. Owszem, to nie jest prawo doskonałe. 

Ale spokojnie, wystarczy nie gwałcić i nie uprawiać seksu z "larwami" i "przedsiębiorczymi kurwami". A fałszywe oskarżanie to wciąż przestępstwo. 

 

*niepotrzebne skreślić

 

ps. Z doświadczenia powiem, że moja wyraźna zgoda na seks nigdy w nikim nie zabiła namiętności. A nawet wręcz przeciwnie.  "Moi" mężczyźni lubili usłyszeć, jak bardzo chcę się kochać:) 

 

 

 

 



by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 29, 2015 10:35

Dzieciowo mi

Test steamera Philips, czyli jak się widzisz, tak się czujesz

Jak cię widzą, tak cię piszą – znamy to powiedzenie i jest to prawda, ale ważna jest też inna strona tego samego.

by Malwina Ferenz (Krusz.) at styczeń 29, 2015 10:30

Bazarek Handmade

szydełkowe koraliki



szydełkowe koraliki

Drewniane koraliki ręcznie szydełkowane + szklane koraliki
rękodzieło
kolorystyka beż jasny + lawenda
długość do regulacji

15 zł +6 zł koszt przesyłki listem poleconym

kontakt wmalymdomku@gmail.com

by Ania w małym domku (noreply@blogger.com) at styczeń 29, 2015 09:05

Anrzej rysuje

TUV

czasu brak na wszystko to siadłam do komputera;)

byliśmy na pogrzebie sąsiadki.Cóż.Całe życie z nią to wypadało, no i rodzina w porządku.Jej syn bardzo się poświęcał w ostatnich miesiącach.Nie że nie dbali wcale.Nie.Mieszkali razem od zawsze w jednym domu.Ona na dole,potem on z żoną i dzieckiem na górze. Pomagali mamie/teściowej co i rusz. Od dwunastu lat prawie że nie wychodziła z domu – upadła kiedyś,złamała kość szyjki udowej i balkonik i niechęć do chodzenia.To wiadomo,pampersy zmieniać,pomagać w myciu,obiadki robić i takie tam sprawy codzienne.A od listopada to spał przy niej a budziła się pierdyliard razy i go wołała…A potem szpital i też dwa razy dziennie u mamy i u mamy.A gość sporo od nas starszy ( no skoro matka miała 97 lat?).

Kaplica cmentarna.My spóźnieni (chociaż inni sąsiedzi bardziej, bo weszli po nas)- msza już trwa .Drzwi a raczej wierzeje trudno się otwierają.No musiałam się zaprzeć a i tak jeden z gości mi pomógł od środka;). Potem trzask zamykanych wierzei , szurgot nóg,szelest ubrań. Potem znów ci kolejni sąsiedzi  – a msza trwa…

Potem…cóż, telefon wywołał X-mena z kaplicy – cholerne wierzeje! Potem znów wchodzenie i mocowanie się z klamką ale przynajmniej ostatniego sąsiada wprowadził ;).

Ksiądz okazywał stoicki spokój,chociaż chwilami był zagłuszany przez ŁUP drzwiami;>. W pewnym momencie to nawet było zabawne.Przynajmniej dla nas.

Grób niemalże przy kaplicy.Dobrze że my niejako na końcu konduktu bo tym razem sąsiad do nas się przykaraulił i na cały głos – X-menie a odwieziecie nas do domu ? I potoczyła się rozmowa nieobyczajna bo w takiej chwili za głośna ale sąsiad przygłuchy…Jego żona nas uciszała…Ale siara…

I tak to dotrwaliśmy do czwartku.

by Tuv at styczeń 29, 2015 08:09

zycie na kreske

styczeń 28, 2015

nic specjalnego

Uwaga,Uwaga!!!!

Zajrzyjcie proszę  koniecznie na stronę:
                    www.retrospekcjewolanda.blox.pl,
przeczytajcie ten ostatni wpis i wypowiedzcie się na ten temat.
Rzecz dotyczy wyroku uniewinniającego osoby wykorzystujące
seksualnie wychowanki Domu Dziecka.
Uważam,że ważne, by każdy z nas zabrał głos w tej sprawie.
W moim odczuciu jest to niesamowity skandal i nasze prawo
niestety sprzyja  takim sytuacjom.

by anabell (noreply@blogger.com) at styczeń 28, 2015 11:56

zapiski zgagi

Właściwe miejsce i czas

To jednak w życiu bardzo ważne! By się znaleźć gdzie trzeba i kiedy trzeba. Niestety, wiele tu ma do powiedzenia przypadek, czyli ślepy traf.

Naszła mnie ta refleksja w związku z prośbą koleżanki, by jej i jej córce pomóc w kwestii pisania rozprawki. Hm… Moja przygoda z rozprawkami zaczęła się lat temu 46, gdy byłam w siódmej klasie podstawówki, a skończyła się definitywnie bodajże w roku 2001, gdy opuścili szkoły ostatni ośmioklasiści. Wiedzę mam nieco zatęchłą, jak widać. A już w wydaniu dla liceum? Czarna dziura!

Ale przy okazji sobie pomyślałam, że w kwestii edukacji własnej miałam sporo szczęścia. Bo na przykład moje technikum okazało się dla mnie  dobrym miejscem. Wprawdzie były tam przedmioty, z którymi zdecydowanie nie było mi po drodze (jakieś maszynoznawstwa, technologie, rysunek techniczny, elektrotechnika-koszmar zupełny!), ale za to? Byliśmy jedyną klasą z rocznika, z każdej szkoły w tamtym (właściwym!) czasie 3 osoby z najlepszymi ocenami mogły iść na studia bez egzaminu i… Znalazłam się w tej trójce!

Z kolei studia udało się zrobić w cztery lata zamiast pięciu, bo właśnie nasz rocznik jako pierwszy załapał się na  skrócenie o rok. Ten cykl czteroletni nie trwał długo, więc znów skorzystałam z ,,właściwego” czasu…

Nie tylko z kształceniem się tak układało. Z wieloma innymi sprawami również. Czasem tylko los dla równowagi pokazywał język. I złośliwie chichotał. Np. wtedy, gdy doczekałam się 20 lat pracy. Tuż przed tym faktem obniżono znacznie nagrody jubileuszowe w oświacie!

Ważne jest również w życiu, by czasem NIE znaleźć się w jakimś miejscu i czasie. By uniknąć natknięcia się na coś lub kogoś niebezpiecznego. Jak dotąd, odpukać!, nie zdarzyło mi się nic takiego. Raz wprawdzie napotkałam na swej drodze pana, który rozchylał prochowiec, ale tak się wtedy spieszyłam na kurs z prawa jazdy, że dopiero ze 300 metrów dalej dotarło do mnie, co widziałam!

Specjalnie nie odczuwam potrzeby zwiększania adrenaliny, więc generalnie nie ryzykuję. Unikam wszelkich sytuacji ekstremalnych, nie kuszą mnie tego typu sporty ani eskapady w dzikie miejsca. Dziwne, bo to podobno dość nietypowe jak na zodiakalnego Bliźniaka.

Czterdzieści minut non stop na stacjonarnym  rowerku to maksimum ekstremalnego  ,,szaleństwa”, na jakie mnie aktualnie stać!

by Zgaga at styczeń 28, 2015 10:00

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Relacja z frontu, czyli o tym jak szukam pracy w Japonii, którego autorem jest Shigeru

hmmm..widze jedno rozwiazanie.. otworzyc sklep zzzz….zzz trzeba zobaczyc na co kurduple leca i zrobic analize swot…. hmm sklep zoologiczny+ogarnieta hurtownia,sklep z ciuchami „european clothes” z ciuchami takimi ktorych nie maja..no na sex shopy jest wszedzie branie czyli jest popyt jest podaz..moze kantor,nie wiem jak tam z muza ale bity mozna sprzedawac ogolnie..robisz w chacie bit,podklad muzyczny,firma transportowa no ale auta trzeba miec,hurtownie kosmetykow(tutaj tez moga byc perfumy najlepiej znane europejskie,kurduple ogolnie sa na pkt wygladu i zadbania aktywni),sprowadzanie mebli(watpliwe),dom aukcyjny albo cos z antykami,Copywriting dla małych firm +zrobienie str internetowej,stylizowanie i fotografowanie mieszkań pod sprzedaż,wycieczki miejskie dla turystow,w PL jest shał na night cluby,otworz portal randkowy i baw sie w swatke,wygłuszone studio, w którym można bić talerze i wrzeszczeć jak głośno się chce a kurduple spieci chodza wiec beda mieli gdzie sie wyzyc,silownia,taxi,tylko trzeba się znać troche na reklamie lub na stronach internetowych, żeby przyciągać klienta i są pieniążki. nie wiem jak tam w JP ale w EU jest fundusz dla przedsiebiorczych i sypia kasa na otwarcie czegos swojego..pomyslow jest kupa,na serio. ale poczytaj te ich ustawy bo na otwarcie czegos ustawowo moze byc obowiazek kursu lub szkoly….

by Shigeru at styczeń 28, 2015 09:09

efka i koty

Bordokotek

Wprawdzie zima licha ale i tak mnie wzięło na szydełko. Skończyłam robótkę zaczętą rok temu. Taki oto kotek powstał.
Usually in the winter I like to crochet. I am not very good at it and I am not patient enough. But sometimes I even finish something. Today I finished this cat.






by efka i koty (noreply@blogger.com) at styczeń 28, 2015 06:59

Zima?

Kolejna szara zima. Śnieg był chyba dwa razy przez pół dnia i to taki dość marny. Przyznam, że tęsknię za światem przesłoniętym bielą. Za specyficznym nastrojem jaki tworzy się kiedy spadnie świeży śnieg. Za skrzypem śniegu pod butami. Zamiast tego na spacerze było błoto i wszechogarniająca szarość i burość.
I remember winters with snow and beautiful snowy landscapes. Now everything is gray and sad. I would like to see Wrocław covered with white snow even for a few days.







by efka i koty (noreply@blogger.com) at styczeń 28, 2015 06:56

Dzieciowo mi

Karta Dużej Rodziny, czyli o tym, jak dziecioroby mają dobrze

Nie wierzę, że ktoś nie słyszał o Karcie Dużej Rodziny. Albo dobra, załóżmy, że jestem człowiekiem małej wiary, dlatego spieszę z informacją,

by Malwina Ferenz (Krusz.) at styczeń 28, 2015 05:51

Pani Smaczna

Pączuszki na bazie serka homogenizowanego

Pączuszki na bazie serka homogenizowanego

To, że Pani Smaczna jest serowa już chyba wiecie ;) Dotyczy to chyba każdego rodzaju sera, serka i na słodko i na słono! Dzisiaj bohaterem będzie serek homogenizowany. Zbliża się wielkimi krokami dzień kiedy można, powiedzmy sobie bezkarnie, pochłonąć kolosalne ilości kalorii. Potem łapią nas wyrzuty sumienia , ale dopiero następnego dnia ;) Tak, Tłusty Czwartek! W tym roku zabieram się za niego wcześniej, a to za sprawką pewnego małego osobnika, która pojawi się w naszej dotychczas dwuosobowej rodzince już na początku lutego ;) Nie możemy doczekać! :) p.s. może zdjęcia nie wyszły najładniejsze, ale warto ;)


Składniki:
na duży talerz

  • 300 g serka homogenizowanego waniliowego
  • 3 jajka
  • 1,5 szklanki mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • olej do głębokiego smażenia

Dodatkowo:

  • 100 g drobnego cukru do wypieków
  • 2 łyżeczki cynamonu







Wykonanie:
Jajka lekko roztrzepujemy. Mąkę przesiewamy. W niewielkiej miseczce mieszamy ze sobą cukier do wypieków z cynamonem.
Serek mieszamy z jajkami i dodajemy przesianą mąkę pszenną, proszek do pieczenia i sól. Dokładnie mieszamy.

W szerokim i niskim garnku rozgrzewamy olej do temperatury 175°C.

Smażymy pączuszki na złoty kolor wkładając do rozgrzanego oleju porcje ciasta niewielką łyżką (aby ciasto nie kleiło się do łyżki możemy przesmarować łyżkę olejem).

Usmażone pączki odkładamy na papierowy ręcznik aby ociekły z nadmiaru tłuszczu. Jeszcze ciepłe obtaczamy w cynamonowym cukrze.

Smacznego!

Przepis pochodzi stąd.

by Pani Smaczna at styczeń 28, 2015 03:50

nic specjalnego

Rekord

Pobiłam dziś rekord - od chwili mojego wejścia do gabinetu do chwili wyjścia
upłynęło niecałe sześć minut.
W tym czasie  zostałam zdiagnozowana na podstawie jednego szczeknięcia,
pani doktor wypisała mi dwie recepty, w tym jedną na szczepionkę, zostałam
pouczona w kwestii stosowania szczepionki, zdążyłyśmy z panią doktor
wymienić drobne uprzejmości, czyli życzyć sobie wzajemnie miłego dnia.
Gdy wyszłam z gabinetu mój mąż zaniemówił, a potem cichutko zapytał:
"co, wyrzuciła cię?"
Gdy zobaczył dwie wypisane recepty  omal szczęki nie zgubił.
A teraz szczegóły:
diagnoza - "mmm, jak zwykle"
instrukcja dotycząca szczepionki - "wszystko jest w ulotce"
dobra rada - "niech pani poszuka taniej apteki, szczepionka jest pełnopłatna i
                    nie wszystkim pomaga, ale spróbować  warto".
"I to byłoby na tyle" jak mawiał klasyk.

P.S.
Szczepionka starcza na roczną kurację, w zależności od apteki cena waha się
od 100 do 130 zł. Już sprawdziłam. Opinie na forum - jednym pomaga,
innym nie. W najbliższej aptece kosztuje 102 zł.

by anabell (noreply@blogger.com) at styczeń 28, 2015 03:39

pokolenie ikea

9653954595_20ddc3f8d3_b

Jestem ze średniej wielkości miasta i sam zawdzięczam wszystko sobie. Sobie, zbiegom okoliczności i dacie urodzenia.

Urodziłem się w czasach pana Gierka, który wziął duże kredyty a później sobie poszedł. Blok w którym mieszkałem był wojskowy, czteropiętrowy, z brzozami dookoła. Darzę go pewnym sentymentem. Sąsiadów miałem dziwnych. Piętro nade mną mieszkała pani Krysia. Dziabnęła męża nożem po pijaku. Nabił się na niego 24 razy, odsiedziała bodaj siedem czy dziewięć lat.

Do tej pory już nikogo nie zabiła więc w jej wypadku resocjalizacja chyba odniosła sukces.

Dzieciństwo było psoko mimo, że dzielnica chujowa. Podobno najgorsza w mieście, W bloku obok mnie trzech kolesi wyrzuciło laskę przez okno. Kolesie wpierw pili. Później ją zgwałcili i porysowali nożami. Wreszcie uczyli ją latać z drugiego piętra.

Była pojętną uczennicą i przeżyła. Chodziła później dumna i drżąca bo ja pokazywali w telewizji. Była to epoka jeszcze przed Big Brotherem, chociaż teraz jest już pokolenie, które nie wie nawet co to Big Brother.

Do szkoły miałem często na 13.20, bo klas było dużo (ja byłem w „e”, a za mną były jeszcze „g” i „h”). Chodziłem po podwórku z kluczem na szyi.

Nie, nie czułem że może mi się coś stać. Tak, mając 7 lat wracałem do domu po 20.

Na osiedlu było jak to na osiedlu. Latem ludzie pili na ławkach do 3 rano. Wiosną i jesienią krócej. Ktoś naprawiał samochód. Ktoś go kradł. Dzieci krzyczały i właziły na wierzby, bujały się na gałęziach zrywając i liście i gałęzie. Emeryci wygrażali gówniarzom pięściami. Ktoś rysował chuje po klatkach. Sąsiadki dyskutowały nad złą kondycję młodzieży. Młodzież dyskutowała nad złą kondycja psychiczną starszych kobiet wyzywając je od pierdolniętych kurew.

Od czasu do czasu był włam do piwnicy, bo ktoś potrzebował weków do popitki pod flaszkę.

Ludzie wykazywali się swego rodzaju prawem naturalnym. Nazwijmy to w uproszczeniu moralnością. Byłeś miejscowy to mogłeś chodzić najebany po osiedlu z portfelem na wierzchu. Byłeś obcy to nawet trzeźwy dostawałeś po ryju i zabierali ci kasę. Jak szedłeś po mieście ulicą i ktoś cię zaczepiał żeby zdefasonować ryj i zabrać gumofilce marki Relaks, to wpierw się pytał: skąd jesteś? Jak odpowiedziałeś, że ze Słodkich i znasz dajmy na to Bulego, Łysego, Grubego i Parówę to zazwyczaj dawali Ci spokój. Ewentualnie bili słabiej, na wszelki wypadek, bo nie wiedzieli kto im będzie oddawał.

Wiesz, moi rówieśnicy są mniej więcej jednorodni.

Do przedszkola poszedłem kiedy miałem 3 lata. Wpierw była ósemka później 25. Była zupa mleczna, kotlet mielony, budyń i buraczki. Jak teraz czasami rozmawiam ze znajomymi jak wspominają tamte czasy to historie wszystkich są takie same. Nawet zdjęcia są takie same. Przebrana przedszkolanka z biała brodą z waty i czerwonym kostiumie Mikołaja trzyma cię za rękę. Ty trzymasz w ręce paczkę. W paczce zazwyczaj była w niej pomarańcza i coś co przypominało dzisiejszą czekoladę.

Do pewnego momentu wszyscy też mieli to samo.

Ty jesteś inny.

Z grubsza można ciebie i twoich rówieśników podzielić na dwie grupy, Cześć z was pochodzi z tego co nazywa się Polską B. Wasi rodzice nie zrobili „kariery”. Po prostu są. Pewnie nie mają studiów. Pracują gdzieś tam, zarabiają coś tam, w wakacje na działce robią grilla.

I robisz go też Ty.

To nic złego. Zawsze uważałem, że lepiej nie mieć kasy a być szczęśliwym niż żyć w szklanych gabinetach pełnych złudzeń.

Łoiłeś browar przed klatką, może słuchałeś Paktofoniki. Wczasy jak dobrze poszło były nad Bałtykiem. Dużo piwa, jakieś panny, szczanie do morza.  

Teraz możesz pracować w jakimś sklepie albo na budowie, dostawać jak dobrze pójdzie pensję minimalną. Wydymać jakąś laskę w samochodzie, gdzieś w lesie.

Masz pewnie w głębi duszy poczucie, że wszystko wygląda nie tak jak powinno.  Nie ta szkoła, nie ta praca, nie ta kobieta, nie to życie. Życie miało być w kolorze soul red i w błyszczącym opakowaniu. Nie gardzę Tobą. Współczuję ci.

Jak miałeś/aś fart to twoi rodzice mają trochę szmalu więc mieszkałeś na zamkniętym osiedlu ze szlabanem a starzy odwozili cię do pracy, bo świat to w końcu strasznie niebezpieczne miejsce.

Pewnie mieli swoją firmę co? Albo byli pierwszą falą korporacji.

Wszędzie ktoś cię woził i odbierał.  Owszem zobaczyłeś wcześniej wiele rzeczy, które ja nadrabiam przez całe życie. Byłeś wcześniej za granicą, wcześniej niż ja widziałeś Alpy, kilka muzeów, dużo filmów, mogłeś więcej czytać, znasz więcej języków, pewnie zaliczyłeś Erasmusa (chciałem, ale wiesz jak na trzecim roku dostajesz propozycję pracy, dzięki której możesz się uniezależnić od wszystkich, to właściwie nie masz wyjścia).

Zazdroszczę ci.

Rodzice pewnie po studiach załatwili ci staż, nie? Wiem, widuję takich jak Ty codziennie. Współczuję im.

Nie, oczywiście, nie jesteś lepszy ode mnie. Wiesz, żeby być lepszym trzeba mieć doświadczenie. A Tobie – i mówię to ponownie z zazdrością brakuje pewnej determinacji.  Chyba chodzi o to że ty nigdy nie musiałeś walczyć?

Nie wiesz jak to jest kiedy jesteś przyparty do muru. Musisz zapłacić za wynajętą chatę albo zdechniesz. Musisz zarobić kasę albo zdechniesz z głodu, bo starzy ci nie dadzą.

 A ty? Masz zawsze spadochron. Zawsze wiesz , że ktoś ci pomoże. To pomaga, ale i ogranicza. Może jesteś jednak szczęśliwszy ode mnie?

Kiedy wybija 18 – już ciebie nie ma.  Zostaję w firmie tylko ja i kilka innych osób w moim wieku.  My przychodzimy wcześniej, wychodzimy później i ciągle jesteśmy bardziej wydajni.

Oczywiście zazdroszczę ci, że masz bardziej wyjebane, tak samo jak ty zazdrościsz mi innych rzeczy.

Synonimem „życia jak ludzie“ w tym kraju jest samochód, wakacje w Toskanii i jedzenie na mieście. Samochód i mieszkanie dostałeś od rodziców. Mamy te same meble z Ikei w mieszkaniach.

Jedyna różnica między nami jest taka, że ja mogę wziąć kredyt na wszystko. A Ty nigdy nie chodziłeś z kluczem na szyi.  

Nie przejmuj się. Kiła, sraczka, plagi i zaraza, i czas do śmierci nam jakoś zleci.

9653954595_20ddc3f8d3_b

Photo by Виго/CC Flickr.com


by panikea at styczeń 28, 2015 03:35

Zapiski dojrzalej kobiety

Wpis z niższej półki.

Rozbłysły wszystkie gwiazdy
by pokazać człowiekowi piękno niebios
zamigotała nadzieja
że człowiek zobaczy człowieka
Bóg zstąpił na ziemię pukając do ludzkich serc
człowiek długo nie otwierał drzwi
mimo, że gwiazdy świeciły coraz jaśniej
Bóg czeka aż pozwolisz Mu opowiedzieć
o codziennej najpiękniejszej Miłości
wyszeptanej najprostszymi słowami
kiedy zmierzch ustępuje porankowi
a poranek pochyla się pod ciężarem dnia.
Otwórz drzwi swojego domu
nawet jeśli nic nie zapowiada cudu
może uśmiech,
może dłoń podana szczerze
może - przepraszam jak bezkresne przestworza
a może kocham cię za to że jesteś
może coś o czym wiesz Ty i Bóg
który zapalił wszystkie gwiazdy
byś odnalazł drogę do drugiego człowieka.
(Autor: Barbara Wójcik „Droga do serca”).


W tym poście nie znajdziecie zagadnień z polityki, roztrząsania ostatnich wydarzeń krajowych i zagranicznych, recenzji przeczytanych książek i recenzji ze spektakli teatralnych, czy koncertów muzycznych.
To jest wpis o niczym, zwykłe bleblanie.
Od kiedy przekonałam się, ze w polityce to, co podają media jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, na ten temat nie zabieram publicznie głosu.
Czasem media odsłonią trochę więcej tej polityki i wtedy nazywają to aferami.
A to nie są żadne afery, ot po prostu tak się w polityce dzieje tylko nie jest to publicznie wiadomym.
Wydarzenia krajowe i zagraniczne – przeważnie są to wydarzenia nie podnoszące samopoczucia, po co więc mam się dołować czymś, na co nie mam wpływu.
Mam dość swoich problemów, za czyjeś dziękuję.
Recenzji z przeczytanych książek nie będzie, bo dawno żadnej nie przeczytałam, choć mam w czytaniu cztery i „czytam” je już od świąt;).
Na koncercie dawno nie byłam, w teatrze byłam co prawda w zeszłym tygodni, ale byłam w teatrze Kwadrat na „Okno na parlament”, a jak wiadomo tam tylko sztuki miłe, łatwe i przyjemne, więc to żadna sztuka a raczej rozrywka.

Stary PESEL robi swoje, nie chce mi się z domu ruszać.
Najlepiej mi jak nie muszę wychodzić z domu, nikt nic ode mnie nie chce i mogę się zająć swoimi robótkami i haftami.
A za oknem huśtawka, raz zima, raz wczesna wiosna...i żadna z nich nie może się zdecydować, która teraz będzie z nami.
Bardzo brakuje mi słońca, zieleni trawy i tego zapachu budzącej się wiosny, ale wiem, ze wiosna w styczniu oznacza zimę w marcu i kwietniu.
Tak źle i tak niedobrze;).
Niech się przynajmniej unormuje ciśnienie, bo te zmiany najbardziej dają mi w kość.
Gdy jest źle, nie chce mi się gadać.
Nie chce się pisać, gdy źle zamienia się w gorzej.
Nie chce mi się nic, oprócz spania, spać mogę na okrągło.
Trochę do pionu stawia mnie świadomość, że jeszcze tylko kilka dni stycznia, luty… a potem już tylko maj, maj, maj;))).

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 28, 2015 01:11

Anrzej rysuje

am mniam

Prosta i pyszna zupa czosnkowa

Na rozgrzewkę proponuję pyszną zupę  z super gwiazdą – czosnkiem, który robi furorę nie tylko w kulinariach, ale także w lecznictwie. Warto po niego sięgać, bo dzięki swoim właściwościom pomaga budować super odporność. Czosnek należy do warzyw z rodziny cebulowatych, podobnie jak cebula, por i szczypiorek.  Jest pogromcą wirusów, bakterii, grzybów, pasożytów, a nawet komórek... More

by Magda at styczeń 28, 2015 11:12

Blog do czytania

Wpół do weekendu #31 – kolory

Za oknem albo szaro, albo biało. A przecież świat jest taki barwny! Dlatego dziś kilka słów o kolorach. Zacznijmy od tego, że możesz sprawdzić, jaki kolor ma aktualna godzina. Mądrzy ludzie zamieniają zapis godzin, minut i sekund na kod koloru i na specjalnej stronie co sekundę pokazują nową barwę. Uwaga, gapienie się na zmieniające się […]

by Bartosz Cicharski at styczeń 28, 2015 11:00

Kura

Bajaderka w bioderka

Pozdrawiam znad... lodów ;)

Kura

 

PS Ja tu gadu-gadu, a czy już wspominałam, że mam nowa kurza stronę? ;)

www.kura-kura.pl

by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 28, 2015 10:46

Kurlandia

Miłosny test…

Jest taki program na TVN Style: „Miłosny test”. Para, znająca się wyłącznie z internetu, zostaje zamknięta na tydzień na bezludnej wyspie. Młodzi widzą się tam po raz pierwszy, spędzają ze sobą siedem dni i nocy bez telewizji internetu oraz możliwości opuszczania lokum na więcej niż godzinę dziennie. Bardzo ciekawy eksperyment socjologiczny, poważnie mówię! Jestem zafascynowana reakcjami ludzi, nic tam nie jest wyreżyserowane. Przeżyłam kiedyś coś podobnego, przy czym nie było bezludnej wyspy, lecz wynajęty dom  z dala od rodziny i jakichkolwiek znajomych, z garstką pieniędzy w portfelu i złamanym sercem, pragnącym miłości.

Czy można zakochać się przez internet? Na pewno można się bardzo zafascynować drugim człowiekiem. Czuć, jak wypełnia się endorfinami krwiobieg przy każdym nadchodzącym emailu, czy smsie. Można nie spać z emocji, tęsknić i szalenie pragnąć. A jeśli podczas spotkania na żywo dochodzi chemia i magnetyzm? ON był spokojny, opiekuńczy. Pokazałam mu aseksowną, różową piżamkę w owieczki, komunikując jasno: jak szukasz okazji, to pomyliłam adres. Był wyrozumiały, troskliwy i nie wywierał presji, do tego obłędnie pachniał. Zakochałam się, bez wątpienia. I zatraciłam w tej relacji. Przestałam przejmować się tym, co myślą o mnie inni, podejmowałam własne decyzje. Noooo, zdecydowanie własne, ha ha ha. Zaczęło liczyć się dla mnie to, co sama sądzę o sobie i czy jestem zadowolona z tego, kim jestem. W JEGO ramionach czułam się bezpiecznie.

Mimo wszystko zdrowy rozsądek nigdy nie zezwoliłby mi na zamieszkanie z człowiekiem, którego znałam raptem kwartał i to głównie przez internet. Ale życie pisze szalone scenariusze. Jemu wymówiono stancję i został bez dachu nad głową, ja miałam niewiele czasu, by znaleźć sobie i maleńkiemu dziecku własne miejsce na ziemi. Na dniach odcięto by mi prąd w dotychczasowym lokum, co wymusiło na mnie podjęcie życiowej decyzji. Wizja mieszkania z własną matką, dodatkowo potęgowała bezsenność…Miałam istne tsunami emocji. Troska o syna powstrzymywała mnie i pchała jednocześnie na przód. Nigdy wcześniej nie czułam tak wiele na raz. Z całym szacunkiem dla mojej rodzicielki, już wolałam skoczyć w głębię oceanu, niż przebywać z nią pod jednym dachem. Skoczyłam więc! „Przetrwam, albo zginę” – pomyślałam. Trudno.

Kierowana bardzo silną intuicją, wynajęłam busa i  zapakowałam wyłącznie swoje rzeczy (Pozostawiłam przedmioty wspólne, często wartościowe, ale zapewniłam sobie tym spokój). Zaczęłam nowy rozdział, zdana wyłącznie na siebie i człowieka, którego znałam od niedawna. Intuicja jednak wysyłała mi spójny komunikat: wiej, zacznij życie na własny rachunek i tak gorzej nie będzie. Czułam, że i tak umrę, jeśli nie zmienię czegoś w swoim życiu. Wtedy nie było Igi jaką znacie. Był infantylny, nieporadny, niekochany człowiek, w którym KTOŚ wskrzesił wiarę, że jednak do czegoś się nadaje. ON dodał mi energii, by pokazać na co mnie stać. I obdarzył uczuciem zarówno mnie, jak i ciężko niepełnosprawne wtedy, nieswoje dziecko.

Pierwszy tydzień był straszny…Pedant i bałaganiara zamieszkali w jednym lokalu. Pokoje pełne nierozpakowanych kartonów, malowanie całego mieszkania i do tego dziecko na ręku. Ogromny stres, fizyczne zmęczenie i te upominania „a czemu to, a czemu tamto”. Motyle wyfruwały z każdą pojawiającą się wątpliwością. W głowie zaczęła boleśnie kołatać myśl: „Co ja zrobiłam”? Miotałam się. Siódmego dnia rozpłakałam się, ON też. Poprosiłam o kilka tygodni czasu…”Sześć lat żyłam z człowiekiem innym niż Ty, totalnie innym! Pozwól, bym się Ciebie nauczyła. Będę się starać, odkładać buty na miejsce, zbierać porozrzucane zabawki. Wszystkiego się nauczę, tylko daj mi czas i nie wytykaj każdego mojego potknięcia”. Przytuliliśmy się z troską i czułością. To był przełom!

Minęło pięć lat…Nabrałam ogłady, a On już nie jest taki poukładany do bólu. Zdarza się, że to ja odkładam jego buty na stojak. Nawet teraz – pisząc ten wątek – widzę stojące na ziemi kapcie. JACEK okazał się wspaniałym człowiekiem. Owszem, nie pozbawionym wad, ale mimo wszystko mnie nie zawiódł. Wychowuje Michała, nie odszedł po narodzinach niepełnosprawnego Szymka. Znosi mój ciężki charakter i to, że nazywam go „starym gburem”. Ha ha ha! Żalę się na niego czasem, piekielnie mnie irytuje momentami. Ale nadal nakrywa mi w nocy plecy, kupuje Colę, gra z dzieckiem w „Zagadki smoka obiboka” i przewija obsranego pampersa Szymka. Nadal ma ciepłe spojrzenie w oczach, deklaruje wielką miłość i – co najważniejsze – okazuje ją w drobiazgach dnia codziennego. Mimo życiowego doświadczenia, nie zawsze potrafię to docenić. Przepraszam Cię Skarbie. Tak, Jacek jest moim największym skarbem: odmienił moje życie.

Uwierzył we mnie, a ja rozwinęłam skrzydła. Zaczęło się od odnowienia wynajętego mieszkania. Wszystko zrobiliśmy własnymi siłami. Potem otwierały mi się w głowie kolejne szufladki z cudownościami. Zaczęłam gotować, szyć, robić na szydełku, zdobywać, kreować. Udało mi się poznać samą siebie, swoje granice możliwości. Właściwie tych granic nie ma. Bo ścigam się sama ze sobą, co jeszcze mogłabym zrobić? Co jeszcze potrafię?

Powstała Kurlandia. Zbudowaliśmy ją z Jackiem – moim Mężem, z którym chcę się zestarzeć. Kiedyś zrobiłam szaloną rzecz i wygrałam swoje życie. Znajomy z internetu okazał się moim przeznaczeniem. Sięgając wstecz pamięcią zastanawiam się, skąd miałam odwagę, by wyjechać. Przeczucie, inaczej tego wyjaśnić nie potrafię. Jakiś Anioł Stróż nade mną czuwa i wypchnął mnie na spokojne wody…

***

Wzruszyłam się…

by Iga at styczeń 28, 2015 09:45

Smoking kills...

O TYM, ŻE NIE MOGĘ ŻÓŁWIA

 

Przez Broadchurch dostanę zawału, a na pewno zacznę znowu obgryzać paznokcie.

Ponosiłabym mojego gwiazdkowego żółwia, ale z uwagi na rekonwalescencję psa chodzę w dżinsach i bluzach takiego koloru, żeby nie było widać zbyt wielu plam. No i mogłaby się dziabnąć w oko albo nos w samochodzie, więc niestety żółw leży i czeka.

sty2

A co poza tym?…

Poza tym każdy robi to, co lubi i umie najlepiej.

sty1

 

by Barbarella at styczeń 28, 2015 09:41

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Jet lag oraz inne uroki latania, którego autorem jest Maika

Sytuacji z wymiotującym co chwilę dzieckiem nie zazdroszczę… A co do jet lagu, to samo odpuściło mi po 10 dniach, ale następnym razem wypróbuję ten patent ze śniadaniem ;)

by Maika at styczeń 28, 2015 09:37

Skomentuj Jak wam się żyje w tej Japonii? – część pierwsza, którego autorem jest Maika

Dziękuję za miłe słowa. Ja również zajrzałam na Twojego bloga i już jest na liście ulubionych :) Pozdrawiam również!

by Maika at styczeń 28, 2015 09:34

Niezbyt boska ja

Zaginiona Dziewczyna - Gillian Flynn

Ostatnio, generalnie, bardzo dobrze mi się czyta praktycznie wszystko, co wpadnie mi w ręce i większość tego, co czytam bardzo mi się podoba, ale nie pamiętam kiedy ostatnio jakaś książka mnie tak wessała :).

Słyszałam, że film "Zaginiona Dziewczyna" jest dobry. Jednak kiedy się dowiedziałam, że powstał na podstawie książki, a książkę moja koleżanka akurat dostała na gwiazdkę, postanowiłam zbadać co lepsze. I lecę. 

Książka ma 650 stron, więc jest co czytać, a historia jest na tyle ciekawie napisana, że w 4 dni spokojnie pęka :)

Pierwsza część jest napisana tak, że facet zaczyna historię od momentu zaginięcia owej dziewczyny, a historia dziewczyny startuje w dniu, kiedy się poznali. I idą w przeciwnych kierunkach - jeden rozdział z jej pamiętnika, jeden opis jego dnia.  

Po czym przychodzi POŁOWA książki i wtedy wszystko się zmienia. 

Świetnie stworzona postać Amy. 

Jak się okazuje, dziecko rodziców, którzy się ciągle kłócą ma, generalnie, przerąbane i małe szanse na bycie normalnym w przyszłości. Jednak dziecko rodziców, którzy całe żyją jak papużki nierozłączki może mieć znacznie gorzej. I to, kim się stanie w dorosłym życiu może również być znacznie gorsze niż wszyscy mogliby przypuszczać. 

Przeczytajcie, to zobaczycie :)

POLECAM :)

by boskajana@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 28, 2015 09:07

zycie na kreske

Kura pazurem

Złodziej komornikiem czy komornik złodziejem?

Ostatnio w mediach rzucono informację o komorniku, który zlicytował komuś traktor. Niby nic dziwnego, jednak okazało się, że traktor należał do, Bogu ducha winnego, rolnika, który długów nie miał. Za serce mnie ścisnęło, kiedy na ekranie telewizora płakał dorosły mężczyzna, bo mu dorobek życia zagarnięto. I to w świetle prawa niby!

komornikOkazuje się na dodatek, że ten komornik to recydywista, któremu takie pomyłki zdarzyły się już kilka razy. I tak sobie od razu myślę i myślę, rozczochrana pracuje. Jak złodziej przyjechałby na podwórko, ukradłby traktor, to można by sprawę zgłosić na policję. Organy ścigania poszłyby w ruch. W dodatku, jeżeli traktor byłby ubezpieczony, to można by się starać o odszkodowanie. Tak by to chyba wyglądało. Pomijam skuteczność policji, bo to jakby odrębny temat, ale teoretycznie mogłoby tak być, że policja bandytę znajduje, za kratki wsadza, a rolnik traktor odzyskuje.

A gdyby złodziej traktor sprzedał, doszedłby do tego jeszcze paser, który kradzione kupił i też buch go za kratki.

No, a co jeżeli wszystko odbywa się w świetle prawa? Niemożliwe? U nas wszystko jest możliwe. Wyobraźcie sobie, że przychodzi do Was komornik z nakazem, bo akurat jest zbieżność nazwisk albo po prostu adres się zgadza. Może? Może. Wystarczy pomyłka w adresie i zamiast nr 6 mieszkania, mamy 9. Czeski błąd. Komornik nie dyskutuje, konfiskuje majątek i cześć. Resztę ma w wielkim poważaniu. I to w świetle prawa, a więc nie byle jak.

Że raz się to zdarzy, to ludzka rzecz i nawet moja rozczochrana to zrozumie. Ale jak ten sam komornik myli się osiem razy?! Moje wątpliwości wzbudziłby już za drugim i dokładnie chciałabym sprawdzić, jak to się stało, że tak często „się myli”. Następnie oczywiście komornika należałoby ukarać za brak jakiegokolwiek profesjonalizmu, bo to nie egzamin na prawo jazdy, który można sobie zdawać po dziesięć razy! A tak? Tak to pan ma wolną rękę na robienie kapitalnych biznesów, a w dodatku w świetle prawa. I ja na miejscu pospolitych złodziei to bym się lekko wkurzyła. Bo jak to tak? Złodziej recydywista z reguły ogląda świat przez kraty przez wiele lat. A złodziej recydywista a’la komornik żyje sobie w ciepełku swojego mieszkanka i już pewnie szykuje następny „atak”. I módlmy się, aby nasz sąsiad długów nie narobił albo żeby ktoś, kto nazywa się dokładnie tak jak my, nie miał kłopotów finansowych, bo wtedy trzeba tylko patrzeć, jak komornik wchodzi z nakazem i konfiskuje, co się tylko da, zasłaniając się w dodatku literą prawa.

by anna at styczeń 28, 2015 03:20

Ania 13

I don't like...

Jesteśmy w podobnym wieku, rozmawiamy po angielsku. Niedawno skończyłam pogawędkę z jego dziadkiem. Po polsku. Dziadek, choć nie pochodzi z samego Krakowa, ma silny krakowski akcent, z przeciąganymi samogłoskami w ostatnich sylabach. Zupełnie taki, jaki miała moja babcia.

I don't like Poles. Nie lubię Polaków – nalewa mi rubinowe wino z karafki, już niemal pustej. Półlitrowa, druga, zastanawiam się, czy mam gotówkę na trzecią – bar nie przyjmuje płatności kartą, a mój towarzysz nie ma złotówek. Gdy mi to wyznał, zaśmiałam się i po europejsku zapytałam, czy ma euro, a on na to, że tylko szekle i drobne dolary.
If you don't like Poles, you don't like me. Jeśli nie lubisz Polaków, to mnie nie lubisz.
I like you. Lubię cię. You are just like one of us. Jesteś jak jedna z nas. – wino czerwone jak morze nas łączy. I ironia, która – jak mi wyznaje – pozwoliła Żydom przetrwać zburzenie świątyni, średniowieczne getta, pozwoliła im przeżyć holokaust. Z ironią komentuję w myślach, że nie mogę powiedzieć „I don't like Jews.”.

fot. N. Bryl
Dlaczego wcześniej nie przyjechał do Polski? Nigdy dotychczas nie był poza Izraelem. Płacę za trzecią karafkę i mówię, że choć mam ochotę na czwartą, to już nie mam pieniędzy; muszę wypłacić z konta. Chodźmy.

Koniec nocy, pijani rabinowym, tfu, rubinowym winem, stukamy obcasami, jak oficerowie, po bruku Szerokiej w jej najwęższym odcinku. Opieram się o mur cmentarza. On staje obok mnie.

W romantycznym filmie stanąłby obok mnie i pocałował. Tym pocałunkiem zamknęlibyśmy usta antysemitom i nienawidzącym Polaków. A potem żylibyśmy długo i nieszczęśliwie, on nad Morzem Czerwonym, ja nad czerwonym winem.

W horrorze on stanąłby obok mnie i zasłonił sobą, broniąc przed oddziałem zombich. Wyrośliby z każdego kociego łba ulicy Szerokiej, bo na tej ulicy każdy kamień jest kamieniem nagrobnym.

W dramacie stanąłby obok mnie, a ja zasłoniłabym go sobą i razem zginęlibyśmy od kuli niemieckiego żołnierza, który w środku nocy nas przypadkowo przyłapał na nieczystej rasowo schadzce.

To jednak była komedia i tej nocy lekko pijany polsko-izraelski tandem usiłował wdrapać się na mur cmentarny, by jeszcze przed świtem zapalić znicz na grobie rabina Isserlesa.

Historia bardzo luźno oparta na wydarzeniach. 

by ania13 (noreply@blogger.com) at styczeń 28, 2015 12:41

styczeń 27, 2015

Slow Day Long

O franku, wilku i trzech świnkach. Czyli bajka z morałem dla dużych i małych

Zanim przejdę do meritum podzielę się z Wami pewną historią. Pozornie zupełnie nie związaną z dalszymi wydarzeniami. Dwa dni temu złapaliśmy gumę. Wsiadam więc na rower i jadę do zaprzyjaźnionego wulkanizatora. Panowie, jest temat. Auto stoi mi na kapciu. Trzeba podjechać pod blok, zdjąć koło, nakleić łatę i zamontować koło na nowo. A nie możesz tego zrobić sam? Nie mam lewarka – odpowiadam. No to ci damy. Co za problem!

Chwila, momencik. Ale ja chcę dać Wam zarobić kasę. Jest poniedziałek rano, mam mega ważne i pilne rzeczy do zrobienia. Nie mam czasu sam zająć się kołem, na co będę musiał poświęcić go znacznie więcej, niż gdy wy to zrobicie – tłumaczę. No, ale to będzie kosztować. I to ekstra, bo z dojazdem. Wiem, dlatego przyszedłem do was, bo cenię swój cenny czas. Nie stać mnie, aby zrobić to samemu.

Półtora godziny później auto było gotowe do jazdy. Cała przyjemność kosztowała mnie 50  (choć wstępnie informowano mnie o 80 , ale – jak się dowiedziałem – dostałem rabat dla „stałego klienta”). Faktem jest, że suma summarum koło naprawili mi „za darmo”. Dlaczego? Bo ja w tym samym czasie zarobiłem znacznie więcej pieniędzy. Dokończyłem dwie oferty, odbyłem ważną rozmowę z klientem, skonsultowałem z prawnikiem treść umowy.

Gdybym sam zabrał się do zmiany opony, w sumie pewnie zajęłoby mi to pewnie z 2 godziny. A priorytetowa robota nie byłaby zrobiona. Na koniec dnia byłbym zmęczony i zły, że nie załatwiłem wszystkiego. Bo czas to pieniądz! Czyż nie?

Tanio! Najniższe ceny! U nas najtaniej!

Extra niskie ceny! Wyprzedaż! Promocja! Reagujecie jeszcze na te hasła i slogany, które niczym brudna, pełna śmieci i toksycznych odpadów rzeka wylewa się na nas z telewizora, radia, gazety i rozlepionych na mieście (zazwyczaj nielegalnie) bilbordów? Próbują wniknąć w naszą podświadomość i sprawić, abyśmy chcąc dokonać zakupu, skierowali swoje kroki właśnie tam. No bo cena jest najważniejsza. Tylko ona się liczy. Guzik prawda!

Cena, to tylko punkt wyjścia do dokonania zakupu. Nie warunkuje jednak transakcji, czym mogło się przekonać kilka sklepów, które ostatnimi dniami próbowały nas wystrychnąć na dudka. Jednak przeliczyły się, bo my byliśmy cwańsi.

HISTORIA PIERWSZA – FOTELIK SAMOCHODOWY

Nasza córka powoli wyrasta ze starego fotelika. Postanowiliśmy nabyć jej nowy. Wiecie, taki od 15 do 35 kg. Stary jeszcze trochę posłuży w aucie babci Ani. Wiemy co chcemy, znajdujemy kilka ofert, w całkiem niezłych cenach. Chodzi nam konkretnie o jeden model, w którym poszycie fotelika jest „w krówkę”. Nasza córka sama taki wybrała.

Nie mając czasu analizować rzeczywistości, będąc zalewani tryliardami informacji, które mają sprawić, abyśmy uwierzyli w ich przekaz, codziennie padamy ofiarą nieuczciwych sprzedawców, którzy próbują nas naciągnąć i omamić niskimi cenami, najlepszymi ofertami i extra promocjami.
Jeśli będziemy zachowywać się jak te świnki, które swoje decyzje podejmują na podstawie nieprawdziwych informacji, któregoś dnia może przyjść wilk i zburzyć nasz domek.

Wchodzimy na Ceneo. Są, a i owszem. Oferuje je z 10 sklepów. Ceny od około 550 zł do 900 . Wiadomo, że wybieramy najtańszą opcję. Bo cena jest najważniejsza! Kupujemy, płacimy, dostajemy potwierdzenie dokonania transakcji. A następnego dnia telefon, że… „Bardzo nam przykro, ale niestety na magazynie jest jakiś błąd i fotelika już nie ma. Ale może wybierzemy coś z istniejącej oferty?”.

NIE! My chcemy ten konkretny model i już. Żaden inny. Prosimy o zwrot kasy. Sprawę uważałem za niebyłą, a tu znowu muszę poświęcić czas. Kolejny sklep, cena ciut wyższa, kupujemy i płacimy. Następnego dnia ta sama historia. Szlag by to jasny trafił! Ciekawostką jest to, że w obu sklepach w ofercie nadal figuruje fotelik „w krowę”. Jeśli chcecie, to nadal możecie go „kupić”.

Trzeci sklep, cena tym razem nieco niższa. Dla pewności Kamila dzwoni, aby zapytać się, czy faktycznie mają go na stanie, czy to kolejny sklep z ofertą wyimaginowanych produktów. I co się okazuje? Fotelika oczywiście nie ma. Na stronie, a i owszem, jest. Nie wiedzieć czemu, ale „jeszcze go nie zdjęliśmy”. Pani proponuje jednak, że sprawdzi u dystrybutora, czy nie ma fotelika na magazynie.

Chwilę później telefon, że jest. Ostatni! Kupujemy, aby… następnego dnia dostać telefon, że jednak go nie ma i… że bardzo przepraszamy, i że może wybierzemy inny model. Tym razem nie dajemy za wygraną. Mamy e-mail z potwierdzeniem, że ten konkretny model został dla nas zarezerwowany. Nie interesuje nas, jakim cudem go dla nas wytrzasną, ale jeśli go nie otrzymamy, to…

Następnego dnia dostajemy telefon, że faktycznie fotelik został dla nas znaleziony. Ściągają go gdzieś zza granicy, od producenta, więc jeśli chwilę poczekamy, to zostanie do nas wysłany w ciągu kilku dni. Wczoraj dostaliśmy potwierdzenie, że kurier dostarczy go nam w dniu dzisiejszym. Ciekawe, czy nie pomylili się w modelu i nie wyślą jakiegoś innego, na odczepne. Niestety, kilka razy zdarzały się nam już tego typu historie.

HISTORIA DRUGA – BUTY

Coraz więcej sklepów internetowych liczy na to, że skuszeni dostępnością towaru, którego nigdzie nie ma, do tego świetną ceną, nawet w przypadku faktycznego braku danego produktu skusimy się na inny. Przecież wpłaciliśmy już pieniądze, więc po co robić sobie kłopot?

Taka sytuacja spotkała kilka dni temu Kamilę, która dostała kupon rabatowy ze sklepu Riccardo.pl. Kup coś u nas z 50% rabatem. Czas! Start! Kamila znajduje wodoodporne buty EMU. Jest jej rozmiar, świetna cena, kupuje i płaci. Następnego dnia zaczyna się cyrk. Na skrzynce pocztowej mojej żony pojawia się e-mail, że „… bla, bla, bla, bardzo nam przykro, ale ktoś przed panią nabył te same buty. Może więc weźmie pani inne?” itd.

Kamila przegląda asortyment, ale nie znajduje nic interesującego. Prosi o zwrot pieniędzy. W odpowiedzi dostaje e-mail z namową, żeby „może jednak coś wybrała, bo jest okazja, kupon przepadnie”. itd. Kamila była twarda, po prosiła o kasę. Nie tylko ona.

Tego samego dnia w rozmowie z koleżanką dowiedziała się, że ona i jej znajoma padły ofiarą tej samej „promocji”. Wybrany artykuł był w ww. sklepie wystawiony jako dostępny. Po wpłacie pieniędzy okazywało się, że… Resztę znacie.

Przypadek? Nie sądzę!

HISTORIA TRZECIA – TANIO JAK NA ALLEGRO

W zeszłym tygodniu mój znajomy poprosił mnie, abym pomógł mu kupić MacBooka. Nie zna się specjalnie na komputerach, stąd miałem mu coś wybrać. Najlepiej używanego, bo nie stać go na nowy komputer Apple. Pierwsza myśl, to poszukamy czegoś na Allegro. Wchodzimy, znajdujemy sklep z tysiącami dobrych opinii. Sprzęt używany, ale bateria sprawna, dysk szybki, gwarancja na rok. W imieniu kumpla udaje mi się wynegocjować rabat ponad 400 zł od ceny wyjściowej. Jest nieźle.

Tego samego dnia nasza córka „zabiera nas” na lody. W nieopodal naszego domu położonym centrum handlowym postanawiamy zostać ciut dłużej. Kamilę wypuszczam na buszowanie po jakiejś „wyprzedaży”, sam zabieram córkę do firmowego sklepu Apple, aby o coś się tam dopytać. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu na półce znajduję dokładnie taki sam komputer, który tego dnia nabyłem dla mojego kolegi.

No, nie dokładnie taki sam, bo ten jest nowy, oryginalnie zapakowany, z wgranym systemem operacyjnym i z gwarancją producenta. Cena? Jedynie 500 zł wyższa od tej, którą uzyskałem po rabacie. Czyli w sumie tyle samo, co wyjściowa cena za używkę niewiadomego pochodzenia, z ryskami na obudowie (zrobiły się podczas transportu), bez systemu i oryginalnego zasilacza. Ale okazyjnie, bo z Allegro!

Tknęło mnie. Biorę do ręki telefon i sprawdzam cenę, jaką uzyskam za tą samą konfigurację w internecie. Po chwili wybieram numer kolegi i pytam, czy dokonał już zakupu? Niestety tak, ale dla pewności wybrałem opcję „za pobraniem”, aby na miejscu przyjrzeć się używce. To dobrze, bo znalazłem dla Ciebie ten sam komp, tyle że nowy i z oryginalnym systemem, o 89 zł droższy!

Transakcję udało się wycofać, choć przygoda z zakupem nowego komputera dopiero się rozpoczęła. Po pokryciu kosztów przesyłki za nieodebrany komputer firma zgodziła się odstąpić od umowy sprzedaży. A ja z kumplem zabrałem się za zakup nowego MacBooka. I tu zaczynają się jaja!

HISTORIA CZWARTA – CENA NIE JEST NAJWAŻNIEJSZA!

Powyższe przykłady to nic w porównaniu z tym, z czym spotkałem się w i-sklep.com.pl. W wyszukiwarce Ceneo ich oferta wydaje się najlepsza. Dzwonię dla pewności, aby dopytać o to i owo. Wszystko jest w porządku, wysyłam link kumplowi, który postanawia natychmiast dokonać transakcji. Jednak po dziesięciu minutach dostaję telefon: Ty słuchaj, tu znowu jest jakiś wałek.

Na e-mail dostaję zrzuty z ekranu. W wyszukiwarce oferta wygląda najkorzystniej. Wchodzimy na stronę, dokonujemy zamówienia i nadal wszystko jest okejas. Jednak uważna osoba, która umie czytać, a przede wszystkim faktycznie czyta to, co widzi na ekranie, zauważy dodatkowy koszt, o którym wcześniej nie było mowy.

Mojemu koledze ręka jednak zadrżała. Chwilę, a co to za 79,39 , o którym wcześniej nie było mowy? Przecież to oszustwo w biały dzień. Kumpel nie kliknął i nie sfinalizował zakupu, ale ile osób nie mając czasu i chcąc zakupić upragniony przedmiot w najniższej cenowo ofercie potwierdzi transakcję i przeleje pieniądze. Biorąc pod uwagę super opinie jakie ma sklep jestem pewien, że jest ich wiele!

Ceneo Slow Day Long 2

Ceneo Slow Day Long 3

Ceneo Slow Day Long

BAJKA O TRZECH ŚWINKACH

W skrócie, bo większość z Was pewnie ją zna. Były sobie trzy świnki, które pewnego dnia postanowiły wyprowadzić się z domu. Jedna z nich zbudowała sobie chatkę ze słomy, druga z patyków, a trzecia, najbardziej pracowita, wybudowała dom z cegły. Kiedy przyszedł zły wilk zdmuchnął domek dwóch pierwszych, ale nie zdołał uszkodzić murowanej chatki.

Do niedawna przypominałem świnki, które chciały pójść na łatwiznę i budowałem swoje przeświadczenie o cenach, ofertach i zakupach na podstawie fałszywych przesłanek. Przez to marnowałem swoje pieniądze, chociaż oszczędzałem czas. Kupowałem szybko i często bez zastanowienia, wielokrotnie przepłacając. Potem jednak srogo tego żałowałem.

W zeszłym roku zmieniłem swoje podejście do wydawania pieniędzy. Nauczyłem się je liczyć i bacznie przyglądać się temu, po co, na co i kiedy je wydaję. Dostrzegłem, że nie stać mnie na podejmowanie złych decyzji, dlatego zacząłem inwestować swój czas, aby przed podjęciem zakupu dokładniej przyjrzeć się dokonywanej transakcji. I jestem przekonany, że dzięki temu oszczędziłem mnóstwo niepotrzebnie wydanych pieniędzy. Im wyższa jest kwota, tym dłużej się jej przyglądam i zastanawiam, czy na pewno jest to najlepsze rozwiązanie. Przykłady?

Jeśli ktoś z Was powie, że nie działa na niego reklama i marketing, temu w twarz powiem, że jest kłamcą. Też mi się wydawało, że jestem na to odporny. Przecież pracuję „w tej branży”. Każdy z nas jest jednak istotą emocjonalną, która w 99,9% decyzji kieruje się emocjami właśnie. Chcemy szybko mieć upragniony komputer, nie chce się nam szukać, no to co tam te niecałe 80 , które nagle pojawiły się przy końcu transakcji. Klikamy i kupujemy. To przecież tylko 80 !

Parę miesięcy temu musiałem nabyć nowe głośniki. Stare nie dawały rady, a że zacząłem chodzić do szkoły produkcji muzycznej, postanowiłem zainwestować w budowę małego domowego studia. Dlatego też potrzebowałem zapatrzyć się w to i owo. W profesjonalnym sklepie muzycznym wybrałem głośniki za około 2000 (komplet). Średnia półka, dobra jakość, będzie pan zadowolony. Kamila przełknęła to jakoś, no bo przecież jest to Damianowi potrzebne do pracy. Damy radę.

Coś mnie jednak tknęło i postanowiłem poczytać tu i tam. Przypomniałem sobie pierwsze zajęcia, na których powiedziano nam, że głośniki to jedno, ale wyciszenie pokoju w którym się pracuje oraz ustawienie stanowiska pracy, to drugie. Głośniki to 20% sukcesu, a pokój do pracy to 80% Zasada Pareto działa wszędzie!

Dlatego zamiast inwestować w sprzęt za dwa koła, postanowiłem nabyć głośniki za… 480 . I co? Grają świetnie, wyglądają doskonale, a ich parametry techniczne zadziwiły nawet mojego wykładowcę, profesjonalnego muzyka, któremu pochwaliłem się zakupem. Sam stwierdził, że musi sobie takie same nabyć do domu. Bo po co przepłacać?

JAKI WIĘC PŁYNIE MORAŁ Z TEJ OPOWIEŚCI?

Nasz mózg skonstruowany jest w taki sposób, że najczęściej posługujemy się skrótami myślowymi. Jeśli ktoś wpoił nam do głowy, że Biedronka jest najtańsza, to damy sobie rękę uciąć, że tak faktycznie jest. Podsumowanie cen sklepów spożywczych, które niedawno przygotowała Wyborcza, w którym widać, że wspomniany sklep należy do najdroższych, a nie do najtańszych, czym chwali się na prawdo i lewo, nie jest w stanie nas przekonać. Codziennie niskie ceny! Tyle, że opakowanie mniejsze, niż w innych sklepach. Przez to cena wydaje się „niezwykle atrakcyjna”.

W zeszłym roku mój kolega kupił nową kosiarkę do trawy. W Castoramie, w której dokonał transakcji znalazł informację, że jeśli znajdzie taką samą w innym sklepie taniej, to dostanie zwrot różnicy. Poszedł pokazując ofertę w internecie. Taniej o 250 PLN, a te piechotą nie chodzą. Kosiarka, a i owszem była identyczna jeśli chodzi o parametry, ale posiadała ciut inny symbol. Pieniędzy nie dostał, gdyż to niby ten sam sprzęt, ale jednak inny. Potem dowiedział się, że wiele sklepów stosuje ten zabieg. Sprzedaje towar z symbolem przygotowanym „pod nich”. A gdy ktoś przychodzi upomnieć się o swoje, to… Przecież to nie to samo!

Nie mając czasu analizować rzeczywistości, będąc zalewani tryliardami informacji, które mają sprawić, abyśmy uwierzyli w ich przekaz, codziennie padamy ofiarą nieuczciwych sprzedawców, którzy próbują nas naciągnąć i omamić niskimi cenami, najlepszymi ofertami i extra promocjami.

Jeśli będziemy zachowywać się jak te świnki, które swoje decyzje podejmują na podstawie nieprawdziwych informacji, któregoś dnia może przyjść wilk i zburzyć nasz domek. Jeżeli nie będziemy edukować naszych dzieci, że nie należy dokonywać zbyt pochopnych decyzji zakupowych, niechybnie nasze pociechy będą w przyszłości powielać nasze błędy. Z moim kredytem we frankach szwajcarskich włącznie. Bo przecież chciałem być cwaniakiem. Warto dodać, że krótkowzrocznym. No bo kto by się zastanawiał, co będzie za 40 lat.

Liczyło się tu i teraz!

A NA KONIEC O PEWNYM EKSPERYMENCIE NA DZIECIACH

Mam wrażenie, że jesteśmy na okrągło mamieni koniecznością sprawiania sobie ciągle to nowych szybkich i natychmiastowych przyjemności, radości i uciech. Zakup nowego ciucha, gadżetu, albo zabawki, ma sprawić, że poczujemy się lepiej. Zły dzień w pracy, na dworze pada deszcz, idźmy na zakupy, albo odpalmy jakiś sklep online i kupmy sobie coś fajnego.

W zeszłym roku moi znajomi powiedzieli basta. Podliczyli swoje roczne wydatki i stwierdzili, że pieniądze, które przepływają im przez palce, które wydają na totalne bzdury, nikomu niepotrzebne, a mające sprawić chwilową satysfakcję, radość i dopływ dopaminy są tak wielkie, że jeśli coś z tym nie zrobią, to popadną w finansową ruinę. Zbierając przez rok paragony za każdą, nawet najdrobniejszą rzecz, wyliczyli, że np. na stacjach paliw, na kawę, ciastka, hot dogi czy energetyki wydali w ciągu roku ponad…. 3000 ! Przecież za to można pojechać na fajne wakacje.

Najgorsze z tego wszystkiego było to, że ich dwójka dzieci podchwyciło ich uzależnienie od chwilowych uciech. Tu miś za 20 , tu książeczka za 8 , tu batonik za 3 , a tu nowa gra za 50 . I tak w kółko. Przecież dziecku się nie odmówi. Zrobili więc eksperyment. Któregoś razu wręczyli swoim dzieciom po ciastku. Słuchajcie, możecie je zjeść. Wasza decyzja. Ale jeśli przyjdziemy za 15 minut i ciastka nadal będą, to dostajecie jeszcze jedno. Jeśli zjecie od razu, to więcej nie dostaniecie.

Jak się domyślacie ciastka zostały zjedzone. Tu i teraz! Chwilowa przyjemność jest najważniejsza. Następnego dnia powtórzyli eksperyment. Jedno dziecko zjadło swoje ciastko, ale to starsze postanowiło zobaczyć, co będzie dalej. Kiedy rodzice przyszli sprawdzić stan rzeczy młodszemu dziecku nie dali nic, natomiast drugiemu wręczyli kolejne ciastko mówiąc, że jeśli nie zje żadnego z nich, to po 30 minutach dostanie kolejne dwa ciastka. Jeśli zje jedno, to dostanie tylko jedno. Chłopczyk poczekał i dostał dwa kolejne.

Młodszy zalał się łzami, nie rozumiejąc postępowania rodziców. Natomiast kolejnego dnia wstrzymał się ze zjedzeniem ciastek aż do momentu, kiedy nie miał ich w sumie aż 8. Z zadowoleniem schrupał jedno pozostawiając sobie resztę na potem. Znajomi powadzili zabawę przez kilka dni, wprowadzając kolejne zmiany.

Sukcesem była sytuacja, którą przeżyli tuż przed świętami. Będąc w sklepie znaleźli super zestaw kloców Lego, o którym marzyły ich dzieci. Koszt coś około 800 . Mówiły im o tym od dawna. Wiedzieli, że sprawiliby wielką radość kupując go pod choinkę, jednak zgodnie z nowym zwyczajem, który wprowadzili w swojej rodzinie postanowili skonsultować zakup z synami.

Słuchajcie, czy chcecie ten zestaw Lego? Kupimy Wam go, ale przez kolejne pół roku nie proście nas o nowe zabawki. Bracia (5 i 8 lat) naradzili się i jeszcze tego samego dnia przyszli z odpowiedzią.

Mamo, tato! My mamy już wystarczająco dużo klocków. Mamy czym się bawić. Wrzućcie te pieniądze do skarbonki i dołóżcie do wakacji. Klocki się nam znudzą, a lepiej, abyśmy pojechali w jakieś fajniejsze miejsce, albo na dłużej.

Przecież nie mamy aż tyle pieniędzy, aby kupić wszystko co chcemy.

Chociaż przecież bardzo byśmy tego chcieli.

by Damian at styczeń 27, 2015 11:01

Eksribicjonizm kontrolowany

Na czym warto oszczędzać?

Pszczoła to mądry owad. Umie sobie ustawić życiowe priorytety.

Temat oszczędzania chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. Nie żebym była w tej dziedzinie nowicjuszką - przeciwnie, życie mnie nauczyło zaciskania pasa. Po prostu, oszczędzanie kojarzy się zazwyczaj źle, z samoograniczaniem się, skąpieniem na wszystko i ciągłym łapaniem się za portfel. A dla mnie to raczej przemyślane zakupy i mądre planowanie, czyli nic nieprzyjemnego.

Poniższa lista powstała przy okazji tworzenia najświeższego planu oszczędzania, tego na najbliższy rok. Zdecydowałam się ją opublikować dlatego, że zawiera pozycje, na których, jak radzą internety, oszczędzać się nie powinno.

A zazwyczaj, kiedy nie mogę się z czymś zgodzić, tworzę o tym wpis na blog.

NA CZYM WARTO OSZCZĘDZAĆ?

1. NA KSIĄŻKACH

Dla wielu z Was to może brzmieć jak herezja, zwłaszcza jeśli wiecie, że czytam z przyjemnością i na masę. Oszczędzam na tym, kupując mądrze - w wersji papierowej tylko to, co naprawdę chcę mieć, do czego będę wracać i co nie będzie bezużytecznie kurzyło się na półce po jednorazowym przeczytaniu. Przed każdym zakupem korzystam z porównywarek cen w internecie. Różnice cenowe potrafią sięgać nawet 50% wartości książki!

Reszty szukam w formie e-booków - w promocji... albo za darmo, zwłaszcza jeśli dzieło jest dość wiekowe. Cenię sobie też pożyczanie i nie mam oporu przed pożyczaniem innym.

2. NA FILMACH

Wyzwanie dotyczące polskich filmów, jakie stworzyłam, ma swoje drugie dno, zwane wężem w kieszeni. Mianowicie, większość polskich produkcji starszych niż 20 lat dostępna jest (legalnie!) na YouTube. Te nowsze też można obejrzeć online, wystarczy zapłacić parę złotych. Pewnie, fajnie jest iść do kina, ale jeśli się oszczędza, to zupełnie nieopłacalne, zwłaszcza w weekendy - wyjście dla dwóch osób to koszt ponad 60 zł.

3. NA PODRÓŻACH

Co nie oznacza nieodbywania ich w ogóle! Polowanie na tanie loty czy okazje cenowe w hostelach może być nie tylko opłacalne dla kieszeni, ale po prostu fajne. Na miejscu warto szukać rabatów czy darmowych rozrywek, na przykład dni bezpłatnego wstępu do muzeów albo happy hours w knajpkach. A przede wszystkim warto planować sobie wakacje samodzielnie, bo biura podróży na czymś zarabiają i tym czymś są oczywiście opłaty za zdjęcie nam z barków całej organizacji.

4. NA UBRANIACH

Oszczędzanie na ciuchach nie jest łatwe, bo wielu z nas marketing tak zamieszał w głowach, że myślimy, że pięć par butów jest lepsze niż jedna, nawet jeśli porządna. Mamy tendencję do kupowania potwornych ilości badziewia, którego kiepska jakość sprawia, że szybko musimy zastąpić je nowym badziewiem. Mądre kupowanie ubrań to cała filozofia, której filarami według mnie są lumpeksy i czytanie metek.

5. NA KOSMETYKACH

O kołderce na słonia pisałam już przy okazji planów noworocznych. To jedna kategoria kosmetyków, których nie warto w ogóle kupować. Drugą są, umownie nazywane, "tusze do dolnych rzęs", czyli wszystkie te produkty, które niczym się nie różnią od innych, ale sprzedaje się je jako wyspecjalizowane. I tak mamy na półkach sklepowych kremy na noc o identycznym składzie i działaniu jak te na dzień, balsamy specjalnie do pośladków czy do biustu, te same toniki w kilku wersjach kolorystycznych. Krótko mówiąc, w drogerii warto czytać składy i przed zakupem zastanowić się, czy dany produkt jest nam naprawdę potrzebny.

6. NA JEDZENIU

Na koniec - najbardziej kontrowersyjny punkt tej listy. Ale poczekajcie ze świętym oburzeniem. Nie chodzi mi o oszczędzanie w stylu "jem zupki chińskie, bo tanio", tylko o mądre i przemyślane zakupy. Wielki gar domowego rosołu kosztuje nie więcej niż taka sama ilość zupek błyskawicznych, a jego wartości odżywcze są o niebo wyższe. Kiedy trwa sezon na banany, jedz banany, a nie pompowane chemią truskawki z importu, droższe od kawioru z bieługi.

Dobrze też zrozumieć, że często płacimy nie za produkt, ale całą otoczkę marketingową, która maskuje tylko fakt, że zawartość opakowania to syf jakich mało. Weźmy mocno reklamowane serki pewnej znanej firmy. Reklamują je blogerki, reklamuje fajny ludzik, hasło jest chwytliwe, opakowanie kolorowe... Wrzucasz serek do koszyka. Cena jest wysoka, ale zakładasz, że płacisz za jakość. A w opakowaniu, oprócz serka z mleka odtłuszczonego - syrop glukozowo-fruktozowy, żelatyna, skrobia modyfikowana i mielone mszyce...

Jak zawsze z przyjemnością przeczytam Wasze pomysły, tym razem w temacie sensownego wydawania pieniędzy!

by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at styczeń 27, 2015 08:34

nic specjalnego

Do pooglądania i zachwycania się

Korzystam bezczelnie z zezwolenia  Ataner na skopiowanie  zdjęć i chcę się
z Wami podzielić czymś, co mnie zachwyca,  a czego nie będę z pewnością
mogła oglądać w naturze - no chyba, że w kolejnym wcieleniu.






Poza zachwytami nad zorzą polarną zwróćcie też uwagę na tę ilość gwiazd.
Więcej zdjęć można obejrzeć na blogu Ataner.
Klikając na zdjęcia można je powiększyć.

A zmieniając temat - ponieważ kończą mi się leki a do tego od ponad tygodnia
"coś mi jest", zadzwoniłam dziś do swojej przychodni i doznałam lekkiego szoku -
zostałam zapisana na JUTRO - aż zaniemówiłam, tak mnie to zszokowało.
Gdy odłożyłam słuchawkę telefonu musiałam się upewnić, czy rzeczywiście
jutro jest dzień 28 stycznia.



by anabell (noreply@blogger.com) at styczeń 27, 2015 07:33

Z usmiechem przez Japonie

Szybkie jedzonko w ToGo Sushi we Wrocławiu


Dzisiaj szybka opinia o szybkim sushi w ToGo Sushi we Wrocławiu, do którego wybraliśmy w tę niedzielę z polecenia japońskich dzieciaków. Myśleliśmy, że to normalna restauracja, gdzie można usiąść i zjeść, a jak się okazało, ToGo Sushi (jak sama nazwa wskazuje) jest nastawiona na dowóz. I dobrze, bo teraz wiem, gdzie zadzwonić, jak weźmie mnie niepohamowana ochota na pyszne rolki.


Gdy ToGo Sushi dotarliśmy, nie wiedzieliśmy, czy dobrze trafiliśmy. W środku były tylko małe dwa stoliki, obskurnie i ciemno. Jedliśmy na porcelanie z Rosenthala tzn. na plastikowych tackach, a zupki piliśmy ze styropianowych pudełek. I kompletnie nam to nie przeszkadzało, bo sushi było naprawdę świetne. Przyrządzał je przemiły pan kucharz, który zlitował się nad nami i wymienił nam rolki z filadelfią, bo zapomniałam poinformować wcześniej, że my jesteśmy niejedzący sera z rybą. 

Zamówiliśmy zestaw Midori i powiem zupełnie szczerze, że nie było "kulki", która by mi nie smakowała. 


Zamówiliśmy też dwa nigiri z łososiem - ryż był za bardzo ściśnięty i ugnieciony, natomiast smak był dobry. Jedyna kwestia, do której można się przyczepić to wasabi, a właściwie podbarwiany chrzan niskiej jakości. Dotyczy to jednak większości restauracji z japońskim jedzonkiem w Polsce, więc nie ma różnicy. Mnie osobiście nie przeszkadza, bo wasabi nie jadam. 

Jak trafić do ToGo Sushi? Zajrzeć na ich stronę i zamówić pyszny zestawić do domu: www.togosushi.pl

by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at styczeń 27, 2015 07:30

Niezbyt boska ja

Ślężański po raz drugi :)

Znów zapisałam się na Półmaraton Ślężański, znów, żeby sprawdzić czy dobiegnę. 

W sobotę, 24/01 przeprowadziłam testy lokalne, które wykazały, że stary człowiek i może :) (21,1 przebiegnięte po raz TRZECI w życiu:).

Jednak trasa Ślężańskiego jest trudniejsza niż moja lokalna, bo tam jest w sumie 9 pod górę. 

Ale co tam. 

Na pudło nie liczę, mogę się spokojnie ciągnąć w ogonie :)

by boskajana@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 27, 2015 06:37

Skorpion w rosole

(161) chrrrrrrrrrrrrr

     Zgadnijcie z czego się składam? Dla ułatwienia powiem, że z dwóch modułów.
 Brzucha i snu mianowicie. Oba moduły rozrosły się niemiłosiernie, co poznałam w sposób gwałtowny, gdy byłam z koleżanką w kawiarni. Spodnie tak mi uciskały aortę brzuszną, że Marini Bianco, które piłyśmy z lubością, zatrzymywało się na poziomie szyi, a tam, wiadomo, dużo śluzówek i wchłanianie większe. Wobec zaistniałego faktu musiałam dwukrotnie powstrzymywać stół przed odfrunięciem do innej sali. 
     
     A drugi moduł, zrośnięty na amen z pierwszym to wspomniany sen. Mogłabym wszędzie z onym. Na stole, na dywanie, podczas prania, nie mówić, że w łóżku. I dzisiaj Mat mnie oświecił, co ze mną. Postaram się w telegraficznym skrócie, bo za chwilę uderzę czaszką w klawiaturę, a gdy ją podniosę, zamiast rzędów uzębienia w kolorze zleżałego śniegu, będę miała rząd czarnych klawiszy. A wiadomo, że wtedy łatwo o połknięcie jakiejś litery. 

Elena Merendelli

 SEN.
Tak, już wracam na tory, podwinę sobie tylko powieki otwieraczem do sardynek.

     Od kilku dni, tylko z poczucia wstydu nie powiem, że kilkunastu, dręczy mnie jakaś katatonia mocno zespolona z narkolepsją. Nie wiem, czy ma to związek z brakiem słońca, z tym, że kołderka taka ciepła, ze snem przerywanym dziwacznymi historiami (zakonnice, grzyby, ryby w dowolnych konfiguracjach), czy z niekontrolowanymi wyrzutami melatoniny. Coś się mojemu zegarowi pomięszało i wskazówki biegają po tarczy jak postrzelony królik. I właśnie dzisiaj dowiedziałam się od Mata, co mi jest. Otóż - im dłużej się śpi, tym bardziej się chce spać. Ja po prostu za dużo śpię!
     A to wszystko zostało mi zaaplikowane w przystępnej formie papki z WuDeŻetu. Tajemniczy skrót oznacza ni mniej ni więcej, jak Wychowanie do Życia w Rodzinie. Zacukałam się, bo jak oni gadają w szkole o śnie, a ja o życiu w rodzinie w domu, to po kiego czorta te rewolucje w szkole?

Elena Merendelli
Dzisiaj niebywale krótko, bo chrrrrrrrrr......... 
Może następnym razem Mat przyniesie z WDŻetu jakieś informacje, które podniosą nam ciśnienie.

Dobranoc.


by pandeMonia (noreply@blogger.com) at styczeń 27, 2015 06:12

moje waterloo

2038

Dziś będzie na poważnie. Naprawdę. Bo dziś przypada 70. rocznica wyzwolenia niemieckiego obozu śmierci Auschwitz - Birkenau. Więc przyzwoitość wymaga, by zatrzymać się na chwilę w codziennym biegu, a potem dać sobie szansę na refleksję na temat tego, jak łatwo stać się drugiemu człowiekowi wilkiem. Łatwiej niż można by się spodziewać.

Kiedy byłam młodą dziewczyną, strasznie buntowałam się przeciwko wszechobecnej martyrologii. My, Polacy, jesteśmy we własnym postrzeganiu narodem pokrzywdzonym. Potrafimy podać dziesiątki przykładów, jak to mieliśmy przez stulecia pod górkę. Tak to widzimy. Na dodatek wychowałam się w domu pełnym wojskowej tradycji. Obaj moi dziadkowie byli żołnierzami i słowo ojczyzna zawsze wymawiało się z szacunkiem. Mam zdjęcie jednego z dziadków w mundurze przy samolocie Żwirki i Wigury. Mam zdjęcie drugiego dziadka - ułana. Miałam stryjecznych dziadków, którzy w Brygadzie. Ciotkę w Powstaniu Warszawskim. Wujecznego dziadka w Armii Krajowej. Pełne szafy stawania na baczność. Szuflady wzruszonego milczenia.

Buntowałam się przeciwko temu, bo młodość wymaga buntu. Nie dlatego, że rodzice robią coś źle. Po prostu musimy znaleźć własną drogę, a ona wiedzie przez negację. To uczy samodzielnego myślenia. Jeśli do tego wychowujesz się w domu, gdzie książka jest bogiem, dostajesz start idealny. Ja taki otrzymałam i jestem za to niezmiernie wdzięczna. Choć pewnie finalnie nie do końca trafiłam tam, gdzie moi rodzice spodziewali się, że trafię. Ale przecież nie jesteśmy od spełnienia czyichś życzeń.

Czytałam, pytałam, myślałam i mądrzałam aż doszłam do zaskakującej konkluzji, że od dziecięcego jesteś głupi do dorosłego spieprzaj, dziadu tylko jeden krok. I niezwykle łatwo go wykonać. Ten krok robi się wtedy, gdy nie szanuje się innych ludzi. I choć może to wydawać się odległą analogią, uważam, że komory gazowe i krematoryjne piece były zbudowane z braku szacunku. Z zadufania. Z poczucia wyższości.

Przyzwyczailiśmy się myśleć o zbrodniarzach hitlerowskich jako o wynaturzonych potworach. A to byli zwykli ludzie, tacy jak my. Czytali dzieciom książki, tańczyli ze swoimi żonami, martwili się, cieszyli, przeżywali wzruszenia. A potem wychodzili z domów i bez drgnienia powieki okaleczali i mordowali innych ludzi, bo... uważali się za lepszych. Myśleli, że im wolno.
Nie wolno.

Droga do komór gazowych zaczyna się od niewyważonych słów i myśli. Od moja racja jest najmojsza. Od tylko ja wiem, jak należy żyć. Od kompleksów. Od potrzeby zaistnienia za wszelką cenę. Od wyścigu szczurów. Od zapomnienia, że każda krew jest tak samo czerwona. Od pogardy.
Nigdy nikim nie pogardzajcie.

Jestem taka wdzięczna, że przyszło mi żyć TU i TERAZ. Że te straszne rzeczy nie dotyczą mnie osobiście, nie muszę uciekać, bać się o życie, zdrowie moich najbliższych. Że mogę pyskować na rząd, ile tylko mi się chce.
Myślę o tym, gdy zimą marzną mi palce - bo wiem, że zaraz wrócę do domu i się ogrzeję.
Myślę o tym, gdy debet na koncie - bo wiem, że za jakiś czas wpłynie tam pensja.
Myślę o tym, gdy narzekam na kolejki w służbie zdrowia - bo wiem, że jest ktoś, kto mnie leczy.
Myślałam, gdy mi dziecko pyskowało - nie miało większych problemów, nie musiało uciekać, by ocalić życie.

Wy, którzy nie mieliście tyle szczęścia, ile mam ja - daję Wam uroczyste słowo honoru, że będę pamiętała. Nie będę pogardzała. Kamień mojej buty nigdy nie stanie na innym kamieniu, nie połączy ich zaprawa, nikt nie wejdzie w te ściany, by umierać w samotności i rozpaczy. Że póki sił i powietrza w płucach, będę nawoływać do poszanowania dla inności, wolności, odrębności.
Wszyscy jesteśmy równi.

Bo jesteśmy ludźmi.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at styczeń 27, 2015 06:12

Dzieciowo mi

To nie praca czyni wolnym

Moja babcia niedawno skończyła 90 lat. Dziką zazdrość w niejednej kobiecie wzbudza fakt, że zaczęła siwieć dopiero gdzieś koło osiemdziesiątki. Zdrowie już

by Malwina Ferenz (Krusz.) at styczeń 27, 2015 06:00

Matka jest tylko jedna

Szorty matki: Trzy filmy, które musicie dziś obejrzeć

Dziś szybciutko, bo w Kosmyka wstąpił diabeł i zaliczam trzecią już praktycznie bezsenną noc, ale chciałabym, żebyśmy chwilę skupili się na trzech filmach, z których dwa zdominowały styczniowy internet, a trzeci będziecie mogli obejrzeć dziś – w TV. Zapraszam!

 

 

Na początek filmik będący częścią nowego projektu Natalii Hatalskiej [więcej u niej na blogu – Seria OnOff]. Rozwiewa wiele wątpliwości, a przede wszystkim uspokaja często mam wrażenie rozhisteryzowanych rodziców. Jak pisze sama Natalia:

 

 

 

Po przeprowadzeniu wielu wywiadów i z dziećmi, i z ich rodzicami, doszłam do wniosku, że to my – starzy :) – demonizujemy technologię. Zwróćcie zresztą uwagę, że wszystkie badania, które mówią o negatywnym wpływie internetu na młodzież, o ich nieumiejętności nawiązywania relacji, wszystkie te z krzyczącymi tytułami w stylu Digital Technology Is Ruining Childhood etc., prowadzone są na grupie 20+ (chociażby np. najnowszy raport Havas Worldwide: The New Dynamics of Family, vide zwłaszcza slajdy 52-59). Co ciekawe rodzice demonizują głównie kontakt dziecka z tabletem, smartfonem, komputerem – takiego negatywnego podejścia nie mają już do telewizora. Być może dlatego, że telewizor zdążyliśmy już oswoić, korzystaliśmy z niego jako dzieci, urządzenia mobilne to wciąż dla nas nowa technologia (bo pojawiła się PO naszym urodzeniu, a nie PRZED).

 

 

 

Warto obejrzeć. Polecam:

Kolejny filmik to miód na moje serce w kwestii inteligentnego i ciekawego utarcia nosa wszystkim wojującym na placu kłótni o wszystko matkom [i ojcom]. Na początku możecie się śmiać, na końcówce płakać, jednak niewątpliwie jest to cenny prztyczek w nos dla każdego, kto kiedykolwiek się oburzył, że „tamta nie robi tego tak jak ja”. Polecam:

 

 


 

 

Trzeciego filmu nie dam nawet zajawki. Możecie ją sobie na własną odpowiedzialność obejrzeć tutaj. Podobny artykuł tutaj. Dziś ważna rocznica, warto o niej pamiętać i warto docenić, że po 70 latach wyzwolenia Auschwitz i ten dokument zostanie wyzwolony. Dziś o 22.50. W TVP2. Będę oglądać, mimo że doskonale wiecie, jak źle na mnie działają takie filmy. Ale o tym, co się zdarzyło, pamiętać muszę, pamiętać musimy wszyscy. Ja to zrobię dla mojej cioci, która do dziś ma na ręku ciąg cyfr.

 

 

Info z „Wyborczej”: W związku z rocznicą wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau film wyemitują we wtorek również: HBO (USA), ARTE (Niemcy/Francja), ARD (Niemcy), Channel 4 (Anglia), VPRO (Holandia), Channel 8 HOT (Izrael), DR (Dania), RTVSLO (Słowenia), YLE (Finlandia), RTP (Portugalia) i NRK (Norwegia).

 

 

Trzy bardzo różne filmy na dziś, trzy ważne, trzy warte dyskusji. Cokolwiek innego chciałabym napisać, nie umiem, bo one właśnie w tym tygodniu chodzą mi po głowie i do nich wciąż wracam. Zajrzyjcie i wy.

 

 

 

 

1,628 wszystkich wizyt, 204 wizyt dzis

Post Szorty matki: Trzy filmy, które musicie dziś obejrzeć pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at styczeń 27, 2015 05:19

Kurlandia

Szczęściarz czy pechowiec

Uważam się za wielką szczęściarę!

Owszem…rozwiodłam się, ale za to znalazłam rodzinnego, uczuciowego mężczyznę o jakim marzyłam – Jacka. Taaaak…mam niepełnosprawne dzieci. Ale one żyją i całkiem dobrze się czują, robią postępy. Ileż naszych znajomych odwiedza swoje dzieci na cmentarzu… Cztery lata czekaliśmy na klucze do mieszkania, ale za to mamy dużo większy dom z ogrodem. Wychowałam się z dala od matki, za to posiadłam całą wiedzę mojej Babci i nauczyłam się myśleć kreatywnie. Nie mogę podjąć pracy zawodowej, za to miałam czas by szyć, dziergać i robić coś z niczego. Mogłabym długo jeszcze opowiadać o swoim szczęściu, bo dostrzegam je wszędzie wokół, w każdym drobiazgu niesionym przez los.

Jak się okazuje, posiadam cenną umiejętność doszukiwania się fartu w swoich życiowych niepowodzeniach. Nie sądziłam jednak, że ktoś to zagadnienie wyjaśnia naukowo…Warte obejrzenia, daje do myślenia:


http://www.rozwojowiec.pl/2781/szczesciarze-vs-pechowcy/

***

by Iga at styczeń 27, 2015 04:27

Kraina filcu

Styczniowa obniżka - filc 4 mm 30% taniej!!!


Na najbliższe dni przygotowaliśmy dla Was super ofertę. Aż do końca miesiąca filc 4 mm będziecie mogli kupić aż 30 % taniej.

Promocja dotyczy wszystkich rozmiarów dostępnych w naszym sklepie: 20x30, 30x40, 50x50, 50x100 i 100x100 cm.

Jeżeli chcecie uszyć torebkę, etui lub stworzyć niepowtarzalne filcowe ozdoby wejdźcie na nasz sklep internetowy www.krainafilcu.pl i złóżcie zamówienie. Po złożeniu zamówienia na maila krainafilcu@wp.pl wyślijcie nam hasło "styczniowa obniżka" wraz z numerem zamówienia a my odeślemy Wam maila z dokładną kwotą do zapłaty uwzględniającą 30% rabat na filc 4 mm.

Zapraszamy również do
naszych sklepów stacjonarnych w Warszawie na Al. Niepodległości 76/78 i ul. Filtrowej 83 domofon 69. Tutaj również po podaniu hasła
"styczniowa obniżka" kupicie filc 4 mm z 30% zniżką.

Promocja trwa do 31 stycznia 2015 roku.

Zapraszamy na zakupy
.






by kraina filcu (noreply@blogger.com) at styczeń 27, 2015 12:40

Dzieciowo mi

Szybciorem 129 – orły, sokoły, herosy

Orzeł finansowy Maria sprężystym krokiem wparowała do pokoju z tabletem w rękach, stanęła przede mną, westchnęła i powiedziała stanowczym głosem: - Mamo,

by Malwina Ferenz (Krusz.) at styczeń 27, 2015 12:10

Kura

Dzwiny jest ten...


"Dwa popularne serwisy społecznościowe nie działały co najmniej godzinę. Użytkownicy nie mogli się zalogować. O ogólnoświatowej awarii rozpisywały się światowe media - problemy z logowaniem występowały wszędzie, m.in. w Indiach, Stanach Zjednoczonych czy Polsce".**

 

Pozdrawiam

Kura

PS Na nowej kurzej stronie na rysunku coś widać :) http://kura-kura.pl/

*”Dziwny jest ten świat” – tytuł piosenki Czesława Niemena
** cytat ze strony wiadomości z gazeta.pl



by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 27, 2015 11:58

Zuzanka

Smoking kills...

O TYM, ŻE IDZIE ZWARIOWAĆ

 

Taki styczeń, że bardzo dużo czasu spędzam z psem, a bardzo mało ze społeczeństwem. I chyba jestem już nieuleczalnym przypadkiem socjopatii, bo bardzo sobie chwalę. Na przykład – w ogóle nie zachorowałam w tym roku.

Wystarczy mi, jak sobie poczytam forum.

„Mama wpadła na weekend i… wysypała mi do łóżka, na prześcieradło sól egzorcyzmowaną – kurna z pół kilo chyba, całe prześcieradło było usypane. (wg. niej jesteśmy opętani wszyscy i ona tak próbuje na różne sposoby „Pana Bozię do naszych serduszek wprowadzić”)”

„Czy myślicie, ze ktoś na świecie modli się za Putina? W sensie, ze wszyscy modlą się, jeśli już, za pokój, za wyzwolenie, za zwycięstwo, za upadek itp., ale czy modlą się za Putina, za łaskę zrozumienia czy nie wiem? Miłości?”

A naukowcy odkryli, jak odgotować ugotowane jajko.

Proszę, niech ta zima się skończy. Proooooooooszę!…

 

by Barbarella at styczeń 27, 2015 09:35

TUV

taka tam,ku pamięci noteczka owa

drugie podejście do poradni nieudane.W piąteczek pocałowałam klameczkę ( ten sam budynek co rodzinny) bo ach od 10 otwarte ( się potem okazało że wcale nie było czynne ale nie próbowałam tego stwierdzić organoleptycznie)

Ponieważ się lekko wkurzyłam wtedy zapomniałam fiolki na siku któraż to jest niezbędna do badań i tak to w poniedziałeczek ich nie zrobiłam bo jak ? ( nie,nie miałam weny by przelewać do fioleczki z mojego słoika;>>>)

Za to chciałam się zarejestrować w poradni (drzwi obok labolatorium).No weszłam – otwarte ! ALE…

a wie pani a co pan doktor mógł mieć na myśli pisząc również „spirometria” ? może chciał tylko badania bo może zlecić ?

A może chciał się mnie pozbyć psze pani bo specjalistą nie jest odrzekłam ? I wpisał spirometrię również bo MI zależało ?

No dobrze ale i tak pani nie zapiszę ( a termin najbliższy … w KWIETNIU !!!) bo … awaria komputerów psze pani.

?!?!?!?

No się zdarza ale do jutra pewnie naprawią.

Nie, to ja przyjdę na wszelakij słuczaj w środę zamruczałam i udałam się do KSERO. ksero jest również w budynku naszej przychodni,często się zdarza że pacjenci kserują karty,wyniki badań itepe.

No jest.W tajnej służbowej klatce łączącej wszystkie piętra.Maleńki podest na piętrze,normalka bo wchodzi się w korytarz lub idzie góra-dół dalej.Ale tu zamknęli  korytarz drzwiami szklanymi,wstawili okienko i ksero.

Stoisz przy okienku i dostajesz drzwiami w pysk czy też raczej tył głowy.NIKT nie pomyślał żeby drzwi otwierały się na szeroki,wygodny hol a nie na ową klatkę schodową !!! Jak odskoczysz to pierdolniesz na lastrikowe schody i spadasz trzy pietra w dół nie licząc piwnicy….

No jest tam w kąciku stoliczek niewielki i ławeczka – widocznie na strych/poddasze mało kto chodzi i jakoś nie wadzi przeciskanie.Siedziałam bo długo trwało kserowanie mojej karty z dzieciństwa i umierałam od dymu papierosowego!!!!!!!!! rany boskie jak tam śmierdziało…KOSZMAR;/.

Chyba gdzieś na dole była palarnia i cug walił w górę…

I tak to niewiele załatwiłam.

A jutro pogrzeb sąsiadki .Tej co 97 lat miała.

by Tuv at styczeń 27, 2015 08:59

Blog do czytania

Nie chcesz pisać banałów? 10 prostych trików na oryginalną relację z See Bloggers.

Zen pisania o See Bloggers jak topowy bloger w pięć minut. Albo: internauci jak zwykle nie zawiedli… [AKTUALIZUJEMY MEMY]. OK, jeśli czytasz te słowa, to znaczy, że nie zmarnowałem ostatniego weekendu. Warsztaty z copywritingu zrobiły ze mnie miszcza atenszynhoryzmu. Ale nie jesteśmy tu po to, aby mówić o mnie (choć to mój ulubiony temat rozmów). […]

by Bartosz Cicharski at styczeń 27, 2015 08:45

zycie na kreske

styczeń 26, 2015

Slow Day Long

O czym musi pamiętać Damian, kiedy będę rodzić drugie dziecko

Spotkałam się wczoraj z moją bratową, która jest w tej chwili w drugiej ciąży. Jakoś tak, od słowa do słowa, rozmowa zeszła na odwieczny temat: gdzie rodzić i jak rodzić. Obie mamy doświadczenia z tego samego wrocławskiego szpitala. Ja miałam cesarkę, ona rodziła siłami natury. Chyba po raz pierwszy od tamtego czasu trzeźwym okiem przyjrzałyśmy się temu, co nas w tym szpitalu spotkało. I dopiero w tej wczorajszej rozmowie naprawdę dotarło do nas to, jak bardzo przedmiotowo zostałyśmy potraktowane.

Przy pierwszym w życiu porodzie trafiamy do szpitala wyposażone tylko i wyłącznie w wiedzę teoretyczną. Nawet jeśli wiemy, że coś powinno wyglądać tak i tak, to w rzeczywistości niespecjalnie jesteśmy w stanie to zweryfikować. Emocje, strach przed tym, co nas czeka i jak to będzie, raczej nie sprzyjają trzeźwej ocenie sytuacji. Kiedy ból osiąga stopień nie do wytrzymania, zazwyczaj ufnie poddajemy się zaleceniom personelu porodówki. W końcu od tego tam są, żeby zająć się nami jak najlepiej. Profesjonaliści, prawda?

I w tym miejscu właśnie, zaczynają się schody. Bo teoria teorią, ale rzeczywistość jest często zgoła inna. I o ile nie uważam, żeby ktoś w szpitalu zaniedbywał kwestie życiowe i to, żeby matka i dziecko przetrwali to wszystko w jednym (w sensie każde w swoim) kawałku, to respektowanie naszego planu porodowego i światopoglądu są już dla nich daleko daleko na liście priorytetów. A coś takiego jak zadbanie o to, żeby już prawie świeżo upieczona matka poczuła się dobrze i bezpiecznie, nie mieści się chyba w głowach większości pracowników szpitali.

To ja jestem tego dnia na porodowym łóżku, to ja wymiotuję z bólu, to ze mnie leje się krew i Bóg jeden wie, co jeszcze i to moje samopoczucie powinno być ważne, nie ich. Jakkolwiek bezczelnie by to nie zabrzmiało, one są tam dla mnie i ich pieprzonym obowiązkiem powinno być zadbanie o mój komfort i bezpieczeństwo.

Szkoły rodzenia, literatura, blogi, znane położne – tam szukamy informacji o tym, jak ten nasz poród powinien wyglądać. Jak się do niego przygotować, jakie mamy prawa, jakie obowiązki. Dowiadujemy się, jak ważny jest kontakt „skóra do skóry” tuż po urodzeniu. O tym, że dziecka nie powinno się od razu myć, tylko takie nagie i obsmarowane położyć matce na piersi, najlepiej na kilka godzin. A jak matka nie jest w stanie, to ojciec powinien zdjąć koszulę i tulić maleństwo.

Dowiadujemy się, że aby wytworzył się pokarm, trzeba dziecko jak najszybciej przystawić do piersi i pilnować pór karmienia. Jest to szczególnie ważne po cesarce, bo wtedy mleko w piersiach nie pojawia się tak „z automatu”. A ssanie pobudza produkcję pokarmu.

Mamy prawo do wsparcia i opieki, mamy prawo rodzić w towarzystwie kogoś bliskiego, mamy prawo zmieniać pozycje tak, żeby było nam jak najbardziej komfortowo, a położna powinna pomagać nam w kontrolowaniu oddechu, co ma zmniejszyć intensywność odczuwanego przez nas bólu. Tak to wygląda w teorii, tak to wygląda na filmach i w szpitalu w Leśnej Górze. W rzeczywistości często jest „trochę” inaczej.

Kiedy ja trafiłam na porodówkę, nie było tam prawie nikogo. Jakieś dwie cesarki – jedna zaplanowana, druga „na cito” z ostrego dyżuru. I ja z moim planem porodu naturalnego. Ponieważ byłam sama jedna, to nie musiałam płacić za poród rodzinny w oddzielnej, przytulnej sali. Damian i moja mama mogli mi towarzyszyć na ogólnej sali porodowej, wyglądającej nieco jak taśma w fabryce do wypluwania dzieci. Miałam to głęboko gdzieś. Bolało mnie już tak, że było mi wszystko jedno, czy jestem w Hiltonie czy w rzeźni.

Wiedziałam, że będzie bolało, ale nie zmienia to faktu, że strasznie się bałam. Jak się kurna nie bać, jak przeżywam coś po raz pierwszy, a nie ma koło mnie nikogo, kto by mi umiał powiedzieć, co się ze mną dzieje, uspokoić mnie, dać mi poczucie bezpieczeństwa. Z całym szacunkiem dla Damiana i mojej kochanej rodzicielki, ale autorytetami medycznymi to oni da mnie nie są. Tymczasem lekarki i położne, siedziały sobie w swojej kanciapce i popijały herbatkę, bo przecież „nic się nie dzieje”, to normalne, codziennie słyszą takie wrzaski.

Jakie normalne? Może dla nich. Dla mnie to najbardziej wyjątkowy, wyczekany i jednocześnie przerażający dzień w życiu. Dla mnie to nie jest normalne. I nie przemawia do mnie to, że taka czy inna położna czy lekarka widziały już tysiące porodów i nie robi to po prostu na nich wrażenia, że muszą się zdystansować i znieczulić, żeby nie zwariować. A co mnie to obchodzi?

To ja jestem tego dnia na porodowym łóżku, to ja wymiotuję z bólu, to ze mnie leje się krew i Bóg jeden wie, co jeszcze i to moje samopoczucie powinno być ważne, nie ich. Jakkolwiek bezczelnie by to nie zabrzmiało, one są tam dla mnie i ich pieprzonym obowiązkiem powinno być zadbanie o mój komfort i bezpieczeństwo. I nie robią tego za darmo. Ja im za to płacę, w swoich podatkach, w których nikt mi nie daje taryfy ulgowej.

Przerażona i zmasakrowana bólem, trafiłam w końcu na salę operacyjną. Tam zajęła się mną przemiła anestezjolog, która nie przestawała trzymać mnie za rękę i mówić do mnie. Opowiadać, co się dzieje, tłumaczyć wszystko, przygotowywać na to, co za chwilę poczuję. I to mi dało poczucie bezpieczeństwa i pomogło się uspokoić na tyle, żeby mogła mi wbić tą strzykawkę ze znieczuleniem między jednym skurczem, a drugim. Była ze mną przez całą „cesarkę” i podczas zszywania. Niestety, na sali pooperacyjnej byłam już pod „opieką”, kogoś innego.

Ja to ja. Jakoś tą traumę przeżyłam i poukładałam sobie w głowie. Albo raczej wyparłam z pamięci na długi czas. Ale jest jeszcze Alicja, maleńkie bezbronne dziecko. Czy ktoś zadbał o nią? O jej prawa? O jej przyszłość?

Nie było „skóra do skóry”. Pokazali mi ją tylko i zabrali. Nie było „a może Pan by przytulił córkę, skoro żona jest nieprzytomna?”, tylko „proszę już iść, bo ma pan na sobie mnóstwo zarazków”. No i Damian poszedł do domu i wrócił następnego dnia, tak jak mu kazali.

Alicję zobaczyłam dopiero po 18 godzinach od porodu! Bratowa, po stosunkowo łatwym porodzie naturalnym, zobaczyła synka po 6 czy 7 godzinach. Ja nie byłam w stanie się ruszyć, więc mieli jakąś wymówkę. Ale czemu nie dali dziecka Karolinie? Tego nie zrozumiem. Nie wiemy co się działo z naszymi dziećmi w międzyczasie. Nikt nas o zdanie nie pytał, nikt nam nie zaproponował, żeby chociaż na nie spojrzeć. A my? Niedoświadczone, obolałe i przestraszone, po prostu pozwoliłyśmy zrobić z nami i naszymi dziećmi to, co było najwygodniejsze dla personelu szpitala.

Dopiero we wczorajszej rozmowie zorientowałyśmy się, że przecież nasze dzieci musiały coś w międzyczasie jeść. Nikt nam ich nie przyniósł, żebyśmy karmiły. Wychodzi więc na to, że Alicja była przez pierwsze 18 godzin swojego życia karmiona mlekiem modyfikowanym. Bez mojej zgody, bez zapytania mnie o zdanie!

Wiecie, myślę sobie tak, że przy drugim dziecku, to już się wie o co chodzi. Łatwiej wtedy egzekwować swoje prawa, bo ma się ich większą świadomość. Ale czy to oznacza, że przy pierwszym porodzie jesteśmy zdane na łaskę i niełaskę obcych ludzi? Czy to znaczy, że po prostu musimy się pogodzić z losem? Niekoniecznie. I tu właśnie jest miejsce mężczyzny.

Poza wyjątkowymi sytuacjami życiowymi, dziecko rodzi się obojgu rodzicom, nie tylko matce. I o ile rola matki w procesie porodu jest dość oczywista, o tyle rola ojca zakłada znacznie więcej różnych scenariuszy. Z perspektywy własnych doświadczeń stwierdzam, że mężczyzna powinien pojawić się na porodówce dobrze przygotowany do tego, żeby przez następne godziny i dni być dla swojej żony i dziecka ochroniarzem, adwokatem i rzecznikiem praw. I jeśli będziemy pewnego dnia szykować się do drugiego porodu, tak własnie zrobimy.

Przede wszystkim przygotujemy plan. W punktach wypiszemy wszystkie kwestie, na których nam zależy i do których mamy prawo. Będziemy pracować nad tą listą w oparciu o dotychczasowe doświadczenia i całą wiedzę, jaką uda nam się posiąść. Lista musi być gotowa na kilka tygodni przed planowanym terminem, bo nigdy nic nie wiadomo.

To bardzo ważne. Nie może ona powstać tylko w naszych głowach. Z głowy wszystko może łatwo ulecieć, szczególnie w sytuacjach stresowych, do których porodu bez wątpienia się zaliczają. Lista musi zostać fizycznie spisana i wydrukowana w kilku kopiach. Po co? Żeby się przypadkiem nie zawieruszyła. A tak, można mieć jedną w portfelu, drugą w torebce, trzecią w schowku w samochodzie. A najlepiej jeszcze wysłać sobie pdf na telefony, żeby na pewno ją mieć przy sobie, kiedy nadejdzie odpowiedni moment.

Kiedy więc ja będę się wiła z bólu, to mój mąż wyciągnie tą listę i będzie sprawdzał, punkt po punkcie, czy wszystko jest jak należy. Będzie mu ona przypominać, o co jeszcze powinien zapytać, o co zadbać, co wyegzekwować. I nie da się już zaskoczyć, nie pozwoli potraktować mnie, siebie i naszego dziecka, tak jak zostaliśmy potraktowani, kiedy urodziła się Alicja. I będzie „skóra do skóry” i karmienie piersią. I nie pozwolimy zabrać nigdzie naszego dziecka na kilka godzin. Oj nie…

A póki co, na razie nie dla mnie, lecz dla mojej bratowej, piszcie o swoich doświadczeniach i pomysłach na poród „po ludzku”. A wrocławianki i wrocławianie, piszcie gdzie. Gdzie tak, a gdzie nie.

Po co? Bo może komuś się to przyda. Może nawet mnie :)

by Kamila at styczeń 26, 2015 11:01

Z usmiechem przez Japonie

PORADNIK. Paczka z Japonii do Polski


Jeżeli nakupicie w Japonii pamiątek, książek, ubrań, kosmetyków czy czegokolwiek innego ponad stan (a to się zdarza nad wyraz często) i waga zaczyna przekraczać magiczny limit, kończy się to zwykle albo kłótnią ("po co tyle kupowałeś/kupowałaś?!), albo płaczem ("co ja teraz zrobię?!"), albo opcją "a może się jakoś uda". A co zrobić, jeżeli w ogóle pamiątka (np. japoński miecz) nie chce się zmieścić w walizce, bo jest za duża? Jest jeden sposób, aby te problemy w miarę sensownie rozwiązać. Trzeba jednak wiedzieć jak.



Za każdym razem powrót do Japonii kończy się w naszym przypadku kłótnią, bo to zwykle ja nie mam umiaru, a poza tym mam naprawdę dużą najbliższą rodzinę i nie wyobrażam sobie, żeby każdy ode mnie czegoś nie dostał. Zwykle zostaje niewiele miejsca na moje własne zakupy, a gdy stawiam walizkę na wadze i wskazówka zatrzymuje się na 29 kg, kończy się to płaczem, bo tak duże przekroczenie wagi nie przejdzie na żadnym lotnisku bez ogromnej kary. 

"I co teraz? I co teraz?!"

Nie pozostaje nam nic innego, jak wysłać sobie paczkę z pamiątkami, a najlepiej tylko z książkami. Dlaczego akurat tylko z książkami? Ponieważ istnieje specjalna, niższa opłata za wysyłkę tylko książek do 5 kg. Ta przesyłka nazywa się insatsubutsu i możemy o nią poprosić na poczcie. Oczywiście, inne rzeczy też możemy wysyłać, tylko będzie to ciut droższe. Są też dwie opcje - poczta lotnicza ok. 7-10 dni oraz wysłanie paczki drogą morską ok. 2-3 miesiące. Jak to zrobić?

Po pierwsze musimy wiedzieć, że wszystkie paczki spoza Unii Europejskiej podlegają kontroli celnej w Polsce i opłacie celnej. Należy więc koniecznie zachować wszystkie paragony i potwierdzenia transakcji odnośnie przedmiotów, które wysyłamy, ponieważ polski Urząd Celny może nas o to poprosić. Nie wszystkie zostaną zatrzymane i nie za każdą zapłacimy cło, ale może się tak zdarzyć, jak mi w zeszłym tygodniu, że dostaniemy pismo z Urzędu Celnego z prośbą o uzupełnienie dokumentów tj. paragonów, w przeciwnym razie paczka może zostać odesłana do Japonii.


Co jeśli paragonów nie mamy? Musimy wtedy doprecyzować pod rygorem art. 233 kodeksu karnego, co znajdowało się w środku. A co, jeśli nie pamiętamy?

W tym roku wysłaliśmy z Japonii ponad 8 kg pocztą morską do domu w Polsce. W paczce były tylko książki, które ważyły niemiłosiernie dużo, ponieważ papier jest bardzo ciężki. Nie miałam zielonego pojęcia, o obowiązujących przepisach i nie zachowałam paragonów, nie zanotowałam także, co pakuję do środka. Zadzwoniłam do Oddziału Celnego Pocztowego i zapytałam, co mam w tej sytuacji zrobić. Bardzo miła pani doradziła mi, żeby to wszystko bardzo dokładnie opisać. A zatem należy przygotować pismo, które można wysłać np. mailem pod wskazany adres, a następnie trzymać kciuki, żeby inspektor wydał zgodę na dostarczenie paczki - i albo zapłacimy cło, albo zwolnią nas z cła całkowicie. Jeżeli decyzja będzie negatywna, pewnie można się od niej odwoływać, ale trzeba się liczyć z tym, że nie zobaczymy już naszych pamiątek. 

Napisałam więc A4 gorzkich żalów, że nie byłam zaznajomiona z polskimi przepisami celnymi (bo nie byłam), że nie mam paragonów, bo je wyrzuciłam, a obecnie minęły 2 miesiące i nie dokładnie pamiętam, co było w środku. Starałam się jednak opisać książki jak najdokładniej:



W naszym przypadku nadawcą był Pan Sól, a odbiorcą ja w Polsce. Prawdopodobnie uratował nas fakt, że załączyłam skan karty pobytu Pana Sól, na której widnieje, że adres nadawcy w Polsce i adres odbiorcy jest zgodny. Po drugie, opis "niebieski kot" i "duchy i upiory" jest już tak szczegółowy, że nie można mieć wątpliwości, że to moja paczka :D

Nawet nie zdążyłam pójść na pocztę i wysłać pisma poleconym za zwrotnym poświadczeniem odbioru, a już paczka była przyniesiona przez listonosza, ponieważ - jak się okazuje - przesłanie zeskanowanych dokumentów e-mailem jest wiążące. I dzięki temu moje "niebieskie koty" stoją na mojej półce.



Jeśli chodzi o koszty wysyłki z Japonii do Polski, to niestety zgubiłam specjalną kartę informacyjną, którą miałam zabrać na potrzeby blogowe. W każdym razie wysłanie przesyłki statkiem o wadze 8,17 kg kosztowało mnie 6,200¥ (ok. 200 zł). Priorytetowa poczta lotnicza kosztuje ok. 2 razy więcej. 

Nie jest to jednak dużo, jeżeli miałoby się okazać, że pani w odprawie na lotnisku nie zgodzi się na przekroczenie limitu wagowego nawet o 1 kg. Zdarzyło mi się to 5 lat temu, kiedy leciałam KLM z Osaki do Amsterdamu. Wagę przekroczyłam o 1 kg i pani zaczęła wypisywać blankiet na dopłatę i z tego co pamiętam była to tak duża kwota, że o mało nie zalałam się łzami. Powiedziałam, że my z Panem Sól ważymy razem tyle, ile jedna dorosła osoba, więc to 1 kg nie robi różnicy. W połączeniu z moim japońskim, musiało to być na tyle komiczne, że pani się zaczęła śmiać, a w efekcie ulitowała.

Podsumowując, jeżeli nie lubicie przykrych niespodzianek lub wiecie, że nie macie wyjścia, polecam wysłać swoje katany, komiksy i inne rzeczy pocztą. Do tego celu należy:
- zbierać wszystkie paragony na pamiątki,
- zrobić dokładną listę pakowanych rzeczy wraz z ich opisem, a najlepiej ich zdjęcie jako dokument.
Mam nadzieję, że z tą wiedzą unikniecie stresu, którego się ostatnio najadłam.

by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at styczeń 26, 2015 10:31

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Jak wam się żyje w tej Japonii? – część pierwsza, którego autorem jest Beata

Witam. Poczytałam wczoraj i dziś kilka postów i muszę przyznać, że z wielką przyjemnością:) Japonia mnie nigdy szczególnie nie kręciła, ale ostatnio na wyjazdach zachowanie Japończyków coraz bardziej mnie intryguje. Postanowiłam, więc trochę o nich poczytać i tak trafiłam na Twój blog. Będę zaglądać. Pozdrawiam:)

by Beata at styczeń 26, 2015 09:39

pierwsza żona

cel

Czytam o tych celach. że trzeba je spisać. że trzeba je stawiać i do nich dążyć.

że jak się już wie, co chce się osiągnąć to idzie z górki. ustanowić cel.

Ale jak się już ustanowi ten cel to jest dopiero zadyma. to wtedy w gre wchodzi to czego nie lubimy – samodyscyplina czyli robienie czegoś na co najmniej mamy ochote  i tylko wtedy kiedy nam się najbardziej nie chce (bieganie o 4.37, sprzątanie w sobote o 22.)

ale może ?

czasami tak zastanawiam się co mam zrobić z dzieci szkołą. Wiem, rzucić w cholerę, wyjechać do Śremu.

Bo u nas to podobno niektórzy rodzice to dzwonią do Pani i chodzą do niej, żeby się wykłócać o oceny.

i właśnie się tak zastanawiam czy ja jako ja chciała bym mieć same piątki ?

Czy chciała bym poświęcić 3 dni na sprawdzian a potem być sfrustrowaną że nie dostałam sprawiedliwej oceny?

Tak wiem, syndrom niespełnionych ambicji rodzica.

I ja wiem, że muszą być odpowiedzialne za własne oceny. ale czasami powtarzam 47 razy – weź się spakuj, ogarnij, naucz.

straszne. jestem matkom. truję.

I jak zaczynam niedzielę i widzę ile jest sprawdzianów to mi słabo. A mogła bym być taka WOLNA!

Wiec raczej odpuszczam. nie mam sily, muszą jakoś przetrwać.

może jestem za leniwa? może powinnam siedzieć dzień i noc i robić słówka ?

Tak naprawdę to szukam tu usprawiedliwienia, żeby już dać sobie spokój, żeby już się nie dręczyć.

nie chce mi się robić tych lekcji i tyle.

muszę się sama rozgrzeszyć.

 

 

by autor at styczeń 26, 2015 08:31

Krolowa Matka i Banda Czworga

...

Pompon Młodszy (smutno) - Ja go tak kocham, a on nie chce robić tego, co mu każę...

Cóż, nikt nie obiecywał, że droga do zostania rządcą dusz i/lub dyktatorem dzierżącym władzę żelazną dłonią będzie nie najeżona licznymi przeszkodami, ale łatwa, lekka, przyjemna i usłana płatkami wonnego kwiecia...

by Anutek (noreply@blogger.com) at styczeń 26, 2015 08:15

Zuzanka

Czarny pazur

Wiejskie życie nie musi być nudne

Personel i Spadnięte Niebo zabawili na włościach. Włościa aktualnie przeżywają remont łazienek, pisać o tym nie ma po co, bo każdy przeżył, wie swoje i doskonale pamięta, że od wrzucenia granatu do kąpieli w nowej wannie droga bywa długa. Zatem będzie o zwierzach.

Zwierzyniec wiejski wzbogacił się o Borsuka. Borsuk jest Kocurkiem mniej więcej półrocznym, zjawił się znienacka, jest zdrowiutki jak karasek, czysty jak nowonarodzone prosiątko i głodny, jak Niuteczka. Przyszedł sam do Spadniętego Nieba, na rączkach tulił się i płakał, a puszkę wciągnął tak, że mało się nie udławił. Borukiem został dlatego, że jest czarny w białe borsucze malowanie. Załoga włości i sąsiedzi mają nadzieję, że się toto uchowa, bo miłe i przyjemne.

Głównym jednak zajęciem ludzi był kurzy pokaz mody. Personel niesiony powodzeniem pierwszej kreacji wykonał, relaksując się przy tym nad wyraz, kreację numer dwa, w cenionym przez znawców tematu stylu flamenco. Jako pierwsza ubrana została kura standardowa, ale nie była zachwycona, zatem szybko upolowano i przyodziano Izoldę. Prawda, że elegancka?

Oczywiście, pozostałe kury bardzo jej pozadrościły i dalej, przeglądać się w lustrze, czy też im nie wyrosły także takie piękne kolorowe piórka:

A na koniec do lustra dorwał się Gerwazy. Zobaczył w nim bardzo groźnego koguta, którego natychmiast należało przegonić z podwórka:

Nastroszył się, urósł, rozpędził i z całej siły zaatakował konkurenta. Personel co prędzej zabrał lustro, żeby biedny Gerwazy nie zrobił sobie krzywdy. Zwycięski król podwórka na widok rejterady tchórza stanął w pięknym wykroku, wypiął pierś i donośnym "Ku-ku-RYYY-KUUU!" zakomunikował okolicznym podwórkom, kto tu, prawda, rządzi. W ten sposób również Personel dowiódł, że kura świadomości nie ma i w lustrze widzi obcą kurę, której, na wszelki wypadek, należy wtłuc.

Po raz kolejny poświadczamy również, że w trakcie opisanym zdarzeń nie ucierpiała żadna kura.

Koty zaś domowe mają się dobrze, Behemoś nie daje spać Personelowi, gdyż cała poduszka należy do niego, a Niuteczka zazwyczaj uprzejmie donosi, że brzuszek jest pusty. Czego Wam nie życzymy.

by amelia007@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 26, 2015 07:45

moje waterloo

2037

Odkryłam dietę idealną.

Bierzesz jednego Szefa i jednego Pracownika. Spuszczasz ich na chwilę z oka. Kiedy wracasz z kibla, awantura trwa w najlepsze. Obie strony mają ci za złe, a ty akurat masz roboty po czubki kucyków. Popychasz robotę, żeby zdążyć, wyciszasz jednego, usadzasz drugiego, potem usiłujesz to wszystko uspokoić, żeby łódka mogła płynąć dalej. Oczywiście, by nie było zbyt łatwo, obaj mają charaktery trudne jak cholera.

Wynik?
Oni są w domach, a ty nie możesz nic przełknąć. Ot i sprawa cała.

Dziękuję ci, fabryko. Gdyby nie ty, ważyłabym już 100 kg i do kogo te żale.

***

Na Sarenzie przecenili mi torebkę z Irregulara. Taniej już nie będzie, a ja mogę tylko patrzeć, gdyż albowiem nie wiem, jak dotrwać do pierwszego.
A wogle to boli mnie brzuch. I Czesiek odgryzł mi palec, którym to palcem dotykałam kabanosa marki Krakus. Krew jest wszędzie. A palec jest wskazujący. I teraz do kogo pretensje, że nie ma czym pogrozić?

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at styczeń 26, 2015 06:04

Dzieciowo mi

Konto dla dziecka. Warto? Nie warto? Na co zwracać uwagę?

Do banku przyszła para młodych ludzi. Siedli przy moim stoliku i powiedzieli, że chcą otworzyć konto dla dziecka. - A ile ma

by Malwina Ferenz (Krusz.) at styczeń 26, 2015 06:00

Kurlandia

Akwarium – rzeź niewiniątek

Temat akwarium wywołuje już u mnie alergię…Udało mi się odratować raki i trzy krewetki z czterech sztuk oraz zalać wykładzinę i panele (na kolanach szorowałam ręcznikami frotte podłogę). Zwierzaki wróciły do formy w osobnym zbiorniku. Rak dominator postanowił wykorzystać moment i – kiedy spałam – usunął w nocy rywala. Obżarł mu łapy, a potem urwał głowę. Jakaś masakra…Zeżarł ze smakiem też krewetkę. Zostały dwie…

Wyczyściłam zbiornik, wpuściłam dominatora na próbę. Wszystko było super. Skorupiak był żwawy. Wpuściłam krewetki i… w ciągu pół godziny miałam dwa trupy.

Ostatecznie został dominator i pojawiło się pięć gupików. Wystarczyło, że zostawiłam na chwilę otwarty zbiornik i ryby wylądowały pod szafką, majtając ogonkami. Jakiś armagedon! Tym razem odratowałam gupiki, choć i tak wiem, że staną się paszą dla żarłocznego skorupiaka. Docelowo zbiornik będzie domem dominatora i nie chcę już nic więcej. Jakiś national geographic na żywo, nie na moje nerwy. Ja nie lubię jak moje zwierzaki się zżerają.

***

 

 

by Iga at styczeń 26, 2015 04:21

Niezbyt boska ja

Prawda w oczy kole

Kąpię się, do łazienki wchodzi mój Syn. Zerka na mnie i pyta:

- Chciałabyś schudnąć, mamo? 

- No... - odpowiadam zgodnie z prawdą.

- Bo wiesz, brzucha grubego nie masz. Ale nogi - trochę. 

 

Naprawdę fajnie jest mieć dzieci :)

 

by boskajana@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 26, 2015 03:07

Anrzej rysuje

Tokyo Pongi

Kosmetyki z Japonii, które polecam

Otrzymuję sporo maili od czytelniczek z prośbą o więcej wpisów na temat japońskich kosmetyków – dziś będzie coś specjalnie dla nich :) Poniżej przedstawię Wam listę moich kosmetycznych faworytów. Co prawda tytuł tego wpisu jest trochę mylący, ponieważ nie wszystkie kosmetyki, o których tu przeczytacie to japońskie marki. Niektóre pochodzą z Korei, ale są ogólnodostępne w Japonii. Zdradzę Wam również, że postanowiłam wyjść naprzeciw oczekiwaniom czytelniczek i specjalnie dla nich od tej pory na tym blogu będzie się pojawiało więcej informacji ze świata japońskich kosmetyków. Oczywiście nadal będę pisać bloga i regularnie opisywać Wam ciekawostki z naszego japońskiego życia ;)

1. Perfect Whip od Shiseido

shiseido-perfect-whip-1

Kosmetyk w Japonii uważany za kultowy. Jest to pianka oczyszczająca do twarzy, która usuwa resztki makijażu, oczyszcza pory oraz delikatnie nawilża. Kosmetyk ma konstytencję bardzo gęstego kremu i w naszym domu jest to kosmetyk wielofunkyjny – ja po spienieniu używam do mycia twarzy, mąż natomiast jako kremu do golenia. Oboje jesteśmy bardzo zadowoleni i kupujemy piankę regularnie. Jest to również jeden z tych kosmetyków, o którego przywiezienie do Polski jestem bardzo często proszona. Nadaje się do codziennego stosowania dla cery tłustej czy normalnej (ja używam dwa razy dziennie, cera mieszana), ale wiem, że osoby z cerą suchą, dojrzałą również bardzo sobie chwalą tę piankę, mimo że nie mogą jej używać częściej niż co dwa-trzy dni (może podrażniać). Ja od przyjazdu do Japonii nie używam do mycia twarzy niczego innego i jest to jeden z tych produktów, który mogę z czystym sumieniem polecić.

2. Maski w chusteczkach Pure Smile

puresmileessencemask

Mój absolutny kosmetyczny faworyt i zwycięzca w rankingu na najpopularniejszy kosmetyk, który przywożę do Polski ;) Maski w swoim składzie zawierają między innymi kolagen, kwas hialuronowy, oraz witaminę E. Pure Smile oferuje kilka serii masek, między innymi owocowe, z wyciągiem z róży, wina, ślimaka czy miodu. Używam ich nie częściej niż 2 razy w tygodniu, przeważnie trzymam na twarzy o wiele dłużej niż 15 minut wskazane na opakowaniu i muszę powiedzieć, że efekty są naprawdę świetne. Skóra jest nawilżona i delikatnie wygładzona. Pełny efekt  widać dopiero po kilku tygodniach regularnego stosowania, ale zdecydowanie warto!

3. Bifesta – produkty do demikajażu

bifesta

Nie ma większego znaczenia, który produkt Bifesty wybierzecie – wszystkie są rewelacyjne. Od razu się tu przyznam, że nie lubię środków do demikjażu na bazie olejów, ponieważ podrażniają oczy, dlatego delikatna woda Bifesty to wymarzony produkt dla mnie. Zmywa makijaż bardzo dokładnie, chociaż niezbyt dobrze radzi sobi z woodoopornymi tuszami. Do mocniejszych tuszy polecałabym dwufazowy płyn do demikajażu oczu Bifesty – radzi sobie świetnie, a jest przy tym o niebo delikatniejszy od płynów do demakijażu oczu dostępnych w Europie. Dla mnie jednak dwufazowy płyn do demakijażu oczu to produkt do zadań specjalnych, używam rzadko, bo też rzadko wybieram woodporny tusz.  Na co dzień używam zwykłego płynu Bifesty, aktualnie w wersji niebieskiej. Nie widzę też żadnej różnicy między wersją niebieską, biała i różową – wszystkie radzą sobie z makijażem tak samo dobrze, a dodatkowych efektów nie zaobserwowałam. Produkt jest wydajny, jedna butelka wystarcza na około 6 tygodni codziennego stosowania. Naprawdę polecam!

4. Missha peeling kakaowy

missha

Dla mnie peeling to powinien być porządny drapak i dlatego nie przepadam za delikatnymi wodnymi peelingami azjatyckimi, takimi jak peeling od Ginvery czy za tak zachwalanym wszędzie Natural Aqua Gel Cure. Pierwszy oddałam siostrze i wiem, że go nie używała, drugi od miesięcy zalega w mojej łazience – używam go bardzo rzadko, i bardziej z powodu wyrzutów sumienia :) . Bardzo lubię natomiast kakaowy peeling Misshy – pachnie przepięknie mocnym kakao, mocno oczyszcza, dla mnie to był strzał w dziesiątkę. Ponieważ jest to peeling gruboziarnisty i dość ostry, nie nadaje się do codziennego stosowania i raczej nie będzie odpowiedni dla cery delikatnej czy wrażlwej. Dla każdej innej – polecam!

5. Kakaowy krem do rąk Skin Food

skin_food_hand_balm

Zostajemy w tematach czekoladowych :) Mój ulubiony krem do rąk o zapachu czekoladowego budyniu, bardzo gęsty i bardzo tłusty, idealny na zimę. Radzi sobie nie tylko z suchą skórą dłoni, ale również z suchymi skórkami wokół paznokci. Jeśli nie lubicie stosować olejków do paznokci (ja nie lubię), to ten krem będzie idealny. Takie dwa w jednym. Polecam!

***

A Wy macie jakieś swoje ulubione kosmetyki z Japonii?

The post Kosmetyki z Japonii, które polecam appeared first on TokyoPongi.

by Maika at styczeń 26, 2015 01:21

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Jet lag oraz inne uroki latania, którego autorem jest Miruś

na jet lag, ponoć najlepiej jest rano zmusić się do zjedzenia śniadania i tak przez kilka dni, to organizm się przyzwyczai ^^”

by Miruś at styczeń 26, 2015 11:24

am mniam

Śniadaniowe smoothie z mango, bananem i nerkowcami

Lubię rozpocząć dzień od szklaneczki smoothie. Często stanowi ono moje śniadanie, albo jego część. Wszystko zależy od tego, co do niego dodam. Czasami jest to sama zielenina, owoce, jakieś warzywa i woda, a czasem dorzucam jeszcze orzechy albo nieco kaszy, co czyni je bardziej sycącym i zaspokaja mój apetyt na cały poranek. Oto przepis na... More

by Magda at styczeń 26, 2015 10:57

Kura

Pazur pod budkę

Drodzy Czytelnicy,

 

Z pomocą Brodoziaka (kurzy kierownik do spraw komputera)

stworzyłam nową, piękną, własną, kurzą stronę!

 

Zapraszam do oglądania i zachwytów:

www.kura-kura.pl


Aktualny blog będzie jeszcze aktywny.

Na nowy wybieram, tymczasem, najlepsze wpisy i rysunki ze starego (to już 6 lat!).

Przybywajcie powiększyć gniazdo fanów!


 

Szczególne podziękowania dla Dominiki,

autorki blogu Polka w Monachium

http://polkawmonachium.blogspot.de/

Bez jej zachęty i inspiracji

nadal byłabym na etapie "mam zamiar" założyć własną stronę.

Dziękuję!

 

 

Pozdrawiam

Kura

PS Tytuł wpisu nawiązuje do wyliczanki z zamierzchłych czasów "palec pod budkę, bo za minutkę"...

by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 26, 2015 10:09

zycie na kreske

Kura pazurem

Rosną statystyki

Wczoraj usłyszałam w radiu, że poziom czytelnictwa wśród młodych ludzi w wieku 15-19 lat wzrósł o 8%! To naprawdę coś. Cieszy, bo jest szansa, że będzie to tendencja zwyżkowa. No, ale za chwilę przyszło otrzeźwienie. Usłyszałam niezłą historię pewnego pana, który poszedł do biblioteki w swoim mieście. Pan piszący książki, ponadto poeta, a pod pachą dzierżył swoją powieść. Chciał pogadać z bibliotekarką, bo interesowały go spotkania autorskie organizowane w bibliotece, chciałby przyjść też na jakiś wieczorek poetycki, jeśli organizują. Chciał również zachęcić panią, żeby zamówiła do biblioteki książkę, którą właśnie miał ze sobą. Toż lokalnych twórców trzeba promować.

książki− Mogę pani tę książkę pożyczyć do przeczytania, wtedy łatwiej będzie zdecydować.

− Nie, dziękuję, ja nie czytam książek. – Słyszy odpowiedź. I konsternacja. Bibliotekarka nieczytająca książek?! A jak ona tu trafiła? A jak ktoś prosi o radę, to co? Mężczyznę wbiło w ziemię i na chwilę zamurowało, bo nie spodziewał się takiej odpowiedzi.

− Niech pan idzie do dyrektorki – mówi w końcu dziewczę zwane dumnie bibliotekarką.

Poszedł więc. Znalazł szanowną dyrekcję. Dyrekcja okazała się słusznych rozmiarów. Zajmowała sporą część biurka i wpatrywała się z uwagą w monitor komputera. Mężczyzna przedstawił wszystko jeszcze raz. I zaproponował również, że książkę pożyczy.

− Panie, ja nie mam czasu, ja muszę sprawozdania pisać.

Aha. No, to już jakieś wytłumaczenie. Sprawozdania ważna rzecz. Mężczyzna ostatkiem silnej woli powstrzymał się, by nie zajrzeć jej przez ramię, by nie sprawdzić, czy właśnie pasjansa nie układa. Zapytał jeszcze, czy organizują spotkania autorskie, bo on chciałby przyjść, posłuchać.

− Panie, nikogo to nie interesuje. Ostatnio mieliśmy tutaj taką celebrytkę, aktorkę, co książkę napisała i przyszła jedna osoba.

Mężczyzna się zdziwił, bo do biblioteki przychodzi systematycznie, ale nic nie wiedział, a aktorki chętnie by posłuchał.

− A gdzie zamieszczają państwo informacje o spotkaniach? – pyta.

− W internecie.

− Ale ja nie mam internetu – odpowiada smutno. – A nie można by tutaj jakiego plakatu wywiesić, żeby czytelnicy wiedzieli o takich spotkaniach?

− Panie! – kobieta spogląda na niego, jakby się z choinki urwał. – Plakaty kosztują, tak? A kto za to zapłaci?

- Aha, no tak. – Przez ułamek sekundy w głowie mu się pojawił ręcznie zrobiony plakat, ale szybko uleciał, toż w bibliotece nowoczesność, a nie jakieś przedpotopowe praktyki!

Mężczyzna podziękował za informację i wyszedł. Kiedy mi to opowiedział, rechałam się z pół godziny i żal mi strasznie było tych pań. Szczególnie tej nieczytającej z zasady. Toż dla niej praca w bibliotece toż musi być kara jakaś za straszliwe grzechy. Tak w tumanach kurzu przez cały dzień! Choć z drugiej strony stwierdzam, że życie wewnętrzne musi mieć bardzo ciekawe. Siedzieć tak przez ileś godzin na dupsku wśród książek, gdzie ruch pewnie niewielki i nie przeczytać czegokolwiek? Toż z czystej ciekawości człowiek by chwycił jakiś wolumin, przerzucił kilka kartek. Ba! Obrazki by pooglądał.

No, ale podobno czytelnictwo wzrasta! Będzie dobrze. Musi. I tej optymistycznej wersji się trzymajmy.

A jak Wy obserwujecie wokół siebie? Wzrasta czy ciągle „w zwisie”?

by anna at styczeń 26, 2015 03:28

zapiski zgagi

Niestety…

… fotek z ptactwem na razie nie będzie! Że moje nie wyszły, to drobna szczegóła. Ale że i Małżowi, doświadczonemu fotografowi, się nie udało? Wszystkie zdjęcia niewyraźne, poruszone, ptaszki jednak szybsze od człowieka. Będziemy pracować nad refleksem…

***

Kilka nowych zadań przed naszym Kołem Gospodyń. O dzisiejszym zebraniu dowiedziałam się dosłownie ,,tri pried czasom”. Właśnie zeszłam z ćwiczeń na rowerku. Łeb spocony, reszta takoż, akurat się w szlafrok przyodziałam,  a tu dzwoni Hala. – Wiesz o spotkaniu? Bo się zaczyna za 10 minut!

No to takim sprintem, na jaki tylko stać 60-latkę! Ochlapałam ciało, na głowę już czasu nie było. Narzuciłam okrycie spodnie i wierzchnie. W zasadzie zdążyłam… – Na czerep mi proszę nie patrzeć! – zaapelowałam do koleżanek.

Przed wyjściem z zebrania Betty zapytała, czy znów byśmy razem nie pojeździły na aerobik. Nie mam pojęcia, czy dam radę, ale zdecydowałam się spróbować. Najwyżej padnę…

***

Sfilmowano kolejną powieść Miłoszewskiego po ,,Uwikłaniu”.  ,,Ziarno prawdy”. Czytało się znakomicie! Czy Więckiewicz w roli komisarza  się sprawdzi? Po Wałęsie i Hitlerze… Chyba może już zagrać wszystko. Jak Kot. To chyba najbardziej udany polski tandem aktorski na dziś.

Z trudem wielkim natomiast zmęczyłam pana Miłoszewskiego  ,,Domofon”. Tak inny od wcześniej zaliczonych trzech powieści. Ni to horror, ni fantasy. Ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra.  Nie moje klimaty zdecydowanie… Panie Zygmuncie umiłowany, nie idź tą drogą!

 

by Zgaga at styczeń 26, 2015 12:14

styczeń 25, 2015

Slow Day Long

Kotostrofa, czyli historia Zygmuncika. Czy zakończy się happy endem?

Kilka miesięcy temu, kiedy byliśmy na urlopie w Świeradowie Zdrój, pewnego dnia usłyszeliśmy pod balkonem koci płacz. Długo się nie zastanawiając, poszliśmy sprawdzić, co się dzieje. Damian dał nura w „krzaczory” i po kilku minutach pojawił się z małym ślicznym koteczkiem. Tak oto, w naszym życiu pojawił się Zygmunt (kto nie pamięta, niech zajrzy TUTAJ).

Nie zastanawialiśmy się zbytnio, jak go nazwać. Było to pierwsze imię, jakie przyszło mi do głowy, kiedy na niego spojrzałam. Wyglądał mi na Zygmunta. Zresztą, imię miało być tymczasowe. Natychmiast bowiem zaczęliśmy dla niego szukać domu. Miał spędzić z nami najwyżej kilka dni. Wyszło zupełnie inaczej.

Na samym początku pojawił się ktoś, kto był nim zainteresowany. Napisaliśmy nawet o tym na blogu (TUTAJ) i tym samym zniechęciliśmy innych potencjalnych „rodziców” koteczka do tego, żeby się w ogóle ujawniać. Nic jednak z tego nie wyszło, a my… zdążyliśmy się do kotka przyzwyczaić.

Wszyscy dookoła nakręcali nas na to, żebyśmy go sobie zostawili. Na naszym blogowym Facebooku huczało, że „coś nam się wydaje, że Pan kot zostanie z Wami”. I jakoś tak, od słowa do słowa, został. Zadomowił się u nas. Zakumplował z Bronisławem i Alicją. Wsiąkł w naszą codzienność.

Jak już wspomniałam na początku, życie nie zawsze jest proste i często potrafi zaskoczyć. Nawet wtedy, kiedy myślimy, że już był „happy end” danej historii.Tym razem na drodze do szczęścia stanęła… alergia.

Kot Zygmunt Slow Day Long (2)

Kot Zygmunt Slow Day Long (3)

Kot Zygmunt Slow Day Long (4)

Kot Zygmunt Slow Day Long (5)

Jestem alergikiem. Kurz, grzyby i pleśnie to moi najwięksi wrogowie. Sama się z siebie śmieję, że jestem uzależniona od odkurzania. A kiedy wybieramy się w rodzinne strony Damiana, biorę większą dawkę leków i żartuję, że jedziemy w „grzybopomorskie”. Co kilka dni zmieniam pościel, bo tyle potrzeba, żeby zakurzyła się tak, żebym nie mogła swobodnie oddychać w czasie snu.

I tak sobie funkcjonuję w moim czystym domu. Sprzątając z częstotliwością graniczącą z nerwicą natręctw. Jednak pomimo tych obsesyjnych zabiegów, jesienią zaczęłam pokasływać. I do tej pory nie przestałam.

Na początku myślałam, że to przez kaloryfery. Wiecie, suche powietrze i te sprawy. Zaczęłam jeszcze częściej odkurzać i wietrzyć, ale było coraz gorzej. Przeszłam masę różnych badań. Refundowanych, nierefundowanych, a nawet takich, co robią tylko w Sanepidzie. Pojawiło się nawet podejrzenie, że mimo iż jest to niemalże niemożliwe, mogłam ponownie zachorować na krztusiec. I co się okazało? Alergia, na koteczka.

Dlaczego więc nie miałam tego problemu z Bronisławem, zapytacie, skoro mieszkam z tym 9-cio kilogramowym tygrysem od czterech lat? Otóż, Bronek nie uczula. Widać, ma to po swoich syberyjskich przodkach. Prawda jest taka, że nigdy nie powodował alergicznych reakcji u żadnego z naszych znajomych, którzy mają alergię na te futrzaki. Zygmunt niestety tego nie ma. Niektóre koty uczulają, a niektóre nie.

Przechodząc więc do sedna. Musimy znaleźć dla Zygmunta nowy dom. Dom nie-alergika. Dom, w którym mieszkają dobrzy ludzie, którzy będą mieli dla niego czas i dużo dużo miłości. Ta mała znajda bardzo jej potrzebuje.

ZYGMUNT

Zygmunt ma w tej chwili jakieś 5,5 miesiąca. Jest zdrowy, odrobaczony i dobrze wychowany. Umie się załatwiać do kuwety i nie lubi obcinać pazurów. Ma wilczy apetyt.

U nas rośnie na kanapowca, ale jest jeszcze wystarczająco młody, żeby pójść w stronę łownego kocura ogrodowego. Widać u niego tę tęsknotę do tego, co za oknem. My mu tego zapewnić nie możemy. Mieszkamy w bloku na drugim piętrze.

Kotek nie jest wykastrowany, ale powoli można się do tego powoli przymierzać. Terenu w każdym bądź razie nie znaczy, więc tego nie należy się obawiać. Fajny z niego zwierz. Żal sie rozstawać. Ale jak trzeba to trzeba. Bo niedługo płuca wypluję.

Oficjalnie rozpoczynamy więc casting na nową rodzinę dla Zygmunta. Od razu dodam, że w „byle jakie” ręce, aby się go o tak, po prostu pozbyć, go nie oddamy. To nasz przyjaciel i chcemy dla niego jak najlepiej.

Uratowaliśmy mu życie, a teraz szukamy dla niego nowego domu, bo niestety, nie może dalej z nami mieszkać.

Kto pierwszy?

Kot Zygmunt Slow Day Long (1)

Kot Zygmunt Slow Day Long (8)

Kot Zygmunt Slow Day Long (6)

by Kamila at styczeń 25, 2015 11:01

Eksribicjonizm kontrolowany

Na dłużej niż na zawsze. O nieodwołalności po ślubie

Zobowiązania i obietnice - czy warto się ich bać?

Planowałam dziś napisać o angielskich śniadaniach. Lekki wpis o ciężkim jedzeniu. Ale dostałam maila, na którego chciałabym odpowiedzieć także tu, na łamach bloga.

Karina napisała do mnie dlatego, że jest w podobnej sytuacji jak ja: udany wieloletni związek, wspólne mieszkanie, długie narzeczeństwo. Wiele nas też dzieli - ona planuje ślub w maju. I ma mnóstwo wątpliwości.

"Stresuję się ślubem tak, że nie mogę spać. Boję się, że to nie jest dobry krok. Nigdy wcześniej nie miałam wątpliwości, a teraz nagle zaczynam myśleć, że może warto jeszcze pożyć. A co jeśli nieodwołalność zmieni nas i to co między nami? Znam trochę par które miały tak samo jak my i się rozwodziły na pół roku od ślubu."

Stres przed ślubem 
to normalna rzecz. Chyba każda z nas go doświadcza! Ja byłam wyluzowana jak kaczka Julii Child, a i tak mamy zdjęcie, na którym On rozgrzewa mi zlodowaciałe ze zdenerwowania dłonie. Na opanowanie lęku najlepiej działa nazwanie go - ja się bałam publicznego występu i tego, że się rozpłaczę, i że ktoś z ważnych gości nie dotrze na czas, i że palnę coś głupiego, i że dwie rodziny się nie dogadają. Miałam w sobie też trochę niepokoju o to, czy dam radę odnaleźć się w nowej roli społecznej.

Bo niby nie zmienia się nic, ale pod wieloma względami zmienia się dużo. Przede wszystkim w relacjach społecznych. Zupełnie inaczej odbiera się kobietę, która mówi "mój chłopak" i taką, która mówi "mój mąż". Można powiedzieć, że w oczach wielu osób dopiero po ślubie stajemy się dorosłe, choć przecież za nami już matura, studia, egzamin na prawo jazdy i samodzielność finansowa.

Przyszłość jest niepewna,
więc boimy się zobowiązań i obietnic. Obawiamy się, że stanie się coś, co powstrzyma nas od ich dotrzymania. (Ciekawe, że tego lęku nie odczuwamy, kiedy w bezdusznym banku bierzemy kredyt na 30 lat, a małżeństwo z ukochanym człowiekiem tak nas przeraża... To tak na marginesie.) Boimy się palić za sobą mosty, zamykać za sobą drzwi i nie zostawiać żadnej drogi wyjścia.

Chyba właśnie dlatego ślub jest dla wielu z nas takim trudnym momentem. Rzeczywiście wiąże się z nieodwołalnością. Jestem panią L. i nie ma dla mnie powrotu do panny B. - ta droga jest zamknięta, mogę być żoną, rozwódką lub wdową. Oboje publicznie zobowiązaliśmy się do tego, że będziemy dbać o nasz związek i o siebie nawzajem. W kościele przysięga się też miłość, czego jeszcze trudniej dotrzymać. Już klasyk powiedział, że serce nie sługa, więc taką przysięgę można złamać nawet wbrew swojej woli.

Mnie to nie przeraża.
Bo dla mnie dzień ślubu nie był granicą między "teraz jeszcze mogę się wycofać" a "koniec, klamka zapadła, stało się". Przecież to zobowiązanie podjęłam już dawno - kiedy zaczęliśmy być razem, kiedy wspólnie zamieszkaliśmy, kiedy kupiliśmy na pół stół, odkurzacz i łóżko. Obietnicą wspólnego życia było każde nasze "kocham" przez te wszystkie lata.

Od 12 lat nie jestem singlem. Panieństwo jako stan wolności od zobowiązań pożegnałam już dawno. I to bez żalu, bo mam za sobą wiele wyborów, które determinowały moją życiową drogę. Po tym czasie nie mam żadnych wątpliwości co do bycia z Nim, bo to dla mnie tak naturalne jak moje imię czy to, że mówię po polsku.

Tak więc, Karino, napiszę Ci to samo, co napisałam w mailu: spójrz na to inaczej.
Ślub zamyka za Tobą jedne drzwi, ale otwiera szereg innych.
Nie ma powodu, żeby z powodu jednej przysięgi miało zacząć być źle, jeśli dotąd było dobrze.

Patrz do przodu. Patrzcie razem.
Będzie dobrze.

by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at styczeń 25, 2015 09:22

Zuzanka

Dzieciowo mi

Bielizna dziecięca, czyli pogadajmy o gaciach i nie tylko

Póki najszlachetniejsza część pleców bezpiecznie spoczywa opakowana w pieluchę, problem jest czysto teoretyczny i zajmuje nas mniej więcej tak samo jak podręcznik

by Malwina Ferenz (Krusz.) at styczeń 25, 2015 06:00

Czytadelko

Kaszmirowy szal - Rosie Thomas

Rzadko, ale jednak zdarza mi się nie doczytać książki do końca. Mam wtedy ogromne wyrzuty sumienia, bo może jednak powinnam, bo może jednak końcówka by ją jakoś uratowała, zmieniła moje odczucia... Z drugiej strony ogromnie mi żal czasu, który straciłam na Kaszmirowy szal , choć przecież mogłam go poświęcić na coś znacznie lepszego.


Może powinna dać mi do myślenia ta nieco kiczowata okładka, może czerwień z opisu książki waląca po oczach powinna ostrzec, a jednak zignorowałam te sygnały. Bo Indie, bo podróż, bo odkrywanie tajemnicy z przeszłości, bo obietnica przygody, bo wielka miłość, bo egzotyczny Kaszmir, bo, bo, bo... Prawda jest taka, że koniec końców mam poczucie zmarnowanego czasu. Czytałam tę książkę przez prawie dwa tygodnie. Poczułam gdzieś tam w okolicach 50 strony, że to nie mój klimat, przy następnych 50 uznałam, że chyba nie dam rady, ale brnęłam dalej jak ta durna, bo może coś się rozkręci, bo może coś się zacznie dziać, bo może zaskoczy, wciągnie, a poza tym głupio tak zostawiać książkę rozgrzebaną i nieprzeczytaną. Cóż, jeszcze głupiej brnąć w coś, co nas męczy. W okolicach 350 definitywnie sobie odpuściłam i zachodzę w głowę dlaczego tak daleko.

Właściwie zaczyna się całkiem nieźle. W trakcie sprzątania rodzinnego domu po śmierci ojca Mair Ellis wraz z rodzeństwem natrafiają na przepiękny kaszmirowy szal i pukiel dziecięcych włosów. Dylan i Eirlys założyli już własne rodziny, mieli piękne i duże domy. Tylko Mair była sama*, nic więc dziwnego, że odnalezione pamiątki stały się doskonałym pretekstem do wyruszenia w podróż i odkrycia rodzinnych tajemnic... Dobry początek, prawda? Mogło być interesująco, prawda? Mogło mnie zmylić? Mogło. I zmyliło. Ale niestety, im dalej, tym gorzej...

Postacie stworzone przez Rosie Thomas są tak papierowe, tak strasznie schematyczne, tak mocno zrobione według jednego wzoru, że moim zdaniem bez sensu było wymyślanie im kilku różnych imion. Trzeba było wszystkie bohaterki nazwać tak samo i na jedno by wyszło, bo i tak trudno je rozróżnić. Jeden sposób myślenia, mówienia i działania... Kilka kobiet zlewających się w jedną, co gorsza, naprawdę nijaką osobę. Właściwie do samego końca musiałam chwilę się zastanowić, żeby odróżnić Mair od Myrtle, Myrtle od Nerys, a Nerys od Mair, masakra. Tak jak niczym nie różnią się bohaterki, tak właściwie nie ma różnicy czy akcja toczy się współcześnie czy w trakcie II wojny światowej. Owszem, w tym drugim przypadku ktoś tam na wojnę jedzie, ktoś tam wraca, ktoś ginie, a inny zostaje ranny, ale poza tym raczej bez różnicy. Trudno więc połapać się w bohaterach, trudno w czasie, trudno zrozumieć do czego to wszystko dąży, tym bardziej, że i samej historii, a właściwie dwóm splecionym w jedną historiom, zdecydowanie brakuje polotu. Ze strony na stronę moje zainteresowanie malało, aż w końcu doszłam do wniosku, że zupełnie nie obchodzi mnie skąd ten szal, czyje włosy Mair znalazła w kopercie i co się stało z Zahrą. 

Nijakie tło, nijakie postacie, nijaka historia. Nie polecam, a nawet, choć rzadko to robię, odradzam. Nie marnujcie czasu, który ja zmarnowałam, przeznaczcie go na coś lepszego.

Rosie Thomas, Kaszmirowy szal , Warszawa, Hachette Polska Sp. z o.o., 2013

*s. 13

by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 25, 2015 05:47

Pani Smaczna

Pieczony łosoś z porem, gruszką i lazurem

Pieczony łosoś z porem, gruszką i lazurem

Aby w kuchni była różnorodność, tym razem pora na pora ;) i na coś bez sosu. Lubię łososia przygotowywanego na parze, ale forma pieczona jest chyba moją ulubioną. Na parze z dodatkami za bardzo nie poszalejemy, tak mi się przynajmniej wydaje. Za to w folię aluminiową można zawinąć ulubione dodatki, pokombinować, ryba przejdzie smakiem, aromatem i nie jest nudno! Nawet mąż, którego do miłośników ryb zdecydowanie nie zaliczymy, podjada mi widelcem z talerza, jak przygotuję rybę właśnie w takiej postaci. Spróbujcie.

Składniki:

  • 350 g filet z łososia
  • 60 g pora
  • 60 g gruszki
  • 20 g sera lazur
  • łyżeczka masła
  • garstka posiekanej natki pietruszki
  • sól
  • pieprz
  • sok z cytryny (opcjonalnie)








Wykonanie:

Filet z łososia myjemy, osuszamy ręcznikiem papierowym i nacieramy solą i pieprzem z obu stron.
Por przecinamy na pół i drobno siekamy w paseczki. Gruszkę i ser lazur kroimy w niedużą kostkę.

Na niedużej patelni rozpuszczamy masło i podsmażamy na nim pora przez 3-4 minuty. Możemy delikatnie posolić (pamiętajmy jednak, że lazur też jest słony).

Urywamy kawałek folii aluminiowej, na środku kładziemy filet z łososia, na nim układamy pora, gruszkę i ser lazur. Posypujemy natką pietruszki. Całość zawijamy w pakunek.
Piekarnik rozgrzewamy do 200°C. Pieczemy rybę przez 15 minut. Podajemy od razu. Możemy skropić ją odrobiną soku z cytryny.

Smacznego!

by Pani Smaczna at styczeń 25, 2015 05:45