Planeta Jadzi

grudzień 22, 2014

zycie na kreske

grudzień 21, 2014

efka i koty

Idą święta...

Już prawie święta. Dziś ubraliśmy choinkę. Na razie wygląda trochę biednie, To dlatego, że zawsze mieliśmy malutką choineczkę w doniczce. W tym roku kupiliśmy ciętą i jakoś tak wyszło, że jest dużo większa. No i naszych ozdób jest zdecydowanie za mało. Ale samo drzewko jest piękne. Brakuje tylko ładnych bombek. Ale może uda się jeszcze nadrobić :-)


U Gosiannki pojawił się wspaniały pomysł wspominania świąt z dzieciństwa. Ucieszyłam się, że zajrzę do starego albumu ale nie umiem go znaleźć. Tak więc nie mam jak pokazać Wam moich choinkowych zdjęć :-( Mam nadzieję, że album będzie u moich rodziców. Szkoda, bo pamiętam z niego nie jedno zdjęcie choinkowe. Ale z przyjemnością będę oglądać Wasze wspomnienia a jak się uda to dołączę swoje.

Święta to i prezenty. Ja już dostałam kilka mimo, że Wigilii jeszcze nie było. Wielką radość sprawiła mi przesyłka od przyjaciół z Anglii. Uwielbiam puzzle a te z kotami to podwójna  - a raczej w tym przypadku potrójna przyjemność. Od razu musiałam je ułożyć :-) Dziękuję Kochani!!



Pochwalę się jeszcze jednym prezentem. Wprawdzie to nie z okazji świąt ale podziękowanie za bycie jurorką w konkursie jednak nie pokazałam go wcześniej. Dziękuję Kasiu za wspaniały prezent - kawa z kubeczka smakuje wyśmienicie a pudełeczko cieszy moje oczy w kuchni.


by efka i koty (noreply@blogger.com) at grudzień 21, 2014 10:08

moje waterloo

2013

Sprawozdania z oglądania domu nie będzie, gdyż mam dobre serce, na okoliczność czego muszę posiadać twardą dupę. W piątek rano zelektryzował mnie telefon Justyny.
- Załatw mi urlop. Dzik od wczoraj rzyga. I przyjedź do mnie po południu.
Załatwiłam. Przygruchałam receptę na Nifuroksazyd, gdyż z doniesień wynikało, że do wymiotów dołączyła sraczka. Wykupiłam co trzeba w aptece i pojechałam. Dzik rzeczywiście rzygał i nawet uczcił w ten sposób moje przybycie, po czym zapytał:
- A kiedy Asia sobie jedzie?
I zamiast rozważać jego uprzejmość, miałam wyjść. Gdyż dziecko intuicyjnie radziło dobrze.

Wczoraj wieczorem poczułam, że strasznie jestem obżarta. Ilość spożytego pokarmu na to nie wskazywała. Pół godziny później zaczął mnie boleć żołądek.
- Zemsta? - napisałam do matki Dzika.
Ludzie! Nie pamiętam takich atrakcji jako żywo. Wiemy na pewno, że to był wirus, a wcześniej rozważałyśmy różne zatrucia. Nie, to nie były zatrucia.
Nie wymiotuję już 12 godzin, a od 9. nie mam sraczki. Właściwie trudno to sraczką nazwać - nie znajduję słowa. I ta panika: czy zdążę zmienić pozycję... Cudownie.

Słaba jestem jak szczeniaczek, organizm mam oczyszczony do cna. Domu nie pojechaliśmy oglądać, bo Prezes uznał, że to niefajne tak do kogoś pojechać i obrzygać mu chałupę. Wstałam z łóżka. Mówię Wam - fajnie jest siedzieć! Gardło mnie boli jak cholera. Myśl o zjedzeniu różnych rzeczy jest odrzucająca, ale dostała latte i nieźle wchodzi. Wybieram teraz produkty bez zaangażowania mózgu, bazując wyłącznie na instynkcie. Odrzuca - nie odrzuca.
Zjadłam ryż.
I kromkę chleba.
Wypiłam dwie szklanki coli.
Byle do wiosny.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at grudzień 21, 2014 07:35

Zuzanka

Matka jest tylko jedna

Męski foch – studium przypadku

 

 

Spięcie, wymiana zdań, foch. Tak to się zazwyczaj zaczyna. To, co robi obrażona kobieta, zostawmy na późniejsze rozważania, dziś czasu mamy mało, więc zajmiemy się męskim fochem, czyli tym, co może zrobić obrażony Chłop. Studium będzie proste, tak jak prosty jest przeciętny facet.

 

 

 

 

1.

 

 

Tuż po kłótni, facet oddala się do swojej nory. Tam się bunkruje i ostentacyjnym milczeniem stara się zwrócić na siebie uwagę. Po wiekach doświadczeń, po tysiącach wydanych poradników, po milionach opowieści, że to nie ma sensu, on ma dalej nadzieję, więc obrażony – milczy.

 

 

 

2.

 

 

Gdy po dwóch godzinach przekonuje się o bezsensowności swych poczynań, zaczyna działać. Po wiekach doświadczeń, po tysiącu wydanych poradników, po milionach opowieści, on dalej nie wie, że przez dwie godziny focha, kobieta musiała sama sprzątać, prać, gotować, zajmować się dzieckiem i jest już tak wściekła, że lepiej by było, gdyby dalej siedział w swojej jamie. Ale nie, on – Ynteligent – dzwoni. Co minutę, a co 15 wysyła sms – „czemu nie odbierasz?”.

 

 

 

3.

 

 

Po 53 telefonach, kiedy już wie, że Ona nie odbierze, następuje zwarcie i Chłop zaczyna myśleć. To najniebezpieczniejszy moment, bo istnieje ryzyko, że dojdzie do jakichś wniosków.

 

 

 

4.

 

Jeśli szczęście sprzyja waszemu związkowi, Chłop nie dochodzi do żadnych wniosków, idzie spać, a następnego dnia przynosi kwiaty*.

 

 

 

5.

 

 

Tylko po to, żebyś pochwaliła się wspaniałym rozmachem i wyrzuciła je przez okno.

 

 

 

Istnieją dowody, że dopiero ten proces gwarantuje, że Chłop 1o razy się zastanowi, zanim znów się obrazi. Ten „męski foch” jest dla niego zbyt skomplikowany i dużo wody w rzece upłynie, zanim zdecyduje się na przechodzenie tych punktów kolejny raz.

 

 

 

 

*niektóre bajki głoszą, że istnieją Chłopy, co pomijają proces snu i przynoszą kwiaty lub jakikolwiek inny upominek o wiele szybciej. Osobiste doświadczenia jednak mówią mi, że odpowiednia tresura takiego osobnika wymaga wielu pracy i wyrzeczeń. Mało komu się chce, biorąc pod uwagę, że chłopy tak często odchodzą.

 

 

A jak jest  u was?

 

 

 

Post Męski foch – studium przypadku pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at grudzień 21, 2014 05:20

Skorpion w rosole

(156) Wypadek losowy

     Jakieś dwa tygodnie temu, na godzinę przed tym, jak coś na kształt słońca miało zalać ziemię popłuczynami szarego światła, wyrwał mnie spod ciepłej kołdry nieziemski harmider. W pierwszej chwili pomyślałam oczywiście, że wojna. W drugiej chwili, podciągając opadające różowe spodnie od piżamy i łapiąc szare groszki, które chciały z niej się skulnąć wprost na podłogę, uświadomiłam sobie, że przecież wojna się skończyła, przynajmniej druga światowa. W trzeciej chwili pomyślałam, że wylądował nam na dachu samolot, ale puknęłam się łyżeczką w czoło (tak, zdążyłam w ułamku sekundy zrobić sobie kawę, a palcami stóp uszykować kanapkę, zwinnie  otworzyć nimi opakowanie sera w plastrach tak cienkich jak emerytura), bo skąd na dachu samolot! Haha gupia baba! Podeszłam uśmiechnięta, by popatrzeć na świat przez lekko tylko brudne okno, którego i tak nie umyję w tym roku, zadowolona, jak to udało mi się przechytrzyć samą siebie w kwestii odróżniania rzeczy ważnych od ważniejszych, gdy wtem wzrok mój padł na rosnący w rogu ogródka świerk. Momentalnie drętwota oblała moje stopy strumieniem ołowiu, ręka zacisnęła się na szklance z kawusią, która podduszona zwymiotowała mlekiem na podłogę. Broda uderzyła boleśnie o parapet, a z kącika mych ust utoczyła się strużka piany, gdyż oczom moim ukazał się niecodzienny widok: oto samiuśki czubek drzewa zwinięty był w spiralkę. Jednak spiralka nie zakręciła wnętrzem mej czaszki tak bardzo, jak to, co zwisało z owej spiralki. Czubek dendrologiczny wkręcon był bowiem płynnie w koła sań (no, co, u Was chyba tez nie ma śniegu?!), przy których na hałdzie pakunków stał skonsternowany jegomość z czerwonym nosem. Obok niego, na dachu, renifer zamaszyście wyrywał połacie mchów i porostów wprost z rynien, leniwie ruszając żuchwą. Rogacz wpatrywał się tępo w dal i przeżuwał zieleninę,  grubawy jegomość wpatrywał się tylko trochę mniej tępo w hałdę wielkości pampersów po pięcioraczkach tuż po skarmieniu nimi walizki śliwek i popiciu wodą sodową. Ja, wprost przeciwnie - wpatrywałam się ostro w to wszystko, co spadło z nieba, szatkując wzrokiem na plastry i to bez opatrunku.

-Pardąsik za kłopocik - bąknął brodaty mężczyzna - ale nie wyrobiłem na zakręcie. Hyp! Korytarze powietrzne są teraz takie wąskie! To zapewne to wysokie ciśnienie! Albo niskie!  

- Moje drzewko rośnie na środku korytarza? Zaiste, latem nawet odczuwam wokół niego jakieś dziwne zawirowania powietrza i przyjemny chłodek.

- A widzi pani. Było sadzić drzewo pośrodku drogi? Z tego jakie nieszczęścia mogą tylko być! Ale, ale! Skoro już tu hehe wpadłem, może pokwituje mi pani odbiór przesyłek? Co prawda jestem wcześniej jakieś trzy tygodnie, ale po dwudziestym czwartym chcę wziąć urlop i wyjechać w końcu do ciepłych krajów. Człowiek haruje jak idiota od początku roku, by to, co zrobił własnymi i elfimi ręcami, rozdać pod jego koniec. A tydzień wakacji to stanowczo za mało na rekonwalescencję. W końcu nie jestem już stuletnim młodzieniaszkiem! A i elfy zawiązały związki zawodowe, domagając się trzynastki i wczasów z FWP. Kodeksu pracy im się zachciewa, Hammurabi nie wystarcza!
Prosz. Łap pani! Szachy Wikingów alias Kubb. Boule alias Petanka. Rzeczy pomniejszych dwadzieścia osiem sztuk. Oraz mrówki alias mrówki. 

- Mrówki! Bij, zabij, Małżowino, to się pleni jak chwaściory! - głos Małża stłumiony został drugą, wolną stopą, spod której dochodził już tylko cichutki bełkot. Położyłam mu duży paluch centralnie na ustach. - Ćśśśśś, śpij, zamordowałeś wszystkie mrówki w promieniu dwudziestu metrów od krańców naszych włości. Najpewniej od wrzątku z czajnika, którym hojnie rosiłeś ziemię, żyjemy na geotermalnych źródłach (co tłumaczyłoby dlaczego w naszym sąsiedztwie postały Termy Maltańskie). Śpij!

- Przepraszam za Małża, mam nadzieję, że o jego niecnym procederze nie dowiedzą się zieloni; oni lubią się przykuwać do drzew i robić pikiety. A od pikiet pod drzewkiem do pikników pod drzewkiem już niedaleka droga. Panie, ale jakie mrówki?!

- No jak - jakie? - Brodacz wysunął swój długi jęzor z brodawką na samym końcu, celnie splunął na rysik ołówka kopiowego, przesunął nim po rulonie papieru, tworząc fioletową smugę i przeczytał mi z wyżyn dachu: formikarium - sztuk jeden, z wyposażeniem w postaci piaseczku, probóweczek, kamyczków, pipetek, wraz z opisem hodowli, pokarmem i mrówkami - świtą królowej oraz z nią samą. To jest królową we własnej osobie - oko starca wyszło z orbit i zawisło 20cm od mojej twarzy. - Królową w pudełku wozić?! Deprawacja, degrengolada i upadek obyczajów. Wstydź się, kobieto. - Podpisano niejaki Mim, lat osiem i pół. - Dokończył zniesmaczony właściciel brodawki.

     Tymczasem podczas odczytu zauważyłam, jak wokół sań zawirowało, rozsypane na dachu pakunki pofrunęły z powrotem do przyczepki, renifer odkaszlnął, splunął porostem i wyprężył pierś w czerwonej uprzęży. 

- No, komu w drogę temu trzask prask i po wszystkim, jak mawiał Poszepszyński. Właduj paczki, kobieto w różowej piżamie w groszki, jak zwykle do garażu. Tylko nie mrówki, albowiem mrówki nie anorektyk, żreć muszą. 

No i trzasnęło, huknęło, powietrze zaiskrzyło się miliardem drobinek świecącego kurzu, a ja ocknęłam się pod kołdrą. I nic nie wskazywałoby na to, że spotkanie trzeciego stopnia było faktem, gdyby nie rozlana kawa przy oknie i pisk dobywający się z pawlacza : Żreć! Żreeeeć! Królowa chce znieść jajeczka w tej cholernie ciasnej probówce!! Halo, czy jest tu ktoś? Jakiś idiota zakorkował wyjście watą! O jaśnie pani, racz wybaczyć te niedogodności! Do świąt pozostały 2 tygodnie, a potem wprowadzamy się na salony!

I od dwóch tygodni potajemnie karmię mrówki. Bogu dzięki, że nie piersią.



PS z godz. 22.30
Przyszedł czas, żeby oficjalnie obwołać mnie prorokiem albo świętą!
W probówce rajwach i rwetes. Ratunku! Pojawiły się jajka! Ale jaja!
Nawiasem mówiąc rodzina wielodzietna, a żyje w kontenerze! Jeszcze tylko 5 dni, uf!

by pandeMonia (noreply@blogger.com) at grudzień 21, 2014 05:06

Krolowa Matka i Banda Czworga

Pompon Młodszy rozszerza słownictwo

Pompon Młodszy gra "w kjówki", wykorzystując swój ściśle przydzielony i starannie limitowany na tę konkretną rozrywkę przez Bezwzględnych Rodziców czas.


Ze zmarszczoną brwią i wywalonym jęzorem multiplikuje krówki względnie je likwiduje, przemalowuje im łatki na paski, a paski na gwiazdki, wymienia banalną, biało-czarna kolorystykę na coś bardziej rozrywkowego, grupuje je, dzieli, napuszcza jedne na drugie i inne takie, aż w pewnej chwili natyka się na ścianę, ekran dotykowy przestaje najwyraźniej być dotykowy, krówki zamierają w bezruchu, a w Pomponie Młodszym wzbierać zaczyna typowa dla niego cholera.

Pompon Młodszy (gwałtownie dźgając palcem w ekranik, z żyłką coraz szybciej pulsującą na skroni, wściekle) - Do diaska, cio to ma być?!

Królowa Matka kiedyś nauczyła całą swoją klasę, żeby w momencie szczególnego wzburzenia nie rzucała w szeroko pojętą przestrzeń typowych polskich przecinków rozpoczynających się od litery "k", miast tego zaś mówiła "do kroćset!", jak widać Pompon Młodszy z tej samej szkoły...

by Anutek (noreply@blogger.com) at grudzień 21, 2014 05:03

Domowa kuchnia Aniki

Potrawy na Święta Bożego Narodzenia

       Potrawy na  Boże Narodzenie

 

Polskie zwyczaje bożonarodzeniowe wiążą się też nieodłącznie z tradycjami kulinarnymi, które są kultywowane mimo zmieniającego się szybko świata i warunków życia. W zdecydowanej większości naszych domów podtrzymuje się tradycje i obrzędy, które kiedyś były bliskie naszym babkom i prababkom. Dotyczy to również stołu, i wszelkich zwyczajów związanych z jedzeniem. To z dawnych czasów pochodzi zwyczaj czekania przed wieczerzą wigilijną na pierwszą gwiazdkę i dopiero po jej pojawieniu się zasiadania do stołu. Pewnie większość z nas dba o to, by na stole pojawiło się w tym dniu 12 potraw i by nie zabrakło na stole dodatkowego nakrycia dla niespodziewanego gościa. Pod świątecznym obrusem umieszczamy sianko, a pod talerzem resztki opłatka wigilijnego.
Oczywiście świąteczne jedzenie to nie tylko wigilia, po po niej następują dwa kolejne dni świętowania, gdy w naszych domach przygotowujemy świąteczne dania.
Dziś przypomnę Wam dania i specjały, które można podać w wigilijny wieczór i w świąteczne dni, a które publikowałam już kiedyś na moim blogu. Teraz zebrałam świąteczne przepisy w jeden duży post.
Całość podzieliłam na kilka grup: ciasta i ciasteczka świąteczne, dania wigilijne, potrawy z mięsa na świąteczny obiad, sałatki i surówki obiadowe, a także sałatki z majonezem na domowe przyjęcia.

Klikając w nazwę można zobaczyć cały przepis!

1. Świąteczne ciasta i ciasteczka:

Strucla makowa krucho-drożdżowa



Ciasto serowo - makowe




Piernik z powidłami



Świąteczny piernik z dynią




Piernik z dynią (2)




Sernik świąteczny




Sernik domowy tradycyjny




Sernik wiedeński




Sernik krakowski


Sernik królewski



Sernik z brzoskwiniami



Pyszne pierniczki norymberskie




Świąteczne pierniczki z ziemniakami




Maślane ciasteczka kokosowe




Ciasto orzechowe

 


Ciasto Snikers




Świąteczne ciasteczka półfrancuskie z grubym cukrem




Niemieckie świąteczne ciasteczka Spitzbuben




Austriackie rogaliki migdałowe




Tort czekoladowy




Pyszne ciasto dyniowe z piernikową nutą




Ciasto dyniowe z bakaliami




Pyszne ciasto dyniowe z czekoladą




Babka marmurkowa migdałowo - makowa




Rogaliki krucho - drożdżowe z makiem




Drożdżowe rogaliki z różą




Ciasteczka owsiane z cynamonową nutą




Keks królewski




Keks bakaliowy

 
    Kruche ciasteczka migdałowe


      Kruche ciasteczka z makiem




      2. Potrawy wigilijne
       

       
       
       
       
       
       
       
       


      3. Potrawy z mięsa na świąteczny obiad
       

       

       



      4. Sałatki i surówki do obiadu




                             5. Sałatki na domowe przyjęcia 
      - jeśli chcesz zobaczyć moje propozycje sałatek, kliknij TUTAJ  (27 przepisów)








      by Anika (noreply@blogger.com) at grudzień 21, 2014 12:11

      Pierogi z kapustą i grzybami

      Pierogi z kapustą i grzybami



      To już kolejna propozycja na pierogi z kapustą i grzybami, a dokładniej z pieczarkami. Na moim blogu jest też inny przepis na pierogi z kapustą i grzybami, ale tam używam kapusty kiszonej ( przepis TUTAJ ), a do przedstawianych dzisiaj kapusty świeżej, lekko zasmażanej.
      Jeśli chodzi o grzyby w mojej kuchni używam głównie pieczarek, a wszystko wychodzi bardzo aromatyczne. 



      Składniki:
      • 1 średniej wielkości główka kapusty
      • 800 g pieczarek
      • 1 duża cebula
      • 4 - 5 łyżek oleju
      • sól
      • pieprz
      Na ciasto: ok 0,5 kg mąki, 1 żółtko, szczypta soli, łyżka oliwy z oliwek, ok 250 wody ( wodę dolewamy stopniowo - ile wejdzie, aby ciasto było odpowiednio sprężyste )

      Sposób przygotowania:
      • Kapustę drobno szatkujemy, solimy, wkładamy do garnka i zalewamy wodą ( nie musi jej przykryć ). Gotujemy, aż zmięknie ( ok 30 minut )
      • Pieczarki obieramy, myjemy i ścieramy na drobnych oczkach ( najlepiej w malakserze lub robocie )
      • Na dużej patelni ( najlepiej typu wok ) rozgrzewamy olej i wrzucamy na niego drobno posiekaną cebulę. Smażymy do zeszklenia
      • Na zeszkloną cebulę dajemy ugotowana kapustę ( ja wyjmuję ją za pomocą łyżki cedzakowej ). Nie mieszamy, tylko przykrywamy i dusimy na niewielkim ogniu ok 20 minut, potem odkrywamy i smażymy do odparowania wody. Kontrolując sytuację powinniśmy doprowadzić do tego, aby  kapusta i cebula na dnie patelni nieco zbrązowiały. wówczas podlewamy jeszcze raz całość ok 0,5 szklanki wody z gotowania kapusty i czekamy chwilę, aby płyn nabrał koloru ze zbrązowiałych warzyw na dnie patelni. Wówczas całość mieszamy i znów odparowujemy płyn. Kapusta powinna być lekko brązowa i mieć swoisty aromat
      • W międzyczasie na drugiej patelni rozgrzewamy olej i dodajemy starte pieczarki. Delikatnie solimy i smażymy do odparowania płynu
      • Na koniec do kapusty dodajemy pieczarki, mieszamy. Doprawiamy pieprzem i ewentualnie solą. Studzimy
      •  Z podanych wyżej składników zagniatamy ciasto ( ja robię je za pomocą robota ). Rozwałkowujemy ( w całości lub po kawałku ) i wycinamy z ciasta za pomocą specjalnej obręczy kółka. Na środek nakładamy łyżeczkę farszu i sklejamy. ja sklejałam za pomocą specjalnego "lejka" do lepienia pierogów
      • Zagotowujemy w garnku wodę, lekko solimy i wrzucamy na wrzątek pierogi. Od wypłynięcia i ponownego zagotowania się wody gotujemy ok 3 - 4 minuty
      • Podajemy z cebulką przysmażoną na oleju

      by Anika (noreply@blogger.com) at grudzień 21, 2014 12:08

      Czytadelko

      Miasto cieni - Ransom Riggs

      Miasto cieni to bezpośrednia kontynuacja Osobliwego domu pani Peregrine zaczynająca się dokładnie w momencie, w którym jej poprzedniczka się kończy, więc jeśli nie czytaliście jeszcze pierwszej części, to po pierwsze koniecznie to nadróbcie, a po drugie może lepiej w tym miejscu skończcie czytanie tej notki, bo będę zdradzać istotne elementy jej zakończenia.

      Dom zamieszkiwany dotąd przez osobliwców został spalony, pani Peregrine na dłuższy czas uwięziona w ciele ptaka, a gromada dzieci zmuszona do opuszczenia być może na zawsze pętli, w której spędzili ostatnie kilkadziesiąt lat. Pisząc, że Miasto cieni rozpoczyna się dokładnie w momencie, w którym kończy się Osobliwy dom pani Peregrine nie skłamałam ani trochę. To dokładnie ta sama scena, powtarza się nawet zdjęcie ją ilustrujące. Trzy małe łódki, dziesięcioro dzieci, z których powoli opadają resztki sił, sztorm i kilka kilometrów do najbliższego brzegu, który wcale nie gwarantuje bezpieczeństwa. Zaczyna się groźnie, prawda? Ale śledząc dalej przygody osobliwej gromady przekonamy się, że sztorm na środku morza, to naprawdę pikuś, a przewracając kolejne strony będziemy trzymać kciuki, by mimo wszelkich przeciwności losu, a przede wszystkim głucholców i upiorów czający się na każdym kroku, udało im się dotrzeć na czas do miejsca, w którym ocalenie pani Peregrine, i równocześnie ich samych, stanie się możliwe.

      Chciałem jednak zapewnić Emmę, że nie można czuć się źle w każdej sekundzie. Śmiech nie sprawia, że złe rzeczy stają się gorsze, podobnie jak nie staną się lepsze dzięki łzom. Śmiech nie oznacza, że jest nam wszystko jedno albo że zapomnieliśmy - świadczy tylko o tym, że jesteśmy ludźmi. Tego jednak też nie potrafiłem jej przekazać *. 

      W tej części cyklu Riggsa poznajemy jeszcze lepiej historię osobliwych dzieci. Horace, Hugh, Emma, Olive... w przypadku każdego z nich odkrywanie swojej inności odbywało się niemal identycznie. Dziwne zachowania zaczynały się nagle, właściwie bez powodu i niemal z dnia na dzień się nasilały, przerażając i odsuwając od nich najbliższych, tak, że w końcu zostawali zupełnie sami. Nic zresztą dziwnego... każdy z nas byłby przerażony, gdyby bliska osoba kawałek po kawałku zaczęła znikać albo co noc podpalała własne łóżko. Osobliwość jednak nie jest wadą, jest czymś dodatkowym, elementem, który wyróżnia podopiecznych pani Peregrine na tle całej reszty zwykłego społeczeństwa i choć czasem utrudnia życie, sprawiając, że dzieci o niezwykłych zdolnościach czują się mocno wyobcowane, to na ogół stanowią raczej zaletę i w wielu chwilach to życie im ratuje. Podobała mi się teoria, że osobliwość nie jest wadą, lecz wartością dodaną; że nie brakuje nam tego, co mają zwykli ludzie, tylko im brakuje osobliwości. Innymi słowy, mamy więcej, a nie mniej**. 

      Do dobrze znanych nam z poprzedniej części postaci, tym razem dołączają kolejne, o cechach równie osobliwych, pojawiają się też osobliwe zwierzęta, ale książka Riggsa nie przyciąga wyłącznie wyjątkowymi bohaterami. To także podróż przez niezwykłe miejsca; cyrk, w którym osobliwcy wydają się czymś całkiem normalnym, lodowa twierdza, w której chronią się ci, którym jakoś udało się ocaleć, dwudziestowieczny Londyn pogrążony w chaosie powodowanym szalejącą wkoło wojną. Ransom Riggs tworzy niesamowity klimat, sprawiając, że od jego książki ciężko się oderwać, a przygody Jacoba i spółki śledzimy z ogromnym zaangażowaniem.

      Kolejny raz uwagę czytelnika przyciągają zdjęcia. Stare, tajemnicze, wzbudzające ciekawość, a niektóre i poczucie niepokoju i ciarki przebiegające po plecach. Stanowiące integralną część książki, w idealny wprost sposób komponujące się z jej treścią, w pewnych momentach sprawiające nawet wrażenie, że zostały zrobione specjalnie na jej potrzeby, choć wiemy, że zostały zrobione znacznie wcześniej.  

      Moim zdaniem Miasto cieni to świetna kontynuacja i jednocześnie świetny wstęp do kolejnej części a zakończenie wskazuje na to, że z ta z całą pewnością powstanie. Czekam więc z niecierpliwością!

      Ransom Riggs, Miasto cieni , Poznań, Media Rodzina 2014

      *s. 329

      **s. 206

      by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at grudzień 21, 2014 10:18

      Dzieciowo mi

      Kadra kierownicza przedstawia: bojówki i spódniczki, czyli militaria i róż

      W poprzednim odcinku telenoweli ciuchowej James przyłapał Klarę na grzebaniu w szufladach jego kochanki… Nie, to oczywiście nie tak. W poprzednim odcinku telenoweli ciuchowej szanowna prezes spółki Trójca Świetna Sp. z o.o. prezentowała swoje wdzianka, w których zazwyczaj nie chodzi, bo do przedszkola pogina w dresach, wdzianka jednakowoż – w subiektywnej ocenie personelu – ładne. Charakterystyczną i wspólną cechą wszelkiej odzieży było to, że jest ona zdobyczna i trafiła do zarządu albo po innych dzieciach, albo wygrzebana została w lumpiarni, gdzie personel zapuszcza żurawia często gęsto, albo zostały upolowane na targu przez cioteczną babcię zarządu i kosztowały zawrotną cenę pół euro (w porywach do całego euro).

      Mówiłam też o nawróceniu zarządu na róż, brokat i cekiny, mówiłam, że dinozaury są w odwrocie (choć o smokach i krokodylach nie można tego powiedzieć), a dzielą i rządzą kucyki Pony, laleczki Barbie i wszystko, co może się skojarzyć z różem, brokatem i cekinami. Personel nie oponuje. No ba! Pokażcie mi personel, który ma czelność upominać kadrę kierowniczą ;) Może się to dziać jedynie w drodze strajków, a póki co personel strajków nie przewiduje i nawet czuje podskórnie, że prawa mu do nich nie nadano. Ot, żyzń sobacza.

      Odgrażałam się jednak, że jest możliwe pogodzenie skrajności najbardziej skrajnych, czyli różu i stylu militarnego w spodenkach lub – co gorsza – w spódniczkach. Bohaterami dzisiejszego odcinka będą więc – oprócz zarządu rzecz jasna – spódniczki i spodenki proweniencji targowej, która wynorała moja ciocia.

      militaria_i_roz

      Na zdjęciu powyżej Maria zajada pierniczka, o których było wczoraj i które z takim rozmachem były dekorowane, pozostawiając personelowi w spadku kuchenną jesień średniowiecza. Spodenki i spódniczki są z grubego sztruksu. Wielokrotnie były prane i powiem wam, że są nie do zdarcia. Nie mam pojęcia, co to za firma, pewnie jakaś chińszczyzna, ale jeśli tak, to jest to chińszczyzna niezwykle udana. Gacie genialnie nadają się do wyjścia na dwór w chłodniejsze dni.

      Mamy je w wersji zielonej i w wersji fioletowo różowej. Wszystko jest na gumce, dlatego łatwo się wkłada i ściąga, spódniczki dobrze się trzymają, a wszystkie ciuchy mają mnóstwo kieszeni, które też i wiecznie są czymś załadowane (na przykład kamieniami do akwarium)

      militaria_i_roz2

      Niektóre spodenki posiadają na dole ściągacz i dzięki temu dają się łatwo wsuwać do kozaków. Po wała nam kozaki, tego nie wiem, dzisiaj we Wrocku +9 stopni, ale cóż, taki mamy klimat.

      militaria_i_roz3Po co to? Ano po to, by pokazać, że spostrzegawcze oko wychwyci tu i ówdzie naprawdę ciekawe ciuszki za dosłownie grosze. Często robię tak, że w dziewczęcych bojówkach zarząd drałuje do przedszkola, a w szatni przebiera się w lżejsze szmatki (getry, dresy).

      Ponieważ dzisiaj mamy pierwszy dzień zimy (21 grudnia), to za tydzień, w następnym odcinku telenoweli o ciuchach zimowych dla najmniejszych, nieco większych, po stare konie w wieku lat sześciu. Co wpienia, co cieszy, co się sprawdziło, co rozczarowało, za co się łapać, a co sobie darować.

      by kruszyzna at grudzień 21, 2014 09:45

      zycie na kreske

      ...czasem oprócz skalpela używa rozumu

      Test wiedzy o przygodach kapitana Klosa

      Drodzy Przyjaciele!
      Zasmuciła mnie informacja o śmierci Stanisława Mikulskiego. Muszę zdradzić bowiem, że jestem wielkim fanem , a śmiem twierdzić i znawcą przygód kapitana Klossa. Postanowiłem zatem ułożyć 100 pytań odnoszących się do serialu"Stawka większa niż życie" . Nie podaje odpowiedzi. Jeśli Was zainteresują znajdźcie je sami. Jeśli jesteście pewni każdej odpowiedzi, gratuluję / Zatem miłej zabawy




      TEST WIEDZY O KAPITANIE KLOSIE, JEGO PRZYGODACH, DZIEWCZYNACH, WROGACH I PRZYJACIOŁACH
      1. Pierwsza dziewczyna Klossa miała na imię:
      a. Gerda
      b. Marta
      c. Truda
      d. Helga

      2. Była ona :
      a. lekarką
      b. sekretarką
      c. pielęgniarką
      d. działaczką NSDAP

      3. Kelnerka z baru w sztabie w odcinku "Akcja liść dębu" miała na imię:
      a. Blanchette
      b. Simone
      c. Chantall
      d. Elodie

      4. Porucznik Kahlert został skazany na śmierć za:
      a. współpracę z wywiadem sowieckim
      b. utratę ważnych dokumentów wojskowych
      c. oddanie bolszewikom wioski Kaldorf
      d. ucieczkę z pola walki


      5. Jakiej gazety zażądał Kloss od gazeciarza jadąc do Stambułu:
      a. Völkischer Beobachter
      b. Woche
      c. Der Wermacht
      d. Berliner Zeitung

      6. Szefem siatki wywiadowczej w Satmbule okazał się:
      a. właściciel pensjonatu w którym mieszkał Kloss
      b. pani Rose
      c. Aram
      d. Grek Christopulis

      7. Inżynier Pulkowski przed wojną pracował nad:
      a. bombowcami dalekiego zasięgu
      b. bombą atomową
      c. silnikami rakietowymi
      d. prototypem lasera

      8. Rioletto był:
      a. włoskim ambasadorem
      b. dyrektorem cyrku , który występował w okupowanej Warszawie
      c. prestidigitatorem
      d. aktorem z berlińskiego kabaretu, współpracownikiem wywiadu angielskiego




      9. Kiedy Rioletto odwiedza Puschkego ten:
      a. gra a fortepianie
      b. gra na gitarze
      c. bierze prysznic
      d. pakuje paczkę do domu

      10. Rupert miał pewną słabość, którą wykorzystał polski wywiad. Był nią:
      a. narkomania
      b. hazard
      c. alkoholizm
      d. homoseksualizm

      11. Brat Eryka Gettinga nie podpisał Volkslisty i nosił nazwisko
      a. Władysław Siatkowski
      b. Wacław Słowikowski
      c. Waldemar Sakowski
      d. Włodzimierz Samistowski

      12. Plany Wału Atlantyckiego, Ewa Fromm ukryła, a Kloss wydobył je ze skrytki:
      a. na cmentarzy przy grobie rodziny Fibieg
      b. pod ławką w Ogrodzie Zoologicznym
      c. za portretem Fryderyka Wielkiego
      d. pod klęcznikiem w kościele św. Krzyża




      13.Przybyły z Anglii po plany Wału Atlantyckiego konspirator nosi pseudonim:
      a. Kamil
      b. Krzysztof
      c. Klemens
      d. Kornel

      14. Polka organizująca spotkania alkoholowe dla Niemców (następnie kucharka w oddziale partyzanckim ) nazywała się:
      a.  Irena Kaczor
      b. Irena Kalicka
      c. Irmina Kobus
      d. Izabela Krylska

      15.  Punkt kontaktowy do którego miał dostarczyć meldunek Wacek Słowikowski mieścił się na ulicy
      a. Spornej
      b. Śliskiej
      c. Śnieżnej
      d. Smutnej

      16. Krawiec - radiotelegrafista namierzony i wykorzystywany prze Gestapo nazywał się:
      a. Sakowicz
      b. Sakwiński
      c. Skowronek
      d. Sikorski



      17. Teczka Klossa, jaką "przypadkowo" zamienił z inż. Meierem zawierała:
      a. plany rakiety V2
      b. Plany czołgu "Tygrys"
      c. Plany akcji przeciw partyzantom
      d. plany akcji wysiedlenia Żydów

      18. von Vorman potrzebował pieniędzy od Klossa na:
      a. spłatę długów karcianych
      b. remont majątku w Prusach
      c. leczenie ciężko chorego ojca
      d. zapłatę za prostytutki w Paryżu

      19. Narzeczony Kristin Kield, który zginął w Polsce ( jak się okazało współpracował z Polakami) miał na imię:
      a. Lothar
      b. Hans.
      c. Gunter
      d. Heinie

      20. Kristin Kield była:
      a. szwedzką aktorka
      b. norweska aktorką
      c. szwedzką konsul w Berlinie
      d. norweską konsul w Berlinie



      21. Kloss w mieszkaniu Kiristin Kield umieszcza bombę zegarową w:
      a. szafie
      b. pod stołem
      c. za popiersiem Hitlera
      d. w wazonie

      22. Kloss aby wejść do biurowca w fabryce prof. Porschatta:
      a. podpala magazyn z odzieżą
      b. każe żołnierzowi na warcie zapiąć guzik
      c. udaje pijanego
      d. zabija żołnierza na warcie (podcina mu gardło)

      23. Ciotka prawdziwego Klossa chorowała na:
      a. raka
      b. gruźlicę
      c. reumatyzm.
      d. podagrę

      24. Edyta Lausch uniknęła śmierci z rąk zamachowca nasłanego przez Brunnera gdyż:
      a. spóźniła się do pracy, a zamachowiec przestraszył się wartownika
      b. ubrała płaszcz koleżanki bo nie zabrała swojego zimowego
      c. Kloss zdążył zastrzelić zamachowca
      d. położyła się razem z koleżanką w łóżku bo było zimno




      25. "Partyzant"  od którego śmierdzi wódką i który obciąża Edytę Lausch nazywa się:
      a. Wasiak
      b. Walczak
      c. Walisiak
      d. Wolniak

      26. "Partyzant" z pytania 25 przed wojną był:
      a. sklepikarzem
      b. zegarmistrzem.
      c. taksówkarzem
      d. kelnerem

      27. Kapitan polskiego pochodzenia poszukujący Gruppenfuhrera Wolfa nazywał się:
      a. Lewinski
      b. Polonsky
      c. Karpinski
      d. Rowinsky

      28. Rozkaz otoczenia budynku Gestapo gdzie miał przebywać WOLF wykonuje:
      a. Kloss
      b. gen. Willman
      c. por. Lewis
      d. kpt. Lubow




      29. Miller do którego strzela płk. Ring jest świadkiem zatapiania w jeziorze:
      a. bursztynowej komnaty
      b. archiwum ośrodka "Wschód"
      c. cennej porcelany skradzionej Żydom
      d. części tajnej broni rakietowej prawdopodobnie rakiet V2

      30. Pułkownika Ringa zabija:
      a. Kloss
      b. panna von Elken
      c. Schenk
      d. Ring nie ginie w filmie

      31. Aram, sługa księcia Mżawanadze:
      a. świetnie strzela
      b. świetnie rzuca nożami
      c. świetnie zna judo
      d. jest doskonałym kierowcą i ratuje w ten sposób życie swemu panu

      32. Christopulis uprawia:
      a. jeździectwo
      b. kajakarstwo
      c. tenis
      d. polo




      33. Na teren zakładów Porschata Kloss dostał się :
      a. przeskakując płot
      b. kanałem burzowym
      c. ukryty w ciężarówce
      d. przebrany za robotnika

      34. Porucznik Lewis z odcinka Gruppenfuhrer Wolf w cywilu był:
      a. właścicielem knajpy w Texasie
      b. zawodowym bokserem
      c. kowbojem
      d. farmerem

      35.  Panna von Elken była oficerem wywiadu:
      a. niemieckiego
      b. radzieckiego
      c. angielskiego
      d. amerykańskiego

      36. Las w którym mieli wyładować komandosi w ramach Akcji Liść Dębu nazywał się
      a. Weipert
      b. Weiser
      c. Wagner
      d. Weringer




      37. Kontakt Klosa w odcinku Liść Dębu nazywał sie
      a. Kosmala
      b. Tomala
      c. Dądela
      d. Grzymała

      38. Akcja Liść Dębu polegała na:
      a. zbombardowaniu fabryki rakiet V2
      b. wysadzeniu w powietrze zakładów produkujących gazy bojowe
      c. wysadzeniu w powietrze bazy paliwowej Luftwaffe
      d. przechwycenia mostu na rzece

      39. Sygnałem akcji Liść Dębu  było nadanie przez radio:
      a. 8 taktów poloneza Chopina
      b. 8 taktów mazurka Chopina
      c. 16 taktów Złota Renu
      d. 16 taktów Cwału Walkirii

      40. Człowiek u którego zorganizowano kocioł w odcinku "Akcja Liść Dębu" nazywał się:
      a. Tomala
      b. Knoch
      c. Weiss
      d. Witkowski




      41. Oficer dowodzący  "kotłem" z pytania 40 nazywał się:
      a.  Knoch
      b. Weiss
      c. Galubel
      d. Dehne

      42. Benita von Hemming wraz z oficerem SS widzą Ruperta robiącego zdjęcia tajnych planów. Widzą go :
      a. przez okno
      b. przez lustro weneckie
      c. przez zegar na ścianie
      d. przez dziurkę od klucza

      43. Syn profesora Glassa będący w sowieckiej niewolo miał na imię
      a. Kurt
      b. Hans
      c. Lothar
      d. Bruno

      44. W rozmowie z Klossem prof. Glass przyznaje że jest właściwie:
      a. fizykiem jądrowym
      b. chemikiem organicznym
      c. matematykiem
      d. fizykiem teoretykiem



      45. Pani Rose dostała od konsula Grandela:
      a. pierścionek z brylantem
      b. złota bransoletę z rubinami
      c. Krzyż Żelazny za zasługi dla wywiadu
      d. klucz od jego garsoniery

      46. Radca handlowy  Witte wzbogacił się na :
      a. transporcie manganu
      b. transporcie ropy naftowej
      c. transporcie rudy żelaza
      d. transporcie bawełny

      47. W haśle rozpoznawczym z odcinka Hotel  Excelsior pada nazw cygar. Są to cygara:
      a. Pedro Roberto
      b. Pedro Sanchez
      c. Pedro Gomez
      c. Pedro Juarez

      48. Ingrid Heizer była:
      a. sekretarką prof. Glassa
      b. Właścicielką pensjonatu w Paryżu
      c. Siostrą von Vormana
      d. właścicielką kawiarni w Gdańsku



      49. Klos widzi jak nauczyciel w-f Hans Diederlich odbywa lekcję z grupą młodzieży. Mówi do niego:
      a. Podoficerowie nie będą mieli z nimi kłopotu
      b. Szkoda takich chłopaków na front wschodni
      c. Widzę, że świetny z pana nauczyciel
      d. Brawo, armia potrzebuje takich chłopaków

      50. Portier w Hotelu Excelsior miał na imię :
      a. Franciszek
      b. Fryderyk
      c. Alojzy
      d. Gotfryd

      51. Kloss z Józefem Podlasińskim w Krakowie spotykał się :
      a. u dentysty
      b. w kawiarni
      c. u zegarmistrza
      d. w fotoplastykonie

      52. Grafolog. który "wykluczył" że kartkę do Sztedkego pisała pa sama osoba nazywał się:
      a. dr Walter Wurst
      b. dr Werner Wurst
      c. dr Joseph Wurst
      d. dr Kornelius Schmesier



      53. Kiedy Hubert omyłkowo przekazuje von Vormanowi hasło, ten czyta gazetę. Była to:
      a. Volkischer Beobachter
      b.  Der Zeit
      c. Der Wermacht
      d. Krakauer Zeitung

      54. Kloss spóźnia się do Francji w odcinku Hasło, gdyż była ranny w czasie bombardowania pociągu:
      a. w nogę
      b. w głowę
      c. w brzuch
      d. w rękę

      55. Miasto w którym mieszkała rodzina inż. Meyera zostało zbombardowane. Meyer prosi Klosa aby sprawdził czy jego rodzina żyje. Tym miastem jest:
      a. Berlin
      b. Norymberga
      c. Magdeburg
      d. Hamburg

      56. Pułkownik  Reiner ma rodzinę zamieszaną w aferę hrabiego Wąssowskiego. Ta rodzina nosi nazwisko:
      a. von Bechstein
      b. von Eckendorf
      c. von Vorman
      d. von Hackenbusch


      57. Stryj Klossa , którego on rozpoznaje miał na imię:
      a. Hans
      b. Gunter
      c. Joachim
      d. Helmut

      58. Zamiana braci z odcinka "Genialny plan płk. Krafta" odbyła się przy ulicy
      a. Szczytnej 10/22
      b. Szewskiej 10/22
      c. Śliskiej 10/22
      d. Stromej 10/22

      58. Gestapo za pomocą kontrolowanej radiostacji wzywa J-23 na spotkanie. Znakiem rozpoznawczym ma być:
      a. gazeta Der Wermacht w lewej dłoni
      b. kwiat w butonierce
      c. ciemne okulary (ma udawać niewidomego)
      d. ma usiąść o 11.00 w ZOO na ławce koło klatki z żyrafą

      59. Stryj Klossa z pytania 57 był:
      a. sędzią Sądu Rejonowego i członkiem NSDAP
      b. Szefem NSDAP w Królewsku
      c. Dyrektorem Oddziału Banku Rzeszy w Królewcu
      d. Dyrektorem fabryki samolotów w Essen



      60. U hrabiego Wąsowskiego  w początkowych scenach "Żelaznego Krzyża" odbywało się:
      a. polowanie
      b. przyjęcie dyplomatyczne
      c. oblewanie awansu Klossa na kapitana
      d. narada wysokich oficerów SS i Abwehry w sprawie eksterminacji Żydów

      61. Kloss dowiadując się o przejęciu radiostacji przez gestapo wysyła meldunek w którym podaje że J-23 nie mógł przybyć na spotkanie bo miał wyjazd służbowy do:
      a. Szczecina
      b. Warszawy
      c. Berlina
      d. Hamburga

      62. Pijany Dibelius odkrywa skrytkę Wąsowskiego:
      a. w piwnicy gdzie poszedł szukać wina
      b. w łazience
      c. w stajni kiedy oddawał konia lokajowi
      d. w bibliotece , kiedy szukał cygar

      63. Reiner każe swoim podwładnym zabić (w przebraniu partyzantów) Wąsowskiego, Klossa i Lhosego. Są to żołnierze z którymi Reiner walczył:
      a. w kampanii wrześniowej w Polsce
      b. we Francji
      c. w Norwegii
      d. na Krecie



      64. Nadradca Gebhard we wrześniu 1939 dokonał zbrodni. Było to:
      a. rozstrzelanie harcerzy broniących Katowic
      b. rozstrzelanie jeńców polskich pod Płockiem
      c. zamordowanie polskiej rodziny i kradzież wyrobów ze złota i srebra
      d. zabicie pracowników i zagrabienie złota z oddziału banku w Lisko Zdrój

      65. Jeden z generałów niemieckich chciał za pośrednictwem Kristin Kield nawiązać kontakt z rezydentem amerykańskiego wywiadu w Sztokholmie. Był to generał:
      a. vol Goltz
      b. von Boldt
      c. von Kniprode
      d. von Hanke

      66. W pociągu do Stambułu Kloss przedstawia się Marcie Kowacs jako:
      a. van Kloss z Hagi
      b. von Kloss z Hamburga
      c. de Kloss z Paryża
      c. Hans Kloss z Berlina

      67. W rozmowie z Erykiem Gettingiem Kloss przypomina mu że:
      a. wydał własnego ojca Gestapo
      b. wydał Gestapo organizację gimnazjalną z Chojnic
      c. wydał Gestapo drukarnię podziemną
      d. wydał Gestapo dziewczynę swojego brata



      68. W rozmowie z Erykiem Gettingiem Kloss nazywa płk. Krafta
      a. starym osłem
      b. starym durniem
      c. starą świnią
      d. starym bydlakiem

      69. Johan Streit dociera do Anglii wraz z innymi szpiegami:
      a. w łodzi podwodnej
      b. skacze ze spadochronu
      c. kutrem rybackim
      d. ukrywa się na promie jako pracownik portowy

      70. Po przybyciu do Anglii Streit wydaje swoich kolegów w ręce Anglików. Ukrywają się oni:
      a. we wiatraku
      b. w stogu siana
      c. w opuszczonej oborze
      d. w jaskini nad brzegiem morza

      71. Profesor Porschat pracował nad:
      a. bombą atomową
      b. skoncentrowaniem wiązki światła do temperatury Słońca
      c. rakietą zdolną dolecieć do Ameryki
      d. samolotem odrzutowym



      72. Benita von Hemming mówi do Klosa celując do niego z pistoletu:
      a. Od początku wiedziałam kim jesteś
      b. Ręce do góry Hans, zabawa skończona
      c. Nie należy oszukiwać brzydkich dziewcząt
      d. Chciałeś mnie uwieść aby zdobyć plany mojego ojca, byłam szybsza

      73. Kristin Kield umawia się z Klossem przed kinem:
      a. Rialto
      b. Paradiso
      c. Corso
      d. Roma

      74. Eryk Getting miał zostać agentem o kryptonimie:
      a. SG-89
      b. SB - 67
      c. ST - 87
      d. WT- 43

      75. Dentysta Skolnicki naprawdę nazywał się:
      a. Wasiak
      b. Filipiak
      c. Bartczak
      d. Gierczak




      76. Książę Mżawanadze był:
      a. Pretendentem do tronu carów gruzińskich
      b. pretendentem do tronu szacha Persji
      c. księciem Siedmiogrodu, któremu Hitler obiecał powrót na tron
      d. księciem ormiańskim, ostatnim kandydatem do tronu

      77. Mżawanadze współpracował z wywiadem
      a. niemieckim
      b. francuskim
      c. amerykańskim
      d. angielskim

      78. Mżawanadze uzyskiwał informację z konsulatu niemieckiego poprzez: 
      a. zamontowane tam mikrofony
      b. Aran udając głuchego podsłuchiwał
      c. Konsul Grandel opowiadał o wszystkim p. Rose w burdelu
      d. Panna von Tilden kopiowała akta

      79. Kolega , którego prawdziwy Kloss odwiedzał przez wojną na Litwie nazywał się
      a. Gustaw Ehrling
      b. Gustaw Mahler
      c. August Steinbach
      d. Hans Diderlich




      80. Kiedy gestapo przychodzi do stryja Klossa aby zabrać go do Rosji on:
      a. Śpi
      b. Bierze prysznic
      c. Stawa pasjansa
      d. Pije koniak ze swoim przyjacielem

      81. Skrzynka kontaktowa dla siatki w Gdańsku w odcinku Hotel Excelsior mieściła się miedzy innymi na cmentarzu przy grobie:
      a. rodziny Viebieg
      b. rodziny Frauhofner
      c. rodziny Diderlich
      d. rodziny Heiser

      82. Prawdziwy Kloss ostatni raz spotkał Edytę:
      a. w 1933 w Berlinie u ciotki Grety
      b. w1936 w majątku wujostwa Weisenberg
      c. w 1939 na wyścigach konnych w Królewcu
      d. w 1937 w posiadłości stryja Helmuta nad Dźwiną

      83. Przyjęcie sylwestrowe, na którym Kloss spotyka się z Edytą zostaje przerwane przez:
      a. atak partyzantów na wiadukt
      b. alarm lotniczy
      c. wybuch w pobliskiej rafinerii (sabotaż)
      c. początek inwazji wojsk sowieckich i ostrzał artyleryjski



      84. Edyta Lausch ginie:
      a. z rąk Brunnera
      b. z rąk Klossa
      c. zabita przez partyzantów
      d. Edyta Lausch nie ginie w filmie

      85. Brunner pozoruje śmierć (podstawia czyjeś zwłoki) prof. Glassa i więzi go :
      a. w piwnicy
      b. na strychu
      c. we własnym domu
      d. w siedzibie Gestapo jako "partyzanta"

      86. Kloss kiedy zostaje zdemaskowany przez Brunnera obezwładnia go i każe wezwać szefa zaminowania fabryki Glassa.  Jest nim:
      a. inż. Krauss
      b. inż. Kroll
      c. inż. Krupp
      d. inż. Klauss

      87. Rzekomy zrzut dla francuskich partyzantów w odcinku "Hasło" miał się odbyć:
      a. w lesie Corniche
      b. na łąkach pod Lille
      c. w lesie Weipert
      d. na łąkach pod Calais



      88. Kloss zakrada się do mieszkania księcia Mżawanadze i kiedy zapal lampę włączają się  mikrofony w konsulacie niemieckim. Słyszy jak konsul Grandel:
      a. prosi radcę Witte'go aby zabił Klossa
      b. prosi panią von Tilden o akta emigrantów z 1935
      c. telefonuje do Berlina aby zapytać kin naprawdę jest Kloss
      d. telefonuje do Berlina aby zawiadomić że Mżawanadze jest szpiegiem angielskim

      89. Współpracownik Klossa ,Józef Podlasiński trafia do transportu do obozu zagłady. Ucieka z pociągu i w efekcie ratuje Klossowi życie. Jak tam się znalazł:
      a. złapany przypadkowo w łapance ulicznej
      b. wpadł razem z radiostacją
      c. rozpoznał go i wydał Gestapo zdrajca- krawiec obsługujący radiostację
      d. w czasie kontroli przez żandarmów wpadł z fałszywymi dokumentami

      90. Nadradca Gebhardt ginie w filmie:
      a. zastrzelił go Kloss
      b. zastrzelił go Brunner
      c. wyskoczył przez okno bojąc się aresztowania przez Gestapo
      d. ginie w wypadku samochodowym ścigany przez Klosssa    

      91. W Lisko-Zdrój Kloss spotyka się z wysłannikiem Centrali :
      a. w starej szopie na przystani
      b. na dworcu kolejowym
      c. w pijalni wód mineralnych
      d. w kawiarni "Tylko dla Niemców"



      92. Agent Brunnera o pseudonimie "Wolf" naprawdę nazywał się:
      a. Piesek
      b. Zając
      c. Robak
      d. Kot

      93. Córka prof. Hemminga :
      a. zostaje zastrzelona przez Klossa
      b. ginie w czasie nalotu na fabrykę ojca
      c. wyjeżdża do Belina na polecenie Brunnera
      d. zostaje wywieziona samolotem do ZSRR

      94. Wnuk pana Tomali miał na imię:
      a. Erwin
      b. Hans.
      c Staszek
      d. Władek

      95. Knoch goni Klossa na motorze. Żandarm informuje go że Kloss podał nazwę jednostki. Była nią:
      a. 19-stka pancerna
      b. 16-stka pancerna
      c. 2-ka grenadierów
      d. 6-tka zmotoryzowana



      96. Kloss spędza urlop w Gdańsku próbując rozwikłać tajemniczą śmierć szefa tamtejszej siatki. Pierwotnie zamierzał jechać do:
      a. Paryża
      b. Wiednia
      c. Turyngii
      d. Bretanii

      97. Nauczyciel w-f Hans Diederlich był kaleką:
      a. kulał na lewą nogę
      b. nie miał lewej ręki
      c. nie miał prawej ręki
      d. kulał na prawą nogę

      98. W końcowej scenie Hotelu Excelsior Kloss:
      a. zabija Ingrid Heizer
      d. zrzuca z dachy dyrektora
      c. zabija Fryderyka - portiera zdrajcę
      d. zabija pana von Hagen - współpracownika Gestapo

      99. W daniu do zrozumienia hrabiemu Wąsowskiemu, kim naprawdę jest Kloss dużą rolę odegrał pewien przedmiot:
      a. karafka z wódką
      b. papierośnica
      c. wydanie Mein Kampf z 1939
      d. plan metra w  Berlinie


      100. Już po aresztowaniu Wąsowskiego Kloss postanawia zajrzeć do jego domu. Zastaje tam przeszukującego papiery:
      a. Lhosego
      b. Dibeliusa
      c. Reinera
      d. Brunnera












       









      by Wojciech Szczęsny (noreply@blogger.com) at grudzień 21, 2014 03:09

      grudzień 20, 2014

      Z usmiechem przez Japonie

      Jak Japończycy spędzają święta?


      No właśnie, jak? Prawdopodobnie nie ma jednej prawidłowej odpowiedzi na to pytanie. Według mojego dotychczasowego doświadczenia, święta w Japonii spędzane są na wiele sposobów i chyba trudno faworyzować którykolwiek z nich. W Polsce natomiast każda rodzina ma swoje własne tradycje w ramach jednej, utartej konwencji - kolacji wigilijnej przy barszczu, karpiu i prezentach. I nie jest to specjalnie istotne, czy kompot z suszu będzie na samych śliwkach, czy z dodatkiem jabłka czy pomarańczy, istotna jest po prostu obecność kompotu. 

      Boże Narodzenie to święta kultywowane w kulturach wyrosłych na tradycji chrześcijańskiej, dlatego przez wieki nie były one w Japonii znane. Jeśli zajrzeć do podręczników od historii, zapisy o pierwszych bożonarodzeniowych mszach czy zwyczajach  wigilijnych pojawiały się na pogańskich ziemiach japońskich już od XVI wieku dzięki misjonarzom, choć prawdziwe "przyjęcie się na rynku" świąt miało miejsce po amerykanizacji Japończyków po II wojnie światowej. 

      Świąteczne plakaty reklamowe z ery Showa:



      Małe dzieci

      Skoro na Zachodzie do dzieci przychodzi św. Mikołaj, Gwiazdor czy Dziadek Mróz, dlaczego ma nie przychodzić do japońskich dzieci? Przychodzi i wkłada je, albo do skarpet, albo pod choinkę, albo pod poduszkę. Mały Pan Sól dostawał prezenty właśnie pod poduszką, a gdy urósł przestał  je dostawać, bo "takie bzdety są przeznaczone tylko dla małych dzieci" (ja chyba nigdy z tego nie wyrosnę). 

      Japońska kolacja wigilijna rodzinna może mieć miejsce w restauracji, a może też być przygotowana w domu, na której często je się pieczonego kurczaka, choć nie jest on najważniejszy. Z reguły w centrum uwagi znajduje się tort świąteczny, czyli kurisumasu keeki. I w tej gałęzi świątecznego biznesu cukiernicy prześcigają się wymyślnych wzorach i dekoracjach. Często jest to wariacja śmietankowo-truskawkowa, bo kolory idealnie oddają ubiór św. Mikołaja, są też opcje zielono-czerwone przypominające choinkę. Poniżej oferta świąteczna cukierni Hakujuji 2014, ceny za takie ciasto wahają się od 3,200¥ (100 zł) do nawet 9,000¥ (300 zł).


       
       
        
      Młodzi

      Gdy dzieci są już nastolatkami najczęściej w buntowniczo-depresyjnym nastroju, często nie mają ochoty spędzać świąt "ze starymi", więc umawiają się z przyjaciółmi i wychodzą na miasto, spacerują po centrach handlowych, idą do kina, no i najważniejsze - jedzą. O tym jak ważne jest jedzenie w tym kraju, nie trzeba przypominać nikomu. Kluczowe jest też to, że nie trzeba iść do szkoły.

      Zakochani

      Natomiast zakochani w ten dzień udają się na romantyczną randkę. Bardzo ważne jest zabukowanie stolika w ulubionej restauracji, bo - jak już to ustaliliśmy - jedzenie jest najważniejsze, aby smakowicie cieszyć się chwilą wolnego czasu we dwoje. To też jest moment, by wymienić się prezentami z ukochaną osobą. Później można wspólnie podziwiać przecudowne świąteczne iluminacje i smyrać ledwo zauważalnie opuszkami palców. A później, niech każdy sobie sam dopowie. 

      Iluminacje są naprawdę imponujące i robią wrażenie chyba na wszystkich - nawet na tych najbardziej nieczułych na świąteczne szaleństwo. Tak jak Europejczycy piją grzane wino na jarmarkach świątecznych, tak Japończycy podziwiają iluminacje. Na zdjęciu na samej górze Kobe w 2013 roku. Znalazłam na Youtube filmik z zapalania tegorocznych iluminacji:



       
      Złamane serca

      Ten romantyczny nastrój nie wszystkim się jednak udziela... W tym roku pewna tokijska spagetteria Pia Pia wprowadziła zakaz "zakochanych" w wigilię na terenie lokalu, ponieważ pracownicy na skutek ciężkiej emocjonalnej traumy nie mogą znieść widoku słodko gruchających par. Pewnie kucharzowi złamała serce piękna kelnerka, a ich historia nadaje się na dramę z Kimurą Takuyą w roli głównej ;-) 





      Dla Japończyków zakorzenionych w tradycji buddyjskiej najważniejsze nie są święta Bożego Narodzenia, a Nowy Rok, do którego przygotowania zaczęły się już pod koniec października. Większość witryn sklepowych wypełniły plakaty promujące gotowe zestawy osechi ryori, o czym można poczytać tutaj: www.podrozejaponia.blogspot.com/2014/01/japonski-nowy-rok-czy-sni-ci-sie-bakazan.html.

      Czy ja lubię japońskie święta? W tym wypadku odpowiedź jest jednoznaczna: nie ma barszczu mojego Taty, nie ma świąt.

      by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at grudzień 20, 2014 10:32

      Zuzanka

      Anrzej rysuje

      Skorpion w rosole

      (155) Kaczka i Skorpion w bitwie pod Boschem

           Aż nadszedł ten dzień, kiedy Kaczka zamachnęła się płetwą i rzuciła mi w twarz rękawicę. Oczywiście podniosłam szydełkowe różowe zawiniątko. Takie wyzwanie to zaszczyt największy!
          Spotkałyśmy się na uklepanym polu 4 grudnia roku pańskiego 2014, by stoczyć bitwę o odkurzacz. Prowadzona za kronikarską uzdę pragnę donieść, że upału nie było. Kaczka przycwałowała na parchatym kucyku, ja na koniku morskim z astmą. Zalśniły nagie miecze, błysnęła bielą goła pierś kacza. Zgrzytnęły stawy, zastukały złowieszczo kręgosłupy, wysypały się plomby. Ptaki, utopce i pół blogosfery usiadły z popcornem w ławach, by przypatrywać się bitwie pod Boschem na ziemi Scraperki. Leciały pióra, sztuczne szczęki, pampersy i endoprotezy. Starłyśmy się na śmierć i życie, po drodze ścierając kolana i warzywa na zupę. 


       pandeMonia04 grudnia, 2014 09:33
       BALLADA

      Jedzą, piją, lulki palą,
      tańce, hulanka, swawola;
      ledwie chaty nie rozwalą,
      Cha, cha, chi, chi, hejza, hola!

      Rzuć kiełbasę, Młodszy Bracie!-
      Starszy skacząc puszcza bąki-
      Masz, uważaj, wiem, nie złapiesz!-
      tłuste łapska wciera w strąki.

      Na dywanie kłaków kupa
      ściele się jak trupy gęsto
      (całe szczęście, że nie kupa!)
      Przeżyć tutaj – to jest męstwo!

      Dzień jak co dzień, znoje wielkie
      w statystycznej mej rodzinie:
      dwóch Syneczków, Małż w zestawie-
      czy sprzątanie mnie ominie?

      Nad głową jak UFO w lecie
      fruwa pierze z poduch gęsich,
      na serwecie po kotlecie
      plama wielka jak dwie pięści.

      Dalej, biegi po kanapie!
      Szus pod stołek! Hop, na zdrowie!
      (matka się za serce łapie)
      Zawołajcie pogotowie!

      I po stole, między miski
      na których dobra wszelakie
      (pandeMonia z palców śliskich
      w stresie sobie lakier drapie).

      Teraz galopada wielka
      przeniosła się w głąb mieszkania!
      Zaraz zrobię z ramion młynka
      i ubiję tych dwóch drani!

      Synków powieszę wysoko
      za szelki u krótkich spodni
      i doprawdy mam głęboko
      czy im teraz jest wygodnie.

      Wołam Synów, palcem grożę
      każę się zapoznać z miotłą.
      Szmata tutaj pomóc może-
      macham im mą rączką wątłą.

      Pierworodny z Drugorodnym
      z mopem oraz szczotką zwinną
      w związku bardzo są swobodnym
      patrzą na mnie z dziwną miną.

      Przecież, mówią, jest porządek:
      sufit jeszcze ściany trzyma,
      dywan ciągle na podłodze,
      chociaż stół ździebko się kiwa.

      Kiwa także pandeMonia
      główką złotą nad swym losem:
      jeszcze chwila tej mordęgi
      i na mary mnie poniosą!

      Trumnę zbiją tez niechlujnie?
      (O, wy dranie!, o wy zbóje!)
      A na pogrzeb przyjdą tłumnie?
      Gdzie tam! Kto im wyprasuje?!

      Będę leżeć tak powabnie,
      ziębić katafalkiem nery…
      Ale co to?! Ktoś mi kradnie
      spod tyłka ostatnie ściery!

      -Bo nie było czystych w szafie-
      wyzna szczerze Małż zgarbiony.
      -Bez cię nikt nic nie ogarnie!
      Bez żony jestem zgubiony!

      Nagle nad łkającym Małżem
      Jak nie gruchnie i zabłyśnie!
      Skisło mleko, rosół zwarzon,
      sfermentował soczek z wiśni!

      Kto chce niechaj w to nie wierzy,
      ale nagle pod powałą
      pojawił się Anioł Jerzy
      odziany w sukienkę białą!

      Małż porażon pada na twarz,
      owija ramieniem dziatki
      -Spisać w kajet dzisiaj mi masz
      jakie życie jest bez matki!

      -Nim jej duszę poślesz z Światłem
      zadań trójkę masz wykonać!
      (Nie dasz rady, Bóg mi świadkiem
      przyjdzie ci w łazience skonać).

      -Najpierw mój Aniele musisz
      sprzątnąć dywan – tu się jadło.
      Nie dasz rady! Się udusisz!
      Tyle kurzu tu opadło.

      Potem zasłon trzy kupony
      podłóg bezmiar, bezkres prania!
      Nie dasz rady, umilony!
      Tedy starczą dwa zadania.

      Anioł ukląkł w kącie izby
      "Boże"- mówi coś pod nosem.
      Ach, to jest modlitwa? Czyżby?!
      On wszak "Bosch'u"(!) tu mamrocze!

      Odwalił w mig swe zadania
      odkurzaczem marki Bosch!
      Obudził się Małż ze spania:
      -Żono, sen miałem, O Boszzzzzz!!!!!!!!!


      [PandeMoniu, uwazaj, nadchodzi kaczka!]

      Ma ten BOSCH niewątpliwie potencjał,
      Więc gdy tylko skończę nim odkurzanie,
      Przez tę srebrną rurę wysączę drink z palemką,
      Na czerwonym sznurze zawieszę pranie.

      Na turboszczotce, miast na miotle, polatam.
      Z torebki na odpad machnę sobie atrapę Vuittona,
      Ssawką usunę zmarszczki i celulit,
      Pierwszy raz sprzątaniem rozanielona.

      Mniej ucieszy się wszystkożerne niemowlę.
      Co od świtu mi krąży po kwaterze,
      Jeśli BOSCH jest naprawdę tak zwinny,
      To paprochy od ust dziecku odbierze!




      1. pandeMonia04 grudnia, 2014 11:13
        Pranie wieszaj raczej suche
        szanuj, Kaczko, życie kruche!
        Bo gdy pranie będzie mokre
        Prąd Cię mocno w kuper kopnie!

      2. PandeMoniu,
        Mądrość pokoleń w komentarzu twym
        Nomen-omen blaskiem promieniotworczym świeci,
        Ale pomyśl, co gorszego może mi zrobić prąd,
        Czego nie zrobiły mi jeszcze me dzieci?

      3. Kaczko!
        Mam dla Ciebie niusy!
        Plusy i minusy!

        Gdy połączysz się z dzieckiem pępowiną,
        nie robi Ci się nic na licu z miną.
        Kiedy prądu zaczerpniesz pod powieki-
        szeroki uśmiech zostanie na wieki!

      4. PandeMoniu,
        Nim wyrzuci nas stąd Autorka,
        Zdradzę ci sekret mej elektrycznej dezynwoltury,
        Tylko prąd o napięciu 230V,
        O poranku układa mi koafiury.

      5. Moja plereza leży wszak wolno
        przedziałek wielki, że jeździć konno!
        Do postawienia na baczność racji
        ja potrzebuję tu trafostacji!

      6. Czytam balladę i komentarz,
        Oczy przecieram w zdumieniu,
        To ty masz jeszcze jakieś włosy!?!
        Nie wyrwałaś wszystkich z głowy w cierpieniu?!

      7. Kaczko, wyczułaś stulecia przekręt,
        zdradzając Moni największy sekret!
        Czeka na Ciebie nius ten bombowy:
        włosy mam wszędzie, z wyjątkiem głowy!
        Kot jest puchaty, włochate dzieci
        Monia więc solo łysiną świeci!

      8. Biznes plan ci od ręki przedstawiam,
        zażądaj podwójnej stawki,
        Gdyż na twojej łysinie BOSCH,
        może testować do tapicerki przystawki!

      9. Przystawką do czyszczenia szczelin
        oczyszczę sobie płuca z wydzielin.
        A żeby mnie jeszcze dobrze wygniotło
        zrobię dziś masaż turboszczotką!
        Przeganiam w wannie minę ponurą
        robiąc jacuzzi tą srebrną rurą:
        mmmmmm, o my Boschhh!!!
        Wydam na to ostatni grosz!

      10. Nim wydasz to zauważ, że producent
        Jakość nam tu jakby zawęża,
        Jest wskaźnik, że czas wymienić worek,
        Brak wskażnika, że czas wymienić męża!

      11. Powiem Ci prawdę tak od niechcenia
        piórem i mężem się nie wymieniaj!
        Tym bardziej mężem z pełniuśkim workiem
        traktuj jak szampan go z dobrym korkiem!

      12. Dobre porady odwiecznie w cenie,
        Piszę ci na nie stałe zlecenie.
        Czy mąż z bicepsem, czy bardziej wiotki,
        Każdemu można dać turboszczotki.
        Jeśli podnoszą włos na dywanie,
        Jakimże prostym golenie się stanie.
        Gdy mąż odzyska fizys człowieka,
        Poślesz go po butelkę mleka.
        Z kabla upleciesz sobie tupecik,
        Do worka upchniesz niegrzeczne dzieci,
        I skoczysz chyżo w jacuzzi toń,
        Z kieliszkiem pełnym Dom Perignon!

      13. Z kablem na głowie i dziećmi w workach
        będę się czuła jak na Majorkach!
        Woda bąbluje, szampan musuje
        Przystojny Arab plecy masuje!

      14. Myślisz, że takie to oczywiste,
        Że Bosch w gratisie da masażystę?
        Acz gdyby nie, spokojna twa głowa,
        Ten masażysta może się schować.
        Bosch ma obrotne cztery kółka,
        Żadna tam z niego jest popierdółka.
        Gdy go rozpędzę z prędkością nyski,
        Wcisnę ci w kręgi wszystkie twe dyski.

      15. Myślę ja właśnie, że oczywiste,
        że Bosch w gratisie ma masażystę:
        w ręce swej silnej - zupełnie nowa
        szczotka rolkowa wprost odlotowa!
        Zanim mnie w grobie, Kaczko, położysz,
        pozwól na nogi te rolki włożyć!
        Potem pokulać się po dywanie
        i z masażystą ćwiczyć wiązanie
        (bo kabla producent tutaj nie szczędzi!)
        Muszę już lecieć - facet mi rzęzi!!!

      16. Rzęzi ci facet? Czyżby, ma miła,
        Gwarancja jemu się już skończyła?
        Zasady swoje łamać dyshonor,
        Zwrócić nie możesz, naprawiaj, cna żono!

        Tymczasem ujawniam, co skrył copywriter,
        Że ten tu Bosch to Hans Helmut. Gastarbajter.
        Twoja ochota by miesił twe ciało,
        Prawdziwych słowian przyprawia o stan przedzawało.
        (wy)

        Jeszcze powiedzą, że cudzołożysz,
        Zrzecz się Helmuta (na kaczki korzyść),
        Czy nie okaże się większą gratką,
        romans z Zelmerem z gumową ssawką?

      17. Rzęzi mi facet związany kablem!
        Nie Małż mój przeca z worem powabnem!
        Chyba za mocno związałam drania
        on tu chce zostać ze mną do rana!

        Małż mój gwarancje ma dożywotnią
        działa on nawet ze zwykłą szczotką!
        Chodzi najlepiej za dwa makowce,
        turbo zaś włącza on po grochówce.

        Żeby już Słowian grzechem nie dręczyć
        pójdę przykładnie Małża pomęczyć.
        On mi najlepiej na dyski chucha
        Rurą od Boscha najlepiej eee..dmucha!

        Ty mi zarzucasz Zelmka na boku?!
        Toż to największe jest kłamstwo roku!
        Mam się ja rzucić w warcianą toń
        rzec swemu ciału po prostu won?!

        Ha! Oczywiście, Kaczko ma droga
        byłaby dla płetw swobodna droga!
        Ale nie ugnę się w pojedynkach!
        Choćbym została o dwóch jedynkach!

        (Didaskalia mówią tutaj semantycznie
        Że tematy zeszły na stomatologiczne).

      18. Pandemonijo,

        Rozpocznę najpierw od praw fizyki,
        Od dynamiki tej bijatyki,
        Gdy się z mym rymem zderzysz czołowo,
        Jedynki stracisz najpierw. Musowo!

        Nie, że ósemki, trzonowe, mleczne,
        Siekacze stracisz swoje bajeczne!
        Każdy dentysta mi tu przytaknie,
        A potem implant z cementu machnie.

        Lecz nim protezę ci się wykona,
        Uroda będzie twa nadkruszona,
        Będziesz seplenić i ziać ubytkiem,
        Hans Helmut da ci odprawę z kwitkiem.

        Wtedy nadchodzę ja i z atencją,
        Podrywam Boscha swą elokwencją.
        Wieszczę, do raju nam uwerturę,
        Gdyż zębów pełną mam klawiaturę.

        Jest to sukcesu ta większa połowa,
        ‘Ich liebe dich’ mogę przeliterować!
        Podczas, gdy ty z przeciągiem w jamie,
        Już przy ‘Ich’ język sobie połamiesz!

        Fakt! Jeden wyjątek!
        Gdy jadasz frytkę,
        Łatwiej ją wsunąć w paszczę ubytkiem.

        Tedy szlochając oddal się w kącik,
        I z Zelmkiem uwij sobie trójkącik.
        A jedząc frytki przez większą część roku,
        Śnij o szczęściu przy Boscha boku!

      19. Scraperce z wrażenia sandały spadną
        żeśmy tu Elę taką powabną
        matkę Kuleczki i Katastrofy
        przywlokły z sobą do walki na strofy!

        Zaraz tu wrócę! Zemstą zasmrodzę!
        Dyszę ja nozdrzem wszawie i srodze!
        Rany wszak liżę, bo jest tu lekko
        rany zasklepić zrobione płetwą!

      20. Okrutna Kaczko! Spójrz więc do lustra!
        żadna krawcowa nie znajdzie mustra,
        które by Ciebie objąć zdołały
        spuchłaś jak odtąd aż do powały!

        Dla pocieszenia powiem Ci, kumo:
        kunszt Twego pióra bardzo mnie ujął!
        Pod włos mnie ujął i Ci wygarnę:
        Boscha ja lepiej niż Ty przygarnę!

        Kto lepiej niż ja, bezzębny smok,
        będzie go w filtry całował, kto?!
        Bezpieczne porty w moich ramionach
        pulchnych i miękkich! Nie w Twoich szponach!

        Jeszcze mi Boscha pazurem draśniesz!
        Teraz z zniewagi w nocy nie zaśniesz:
        powiem Ci rzecz - straszną, okropną
        z Tobą on będzie miał ciągle mokro!

        Co on Ci w stawie, kochana zrobi?
        Ty w wodzie trzymasz swe kacze nogi!
        Bezzębna z natury, żywisz się glonem,
        z Tobą mu rura obrośnie glonem!

        Teraz już, Kaczko nie wyjdziesz żywą!
        Ciężką dostałaś dziś inwektywą!
        Czy zdołasz swą tuszkę jeszcze ocucić,
        strzęp rękawicy do mnie dorzucić?

        MUHAHAHAHA!

      21. Ciskasz tu we mnie, matrono z miopią,
        Strzały wypuszczasz z riposty łuku,
        Ale wciąż chybisz ujemną dioptrią,
        Rykoszetem planujesz popełnić sepuku?

        Na wieść o celności twej inwektywy,
        Syn Wilhelma Tella popuścił w gatki,
        Nie daj bóg, zechcesz na jego jabłku trenować.
        I dokonasz, leksykalnej krwawej jatki!

        O, nieszczęsna, golarką ironii się zacinasz,
        sarkazmem obcięłaś sobie palec,
        Twa Melpomena ma wstydliwą grzybicę,
        po metaforach przejechał walec.

        A przecież!
        O, naiwna! Myślałam, że to dla mnie,
        Dla mnie wyłącznie bierzesz tu udział,
        Że ja Boscha na gładkie słówka wyrywam,
        a ty raz w tygodniu wpadasz mi poodkurzać.

        Przejrzałam wreszcie na oczy,
        Otarłam z nich pleśń, algi i roztocza,
        Do diaska! Ty za moimi plecami,
        Wyznajesz Hansowi, że go kochasz!

        Szkalujesz przed nim mój wodny akwen,
        Tusz(k)ę wywlekasz, że niby co? Za gruba?
        Z Helmutem Boschem planujesz (ro)związłość!
        I myślisz, że ci się uda?

      22. A niech to wszystko kaczki pokopią!
        Szczerbata jestem, z ujemną dioptrią?!
        Chodzę po domu, w mych oczach błyski,
        ciągnę za sobą wypadłe dyski.

        I garb, i wiek, i boląca szyja
        głowę do ziemi mi bardzo pochyla
        Nie dosyć, że mnie nie pożałujesz
        To jeszcze karierę na pewno zmarnujesz!

        Powiem rzecz skrytą i sadystyczną:
        Kaczką Ty jesteś, ale medyczną!
        Poeta rzeknie miast "Anus mundi"
        i słowo ANAS dzisiaj odtrąbi!

        Więc odtąd możesz się czuć już wolna!
        Odsłonić możesz swe suspensoria!
        Które schowałaś w swych krynolinach,
        bo my już z Boschem po zaręczynach!

        Niechaj Ci teraz płetwy nie spuchną:
        możesz być, Kaczko, już moją druhną!

      23. Ratunku! Gorzej jest niż myślałam!
        Żeś z dioptrią, szczerbą o tym wiedziałam,
        Wyjęta z ram abstrakcjonisty,
        Darwina dowód oczywisty.

        Ale tyś jeszcze kompletnie głucha!
        Decybel w uchu ci nie grucha!
        Bosch do cię mruga: Wymień mi worek!
        A ty mu na to, że ślub we wtorek?!

        A może, powiadam tutaj bez ogródek,
        Czyś ty nie żarła jakichś jagódek?
        Nie wypaliła z Amsterdamu ziółek,
        Szalejem nie posmarowałaś bułek?

        Jak mam tłumaczyć delirium twoje,
        Ślub z AGD i zmienne nastroje!
        Powściągnij błagam swoją manię,
        Jeszcze z tosterem popełnisz bigamię!

        Ciiiiii... spokojnie, sanitariusz zakłada ci gardę,
        Na plecach wiążę z rękawów kokardę,
        W dal odjeżdżasz ambulansem na sygnale.
        A Bosch i ja – reunited! – tulimy się poufale!
        HA!

      24. No skandal największy w historii świata!
        Zrobić chcesz ze mnie całkiem wariata?
        Pewnie, najlepiej, zamknij gdzieś Monię
        i na przylądki wyjedź Zielone!

        Tam rozbij namiot między palmami
        i życie prowadź między kaczkami!
        Zsyłam Cię tedy ja na banicję!
        (Monia poprawia pas z amunicją).

        Żeby położyć kres tym rozterkom
        będziemy strzelać ku tym butelkom.
        Więc żeby z tego pomysłu ruszyć,
        musimy wspólnie skrzynkę osuszyć!

        Siadaj więc kumo, o tutaj blisko,
        rozpalmy sobie przy tem ognisko.
        Zaintonuję pierwsza (najlepszam w gminie):
        O mój rozmaryyyyyyyyyynieeeee!

      25. Myślisz, że milczę, bo się boję,
        Że się ze strachu zsikałam w zbroję?
        Że rdza zawiasów mi szczęki przeżarła ,
        Przyłbica trwale na oczy spadła?

        Cieszysz się może, o jak przedwcześnie,
        Że mi komputer pokryły pleśnie?
        A od wilgoci wiadomej w stawie,
        Stało mi się to, co Galvani robił żabie?

        Łudzisz się, pewnie, że artretyzmy,
        Wlazły mi palce od wód zgnilizny?
        Zacierasz ręce, ogryzasz szpony,
        W nadziei, że szlag trafił mi neurony?

        Tymczasem, darling, wij się w udręce,
        Jestem tu, gapię ci się na ręce.
        Pilnuję, byś nawet przez przypadek,
        Helmuta Boscha nie podszczypywała w zadek.

        Milczę nastomiast, bo na kolanach,
        Sprzątam podłogę już od rana.
        Niemowlę dziś swą łapą małą,
        Styropian mi zdezintegrowało.

        Kurdupel wziął się i z ambicją,
        Przystroił razem z koalicją,
        Metrażyk pierdyliardem kulek,
        Brodzimy pośród styro-granulek.

        Mieszkamy jak w trząsanej kuli,
        Trząśniesz, a sztuczny śnieg cię opatuli.
        Styro jest w zupie i w klozecie,
        Na stole i na parapecie.

        W obliczu tego zwrotu akcji,
        Współczucia żądam i reakcji,
        ‘Bierz sobie kaczko tego Boscha’
        Albowiem wyciskasz nam łzy w oczach.

      26. To ja Ci powiem co dzisiaj u mnie.
        Myślisz, że w dziadka walnęło urnę
        i prochy przodka mamy na głowie
        lub inne takie rzeczy szalone?

        Albo, że dzisiaj miecz mój jest stępion?
        Kto tak pomyślał, ten jest potępion!
        Refleks jak łania, szybkość jak łosoś,
        i ja tu, Pani, przyszłam wszak po coś!

        Kaczko ma miła, żal mi Cię srodze
        że ciągniesz szmatą dziś po podłodze!
        Zgotować Kaczce tak wszawy los
        mógł tylko bardzo przebiegły ktoś!

        I ja tu palcem w Ciebie celuję!
        nie ja wszak tutaj te sidła knuję!
        Ty żeś, a nie dzieć Twój, Tyś sama
        kulki po chacie dziś rozsypała!

        Myślisz, że Helmut zaraz przybiegnie
        z włosem rozwianem i Ci ulegnie?
        że skoroś jest taka dziś zasypana,
        on będzie z Tobą mitrężyć do rana?

        Musisz już poznać prawdę okrutną:
        Bosch zbiera u mnie od kota futro!
        A teraz wieścią Ciebie zabiję:
        On futro z norek mi właśnie szyje!

      27. Fantasmagorią karmisz się miła,
        Chcesz by publika tu uwierzyła?
        Że Bosch zakasał swoje rolki,
        I z fermy futer zassał ci norki?

        Trzymajcie mnie! Prawdziwe norki?
        Czy ci się w głowie spaliły korki?!
        Pomijam sens wsysania norek,
        Bosch wyrwałby cię na pusty worek!

        On, najprzystojniejszy brunet z plasitku,
        Wie, że zbyteczne mu jest ryzyko,
        Nocami wściekłe nornice ganiać?
        To robiłby jedynie maniak.

        Bosch to żigolo, on każdej damie,
        Powierzchownością serce łamie.
        I jak czipendejls ma wyniki,
        Gdy tak obnaża nagie silniki.

        Na rurze każda zatańczy chętnie,
        Wystarczy że Bosch ledwie stęknie.
        Stąd wiara moja mocno zachwiana,
        Że futrem będziesz obdarowana?!

        Futrem? Możliwe. Przy dobrej passie,
        Chyba z tego, co Bosch ci zassie?
        Z sierści, paprochów i mysich bobków,
        Z kłaków, farfocli, z nosa wyskrobków?

        Wspomnijmy również, że brudne ucho,
        Mogło zaburzyć ci kontekst na głucho.
        Czy ‘futro z norek’ nie było reakcją,
        Na twe podudzie przed depilacją?

      28. Nóżki me smukłe, gładkie i ciepłe,
        Twoje zaś zimne oraz wszeteczne!
        Żeby je tulić Bosch mój rozgrzany
        musiałby najpierw być całkiem pijany!

        Będąc żigolo wszak w każdym calu
        nie sączy z gniazdka żadnego oktanu.
        I w pełni świadom jest on mych zalet,
        będzie przy łóżku mym jako walet.

        Znaj jednak serca mego dobroci
        dam Ci skosztować trochę łakoci
        I w łasce mojej, płynącej strużką
        pozwolę Ci czasem zaścielić łóżko.

        I robiąc w dziobie na chwilę przydech
        pozwolę cmoknąć Helmuta w wydech!

                               ***

        Kaczka i Monia jak Pudzian z Nastulą
        lubią się droczyć, a teraz się tulą!
        I stoją tak razem, trzymając za ręce
        kłaniają się pięknie, dziękują Scraperce!

        Konkurs niech wreszcie zwieńczą te słowa:
        Toż to jest epopeja narodowa!

        Kaczka - Królowa blogów niszowych!
        i Monia fanka ogórków kiszonych!

                               ***

        I, wyobraźcie sobie, nie przerąbali dla nas Helmuta na pół! Skandal!


        Wzgardziłeś uczuciem Boschu Helmucie,
        Z Funitą planujesz zaznawać uciech?
        Czyn taki powinien być karalny,
        Oszustem jestes matrymonialnym!
        Myślisz, że będę tu stała jak cielę?
        Zapomnij! Idę odkurzać z MIELE.

        I ja uciech doznałam tu wiele-
        kochałam Cię jawnie, kochałam cię skrycie
        idę odkurzać mym wiernym Zelmerem!
        Boschu, odkurzaj teraz Funicie!

      by pandeMonia (noreply@blogger.com) at grudzień 20, 2014 12:19

      Dzieciowo mi

      Przepis na pierniczki i ciasteczka. Dlaczego warto się zgodzić na bajzel w kuchni?

      Święta bywają u nas przeciętne inaczej, to i ciastka nie mogą być normalne. Alternatywą wieje od początkowej fazy produkcji po finalne dekoracje. Przede wszystkim dochodzi do złamania mojego kręgosłupa zdroworozsądkowego i zakneblowania istoty szarej (a to już męki, przyznacie), wskutek czego robię coś, co jest ze mną biologicznie sprzeczne, czyli zgadzam się na burdel w kuchni. Burdel jest tutaj określeniem pieszczotliwym, jesień średniowiecza jest eufemizmem. Dlaczegoż, ach dlaczegóż sobie to robię?

      Przyczyn jest kilka. Po pierwsze burdello jest z gatunku dających się łatwo usunąć. Nie jest to pomalowanie farbkami ścian, prawdaż. Po drugie jest to burdello twórcze, którego jednakowoż nie należy mylić ze świętym spokojem. Co to, to nie. W akcie twórczym rodzic czynnie uczestniczy. Okazuje się jednak, że dobrze jest wręczyć progeniturze wałek do ręki (choć trzeba patrzeć, czy nie próbuje za jego pomocą wywalczyć sobie szerszej przestrzeni życiowej), dobrze jest zgodzić się na międlenie ciasta, dobrze spuścić zasłonę milczenia na urypane z góry na dół ubranie. Niech się cieszą, że zrobiły coś SAME. Piękne to nie będzie, kształtne tym bardziej (chyba że alternatywnie rozumiemy również kształt), ale będzie ich WŁASNE. A satysfakcja z tej własności jest niebotyczna. To co? Czas na przepis.

      Decyzją personelu… Wróć. Za łaskawym pozwoleniem zarządu personel przygotował dwa rodzaje ciasta. Ciasto na pierniczki, przy czym personel tutaj nie błysnął, bo działał intuicyjnie i nie ma pojęcia, czy to prawdziwie piernikowe pierniki, oraz ciasto na kruche ciasteczka waniliowe.

      podzial_ciasta

      Jedziemy z przepisami.

      Pierniczki (nie do końca) świąteczne

      Składniki:

      • 1/2 szklanki mąki krupczatki
      • 1 i 1/2 szklanki mąki zwykłej
      • 2 łyżki kakao
      • 2 żółtka
      • 1 łyżeczka cynamonu
      • 2 łyżeczki przyprawy do piernika
      • 200 ml miodu
      • 1/2 opakowania cukru waniliowego
      • 1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
      • 1/2 kostki margaryny
      • 200 ml jogurtu greckiego (bo nie miałam śmietany).
      • gotowa polewa czekoladowa (fajnie wygląda biała) i posypka do udekorowania (to nie jest konieczne, ale daje fajny efekt)

      Kruche ciasteczka waniliowe

      Składniki:

      • 1/2 szklanki mąki krupczatki
      • 2 szklanki mąki zwykłej (jakby ciasto wyszło za rzadkie, trzeba mieć na podorędziu nieco więcej)
      • 2 żółtka
      • 3/4 szklanki cukru
      • 1 opakowanie cukru waniliowego
      • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
      • 1/2 kostki margaryny
      • 200 ml jogurtu greckiego (bo nie miałam śmietany).
      • gotowa polewa czekoladowa i posypka do udekorowania (opcjonalnie)

      Przygotowanie:

      W obu przypadkach wygląda ono tak samo. Siekamy margarynę, rozcieramy ją w rękach z mąką dodajemy żółtka i po kolei resztę składników, po czym dokładnie zagniatamy ciasto. Powinno dość łatwo odchodzić od ręki i nie oblepiać palców. Jeśli tak jest, to znaczy, że trzeba dosypać mąki.

      Następnym krokiem, jakże niezbędnym w całej procedurze, jest komisyjne sprawdzenie osobistymi rękami zarządu, czy ciasto popełnione przez personel jest w oczach kadry kierowniczej zadowalające. Było. Zarząd sprawdził niezwykle wnikliwie.

      degustacja

      Ciasto wkładamy na pewien czas do lodówki, wyciągamy i… i tutaj właśnie zaczyna się najlepsza zabawa.

      Ciąg dalszy na drugiej stronie

      by kruszyzna at grudzień 20, 2014 09:59

      zycie na kreske

      grudzień 19, 2014

      Slow Day Long

      Dialogi na cztery nogi, czyli co Ala mówi ostatni raz w tym roku – cz.12

      Scena

      Jak co wieczór tańczymy sobie z moją córką. Ala skacze, robi figury i układy. Ma swoje ulubione utwory i wykonawców. Ostatnio podpasował jej zespół Dawida Podsiadło tj. Curly Heads, który wałkujemy codziennie. Skoki i susy mają często miejsce na naszym łóżku. Kilka dni temu, w czasie tańców przychodzi do pokoju Kamila i kładzie się na wyrku. Alicja oburzona:
      – Mamo, no wiesz co! W tej chwili zejdź z mojej sceny. Szybciutko!

      Droga

      Wróciliśmy z zakupów. Zaparkowałem auto. Alicja razem z Kamilą udały się do domu, jednak moja żona postanawia wrócić do auta i wziąć ode mnie kilka ciężkich toreb:
      – Alu, zostań tu przy drzwiach, ja idę pomóc tacie.
      – Dobrze, ale nie zbaczaj z drogi mamo.

      Mleczko

      Czasami, zanim Ala pójdzie spać prosi, aby zrobić jej mleczko. Nadal lubi dobrać się do butelki ciepłego „bebilonu”. Mówi wówczas:
      – Tato, poproszę „mleczko okej”
      Oznacza to, że nie może być ani zimne, ani ciepłe. Takie w sam raz. Czyli „okej”. Ostatnio jednak nie mogę trafić w to jej „okej”. Usłyszałem nawet reprymendę:
      – Tato, ty zabierz to mleczko i zrób mi takie okejsze.

      Taniec

      Ala pojechała do dziadków na wieś. Wpada na piętro do pokoju dziadka, który ogląda telewizję i krzyczy:
      – Dziadek, ty nie będziesz oglądać telewizji. Ty wyłącz to, i ty będziesz jeść i się patrzeć, jak ja tańczę
      Po czym Alicja rozpoczęła swoją przemyślaną choreografię.

      Na barana

      Wychodzimy od cioci Karoliny. Ubieramy się. Kamila pyta się Ali:
      – Alu, czy chcesz iść do domu na barana?
      – Nie, nie na barana. Na tatusia mojego.

      Ciocia i wujek

      Alicja ma kuzyna Kubę. Często się razem bawią. Parę dni temu Karolina – mama Kuby – zwraca się do niego wskazując na mnie i Kamilę.
      - Kuba, pożegnaj się z ciocią Kamilą i wujkiem Damianem.
      Na co wtrąca się Ala:
      - Jakim wujkiem? Jaką ciocią! Co ty opowiadasz? Przecież to jest mój tato i moja mama! A nie ciocia i wujek!

      U dziadków

      Ala wraca do domu. Spędziła intensywne trzy dni z dziadkami. Siedzimy przy stole. Pytam się Ali:
      – Alicja opowiedz nam proszę, jak ci się podobało u dziadków?
      – U dziadków? Ale przecież ja mam tylko jednego dziadka.
      – No tak, ale tak się mówi. Że babcia i dziadek, to dziadkowie.
      – Tato, dziadkowie to dwa dziadki. Coś ci się pomyliło. Ty się coś nie znasz.

      Będę smutna

      Nasza córka próbuje stosować na nas potworne manipulacje. My się nie dajemy, ale inni…
      – Babciu, czy włączysz mi jakąś jedną bajeczkę, co? Ja tak bardzo bym chciała. Jak nie włączysz, to ja będę bardzo smutna. Bardzo. Ale jak włączysz, to będę bardzo wesoła.

      Zygmunt

      Nasz nowy nabytek, czyli Zygmunt, podrósł ostatnio dość znacznie. W swoim kocim wieku wszedł w okres rozrabiania i chuliganienia. Na pocieszenie wiemy, że kiedyś mu to przejdzie. Czasami jednak dokucza naszej córce. Pewnego dnia słyszymy, jak Ala go karci:
      – Posłuchaj Zygmunt, ty jesteś strasznie zaraźliwy.
      – Alu, jaki jest Zygmunt?
      – No zaraźliwy.
      – Chyba niemożliwy?
      – O tak, chyba zaraźliwy!

      Tydzień

      Ala bawi się w swoim pokoju. Gada coś do siebie, czyta i ogląda. W pewnej chwili bierze do ręki kalendarz i „czyta”:
      -Piątek, czwartek, środek, siódmek…

      Mikołaj

      Dziewczyny wybrały się na zakupy. Wracają samochodem do domu. Alicja rozmawia z Kamilą:
      – Mamo, a czy już widać dach i komin naszego domu?
      – No, jeszcze Alu nie widać.
      – A kiedy będzie widać?
      – Wiesz, tak właściwie, to my nie mamy komina.
      – Nie? To którędy wejdzie Mikołaj? Drzwiami???? (zdziwiona)

      Biała sukienka

      Nasza córka weszła w fazę bycia baletnicą. Koniecznie musi mieć ubraną sukienkę, która się kręci. Podczas wieczornych tańców negocjuje przedłużenie zabawy:
      – Tato, ja mam taką sprawę. Ty idź do mojego pokoju i koniecznie przynieś tą suknię balową, bo ja muszem się kręcić. I te białe rajtuzy weź koniecznie. I włącz mi tą muzykę balową. Ja będę tańczyć.

      A co z tego wyszło i czym jest muzyka „balowa”, to zobaczcie już sami.
       

      by Damian at grudzień 19, 2014 11:00

      Zuzanka

      Eksribicjonizm kontrolowany

      Moja zimowa lista życzeń

      Bez czego nie wyobrażam sobie tej zimy?



      Skoro zrealizowałam już ponad połowę jesiennej listy, a zima zbliża się wielkimi krokami, pora na kolejny kolaż zachcianek i potrzeb. W tym miesiącu będzie miękko, ciepło i puszyście, czyli idealnie zimowo. Jako że wpis był tworzony z wyprzedzeniem, kilka rzeczy z listy już mam.

      Przyznam Wam, że bardzo lubię robić te wpisy, bo stanowią nie tylko małą przyjemnościową listę zakupów, ale też - mam nadzieję! - pewną inspirację dla Was.


      Po domu - dresośpiochy. Moje obecne spisują się tak dobrze, że chciałabym drugą parę. I jeszcze trzecią, dla Niego, bo podkrada mi, kiedy tylko może.

      Na zimę - cienka kominiarka i ciepłe buty. Moje Emu bardzo się rozbiły i straciły fason - mam nadzieję, że ten model (Charlotte) okaże się bardziej trwały. Na razie czatuję na jakąś promocję.

      Na co dzień - torebka i skarpetki. Nie lubię kupować torebek, ale ta, którą nosiłam w lecie, dziwnie wygląda z zimowym płaszczem. Ta na zdjęciu jest z Parfois i już ją mam, spisuje się świetnie. A skarpetek nigdy nie za wiele!

      Na basen - koleżanka namówiła mnie na wspólne wyprawy na basen i bardzo się z tego cieszę. Po godzinie pływania czuję się tak przyjemnie zmęczona, jak po niczym. Czepek to na basenie konieczność, higieniczna i czasowa (moje włosy schną dłuuugo), a cienki ręcznik z mikrofibry jest lekki i zajmuje mało miejsca.

      Do domu - poza talerzami, od których, jak wiecie, jestem lekko uzależniona, rzadko kupuję rzeczy do domu. Wszystko, co potrzebne, już mamy, a na rzeczy niepotrzebne szkoda miejsca i pieniędzy. Nowy fotel do mojego biurka/toaletki to jednak coś potrzebnego, bo stary wygląda jak wyliniały.

      Na podróż - zwijane kapcie, które mogę zawsze wrzucić do torebki. Przydatna rzecz. Upolowałam bardzo podobne w H&M.

      Dla urody - zauważyłam, że na biżuterię mam fazy. Kiedyś nosiłam tylko bransoletki, później kolczyki, później naszyjniki... i od nowa. Przyda mi się jakiś delikatny naszyjnik, bo po modzie na ozdoby typu "statement" mam same masywne i duże. W tym małym pudełeczku jest coś, co nazywa się Primer i pochodzi z szafy kosmetycznej firmy Catrice. To baza pod podkład, która działa jak fotoszop do twarzy. Efekt wow na specjalne okazje.

      Na wakacje - o przewodnikach Lonely Planet słyszałam wiele dobrego. Chyba się na niego zdecyduję, bo po polsku trudno znaleźć coś porządnego, a na tym mi zależy. Ostatnio w Pradze przekonałam się, że przewodnik przewodnikowi nierówny i niektóre są naprawdę bardzo kiepskie.

      A bez czego Wy nie przeżyjecie zimy?

      by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at grudzień 19, 2014 08:14

      Dzieciowo mi

      Avon Bath Time Body Paints – szału nie ma

      Jakiś czas temu mirtrzy, stała czytelniczka „Dzieciowo mi!”, podzieliła się z nami recenzją Żelu do mycia ciała i włosów Ziajka. Mirtrzy nie po raz pierwszy i nie drugi dzieli się swoją opinią (za co jestem jej baaardzo wdzięczna), a w mailu oprócz swoich wrażeń odnośnie Ziajki zawarła jeszcze wrażenia z zastosowania Avon Bath Time Body Paints, czyli takiego avonowego bajeru do kąpieli.

      I wiecie co? To straszne. Ja tę recenzję zgubiłam. Amba wszamała, wchłonęła czarna dziura, skasowało mi maila do tego stopnia, że nawet nie mam go w koszu (a nawet nie usuwałam, na miłość boską). Miałam ostatnio problem z moją skrzynką, gdyby więc ktoś z was do mnie napisał i nie dostał odpowiedzi, to prawdopodobnie ja nawet nie wiem, że jakiś list powstał. Przezornie jednak, czego sobie właśnie w tej chwili gorąco gratuluje, przegrałam zaraz po otrzymaniu wiadomości zdjęcia zrobione przez mirtrzy na dysk, dzięki czemu ocalały. Rwę włosy z głowy, te siwe i te siwe inaczej, nie mam pojęcia, jakim cudem list wyparował. Ale wyparował.

      Pamiętam jednak – bo natura okazała się póki co litościwa – że mirtrzy zadowolona nie była. Delikatnie mówiąc. Dokładnie to w skali od 1 do 6, gdzie 1 oznacza masakrę, a 6 zbieranie szczęki z podłogi, oceniła Avon Bath Time Body Paints na 1.

      avon_natural_kidsO ile pamiętam nie robił tego, co robić powinien. Totalnie rozmijał się z obietnicą. Stanowił doskonały przykład na pieniądze wywalone w błoto. Miał być atrakcją kąpielową i nie był. Nie były to jakieś niesamowite pieniądze, ale umówmy się, że każde pieniądze zainwestowane w coś, w przypadku czego obietnice totalnie rozmijają się  z rzeczywistością, bolą. Pieniądz jest pieniądz.

      Strasznie więc przepraszam mirtrzy, że wsiorbało mi treść recenzji, mam nadzieję, że przekazałam jej sens ;) Z Avon Bath Time Body Paints mówiąc delikatnie, szału nie ma. Horror, dramat i żużel.

      by kruszyzna at grudzień 19, 2014 08:11

      Szymaczek

      Tomaczek

      Pada śnieg

      _MG_1151

      Pomagam mamie w robieniu pierniczków.

      by Tomaczek at grudzień 19, 2014 04:05

      Kraina filcu

      Weekend niskich cen w Krainie Filcu.

      Witamy.

      Już dziś rozpoczynamy weekend niskich cen w Krainie Filcu.

      Tylko teraz przez najbliższe cztery dni będziecie mogli kupić wełnę z merynosa południowoamerykańskiego i filc 4 mm w arkuszach aż 30% taniej. Promocja obowiązuje na wszystkie arkusze filcu 4 mm i dostępne motki wełny z merynosa.

      Wystarczy, że po złożeniu zamówienia na adres krainafilcu@wp.pl wyślecie maila z hasłem: "weekend niskich cen w Krainie Filcu" i numerem zamówienia a my odeślemy Wam maila z ostateczną kwotą do zapłaty uwzględniającą 30% rabat.

      Promocja trwa od 19 do 22 grudnia 2014 r. (łącznie z poniedziałkiem) i dotyczy zakupów w sklepie internetowym krainafilcu.pl.

      by kraina filcu (noreply@blogger.com) at grudzień 19, 2014 03:54

      Szymaczek

      Kura

      Życzenia od Kurcharki

      Jestem w kuchni.

      Wchodzi G.

      - Co robisz Muniu? - pyta wykonując piruet.

      - Piekę warzywa- odpowiadam nie wykonując piruetu tylko dlatego, że rozmiary naszej kuchni uniemożliwiają dwóm osobom jednocześnie robić piruety ;)

      - A tu ? - G.usiłuje owiać sobie oczy parą z garnka.

      - Studzę kaszę (z pozdrowieniami dla autora strony Kaszomania , bo to przez niego wpadliśmy w kaszowy szał).

      - Ty lubisz gotować prawda? - pyta G. dziubiąc kaszę.

      - Lubię. Ale lubię też jak tata gotuje w soboty i niedziele - odpowiadam rozczulając się głupio na myśl o Brodoziaku krojącym śledzie.

      - No tak, kucharki tez muszą czasami odpocząć - mówi G.oddalając się muzealnym krokiem.

       

      Drodzy Czytelnicy,


      z

      okazji

      Świąt

      Bożego

      Narodzenia

      życzę Wam zdrowia,

      śmiechu, dystansu, marzeń,

      tych, którzy będą dla Was z radością gotować,

      cierpliwości, spokoju ducha,

      i miłości.

       


      Pozdrawiam

      Kurcharka, Brodoziak, Gosia i Ala

       

      PS Wpis już teraz, bo nawet kucharze muszą odpocząć. Jutro wyjeżdżamy! Do zobaczenia w styczniu!

       

      A jednak coś w tym musi być. Zauważyłam, że co drugi wpis zaczyna się od "jestem w kuchni".

      by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at grudzień 19, 2014 12:31

      pokolenie ikea

      14456488435_d53c870821_b

      Kiedyś dawno, dawno temu byłem w Niemczech. To chyba było Monachium. Towarzyszył mi radca prawny, który zbliżał się już do końca swojego życia – miał może nawet jakieś 45 lat.

      Trzeciego dnia, kiedy mieliśmy wolne popołudnie poszliśmy na zakupy. Szukał prezentu urodzinowego dla swojej żony. Chodziliśmy długo po centrach handlowych.Proponowałem mu biżuterię – odmówił. W końcu zatrzymaliśmy się przed artykułami gospodarstwa domowego, gdzie wybrał prosty, biały, elektryczny czajnik za jakieś 29,99 euro.

      Od razu wsadził go do koszyka zadowolony jakby mu ktoś w kieszeń nasrał.

      - Stary nam się zepsuł – wyjaśnił radośnie.

      - Czekaj, chcesz żonie kupić czajnik? -zapytałem.

      - No tak – odpowiedział.

      - Czajnik na urodziny? – dopytałem bo zrobiło mi się nieco słabo.

      Pokiwał energicznie głową, że wszystko się zgadza. Przez moment proponowałem mu jeszcze drewnianą miskę, która moim zdaniem była również okropna jako prezent na urodziny. Ale z całą pewnością lepsza niż pieprzony czajnik.

      Odmówił.

      - Moja żona lubi praktyczne prezenty – wyjaśnił.

      I wiecie co? Po latach zrozumiałem, że miał rację. Czy jego żona chciała dostać coś innego? Być może. Ale to ona wybrała go na męża – zakładam z pełną świadomością wad i zalet.

      Kiedyś kumpela wysłała zdjęcie swoich cycków swojemu facetowi. Zadzwonił do niej od razu z pytaniem czy wszystko ok. i czy przypadkiem nie jest chora.

      Była niemile zaskoczona.

      - A wysyłałaś mu wcześniej takie zdjęcia? – zapytałem.

      - Nie – odpowiedziała.

      A znają się osiem lat.

      - To czego oczekiwałaś?

      My, ludzie mamy totalnie zjebany rytuał kopulacji. Wiecie te wszystkie reguły i reguliki.

      Po pierwszym spotkaniu musisz odczekać trzy dni, aby zadzwonić.

      Sranie w banie, jeśli kobieta mi się naprawdę podoba mogę do niej zadzwonić trzy minuty po zakończeniu spotkania, i powiedzieć, że jestem na nią napalony jak komornik na szafę. I wiecie co? Jej się to strasznie spodoba.

      Jeśli chcesz aby on się z tobą związał – nie możesz mu dać na pierwszej randce, bo nie będzie cię szanował i się nie zaangażuje.

      Kiedyś znajoma poszła do łóżka po pijaku z żonatym facetem, którego spotkała pierwszy raz wżyciu. Czyli mamy hedonizm i pogoń za seksem. Przyjechał do niej, do jej mieszkania na warszawskim Mokotowie kupionego na kredyt rzecz jasna. Przeleciał ją tak że się ściany trzęsły przy tej lampie i materacu z Ikeii. A później ona obudziła się o piątej z bólem istnienia. Pokręciła po mieszkaniu, obudziła go o szóstej i powiedziała: musisz już iść. Czyli mamy zasady i pragnienie wolności. Co on jej odpowiedział? Ale ja mieszkam w Piasecznie!

      Wrócił więc na piechotę do tego swojego Piaseczna, do żony i dzieci a to pod Warszawą. I co? Zwariował dla niej. Bo go odrzuciła. I z całą pewnością, był od razu pełen szacunku.

      Jeśli chodzi o nawiązanie znajomości między kobietą a mężczyzną są pewne standardy, które mimo lat się nie zmieniają. Jest żelazna trójca: Randka. Kolacja, Spacer. A jeżeli było miło dochodzi do tego punkt czwarty: buzi.

      To owszem zaskakujące, że tak proste rzeczy przychodzą nam z takim trudem. Wysłać sms’a. Uśmiechnąć się. Powiedzieć: podobasz mi się. Jesteś piękna. Zadziwia mnie ile godzin ludzie potrafią spędzić na chodzeniu wokół telefonu, aby tylko zastanowić się czy warto kogoś zaprosić na spotkanie, z którego coś może wyjść a może nie.

      Znam facetów, którzy są w stanie od ręki wyjaśnić na czym polega problem przesunięcia sofy Leo Mosera. Albo są milczącymi barczystymi, brunetami, którzy biegają po parku z psem i potrafią przy pomocy zapałek i kilku gwoździ naprawić dajmy na to silnik od fiata 126 p. Zadziwiającym trafem większość tych kolesi, kiedy przychodzi do spotkania twarzą w twarz z kobietą, która im się podoba pocą się i tracą 80 proc. intelektu.

      Widzieliście kiedyś spoconego lisa albo królika na widok lisicy/królicy z którą chce zawrzeć bliższy kontakt?

      Jakoś mi się kurwa nie wydaje.

      Problemem większości mężczyzn jest strach i brak wyobraźni. Brak spontaniczności. Nieliczni potrafią zrobić tak jak mój kumpel, który przez godzinę ścigał swoją kobietę aby ją przeprosić. Dopadł ją w pociągu na dworcu Warszawa Centralna, minutę przed odjazdem. Wbił się do wagonu. Wręczył bukiet róż w przedziale i wysiadł na Zachodniej. Większość kobiet które mijał miała nadzieję, że te kwiaty będą dla niej.

      Pewne gesty czynią różnicę. Nie oceniaj mnie swoimi kryteriami jeśli jesteś pełen strachu przed wyimaginowanymi konsekwencjami. Ale o tym też już wam pisałem.

      Faceci często pytają mnie co działa na kobiety. I oczywiście są takie rzeczy.

      Kobiety owszem są praktyczne, ale są też romantyczkami. Dlatego być może tak bardzo spodobała się im historia Ruskiej Blondyny aka Natalii w „Pokoleniu Ikea Kobiety”. Patrzyłem na nią przez okno w swoim mieszkaniu przez kilka tygodni. Ona wiedziała, że ją obserwuję. Pozowała. A później po jej urodzinowej imprezie kupiłem jej na Allegro biały szlafrok od Victoria’s Secret.

      „Z kretyńskim różowym napisem z tyłu. Niestety, nie było bez napisów. Za to kończył się w połowie uda i miał spory dekolt. Dobrze ulokowane 50 dolców. Dołączyłem kartkę: Załóż, bo się przeziębisz. I wrzuciłem do jej skrzynki pocztowej.

      Dwa dni później zobaczyłem Zimną Blondynę, jak ostentacyjnie wyjmuje z torebki lornetkę, kładzie ją na parapecie, a cycek niby to przypadkiem wyskakuje jej zza szlafroka. Tego, którego jej podesłałem, rzecz jasna.”

      Wiem, że kobiety podnieca mężczyzna, który dobrze pachnie. Po prostu. Kobieta może wybaczyć facetowi że jest gruby. Ale nie wybaczy mu, że śmierdzi.

      Kobiety lubią gdy mężczyzna nie jest skąpy. Gdy potrafi na pierwszym, drugim czy trzecim spotkaniu zapłacić za jej taksówkę do domu. Po prostu otworzy drzwi od strony kierowcy. Zapyta ile będzie kosztował kurs. Po czym wręczć kierowcy banknot z nadwyżką i powiedzieć: niech pan zawiezie panią tam gdzie ona prosi.

      Kobiety lubią dostawać kosze kwiatów do pracy. Nie chodzi tutaj o badyle i płatki. W ten sposób daje się im coś więcej: zazdrość koleżanek. Każda z nich widząc jak ona idzie korytarzem ciągnąc ze sobą gigantyczny bukiet.

      Wreszcie kobiety uwielbiają fuck eye kontakt. Patrzysz jej prosto w oczy. Uśmiechasz się do niej. Później patrzysz na jej usta. Później znów w oczy. Nie spuszczasz wzroku. Wytrzymujesz jeszcze chwilę. Aż do momentu. kiedy ona zacznie się czerwienić.

      Tylko, w ogólnym rachunku to wszystko nie ma znaczenia.

      Owszem 100 kwiatów do pracy, to piękne wspomnienia, może na lata. Ale faceta poznaje się po tym czy będzie przy Tobie kiedy wasze dziecko będzie miało 40 stopni gorączki.

      Kiedy kobieta powie, że jest chora a on będzie tuż obok.

      Kiedy wszystko w życiu się pierdoli, a on mówi: zaczynamy od początku.

      14456488435_d53c870821_bPhoto by Jan Fidler/CC Flickr.com


      by panikea at grudzień 19, 2014 11:34

      Szymaczek

      Z bałwanami

      szym-balwany-19

      Szkoda, że nie takimi śniegowymi

      by szymaczek at grudzień 19, 2014 11:13

      Tomaczek

      Kraina filcu

      Dzieciowo mi

      Tesco Loves Baby – Gentle Cleansing Bath Bubbles – TLB mi się zepsuło…

      A tak było dobrze, a tak świetnie było i Tesco Loves Baby trafił mi szlag.

      Myło mi pięknie i pielęgnowało, lecz coś w nim zmienili, ach czemuż to tak?

      I wierszem już gadam, i bez sensu bredzę, płodzę te rymy od czapy, że hej,

      Lecz żal d…uszę ściska i łezka się leje, zepsuło się Tesco i teraz mi źle.

      Taka to poezja normalna inaczej z trzewi mych wylazła, bo naprawdę jestem zła. Do tej pory polecałam produkty tescowej linii Tesco Loves Baby, bo spełniały swoje zadanie i były w przystępnej cenie. Idąc za ciosem kupiłam Gentle Cleansing Bath Bubbles, czyli płyn do kąpieli i owszem, cena ta sama, ale jakość zjechała na pysk.

      gentle_cleansing_bath_bubblesCzyni nam bąbelki przecudne, jak czynił, bardzo ładnie pachnie, dobrze myje, ale… odnoszę wrażenie, że wysusza skórę. Płyn był używany przez nas jakiś czas temu, zanim nastąpiło zaostrzenie zmian skórnych (bo mamy AZS). Nie uczulał, nie podrażniał, ale nie wydaje mi się (podkreślam: wydaje mi się bardzo subiektywnie), że jakość zjechała. Nie konkretnie tego kosmetyku, bo go wcześniej nie używałam, ale chodzi ogólnie o markę.

      gentle_cleansing_bath_bubbles3Coś podobnego obserwuję w lidlowej marce Cien dla dorosłych. Zupełnie dobre szampony po zmianie desingu opakowania zmieniły też najwidoczniej skład (lub proporcje tegoż) i transferowały w totalny badziew. W przypadku Tesco Loves Baby aż takiego upadku obyczajów nie mamy, ale różnica jest.

      Czyli co? Czyli coś w rodzaju zmęczenia materiału, kryzysu w związku. Czy kupię coś jeszcze z Tesco Loves Baby? Myślę, że tak, żeby się przekonać, czy to jakaś jednorazowa wpadka, czy ogólniejsza tendencja.

      by kruszyzna at grudzień 19, 2014 08:00

      ...czasem oprócz skalpela używa rozumu

      Mieszkańcy "Domu złego"



      Widuję ich od ponad 50 lat. No powiedzmy od jakiś 43 , kiedy mając 10 lat, zacząłem już chyba rozróżniać pewne populacje ludzi. Tak naprawdę zobaczyłem ich chyba świadomie na ulicy Kościuszki w Toruniu, która stanowiła fragment drogi do mojej szkoły.  Mieścił się tam (przed przebudową owej arterii) zielony kiosk z piwem. Powoli wymiera pokolenie ludzi, którzy wiedzą o czym mówię. Sprzedawano tam piwo o niezapomnianym smaku, przy którym dzisiejsze wyroby browarnicze są popłuczynami kufli. Tak przynajmniej można by sądzić z liczby osób pragnących owego chmielowego cudu. Kiosk był oblężony przez masy ludzkie, z gwaru rozmowy których, artykułowało się raz za czas słowo na k i ch (w ich pisowni - h). Kto wie czy tam właśnie nie przekroczyłem (może w myślach) tabu językowego.
      Z czasem zorientowałem się, że ludzi zbliżonych do amatorów piwa z zielonego kiosku jest więcej. Było ich tak dużo, że ku memu zdziwieniu stanowili większość. Nawet starsi koledzy z podstawówki wydawali się mieć z nimi wiele wspólnego, co po czasie,  okazało się niestety prawdą. Podejrzewam, że okres liceum i studiów uśpił nieco moją czujność wobec nich. Spotykałem się z mądrymi ludźmi, a sytuacja w kraju sprzyjała konsolidacji przeciw "nim". My byliśmy "nami". Potem prezes Kaczyński wyjaśnił mi na czym polegała cienka czerwona linia oddzielająca ZOMO od właśnie nas. Wówczas myślałem, że nasi bohaterowie odbywają tam  służbę stąd jakby ich mniej wokoło.
      Ale jednak "domy złe" nie zniknęły. Po cichu , niczym zombie wstające z grobów, ich mieszkańcy wrócili i zaczęli zaglądać do miejsca mojej pracy. Powiem więcej, to ja zacząłem być gościem u niech.  Zajeżdżałem karetką do owych "domów złych" , gdzie na podłodze leżeli zarzygani , zapijaczeni ojcowie rodzin, (nad łóżkiem obowiązkowe monidło i obraz Matki Boskiej), bracia i siostry, a także szwagrowie i kuzyni. Szyłem ich głowy, opatrywałem podbite oczy. Bywało że się mordowali. Jednego ojca rodziny znalazłem w altance ogródka na tyłach domu, gdzie mieszkał od 3 lat po szczęśliwym powiększeniu się rodziny. Ot tak wyprowadził się na lato, a potem jakoś  poszło. No nie przelewa się im, syn trochę pije.
      Domy złe mają pewną właściwość. Mogą zagościć nawet w eleganckich kamienicach, zajmowanych przed wojną przez przezacnych mecenasów, lekarzy czy inżynierów. Trzecia  w nocy. Wezwanie, pobicie rana głowy. nazwisko Iksiński. Elegancka choć oberwana z  tynku kamienica. Na klatce schodowej resztki marmurowych schodów pokrytych ongiś dywanem. To co zostało z witraży wypełnia dykta.  Czwarte piętro. Na drzwiach 5 dzwonków (w jednym mieszkaniu mieszka pięć rodzin). Iksiński :"Dzwonić 3 x". Dzwonię chyba 2x. Otwiera starsza pani:" Nie umiesz chuju czytać? , znowu do tego pijaka?". W pomieszczeniu, będącym niegdyś salonem a dziś podzielonym na trzy części dyktą, leży zakrwawiony człowiek, Polak, zapewne katolik. Może w niedzielę zakłada garnitur ślubny i idzie do kościoła. W piątkową noc leży w krwi i wymiocinach. Kilka ulic dalej przy dworcu, którego dziś już nie ma, stoi budka z biletami MZK. Ale zmieniła się tego wieczoru w małe Koloseum, na miarę naszego imperium. Walczą w niej dwaj polscy gladiatorzy. Jednemu po celnym ciosie wylatują zęby które wyplute wraz z krwią wystukują na blaszanej ścianie swoiste staccato. Policja ( a może jeszcze milicja) rozdziela walczących. Okazuje się, że był to wyrok jaki na cwelu wykonał "człowiek" z Koronowa (chodzi o lokalizację więzienia). W innym domu więzień na przepustce z kryminału wyzywa mnie od chujów, gdyż jego zdaniem zbyt wolno podążam po schodach do oparzonego dziecka, które bez opieki w czasie pijackiej imprezy oblało się wrzątkiem. Jeszcze gdzie indziej… .
      Po wielu latach zmian ustroju, gospodarki, rządów i priorytetów nic się nie zmieniło. Domy złe zaczęły się skupiać w dzielnicach, gdzie strach wchodzić po zmroku. Są na wsiach zabitych dechami, popegerowskich. Tam ludzie zabijają się samochodami i motocyklami, bo kto tam nie chleje. Czasem trafiają do szpitala. Zbrodniarze, mordercy, którzy zabili kogoś stają się pacjentami. A ich mamusie wzorem jednej, sprzed tygodnia powiadają że był przecież trzeźwy, a rodzina zabitego "nie ma żalu, bo tamten też był nachlany i w sumie dobrze mu tak". Nieśmiała uwaga: "Pani syn miał 2,5 promila…" . "No był wypity ale nie pijany". Matczyna miłość, jakże polska i chrześcijańska.
      Te domy rosną, pączkują. Obawiam się że nikt ich nie wyremontuje. Problem, żeby tam przypadkiem nie trafić. Bo w domach złych nie ma prawa ale są obyczaje. Takie swojskie, polskie, pijackie i religijne. Po prostu nasze. Strzeżcie się ich!   

      by Wojciech Szczęsny (noreply@blogger.com) at grudzień 19, 2014 07:13

      zycie na kreske

      bonus poza numeracją

       zrobiliśmy sobie prezent.
      a jak ktoś chciałaby/chciałby z nami współpracować, to można się odezwać na: em.zablocka@gmail.com.

      by pani od rysunkow (noreply@blogger.com) at grudzień 19, 2014 04:30

      bonus poza numeracją

      co prawda to było parę dni temu, ale Emilek mówi, że to nie szkodzi i można zacząć zawsze!
      przy okazji - może wiecie, Kochane/Kochani, co z tym projektem? skrzynka zniszczona (to stan sprzed kilku tygodni). na fb projektu Domni-Bezdomni cisza. a to taka wspaniała idea!!!

      by pani od rysunkow (noreply@blogger.com) at grudzień 19, 2014 04:30

      grudzień 18, 2014

      Kura

      Praca jak z nut

      Wieczór.

      Stoję w kuchni i obserwuję sobie bulgoczące bąble w kaszy jaglanej (to nasze jedzeniowe hobby ostatnio).

      - Aaaaa poooookój pooo zieeeemi! Po ziemiiiiii! -   G.i A. wyją radośnie (czytaj kolędują).

      Szmery w przedpokoju. Wchodzi Brodoziak.

      G.i A. rzucają się ku niemu zgrabnym susem.

      - Taaaato, a gdzie byłeś cały dzień? - pyta A.oddłubując ziemię z butów (już mnie to nie rusza).

      - Jak to gdzie? W pracy przecież! - B.wykonuje gest symulujący ocieranie potu z czoła z okrutnego wysiłku intelektualnego przez wiele godzin.

      - A co wy śpiewacie teraz w pracy? - pyta G. łowiąc krople wody z kurtki Brodoziaka.

      - Śpiewamy? - B.patrzy zaskoczony.

      - Ty i kolegi. Teraz. Co śpiewacie? - G.drąży temat pracowego repertuaru.

      - Aaa. Ahhha. My, my, my - B. jąka się podejrzanie - My nic nie śpiewamy.

      - To co robicie cały dzień? - A.patrzy z ukosa.

      - Pracujemy cały czas - mówi powoli B., a prawy kącik ust drży mu tak jakoś.

       

      Kłamie jak z ...nut :)

       

      Pozdrawiam

      Kuralalalala

      PS Fragment kolędy "Przybieżeli do Betlejem". U nas pokój, z tajemniczych powodów, jest po ziemi. :)

      by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at grudzień 18, 2014 07:03

      Matka jest tylko jedna

      Wyniki ankiety – co mi pisaliście?

       

       

      Rację miał Jason Hunt, gdy pisał, że każdy porządny bloger powinien chociaż raz zrobić ankietę. To już nawet nie chodzi o to, żebym czytała peany na swój temat – po to ankieta była anonimowa, żebyście nie nie wahali się przed szczerą myślą – ale o to, żeby przekonać się, czy to, co myślę, że robię dobrze, faktycznie dobrze mi wychodzi, a przeczucia i wrażenia, co robić dalej, mnie nie mylą. No i się przekonałam. Zobaczcie:

       

      Ostatecznie ankietę wypełniło prawie 1000 osób. To niezły wynik, powiem nawet, że trochę zaskakujący, bo nie mam aż tak dużej rodziny, a większość z niej i tak mnie nie czyta, mimo że wmawiają mi co innego :) [Pozdrawiam!]. Rodzina, rodziną, dziękuję serdecznie wszystkim tym, którym się chciało napisać mi kilka słów o sobie, a na blog, sprawdzić, co nowego, wchodzą codziennie [25%] albo kilka razy w tygodniu [53%]. To naprawdę budujące – wiedzieć, że na moje teksty są odbiorcy i ktoś faktycznie czeka na nowe wpisy. Nic, tylko muszę starać się bardziej i bardziej – dzięki wielkie z tę mobilizację! Była dokładnie tym, czego potrzebowałam.

       

      Tak samo, jak wiedza, ile procent z was przychodzi do mnie, mimo że nie ma [albo jeszcze nie ma] dzieci. Przyznaję, obstawiałam, że większość z was jest dzieciata, ale i tak zaskoczyła mnie liczba bezdzietnych, czytających blog parentingowy :)

       

       

       

      4

       

       

      To miłe przeczytać takie opinie:

       

       

      Z przyjemnością czytam wszystko, co napiszesz i mam nadzieję, że tak zostanie – również kiedy pojawi się drugi szkrab, nadal nie będzie to taki blog parentingowy, na którym niedzieciaci nie mają czego szukać.

       

       

      Albo takie:

       

      Już trochę się naprodukowałam wcześniej :) Dodam jeszcze trochę opinii, a co :)

      Uważam, że Twój blog jest jednym z najbardziej ambitnych w polskiej blogosferze.
      Przede wszystkim jest nienaganny od strony technicznej – językowej, edytorskiej. Miałam już takie sytuacje, że przestawałam czytać jakiegoś bloga, bo choć treść była całkiem interesująca, to język tak pretensjonalny (anglicyzmy – nienawidzę nadużywania) czy po prostu słaby, że nie wytrzymywałam i był unsub (anglicyzm! ;) ).

      Poza tym bardzo podoba mi się Twoje niezależne, krytyczne myślenie oraz to, jakie poruszasz tematy. Są po prostu ciekawe i inspirujące.
      Jesteśmy mniej więcej rówieśniczkami, chociaż ja mam zupełnie inną sytuację rodzinną (dziecko chętnie urodziłabym choćby jutro, gorzej z wizją mieszkania pod jednym dachem z facetem). W kwestiach, które mam już w jakimś stopniu przemyślane, często się z Tobą zgadzam. Dlatego zakładam, że w tematach, które są mi jeszcze obce, np. dziecięcych, też będę miała podobne spostrzeżenia. Czytam w jakimś sensie po to, żeby mieć te rzeczy w głowie na przyszłość.

       

       

       

      Lub takie [mój ulubiony!]

       

       

      Chciałabym Ci bardzo podziękować za tego bloga. Dzięki Tobie, Twoim opisom Kosmyka i Waszego życia w końcu odważyłam się zostać mamą. „Kropeczka” pojawi się u nas w ciągu najbliższego miesiąca :) Mam nadzieję, że do tego czasu zdążymy się przeprowadzić do nowego domku.
      Twoje teksty są dla mnie bardzo ważne. W pewien sposób odnajduję w nich siebie. Dziękuję za Twoją szczerość i naturalność, za otwartość w poruszaniu trudnych tematów i za genialne poczucie humoru. Proszę nie zmieniaj się.

       

       

      Czy może być większa pochwała dla blogerki piszącej o dziecku jak właśnie sygnał od czytelniczki, że dzięki tobie zdecydowała się na dziecko? Nie! Ramka na te komentarze już zamówiona, powieszę sobie je nad biurkiem i będę na nie patrzyła zawsze, kiedy ktoś stwierdzi, że potrzebna mi jest solidna dawka krytyki :) A skoro już o krytyce mowa – kilka osób zauważyło w sugestiach, że kasuję krytyczne komentarze i pytało się z dramatycznym milionem znaków zapytania: „Czemu? Czemu?”. Otóż, odpowiedź jest prosta. Pokolenie, do którego należą moi rodzice i które wychowywało mnie w szkołach jest z tego czasu, kiedy uważało się, że dziecku wystarczy krytyka. Nawet jeśli zrobiłam coś dobrze, to jedyne, na co mogłam liczyć, to skrupulatne wyliczenie wszystkiego, co zrobiłam w dobrej rzeczy źle. Bardzo ładnie to zresztą widać [jeszcze!] nawet na zdjęciach kartkówek naszych dzieci.

       

      Sama dostałam do ręki swoją maturę, analizę wiersza [na ten temat zdecydowało się wówczas raptem 3% maturzystów w Polsce] z piątką na okładce, a w środku z bezlitosną listą każdego źle postawionego przecinka i litościwą adnotacją, że gdyby nie te błędy, dostałabym szóstkę. To dlatego na zdawanie na polonistykę zdecydowałam się dopiero po trzech latach zupełnie innych studiów. Pani od geografii była bardziej motywująca :)

       

       

       

      To dlatego też na moim blogu preferuję jedynie motywujące komentarze, zmuszające do myślenia, nie „głupio mądre” [pisałam o tym tutaj] i mobilizujące moje skrzydła do jeszcze większych machnięć w powietrzu. Proste? Proste.  Na krytyczne komentarze [sama zresztą jestem dla siebie dość surowa] mocno się uodporniłam, bo już dawno odkryłam, że to nie one mnie motywują, nie one zmuszają do myślenia, nie one są drogowskazem. Jeśli ktoś mi naprawdę dobrze życzy, może o moim domniemanym problemie porozmawiać na prywatności. A tak? Ot, komuś musiało się ulać, czemu nie poszedł do łazienki?

       

       

      Ale wracając do ankiety. Pojawiły się w niej pytania dotyczące współpracy na blogu. Trochę się tych odpowiedzi obawiałam, bo przecież „sprzedałaś się!”, „jak możesz!” i te sprawy. Ale na szczęście rzeczywistość pokazała mi co innego:

       

       

       

       

      3

       

       

       

      I te wyniki są fantastyczne, bo oznaczają, że całe moje zamierzenie nie dodawania postów stricte reklamowych, a wplatanie ich w treść bloga, w całą historię, którą opowiadam, a która powstaje również niejako na waszych oczach, nie było złym pomysłem i… się sprawdza! Jesteście w stanie poznać, które z tekstów są efektem współpracy z firmą, mało tego – uważacie, że marki, które pojawiają się na blogu są dobre i sprawdzone! Dziękuję – staram się i nie żałuję tych wszystkich odmownych maili, które wysłałam w październiku i listopadzie, bo stwierdziłam, że produkt ani do mnie nie pasuje, ani nie umiałabym go nawet w moje życie wpasować. Fajnie wiedzieć, że dokonuję dobrych wyborów i mam nadzieję, że dalej będzie mi to wychodzić.

       

      Raptem kilka procent z was stwierdziło, że nie lubi reklam na blogu:

       

       

      sposn

       

       

       

      I tych osób jest naprawdę niewiele! Ale większość z tych, co zaznaczyła „Nie lubię” nie omieszkała w sugestiach dopisać, że u mnie reklama goni reklamę i żebym przestała non stop pisać o współpracach :)  A reklam na blogu od września było… pięć. Bebiko, Lego Duplo, Toyota, Tauron i teraz Duracell [przy okazji jeden lajk, jedna złotówka na budowę boiska – tutaj!]. Niektóre blogi mają tyle w dwa tygodnie :)

       

      Co też nie jest złe, bo jeśli robią to umiejętnie, ładnie i ciekawie to… co z tego? Kiedyś rozmawiałam z moją koleżanką właśnie o zarabianiu na blogach. Spytała się mnie, czy nie lepiej by było pójść do pracy i zarobić równowartość tego, co zarabiam na jednej reklamie w miesiącu. Tylko że nawet gdybym znalazła na Mazurach taką pracę, która dałaby mi, załóżmy, 2000 zł do ręki i nawet gdyby ta praca nie byłaby 50 albo 100 km od domu to… co ja bym zrobiła z dzieckiem? Żłobek? Do 13. Prywatne przedszkole – od trzeciego roku życia. Publiczne? Do 13 i jeszcze muszę dowozić. Ok, gdybym chciała, pewnie bym się zorganizowała, nie takie rzeczy robiłam i ludzie pracują i dojeżdżają w dalsze rejony, ale jeśli mam możliwość robić to, co lubię, przy okazji widzieć dziecko częściej niż przez godzinę wieczorem, to chyba bym była niespełna rozumu, gdybym nie skorzystała z takiej okazji. I niezmiernie mi miło, że widzicie, że wcale tej okazji nie wykorzystuję za bardzo. Reklamuję to, co chcę, nie mam parcia na zarabianie niesamowitych pieniędzy, kilka razy już zresztą podkreślałam –  nie mam dużych potrzeb. Bylebym nie musiała kombinować pieniędzy na zimowe buty, kurtki, inne akcesoria i kilka zajęć dodatkowych dla dzieci lub wyjazd do teatru czy kina raz w miesiącu. Z resztą sobie poradzę. I mówię to ja – spętana remontem, kredytem i drugim dzieckiem w drodze :) Minimalizm jest fajny, a wilkom i jeleniom jest wszystko jedno, w jakich kreacjach przechadzam się na spacerze.

       

      Wracając do dzieci – super, że widzicie, że od początku nie byłam zwykłym blogiem parentingowym, który skupia się wyłącznie na dzieciach. Być może kiedyś Matka Tylko Jedna zniknie, a zastąpi ją ktoś inny, na przykład zwykła Jaskółka… Ale wy przecież wiecie, kim ona będzie :)

       

       

      1

       

       

       

      Miód na moje serce – bo jedną z przestróg pisania pod zmyślonym szyldem jest właśnie niewiedza czytelników, kto jest prawdziwym autorem bloga. Wy wiecie doskonale, jeśli chcecie wiedzieć więcej – możecie obserwować mnie tutaj.

       

       

      Myślałam, że sporym problemem będzie nowy szablon bloga, ale na szczęście nie sprawia od większości kłopotów:

       

       

      2

       

       

      Starałam się, żeby nie różnił się zbytnio od poprzedniego, jedyną różnicą jest w zasadzie sidebar na samej górze, w którym pokazuję teksty warte, moim zdaniem, uwagi, a dół leci jak w blogspocie – po kolei i bez szaleństw. Nowe komentarze też się fajnie przyjęły i odetchnęłam z ulgą, bo liczba „głupio mądrych” i zwyczajnie hejterskich komentarzy spadła drastycznie – super! Nawet moderacji nie mam włączonej, nie widzę w tym momencie takiej potrzeby. Jest super.

       

      A żeby było jeszcze bardziej super, dodam jeszcze kilka głasków, jakimi raczyliście mnie uraczyć w ankiecie:

       

       

      Jesteś absolutnie najlepiej piszącą babką w blogosferze. Na teksty takiej jakości bardzo trudno trafić. Po każdym przeczytanym poście czuję się mądrzejsza :) nie zmieniaj się.

       

       

      Chętnie zaglądam na Twój blog bo nie ma w nim słodzenia jakie to macierzyństwo jest cudowne, a Twoje dziecko takie grzeczne, ułożone i zawsze czyściutkie. Pokazujesz jak jest naprawdę i te mazury piękne widoki, aż chce się tam być i spacerować razem z Wami.

       

       

       

      To jeden z najlepszych blogów jaki czytam. Uwielbiam za poczucie humoru, szczerość, „normalność”. Taki blog do popłakania i pośmiania się.

       

       

       

      Dużo masz na głowie, a zachowujesz ironie, dystans, pogodę ducha, to daje mi nadzieje na to że i ja nie zwariuje. Myślę że nie jest (było) Ci łatwo – dużo zmian, przeprowadzka na Mazury, ciąża, chłop nie na miejscu, nowy-stary domek. Pokrzepiająco jest wiedzieć, że nie każdy ma tak standardowo w życiu mlekiem i miodem płynącym (studia – koniecznie ślub – pies – dom – dziecko – przy okazji super praca, kochająca teściowa i wszystko wychodzi tak, jak zaplanowano), a da się nie zwariować i być szczęśliwym. Dzięki.

       

       

       

      Znalazłam Cię jako jednego z pierwszych blogów, który zaczęłam czytać z przyjemnością niemal codziennie. Dzieki Tobie zapalalam sympatią do tej części internetów. Podziwiam Cię za dystans do siebie i rzeczywistości, za podejście do życia. Kosma ma świetną Matkę! Dzieki Tobie jest szczęśliwym chłopcem ( widać to na blogu we wpisach i na zdjęciach). Dzieki za te wieczorne chwile uśmiechu, a czasami zadumy. Szkoda, ze tak mało Was na instagramie.
      A co do imienia – nawet ostatnio myślałam o tym, jakie imię pasowałoby dla rodzeństwa Kosmyka :)

       

       

       

      Nasze życie bardzo się różni, jesteśmy na innych etapach i teoretycznie nie jestem w grupie docelowych adresatów Twojego bloga. Mimo to codziennie na niego zaglądam, poczytuję nieraz twoje teksty po kilka razy i jestem zauroczona Twoim synkiem;) Naprawdę robisz coś co daje ludziom radość i sprawiasz że poszerzają swoje horyzonty. Dziękuję Ci.

       

       

       

      No cóż, odnalazłam tutaj kawałek siebie. Przekonałam się, że nie jestem odosobniona w swoich poglądach i sądach w wielu sprawach, które poruszałaś. To bardzo miłe uczucie mieć świadomość, że są ludzie, którzy myślą tak samo lub podobnie jak ja.

       

       

      Asiu, wiem, że wraz z drugim dzieckiem zbliża się dla Ciebie bardzo trudny czas ale jak przyjdzie taki moment, że będziesz miała ochotę wszystko rzucić w cholerę i schować się gdzieś daleko w lesie, pamiętaj, że wszystko się kiedyś kończy. Dobre rzeczy bardzo szybko ale i te gorsze tez się kiedyś kończą. I schowaj sobie gdzieś awaryjną tabliczkę czekolady. Pomaga po spotkaniu z dementorami (którzy sprawiają, ze widzi sie świat w czarnych barwach). Pozdrawiam serdecznie.
      PS. Nie lubię weekendów bo wtedy są minimalne szanse na nowe teksty.

       

       

       

      A co do ostatniego pytania w ankiecie dotyczącego imienia dla drugiego dziecka… w zdumiewającej większości przewidywaliście, że w brzuchu noszę chłopca i przez przypadek sporo z was, proponując pasujące imię dla Kosmy [jedna osoba się zastanawiała, jak właściwie ma Kosma na imię :)], zgadywała imię Chłopa! No chyba nie myśleliście, że Kosma wziął z nieba :D? Wszystko musi do siebie pasować, nic nie jest od czapy.

       

      Ale i tak na razie z propozycji rządzi Gaspar i Tekla. Aż zaczęłam żałować, że nie męczę się z bliźniakami :)

       

      Uf… to był chyba najdłuższy tekst na Matce – do tej pory. Ktoś w ankiecie wspomniał, że „o jej, przecież napisanie tekstu to góra pół godziny, czym się tu podniecać!”. No cóż… mi już stuka piąta, ale w przerwie karmiłam króliki, układałam zamek z Lego, trzy razy wysikiwałam dziecko, jedliśmy razem pomarańczę i jabłka, a przy okazji opierniczyłam Chłopa, więc… tak to bywa :)

       

      Dziękuję serdecznie, że ze mną jesteście, że chciało wam się wstukiwać swoje przemyślenia w ankietę, że połowa z was spędziła ze mną ten rok – obiecuję niedługo dodać solidne podsumowanie tego czasu i… życzę spokojnych przygotowań do świąt, bo przecież właśnie to będziecie robić w ten weekend?

       

       

       

       

       

      Miałam poprosić Chłopa,

      żeby zrobił mi zdjęcie na okładkę tego wpisu,

      ale zapomniałam to zrobić, więc to jego wina,

      że musiałam wziąć zdjęcie stąd.

      Post Wyniki ankiety – co mi pisaliście? pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

      by MatkaTylkoJedna at grudzień 18, 2014 06:34

      Szymaczek

      Blog do czytania

      W Polsce to nie do pomyślenia

      Wiadomo – Polska z automatu jest gorsza. I brudniejsza. I zimniejsza. I bardziej złodziejska.  Po ataku na kawiarnię w Sydney lokalna społeczność muzułmańska zaczęła się obawiać o swoje bezpieczeństwo. W końcu wystarczy jeden nawiedzony ksenofob, który nie odróżnia napastnika od przekonań, na które ten się powołuje, aby za czyjąś winę karę poniosła niewinna osoba. W odpowiedzi …

      by mrcichy at grudzień 18, 2014 12:57

      Pani Smaczna

      Krem z pieczonych buraków i czerwonej cebuli

      Krem z pieczonych buraków i czerwonej cebuli

      Buraki lubię na co dzień, nie mówiąc już o tym, że w przypadku sałatki z burakami, kozim serem i piniami mogę już mówić o uzależnieniu ;) A dodatkowo w okresie świątecznym przywiązuje szczególną uwagę właśnie do tych warzyw … Co roku kombinuję z nowymi pozycjami. Przyznacie, że niemal u każdego na wigilijnym stole, tradycyjnie ląduje barszcz z uszkami, który oczywiście jest przepyszny, ale gdyby tak chociaż raz zamienić go na krem z buraków? Z czerwoną cebulą i dodatkiem cynamonu? Myślicie, że rodzina przyjęłaby ten pomysł z zachwytem, czy tradycja to jednak tradycja? Ja tam zaryzykuję ;)

      Składniki:

      4-5 porcji

      • 1 litr bulionu warzywnego
      • 4 buraki
      • 3 czerwone cebule
      • Łyżeczka niemielonego kuminu (kminu rzymskiego)
      • szczypta zmielonych płatków chili
      • ½ -3/4 łyżeczki cynamonu
      • sól
      • pieprz

      Do podania:

      • ser bałkański
      • koperek
      • jogurt naturalny










      Wykonanie:

      Rozgrzewamy piekarnik do 200°C, buraki zawijamy w folię spożywczą i pieczemy przez 60 – 80 minut. Cebule obieramy, przekrawamy na pół, lekko spryskujemy oliwą i dokładamy do buraków na 30 -40 minut przed końcem pieczenia.

      Po upieczeniu warzywa studzimy, a buraki obieramy ze skórki i kroimy w większą kostkę. Kumin prażymy chwilę na suchej patelni, po czym rozgniatamy w moździerzu.

      W garnku zagotowujemy bulion, dorzucamy do niego upieczone buraki i cebulę. Całość dokładnie mielimy blenderem. Dodajemy kumin, chili i cynamon. Na koniec przyprawiamy pieprzem i w razie konieczności solą.

      Podajemy z pokruszonym serem bałkańskim, posiekanym koperkiem i kleksem jogurtu naturalnego.

      Smacznego!

       

      by Pani Smaczna at grudzień 18, 2014 12:24

      Ojciec Wwwirgiliusz chowa dzieci swoje

      Pokolenie rajtuzy

      Wiemy wszyscy, po co jest dzieciństwo. Żeby psychoterapeuta mógł, jak już je przeżyjemy, wyciągać od nas grube pieniądze, wydobywając z głębi naszego jestestwa najczarniejsze blizny psychiczne, które bogu ducha winni rodzice zadali swojemu potomkowi pod pozorem tak zwanego wychowania. A jeśli nie terapeuta to przyjaciel, któremu podczas suto zakrapianej imprezy można się uwiesić na ramieniu bełkocząc coś w stylu: i ojciec mi powiedział, że mi nie kupi iPhona 6, że 4s musi mi wystarczyć, rozumiesz to? Wyobrażasz sobie życie w takim piekle, z takim ojcem?

      Na szczęście dzieciństwo ma też jasne strony. I chyba większość z nas się z nimi zgodzi, bo należymy przecież do jednego wielkiego pokolenia. Pokolenia tych którym przed wejściem do przedszkolnej sali poprawiano rajtuzy upewniając się, że starannie okrywają wpuszczoną do środka koszulkę/bluzkę. Myślę, że to właśnie jest najlepsze określenie, nie JP II, nie X, Y Z, X, nie nazwa supermarketu meblowego rodem ze Szwecji (nazwę pomijam, żeby fani prawnika z Wa-wy znów mi nie zarzucali, że się lansuję jego kosztem). Pokolenie rajtuzy. To nasze wspólne doświadczenie. I od niego zacznę pierwszą z zalet dzieciństwa w imię hasła, że nie wszystko było złe, nie wszystko.

      SWOBODA Gdy przyjrzeć się Miłemu Młodemu Człowiekowi, jak paraduje po mieszkaniu w rajtach samych (patrząc od pasa w dół naturalnie), to wiem, że ja takiej pewności siebie mieć już nigdy nie będę. Z tą samą swobodą nosi na sobie wytarte na kolanach rajty, jak i granatowy garniturek, który kupiła mu Królowa Matka. Nie ma znaczenia, ile kosztowało, nie ma znaczenia, jak wygląda, nie ma znaczenia jak bardzo krępuje ruchy. Miły Młody Człowiek we wszystkim czuje i zachowuje się tak samo. Biega, skacze, pluje, drapie się po tyłku, sika pod siebie, tarza po podłodze. Jakże to inne zachowanie od dorosłego samca, którego wystarczy przebrać w smoking i białe lakierki, a czasem zwykły garnitur z kamizelką, żeby oklapł, stracił rezon i w ogóle wyglądał (jak to mawiali o jednym naszym premierze) jak własny portret pamięciowy. A swobodnemu dziecku we wszystkim swobodnie. Nawet w plisowanej spódnicy, którą Królowa Matka założyła mu na 30 sekund, czyli czas potrzebny mi na odstawienie gorącego żelazka w bezpieczne miejsce i dotarcie do syna w celu uwolnienia go z damskich łaszków. I żebyście nie mieli wątpliwości - pojęcia, nie mam co to znaczy plisowana spódnica i nadal bym nie miał, gdyby nie to, że podczas rozdziewania MMC Królowa Matka darła się, uważaj bo najlepszą plisowaną spódnicę Oleńki podrzesz.

      RADOŚĆ No to jest niesamowite jak można się cieszyć z zapalniczki, ze znalezionego na chodniku peta, ze znalezionej na podłodze wczoraj osobiście rozdeptanej rodzynki. Cieszyć się z patrzenia jak pies je, jak kot znajomych defekuje wytrzeszczając oczy (teraz dopiero zrozumieliśmy z MMC słowa Starego dobrego wojaka Szwejka, że ktoś wytrzeszcza oczy jak srający kot w sieczkę). Świat małego człowieka jest niesamowity. Emocje płynące z tego, co widzi po raz pierwszy, a dla nas jest zwyczajne, są tak silne, że mam wrażenie czasem, że Oleńka zacznie zaraz świecić. Nigdy nie zapomnę Małgorzaty, która z dużego miasta wieku lat 4 lat pierwszy raz trafiła na wieś i krzyczała w emocjach To jest pierwsza psia buda w moim życiu. Podejrzewam, że gdyby stanęła przed mną naga Monica Belluci i to w wersji 15 lat temu, nie miałbym takich wypieków i takiego obłędu w oczach jak tamten dzieciak na widok czterech desek i skundlonego owczarka niemieckiego. 

      GŁUPOTA Każdy z rodziców zdrowego dziecka zna ten wyraz twarzy, gdy jego podopiecznego spotka jakieś cierpienie czy nieprzyjemność - tak będzie bezpieczniej napisać.  Miły Młody Człowiek wspina się na krzesło i przewraca spektakularnie, a jego głowa uderza o klocek. Dziesięć sekund później w ramionach matki, dusząc się jej obfitym biustem wygraża całemu światu. Nienawidzi go, że tak ukrzywdził malucha projektując złe zbyt wysokie, śliskie krzesła, podstawiając klocek tam gdzie trafiła jego głowa. I to ostrym kantem. Gdyby mógł tylko, kazał by zatopić to wszystko oceanem. Ale mu przechodzi. Przechodzi szybciej niż sądziliśmy. Za chwilę znów wraca na podłogę, zbierać guzy. Nieświadom, że to jeden ze śmieszniejszych dramatów, jakie przyniósł mu świat. Nieświadom chorób, zaraz, morderców, tego co pichci nam Putin w Donbasie i pseudowyznawcy proroka w Iraku. Nieświadom, że przyszedł na świat, na którym TVP promuje rodzinkę.pl zabijając jednocześnie z premedytacją moją ukochaną Licencję na wychowanie. 

      BOGOWIE. Nie umiem ustalić kiedy się to kończy. Wiem natomiast, że w oczach 2/3 mojego potomstwa jestem Bogiem. Dla syna dlatego, że umiem uruchomić samochód, rozpalić ogień w piecu, uruchomić wiertarkę i zrobić chleb w maszynie. Dla Oleńki dlatego, że umiem upiec chleb w maszynie i znam więcej mitów greckich niż ona. I że przekonałem ją na wakacjach w Grecji, że warto opuścić basen, żeby podglądać ryby w morzu. Bo pokazałem jej jak nisko mogą wisieć nad nami gwiazdy, gdy oglądać je letnią nocą z dala od przeszkadzającego we wszystkim miasta. Bo uświadomiłem, że powiedzenia "wpadła bomba do piwnicy napisała na tablicy SOS głupi pies" nie wymyślił jej kolega z przedszkola, jak twierdzi, ale jakiś inny przedszkolak kilkadziesiąt lat temu. Tak jestem bogiem. Na razie, potem czeka mnie, jak większość bogów, śmierć.

      // //

      by ojciec_wwwirgiliusz@NOSPAM.gazeta.pl at grudzień 18, 2014 12:03

      Czytadelko

      Sekret czarownicy - Anna Klejzerowicz

      Przyznać trzeba, że to cykl, który raz za razem totalnie mnie zaskakuje, choć to nie zawsze pozytywne zaskoczenia. Gdyby moje wrażenia po tych trzech książkach wchodzących w jego skład, wyrysować na wykresie, wyszłaby z tego idealna sinusoida. Jeśli pamiętacie co pisałam o pierwszej i drugiej części, to już wiecie co chciałabym przekazać. Jeśli nie... cóż, z ogromnym żalem muszę przyznać, że Sekret czarownicy zwyczajnie rozczarowuje.

      Najnowsza powieść Anny Klejzerowicz stanowi bezpośrednią kontynuację Córki czarownicy, ale myślę, że bez problemu można ją też czytać jako odrębną całość, bez znajomości poprzednich tomów. 

      Małgosia pracuje w lecznicy dla zwierząt, co nie do końca ją satysfakcjonuje i wciąż marzy o własnej klinice. Damian realizuje swoje marzenia i coraz częściej nie ma go w domu. W dodatku do ich związku powoli zaczyna wkradać się rutyna i chyba zwyczajna nuda, która raz za razem prowadzi do niebłahych sprzeczek z dość błahych powodów. Sytuacji wcale nie poprawia nadgorliwa mamusia Damiana ani, tym bardziej, pojawienie się w miasteczku Roberta - przystojnego archeologa, który zaczyna interesować Gosię nie tylko ze względu na sprawę, nad którą pracuje. Co do tej sprawy... Okazuje się, że w pobliskim kościele zostają odnalezione szczątki mężczyzny, prawdopodobnie leżące tam od jakichś... siedmiuset lat. Początkowo nikt nie wie kim on jest i skąd się tam wziął, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że po pierwsze został zabity, a po drugie może mieć jakiś związek z zakonem templariuszy. Zafascynowana tym odkryciem, kolejny raz nawiedzana przez dość niepokojące sny, Małgosia zaczyna bardzo angażować się w rozwiązanie tej zagadki. Zagadki, która zresztą stanowi najmocniejszą stronę tej książki i aż szkoda, że, w moim odczuciu, problemy małżeńskie Gosi i Damiana zdołały ją zdominować. 

      Klejzerowicz pokazuje dwa zupełnie różne oblicza miłości. Jednej, sprzed setek lat, wielkiej, gorącej, ale stającej w obliczu ogromnej tragedii oraz drugiej zupełnie współczesnej, nacechowanej co prawda odrobiną monotonii, przez co może odrobinę słabszą, ale wciąż jednak obecną. W obu przypadkach i zupełnie niezależnie od tego, w jakich czasach przyszło bohaterom żyć, widać wyraźnie, że o to piękne uczucie każdemu w pewnym momencie przyjdzie zawalczyć.

      Niestety, znów powróciła moja niechęć do bohaterów, a głównie do narratorki, którą tym razem jest sama Małgosia. Wydaje mi się, że kobieta, która tyle w życiu przeszła, powinna mieć w sobie trochę więcej dojrzałości i takiej... bo ja wiem, mądrości życiowej (?). Gosia natomiast przez większość czasu zachowuje się jak rozwydrzony bachor, któremu się wszystko należy. O ile więc historia sprzed setek lat była w stanie moją uwagę przyciągnąć, o tyle małżeńskie problemy i sercowe rozterki głównej bohaterki, które, mam wrażenie, zajmują tu znacznie więcej miejsca, jedynie działały mi na nerwy. Wielka szkoda, wiem, że Klejzerowicz stać na dużo więcej. 

      Anna Klejzerowicz, Sekret czarownicy , Warszawa, Prószyński i S-ka 2014

      by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at grudzień 18, 2014 10:36

      Dzieciowo mi

      In flagranti. Co powiedzieć dziecku, kiedy przyłapie nas na seksie?

      Tak, rodzicielstwo zmienia nas nieodwracalnie. I nie chodzi wyłącznie o to, że zupełnie swobodnie podczas rodzinnego obiadu główną bohaterką rozmowy można uczynić kupę, rozważać jej konsystencję i kolor gdzieś między rosołem a udkiem z kurczaka, a kurczak w żaden sposób na tym nie ucierpi. Nie chodzi też tylko o nagłe rozszerzenie percepcji i odkrywanie, że do tej pory nie wiedzieliśmy, jak niezwykle twórcza potrafi być architektura polskich chodników i ostatnie, co można o nich powiedzieć, to to, że są poziome. Nie chodzi też o to, że stwierdzenie „kupię coś sobie dzisiaj” owocuje dwiema parami nowych śpiochów, czapeczką w misie i promocyjnym opakowaniem pieluch, a matka i tak czuje się szczęśliwa.

      Chodzi o to, że rodzicielstwo stawia nas wobec wyzwań nieznanym innym, zmusza do podejmowania działań wielce kreatywnych, stosowania technik szpiegowskich i sięgania po wyższą kulturę dyplomacji. I to wszystko w sytuacji, gdy chodzi o seks.

      Och, to se ne vrati. Nie ma takiej opcji, jak drzewiej bywało, że wracacie ze wspólnego wyjścia do sklepu, już w windzie rozpoczynacie grę wstępną, żeby nie tracić czasu, do drzwi docieracie prawie że w majtkach, zamykacie je za sobą i finalizujecie sprawę po prostu w przedpokoju, gdzieś między torbą z jarzynką i stertą nabiału. Dzisiaj, gdyby was naszła ochota na małe szaleństwo, tobyście wparowali do mieszkania, ciepnęłi torby z nabiałem, oparli się o drzwi, a przez uniesień szał przebiłby się zupełnie bez wysiłku cienki głosik:

      - Tato, a kupiłeś kakałko?

      Nie, to już nie te czasy. Mówiąc wprost rodzic musi opanować techniki uniku w momencie przyłapania in flagranti. Słowem, jak ukryć to, co się już wydało lub wydało o mało co. Tu potrzeba kreatywności i inwencji twórczej. Trzeba zastosować manewry wyprzedzające.

      Bywa więc, że emocje sięgają zenitu, już jesteście w ogródku, już witacie się z gąską, przeciągłe ooooch, miesza się z pełnym werwy aaaaach, a wtedy jakieś dwa metry dalej rozlega się:

      - Hi, hi, ale tatuś śmiesnie skace.

      Lub też:

      - A co wy lobicie?

      Albo też (wersja hard)

      - Tato, co lobis mamusi?

      My tu śmichy-chichy, ale sprawa jest nie taka do zlewki. Młody obywatel jeszcze nie rozumie, że odgłosy wydawane przez mamusię i tatusia są jak najbardziej pożądane i gdyby tylko nie mieli świadomości, że nie są w domu sami, robiliby to trzy razy głośniej.

      seks_zolwie

      Trzeba uświadomić młodego, że wszystko jest pod kontrolą, mleko się rozlało, widział, co widział, nie ma sensu zaprzeczać i puszczać ściemę w stylu „tatuś śmiesznie skacze, bo ćwiczy takie skomplikowane pompki, czyli dba o zdrowie, weź to, dziecko, pod uwagę, a co robi pod spodem mamusia? Jaka mamusia? A rzeczywiście, pod spodem jest mamusia! Ciekawe, po co tam wlazła?” Nie, to nie jest dobra metoda. Odsuwanie problemu sposobem przeniesienia ciężaru na inne zagadnienie „a czemu ty jeszcze nie śpisz” też nie pomaga, opcja „a lekcje zrobione?” nie wchodzi w grę z racji wieku gagatka i pory późnowieczornej.

      Przede wszystkim nie zrywamy się jak oparzeni, nie wrzeszczymy, nie zabieramy rozpaczliwie kołdry, nie syczymy „gdzie ta cholerna piżama” lub „to moje majtki”. Spokojnie złazimy jedno z drugiego. Młode goliznę zobaczy, ale obserwowało ją zapewne od pięciu minut, nie ma co się spinać. Uskuteczniamy spokojne ruchy, wdziewamy szmatki, po czym tłumaczymy, że dorośli czasami tak właśnie pokazują sobie, że się kochają. Dorośli to bardzo lubią. Zgoda, to wygląda śmiesznie, ale dorośli w ogóle są śmieszni, to do nich pasuje.

      Nie wpadać w panikę, nie dawać do zrozumienia, że wraz z wtargnięciem juniora stało się coś strasznego (no dobra, orgazm pozostanie w sferze marzeń), a przede wszystkim pod żadnym pozorem nie karać potomstwa i na nie nie krzyczeć. Po prostu następnym razem trzeba będzie rozeznać dokładniej sytuację na froncie przed podjęciem działań bojowych.

      Wytłumaczyć, spokojnie zaprowadzić młodego z powrotem do łóżeczka, utulić, niech zaśnie, a przez resztę wieczoru poczytać, zgodnie z zasadą „nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka.” Oszałamiający seks zostawić na następną okazję.

      Zdjęcia z pixabay.com.

      by kruszyzna at grudzień 18, 2014 09:25

      am mniam

      Bigos wegetariański na święta

      Na świątecznym stole nie może zabraknąć dobrego bigosu. Polecam wersję wegetariańską, która od tej klasycznej, z mięsem – jest zdrowsza i lżej strawna. A smak ? Jeśli nie jedliście jeszcze takiego bigosu, będziecie mile zaskoczeni – jest po prostu pyszny. Bigos wegetariański na święta robi od kilku lat moja mama korzystając z przepisu Marioli Białołęckiej ... More

      by Magda at grudzień 18, 2014 09:15

      zycie na kreske

      grudzień 17, 2014

      Anrzej rysuje

      Zuzanka

      moje waterloo

      2012

      Tymczasem gdy tylko straciliście czujność, z Dzikiem i jego matką zamieszkały...

      ... Maja i Gucio
      Zatem Dzik został posiadaczem ziemskim oraz farmerem w jednym. I ogólnie pełne szaleństwo.

      Tym samym Czesław stracił swą pozycję najmniejszego i najmłodszego w rodzinie. Naprzeciw pięciotygodniowych pisklaków jawi się malamutem, a nawet mamutem. Czesławowi to nie przeszkadza, byle miska była pełna.

      Poza tym Szef szepnął mi do uszka na stronie, że po nowym roku nadal będę pracownicą fabryki, więc radość wielka. Wyraźnie zakończyłam epizod lumpenproletariacki. Na tę okoliczność udaliśmy się na jazzowy wtorek, mimo że Prezes zaznaczył nutkę* w kalendarzu na niedzielę. Ja tam zgodna jestem, ale żeby wtorek przypadał w niedzielę, to jako żywo... nie przerabiano.
      Jeden facet, co siedział koło mnie, gadał. Niesiona falą sukcesu o mało nie zdzieliłam go z liścia.
      NOSPR nadal stoi i ma się znakomicie.

      - Trzeba przyznać, że nie czuję się odchamiona, lecz wręcz ukulturalniona - poinformowałam Prezesa w drodze powrotnej.
      - Już nie tylko BYLIŚMY, ale normalnie BYWAMY! - podsumował zgrabnie.
      - Ani się człowiek obejrzy, a zostaniemy stałymi bywalcami. Jak sądzisz... czy tam można mieć swoje fotele niczym różni mistrzowie w kawiarniach? Literackich, dajmy na to?
      - Sprawdzimy. Będziesz mogła przylutować jakiemuś fajansiarzowi z karnetem.
      No to czekam. Nie ma jak strzelić komuś w ucho w siedzibie kultury wysokiej.

      *Prezes jest fanem ikonografii. Niektóre zaznaczenia w kalendarzu nawet mnie zadziwiają.

      by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at grudzień 17, 2014 08:26

      Krolowa Matka i Banda Czworga

      Bez jakiegokolwiek komentarza

      Pompon Starszy - Mamusiu, czy mogę zjeść na obiadek banana?
      Pompon Młodszy - A ja jabłuszko?
      Potomek Młodszy (pouczająco) - Obiadek to wy już jedliście. Teraz będzie kolacja.
      Pompon Starszy (z uporem, Dziecko-Które-Zawsze-Wie-Lepiej mode-on) - Obiadek!!!
      Potomek Młodszy (wzdychając ciężko) - Jak oni jeszcze nic o życiu nie wiedzą...

      Jak w tytule...

      by Anutek (noreply@blogger.com) at grudzień 17, 2014 07:59

      Szymaczek

      Tomaczek

      Anrzej rysuje

      Kraina filcu

      Matka jest tylko jedna

      Co myślę o…

       

       

      Kosmyk dalej skacze po folii bąbelkowej, chłop na służbie czy gdzieś, dziadkowie pojechali w świat [oby wrócili wieczorem], więc, przeglądając ankietę, którą jeszcze można wypełniać, szybciutko odpowiem na kilka pytań, które się w niej przewijały i maznę kilka słów o ostatnich wydarzeniach, bo wyraźnie daliście mi znać, że interesuje was moja opinia. Co cieszy, ale zmusza jednocześnie do przeglądania tych wszystkich beznadziejnych niusów, których połowa powstała rękami stażystów mających nadzieję na etat w redakcji TVN 24.

       

       Paczki ze słodyczami

       

       

      A jeśli już o TVN mowa. Kilka słów o paczce pełnej słodyczy, jaką dostały dzieci w pewnym przedszkolu [info tutaj]. Kilka osób podesłało mi ten link z prośbą, żebym odpowiednio wyraziła swoje oburzenie. Więc się oburzam – rodzice, serio nie macie wpływu na zawartość mikołajkowych paczek? Przecież Rada Rodziców zatwierdziła ten prezent, jeśli nie interesuje was, co się ustanawia w Radzie Rodziców, to do kogo pretensja? To jest trochę tak jak z wyborami. Jeśli na nie idziesz, nie głosujesz, to się nie czepiaj wybranego rządu, który został wybrany przez tych, którym chciało się ruszyć kopyto do urn.  Wiecie, sytuacja by wyglądała inaczej, gdyby pisząca list mama od początku znała zamiary RR, wiedziała, jak paczka będzie wyglądać i silnie starała się temu przeciwdziałać.  Ale najwyraźniej tak nie było, bo mamusia zawartość paczki obejrzała po fakcie. I przeżyła szok, bo ktoś, zachęcony jej brakiem inicjatywy, postanowił za nią. A w ogóle co to za problem z tą paczką pełną słodyczy? Co? Raz na rok się dziecku nie należy? I czy trzeba ją zjeść na raz? Pamiętam, że moje paczki parcelowałam przez miesiąc albo dwa i byłam najszczęśliwszym dzieckiem na świecie, bo nie musiałam nikogo o nic prosić, tylko sama sobie dawkowałam. I uwierzcie, rodzice nauczyli mnie dawkować przyjemności. Tylko, kurde, jest taki problem, żeby dziecku wytłumaczyć pewne rzeczy, trzeba wyjść z inicjatywą, porozmawiać, zająć się, a to, jak wiemy, niektórych boli. Za bardzo.

       

       

      Ciąża

       

       

      Z ogółu do szczegółu, czyli szybki odzew na wasze prośby, żebym więcej pisała o swojej ciąży. Miałam taki zamiar, ale… No właśnie jest to „ale”. W drugiej ciąży czuję się okropnie i źle. W porównaniu do tej, leżąca ciąża z Kosmykiem była sielanką i SPA. Jeśli nie wymiotuję, to mam zgagę, jeśli nie mogę spać przez trzy dni, to potem spałabym przez tydzień. Nie ogarniam, nie cieszę się, najchętniej wpierniczałabym czekoladę [nawet z paczki – tutaj] i konserwy. Jedyną moją zdrową zachcianką była marchewka z groszkiem, która po przygotowaniu kompletnie mi nie smakowała i czułam niesmak do samej siebie, że poczęstowałam się tak niemiłym wrażeniem w ustach. Remont domu ciągle się przedłuża, więc siedzę na walizkach i jestem trochę zablokowana, do tego przytyłam [z taką dietą? nic dziwnego!] i nie mieszczę się w stare ciuchy, ale ciąża widoczna jeszcze nie jest, więc kupowanie nowych ubrań zdaje mi się bezsensu. I tak tkwię w tym „pomiędzy” i czekam, aż jakiś grom mnie ogarnie. A najchętniej poszłabym spać. O, chwila, Kosmyk mnie potrzebuje do malowania.

       

       

       

      Syn Superniani

       

       

       

      A jeśli już o ciąży i dziecku mowa. Kilkanaście osób wysłało mi link z niusem o synu Superniani, Doroty Zawadzkiej. Że podobno zgwałcił i pobił. Już pomijam fakt, że wszyscy opierali się na artykułach „Faktu” i „Super Expresu”, gdzie ta informacja była prawdopodobnie między cyckami a artykułem o kosmitach, ale cała sprawa jest tak niejednoznaczna, że poczekałabym z wydawaniem osądów. Gdzieś tam mi mignęło, że dziewczyna chciała się zemścić, gdzie indziej, że faktycznie byli wcześniej razem i ona już mu groziła, że zrobi mu piekło, skoro on ją rzuca. Znalazł się też ktoś, kto twierdził, że również został pobity [o gwałcie nie wspomniał]. Pogmatwanie z poplątaniem. Jedynym minusem jest to, że pani Dorota, zapewne zbombardowana setkami linków „a widziała już pani?” o swoim synku, zamknęła możliwość publikowania na jej tablicy i teraz blogerki są w impasie, bo gdzież one będą się promować? :D W każdym razie, współczuję pani Dorocie. Już widzę, jak tysiące głupio mądrych będzie chciało jej dowalić, pisząc, że jakie ona ma prawo radzić rodzicom, jeśli jej własny pełnoletni syn zrobił coś takiego [bez wyroku, bo wiadomo, że jak „Fakt” pisze, to znaczy, że zrobił]. Jakby rodzice mogli całe życie być odpowiedzialni za to, co zrobi ich pełnoletnie, całkiem już dorosłe dziecko…  Jakby opanowanie dwulatka, trzylatka, czterolatka i sprawienie, że będzie współpracował z rodziną, jadł obiad, kolację, mył ręce i spał w nocy,  dawało pieczątkę na całe życie „dobry, nieomylny człowiek”…. Oj, ludzie… takich rzeczy to wam nawet ksiądz po kolędzie nie zagwarantuje.

       

       

       

      Ankieta

       

       

       

      A przyczepiając się do głupio mądrych komentarzy… W ankiecie naliczyłam ich aż piętnaście [dwa wczoraj] na ponad 500. I mam z nimi problem, bo z jednej strony fajnie, że widzicie minusy, a z drugiej… pisanie o pojedynczym zdarzeniu jako o mojej „stałej właściwości” jest… no jakie jest? Bo mi ręce opadły. „Wiesz, nie pisz już o wojenkach blogerek, bo to nudne”, czytam. Czytam i od razu wyszukuję, kiedy ja kurde pisałam o wojenkach blogerek? Wczoraj nie. Przedwczoraj też nie. Miesiąc temu? Nie. Dwa miesiące temu? Też nie. Czyli muszę się zagłębić dalej, przewinąć sto tekstów, żeby znaleźć ten jeden… Nie znajduję go, bo się dawno temu odcięłam od wojenek i o. Mam problem, bo jak mam traktować „dobrą radę” opartą na nieaktualnym zdarzeniu? Na szczęście cała piętnastka głupio mądrych sugestii była mniej więcej w tym stylu i cieszę się, że to był tylko procent wszystkich odpowiedzi. O wynikach ankiety wkrótce na blogu – zaraz wyjdę z Kosmykiem na spacer i zabiorę się za to wieczorem. A odpowiadając na sugestię, że czasem jestem niegrzeczna w komentarzach – nic się nie dzieje bez przyczyny i nigdy nie uderzam mocniej od atakującego :) W sumie… biorąc pod uwagę, że wszyscy jedziemy na jednym wózku [tak często mi to przypominacie!] i każdy z nas jest od siebie zależny, nie widzę nic złego w tym, że na 100 komentarzy usiłujących przekonać mnie do mojej głupoty, na 101 odpowiem ostro i z umiejętnie kamuflowaną złośliwością [każdy, kto słyszał mój głos, wie, o czym mówię :D]. Pogódźcie się z tym :)

       

       

       

      Na koniec przypomnę o filmiku, którego przygotowanie zajęło mi sporo pracy, a wam może podpowiedzieć, co robić z dzieckiem we wszystkie wolne świąteczne dni [tutaj] i zachęcę do przesyłania mi kolejnych niusów do skomentowania [możecie mi je wysyłać na fejsie albo na mail w kontakcie]. Zaczyna mi się podobać  ta zabawa :)

       

       

       

       

       

       

      Post Co myślę o… pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

      by MatkaTylkoJedna at grudzień 17, 2014 12:28

      Kura

      Supergwiazdy

      A.rozłożyła grę planszową.

      Gra sama ze sobą.

      Zaciekle rzuca kostką. Cieszy się, gdy jeden pionek goni drugi.

       

      Podglądam chyłkiem.

      Mija trochę czasu.

      - Huuuuraaaaaa! - okrutny wrzask wytrąca mi herbatę z ręki.

      - Wygrałam, wygraaaaałaaaam - drze się A. - Huraaaaa!

      - Brawo - zachwycam się zarażona entuzjazmem A.

       

      Najważniejsze to znaleźć godnego siebie przeciwnika...

       

      "My mama told me when I was young
      We're all born superstars"...

       

      Pozdrawiamy

      Kura Kura

      PS Piosenka w wykonaniu zespołu The Baseballs (kocham się w nich ostatnio :)). Autorką piosenki jest Lady Gaga. Chociaż dałabym się pokroić za to, że to jednak Elvis Presley.

      by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at grudzień 17, 2014 11:56

      Blog do czytania

      Wpół do weekendu #25 – problem z kalendarzem

      To pierwsza taka sytuacja, że między kolejnymi odcinkami serii „Wpół do weekendu” nie było innego wpisu. Dziwne – miałem pomysły, miałem chęci, a nic nie napisałem… Po prostu jakoś nie zauważyłem, że minął tydzień.  Widocznie potrzebuję kalendarza. A przecież wystarczyłoby, abym przed rokiem kupił sobie jeden z takich bardzo kreatywnych i ładnych kalendarzy. Warto pomyśleć …

      by mrcichy at grudzień 17, 2014 11:00

      Pani Smaczna

      Pieczone nogi kaczki z gruszkami w aromatycznej marynacie

      Nogi kaczki z gruszkami w aromatycznej marynacie

      Zanim upiekę kaczkę w całości, porobię kulinarne doświadczenia na jej częściach. Piersi z kaczki wyszły cudowne, mąż już się dopytuje kiedy kolejna porcja! Póki co pomęczę go nogami, co prawda nie przepada, gdy w jedzeniu przeszkadzają mu jakieś tam kości ;), ale będzie musiał przez to przebrnąć. Może w końcu się przekona, że nie jest to coś strasznie uporczywego. To co wyszło z mojego eksperymentu idealnie pasuje na świąteczny stół. Wystarczy tylko pomnożyć składniki :) W zasadzie można rzec, że kaczka robi się sama, przygotowujemy tylko marynatę, przez noc marynujemy, pieczemy i podajemy! A do tego ta mięciutka nasączona w marynacie gruszka i cebula… palce lizać!

       

      Składniki:

      2 porcje

      • 2 nogi kaczki
      • tymianek
      • sól
      • pieprz
      • płatki chili
      • 2-3 gruszki
      • cebula

      Marynata:

      • 50 g miodu
      • łyżeczka skórki z cytryny
      • łyżka sosu sojowego
      • 15 g rozpuszczonego masła
      • 5 goździków
      • ¼ łyżeczki imbiru












      Wykonanie:

      Gruszki oraz cebulę obieramy i kroimy w cząstki. Goździki rozgniatamy w moździerzu.

      Marynata: W miseczce mieszamy ze sobą rozpuszczone masło, miód, sos sojowy, skórkę z cytryny, rozgniecione goździki i imbir.

      Nogi kacze myjemy i dokładnie osuszamy papierowym ręcznikiem. Nacieramy solą, pieprzem, tymiankiem oraz odrobiną płatków chili. Smarujemy dokładnie przygotowaną marynatą i odstawiamy do lodówki na noc.

      Piekarnik rozgrzewamy do 180°C, układamy nogi skórą do góry, obkładamy gruszkami i cebulą. Pieczemy pod przykryciem ok. 60 minut. Następnie zdejmujemy przykrycie i pieczemy kolejne 45 minut, podlewając do jakiś czas płynem.

      Podajemy z ziemniakami lub np. kaszą.

      Smacznego!

       

      by Pani Smaczna at grudzień 17, 2014 10:56

      ...czasem oprócz skalpela używa rozumu

      "Chłop żywemu nie przepuści"


      Czytelnicy w moim wieku i starsi zapewne pamiętają "Silną Grupę pod Wezwaniem" i Tadeusza Chyłę śpiewających prześmiewcze piosenki z pogranicza farsy i  kabaretu. Jedna z nich nosiła tytuł tożsamy z tytułem felietonu. Refren brzmiał tak:

      "Chłop żywemu nie przepuści! (2x)
      Jak się żywe napatoczy,
      Nie pożyje se a juści
      !".

      Muszę stwierdzić, że od lat 60-tych niewiele się zmieniło. Nasz stosunek do zwierząt pozostaje delikatnie mówiąc okrutny. Nikogo nie dziwią psy przywiązywane do drzew i pozostawiane w lesie, bo rodzina jedzie do Egipty, lub maleństwu nie spodobał się piesek, jakiego dostało na Gwiazdkę (wersja z Egiptem daje większe szanse przeżycia pieska). Obdzierane żywcem z futer lisy i norki też dają zysk właścicielowi fermy, bo po co dawać tyle gazu ile każą te głupki z Brukseli. Pies na łańcuchu to jak powiedział poseł Kłopotek: "polska tradycja". Skoro o tradycji, to pewne grupy religijne domagają się zabijania zwierząt w ofierze, albo zabijania bez ogłuszenia bo tak nakazał jakiś bóg.  Nawiasem mówić, ciekawe, że do tradycji owej religii rząd podchodzi wybiórczo i tak tam gdzie jest kasa (ubój rytualny) jest za, zaś tam gdzie nie (np. wielożeństwo) zasłania się koniecznością przestrzegania polskiego prawa. Sam pomysł składania ofiar ze zwierzą w roku 2014 w centrum Europy wywołuje u mnie zdumienie i to nie z powodu, delikatnie mówiąc, dziwnych nakazów religii, ale minimalnej reakcji społecznej i powoływaniu się na szacunek dla wyznawanej wiary. Proponuję zatem wskrzesić wiarę Azteków i składać ofiary z ludzi. Jeśli szacunek dla religii, to pełnym wymiarze .

      Zwierzęta traktowane są przez ludzi jak przedmioty. Wszelkie religie stawiają człowieka w centrum jako wytwór myśli i rąk samego boga ( jest ich, bogów, o dziwo wielu ale wpadli na ten sam pomysł). Zwierzę nie ma duszy czy innych bajkowych  przymiotów wyróżniających człowieka. Nic nie szkodzi, że wyniki eksperymentów medycznych przenosi się bezpośrednio na ludzi, tu dusza nie przeszkadza. Warunki w jakich hodowane są zwierzęta urągają wszystkiemu. Te czujące ból i strach istoty zamykane są w klakach odpowiadających ludzkiej trumnie i mają znosić jaja albo tuczyć się na mięso. Próby poprawy ich bytu ze strony Unii Europejskiej są kontestowane przez polskich ministrów rolnictwa i samych hodowców, bo skąd biedacy wezmą pieniądze na takie fanaberie urzędników z Brukseli. O tak zwanej hodowli przemysłowej wolę nawet nie pisać. Kto chce niech obejrzy filmy w Internecie. nakręcone przez obrońców zwierząt, zwanych z upodobaniem przez Radio Maryja ekoterrorystami.   

      Ostatnio na łamach prasy katolicko-prawicowej ukazały się artykuły ostrzegające bogobojny naród przed następną plagą. Oto już nie gender, bo to chyba zbyt trudne dla niektórych słuchaczy i widzów (nie piszę czytelników, bo ci ludzie nie czytają nic, no może tabloidy), teraz problemem są grupy próbujące nadać prawa zwierzętom. Owi neopoganie, dowodzą, że zwierzę czuje, a naczelne mają prawdopodobnie świadomość odpowiadającą, z zachowaniem proporcji, ludzkiej. Co więcej, śmią twierdzić, że żywa małpa na której wykonuje się eksperyment medyczny lub krowa prowadzona na rzeź, odczuwa więcej strachu czy bólu niż 16 komórek zarodka człowieka w fazie moruli. To zaprzeczenie antropocentryzmu uderza w jakiś dziwny sposób w istotę nauczania kościoła. Będzie chyba, nie powiem weselej, bo temat smutny, ale na pewno ciekawiej niż z gender.  

      Pociesza fakt, że coraz więcej ludzi myśli inaczej niż ks. Oko i jego koledzy innych wyznań zarzynający barany dla boga. Tak, to pociesza.    

      by Wojciech Szczęsny (noreply@blogger.com) at grudzień 17, 2014 10:45

      Tomaczek

      Czarny pazur

      Serce się kroi

      Spadnięte Niebo było zajęte. Siedziało przy komputerze i pracowało, więc nie miało czasu zająć się Niutką.

      - mraach - powiedziała Niutka. Nie wywołało to reakcji. Niutka przeciągnęła się i powiedziała bardziej nieszczęśliwym głosem:

      - miaaach? ... - Niestety, nic to nie dało. Wdrapała się pracowicie na szafkę i stamtąd płakała rzewnie. Personel dusił się wewnętrznie od śmiechu, ale bał się zrobić nawet najdrobniejszy ruch.

      Niuteczka podjęła w końcu decyzję. Przydreptała na brzeg szafki, opuściła dwie łapki i rozdziawiła się rzewnie:

      - miaaaaCH! - Takie cierpienie skruszyłoby nawet kamień. Niutka została wzięta na rączki, przytulona, wygłaskana i wymiętoszona. Czasem kobietom niewiele trzeba do szczęścia. Tylko zawsze należy wyraźnie dać do zrozumienia, czego się wymaga. I tyle :-)

      by amelia007@NOSPAM.gazeta.pl at grudzień 17, 2014 09:43

      Dzieciowo mi

      Dziecko geniusz, czyli o zdobywaniu świata za pomocą IQ

      Napisała do mnie pewna fundacja i tekścik, powiem szczerze, nawet zacny był. Miło by było, gdybym o nim wspomniała, a jakbym go zamieściła, to w ogóle byłby cud, miód i orzeszki. Tematyka krążyła wokół sposobów odżywiania progenitury, która odpowiednio futrowana, osiąga pewne oczekiwane normy. I wszystko byłoby pięknie, i może bym i nawet przytoczyła to i owo, ale fundacja perfekcyjnie strzeliła sobie w kolano, tytułując swój tekst „Przepis na geniusza”.

      Noż fuck. Nic tak mi nie działa na nerwy, jak spina na wszystkich frontach, żeby wyprodukować młodocianą alfę i omegę, która rozłoży społeczeństwo na łopatki, jak tylko raczy się odezwać. Niepomiernie wpienia mnie parcie na edukowanie młodzieży od dnia narodzin, stymulowanie, ile wlezie, a to, że jeszcze nie ma edukacyjnego kremu do dupska, zakrawa na prawdziwy cud. Bo najlepiej mieć geniusza, kogoś, kto wybije się z tłumu, udowodni swoją wyższość, a dalej już tylko świetlana przyszłość (rym-cym-cym) oraz, drogie dziecko, cały twój splendor spływa na nas, co też niezmiernie istotne jest.

      Skąd, do cholery, ta potrzeba, by było gwiazdą przedszkolnych przedstawień, szkolnych przedsięwzięć, mistrzem świata w zdzieraniu światu gaci i sprowadzaniu szczęki do parteru?

      Oglądaliście program „Mam talent”? W którymś odcinku wystąpił trzylatek (podkreślę: TRZYLATEK) recytujący Pana Tadeusza. Zobaczcie sobie.

      Fantastyczne widowisko, prawda? Kopara opada, prawda? Co czuliście, jak to oglądaliście? Bo ja zażenowanie. To oczywiście moje niezwykle subiektywne odczucie, ale blog z definicji jest subiektywny i nawet nie silę się na to, żeby był inny. To nie gazeta. Jak sądzicie, ile to dziecko rozumiało z recytowanego tekstu? Ręka do góry, kto z was czyta na dobranoc dzieciom Pana Tadeusza? A Dziady? Też nie? Iiiii, to wy cienkie bolki jesteście. No to chociaż, na miłość boską, Sonety krymskie, cokolwiek!

      A teraz wyobraźmy sobie, że nasze własne dziecko totalnie rozjeżdża się z jego obrazem, jaki sobie pracowicie namalowaliśmy. Wcale nie bryluje na szkolnych akademiach, bo nie lubi występów i czuje się mocno niepewnie podczas większych zgromadzeń. Wcale nie przynosi piątek i szóstek. Nie przynosi nawet czwórek. Jedzie na trójach i to nie dlatego że naukę ma w zadzie, bo woli godzinami grać na komputerze, tylko że po prostu jego zdolności są na trójkę i nie więcej. Bo tak. Bo taki się po prostu urodził. Idziesz z nim do poradni, robisz pierdyliard testów i okazuje się, że wszystko jest w porządku, tylko poziom inteligencji dziecka nie sięga do średniej krajowej.  Młode nie śpiewa szczególnie pięknie, bo nie ma słuchu muzycznego, nie maluje wybitnie, nie dysponuje nawet oszałamiającą urodą. To dobre dziecko, ale orłem nie będzie, to pewne. Nie będzie przynosić świadectw z paskiem, mozolnie wypracuje sobie to, co inni osiągają z palcem w nosie. Odpowiedz sobie na jedno zajebiście ważne pytanie: czy byłbyś w stanie to zaakceptować?

      Czytałam niedawno artykuł o kobietach, które dwadzieścia lat temu zaczęły karierę w wielkich korporacjach, a teraz, zajmując wysokie stanowiska, dzielą się swoim doświadczeniem. Jedna z nich powiedziała zdanie, które bardzo do mnie przemówiło: „Najpierw zobaczyłam, że dzieci nie są tylko projektami”. Ona mówiła to w nieco innym kontekście, ale ja zaadaptowałam jej słowa do moich przemyśleń. Dokładnie, dzieci nie są projektami. To nie są normy, które należy spełnić, plan sprzedażowy, który należy wykonać, bo jak nie, to kopas w dupas. Nie da się dziecka zaprogramować od do, tak żeby doskonale odpowiadało na oczekiwania mamusi i tatusia.

      Prawda jest taka, że iloraz inteligencji i posiadane zdolności nie gwarantują sukcesu życiowego i szczęścia. Niczego nie gwarantują. Sukces jest wypadkową bardzo wielu czynników, do których inteligencja może się przyczynić, ale nie musi. Drżę, bo niedługo telewizornia ma ponoć zacząć puszczać coś w rodzaju takiego „Mam talent” tylko dla maluchów, czyli dla dzieci do lat 12. Drżę. Będzie cyrk.

      by kruszyzna at grudzień 17, 2014 09:25

      Eksribicjonizm kontrolowany

      Trzy rodziny i jedna Wigilia. O kompromisach świątecznych

      Czyli o tym, jak 24 grudnia nie musieć się roztroić.
      Ten tekst jest dla ludzi, którzy obchodzą święta w grudniu. Nieistotne jakie. Nawet ateista może chcieć zjeść barszczyk z rodziną i ma do tego pełne prawo. Jeśli kontestujecie święta - nie ma sensu, żebyście czytali dalej.

      Kiedy Go poznałam, mieszkaliśmy na stałe ponad 400 km od siebie. W początkowej fazie związku trudno się wbijać do kogoś na święta. Uznaliśmy więc, że każde z nas ma swój dom, swoją rodzinę i swoje zwyczaje. U mnie była sola po florencku, makowiec i śledź w śmietanie. U Niego karp, tiramisu i śledzie z rodzynkami. Więc jak mantrę powtarzaliśmy przez lata: "ja sobie nie wyobrażam, żeby w święta nie być z rodzicami". Każde ze swoimi, rzecz jasna.

      Lata mijały, a my rozjeżdżaliśmy się 23 grudnia w dwie różne strony. Kiedy zamieszkaliśmy razem, próbowałam delikatnie zasugerować, że może to już czas, jednak to "nie wyobrażam sobie" było silniejsze. Święta były w domu rodzinnym, sylwestra obchodziliśmy wspólnie, kompromis nam jakoś wystarczał. Do czasu.

      W tym roku staliśmy się osobną "podstawową komórką społeczną". Dla mnie zmiana była kosmetyczna, ale nasze rodziny trochę inaczej nas postrzegają. Już nie jestem Jego "przyjaciółką" (bo oficjalnych, rodzinnych zaręczyn nie było, więc "narzeczoną" nigdy nie byłam), a On moim "chłopakiem". Dojrzeliśmy nie tylko do ślubu, ale i do samodzielności w kwestii świąt. Zmienił się paradygmat, w związku z czym rozważyliśmy jeszcze raz wszystkie możliwości i wybraliśmy najlepszą dla nas.

      1. Jedna wspólna wigilia
      Najwygodniejsze chyba rozwiązanie. Żałuję, że dla nas niemożliwe ze względów geograficznych i lokalowych. Nie mamy takiego domu ani takiego stołu, który by zmieścił kilkanaście osób, nie mówiąc już o uciążliwości i kosztach przerzucenia sporej grupy ludzi na drugi koniec Polski. Jednak przy mniejszych odległościach (i mniejszych rodzinach) to naprawdę doskonały pomysł, który idealnie integruje. 

      2. Kilka wigilii w jeden wieczór
      Dla tych, którzy pierwszego rozwiązania nie wdrożą z powodów lokalowych, dla posiadaczy zaciekłych rodzin, które sobie nie wyobrażają, i dla tych, którzy mają wielkie żołądki. Znam wiele par, które właśnie w ten sposób załatwiają święta. Jedyny minus, jaki tu widzę, to - oprócz przeżarcia - ewentualne napięcia między dwiema rodzinami: "bo jak to, że do nich idziecie najpierw?! (foch)". 

      3. Własna wigilia osobno
      Dobry sposób dla tych, którzy z jakiegoś powodu chcieliby odetchnąć od atmosfery w domach rodzinnych. Bo różnie bywa, czasem w święta jest nerwowo, toksycznie czy po prostu niemiło. U nas nie, ale i tak z początku wydawało mi się to najlogiczniejszym rozwiązaniem - póki nie wyobraziłam sobie nas dwojga przy sześcioosobowym stole i dwóch samotnych prezentów pod choinką. Jakoś... smutno. Oprócz menu, taki wieczór nie różniłby się niczym od naszych zwyczajnych codziennych kolacji. Pod warunkiem, że w ogóle chciałoby mi się urabiać nad tradycyjnymi daniami dla dwóch osób.

      4. Świąteczne roszady
      Ostatecznie zdecydowaliśmy się zaprosić jednych rodziców do siebie na Wigilię, a do drugich pojechać na resztę świąt. Wybór podyktowany był odległością do przejechania i składem ilościowym gości. Na ten prosty kompromis wpadł On i muszę przyznać, że bardzo mi pasuje taka sytuacja. Muszę przygotować pół kolacji dla 6 osób - czyli żadna sztuka, zwłaszcza że podzieliliśmy się gotowaniem: Mama robi barszcz i uszka, Siostra szałot, Tata śledzie. To mi pozwala cieszyć się świętami i spokojnie odhaczać kolejne punkty z mojej grudniowej checklisty.

      Jestem ciekawa, jak w Waszych rodzinach i związkach rozwiązujecie sprawę roztrojenia się na święta.
      Podzielcie się ze mną tymi historiami - uwielbiam je czytać!

      by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at grudzień 17, 2014 09:21

      zycie na kreske

      grudzień 16, 2014

      Z usmiechem przez Japonie

      Tadao Ando w Kobe - wielkie zmiany

      Zdarzyło mi się zrobić zdjęcie w 2012 roku, które tak naprawdę jest już zdjęciem historycznym, żeby nie powiedzieć archiwalnym... Na owym zdjęciu widnieją, zaprojektowane przez chyba najbardziej znanego na świecie japońskiego architekta Tadao Ando, dwa nietypowe domy mieszkalne - będące doskonałym przykładem japońskiego minimalizmu. W tym roku został tylko jeden... 


      Czyli powrót do blogowania rozpoczynam od architektury japońskiej, do której mam ambiwalentny stosunek.

      Obok słynnych "domów", które powstawały przez ok. 3 lata na początku tego stulecia, przejeżdżaliśmy pociągiem setki razy, przejeżdżaliśmy tyle samo razy samochodem i za każdym razem, kiedy Pan Sól krzyczał do mnie "patrz, patrz to są domy zaprojektowane przez Ando!", zanim zdążyłam chociażby podnieść głowę do góry, już je minęliśmy.  

      Pewnego dnia stwierdziłam, że skoro są takie ważne, chcę je zobaczyć z bliska. Pojechaliśmy pod same drzwi, aby mogła się napatrzeć do woli. A było to w 2012 roku pod koniec października. Sączyliśmy wtedy już świąteczną kawę z japońskiego Starbucksa i przyglądaliśmy panoramie Morza Wewnętrznego.


      Dom został zaprojektowany, dzięki konkursowi ogłoszonemu przez lifestylowy japoński magazyn "Brutus". Ando samodzielnie wybrał miejsce i wykonał projekt. Jednak sceneria, w której domy stanęły, całkowicie odbiega od "ładnej", "zadbanej", tudzież "malowniczej". Było tam brzydko, śmieci, zardzewiałe rupiecie, kawałki rusztowań, rury walały się po burej plaży. Kropką nad i był wszędobylski beton. Pewnie trochę przesadzam, ale doskonale pamiętam pierwsze "piorunujące" wrażenie. Ma to oczywiście swoje naturalne uzasadnienie - teren ten regularnie podmywany jest przez wodę morską, która zalewa działki i utrudnia budowę czegokolwiek. 


      Wolne od wody jest tylko 16 m2. I właśnie ta magiczna 16-stka stała się inspiracją dla wielkiego konstruktora, jakim jest Ando. 16 m2 to powierzchnia kwadratu o bokach 4 m x 4 m.

      Jak na takiej wąskiej "chusteczce" zbudować coś funkcjonalnego? Mówi się, że Japończycy to mistrzowie funkcjonalizmu i funkcjonalności, dlatego Ando zaprojektował dom składający się z sześcianów o boku 4 m. Budynek składa się również z czterech kondygnacji, które podzielone są na: wejście i pomieszczenie gospodarcze, sypialnię, pracownię i pod samym dachem kuchnię i jadalnię, która jest całkowicie przeszklona i jasna. 



       Z tej wysokości na pewno nie widać już śmieci walających się na dole... Za to mieszkańcy mogą podziwiać piękne wschody i zachody słońca, czy relaksować się, patrząc w morską dal.





      Drugi dom powstał w 2005 roku i został wykonany z drewna. Co prawda, w pierwotnych planach Ando chciał postawić obok pierwszego domu szklane pudełko, które podczas przypływu podmywającego plażę byłoby zanurzone w wodzie, ale rozmyślił się i postawił brata bliźniaka. I ja miałam okazję go poznać, choć na krótko. W tym roku, przejeżdżając po raz pierwszy pociągiem w tamtym rejonie, to ja krzyknęłam do śpiącego ze zwieszoną głową Pana Sól "patrz, patrz został tylko jeden dom!". I zanim Pan Sól się obudził, już go minęliśmy. Tylko dziewięć lat dane było drugiemu domowi stać w tym miejscu, po czym właściciel zdecydował go zburzyć. Dlaczego? Ponoć to jedna z większych zagadek, której nie udało się rozwikłać.


      by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at grudzień 16, 2014 09:29

      Dzieciowo mi

      Najlepszy prezent to…

      Choinka była sztuczna. Najnowszy krzyk mody świątecznej, skutecznie wystany w kolejce metodą na zmiennika, czyli raz matka, raz babcia. Wymagało to pewnego wysiłku i przeorganizowania życia, ale się udało, przy czym niebagatelne znaczenie miał fakt, że informacja o tym, że choinki rzucają, rozeszła się pokątną pocztą pantoflową wyłącznie z ust zaufanych do równie zaufanych uszu. Słowem, wiedzieli o tym wybrańcy. Matka z babcią szczęśliwie do grona wybrańców się zaliczały, zastosowały swój sprawdzony manewr i operacja logistyczna zakończyła się sukcesem.

      Była więc sztuczna, a na niej szklane bombki, z których dwie dotrwały do tej pory (co jest zresztą niezmiernie dziwne). Łańcuchy zostały zrobione z kolorowego papieru, pozostałe ozdoby z orzechów owiniętych w folię aluminiową, z cukierków, ze słomy oraz z takiej specjalnej taśmy perforowanej, której się używało chyba przy maszynach liczących, a z której babcia wyplatała gwiazdki (musi mnie oświecić, jak to robiła, to było genialne).

      Pod sztuczną choinką Mikołaj zostawił prawdziwe prezenty. Nie poszalał. Był komplet styropianowo-filcowych mikołajków do zawieszenia na choinkę i po tabliczce czekolady dla mnie i dla siostry. Czekolady gorzkiej, mlecznej nie było. Był rok 1982, trwał stan wojenny.

      Trochę czasu już minęło, trochę wigilii mam za sobą, ale właśnie tę jedną pamiętam bardzo wyraźnie. Wiecie dlaczego? Bo czuję do tej pory, że to, co znalazłam pod choinką było dane naprawdę od serca. Jasne, że miałam swoje marzenia, spodziewałam się czegoś zupełnie innego, bo umówmy się, że nikt nie marzy o styropianowych mikołajach, nawet jeśli spełnią rolę odjechanych bombek. A poza tym nie lubiłam gorzkiej czekolady. Nadal nie lubię.

      Powiem wam jednak, że nigdy wcześniej i nigdy potem nie czułam podczas wigilii takiej fali ciepłych uczuć i miłości. Bardzo starałam się sprawiać wrażenie zachwyconej, choć nie cieszyłam się wcale, ale czułam, że to dla mojej babci i mamy bardzo ważne, bo gdyby tylko mogły, kupiłyby coś innego. To była najuboższa materialnie wigilia w moim życiu, ale najbogatsza w coś, co określiłabym mianem magii, miłości i czegoś nieuchwytnego, a bardzo prawdziwego, czego nie umiem nazwać.

      Tyle się rozpisywałam o odpowiednim doborze prezentów do wieku dziecka, do jego preferencji, zainteresowań. Pisałam o dopasowaniu prezentów do możliwości naszego portfela. Przekonywałam, że nie musi być firmowy, żeby był dobry, że nie musi być edukacyjny i windujący IQ pod nieboskłon, żeby dawał frajdę. Nie musi być nawet jakieś niesamowicie kreatywny, nie musi być ekologiczny, nie musi w końcu być ten wymarzony, bo czym są dziecięce upodobania, wiedzą wszyscy rodzice. Coś modnego i pożądanego obecnie za pół roku jest zupełnie bez wartości, bo moda mija. Nie musi być nawet kupiony, gotowy, może być samodzielnie wykonany i taki będzie zresztą znacznie ciekawszy. Może być naprawdę tani, cena tak naprawdę tutaj nie ma znaczenia, zwłaszcza dla dziecka, które nie zdaje sobie sprawy z wartości pieniądza.

      Najlepszy prezent to prezent dany z miłości. To, jaki będzie, jest sprawą drugorzędną.

      Wypuśćmy powietrze, strzepnijmy dłonie, wrzućmy na luz. Notka powstała pod patronatem Toyoty i skoro jesteśmy w klimacie przedświątecznym, to spieszę donieść, że w toyotowym serwisie z grami dla dzieci, czyli toyotakids.pl pokaże się właśnie lada moment bardzo sympatyczna i prosta gra prezentowa w typie zręcznościówki. Dzieci mają za zadanie zostać pomocnikami Świętego Mikołaja i złapać spadające z nieba prezenty do mikołajowego worka. Miła, przystępna i dla każdego :)

      Fotka z pixabay.com.

      by kruszyzna at grudzień 16, 2014 06:00

      Kraina filcu

      am mniam

      Świąteczny budyń piernikowy

      Jest aromatyczny, rozgrzewający i sycący. Można zrobić go na śniadanie lub deser, w święta lub inny zimowy dzień. Doskonale smakuje na ciepło, ale na zimno też jest boski. Uwielbiam miksować :) Rach- ciach i  w kilka minut mam gotowe zdrowe i przepyszne danie. Czego chcieć więcej ? Budyń można modyfikować, część jaglanki zastąpić amarantusem czy... More

      by Magda at grudzień 16, 2014 01:44

      Dzieciowo mi

      Szybciorem 123 – anioły i kondory

      - To na jutro te skrzydła, pani wie – powiedziała wychowawczyni grupy, do której należy pierworodna.

      - Jakie skrzydła? – zapytałam podejrzliwie, odklejając jednocześnie jedną bliźniaczkę od mojej lewej nogi, a drugą od prawej i wpychając je z kolei do ich grupy.

      - No, na jasełka.

      Oż w mordę jeża, kurę w rzyć, stonogę po nogach! Na śmierć zapomniałam o tych cholernych jasełkach, w których pierworodna dostała wielce znaczącą rolę członka chóru anielskiego, w którym to chórze przypadła jej dodatkowo partia solowa. Trzeba było dostarczyć anielski osprzęt, by mogła odbyć się próba generalna. Noż fuck, fuck, fuck, jak mawiają kaczki.

      - Jasne, oczywiście, na jutro będą, nie ma najmniejszego problemu – zapewniłam.

      W chwilę potem wystartowałam z piskiem opon z przedszkolnego parkingu i pognałam na moje zadupie do papierniczego, celem zaopatrzenia się w niezbędne ingrediencje potrzebne do zrobienia skrzydeł. Z papierniczego wyszłam uzbrojona w dwa arkusze białego brystolu, marszczoną, białą bibułę, tubkę kleju introligatorskiego i worek gumek. Recepturek.

      Popołudniową porą, kiedy już cała progenitura była w komplecie, przystąpiłam do produkcji organu latającego.

      - Przydałoby się coś do usztywnienia i zamocowania na plecach – powiedziałam do siebie.

      - Weź karton po mleku – małżon wskazał na tekturowe pudełko, w którym niczego nie podejrzewając, spoczywał dwunastopak mleka UHT. – Możesz w ogóle tylko na tej tekturze się oprzeć, po co ci brystol?

      - Jak tylko na tekturze? – spłonęłam oburzeniem i przyłożyłam pierworodnej rozpłaszczoną tekturę do pleców. – Wygląda nie jak anioł, tylko jak samolot.

      - No to ją przecież wytniesz odpowiednio.

      - Jak wytnę, będzie za krótka i za mała – zaprotestowałam. – Dobra, wiem, co robię, nie psuj mi koncepcji.

      Małżon wycofał się na z góry upatrzone pozycje, a ja rozwaliłam się z brystolem na środku pokoju, z wywieszonym ozorem i w skupieniu rozpoczęłam rysowanie skrzydeł, po czym metodycznie syczałam i fukałam na każdego, kto tylko znalazł się w zasięgu wzroku.

      - I jak? – dumna i blada okazałam oczom małżonka rysunek jakieś pięć minut później.

      - No fajne – powiedział. – Tylko trochę duże. Możesz zrobić połowę mniejsze.

      - Jakie mniejsze? Jakie mniejsze? Ma być anioł, nie wróbelek. Skrzydła musi mieć słuszne.

      - Ja ci mówię, że to jest za duże, ale rób, co chcesz.

      Narysowane skrzydła przymocowałam do kartonu po mleku, ten odpowiednio wykroiłam, po czym zajęłam się produkcją piór. W tym momencie bliźniaczki oznajmiły, że one też chcą skrzydła, ale zrobią sobie same, bo tak. Dzieci przeszły ekologiczne pranie mózgu, zorientowane są recyclingowo, dlatego Maria do produkcji swoich atrybutów anielskich użyła pozostałości z działań matczynych, czyli części kartonu, części brystolu i strzępki bibuły, a czyn ten słuszny zaowocował dodatkowo częściowym ogarnięciem burdelu na podłodze. Byłam wdzięczna.

      Bibuła robiąca za pióra została przyklejona, gumki przymocowane, pierworodna założyła skrzydła i zaprezentowała efekt starań.

      W mieszkaniu zaległa cisza. Wszyscy łącznie z bliźniaczkami wpatrywali się w najstarsze dziecko, nie wiedząc, co powiedzieć. Majestat wiekopomnego dzieła przytłaczał i już wiedziałam, że jeśli coś mi jest pisane, to wyłącznie tworzenie rzeczy wielkich. Cisza trwała, cztery pary oczu wpatrywały się w piątą, aż w końcu westchnęłam i złożyłam partyjną, wzorcową samokrytykę.

      - Ekhm. Wiem. To nie anioł. To kondor.

      - I to wielki – przyznał małżon. – To król kondorów. Rozpiętość skrzydeł skutecznie konkuruje z odrzutowcem. Myślę, że zawstydzasz husarię na całej linii.

      - Mamo, mamo, a wiesz – zaczęło entuzjastycznie najstarsze dziecko, któremu skrzydła podeszły wybornie. – A dziadek nauczył nas takiej piosenki. Zaśpiewam ci!

      I oto żelazna członkini chóru anielskiego zaprezentowała światu pieśń najmniej anielską z możliwych:

      - W wysokich Andach kondor jajo znióóóóósł. Drugie jajo znióóóóósł, trzecie jajo znióóóóósł. A potem zdechł. Co za peeeeeech!!!

      Przyjęłam pieśń na klatę siłom i godnościom osobistom.

      - Musisz to uwiecznić – doradził małżon ze stoickim spokojem. – Ten rekord długo pozostanie nie do pobicia.

      To i uwieczniłam.

      aniol4

      Na swoją obronę powiem, że skrzydła wyszły naprawdę bardzo funkcjonalne, w sam raz dla wielgachnego ptaszyska, a pierworodna grasując w tychże po domu wzbudzała huragan.

      aniol

      aniol2

      - A ja? A cy ja ładne sksydła zlobiłam? – zapytała Maria, która kazała sobie wprzódy przymocować gumeczki tak jak starsza siostra.

      - Oczywiście, Marysiu, piękne!

      - A zlobis mi tes zdjęcie?

      - Zrobię – potwierdziłam.

      I zrobiłam. Recyclingowe i ekologiczne skrzydła made by Maria lat cztery zaiste były godne do tego, by reprezentować zastępy anielskie.

      aniol3

      - A mogę w nich iść do pseckola?

      - Eeee, do przedszkola?

      - No tak, bo ja psecies jestem aniołkiem. Powies pani?

      - Myślę, że pani nie będzie miała najmniejszych wątpliwości.

      Następnego dnia Maria dumnie wkroczyła na przedszkolne salony uzbrojona w skrzydła i cały dzień w nich paradowała, nie dając sobie ściągnąć nawet w czasie wyprawy do toalety.

      Skrzydła anielskie a la kondor ostatecznie nie zostały objawione urbi et orbi, a ja podczas odwożenia dzieci do przedszkola, zawitałam do Castoramy, błogosławiąc fakt, że jest otwarta od 6.30, gdzie zbiedniałam o 25 zł i nabyłam rasowy atrybut anielski z prawdziwymi piórami.. Dzięki składam Beacie, która w dziedzinie Castoramy mnie oświeciła i uratowała może nie życie, ale zadek na pewno ;)

      Bliźniaczki oświadczyły, że chcą mieć takie skrzydła jak Jadzia. Od pewnego czasu zerkam na kolejną tekturę z kolejnego dwunastopaku mleka. Mleko UHT zaczęło czuć się niepewnie.

      by kruszyzna at grudzień 16, 2014 12:15

      Pani Smaczna

      Tarta gruszkowa. Bardzo prosta!

      Tarta gruszkowa. Bardzo prosta!

      Tarta gruszkowa – brzmi tak niewinnie… a ten diabeł wcielony nie pozwala się od siebie oderwać! Przygotowałam ją dla gości (tak, tak zawsze idealna wymówka, aby coś słodkiego upiec ;) ), a w efekcie koleżanki zjadły po jednym kawałku, a ja z mężem całą resztę i to w zaskakująco błyskawicznym tempie! ;) Maślany, kruchy spód, a do tego równiutko ułożone, pachnące, soczyste gruszki, zasypane mieszanką z cukru, który się skarmelizował eeeh cudo! Więcej jej nie zrobię! Jest za dobra!

       

      Spód:

      forma o średnicy około 24 cm

      • 190 g mąki pszennej
      • 1/4 łyżeczki soli
      • 2 łyżki cukru
      • 115 g zimnego masła
      • 1 żółtko
      • 2 łyżki zimnej wody

      Nadzienie:

      • 3 średniej wielkości gruszki
      • 30 g masła
      • 2 łyżki mąki pszennej
      • 150 g cukru









      Wykonanie:

      Spód: masło kroimy w kostkę. W misce mieszamy ze sobą mąkę, sól i cukier. Dodajemy masło i ugniatamy ręcznie lub mikserem. Dolewamy żółtko oraz wodę i dalej zagniatamy, aby wszystkie składniki się połączyły.

      Następnie rozwałkowujemy ciasto i wylepiamy nim dno i boki formy, możemy też wylepiać formę ręką. Na czas przygotowywania nadzienia wkładamy ciasto do zamrażarki.

      Nadzienie: gruszki obieramy i kroimy w plasterki. Masło, mąkę i cukier mieszamy ze sobą w niewielkiej misce.

      Spód wyjmujemy z zamrażarki i układamy na nim gruszki, na kształt wachlarza. Posypujemy gruszki mieszanką przygotowaną z mąki, masła i cukru.

      Piekarnik rozgrzewamy do 200°C. Pieczemy tartę przez ok. 35 minut, aż do momentu gdy ciasto zrobi się rumiane, a wierzch błyszczący.

      Podajemy od razu lub po przestygnięciu.

      Smacznego!

      Inspiracja zaczerpnięta stąd.

      by Pani Smaczna at grudzień 16, 2014 11:10

      Kraina filcu

      zycie na kreske

      DUMA raz jeszcze!

      MOCAK nas wyróżnił za pracę w stylu Juliana Opiego. myślę, że chodziło im przede wszystkim o Emilka!

      Dziękujemy! :)

      by pani od rysunkow (noreply@blogger.com) at grudzień 16, 2014 04:30

      grudzień 15, 2014

      Slow Day Long

      Zwierzak nie jest dobrym pomysłem na prezent dla dziecka. Również na święta.

      Wszystko dzieje się kilka dni temu w jednej z wrocławskich galerii handlowych. Kamila poszła coś załatwić, a jak przechadzam się pomiędzy regałami pokazując Alicji rybki, roślinki i świnki morskie. Nie wybraliśmy się tu na zakupy, po prostu musimy na chwilę zabić czas. Moja córka mnie tu zaciągnęła, więc jak już jesteśmy, to sobie skalary pooglądam – pomyślałem. Jednak jednym okiem łypię na grasującą po sklepie latorośl, a drugim zerkam na wylansowaną parę z różową córką, która o zgrozo, chyba zamierza coś kupić!

      Podchodzą do sprzedawcy, a ten uprzejmym głosem pyta, czy może w czymś pomóc. Wyżelowany, dosyć szeroki w barach jegomość wyjaśnia, że chcą kupić córce jakiegoś zwierzaka. Niedawno poszła do szkoły, więc przydałby się jej jakiś pupil. A czy mają państwo coś na oku – pyta? No właśnie niekoniecznie. Córce podobają się króliczki, ale one pewnie dużo brudzą. A czy można wziąć go na próbę?

      W tym momencie u sprzedawcy zauważyłem lekkie wahanie. No na próbę, to się nie da. Wie pan, zwierzę to nie przedmiot. Nie podlega wymianie – zaczął tłumaczenie. A dlaczego nie? – zaczyna go przekonywać facio. Nie wierzę, że nie gdybym przyniósł wam takiego królika, to go potem nie sprzedacie. W czym problem? – podnosi głos i powoli zaczyna nacierać na młodego Bogu ducha winnego chłopaka.

      Mam kasę, płacę, córka ma być szczęśliwa. Jak jej się znudzi, to oddam tego króliczka? Tak, czy nie? Widzi pan tą kartkę – pokazuje sprzedawca – ja tu tylko pracuję. Nie przyjmujemy zwrotów, a jak ma Pan jakieś uwagi, to proszę do kierownika. Ale dziś go nie ma – dodaje szybko.

      Para zaczyna prychać, jęczeć i stękać, że co to za sklep, że kto to widział itd. Że jak się nie podoba, to pójdą do innego. Dziewczynka zaczyna szlochać, że ona chce świnkę morską, rybki i chomika. Ojciec bierze ją za rękę i ciągnie do wyjścia. Wytapetowana blondyna rzuca na odchodne: Beznadziejny ten sklep, już tu nie przyjdziemy. I wychodzi ostentacyjnie machając torebką.

      Nie wiem czy wiecie, ale ogromna ilość zwierząt, które znajdziecie w schroniskach, to tzw. nieudane prezenty. Tyczy się to zwłaszcza psów. Kiedy jest mały, jest taki słodki. Dzieci proszą: Mamo, tato, kup mi pieska. Będę z nim wychodzić na spacer, jest taki śmieszny, taki fajny. A głupi i nieświadomi rodzice, pozbawieni zdrowego rozsądku i wyobraźni, kupują pieska zapominając o jego potrzebach.

      Na twarzy chłopaka widzę ulgę. Biorę Alę na ręce i powoli kieruję się do wyjścia. Niezły gość – rzucam mimochodem. Proszę pana – zaczyna sprzedawca – my tu takich mamy kilku dziennie. Ostatnio przyszedł jeden taki i chciał zareklamować królika, bo on nie chce skakać i córce się nie podoba. Bierzemy go na ręce, a o nie ma kawałka nogi. A, to chyba pies musiał mu odgryźć jak go gonił. Ale ja go i tak nie chcę. Żądam zwrotu, tu jest paragon… – skomentował. Nie wiem, co się z tym królikiem stało, ale pieniędzy mu nie oddaliśmy.

      Aż strach pomyśleć, czego bym się dowiedział, gdybym porozmawiał z nim jeszcze chwilę. Choć w sumie, to nie ma się czemu dziwić. Wielu z nas traktuje zwierzęta jak przedmiot, który jak się znudzi, to można oddać, wymienić, albo wyrzucić. Kilka lat temu obraziłem się (śmiertelnie) na mojego znajomego. Na urodziny córki kupił jej pieska. Bokserek był taki słodki, taki zabawny i taki kochany.

      Jednak psina zaczęła rosnąć. W mieszkaniu z ogródkiem całe dnie zostawała sama. Dzieci w szkole, oni w pracy. W końcu pewnego dnia wracają do domu, a tu meble pogryzione, dywan poszarpany. Przyjeżdżam do nich któregoś razu i pytam, a gdzie jest pies? W schronisku – usłyszałem. Wkurwiał mnie, to go oddałem. Nie będzie mi sabaka domu demolować. Wiesz ile te meble kosztowały?

      A ty nie mogłeś pomyśleć o tym wcześniej, zanim psa kupiłeś? – pytam się mojego kolegi. A ty mnie pouczać nie będziesz – usłyszałem. Psa nie ma i już. W sumie to gówno mnie obchodzi, co się z nim dzieje. Zniszczył nam kanapę za pińćset tysięcy. Potem dowiedziałem się, że dzieci obraziły się na niego nie mniej niż ja. Niestety, nadal musiały znosić swojego ojca, bo żyły z nim pod jednym dachem. Mama dzieci (niemniej mądra) rozpowiadała z dumą po znajomych, że gdyby nie ona, to mąż by psa zabił na miejscu. Tak się wkurzył. Wszyscy jedynie kiwali głowami. W ich przekonaniu ze zrozumieniem, a tak naprawdę z politowania.

      Nie wiem czy wiecie, ale ogromna ilość zwierząt, które znajdziecie w schroniskach, to tzw. „nieudane prezenty”. Tyczy się to zwłaszcza psów. Kiedy jest mały, jest taki słodki. Dzieci proszą: Mamo, tato, kup mi pieska. Będę z nim wychodzić na spacer, jest taki śmieszny, taki fajny. A głupi i nieświadomi rodzice, pozbawieni zdrowego rozsądku i wyobraźni, kupują szczeniaczka zapominając o jego potrzebach. Egoizm i krótkowzroczne myślenie bierze górę. Dzieci chcą, to my też chcemy. Całkowity brak odpowiedzialności!

      A zwierzę to nie tablet, książeczka, czy zabawka, która po jakimś czasie idzie w odstawkę, bo pojawiło się coś innego. Zwierzę czuje, myśli, widzi, tęskni i rozumie. Moja babcia mówi, że zwierzęta są mądrzejsze od wielu ludzi. Tylko gadać nie umieją. I coś w tym jest. Niestety, my ludzie nie jesteśmy dla nich zbyt łaskawi. Nie będę wspominał o maltretowanych psach, zostawianych na sznurze w lesie, wyrzucanych z pędzącego samochodu, przywiązywanych do torów kolejowych. O zamurowywanych w piwnicach kotach, o trutkach na szczury, którymi niektórzy je karmią. Po co o tym wspominać, skoro i tak to nic nie zmieni?

      Nie tak dawno, bo w zeszłym tygodniu Pan Piotr Zimnicki, lider wałbrzyskiego PSL, usłyszał zarzuty znęcania się nad zwierzętami. Zagłodzone psy trzymane na krótkich łańcuchach i koń hodowany w ciasnej komórce, zostały mu zabrane przez Straż dla Zwierząt w Wałbrzychu (zobacz TUTAJ). Bardzo podobała mi się reakcja Zbigniewa Hłodysa, który słowa posła Eugeniusza Kłopotka, partyjnego kolegi posła Zimnickiego brzmiące: „Psy trzymane na łańcuchach to polska tradycja”, skwitował: Powiedzenie „Ch… mu w d…” to też jest polska tradycja. Nic dodać, nic ująć. 

      Z drugiej strony nie ma się czemu dziwić. My Polacy, jesteśmy okrutni wobec siebie, dlaczego więc nie mamy być okrutni wobec zwierząt? Nie potrafimy kochać bliźniego swego, kiedy stojąc pod sztandarem z podobizną Matki Boskiej czy Jezusa Chrystusa (Króla Polski), opluwając wszystko i wszystkich dookoła, śpiewamy przy tym religijne pieśni. Jesteśmy hipokrytami, z krótkotrwałą pamięcią, wychowami w przeświadczeniu o własnej nieomylności. Nie lubimy, kiedy ktoś zwraca nam uwagę, wkracza na nasze podwórko, a nie daj Boże skrytykuje i udowodni, że nie mamy racji.

      Nie tak dawno czytałem o pewnej hodowczyni rasowych kotów, która postanowiła podać do sądu Straż Miejską i Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami, które pozbawiły ją jedynego źródła dochodu. Pani trzymała w domu kilkadziesiąt kotów, w większości z „rodowodem”, które rozmnażała w celach stricte zarobkowych. W domu śmierdziało, koty były chore i zaniedbane. W dodatku głodne, bo nie starczało jej na karmę. Hodowczyni brała kilka z nich i co jakiś czas próbowała je sprzedać. Interes nie szedł jej jednak zbyt dobrze, kotów przybywało, pieniędzy ubywało. Pewnego dnia sąsiedzi, którzy od dłuższego czasu skarżyli się na „wielbicielkę kotów”, postanowili wezwać pomoc. I kto ma rację?

      Idzie zima. Większość przydomowych Burków, Reksiów i Łatków spędzi zimę pod gołym niebem, albo w ledwo ocieplonej budzie. Na krótkich łańcuchach, z (jak dobrze pójdzie) michą byle jakiej karmy. W lecie grzeją się na słońcu, często bez wody, bo po co pies ma pić? Coś tam im się rzuci, jakiś ochłap ze stołu. A jak będzie ujadać z głodu czy pragnienia, to kijem dostanie po grzbiecie. A jak gospodarza pies jakoś specjalnie wkurzy, to ten siekierę z szopy wyciągnie i będzie po psie. Ewentualnie po pijaku rozgrzanym prętem oczy wykole.

      Kotka małe urodzi? No to do worka i do rzeki, albo w bagna. Chwilę popiszczą, zaraz przestaną. W tym roku zresztą była niezwykle przykra sytuacja, kiedy w pewnej wiosce pewien gospodarz postanowił zakopać kocięta żywcem w ziemi. Uratowały je dzieci, które akurat przechodziły nieopodal. Większość kociąt przeżyła. Jednak historia nie miała happy endu. Uśpił je miejscowy weterynarz, który zamiast je leczyć wolał szybko się pozbyć. Problemu.

      Pewnie i wy moglibyście przytoczyć szereg sytuacji, w których ludzka głupota, złość, okrucieństwo i cynizm wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem. Dlatego apeluję do Was i do siebie, abyśmy nigdy nie kupowali zwierzęcia jako prezent. Piszę o tym również w kontekście pojawiających się na wielu blogach pomysłów i list na najciekawsze „upominki pod choinkę”. Wybaczcie, że ich nie przytoczę, ale znalazłoby się przynajmniej kilka, na których znaleźć można propozycje typu: kotek, piesek czy rybki. I to w kontekście prezentów dla dzieci.

      Zwierzę, to nie przedmiot. To istota żywa, która rozumie, kocha, boi się i czuje. Jeśli widzisz, że ktoś znęca się nad zwierzęciem, zaalarmuj Straż Miejską. Jeżeli w Twojej rodzinie pada pomysł obdarowania kogoś zwierzęciem, to wybij mu to z głowy. I nie chodzi tylko o święta. Na urodziny również.

      No chyba, że będzie to pluszak. To co innego!

      by Damian at grudzień 15, 2014 11:01

      Domowa kuchnia Aniki

      Kruche ciasteczka migdałowe

      Kruche ciasteczka migdałowe
       



      Dziś propozycja świąteczna, choć nie tylko. takie ciasteczka można wcinać nie tylko na święta, choć na ten świąteczny czas pasują wyjątkowo. Kruche, pachnące migdałami małe co nieco. Do kawki czy na podwieczorek. 
      Ja migdały mieliłam razem z brązową łupką. Do posypania gotowych ciasteczek użyłam  cukru pudru zmieszanego z cynamonem. 
       Polecam tez bardzo smaczne austriackie rogaliki migdałowe ( KLIK ).
       

      Składniki: ( na ok 40 - 45 sztuk )
      • 250 g mąki pszennej
      • 180 g masła ( chłodnego )
      • 75 g cukru
      • 100 g zmielonych migdałów
      • kilka kropli aromatu migdałowego
      • szczypta soli
      • do posypania : cukier puder+ cynamon
       Sposób wykonania:
      • Masło kroimy na mniejsze kawałki i wkładamy do dużej miski. Przesiewamy mąkę. Dodajemy cukier, zmielone migdały, szczyptę soli i kilka kropel aromatu. Ze składników zagniatamy szybko ciasto, formujemy na kształt grubego wałka a następnie owijamy folią i wkładamy na godzinę do lodówki
      • Po godzinie ciasto wyjmujemy , dzielimy na 4-5 części. Po kolei każdą część rozwałkowujemy ( ale nie bardzo cienko ) i wycinamy foremkami ciasteczka. Resztki ponownie zagniatamy. W razie, gdyby ciasto za bardzo się kleiło podsypujemy go mąką. Wałek również możemy oprószyć  mąką
      • Ciasteczka układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 160 stopni. Pieczemy na termoobiegu do ładnego zrumienienia ( u mnie trwało to ok 22 - 23 minuty - ale piekarniki są różne, wiec należy obserwować ciasteczka )
      • Po lekkim przestudzeniu obsypujemy cukrem pudrem połączonym z cynamonem
       

        by Anika (noreply@blogger.com) at grudzień 15, 2014 10:56

        Łazanki z kapustą i grzybami

        Łazanki z kapustą i grzybami

         



        Dzisiaj przedstawiam przepis na bardzo smaczne danie wigilijne, i nie tylko. Łazanki zawsze chętnie jadałam i tak już mi pozostało. Ale nie robię ich zbyt często. Dzisiejsza wersja to danie typowo wigilijne, a TUTAJ znajdziecie wersję bogatszą, z boczkiem i kiełbasą.



        Składniki:
        • 500g kiszonej kapusty
        • 0k. 400 g pieczarek
        • 1 cebula
        • 2 liście laurowe
        • 3 ziela angielskie
        • 2 łyżki oleju
        • suszony majeranek
        • 350 - 400 g makaronu typu łazanki
        • sól
        • pieprz
        Sposób wykonania:
        • Kapustę kroimy i zalewamy wodą. Zagotowujemy. Jeśli woda jest zbyt kwaśna, odlewamy ją ( w całości lub częściowo ) i dolewamy świeżej  ( kwaśną na wszelki wypadek zostawiamy, gdybyśmy chcieli potem dokwasić kapustę )
        • Do gotującej się kapusty dodajemy liście laurowe i ziele angielskie. Gotujemy ok 30 minut, az kapusta zmięknie
        • Pieczarki obieramy, myjemy i kroimy. Na patelni ( u mnie głęboka typu wok ) rozgrzewamy olej i wrzucamy na niego pokrojoną cebulę. Smażymy do zeszklenia, a następnie dodajemy pieczarki. Oprószamy sola i pieprzem i smażymy, aż odparuje z nich woda
        • Do pieczarek dodajemy odłowioną z wody kapustę ( ja wyjmuję ją łyżką cedzakową ). Mieszamy z pieczarkami i doprawiamy majerankiem i pieprzem. Smażymy razem ok 20 minut w razie potrzeby podlewając od czasu do czasu wodą.. Na końcu ewentualnie dosalamy
        • Makaron łazanki gotujemy w osolonym wrzątku wg wskazówek na opakowaniu. Odcedzamy i dodajemy do kapusty z grzybami. Całość mieszamy i od razu podajemy

        by Anika (noreply@blogger.com) at grudzień 15, 2014 10:53

        Anrzej rysuje

        moje waterloo

        2011

        Przepraszam, przepraszam, wiem, że czekacie i pewnie sobie myślicie, że zobaczyłam dom, zapadłam na serce i tkwię w szale zakupów, ale nie. Po prostu dużo roboty.

        Domy miały być dwa, ale jeden pan zadzwonił, że bardzo przeprasza i nie da rady w niedzielę, żebyśmy to przełożyli. Obecnie odraczać można jedynie na weekendy, bo jak Prezes kończy pracę, jest już ciemno. Oglądanie domów po ciemku jest bez sensu, więc przesuwamy o tydzień. Żeby nie tracić czasu, postaram się umówić oględziny więcej niż jednej hawiry.

        Jeśli zaś chodzi o tę chałupę, w której byliśmy, to wyjątkowa sprawa. Nie tyle, że do mnie nie przemówiła (co jest podstawą), ale właściwie wszystko było na nie. No, może poza jedna rzeczą - właściciele stosunkowo niedawno zrobili remont i trzeba przyznać, że nawet z gustem (znaczy z moim), więc w miarę podobały mi się łazienka i kuchnia. Reszta do dupy.
        Za daleko (co wiedziałam, ale gdyby tak przemówił... było dość tanio).
        W fatalnym miejscu (marzę, żeby mnie stukot kół pociągów usypiał).
        Idiotyczny rozkład (wszystko na pietrze - to po co parter?).
        Obrzydliwy garaż - blaszak.
        Paskudna działka.
        Kretyńskie posadowienie (na końcu ślepej uliczki).
        Droga dojazdowa do niczego (ledwo utwardzona, Państwo widzi te jesienne błota).

        Dom odpadł zanim dojechałam - z trudem wytrzymałam do końca oględzin.

        ***

        W ramach integracji, w sobotę popiliśmy się koszmarnie z moimi braciszkami. Prezes wymiękł i poszedł spać, a my urzędowaliśmy do drugiej w nocy, gdyż albowiem mieliśmy sobie sporo do wyjaśnienia. W niedzielę bolała mnie głowa, nie powiem. Śpiewów nie odnotowano, dzięki Bogu.
        Lubię ich i cieszę się, że są.
        Wskazówka na przyszłość: nie mieszać. Alkoholi nie mieszać, ma się rozumieć.

        ***

        Za to w robocie dużo roboty, mało hajsu. Tak nieoryginalnie. Zasadniczo to środki mi się skończyły, a jeszcze nie dobrnęliśmy do świat. Po prostu zajebiście.

        by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at grudzień 15, 2014 08:14

        Matka jest tylko jedna

        Zabawa z dzieckiem nie musi być nudna!

         

         

        „Wiesz, wszystko ładnie pięknie, zabawa z dzieckiem, te sprawy, ale mnie zwyczajnie nie bawią zabawy z moją córką! Może jestem mało kreatywna? Czasem, kiedy już pomalujemy, ułożymy klocki, pobawimy się lalką, włączam telewizor, bo jestem już tak znudzona udawaniem z nią dorosłej, że marzę o chwili spokoju”. Taki mail dostałam od stałej czytelniczki po opublikowaniu tekstu „W co się bawi twoje dziecko?”. I pokiwałam ze zrozumieniem głową, bo sama kilka miesięcy gryzłam z nudów piasek w piaskownicy, przewracając z kupki na kupkę kolejne babeczki…

         

         

        Na szczęście szybko się ogarnęłam i otrzepałam z piachu , postanawiając tym samym nigdy nie dopuścić, żebym podczas zabawy z synkiem obgryzała paznokcie i liczyła czas „do końca”. I to wcale nie było trudne! Wystarczyło wprowadzić w te zabawy element dla mnie atrakcyjny. I ok – może moje dziecko nie ma miliona zabawek, może nie wie, że istnieją gotowe zestawy kucharza, idealnie złożone kuchenki do gotowania czy nawet specjalne zestawy małego doktora. Pewnie kiedyś pozna je u innych dzieci. Być może nawet na kilka takich akcesoriów sama się zdecyduję [tak jak na przykład z kasą fiskalną, która służy nam do dzisiaj i jest nieoceniona, bo ma… wbudowany kalkulator!]  Ale przynajmniej budowanie prowizorycznej kuchni zajmuje Chłopa i Kosmyka na jakieś kilka godzin, a miarka do ubrań z powodzeniem bada dziadka, babcię, koty, psa i rodziców, będąc jednocześnie termometrem, stetoskopem i… smyczą, która trzyma wierzgającego badanego w ryzach [Kosmyk sobie ubzdurał, że badanie to rzecz straszna dla kogoś, kto nie jest odważnym nim – bo sam się lekarza przestał bać, gdy skończył dwa latka].

         

         

        Ważne, żeby zabawa była atrakcyjna zarówno dla dziecka, jak i dla rodzica! Jeśli nie lubisz malować, nie musisz tego robić, wymyśl coś, co sprawi wam obojgu taką samą przyjemność i satysfakcję. Czasem może to być nawet… wspólne sprzątanie :) [nigdy nie miałam tak czystych okien, od kiedy nauczyłam Kosmyka polerować ściereczką! Mało tego – nigdy żaden mężczyzna nie błagał mnie o pozwolenie użycia ściereczki!]

         

         

        Zabawą, podczas której zupełnie się nie nudzę jest między innymi wspólne śpiewanie. Dla kogoś, kto lubi się w piosence wykrzyczeć, to  fantastyczne rozwiązanie. Myślę, że wiecie, jak świetne pole do popisu może dać „Zuzia, lalka nieduża”, „Do grającej szafy grosik wrzuć” czy nawet „Pieski małe dwa” [do tej ostatniej wymyśliliśmy z Kosmykiem kilkanaście nowych zwrotek, włączając w to wyprawę piesków do spiżarni, bo mamusia pies wcale ich nie karmi ;)]. Piosenki pomagają mi nawet wtedy… kiedy w ogóle się z dzieckiem nie bawię, a na przykład sprzątam – bo co za problem śpiewać i czyścić łazienkę? Od dawna wiem, że żaden :)

         

         

        Ale, ale… co zrobić, gdy zgaśnie światło? 

         

         

        To zabawne, bo tak często podkreślam, że u nas, niestety, czasami brakuje prądu, że sami wysyłacie mi pytania, jak wtedy zajmuję się Kosmykiem, co z nim robię, kiedy mam z ręki wytrąconą całą matczyną ciężką broń – telewizor, radio, komputer. A gdybym wam powiedziała, że czasem specjalnie gasimy światło, żeby… się pobawić? Zobaczcie sami:

         

         

         

         

         

        Wpis jest elementem kampanii „Moc uśmiechu”, której energii dodaje Duracell. Więcej o akcji możecie przeczytać w moim ostatnim wpisie „W co się bawi twoje dziecko?”, który miał za zadanie zmobilizować was do aktywnej zabawy z dziećmi, oraz na profilu Duracell na Facebooku: tutaj [jeśli tam wejdziecie, możecie kliknąć od razu „Lubię to” pod postem na samej górze, każde wasze polubienie to jedna złotówka ofiarowana na budowę boiska dla dzieci!].

        O akcji piszą też moi ulubieni blogerzy: Nishka, Blog Ojciec i Mamy Gadżety. Z tego co wiem, oni też opublikują dzisiaj filmy ze swoimi propozycjami kreatywnych zabaw z dziećmi. Jestem ciekawa, czy wymyślicie coś lepszego :D [tak, to wyzwanie!]

         

         

         

         

         

         

        PS. Cały ten wpis powstał podczas kreatywnej zabawy Kosmyka folią bąbelkową. Babcia wpadła na pomysł, żeby folię rozłożyć na podłodze, a Kosmyka zadaniem było skakaniem przebić wszystkie bąbelki. Folii było dużo, bo to z paczki po nowej desce do prasowania. Kosma dalej po niej skacze… 

         

         

         

        Post Zabawa z dzieckiem nie musi być nudna! pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

        by MatkaTylkoJedna at grudzień 15, 2014 07:21

        Szymaczek

        Notatki na marginesie

        wiem, co mówię?

        Wczoraj były u mnie dziewczyny z roku i rozwiązywałyśmy zadania z logiki. Jestem "wstrętnym pupilkiem i pieszczoszkiem" pani doktor, więc tłumaczyłam niejasności.

        - No i po co nam te działania na zdaniach, tautologie i implikacje?! - zapytała rozpaczliwie Mira.

        - Jak to po co?! Dla lepszej komunikacji międzyludzkiej! - stanęłam w obronie logiki - Żebyś lepiej widziała związki w tekście, żebyś rozumiała, co słyszysz, żebyś wiedziała, co mówisz.

        - Ale ja zawsze wiem, co mówię! - Mira zaczęła się okopywać.

        - Akurat! - prychnęłam, bo mi się przypomniało

        No i tu dygresja:

        Ludzie niestety nie wiedzą, co mówią. I tu nie chodzi mi o nieznajomość faktów czy zagadnień, nie mówię o zjawisku "nie znam się,  więc się wypowiem". Mówię o tym, że człowiek jest najgorszym źródłem informacji o sobie samym. Tak powiedział doktor Hause w serialu i to potwierdzają naukowcy w swoich badaniach. Wydaje nam się, że widzimy wyraźnie ("na własne oczy"), wydaje nam się, że słyszymy dobrze ("uszy mnie nie mylą") i wydaje nam się, że wiemy, co mówimy.

        Wydaje nam się, że zakłócenia komunikatu pojawiają się  poza nami. Mówimy: "Źle rozumiesz", "wyrwane z kontekstu", "nie to miałem na myśli", "czytaj ze zrozumieniem"

        A to nie  tak działa.

        Podobnie jak w analizie literackiej tak i życiu uważam, że więcej racji w ocenie wypowiedzi ma odbiorca a nie autor. Nadawca lepiej wie, co chciał powiedzieć, zna swoje intencje, ale nie spodziewa się zdrady.  A język jest naszym największym zdrajcą. Chwila rozproszenia uwagi i z gentlemana wychodzi mały gnojek, z etyczki hipokrytka, z moralisty - kabotyn. Z autorytetu - idiota.

        Swego czasu poseł Górski z mównicy sejmowej ogłosił rychły koniec "cywilizacji białego człowieka" do którego doprowadzi wybór na prezydenta Stanów Zjednoczonych  Baracka Obamy. Jak oprzytomniał, przepraszał za swoją wypowiedź i zapewniał, że była ona polityczna, a nie rasistowska. Czyżby? Żeby to była wypowiedź polityczna, to musiałaby mieć jakieś, choćby minimalne, polityczne znaczenie. A ona tylko odsłoniła nam zastraszonego chłopaczka, który wciąż wierzy w jakąś wartość do jego białego dupska przybitą. I boi się tę wartość stracić. Sławetne już "wyrwanie z kontekstu", to najczęściej wyciągnięcie prawdziwych postaw z cieplutkich zakamarków naszego jestestwa na światło dzienne. To pokazanie domowych, wygodnych, może nieco nieświeżych gaci w świetle jupiterów. A piszę to wszystko, bo mnie Lis zirytował. Tomasz Lis - taki dziennikarz. Bardzo lubię dwie jego książki ("Zawód - korespondent" i "Co z tą Polską?"). Do jego wizerunku telewizyjnego mam duży dystans (ale jestem w stanie zrozumieć, że igrzyska wymagają krwi) i nie śledzę, ale pióro zawsze doceniałam. Aż tu nagle napisał felieton na temat kolejnej rocznicy stanu wojennego a w nim: "To jest dobry dzień, by podziękować za wolną Polskę. To jest najlepszy dzień, by najniżej pokłonić się wielkim ludziom, którzy mieli wtedy odwagę, by walczyć i krzyczeć.(...)
        Dziękuję  ... (i tu nastąpiło wymienianie z imienia i nazwiska działaczy) ... oraz " dziękuję wspaniałym kobietom Solidarności, naprawdę bohaterskim, bo często ryzykowały nieskończenie więcej, niż ich mężowie, którzy mogli liczyć, że ktoś zadba o rodzinę". Czy Lis wie, co powiedział? Czternastu mężczyzn. Nie dwóch, trzech dla przykładu ale czternastu. Z imienia i nazwiska. I "wspaniałe kobiety". Masa bez twarzy. "Bohaterska" i bardzo niewidzialna. W Solidarności była połowa kobiet. Lis nie wymienił ani jednej.  Helena Łuczywo, Ewa Kulik, Barbara Malak, Joanna Szczęsna i wiele innych zostały bezwzględnie pominięte. A potem się mówi, że "kobiety się polityką nie interesują". Potem się mówi, że "te parytety to głupota, bo przecież, kto zabrania".   Lubię Lisa i wierzę, że nie miał intencji zakłamywania historii, wierzę, że chciał oddać kobietom Solidarności hołd, ale wylazła z niego niestety swojska odmiana mizoginii herbu "całuję rączki".

        by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at grudzień 15, 2014 04:29

        Kraina filcu

        Tomaczek

        Ubieramy choinkę

        TomekBLOG114

        Ciekawe czy spodoba sie szymkowi jak sie obudzi z drzemki :)

        by Tomaczek at grudzień 15, 2014 03:58

        Szymaczek

        Krupniczek

        Click here to view the embedded video.

         

        No jakość filmu słaba, ale sami widzicie że jakość krupniczku była wysoka :)

        by szymaczek at grudzień 15, 2014 03:15

        Czytadelko

        Dworek Longbourn - Jo Baker

        Czy jeśli choć raz pozwolono by Ci zakosztować pełni szczęścia umiałabyś potem żyć bez niego? I czym właściwie jest szczęście? Czy na pewno tym, co od tak dawna nim nazywałaś? A może ma zupełnie inną postać?

        Zainspirowana Dumą i uprzedzeniem Jo Baker tworzy własną wersję historii, tym razem nie skupiając się na losach panien Bennett i obsesyjnych próbach wydania ich za mąż, a na plan pierwszy wysuwając tych, którzy w powieści Jane Austen przemykali niemal niezauważeni. Przyglądamy się zatem służbie, obserwujemy ich codzienne zmagania, śledzimy ich zabieganie nie o najlepszą partię, ale choć chwilę spokoju dla siebie, wykradzioną z czasu przeznaczonego na usługiwanie tym o wyższym statusie. Życie Sary, Polly i państwa Hill toczy się ustalonym torem, wszystko działa jak w zegarku, każdy zna swoje obowiązki i właściwie żadne z nich nie spodziewa się już większych zmian w swoim bądź co bądź nie do końca ciekawym życiu. W dworku Longbourn jeden dzień pracy płynnie przechodził w drugi i nigdy nie dało się powiedzieć, że oto nadszedł koniec krzątaniny. Ta tylko przedłużała się, nabierała tempa albo czekała na swoją kolej, a człowiek tylko się rano o nią potykał*. Przynajmniej do czasu, gdy w domu pojawia się James, tajemniczy mężczyzna, z dnia na dzień, trafiający do Bennettów na służbę. Kim jest, skąd się wziął i dlaczego pan Bennett przyjął go właściwie z ulicy bez słowa sprzeciwu, a raczej z otwartymi ramionami? 

        Jak się wkrótce okazuje swoją tajemnicę skrywa nie tylko James, ale właściwie większość, jeśli nie każda z postaci stworzonych przez Baker. Każdy ma swoje sekrety, wszyscy starają się schować je jak najgłębiej, nie dopuszczając do nich nawet najbliższych. Odkrywanie kolejnych głęboko zakopanych historii, dostrzeganie kolejnych powiązań między poszczególnymi postaciami, okazuje się doprawdy interesujące.

        Wszystkie wydarzenia opisywane w Dworku Longbourn toczą się równolegle do tych z Dumy i uprzedzenia , Baker bardzo często i wyraźnie nawiązuje do utworu Jane Austen, ale przy tym wszystkim wydaje mi się, że wcale nie trzeba znać tego XIX-wiecznego romansu, żeby czerpać przyjemność z poznawania tej opowieści. Oczywiście nawiązanie do Dumy i uprzedzenia może stanowić ogromną zachętę do czytania dla jej fanów, ale może i ich rozczarować, bo trudno będzie wytrzymać Dworkowi Longbourn to porównanie, zresztą myślę, że równie trudno byłoby je znieść każdej innej powieści. W moim odczuciu obydwie powieści, mimo splecenia wątków, stanowią dwa zupełnie odrębne utwory i tak należy je traktować.

        Jo Baker tworząc bohaterów z krwi i kości pokazuje jak ważną rolę odgrywała służba w każdym dworku i jak wielki wpływ miała na to, co się działo w całym domu, choć ich pracy często nikt nie dostrzegał, nie doceniał, nie chwalił, nikt za nią nie dziękował. Jest kilka momentów, w których wyraźnie widać z jakim lekceważeniem, mimo wzajemnych sympatii, panny Bennett podchodzą do tych, którzy im usługują, bagatelizując zupełnie ich pracę i częstokroć nie zdając sobie sprawy jak wiele im zawdzięczają. 

        Autorka  Dworku Longbourn opowiada nie tylko o codziennych wzlotach i upadkach tych najniżej urodzonych, ale też o trudach wojny, walce o uczucie, a przede wszystkim chyba o ogromnym pragnieniu wyrwania się z tego, co los nam ofiaruje, zboczenia z wyznaczonej dla nas ścieżki i wyznaczenia swojej własnej oraz podążaniu za marzeniami.  Dla Sary szczęście istniało; miała dość dobre pojęcie o tym, czego jej było brak**.

        Polecam, proponując jednocześnie nie zestawiać tej powieści z ukochaną Dumą i uprzedzeniem, ale podejść do niej jak do zupełnie czystej kartki, na której owszem, od czasu do czasu pojawiają się znane postaci, ale sama w sobie może być czymś równie fascynującym i dostarczyć wielu miłych wrażeń.

        Jo Baker, Dworek Longbourn , Poznań, Czwarta Strona 2014

        *s. 11

        **s. 69

        by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at grudzień 15, 2014 01:18

        Zuzanka

        Dzieciowo mi

        Niemowlę – jak postępować w przypadku gorączki?

        Nie wiem, jak u was, ale dla mnie największym problemem w jakiejś niestandardowej sytuacji jest obawa, czy na pewno postępuję właściwie. A już wybitnie niekomfortowo się czuję, kiedy nie ma czasu na to, żeby gdzieś zasięgnąć informacji, tylko trzeba szybko działać, bo coś jest nie tak. Co wtedy? Jakąś tam wiedzę mamy, mamy też coś, co się zowie zdrowym rozsądkiem i intuicją. Warto jednak mimo wszystko parę rzeczy sobie przyswoić, żeby czuć się pewniej, to nam pomoże zachować zimną krew, a wtedy jesteśmy w stanie działać sprawniej i szybciej.

        Dzisiaj zajmiemy się tym, jak postępować w przypadku gorączki. Bo że możemy podać środek przeciwgorączkowy, to oczywista oczywistość, ale czy możemy zrobić coś jeszcze? A i owszem. Pisałam już o tym, że różne są sposoby mierzenia temperatury i w zależności od zastosowanej techniki różne mogą być wskazania. Inaczej oceniamy temperaturę mierzoną w zadku, inaczej mierzoną pod pachą (nie polecam, zbyt niemiarodajne).

        Kiedy podawać lek przeciwgorączkowy?

        Nie ma sensu robić tego za szybko, bo podwyższona temperatura jest reakcją obronną organizmu i świadczy o toczonej walce z jakimś drobnoustrojem (wirusowym lub bakteryjnym). Dlatego podawanie paracetamolu lub ibuprofenu, jeśli temperatura wynosi mniej niż 38,0 st. C, nie jest wskazane. Inaczej jednak zachowujemy się w przypadku dziecka, które ma mniej niż 3 miesiące, inaczej w przypadku tego, które ma około roku, inaczej w przypadku przedszkolaka, pamiętajmy o tym. To, co, mówiąc brzydko, „ujdzie” roczniakowi, w przypadku dwumiesięczniaka wymaga interwencji lekarskiej, nawet jeśli wskazanie temperatury jest to samo. Pamiętajmy o tym.

        Pamiętajmy również, że w zależności od tego, jak temperaturę mierzymy, stosujemy określony przelicznik. Temperatura 38 stopni pod pachą i 38 stopni w odbycie to dwa zupełnie inaczej interpretowane wyniki. Jeśli mamy 38 stopni na czole lub pod pachą, to w zadku zapewne będzie znacznie więcej.

        Jeśli dziecko jest w wieku 2-6 miesięcy i mierzymy mu temperaturę w pupie, a termometr wskaże 38 stopni i więcej – podajemy. Jeśli dziecko ma powyżej 6 miesięcy, a temperatura mierzona w pupie wyniesie 39 stopni – podajemy. Jeśli dziecko ma mniej niż 2 miesiące, a temperatura mierzona w pupie wynosi 38 stopni i więcej – wzywamy lekarza.

        Od mniej więcej trzech lat posługuję się termometrem bezdotykowym (temperatura mierzona na czole), który okazał się bardzo solidny i jeśli temperatura wynosi 38 stopni, podaję lek przeciwgorączkowy. Mam jednak dzieci w wieku przedszkolnym, a młodsze z nich trzy lata temu miały rok. Były już więc daleko poza okresem wczesnego niemowlęctwa, który to okres rządzi się swoimi prawami. Jeśli temperatura jest niższa niż 38 stopni wskazana tym moim termometrem, nie podaję niczego, czekam i obserwuję, co jakiś czas mierzę znowu.

        Jak postępować w przypadku gorączki?

        Po pierwsze ochłodzić dziecko. Jeśli jest lato, można je rozebrać do pieluchy, jeśli jest inna pora roku, ubieramy w lekkie szmatki. UWAGA! Dziecko NIE MOŻE leżeć w przeciągu, zrobimy mu niedźwiedzią przysługę. Dobrze, jeśli temperatura w pomieszczeniu będzie wynosić 20-21 stopni. U mnie latem to niewykonalne, ale jeśli się da, to włączamy wiatraki, klimatyzatory i schładzamy, byle bliżej wartości optymalnej.

        Po drugie podajemy dużo płynów. Jeśli dziecko jest na piersi, często przystawiamy, jeśli na mleku modyfikowanym, dajemy je częściej i uzupełniamy herbatkami, wodą, rozcieńczonymi sokami itp. Bez przymusu. Jeśli jednak dziecko odmawia picia czegokolwiek lub ssania przez kilka godzin, wzywamy lekarza.

        Po trzecie jeśli gorączka tego wymaga, podajemy lek przeciwgorączkowy. Jeśli mamy paracetamol i ibuprofen, podajemy na zmianę, raz to, raz to. Zdarza się jednak – i tak jest na przykład w naszym przypadku – że niektóre dzieci lepiej reagują na ibuprofen niż na paracetamol i odwrotnie. W naszym przypadku znacznie skuteczniejszy okazuje się ibuprofen. Trzeba mieć tego świadomość. Nie musi tak być, ale warto wiedzieć.

        Po czwarte możemy schłodzić wodą. UWAGA! Woda w wanience lub misce NIE MOŻE być zimna! Ma być letnia, w okolicach normalnej, prawidłowej temperatury ciała. Jeśli będzie za zimna, mogą powstać dreszcze, a dreszcze przyczynią się do dalszego podwyższenia temperatury ciała. Jeśli będzie za ciepła – podbijemy gorączkę zamiast ją zredukować.

        NIE POWINNO się okrywać dziecka mokrymi ręcznikami, bo to może utrudnić oddawanie ciepła przez skórę i spowodować wzrost temperatury.

        Co robić w przypadku drgawek?

        Drgawki przy gorączce mogą się zdarzyć. Sama nigdy ich nie zaobserwowałam, ale to się zdarza. Zazwyczaj napad drgawek trwa 1-2 minuty i nie jest niebezpieczny. Po ustaniu, wzywamy lekarza. Jeśli trwa 5 minut, to po zakończeniu wzywamy pogotowie.

        To jak postępować z drgawkami? Pozwolę sobie na cytat z książki, na której się opieram:

        „Trzymaj dziecko swobodnie w ramionach lub połóż na łóżku albo innym miękkim podłożu, na boku, z głową spoczywającą poniżej tułowia. Usuń wszystko (jedzenie, smoczej) z ust dziecka i nie próbuj go w tym momencie karmić. Niemowlęta podczas ataku często tracą przytomność, lecz wkrótce ją samoistnie odzyskują. Bezpośrednio po ataku dziecko jest na ogół bardzo senne. […] Czekając na pomoc, możesz podać paracetamol, żeby obniżyć temperaturę – jeśli dziecko skończyło już sześć miesięcy (ale dopiero po ustaniu drgawek). Możesz też przemyć je gąbką, ale nie kąp dziecka w wannie” (źródło na końcu tekstu)

        Czytaj dalej na drugiej stronie

        by kruszyzna at grudzień 15, 2014 10:26

        Pani Smaczna

        Dietetyczne pierniczki

        Dietetczne pierniczki

        Jest grudzień, może coś popierniczymy? ;) Co powiecie na wersję dietetyczną pierników? Z dużą ilością błonnika. Czasami mając wyrzuty sumienia, że ostatnio przesadziłam ze słodyczami, szukam inspiracji na mniej kaloryczne smakołyki. A, że bez smakołyków bywa ciężko, to trzeba znaleźć złoty środek. Mi te pierniki bardzo przypadły do gustu, dla męża były trochę za suche..no cóż przynajmniej więcej było dla mnie ;) Spróbujcie i oceńcie sami. Ja nie przygotowywałam żadnego lukru, ale jeśli macie ochotę to śmiało.


        Składniki:

        ok. 40 niedużych pierniczków

        • 130 g zmielonych płatków owsianych
        • 90 g zmielonych otrębów pszennych
        • 75 g miodu (użyłam rzepakowego)
        • 20 g przyprawy korzennej
        • 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej
        • ok. 60 ml letniego mleka
        • 1 łyżka oliwy z oliwek
        • 1 jajko
        • łyżeczka stewii








        Wykonanie:

        Miód rozpuszczamy na patelni.

        Do dużej miski wsypujemy otręby i płatki owsiane, dolewamy miód i mieszamy. Ciągle mieszając dodajemy stewię, sodę i przyprawę do piernika. Następnie, gdy masa lekko przestygnie dolewamy oliwę i jajko. Zagniatamy ciasto ręką lub mikserem przez ok. 10 minut dolewając stopniowo mleko, aż ciasto będzie średnio twarde i gęste, przypominając ciasto kruche.

        Ciasto owijamy folią spożywczą i zostawiamy na noc w lodówce.

        Stolicę delikatnie posypujemy mąką i rozwałkowujemy ciasto na grubość ok. 1 cm. Foremkami wycinamy pierniczki. Pierniki wykładamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia w odstępach 2 cm.

        Piekarnik rozgrzewamy do 180°C i pieczemy pierniki przez 10-15 minut.

        Smacznego!

        Przepis pochodzi stąd.

        by Pani Smaczna at grudzień 15, 2014 10:26