Planeta Jadzi

maj 25, 2016

zycie na kreske

maj 24, 2016

moje waterloo

2310

2,5.
A żałowałam 4 na chow-chowa.
Pani z serwisu zakończyła naszą rozmowę prośbą: "Ale nie wyrzuci pani pieska?".

Nie. Zatłukę łopatą.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at maj 24, 2016 10:30

Krolowa Matka i Banda Czworga

O braterskich konfliktach (nieśmiala zajawka, ciąg dalszy niewatpliwie nastąpi)

Obiad rodzinny, Bezwzględna Mamusia (zwana na potrzeby tego bloga Królową Matką) wymogła na Potomkach kulturalne zasiądnięcie przy stole, usiłowała też wymóc kulturalne zachowanie, z czym jednakże było już trudniej.


Potomek Młodszy (do Potomka Starszego, plując ryżem z wypchanej do granic możliwości paszczęki zaledwie troszeczkę) - Zobacz, o! Zobacz! Już właściwie kończę, chociaż mama dopiero co mi nałożyła dokładkę!

Potomek Starszy (beznamiętnie, nakładając flegmatycznie trzy ziarenka ryżu na widelec) - Mistrzu.

Potomek Młodszy (który przypominał unoszący na nieskazitelnej tafli jeziora kwiat lotosu głaskany subtelnym powiewem wiosennego zefirka wyłącznie we wczesnym dzieciństwie, a obecnie popadanie w cholerę staje się jego starannie pielęgnowanym hobby, jakże malowniczym i często prezentowanym bliższemu i dalszemu otoczeniu - popada we wspomniana cholerę, purpurowieje i zapodaje Starszemu Braciszkowi imponującą sójkę w bok).

Potomek Starszy (podskakując) - AŁA!!! No co ty!!! "Mistrzu" powiedziałem!!!

Potomek Młodszy (powracając do stanu buddyjskiego spokoju równie nagle jak popadł w białą gorączkę; stoicko) - Słyszałem tam wyraźnie nutę sarkazmu.


Królowa Matka rozważa zmianę tytułu bloga na "Powiedz mi, co zrobiłam źle"...

by Anutek (noreply@blogger.com) at maj 24, 2016 09:13

Zapiski dojrzalej kobiety

Dziesięciolecie.

           

Dziesięć lat minęło jak jeden dzień …
Dzisiaj zapalam na wirtualnym torcie dziesięć świeczek, mija bowiem dziesięć lat jak się tutaj produkuję.
Przyszłam tutaj z Dzienników Twojego Stylu.
Przypuszczałam, ze będę tu pisać sobie a muzom, bo przecież nikogo tu nie znałam.
Byłam mile zaskoczona, kiedy pod moimi pierwszymi postami pojawiły się komentarze.
Były to komentarze dziewczyn, które wcześniej odeszły z DTS i tutaj pozakładały swoje blogi.
A potem już poszło szybko, i tak się to już toczy dziesięć lat.
Serdecznie ściskam i pozdrawiam Tych, którzy wiernie mi sekundowali na samym początku i przez te dziesięć lat, oraz tych, którzy sukcesywnie mnie
odwiedzali.
Pięknie Wam za to dziękuję.
Zapraszam na lampkę wirtualnego szampana.
Wypijmy za pomyślną przyszłość nie tylko mojego bloga, ale również bloxa żeby wróciła mu taka wspaniała forma, jaką miał dziesięć lat temu.

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at maj 24, 2016 03:59

Czytadelko

Myszoodporna kuchnia - Saira Shah

Myszoodporna kuchnia to książka niezwykła. Nie wiem czy powinnam ją czytać w momencie gdy akurat sama oczekuję dziecka, ale bohaterzy tak mocno wciągnęli mnie w swoje życie, że mimo wszelkich lęków pojawiających się w trakcie lektury w mojej głowie, mimo wszelkich niechcianych obrazów pojawiających się przed moimi oczami, nie potrafiłam jej odłożyć. 

Anna i Tobias mieli określony plan na życie. Wszystko dopięte na ostatni guzik. Najpierw cudowne dziecko, potem przeprowadzka do Francji, gdzie ona miała założyć wymarzoną restaurację a on rozwijać karierę kompozytora. Życie jednak lubi się z nami czasem trochę pobawić, prawda? Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość. A tym razem Bóg okazał się naprawdę bezlitosny.

Jeżeli człowiek czegoś pragnie, musi to zaplanować. [...] Zanim zaczęliśmy się starać o dziecko, zaplanowałam wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Wiem, że: nasza córka będzie miała na imię Freja [...]. Będzie miała szerokie ramiona i piękne, długie nogi jak on oraz proste jasnobrązowe włosy i duże, poważne oczy jak moje. Po nim odziedziczy radość życia, a po mnie - zmysł organizacyjny. A gdy już wyjdziemy z tego szpitala, natychmiast wszystko sprzedamy i przeniesiemy się na południe Francji. 

Leżę w morfinowym otępieniu i nie przejmuję się tym, że lekarze zabierają ode mnie Tobiasa i naszą córkę. Wszystko mam zaplanowane. Wszystko będzie dobrze. Na południu Francji będzie nam świeciło słońce. Ludzie będą życzliwi. Nasza córka wyrośnie na mądrą, dwujęzyczną dziewczynę. Nigdy nie tknie jej żaden pedofil. Nie będzie marzyła o najnowszych butach Nike. Nie będzie jadła śmieciowego jedzenia*. 

Najpierw upośledzone dziecko, z którym ciężko nawiązać jakikolwiek kontakt. Bez nadziei na jakąkolwiek poprawę. Bez wiary w lepszą przyszłość. Bez niepotrzebnych złudzeń. Po prostu okrutna diagnoza: każdy dzień będzie jedną wielką walką, cała przyszłość jawi się ponuro. Nie ma wątpliwości, że nigdy nie będzie trzymała moczu, nigdy nie nauczy się mówić, nigdy nie będzie swobodnie się poruszać. Spędzi życie leżąc na plecach, karmiona, ubierana, kąpana, faszerowana lekami - będzie coraz większa i coraz cięższa, ale nie lepiej rozwinięta niż teraz**. Potem wcale nie robi się weselej, to już prosty zjazd po równi pochyłej... Wymarzona przeprowadzka też okazuje się do kitu. Raz, że to nie ta część Francji, dwa, że nowy dom to raczej nienadająca się do niczego rudera, która mimo wszelkich starań wciąż ma więcej wad niż zalet. Czy muszę dodawać coś o pięknie rozwijającej się karierze? Przy dziecku wymagającym ciągłej uwagi i kuchni demolowanej przez szczury? Bez żartów. 

Nie jest tak, że upajamy się każdą kolejną złą wiadomością, po prostu przestały one robić na nas wrażenie. Jak gdyby jakaś cząstka nas, najgłębsza i najbardziej pierwotna, zainteresowana jedynie przetrwaniem, podpowiadała: "To dziecko i tak ma przesrane. Niech będzie jak najbardziej upośledzone, wtedy nikt nie będzie miał do nas pretensji, że postawiliśmy na nim krzyżyk"***.

Właściwie nie dzieje się tu nic wyjątkowego, to opis zwykłego-niezwykłego życia, zwykłej-niezwykłej codzienności, w której jakoś trzeba się odnaleźć. Nie ma żadnej zagadki, nie ma tajemnicy na rozwiązanie której można by czekać w napięciu, a jednak każdą kartkę przewracałam z nieustającym zainteresowaniem, z ogromną uwagą, wspólnie z bohaterami przeżywając ich wzloty i upadki, utożsamiając się poniekąd z Anną, chłonąc to ich zwyczajne życie jakby było ważniejsze niż moje własne. Shah zesłała na swoich bohaterów, a może zwłaszcza na bohaterkę, więcej nieszczęścia niż większość z nas byłaby w stanie znieść, ale nie pozbawiła ich przy tym pogody ducha, ogromnego dystansu, wytrwałości, a nawet odrobiny humoru, co prawda przez większość czasu raczej czarnego niż dobrego, ale mimo wszystko... To sprawia, że patrzymy na nich z nieustającym podziwem i zaciskamy kciuki coraz mocniej i mocniej, by mimo wszelkich przeciwieństw dali radę.

Miłość to grunt pozwalający zapuścić korzenie. Dzięki niej nie przewraca nas byle podmuch****.

Myszoodporna kuchnia to książka o wielkiej, przeogromnej miłości matki do dziecka, która pojawia się znikąd, zupełnie wbrew woli, która sprawia, że jesteśmy w stanie przewartościować całe swoje życie, dokonać zupełnej rewolucji, poświęcić wszystko, o czym dotąd skrycie lub otwarcie marzyliśmy. Bez względu na to jak bardzo to dziecko odbiega od naszych marzeń i wyobrażeń.

Gdzie jest granica miłości? Skoro kocham Freję, gdy ma otwarte oczy i patrzy na mnie, to czy mogę przestać, kiedy nieprzytomnie przewraca białkami? Jeżeli kocham ją, gdy ma zamknięte usta, to czy mogę przestać, kiedy zaczyna toczyć ślinę? Czy miłość jest jak minerał z wolna wypłukiwany przez kolejne pojawiające się problemy i ułomności?*****

Życie nie zawsze układa się według tych naszych wyobrażeń. Możemy, tak jak bohaterowie Shah, mieć na nie plan dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, możemy trwać w przekonaniu, że jeśli bardzo tego chcemy i dopniemy wszystko na ostatni guzik, to ułoży się po naszej myśli. Prawda jest jednak taka, że jeśli okrutny los zechce z nas zadrwić to zrobi to, bez względu na to czy uwzględniliśmy te drwiny na naszej liście czy też z nadzieją je ominęliśmy. 

Saira Shah, Myszoodporna kuchnia , Warszawa, Drzewo Babel 2016

*s. 11

**s. 222

***s. 31

****s. 256

*****s. 302

by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at maj 24, 2016 03:56

Kraina filcu

Ja jestem Blog Agaty Komorowskiej

Zwolnij, po co się spieszyć:)

Jechaliśmy w niedzielę nad Wisłę, skończyliśmy w Parku Linowym przy ul. Gwiaździstej (w Warszawie). PrzejeżdżaliśmyWIĘCEJ...

Artykuł Zwolnij, po co się spieszyć:) pochodzi z serwisu .

by Agata at maj 24, 2016 11:42

nic specjalnego

Świat z mojego okna

Nieco ograniczony ten  świat zaokienny, a tak wygląda on  od strony
podwórka:
                                       lipa            i               brzoza 
oraz smętne resztki  żywopłotu z dzikiej róży. Brzoza i lipa nie dają tu 
rosnąć żadnemu krzaczkowi. Trawa też nie chce tu rosnąć.
                              Następne dwie lipy i pół żywa sosenka poświąteczna
Pięciornik posadzony blisko ściany, za nim fragment kosodrzewiny 

 
Na pierwszym planie mój winobluszcz (w prawym, dolnym rogu), dalej bliżej  nieznane mi krzaczory, które czasami raczą kwitnąć

                                             A taki mam widok z kuchennego okna

 Ten kawałek trawnika  jest okolony gęstym żywopłotem i często wylegują
się tu koty, bo żaden pies się tu nie dostanie. Za niedługo zapewne rozwiną
się dwa duże krzewy róż i wtedy wrzucę nowe foty.
Trawnik mały, ale rosną na nim: 2 tuje, 2 różne świerki, 2 kosodrzewiny, 2 płożące się jałowce, 2 kępy piwonii oraz 2 duże krzewy róż, teoretycznie pnących .

Kilka lat temu, z uporem maniaka usiłowaliśmy zagospodarować trawniki
przed naszymi  oknami. Na 20 mieszkań chęć działania wykazali lokatorzy trzech mieszkań. 
Pozostali zachwycali się  jak to wszystko pięknie rośnie za nie ich pieniądze.
Od strony podwórka były posadzone krokusy i tamaryszek, oprócz tego
dwa rododendrony .
Tamaryszek wytrzymał zaledwie rok,potem ktoś go połamał, krokusy były
aż 2 sezony  i zniknęły razem z ochronnymi koszyczkami na cebulki, a rododendron...wyparował.
Nawet dołek po nim nie pozostał, tylko puste, równe miejsce na trawniku.
Oprócz tego osobiście posadziłam hortensje, ale biedactwa nie wyrobiły 
zasilania ich przez sąsiadów petami.
Więc przestaliśmy się wysilać -co rośnie to niech sobie dalej rośnie, niczego
nowego nie dosadzamy. 
Ziemia tu marnieńka, taka po placu budowy i żeby tu coś dobrze rosło
to trzeba nawiezć kilka wywrotek dobrej, ogrodowej ziemi.  No ale skoro
i tak nikt nie szanuje tu cudzej pracy - zostanie tak jak jest.

by anabell (noreply@blogger.com) at maj 24, 2016 09:42

Dzieciowo mi

Jak zrobić domowy majonez – super prosty przepis, który wszystkim wyjdzie!

Majezonik. To coś, co mamy na stanie obok lemiodady. Jeśli nie znacie majezoniku i lemiodady, to z pewnością zetknęliście się z kakałkiem.

by Malwina Ferenz (Krusz.) at maj 24, 2016 08:05

zycie na kreske

maj 23, 2016

Domowa kuchnia Aniki

Ciasto z rabarbarem na maślance. Ciasto rabarbarowe z kruszonką

Ciasto z rabarbarem na maślance
Ciasto rabarbarowe z kruszonką 




Dziś kolejna propozycja na ciasto z rabarbarem. Smaczne i dość szybkie w wykonaniu. Urozmaicone kruszonką, która sprawia, że kwaskowaty rabarbar doskonale smakuje. 
Ciasto upiekłam w tortownicy o średnicy 23 cm. Wszystkie składniki powinny być użyte w temperaturze pokojowej.

 

Składniki:
  • 2 jajka 
  • 250 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 0,5 szklanki cukru
  • 0,5 szklanki maślanki
  • 1/4 szklanki oleju rzepakowego
  • 1 cukier waniliowy ( 16 g )
  • ok 300 g rabarbaru
Na kruszonkę:
  • 30 g masła
  • 5 łyżek mąki
  • 2 łyżki cukru
  • 1 cukier waniliowy ( 16 g )
Sposób wykonania:
  • Białka ubijamy na puszystą masę, a następnie  dodajemy stopniowo cukier i cukier waniliowy stale ubijając, aż masa będzie całkiem sztywna i szklista
  • Do ubitych białek dodajemy po jednym żółtku nie przestając ubijać
  • Następnie dodajemy na przemian olej i maślankę ( stopniowo ). Maślanka, jak i inne składniki powinny być w temperaturze pokojowej  
  • Na koniec do masy dodajemy po łyżce mąki wymieszanej z proszkiem do pieczenia delikatnie mieszając ciasto
  •  Ciasto wlewamy do tortownicy o średnicy ok 23 cm wyłożonej papierem do pieczenia
  • Na wierzchu układamy obrany i pokrojony rabarbar
  • A całość obsypujemy kruszonką przygotowaną z w/w składników
  • Ciasto wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy ok 60 minut
  • Po upieczeniu wyjmujemy z piekarnika i studzimy

by Anika (noreply@blogger.com) at maj 23, 2016 09:37

moje waterloo

2309

Nasz stróż i obrońca.


Jeszcze se twarz nakryje, żeby go bodźce nie rozpraszały.

***

Wciąż nie wiem, co z komputerem.

***

- Kochanie, muszę ci się do czegoś przyznać...
- Do czego mianowicie?
- Bo jak dzisiaj jechałam do pracy, to jadłam banana.
- I?
- I się zagapiłam troszeczkę.
- W co przyłoiłaś?
- W krawężnik. Ale tak dosyć.
- Mamy koło?
- Zatrzymałam się zaraz i wyleciałam zobaczyć, ale nic nie widać.
- Jak nie widać, to po co się przyznajesz?

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at maj 23, 2016 06:55

Skorpion w rosole

(207) Cirque du Soleil - Cyrk Słońca

     Poranne promienie słoneczne wpadają z ukosa, tną pojedynczymi nożami gęsty, chrupki granat nocy, z którego środka wysypują się z chrzęstem drobiny gwiazd. Jego kopulastą, twardą skórkę wieńczy maleńka miedziana korona. W czaszce granatu rozpostarta jest wąska elastyczna nitka. Tancereczka z Cirque du Soleil wstaje i wysuwa ostrożnie stopę z łóżka. Dosuwam do niej drugą. Pierwszy krok w chmurach. Rozglądam się na boki, czy ktoś mnie widzi. Nie, droga wolna.



     Długi balans trzymany w dłoniach daje poczucie jako takiej stabilizacji. Na jednym końcu podskakuje chłopczyk z plecakiem z dinozaurem i macha do mnie ręką. Nasze spojrzenia krzyżują się z prędkością światła. Obracam głowę w drugą stronę i ledwo udaje mi się utrzymać na linie, bo rakieta kosmicznym bekhendem uderzyła właśnie w piłeczkę komety, która z przeciągłym świstem mija moją głowę jedynie o dwa lata świetlne. Gem, set, śmiech. Starszy straszy burzą magnetycznych hormonów. Tak, balans pomaga mi, choć sam w sobie jest ciężki. Za wąski - runę. Za długi - to samo. 
     
     Idę dalej. Odsuwam stopami garnki, pranie, leki, brnę przez stosy zapisanych papierów, mijam elektromagię kota, który miękko oplata się wokół łydek i bawi się całą skłębioną galaktyką. Z brzękiem wodospadu spadają monety, wycie odkurzacza wciąga pył w czarną dziurę. Pistacjowe lody spływają po wskazówkach, spowalniając czas. Lina tnie go jak masło maślane, odkłada po dwie skiby na boki i na później.
     
     W południe, w połowie wędrówki po menisku wąskiej na cal dróżki zalewa mnie miód słońca. Pod światło widać żyłkowanie skrzydeł. Na przekroju poprzecznym mam słoje w równym, ustalonym  szeregu. Kandyzuję się przez kosmiczną chwilę i jestem coraz słodsza. Ciężko chodzić w tej postaci, ruchy są nugatowo powolne, a świat rozmywa się za kotarą z karmelu. Popijam półgębkiem zjadliwe i gorzkie półprawdy, aż do rozpuszczenia miodowej polewy.
   
     Strzepuję ten widok jednym ruchem rzęs, spada z nich tsunami i odpływa migotliwą strugą w tył powodując na odległych krańcach trzęsienie wielkich brzuchów małych karłów.

     Widzę już wieczorny kres. W rogu granatu faluje aksamitna ściemniająca się zasłona. Nie odróżnisz jej od chmur przesuwających się po nocnym rozgwieżdżonym niebie. Jeszcze kilka kroków i atomowe zegary staną na baczność. Schylam głowę i wsuwam się za kulisy. Wpół kroku odwracam się jeszcze i patrzę na pusta salę. W pierwszym rzędzie na zmarszczonych falach czoła klaszczą ciemne oczy, wystukując Morse'm: 

ZAWRACAJ!!!

ZAWRACAJ!!!

ZAWRACAJ MI GŁOWĘ!


by Skorpion pandeMonia (noreply@blogger.com) at maj 23, 2016 04:26

(209) Ławeczka

Cierpię. 
Cierpię na zatwardzenie twórcze. Wyjałowiłam się z mikroflory blogowego płatu mózgu. Brakło mi pożywki, na której spleśniałabym malowniczo i nawiozła sobą ten ugór. Wybaczycie?

     Muszę się do czegoś przyznać. Z powodu tej twórczej niemocy wpadłam w nałóg. Nałóg trzyma mnie od bodajże kilku tygodni, każe wychodzić z domu i spotykać się z dilerem. Kupuję od niego kilo i idę na ławeczkę, by pozażywać przyjemności graniczącej z rozkoszą. Przyjemność jest wielopoziomowa. Truskawki mają boski aromat, takąż konsystencję i smak. Owoc doskonały. Siedząc na ławeczce mogę oddać się kilku przyjemnościom równocześnie. Nie mam małych dzieci, więc siedząc niedaleko piaskownicy nie muszę martwić się, że podczas sprawdzenia, czy mam w torebce klucze, zawieruszę najmłodsze dziecko pod hałdą, a wieczorem z powodu braku niepokojących odgłosów, będę miała wrażenie, ze o czymś zapomniałam... mogę spokojnie obserwować nie swoje dzieci, wózki i akcesoria, a potem po prostu, ot tak, wstać i mieć wolne ręce i głowę. Mogę zamknąć oczy i nie bać się, że kiedy je otworzę, krajobraz będzie pozbawiony owoców moich lędźwi, które wychowuję dużym nakładem rodzicielstwa i finansów. Ale nawet teraz łapię się na tym, że w papierowej torebce szukam owoców tych mniejszych, bardziej zielonych, z niedoskonałością, te najdorodniejsze i czerwone zostawiając dla nich. Brzemię macierzyństwa wbija się w kark w najmniej spodziewanych momentach. 

fot.szikabo

     Siedzę więc tak, łącząc płynnie krew z owocem i zszywam błękit nieba z tym, co mam pod powieką. Czerwone do czerwonego, niebieskie z niebieskim. Omiatam wzrokiem pieska w abażurze i łapką w zielonym gipsie. Czego to weterynaria nie wymyśli! Dzieci bawią się na boisku, dorośli noszą siatki z chlebem naszym powszednim, gołębie robią kupy, wszystko na ziemi przesuwa się miarowo i przewidywalnie jak igła po płycie.

     Maźnięciem oka zaniebieszczam sąsiednią ławkę, na której, o raju!- same koronki. 

fot. szikabo

    Staruszeczki siedzą lekko nachylone ku sobie. Złote słońce wylewa na nie swą ciepłą poświatę. Obie delikatne, z białymi loczkami. Wokół ciał muślinowe falbanki, delikatne gipiurki, beżo-biele i kość słoniowa pod białą skórą. Wokół ławeczki lśniło srebrzyście promieniami pajęczych nitek. Głosy miały ciche jak srebrne dzwoneczki przy saniach. Ich świat miał może jakieś metr pięćdziesiąt średnicy i kręcił się wolniej niż nasz. Były w jego wnętrzu, stąpając po jego powierzchni od środka i napędzając go siłą własnych mięśni oddechowych.

    Siedziały tak zanim przyszłam i siedziały jak odchodziłam. Jak w poczekalni przed schodami do nieba. Daję słowo, że pod białymi sweterkami poprawiały skrzydła.
Myślałam, że nazajutrz spotkam je ponownie, żeby zobaczyć, czy są jeszcze bielsze i bardziej przezroczyste niż były dzień wcześniej. 

     Słońce tak samo złociło powietrze, niebo było tak samo błękitne. Ale spóźniłam się chyba, bo na ławce leżało jedynie kilka piór. 

fot. szikabo

by Skorpion pandeMonia (noreply@blogger.com) at maj 23, 2016 04:24

Notatki na marginesie

nie nie nie

Żeglarstwo to nie jest sport dla mnie. Nie sprawia mi przyjemności trzymanie szotów a już zupełnie siedzenie za sterem. I tu nie chodzi o umiejętności. Chodzi o poczucie straty czasu. Biorę łajbę na pięć godzin i dłużą mi się one niemiłosiernie. Za każdym razem, kiedy patrzę na zegarek, jestem rozczarowana. Nauczyłam się manewrować i straciłam całe zainteresowanie.Taki napis na koszulce widziałam.

"Bądź zawsze sobą. Chyba, że możesz być żaglarzem, to bądź żeglarzem"

Nie, nie chcę być żeglarką. Mogę być ewentualnie pasażerką, ale też się nie upieram. Moja przyjaciółka się napaliła na jesienny rejs do Chorwacji. Muszę jej powiedzieć, że beze mnie. Dokończę ten kurs, zdam egzamin i patent chyba sobie powieszę na ścianie ku przestrodze,

że nie wszystko złoto.

I kupię sobie rower.

by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at maj 23, 2016 06:17

Smoking kills...

O NIEBEZPIECZNYCH WITAMINACH

 

W weekend dopadły mnie witaminy; zawsze powtarzam, że witaminy to małe podstępne bestie, razem z kaloriami stanowią bandycki duet prowadzący działalność przestępczą wymierzoną w ludzki organizm. Strułam się młodą kapustką, w której jak się okazało poniewczasie nad młodością przeważyła zawartość saletry amonowej. Całą niedzielę było mi niewyraźnie oraz odbijało mi się styropianem. Jak to jednak człowiek nie powinien się rzucać na byle nowalijki, bo są sztuczne, pędzone i lepiej zaczekać te dwa tygodnie na autentyk z pola (zasada ta spełnia się również w szołbiznesie).

A propos szołbiznesu. Musiałam się jednak w niedzielę zwlec, przyodziać i udać na miejscowy festyn, bo moja siostrzenica występowała w lokalnym musicalu w roli kalarepki. Po mamusi – pamiętam jak dziś, jak jej mamusia w podobnych okolicznościach grała kapustę! Zachowało się nawet stosowne zdjęcie. Najwyraźniej mają genetyczne predyspozycje do kapustnych (fu… niech mi nikt nie przypomina o kapuście przez jakiś czas). Ja oczywiście w przedszkolu grałam gwiazdę, phi.

No więc, kalarepka wykonała układ taneczny, a następnie, jak aktorzy zostali ustawieni w jednej linii na koniec całego show, odstawiła numer Kaliny Jędrusik – a mianowicie, podniosła zieloną, szyfonową spódnicę i powachlowała się. Na szczęście, w odróżnieniu do tego, co podają źródła o pani Kalinie w podobnych okolicznościach – miała na sobie eleganckie majtki z Hello Kitty. Jednym słowem – sprzedała widowni profesjonalny sceniczny celebrity flash, jak to mają w zwyczaju najbardziej wzięte artystki obecnego pokolenia. Spadłam z rozkładanego z krzesełka ze śmiechu, chociaż jednocześnie trochę z podziwu – żeby tak umieć wykorzystać swój moment na scenie, ho ho. Chyba trzeba się z tym urodzić, w każdym razie – mieć predyspozycje.

A później sobie dalej cierpiałam na wzdęcie pomłodokapustne, a dookoła biegała zdenerwowana Szczypawka, ponieważ nasz sąsiad zza płota jest potentatem sadzonek warzywnych, a w szczególności pomidorów (tak, wiem, pomidor to owoc, bo można z niego robić dżem) (i to smaczny!). No i sprzedaje te sadzonki na lokalnym ryneczku w sobotę, a później przez resztę weekendu zjeżdżają do niego do domu zaprzyjaźnieni klienci, jak do Ojca Chrzestnego. Oczywiście, co zaparkuje jakiś samochód, to wśród psiej braci ulicznej wielkie poruszenie, trzeba wszak wydrzeć mordę, żeby nie mówili, że pies nie jest czujny. Pod wieczór ogłuchłam na lewe ucho od tej czujności. A jak w nocy mnie duchy straszą, to śpi jak zachloroformowana!…

W międzyczasie, N. nadal śmierdział jakimś olejem do konserwacji drewna oraz oglądałam „Żonę idealną” od początku, bo dostałam na DVD sześć sezonów. Uwielbiam Eli Golda. No i taki to weekend był. Skażony witaminą.

by Barbarella at maj 23, 2016 05:59

falkografioly

haiku majowe (1)

falko

SCHODY
środa, 4 maja 2016
Drewniane schody,
gdy wchodzimy na piętro
- trzeszczą z wysiłku.

falko

PODUSZKA
środa, 4 maja 2016
Nocą poduszka
nie śpi - czeka aż zasną
nieumyte myśli.

falko

NOCNIK
środa, 4 maja 2016
Nocnik milknie
gdy ktoś go zapyta
- Jak minęła noc?

by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at maj 23, 2016 06:47

Skrzydłami poruszony płomień


falko



Skrzydłami poruszony płomień


Ćma promień światła cichym ściga lotem.
Skrzydłami motyla poruszony płomień
Najpierw  przygasa, migocze i mruga,
By bezlitośnie po chwili je spalić.

Motyl bez skrzydeł dalej nie poleci,
Spada bez skargi i ginie kaleki.
Czy bać się światła? Może bać się cieni?

Pomiędzy nimi taki ogień płonie.
On - nocny motyl, cichym goni lotem.
Ona - gorący, rozedrgany płomień,
Najpierw pokocha, a potem go spali.

Nie drwij z kochanków, proszę Cię.
I nie wyśmiewaj się z takiej miłości.
Bo, w gruncie rzeczy nie wiesz sam,
Poddać się nudzie, czy namiętności?


Wiesław falko Fałkowski, 2016   



by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at maj 23, 2016 06:38

zycie na kreske

Kura pazurem

Wymiatam

W sobotę byłam na Międzynarodowych Targach Książki w Warszawie. Każdy, kto kocha czytać, powinien choć raz wziąć udział w takim święcie. Można wtedy spotkać swoich ulubionych pisarzy oraz zakupić książki po okazyjnych cenach. Dla mnie to były pierwsze targi, w których uczestniczyłam jak autorka. Miałam oczywiście tremę. Tłumy może do mnie się nie przepychały, ale spotkałam się z ciekawymi osobami, podpisałam trochę książek. A najbardziej mnie w pewnym momencie rozbawiła kobieta z dwiema córkami. Stanęła naprzeciwko mnie i mówi do dzieci: „Zobaczcie, to jest autorka. Autorka siedzi i podpisuje książki”. A mnie od razu w łepetynie zahuczało: „Proszę państwa, to jest miś. Miś jest bardzo grzeczny dziś”.  Hi, hi.

13275507_1772240669686347_2105375705_o

Dostałam też statuetkę i dyplom od portalu Granice.pl. To była niespodzianka, bo się nie spodziewałam. Nie spodziewałam się też, że otrzymam coś od swojej czytelniczki, koleżanki blogerki, która komentuje tutaj czasami jako Babcia Zuzanna.

13288552_1772240966352984_657725188_o

Warto wiedzieć, że Babcia Zuzanna wali głuptaków mietłą przez łeb i nie oszczędza w słowach. Przyszła do mnie i wręczyła mi złotą mietłę na tęczowym kiju! Ba! Otrzymałam również szczegółową instrukcję obsługi! I teraz uwaga, bo mam mietłę i nie zawaham się jej użyć! A „Instrukcja machania mietłą” nakazuje elegancko się posługiwać tym wyjątkowym narzędziem, trzymać mocno we dwóch łapskach. A zadaniem mietły jest prać mocno i skutecznie (w dodatku trza ją pożytkować regularnie!).

Należy jej używać w trzech przypadkach:

1) „kiedy nie można już wziąć na wstrzymanie i żadne inne argumenta nie pomagają”;

2) „kiedy spotka się wyjątkowo zatwardziałego chachła durnowatego” (poznać go można po tym, że głupota wyłazi mu wszelkimi otworami);

3) „kiedy (…) durnowaty przyzna się (…), że słowa drukowanego brzydzi się jak diabeł świnconej wody”.

Muszę więc potrenować to machanie mietłą, bo to trzeba tak precyzyjnie robić, coby łeb oporny poczuł, „jak mu olej dobrotliwy dociera do wszyściuchnych zakamarków durnowatej mózgownicy”. Od razu mi się skojarzyło, że Zagłoba też miał na to świetny sposób, bo wina zażywał w odpowiednich dawkach. Wtedy z brzucha oleum szło do mózgownicy i od razu koncept był lepszy.

Kiedy tak spacerowaliśmy po Warszawie ze złotą mietłą do wybijania głupot z łepetyny przez tylną część ciała, wpadliśmy na pomysł, żeby ruszyć na Wiejską. Ale potem otrzeźwienie przyszło, że nie mamy aż tyle czasu i siły, a tam byłoby po co machać, w dodatku żywot nasz mógłby wtedy być bardzo krótki, więc ruszyliśmy na dworzec i do domu. Pilnowaliśmy mietły jak oka w głowie, bo strach w nas był, że gdzieś ją niechcący zostawimy, a przecież tyle w kraju chachłowatych dupsk i durnowatych łbów do przetrzepania.

No, to teraz, Kochani, po powrocie z Warszawy po prostu wymiatam!

13275411_1772240839686330_1955350423_o

by anna at maj 23, 2016 03:52

maj 22, 2016

Zapiski dojrzalej kobiety

Zakwitł maj bzami ...

Rozśpiewał się maj zielony,
zapachniało miłością i bzem.
Dzwoneczki konwaliowe
zadzwoniły na majowe...
Wstał piękny, słoneczny dzień.

Świerszcze na skrzypcach
zagrały wiosnę Vivaldiego.
Wtórowało im ptactwo
skryte w drzew koronach.

I choć koncert krótko trwał,
to nie wiedzieć dlaczego -
dźwięczne nutki zawisły
na kasztanach i klonach.

Wiosenne szczęście
znów zamieszkało
wśród gałązek
pachnącego bzu.

(Autor: Barbara Anna Leszczyńska, "Majowy koncert").



Maj zbliża się ku końcowi.
Zniknęły już złote mlecze, dmuchawce rozwiał wiatr, tulipany pochowały swoje kolorowe sukienki, nikt nie pamięta już o hiacyntach, żonkilach, szafirkach,
skromnych fiołkach i dostojnych magnoliach…
Koszą trawy, pokotem kładą się biedrzeńce i dziki szczaw, spadają głowy jaskrów, zapach roznosi się dokoła.
Nastał czas kwitnienia konwalii  i bzów.
Za chwilę zakwitną jaśminy i akacje, a pola ustroją się w srebrzystozielone  pędzelki kłosów.
Ale to już w czerwcu, na razie panuje maj,  odcieniami fioletu i bieli kwitną a bzy rozsiewając słodkie zapachy…

Czasem okoliczności zaskoczą człowieka na plus.
Tak było wczoraj, dużo przed czasem wróciła pani od sprzątania i wczoraj wkroczyła w nasze progi.
Miała chyba wyrzuty sumienia, że podczas remontu zostawiła nas z tym bałaganem, bo tym razem praca paliła jej się w rękach.
Po pięciu godzinach okna były wymyte, wszystko wyczyszczone, meble wstawione na miejsce.
Oczywiście nie obyło się bez poprawek po niej, ale łatwiej poprawiać niż sprzątać od podstaw.
Pan cykliniarz swoją pracę wykonał dobrze, a ochronny, półmatowy lakier pięknie podkreślił naturę drewna.
Na ten rok nie przewidujemy już żadnych remontowych prac, w przyszłym roku chciałabym zmienić tapety w przedpokoju.
Chciałabym, a jak wyjdzie, to się zobaczy za rok. 

Dzisiaj już odpoczynek w czystym mieszkaniu, na obiad pojechaliśmy do naszej ulubionej knajpki, dołączyli do nas córka z rodziną a na deser (lody) przyjechali do nas.
Kiedy patrzę na Stasia jak próbuje dogonić Vicię to przezywam deja vu, dokładnie tak samo Wiktoria uganiała się za kotem.
Szkoda, ze nie ma już z nami Bandyty, bo ten kot miał do dzieci niezwykłą cierpliwość, Vicia bawi się tylko tak długo, jak sama uzna za stosowne.

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at maj 22, 2016 07:36

Anrzej rysuje

Dzieciowo mi

Czego dzieci naprawdę potrzebują, żeby dobrze się latem bawić?

Nie mówcie, że tego nie znacie. Zakładacie, że młodzież z nudów zabierze się za destrukcje mieszkania i nie zostawi kamienia na kamieniu,

by Malwina Ferenz (Krusz.) at maj 22, 2016 04:53

W toku

Free Musical.ly Fans & Likes | MusicallyBooster.xyz

Free Musical.ly Fans & Likes | MusicallyBooster.xyz:

Free Musically Fans & Likes 2016

Musical.ly is an awe-inspiring app that shot towards the prime of the free iPhone app chart and is one that Dubsmash, Instagram and Vine users positively want to check up on.

On the surface the Musical.ly app is a transcription app, but there is a lot of to that than that, and 60 million userssquare measure exploitation this app often. The app even landed, Baby Ariel, one of the favored Musical.ly users on Good Morning America.

The musical.ly iPhone app delivers an instant video expertise that lets users participate in contests, follow power users, musicians and celebrities as a way to urge started. Users can additionally use the musical.ly app to create instant music videos that mix a range of effects and transcription voice overs.

Here’s what you need to grasp regarding the insanely well-liked new iPhone and humanoid app, that you got todownload and check up on currently.

The musical.ly app is more than simply a transcription video creation tool like Dubsmash, it’s a full on social network with challenges, hilarious and proficient creators to entertain you and a powerful tool to create your own music infused videos to share on musical.ly or to save and share privately.

Musical.ly is a free app and that we didn’t find any in-app purchases nevertheless, which is shocking for howeverabundant the app offers. Some of the editing options square measure solely accessible when you share a musical.ly video to a service like Instagram, but most users can most likely do this anyway.

Similar to Vine and different recent video apps, users can record multiple clips that splice along for nice jump cuts that transition from one scene to consequent. After you shoot or import a video to the app you will add music to thatand perform a range of effects to upgrade it.

When you start, using Musical.ly is simple to use, but you will very take your game to consequent level by combining hand gestures, moving your camera and combining good lighting.

While you would possibly keep on with creating music themed videos in musical.ly, some of the simplest featuresconcentrate on the musical.ly video effects.

Users can shoot video in Epic, Slow, Normal, Fast and Time Lapse modes to begin, but once it comes time to edit, you can do rather more. There is a cool reverse mode that delivers hilarious written material opportunities, a Time Trap to repeat a cool moment and a theory of relativity possibility to amendment speeds.

These effects really create the app, especially for users UN agency don’t need to get before of the camera totranscription.

maj 22, 2016 03:34

nic specjalnego

Borelioza nie ma urlopu

Pogoda  za oknem piękna, więc kto żyw wylega na  zieloną trawkę nie 
zdając sobie sprawy z faktu, że nie my jedni jesteśmy jej użytkownikami.
Prawdę mówiąc to my wchodząc na tę  "zieloną trawkę" pakujemy się na 
teren zamieszkały przez całe mnóstwo mniejszych i większych stworzonek.
A swą obecnością stajemy się  ogniwkiem łańcucha pokarmowego dla 
naprawdę b.małego, ale groznego dla nas pajęczaka- KLESZCZA. 
Kleszcz to bardzo pospolity pajęczak- bytuje na całym świecie i podobno 
jest ich aż 825 gatunków.
W Polsce występuje około 20 gatunków tego paskudztwa, a najpopularniejszy jest kleszcz pastwiskowy.
Krótkie i  ciepłe w sumie  zimy sprawiły, że kleszcze od kilku lat mają komfortowe warunki do życia - brak śniegu i mrozu sprzyja przetrwaniu tych
pajęczaków. 
Teoretycznie kleszcze są bardziej zainteresowane innymi niż człowiek kręgowcami, ale  tak naprawdę jest im wszystko jedno, czyjej krwi się
napiją.
W tym roku jest ich wyjątkowy wysyp- jest ich pełno nie tylko w lesie i na łąkach, są też niestety na miejskich trawnikach i w parkach.
Kleszcze , z wdzięczności za to, że skonsumują nieco naszej krwi, zostawiają nam i naszym domowym czworonogom prezent w postaci kilku chorób.
Psy są obdarowywane babesziozą, a my odkleszczowym zapaleniem mózgu i
bardzo trudną do wyleczenia i grożną boreliozą , która atakuje wiele narządów.
Psy i koty są znacznie lepiej chronione przed kleszczami niż my- są dla nich
preparaty stosowane bezpośrednio na skórę i zależnie od jego rodzaju ochronę  powtarzamy co 28 dni lub raz na kwartał. 
Z ochroną ludzi jest nieco trudniej - przeciw odkleszczowemu zapaleniu mózgu chroni szczepionka- do pełnej ochrony potrzebne są trzy jej dawki, powtórzone w określonych odstępach czasu.
Przed boreliozą nie ochroni nas  żadna szczepionka bo jej nie ma.
Przed boreliozą  musimy chronić się sami.
Przede wszystkim, choć to nie jest "eleganckie", nie spacerujmy 
w sandałkach bez skarpetek.
Nie buszujmy po krzakach rano i wieczorem, po w tym czasie kleszcze bardzo lubią się pożywiać. Najmniej aktywne są około południa.
Po każdym pobycie  na łące, w parku i w lesie oglądajmy dokładnie całe ciało-
dziecko też człowiek i też się nadaje na pokarm dla kleszcza, więc
obejrzeniu skóry dziecka nie zapominajmy.
Jeżeli znajdziemy na sobie wczepionego w skórę kleszcza pamiętajmy, że nie wolno go traktować tłuszczem, naftą czy spirytusem, bo wtedy wstrzyknie 
nam wszystkie zarazki, które ma w swoich wnętrznościach.
Kleszcza trzeba usunąć przez wykręcenie go ze skóry, lub udać się do najbliższego punktu medycznego, gdzie zrobią to fachowo. 
Może się zdarzyć, że w kilka dni po wyprawie na "zieloną trawkę" zobaczymy  
na skórze zaczerwienione kółko wokół maleńkiego śladu. Wtedy w te pędy musimy udać się do lekarza- bo to dowód  na to, że  ugryzł nas kleszcz
trzeba rozpocząć leczenie.
Nie mniej ten odczyn skórny nie jest regułą i możemy nie mieć pojęcia, ż
nas ukąsił kleszcz.
Nie wiem jak teraz wygląda sytuacja z preparatami chroniącymi naszą skórę
przed  bliskim kontaktem z kleszczem. 
Kiedyś był w aptekach dostępny preparat f-my Bayer "AUTAN Protection Plus,"  który działał do 8 godzin od chwili aplikacji.Służył również dzieciom od 6 roku życia.
Zapewniam Was, że lepiej zainwestować ok.20 zł na preparat niż zachorować 
na boreliozę, której trudno się potem pozbyć. 
Więcej informacji na ten temat znajdziecie na:
www.borelioza.org 
www.drogadosiebie.pl/borelioza 
I zajrzyjcie pod te adresy nim się zaczniecie  wylegiwać na trawie, włóczyć 
po lesie i buszować po krzakach.
Naprawdę łatwiej i taniej jest  zapobiegać przykrym skutkom niż je potem leczyć.
 

by anabell (noreply@blogger.com) at maj 22, 2016 03:37

Kurlandia

Elżbieta Młynarczyk

Witaj w rodzinie Elza!

Zostaliśmy dziadkami. Elza, pieszczotliwie nazywana Elżbietą, to spełnione marzenie o posiadaniu szczeniaka po Neli. O tym małym, rozpieszczonym zwierzątku mogłabym opowiadać godzinami. Urodzona w traumatycznych okolicznościach, przystawiana do sutka, którego nie potrafiła ssać, następnie odchowana na kolankach domowników i niańczona przez Sansę, która obecnie poświęca szczeniakowi więcej czasu, niż biologiczna matka…Dzisiaj jednak muszę spakować Szymona do szpitala. Po siedemnastej odwozimy Szymona na oddział intensywnej terapii. Rano lekarze podejmą próbę zamknięcia krtani syna.  Trzymajcie kciuki.

Nel, Forest i Sansa są wysterylizowani – uprzedzam ewentualne pytania, czy chcemy jeszcze powiększyć jeszcze nasze stadko. Nie ma zmartwienia, na razie wszystko zgodnie z planem. Ha ha ha! Wariatkowo.

***

by Iga at maj 22, 2016 07:22

Piknik Rycerski

Gdzie nas jeszcze nie było? Ciężko wymienić miejsca na Dolnym Śląsku, których naszym dzieciom nie pokazaliśmy. Staram się śledzić wydarzenia kulturalne w okolicy i pojawiać się wraz z dziećmi na przeróżnych piknikach, jarmarkach czy występach. Tym razem gmina zorganizowała plenerową imprezę z okazji 1050-lecia chrztu Polski.

Nie było tłumów, więc można było bez problemu skorzystać z atrakcji. Walka rycerzy, zakuwanie w dyby i wybijanie średniowiecznych monet. Michałek zobaczył, jak na ognisku rozgrzewano stop metalu, wylewano go do formy, a potem…wielkim i ciężkim młotem…syn sam odbił wzór w dwóch krążkach. Z rozbrajającym uśmiechem pytał zgromadzonych wokół ludzi, czy może im pomóc. Oczekiwał też podziwu dla jego siły i wytrwałości – cały Michał. Czaruś, gaduła i pępek kosmosu. Moneta trafiła do pudła z pamiątkami.

Mnie, bardziej od zabawy, interesowały stoiska z rękodziełem i jadłem. Bez pośpiechu obejrzałam wszystkie przetwory. Kosztowałam nalewki piernikowej według średniowiecznej receptury, chleba na zakwasie. Ostatecznie zdecydowałam się na zakup bochenka z czarnuszką i musztardy gruszkowej. Wykonano ją według przepisu Wojciecha Wielątko, pochodzącego z  XVIII wieku. Pierwszym odczuwalnym smakiem był słodki: owocowo-cynamonowy. Potem jednak wyraźnie można było wyczuć gorczycę i ocet. Gdybym miała tę musztardę porównać z jakąś sklepową, była by to musztarda stołowa z dodatkiem gruszki. Sądzę, że to doskonały dodatek do potraw dla dzieci. Dla siebie doprawiłabym jeszcze pieprzem i kolendrą. Właściciele stoiska pochwalili się wyróżnieniem za kultywowanie tradycji staropolskich, a ja nabrałam ochoty, by wykonać własną musztardę w domu. Oczywiście podzielę się efektem moich starań.

Michał wydał swoje dwadzieścia dwa złote z kieszonkowego na miecz i tarczę. Trochę pokręciliśmy się jeszcze w oczekiwaniu na kolejne atrakcje, ale po przegranym przez syna – o włos – biegu w workach, wróciliśmy do domu.

Ostatnie tygodnie obfitowały w ciekawe przygody. Dziecko odkryło w sobie talent do gry w kręgle. Podczas urodzin kuzyna Michał prowadził do ósmej rundy, ostatecznie wyprzedził go jubilat Olek. W kolejnej turze Michał znów wyraźnie prowadził w punktacji. Niesamowite zaskoczenie. Ja na początku pogodziłam się z rolą największej ofermy, toczącej kulę po rynience wzdłuż toru. Jedyne punkty na moim koncie pochodziły z rzutu syna. Jednak potem coś we mnie wyraźnie „zatrybiło” i zbijałam wszystkie kręgle jednym rzutem. Czułam się jak dziecko…rozbawiona i beztroska. Pierwszy raz w życiu byłam w kręgielni, choć od dobrych dziesięciu lat miałam ochotę tam się wybrać. Świetna zabawa!

Tymczasem Michał rozwalał system. Rzut…

W oczekiwaniu na zbicie kuli…Skupienie.

Michałku, jak się cieszysz z wyjścia na kręgle?

Odbyłam poważną rozmowę z synem…”Chcesz piękny tort i mały prezent na swoje urodziny w lipcu, czy mały, domowy tort i kręgle przez godzinę dla ciebie i kolegów”. Oczywiście Michał wybrał grę, tak się rozochocił. Zaprosimy Olka i Patryka, spróbujemy zaprosić „ukochaną” Laurę, koleżankę Tosię, może kogoś z klasy syna. Zobaczymy. Pomysł z zorganizowaniem urodzin w takim miejscu był bardzo dobry i godny naśladowania. Pozostanie mi tylko podpytać zdolniejsze koleżanki o przepis na domowy biszkopt, który zawsze się udaje i jest puszysty. Prędzej  ulepię z masy cukrowej bohaterów Gwiezdnych Wojen, niż upiekę coś, co nie będzie zakalcem.

***

by Iga at maj 22, 2016 07:01

falkografioly

W poszukiwaniu straconego nosa

falko

W poszukiwaniu straconego nosa
Czyściec


W mieście okrutnym i demonicznym
autobusy wypluwają ludzi jak spaliny
metafizyka paraliżuje
metafizyka poraża
wbrew prawu natury
ożywają androidy manekiny supermarionetki

Zawieszeni między światem żywych i umarłych
wplątani w nieuchronny spacer
wśród jęczących dusz
i milczących trupów
tkwią w absurdzie
niekończących się poszukiwań
tożsamości
wejścia do publicznej toalety
dojścia do władzy
zajścia w ciążę
odejścia od dogmatów
poszukiwań własnego nosa
oraz podejścia
do Gogola
i absurdu
jako sytuacji egzystencjalnej

Epileptyczny taniec trwa
w mieście okrutnym i demonicznym


Wiesław falko Fałkowski, maj 2016



by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at maj 22, 2016 06:31

zycie na kreske

maj 21, 2016

Domowa kuchnia Aniki

Zrazy z mięsa mielonego w sosie. Zrazy mielone

Zrazy z mięsa mielonego w sosie
 Zrazy mielone



 
Zrazy to danie, które robię zdecydowanie za rzadko. Są bardzo smaczne i wcale nie jakieś pracochłonne. Dziś przedstawiam ich wersję podstawową, bo mogą być też zrazy z farszem. Ale takie bez dodatków w sosie też są bardzo smakowite i zachęcam do wypróbowania przepisu, kto takich zrazów jeszcze nie robił.

Składniki: ( na ok 10 zrazów)
  • 600 g wieprzowego mięsa mielonego
  • 1 cebula
  • 1 czerstwa bułka
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 1 jajko
  • sól 
  • pieprz
  • majeranek
  • słodka papryka
  • ostra papryka
  • 1 łyżka suszonej jarzynki 
  • mielony kminek
  • 2 łyżki przecieru pomidorowego
  • olej do smażenia
  • 2 ziarna ziela angielskiego
  • 1 liść laurowy
  • mąka pszenna i ziemniaczana do zagęszczenia sosu i obtoczenia zrazów
Sposób wykonania:
  • Mięso łączymy z namoczoną i odciśniętą bułką ( ja mielę ja razem z cebulą i czosnkiem w maszynce do mięsa ), startą cebulą i przeciśniętym przez praskę czosnkiem. Dodajemy jajko, sól, pieprz, łyżkę majeranku i płaską łyżeczkę słodkiej papryki mielonej. Dokładnie wyrabiamy masę
  •  Z mięsa formujemy podłużne zrazy i obtaczamy w mące pszennej. Obsmażamy z każdej strony na rumiano na patelni z rozgrzanym olejem 
  • W garnku zagotowujemy wodę z zielem angielskim, liściem laurowym i jarzynką. Wody powinno być tyle, aby przykryła zrazy
  • Obsmażone mięso przekładamy do gotującej się wody i gotujemy ok 30 minut
  • Pod koniec sos doprawiamy ostrą papryką ( pół łyżeczki ), kminkiem mielonym( pół łyżeczki ), majerankiem ( ok 1 łyżki ) i ewentualnie jeszcze solą i pieprzem. Dodajemy przecier pomidorowy. Chwilę wszystko gotujemy
  • Sos zagęszczamy niewielką ilością zimnej wody rozmieszanej z mąką pszenną i ziemniaczaną. Ilość mąki zależy od ilości sosu. Ja dałam 1, 5 łyżki mąki pszennej i 1 łyżkę mąki ziemniaczanej. Dokładnie rozmieszaną wodę z mąką wlewamy do sosu i szybko mieszamy. Chwilę razem gotujemy
  • Zrazy z sosem doskonale smakują z kaszami: jęczmienną czy gryczaną
 

    by Anika (noreply@blogger.com) at maj 21, 2016 11:43

    Anrzej rysuje

    falkografioly

    Nie tylko Beatrycze

    falko



    Nie tylko Beatrycze



    Jego słowa słyszałem zanim mówić zaczął
    Opowieść o dziewczynie co jak Beatrycze
    Zdawało się że już była, a jeszcze jej nie ma,
    Zbyt szybko zasnęła otulona mrokiem.

    Niesprawiedliwe niebo zakrwawione słońcem
    Tnie błyskawicy klinga - do wieczora daleko.
    Nie czekaj przedwcześnie życzeń dobrej nocy,
    Nie zasypiaj przedwcześnie otulony mrokiem.

    Nie poddawaj się starości chętnej podpowiedzi,
    Nie wchodź nagi, bezbronny do szerokiej rzeki,
    Brzegu drugiego we mgle cmentarnej nie widać.

    Chociaż kres czujesz, nocy się spodziewasz,
    Noc nieuchronna na odległym brzegu
    Zniecierpliwiona na ciebie niech czeka.


    by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at maj 21, 2016 10:09

    zupa z chrabąszczy majowych *

    falko


    zupa z chrabąszczy majowych *

    wstaję rano
    utrzymuję czystość
    jem skromnie
    udaję inteligentnego
    nocami zaparzam we wrzątku
    nieposkromionych pragnień
    herbatę z esencjonalnych myśli
    wyłaniają się wówczas niespodziewanie
    pomysły na nowe wiersze
    z początku miękkie jak larwa chrabąszcza
    z czasem okrywają się chitynowym pancerzem
    wyrastają im skrzydła
    są gotowe do lotu
    zamykam okna
    gotuję zupę
    zupa z chrząszczy majowych
    zalecana jest przez doktorów
    dla umysłowo osłabionych
    jem skromnie

    * chrabąszcze majowe pozbawia się skrzydeł i odnóży
    podsmaża na klarowanym maśle
    a następnie gotuje w rosole cielęcym lub kurzym


    Wiesław falko Fałkowski, maj 2016

    by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at maj 21, 2016 10:08

    Czytadelko

    Genialni. W pogoni za tajemnicą geniuszu - Eric Weiner

    Cóż, przyszło nam żyć w czasach, kiedy słowo  genialny, zbyt często nadużywane i wykorzystywane do opisania dość prozaicznych czynności albo też niezbyt wyróżniających się osób, przeciętnych książek czy miliona podobnych do siebie filmów, przestaje mieć powoli jakiekolwiek znaczenie. Eric Weiner stara się trochę tego znaczenia jednak mu przywrócić, a przy okazji rozwiązać zagadkę tego jak się rodzi geniusz, jakie warunki trzeba spełnić, by nim zostać oraz dlaczego na przełomie wieków w pewnych miejscach było tych geniuszy znacznie więcej niż gdzie indziej.

    Ps. Tak, czytałam książkę w Święta Wielkanocne, stąd taka a nie inna oprawa zdjęcia - to najlepiej świadczy o tym jak zawrotne mam ostatnio tempo pisania... ;)

    Autor zabiera nas więc w podróż nie tylko w przestrzeni, ale także i czasie, prowadząc do największych przeszłych i teraźniejszych ośrodków geniuszu. Wpadamy więc na chwilę do starożytnych Aten, by przyglądnąć się rozwojowi tamtejszej filozofii, po to, by za moment przenieść się do złotego wieku Hangzhou za czasów panowania dynastii Song, podczas których nastąpił znaczny rozkwit filozoficznego i duchownego rozwoju, ale także dokonano wielu osiągnięć w zakresie medycyny, edukacji czy kultury. Kolejny przystanek to Florencja oglądana w towarzystwie Leonarda da Vinci, Michała Anioła oraz rodziny Medici. Następnie zatrzymujemy się w Edynburgu, bo odrobina Szkocji tkwi w każdym z nas, czy jesteśmy tego świadomi, czy nie *, a geniusze, którzy rozświetlili swym blaskiem stary Edynburg doprowadzili do narodzin wszystkiego od nowoczesnej ekonomii przez socjologię po fikcję historyczną *. Przystajemy też w niekojarzącej się dziś zupełnie z geniuszem Kalkucie w latach 1840-1920, kiedy właśnie to miasto stanowiło jedną z intelektualnych stolic świata, ośrodek twórczego rozkwitu, który objął sztukę, literaturę, naukę i religię**. Na dłużej Weiner zabiera nas do Wiednia z jego dwoma, zupełnie różnymi twarzami geniuszu: Mozartem i Freudem, a wreszcie trafiamy do najbliższej naszym czasom i sercom Doliny Krzemowej z jej nieustannym rozwojem technologicznym. Jak widać jest więc obszernie, nie tylko pod względem geograficznym czy dziejowym, ale także tematycznym. Eric Weiner przenosi siebie i nas z miejsca na miejsce, spotyka geniuszy żyjących i nieżyjących oraz próbuje zgłębić temat w każdy możliwy sposób, chwytając się wszystkiego, co tylko przyjdzie mu do głowy i co na swej drodze napotka. 

    Jak się rodzi geniusz? Ku pokrzepieniu serc: na pewno nie przekreśla cię to, że jesteś lub byłeś kiepskim uczniem...  Bill Gates, Steve Jobs, Woody Allen - wszyscy rzucili studia. [...] Pracę doktorską Einsteina odrzucono dwukrotnie. [...] Thomas Edison rzucił szkołę w wieku czternastu lat. [...] Wielu geniuszy pobierało nauki w domu albo zdobywało wiedzę na własną rękę. Chociaż niektórzy geniusze - na przykład Maria Skłodowska-Curie czy Zygmunt Freud - byli znakomitymi studentami, większość miała ze sformalizowaną nauką na pieńku***.  A poza tym? Cóż, jak się okazuje wystarczy trochę nie tak znowu trudno dostępnych składników, to jest: odpowiedniego miejsca i odpowiedniego czasu, trochę kaski, niekoniecznie swojej, jakiegoś opiekuna czy też mistrza, który z przyjemnością pokaże nam odpowiednią drogę i z dumą patrzeć będzie jak nią kroczymy, umiejętności menadżerskich albo kogoś, kto się tym z przyjemnością zajmie, bo wiecie Beethovena nie znalibyśmy dziś jako geniusza, gdy by nie był dobrym marketingowcem. Mozart miał wbudowaną maszynę marketingową w osobie swojego ojca. [...] Jeśli nie potrafisz się sprzedać i stać się znanym, nie będziesz geniuszem**** . Silnej motywacji i wytrwałości w tym, co się robi, jako że g eniusza od osoby przegranej niekoniecznie odróżnia liczba odniesionych sukcesów, ale raczej wielokrotna gotowość do zaczynania od początku***** . Nie zaszkodzi też odrobina nieszczęśliwych doświadczeń, bo b ycie imigrantem i brak stabilizacji w rodzinie to dwa najpowszechniejsze życiowe doświadczenia geniuszy******.  No a przede wszystkim, najbardziej pożądanym składnikiem jest odrobinka tajemniczego tego czegoś . Bo jak tego czegoś nie ma, to i z geniuszem może być klapa. 

    Podróż w towarzystwie Weinera była nawet przyjemna, choć może nie tak odkrywcza jak na to liczyłam. I nie aż tak ekscytująca, bo zdarzały się momenty, kiedy miałam ochotę ziewnąć i wysiąść z tego pociągu. Może nie aż tak częste, by nie cieszyć się, że jednak dojechałam do końca drogi, ale na tyle uciążliwe, by nie chcieć ruszyć w nią drugi raz.

    Eric Weiner, Genialni. W pogoni za tajemnicą geniuszu , Warszawa, Wydawnictwo Naukowe PWN SA 2016

    *s. 174

    **s. 226

    ***s. 156

    ****s. 284

    *****s. 98

    ******s. 312

    by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at maj 21, 2016 08:38

    Smoking kills...

    O ROZDEPTANEJ AMEBIE

     

    Drogi Pamiętniku, nic nie piszę, bo nie mam na nic siły i się ciągnę przez życie jak lekko rozdeptana ameba czy jakieś inne galaretowate plugastwo. Chełbia, na przykład. Chełbia modra.

    Dziś N. mnie zapytał, jak wracaliśmy z roboty, czy wyszłabym za niego, gdyby miał ubojnię zwierząt.

    Dobrze, że byłam przypięta pasem. Powiedziałam, że musiałby sprzedać.

    Co to w ogóle za pytania po tylu latach związku! Ja mu dam ubojnię.

    Najmilsze, co w ostatnim tygodniu widziałam, to filmik i zdjęcia psa Toby – który urodził się z dwoma nosami. Jaki jest uroczy! Ale jak oglądam te jego zdjęcia, to wydaje mi się, że mam zeza, tak mi niespokojnie oko lata z jednego nosa na drugi. Co oczywiście nie odejmuje mu urody ani wdzięku.

    O innych wydarzeniach wolę się nie wypowiadać, bo od czytania wiadomości dostaję neurosyfilisu. O ile rozdeptana chełbia może dostać neurosyfilisu.

    Może mi się polepszy z energią własną, bo ma się zrobić cieplej. Zobaczymy.

    by Barbarella at maj 21, 2016 05:26

    zycie na kreske

    maj 20, 2016

    TUV

    skonsternowana ale może niepotrzebnie,bo tak

    skrzyżowanie.

    Wyjeżdżamy z podrzędnej w lewo (LEWO !!!). Nie ma świateł,za to duży ruch na głównej ulicy.

    Wyjeżdżamy z uliczki na której mieści się po lewej kuria,po prawej parafia,na wprost,po drugiej stronie  skrzyżowania stoi kościół. Znaczy się księża mają blisko…

    W takiej chwili oczy,widzą,mózg rejestruje ale skupiasz się na manewrze,szczególnie że my jesteśmy już w tym roku po przejściach.

    I nagle dociera.

    Na murku,pod kurią siedzi kobieta. W średnim wieku.Ubrana na czarno – ale w sumie,częsty kolor.Ubrana dość ładnie,ładnie uczesana,elegancka torebka,pantofle.Dociera że kobieta ma zakrwawione kolana – musiała upaść.

    Dość dziwnie się kiwa.Może pijana? A może oszołomiona upadkiem i boli? A może naćpana? ALe ogólnie nie wyglądała na jakiś „margines”,w sumie i pijana i obolała bo zakrwawiona.

    Na przejściu dwóch księży .Wyszli z budynku parafii szli do kościoła.

    MUSIELI widzieć kobietę bo ona od nich rzut beretem i na wprost wyjścia.

    Szli po pasach i …odwracali się w jej stronę co rusz ,śmiejąc się…

    No jestem zniesmaczona? Wkurzona?

    Przecież KSIĄDZ powinien zainteresowac sie taka osoba !!!

    Powolani sa do niesienia otuchy,pomocy.Powinni podejsc,zadzwonic gdzie trzeba,ba, wziasc na parafie i pomoc sie ogarnac!

    Szli do kosciola ,czyli masza i kazanie.jak mogli kazanie powiedziec nie udzielajc pomocy blizniemu?

    I co ze np.pijana ale potrzebowala pomocy!

    by Tuv at maj 20, 2016 08:41

    Mikołajkowo

    MACIERZYŃSTWO i nie tylko :-)

    5,5 roku temu Mikołajek przestał oddychać, a w zasadzie zaczął oddychać przez respirator (wolę tą wersję). Mało pamiętam czas, gdy Mikołajek jadł i oddychał sam. Gdy patrzę na zdjęcia "zdrowego" Mikusia, bez rury w tchawicy i w żołądku to trudno mi uwierzyć że to nasz Mikołajek. Dla nas respirator, odsysanie, karmienie strzykawką, sen przy szumie respa i pobudka bo resp zamiast 20 oddechów podał 21stało się normą. Pamiętam, gdy po urodzeniu Michałka jak wariatka co chwilę kładłam mu rękę na klatkę piersiową, żeby sprawdzić czy wydzielina nie przeszkadza mu w oddychaniu. Za chwilę przytomniałam że to Michałek, który oddycha sam, który głośno krzyczy, którego nie można zostawić w łóżku bez szczebelek bo z niego spadnie. To co dla innych rodziców jest oczywiste dla nas było nowością, przecież Mikołajek leży nieruchomo, nie ruszy rączką a co dopiero przemieścić się. Dla nas opieka, wychowywanie Michałka ma inny wymiar. Mimo, że to nasze drugie-młodsze dziecko uczyliśmy się go jakby był pierwszym dzieckiem.
    Moja bliska znajoma Edyta, powiedziała mi, że łatwiejsza jest dla mnie opieka nad niepełnosprawnym Mikołajkiem, niż zdrowym Michałkiem, który mocno manifestuje, gdy coś jest nie po jego myśli.
    Macierzyństwo tych samych ludzi może zupełnie inaczej wyglądać. Nie lepiej, nie gorzej, tylko łatwiej lub trudniej i inaczej.

    W sumie nie planowałam tego pisać, chciałam napisać o tym, jak 5,5 roku temu odebrałam telefon od nieznanej nam osoby, która zadzwoniła bo właśnie dowiedziała się o istnieniu wtedy półrocznego Mikołajka i chciałaby pomóc. Tak po prostu...
    Ta osoba nazywa się Dorota Smoleń, jest mamą trójki fantastycznych chłopców, jest autorką książek, pisze artykuły, jest świetną blogerką, ma mnóstwo zajęć i brak czasu. Ale mimo tego, zadzwoniła że chce pomóć i już nawet wymyśliła jak.
    Nie bardzo wiem, jak opisać działania, pomoc i zaangażowanie Doroty, dlatego trochę pójdę na łatwiznę i podam link do bloga, który założyła Dorota (po to, by pomagać Mikusiowi)
    Oprócz nich prowadzi kilka innych :-)
    macierzynstwo-bez-lukru.blogspot.com


    W sumie wstyd mi, że dopiero teraz, gdy właśnie wychodzi książka stworzona po to, by pomóc Mikołajkowo o tym piszę, powinnam to zrobić 5,5 roku temu :/

    A tu możecie przeczytać co Dorota pisze o tym projekcie:
     od-rana-do-wieczora.blog.pl/2016/05/09/macierzynstwo-bez-photoshopa-w-przedsprzedazy/

     I jeszcze przeczytajcie co na ten temat ma do powiedzenia Małgosia,
    manufaktura-radosci.blogspot.com/2016/05/macierzynstwo-bez-photoshopa-premiera.html
    którą namiętnie czytam, którą polecam wszystkim bo jest pozytywna i mądra :-) Małgosia też jest jedną z autorek Macierzyństwa :-)

    Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do tworzenia MbL i tym, którzy w inny sposób nam pomagają :-)

    Ps. Dorotka, czy ponad 5 lat temu, wiedziałaś w co się pakujesz??? :-)

    Mama Mikołajka i Michałka

    by Wiola Grabowska (noreply@blogger.com) at maj 20, 2016 07:43

    nic specjalnego

    Mix

    Przeczytałam nieomal jednym tchem ostatnią książkę Marii Czubaszek
    "Nienachalna z urody".
    Nie podejrzewałam nawet, że tak wiele mam wspólnych cech z autorką.
    No, może poza  zamiłowaniem do palenia papierosów i alkoholu.
    Jedno i drugie po prostu zbyt mi szkodziło bym stała się ich fanką.
    Dla mnie to był przy okazji powrót do czasów odległej, niestety, młodości. 
    Okazuje się, że krążyłyśmy tymi samymi ścieżkami, bywałyśmy w tych 
    samych lokalach, tyle tylko, że z pewnym przesunięciem w czasie.
    Stosunek do gotowania też mam nieco odmienny, choć nie da się ukryć,
    że coraz mniej mnie pasjonuje ta czynność a myślenie o jedzeniu zaczyna
    mi sprawiać po prostu przykrość. Coraz częściej łapię się na tym, że
    wybieram takie dania, których przygotowanie nie przekracza pół godziny.
    Od biedy takie, które  nie wymagają zbytniej uwagi w trakcie ich obróbki termicznej, same się pieką.
     
                                                      *****

    Znów mi się "coś zrobiło". I to coś, co obiecałam dość dawno zrobić dla
    własnej córki.
    To bransoletka,  którą owija się trzy razy wokół  ręki. 
    Oczywiście zdjęcia mi  nie wyszły- może nic dziwnego, bo mi w godzinę 
    pózniej  żarówka zastrajkowała definitywnie, dokonując  swego żywota.
    Nic nie jest wieczne, nawet  żarówka LED, która u mnie ma ciężkie życie,
    bo spędzam przy niej niemal całą dobę. 
                                        Są to kulki agatu umieszczone w jedwabnym sznurku.

    Kolory są przekłamane, bo tak naprawdę w tych kulkach agatu nie ma nic brązowego, jest za to czerń i szarość.
    Ale i tak jakoś szybko mi to wyszło, zaledwie w dwa dni. Najwięcej czasu poświęciłam na wymyślenie zapięcia, które jest regulowane.
    No i nie metalowe, ale  jest integralną częścią bransoletki - środkowe
    zdjęcie.
    No cóż, dziś piątek, a więc dzień "kulinarny", zaraz "lecę w gary", by
    przygotować coś na najbliższe 3 dni .
     
     

    by anabell (noreply@blogger.com) at maj 20, 2016 12:52

    moje waterloo

    2308

    Pies zniszczył mi komputer i obecnie marzę, żeby porwał go jastrząb. Psa znaczy.
    Jesteśmy pokłóceni na śmierć od wczoraj i nie są przeze mnie akceptowane żadne próby nawiązania kontaktu. W tych sympatycznych okolicznościach przyrody pies jest grzeczny jak aniołek. Ale nie daję się zwieść.

    Dlaczego przyszło Ci do głowy, żeby mi powiedzieć, że szczeniaka nie zostawia się samego z przedmiotami, które może zniszczyć?

    Lesiek nie potrzebuje niczyjej pomocy ani pozwolenia. On popełnia przestępstwa w naszej obecności i przytomności. Jest dzieckiem szatana i kropka. Dziś dowiem się, czy naprawa wchodzi w grę, a jeśli tak, to ile będzie kosztowała. I potrącę mu z wyżywienia. Przypuszczalnie rozpoczął właście pięcioletnią głodówkę.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at maj 20, 2016 11:18

    Anna Sakowicz

    Jak Francuzi wygrali pod Waterloo

    Kult Napoleona we Francji jest wciąż żywy. Powstało na jego temat sporo legend i mitów. Dla jednych jest bohaterem, dla innych tyranem. Jaki był naprawdę? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Stephen Clarke w książce „Jak Francuzi wygrali pod Waterloo (a przynajmniej tak im się wydaje)”. Autor poddał analizie kult Napoleona. Bardzo dokładnie przyjrzał się opisom…

    by anna.sakowicz at maj 20, 2016 06:13

    Dzieciowo mi

    Nie tylko dla dziewczynek – jak chronić układ moczowy u dzieci i podnosić odporność

    Co wiecie o żurawinie? Wiecie coś? Jak dotąd, gdy mowa o sposobach podnoszenia odporności u dzieci, słyszę o wielu różnych propozycjach, o

    by Malwina Ferenz (Krusz.) at maj 20, 2016 06:00

    Kura pazurem

    Ulało mi się tęczą

    Ostatnio na Facebooka wrzuciłam fotki, które były efektem mojej i Jajowej głupawki. Ale kiedy zobaczyłam siebie w roli jednorożca zwracającego tęczą, coś mi się w łepetynie uruchomiło. Deja vu czy coś w tym stylu.

    tęczaJakiś czas temu moja koleżanka blogerka określiła mnie jako „ambasadorkę tęczowych par” (to po przeczytaniu „To się da!”). Zaśmiałam się w duchu, ale teraz patrząc na siebie z tą tęczą wylatującą z paszczy, stwierdzam, że nawet do twarzy mi z tymi kolorami. Co prawda uważam siebie za ambasadorkę różnokolorowych par: czarnych, białych, żółtych, czerwonych, ale i wszelkiej innej maści też. Stwierdzam, że nic mi do tego, kto z kim i dlaczego. Pod kołdrę nie zaglądam. Człowiek to człowiek.

    Znam ludzi o różnej orientacji seksualnej i nigdy nie było to dla mnie kryterium oceny człowieka. Gej czy lesbijka może być i dobrym, i złym człowiekiem, tak jak heteryk. Ale wiem też, jakie tragedie kryją się za „innością”. Poznałam kiedyś kogoś z niepoprawnie określoną płcią z powodu źle wykształconych narządów płciowych. Domyślam się też, jak na przykład czuje się chłopak, który odkrywa w sobie tę „inność”, a ma ojca w typie macho. Uważam, że słabszych zawsze trzeba bronić, obojętnie kim są. Tego nauczyli mnie rodzice i tego się trzymam. I jeżeli to dyskredytuje mnie jako człowieka, to przykro mi bardzo.

    I przyznam, że kiedy słyszę wypowiedź polityka, który zakłada, że do hotelu można nie wpuścić geja, lesbijki, Afroamerykanina, Chińczyka, Żyda, Wizygota, Huna… czy jeszcze kogoś innego, jeżeli poglądy właściciela na to nie pozwalają, to przyznam, że nóż mi się w kieszeni otwiera. Za chwilę będziemy mieć lokale „tylko dla Polaków” z jasno określonym wyznaniem.

    Przerażają mnie nastroje nacjonalistyczne (nie tylko w naszym kraju), rasistowskie i homofobiczne. Nie jestem za tym, żeby „nagradzać” specjalnymi prawami, bo wszelkie wypaczenia są złe, ale zdecydowanie opowiadam się za tolerancją.

    Z przerażeniem patrzę też na klauzulę sumienia, którą coraz więcej osób macha niczym sztandarem na pochodzie pierwszomajowym. Za chwilę się okaże, że żaden lekarz mnie nie przyjmie, bo jestem rozwiedziona (i w dodatku nie żałuję), wyszłam powtórnie za mąż i żyję sobie w grzechu. W dodatku nie mam zamiaru się więcej rozmnażać…

    Przepraszam, ale trochę mi się dziś ulało tęczą.

    by anna at maj 20, 2016 04:07

    zycie na kreske

    maj 19, 2016

    Zapiski dojrzalej kobiety

    Majowe dzwoneczki.

    Konwalia, swe tchnienie kryjąca w trawie niskiej,
    Odpowiedziała ślicznej Panience, mówiąc:
    Jam ziele wodne,
    Ja jestem bardzo mała, lubię mieszkać w niskich dolinach,
    Tak wiotka, że motyl złocisty ledwie zdoła
    przysiąść na mej głowie.
    Jednak mam odwiedziny niebiańskie —
    Ten, co wszystko  wita swym uśmiechem,
    Zstępuje w dolinę — co ranka pochyla dłoń nade mną.
    Mówi: raduj się, trawo niska, kwiecie konwalii nowo narodzony,
    Łagodna mieszkanko milczących bezdroży, najcichszych strumieni,
    Ty będziesz w światło odziana, karmiona manną świtu,
    Aż letni żar roztopi cię pośród strumieni i źródeł,
    byś rozkwitła w dolinach wieczystych.
    (Autor: William Blake - Księga Thel).

    Dzieje się dużo i to w ten sposób, ze nie bardzo mam wpływ na to, co się dzieje.
    W poniedziałek zadzwonił pan od cyklinowania podłogi, ze przychodzi we wtorek.
    Inne terminy nie pasują albo jemu, albo nam.
    Wyszło na to, ze robota byłaby zrobiona dopiero we wrześniu.
    Wrzesień z pewnych względów wolę mieć wolny od takich „atrakcji”.
    A ja czułam się nie najlepiej i wzdychałam po cichu, by córka wyszła ze Stasiem ze szpitala i by zabrali Wiktorię.
    Na szczęście tak się stało, po południu wnuczka wróciła do swojego domu.
    Kiedy wieczorem przyszedł syn z wnukiem by pomóc powynosić meble i kiedy już pokój  był przygotowany do wtorkowych robót, nafaszerowana aspiryną i napojona herbatą z lipy z sokiem malinowym poszłam spać.
    Noc była trudna, miałam temperaturę, dreszcze, pociłam się jak w saunie.
    Rano, by nie brać na pusty żołądek lekarstw zjadłam tylko dwie kromki grahamki i poszłam spać.
    Pomimo warczących maszyn w drugim pokoju przespałam cały dzień.
    Wczoraj wstałam, czułam (i w dalszym ciągu czuję) się dobrze.
    Słaba tylko byłam/jestem, ale to nie przeszkodziło pojechać do Castoramy po nowe listwy do podłogi, które to Ślubny od razu założył nie przewiercając się do sąsiada ani nie obcinając sobie ręki – czyli jest Bohaterem Domu;))).
    Dzisiaj przychodzi syn, by powstawiać meble na swoje miejsca i powynosić meble z mojego pokoju, bo jutro pod cykliniarkę idzie mój pokój
    I na tym będzie koniec, bo w pozostałych pomieszczeniach są panele.
    Niestety, kiedy są zwierzętach  w domu lepiej się sprawdza plastik niż drewno.
    Nie wiem kiedy to wszystko ogarnę i doprowadzę do porządku (pani od sprzątania pojechała na Ukrainę).
    Mam nadzieję, ze do Bożego Ciała się wyrobię;).
    Ale cieszy fakt, ze odnowiona podłoga jest piękna.

    by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at maj 19, 2016 03:58

    Ja jestem Blog Agaty Komorowskiej

    Miłości spieprzyć się nie da

    Więc wyluzuj. Odpuść, przestań o nią walczyć, toczyć bitwy o kolejny happy end, którego nigdyWIĘCEJ...

    Artykuł Miłości spieprzyć się nie da pochodzi z serwisu .

    by Agata at maj 19, 2016 11:27

    Dzieciowo mi

    Rolki – przyczyna niezłej demolki. Oraz gdzie można jeździć na rolkach, a gdzie nie

    Tak, tak, tak, są dzieci, które nie lubią rowerów. Szok i niedowierzanie, co nie? Jak można nie lubić, co nie? Można. Są

    by Malwina Ferenz (Krusz.) at maj 19, 2016 11:11

    Bezwstydnica

    Śledzik po rzymsku

    OLYMPUS DIGITAL CAMERA

    Jestem w kuchni.
    Gotuję zupę pimidorowa. 😉
    W szafce szukam ryżu (dlaczego ja ciągle czegoś szukam?).
    Za słojem z płatkami owsianymi natykam się na sreberko. Czekoladka! Pożeram.

    Wchodzi A.
    – Mamooo, odplącz mi to – mówi.
    Nachylam się.
    – A co ty tam jesz!?! – mówi rozglądając się szybko po kuchni.
    – Tooo, eee, śledzik z cebulką – mówię od niechcenia i szybko markuję mieszanie w garze.


    A od jutra oprócz “śledzika”… pizza, pasta, pesto!
    Rzym!
    Do 29 maja poza siecią! 🙂 Ale wrócę! Chyba.


    Pozdrawiam
    Kura

    PS Na zdjęciu A. w Rzymie w zeszłym roku.

    by admin at maj 19, 2016 10:11

    pokolenie ikea

    2436501416_8bcdce8935_b

    „Sukces jest jak ciąża. Wszyscy ci gratulują, ale nikt nie wie ile razy trzeba było dać się wyruchać, aby to osiągnąć.”

    Słowa te wygłosił w ubiegłym roku w trakcie wykładu dla studentów przedsiębiorca Michał Leszek. To eks muzyk, który sprzedaje teraz elektronikę. Dużo elektroniki. Kiedy usłyszałem te słowa, pokiwałem ze smutkiem głową, jak bardzo krzywdzące są opinie, że biznesmeni to ludzie bezbarwni, onanizujący się jedynie słupkami z liczbami.

    Tymczasem z sukcesem, zdaniem Leszka, jest jak z podrywaniem bardzo ładnej kobiety, która jest niezwykle pewna swojej wartości, jak i tego, że na nią nie zasługujesz. Kojarzycie tenisistkę Steffi Graf? Jakiś facet zawołał do niej na korcie: „Steffi, wyjdziesz za mnie?” Ona, usłyszała pytanie, pomyślała chwilę i zapytała: „A ile masz pieniędzy?” Na to już facetowi brakło konceptu. I w tym momencie było jasne, że żadnego ślubu nie będzie.

    A teraz sobie wyobraźcie, że ten mężczyzna idzie do Steffi jeszcze raz i pyta: „Dasz mi?”. A ona odpowiada: „Nie, nie dam.” I za dwa tygodnie sytuacja się powtarza. „Dasz mi?” „Nie dam.” I tak przez siedem lat, albo i dłużej. „Dasz mi?” „Chyba cię pojebało.” – odpowiada ona. Widzicie to? Tak właśnie wygląda sukces. To ciągłe zmaganie się z porażką.

    Sukces boli.

    Sukces boli: ciebie

    Wiem coś o tym. Kiedy skończyłem pisać swoją pierwszą książkę, wysłałem ją do dziesięciu największych wydawnictw w kraju. Dostałem pięć odmów publikacji. Byłem w sumie za nie wdzięczny, bo pozostałe wydawnictwa w ogóle się tym nie kłopotały. Po prostu nie odpowiedziały. Co robi normalny człowiek w takiej sytuacji? Daje sobie spokój z pisaniem, uznając, że to, co stworzył, widać nie ma sensu. Ale ja szukałem dalej. I wydałem „Pokolenie Ikea”. Później „Pokolenie Ikea Kobiety”. A obie te książki sprzedały się w sumie w nakładzie ponad 110 tys. egzemplarzy.

    Czy w międzyczasie było miło? Nie. W międzyczasie było kurewsko trudno. Czy wątpiłem? No, ba. Mogłem przecież w międzyczasie pić koniak, wino i whisky, patrzeć z tarasu na jezioro, oglądać seriale, czytać książki, uprawiać seks, oglądać seriale, jeść casserole z kurczakiem, pomidorami i ciecierzycą, uprawiać seks, oglądać seriale i kłaść się regularnie o piątej rano.

    A zamiast tego pracowałem tak długo, aż mój podpis stał się autografem. Może przestałem być miły i socjalny, ale do czegoś doszedłem. Tyle, że mało kto widzi tę drogę, która – przyznaję – była ciężka i chujowa. Większość widzi tylko ciążę, czyli liczby.

    Sukces boli: innych

    Janusz Głowacki, bardzo błyskotliwy dramaturg o wielkim pociągu do kobiecych wdzięków i alkoholu (jak widać, dużo mnie z nim łączy) napisał kiedyś kilka zdań, które idealnie oddają ducha naszego narodu. Ponieważ Głowacki sukces w USA, owszem, odniósł, ale dużo mniejszy niż jego kumpel po piórze Jerzy Kosiński, więc można założyć, że wie, co pisze.

    „Bo coś takiego jest nad Wisłą, że bardzo lubimy kogoś podrzucać do góry, a potem upuścić i wdeptać w ziemię, ale po ludzku, tak żeby włosy wystawały (…). Bo ogólnie jesteśmy narodem łagodnym, szlachetnym i dobrodusznym. I to nie jest nawet nasza zasługa. Po prostu taką naturę otrzymaliśmy od Boga. Najlepszy dowód, że powiesiliśmy tylko dwóch biskupów, zamordowaliśmy tylko jednego prezydenta i spaliliśmy tylko jedną stodołę pełną ludzi. Mogą nam wiele zarzucić, ale jesteśmy wyrozumiali jak mało kto. W naszym kraju można okraść, ukraść, zdradzić, oszukać, ostatecznie zamordować i jakoś tam zrozumiemy i wybaczymy (…) Tylko jednego wybaczyć nie możemy. Sukcesu.”

    Jeśli w Polsce ktoś się stara i, nie daj Boże, jeszcze mu wychodzi, to musi mieć wyjątkowo twardą dupę. Bo od razu usłyszy: „To po znajomości”. „Ukradł.” A kobieta? To jeszcze prostsze. „Ciekawe, komu dała?”, „Co to za problem być szafiarką?”, „Jak ona wygląda?”, „Ubiera się jak dziwka.”, i moje ulubione: „Każdy tak potrafi”.

    Otóż nie każdy. Może to łatwe, może trudne, może jakaś laska faktycznie dała wiele razy, aby być w miejscu, w którym jest teraz, nosząc w torebce nieustająco polskie prezerwatywy i płyn do lubrykacji, ale tego nie wiemy. Żeby się tego dowiedzieć, trzeba by było pójść – jak to mawiają Amerykanie – w jej butach. A rzadko kto dobrze się odnajduje w gejowskim klubie na kilkunastocentymetrowych szpilkach.

     I nawet ostatnio zrozumiałem, skąd bierze się w nas ta potrzeba obrzucania błotem innych. To nasza wymówka. Wymówka, którą tłumaczymy sobie swoje niepowodzenia. Nie chcemy przyznać, że ktoś mógł chcieć, że ktoś pracował, że ktoś się starał. Więc łatwiej nam jest, kiedy uznamy, że sukces tamtych był po znajomości, albo jeszcze lepiej, w efekcie drażnienia językiem organu męskiego, nieźle do tego drażnienia przystosowanego.

    Umniejszając czyjeś osiągnięcia, czujemy się lepiej. Choć jest w tym też strach. Boimy się, że komuś w życiu się uda, a nam nie. Otóż nie uda, jeśli zamiast na sobie koncentrujesz się na innych.

    W tym wszystkim jest jeszcze jedna prawidłowość:

    Sukces weryfikuje znajomości

    Jest takie powiedzenie: „Przyjaciół poznaje się w biedzie”. To prawda. Ale jeszcze prawdziwsze jest: „Przyjaciół poznaje się po tym, jak znoszą twoje szczęście.” I mam kumpli, którzy, jak na ten kraj, odnieśli naprawdę spory sukces i nikt nigdy nie wbijał im tak chętnie noży w plecy jak ci, których mieli za swoich dobrych przyjaciół. I nikt tak chętnie nie obsmarowywał ich za plecami, jak właśnie ich dobrzy przyjaciele.

    Kluczem do sukcesu i do fajniejszego życia jest uświadomienie sobie, że zawsze, ZAWSZE będzie ktoś, kto będzie miał więcej. I kiedy to zrozumiemy, zwyczajnie łatwiej będzie nam żyć.

    Sukces nie daje szczęścia

    Gdy zapyta się ludzi, co rozumieją przez ten sukces, to jest on zazwyczaj mocno ilościowy, czyli sprowadza się do pieniędzy, a czasami jeszcze do sławy. No, w męskim przypadku jeszcze do ilości zaliczonych kobiet, ale ten element to często również efekt pieniędzy i popularności. Satyna, nagie cycki, droga bielizna, homar, porsche, kieca od Chanel i zimny szampan podawany w wąskich kieliszkach.

    unnamed

    Rysunek: Aleksandra Wysocka

    Tyle, że zdobycie tych wszystkich rzeczy nie uczyni nas szczęśliwymi. A co? 

    Relacje

    To jedyne takie badanie na świecie. Innych nie było zwyczajnie stać na jego przeprowadzenie. Nazywa się The Study of Adult Development. Zrobił je jeden z najlepszych uniwersytetów świata, czyli Harvard. Badacze z wydziału psychiatrii przez 75 lat śledzili życie 724 mężczyzn, aby sprawdzić, co decyduje o naszym szczęściu w życiu. 268 z nich to byli studenci z drugiego roku uczelni. Wiecie, ci bystrzy, zdolni, z dobrych rodzin, skazani na powodzenie. 456 to z kolei normalne chłopaki z Bostonu. Młodzi goście, mieszkający w obskurnych czynszówkach, często bez bieżącej ciepłej i zimnej wody. Przez te 75 lat badacze rozmawiali z nimi i z ich dziećmi, mieli dostęp do ich akt medycznych, filmowali, jak rozmawiają z żonami o swoich najgłębszych obawach.

    Byli tam lekarze, prawnicy, robotnicy, a nawet jeden późniejszy prezydent USA. Część z nich wspięła się na sam szczyt z samego dołu. Część poleciała w dół z samego szczytu. Niektórzy stali się alkoholikami, inni zachorowali na schizofrenię. 60 osób nadal żyje. Mają dziś zazwyczaj ot tak około 90 – tki.

    Ale szczęścia nie dało im bogactwo, ani sława, ani nawet 25 cm kutas. A co? Relacje. Ludzie, którzy byli bardziej związani z rodziną, z przyjaciółmi, z najbliższym otoczeniem czy mieli fajnych sąsiadów, byli szczęśliwsi, zdrowsi psychicznie i żyli dłużej. Ludzie, którzy mieli najlepsze związki mając 50 lat, byli najzdrowsi w wieku lat 80.

    Dobry związek nie tylko chroni nasze zdrowie, ale również chroni nasz umysł. Ludzie, którzy wiedzą, że mają obok osobę, na której mogą się oprzeć, pozostają dłużej bystrzy. Z drugiej strony, ludzie, którzy żyją w mało szczęśliwych związkach szybciej doświadczają kłopotów z pamięcią.

    Możesz więc ruszyć dupę, wstać sprzed monitora, i zastąpić internetowe relacje tymi prawdziwymi.

    Co wybierasz?

    W pewnym momencie swojego życia trzeba wybrać: sukces albo szczęście. Bardzo rzadko można mieć jedno i drugie.

    Sukces wiąże się z poświęceniami. Im większy masz sukces tym więcej musisz poświęcić.

    Wspomniany na początku Leszek, aby budować firmę poświęca życie prywatne. Owszem spotyka fajne kobiety. Ale żadna nie jest w stanie być z facetem, który na randkę umawia się raz na osiem tygodni. Bo nie ma więcej czasu. Później on tylko widzi jak zmienia się jej status na Facebooku na „w związku”. I jest mu przykro. Ale idzie dalej.

    To cena, którą świadomie płaci.

    Jest jednak rzecz, która moim zdaniem łączy sukces i szczęście. I z niej nikt nie musi rezygnować.

    Tą rzeczą jest pasja.

    Gdy ktoś mnie pyta, czy miło jest zarabiać na pisaniu pieniądze, odpowiadam „Jasne.” Ale pisałbym nawet gdybym nie zarabiał tych pieniędzy. Pisałbym, gdybym miał dziesięć razy mniej czytelników. Sto razy mniej czytelników. Pisałbym nawet na opakowaniu proszku do prania, jeśli nie miałbym innej możliwości.

    Poznajcie Ernestine Shepherd.

    ernestineshepherd

    http://ernestineshepherd.net

    Ernestine ma teraz 79 lat. Codziennie wstaje o 2.30. Je bajgla z masłem orzechowym i jajko na twardo, medytuje, trochę czyta. A później idzie biegać. Biega 10 mil każdego dnia. Później idzie na siłownię, gdzie ćwiczy z trenerem personalnym i prowadzi zajęcia dla seniorów. Jej najstarsza podopieczna ma 89 lat.

    Shepherd zaczęła ćwiczyć, po śmierci siostry, która zmarła na tętniaka mózgu. Obie były bardzo ze sobą związane. Ernestine przez miesiące nie była w stanie ruszyć się z kanapy. Pewnej nocy siostra jej się przyśniła. Powiedziała: zacznij żyć. Ernestine miała wtedy 56 lat.

     Co ją napędza? Pasja.

     Nie ją jedyną. Poznajcie najstarszego chirurga świata.

     Zrzut ekranu 2016-05-19 o 09.04.26

    http://www.newfoxy.com/

    To  Ałła Ilinina Liewuszkina. Ma 87 lat. Codziennie rano o 8 zaczyna przyjmować pacjentów w klinice. O 11 jedzie do szpitala. Ciągle przeprowadza ponad 100 operacji rocznie. Śmiertelność pacjentów? Zero.

    W swoim mieszkaniu żyje z ośmioma kotami. W wolnych chwilach zajmuje się swoim niepełnosprawnym bratankiem.

    Co ją napędza? Pasja.

    Szczęście czy sukces to twój wybór. Ale nie ma usprawiedliwienia dla życia bez pasji. To jaka jest twoja wymówka?

    2436501416_8bcdce8935_b

    Photo by ickle_munchkin/CC Flickr.com

    Źródła:

    Robert Waldinger: What makes a good life?

    Sukces – dlaczego nie chcesz go osiągnąć – Michał Leszek, twórca marki Krüger&Matz


    by panikea at maj 19, 2016 07:56

    falkografioly

    Początek nowego świata

    falko
                               

    Początek nowego świata
    wygnanie


    ścieżka skończyła się niespodziewanie
    dalej nie było już  raju
    w paśmie minionych zdarzeń
    brakowało optymistycznej puenty
    refleksja nasuwała się sama
    nastąpił koniec ich świata
    uparcie odkładali tę myśl
    na bliżej nieokreśloną przyszłość
    poczuli się wykluczeni i samotni

    na drogowskazie skierowanym w prawo
    mocno już zardzewiałym
    rudym jak tlenek żelaza
    znaleźli wyskrobany
    niezdarnym pismem napis niebo
    równie dobrze można to było odczytać jako piekło
    zardzewiałe drogowskazy bywają fałszywe

    jak zatem iść dalej
    ani ona ani on nie znali odpowiedzi
    brodząc myślami po kolana w błocie nieutwardzonych idei
    próbowali odgadnąć sens
    pojąć nieuniknione
    nie zagubić się w interpretacji zła i dobra
    chociaż przez kilka następnych chwil
    chociaż do czasu odnalezienia
    jedynie słusznej drogi

    ogłupiający instynkt przetrwania za wszelką cenę
    konieczność samodzielnego dokonywania wyborów
    bez najmniejszej gwarancji powodzenia
    surrealizm minionych ledwo co wydarzeń
    sprowadził strach i bali się
    jak robotnik pracy
    jak listonosz psa
    jak ryba bez wody
    jak ćma ciemności
    jak latawce wiatru
    jak biskup wody święconej
    jak ślimak ideologicznego postrzegania
    stosunków społecznych

    w tej beznadziejnie trudnej na pozór sytuacji
    mimo przenikliwego zimna
    i braku światła niebieskiego
    niespodziewanie przestali chodzić na czworaka
    wyrzucili liście figowe
    podnieśli i wyprostowali
    chwycili za ręce
    uśmiechnięci poszli przed siebie
    nie patrząc wstecz
    poczuli się wolni
    tak naprawdę wolni
    widać można żyć
    bez złudnej obietnicy raju
    to był początek nowego świata


    Wiesław falko Fałkowski, 2016



    by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at maj 19, 2016 06:18

    zycie na kreske

    maj 18, 2016

    Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

    czerwone majteczki, pampersy i Ojcowska Miłość

    Miejsce: schronisko dla chorych. Czas: przedpołudnie, kiedy pielęgniarka jest na zwolnieniu, chorych do „obróbki” 80 sztuk, Renia/szef i też pielęgniarka/ nie wie w co ręce włożyć. Z powyższych powodów Renia zarządza, że panie w miarę samodzielne idą do kąpieli same. Ruchem kieruje Krzysztof- opiekun i niezastąpiony pomocnik, ale przecie chłop, to  nie będzie mył baby […]

    by siostra at maj 18, 2016 11:40

    nic specjalnego

    Brak mi empatii

    Uprzejmie  donoszę, że brak mi empatii, jak mnie dziś poinformowała jedna
    z kobiet.
    A było tak:
    dziś mój ślubny miał wizytę kontrolną u lekarza I kontaktu, bo po tym wygrzebaniu się z objęć Kostusi, musi łykać różne dziwne lekarstwa i bywać
    regularnie u kardiologa (oczywiście prywatnie,bo na NFZ nie ma co liczyć) a
    internista  strzeże jeszcze kilku innych schorzeń po tej operacji serca.
    W naszej przychodni jest  zwyczaj, że wizytę zamawia się telefonicznie i każdy ma wyznaczony dzień i godzinę wizyty i z reguły to wszystko funkcjonuje.
    Jak zwykle, zgodnie z prośbą rejestratorki, byliśmy z 10 minut wcześniej.
    Przed gabinetem  czekała pani, która była wyznaczona tuż przed nami, a 
    oprócz niej jeszcze dwie kobiety, w tym jedna dzierżąca swą kartę zdrowia,
    co oznaczało, że była to pacjentka nadprogramowa, która może być przyjęta
    dopiero po wszystkich  zapisanych pacjentach.
    Na nasz widok pańcia z kartą w ręce wydała pełen niezadowolenia pomruk, poszeptała coś do pańci, która była z nią razem i oświadczyła głośno, że ona 
    tak się zle czuje, że zaraz zemdleje, więc wstała z krzesełka i usiadła na schodach, z których było bliżej do gabinetu niż z krzesła, na którym siedziała. Zaczęła trzymać się za głowę i przewracać oczami, wzdychać głośno- talent
    aktorski wręcz samorodny. W chwili gdy mój ślubny wchodził do gabinetu
    lekarza, zerwała się dziarsko ze schodów i weszła za nim.
    W gabinecie dowiedziała się, że niestety lekarz nie przyjmie jej bez kolejki,ale jeśli tak bardzo się  ona zle czuje, to pielęgniarka może wezwać karetkę pogotowia, z tym, że jeżeli okaże się, że to wezwanie nie jest uzasadnione,
    to koszty wezwania karetki sama poniesie. 
    Pańcia wyniosła się z gabinetu i podeszła do rejestratorki z zapytaniem, czy ta może ma termometr. Rejestratorka wysłała ją do gabinetu zabiegowego, który jest piętro wyżej, proponując  tej pacjentce, by skorzystała z windy.
    Zbolała pacjentka spojrzała na nią złym okiem i....kłusem pognała na górę.
    Nie wyrobiłam i parsknęłam śmiechem, bo tych schodów do pokonania jest
    około 30 a ona popruwała po nich jak rącza kozica.
    Jej towarzyszka spojrzała na mnie zgorszona i głośno zapodała: "pani jest
    całkiem pozbawiona empatii". 
    Z czarującym uśmiechem odpowiedziałam: być może, ale jako osoba
    twierdząca  że zaraz zemdleje, to niewymownie sprawnie uporała się ta pani 
    ze schodami. A poziom empatii spada mi do zera gdy ktoś się chce  na siłę
    dostać gdzieś bez kolejki.
    Kupiłam dziś ostatnią książkę p. Marii Czubaszek "Nienachalna z urody".
    Na razie tylko przekartkowałam, dziś wieczorem zacznę czytać.
    Pani Maria od nas  odeszła ale zostawiła dla nas swą najbardziej osobistą
    książkę.
     

    by anabell (noreply@blogger.com) at maj 18, 2016 09:12

    Domowa kuchnia Aniki

    Naleśniki z ruskim farszem - zapiekane. Ruskie naleśniki

    Naleśniki z ruskim farszem - zapiekane
    Ruskie naleśniki



    Postanowiłam wykorzystać stare ziemniaki, bo od jakiegoś czasu kupuję już młode. Nie chciałam, żeby stare mi "wyrosły", więc najpierw miałam zrobić ruskie pierogi, ale zaraz potem pomyślałam o ruskich naleśnikach, takich zapiekanych. Chodziły za mną już od jakiegoś czasu. Więc resztka ziemniaków znalazła swe zastosowanie. Danie sycące i smakowite.
    Wierzch zapieczonych naleśników możemy posypać skwarkami z boczku i zieleniną. Bez boczku będzie to doskonałe danie jarskie na piątkowy obiad! 
    Naleśniki można tez zamiast zapiekać z serem po prostu obsmażyć na patelni na tłuszczu. Ja tym razem wybrałam wersję zapiekaną. 



    Składniki: ( na ok 12 naleśników )

    Na naleśniki:
    • 250 ml wody mineralnej słabo gazowanej
    • 250 ml mleka
    • 200 g mąki pszennej + ewentualnie 1-2 łyżki
    • łyżka oleju
    • szczypta soli
    • 2 jajka
    • olej do smażenia
    Farsz:
    • 800 g ugotowanych ziemniaków  ( najlepiej odmiany mączystej )
    • 200 g sera białego
    • 2 cebule
    • olej do smażenia cebuli 
    • sól
    • pieprz
    Dodatkowo:
    • ser żółty
    • skwarki z boczku
    • zielenina np szczypiorek
     Sposób wykonania:
    • Naleśniki smażymy wg przepisu TUTAJ
    • Ziemniaki gotujemy w osolonej wodzie. Po ugotowaniu odcedzamy i dokładnie ubijamy łyżką do puree. Pozostawiamy do całkowitego wystygnięcia
    • Ser ścieramy na tarełku o małych oczkach
    • Cebulę drobno siekamy i szklimy na oleju
    • Do ostudzonych ziemniaków dodajemy pozostałe składniki. Dosalamy i doprawiamy pieprzem. Dokładnie mieszamy
    • Na każdy naleśnik nakładamy farsz ( ok 3 - 4 łyżek ), rozprowadzamy po powierzchni naleśnika i zwijamy go w rulonik
    • Naleśniki układamy w naczyniu żaroodpornym wysmarowanym olejem. Posypujemy startym serem
    • Naczynie z naleśnikami wkładamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni i zapiekamy je ok 15 minut, aż ser się stopi
    • Po zapieczeniu naleśniki możemy posypać skwarkami z boczku i ulubioną zieleniną

      by Anika (noreply@blogger.com) at maj 18, 2016 07:47

      Bezwstydnica

      Logika

      lato czeka

      – Mamooooo, chodź, chodź, zobacz co dla ciebie mam. Zobacz! Tylko zamknij oczy! – woła mnie A.

      Dzisiaj tak króciutko. Już kończę.
      Odchudzam się, więc idę coś przekąsić 🙂


      Pozdrawiam
      Kura

      by admin at maj 18, 2016 08:36