Planeta Jadzi

lipiec 30, 2015

Smoking kills...

O PRZEPISACH ORAZ ZJAWISKU NIEWYJASNIONYM

 

Dostaliśmy od Państwa Zebrów książkę kucharską Haliny Szymanderskiej z podziałem na dania regionalne. Bardzo jest gruba i przyjemna, warto mieć dla samych przepisów na regionalne dania z ziemniaków, a z większych ciekawostek znajduje się tam przepis na rosół królewski. O ile się nie mylę, w części poświęconej kuchni małopolskiej – trochę mi to koliduje z legendarnym skąpstwem Krakusów, bo gatunków mięsa jest tam z siedem, z mieloną wołowiną na końcu. Jeśli chodzi o samo przygotowanie królewskiego rosołu, to tyle jest wkładania i wyjmowania, że niech się schowają pornopowiastki o Greyu (acz nie wiem, czy u Greya występuje również przecedzanie, czyli rosół nawet ciekawszy). Tak czy siak – trzeba sobie zarezerwować pół lodówki na składniki oraz całą sobotę na rosołową gimnastykę. N. oczywiście bardzo jest za tym, żeby go ugotować, ale kazałam mu czekać na listopad, ewentualnie na wizytę gościa z galopującymi suchotami.

A ja bym chciała gdzieś znaleźć przepis na duszone pomidory nadziewane suchym chlebem. Przygotował kiedyś taką potrawę jeden Włoch, znajomy mojej mamy, kiedy siedział w Polsce – wyśmienite to było, chleb z jakimś serem, ale niedużo, coś zielonego i chyba zaciągnięte jajkiem. Ja byłam wtedy młoda, szczupła i głupia i nie interesowałam się zbieraniem przepisów, tylko młodzieżą męską – idiotka po prostu. Dziś bym mu patrzyła na ręce i nie uroniła ani okruszka.

Oraz mam kolejną metafizyczną zagwozdkę – mamy w sypialni lampki nocne zapalane przez dotknięcie do metalowej obudowy, bez włącznika. Od jakiegoś czasu moja lampka sama się zapala – wchodzimy na górę spać, a ona się świeci. Zawsze moja, nigdy N. I nie zapala się w nocy, czyli raczej nie przebicie w kontakcie. Bardzo bym chciała znaleźć jakieś racjonalne wytłumaczenie i wierzę, że takie istnieje (nie wiem, może mucha usiadła? Ale dlaczego zawsze na MOJEJ?). Zdecydowanie wolałabym przebicie w kontakcie niż wkurwioną ektoplazmę, która pewnej nocy wypije ze mnie całą krew albo opęta do tego stopnia, że zacznę prać w orzechach i oglądać „Idealną panią domu” (albo w ogóle polską telewizję, brrr!).

by Barbarella at lipiec 30, 2015 09:44

pierwsza żona

jestem

Jestem jestem.

Oglądam House of Cards.

Tańczę do rana.

Oj!!!!

by autor at lipiec 30, 2015 09:03

Matka jest tylko jedna

Mood board na ścianie, czyli cała ja na plakatach

 

Ostatnio gadałam z kumplem, że bardzo popularne stają się niejakie „mood boardy”. Zamiast standardowego briefu, zwykłego opisania, o co nam chodzi, jakie mamy założenia, co planujemy, więcej: gdy chcemy pokazać o jakie logo, etykietę nam chodzi, zaleca się stworzenie tablicy skojarzeń, składającej się ze zdjęć tego wszystkiego, co nam się podoba, żeby projektant/wykonawca połączył nasze skróty myślowe i stworzył rzecz dokładnie w tych klimatach, jakie nam się podobają.

 

 

Ciekawe, pomyślałam, ale od razu przyszło mi do głowy, że w myśl zasady „pokaż mi, jak mieszkasz, powiem ci, kim jesteś” i  poszłam dalej. Fajnie by było, gdyby ściany mojego domu były takim mood boardem. Na razie mam gołe ściany, bo wciąż i wciąż nie mogę się zmusić do wydrukowania i oprawienia zdjęć w ramki. A nawet jeśli się już zmuszę, to przecież nie obwieszę zdjęciami całego domu, fajnie by było mieć coś jeszcze.  Wczoraj pokazywałam wam plakat, jaki wpadł mi w oko. Ujął mnie tą dziczyzną, zakochałam się, nabyłam niezwłocznie i zaczęłam szukać dalej. Trochę z przekory na panującą modę plakatów ze złotymi myślami, a trochę z potrzeby wyrażenia się w inny sposób niż „Home sweet home” czy „Mój dom, moja twierdza”. Szukając innych ciekawych plakatów, przypomniał mi wspomniany „mood board” i postanowiłam przygotować własny, z plakatów idealnie pasujących do mojego domu. Taka tam zagwozdka dla wszystkich, co zastanawiają się, jaka jestem naprawdę i dlaczego taka okropna :)

 

1

„Na dobry początek dnia” – mniejszy/większy

„Zakład pracy moim domem” – mniejszy/większy

„Życie zaczyna się po 50″ – tutaj

„Nie-bo nie” – tutaj

„Czarne litery na białym tle” – mniejszy/większy

„Tam jest wyjście” – tutaj

 

ccccc

 

„Czas gotowania” – tutaj

„Noże” – tutaj

 

2

 

 

„Nie mów do mnie” – tutaj

„Chłop robotny, baba pyskata” – tutaj

„Jedzenie w grupie” – tutaj

„Dżentelmenie nie mrucz” – tutaj

„Gość w dom, cukier do szafy” – tutaj

„Kids are monsters” – mniejszy/większy

 

3

 

„Miałam dobry humor” – tutaj

„Buy less, fuck more” – mniejszy/większy

„Bób, homar, dziczyzna” – mniejszy/większy

„Wiosna, panie sierżancie” – tutaj

 

ddddd

 

„U rzeźnika”- czarno białe

„U rzeźnika”-  kolorowe

„Sztuka mięsa” – tutaj

 

ffff

„Nie przeciągajmy rozmowy” – tutaj

„Normarnie” – tutaj

„Wisi mi to” – tutaj

„Not my circus” – tutaj

Hmm… pewnieście sobie już wywnioskowali z obrazków, co o mnie myśleć, ale bardziej od tego, co myślicie o mnie, interesuje mnie, co wy byście powiesili na waszych ścianach? Szalejecie czy lecicie standardowym „Home sweet home” [który też nie jest zły, jeśli się lubi takie klimaty :)].

 

PS. Prawie wszystkie linki afiliacyjne.

Zbieram na plakaty.

PS2.  To, co widzicie, to nie jest czysty mood board.

Mood board to bardziej kolaż,

ale  do tego wpisu pasowało mi

rozmieszczenie plakatów w ten sposób.

625 wszystkich wizyt, 622 wizyt dzis

Post Mood board na ścianie, czyli cała ja na plakatach pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at lipiec 30, 2015 09:03

Anrzej rysuje

zycie na kreske

nic specjalnego

Dla Was

A to ode mnie, że jeszcze jakoś z moimi jękami wytrzymujecie
 
 

by anabell (noreply@blogger.com) at lipiec 30, 2015 12:20

lipiec 29, 2015

zapiski zgagi

***

We wtorek odszedł nasz najbliższy przyjaciel… Chrzestny Asi, jeden z trzech najwspanialszych mężczyzn, jakich dane mi było w życiu spotkać. Cudowny, serdeczny, uczciwy, prawy człowiek. O manierach przedwojennego dżentelmena.

Znaliśmy się i przyjaźniliśmy od trzydziestu paru lat. Mimo, że od lat dzieliły nas setki kilometrów, byliśmy sobie bliscy jak rodzina. A może nawet bardziej… Jeszcze w maju wydawało się, że to, co nieuchronne, odsunie się mocno w czasie. S. był pełen optymizmu… My też.

Trudno uwierzyć, że już nigdy nie powita nas  w progu swojego domu, nie poczęstuje koniaczkiem, nie opowie z uroczym uśmiechem o ostatnich zdarzeniach w pracy i w domu…

by Zgaga at lipiec 29, 2015 09:56

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

w poszukiwaniu Pacanowa

Czasem życie nas przerasta. Właśnie wypowiedzenie złożyła pielęgniarka ze schroniska dla chorych, co sprawia, że Renia od świtu do nocy jest przy chorych, jednocześnie prowadząc cały dom. Jak wiadomo pielęgniarka w Polsce to rzadkość i powinna być na liście gatunków ginących, lub raczej emigrujących. Jakoś nikomu chyba nie starcza wyobraźni, co za chwilę będzie z rzeszą ludzi starych i chorych. „Jakoś to będzie” w tym przypadku chyba nie będzie jakoś. Nie mnie dawać dobre rady, ale chyba przyszedł czas na otrzeźwienie. Może oprócz oczywistych pieniędzy brakuje także ducha poświęcenia i służby choremu i słabemu?

Czy młodzi przy wyborze swojej przyszłości kierują się jeszcze …..ideałami? Tomasz mi mówi, że spośród kilkudziesięciu studentów ratownictwa medycznego tylko kilku ma do tego zawodu „błysk w oku”. Coś zgubiliśmy po drodze? A jeśli tak, to czy przynajmniej szukamy?

20150728_151216 — kopia (2)

pobrane (1)

Dzieciaki z przedszkola zakończyły studia wycieczką do Pacanowa, celu wędrówki Kozła znanego, przynajmniej jeszcze mojemu pokoleniu.

Więc pożegnał nas serdecznie
I znów poszedł, biedaczysko,
Po szerokim szukać świecie
Tego, co jest bardzo blisko./K.Makuszyński/

Nasz Tomaszek Wędrowniczek, Krzyś, Marzenka i tysiące innych wędrujących po świecie w poszukiwaniu tego, co jest tuż obok. Miłości. Wędrujących szlakami prowadzącymi  donikąd, wpadających w sidła złych czarownic, wilków i zbójców. Iluż ludzi potrzeba, żeby stali na drogach i pokazywali kierunek do Pacanowa? Zawracali, jak tylko się da, z błędnych ścieżek? Ile czasem trzeba dostać po łapach, żeby wreszcie się zatrzymać i zobaczyć, że Pacanów wymarzony to właśnie tu. I tutaj, teraz,  trzeba sobie kopytka podkuwać.

Nad-obowiązkowo

Dzisiaj trzeba mniej zrywać ze światem i odwracać się od niego, a bardziej wprowadzać pokój i oświetlać życie codzienne. Mistyka nie polega koniecznie na niezwykłych przeżyciach. Możemy przeżywać z zachwytem najzwyklejsze wydarzenia, spotkania z pozoru banalne i widzieć prześwitujące przez istoty i rzeczy Oblicze Zmartwychwstałego. W jego świetle wszystko przechodzi ze śmierci do życia, z braku w pełnię, z czasu w wieczność./Patriarcha Athenagoras w rozmowie z O.Clement 1969/

A beggar in Belém, Lisbon. He sat there for hours without moving.Kiedy człowiek się oddala, zamyka się w sobie, nigdy zresztą nienasycony, Bóg staje się „żebrakiem miłości”, który czeka u drzwi, drzwi swojego stworzenia najpierw, a potem, ponieważ fiat Maryi pozwoliło mu odtworzyć naszą naturę, u drzwi naszego serca. Schodzi na poszukiwania, ten, który nas kocha, ten, który jest bogaty, idzie do naszego ubóstwa. Przedstawia się, deklaruje miłość i prosi o wzajemność. …odepchnięty, czeka u progu. /św.Mikołaj Kabazylas, prawosławny XIV w/

Jeśli nie znajdziesz Boga w żebraku przy drzwiach kościoła, jak znajdziesz Go w Kielichu?/św.Jan Chryzostom/

by siostra at lipiec 29, 2015 08:58

Domowa kuchnia Aniki

Placki ziemniaczane z cukinią

Placki ziemniaczane z cukinią



Placki ziemniaczano - cukiniowe są równie smaczne, co placki z ziemniaków. Są świetnym dodatkiem do gulaszu, sosów, a nawet solo tylko z ulubioną surówką lub z jakimś dipem.

 

Składniki:
  • 500 g młodych ziemniaków ( po obraniu)
  • 1 niewielka cukinia
  • 1 jajko
  • 3 łyżki mąki pszennej
  • 1 cebula
  • 1 ząbek czosnku
  • sól
  • pieprz
  • olej do smażenia
Sposób wykonania:
  • Ziemniaki obieramy i ścieramy na tarce o małych oczkach. Cukinię myjemy, odcinamy końce, cebule obieramy  i ścieramy na takiej samej tarce
  • Do warzyw dodajemy sól i pieprz. Pod wpływem soli warzywa puszczą nieco soku, więc łatwo będzie je wymieszać. Następnie dodajemy jajko, mąkę, przeciśnięty przez praskę czosnek. Mieszamy
  • Na patelni rozgrzewamy olej i smażymy z obu stron na złoty kolor
  • Podajemy z gulaszem, sosami czy dipem

by Anika (noreply@blogger.com) at lipiec 29, 2015 08:21

Blog do czytania

Jedna wada

Wiesz, to fantastyczny człowiek. Ma tylko jedną wadę… Ile razy słyszysz coś takiego? Ktoś opowiada Ci o swoim znajomym, wymienia masę zalet, po czym dodaje, że ten znajomy ma jakąś skazę. Ale tylko jedną. Najczęściej do tego „niewielką”. Takie ustawienie sprawy może osłabić Twoją czujność. Przecież to tylko jedna wada. Malutka. Tonąca w zalewie zalet. Skreślanie kogoś tylko […]

by Bartosz Cicharski at lipiec 29, 2015 05:45

Domowa kuchnia Aniki

Pulpeciki z karkówki w sosie pomidorowym na włoską nutę

Pulpeciki z karkówki w sosie pomidorowym na włoską nutę



Bardzo smaczne danie, które oczywiście najlepiej smakuje z makaronem. Ja serwuję pulpeciki z makaronem penne lub tagliatelle. Pulpeciki są mięciutkie i smaczne, a sos aromatyczny. Przyprawiony bazylią i oregano ma włoską nutę. Nam takie danie bardzo smakuje. Z podanej ilości składników wychodzą cztery porcje ( 16 pulpecików ). 

 

Składniki: ( na 4 porcje )

Na pulpety:
  • 600 g chudej karkówki
  • pół bułki
  • 1 jajko
  • 1 niewielka cebula
  • 1 ząbek czosnku
  • sól, pieprz, oregano
Na sos:
  • 2 łyżki przecieru pomidorowego 
  • 1 butelka soku pomidorowego ( wielkości kubusia )
  • 2 - 3 łyżki mąki 
  • sól
  • pieprz
  • oregano
  • bazylia
  • ostra papryka mielona 
 Sposób wykonania:
  • Karkówkę mielimy. Mielimy też namoczoną i odciśniętą wcześniej bułkę i cebulę 
  • Do w/w składników  dodajemy jajko i przeciśnięty przez praskę czosnek
  • Doprawiamy solą, pieprzem i oregano. Mieszamy i formujemy pulpeciki wielkości orzecha włoskiego
  • Pulpeciki obsmażamy z każdej strony na oleju, a następnie przekładamy do gotującej się wody ( pulpety powinny być prawie przykryte )
  • Gotujemy ok 30 minut. Po tym czasie do wody  dodajemy butelkę soku pomidorowego, przecier i delikatnie mieszamy, aby uzyskać gładki sos
  • Sos doprawiamy solą, pieprzem, oregano i bazylią, a także szczyptą ostrej papryki. Wszystko gotujemy ok 5 minut
  • Na koniec sos zagęszczamy mąką rozmieszaną z wodą ( ja roztrzepuję ją za pomocą trzepaczki rózgowej, aby nie było grudek). Chwilę gotujemy

    by Anika (noreply@blogger.com) at lipiec 29, 2015 06:43

    Ojciec Wwwirgiliusz chowa dzieci swoje

    Zdążyć na Marka

    Co u Twoich dzieci - spytał niewinnie kolega na portalu społecznościowym Facebook.
    - Jak zawsze. Dalej rujnują mi zdrowie, finanse i sen. I nie zamieniłbym ich na nic innego - odpowiedziałem.
    To prawda. Nie pozbyłbym się tych łachmytów za nic. A co u nich?

    Małgorzata jest właśnie na imprezie kulturalnej w dużym mieście. Odzywa się rzadko, najwyraźniej ma ciekawsze rzeczy do roboty od relacjonowania ojcu, który film było warto, a który nie warto było obejrzeć. Ale jestem spokojny. Nie widziałem jej na filmie o nastolatkach, które kopią pana, a to już dużo. Prawda?


    Oleńka wkrótce wróci z kolejnych wakacji u kolejnej babci. Na pewno  przywiezie ze sobą tonę kamieni, skorup po ślimakach, patyków i innych skarbów, a potem wyłoży wszystkie swoje zabawki na środek pokoju, żeby sprawdzić, czy nadal są tak samo fajne, jak były przed wyjazdem.  Miły Młody Człowiek ochoczo dołączy się do tej dziejowej zawieruchy, a Królowa Matka powie mi "Spokojnie, to wszystko się posprząta. Kiedyś."


    Skoro jesteśmy przy MMC to wczoraj doznał on straszliwego przeżycia, gdy już układał się do snu. Przechodząca w stan spoczynku drukarka laserowa go wystraszyła. Bo Miły Młody Człowiek niewielu rzeczy się boi. Nie boi się wtargnąć na drogę swoim pseudoodpychaczem i zajechać drogę ciężarówce (złapałem go ostatnio wpół drogi), nie boi się uciekać rodzicom w megalutasuperhistermarkecie, tak, że pogrążeni w rozpaczy rodzice szukają go nawet wśród mrożonych krewetek, nie boi się w piaskownicy wyskoczyć na solo chłopakom starszym od niego dwa razy, ale drukarki się boi. Szczególnie gdy już zasypia, a ta niebieskim okiem łypnie, zachrupie, zachrzęści i w stan spoczynku przejdzie.
    Czyli że, to by mogło iść tak:

    Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał Hydrze,
    Ten młody zdusi Centaury,
    Piekłu ofiarę wydrze,
    Do nieba pójdzie po laury.
    Tam sięga, gdzie wzrok nie sięga;
    Ale przed LASER DŻETEM WYMIĘKA

    A ja uświadomiłem sobie, że przegapiłem koncert Marka Knopflera w Krakowie. Miałem jechać, ale nie pojechałem. Obiecywałem, że zostawię ich wszystkich w cholerę, ale nawaliłem. Kolejny raz.  Jak youtube pokazuje, nie wszyscy nawalili. Nie wiem, co by się musiało stać, żeby mi się kiedyś udało. Musiałby gość chyba pod moim balkonem zagrać, żebym dziada nie przegapił. Na to jednak są małe szanse. Bardzo małe. Apeluję więc, Mark, nie rób tylko jakiś numerów z umieraniem. Przynajmniej nie przez najbliższą dekadę. Następnym razem, gdy będziesz w pobliżu naprawdę się zbiorę. Obiecuję!
     

    by ojciec_wwwirgiliusz@NOSPAM.gazeta.pl at lipiec 29, 2015 02:25

    Szklanym okiem mym

    Piękne auta

    Wczoraj zupełnie przypadkiem trafiliśmy na zlot pięknych aut w Bergen. Prawdę mówiąc nie wiem nawet z jakiej okazji się odbył, ale miałam przy sobie aparat i grzechem byłoby nie zrobić paru zdjęć, szczególnie, że niektóre auta zapierały dech w piersiach. Większość była po renowacjach i auta były dopieszczone na maksa. Niektóre były już lekko nadszarpnięte i "łatane" i to najwyraźniej w warunkach domowych, ale spora większość aut wyglądała zjawiskowo. Oprócz starych i zabytkowych pojazdów znajdowały się tam również nowoczesne i sportowe, ale nijak się miały do wspaniałych i długich wiele metrów krążowników szos. Było czym nacieszyć oko. Swoją drogą, kogo jak nie Norwegów stać na utrzymanie takich fur :) Sami zobaczcie.













































    by MrÓ (noreply@blogger.com) at lipiec 29, 2015 01:38

    am mniam

    Letnia zupa cukiniowo-pistacjowa z bobem

    Cukinia to jedno z moich ulubionych letnich warzyw. Lubię ją w różnych postaciach np. smażoną w cieście naleśnikowym, w formie placuszków, dżemu, albo nadziewaną kaszą gryczaną i kurkami. Do tej pory nie robiłam z niej natomiast żadnej zupy, dlatego postanowiłam to zmienić. Ugotowałam i wyszła pyszna. Ależ zasmakowała mi ta zupa – niebo w gębie. Karolinie również przypadła... More

    by Magda at lipiec 29, 2015 09:40

    Dzieciowo mi

    Studenci, krowa i problem z filozofią

    Dzień dla studentów spędzających wakacje w Piwnicznej zaczął się wyjątkowo wcześnie, czyli gdzieś po ósmej rano. O tej godzinie towarzystwo stopniowo, człowiek

    by Malwina Ferenz (Krusz.) at lipiec 29, 2015 08:00

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Skomentuj Sakura – o co tyle zamieszania, którego autorem jest Kawagoe, wspomnienie starej Japonii - TokyoPongi

    […] W Kawagoe zdecydowanie nie brakuje świątyń i właściwie na każdym kroku można natknąć się na jakąś. Najważniejszą z nich jest buddyjska świątynia Kita-in otoczona przez niewielki park, który aktualnie w wyniku nagłego zakwitnienia wszystkich wiśniowych drzew, jest pod okupacją świętujących sakurę okolicznych mieszkańców (więcej o święcie sakury TUTAJ). […]

    by Kawagoe, wspomnienie starej Japonii - TokyoPongi at lipiec 29, 2015 06:22

    Kurlandia

    Niespodzianka

    A dziś niespodzianka dla Czytelników bloga, za te lata spędzone z nami.

    NIE MA RZECZY NIEMOŻLIWYCH! NIE SZUKAJ DZIESIĘCIU POWODÓW, ŻEBY CZEGOŚ NIE ZROBIĆ. ZNAJDŹ JEDEN POWÓD NA TAK I SIĘ GO TRZYMAJ. I ZRÓB TO O CZYM MARZYSZ!

    Po godzinie dotarliśmy nad Czarny Staw z trzyletnim, niepełnosprawnym dzieckiem oraz drugim, które wieku dziewięciu miesięcy miało diagnozę, że nigdy nie stanie na nogi…



    ***

     

    by Iga at lipiec 29, 2015 06:15

    Kura pazurem

    O książkach, Nutusiu i zapylaniu

    Wiadoma sprawa, że w moim domu nic nie dzieje się bez udziału Nutusia. Trzyma łapę na wszystkim. Ten post też powstaje w ścisłej współpracy. Wpatrujemy się w migający kursor i pustą kartkę, bo nie możemy dojść do porozumienia. Za dużo chcemy napisać. Nutuś podpowiada, by wspomnieć, jak jest traktowany przez Babcię. Nie odzywa się więc do niej, omija wielkim łukiem, a jak ta próbuje go przesunąć z fotela lub z krzesła, to musi jej pacnąć. Niech zna swoje miejsce i wie, kto tu rządzi. Dla Nutusia więc nie jest członkiem naszego stada. Kiedy Babcia się zbliża, Nutuś wybałusza oczyska i pyta: „Co ona tu ciągle robi?”

    1nutus

    Mężuś za to po „zapyleniu” lilii jeszcze ją „rozkwitnął”. Byłam akurat w Gdańsku, udzielałam wywiadu, a tu nagle dostaję SMS – zdjęcie lilii wodnej. Pytam więc czy nasza w końcu rozkwitła, bo nie mogłam się doczekać. Toż oczko wodne w tym roku zakładaliśmy. I dostaję odpowiedź: „Rozkwitłem ją”. No, ale dla uspokojenia dodam, że my chyba normalni jeszcze jesteśmy. Może to norma lekko naciągana, ale jeszcze norma.

    lilia wodna

    A ja oczywiście chciałam Wam się pochwalić, bo ostatnio nic nie robię, tylko się przechwalam, że „Szepty dzieciństwa” są wysoko w najlepiej sprzedających się powieściach obyczajowych Empiku. Serdecznie dziękuję, bo to Wasza zasługa. I miła wiadomość: mój wydawca z tej okazji (bo się chłopina tak jak ja uchachał, jednak zaraz odpukał w niemalowane) dał specjalną promocję na książki. „Złodziejkę marzeń” na stronie Empiku można kupić o ponad 11 zł taniej (za 17,94 zł), więc jest okazja, jeżeli ktoś nie ma. A chyba idealnie nadaje się na wakacje i na poprawę humoru, jeżeli ktoś właśnie zalicza dołek. Bo wiadoma sprawa, że czasami życie przypomina grę w golfa: dołek, prosta, dołek, prosta.

    Przyznam też, że szykuję małą niespodziankę. Mogę chyba już wyjawić tajemnicę, że kontynuacja „Złodziejki marzeń” napisana (ukaże się na początku 2016 r.) i w związku z nią w piątek ogłoszę konkurs (z zaskakującym gadżetem). Już nie mogę się doczekać!

    by anna at lipiec 29, 2015 04:07

    zycie na kreske

    lipiec 28, 2015

    Bezwstydnica

    Ulubieniec

    123

    Drodzy Czytelnicy,
    czy moglibyście mi powiedzieć, który z kurzych rysunków jest Waszym ulubieńcem?

    Muszę wybrać 10 najlepszych.
    Powyżej mój faworyt.

    Dziękuję!!!!

    Kura
    PS Rysunki do obejrzenia na blogu w kategorii “pazurem”.
    Dla facebookowiczów zakładka ‘zdjęcia” na kurzej stronie na facebooku.

    by admin at lipiec 28, 2015 08:02

    TUV

    ludzie to paskudy a POGORIA I tchnie dekadencją

    co robimy w weekend?

    Ano drążymy temat POGORIA I. Kiedyś było to BARDZO modne miejsce.Jeździło się nad Pogorię i tylko niektórym udawało się należeć do klubu wodniackiego.Jeden z moich dobrych kolegów zdobywał tam szlify sternika.Brzeg otoczony hotelami,stanicami,marinami i ośrodkami wypoczynkowymi śląskich zakładów. Tylko kawałkami nie zagospodarowany,ostał się może kilometr brzegu bez przydziału. I to nie jest fajne bo nie można spacerować widząc wodę tak jak na Pogorii III lub IV.

    Pogoria II – to bagry,bagna,trzęsawisko.Kiedyśtam jednak wodna kałuża,obecnie nie warte miejsce zwiedzania.

    Byłoby super gdyby wszystkie Pogorie połączono kanałami.Byłby odlot ! Ale wracajmy do jedynki.

    Idzie się i idzie takimi ścieżkami :

    Z lewej krzaczory, z prawej stare pordzewiałe płoty często z tabliczkami „sprzedam”. Beznadzieja.

    Udaje nam się znaleźć przesmyk i zejść nad wodę.Stromo,jakieś 10 metrów w dół. I co widzimy ?

    malowniczy śmietnik….

    Kuźwa co i rusz coś takiego. Nikt tam się nie zajmuje brudasami ? Dlaczego nie ma koszy na śmieci? Dlaczego ludzie tak świnią,przecież to nie jest milo leżeć wśród takiego śmietniska?!?

    Przy brzegu większe gówno:

    wklejam te zdjęcia na prośbę X-mena.Ciekawe czy ktoś tym zarządza?

    Postanawiamy zatrzymać się na kawie w niejakiej „Rybaczówce” . Jedyne ogólnodostępne miejsce przy jeziorze z miejską plażą na dokładkę.

    Tak wygląda od strony wody. A tak od strony wejścia :

    Po prawej widać część,większą część tarasu,werandy na której stoją stoliki – tuż przy barierkach i drewniane stoły ciut głębiej.Na początku siedzieliśmy przy poręczach.Słoneczko, dobry widok na plażę:

    Gdy nagle pogoda zaczęła się niepokojąco zmieniać….

    Większość ludzi pochowała się w samochodach, pod drzewami i na naszym tarasie.

    Przesiedliśmy się do stołu,bo stoliczki były zalewane przez deszcz.

    Po chwili i to nie wystarczyło, staliśmy stłoczeni tuż przy ladzie,ze sporym tłumem plażowiczów.

    nagle któryś z nich krzyknął – PATRZCIE NA WODĘ !!!

    Waliły pioruny,błyskawice też były,deszcz siekł POZIOMO!!!

    brzeg stał się niewidoczny !

    a po chwili było tak:

    Wszystko przestało istnieć…

    Bałam się.Serio się bałam.Podmuchy wiatru były tak silne że obawiałam się o ten nędzny daszek całkiem serio.Cóż,blacha falista to łatwy łup przy takiej wichurze. Jedne z plażowiczów,zbyt późno zareagował i nie zdążył złożyć parasola słonecznego .Cóż,przeczołgało go po całej plaży….Ja bym puściła…

    Deszcz dosięgnął nas przy ladzie,pojawiła się policja i pilnowała tej niewielkiej garstki ludzi i psa. Patrolowali brzeg plaży ale tylko przez lornetkę.Dopytywali się czy ktoś kogoś tam na brzegu nie zostawił, uspokajali strachliwych.

    jak przyszło,tak poszło.Migiem.

    Przestało lać nagle, chmury się rozpierzchły,wyszło słońce, ludzie powoli wylegli na plażę.Myśmy postanowili pojechać na Pogorię IV ale wcześniej Rudka miała bliskie spotkanie z kopytnym.

    I taplała się w wodzie z panem.

    Chyba zapomniała o wcześniejszej przygodzie – pognała za kaczkami i …. i nagle się wystraszyła bo szuwary,bo kaczki zwiały,bo…NIE MOGLA TYLNYMI łapami dosięgnąć dna !!! No co za durny pies…. X-men rzucił się na ratunek,bo groźnie to wyglądało. Jednak Rudeńka w końcu zakumała że pływać potrafi i dobiła do brzegu.Ufff….

    A na Pogorii IV….

    Jakiś ziomek postanowił uwiecznić się w kadrze.No nie fajna fotka?!?

    A potem sobie spacerowaliśmy.

    to były bardzo udane dni;)

     

     

     

     

    by Tuv at lipiec 28, 2015 07:56

    Matka jest tylko jedna

    See blogers z dzieckiem na kolanach, czyli pierwsze wrażenia z festiwalu

     

    Kiedy Marlena z Makóweczek zapytała się, czy chciałabym pojechać na See Blogers i poopowiadać trochę o tym, jak się bloguje, w pierwszym momencie pomyślałam sobie „Nigdy! Nie dam rady z dziećmi!”, ale potem wyjaśniła mi, że właśnie o to chodzi, o rozwikłanie zagadki, jak to robimy – prowadząc blogi z małymi dziećmi u nogi, jaka jest nasza tajemnica, że nam to wychodzi i co zrobić, żeby robić to dobrze.

     

    A dzięki temu, że uczestniczyłam w panelu „Blogowanie z dzieckiem na kolanie” miałam szansę uczestniczyć w jednym z największych blogowych festiwali w Polsce, posłuchać, co w trawie piszczy, i spotkać się z kilkoma blogowymi i nie blogowymi znajomymi. Rzadko mi się to zdarza, więc ukontentowana byłam jak nigdy [do momentu, w którym Chłop nie spił całej śmietanki, ale o tym później].

     

    Co to jest See Blogers? 

    To jedno z największych w Polsce spotkań blogerów ukierunkowanych na edukację i komunikację. Czyli ogromna rzesza ludzi [prawie 1000 osób] spotyka się na kilka dni i intensywnie dyskutuje, uczy się, integruje.

     

    Jak było?

    Jeszcze mi uśmiech nie schodzi z buzi na myśl o tym, jak fajnie się z niektórymi gadało i jak przyjemnie mi było, gdy podchodziła do mnie blogerka, żeby się przywitać i chwilę porozmawiać. Czuję też niesamowitą wdzięczność do Adasia, który raczył spać na najważniejszych dla mnie prelekcjach i chyba był najgrzeczniejszym [i najmłodszym] dzieckiem na konferencji.

    Do dziś spotkałam się z różnymi opiniami – o ile część merytoryczna nie budziła zastrzeżeń, tak dotarły do moich oczu utyskiwania na ogromną ilość sponsorów i ich ekspozycję, co mi akurat w ogóle nie przeszkadzało, bo całą konferencję starałam się się skupić na najważniejszym – słuchaniu prelekcji, rozmawianiu z ludźmi i… szukaniu Chłopa, który przemierzał korytarze Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego z Adasiem w wózku. Słyszałam też utyskiwania, na brak porządnego barku z jedzeniem – jakimkolwiek, z których się delikatnie podśmiewywałam…. ale nie dlatego, że jako prelegentka miałam zapewniony  lunch [który raczej był brunchem], ale raczej z tego powodu, że jako nauczona doświadczeniem mieszkanka trzeciego po morzu i górach regionu turystycznego w Polsce, wiedziałam, że na konferencji w środku sezonu turystycznego może być problem z jedzeniem i wzięłam swoje własne przegryzki :)

     

    Ostatecznie byłam pod ogromnym wrażeniem, zarówno organizacji całego wydarzenia [Wielkie brawa! Zrobić tak wiele, w tak krótkim czasie i na taką skalę zasługuje na aplauz!], jak i atmosfery. Nie wiem, może to wynikało z tego, że to nie pierwsze moje spotkanie z blogerami [uwielbiam ten moment, gdy w tłumie widzę znajomą twarz, której mogę powiedzieć „Cześć!”], ale też podejrzewam dużą rolę odegrało to, że mimo podzielenia na strefy mieliśmy szansę się wymieszać, jedna sfera przenikała drugą, nie zostaliśmy, czego się obawiałam, odizolowani od siebie i niedostępni.

     

    Co wyniosłam z See Blogers? 

    Głównie upewniłam się w swoich przypuszczeniach i działaniach. Nie powiem, że usłyszałam coś nowego [choć dla początkujących ta wiedza była bezcenna], powiem raczej, że po raz pierwszy usłyszałam na głos to, co sama przypuszczałam. Snapchat jest fajny i warto nam blogerom spoglądać na nowe rozwiązania, ale uważam podobnie jak Malwina z Bakusiowo, że dla parentingów to nie będzie trampolina do sukcesu, chyba że ktoś z nas wymyśli na niego niesamowicie ciekawą strategię, na którą inni nie wpadli, a która w jakiś sposób dopełnia blog… Przyznacie, że to trudne? [Ja już sobie coś wymyśliłam, ciekawe czy pochwyci :) Jakby co, mój nick: matkatylkojedna]. Tomek Tomczyk zainspirował mnie z kolei do działania – kto obserwuje mój profil prywatny, ten wie, że jest tam materiał przynajmniej na jedną książkę :) Eliza Wydrych z kolei wyjaśniła przystępnie to, o co sama dostaję sporo pytań w mailach – jak zarabiać na blogu. Sami zresztą widzieliście ostatni post z linkami afiliacyjnymi. Kokosów na tym nie zarobiłam, ale przynajmniej wiem, że te kilkanaście godzin poświęconych na kupowanie, czytanie, wybieranie książek nie poszło na marne. Wykład Elizy powinnam była nagrywać i wysyłać w odpowiedzi na takie maile :)

     

    A poza tym – fantastyczne chwile z ludźmi, których czytam, szanuję i nagadać się z nimi nie mogę, kilkadziesiąt miłych słów o moim blogu, które dodały skrzydeł [dodawanie mi skrzydeł akurat nie jest trudne, ale przez chwilę czułam się orłem, a nie jaskółką], masa doświadczeń oraz… wyjście z szafy Chłopa, który brylował na imprezie integracyjnej i poznał wtedy chyba więcej ludzi niż ja przez trzy lata blogowania :) W odwecie to on wynosił torby i paczki z hotelu, więc jeśli chodzi o mnie, to byłoby na tyle.

     

    Czy warto?

    Zapytacie. Oczywiście! Nawet jeśli jesteś blogerem z długim stażem, nawet jeśli sądzisz, że o blogowaniu wiesz wszystko – żadna zdobyta wiedza nie jest warta, żeby zatrzymywać ją dla siebie i nie przegadać w szerszym gronie ludzi. Zawsze dobrze posłuchać drugiej strony, na żywo skonfrontować swoje poglądy. Mówiłam o tym w wywiadzie dla „Pani” bodajże – internet to tylko okno, warto wyjść za próg do ludzi. A co jeśli sądzisz, że twój blog jest za mały, zbyt mało wartościowy na razie lub płaczesz , bo się nie dostałeś? Polecam wpis Agnieszki z Zielonej Cytryny, która dobitnie pokazała, że jak się chce, to się potrafi.

     

     

    Blogowanie z dzieckiem na kolanach

     

    Taki był tytuł panelu, w którym brałam udział razem z Marleną z Makóweczek, Anią z Nebule, Alicją z Mamala, Olą z Mam Wątpliwość i Marysią z Mamy Gadżety. Zdradzałyśmy tam przepis na sukces w blogowaniu z dzieckiem i doszłyśmy do wspólnego wniosku, że jedynym przepisem jest dobra organizacja, łapanie momentów, gdy dziecko śpi lub się bawi, oraz zwyczajna ludzka pomoc [mamy, partnerzy, przedszkola, żłobki]. Całej naszej rozmowy możecie posłuchać u Ani z Nebule, która ogarnęła technikę i wrzuciła nagranie do swojej notki na blogu. Jeśli sam panel wam nie wystarczy i macie ochotę poczytać, w jaki sposób ja ogarniam swój dzień, musicie trochę poczekać aż Kosmyk wróci od babci :) Nie ma go już tydzień, a ja, nie czując bata nad głową w postaci jego postaci, sama już nie wiem, jak sobie radziłam z dwójką dzieci, kiedy teraz to mniejsze zajmuje głównie mój czas i za nic nie chce samo iść na dwór pobawić się kamykami…

     

     

    Unknown-1

     

    Unknown-2

     

    Unknown-5

     

    Unknown-6

     

    Unknown-7

     

    Unknown-8

     

    Unknown-9

     

    Unknown-10

     

    Unknown

     

     

     

    Przez cały weekend korzystałam, ile mogłam, z dobrodziejstwa przebywania wśród ludzi, a także z usług hotelu Mercure Gdynia Centrum [Mieliśmy w łazience wannę… Wannę! Chyba specjalnie po to, żebym upewniła się, że podjęłam złą decyzję, robiąc  w swojej łazience miejsce tylko na prysznic!], więc morza widziałam tyle, co kot napłakał [jedna kolacja w nadmorskiej tawernie, jej drzwi są na jednym zdjęciu, nazwy nie pamiętam, ale serdecznie polecam te drzwi! Nie dość, że ładne, to za nimi czai się pani kucharka, co robi najlepszego indyka z fasolką szparagową, jakiego jadłam w życiu!]. Ale nie byłabym sobą, gdybym nie cyknęła sobie foty na tle jakiejś wody :) Mazurskie, bo mazurskie, ale to prawdziwe moje morze!

     

     

     

     

     

     

     

    5,534 wszystkich wizyt, 302 wizyt dzis

    Post See blogers z dzieckiem na kolanach, czyli pierwsze wrażenia z festiwalu pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

    by MatkaTylkoJedna at lipiec 28, 2015 06:07

    Z usmiechem przez Japonie

    Film przez który można stać się nieszczęśliwym - "Nasza młodsza siostra" Hirokazu Koreeda [recenzja]


    We Wrocławiu właśnie "wydarza się" 15. odsłona festiwalu Nowe Horyzonty i podobnie jak w zeszłym roku pojawiło się kilka japońskich filmów. Wybraliśmy się tylko na Naszą młodszą siostrę w reżyserii Hirokazu Koreedy.
    To jest jeden z tych filmów, po obejrzeniu których człowiek staje się nieszczęśliwy w miejscu, w którym obecnie się znajduje...


    Hirokazu Koreeda to nie jest reżyser dla wszystkich, a jedynie dla tych [tak mi się wydaje] lubiących rozwiązywać nieźle zasupłane relacje - rodzinne, przyjacielskie, miłosne - z naciskiem na te skomplikowane rodzinne zależności determinujące osobowość, przyszłe decyzje odnośnie życia czy reakcje na pewne okoliczności. Dla niektórych może to być po prostu nudne lub w najlepszym wypadku nijakie. I rzeczywiście - jeżeli spodziewacie się, że "zaraz się coś wydarzy", to gwarantuję Wam - nie wydarzy. Według mnie właśnie o to w tym chodzi, choć wiem, że nie wszyscy się ze mną zgodzą.

    Nawet jeśli filmy Koreedy są dla Was nijakie, to warto chłonąć wszystkimi zmysłami tę zwyczajną Japonię otaczającą bohaterów Umimachi Diary [japoński tytuł]. Nie radzę jednak zbytnio przyzwyczajać się do takiego obrazka, ponieważ rzeczywistość tu jest nieco podkoloryzowana, wygładzona i upiększona. Przypomina raczej telewizyjną dramę niż kinowy film z prawdziwego zdarzenia, co więcej - fabuła zaczerpnięta została z kobiecej mangi pod tym samym tytułem autorstwa Akimi Yoshidy [ukazującej się na łamach popularnego mangowego czasopisma od 2007 roku], a to wiele wyjaśnia.

     

    O czym będzie? Trzy - już dorosłe - siostry mieszkają w dużym, staromodnym japońskim domu wyłożonym matami tatami będącym tłem wydarzeń. Jest on symbolem dawnego szczęścia rodzinnego, symbolem rozpadu rodziny i symbolem nowych relacji w nim budowanych. Tu je się wspólne posiłki, omawia swoje problemy zawodowe, sercowe i ogólnożyciowe. Robi się pranie, czyta gazety, odpoczywa na werandzie z widokiem na ponad 50-letnią śliwę posadzoną jeszcze przez ich dziadka. Z jej owoców co roku powstaje wino umeshu trzymane w skrytce pod podłogą. Najstarsze - babcine - ma 20 lat... W domu sióstr Koda w Kamakurze życie, które odebrało im dzieciństwo, już teraz płynie w spokojny w miarę uporządkowany sposób. 



    Postaci są tendencyjne, jak to u Koreedy, ale za to skrojone na miarę. Mamy najstarszą siostrę - ciężko pracującą, odpowiedzialną, będąca nie tylko siostrą, ale i matką dla pozostałej dwójki. W całości poświęca swoje życie i szczęście, by podołać wszystkim obowiązkom. Siostra środkowa - to niepoprawna romantyczka, wiecznie zakochana i wiecznie ze złamanym sercem, lubiąca dobry alkohol i modne ciuchy. Siostra najmłodsza - żyje w swoim świecie, niezbyt poważnie podchodzi do życia i zdaje się być w tym wszystkim szczęśliwa.

    Jak to zwykle bywa fortuna kołem się toczy... W pewnym momencie w miarę poukładane życie tej trójki (a może tylko jednej z sióstr?) burzy pogrzeb ojca, a wraz z nim osierocona córka z drugiego małżeństwa ich ojca. Nie obawiajcie się, tym razem nie będzie to wyciskarka łez, a częściej wyciskarka śmiechu, bo zabawnych momentów nie brakuje.




    Obejrzałam kilka filmów Koreedy - Dare mo shiranai, Kiseki, Soshite chichi ni naru i ten najnowszy - Umimachi diary. Wywołał on u mnie podobne uczucia jak Kiseki, po którym niemal natychmiast zapragnęłam pojechać do Kagoshimy, by poczuć na własnej skórze wszędobylski pył wulkaniczny i spróbować ciastek karukan. Teraz Koreeda odczarował, a właściwie oswoił, Kamakurę. Widok ze wzgórza na dalekie morze na horyzoncie? Niby wszędzie w Japonii taki się znajdzie, ale akurat ten wydawał mi się jakoś magnetuzyjąco-hipnotyczno-piękny. A może to tylko magia kina?

    I na koniec - dlaczego Umimachi diary to film, po którym człowiek staje się nieszczęśliwy w miejscu, gdzie się obecnie znajduje? Bo zaczyna marzyć o dużym, drewnianym domu, pięknej werandzie z ogrodem, widoku na morze, codziennych wizytach na plaży czy pysznej makreli... I wzdycha nad swoim "ciężkim", "nudnym" "itp. itd." losem (który ani nie jest tak naprawdę ciężki, ani nudny, ale zawsze jest jakieś "ale", prawda?). I po co mi to było? Pewnie po to, aby obejrzeć film jeszcze raz.

    by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at lipiec 28, 2015 04:15

    Anna Sakowicz

    Ukochany z piekła rodem

    Niedawno byłam na spotkaniu autorów z blogerami prowadzącymi blogi recenzenckie. Wiadomo, na początku jest lekka trema, niewiele znajomych twarzy. Jednak w pewnym momencie wszedł do sali facet uśmiechnięty od ucha do ucha, w dodatku podszedł do każdego, podał dłoń i się przedstawił. Co prawda, niewiele mi mówiło jego nazwisko, ale człowiek zrobił bardzo sympatyczne wrażenie.…

    by anna.sakowicz at lipiec 28, 2015 02:07

    Szymaczek

    Tomaczek

    pokolenie ikea

    520050870_6502d0de68_o

    Chciałbym zauważyć że sąsiad, który wjechał mi na parkingu podziemnym pod domem w zderzak zachował się nieobyczajnie a nawet jak chuj.

    Bym powiedział, że to cecha narodowa, ale to nieprawda, bo dajmy na to taki Francuz wychowany na Molierze i Sophie Marceau w ubiegłe wakacje zerwał mi lusterko i też uciekł.

    Zszedłem do garażu, patrzę na samochód i coś mi nie pasuje. To znaczy instynktownie czuję, że coś się zmieniło, ale nie wiem jeszcze co. Te nowe Hondy mają tyłki jak Kim Kardashian, rozszerzające się przy zderzaku.

    Podchodzę, patrzę, widzę.

    Wgniecenie jak pięść. Co może zrobić wgniecenie jak pieść? Hak holowniczy. Kto ma hak holowniczy? Sąsiad parkujący po przeciwnej stronie Mercedesem GLK. Znaczy się dużym wypasionym Mercedesem, który mówi: mam nieograniczony dostęp do dóbr konsumpcji. Możesz się przejrzeć w moim lakierze szmaciarzu.

    Nawet stanął dzisiaj inaczej niż zazwyczaj. Normalnie parkuje przodem. Dziś zaparkował tyłem.

    Facet koło 50 – tki.

    Gruby.

    Trojka dzieci.

    Dlaczego nie przyszedł do mnie i nie powiedział: przykro mi sąsiedzie noga mi się omskła, myślałem o dupie mojej nowej stażystki, stary TAKIE ma bimbały, właśnie widziałem ją jak klęczy przede mną trzymana za włosy i nie zdążyłem nacisnąć hamulca?

    (A tu proszę jest moje ubezpieczenie i spiszemy oświadczenie.)

    Dlaczego nie zostawił kartki za moją szybą: sąsiedzie walnąłem w zderzak, przykro mi kurwa, niech sąsiad wpadnie, to jakoś to załatwimy.

    (A tu proszę jest moje ubezpieczenie i spiszemy oświadczenie.)

    To proste.

    Pomyślał:

    A może ujdzie mi to na sucho?

    A może (ten frajer) się nie domyśli?

    A może (ten frajer) nie zauważy i pomyśli, że to gdzieś na parkingu?

    Co jest priorytetową sprawą dla Polaka? Nie dać się wydymać.

    Kto chce nas wydymać? Wszyscy.

    Ale jest jeszcze trzeci epizod tej historii: dymać to my a nie nas. Sąsiad właśnie go zastosował.

    Wiecie, ja naprawdę lubię tu mieszkać.

    Pewnie lepiej byłoby mi w Los Angeles na Venice albo Malibu patrząc na ocean, z basenem, zejściem z domu na plażę i Maserati w garażu (jestem skromnym człowiekiem, mam skromne oczekiwania).

    Ale nadal w głębi duszy pozostałbym Polakiem. Chcę czy nie chcę jestem dziedzicem całego tego historycznego gówna, które się za nami ciągnie.

    Dmowski, Piłsudski, Bóg, Honor, Ojczyzna, Matka Polka zawsze dziewica (może dawać, ale powściągliwie a najlepiej tak aby nikt nie widział i sąsiadki nie plotkowali, że kurwa), biało – czerwona na maszcie, kiełbasy do góry i golimy frajerów.

    W tym mieście modne jest mówić, że jedyne co mnie tu trzyma to grawitacja.

    Ale ja bardzo współczuję tym, którzy muszą stąd wyjechać, bo nie są w stanie żyć normalnie w Polsce. Bo nie maja tu pracy. Bo nie będą mieć tu mieszkania.

    Wiem, że tęsknią.

    Na miły Bóg (jestem ateistą a i tak piszę na miły Bóg), zasadniczo jesteśmy fajnym narodem.

    Tylko zachowujemy się trochę jak laska z deficytem miłości. Jasne, może nie wyglądamy jak tap modl, ale w sumie to nie jesteśmy tą ostatnią w klasie (bo nigdy też nie byliśmy). I z każdym rokiem jest coraz lepiej i cycki nam rosną. Tylko jakby trochę nie jesteśmy w stanie tego dostrzec.

    Cały czas szukając akceptacji u innych. Cały czas międląc własne kompleksy.

    Jak Polak idzie przez życie?

    Dupą do ściany, aby chronić swój otwór przed penetracją. To nasz sport narodowy. Kto cię ostatnio usiłował wydymać? Koleżanko? Kolego? Bardzo bolało? Zrewanżowałaś się tym samym?

    W rankingu zaufania społecznego do siebie nawzajem zajmujemy czwarte miejsce w Europie. Kurwa od końca. Za nami jest Bułgaria, Cypr i Słowacja.

    Numerem jeden jest Dania. Wiecie czego uczą Duńczycy dzieci w szkołach? Wiosłowania zespołowego. Pokazuje to im że razem dopłyną dalej. Będą płynąć szybciej. Uczą się współpracować.

    Czego uczą dzieci w naszych szkołach? Jak dymać innych szybciej. A jak już przejdziesz wszystkie kursa i będziesz już w tym naprawdę dobry to dostaniesz własny gabinet w biurowcu i harmonogram ruchania innych będziesz sobie ustawiał w Excelu.

    Jesteśmy społeczeństwem jednostek. Poruszamy się obok siebie, ale nie jesteśmy całością.

    Skąd się to bierze?

    Polak przez lata dekady całe przyzwyczaił się, że musi coś nie zrobić, nie zaplanować, nie przeprowadzić z punktu a do b tylko załatwić, wykombinować albo ukraść. Jeśli tego nie zrobiłeś to czegoś zwyczajnie nie miałeś.

    Dlaczego Polak za granicą robi zdjęcia mimo, ze w danym miejscu nie można robić zdjęć? Bo testuje.

    Faktycznie jest zakazane? Czy może tylko częściowo? A może tylko wywiesili tabliczkę i nic więcej? SPRAWDŻMY.

    Jak chcesz żeby Polak coś zrobił to mu tego zakaż.

    Polskie ruiny to kwestia psychologii

    Czytam internet.

    10 letni syn Filipa Chajzera zginał w wypadku samochodowym. Komentarze. Rzyg nienawiści:

    „karma tyle w temacie. tragedia tragedią ale doigrał się palant.”

    „Pluł Bogu w twarz, to Bóg napuł jemu. Jak Kuba Bogu – tak Bóg Kubie.”

    „Nie lubię Filipa Chajzera. To zwykły pajac, któremu woda sodowa uderzyła do głowy.”

    „A jednak filipie z konopim prosisz o modtlitwę, “sprawdza się “ jak trwoga to do Boga. przecież jesteś nie wierzącym. sam się tym chwaliłeś, krytykując Prezesa Kaczyńskiego – puchu marny!!!”

    To, że ktoś to pisze to rozumiem, że troll. Ale ktoś to lajkuje. Facetowi zginął syn. A ludzie piszą: dobre mu tak, bo rzucił żonę.

    Ktoś zrobił z tego mema: „Polskie ruiny to kwestia psychologii, nie ekonomii.”

    Czerpiemy satysfakcję z narzekania i dopierdalania innym. Najlepiej anonimowo. Bo przecież w internecie można napisać wszystko co się chce, prawda?

    Polak ma poczucie misji

    I nienawiści.

    Nienawidzimy Żydów. Pedałów. Arabów, Czarnych. Nie przeszkadza nam oczywiście w tej nienawiści fakt, że większość z nas nie zna żadnego Żyda. Z Czarnym też są problemy. Najbliżej do Araba mamy mijając kebab. Zaskakująco często prowadzony przez Wietnamczyka, którego mylimy z Chińczykiem. Może, ale to od biedy dałoby się zlokalizować w towarzystwie jakiegoś geja. Ale to już raczej w dużym mieście, bo w małym się nie przyzna. 

    Dlaczego tak nas interesuje kto i w jakiej pozycji daje i komu?

    Bo to łatwe obwinić kogoś kogo nie znamy za swoje niepowodzenia.

    Czego uczymy dzieci?

    „Gdyby kózka nie skakała, toby nóżki nie złamała.”

    To znają wszyscy. A wiecie co jest dalej? Założę się, że nie. Bo wszyscy pamiętają tylko tę pierwszą część. Nie ryzykuj. Marudź. Siedź na dupie.

    Dalej ten wierszyk brzmi:

    „Ale gdyby nie skakała, toby smutne życie miała”.

    Wiecie co mi się podoba w Stanach poza tą wizją Malibu i zejściem na plażę? Stan umysłu. Jesteś dobry? Będę się z Tobą ścigał aż będę lepszy. U nas jak widzi się ładną kobietę w dobrym samochodzie to od razu ludzie myślą: o ciekawe komu dała żeby to mieć? Z uczciwej pracy się na taki samochód nie zarobi!! Szlachta nie pracuje.

    Może dała, może nie dała – nie wiem. Ponieważ żyję na tym świecie już parę ładnych lat wiem, że nie jestem specjalnie wyjątkowy.

    Są młodsi i zdolniejsi.

    I jeśli sukces liczymy PLN –ami są też dużo bogatsi. I będą jeszcze bogatsi.

    Wiem też, że nie każdy sukces wiąże się z robieniem loda na kolanach. Bo na prawdziwy to zwyczajnie za mało. Trzeba zapierdalać . Trzeba zapierdalać tak bardzo, że normalnym ludziom się nie chce.

    Czy mnie to stresuje, że ktoś ma lepiej? Po chuj? Zawsze ktoś będzie miał lepiej. Ja chcę aby dobrze było mi/nam.

    Twój sukces jest moim sukcesem. Miej jak największy, proszę.

    520050870_6502d0de68_o

    Photo by thinkscape/CC Flickr.com


    by panikea at lipiec 28, 2015 12:18

    Zapiski dojrzalej kobiety

    W lipcowym kapturze dojrzewają kłosy...

    Lipiec dojrzewa w aromatach lipy
    brzęczy stadami owadów przy pracy
    rzuca uśmiechy słońcu na niebie
    jakby się chciał przypodobać obłokom w błękicie
    kryje się w trawach sięgających nieba
    motylem osiada na przydrożnym rowie
    i nuci pieśń lata o pięknie ukrytym
    w bielejących zagonach pszenicy
    chlebem pokrywa urodzajną ziemię
    obiecuje szczęście zapłakanym sercom
    nadzieję przyzywa na powrót na ziemię
    bo lato jest latem i w sercu dojrzewa...
    (Autor nieznany, znalezione w Internecie).

    Przysłowie mówi, ze od św. Anki chłodne wieczory i ranki.
    To prawda, a od soboty można zaobserwować, ze nie tylko wieczory i ranki są chłodne.
    Ale dobrze jest, na stopy zakładam skarpetki, wydekoltowaną bluzkę zamieniam na bardziej zakrytą i można wreszcie śmigać.
    Żeby jeszcze tak nie wiało w wyniku czego senność człowieka nachodzi … ale broń Boże, nie narzekam.
    Nie narzekam, bo jestem cała heppy, po prostu po imienino-urodzinach jestem przeszczęśliwa, ze już po wszystkim.
    Bardzo lubię odwiedziny najbliższych, bardzo lubię przyjmować gości, tym bardziej, ze od kiedy nauczyłam się asertywności w tym zakresie goszczę tylko
    osoby które bardzo lubię, ale nie lubię być osobą dla której taki spęd gości się odbywa.
    Bycie więc solenizantką i jubilatką bardzo mnie uwiera, kiedy zatem mam to już za sobą jest mi dobrze i spokojnie;).
    Całe szczęście, ze tego samego dnia córka też jest solenizantką, więc część tego „zamieszania” bierze na siebie bo zazwyczaj to u mnie świętujemy moje urodzino-imieniny i jej imieniny.
    W sierpniu, kiedy z wakacji wróci część rodziny spotkamy się ponownie, ale tym się już nie stresuję, bo to będzie zwykłe spotkanie rodzinne bez składanie życzeń, czyli nie będę już w „roli głównej”;))).
    Nie cierpię być „na świeczniku”, taką mam fobię już od dziecka, kiedy to cioteczki (które zjachały do nas na wakacje) obściskiwały i obcałowywały mnie w tym dniu na maxa a w dodatku w tym dniu musiałam być ubrana odświętnie, czyli w sukienkę i kokardy (fuj, fuj).

    by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at lipiec 28, 2015 11:20

    Tomaczek

    Włoskie lody

    image

    Dzisiaj pojechaliśmy na wycieczkę do Włoch do miasteczka Muggia.

    by Tomaczek at lipiec 28, 2015 09:55

    Szymaczek

    Bezwstydnica

    Primabalerona

    balerona

    Oto brakujący autoportret do wczorajszego wpisu “Szynkowna”.

    Pozdrawiam
    Kura – primabalerona

    by admin at lipiec 28, 2015 09:12

    Dzieciowo mi

    Szybkie, proste, zdrowe, owocowe, niskokaloryczne lody!

    Co się nie da, ja się da! Niskokaloryczne lody nie istnieją? Bezedura 😉 Wszystko zależy od tego, co rozumiemy przez lody. Na

    by Malwina Ferenz (Krusz.) at lipiec 28, 2015 08:19

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Skomentuj Gejsza czy nie-gejsza – jak rozpoznać tę prawdziwą, którego autorem jest Maika

    W Tokio bardzo rzadko widuje się gejsze, ale w Kioto masz duże szanse je spotkać. Również w styczniu :) Dziękuję za miłe słowa i również pozdrawiam :)

    by Maika at lipiec 28, 2015 04:20

    zycie na kreske

    lipiec 27, 2015

    nic specjalnego

    Dawno nie miksowałam......

    ..... bo właściwie to nic ciekawego się u mnie nie dzieje. 
    Pomału dochodzę do równowagi po śmierci mojej wieloletniej przyjaciółki. 
    Poznałyśmy się w 1966 roku, a od 1974r mieszkałyśmy w  sąsiednich budynkach.
    Wprawdzie nigdy nie mogła mi wybaczyć, że w pewnej chwili nabyłam
    psa, a Ona panicznie bała się wszystkich psów, ale gdy 5 lat temu
    pies odszedł, płakałyśmy razem.
    Wiele spraw przeżywałyśmy razem - miłości naszych córek, ich śluby,
    narodziny wnucząt, choroby naszych mężów i śmierć Jej męża, a 
    nawet nasze, czasem bardzo dziwne,  sny.
    I właściwie gdy wydawało się, że Ona już pozbierała się i zaczęła wracać 
    do codzienności - niespodziewanie podążyła za swym mężem.
    Miesiąc walczyła z zatorem-zator ustąpił, jego miejsce zajęło zapalenie
    płuc i niestety organizm nie wytrzymał. Odeszła na początku marca.
    Nie  da się ukryć, że mi Jej brak. 

    Wczoraj z racji imienin, których nie obchodzę (wszak to imieniny nie
    moje a mojej Patronki) dostałam od swego ślubnego przepiękny album o twórczości Louisa Comforta Tiffany'ego.
    Wiem, że większość osób kojarzy tę postać z bardzo drogim sklepem 
    z prześliczną biżuterią lub filmem "Śniadanie u Tiffany'ego".
    O ile skojarzenie z biżuterią jest poniekąd słuszne, to ten film nie ma
    nic do rzeczy z życiem tego artysty.
    Osobiście wciąż jestem zachwycona jego witrażami. 
    Na tyle mnie zachwyciły,że kilka lat temu zrobiłam kilka obrazków
    haftem krzyżykowym, opartych na tych witrażach.
    A to właśnie te obrazki.Tak naprawdę mam ochotę wyhaftować
    je na nowo - wyszłyby o niebo lepiej, bo te były pierwsze.
                                                                    Wiosenne  magnolie
                                                                                    Lato
                                                                                 Jesień
                                                                                      Zima
    Louis Tiffany był jednym z nielicznych artystów, którzy pochodząc
    z bogatej rodziny potrafili z tego faktu w umiejętny sposób  
    korzystać.
    Jeżeli  będziecie zainteresowani by się dowiedziec więcej o tej
    niebanalnej postaci napiszę na ten temat osobny post, gdy już
    do końca przeczytam książkę. 
    Na razie wciąż oglądam zdjęcia prac i tkwię w zachwycie. 

    Poza tym coś mi się w kompie "spsowało" - nie dość, że mi się
    zminimalizowały literki na stronie pulpitu nawigacyjnego to ani Picasa
    ani specjalny program Panasonica dołączony do mego  foto-aparatu 
    nie  rozpoznają karty z mego aparatu i nie mogę wgrać nowych zdjęć.
    Jak jeszcze coś padnie to wtedy wezwę  fachmana. 


    Muszę się dziś zabrać za zrobienie biżuterii na czas  żałoby. Koleżance  
    zmarła matka, a ona twierdzi, że musi coś na szyi nosić, bo inaczej
    czuje się nieubrana.
    Niby proste, ale...... nie do końca.
    "I to byłoby na tyle " - jak mawiał klasyk.


    by anabell (noreply@blogger.com) at lipiec 27, 2015 10:07

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Skomentuj Gejsza czy nie-gejsza – jak rozpoznać tę prawdziwą, którego autorem jest Mmm

    Świetny artykuł! Czytało się z przyjemnością.

    Chciałam zapytać czy w połowie stycznia mam realną szansę spotkać gejszę na ulicach Kioto lubTokio? :)

    Pozdrawiam

    by Mmm at lipiec 27, 2015 07:29

    Zuzanka

    Bezwstydnica

    Szynkowna

    balerona_NEW
    Sprzątam.
    Aby nie podupadać na duchu, wywijam ciałem (czytaj tańczę).

    G.i A. przechodzą przez pokój.
    – Ale pięknie tańczysz! – G.przekrzykuje odkurzacz.
    Oddmuchuję włosy ze spoconej twarzy. Zerkam w lustro na zwichrowana postać z burakowatymi policzkami.
    – Jesteś jak prawdziwa, prawdziwa bal, bal… balerona! Naprawdę! – A. cieszy się z mojego talentu.

    Utalentowana i szynkowna….

    Pozdrawiam
    Kura

    PS Rysunek G. przedstawia… mnie (jako kukiełkę do papierowego teatrzyku).
    Coś w tym talencie jednak jest…

    by admin at lipiec 27, 2015 06:46

    Blog do czytania

    Dlaczego jest smutno po See Bloggers?

    To norma, że po konferencjach blogowych człowieka dopada smutek. Typowy syndrom odstawienia. Tym razem jednak był to nieco inny smutek. Wczoraj zakończyła się trzecia edycja See Bloggers, dziś ogłoszono kto dostał się na Blog Forum Gdańsk. W sieci dominują zachwyty nad pierwszym oraz radość pomieszana z jękiem zawodu spowodowanym tym drugim. Niektórzy przy tej okazji […]

    by Bartosz Cicharski at lipiec 27, 2015 06:06

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Skomentuj ルール, czyli jak żyć w Japonii i nie zwariować od nadmiaru zasad, którego autorem jest Pong

    Uuuu, Panie :) Wiem, o czym piszesz. Gdy mieszkałem w Higashi-Hiroshimie, co kilka tygodni odwiedzałem stronę dostawcy bezprzewodowego internetu (WIMAX i LTE), na której była interaktywna mapa okolicy. Obiecywali, że pokryją moją dzielnicę w marcu, potem, że w lipcu, skończyło się długim opóźnieniem. Przed budynkiem szybkość dochodziła do 8MBps, co byłoby znośne, w mieszkaniu jednak nie przekraczała 1MBps, i to tylko wtedy, jeśli wyszedłem na balkon z routerem i wychyliłem się co najmniej metr.
    W kwestii banku – w ostatnim, w którym miałem przyjemność zakładać konto, a było to w 2013 roku, zaiste naklejka na hasło była czarna jak piekło (wiedz, ze coś się dzieje :) ale faktycznie, papier z drugiej strony prześwitywał.
    O, przelewy mnie zaskoczyły, w baaaaardzo lokalnym banku, w którym miałem pierwsze konto, przelewy można było robić od razu, ale z kolei nie było najmniejszych szans na kartę kredytową. Tutaj zrobię przerwę na wypicie uspokajającej melisy, gdyż przypomina mi się historia (żartuję, nigdy tego nie zapomniałem) z przenoszeniem europejskiej karty powiązanej z linią lotniczą do Japonii. Wydaje te karty dla pewnego niemieckiego przewoźnika tylko jeden bank w Japonii. Zły bank. Bardzo zły bank… I ma takie czerwone logo. Nie, nie będę o tym pisał teraz, gdyż wciąż nie znalazłem wystarczająco plugawych słów w słowniku cywilizowanego człowieka, aby opisać mój afekt do rzeczonej grupy finansowej…
    A historia z wymianą naszych holenderskich praw jazdy na japońskie (czytaj: w teorii prawie automatyczna) dopiero się zaczyna, ale wszelkie znaki na niebie i ziemi, że łatwo to raczej już było :)

    by Pong at lipiec 27, 2015 04:17

    Tomaczek

    Szymaczek

    Od rana do wieczora

    Lipcu, gdzie pędzisz?!

    Mam ochotę wczepić się w lipiec pazurami, złapać za szmaty, przydusić własnym ciężarem i nie puścić. Bo gdzie on tak leci, no gdzie?! Lipiec to są wakacje i swoboda, odpoczynek i relaks, a sierpień, dojrzały i aromatyczny, to jednocześnie lato zmęczone i przykurzone, mające przedsmak jesieni i nieodłącznie związane z nerwowym kompletowaniem szkolnej wyprawki.

    Nie, żebym zaznała szczególnie dużo wyżej wymienionych uroków lipca, ale świadomość, że za trzy dni będzie po nim, nie poprawia mi nastroju. Przygotowania do remontu mieszkania, czyli zwożenie pudeł i kartonów, pakowanie ich, przestawianie z miejsca na miejsce to też nie jest to, co pragnęłabym robić.

    A czego pragnę? Spacerować po pustej plaży w świetle zachodzącego słońca i żeby morska bryza łagodnie pieściła moje opalone ramiona, okryte cienką, białą bluzką z rękawem ¾, którą, wykopaną przed wielu laty w ciucholandzie, trzymam w szafie tylko po to, żeby pewnego dnia przejść się w niej po plaży o zachodzie słońca. Sama. Z szumem fal jako jedynym odgłosem w tle.

    Tak zrobię, kiedy pewnego dnia kupię sobie prywatną wyspę gdzieś na morzach południowych, a że w tej sprawie nie chcę kompromisów, to na razie ciułam na wyspę i pakuję pudła. I czuję wyraźną ulgę na myśl, że to drugie zabierze o wiele mniej czasu niż to pierwsze. Oto patent na osłodzenie sobie nudnej i ciężkiej roboty.

    by Chuda at lipiec 27, 2015 01:16

    Tomaczek

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Skomentuj ルール, czyli jak żyć w Japonii i nie zwariować od nadmiaru zasad, którego autorem jest Sebastian

    Ostatnio rośnie w Polsce zainteresowanie Krajem Kwitnącej Wiśni. Jak widać już mają na nas swój wpływ :)

    by Sebastian at lipiec 27, 2015 10:39

    Smoking kills...

    O ODSTAJĄCEJ NODZE

     

    Drogi Pamiętniczku, na imieniny zaplanowałam grilla w niedzielę. W międzyczasie (a właściwie w nocy z soboty na niedzielę) temperatura spadła o jakieś czterdzieści stopni, z tropików przenieśliśmy się na Bornholm, ale JA MIAŁAM ZAPLANOWANEGO GRILLA, więc twardo trzymałam gości na tarasie. No dobra, rozdałam polarowe kocyki, jak w kawiarniach w Świnoujściu. Wpuszczałam do domu tylko pojedynczo, na siusiu (i niektórych na Świnkę Peppę). Wszystkim wszystko BARDZO SMAKOWAŁO, w ogóle nie chcieli lemoniady (ciekawe, dlaczego?) i bardzo szybko sobie poszli.

    Może jeszcze będę Geniuszem Zła (takim miłym geniuszem zła, jak Barney z „Jak poznałem waszą matkę”.

    Dzień zakończyłam bardzo spektakularnym rąbnięciem się w kolano – w samą rzepkę o narożnik łózka. Bardzo solidnego, wysokiego, drewnianego łózka. Usłyszałam ŁUP! I nad głowa zaczęły krążyć mi aureolki ze srebrnych gwiazdeczek i ptaszków Tweety. Kolano boli, trochę nie chce się zginać, a w dodatku to ta sama noga, co dopiero miała skręcona kostkę. Co ona jakoś tak odstaje od rzeczywistości?… Może ja mam syndrom NIE SWOJEJ NOGI, jak ci ludzie, co przychodzą do szpitala i proszą, żeby im amputować, bo to NIE ICH (to musi być straszne uczucie – już obudzenie się ze zdrętwiałą ręka jest dość metafizyczne). No nie wiem. W każdym razie – kuśtykam.

    Od teściowej dostałam olejek arganowy podpisany ELIKSIR MŁODOŚCI. Hmm. HMMMMMMMMM.

     

    by Barbarella at lipiec 27, 2015 08:44

    Anrzej rysuje

    Tomaczek

    Szymaczek

    Kura pazurem

    Podryw w autobusie

    W piątek pojechałam do Gdańska, bo miałam się spotkać z Jolą z Audioblog. Oprócz towarzyskiego spotkania w planie był wywiad z moją skromną osobą. Wszystko przebiegło pięknie. Niedługo będzie można posłuchać.

    streets-690616_640W powrotną drogę wybrałam się autobusem. Usiadłam z przodu po prawej stronie, licząc na to, że się nikt do mnie nie przysiądzie, bo przecież w wakacje jeździ mniej ludzi. Jednak pomyliłam się bardzo, bo pasażerów było sporo…

    Na którymś przystanku wsiada pewien „dżentelmen”, który zajmuje miejsce obok mnie. Oczywiście czytam książkę i staram się z panem nie nawiązać kontaktu wzrokowego. Po chwili jednak mój nos wyje z rozpaczy, bo od strony owego „dżentelmena” zalatuje taki smrodek (ale nie alkoholowy), że jeden odświeżacz powietrza prawdopodobnie nie da rady. Pan ciężko oddycha i niestety jedzie mu z paszczy. Siadam więc bokiem, przyklejając prawie twarz do szyby. Próbuję też ocenić trzeźwo sytuację: wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że facet nie może jechać daleko (cały czas w pogotowiu trzyma reklamówkę na kolanach – i to daje mi nadzieję).

    Mężczyzna jest z tych niezakompleksionych i niestety gawędziarzy, bo zaczyna do mnie zagadywać. A jak zagaduje, to twarz kieruje w moją stronę, a wtedy to…

    …chwytam go za twarz z szybkością błyskawicy, rozwieram mu japę i pakuję w nią całą zawartość odświeżacza do ust, potem poprawiam domestosem i…

    …niestety wracam do rzeczywistości. Przywraca mnie do niej smrodek. Facet sypie w najlepsze jakieś niewydarzone komplementy w moją stronę.

    – Dałaby mi pani numer telefonu. Zadzwoniłbym, porozmawialibyśmy…

    Ups. Czy ktoś ma w tym autobusie domestos?! – krzyczą moje oczy. I nagle oświecenie!

    – Numeru panu nie dam, ale mogę poczęstować miętówką. – I dawaj nura w torebkę w poszukiwaniu miętowego cukierka.

    – Lubię żołądkową miętową – mówi facet, oczekując na obiecaną miętówkę. Z jego miny można by wnioskować, że czeka na flaszkę i kielonki.

    Wygrzebuję ze swojego torbiszcza miętowe pastylki. Podaję panu. Ten spogląda na mnie lekko zdziwiony.

    – Pyszne są – zachęcam. – Niech się pan poczęstuje do woli.

    Facet rozdziawia w uśmiechu swoją paszczę. Ups. Przeszło mi przez głowę, że może wziął to za zachętę do dalszej konwersacji. No, ale trudno. Albo zeżre te miętówki, albo mu wpakuję je do paszczy zgodnie ze swoim wyobrażeniem.

    Facet bierze jedną. Więcej nie chce. No, ale lepsza jedna niż nic. Ku mojemu zdziwieniu wygrzebuje z reklamówy butelkę wody. Wsadza do ust pastylkę i popija. Kurza twarz! Nie wierzę! Połknął? Nie, nie, nie!

    Po chwili szczerzy się jak poprzednio. Żadna miętowa bryza nie wylewa się z jego gęby. Nic a nic. I dalej chce mój numer telefonu. Kiszka.

    Na szczęście po pięciu minutach wysiada, pięknie mi się kłaniając, dziękując za miętówkę i jeszcze do ostatniej chwili proponując mi rozmowę przez telefon. Ufffff. Świeże powietrze odzyskane!

    by anna at lipiec 27, 2015 04:05

    zycie na kreske

    lipiec 26, 2015

    Dzieciowo mi

    Słowacja. Tatry Wysokie, Tatry Niskie. W góry z trójką dzieci – gdzie pójść, co zobaczyć?

    Zanim zaczniemy na poważnie zagłębiać się w słowackie klimaty, muszę wyjaśnić dwie ważne rzeczy. Po pierwsze chcieliśmy odwiedzić takie miejsca, do których

    by Malwina Ferenz (Krusz.) at lipiec 26, 2015 10:10

    Zuzanka

    moje waterloo

    2112

    Niedziela.
    Cisza. Cisza absolutna.

    Praworządni mieszkańcy udali się zapewne do kościoła, by później poświęcić czas uczciwemu wypoczynkowi oraz trawieniu. Wyprałabym sobie to i owo, lecz boję się anatemy za niedzielne suszenie na tarasie. Poczekam do jutra.

    Odbyliśmy wycieczkę zapoznawczą z okolicznymi miejscowościami. Okazało się, że wszędzie jest blisko. Gdy człowiek pochodzi z tętniącego życiem serca aglomeracji, słabo sobie wyobraża takie przyjemne miasteczka, jak moje obecne (oraz przyległości). Znaleźliśmy wydział komunikacji w powiecie - teraz wiemy, dokąd się udać, by przerejestrować samochody. Rzut, że tak powiem, beretką. I to bez antenki.

    W najbliższym czasie muszę odnaleźć jakiś zakład fotograficzny i dać się zdjąć. Gdyby nie zmiana nazwiska, nie musiałabym obracać dowodem osobistym, gdyż albowiem w aktualnym dokumencie nie zamieszcza się już adresu. Ale skoro chciałam Się Nazywać, to teraz muszę być konsekwentna. Może zacznę z tą konsekwencją od jutra.

    PS Obudziłam się dziś o piątej, wstałam, nakarmiłam czeredę, wróciłam do sypialni i zerknęłam przez okno. 100 metrów od ściany mojego domu pasło się leniwie stado saren. Pękłam ze szczęścia i to był jedyny dźwięk w tej części globu. Gdyż o piątej to się nawet psi uśpili i nic nie klaskało za borem.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at lipiec 26, 2015 04:14

    Tomaczek

    Czytadelko

    Świadek - Robert Rient

    Kiedyś Łukasz Zamilski. Dziś Robert Rient. Wcześniej świadek Jehowy, dziś człowiek, który wyrwał się z tego środowiska. W międzyczasie mężczyzna zagubiony, poszukujący, żyjący w strachu, niepewności, ze wstrętem do samego siebie, otaczającego go świata, wspólnoty, w której przyszło mu żyć.

    Świadkowie Jehowy nie chcą rozmawiać. Nie po to pukają do obcych drzwi. Przyszli nawracać. Nie są zainteresowani innym od własnego sposobem myślenia, oni znają prawdę. Teraz, wytrenowani na zebraniach, użyją wszystkich narzędzi i środków, by do prawdy zaprowadzić innych. Zrobią to z uśmiechem, życzliwie, rozumiejąc każdy problem, który dręczy człowieka dopóty, dopóki się nie ochrzci *.

    Chodzą od drzwi do drzwi, próbując nauczać, przekonać do swoich prawd, a czasami po prostu wywołać jakiekolwiek zainteresowanie. Nawiązać relację, by wrócić i zachęcić tego, u którego w końcu pojawił się błysk zrozumienia w oku, by do nich dołączył. Często drażnią, czasem są zbyt nachalni, ale prawda jest taka, że większość z nas zupełnie nie zwraca na nich uwagi. Odwraca wzrok, odkłada słuchawkę domofonu, zamyka drzwi przed nosem. Łukasz Zamilski prowadzi nas za kulisy świata świadków Jehowy, który przeraża, wstrząsa i każe się zastanowić dlaczego nadal jest ich tak wielu. Czułam się jakbym dostała obuchem w łeb czytając o tym, jak dwunastoletnie dziewczynki umierały odmawiając transfuzji krwi, która mogłaby je uratować. Nie wierzyłam, że można odciąć się od dziecka dlatego, że postanowiło odejść od wspólnoty. Nie mogło do mnie dotrzeć, że ze zbliżenia, pocałunku, trzymania za rękę, można się tłumaczyć przed komitetem sądowniczym składającym się z trzech braci starszych**, którzy mogą pytać o najintymniejsze szczegóły.

    Jeśli urodzisz się w rodzinie świadków po prostu musisz się dostosować. Przyjąć tę religię, ich prawdy, ten sposób życia. Czuć się wykluczonym ze środowiska, odstającym od rówieśników, a później zagubionym, gdy zaczyna do Ciebie docierać, że chcesz od życia czegoś więcej, że może zasady, w które wierzyłeś od zawsze, zakazy, które Ci od zawsze wpajano warto w końcu odrzucić, by nie zamknąć się tam, skąd nie będzie już ucieczki. O tym wszystkim pisze Rient, przeplatając swoje spojrzenie ze szczerymi, a czasem bardzo intymnymi wyznaniami Łukasza oraz ze stopniowym odkrywaniem szczegółów z życia świadków Jehowy. 

    Świadek to wstrząsająca opowieść nie tylko o środowisku, o którym niewielu z nas wie coś więcej, coś ponad stworzone przez nas samych wyobrażenia, ale chyba przede wszystkim historia człowieka, który w pewnym momencie się zwyczajnie gubi w tym świecie. Świecie, w którym każdy czegoś wymaga, a nie wszystkie wymagania można spełnić. W którym próbując się dostosować do większości zaczynamy tracić samych siebie. W którym własne potrzeby giną po drodze do zadowolenia innych. Opowieść o dojściu do tego krytycznego momentu, gdy trzeba znaleźć w sobie ogromne pokłady siły, by nie był to moment ostatni.

    Polecam, choć nie będzie to łatwa przeprawa. 

    Robert Rient, Świadek , Warszawa, Dowody na Istnienie 2015

    *s. 163

    **s. 101

    by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at lipiec 26, 2015 01:51

    Czarny pazur

    Jak uszczęśliwić wszystkich

    Wszystkich na pewno się nie da, ale zawsze można ograniczyć się do najbliższego otoczenia.

    Personel uszczęśliwić bardzo prosto. Wystarczy dać mu kilka dni wolnego po ciężkiej pracy i pozwolić wyjechać na wieś. Tam Personel się odchwyca, wysypia, realizuje w kuchni, odwiedza sąsiadów, karmi kury, dogląda żółwia, głaszcze koty i wcale nie potrzebuje wracać do miasta.

    Tym razem Personel i Spadnięte Niebo postanowili uszczęśliwić koty. Behemot i Niutka, zamiast zostać powierzonymi Dobrym Rękom, zapakowani zostali w domki i wywiezieni. Niutka standardowo drogę przepłakała, a Behemoś był zupełnie grzeczny. W końcu mokry ręcznik łatwo można wyprać i wysuszyć na słońcu. Na wsi oba koty mają do dyspozycji cały dom, mnóstwo parapetów, widoki z okien, Personel i Spadnięte Niebo na wyciągnięcie ręki oraz bidecik. Kociarnia przyzwyczajona jest do picia z kranu. W tym celu musi wskoczyć na umywalkę i dopiero wtedy coś dostanie. A bidecik, proszę państwa, na wyciągnięcie łapy. Trudno się więc dziwić Behemosiowi, że w przerwach między spaniem na wielu łóżkach owija się wokół nóg Personelu, zagląda w oczy i miłośnie mówi "mriiik?". Inaczej Niuteczka. Niuteczka w wielkim domu egzystuje w godzinach od 21 do 7 rano, działalność swoją ogranicza wyłącznie do piętra, porusza się między kryjówką, a kuwetą, więc generalnie nimNiutki. Ni ma. Doprawdy, żal będzie wracać. Personel już roni łezki...

    Kury mają się również dobrze, na potęgę znoszą jajka, obudziła się nawet liliputka Petronela, co zaowocowało kupnem inkubatora do jajek. Może się co wylęgnie, sprzedamy i będziemy bogaci? Oprócz tego dzielne dziewczyny po pracy oddają się relaksowi i opalają w ciepłych promieniach letniego słońca. Widok relaksującej się kury jest sam w sobie relaksujący się. Prawda?

    Najszczęśliwszym jednak stworem jest żółw. Żółw jest najprostszy w transporcie, więc odkąd jest z nami - jeździ z nami. Pomysłowe Spadnięte Niebo wykombinowało żółwiowi wspaniały wybieg na trawniku, z którego, po paru godzinach ciężkiej pracy, żółw sprytnie zwiał. Ale na upalne dni jest to rozwiązanie idealne. I jaka oszczędność na sałacie!

    Uwierzcie, na tym zdjęciu żółw jest.

    Co jeszcze u nas nowego? Ano, dobre wieści. Stan dziobów w kurniku zwiększył się o sześć. Jakiś czas temu para jaskółek postanowiła się tam osiedlić, a wczoraj Spadnięte Niebo wykryło cztery łyse żółtodzioby. Nie przeszkadzamy im i cieszymy się ogromnie, bo to zawsze dobra wróżba dla domu.

    Co tu kryć, dobrze nam tu. Po co miasto?...

    by amelia007@NOSPAM.gazeta.pl at lipiec 26, 2015 11:08

    Szymaczek

    Tomaczek

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Skomentuj ルール, czyli jak żyć w Japonii i nie zwariować od nadmiaru zasad, którego autorem jest sebaka

    Telefon, konto w banku, internet… znam to wszystko z autopsji :/
    Z takich ciekawostek, którę mogę dodać od siebie:
    – kupując telefon w docomo (zaopatrzony w segregator pełen dokumentów ;)) czytam ulotkę na której jest napisane, że telefon który chcę kupić ma LTE działający z szybkością 150Mbps ale tylko w trzech największych miastach japonii, więc pytam a jaka jest szybkość w tym mieście? „przepraszam, nie wiem. nikt o to nie pytał jeszcze”
    – zakładając konto w banku chciałem od razu założyć dostęp przez internet (tak, tak.. to oddzielna procedura, oddzielny zestaw papierków). Dostałem do wypełnienia formularz (książeczkę) gdzie, na cienkim jak bibuła papierze, jedną z informacji jaką miałem podać, to wybrane hasło do mojego internetowego dostępu! Żeby zabezpieczyć je przed niepowołanym odczytaniem, był tam taki specjalny papierek do naklejenia na to hasło.. Jak wspomniałem, papier był cienki jak bibuła, więc wpisane hasło było doskonale widoczne po naklejeniu tego papierka.. wystarczyło odwrócić stronę.
    – Dodatkowo zakładając konto, ma się tylko możliwość wypłacania pieniędzy w banku lub bankomacie. Nie można zrobić żadnego przelewu! Żadnego przelewu krajowego, bo o zagranicznych to w ogóle można zapomnieć. Nie ma tu żadnego znaczenia, że posiada się środki na zrobienie tego przelewu. Dostęp do nowych „funkcjonalności” konta można odblokować po kilku miesiącach.. oczywiście nie dzieje się to automatycznie! Trzeba ponownie udać się do banku, wypełnić parę formularzy, przynieść stos dokumentów.
    – na koniec jeszcze jedna sprawa: Polska ma podpisaną z Japonią umowę dotyczącą honorowania praw jazdy. Znaczy to tyle, że Japończycy przyjeżdżając do Polski mogą wyrobić sobie polskie prawo jazdy na podstawie ich japońskiego dokumentu i odwrotnie.. Pomijając polski urzędowy beton udało się to zrobić w stosunku do japońskiego prawa jazdy, ale niestety Japonia nie uznaje naszych praw jazdy i wymaga zdawania uproszczonego egzaminu (teoria + praktyka). Niemcy, Francuzi, Szwajcarzy i jeszcze wiele innych nacji, mogą wymienić swoje prawa jazdy bez zbędnych formalności. W stosunku do Polski, Japończycy zasłaniają się statystykami o ilości wypadków w Polsce.. :/
    Szczęśliwie, są to rzeczy, które załatwia się raz, ew. raz na jakiś długi czas, więc nie są tak męczące.

    by sebaka at lipiec 26, 2015 04:06

    zycie na kreske

    Bazarek Handmade

    Szal kwiatowy, szydełkowy- "Złota jesień" ;) rezerwacja dla B.



















    Sprzedam delikatny, lekki szal kwiatowy wykonany  na szydełku.
    Można nosic swobodnie jako szal do sukienek od wiosny do jesieni:) , lub zimą omotac się nawet dwukrotnie, jak kominem.
    Włóczka; miękka, delikatna (nie gryzie), lekko perłowa, cieniowana - wełna i akryl po 50 %.
    Wymiary; 41 x 180 cm.
    Waga; 20 dkg.

    Cena: 85 zł (plus koszt przesyłki).
     W celu zamówienia proszę o komentarz pod postem i mail: krystynac66@interia.pl

    Więcej moich prac TU - zapraszam


    by Teiwaz (noreply@blogger.com) at lipiec 26, 2015 02:10

    Szymaczek

    lipiec 25, 2015

    zapiski zgagi

    Różności

    Rok temu na naszych Piernikaliach świętowaliśmy poczwórną sześćdziesiątkę damską. Tym razem dubeltowa 65-tka dwóch panów – Małża i naszego przyjaciela Kazimierza. Wkroczenie w wiek seniorski to nie hetka-pętelka. Uczcić mus!

    Nie chciało mi się wcale myśleć o jakichś szczególnych przygotowaniach, ale koleżanki wymogły. Jak pies do jeża się zabierałam, zero pomysłów we łbie. Jakieś takie wypalenie, jeśli idzie o wszelaką ,,tfurczość”… Aż tradycyjnie wena mnie dopadła w pks-ie. W czwartek ok. 13.15.

    Scenariusz jeszcze nie w pełni dopracowany, liczę po cichu na obiecaną pomoc Asi. Mary i Hala szykują gadżety. Coś się urodzi…

    ***

    Z zupełnie innej beczki…

    Cnota cierpliwości jest mi, jak wiadomo, totalnie obca. I dlatego wnerwiają mnie różne uciążliwe drobiazgi. Na przykład to, że pastę do zębów trudno wydobyć z tubki, gdy zużycie osiągnie, powiedzmy, 90 procent. Niby coś jeszcze wewnątrz tkwi, ale ile się trzeba nabiedzić, by uzyskać paseczek na szczoteczce? Podobnie z pojemnikiem żelu do mycia. Odwracam kilka minut przed ablucjami do góry dnem, by naciekło, ale i tak spływa zbyt wolno.

    W jakimś amerykańskim katalogu dawno temu widziałam przyrząd do wyciskania resztek pasty. Czy to cudo już u nas do zdobycia? Może ktoś z Was wie?

    Małż, gdy tylko jest w domu,  regularnie przestawia mi czajnik z największego palnika gazowego na średni. Przemilczam zazwyczaj, ale w środku osiągam temperaturę wrzenia znacznie szybciej niż czajnik… Bo ja chcę mieć herbatę już, zaraz, natychmiast!

    Przygotowania do kolacji mogę sobie dowolnie  celebrować. Natomiast śniadanie muszę zjeść najpóźniej 10-15 minut po wstaniu. Gdy tylko się umyję i ubiorę. Na czczo jestem po prostu wrednym potworem. Jeśli np. mam zjeść rano twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem, robię go sobie wieczorem. Takie dziwactwo….

    ***

    Sister dziś bardzo pochwaliła mój wegetariański pasztet. Miód na serce! Małż usłyszał i zażądał degustacji. Przedtem spróbował tylko okruszków. Teraz, gdy posmarował chlebek i dołożył chrzanu, aż zacmokał… Nie zamierzamy zostać jaroszami, ale może od czasu do czasu taki produkt u nas zagości….

    by Zgaga at lipiec 25, 2015 10:21

    TUV

    w góry,w góry miły bracie!

    Młoda spędziła ładnych parę dni w górach.

    A gdzie ? Gorce,Pieniny – piękne tereny i nawet nie tak ludne jak się szlakiem idzie w tygodniu.Schroniska a w szczególności pokoje dwuosobowe pozajmowane,wszędzie są miejsca w większych.Działają również bazy studenckie,gdzie za niewielkie pieniądze można przenocować – stoją bazowe namioty,nawet swojego nie trzeba rozkładać.

    Moje dziewczę w jednej z nich zaproponowało swoją pracę na rzecz i takim to sposobem nocleg miała darmowy.

    Pogoda świetna.Nawet aż za bardzo,bo upał był duży i przeszkadzał podczas stromych podejść a tych było kilka.Za to widoczność …. marzenie….

    Zaczęła od Rabki,gdzie usłużny lokalny menelik wskazał jej właściwą drogę a raczej szlak.

    Szła na TURBACZ <<<———– czerwonym szlakiem, mijając schronisko na Maciejowej.

    wiesz mamo,kawa w termosie przełamuje lody.Były owce,był baca,poczęstowałam.A o czym gadaliście?

    A tam,o owcach i tych „jebanych leniwych psach pasterskich” że w złagodzonej formie zacytuję bacę….

    otarłam się o —>>>> klik—- GORCZAŃSKI SZLAK PAPIESKI

    ale postanowiłam że nie przejdę parkiem,tylko szlakiem tuż po obrzeżach.

    A potem było tak:

    HALA DŁUGA <<<———-

    widoczne lustro wody,to zalew czorsztyński

    Noclegów było sporo.Np. schronisku sala na początek siedmioosobowa ale przeniosła się do trójki gdzie spała tylko jedna osoba , a w stanicach w namiocie sama. W kolejnym schronisku dwójka.

    Na trasie w tygodniu prawie że nikogo.W schroniskach trochę ludzi, w weekendy wiadomo tłumniej bo ludzie odwiedzają znane miejsca…

    genialna widoczność!

    widok z wieży widokowej…

    odwiedziła wąwóz  Homole ale…cóż.Mostki,dróżki,kultura,gdzie tam do dzikości gór mamo…

    przeszła też granicę ale nie była w Czerwonym Klasztorze.

    były ciekawsze miejsca i to z przewodnikiem.

    Trzy Korony.Nie weszła.mamo…..spotkane laski odradzały bo kolejka na szczyt 40 minut!!! JA poszłam w góry a nie stać z ludźmi i posuwać się krok po kroku!!!

    a to hmmm, polowa kuchnia na której gotował się wrzątek.Na herbatę,na kawę i do mycia.No jak to tak,do mycia?!? W taki upał? Pomysł Kasi by się im przydał ! Że też te chłopy na to nie wpadły…

     

    przypominam pomysł jednej takiej baby na polowy prysznic;)

     

    by Tuv at lipiec 25, 2015 09:19

    Zapiski dojrzalej kobiety

    Życzenia dla Anny, Hanny i Grażyny

    Mijają kolejne minuty, godziny, dni, o zdanie nie pyta nas czas.
    Splatają się ze sobą dobre i złe chwile sprawiając, że jeszcze tyle pragnień i marzeń jest w nas:
    - by wstać rześkim wczesnym rankiem,
    - napić się aromatycznej herbaty gorącej,
    - zmoknąć w deszczu nad niezadaszonym przystankiem;)
    ­- kąpieli w wannie różami pachnącej,
    - nocnych roz­m­ów do bladego świtu,
    - wspólnych spacerów i czytania gazet,
    - miłości, marzeń i tych najprostszych nad życiem zachwytów,
    - pięknych widoków z okna,
    - wielu ciekawych, nieprzeczy­tanych jeszcze książek,
    - obranych słodkich pomarańczy,
    - krzyżówek, które jeszcze rozwiązać zdążę...
    - leniwych polegiwań na kanapie,
    ­- narze­kań na zbyt gorące lata i bezśnieżne zimy,
    - zwykłych spraw i życzliwości ludzkiej wokół,
    - i tego, za czym najczęściej tęsknimy...
            
       

    Najserdeczniejsze życzenia Imieninowe, samych dobrych i szczęśliwych dni, uśmiechu fortuny i dużo zdrowia.
                                      DROGIE SOLENIZANTKI - NIECH SIĘ SPEŁNIĄ:)))
    

    by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at lipiec 25, 2015 09:12

    Zuzanka

    Kurlandia

    Teksty Michała

    Póki pamiętam…

    1. „Mamooo, prawda, że jesteś moim kochanym skarbuńkiem?”

    2. Innym razem…

    „Mamo, prawda, że jestem twoim słodkim skarbuńkiem?

    - Tak, jesteś moim słodkim skarbuńkiem.

    - I pijawką?

    - Też.”

     

    3. „Wiem! Mam zrobić to sam. Nie bendem taka pi**a”. (Ha ha ha. Załamka.)

     

    4. „- Jesteś taką mądrą Mamom…

    - Co chcesz?

    - Mogem bajkę? Pliiiis!”

     

    5. Po raz enty pyta, a że ignoruję, odpowiada sam… „Mogem kawałek czekolady? Mogem, ale po obiedzie. Mam Ci dać żyć Mamo?”

     

    6. „Chwała Bogu, że nasi rodzice jeszcze żyją i kochamy się całom rodzinom” – wyznał niespodziewanie w aucie Michałek

     

    7. „Mamo, mogę kawałeczek czekolady? Taki picikuńki”. (maciupeńki)

     

    8 „Kobitki przodem”.

     

    9. „Tato, jesteś taki kochany, jesteś moim bohaterem” – puścił bajkę.

    ***

     

     

     

     

    by Iga at lipiec 25, 2015 08:02

    Tomaczek

    Szymaczek

    W jaskini Podstojańskiej

    image

    To druga jaskinia w przeciągu tygodnia (w zeszłym tygodniu zwiedzałem jaskinię w Kletnie) więc trochę już jestem znudzony tymi stalagmitami. Ale dobrze się śpi w 10 stopniach.

    by szymaczek at lipiec 25, 2015 02:15

    Tomaczek

    Postojna jama

    image

    Pociąg w jaskini!! Czy może być coś fajniejszego?

    by Tomaczek at lipiec 25, 2015 01:04

    Domowa kuchnia Aniki

    Bitki z karkówki w ostrym sosie paprykowym

    Bitki z karkówki 
    w ostrym sosie paprykowym

     
    Z grilla został mi kawałek karczku, więc wykorzystałam go do zrobienia bitek w sosie paprykowym. Danie smaczne i  sycące. Ja podałam go z ziemniakami i fasolką, która tez mi została z dnia poprzedniego, ale doskonale bitki będą się też komponowały z kaszą i ulubioną surówką

     

    Składniki:
    • 600 g karkówki
    • 2 papryki czerwone
    • sól
    • pieprz
    • 1 litr wody
    • garść zielonego groszku ( może być mrożony )
    • olej do smażenia
    • łyżeczka słodkiej mielonej papryki
    • 1/3 łyżeczki ostrej mielonej papryki
    • 2 łyżki mąki
    Sposób wykonania:
    • Karkówkę kroimy w niezbyt grube plastry i lekko rozbijamy z obu stron. Mięso solimy i oprószamy pieprzem
    • Na patelni rozgrzewamy olej i obsmażamy na nim  z obu stron mięso, aż się zrumieni
    • Zrumienione plastry karkówki przekładamy do gotującej się wody i gotujemy pod przykryciem ok 20 minut
    • Następnie do mięsa dodajemy drobno pokrojoną paprykę i gotujemy kolejne 20 minut. Jeśli zbyt dużo wody odparuje uzupełniamy jej ilość
    • Sos doprawiamy solą i mieloną papryką. Dodajemy zielony groszek i gotujemy ok 10 minut
    • W niewielkiej ilości wody rozprowadzamy mąkę ( tak aby nie było grudek ) i wlewamy do sosu mieszając go. Zagotowujemy

    by Anika (noreply@blogger.com) at lipiec 25, 2015 01:04

    Tomaczek

    Szymaczek

    zycie na kreske

    lipiec 24, 2015

    Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

    wdzięczność i zobowiązanie

    polska-byc-trudny-jezykNasi uchodźcy ćwiczenia mieli praktyczne. Z „panią od polskiego” i dwoma ochroniarzami w osobach Tomasza i Janka buszowali po Sandomierzu. Calutki dzień. Ochroniarze mieli zakaz odzywania się w innym niż polski języku. Na wszelki wypadek nie byłam u nich po powrocie, bo chyba w stanie wyczerpania wrócili. Chociaż doszły mnie słuchy, że jeszcze potem małolat w siatkę z chłopakami grał. Twardy. Nadaje się na krajana.

    Wdzięczni jesteśmy wszystkim, którzy wspierają nas we wspieraniu spolszczania Syryjczyków. To po prostu nasze zobowiązanie.

    Inżynier z Mikim pognali do stolicy. Tam mamy magazyn dostanych mebli, a budowa dla naszych nieco biedniejszych przyjaciół ma się ku końcowi. Meble ze starego domu, hm….kazałam wyrzucić i na wszelki wypadek porąbać. Żeby nie było tęskno i nie wróciły po cichu z powrotem. Bo tak to już jest, że nostalgia bierze czasem górę nad rozsądkiem, a ponadto człowiekowi, który żył w biedzie okrutnej i warunkach tragicznych trudno się przestawić, że nagle jest inaczej. Dlatego kiedy robimy łazienki, burzymy podwórkowe sławojki. Za zgodą właścicieli i ze śmiechem, ale wiem, że jak nie zburzymy, to będą nadal służyć, a łazienka zostanie od święta.

    Sierściuchy rozkapryszone upałem. Nawet jeż wylazł spod ręcznika i leży jak pies z rozłożonymi łapkami. Zauważyłam, że po wypiciu mleka próbował czyścić sobie kolce. Natura zrobiła psikusa biednemu jeżowi, bo jak tu sięgnąć i wylizać igły? Fakir on, czy co?

    Nasz Jacek poszedł przed siebie w nawrocie schizofrenii. Jego rodzima pomoc społeczna skutecznie blokowała skierowanie do DPS. Kto by za to zapłacił? Więc cwanie nie dawali decyzji odmownej/można się odwołać/,  tylko przeciągali sprawę. W mieście Tychy, żeby było jasne.  A chłopak potrzebuje stałej, fachowej opieki. To ten, co miał liczne wyroki, tylko sąd nie wpadł na pomysł, że to człowiek chory i to ciężko. Teraz pewnie nie bierze leków, więc lada moment znów jaki śmietnik podpali albo batonik ukradnie, jak będzie głodny. Nie stanowi zagrożenia dla innych, co najwyżej dla siebie. Zrobiliśmy, cośmy mogli.

    Pociechą jest tylko, że kilka lat spędzonych u nas było dla chłopaka ulgą.

    We Francji rząd musi zapłacić rodzinom kilkorga dzieci z autyzmem setki tysięcy euro za niezabezpieczenie należnych im praw do edukacji, wsparcia itd. To najnowszy wyrok sądowy, pierwszy w tym kraju.

    Danusia po spędzeniu życia w ośrodku dla dzieci upośledzonych trafiła do nas. Jak wiele sierot społecznych, z którymi potem system nie ma co zrobić i nie ma zamiaru mieć. Też popłynęła szybciutko w pierwsze z brzegu ramiona, spragniona miłości. Kolejna kandydatka do domu samotnej matki w przyszłości. Renty nie dostanie, żyć nie potrafi i nie ma gdzie.


    3249277950
    Gorzej się urodzili. Nam pozostaje wdzięczność za to, co mamy i zobowiązanie. Jedno z takich, kochanych zobowiązań z powodu upałów świruje na całego. Na szczęście ksiądz Artur na przemian z Jankiem zwabiają owo zobowiązanie do basenu i wyrzucają z pontonu do wody. Zobowiązanie najpierw wrzeszczy, a potem jest zadowolone. Czynność powtarzana kilka razy dziennie chłodzi ciało i uspokaja główkę mojego synka. Nie żyjemy we Francji, bo za takie odszkodowanie, to by basen podgrzewany cały rok był. I codziennie po dwie książki z obrazkami do końca życia. Pozostaje wdzięczność za to co mamy. I zobowiązanie.

     

    nad-obowiązkowo

    Image_Resize_Merge_images

    „Byłem głodny” Nathan Greene

    Zapytany przez Davida Frosta, jakie jest zadanie człowieka na ziemi, R.F Kennedy odpowiedział: „Jeśli podzieliłeś się z kimś tak, żeby poprawić jego życie, uczyniłeś jego życie odrobinę znośniejszym, odrobinę szczęśliwszym, to jest to, co powinieneś był uczynić.

    Chrystus pozostaje z nami nie tylko poprzez Eucharystię, ale także w obdartym ubraniu ubogiego. Życie z ubogimi to powołanie kontemplacyjne, bo jest to życie w nieustającej obecności Jezusa/Dorothy Day/

    Na końcu życia nie będziemy sądzeni z ilości uzyskanych dyplomów. Z ilości zarobionych pieniędzy. Z ilości wielkich rzeczy, których dokonaliśmy. Będziemy sądzeni według: „Byłem głodny, a daliście mi jeść. Byłem nagi, a przyodzialiście mnie. Byłem bezdomny, a przyjęliście mnie”/Matka Teresa/

    by siostra at lipiec 24, 2015 10:37

    Myszka i Maczek

    W drodze

    wp-1437777285160

    Okrągły rok na blogu wiało nudą. Teraz też będzie nudno ale przynajmniej trochę literek przeplatanych obrazkami się pojawi.

    Pozdrawiamy z Schoenau an der Triesting w Austrii. To nasz pierwszy przystanek w drodze do… Słowenii :) Główna atrakcja tegorocznej podróży to „2 tygodnie pod namiotem z dwójką maluchów”. Mam nadzieję, że przetrwamy ;)

    Na razie zbieramy siły przed jutrem…

    image

    The post W drodze appeared first on SillyWalks.

    by maczek at lipiec 24, 2015 09:50

    Szymaczek

    Pierwszy nocleg w Austrii

    image

    Jesteśmy w drodze na wakacje. Pierwszy raz jestem w Austrii. Bardzo tu przyjemnie:)

    by szymaczek at lipiec 24, 2015 07:29

    Tomaczek

    W motelu w Austrii

    image

    Jesteśmy w trasie. Jedziemy na wakacje do Słowenii. Dzisiaj przystanek w motelu z pająkami. Ale pająkami się nienie bawimy, zapakowałem do mojego plecaka dużo zabawek.

    by Tomaczek at lipiec 24, 2015 07:20

    Dzieciowo mi

    Szybciorem 164 – Dżasmina i pożyczka

    Dżasmina Przebrnęliśmy już przez kwestię, skąd się biorą dzieci i którą stroną wychodzą  (tak, można klaskać), mniej więcej obczailiśmy, że do produkcji

    by Malwina Ferenz (Krusz.) at lipiec 24, 2015 05:38

    Kurlandia

    Jaworzyna Śląska

    Pojechaliśmy wspólnie do Muzeum Kolejnictwa: Mąż, Szymonek i ja, a w drugim aucie biologiczny ojciec Michała, jego kobieta Kasia, Maciek i Michałek. Nasi synowie wspaniale się dogadują. Ze względów wychowawczych, chłopcy dostają po równo takie same atrakcje i upominki. Mało tego! Sami tego pilnują. „Mamo, pójdem do Makdonanda i kupiem takiego Minionka. Jeden da mnie i jeden dla Maćka”. W Kasi cała nadzieja, że zszyje solidnie ten ich patchwork, bo ojciec Michała o wychowywaniu dziecka nie ma bladego pojęcia.

    W Jaworzynie przywitał nas obłędny upał: trzydzieści osiem stopni w cieniu. Zwiedziliśmy najpierw halę numer siedemnaście, gdzie czekał na nas przewodnik. Po wejściu do wysokiego pomieszczenia, naszym oczom ukazał się pancerny wagon, wielka lokomotywa oraz stary peron. Zaskoczyły nas napisy, rodem z PRL-u oraz wiele tablic, nadgryzionych zębem czasu.

    Na zielonej ławeczce zrobiliśmy sobie zdjęcie, które Jacek opatrzył opisem „Z Tobą choćby na Koniec Świata”. Gdzie nas nie było? Chyba to najbardziej gniecie w dołku naszych krytykantów, że żyjemy pełnią życia. A przecież powinniśmy pogrążyć się w depresji i pozamykać nasze dzieci w czterech ścianach. Wtedy nie ugniatalibyśmy nikogo naszą radością życia. Przecież to zdecydowanie łatwiejsze – kimś pogardzać, niż samemu ruszyć dupsko z fotela i zrobić porządek z własnym życiem. Michałek ostatnio niespodziewanie powiedział…”Chwała Bogu, że rodzice jeszcze żyją. Możemy się kochać całom rodzinom”. Możemy i kochamy.

    Odkryliśmy tam jeszcze wiele zaparkowanych lokomotyw. Na tyłach budynku stał zabytkowy wychodek, mały placyk zabaw oraz kolejne pociągi. Wszędzie pociągi i masa wagonów. Ogromne to muzeum.

    Z dużej hali udaliśmy się do budynku z wąskim i długim korytarzem, a na jego końcu znaleźliśmy pomieszczenie, w którym zatrzymał się czas. Tu pracownicy dostawali wypłaty. Za niezużyty węgiel były premie, przewyższające często  sześciokrotnie samo wynagrodzenie. Widok mebli i elementów wyposażenia przywołał wspomnienia z wczesnego dzieciństwa.

    Za wielkimi, zielonymi drzwiami znajdowały się inne pomieszczenia, których zawartość ułożona była tematycznie. Zwiedziliśmy salę pełną magnetofonów i odbiorników radiowych. Pamiętam te czerwone opakowania z taśmami…Przewodnik puścił kawałek nagrania, a jakieś dzieci swoimi nowoczesnymi smartfonami robiły zdjęcia kręcącym się szpulom.

    Dotarliśmy do drukarni, w której Maciek i Michał zafascynowani byli stukaniem w klawisze. Z ciekawością oglądali ołowiane czcionki i wiekowe maszyny do pisania.

    Za kolejnymi drzwiami była sala poświęcona kolejnictwu. Za szklaną witryną czapki, dalej stara szafa z biletami oraz ogrom retro przedmiotów codziennego użytku: lampy, telefony, radia, zegary, wiele tabliczek informacyjnych. Cześć z nich poniemieckie, żeliwne.

    Chłopcy zobaczyli również stary komputer, który zajmował znaczną część pokoju. Dla porównania mieli liczydło. Przewodnik upodobał sobie Michałka, bo to było jedyne dziecko z całej grupy, które nie krępowało się podchodzić i odpowiadać na pytania. Synek liczył tym razem wypłatę na kolei w taki sposób, że pierwszy rząd koralików oznaczał dziesiątki, drugi setki a trzeci tysiące złotych.

    W pamięci utkwił mi widok starej lodówki. Zamarznięty płyn można było ponoć kupić, pewnie na targu i tak schładzać produkty żywnościowe. Na wystawie zabawek natomiast, w centralnym punkcie, stał stary kombajn wykonany z resztek znalezionych w gospodarstwie domowym. „Zrób to sam” – autor pojazdu był z pewnością wielbicielem tej zasady.

    Ja z chęcią przygarnęłabym taki motor do naszych sesji retro…

    Fantastyczną niespodzianką dla wielbicieli pociągów skrywał mały barak. W nim makieta kolejki, która służyła w szkole do nauki zawiadywania ruchem. Pokazano nam, jak w kilkadziesiąt sekund można było dostać kilka ocen niedostatecznych: czerwone światła, semafory, znaki stop – krótka trasa nieprawidłowo pokonana przez lokomotywę i oblany semestr.

    Wychodząc na skwar zahaczyliśmy o bufet z lodami, a w pokoiku obok wielkie witryny pomieściły miniatury pociągów.

    Na dworze było równie ciekawie. Wszystko można było dotknąć,wejść do lokomotyw i wagonów. Część z nich była wypełniona starymi kuframi i skrzyniami.

    Upał mocno doskwierał, jednak odwiedziliśmy wszystkie zakątki obiektu. Jacek zrobił mi kilka zdjęć. I tylko pąs na policzkach oraz wilgotne skronie wskazywały, jak ciężko było chodzić tego dnia na słońcu.

    Przy okazji próbowałam też przejść w sandałkach po torach, a blaszki na butach parzyły mnie w stopy. Zdecydowanie latem należy unikać zwiedzania muzeum między godziną dwunastą, a piętnastą.

    W centralnym punkcie placu, zaraz za tablicą, znajdowała się obrotnica, dzięki której z torów można było przekierować pociągi do zajezdni.

    Co prawda na zewnątrz hali nasze rodziny rozdzieliły się, jednak Łukasz opowiadał, że jeden z pracowników zawołał chłopców do małej lokomotywy i mieli oni możliwość przepchać parowóz do zajezdni. Michał – jak na wielbiciela kolei z sześcioletnim stażem przystało – był zachwycony, Maciek natomiast przerażony.

    Chłopców dzieli olbrzymia różnica temperamentów. Jest szansa, że z czasem Maciuś nieco nabierze odwagi po swoim żywiołowym koledze. Widać jednak, że obecnie olbrzymią radość sprawia mu bycie ratowanym – pod byle pretekstem – przez „Wujka” Łukasza. Tak to jest, jak w życiu dziecka brakuje taty…Ojciec jest potrzebny dziecku nie mniej niż matka! A Łukasz się stara, widać, że mu zależy.

    Szymon dostał pamiątkową fotografię z lokomotywą Tomek i musieliśmy poszukać ochłody w cieniu.

    Przy wyjściu jeszcze raz spojrzeliśmy na retro parowozy…

    …i udaliśmy się w drogę powrotną do Wrocławia. A tam…warto na Dworcu Świebodzkim zajrzeć do wielkiej makiety kolejowej.

    ***

     

     

     

     

    by Iga at lipiec 24, 2015 05:19

    Od rana do wieczora

    Pozdrowienia z Egiptu

    Gdy spojrzę w niebo, widzę bezchmurne i niebieskie, w odcieniu błękitu rozżarzonego ogromnym słońcem, które zdaje się być bliżej Ziemi niż zwykle. Każdy najleniwsze drgnienie powietrza parzy i  jawi się w nim coś jakby fatamorgana. Gdzie okiem sięgnę, tam piach, piach i piach. Temperatura wynosi chyba z 50 stopni.

    - Jak w Egipcie! – odpowiadam na pytanie, jak tam żyjemy na trzecim piętrze.

    Nie wiem, czy lepiej otworzyć okno, czy zamknąć, nie wiem, czy odkurzać piach, który dzieci systematycznie przynoszą z piaskownicy w butach i kieszeniach, czy poczekać, aż z powrotem wyniosą go na butach. Najchętniej wsadziłabym nas wszystkich do wanny z zimną wodą i siedziała tam do września, gdybyśmy nie mieli dziury w wannie.

    Od lat nie spędzałam lata w mieście, starając się czmychnąć do rodziców najdalej tydzień po zakończeniu roku szkolnego. Gdybym miała wątpliwości co do sensu moich poczynań, w lipcu 2015 przekonałam się, iż były nad wyraz słuszne.

    Lato w mieści to jest koszmar, horror i masakra.

    Nawet Wojtuś, wielbiciel psów, na pytanie „Jak robi piesek?” nie odpowiada zwyczajowym pohaukiwaniem, tylko dyszy z otwartą buzią.

    ***
    Dzieci kończą półkolonie, te, które dopiero co się zaczęły dwie notki temu. Małolaty są bardzo zadowolone, choć narzekają od czasu do czasu na straszliwe ograniczenia wolności osobistej, których doświadczają, gdy panie zabraniają np. wrzasków w komunikacji miejskiej. Oczywiście w ich wersji jest to niezrozumiały zakaz rozmów w autobusie, ale przecież dobrze wiem, że rozprawiająca między sobą grupa kilkulatków potrafi zagłuszyć odgłos nadlatującego helikoptera.

    Donieśli mi, że jest jeden bardzo niegrzeczny chłopiec, który nie dość, że był już na rozmowie u pana kierownika, to jeszcze na wycieczkach chodzi w parze z wychowawcami.

    - I raz szedłem obok nich i widziałem, jak świetnie się bawili i teraz zastanawiam się, jak tu narozrabiać, żeby też dostać taką karę – zwierzył mi się Piotruś.

    Gorąco poradziłam mu, żeby raczej poprosił wychowawcę o towarzystwo, niż miał na to sobie zasługiwać. Rada okazała się nieprzydatna, bo w poniedziałek Piotruś dostał gorączki, dreszczy, rozbolało go gardło i dwa dni przeleżał jak Łazarz. W trzecim mu się poprawiło, ale nie na tyle, żeby jechać na wycieczkę i ominęły go największe atrakcje tego tygodnia.

    A były naprawdę fajne, m.in. wizyta w Ogrodzie Doświadczeń („Jedziemy do kołyski Newtona!”, emocjonował się Michaś) i w kopalni soli w Bochni. Michaś i Karolinka byli zachwyceni przejażdżką podziemną kolejką i lizaniem słonych ścian.

    - Lizaliście ściany? Fuuuuuj! Przecież to niehigieniczne! – bulwersował się Piotruś, Pierwszy Higienista Rzeczpospolitej, który na obozie sportowym opracował autorską metodę picia z cudzych butelek, mianowicie nakazał picie przez koszulkę, żeby kumple nie pluli mu do wody.
    - Bo bakterie są jak biedronki i koszulka je zatrzyma – mruknęłam.
    - No faktycznie! – Piotruś klepnął się w czoło – myślałem o cudzej ślinie, zapomniałem o bakteriach!

    - Ale nie lizałem ściany językiem, tylko potarłem palcem i polizałem palec – wyjaśnił z godnością Michaś.

    A, no chyba że tak!

    Dziś mają dyskotekę przebierańców, mogłam więc zasmakować uroków bycia mamą dziewczynki.

    Piotrek postanowił przebrać się za samego siebie, Michał to podchwycił i pokłócili się oczywiście, że jeden drugiemu podkradł pomysł. Na nic zdały się moje próby wyjaśnienia, że przebrani sami za siebie i tak będą wyglądać inaczej. Ostatecznie Michał pożyczył od kolegi strój Dartha Maule’a, Piotrek przebrał się za siebie, a Karolinka zapragnęła być Pippi. I tu zaczęły się schody, bo Karolinka koniecznie zapragnęła pomarańczowej koszulki i nie dała się przekonać, że w filozofii życiowej Pippi jest miejsce na koszulkę w dowolnym kolorze. Ostatecznie na szczęście zaakceptowała piotrusiową, stwierdzając, że kreacje Pippi były takie raczej chłopięce. Bardzo przydatne okazały się moje pasiaste zakolanówki z pradawnych czasów. O detale stroju zadbała Marysia, niania Wojtusia, mama gimnazjalistki doskonale obeznana w sprawie przebrań dziewczęcych.

    Dzieci udały się balować w wyśmienitych nastrojach, Wojtuś poszedł na spacer z nianią, a ja, klasycznie, nie wiem, w co ręce włożyć. Chaos domowy przytłacza mnie, porządki z książkami to zaledwie preludium do tego, co mnie jeszcze czeka. Ale nic to, dam radę, kroplówka z kawy, alleluja i do przodu, tym bardziej, że dziś jest już czym oddychać.

    by Chuda at lipiec 24, 2015 09:31

    Z usmiechem przez Japonie

    Japońskie ghost story - "Opowieści księżycowe" Kenjiego Mizoguchiego [recenzja]


    Niedawno przerzucając bezmyślnie kanały w telewizji, natknęłam się na film, którego nieznajomość należy traktować w kategoriach najcięższych zbrodni przeciwko japońskiej kulturze. Od razu w moich oczach powrócił błysk, mózg uruchomił się ponownie i siedziałam jak urzeczona. Jak to się w ogóle stało, że Opowieści księżycowe [1953] Mizoguchiego Kenjiego przez tyle lat czekały na obejrzenie? No i najważniejsze, dlaczego nikt już nie potrafi zrobić takiego filmu?


    Czym urzeka film? Historia jest tak naprawdę bardzo prosta, ponieważ wszystko skupione jest wokół jednego motywu - miłości. Bynajmniej nie jest to dramat romantyczny z wylewnym okazywaniem uczuć w połączeniu z drewnianą grą aktorską... Miłość tutaj ma różne oblicza. Raz jest miłością czystą, która zniesie każde poświecenie, raz miłością przepełnioną rozkoszami, ale zbliżającą kochanków z każdą chwilą do śmierci. Co więcej wszystko utrzymane jest w stylistyce opowiadania z psychologicznym dreszczykiem. 


    Czy powinnam przybliżyć krótko fabułę? Jeżeli muszę, to najkrócej i najbardziej ogólnikowo, bo nie pozwala ona przewidzieć zakończenia na żadnym etapie rozwoju akcji, a tym bardziej dać nam chwilę spokojnego kontemplowania niezwykłej, często surrealistycznej przestrzeni. Film powstał na kanwie opowiadań z 1776 roku japońskiego pisarza Uedy Akinari pochodzącego z Kansai, dlatego też tłem wydarzeń będą znane nam miejsca. W języku polskim możemy przeczytać go w tłumaczeniu Wiesława Kotańskiego - Po deszczu przy księżycu nakładem Ossolineum z 1968 roku [już niedługo zasilą moją kolekcję].


    Filmowa fabuła opowiada o życiu pewnego garncarza Genjuro [Masayuki Mori], którego szczęście rodzinne przerywa nie tylko wojna, ale też materializm i chęć wzbogacenia się. Na targu w odległej od jego wioski mieścinie, gdzie handlował świeżo wypaloną ceramiką, spotyka piękną panią Wakasę [
    Machiko Kyō] i jej służącą, która zaprasza go do Rezydencji Kutsuki. Garncarz przyjmuje tę propozycję... Jakie będą tego konsekwencje? W filmie poznajemy też przyjaciela Genjurō - Tōbeia [Eitarō Ozawa], który ponad wszystko pragnie zostać samurajem, choć ani jego pozycja społeczna, ani też umiejętności czy inteligencja, nie pozwalają mu na to, nie wspominając już o tym, że nie posiada broni ani zbroi... Zaślepiony i całkowicie skupiony na sobie Tōbei staje się sławnym wojownikiem, choć okoliczności, w jakich zyskał tę sławę, pozostawiają wiele do życzenia.



    No dobrze, a gdzie ta groza? W Ugetsu Mizoguchiego nie ma tak naprawdę ani jednej strasznej sceny typowej dla horroru, jednak oglądając film gęsia skórka pojawia się samoistnie. Wywoła ją przeprawa przez zamglone i niczym niezmącone jezioro Biwa czy rozlegający się głos starszego mężczyzny z samurajskiej zbroi przerywający pokaz tańca. To nie wszystko. Wystarczy chociażby przyjrzeć się, w jak upiorny sposób filigranowa i piękna Machiko Kyō grająca rolę pani Wakasy porusza głową, w jaki sposób się uśmiecha czy rzuca ukradkowe spojrzenia kątem oka. Jej biały makijaż i wygolone brwi potęgują nastrój grozy, choć rzeczywiście buduje go nie kostium, ale jej kunszt aktorski.


    Całość - układ scen, piękne zdjęcia, muzyka i dziwne dźwięki - tworzy niepowtarzalny klimat tajemnicy, niedopowiedzenia, balansowania na granicy światów. Ugetsu z 1953 roku pod polskim tytułem Opowieści księżycowe uznaje się za ponadczasowe arcydzieło japońskiego kina. Zastanawiam się, dlaczego już nikt takiego filmu nie potrafi zrobić? A jeśli próbuje, to wychodzi mu naciągany kicz, w który i tak nikt nie wierzy...

    by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at lipiec 24, 2015 10:30

    Slow Day Long

    Slot Art Festival w Lubiążu, czyli Slow Day Long off-line

    Od dnia, kiedy Damian zapowiedział, że i z mojej strony pojawi się wpis „pożegnalny”, minęło ponad dwa tygodnie. Przez ten czas nie udało mi się usiąść do komputera i przygotować dla Was tekstu, bo tak się złożyło, że codziennie działy się rzeczy, które na liście moich priorytetów stały wyżej, niż napisanie notki na bloga.

    To była praca, to było dziecko, to była rodzina i bliscy. Ale wśród tych ważniejszych rzeczy, znalazł się po prostu mój czas wolny. Czas na nicnierobienie, czas na bycie tylko z samą sobą. Ten czas, którego mi tak bardzo brakowało na zwykłe wypicie kawy na balkonie. Ten czas, kiedy zamiast wyciszyć się, spoglądałam na Instagram, na Facebooka, na Disquis.

    Odzyskany czas spowodował, że udało nam się wygospodarować wolny piątek. Zabraliśmy więc naszą córkę, spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszyliśmy do leżącego nieopodal Wrocławia Lubiąża, na słynny Slot Art Festival.

    A wiecie jaki to ma związek z tym, że nie jesteśmy już blogerami? Ano taki, że po pierwsze, mieliśmy na ten wypad czas, a po drugie, nie musieliśmy mieć na to planu. Nie musieliśmy myśleć o tym, co Was zainteresuje i jakie zdjęcia będą nam potrzebne do wpisów. I w ogóle nie przejmowaliśmy się tym, że z powodu obecności naszej córki nie udało nam się pójść na ani jeden warsztat, ani zobaczyć żadnego koncertu.

    Nie zmienia to jednak faktu, że Slot Art Festival to naprawdę fajny sposób na spędzenie czasu, zwłaszcza z dzieckiem. Po prostu tam byliśmy, chłonęliśmy atmosferę, cieszyliśmy się towarzystwem innych ludzi. Zarówno tych znanych nam wcześniej, jak i tych zupełnie obcych. Spotkaliśmy też kilkoro z Was, naszych czytelników. A ja poznałam faceta, który narysował koszulkę, którą akurat miałam na sobie.

    Nie napiszę Wam, czy warsztaty i dyskusje były udane, bo w niczym nie udało nam się wziąć udziału w całości. Nie napiszę Wam o naszych nowych odkryciach muzycznych, bo takowych nie dokonaliśmy. Nie napiszę Wam nawet, czy byliśmy zadowoleni z festiwalowego przedszkola, bo nasza córka ani myślała się rozstawać z rodzicami. Znając jednak znakomicie główną koordynatorkę zorganizowanej opieki dla dzieci (Alicja pozdrawia ciocię Agnieszkę!), jesteśmy pewni, że było tam naprawdę wesoło.

    A patrząc na jakość tego, czego udało nam się doświadczyć w przestrzeni ogólnodostępnej, wierzę, że warsztaty, na które liczba miejsc była ograniczona, również reprezentowały wysoki poziom. Bo wiecie, Slot to nie jest zwykły zlot pijanej młodzieży, która wyrwała sie domu, żeby się wyszaleć. Tu naprawdę chodzi o kulturę, o sztukę i o duchowość. I tą atmosferę dało się odczuć na każdym kroku. A nie omieszkam nadmienić, że na terenie imprezy obowiązywał całkowity zakaz sprzedawania i spożywania alkoholu.

    A jak my spędziliśmy ten czas? Jedliśmy pyszne lody i znakomite burgery. Tarzaliśmy się po trawniku i skakaliśmy po piachu. Czas płynął powoli i leniwie, a nasza córka tryskała radością. Korzystaliśmy ze wszystkiego co działo się na dziedzińcach i nie wymagało wcześniejszego zaplanowania swojego w tym udziału. Były więc wielkie bańki mydlane, były tańce na trawie i fikołki w rytm muzyki, była „dyskoteka” pod gołym niebem przyprawiona potężną ilością kurzu. Nic dodać nic ująć. Sami zobaczcie.

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (2)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (3)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (4)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (5)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (7)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (8)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (9)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (10)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (11)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (12)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (13)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (14)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (15)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (16)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (17)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (18)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (19)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (20)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (21)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (22)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (23)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (24)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (25)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (26)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (27)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (28)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (29)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (30)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (31)

    Nie będę już pisać o tym, dlaczego postanowiłam zrezygnować z blogowania. Damian w zasadzie wyczerpał temat, a ostatnie tygodnie utwierdziły i mnie i jego w przekonaniu, że nasza decyzja była słuszna. Napiszę tylko, że ja akurat nie mówię „nie”, nie mówię „nigdy”, nie deklaruję, że na pewno tu nie wrócę, ani że całkowicie stąd zniknę. Może więc się zdarzyć tak, że nagle, ni z tego ni z owego, dostaniecie powiadomienie o nowym wpisie. Może za tydzień, może za miesiąc, a może jeszcze później. Nie wiem tego.

    Wiem za to na pewno, że nie będzie już tego, co wcześniej. Nie będzie nas w social mediach, nie będzie nas non stop online. Będzie nas więcej w realu. I z tego może wyjść coś ciekawego, o czym zapragnę Wam napisać. Bo przyznam się, że kiedy czytałam wszystkie maile, wiadomości i komentarze po ostatnim wpisie Damiana, wielkim zaskoczeniem było dla mnie to, że najbardziej cenicie sobie nasze teksty o fajnych wydarzeniach, miejscach, które odwiedzamy, pomysłach na wakacje, na weekend, czy na popołudnie. Strasznie mnie to ucieszyło.

    Zatem pozdrawiam Was powolutku i… do następnego razu. Kiedykolwiek on będzie i ktokolwiek z Was tam po drugiej stronie ekranu jeszcze zostanie.

    Miłego lata!

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (32)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (33)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (34)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (35)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (36)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (37)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (38)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (39)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (40)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (41)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (42)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (43)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (44)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (46)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (47)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (48)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (49)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (50)

    Slot Art Festival Festiwal 2015 relacja reportaż blog (1)

    by Kamila at lipiec 24, 2015 08:19

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Skomentuj Ramen (ラーメン), nie taka zwykła zupa, którego autorem jest Maika

    Podobno Japończycy średnio spożywają 1/4 filiżanki produktów sojowych dziennie, wliczając w to już sos sojowy. Gdyby zestawić to ze spożyciem soi w innych krajach, to wynik Japonii wcale nie jest imponujący :) O wiele więcej soi spożywa się w Chinach, Stanach, Brazylii i Argentynie, ale moim zdaniem wynika to z różnic w upodobaniach kulinarnych – np. wegetarianizm w Japonii nie jest zbytnio popularny i Japończycy nie mają zwyczaju zastępować mięsa czy ryb produktami sojowymi, tak jak często robi się to w Europie czy Stanach. Produkty sojowe w Japonii są obecne w codziennej diecie, ale głównie jako dodatki, a bardzo rzadko występują jako główne danie (wyjątkiem jest tofu) – np. sos sojowy dodaje się m.in. do ryb i zup, pasta ze sfermentowanej soi służy do przyrządzania zupy miso lub sosów, bardzo popularne jest inarizushi, czyli ryż zawijany w smażone tofu, czy np. edamame (gotowana soja, podawana na zimno lub ciepło), które podaje się do piwa. Ale nawet gdyby te wszystkie rzeczy zebrać w jedno, to obiadu z tego nie będzie :) Ja również pozdrawiam! 😀

    by Maika at lipiec 24, 2015 07:33

    zycie na kreske

    Kura pazurem

    Czy faceci boją się nauczycielek?

    Kiedyś ktoś gdzieś powiedział, że faceci boją się nauczycielek… Tak mi zostało to w głowie i odżyło nagle. Bo jeżeli to prawda, to mój mąż powinien dostać medal za odwagę. Tak pomyślałam w pierwszej chwili, ale potem, jak rozczochrana wkręciła w swoje trybiki temat, pomyślałam, że już wiem, dlaczego nie pracuję w szkole. Toż to przecież przez Mężusia, który zabrał mnie z rodzinnego miasta i pozbawił belferskiej katedry. Spryciarz jeden. Może więc to prawda, że faceci nie bardzo lubią nauczycielki. Jak się tak głębiej zastanowić, to powodów znalazłoby się sporo.

    tortPo pierwsze, belfer ciągle ocenia, sprawdza, kontroluje, stawia pały, nie używa gumki, wszystko wie najlepiej, co 45 minut ogłasza przerwy, a jak po dzwonku przywali wskaźnikiem, to drżyjcie narody.

    Pamiętam, jak szłam na zabieg do szpitala. Oczywiście przygotowałam się do tego „merytorycznie”, żeby wiedzieć co i jak. Podczas przyjęcia zasypałam lekarza tysiącem pytań, a w końcu poprosiłam go, żeby mi dał odpowiednie leki i ostrzegłam, że jak coś nie pójdzie, to ja tu wrócę z zaświatów i może być pewien, że spać spokojnie mu nie dam (uwagę do dziennika wpiszę!!!).

    – Jest pani nauczycielką? – spytał z uśmiechem na twarzy, a ja byłam pełna podziwu dla jego spostrzegawczości i cierpliwości. Taki facet to skarb normalnie. Dzielnie odpowiadał na wszystkie pytania i ani razu się nie zirytował. Potwierdziłam. A ten jeszcze większy uśmiech od ucha do ucha. – Wiedziałem.

    Ups… Jak to wiedział? Co ja palce miałam kredą pobrudzone czy jak? Proszę więc, by rozwinął temat w kilku zdaniach.

    – Nauczyciele zawsze wszystko wiedzą i jakby ich nie usypiać do operacji, toby sami ją przeprowadzili albo trzeba by działać pod ich dyktando.

    Ha-ha-ha, ale śmieszne. Toż człowiek martwi się o swoje zdrowie, nie? Chce wiedzieć, żądny informacji przecież!

    Myślę, że nawyki belferskie mi trochę przeszły, ale przyznaję, że jak idę ulicą i widzę dzieciaka, który coś broi, to od razu mi w głowie jakieś złączki przeskakują i już za ucho, i do kąta (na szczęście tylko w rozczochranej), ale czasami nie powstrzymuję się i zwracam uwagę. Przyznaję to bez bicia.

    A jak widzę byki wielkie jak słonie? Paluchy świerzbią, by na czerwono pomazać.

    Czasami Jaju (już nie jaju) pomagałam w lekcjach, najnormalniej w świecie, a to się zaraz irytowało: „Czy ty nie możesz mówić do mnie jak matka, tylko od razu wpadasz w ten nauczycielski ton?!” I po ptakach, nie chciało z matką siedzieć.

    I powiem Wam, że biedne te belfry, bo znikąd zrozumienia i współczucia.

    A skąd u mnie nagle ten temat? Bo siedzę sobie. Podsumowuję swoje życie. Prawie połowa za biurkiem. I przyznam, że kochałam tę robotę, choć dobrze mi teraz i w końcu nie liczę czasu od września do września. Ha! Mogę na urlop pojechać w październiku! Albo nawet w listopadzie, jak mi ochota przyjdzie. A dlaczego podsumowanie? Ba! Bo znów o jeden roczek licznik przeskoczy w weekend. I tak siedzę jak ta geriatria i podsumowuję sobie. I z podziwem zerkam na mojego Mężusia, że wziął mnie na klatę. W dodatku całkiem dzielnie to znosi. A od poniedziałku przybliżam się do mesjańsko-mickiewiczowskiego wieku. To dopiero będzie! (Na szczęście za 365 dni.)

     

     

     

    by anna at lipiec 24, 2015 04:05

    zycie na kreske

    lipiec 23, 2015

    Bezwstydnica

    moje waterloo

    2111

    Piątego dnia pobytu Karol wyszedł spod łóżka. Kamienie z naszych serc w duecie uderzyły o podłogę. Wychudł jak szczapa, prawie nic nie jadł przez ten czas. Tylko mu się w ryjku wydłużonym oczy świecą. Mam nadzieję, że teraz już będzie dobrze.

    Jako że robię dziś za fizycznego od piątej (!) rano, wrzucam jedynie fotorelację. Na więcej nie mam siły.

    Starszaki oglądają świat zza krat 
    Młodszaki odpoczywają po licznych ucieczkach
    Masażu stóp nie ma w pakiecie w tym SPA?
    Czasem strach wyjść do ogrodu...
    Niuniuś wpadł z wizyta sąsiedzką
    Lustro? (Zocha rozkminia).
    Pan przyjechał po nas zabawkowym samochodem, o czym zapomniał uprzedzić.
    Książki się nie zmieściły i była siara.
    Gdy przyjechała kanapa, Karolek dał się wydłubać spod łóżka.
    Po trzech minutach tam wrócił.
    Człowiek je sobie spokojnie obiad, a za oknem rolnik szuka żony.

    Wiecie co? Tu jest CUDNIE.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at lipiec 23, 2015 09:42

    nic specjalnego

    Tatuś

    Siedziałam dziś rano półżywa z duchoty i podsłuchałam pewien
    dialog.
    Jak wiecie mieszkam na parterze, a rozmowa toczyła się  pod
    samym moim oknem, które oczywiście było szeroko otwarte.
    Jednym z dyskutujących był pewien oprych , który kiedyś
    mieszkał w bloku  po drugiej stronie  uliczki, drugi - to jakiś jego
    znajomek, też mieszkniec osiedla, który aktualnie zastępuje naszego
    pana  dozorcę, będącego na urlopie wypoczynkowym.
    Oprych, który o ile pamiętam ma na imię  Jaś jest ze dwa lata
    starszy od mojej córki, ale od dziecka miał niebywałe wprost
    zdolności lingwistyczne - już w pierwszej klasie podstawówki  bez
    problemu bluzgał dorożkarską łaciną- zarówno do rówieśników jak 
    i do dorosłych.
    Wierzcie mi - to niesamowite wrażenie, gdy chłopaczek, który
    aktualnie gubi mleczaki i ma nawet ładną buzię, klnie przeokropnie.
    Dyrekcja naszej osiedlowej szkoły z utęsknieniem czekała na dzień,
    w którym Jaś ukończy 16 lat i zgodnie z prawem będzie się go
    można pozbyć ze szkoły. Bo Jaś nie uczył się a studiował - każdą 
    niemal klasę powtarzał a jego zachowanie było skandaliczne.
    Jaś, który właśnie chyba dobiega czterdziestki nie rozwinął jednak
    swego słownictwa- tyle tylko, że teraz tylko co trzecie słowo jest
    przerywnikiem na "k", kiedyś było tego więcej.
    A dialog wyglądał tak :
    J(Jaś) -  a co ty tak grabisz [k], jakby ci za to płacili?
    Z.(zastępca pana dozorcy) - odpracowuję czynsz, bo już zalegam
    ze 3 miesiące. Robotę straciłem i jestem na bezrobociu.
    J. -   głupiś [k]. A wyglądasz z tymi grabiami kretyńsko.Mógłbyś się
    jakimś  handelkiem zająć, z tego jest [k] forsa.
    Z. - no a potem siedziałbym tak jak ty.To nie dla mnie, mam żonę i 
    dziecko, muszę zaczekać na pracę, a póki co -  to robię. 
    J. - jesteś głupi,[k] żeś się ożenił. Ja Maryśki dziecko tylko uznałem, 
    że moje, alimentów nigdy[k] nie płaciłem bo roboty nie miałem i fajnie.
    Z. - spotkałem kiedyś  Maryśkę - powiedziała, że jesteś świnia, bo
    gdy ona wyszła za mąż i jej mąż chciał adoptować waszą córkę, to
    ty się nie zgodziłeś. Dlaczego nie chciałeś?
    J.- bo ja brachu [k] myślę i dlatego się nie zgodziłem. Gaba to moje[k]
    zabezpieczenie na starość. Bo wg prawa dziecko ma obowiązek 
    alimentować starego, chorego rodzica. Jak będę stary to ona [k] będzie
    musiała  mnie utrzymywać.
    Z. - nawet jeśli ty nigdy nie płaciłeś alimentów? Coś chyba ci się
    popiprztoliło we łbie.
    J. -jak na razie to takie mamy prawo.I wiesz, moja stara też mi
    musi pomagać, bo ona ma emeryturę a ja[k] jestem bezrobotny. 
    Potem zaległa cisza, bo Jaś pożeglował gdzieś dalej, a zastępca pana
    dozorcy przeszedł na następny trawnik.

    by anabell (noreply@blogger.com) at lipiec 23, 2015 07:56

    Matka jest tylko jedna

    Pokój dla dziecka, ale nie dla matki

    Pewnie bym tego nie zauważyła, pewnie by mi umknęło. Zrobiłabym swoje, odłożyła małego i poszła, wielbiąc pokoje dla matki z dzieckiem i niosąc dobrą nowinę w świat, że te pokoje są, że świetnie się ich używa, że się sprawdzają. Ale traf chciał, że siedząc w jednym z tych pokoi, doszłam [zmuszona fizjologią] do smutnej konstatacji: siedzę w pokoju dla dziecka, owszem, ale na pewno nie w pokoju dla matki.

     

     

    I smutno mi to pisać, bo przecież cała walka toczyła się o te pokoje, krucjatami szłyśmy z pieśnią na ustach, że chcemy w dogodnych warunkach karmić nasze dzieci. Cyce na ulice? To też, ale głównie z braku tej przestrzeni, w której matka może spokojnie nakarmić swoje dziecko, w której może je przewinąć z dala od siekier w ludzkich spojrzeniach pełnych dezaprobaty.

    I mamy! Mamy te pokoje! Niemalże w każdej  galerii, w każdym większym sklepie! Jeśli dziecko nie płacze z głodu za głośno, a ty szybko biegasz, jesteś w stanie nawet bez szwanku dla uszu przebywających z tobą w sklepie ludzi, dobiec do tej łazienki i załatwić prawie wszystko, co masz do załatwienia.

     

    Tak, celowo piszę z delikatną ironią, bo za tymi łazienkami nabiegałam się jak głupia, najprościej i najdelikatniej byłoby usiąść na najbliższej ławce i zwyczajnie Adasia nakarmić, ale zakupy wykańczają mnie tak bardzo, że wolałam nie być zmuszana do ewentualnej ciętej riposty wobec kogoś, komu fakt karmienia publicznego mógłby się nie spodobać. Ale dzięki temu jestem bogatsza o poniższe spostrzeżenia.

     

    No więc mamy. Mamy te pokoje. Wchodzę do jednego – rewelacja! Jest umywalka, jest przewijak, jest wygodny fotel do karmienia, jest sporo miejsca na wózek. Wchodzę do drugiego i znów: rewelacja. Jest umywalka, jest przewijak, jest fotel, są nawet papierowe podkłady dla dziecka, jakby mama nie miała ze sobą własnej maty czy pieluszki. Wchodzę do trzeciego: wow! Wszystko jest! Nawet wieszaczki na kurtkę czy jakieś ubranie! Fantastycznie! Siadam na fotelu, przystawiam Adaśka, jedną ręką wyciągam gazetkę i zaczynam czytać dość ciekawy artykuł o Polkach uprawiających seks na wakacjach i wtedy czuję TO. Ale czuję bardzo. Odkładam gazetę i zaczynam przebierać nogami. Szybko myślę: chłop daleko, coś tam załatwia, ja sama w tym pokoju. Odłożę małego do wózka, a dalej? Będę musiała iść obok, a co z Adasiem w tym czasie? Do kabiny z wózkiem nie wjadę, przed kabiną małego nie zostawię, bo cholera wie, czy ktoś mi go nie wyciągnie i z nim nie zwieje.  Spękana ze strachu wychodzę i pchając wózek przed soba udaję, że wcale nie umieram na siku.

     

    Pokój dla matki z dzieckiem, mówicie? Chyba pokój tylko dla dziecka. Bo ten pokój ma faktycznie wszystko. Oprócz toalety dla matki.

     

    *zdjęcie łazienki akurat ikeowskiej, wyposażonej najlepiej ze wszystkich,

    w jakich miałam przyjemność karmić, ale również: bez toalety.

    8,797 wszystkich wizyt, 36 wizyt dzis

    Post Pokój dla dziecka, ale nie dla matki pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

    by MatkaTylkoJedna at lipiec 23, 2015 06:22

    Zapiski dojrzalej kobiety

    Cztery mile za Warszawą ....

    Czas rozedrgany pszczół brzęczeniem,
    pole wyzłaca się orkiszem,
    drzewa upalne kładą cienie,
    piaszczystym traktem stąpa lipiec.

    Ogród zróżowił się floksami,
    słowiki już nie sławią nocy,
    w wieczornej ciszy upał zamilkł -
    czy można urok jej przeoczyć?

    Gwiazdy wsypały się do wierszy,
    zasiane w ciemne nieba płótno,
    miedzianą tarczą wzeszedł księżyc -
    chodź, noc nam nie da dzisiaj usnąć...
    (Autor: Ewa Pilipczuk).

    

    Siły jeszcze mi brakowało, ale „coś” wyciągnęło mnie poza miasto, gdzie nie ma ludzi a są wertepy, pola i przyroda.
    Cudnie jest zapuścić się tam, gdzie nie słuchać szumu samochodów a słychać granie pasikonika.
    Kiedy tak się przysiądzie na miedzy, pozwoli się myślom pobujać w obłokach, przestanie  liczyć upływający czas – czujesz jak zmęczenie i problemy znikają, bledną, robią się mniej ważne, jest to niczym medytacja dla joginów.
    Jednak coraz trudniej znaleźć takie miejsca.
    Aż się chce sparafrazować piosenkę „Już nie ma dzikich plaż” którą śpiewała Ireny Santor.
    "Już nie ma dzikich pól
    Na których biegałam po rżysku...";).

    Infekcja gardła i oka już mnie opuściła, czuję się dość dobrze więc wybraliśmy się ze ślubnym do wnuka.
    Stęskniliśmy się za nim, bo w czasie mojej choroby nie widywaliśmy Maluszka.
    Staś na dzień dobry śmiał się do nas od ucha do ucha, poszliśmy z nim na długi spacer, pomogłam go córce wykąpać.
    Bardzo lubię Małego ubierać/przebierać.
    To już nie jest taka kruszynka jak był po urodzenie, teraz to taki słodki i rozkoszny bobas.
    A później ze żłobka wróciła Wiktoria i … zabawa była na całego:))).

    Dzisiaj już tylko odpoczynek, bo te dwa małe bąble nas wymęczyły.
    Jutro ogarnę mieszkanie, oczywiście przy pomocy pani od sprzątania.
    W sobotę muszę co nieco ugotować i upiec, bo w niedzielę mam gości.
    Co prawda tylko najbliższa rodzina (nie cała, bo część jest wyjechana;) i mój ulubiony sąsiad, ale miłych gości trzeba miło przyjąć.

    by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at lipiec 23, 2015 06:02

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Skomentuj Ramen (ラーメン), nie taka zwykła zupa, którego autorem jest soley

    poprawka
    miało być
    Spotkałam się z opinią, ”to mit,że Japończycy jedzą sporo soi ” ?

    by soley at lipiec 23, 2015 05:50

    Skomentuj Ramen (ラーメン), nie taka zwykła zupa, którego autorem jest soley

    Maika
    napisz mi kochana,czy soja pod różną postacią jest ta na porządku dziennym jeżeli chodzi o menu.Widzę tu już sos sojowy,miso…..
    Spotkałam się z opinią,że ”to it,że Japończycy jedzą dużo soi”
    Więc proszę oświeć mnie,ponieważ soja zawsze kojarzyła mi się z Japonią
    pozdrawiam Cię serdecznie

    by soley at lipiec 23, 2015 05:46