Planeta Jadzi

marzec 26, 2015

Zuzanka

Matka jest tylko jedna

Półtora kilograma w brzuchu

Trzeci trymestr. Ciągle mam wrażenie, że dziecku zachce się wyjść wcześniej, więc najczęściej siedzę ze skrzyżowanymi nogami. Ale równie często chodzę, już normalnie, po ludzku, pewnikiem też dlatego do tej pory przytyłam raptem pięć kilo, z czego kilogram schudłam. Ale też nie ufam za bardzo wadze w przychodni. Kij wie, kto na niej stał przede mną. A swojej osobistej z przekonania nie posiadam. Jak będę chciała doła, to se go wykopię :)

Kosmyk w każdym razie nie był tak ruchliwy. Nie był też tak duży jak to drugie dziecko [porównałam sobie USG]. Jego ruchy mogłam zaobserwować wyłącznie podczas kąpieli w wannie i nawet na KTG nie chciał kopnąć, żebym mogła zejść szybciej z leżanki i wrócić spokojnie do domu. Z drugim dzieckiem jest inaczej – po raz pierwszy w życiu zaobserwowałam w sklepie zdumione spojrzenie faceta, który z otwartymi oczami patrzył się na mój samoistnie ruszający się brzuch… Może, jak będę częściej nagrywać te ruchy, uda mi się trafić na ten cudny moment odciskającej się rączki? Nigdy nie wierzyłam, że to może być możliwe, a teraz proszę:

710 wszystkich wizyt, 705 wizyt dzis

Post Półtora kilograma w brzuchu pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at marzec 26, 2015 10:17

efka i koty

Koty

No i wreszcie koty mogą powiedzieć, że wiosenny sezon balkonowy już się zaczął. Wysprzątałam wszystkie zeszłoroczne śmieci i od razu zrobiło się na balkonie miło.
Słonko świeci więc koty spędzają tam coraz więcej czasu. 

Moja kochana dziewczynka Lenka pozuje jeszcze z resztą zeszłorocznej lawendy. 


Joviś postanowił pokazać swoje piękne oczyska w pełnej krasie.




A tu małe zgromadzenie stolikowe - Lenka, Omlet i Kostek. 



Kostek nasz wrażliwiec zmienił się nie do poznania. Bywa płochliwy i na pewno nie pokaże się obcym ale zupełnie inaczej funkcjonuje w domu. Uwielbia mizianki i wieczorem zawsze siedzi z nami na kanapie. Jego druga ulubiona miejscówka to najwyższa półka drapaka. Kiedy idę spać on biegnie do łóżka i gramoli się na kołdrę. Zazwyczaj śpi z nami całą noc. Jak coś się dzieje wciąż lubi swoją dziuplę pod komodą. Ponieważ jednak czuje się w domu całkiem pewnie nie zabieramy mu tego kącika.  Bardzo się cieszę, że minęły czasy z gdy zrywał się przy próbie podejścia do niego a każdy głośniejszy hałas powodował myk pod łóżko. Teraz czasem zasługuje nawet na miano łobuza :-)




Dyzia


Sushi - moja piękna kolorowa koteczka. Ona najwięcej czasu spędza na balkonie niezależnie od pogody. Czasem martwię się, że tęskni za swoim ulicznym życiem. I że nie jest z nami szczęśliwa. A potem przychodzi się miziać i myślę, że może jednak jest jej z nami dobrze. Mam nadzieję, że znajduje więcej plusów życia w domu niż minusów. Ale szczególnie z jej powodu cieszę się, że mamy klapkę na balkon i może sobie tam chodzić kiedy tylko chce.


by efka i koty (noreply@blogger.com) at marzec 26, 2015 10:02

Dzieciowo mi

Do czego przyda się ojciec?

Umówmy się, że stwierdzenie, że do niczego, nie wchodzi w grę. Oczywiście, są takie przypadki w przyrodzie i to nawet wcale nie

by Malwina Ferenz (Krusz.) at marzec 26, 2015 08:11

Kurlandia

Terapia wodna

Szymon był wczoraj na pierwszych zajęciach na basenie. Terapeutka była ogromnie zaskoczona stanem Szymona, który oceniła na bardzo dobry. Nie ma skrzywienia kręgosłupa, nie ma przykurczy, głowę już potrafi ustabilizować w pionie. Zdziwiła się, że jest to wcześniak z 24 tygodnia ciąży, urodzony z dwoma punktami w skali Apgar z odmą płuc, wielokrotnie reanimowany, po rozległych wylewach krwi w mózgu.

Nie ma żadnych przeszkód na dzień dzisiejszy, by Szymon mógł zacząć chodzić. Stawy są zadbane, nie ma deformacji. Dostrzegła ogrom naszej pracy przez te lata. Do tego Szymcio bardzo się stara. Już brodził w wodzie, naprzemiennie tuptając nóżkami. Odważniki zabezpieczały przed wyłanianiem się syna z wody. Dzięki wyporności, jaką daje ciecz, stawy biodrowe nie będą zniszczone, a wszystkie drobne przykurcze rozluźnią się.

Ku naszemu zaskoczeniu, Szymonek bardzo dobrze zareagował na kółeczko. Oglądał sufit, był rozczarowany brakiem lamp. Rozrywki szukał w minach Tatusia, a po wyjściu z wody był tak pobudzony, że nie mogłam synowi założyć suchego pampersa. Dziecko radośnie dudniło nogami o przewijak – to chyba najlepsza recenzja zajęć. Zaraz jedziemy na kolejne zajęcia z Panią Izą.

Po południu pojechaliśmy na pierwszy spacer do lasu, ale Forest łkał przez niemal pół drogi. Potem trzymał się wraz z Nelką obok wózka i spacerowaliśmy naszą ukochaną ścieżką wzdłuż jeziora. Nasz szczeniak jest chyba jeszcze za mały na takie wyprawy, ale przecież w tak piękny, wiosenny dzień szkoda było siedzieć w domu…

***

 

by Iga at marzec 26, 2015 07:18

zycie na kreske

marzec 25, 2015

zapiski zgagi

Zabawa na 102!

A właściwie nawet na 110. Mazurków. Bo cztery się za bardzo przypaliły, a cztery popękały…

Od 13.30 do 22.30 we trzy tyle napiekłyśmy i ozdobiłyśmy. Niezły wyczyn chyba?…

Niżej podpisana była odpowiedzialna głównie za wykonywanie ozdobnego ranciku przy pomocy maszynki do mielenia z wkładką na ciasteczka babcine. Prawica mi się wyrobiła, czuję wyraźnie, że posiadam  biceps! Pierwszy i pewnie ostatni raz w życiu…

Mazurki głównie owalne, w kształcie pisanki, parę prostokątnych i kilkanaście okrągłych. Z konfiturą truskawkową i polewą z białej czekolady, z malinami i czekoladą, z kajmakiem, z czekoladą gorzką itp. Dla każdego co innego . Co kto lubi, wybierze…

Wszystko naturalne, żadnych ulepszaczy czy erzacy. Kto ciekawy efektu finalnego, może zajrzeć jutro lub pojutrze na KGW Grabinianki. Na naszym facebooku będą fotki.

Jutro jeszcze pakowanie dzisiejszego urobku  i pieczenie mazurków osobistych. A potem już tylko pytanie, czy ludzie w sobotę i niedzielę  te nasze arcydzieła kupią?  Osobiście piękniejszych mazurków nigdy nie widziałam, więc szansa jest. Podczas naszego wyjazdu do SPA młodsze pokolenie naprodukowało ślicznych ozdób z masy cukrowej, zajączki, kurczaczki, pisanki. Wykorzystane dziś w znacznym procencie…

Dobra, idę spać, należy mi się wypoczynek po ,,przejściach”…

 

by Zgaga at marzec 25, 2015 10:41

Od rana do wieczora

Zabezpieczenia antydzieciowe – z poradnika weterana

Producenci zabezpieczeń antydzieciowych z dumą prezentują znękanym rodzicom całą gamę swoich produktów w różnych kształtach i kolorach (a może nawet i smakach, kto ich tam wie). Moje wieloletnie doświadczenie mówi jednak, że najlepsze są zwykłe, poczciwe gumki. W tym sezonie w naszym domu obowiązywały już gumki wplecione w bransoletki, ale wielokrotnie szarpane przez Wojtusia rozpadły […]

by Chuda at marzec 25, 2015 09:46

Zuzanka

Eksribicjonizm kontrolowany

10 darmowych przyjemności

Idź na spacer. To Cię uszczęśliwi.

Pisząc o Kwietniu Bez Zakupów, chyba za mało miejsca poświęciłam podkreśleniu, po co właściwie robię ten eksperyment. Otóż, uderzyło mnie ostatnio, że zbyt często myślę o kupowaniu. Zły humor? Nowe talerze. Ciężki dzień w pracy? Nowe buty. Weekend u rodziców? Skok do lumpeksu. Samotny wieczór? Sklep internetowy. Ból głowy? Ukoi go osiedlowy spożywczak, kiedy upoluję sól himalajską w promocji. 

To jeszcze nie jest zakupoholizm, chociaż niewiele brakuje. Od lat nie kupuję impulsywnie, unikam rzeczy niepotrzebnych i zawsze racjonalnie podejmuję decyzję, biorąc pod uwagę stan konta i możliwości lokalowe. Ale jakoś stało się tak, że główną przyjemność w życiu zaczęło dawać mi robienie zakupów. Nie jestem terapeutą, więc trudno mi analizować przyczyny tego stanu rzeczy. Pomyślałam, że zakupowy post może pomóc.

Wiem, że kilka osób planuje dołączyć do Kwietnia Bez Zakupów. Bardzo się cieszę! Myślę, że ten eksperyment może pomóc w oszczędzaniu, racjonalnym planowaniu wydatków, zmniejszeniu liczby posiadanych przedmiotów, przeprowadzeniu "akcji denko", a zapewne nawet stanowić pierwszy krok w opanowaniu rozhulanego uzależnienia od zakupów.

Z myślą o kwietniu dla siebie i dla Was przygotowałam listę "darmowych" przyjemności. Wzięłam to w cudzysłów, bo niektóre z nich wymagają posiadania pewnych rzeczy (takich jak komputer z dostępem do internetu - którym zapewne dysponujecie, skoro czytacie ten tekst) czy kupienia ich (jak produkty spożywcze, które i tak kupujecie na co dzień albo do których macie dostęp). Na liście nie znalazły się czynności umożliwiające zaspokojenie podstawowych ludzkich potrzeb, jak sen, zaspokajanie głodu czy seks, bo to nie przyjemności, tylko konieczności - choć dają również przyjemność. Czasem. 


10 DARMOWYCH PRZYJEMNOŚCI


#1 SPACER

Obcowanie z przyrodą czy poznawanie swojego miasta ma chyba najlepszą relację cena-jakość. Nie płacisz nic, a zdobywasz mnóstwo wrażeń, które są zupełnie niepowtarzalne. Nieważne, gdzie mieszkasz - jeśli tylko wyjdziesz z domu (albo poszukasz na mapie), na pewno dotrzesz do jakichś ciekawych miejsc. 

#2 WYMIANA UBRAŃ

Popularnie nazywana "swapem". Można połączyć ją z porządkami w szafie lub po prostu zaprosić koleżanki i powymieniać się ciuchami. Dobrym uzupełnieniem całej imprezy są prowizoryczne przebieralnie w kilku pomieszczeniach (wystarczy parawan z koca czy prześcieradła) i system "przebieramy się jednocześnie, a potem wychodzimy i oceniamy nawzajem, czy pasuje" (wyśmiewanie i krytykowanie zabronione). Dużo śmiechu gwarantowane.


#3 GRY

Wspólny wieczór przy planszówce czy karciance ze znajomymi czy rodziną - uwielbiam to! Partyjki Scrabble z mamą i siostrą, Geniusza przy śniadaniu z Nim czy bardziej zajadłe rozgrywki w Munchkina lub Dixit ze znajomymi na długo sprawiają, że cieszę się życiem. Jeśli nie masz w domu żadnych gier, możecie je pożyczyć (z wypożyczalni albo od znajomych) albo wybrać się do lokalu dla graczy. W Krakowie działa ich aż 5!


#4 FILMY

Jest mnóstwo stron z filmami, które można legalnie oglądać za darmo. Dość wspomnieć o YouTube, gdzie znajdziecie polskie filmy w dobrej jakości, udostępnione przez wytwórnie TOR i KADR (można nadrobić klasykę, jednocześnie wypełniając moje wyzwanie filmowe!), czy portalach takich jak VOD, Player, Kinoplex, których znaczna część oferty jest bezpłatna. 


#5 LEKCJA GOTOWANIA

Masz znajomą, której szarlotka powala na kolana? Potrafisz dekorować torty jak nikt inny? A może zawsze chciałaś nauczyć się robić makaroniki, tylko się nie odważyłaś? Zbierz towarzystwo, podzielcie się odpowiedzialnością za dostawę produktów... i do dzieła!


#6 PIKNIK

Zapakuj obiad w folię i wybierz się z rodziną na łąkę albo do lasu. Na powietrzu wszystko smakuje dużo lepiej. 


#7 ŚPIEWANIE

Nie musisz umieć. Po prostu zaśpiewaj ulubioną piosenkę. Albo zrób domówkę z karaoke.


#8 PORZĄDKI

Jeśli tylko pomyślisz o tym jako o przyjemności, a nie o przykrym obowiązku, to nawet zmywanie może dawać radość. A tym, którzy wolą metodę małych kroków, polecam porządkowanie... siebie. Kąpiel, peeling całego ciała, masaż z użyciem olejku - nieczęsto mamy czas na takie zabiegi, a są przecież takie przyjemne.


#9 ĆWICZENIA

Od dawna chciałam iść na jogę - będzie już z 7 czy 8 lat. Najpierw nie miałam kasy, później nie miałam czasu, a teraz... zwyczajnie się boję, bo jestem straszną łamagą. Niby wiem, że w jodze nie chodzi o to, żeby wymiatać, ale znacznie lepiej się czuję, kiedy nikt nie widzi, że nie umiem zrobić skłonu.
Dlatego zaczęłam ćwiczyć w domu. Korzystam z filmów instruktażowych w internecie, domowych legginsów i wygrzebanej w piwnicy piankowej maty. Koszt: 0 zł. Satysfakcja: bezcenna, bo nawet taniec mnie tak nie relaksuje, jak powolne skłony czy przyciąganie kolan do klatki piersiowej.


#10 CZYTANIE

Biblioteki, darmowe e-booki, pożyczanie od znajomych - świat jest pełen darmowej literatury. A niewiele jest lepszych

BONUS

Na prośbę koleżanek z pracy dodam jeszcze proste gry na komórkę czy online, typu 2048, Candy Crush Saga czy Słowotok (to moje ulubione). Oprócz przyjemności mogą bardzo frustrować. Zalecam korzystanie z umiarem!

by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at marzec 25, 2015 04:17

am mniam

O sprzątaniu bez chemii i wiosenna niespodzianka

Wreszcie mamy wiosnę. Przyroda budzi się do życia, dni są coraz dłuższe i cieplejsze… hura ! Uwielbiam tę porę roku. Rozpiera mnie energia – śpiewam, tańczę i jem ostatnie pomarańcze he, he. Jestem w trakcie wiosennego sprzątania i porządkowania przestrzeni wokół siebie – w planach mam jeszcze umycie okien, przesadzenie kwiatków i odświeżenie garderoby. W... More

by Magda at marzec 25, 2015 02:34

Czytadelko

Cierpliwy snajper - Arturo Pérez-Reverte

Lubię książki, które trafiając do mnie przypadkiem, okazują się totalnym zaskoczeniem. Tak właśnie było z Cierpliwym snajperem, powieścią, której sama raczej bym nie kupiła, ba, powieścią, po którą chyba nigdy bym nie sięgnęła, bo wydawało mi się, że to zupełnie nie mój klimat. Gdyby nie to, że właściwie sama wleciała mi w ręce, na pewno nie zwróciłabym na nią uwagi, ale że wleciała... Zaczęłam podczytywać początek i wpadłam jak śliwka w kompot, bo zaczyna się nieźle, a potem jest jeszcze lepiej.

Wszyscy o nim słyszeli, niewielu go widziało. Jest żyjącą legendą, choć nie wychodzi z cienia. To streetartowiec, który ma tysiące rozrzuconych po całej Europie, wyznawców, gotowych zrobić dla niego wszystko, nawet zaryzykować własne życie. Kim jest Sniper, mężczyzna za głowę którego wyznaczono niezłą sumkę? Rozwiązania zagadki podejmuje się Alejandra Valera, specjalistka od współczesnej sztuki, która ma odnaleźć Snipera, by namówić go do wydania jego prac w formie katalogu. Zadanie to niełatwe, tym bardziej, że nie jest ona jedyną, która pragnie odkryć kryjówkę guru grafficiarzy, a w pewnym momencie jej podróż zaczyna robić się coraz bardziej niebezpieczna. Ale, jak się okazuje, Lex też skrywa tajemnicę, która mimo ryzyka, pcha ją do przodu...

Czyli tak to jest, stwierdziłam. Trzydzieści sekund nad Tokio. Podniecenie intelektualne, napięcie fizyczne, ryzykowanie własnym bezpieczeństwem, wola zwyciężająca strach, kontrola nad odczuciami i emocjami, bezbrzeżna euforia poruszania się w nocy, w niebezpieczeństwie, łamanie wszelkich zasad, które porządny świat ustalił albo uważał za ustalone. Balansowanie, z ostrożnością żołnierza, na krawędzi katastrofy. Na niepewnym ostrzu noża*. 

Nie znam się co prawda na graffiti, ale raz, że książka sprawia wrażenie jakby  Pérez-Reverte  skrupulatnie i dokładnie zbadał temat, a dwa, że stworzył w Cierpliwym snajperze niesamowity i świetnie odwzorowany, klimatyczny świat ulicznych grafficiarzy. Te nocne wypady, to ryzyko związane z tworzeniem wrzutów w naprawdę niebezpiecznych miejscach robi ogromne wrażenie. Autor w idealny sposób rozłożył napięcie, tak że z wypiekami na twarzy śledzimy kolejne wydarzenia, ciekawość nie opuszcza nas od pierwszej do ostatniej strony. Z niecierpliwością czekałam na rozwiązanie, na pokazanie mi kim okaże się Sniper, tworzący wokół siebie tajemnicę, będący wzorem dla rzeszy młodych ludzi, ale też stawiający wyzwania, które wiele osób doprowadzają do ryzykownych czynów, nierzadko kończących się w tragiczny sposób. 

Każdy człowiek spędza większość życia na poszukiwaniu pretekstów pozwalających mu złagodzić własne wyrzuty sumienia. Wymazać ustępstwa i kompromisy. Potrzebuje podłości innych, żeby samemu czuć się mniej podłym. To wyjaśnia żal, zakłopotanie, a nawet urazę, jaką budzą ci, którzy nie ulegli słabości**.  

Najnowsza książka hiszpańskiego autora to rozważania nad współczesną sztuką i tym, gdzie ona się kończy, ustępując miejsca twórczości czysto komercyjnej, ale też sprawnie poprowadzona narracja, bohaterowie pełni zagadek i  akcja nieustająco trzymająca w napięciu. Nie wiem czy sięgnę po inne powieści Péreza-Reverte, ale kusi mnie, żeby poznać jego wcześniejszą twórczość, bo  Cierpliwy snajper pozostawił po sobie na tyle dobre wrażenie, że z całą pewnością nie będę już obok książek autora przechodzić zupełnie obojętnie.

Arturo Pérez-Reverte, Cierpliwy snajpe r, Kraków, Wydawnictwo Znak 2015

*s. 234

**s. 184-185

by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at marzec 25, 2015 12:41

Dzieciowo mi

Powiedz mi, o czym marzysz – KONKURS!

Człowiek, zanim mu się dzieci urodzą, to ma taaaaakie marzenia. Ach, gdzieżby nie pojechał i czegóż nie zrobił! Świat zdobędzie, zmiażdży system,

by Malwina Ferenz (Krusz.) at marzec 25, 2015 11:32

Smoking kills...

O ZDECYDOWANIE NICZYM

 

Zawsze, ale to ZAWSZE dobre uczynki na tym świecie są ukarane. Na przykład – wydarłam się na N. bo znowu jarał wstrętną śmierdzącą ohydną cygaretkę. Wydarłam się DLA JEGO DOBRA, bo raz że od cygaretów się zdrowie psuje, a dwa – że ja go mogę niechcący zabić, jak będzie mi przychodził do chałupy i tak śmierdział. Czyli to było absolutnie z troski. I co? I OKROPNIE mnie teraz boli gardło od tego darcia.

Natomiast N. gra teraz wieczorami w te quizy i jest to kolejny przyczynek do ukręcenia łba. Bo ON gra, ale odpowiedzi domaga się ODE MNIE, szczególnie jak już leżę w wyrze z książeczką, a moja świadomość buja zgoła gdzie indziej. A tu nagle mam w trzy sekundy wiedzieć, gatunkiem jakiego zwierzęcia są skakuny (oczywiście pająka, co N. skomentował – „Ty zawsze wiesz takie świństwa”).

Ale ten samolot wczoraj…. Uwielbiam latać i raczej nie miewam głupich myśli na lotnisku (to już prędzej na autostradzie, jak np. jedzie za nami przemiły osobnik w czarnym audi 3 cm za zderzakiem i mruga długimi), ale aż mi się słabo zrobiło, jak o tym przeczytałam.

 

by Barbarella at marzec 25, 2015 11:02

Blog do czytania

Wpół do weekendu #39 – prawdziwy relaks

Wiesz co? Te nasze spotkania co środę są fajne, ale zasadzają się na jednym niewłaściwym założeniu. O co chodzi w tych cotygodniowych wpisach? Aby zrobić sobie przerwę od pracy, oderwać się na chwilę od zadań i zrelaksować. Zakładam, że przynajmniej część z Was pracuje przy komputerach. A ja proponuję Wam relaks… przy komputerze. No coś […]

by Bartosz Cicharski at marzec 25, 2015 11:00

pierwsza żona

pope

Za każdym razem kiedy mam problemy to oglądam sobie Scandal. I jak widzę jakie problemy ma Olivia Pope to zaraz przestaję się martwić.

Ona to ma przesrane!!!

Ja to mam lajcik w skali mikro.

No ale idzie wiosna. Jestem jeszcze larwom i jeszcze tkwię w coconie.

Ale staram się wydostać.

I jak rozwinę te skrzydła to normalnie wszyscy padną trupem.

Jebnę brokatem i ferrrią barw po oczach.

I wszyscy padnom trupem.

 

Ja też padne za chwile. Przysiegam.

by autor at marzec 25, 2015 09:39

Slow Day Long

Mamy nieodparte wrażenie, że Alicja zjadłaby konia z kopytami. Czy to normalne?

Pierwsze pytanie, jakie zadaje nam Alicja, kiedy odbieramy ją z przedszkola brzmi następująco: Mamo, tato! Co macie dla mnie do jedzenia? Na początku wydawało się nam to zabawne, aż w końcu zaczęliśmy się pytać pań (przepraszam „cioć”), czy Ala zjada serwowane posiłki. I co się okazało? Że zjada, często prosząc o dokładkę. Mało które dziecko je tak dużo i tak chętnie jak Ala. Więc o co chodzi?

Wchodzimy do sklepu i musimy biec za naszą córką, która pędzi na stoisko z jej ulubionym serkiem, jogurtami czy pieczywem. We wrocławskiej hali targowej Tęcza, znają ją wszystkie sprzedawczynie. Ala staje w kolejce i przedstawia swoje w pełni sprecyzowane oczekiwania. I nie są to słodycze. Żeby nie było. Alicja oczekuje bułki, chce jogurt, jej ulubiony ser z dziurami, albo twaróg. Ewentualnie jabłkowe chipsy, ciastka „Ania”, albo bakalie. Banan, jabłko albo winogrona.

Kiedy Ala otwiera rano swoje zaspane oczęta, to nauczeni doświadczeniem najczęściej czekamy na nią z grzanką albo jogurtem, albo chociaż kakao. Jeśli tego nie zrobimy i pobyczymy się w łóżku zbyt długo, to Ala wpada do naszej sypialni z pytaniem: Mamo, tato! Ja chcę jeść. Co zrobicie mi do jedzenia? Zanim wyjdzie do przedszkola, to musi coś przekąsić, bo inaczej jest dramat. I to dosłownie. Po drodze chrupie swoje przekąski, czyli suszone banany, rodzynki, daktyle i orzeszki ziemne. Nie zjada wszystkich, bo zostawia sobie trochę na później. Czekają na nią w plecaku w szatni. Na wszelki wypadek, gdyby zgłodniała.

Mamy czasami wrażenie, że zjadłaby konia z kopytami. Ciągle mówi o jedzeniu, wszędzie je widzi i najchętniej, to ciągle by jadła. W ostatnią niedzielę jedziemy do Muzeum Współczesnego we Wrocławiu. Kto z Was w nim był ten wie, że jest on położony w starym bunkrze. Na jego dachu znajduje się sympatyczna kawiarnia. Prawie dojeżdżamy na miejsce, kiedy pytam się Ali: Kochanie, zobacz. Już dojeżdżamy. Co jest w tym budynku? Powiesz nam? Na co Ala odpowiada: Tak, tam na górze jest jedzonko!

W ostatnim wpisie z cyklu „Dialogi na cztery nogi” przytoczyliśmy taki oto fragment naszej rozmowy:
– Alu, może w takim razie zrobimy z tych klocków jakiś duży zamek dla księżniczki?
– Nie, zróbmy coś ciekawego.
– A co takiego?
– Na przykład ciasto, pizzę, albo tartę.

Ala chce robić z klocków jedzenie. Buduje tort, bo chce pomagać w jego przygotowywaniu. Kilka razy dziennie otwiera lodówkę i zagląda do niej prosząc o coś do przekąszenia. Kiedy przyjeżdżamy do jednej czy drugiej babci, to na Alę czekają jej ulubione przysmaki. Hitem jest słynna zupka pomidorowa i naleśniczki.

Czy zawsze tak było? Tak. Kiedy Ala miała 1,5 roku na wigilię zjadła dwie pełne miski barszczu. Przychodzimy do jej kuzyna Kuby, którego mama zrobiła obiad na dwa dni. Figa z makiem. Przyszła Alicja i wymiata wszystko. I nie ma już obiadu na następny dzień. Nasza córka jest u babci, która nalewa jej pełną michę zupy. Taką samą je dziadek. Z tą różnicą, że Ala prosi jeszcze dwa razy o dokładkę.

Pytanie. Czy mamy się tym martwić, czy może to normalne? W dodatku Ala jest chuda jak szczypiorek. Przemianę materii ma wręcz niesamowitą.

Czasami się zastanawiam, gdzie ona to wszystko mieści?
 

by Damian at marzec 25, 2015 06:32

zycie na kreske

Kura pazurem

Obsikiwaczom mówimy „Nie!”

Znów natchnęła mnie Pani S. Niedługo, jak ktoś mnie zapyta, kto jest moją muzą, będę wskazywać właśnie na nią. W sumie była Melpomena, Erato, Klio (itd.), to może i być Pani S. Też pięknie brzmi, nie?

toaletaW każdym razie Pani S. podała informację o tym, jak w Gdańsku władze mają zamiar walczyć z obszczymurkami. A że Gdańsk mi bliski, to się zainteresowałam tematem. Jak wiadomo, osikane ściany to problem wielu miast (żeby nie powiedzieć wszystkich). Każda szanująca się ciemna brama ma swojego obszczymurka. Toż w niektórych panach instynkty pierwotne są na tyle silne, że znaczą teren. Pozostawionym smrodkiem odstraszają innych albo (o, zgrozo!) wyznaczają teren „miejskiego wychodka”, bo przecież zaraz znajdzie się inny obszczymurek, który zapragnie, by jego było na wierzchu.

Jakiś czas temu pisałam o gdańskich designerskich toaletach (za bagatela 900 tysięcy), które przypominają wyglądem statki kosmiczne. Kiedy je pierwszy raz zobaczyłam, zastanawiałam się, czy to czasem nie są windy do nieba. Nawet miałam ochotę wydać dwa złote, by wejść do środka i podziwiać wnętrze tak ekspresjonistycznego szaletu. Nie starczyło mi jednak odwagi (a i silnej potrzeby nie miałam). Obiecuję, że to kiedyś nadrobię i fotorelację przedstawię. No, a może to jest właśnie jedna z przyczyn obsikiwania bram i murów? Czy designerski kibelek może odstraszać przeciętnego zjadacza chleba? Może być. Do tego trzeba mieć kasę, by elegancko oddać mocz. A w bramie płacić nie trzeba. Bo nie podejrzewam, że to brak kultury. Toż Polacy naród kulturalny!

Podobno w Gdańsku największy ruch obszczymurków jest podczas sezonu i Jarmarku Dominikańskiego. Wtedy zjeżdżają się obsikiwacze z całego świata, nie tylko z Polski i korzystają z „gościnności” polskich bram i murów. Pomysł więc jest taki, by pomalować ściany farbą odbijającą płyny. Początkowo zrozumiałam to tak, że odbijać to będzie światłem/kolorem, że ku przestrodze obsikiwacza powstanie na murze fluorescencyjny ślad. Tak też wyjaśniał to prezydent miasta. I już miałam wizję gdańskiego Śródmieścia świecącego w nocy każdym zakątkiem. Pewnie z kosmosu by widziano najczęściej „olewane” miejsca. Podejrzewam też, że zaraz by fantazja ułańska sikaczy została uruchomiona i nie tylko plamy „malowaliby” na murach, lecz także wywijasy jakieś fantazyjne, wręcz mogłaby powstać nowa gałąź sztuki współczesnej! Jednak okazuje się, że nie o to chodzi. Farba ma naprawdę odbijać płyny na najbliżej stojącą osobę, czyli „autora” amoniakowych esów-floresów. Ha! I to jest genialne. Pod warunkiem że chodniki też się czymś takim posmaruje, bo wiadomo, że zaraz zaczną się kombinacje, że jak na ścianę nie można, bo odda, to na chodnik, z ominięciem pionowej przeszkody.

A może dobrze by było w Śródmieściu otworzyć publiczną toaletę, z której korzystałoby się za darmo? Bo tak na mój kurzy rozum… Jeżeli toaleta kosztuje 2-2,50 zł, to nie każdy obszczymurek sobie może na taki wydatek pozwolić, tak? Są wśród nas ludzie oszczędni i nie będą szastać kasą tylko po to, by się wysikać, jak można to w ciemnej bramie załatwić, tak? A potem miasto wydaje grubą kasę na sprzątanie lub wynalazki typu farba odbijająca płyny. Owszem, jestem za walką z obsikiwaczami. Tylko tak główkuję, co się opłaca bardziej w dłuższej perspektywie. Może by też postawić w sezonie TOI TOI-e?

Oczywiście nie byłoby tematu, gdyby nie było obsikiwaczy. Zastanawiam się jeszcze, czy w domu też sobie „leją” na ściany, jak popadnie, a dodatkowo jeszcze znaczą teren w klatce schodowej czy na murze własnego domu. Czy może to tylko obsikiwacze sezonowi albo tacy, którym ściany obsikano, więc ruszają w Polskę z amoniakową zemstą?

Jedno jest pewne. Tak jak Pani S. wszystkim obsikiwaczom mówię zdecydowane NIE!.

by anna at marzec 25, 2015 04:00

marzec 24, 2015

Bazarek Handmade

Pisanki


Urocze kolczyki sztyfty! Wykonane z fimo, pokryte lakierem. Średnica - ok 5 mm

Wykonanie  - KicaBijoux
cena - 6 zł
przesyłka  - 6 zł

W razie chęci zakupu lub pytań  PROSZĘ O MEJLA NA ADRES    kicabijoux@gmail.com

by Kica (noreply@blogger.com) at marzec 24, 2015 06:34

Kraina filcu

Konkurs wielkanocny - tutorial "ptaszki w gniazdku".

Przedstawiamy tutorial "ptaszki w gniazdku" stworzony przez Panią Dorotę.

"JAK ZROBIĆ PTASZKI W GNIAZDKU - wiosenno, wielkanocną ozdobę
Potrzebujesz
biała, czarna, szara (na dziób), popielata czesanka
Igła do filcowania
kilka gałązek do zrobienia gniazdka

Na początku zrobiłam z białego filcu 4 kulki (2 trochę mniejsze), z których zrobię głowy i brzuszki . Połączyłam przyfilcowując do siebie kulki. Głowę bardziej ubijałam, żeby nabrała ładnego kształtu.

Następnie, również z białego filcu, zrobiłam ogon - ufilcowałam wałek a jak był już w miarę ubity, filcowałam go tylko z 2 stron żeby go spłaszczyć (igłę najlepiej wtedy wbijać do środka pod kątem, tak żeby nie wychodziła na zewnątrz. Jeden koniec ogona zostawiłam niedofilcowany, wtedy łatwiej połączy się z brzuszkiem.

Następnie zrobiłam dziób. Z szarego filcu zrobiłam malutki stożek. Tak jak w ogonie jego podstawę zostawiłam nie ubitą. Dofilcowałam dziób do głowy i zaczęłam „kolorować” ptaka. Wybrałam sobie parkę srokoszy więc ufilcowałam czarne skrzydła, ogon i opaski na oczy oraz popielaty grzbiet. Oczy można zrobić z koralików ale ja je nafilcowałam.

Następnie zrobiłam tak samo drugiego ptaszka tylko na brzuszku zrobiłam mu jeszcze delikatne prążkowanie (samiczki takie mają). Oczywiście można wybrać sobie dowolnego ptaszka i pokolorować go np wg atlasu.

Gniazdko „uwiłam” z suchych traw i trzcin. Do środka ufilcowałam kilka jajeczek i przykleiłam oba ptaszki. Jajeczka srokoszy są brązowo nakrapiane więc na ubite jajeczka dodałam jeszcze kilka malutkich kropeczek."

Zapraszamy na bloga prowadzonego przez Panią Dorotę:
http://filcowygajowy.blogspot.com/

by kraina filcu (noreply@blogger.com) at marzec 24, 2015 03:18

pokolenie ikea

panikea

Czego chce mężczyzna, który zaprasza do siebie kobietę, poi ją winem, sadza na kanapie i włącza jej film 9 i pół tygodnia?

xxx 

Ten facet nie jest szczególnie przystojny. Ma 37 lat, dobry samochód, długie, nieco przetłuszczone włosy, rzadką brodę i minę zbitego spaniela.

Jest bystry i pieprzy tylko modelki. Wysokie, szczupłe, z długimi włosami i małymi cyckami. Ściąga je seryjnie do swojego mieszkania na warszawskim Powiślu, dmucha, a co trzy miesiące wymienia na nowe.

Ona była ciemną blondyną (ale farbowaną) z dużymi ustami, dużymi oczami, oraz niezłą dupą. Raczej nie w jego typie. Za niska, ledwo 1.70 m ze zbyt dużymi cyckami. Spotkali się jednak po raz trzeci w ostatnich trzech tygodniach.

Blondyna różniła się od innych kobiet tym, że – jak twierdził – lubił z nią rozmawiać. A kobiety jak powszechnie wiadomo dzielą się na takie, które się pieprzy i takie, które się wielbi.

Spotkanie numer jeden zakończyło się 45 minutowym lizaniem w bramie od którego przez tydzień bolały ją usta. Poza tym prawie zdjął jej spodnie z tyłka (majtki też), a było zimno jak cholera więc złapała grypę.

Na spotkaniu numer dwa miała wrażenie, ze całkowicie mu przeszło.

Zjadł pizzę, wypił trzy whisky i zaproponował aby zostali przyjaciółmi, na co niechętnie się zgodziła. Na spotkanie numer trzy zaprosił ją do siebie do mieszkania. W piątek.

Otworzył wino.

Włączył 9 i pół tygodnia. 

A następnie przez 1 godzinę i 52 minuty usiłował z niej zdjąć sweter, spodnie, pogłaskać po szyi, pocałować w usta, znów zdjąć sweter, pogłaskać po włosach etc.

Nie dała mu. Na koniec on był wkurwiony, bo nie zaliczył. 

Ona zdziwiona: o co mu chodzi? Przecież MIELIŚMY BYĆ PRZYJACIÓŁMI NIE? Całkowicie rzecz jasna bez sensu, jak to kobiety mają w zwyczaju.

W męskiej nomenklaturze pojęciowej przyszła się pieprzyć. Hello? Jeśli przychodzisz w piątek wieczorem, do mieszkania faceta, to czego się spodziewasz. 

A przyjaźń? Wspólnota dusz i zainteresowań? Idiotko a bo to pierwszy raz zostałaś oszukana przez faceta, który chciał zobaczyć twój nagi tyłek?

# 1 Jak kobieta nam się podoba, to wie że się nam podoba

Jak to kiedyś napisała pewna doświadczona pisarka: „Generalna zasada jest jedna: na mężczyznę czekać nie wolno”.

I uwierz mi koteczku doskonale wiesz, kiedy facet dostaje pierdolca na twoim punkcie. Oczy ci wtedy bardziej błyszczą. Usta stają się bardziej czerwone. Cycki bardziej ci sterczą. Czujesz władzę.

On patrzy jak Bambi w smartfona, czekając jak odpiszesz. Leci do Sephory po perfumy, bo powiedziała, ze lubi. 

Jeśli on nie reaguje to zwyczajnie nie ma na to ochoty. Jeśli nie odpisuje, to ma cię w dupie. Jeśli nie przedstawia cię znajomym, to nie traktuje cię poważnie albo się ciebie wstydzi. 

I wiesz co jest najlepsze? W takiego faceta najbardziej się wkręcisz. 

# 2 Dlaczego przechodzi nam z dnia na dzień

Fizycznie kobiety nudzą się po mniej więcej sześciu tygodniach.

Nudzą się ich tyłki, biusty, uda i usta. Dochodzi do sytuacji że laska, która dla każdego innego faceta jest totalną boginią, ciągnie ci na kolanach a ty czujesz podobną ekscytację jakbyś oglądał braci Mroczków na promocji kokosowych batonów w centrum handlowym.

No niby się spuścisz, ale kokosowy baton wydaje się całkiem niezłą opcją na spędzenie wieczoru.

Ta sytuacja ma też drugi wariant.

Batożył cię tak, że nie możesz chodzić. Na kolanach i łokciach zaczerwienienia.

Na dodatek rozmawialiście. Ewidentnie cię lubił. Może jeszcze nie zaczęłaś się zastanawiać jaką suknie uszyć na ślub (to jasne, że ecru), ale coś ewidentnie było na rzeczy.

WTEM! Wszystko się spieprzyło.

Co się stało?

Mężczyzna nudzi się kiedy ma przewagę. Kiedy ma kobietę na każde wezwanie. Kiedy ona przestaje być dla niego wyzwaniem. Kiedy on mówi skacz, a ona pyta jak wysoko. Kiedy chce spędzić z nim każdą wolną chwilę. To podobne uczucie jak chwila, kiedy wchodzisz do Bałtyku a zimna woda łapie cię za jaja. Jaja się kurczą, a ty nie myślisz o niczym innym, jak to żeby tylko stamtąd spierdalać w podskokach na brzeg. 

# 3 Dupa to nie monstrancja

Kobiety często pytają jaka jest szansa, że będziecie z laską, która da Wam od razu, a jaka z taką, która to przeciąga w nieskończoność.

Ja wychodzę z założenia, że lepiej gdy tego seksu nie ma na początku przez dłuższy czas. Aby laska nauczyła się uwodzić. Zrozumiała, że dzięki pokazaniu facetowi kawałka cycka, może go kontrolować. Że jej noga i pomalowane paznokcie pokazane w odpowiednim momencie wwiercą mu się w pamięć.

Że będzie po spotkaniu odchodził z bolesną erekcją a później trzepał sobie pod prysznicem.

Ale on nie może dostać wszystkiego na raz. To tak  jak z tortem. Jeśli dostaniesz od razu cały, znudzisz się tym smakiem – nawet jeśli to jest to tort tiramisu.

Pisałem o tym tutaj:

http://pokolenieikea.com/2014/01/16/chcesz-wiedziec-jak-utrzymac-faceta/

http://pokolenieikea.com/2014/01/17/cale-nasze-zycie-jest-sprowadzone-do-dymania/

http://pokolenieikea.com/2014/01/19/zasada-barszczu/

Ale pamiętajcie też o bardzo prostej zasadzie: dupa to nie monstrancja. Zaprawdę powiadam wam nic tak nie wnerwia faceta jak długie strzelanie gumką od stanika.  

Krok do przodu, dwa w tył.

Dam a może nie.

Mówię dam, robię inaczej etc. 

Żyjemy w czasach natychmiastowego dostępu do wszystkich dóbr. I owszem fajnie jest się trochę przekomarzać, ale w ostatecznym rachunku jeśli nie dasz mu ty, da mu inna.

Po prostu.

# 4 Czy facet jeśli mówi, że kocha to kocha

Pewności w tym przypadku nie ma. Jak to mawia Olga mógł powiedzieć kocham, a w rzeczywistości miał na myśli podaj mi mydło. Albo niezła była ta pizza. Albo po prostu się przejęzyczył.

Nie mówiąc już o tak banalnym przypadku, jak tak, tak kocham cię, ale zdejmuj szybciej tą kieckę, bo nie będzie stał wiecznie.

Nie uwierzycie jak dużo rzeczy jest w stanie udawać facet, aby tylko zaliczyć. W końcu dla nas zerżnięcie laski, którą nie lubimy i która nam się nie podoba jest formą zemsty.

„Kocham” przy tym to naprawdę pikuś.

A kiedy naprawdę kocha? Ta metoda nie daje 100 proc. pewności, ale jeśli facet sam po tym jak już doszedł, mówi że kocha to coś w tym może być. Ale nie musi. 

#5 Dlaczego jesteśmy tacy popierdoleni

My jesteśmy popierdoleni? A kto potrafi być jednocześnie z jednym facetem, rozmawiać z drugim a myśleć o trzecim?


by panikea at marzec 24, 2015 01:25

Bazarek Handmade

Obrazek z żabą

Unikatowy obrazek z grającą na skrzypcach żabą, idealny do pokoju dziecięcego.
Dekoracja stylizowana na vintage, wykonany z płyty mdf.

Wymiary 30cm x 20cm.
Obrazek można oprzeć o ścianę lub powiesić ( z tyłu haczyk)








cena z wysyłką 40zł

kontakt emma34@onet.eu



by incognito (noreply@blogger.com) at marzec 24, 2015 10:57

Dzieciowo mi

Wychowanie bez porażek na szczęście nie istnieje

Są takie hasła, które powodują u mnie zniżkę formy i odpływ endorfin oraz dla równowagi wzrost ciśnienia tętniczego. Jakie? Ot, chociażby „mama

by Malwina Ferenz (Krusz.) at marzec 24, 2015 10:52

Bazarek Handmade

podkładeczki pod kubeczki- rękodzieło- ostatnie komplety

Polecam na prezenty 

Ręczna robota,100 % bawełny, średnica 10 cm, ukrochmalone
Ozdobią Twój stół, umilą spotkania przy kawie lub będą miłym prezentem dla kogoś bliskiego, idealne na letnie przyjęcia.

Są tak uniwersalne, że można je naszyć jako aplikacje na poduszki, powiesić jako ozdobę w oknie a zimą ozdobią Twoją choinkęJ

Cena za komplet 15 zł + 5 zł koszt przesyłki listem poleconym

po rezerwacji proszę o kontakt na @
wmalymdomku@gmail.com

1

2
3


rezerwacja

5

6

7

8

9

10




zapraszam:)
wmalymdomku@gmail.com

PS. Kończę działalność na blogu, zapraszam na wyprzedaże...tylko do czerwca



by Ania w małym domku (noreply@blogger.com) at marzec 24, 2015 10:37

Kraina filcu

Konkurs wielkanocny - ozdoba na stół - królik.

Dziś przedstawiamy tutorial stworzony przez Panią Ewelinę, która pokaże nam jak możemy stworzyć (w bardzo prosty sposób) na nasz świąteczny stół ciekawą ozdobę-królika.

Do jego wykonania potrzebne są następujące materiały:
1. Szablon
2. Igły do filcowania
3. Wełna czesankowa
4. Tasiemka do ozdoby.


Pani Ewelina użyła gotowy szablon wykonany ze styropianu. Może to być dowolna forma-wszystko zależy od naszej inwencji twórczej i potrzeb.

Następnie do styropianu przyczepiła wełnę czesankową za pomocą igły. Sierść królika wykonała z szarej wełny, którą wzbogaciła białą łatą i ogonkiem. Tą samą metodą zrobiła nosek i oczka. By ułatwić sobie pracę można zakupić gotowe oczy, które wystarczy tylko przykleić w odpowiednim miejscu. Na koniec królik został ozdobiony tasiemką. Królik jest już gotowy by zdobić świąteczny stół;-)

Zapraszamy na bloga prowadzonego przez Panią Ewelinę:
http://ewelinaszaf.blogspot.com/

by kraina filcu (noreply@blogger.com) at marzec 24, 2015 09:46

Tokyo Pongi (komentarze)

zycie na kreske

marzec 23, 2015

zapiski zgagi

Się działo!

Tylko pogoda nam próbowała uprzykrzyć pobyt. Ale my nie z tych, co pierzchną przed zimnem, deszczem czy wichurą…

Już podróż małym busem dostarczyła wielu atrakcji. Matka nasza przełożona, jak zawsze przygotowana na każdą okoliczność, zapoznała nas z zasadami bhp, prezentując bogate wnętrze ,,ogólnowojskowej” apteczki. A znajdowały się tam takie akcesoria, że nawet po 22-giej nie ośmielę się wymienić. Kto domyślny, zgadnie, czego samotnym kobietom może nagle zabraknąć i jak braki owe udatnie zrekompensować…

Po przybyciu i przydziale pokoi krótka kawka i marsz nad morze. Mimo deszczu i przenikliwego zimna. Na zaostrzenie apetytu przed obiadem. A po posiłku basen, sauna i jacuzzi. Dla chętnych również zabiegi rozmaite upiększające i relaksujące.

Wypławione, czyściutkie i upiększone, a także najedzone po urozmaiconej kolacji, zasiadłyśmy na hotelowym korytarzu do konsumpcji płynów rozmaitych, ploteczek, facecji itp. Kilka gospodyń nie marnując czasu, zawzięcie szydełkowało ozdoby na wielkanocny kiermasz. Niestety, trzy dziewczyny zostały nagle  powalone chorobami…

Niedziela powitała słońcem i końcem wichury. Nadal było zimno, ale na balkonach od południowej strony można było się pogrzać w wiosennych już przecież promykach… Więc po śniadaniu dłuższy spacerek po miejscowości. Dziwna to okolica . Momentami bardzo zadbana, miejscami wręcz odstraszająca. Pewnie w sezonie obrazek byłby bardziej zachęcający…

Przed obiadem znów taplanie się w wodzie, bąbelkach i parze. Dochodziło do mniej lub bardziej udanych przedsięwzięć heroicznych. Moja współlokatorka np. przełamała nagle lęk przed ,,ugotowaniem się” w saunie, a po wyjściu nawet wskoczyła do beczki z lodowatą wodą.

Po obiedzie jeszcze część z nas wyszła do ,,Kredensu”, czyli dość klimatycznej kawiarni, gdzie podawano przeogromne porcje szarlotki i tortu bezowego oraz doskonałą kawę. Niczego nie jadłam, za to do hotelu wróciłam z kawałkiem bezy na bucie!

A potem już tylko pakowanie się i powrót… Myślę, że nasze radosne chichoty i rechoty jeszcze się echem odbijają  w całej Jastrzębiej Górze. Wesoło było bardzo, bo my jak się już bawimy, to na całego! Przed tygodniem pełnym pracy i przygotowań do Jarmarku taki wyjazd dobrze nam zrobił…

P.S. Chyba jedyny minus wyjazdu to niewygodne łóżka. Zbyt miękkie, dość wąskie, z bardzo ciężkimi kołdrami i sztywnymi niezwykle poduchami, których nie sposób było sobie dogodnie uformować. Między innymi dlatego noc dla wielu z nas była trudna. Ja praktycznie w ogóle nie spałam… Ale co tam, raz na jakiś czas to nie dramat!

by Zgaga at marzec 23, 2015 09:49

Eksribicjonizm kontrolowany

Reset stylu. Skuteczny sposób na lepszą szafę

Idealna szafa: utopia, marzenie czy rzeczywistość?

Co Cię nastraja dobrze na resztę dnia? Bo mnie - chwila, kiedy otwieram szafę i bez namysłu decyduję, co dziś na siebie włożę. Później wybieram bieliznę z uporządkowanej szuflady, szybko dobieram biżuterię i mogę pędzić do następnych zajęć. Cały proces, łącznie z ubieraniem się, zajmuje mi nie więcej niż 5 minut. I wyglądam zjawiskowo.

A potem się budzę. 


Rzeczywistość nie jest już taka różowa i puchata. Problemów, z jakimi można się spotkać w temacie ubrań, mody, własnego stylu, etyki i konsumpcjonizmu, jest cała masa. Nawet skończenie 30 lat, przeczytanie "No logo", Babauty i Loreau, zaakceptowanie swojego wyglądu, ogarnięcie w kwestii typu kolorystycznego, urody i figury czy posiadanie listy sprecyzowanych stylowych pewniaków nie chroni mnie przed dniami, w których mam ochotę wyjść z domu w piżamie czy dresośpiochach i pokazać tym samym światu wielki gest Kozakiewicza.

Parę lat temu udało mi się wygrać (częściowo) z modową zasadą Pareto.

Przestałam przez 80% czasu nosić tylko 20% swoich ubrań. Eksploatuję całą zawartość szafy, z wyjątkiem "małej czarnej", która nadaje się tylko na wyjątkowe wyjścia. Nawet sukienkę ślubną przerobiłam na tunikę, żeby nie zajmowała niepotrzebnie miejsca.

Stan uporządkowania w mojej szafie nie utrzymuje się jednak zbyt długo. Głównie dlatego, że ubrania się niszczą, spierają, defasonują - wszystko podlega ciągłym zmianom. Dlatego co jakiś czas robię sobie "ubraniowy detoks", zwany malowniczo resetem stylu. Wpadłam na ten pomysł po lekturze kilku tekstów, między innymi u Styledigger, oraz Projektem 333.


RESET STYLU

w 8 krokach


1. Podziel wszystkie swoje ubrania na stosiki.
Koszulki do koszulek, spodnie do spodni, spódnice do spódnic i tak dalej.

2. Z każdego stosu wyjmij jedną rzecz, którą nosisz najczęściej.
Pamiętaj: nie tę, która Ci się najbardziej podoba, tylko najczęściej noszoną.

3. Określ kolorystykę swoich "hitów". Wybierz z każdego stosu rzeczy, które do nich pasują. 
Odrzuć ubrania zniszczone, zmechacone, nielubiane. 
Najlepiej, żebyś w tym momencie miała ok. 30 rzeczy, 
ale nie przejmuj się za bardzo tą liczbą. 

4. Ułóż wybrane ubrania - "hity" i to, co do nich pasuje - w zestawy. 
Możesz to zrobić w myślach, na wieszakach, w szkicowniku albo utrwalić na zdjęciach. 
Pozostałe ubrania schowaj do worków albo pudełek 
i zanieś gdzieś, gdzie nie będzie Cię kusiło zaglądać.

5. Noś ciuchy ze swojej żelaznej listy przez 30 dni.
Nie kupuj niczego nowego. 
Odłóż kwotę, jaką wydałabyś na ubrania.
Możesz też robić sobie codziennie zdjęcia, żeby ocenić, czy naprawdę 
wyglądasz tak dobrze, jak się czujesz. Pomysł wart wypróbowania!

6. Po upływie miesiąca kup sobie coś nowego za odłożoną kwotę. 
Pamiętaj, żeby pasowało do Twojej palety kolorystycznej z punktu 3.

7. Odczekaj kolejny miesiąc, zanim wrócisz do kupowania ubrań. 
Po tym czasie będziesz mieć większą świadomość tego, 
czego naprawdę brakuje w Twojej szafie. 
Może to być konkretny ciuch (trencz, dżinsowa kurtka, biały top) 
lub coś mniej określonego (coś czerwonego albo wygodne spodnie).

8. Po upływie roku wyrzuć to, co w workach. z punktu 4.
Jeśli wytrzymałaś bez czegoś przez tyle czasu, to znaczy, że nie jest Ci potrzebne.


Śledźcie moje kwietniowe porządki na Instagramie i na Facebooku! Wpisy na ten temat oznaczam jako #cleansane.

by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at marzec 23, 2015 09:40

moje waterloo

2065

Trauma.

Wychodzę sobie spokojnie od rodziców, którzy są akurat pokłóceni i nie odzywają się od tygodnia. Nawet zabawnie się z nimi rozmawia, kiedy tak siedzą obok siebie przy stole naprzeciwko mnie i udają, że się nie widzą. Rozumiem, że jest to element gier i zabaw ludu polskiego oraz iż że koniecznie trzeba to robić po siedemdziesiątce. Coś jak podchody, przy czym matka ślepa, a ojciec głuchy. Zapodaję kontekst, gdyby ktoś się kiedyś zastanawiał, dlaczegóż, och, dlaczegóż mam tak nierówno pod sufitem. Jak się człowiek wychowa w takim domu, nie może mieć równo. A zauważyłam, że Zuzi się już udziela - znaczy: gwarancja z ruletki genetycznej. Dziś umarłyśmy ze śmiechu zespołowo. W kuchni. Z czego się śmiejecie, z samych siebie się śmiejecie, jesteśmy samowystarczalne, ale świat nas nie rozumie. Za to nie ma nudy.

No więc wychodzę od tych rodziców, jaja niosąc w reklamówce, bo mi matka dała. Podobno nie ojcowskie, ale włożyłam do lodówki bez zaglądania. Na wszelki wypadek. Co prawda nic nie ciekło, lecz matka mogła koagulować, ja ją o wszystko podejrzewam. Każdziusieńki remont w domu został przeprowadzony w ojcowej nieprzytomności, a żyje. Ojciec, znaczy. Zatem koagulacja wchodzi w grę, nic mnie nie zadziwi.

Wychodzę. Jaja. Samochód. Pacze, z przeciwka nadciąga sąsiad rodziców, trochę starszy ode mnie. Z trzydzieści lat z nim nie gadałam, a i trzydzieści lat temu niewiele, gdyż albowiem jest dziwnym i się czai. Coś w guście szpiega z Krainy Deszczowców. Na mój widok przemyka pod ścianą w milczeniu, lekko przygarbiony i wzrok ma dziki. Przywykłam, więc zdziwienia nie ma. Ale i czujność osłabła.

Wychodzę, jaja, samochód, sąsiad. I nagle, w tych sprzyjających okolicznościach przyrody, on mówi do mnie cześć. Minimalnie się spłoszyłam, bo jakże to tak? Cześć po trzydziestu latach zaledwie?! Ale co tam! Nie takie my rzeczy ze szwagrem... Cześć - odpowiadam i niezrażona zmierzam ku pojazdowi. A tu sąsiad, jak nie...
- Co u ciebie?
No, luuuuudzieeeeeeee...
W głowie szalona galopada myśli, jak ja mu te trzydzieści lat streszczę?! Ile mam czasu? Czy można prosić o powtórzenie pytania? Zanim się spostrzegłam, sąsiad zaczął mi opowiadać o swojej pracy. Jak gdyby nigdy nic. Takie tam tararara, o drugiej w nocy zadzwonili i musiałem zapierdzielać do dwudziestej trzeciej.

Stupor.
Ja nie jestem przygotowana na to, żeby obcy chłop gadał do mnie, jak do swego!
Wzięłam tę traumę przywiezłam do domu i mówię do Prezesa, że jaja, samochód, sąsiad, trzydzieści lat, o drugiej w nocy, do dwudziestej trzeciej, cześć, co u ciebie.
A Prezes:
- Trzydzieści lat się chłopina zbierał, żeby zagadać, weź nie krytykuj.

Ale czy ja krytykuję? Czy krytykuję ja?! Otóż nie! Po prostu boję się teraz staruszków odwiedzić, bo kto wie, kogo spotkam i co mi opowie! To jest pożądana dzielnica i ludzkość zamieszkuje w niej przez pierdziesiąt pokoleń. Łatwo nie wypłoszysz. A jak tam się czają po krzakach jacyś faceci, co od ćwierć wieku chcieli zagadać? Nie jestem na to przygotowana!!!

Mężczyźni - terra incognita.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at marzec 23, 2015 09:32

Zuzanka

Kurlandia

Menażeria

Poszłam z Jackiem sprzątać piętro. Forest wpadł w rozpacz. Tęsknota pchnęła go na ósmy z piętnastu schodów. Psiątko nie chciało uspokoić się nawet u Jacka na rękach. Dopiero moja bliskość ukoiła rozpacz zwierzęcia. Kiedy chłopcy i Nel wrócili na parter, Foreścik jeszcze kilka razy mnie przywoływał. Dał się udobruchać w ramionach Pana Domu, ale słysząc mój głos, wyrywał się z objęć i chciał znów lecieć na piętro. Moje kochane, cudne psiątko! Mąż skwitował to tylko słowami…”No masz tę swoją menażerię, wszyscy wokół Ciebie się gromadzą”. Psy łażą za mną krok w krok, królik dudni klatką i po wypuszczeniu plącze się pod nogami, Szymon pcha się na ręce, a Michał najlepiej wlazłby mi na głowę. A jeszcze zaczęłam dokarmiać czarnego kota. Pałętał się pod naszymi drzwiami, to wynoszę mu żarcie. „Jeszcze papug brakuje” – docina Mąż.

„Wyobrażasz sobie inne życie?” – pytam bez obaw. „Nie”. I tyle w tym temacie…

***

To jest nasz Pan Piękny.

A tak się uśmiecha…

W poszukiwaniu najbardziej miękkich powierzchni do spania…

I najcieplejszych…(z prawej to moje plecy, gdy zasiadam do laptopa).

***

 

by Iga at marzec 23, 2015 07:48

Anna Sakowicz

Uwaga! Jutro „Broniewski”!

Jutro (24. 03. 2015 r.) o godz. 20.30 w TVP Kultura będzie można obejrzeć spektakl „Broniewski” przygotowany przez zespół Teatru Wybrzeże w Gdańsku. Warto obejrzeć, bo sztuka naprawdę dobrze pomyślana i świetnie zagrana. Rzadko zdarza mi się oglądać spektakle zrobione na podstawie biografii, a „Broniewski” na scenie wypada po prostu znakomicie. Tym bardziej, że tytułowy…

by anna.sakowicz at marzec 23, 2015 07:43

Blog do czytania

Kuźniar ma rację

Pojechać do Stanów, nie martwiąc się o nadbagaż. Kupić (uczciwie, za pieniądze!) potrzebne rzeczy w sklepie, a po jakimś czasie – oddać je. Używane, ale w dobrym stanie. Oszczędność czasu, pieniędzy i kłopotów. Każdy by coś takiego zrobił. Nie każdy? No dobrze, może nie każdy. Ale sporo osób. No bo przecież – czy p. Kuźniar […]

by Bartosz Cicharski at marzec 23, 2015 07:13

Matka jest tylko jedna

Taka niespodzianka…

 

Na tę chwilę czekałam od dawna. Nie mogłam jej wymusić sztucznie, nie chciała też ona przyjść do mnie sama. Ale wreszcie się udało. Pewnego popołudnia wzięłam w ręce coś i poczułam, że mogę tym kierować, że wreszcie odnalazłam dawno szukany sens… Że mimo zmęczenia, niewyspania i wszystkich tych zawirowań nareszcie mi się chce, nareszcie znalazłam siłę do dalszych potyczek…

 

 

 

 

A tak na serio… Dopóki nie przyszedł do mnie wózek i dopóki po raz pierwszy nie pojeździłam nim po domu, w ogóle nie czułam tego, znanego mi z ciąży z Kosmykiem, matczynego niepokoju, w którym wybierałam, mierzyłam, przebierałam, układałam i szykowałam gniazdo dla młodej jaskółki. Część werwy zabrała mi pewnie przeprowadzka, a część Kosmyk, który przeżywa teraz chyba najtrudniejszy okres w swoim życiu. Ale się udało – matczyny niepokój się zrodził. Wraz z przybyciem wózka w naszym domu zagościły już oficjalnie pierwsze wyprawkowe akcenty. Zaczynam szukać, przebierać, znajdywać zachomikowane kiedyś kosmykowe pierwsze ciuszki. Wertuję sklepy i zaczynam planować kolejne zakupy dla nowego człowieka…

 

download (87)

 

xxx - Kopia

 

Bo nie umiem sobie wyobrazić pójścia do szpitala kompletnie nieprzygotowana. Pamiętam ten stres z ciąży z Kosmykiem, gdy termin porodu już minął, a ja dalej czekałam na obiecany przez rodzinę wózek, tylko po to, żeby dowiedzieć się, że oni folgują tradycji kupowania wszystkiego po porodzie… Kompletnie nie rozumiałam idei kupowania oddzielnie nosidełka dla noworodka, żeby potem drugie takie dostać z wymarzonym wózkiem, więc musiałam wziąć sprawy w swoje ręce i w ostatniej chwili zdążyłam się we wszystko zaopatrzyć :)  Tym razem wolałam nie przechodzić tego stresu ponownie. Wybrałam sobie wózek 3 w 1, bo też taki sprawdził się świetnie z Kosmykiem. Nosidełko, pasujące do stelażu i idealne do pierwszych przejazdów samochodem jest, gondola jest. Spacerówka również. Na spacerówkę to nawet nie miałam aż tak bardzo ciśnienia, ale Chłop mnie ustawił do pionu – lepiej, żeby była, bo jak cię najdzie ochota na przejście na spacerówkę, to sobie przejdziesz na spacerówkę sama, zamiast płakać, że jeszcze nie kupiliśmy. Więc luz.

 

Chcieliśmy wózek 3 w 1, z dużymi kołami, takimi, które pokonają mazurskie ścieżki. Miał być zwrotny, żebym łatwo mogła wjechać nim do domu i ze sporą gondolą, żeby w wakacje maluch mógł spokojnie drzemać podczas naszych podwórkowych zabaw z Kosmykiem. Chłop, nauczony przebojami z poprzednim wózkiem, postawił jeszcze jeden warunek – ma być pompka i odpowiednie na nią miejsce, żeby się non stop nie zawieruszała, jak to było z poprzednim wózkiem. Mi dodatkowo zależało na mało rzucającym się w oczy kolorze – nie chciałam żadnych kolorowych aplikacji, seledynów czy niebieskości. Ostatnio lubię prostotę.

Tak właśnie zdecydowaliśmy się na wózek Lupo Comfort New.

kkkkk

Plusem wcześniejszego kupowania wózka jest przede wszystkim to, że dajemy szansę domownikom na oswojenie się z nowym przybyszem, niejako na wizualizowanie jego obecności. Kosmyk od razu zaczął układać z tatą brumiki, które odda dla dzidziuśka, a tata, oczywiście, pokazywał Kosmykowi, jak działa pompka do kół, żeby w razie wypadku, syn mógł pomóc mi przy pompowaniu :) Przecież każdy wie, że to faceci pompują!

download (83)

 

Co do kotów [o których reakcji na Kosmyka pisałam już tutaj], obawy mam raczej średnie. Zarówno Flejtuch, jak i Łajza [intensywnie obwąchująca wózek na zdjęciach i śpiąca w nim na filmiku] z pokorą przyjmują wyższość dziecka nad ich potrzebami i kiedy widzę, jak grzecznie schodzą z łóżka, kiedy synek kładzie się spać, ewentualnie nieśmiało trącają go nosem, żeby je pogłaskał i pozwolił ze sobą poleżeć, to moje obawy o noworodka znikają. One teraz chwilę się nacieszą wózkiem, tak jak my zresztą, a potem i tak zostaną skarcone przez Kosmę, że….

– To dla małego dzidziuśka, przecież, a sio Łajzo, a sio, Flejtuchu! Mamo, powiedz im coś!

download (95)

download (97)

 

Fajnie też, że przybycie wózka pokazało Kosmykowi, że z przybyciem „małego dzidziuśka” w naszym życiu coś się zmieni. To są takie delikatne sugestie, najpierw rozmowy, potem oglądanie ubranek, a wreszcie – do ubranek – nowy sprzęt. Syn był bardzo przywiązany do swojego starego pojazdu, obawiałam się więc, że przybycie nowego, bardzo podobnego, przywróci miłe wspomnienia i powstanie w dziecku chęć cofnięcia się do boskich czasów, kiedy to mamusia i tatuś wozili w wózeczku. Na szczęście wcześniejsze rozmowy przyniosły efekt i Kosmyk zrozumiał, że wózek czeka na nowego członka rodziny – dzidziuśka.

 

zzzzzzzz

 

Jestem zachwycona nosidełkiem [Dumbo L]. Jest tak leciutkie i zgrabne, że nie będę się szarpała, jak z poprzednim, żeby zmienić położenie rączki czy przypiąć dziecko pasami. Jeśli już miałabym się do czegoś przyczepić, to do guzików od ochraniaczy na nóżki – dość ciężko się przypinają. Chłop mówi, oczywiście, że on nie ma z tym problemu [wiadomo, chłop], a ja się uspokajam, że w wakacje i tak osłonka nie będzie mi potrzebna :)

 

download (88)

bbb - Kopia

download (91)

 

 

Pierwsze wrażenia po przejażdżce w domu i po ogrodzie? Niesamowicie lekki, jak na wózek, który, prowadzony jedną ręką, pokonał nasz wyboisty podjazd,  jestem w stanie sama go złożyć [z brzuchem] i zapakować do samochodu. Plusem też jest prosta regulacja rączki – zwracamy na to szczególną uwagą, bo ja lubię rączkę niżej, a Chłop wyżej. Babcie też mają swoje ulubione wysokości i nie znosiłam tej frustracji, gdy musiałam mocować się z rączką, żeby ją ustawić odpowiednio do swoich potrzeb. Kosz pod wózkiem jest zamykany na siatkę, na co przy wyborze nie zwróciłam uwagi, a teraz cieszę się z tego jak dziecko – Kora nie porwie niczego spod wózka i nie uniesie w dal – ewentualne przekąski, zabawki, będą bezpieczne :)

 

download (102) - Kopia

 

A teraz, kiedy moja pierwsza potrzeba została zaspokojona, a cała rodzina oswoiła się z nowym pojazdem, mogę zająć się kompletowaniem dalszych części wyprawki. W koszu wózka już jest pierwsza paka pieluch wielorazowych i wkładów, bo zamierzam poeksperymentować trochę z naturalnością [w tym samym domu moja mama gotowała w wielkim garze pieluchy tetrowe dla mnie i dla siostry, może warto wrócić do tradycji? :D].

Wózek stoi. Czeka. Życzcie mi, żeby jeszcze trochę postał i żebym nie musiała rodzić przed terminem.

A poza tym, od kiedy mamy wózek, Łajza przestała mi się pokładać na brzuchu i zawzięcie ugniatać dzidziuśka. Nawet nie wiecie, jaka to ulga pozbyć się dodatkowych czterech kilo z nocnego odpoczynku :)

 

 

 W podjęciu decyzji o wyborze wózka pomogła nam firma Baby Design,

która zaopatrzyła nas w odpowiedni sprzęt dla malucha.

8,898 wszystkich wizyt, 184 wizyt dzis

Post Taka niespodzianka… pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at marzec 23, 2015 06:23

Domowa kuchnia Aniki

Babka cytrynowa

Babka cytrynowa



 
Święta coraz bliżej, więc dzielę się dziś z Wami prostym przepisem na babkę cytrynową. Szybka w przygotowaniu, a smaczna babka, którą piekę nie tylko od święta. Takie ciasto to smaczna przekąska do popołudniowej kawy ( choć mi bardziej smakuje z herbatą ) czy też słodkie co nieco do pracy.Wypróbujcie! :-)

 

Składniki:
  • 200 g masła ( o temperaturze pokojowej )
  • 340 g mąki 
  • 170 g cukru pudru
  • 5 jajek
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • sok i skórka otarta z jednej dużej cytryny
  • masło do wysmarowania  + bułka tarta do obsypania formy 
  • na lukier; 150 g cukru pudru, 3-4 łyżki soku z cytryny i 1-2 łyżki gorącej wody
 Sposób przygotowania:
  • Masło ucieramy z cukrem na pulchną masę
  • Żółtka oddzielamy od białek, po czym dodajemy po jednym żółtku do masy maślanej stale ucierając
  •  Mąkę przesiewamy razem z proszkiem do pieczenia
  • Cytrynę parzymy gorącą wodą, po czym ścieramy z niej skórkę na tarełku o drobnych oczkach. Następnie wyciskamy z niej sok
  • Białka ubijamy na sztywną pianę z odrobiną soli
  • Do masy dodajemy  porcjami mąkę z proszkiem, skórkę i sok z cytryny. Wszystko mieszamy
  • Na koniec dodajemy ubitą pianę i delikatnie mieszamy z ciastem
  • Formę z kominem smarujemy masłem, obsypujemy tartą bułką i wlewamy do niej ciasto
  • Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy ok 1 godziny
  • Po upieczeniu babkę wyjmujemy z piekarnika i studzimy. Po wystudzeniu wyjmujemy z formy i oblewamy lukrem
  • Lukier przyrządzamy mieszając ( ja nie ucieram ) cukier puder z sokiem z cytryny i gorącą wodą

    by Anika (noreply@blogger.com) at marzec 23, 2015 06:03

    Smoking kills...

    O KROGULCU, WIELBŁĄDACH I NIE TYLKO

     

    Byłyśmy w weekend na obcięciu pazurów u ciotki Zebry. Szczypawka, pies idealny, dała sobie zrobić mani – pedi i dopiero po wszystkim dała odczuć, co ona o tym wszystkim sądzi i zrobiła piękną kupę centralnie na wprost zejścia z tarasu. N. pękał z dumy, ja się śmiałam, a Zebra popatrzyła na mnie ciężko i wręczyła mi osprzęt do zebrania kupuchny. Bardzo profesjonalny, muszę sobie taki kupić. Taka szczęka, że nawet się nie trzeba schylać, wielkości ogrodowego szpadelka. Na spacery za duża, ale do porządków ogrodowych – idealna.

    Dookoła naszego karmnika niestety znowu kręci się krogulec. Oczywiście przepędzam go i wrzeszczę, ale jest przepiękny. Żal mi go, bo w końcu to też głodny ptaszek, N. nawet chciał mu wywieszać indycze udo. Ale przeczytałam o nim takie zdanko: „Upolowanego ptaka przenoszą w ustronne miejsca, tzw. skubalnie”. SKUBALNIE!… Ja mu dam, moje śliczne sikorki i sójki wlec do SKUBALNI. Jesteś bardzo piękny, mister Krogulec, ale idź sobie urządzać KFC gdzie indziej.

    Natomiast prawdziwy horror mam dziś od rana, próbuję rozkminić roczne rozliczenie lokalu i nie udaje mi się to NIJAK. A przysięgam, że z czytaniem tabelek nigdy nie miałam problemów. Poddałam się po czterdziestu minutach – skoro nigdzie nie widnieje słowo – klucz NIEDOPŁATA, nic się nie świeci na czerwono i wszystkie wartości są dodatnie, a zwłaszcza saldo, to uznajmy, że nie eksmitują nas w najbliższym czasie.

    Czytałam zajawkę książki o modzie w PRL-u, która ma się ukazać – „To nie są moje wielbłądy”. Książkę zdecydowanie kupię, natomiast jeśli chodzi o sukienki w wielbłądy – OCZYWIŚCIE! Moja matka miała dresową bawełnianą kieckę w wielbłądy. Ciemnozieloną. Moja ciotka – ciemnoróżową. Uwielbiałam te wielbłądy i do dziś mam słabość do kiecek drukowanych w zwierzątka.

    by Barbarella at marzec 23, 2015 05:22

    Kurlandia

    Basen

    Pojawiła się nowa nadzieja. Szymon od środy zacznie uczęszczać na nowe zajęcia na basenie. Fizjoterapeuta będzie uczył Szymka chodzić w wodzie. Wszystko po to, by wypracować mięśnie brzucha oraz zintegrować działanie wszystkich części ciała. Na razie nogi żyją swoim życiem, ręce swoim, a głowa pracuje jeszcze inaczej. Zajęcia odbywać się będą trzy razy w tygodniu. Ich koszt to 140zł za 60minut, co daje…20 000zł rocznie plus koszt dojazdu!!!Trochę przerażające, ale musimy dać radę. Szymcio musi zacząć samodzielnie siedzieć, żeby nadal ładnie się rozwijać. Ostatnie choroby i ząbkowanie zniszczyły nasze dotychczasowe efekty pracy i musimy zacząć od zera.
    Rehabilitantka obiecuje, że przygotuje Szymka do chodzenia poza wodą. Była wręcz zaszokowana stanem naszego dziecka, a szczególnie rozwojem intelektualnym. Ta sama firma posiada też ogromną salę doświadczalną w Wilczycach, czyli wsi niedaleko nas. Ponoć są w stanie wykrzesać z mózgu Szymona kolejne umiejętności intelektualne.
    Na razie jestem podekscytowana, ale i przerażona…


    http://www.terapiawodnalibold.pl/

    ***

    by Iga at marzec 23, 2015 03:42

    nic specjalnego

    Podobno jest wiosna

    Tak przynajmniej wynika z kalendarza. Wczoraj, gdy wyjrzałam rano przez
    okno  to z lekka skamieniałam - byłam niemal pewna,  że jeszcze śnię- na
    samochodach i trawnikach leżał najprawdziwszy śnieg. A jeszcze w sobotę
    głupawo się  cieszyłam, że wreszcie jest słońce i +12 stopni, więc wiosna
    wreszcie przyszła. To jednak ciągle przedwiośnie.
    Dzisiejsza wizyta w sklepie uświadomiła mi, że  święta za pasem.
    Ale jakoś mi tak mało świątecznie - nasz przyjaciel walczy z rakiem mózgu
    i wcale optymistycznie to nie wygląda, a moja serdeczna koleżanka leży
    zawieszona pomiędzy życiem a śmiercią.
    Trudno mi się z tym wszystkim pozbierać, chociaż  bardzo staram się nie
    wpadać w histerię. W końcu każdego z nas to spotka.
                                                         ******
    Bardzo podoba mi się pomysł złożenia wniosku obywatelskiego w sprawie
    usunięcia nauczania religii ze szkół. Nigdy nie podobał mi się pomysł
    wprowadzenia religii do szkół a do tego traktowania religii jak każdego innego
    przedmiotu i wystawiania stopni.
    Łączenie sacrum i profanum z reguły zle rokuje.
    Nie można przecież w żaden sposób mierzyć wiary  człowieka stopniami. Znam
    takie osoby, które z całą pewnością miałyby 6+ z religii, a są......ateistami.
    Za to uważam, że zamiast religii należało wprowadzić religioznawstwo i etykę.
    No i oczywiście nie od pierwszej do ostatniej klasy, ale  od gimnazjum i nie
    bez przerwy, po 2 lata na każdy z tych przedmiotów wystarczyłoby zupełnie.
    Bo etyka obowiązuje wszystkich, bez względu na wyznanie lub jego brak.
                                                          ******

    Czy macie jakiś dobry sposób na rozpoznanie dobrego dentysty? Jakoś nie mam
    chyba szczęścia do tej grupy fachowców- kolejny ząb leczony kanałowo odmówił
    mi posłuszeństwa. Ale mam zęby, które 40 lat temu plombował mi pewien bardzo
    miły dentysta, który jako jeden z nielicznych w W-wie znieczulał pacjenta na czas
    "borowania" i wszystkie te zęby leczone przez niego do dziś bezbłędnie działają.
    No ale już wtedy był leciwym  człowiekiem i teraz leczy zęby w innym wymiarze.
    Na samą myśl o wizycie u dentysty robi mi się niedobrze.
                                                         
                                                            ******
    Dostałam od "psiapsióły" świetną książkę - "Pajęczyna wiedzy. Od Stonehege i
    z powrotem oraz inne wyprawy w krainę nauki". Napisał ją James Burke, brytyjski
    historyk nauki. W czasach gdy  nasza TVP nie miała jeszcze do spełnienia żadnej
    misji, nadawała cykl jego programów telewizyjnych  "Connections".
    I były to naprawdę  super programy i chociaz traktowały o sprawach bardzo, bardzo
    złożonych, mówiły o nich w sposób prosty.
    Oczywiście książka jest napisana świetnie a do tego z typowym brytyjskim humorem.
    Wydało ją wydawnictwo Prószyński i S-ka.


    by anabell (noreply@blogger.com) at marzec 23, 2015 01:49

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Skomentuj Sakura – o co tyle zamieszania, którego autorem jest Beata

    Chciałabym móc to podziwiać i spróbować „płatków wiśni”:) W okolicy domu mam takie drzewka, które kwitną na różowo i już nie mogę się doczekać kiedy w końcu pokażą swoje kwiaty. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma;) Pozdrawiam

    by Beata at marzec 23, 2015 01:24

    Dzieciowo mi

    Wakacje z dzieckiem. Kilka patentów jak na nie pożyczyć, żeby nie płakać jesienią.

    Ręka do góry, kto ani razu jeszcze nie pomyślał o wakacjach. Coś nie widzę ;-] Niektórzy myślenie mają już na poziomie level

    by Malwina Ferenz (Krusz.) at marzec 23, 2015 01:12

    Zuzanka

    Kraina filcu

    KONKURS WIELKANOCNY.

    Przypominamy że do 30 marca możecie nadsyłać prace na nasz konkurs wielkanocny. Czekamy na stworzone przez Was tutoriale o tematyce - wielkanocne ozdoby z wełny czesankowej lub filcu (wszystko co kojarzy się ze świętami wielkanocnymi).

    Tutorial wysyłacie do nas na maila: krainafilcu@gmail.com a my opublikujemy go na naszym facebook-owym fanepage-u oraz blogu.

    Wystarczy że wyślecie do nas opis plus zdjęcia. Nie przejmujcie się kwestią graficzną - tym zajmiemy się my.

    Jeśli prowadzicie bloga lub fanepage na facebook-u oprócz tekstu i zdjęć podeślijcie nam link tam prowadzący a my umieścimy go pod tutorialem.

    Teraz najmilsza część czyli nagrody;) Zwycięzca otrzyma nagrodę niespodziankę ufundowaną przez Krainę Filcu.

    O zwycięstwie zadecydują głosy oddawane pod tutorialami - liczy się łączna liczba głosów na facebook-u (liczba like-ów i komentarzy) oraz blogu (liczba komentarzy).

    Tutoriale możecie podsyłać do nas do 30 marca, ogłoszenie zwycięzców nastąpi 31 marca.

    Jeżeli macie jakieś pytania piszcie na maila krainafilcu@gmail.com.

    by kraina filcu (noreply@blogger.com) at marzec 23, 2015 12:21

    Konkurs wilelkanocny - wilekanocny króliczek.

    Przedstawiamy tutorial stworzony przez Panią Bożenę - wielkanocny króliczek.

    Potrzebne Wam będą:
    - gąbka
    - igła do filcowania
    - wełna czesankowa
    - oczka lub koraliki
    -nożyczki, gruba igła

    dodatkowo -żyłka na wąsy,sztuczne rzęsy -niekoniecznie


    Specjalną igłą nakłuwamy wełnę - z każdej strony, tak aby powstała głowa królika i zaznaczamy miejsca na oczy.

    Dodajemy wełnę na policzkach, formujemy kształt nosa i doczepiamy dolne łapki .

    Paski czesanki tniemy na odcinki i bardzo dokładnie mocujemy ja przez środek, podnosimy i tworzymy sierść. Oczodoły najpierw wypełniamy kolorem a następnie przyklejamy oczy.

    Filcujemy wąziutkie pasemka, które będą oprawą oczu i biały dół pyszczka ( dla ułatwienia wkładam wstępnie uformowany kawałek między dwa kawałki tektury i dopracowuję brzeg bez kłucia sobie palców).

    Dodajemy sierść -białą na brzuszku i kolorową ( u mnie brązowy melanż) na tył. Przody łapek filcujemy na gładko i zaznaczamy palce.

    Górna łapki robimy podobnie- białą wełną tworzymy przody a dalej robimy futerko, końce pozostawiamy. Szpilkami umocowujemy je w potrzebnym miejscu i mocno przytwierdzamy do tułowia. Miejsce to zasłaniamy robiąc sierść.

    Z brązowej czesanki robimy uszy, wielkością i kształtem dopasowane do naszego królika. Uszy moc przyfilcowujemy do głowy. Z żyłki robimy wąsy i przyklejamy rzęsy. Możemy delikatnie uczesać i uformować sierść.

    O jeszcze ogonek i mamy własnego króliczka.

    Zapraszamy na bloga prowadzonego przez Panią Bożenę: http://bozenao.blogspot.com/

    by kraina filcu (noreply@blogger.com) at marzec 23, 2015 12:04

    Od rana do wieczora

    Kartka noworoczna

    W sobotę odbył się finał lokalnego konkursu na kartkę noworoczną. Piotruś zdobył wyróżenienie za pracę widoczną poniżej. Po pierwszym szoku („moje dziecko rysuje alkohol!!!”) pomyślałam, że w zasadzie Martini to pół biedy, ktoś mógłby się nami zainteresować, gdyby na kartkce znalazł się np. Pan Tadeusz. Ciekawe, czy moje humanistyczne wykształcenie byłoby wówczas okolicznością łagodzącą…

    by Chuda at marzec 23, 2015 07:03

    Tokyo Pongi

    Sakura – o co tyle zamieszania

    Lada moment w Tokio zakwitną wiśnie (sakura) i rozpocznie się wielkie święto podziwiania kwiatów, znane jako hanami. Japończycy wyjdą tłumnie do parków, rozłożą koce tuż pod kwitnącymi drzewami i wraz z współpracownikami, rodziną lub przyjaciółmi będą świętować. Hanami to wielkie święto, na które wszyscy czekają z niecierpliwością. W sieci pojawiają się uaktualniane kalendarze informujące o tym kiedy i gdzie można spodziewać się kwiatów, turyści przyjeżdzają do Japonii z całego świata tylko po to, żeby zobaczyć kwiaty. Ceny biletów lotniczych oraz noclegów w hotelach potrafią w tych dniach wzrosnąć kilkukrotnie. Przyjmując oczywiście, że są jeszcze jakieś wolne miejsca w hotelach – gdy trzy lata temu wybraliśmy się na sakurę do Kioto, musieliśmy zatrzymać się w hotelu tuż przy samej Osace, ponieważ w Kioto nie znalazło się już ani jedno wolne miejsce w cenie, na którą mogliśmy sobie pozwolić.

    sakura_forecastMapa kwitnienia wiśni. (źródło: Visit Japan International)

    Jeśli myślicie, że kwitnące wiśnie to po prostu kwitnące drzewa owocowe i że w każdym sadzie w każdym kraju świata wyglądają tak samo i nie ma sensu lecieć specjalnie do Japonii, żeby je zobaczyć, to jesteście w błędzie. Jest kilka powodów, dla których kwitnące wiśnie w Japonii to coś absolutnie wyjątkowego i coś co warto zobaczyć przynajmniej raz w życiu.


     

    • Drzewa są wszędzie. Ulice, parki i tereny przy świątyniach otoczone są przez kwitnące drzewa i wygląda to po prostu przepięknie. W tym wypadku ilość naprawdę robi wrażenie.
    sakura_tokyopongi_web sakura_kyoto-1_1 sakura_11_tokyopongi NSC_9818_1

     

    • Wiśnia japońska to nie jest to samo co nasza polska wiśnia. Po pierwsze jej kwiaty są bladoróżowe, a nie białe, po drugie one w ogóle nie pachną, a po trzecie wiśnia japońska nie daje owoców. Gdy natkniecie się na lody, kawę czy herbatę o smaku sakury, nie będzie ona miała smaku wiśni, a płatków wiśni! (pomijam oczywiście kawę ze Starbucksa – ich kawa o smaku sakury jest truskawkowa)
    • Hanami to wielkie święto. Wszyscy idą do parków z kocami, wokół ustawiają się budki z jedzeniem, panuje luźna i bardzo wesoła atmosfera festynu. I trwa tak codziennie, aż do końca kwitnienia wiśni.
    sakura_piknik_1 Sakura_piknik_2

     

    • Sakura podziwiana nocą nazywa się yozakura i w wielu miejscach Japonii w parkach rozwiesza się specjalne lampiony (np. park Ueno w Tokio) lub wręcz zawiesza dekoracyjne lampiony na samych wiśniach (np. Okinawa), dla lepszego efektu.
     Yozakura przy świątyni Yasaka w Kyoto. (źródło: wikipedia)Yozakura przy świątyni Yasaka w Kyoto. (źródło: wikipedia)

     

    • Bardzo popularna jest „sakura z widokiem” czyli kwitnące wiśnie tuż przy jakiejś ważnej świątyni, ważnym zabytku lub przy górze Fuji. Podczas kwitnienia wiśni takie miejsca bywają bardzo zatłoczone.
    • W Japonii Sakura ma ogromne znaczenie kulturowe i symboliczne. Przede wszystkim symbolizuje piękno i ulotność natury oraz samego życia. Jest częstym elementem występującym w japońskiej sztuce.
    • Japońscy kamikaze malowali kwiaty wiśni na swoich samolotach przez podjęciem samobójczej misji. Wierzono, że dusze poległych pilotów odrodzą się w kwiatach.
    Japanese_Ohka_rocket_planeYokosuka MXY7 Ohka – pilotowany przez pilota-samobójcę samolot-pocisk z okresu II wojny światowej. (źródło: wikipedia)

     

    The post Sakura – o co tyle zamieszania appeared first on TokyoPongi.

    by Maika at marzec 23, 2015 05:14

    zycie na kreske

    Kura pazurem

    Cukroholik

    Natchnęła mnie Pani S., która kilka dni temu pisała o tym, by Futrożercy wszystkich krajów się łączyli. Oczywiście identyfikuję się z futrującymi. Szczególnie tymi, którzy futrują słodkie. Słodkie jest pyszne! Bardzo pyszne! Najpyszniejsze! Naj, naj, najpyszniejsze!

    kot 001No dobra, przyznaję, jestem na głodzie. I to kosmicznym. W lodówce sernik z musem z mango, w zeszłym tygodniu sernik czekoladowy z musem z białej czekolady i szarlotka taka spod samiuśkich Tater (choć wykonana w kociewskiej, czyli mojej, kuchni). W tygodniu bułeczki drożdżowe z twarożkiem i skórką pomarańczową (najazd gości)! A ja dzielnie oparłam się pokusie. I można by rzec, że dumna z tego faktu jestem. No…, prawie jestem, bo tak mnie ściska za każdym razem, jak otworzę lodówkę, że szkoda słów. A zapach drożdżówek? Czujecie to? Bo ja, jak tak sobie wdech zrobię razem z haustem wspomnienia o dawnym smaku słodkości, to aż mnie ściska w dołku, łza do oczu napływa, a dłonie trudno powstrzymać przed tym, by nie sięgnęły po słodkość i nie wpakowały jej szybko do paszczy, która już się otwiera na samą myśl.

    Cukier podobno uzależnia tak jak kokaina. Tak przynajmniej sądzą amerykańscy naukowcy, a jak wiadomo, amerykańscy naukowcy zbadają wszystko. Czyli powinnam iść na odwyk. Taka prawda. Grupa wsparcia niezbędna. Do tego moja pani dietetyk macha do mnie palcem ku przestrodze, że moje wyniki badań wskazują na kiepski metabolizm, więc nawet chyba oddychać powinnam ostrożnie i wybierać hausty mało kalorycznego powietrza. Zakładam, że właśnie takie mam na Kociewiu, bo wyjścia nie ma, trzeba się pocieszyć tak, jak człowiek umie.

    No to teraz, Kochani, bardzo proszę zamienić się w moją prywatną grupę wsparcia i wesprzeć mnie odpowiednio, by dać radę i nie chwycić ciacha, nie usiąść w kąciku i nie pożreć wszystkiego na raz. I nie czytam komentarzy, w których dostrzegę elementy sabotażu! O, nie!

    Na detoksie jestem, ale przyznaję, że organizm walczy. Dopomina się odpowiedniej porcji cukru po obiedzie. A jak już kawę przed sobą stawiam, to mózg mój atakują słodkie potworki i kuszą. Bo jak to do kawki nie zjesz? Zjedz sobie, zjedz, zjedz, zjedz… Aż ma się ochotę przyłożyć sobie w facjatę dla otrzeźwienia. Co gorsza, suszonych owoców nie mogę, a zwykłe nie są w stanie oszukać mojego pokręconego mózgu, który cwany jest i nie da sobie zamydlić żołądka jakimś substytutem słodkości. O, nie! To cwaniaczek. Spryciarz. Ale zawzięłam się! A jak się człowiek (nawet taki kurzy) zaweźmie, to da radę. Da, prawda? No, powiedzcie, że da!!!

    A teraz czekam na kandydatów do grupy wsparcia cukroholika. Bo przyznaję, ja – Kura – jestem cukroholikiem. Kropka.

    *

    *

    *

    PS  Małym druczkiem: A jak ktoś pamięta moją deklarację, że do lutego to ja tyle i tyle kilogramów się z siebie pozbędę i gdyby się nie udało, to można mnie jajami obrzucić, to ogłaszam, że można rzucać. Nie udało się, niestety, choć walczę dalej i tylko część planu zrealizowałam.

    A teraz dzielnie na klatę przyjmuję wszystkie jaja, te strusie również. :oops:

    by anna at marzec 23, 2015 03:18

    marzec 22, 2015

    TUV

    spać będziesz czujna jak ptak…

    no nie wiem czy pisać, bo jak tylko wystukam – jest lepiej – zaraz coś się pierdoli. Jakby ktoś słał złe fluidy.Ale co komu moja mama wadzi?

    Poczuła się lepiej acz wczesnym wieczorem już przymierza się do spania ( w sumie dobrze, organizm się regeneruje )

    Wczoraj koniec dnia zarządziła o 18.00.

    Bierze pastylkę na sen ,jak lekarz rzucił z przekąsem – pastylka ratująca życie… Bo tak się o nią dopominała mama ostatnio. Bo inaczej NIE ZASNĘ !!! ( całkiem być może, w pewnym wieku się ma z tym problemy).

    MY również poszliśmy wcześnie spać. No ja to spałam od południa z przerwą na siku.Gdzieś koło pierwszej w nocy a dokładnie o 0.57 się wybudziłam. mam wrzucony tryb czujności na to co na górze.Sypialnię mamy dokładnie POD sypialnią matki,więc jakieś tam ruchy słyszę. No mości się na łóżku, to normalne ,nikt bez ruchu całej nocy nie prześpi.

    Nagle HUK !!!

    Biegiem na górę lecę a matka…leży…na ziemi, koło łóżka.Twarzą do ziemi w dość dziwnej pozie.W życiu bym nie uwierzyła że można tak bezwładnie upaść.Na szczęście kontaktowała, odezwała się.Wołam X-mena,bo mamy za nic nie poddźwignę sama ( już się o tym kiedyś przekonałam;/),wtaszczyliśmy na łóżko,przykryliśmy ,coś tam powiedziała ,zeszliśmy na dół i noc dla mnie skończona.

    Rozedrgane nerwy,ręce się jeszcze trzęsą,cholera wie czy czegoś nie złamała,rano się okaże…Siadam w kuchni,grzeję mleko i tak przy kubku  przesiedziałam do trzeciej. No a rankiem zaspaliśmy. I biegusiem wpuszczałam pielęgniarkę na zastrzyk,w szlafroku, rozkudlona i ze strachem CO ZASTANĘ na górze…

    Ale dobrze. Matka zdążyła się obudzić,oporządzić i coś tam zjeść.Znaczy kości w porządku,nic nie boli…Uffff.

    Zaparzyłam siemię lniane ( mam odruch wymiotny na to ziele,pół życia to piłam dzień w dzień.) I wyszłam na krótkie spacero-zakupy. Jakby ciut lepiej.

    No to ten,upraszam złe mzimu coby już więcej uroków nie rzucało tak?

     

    a jak już dowlekłam się do apteki to mieli wszystkie witaminy B oprócz B1….

    A i o Lukrecji zapomnij.

    Jeszcze o pampersach.Kupiliśmy,żeby matka w nocy,pod wpływem pastylki nasennej nie chodziła do ubikacji.

    ja chciałam majtki chłonne,X-men i pani aptekarska mnie zagadali a teraz kłopot,bo mama z pampersami sobie nie radzi. I jutro trzeba te majtki kupić.JEJ łatwiej będzie je włożyć i nie będzie potrzebowała mnie. A wszak o samodzielność chodzi.Jak ciężko przewidzieć pewne rzeczy.

     

     

    by Tuv at marzec 22, 2015 10:09

    zapiski zgagi

    ***

    Wróciłam, ale dziś ledwo dycham, bo nocka bezsenna i jeszcze mikrob mnie dopadł jakowyś. Grypopodobny. Współlokatorka z pokoju ani chybi mi podrzuciła…

    Sprawozdanie przełożone na jutro. Mam nadzieję, że u Was zdrowo i wiosennie?

    by Zgaga at marzec 22, 2015 09:07

    moje waterloo

    2064

    - O! Jak fajnie, że zszedłeś! - uradowałam się na widok Prezesa na schodach.
    - A co? - dopytał, choć jakoś bez entuzjazmu.
    - Pić! - wykrzyknęłam, naciągając kocyk pod szyję i zatrzymując film.
    - Pani życzy...
    - Herbatkę. I kawę. I colę! Wszystko chcę!!!


    Mężczyzna mojego życia!!!

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at marzec 22, 2015 06:24

    Dzieciowo mi

    Kupujemy rolki, kupujemy rower. Nie popełnijcie moich błędów ;)

    Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty! Widać, że przyszła. Od razu wszyscy przestali uważać, jak jeżdżą. Jeszcze nie teraz, ale już za

    by Malwina Ferenz (Krusz.) at marzec 22, 2015 04:47

    Krolowa Matka i Banda Czworga

    Suplement, czyli nie chcem, ale muszem

    Czy Królowa Matka pisała w swoim własnym, wczorajszym poście, że książczyna pani Michalak
    Ogród Kamili" jest stosunkowo nieszkodliwa i po prostu nudna?

    Cofa to wszystko.

    To znaczy, owszem, historia jest sztampowa, przewidywalna i nudna, i nawet chciała wczoraj się Królowa Matka przyznać, że nie ma w niej wiele, aby się poznęcać, kudy jej do idiotycznej do potęgi nieskończonej "Poczekajki" albo ordynarnego "Czarnego Księcia", nawet "Rok w Poziomce" się lepiej do znęcania nadawał jako powieść opisująca liczne byty astralne Katarzyny Michalak oraz pobranie szpiku do przeszczepu od ciężarnej w siódmym miesiącu, a tu nic, jeden opis reanimacji dokonany metodą "kopiuj-wklej-zmień imiona", i jedna pensja w wysokości 10 tys. złotych polskich dla księgowej bez doświadczenia - nie jest to wiele. Można się z tego pośmiać, można popukać w czoło, ale ani to tak szkodliwe, jak pisanie pani Michalak być potrafi, ani za bardzo głupie, mieści się w (rozciągliwej) konwencji gatunku "różowiutka powieść dla pań", niech tam.

    I tak by pozostało, gdyby nie to zakończenie, to urwane zakończenie, które skłoniło jedną z Kochanych Czytelniczek (bardzo jest Królowa Matka wdzięczna, serio, bo - zdecydowanie - wolała wiedzieć to, co wie teraz) do przesłania już wczoraj "Zacisza Gosi", żeby sobie Królowa Matka sprawdziła, czy dobrze odgadła, co jest mroczną tajemnicą wrażego Jakuba. I które może skłonić wiele niewinnych, nie dość zniechęconych "Ogrodem Kamili" osób do nabycia kontynuacji.

    Królowa Matka, jak wiadomo, kontynuacji czytać nie zamierzała, ale skoro ta przyszła do niej sama, czemu nie, zajrzała. Okazało się, że mroczną tajemnicę faktycznie odgadła w połowie dzieła, nie zaskoczyło jej to, i reszta, ta reszta, która skłoniła Królową Matkę do popełnienia suplementu też nie powinna jej zaskoczyć, a jednak.

    Tajemnicą Jakuba (SPOILER! tak tylko Królowa Matka uprzedza) jest to, że jest w rzeczywistości tatusiem Kamili.

    A resztą, która nie powinna zaskoczyć Królowej Matki jest to, jak powyższy fakt został przez Autorkę przedstawiony.

    Osoby, które czytając wczorajszy wpis utknęły na przydługich cytatach Królowa Matka szczerze przeprasza, ale w tym wpisie cytatów będzie o wiele więcej. I musi ich być o wiele więcej, żeby zobrazować, dlaczego Królowej Matce podczas lektury podchodziły do gardła mdłości, a z piersi zrywał się złowrogi warkot, który tu, w tej chwili, ulewa się słowami.

    A więc, Kochani Czytelnicy, Jakub, zanim został tatusiem Kamili, był nastolatkiem, którego "Przyjaciółki jego matki brały sobie nastoletniego chłopaczka, ot tak, niczym ciastko na deser, gdy tylko został przez jedną z nich rozdziewiczony. Miał wtedy czternaście lat, był nieomal dzieckiem, ale nadmiernie rozwiniętym i przedwcześnie dojrzałym. Hormony w nim buzowały i wystarczyło, że któregoś dnia jedna z tamtych, lekko podpita, wyciągnęła do chłopaka rękę, a gdy podszedł, bezceremonialnie wpakowała mu ją w spodnie, by stracił panowanie nad własnym ciałem".

    Pozbawiony dziewictwa i wszechstronnie edukowany przez mamusine przyjaciółki (a wszystko dzieje się w małym miasteczku, gdzie każdy o każdym wszystko wie, zaś ludzie plotkują na prawo i lewo - ale tego akurat nie wie nikt, cóż za przypadek) chłopiec nie zadaje się wcale z rówieśniczkami, ponieważ "romantyczne trzymanie się z nastolatką za rączki już Jakubowi nie wystarczyło, on chciał dużo więcej i dużo szybciej, choć czasem dość miał łatwych kobiet, które rozkładały przed nim nogi, gdy tylko matki nie było w domu".

    To gdzie wtedy, zrywa się warkot z ust Królowej Matki, do cholery, była? Jakim cudem w jej domu było ciągle pełno tych dojrzałych kobiet, "rozkładających nogi" przed czternastolatkiem, a jej - nie było? Czy tylko Królowa Matkę to zastanawia? 

    W wieku lat szesnastu Jakub poznaje przyszłą mamusię Kamili, która - uwaga! - jest jego nauczycielką, chwilowo zastępującą nieobecną wychowawczynię. Młodzian popada w uczucie i   "Uwodził swą ofiarę przez wiele, wiele tygodni. Cierpliwie, bez pośpiechu przełamując jej wrodzoną nieśmiałość. Na wycieczkach starał się być jak najbliżej niej. W klasie wodził za nią spojrzeniem błękitnych oczu. Przypadkowe dotknięcie jego dłoni wywoływało rumieniec na jej policzkach, ale nie był to rumieniec gniewu...", ale wiele mu z tego nie przychodzi, albowiem "Aniela miała jednak niewzruszone zasady moralne – uczeń był uczniem. Koniec, kropka".

    Niewzruszone. Zasady. Moralne.

    Smarkacz się za nią snuje, przełamuje "jej wrodzoną nieśmiałość" (WTF?!), zawsze obok, zawsze patrząc w oczy, dotyka jej niby przypadkiem, a ona się rumieni "bez gniewu" i jej niewzruszone zasady moralne nie każą jej, na przykład, tak sobie podywagujmy, no, nie wie Królowa Matka, kazać dziecku spadać na drzewo? W eleganckich słowach, ale właśnie to? Zająć się nauką i/lub rówieśniczkami? A jeśli nie to - to chociaż zdecydowanie uciąć te wszystkie możliwości, by on jej ręki dotykał i patrzył głęboko w oczy???

    Królowa Matka uczyła od 21 roku życia. Miewała uczniów młodszych od siebie o głupie sześć lat, zbudowanych jak młodzi bogowie (klasa pływacka, Kochani Czytelnicy), niektórych pięknych nad wyraz. Jej ulubiony uczeń był w czternastej wiośnie o głowę wyższy od niej. Zapewne wszyscy ci uczniowie wydzielali jakieś feromony i produkowali jakieś hormony. 

    Do głowy Królowej Matce nie przyszło, by na nich spojrzeć pod tym kątem. Pojęcia nie ma, czy któryś za nią wodził spojrzeniem i usiłował siedzieć zawsze blisko. Nawet teraz, gdy o tym myśli to jej się blokada włącza, bo uczeń jest dla nauczyciela nietykalny, przezroczysty, bezwonny i nienaruszalny.

    Dla wszystkich normalnych ludzi jest to chyba całkowicie oczywiste, jak Królowa Matka sądziła jeszcze do wczorajszego wieczora...

    No, nic, Aniela razem z jej niewzruszonymi zasadami  po zakończeniu zastępstwa w klasie Jakuba godzi się udzielać mu korepetycji, chociaż wie, czym to się może skończyć, noale, godzi się, ponieważ jest samotna, a jest samotna, ponieważ "Owszem, tolerowano ją w szkole i do grona nauczycielskiego przyjęto – bądź co bądź odciążała koleżanki i kolegów w użeraniu się z uczniami – ale już poza szkołą ledwie odpowiadano na jej pozdrowienia" czyli w autorkasiowym uniwersum pełnym nieprzyjaznych sobie i pełnych złej woli ludzi bez zmian.

    Jakub, jako fachowiec (gdyby komuś umknęło clou imprezy, Królowa Matka przypomina, że nadal  liczący sobie lat 16, słownie - szesnaście) nie rzuca się na panią profesor z łapami od razu, "Za to uniósł dłoń Anieli, wtulił gorące usta w jej wnętrze i rzekł niskim, zmysłowym głosem: – Kocham panią. Chciałem, by pani o tym wiedziała. A potem puścił bezwładną dłoń oniemiałej kobiety, spojrzał w jej złote oczy smutnym, pełnym beznadziei wzrokiem i zaprosił do swego pokoju. Aniela, przyciskając dłoń do mocno bijącego serca, wahała się przez chwilę. Oczywiście nie bała się, że chłopak zrobi jej krzywdę, mogła uciec w każdej chwili, bała się uczucia, które – zrozumiała to przed chwilą – żywiła do tego młodego mężczyzny".

    Szanowna AutorKasiu oraz Szanowni Czytelnicy AutorKasi (bo Kochani Czytelnicy bloga Królowej Matki wiedzą to sami z siebie i przypominać im nie trzeba), szesnastoletni chłopiec nie jest "młodym mężczyzną". Szesnastoletni chłopiec jest człekokształtnym opakowaniem na hormony, a zadaniem o dziesięć lat starszej kobiety jest wiedzieć o tym i nie pozwolić sobie na żadne "żywię do niego uczucie" oraz "to tylko raz i nie do końca", ponieważ - uwaga, Szanowna AutorKasiu, skup się teraz i może, nie wie Królowa Matka, zanotuj sobie gdzieś - to ona powinna być w tym wypadku stroną dojrzałą, zwłaszcza, że przecież posiada "niewzruszone zasady moralne".

    Pomimo zasad moralnych już "tydzień później, zaraz po tym jak pieścił ustami wnętrze dłoni kobiety, zaczął całować gładką, pachnącą i rozpaloną skórę nadgarstka, czując pod wargami oszalałe pulsowanie jej krwi, a gdy Aniela nie zaprotestowała, bo gorące pragnienie odebrało jej głos, ujął drobną, ładną twarz kobiety w dłonie i pochylając się ku niej, bo była dobre pół głowy od niego niższa, lekko, pytająco pocałował jej usta. Bezwiednie rozchyliła je, złote oczy pociemniały z pożądania. Nie musiała nic mówić. Zaczął całować tak, jakby to był pierwszy i ostatni pocałunek w ich życiu. Tak, aż obojgu zabrakło tchu. Aż ona zaczęła omdlewać pod jego dłońmi, a on z trudem pohamował się, by nie zerwać z niej sukienki i nie kochać Anieli tutaj, w holu, gdzie mógł ich nakryć byle listonosz. Jakub wiedział jednak, że gdy posunie się jeszcze dalej, ofiara zlęknie się i umknie, a jemu jeden jedyny, choćby nie wiem jak namiętny pocałunek nie wystarczył. Musiał zdobyć tę kobietę całą i do końca. Musiał posiąść jej ciało, serce i duszę. Tego właśnie pragnął".

    Po pierwszym razie następują liczne kolejne, naprawdę, aż się Królowa Matka zastanawia, gdzie mieszkał ten młodzianek, w wypasionej willi z osobnym wejściem, czy, przeciwnie, w spelunie, w której nikt nie zwraca uwagi na obściskujące się pary, w każdym razie mamusi bohatera nie uświadczysz, Czytelniku, nawet w jednym zdaniu, o stronie nie mówiąc, wszystko jest po prostu cudownie, moralnie i wspaniale, i żadne z naszych gołąbeczków nie chce zmian, niestety "Zmiany zaś nie zamierzały pytać ani jego, ani jej. Po prostu nastały wraz z dwiema kreskami na teście ciążowym, po który Aniela pojechała do Warszawy, bo gdyby kupiła go w jedynej aptece w miasteczku, następnego dnia wiedzieliby wszyscy, że Jadwisińska, tak, ta świątobliwa, niedotykalska Jadwisińska, jest w ciąży. Ciekawe z kim...? I w końcu ktoś przypomniałby sobie, komu pani nauczycielka coraz częściej i z coraz większym oddaniem udziela „korepetycji" (co przecież nie czyni z niej jego nauczycielki, no skąd, i zależność przełożony-podwładny również nie zachodzi).

    "Gdy Aniela ujrzała owe magiczne dwie kreski, pociemniało jej w oczach. Zlinczują ją! Koledzy i koleżanki z pracy, dyrekcja, rodzice uczniów, sąsiedzi... po prostu ją zlinczują, gdy padnie choć cień podejrzenia, że zaszła w ciążę z uczniem".

    I wiesz co, cholerna AutorKasiu? MIELI BY RACJĘ. To się właśnie należało twojej ofierze miłości. Publiczny wstyd, publiczny ostracyzm, a jakby się dało, to i jakiś paragraf. To się w pale nie mieści, że można pisać takie rzeczy, że można sobie ulepić taką pełną niewzruszonej moralności bohaterkę, wepchnąć całość między te pieprzone, słodziutkie okładeczki pełne motylków, falbanek i kwiatuszków, i sprzedawać całość jako "ciepłą opowieść o uczuciach"!!!

    Aniela znika z miasteczka i z życia Jakuba, on "Był młody i dość szybko pocieszył się, rozkochując w sobie następną, kolejną i jeszcze inną – kobiet zainteresowanych pięknym seksownym samczykiem nie brakowało" (ciągle mówimy o tym małym, sennym miasteczku, gdzie wszyscy o wszystkich, i tak dalej), aż wreszcie po latach, po dorobieniu się gigantycznej forsy, po zostaniu właścicielem prężnie działających firm, holdingów i innych manufaktur Jakub poznaje Kamilę, pałają do siebie uczuciem, na szczęście nim dochodzi do konsumpcji związku Jakub spotyka mamusię Kamili i dociera do niego, że poznał był mamusię jakiś czas temu, bardzo, ale to bardzo biblijnie.

    Dociera do niego coś jeszcze.

    – Ile ona ma lat? – wychrypiał, bo nagle zaschło mu w gardle. Te niespotykanej barwy złote oczy, takie same jak... – Ile Kamila ma lat?! 

    na co Aniela zwraca się do niego temi słowy:

    – Teraz o to pytasz, zboczeńcu?! Teraz, gdy próbowałeś dobrać się do mojej szesnastoletniej córki?! Naszej córki?!

    Buahahahaha. No buahahahaha normalnie. "Zboczeńcu", tak? Facet, który NIE PRZESPAŁ się z szesnastolatką (i który w dodatku, co otwartym tekstem AutorKasia napisała, nie wiedział, że to szesnastolatka, widział bowiem, jak kupowała w barze drinka legitymując się, a do głowy mu nie przyszło sprawdzać, czy aby nie wylegitymowała się lewym dowodem czy kartą biblioteczną) jest zboczeńcem.

    To kim jest kobieta, która regularnie sypiała z szesnastolatkiem, doskonale wiedząc, ile on ma lat, wykorzystując nieobecność jego mamusi i w dodatku będąc jego nauczycielką? 

    No, kim ona jest, droga pani Michalak? 

    Ofiarą samotności, tak?

    Ofiara samotności i zuych, zuych ludzi nawija dalej (a Ty, Miły Czytelniku, spójrz na obrazek i znajdź trzy różnice): 

    – Zmieniłeś się choć na jotę? Powiedz, Jakub. Ile dziewczyn miałeś od naszego ostatniego spotkania? Ile czasu zajęło ci omotanie szesnastoletniego dziecka? Miałeś w ogóle jakieś opory? Sumienie choć szepnęło, że Kamila jest za młoda na takie zabawy? Powiedz szczerze, sukinsynu...

    Ile czasu zajęło twojej niewzruszenie moralnej pani nauczycielce omotanie szesnastoletniego dziecka, droga AutorKasiu?

    Miała w ogóle jakieś opory?

    Sumienie choć jej szepnęło, że Jakub jest za młody na takie zabawy?

    Nie znalazłeś różnic, Drogi Czytelniku? Nopaczciepaństwo, Królowa Matka też nie, tylko jej od czytania  w oczach ciemniało i przysięga, ze gdyby miała autorkę pod ręką, to...

    No, może lepiej, że nie miała.

    Zwłaszcza, że to nie było creme de la creme tej historii, jakże pięknie pieniącej się, bulgoczącej i emitującej w przestrzeń swe zgniłe wonie na zaledwie dwudziestu kilku pierwszych stronach opowieści.

    Bo creme de la creme brzmiało tak:

    Jakub Kiliński nie był bezwolną ofiarą wyrachowanej, niewyżytej nauczycielki, której piękno chłopaka i jego młode chętne ciało przewróciły w głowie, to on był prowokatorem, to on wykonał pierwsze kroki i jeżeli już ktoś kogoś uwiódł, to Jakub Anielę, a nie odwrotnie. Oczywiście to nie miało prawa w ogóle się wydarzyć, jeśli jednak już kogoś obwiniać... (zgadnij, czyje podkreślenia, Czytelniku)

    Tylko, że wcale nie.

    Prawo zwyczajowe, prawo moralne, prawo karne w końcu zakłada że osobą odpowiedzialną zawsze jest osoba dorosła. Choćby szesnastolatek był nie wiadomo jak piękny, nie wiadomo o ile głów wyższy, nie wiadomo, jak cudownie zbudowany, i nie wiadomo jak bardzo rozsiewający feromony, to na osobie dorosłej spoczywa cała odpowiedzialność, ponieważ nastolatek  nie jest tak naprawdę w stanie podjąć decyzji w temacie przyzwolenia na podjęcie z nim określonych czynności seksualnych. Każdy, kto je z nim podejmuje, narusza jego wolność seksualną i to nie dlatego, że narusza jego wolę w tym względzie (bo szesnastoletnie chłopię może na czynności takie zezwalać, a nawet je inspirować, i to z okrzykami entuzjazmu na ustach), lecz dlatego, że osoba młodociana nie jest w stanie należycie przewidzieć wszelkich implikacji swej decyzji.

    Stworzenie podobnej sytuacji i podobnej pary w słodkiej historii o miłości jest obrzydliwe, obrzydliwe tak bardzo, ze Królowa Matka niemal wymiotowała, czytając to, a właściwie - kończąc czytanie, bo poza te dwadzieścia parę stron nie wyszła i już nigdy nie wyjdzie. Wcale nie jest ciekawa, co się przydarzy obleśnym bohaterom AutorKasi, kto i ile razy zostanie prawie zgwałcony (jeśli będzie pozytywną bohaterką), albo zgwałcony (ale dobrze jej tak, bo jest bohaterką negatywną), okradziony, oszukany, ubabrany w tym błocie, które tworzy pani Michalak, by je następnie opakować w pozłotko i róże, i sprzedawać jako kojące nerwy opowieści o wielkich uczuciach.

    Królowa Matka spyta tylko - czy ktokolwiek z Was, Drodzy Redaktorzy niegdyś szanowanego wydawnictwa "Znak" czyta ten szit, zanim go przyklepie do druku? Czy wystarczy Wam, że przyniesie Wam kasę, więc nieistotne, jak będzie cuchnąć, jakie szkodliwe treści głosić, jak fatalnie będzie napisany? Czy macie ludzi, którzy sprawdzają treść, zanim na oficjalnej stronie wydawnictwa napiszą o "tej niezwykłej, wzruszającej historii o przyjaźni i miłości", czy tylko oglądacie okładkę, a widząc na niej te wszystkie loczki, falbanki, koronki i kwiateczki myślicie: "To o miłości!" i piszecie, co Wam klawiatura na język przyniesie? Czy zadawalacie się recenzjami rozkochanych fanek na Lubimyczytać, czy czasem ktoś jednak rzuci okiem na to, co te fanki, łykając wszelkie obrzydliwości jak gęś kluski wyłącznie dlatego, że zostały opakowane w różową bibułkę, tak naprawdę czytają?

    Czy Wy się w ogóle nie wstydzicie promować podobnego... czegoś własnym znakiem towarowym?

    Królowa Matka by się wstydziła.

    Wstydzi się i za Was.

    by Anutek (noreply@blogger.com) at marzec 22, 2015 11:33

    zycie na kreske

    Slow Day Long

    Dialogi na cztery nogi, czyli co Alicja ma do powiedzenia – część 19

    Rodzeństwo

    Parę dni temu Ala wzięła nas z zaskoczenia. Podchodzi do Kamili i pyta poważnym tonem pokazując na brzuch:
    – Mamo? Czy tam w środku jest już Amelka?
    – Jaka Amelka Alu?
    – No Amelka! Mówię normalnie! Czego nie rozumiesz? Moja nowa mała koleżanka.

    Ulubiony kolor

    Wybraliśmy się na zakupy do galerii handlowej. Kamila szuka walizki na naszą niedaleką podróż, a ja udaję się z Alą do toalety. Po wykonaniu czynności fizjologicznej Alicja wręcz krzyczy do mnie wielce rozentuzjazmowana:
    – Ojej. To żółty kolor. Mój ulubiony.
    – Żółty? A gdzie ty widzisz ten żółty?
    – Jak to gdzie? W kibelku!

    Kucyki

    Nasza córka weszła w fazę zabawy konikami, księżniczkami i innymi typowo dziewczyńskimi zabawkami. Niech się bawi w najlepsze. Wczoraj kupiliśmy jej dwa wymarzone kucyki, którymi bawiła się przez pół dnia. Wieczorem, siedząc w wannie w taki oto sposób skomentowała nasz prezent:
    – Mamo. A te kucyki Pony, to one są strasznie brzydkie i zawistne.

    Gniew

    Poranek. Jak zwykle przychodzimy obudzić Alicję we dwoje. Przepraszam, we troje, bo zawsze przybiega za nami nasz kot Bronisław. Ala zanim wstanie leży jeszcze chwilę w łóżku i wstaje dopiero po chwili. W tym czasie ja parzę kawę, a Kamila usuwa zniszczenia, które w nocy narobił nasz kocur, który w tym czasie towarzyszy naszej córce. Dwa dni temu Ala woła nas i relacjonuje:
    – Mamo, tato zobaczcie. Bronek zepsuwa mi dywan i zamek Arielki. Gniewam się na niego.

    Coś ciekawego

    Ala dostała od nas nowy komplet klocków Lego. Kiedy opadły emocje Kamila proponuje Alicji zabawę:
    – Alu, może w takim razie zrobimy z tych klocków jakiś duży zamek dla księżniczki?
    – Nie, zróbmy coś ciekawego.
    – A co takiego?
    – Na przykład ciasto, pizzę, albo tartę.

    Reprymenda

    Niedziela. Ciepło. Słońce. W cieniu 15 stopni na plusie. Przyroda budzi się do życia. Ala na podwórku przed domem babci bawi się ze swoim kuzynem Kubą. A ten ma pewien pomysł:
    – Ala, chodź weźmiemy drabinę i złapiemy biedronkę.
    – (z karcącym spojrzeniem i politowaniem w tonie głosu) Kuba, i po co ci to? Spadniesz i będzie płacz!

    Więcej

    Ala zasnęła. My też już idziemy spać. Idę nakryć Alicję kołdrą i pocałować na dobranoc. Ala przez sen, nie otwierając oczu:
    – A ja chciałabym jeszcze więcej klocków Lego…

    Wiek

    Ala bawi się z dziadkiem. Coś mu opowiada i relacjonuje. Dziadek opowiada jej historie o Kamili i jej braciach. W pewnej chwili Ala mu przerywa:
    – A jak mama była w szkole i miała tysiąc lat, to…

    Dzień kobiet

    Z okazji Dnia Kobiet Kubuś przywiózł babci czekoladki. Scenie przygląda się Ala, która komentuje z wyrzutem:
    – A dla mnie? Przecież ja też jestem kobietą!

    Rzeka

    Wybraliśmy się na wiosenny spacer nad rzeką Bystrzycą. W pewnej chwili Ala zadaje pytanie:
    – Tato, a jak się nazywa ta rzeka.
    – Bystrzyca
    – Bez cyca? Bez cyca? No nie, chyba nie bez cyca (Ala popada w gromki kilku minutowy rechot).

    Pobudka

    Niedziela 7.50. Otwierają się drzwi, zza których wyłania się rozradowana twarz naszej córki.
    – Tato, mamo, wstajecie. Już jest dzień. Pobudka! Trzeba przeciągać się!
    – Alu, ale my chcemy jeszcze chwilę poleżeć!
    – Ale już jest dzień. Trzeba się przeciągać, wykąpać się, umyć ząbki i coś zjeść!
    – Jeszcze chwilę, chcemy jeszcze poleżeć.
    – Ale wy nie jesteście Bronkiem, nie jesteście kotami, żeby spać w dzień. Wstawajcie. Ale już!

    Język Angielski

    Ala bawi się w pokoju na dywanie. Czytam jej książeczki. W przerwie między jedną, a drugą Ala odzywa się do mnie.
    – Luk et dys. To jest ślimax, a to jest skróliks!
    – Alu, co ty do mnie mówisz?
    – Tato, ja używam do ciebie języka angielskiego.

    Stadion

    Jakiś czas temu organizowaliśmy event na wrocławskim stadionie. Kilka dni przed nim jedziemy tam w celu odbycia wizji lokalnej. Kiedy Kamila udaje się do biura w celu dokonania ostatnich ustaleń, ja wymykam się z Alą na trybuny, bo nigdy jeszcze nie była na stadionie. Zawsze, kiedy koło niego przyjeżdżamy, Alicja pyta się, czy tam w środku (w stadionie) są palmy i Piotruś Pan.

    Rozumiem ją, bo obiekt do złudzenia przypomina z zewnątrz Tropical Island, które odwiedziliśmy z naszą córką w ubiegłym roku (zobacz TUTAJ). Dlatego, kiedy wyszliśmy z Alą na trybuny, moja córka skomentowała to krótko:
    – Tu nie ma wody. Tato, a gdzie jest woda? Myślałam, że tu jest woda. Jestem trochę rozczarowana.

    IMG_20150312_171724

    by Damian at marzec 22, 2015 07:18

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Skomentuj Kawiarnia z Muminkami, którego autorem jest Pong

    Komety nie ma, Buki nie ma, poslow nie ma, nic nie ma :) A tak powazniej, to restauracja ze strzelnica ASG jest w Tokio. Przychodzisz, wybierasz zestaw z dowolna replika pistoletu/karabinu, jesz, pijesz, a potem probujesz trafic do tarczy. Jest tez taka, gdzie mozna rzucac talerzami :)

    by Pong at marzec 22, 2015 07:06

    zycie na kreske

    marzec 21, 2015

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Skomentuj Kawiarnia z Muminkami, którego autorem jest Polanin

    A gdzie kometa? ;D
    Szkoda że nie mają strzelnicy z Polskimi posłami w roli celów. Robiła by furorę wśród klientów znad Wisły. Ciekawe czy w Japonii byłoby to legalne gdyby za cele robili politycy.Nawet jeśli używano by broni pneumatycznej jak na strzelnicach w Wesołym Miasteczku.

    by Polanin at marzec 21, 2015 07:51

    Dzieciowo mi

    Zwycięstwo! Pokonałam ciecierzycę i ujeździłam kurczaka!

    Bój był zacięty a siły nierówne. Ja kontra cycki i to nie moje, bo tutaj też bój byłby nierówny, ale na moją

    by Malwina Ferenz (Krusz.) at marzec 21, 2015 07:41

    Niezbyt boska ja

    Eine interessante Woche

    Och och, jakiż to ja miałam ciekawy tydzień :)

     

    We wtorek kupiłam sobie samochód. Oczywiście nie nowy, tylko inny :) Dzięki WSPARCIU poszło to nadzwyczaj pięknie i sprawnie.

    Koniec jeżdżenia cudzesami. 

     

    W środę uciekłam z pracy i poszłam na Śnieżkę. Pogoda była cudowna. Ale na medal TYTAN PRACY raczej nie liczę :)

     

    W sobotę zaś przebiegłam 8 Półmaraton Ślężański, a mój drugi. 

     

    I powiem Wam: znacznie łatwiej jest kupić samochód niż przebiec półmaraton:)

     

    by boskajana@NOSPAM.gazeta.pl at marzec 21, 2015 07:37

    TUV

    żeby nie zapomnieć,tak sobie notuję

    mama kilka dni temu poprosiła mnie dość natarczywie o …sreberko.

    Kiedyś tam,Kneź dał mi butlę srebra nanokoloidalnego i tak się zaczęła przygoda.Matka miała swoją własną i jakoś nie mogła się przekonać by wypić ją do dna.Aż do ostatniej choroby.Co do kropelki i prośba by jeszcze,bo to jej pomaga.

    Wiadomo, człowiek chory to staniesz na rzęsach by zadowolić a jak jeszcze o specyfik taki ,co to ku zdrowotności służy pyta to już KONIECZNIE.

    Kneź zdziwiony ( bo przecie sami umiecie pewnie lepiej zrobić to ) ale bez zbędnych dyskusji i ku wielkiemu memu zaskoczeniu po dwóch dniach od pytania DOSTARCZYŁ.

    Bukłak słuszny. Matka sobie tam popija jak czasem wstaje , piję i ja i X-men.

    Pijemy bo grypa nie odpuszcza. Za wcześnie jednak wstałam myślę. Ale cóż. Ktoś matce lekarza musiał sprowadzić…Potem leżałam jeszcze martwym bykiem ale widocznie zaszkodziło to poranne wstawanie i wśród chorych wystawanie.

    Do tego ta grypa to podła podstępna szuja jest,bo nawraca cichaczem co już niejeden klient mi donosił. Pomimo antybiotyków,leżenia po tygodniu,miesiącu, znów się uaktywnia.

    I obracasz się wśród takich ludzi i w domu wszyscy chorzy i jak tu zdrowieć?!?

    Piję ziółka również.

    Skrzyp, tę tam moją nawłoć i potuptam po lebiodę acz nie mam siły jakoś już teraz zaraz. Klienci pozamawiali pościel to szyłam wczoraj dzień cały,X-men po materiały pojechał i dziś miałam też ale mnie zmogło i po zamknięciu firmy spałam i spałam.

    Pogoda względnie ładna.Nawet dość ciepło,choć wiatr zdradliwy.I o dziwo masa ludzi w CZAPKACH chodzi ! Dziw nad dziwy.

    mama jakby lepiej.mało je.Dziś miałam zalewajkę,naszą jarską ,zaakceptowała i zjadła.Ale tuv nic więcej nie !

    Robię jej skrzyp ale pije mało.Wrrrr,kubka przez dzień cały nie możesz wypić ?!?! Pije,przecież piję stęka…

    Mnie taki tam suchy,pusty kaszel męczy.Irytująco wkurzający. Kaszlę chwilkę a co kaszelek to oko chce wyjść na zewnątrz i ból paskudny.Migrena mnie dopadła za prawym okiem tym razem.I wyobraźcie sobie że chce się KASZLEĆ. Tak bez sensu,sucho , z gardła. I ten ból za okiem się wzmaga do granic. Za każdym razem.

    Tylko sen pomaga.

    Dobranoc

    by Tuv at marzec 21, 2015 05:11

    Smoking kills...

    O OGÓRKOWEJ (!) I KŁODACH POD NOGI

     

    No i przez Was gotuję dziś ogórkową! Roznosicie jakąś ogórkową wściekliznę.

    Natomiast również dzisiaj rodzina mi uświadomiła, że Wielkanoc nie jest za tydzień, tylko za dwa. Bo ja byłam święcie przekonana, że za tydzień i już żyłam żurem i zamawianiem bab (zamawianiem, tak? boję się drożdżowego ciasta prawie jak mojego ducha). Znowu się rozminęłam z kalendarzem, ostatnio często mi się to zdarza. Mój mąż utrzymuje, że to dlatego, że pędzę radosny i niespecjalnie obciążony obowiązkami żywot szczęśliwej ostrygi (czytaj: opierdalam się koncertowo). Boli mię, iż muszę przyznać, że trochę racji ma. Cholera jasna.

    Szczypawka jest taka słodka i śliczna, że zaproponowałam, żebyśmy w tym roku kupili większy koszyczek i niech wystąpi w roli baranka wielkanocnego. Na co N., że proszę bardzo, ale żebym miała świadomość, że po święceniu będziemy zmuszeni wysłuchać wielu uwag w stylu „Przepraszam bardzo, ale państwa baranek opierniczył kiełbasę z mojego koszyczka” – „I z mojego, i z mojego!”.

    Całe życie kłody pod nogi.

    PS. No oczywiście, że słodka. Psie selfie z łapki:

    szczypiselfie

     

    by Barbarella at marzec 21, 2015 01:10

    moje waterloo

    2063

    Kupiłam Edkowi Cześka żeby się ode mnie odchrzanił, zwłaszcza na okoliczność rzucania klipsem od chleba. Wiecie - taki zamykacz woreczków, na którym wybita jest data. Najlepsza zabawka.
    Z kotami podobnie jak z dziećmi. Po latach zrozumiałam, że nie warto inwestować zabawki i przebywającemu okresowo u nas Dzikowi rzucałam na dywan pokrywkę od garnka, drewniane coś, czego nazwy nie znam, a ma taką kulkę na końcu i służy do mieszania w makutrze, lub też i mały rondelek. To pobudza wyobraźnię. I daje pół godziny spokoju.
    Aha. I piłkę dla kota. Kot i tak się nią nie bawił. Wolał klips od chleba.

    Pragnę nadmienić, że nie osiągnęłam żadnego efektu, a właściwie całkiem odwrotny. Edek nadal żąda rzucania klipsem i aportuje go z godnym podziwu zaangażowaniem (trzysta razy - dopóki nie zacznę płakać), natomiast Czesiek w tym czasie wchodzi mi na głowę, żeby było trudniej schylić się po klipsa. Marzenia o świętym spokoju legły w gruzach. Przestrzegam matki, które dorabiają kolejne dzieci z myślą o ich wzajemnej interakcji.
    Nie czyńcie tego - kot Wam wytłumaczy.

    Czesław jest kotem pełnym dobrej woli i nieznającym, co to foch. Uważa, że każdy problem możemy rozwiązać poprzez rozmowę, więc gada jak najęty. Posiada bowiem bogate życie wewnętrzne oraz liczne przemyślenia. Którymi MUSI natychmiast się podzielić. Ze mną.
    Ciszy nocnej nie honoruje, bo życie wewnętrzne toczy się również o 23.30.

    Jeśli jesteś, Drogi Czytelniku, osobą, której zaświtała myśl o zakoceniu domu, a wcześniej styczności z zamieszkiwaniem kota nie miałeś, jedź do naszej hodowli kotów archangielskich i weź dwa. Gdy Cię nie będzie w domu, koty pogadają ze sobą. Kiedy wrócisz, nie będziesz mógł narzekać na nieobecność wrażeń.

    Poza tym Czesław jest pieszczochem, jakich nie znała do tej pory galaktyka. Owszem, wszystkie nasze koty są bardzo kontaktowe, kochają nas, uwielbiają gości, nie separują się, nie unikają - wręcz przeciwnie. Ale Czesław to już przesadził.
    Czesław uważa, że nas olśniewa. I jest zdania, że powinien być nieustannie dopieszczany oraz noszony na rękach. Poświęca wiele czasu na rozmyślania, dlaczego pozostałe koty nie mają rąk. Powinny mieć. I go nosić. Bo trzy osoby w domu, noszące Czesława, to jest zdecydowanie za mało.
    Jeśli kiedyś napotkam w domu obcego człowieka z Czesławem na rękach, bez trudu uwierzę, że go wynajął.

    Straciłam rachubę, ile waży, ale jest spory. A ogon nadal dłuższy od całego kota. Sierść ma wyjątkowo miękką - myślałam, że mu przejdzie z wiekiem, ale chyba nie. Zakończył prawdopodobnie wybarwianie i jest chodzącym Misterem Universum: biały, z minimalnym jakby cieniem srebrzystości na całym Czesławie, oraz bardzo regularnymi pointami we właściwych miejscach, czyli na uszkach, pyszczku, łapach i ogonie. I oczy ma niebieskie, niebieściutkie - rzadkość u kotów.

    Rozrabia.
    Tłucze.
    Zrzuca.
    Grzebie w garach.
    Wywala wszystko z półek.
    Kradnie.
    Pyskuje.
    Żre.

    A po każdym przestępstwie przychodzi, patrzy człowiekowi głęboko w oczy tym niebem, zasypuje całusami, trąca główką, przytula się całym Czesławem i... kocha oczekując niezmierzonej wzajemności. Po prostu nie można mu się oprzeć.
    Uwielbiamy go i nawet nie będę udawała, że jest inaczej.

    No, dobra - pomysł z leżeniem na twarzy jest przereklamowany. Ale nie mogę narzekać, wciąż waży mniej niż Karol, więc mnie oddycha się łatwiej niż Prezesowi.

    Absolutna niewinność. Nie wie, o czym rozmawiamy.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at marzec 21, 2015 12:46

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Skorpion w rosole

    (169) Oczko wodne.

         Już niedługo nasz status społeczny niechybnie wystrzeli w egzosferę establishmentu i będziemy tam świecić jak gwiazda zaranna - długo i oślepiająco. Osiągniemy wysokie parametry w brylowaniu oraz szpanie, a to dzięki zbytkom i fanaberiom. Już niedługo staniemy się bowiem dumnymi właścicielami oczka wodnego. Firma X, której nazwy tu nie zdradzę, gdyż byłaby to jawna kryptoreklama, przysłała do nas niezwykle utalentowanego w tej materii dizajnera.

    fot. ze strony e-ogródek
       
         Pracownik podszedł do zadania bardzo profesjonalnie. Obłożył się książkami (naszymi) -Atlasem roślin z przodu i Stawami i strumieniami z serii Zeszyty Szkolne wyd. Muza - z tyłu, po czym wprawnie wybrał kilka gatunków z flory i fauny, kierując się, prócz rolą w akwenie, także ich bezbrzeżną urodą i upodobaniem do pluskania się w odmętach. Patrząc mu przez ramię zapytałam tylko, czy faktycznie ławica karpi nie będzie antagonistyczna względem, bądź co bądź, słonowodnych węgorzy, które w zasadzie powinny udać się na tarło do Morza Sargassowego, gdy tylko poczują chuć w długaśnych jak sznurowadło, żyłach. I czy nasze rury kanalizacyjne są połączone z rzeczonym morzem, czy trzeba będzie wykopywać kanały. Spojrzenie specjalisty mnie zmroziło, a szept, że "wiedziałem, tylko sprawdzałem" zgasił mnie na wstępie.
         Dlatego już nie śmiałam się wtrącać. Nie drgnął mi już zatem żaden mięsień twarzy, gdy pan nakazał wykopać w ogródku dół wielkości grobu głębinowego i wybetonować go. Wybetonowanie było wersją pierwotną. Podrapał się w ucho, wytarmosił grzywkę i odgryzł gumkę z ołówka, pomamrotał coś pod nosem, patrząc niewidzącym wzrokiem przed siebie i przekreślił zamaszyście plebejski beton jako niegodny nas, czcigodnych, w jego miejsce nakreślając okrągłymi zgłoskami cesarskie marmury. Noo, marmury to ja rozumiem, podobnież jak wygięte w łuk zadaszenie (szkło gięte o grubości 5 cm). Ile kosztuje stoliczek z giętego szkła, to można sobie zobaczyć na Allegro. Nasze oczko wodne to nie tylko splendor, to, jak widzę, także rozsądna lokata kapitału. W marmurach, złotych rybkach i szkle wygiętym.

    Fachowiec skończył kreślić plany, na które, hosanna, nie musiałam czekać tygodniami, jak to jest w zwyczaju wszystkich firm. Ot, przyszedł, siadł, narysował i nawet zrobił kosztorys. No właśnie. I jakie niskie koszty! Tylko 500 zł! Za takie luksusy 500zł! I jeszcze pytał, czy aby mamy tyle, bo może pozamieniać co nieco w projekcie, by je obniżyć. Ot, moglibyśmy nie sprowadzać ryb z Polinezji, a nawet zrezygnować z zimowego ogrzewania. A w ogóle, to można zminimalizować nakłady do kwoty dwucyfrowej, bo on, ten pracownik, widział, jak Małż zawoził na działkę dwie ocynkowane balie, w które można wetkać miniaturowe nenufary i kosaćce.
     Oczko w balii - powinno nas teraz wydmuchać na wysokość I piętra w oficynie. Co najmniej.


    Projekt oczka wodnego, format A3:

    Od lewej:
    - drewniane pomieszczenie,
    - szklany dach 1cm (pierwotne 5cm skreślono po pertraktacjach),
    - granit,
    - glony,
    - rośliny,
    - ślimak wodny bez rogów,

    Część centralna od góry:
    - żaba (plus szkic odręczny),
    - 3m (?),
    - roślina, bojownik 2x (chłopak i pezpłodna dziewczyna) plus szkice bojowników sztuk 2. Pisownia oryginalna,
    - gupigk 2x (duże chłopaki, bezpłodna dziewczkna) - pisownia oryginalna, plus rys.,
    - glonojad (chłopak i bezpłodna dziewczyna),
    - wylęgarnia komarów (dla ryb mięsożernych - wszystkie kursywy - dop.redakcji),
    - nawadnianie,
    - ziemia.

    Z prawej:
    - rośliny
    - granit
    - drzwi.

    Zostawiam Państwa sam na sam z tą wizjonerską wizją dopieszczonego projektu. Firma czynna w dni powszednie od 18.00 do 18.30, stąd terminy realizacji zamówień nieco ulegną wydłużeniu.

    by pandeMonia (noreply@blogger.com) at marzec 21, 2015 10:51

    Zuzanka

    zycie na kreske

    Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

    Bohater Julian

    Najpierw były wspólnotowe rekolekcje, potem szybki przeskok do dzisiejszego, całodniowego braku prądu. W połączeniu z zaćmieniem słońca- odcięci od światła, przynajmniej w pełnym jego wymiarze. Artur dostawał szału, bo mu się bateria w „tabletce” wyczerpała akurat jak odkrył grę z kotkiem. Na chwilę pomogło ładowanie w samochodzie, ale gubił go brak cierpliwości. Nasze cywilizacyjne nawyki […]

    by siostra at marzec 21, 2015 12:25

    marzec 20, 2015

    Ania 13

    Niecałkowite zaćmienie

    Dopiero gdy zerwały się ptaki, dostrzegła, że zrobiło się wyraźnie ciemniej i chłodniej. Powietrze nabrało grafitowego koloru. Wzburzone dotąd fale uspokoiły się. Ogarnął ją niepokój. Co teraz będzie? Jak długo to potrwa? Rzuciła okiem na uśmiechniętą koleżankę, która cały czas z zadartą głową wpatrywała się w zasłonięte Księżycem Słońce, przysłaniając twarz kartką papieru z dziurką pośrodku. Na plaży stały tysiące ludzi w takiej samej pozycji.

    Dopiero gdy wysiadłam z tramwaju, zauważyłam zainteresowanie tłumu zjawiskiem na niebie. W ostrzejszym powietrzu niż kilka chwil wcześniej, miasto i tak wyglądało jakby zasnuła je mgła. Smog nie przepuszczał żadnych innych myśli. W tramwaju ważniejszy był korek i powtarzane pytanie, przeciskające się od tyłu do przodu pojazdu „Dlaczego stoimy?”. Na ulicy zaś, zamiast osłaniać oczy, gapie osłaniali smartfony, przez których ekrany patrzyli na słońce.

    – Mam kliszę rentgenowską, może skorzysta pani, by obejrzeć zaćmienie? Za moment będzie maksimum. – usłyszałam propozycję, z której się wymigałam. Nie dlatego, że nie chciałam oglądać zaćmienia przez czyjś kręgosłup czy złamany obojczyk. Chciałam być z zaćmieniem sam na sam, bo tak duże wywierało na mnie wrażenie.


    Niecałkowite zaćmienie z 1999 roku przeżyłam w Brighton na plaży  i dzisiaj w Krakowie na ulicy. Na zdjęciu – resztka słońca z 1999 r. puszczona zajączkiem na spodnie koleżanki.

    by ania13 (noreply@blogger.com) at marzec 20, 2015 11:48

    Domowa kuchnia Aniki

    Sałatka pieczarkowa z porem i jabłkiem

    Sałatka pieczarkowa z porem i jabłkiem



     
    Dziś kolejny przepis na sałatkę pieczarkową, tym razem z dodatkiem jabłka. Sałatka bardzo smaczna i dość szybka w przygotowaniu. Z podanych ilości wychodzi spora miska sałatki. U nas zjada się ją z pieczywem i wędliną. najczęściej kupuję do niej kabanos i jakąś szynkę. Całość bardzo smaczna. Polecam! 






    Składniki:
    • 400 g pieczarek
    • olej do smażenia
    • 1 puszka kukurydzy
    • 3 średnie ogórki kiszone
    • kawałek białej części pora ( ok 10 cm )
    • 1 średnie jabłko 
    • 4 jajka
    • mały słoiczek majonezu
    • sól
    • pieprz
    Sposób wykonania:
    • Pieczarki obieramy, myjemy i kroimy w cząstki, a następnie smażymy na 2 łyżkach oleju, aż odparuje z nich płyn w międzyczasie soląc je i doprawiając pieprzem. Następnie studzimy
    • W dużej misce łączymy odsączoną kukurydzę, ostudzone pieczarki, pokrojone w kosteczkę jabłko, ogórki i jajka. Dodajemy pokrojonego w cienkie piórka pora. 
    • Całość doprawiamy delikatnie solą i pieprzem, a następnie dodajemy majonez i wszystko mieszamy
    • Podajemy z pieczywem i ulubioną wędliną

      by Anika (noreply@blogger.com) at marzec 20, 2015 09:07

      Kurlandia

      Książka

      Jakiś czas temu pojawiła się realna szansa, by Kurlandia została wydana w postaci książki. Nie będę mówić o szczegółach, bowiem jestem osobą twardo stąpającą po ziemi. Teraz jest dla mnie trudny czas. Muszę pogrzebać w przeszłości, na nowo przeżywam traumatyczne wydarzenia. Do tego moja Babcia wylądowała w szpitalu z podejrzeniem udaru. Ma tak zaawansowaną demencję, że zraża do siebie otoczenie. A mi serce pęka, bo wiem, że to starość przez nią przemawia, nie złośliwość i podłość. Muszę ocalić wspomnienia o Babci od zapomnienia. Ciężką lekcję mam do odrobienia. Jestem już na czerwcu 2012 roku…

      ***

      by Iga at marzec 20, 2015 08:43

      Dzieciowo mi

      Akcja kolonizacja, czyli Polak odwiedza szpitale

      Człowiek zaraz po porodzie dowiaduje się kilku bardzo istotnych rzeczy. Wie już, że posiada mięśnie, o których istnieniu nawet nie marzył, i

      by Malwina Ferenz (Krusz.) at marzec 20, 2015 08:05

      Zapiski dojrzalej kobiety

      Witam kwiatem wiosennym w pierwszy dzień wiosny.

      Witam kwiatem wiosennym
      Skromniutko,
      Filuternym uśmiechem,
      Serca nutką.
      Sto lat życzę,
      Może więcej?
      Oby były
      W szczęściu,
      W zdrowiu,
      Nie w udręce!
      Oby słońce przyświecało
      Twoim krokom,
      Oby szczęście wędrowało
      Razem z Tobą,
      Oby uśmiech,
      Myśl pogodna
      I marzenia
      Były zawsze,
      Tuż przy Tobie,
      Były obok
      Tak jak ślad
      Twojego cienia.
      (Autor: Tamara Żuchowska)

      Poszłam ci ja wczoraj na zakupy.
      Naszła mnie akurat wena zakupowa, której zlekceważyć nie mogłam, bo ta bardzo rzadko mnie nawiedza.
      Niby nic nie potrzebowałam, ale pomyślałam sobie, ze może jakiś wiosenny ciuszek poprawi mi samopoczucie.
      Schodziłam się jakbym co najmniej weszła na Giewont a kupiłam tylko coś pomiędzy dłuższą  kurteczką a mini płaszczykiem.
      Ale przy okazji wpadło mi w oko kilka fajnych bluzeczek, więc po weekendzie znowu się na zakupy wybiorę.
      Po południu obsadzałam moje balkonowe „hektary” w wyniku czego dzisiaj po mieszkaniu ledwo się snułam.
      Sprzątał ślubny, co prawda tylko dwa pokoje, ale bardzo solidnie tzw. „na święta”;))).
      Po weekendzie sprzątniemy resztę i to by było tyle w kwestii porządków świątecznych.

      Dzisiaj Felek pokazał co naprawdę potrafi, kiedy chce mu się obciąć pazury.
      Porządnie mnie ofukał, dwa razy złapał mnie za rękę zębami (solidnie, ze zrobieniem dziurek w dłoni) próbował więcej razy, ale wtedy ja
      już byłam szybsza;).
      Na dodatek kilka razy pacnął mnie łapką z wysuniętymi pazurami.
      Czarno widzę moją rolę nauczycielki, bo uczeń jest wyjątkowo czupurny.
      I teraz zaczynam rozumieć ludzi, którzy wolą kupić rasowego kota, niż wziąć bezdomnego dachowca.
      Bo można sobie wybrać rasę z charakterem jaki nam odpowiada –kota spokojnego, lub kota z temperamentem.
      A z dachowcem jest jak z ruletką – albo trafi nam się kot spokojny, albo dzikus.
      Jeżeli z czasem Felek nie da się przekonać do „toalety” w domu, będzie musiał być wożony do salonu, gdzie obetnie mu pazury fachowiec.
      Nie przypuszczałam, ze Felek ze słodziaka i przytulanki wjednej chwili potrafi się zmienić w kąsającego dzikusa;).

      by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at marzec 20, 2015 07:29

      Eksribicjonizm kontrolowany

      6 wniosków na 6 miesięcy po ślubie

      Dokładnie 6 miesięcy temu NARESZCIE wzięliśmy ślub.


      Pytanie "jak tam życie po ślubie?" w różnych wariantach usłyszałam przez ten czas jakieś 150 razy. Ten wpis dedykuję wszystkim pytającym. I niepytającym też.


       Nic się nie zmieniło.




      Zachowujemy się tak samo jak przed ślubem, czujemy do siebie to samo i nawet śpimy po tych samych stronach łóżka. Czasem on czule pogoni mnie frazą "miejsce żony jest w kuchni!". Albo ja zażartuję, żeby wkręcił żarówkę, "bo od tego przecież mam męża". Poza tym na zachodzie bez zmian. Mieliśmy zakładać wspólne konto (co jest możliwe także przed ślubem, ale On jest formalistą) - na razie przekopujemy się przez oferty banków, które wcale nie są tak przyjazne dla małżeństw jak sądziłam.


       Ale zmieniło się wszystko.



      Choć sama nie uważam siebie za inną osobę, wiele osób inaczej mnie traktuje, odkąd zostałam żoną. To naprawdę mnie zaskoczyło! Nie sądziłam, że tylu jest na świecie tradycjonalistów. Oczywiście, nie jest to jakaś ogromna różnica, ale jednak mężatki postrzegane są inaczej. Prawda jest taka, że żyjemy w społeczeństwie, w którym naturalne jest formalizowanie związków, o których myśli się poważnie. Nietrudno odwrócić to myślenie i stwierdzić, że dla wielu związek nieformalny nie jest związkiem "na serio".


       Ślub to tylko jeden dzień.



      Dlatego warto potraktować go odpowiednio. Co mam przez to na myśli? Złoty środek.
      Zbyt nonszalanckie podejście może wywołać lawinę żalu i pretensji do samej siebie, już po fakcie, bo może jednak warto było założyć welon, zamówić lepszy zespół, wybrać fotografa zamiast dawać wujkowi idiotenkamerę albo ubrać świeżo upieczonego małżonka w garniak inny niż ten z pierwszej komunii. Owszem, to TYLKO ślub, ale zapamiętacie go na długo - przykro, jeśli te wspomnienia będą pełne negatywnych emocji.
      Z kolei, zbyt poważne traktowanie dnia ślubu prowadzi do załamań nerwowych z powodu uszczerbionego paznokcia, chaosu decyzyjnego i kłótni nad kolorem samochodu, ściśniętego żołądka i głodówki ze stresu, gorączkowego sprowadzania ręcznie szytej kiecki zza oceanu czy kredytu na detale, na które nikt nie zwróci uwagi. To TYLKO ślub, nie ma sensu się nadmiernie spinać.
      Tako rzecze półroczna żona.


       Nie koniec, a początek.



      Ani przez moment nie żałowałam, że zrezygnowałam z tradycyjnego wieczoru panieńskiego. Nie było mi potrzebne pożegnanie z panieństwem, ponieważ - patrz punkt pierwszy: nic się nie zmieniło. Dalej mogę wychodzić sama, urządzać sobie babskie wieczory, a we wrześniu tradycyjnie wybiorę się z Siostrą na francuską kolację (od kilku lat tak świętujemy jej urodziny). Jemu nadal zdarza się wyskoczyć po pracy na piwo albo zrobić sobie męską imprezę z kumplami, gitarą i pizzą. Ślub to po prostu bramka na autostradzie - za nią jest taka sama droga jak przed nią.


       Czas jest najlepszym prezentem.



      Po kilkunastu latach bycia razem nie jest łatwo wymyślać prezenty, a robimy to przecież dwa razy do roku: na urodziny i na Gwiazdkę. Na szczęście dawno zrozumieliśmy, że wcale nie musimy rzucać się nawzajem na kolana. Wspólny wieczór przy pizzy i filmie, wyjście razem na cydr czy frytki, wyjazd na weekend - tego nie kupimy w żadnym sklepie (chociaż możemy zapłacić kartą).


       Jedenaste: nie porównuj!



      On ostatnio wspomniał o swoim znajomym z pracy, który rozwija się zawodowo, ćwiczy jakieś szalone sztuki walki, ma pięć innych pracochłonnych hobby, a jeszcze znajduje czas na sędziowanie w konkursach piwa, na którym się świetnie zna.
      - Zazdroszczę gościowi! - podsumował On. - Ja nie mam na to wszystko czasu.
      - A czy on ma żonę? - spytałam spokojnie.
      - No... Nie.
      - A czy wolałbyś mieć czas na milion rzeczy, a nie mieć mnie? - drążyłam dalej. (Kobiety to jednak wredne są).
      - Pewnie, że nie - oświadczył On po dwóch sekundach namysłu.

      Ktoś mądry powiedział, że porównywanie to złodziej radości - i miał rację. Nie wynika z niego nic dobrego, bo kiedy porównując, stawiamy siebie niżej, czujemy się źle, a kiedy wyżej, darzymy innych pogardą, a sami odczuwamy nieuzasadnioną dumę. W przypadku ślubu i związków porównywanie się boli szczególnie, bo widzimy tylko fasadę: białe sztachety płotu i ludzi, którzy ciągle dają sobie buziaczki. Trawa u innych zawsze wydaje się bardziej zielona.

      No i co powiecie na te moje przemyślenia?

      by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at marzec 20, 2015 07:25

      Blog do czytania

      Splendor

      Nobliwe damy, szlachetni panowie, diamenty, złoto, intryga, słodycz sukcesu, gorycz porażki. Przez pół godziny możesz znaleźć to wszystko. Jedyne, czego nie znajdziesz, to nuda. Są takie planszówki, które mają rozbudowane zasady, masę skomplikowanych modyfikatorów, wiele kości do rzucania, karty, zagmatwaną historię i tłumaczenie zasad trwa dłużej niż zajmie przeczytanie tego wpisu (na ciebie patrzę, „Horrorze […]

      by Bartosz Cicharski at marzec 20, 2015 06:58

      efka i koty

      Wiosna wiosna

      Pierwszy dzień wiosny będę spędzać w pracy. Musiałam więc przywitać wiosnę wcześniej. Zrobiłam to w parku na rowerze. I powiem Wam, że wiosny jest już bardzo dużo. A fantastyczne słońce dodaje energii i chęci do życia. 
      Tomorrow is the first day of spring. Unfortunatelly I will spend it in work. So I celebrated it a little earlier in the park with my bike. And spring is here :-)


      Typowy polski widok. Niestety jeśli nie zastawimy drogi auta wjadą wszędzie.
      Szkoda tylko, że piesi i rowerzyści przeciskają się bokami. 
      This is typical polish view. They make barriers to protect park from cars.
      Pedestrians and cyclists must make their own paths to go there.


      Zaraz po wejściu do parku zaskoczyły mnie te zielone listki - były już całkiem duże.
      A także urocze stokrotki :-)
      In the park I found this beautiful leaves and flowers.



      Uwielbiam te piękne brzozy. 
      Birch-tree - my favourite



      Selfie z rowerem :-)
      Uwielbiam mój rower i przejażdżki po parku.
      Selfie with my bike :-)


      To piękne drzewo rośnie w otoczeniu stosunkowo niedużego lasku
      i naprawdę robi wielkie wrażenie.


      Ta tajemnicza torba kusiła aby zajrzeć do środka. 
      Jednak tego nie zrobiłam bo nie chciałabym tam znaleźć jakiejś obciętej ręki :-)
      Ewidentnie za dużo oglądałam Kości.
      I found this mysterious bag but I was a little afraid to look inside.
      I watch to much Bones series :-)


       Park Tysiąclecia we Wrocławiu ciągnie się wzdłuż rzeki Ślęzy. 
      Można jechać parkiem tam gdzie drzewa lub drugą stroną wałem.
      Obie wersje są równie urokliwe :-)
      My favoutire park in Wrocław and Śleza river.
       


      Wracając do domu odwiedziłam kaczki w naszym osiedlowym parczku :-)
      This pond with ducks is close to our home in little park.


      Koty tez się cieszą wiosną. Coraz więcej czasu spędzają na balkonie łapiąc słoneczko. Dziś zrobiłam im udaną sesję zdjęciową. Muszę teraz tylko obrobić zdjęcia :-)
      Our cats are wery happy that spring is coming. For them it means longer hours on the balcony, sun on the fur, singing birds and flies to catch :-)

      by efka i koty (noreply@blogger.com) at marzec 20, 2015 03:33

      Tokyo Pongi (komentarze)

      Skomentuj Kawiarnia z Muminkami, którego autorem jest Beata

      A taki ładny Muminek na tej niedobrej kawie:) Szkoda, że właściciele nie chcą połączyć fajnego pomysłu z dobrym smakiem:(

      by Beata at marzec 20, 2015 01:24

      Tokyo Pongi

      Kawiarnia z Muminkami

      Jeśli kochacie Muminki miłością bezwarunkową, wyjdziecie z muminkowej kawiarni zachwyceni. Ale jeśli bardziej niż Muminki kochacie porządną kawę i przyzwoitą kuchnię, powinniście raczej wystrzegać się tego miejsca jak najgorszej zarazy.

      Gdy zobaczycie tłum czekający w kolejce pod drzwiami kawiarni, będziecie wiedzieć, że dotarliście pod właściwy adres. W porze lunchu na miejsce przy stoliku czeka się około godziny. W środku przy stolikach siedzą wielkie pluszowe postacie z Muminków, obsługa co jakiś czas przenosi je w inne miejsce, aby każdy z gości mógł posiedzieć z bohaterami bajki i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Oprócz wielkich pluszaków, znajdziemy w kawiarni również obrazki na ścianach z Muminkami w roli głównej, ozdobne sztućce, każda z potraw w menu również zawiera jakąś dekorację – może to być Muminek z ketchupu, ciasteczko w kształcie Muminka, Muminek z ziemniaka, Muminek z ryżu, Muminek z makaronu itd. Trzeba przyznać, że jedzenie wygląda efektownie, ale smakuje autentyczną, najprawdziwszą ohydą. Muminkowa kawa również nie jest kawą, chociaż ma ładną piankę i jest podana w sposób, w który normalnie podaje się kawę. Nie dajcie się zwieść, bo to tylko tanie pozory. Ten napój nie zna się z kawą, on nawet obok niej nie stał nigdy, nie jest nawet kawopodobny. To po prostu brązowa woda bez smaku. Najjaśniejszym punktem kawiarni był chlebowy kącik, w którym można było się częstować wypiekanym na miejscu chlebem. Ten chleb gościom kawiarni oferowany jest za darmo i jest pyszny! Znajdziemy chleb jasny i ciemny, z orzechami, z żurawiną, z sezamem, możemy go również opiec na miejscu w specjalnym tosterze.

      moomin_2003_7 moomin_2003_6 moomin_2003_5 moomin_2003_2 moomin_2003_1

      W Muminkowej kawiarni znajduje się rownież sklepik z pamiątkami, w którym można nabyć mnóstwo niepotrzebnych przydasiów z Muminkiem, oraz stoisko z wypiekami. Ceny w menu oraz w sklepie są dość wysokie.

      Wiem, że takie miejsce zawsze będzie miało klientów, bo jest inne, ciekawsze niż jakaś tam zwyczajna kawiarnia, ma ogromną reklamę. Właściciele nie mają absolutnie żadnej motywacji, aby oferować prawdziwe jedzenie czy dobrą kawę, bo klienci i tak przyjdą. Choćby tylko po zdjęcie z Muminkiem.

      moomin_2003_3Smakuje mniej więcej tak jak wygląda. To białe coś jest bez smaku. To brązowe coś to koncentrat pomidorowy wymieszany z wodą i kawałkami cebuli. Niestety ma smak.

      Adres:

      Moomin Bakery & cafe
      Tokyo Dome City LaQua
      1-1-1 Kasuga Bunkyō-ku, Tokyo
      Najbliższe stacje: Kasuga / Korakuen


      Czy polecamy:

      Tak. Pod warunkiem, że z miłości do Muminków postradaliście wszystkie zmysły. A zmysł smaku w szczególności.

      The post Kawiarnia z Muminkami appeared first on TokyoPongi.

      by Maika at marzec 20, 2015 11:46

      Szklanym okiem mym

      Anna Sakowicz

      Rany kamieni

      Simon Beckett kojarzył mi się zawsze z thrillerami zawierającymi turpistyczne opisy. Przygodę z tym pisarzem zaczęłam od „Chemii śmierci”, potem były następne książki z Davidem Hunterem (główny bohater). Kiedy zobaczyłam na bibliotecznej półce jego powieść, sięgnęłam bez wahania. „Rany kamieni” to jednak książka, która zaskoczyła mnie bardzo. Spodziewałam się czegoś w klimatach poprzednich powieści Becketta,…

      by anna.sakowicz at marzec 20, 2015 10:04

      Matka jest tylko jedna

      Wpis z serii „Jak zniszczyć światopogląd Chłopa”

       

      – Ej no, Aśka, co ty robisz cały dzień? Ten widelec leży już za drzwiami od wtorku! Nie mogłaś go do tej pory podnieść?

       

      Patrzę się na widelec. No leży. Nawet pamiętam, kiedy wleciał za te drzwi. Robiłam obiad, Kosmyk się wściekł, że nie pozwoliłam mu zdjąć garnka z gazu. Rzucił tym widelcem. Nawet się potem rozglądałam, gdzie on, ale zaraz musiałam ratować ściany przed zdemolowaniem przez kredki, więc jakoś tak. Ten widelec wpadł mi jeszcze w oczy wczoraj chyba… ale tak, szłam wtedy z praniem, nie miałam jak podnieść. A potem? Nawet o nim pamiętałam, ale zajęłam dziecko czesaniem kota, a sama zaczęłam myć garnki i coś jeszcze… co jeszcze? A! Sprzątałam kosmykowe doniczki po sianiu pieprzu i soli, pamiętam! I coraz trudniej mi się w sumie non stop schylać. Brzuch rośnie i rośnie. Przestałam nawet buty wiązać.

       

      – Aśka! Słyszysz? Nie mogłaś podnieść tego widelca? Pytam się o coś!

       

      Jego mina nie wróży nic dobrego. Jakieś chyba tabletki muszę mu kupić na tę minę. Patrzę się na niego z niepokojem. Co to będzie, jak mu odpowiem? Jak to zrobić delikatnie, żeby jego mały móżdżek nie został przygwożdżony zbyt ostrą prawdą o świecie? Jeszcze się wystraszy… zamknie w sobie. I co ja biedna wtedy zrobię? Kogo wyślę do rąbania drewna? Kto wkręci mi żarówkę?

       

      Wzrok Chłop staje się coraz bardziej niecierpliwy. Stoi, patrzy się na ten widelec i wyraźnie chce tej brutalnej prawdy. I jedyną osobą, która mu ją objawi, jestem ja. Znowu ja. Z niezwykłą obawą, wręcz strachem przecieram moje spocone czoło. Jestem gotowa na najgorsze, ale cofnąć się nie mogę. To stanie się dzisiaj. To stanie się zaraz. To się stanie już. Z moich ust zaczyna wypływać druzgocząca prawda:

       

      – Skoro widziałeś ten widelec już jakiś czas temu, to dlaczego sam go nie podniosłeś?

       

      I bach. Jego uszy czerwienieją. Mózg zaczyna pracować na wysokich obrotach, widzę niemalże jak w procesie myślowym coś pod jego kopułą zaczyna się gotować. O rany, czy on to wytrzyma? Na wszelki wypadek łapię go za rękę. Będzie dobrze, mówię, poradzisz sobie z tym!

       

      Bez słowa wyrywa się z mojego uścisku, Schyla się. Łapie widelec. Wsadza go do zmywarki.

       

      Przez kilka dni go jeszcze obserwuję. Niby jest taki sam, ale kurde, wiadomo, co mu się tam w środku popsuło po burzącej życie informacji?

       

      Niedługo później na podłodze znów leży widelec. Widzę go, ale naprawdę coraz trudniej mi się schylać po każdą rzecz, którą rozrzuci dziecko. Macham ręką, jednak po godzinie o widelcu sobie przypominam. Ale on już tam nie leży. Czysto.

       

      Dziwne. Chyba zacznę mu mierzyć gorączkę, bo jeszcze się chłopina przemęczy.

       

       

       

       

       

      10,656 wszystkich wizyt, 102 wizyt dzis

      Post Wpis z serii „Jak zniszczyć światopogląd Chłopa” pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

      by MatkaTylkoJedna at marzec 20, 2015 09:08

      Smoking kills...

      O SOKU I ZAĆMIENIU

       

      Wrócił wczoraj z tej Transylwanii i jako, że witały go żona i suka, to mam zagadkę:

      - którą dłużej całował, oraz

      - którą nosił na rękach, a której wcale nie.

      OK, ja to rozumiem. ROZUMIEM! Jest młodsza, ma mniejszy tyłek i osiem cycków. No i ja nie sikam na jego widok.

      Dziś rano przed szóstą znowu śmignął – tym razem w Polskę – ale nie to jest najgorsze, że przed szóstą. Najgorsze jest to, że on pije rano na pusty żołądek (NADCZO, jak piszą panie na jednym forum) sok wyciskany z pomarańczy. Wyciskam osobiście, bo uwielbiam wyciskarkę, ale jak on to pije, to we mnie się wszystko marszczy i szczypie mnie za uszami. W ogóle nie lubię soków owocowych (ani owoców), bo są za kwaśne dla mojego organizmu (uwielbiającego morcillę), ale taki chlust o szóstej rano, na pusty żołądek to jest jakieś BOHATERSTWO kulinarne. W każdym razie – BRRR!…

      Co robicie spektakularnego podczas zaćmienia Słońca? Ja np. zamierzam zapłacić podatek od nieruchomości.

      by Barbarella at marzec 20, 2015 08:45

      Od rana do wieczora

      To chyba jedyny człowiek na świecie, który…

      …śmieje się od ucha do ucha, gdy dzwoni budzik :-) A że budzik wygrywa skoczną melodyjkę, to nawet tańczy do niej, podskakując na pupie. Dzień dobry i miłego dnia :-)

      by Chuda at marzec 20, 2015 08:42

      Slow Day Long

      Co czytać? Na wakacje, urlop, majówkę, weekend lub na co dzień. Podpowiadamy!

      Zacznijmy jednak od tego, co nam udało się już w tym roku przeczytać. Co więcej, co możemy z czystym sercem polecić również i Wam. Oczywiście przeczytaliśmy też kilka innych książek, ale zdecydowaliśmy, że pokażemy Wam tylko te, które podobały się nam najbardziej.

      CZYTALIŚMY, DLATEGO I WY PRZECZYTAJCIE

      Zacznijmy od książki, która rozwaliła mnie na łopatki. Dawno nie czytałem tak doskonałej beletrystki. Ostatnio było to pamiętne „Łaskawe” Littella. Fenomenalna książka. Tym razem chylę czoła przed „Moja Walka. Powieść 1.” norweskiego pisarza Karla Ove Knausgard. Napisana jest tak doskonale, że czyta się ją z zapartym tchem. Biograficzna, trzymająca w napięciu i… pozostawiająca ogromny niedosyt. Dlaczego?

      Bo całość tego arcydzieła (tak, tak, arcydzieła, bo krytycy literaccy mówią już o tym otwarcie) składa się z 6 powieści (każda ponad 500 stron), a do tej pory, w Polsce została wydana dopiero pierwsza. Na wiosnę mają ukazać się dwie następne, a potem jeszcze trzy. To jest gorsze niż czekanie na kolejny sezon „House of Cards”. Bo to jest lepsze niż „House of Cards”. Bynajmniej „Moja Walka”, to nie książka o polityce. Jeśli mamy być drobiazgowi, to o alkoholizmie.

      Kolejna książka, którą możemy polecić np. czytającym nas blogerom, albo osobom, które zastanawiają się nad prowadzeniem bloga, jest książka Karola i Włodka z „Lekkostronniczych”. Nigdy nie byłem wielkim fanem ich programu (bo jego tematyka była kierowana raczej do osób znacznie młodszych niż ja), ale z szacunku do ich pracy postanowiłem książkę przeczytać i…

      Przede wszystkim, to otworzyła mi oczy na nowe pomysły dotyczące nas i naszego bloga. A przede wszystkim dzięki niej nabrałem pewnego dystansu do samego Slow Day Long. Warto się z tą pozycją zaznajomić, tym bardziej, że jest dobrą alternatywą dla nieco już przereklamowanych pozycji niejakiego Tomka Tomczyka, czyli Kominka aka Jason Hunt. Kto interesuje się tematem, ten wie o co chodzi.

      Tej pozycji nie przeczytałem, ale właśnie się za nią zabieram. Chodzi o „Mniej” Marty Sapały, a więc o książkę mocno zakorzenioną w tematyce naszego bloga. Nie będę jej Wam recenzować, ale powiem tylko tyle, że Kamila aż przebiera nóżkami, abym przysiadł do tejże lektury. To tak samo jak ja czekam, aż moja żona weźmie do ręki „Moją walkę”.

      Na koniec nie mogę pominąć przepięknej „Portugalii” Cyrila Pedrosa. Niesamowite ilustracje i ciągnąca się niczym film fabuła, której bohater, Francuz, wyjeżdża do tytułowej Portugalii w poszukiwaniu swoich korzeni, tożsamości i prawdy o sobie samym. Nieco filozoficzny komiks, ale zupełnie inny niż wszystkie, które do tej pory przeczytałem. Choć ten, to się przede wszystkim ogląda.

      Zobaczcie sami. Czyż niecudowny!

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (3)

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (2)

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (1)

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (4)

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (5)

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (6)

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (7)

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (8)

      NO TO MAMY DYLEMAT

      Śmiejemy się z Kamilą, że w sumie, to powinniśmy nałożyć na siebie embargo na kupowanie książek. Półka się nam od nich ugina i tak naprawdę, to do końca roku spokojnie mamy co czytać. Nie zmienia to faktu, że wybierając się za kilka tygodni na nasz dawno oczekiwany urlop, mamy dylemat co z naszej półki ze sobą mamy zabrać. Może czytaliście już poniższe pozycje i będziecie nam w stanie doradzić? A może podpowiecie nam coś zupełnie innego, czego jeszcze nie mamy, a z przyjemnością nabędziemy. Ups! Embargo! Zapomniałem :)

      Zacznijmy od beletrystyki. Nie kupujemy jej zbyt wiele, ale oprócz ww. „Mojej Walki” zostaliśmy niedawno posiadaczami „Psiej Trawki” Raymonda Queneau i zbierających doskonałe opinie „Ksiąg Jakubowych” Olgi Tokarczuk. Czy ktoś z Was jest po ich lekturze? Warto zabrać je ze sobą na wakacje? Tym bardziej, że „Księgi” są dosyć sporawe.

      Ostatnio nabyłem również kompletnie nieznaną mi książkę Zbigniewa Nienackiego tj. „Dagome Ludex”. Autor książek o Panu Samochodziku (nota bene ostatnio zdobyłem ich cały komplet, w dodatku w moim ulubionym wydaniu Wydawnictwa Olsztyn) napisał książkę nieco fantasy, trochę baśniową, a przede wszystkim historyczną. Wiele osób twierdzi, że „Pan Samochodzik” się przy niej chowa. Nie wiem, bo nie czytałem.

      Pozycja trudna do znalezienia (dawno nie wznawiana), ale mi udało się nabyć egzemplarz prosto spod igły. Pozwolicie, że nie napiszę za ile. Co do „Pana Samochodzika”, to właśnie odświeżam sobie jego przygody. Na razie przeczytałem część o zagadkach Fromborka i przygody Winnetou. I wiecie co? W ogóle się nie zestarzały. Dalej wciągają i pobudzają wyobraźnię. Czytając je czuję się jak mały chłopiec. Cudownie!

      Dalej będzie już „normalniej”, bo polecimy po mimo wszystko ulubionym ostatnio przez nas gatunku, czyli reportażu i literaturze faktu. Co my tu mamy? Dwie książki Jacka Hugo – Badera. Reportaż (podobno świetny) „Gogol w czasach Googla”, a także kolejną pozycję Mariusza Szczygła o Czechach. Tym razem o tych współczesnych, która jest kontynuacją świetnego „Gottland”. Mam na myśli „Zrób sobie raj”.

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (11)

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (12)

      Pan Samochodzik seria książek Wydawnictwo Olsztyn

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (15)

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (9)

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (14)

      Co my tu dalej mamy? Dwie ciut cięższe pozycje. Jedna o Ojcu Rydzyku tj. „Imperator” Piotra Głuchowskiego i Jacka Hołuba oraz „Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej” Andrzeja Ledera. Nie wiem, czy są to odpowiednie lektury na urlop, ale obie mam zamiar jeszcze w tym roku przeczytać. Czekają na swoją kolej. Podobnie jak reportaże o wojnie tj. „Biesłan” Pawlaka i Wlazło oraz „13 wojen i jedna” Krzysztofa Millera.

      Na końcu zostają nam książki tzw. poradnikowe. Po ostatnich dyskusjach na temat dzieci, empatii, wychowania i edukacji, sami postanowiliśmy co nieco poczytać. To nie są nowe pozycje i pewnie wielu z Was je zna, ale na półce czekają na nas absolutne klasyki czyli „Inteligencja emocjonalna” Golemana oraz „Rodzicielstwo przez zabawę” Cohena. Kupiliśmy też ostatnio polecane nam przez wiele osób „Rodzicielstwo bliskości” małżeństwa Natalii i Krzysztofa Minge.

      A jak już jesteśmy przy tego typu pozycjach, to możemy Wam polecić (jeśli jeszcze nie znacie) „Toksycznych rodziców” oraz „Poradnik dla zielonych rodziców”. Dwa klasyki, ale warte przeczytania.

      No to co? Co Waszym zdaniem powinniśmy wziąć na urlop? Wystarczą nam pozycje z naszej półki, czy znowu mamy biec do księgarni?

      Ups! Embargo!

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (13)

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (10)

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (14)

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (18)

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (16)

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (17)

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (19)

      Slow Day Long książka na lato urop wakacje blog Moja Walka Mniej Portugalia Tokarczuk  (20)

      by Damian at marzec 20, 2015 06:20

      zycie na kreske

      bonus poza numeracją

      często o tym myślę, jak wyglądało moje rysowanie parę lat temu, gdy zaczynałam kompletnie od zera, w zeszycie. a jak jest teraz. ciekawa jestem, co będzie za kolejne parę lat. nie mam wątpliwości, że warto robić to, o czym się marzy.

      (po prawej rysunek do bajek dla Zgierz Otwarty, które już niedługo w formie papierowej.)

      by pani od rysunkow (noreply@blogger.com) at marzec 20, 2015 04:30

      Kura pazurem

      Wampir energetyczny to ja

      U mnie już wiosna. Trawa „wyszczotkowana” jak należy. W ogródku posprzątane, krokusy kwitną, bratki posadzone, narcyzy mają pąki, fotele na taras wystawione. Gęba uchachana, bo słońce świeci. Pięknie jest. Babcia zdążyła już Mężusiowi opowiedzieć ciekawostki z mojego dzieciństwa. Wczoraj była historia o mojej pierwszej kupie w pieluchę. Babcia wybiera co ciekawsze kawałki, by Mężusiowi całą prawdę o jego żonie przekazać. Było też już o tym, jak ją ugryzłam w ramię. Szkoda, że rana się zagoiła, bo babcia nie miała co na dowód pokazać. Ogólnie jest wesoło.

      radośćHumor mi ostatnio dopisuje. Bo jak jest słońce, to pycho samo się śmieje. I nawet opowieści o moich kupach mi go nie zepsują ani też za twarda marchewka, ani za grubo pokrojone buraczki, ani prawie „zjadliwe” bułeczki. O, nie!

      Idę sobie wczoraj do mojej ulubionej piekarni, kupuję pachnący chlebek, którego niestety jeść nie mogę, bo mam w domu swój bezglutenowy lekko przypominający płytę pilśniową. I tak już prawie uśmiech mi schodzi z facjaty na myśl o tym „bezglucie” w chlebaku i pachnącym chlebku w torbie, gdy nagle widzę pewną panią. Twarz znajoma. Szukam w pamięci, bo ja jednak w tym mieście jeszcze niewiele twarzy kojarzę. Szukam, szukam. I na samo wspomnienie pycho znów mi się śmieje.

      Kiedyś spotkałam tę kobietę w przychodni. Dusza towarzystwa. W poczekalni około 50 osób, a pani klepała się po udach, zabawiała towarzystwo. Nie było to jednak sztuczne czy wymuszone. Czuło się, że kobieta po prostu jest taka z natury. Bardzo żywiołowa i pozytywnie nastawiona do życia. I kiedy widzę jej rozpogodzoną twarz, uśmiecham się do niej. Podchodzę bliżej. Miałam iść pieszo, ale rezygnuję i staję obok niej w wiacie. Jestem jak wampir energetyczny, bo wiem, że kobietka ma w sobie tyle pozytywnej energii, że warto skorzystać.

      Oczywiście po kilku sekundach do mnie zagaduje. Pyta, która godzina. Ja tylko na to czekam. Odpowiadam. Pytam, czy jechał przed chwilą autobus. Kobieta coś opowiada, śmieje się i w charakterystyczny dla siebie sposób klepie się od czasu do czasu po udzie.

      – O, chyba jedzie nasz – mówi w końcu.

      Spoglądam w kierunku jadącego autobusu i faktycznie „nasz” numer.

      – Jest pani jasnowidzem – odpowiadam z uśmiechem, bo przy tej kobiecie na smutno czy na poważnie się nie da. A ta śmieje się, jakbym opowiedziała najzabawniejszy dowcip świata.

      Wsiadamy do autobusu. Rozmawiamy o pierdołach: o pogodzie, o krzaczkach, o wiośnie itp. Potem pani się żegna i wysiada.

      Oczywiście zmusza mnie do refleksji. Czasami są tacy ludzie, których spotkanie, daje człowiekowi zastrzyk pozytywnej energii. Uwielbiam pozytywnych ludzi. Uwielbiam korzystać z ich energii i radości. Jestem wtedy może jak wampir, ale starcza mi tego ładunku potem na długo. Takie osobowości wyróżniają się z szarej rzeczywistości. Toż w naszym kraju typowe jest narzekanie i marudzenie. A tu proszę, nietypowy egzemplarz, bo radosny i uśmiechnięty. I nieważne, czy w poczekalni do lekarza, czy w wiacie autobusowej!

      Spotykacie też takich na swojej drodze?

      Korzystacie z ich pozytywnej aury? Jeżeli nie, to polecam!

      by anna at marzec 20, 2015 03:07

      marzec 19, 2015

      zapiski zgagi

      Biedne dzieci?

      Już chyba nie ma takiej kwestii, która nie wzbudziłaby dyskursu narodowego. Choćby rzecz była z tych najbardziej błahych.

      Właśnie rodzimi celebryci zaczęli wojenkę  na temat ,,Małych gigantów”, czy jak to się tam zwie. I niektóre ,,tuzy” w krzyk, że krzywda okropna, bo dzieci tak strasznie przeżywają rywalizację. Jakby to nie był dla nich chleb powszedni…

      Konia z rzędem temu, kto potrafi dziecię niewinne przed konkurencją ustrzec! No, może ewentualnie do piątego roku życia, gdy potomek-jedynak. Bo już rodzeństwo to rywalizacja na całego. I nieważne, czy latorośle rok po roku, czy różnica spora. Tak czy siak walka o prymat się pojawi… A kiedy jedynak, to prędzej raczej niż później do szkoły trafi i już wtedy nie ma odwrotu od konfrontacji z rówieśnikami.

      I niby dlaczego we wszelkich innych dziedzinach życia współzawodnictwo dobre jest, a jeśli dzieci dotyczy, to już fuj? Każdy, kto się naprawdę zawodowo z maluchami zetknął, wie, że dzieciaki wprost uwielbiają się ścigać! Oczywiście, pojawiają się i łzy, i agresja, gdy nie po myśli małego człowieka rzecz się kończy. Wiadomo! Ale to norma. Nie żadne wielkie aj-waj i koniec świata.

      Mądry rodzic umie przygotować dziecko na ewentualne porażki. Nie raz tu pisałam, że do białej gorączki doprowadzają mnie nadmierni chwalcy swojego potomstwa, wmawiający małym istotkom, że są naj-naj pod każdym względem. Dziecko chłonie komplementy jak gąbka wodę, wierzy bezwzględnie, że jest najcudowniejsze. A potem trauma… Bo Jola ładniejsza, Zosia lepiej rysuje, Kacper sprawniej wykonuje fikołki,  a Marek ładniej śpiewa…

      Że życie to nie zawsze bajka, należy tłumaczyć od początku. Choć, oczywiście, bajki też  trzeba małym czytać. Dobro i zło, i te sprawy… Wiadomo! Kręgosłup moralny kształtować to nasze podstawowe zadanie – rodziców i dziadków.

      W przypadku małych telewizyjnych celebrytów pojawia się dodatkowe pytanie – na ile tu chęci samego malucha, a na ile rodziców? Ale to już odrębna kwestia…

      ***

      Kuferek przyjdzie jutro pakować na wyjazd. Prognozy pesymistyczne. Chyba jednak nie polar, a kurtka zimowa. Niby temperatura nie taka straszna, ale wietrzysko się zapowiada wschodnie… Dwa kostiumy kąpielowe, bo gdyby pierwszy nie wysechł… Płyny nabyte. Te ,,rozmowne”. Będzie się działo…

       

      by Zgaga at marzec 19, 2015 11:43