Planeta Jadzi

październik 24, 2014

Slow Day Long

Dialogi na cztery nogi, czyli co Ala ma do powiedzenia – część 8

Kanapki

Siedzę z Alą na kanapie u teściów. Oglądamy Teleexpress. Babcia Ania zrobiła naszej córce kanapki, ale te się skończyły. Nasza córka przedstawia mi instrukcję.

- Tato. Ty idziec do kuchni i zrób mi coś do jenia. Weź chleb, posmaruj majozonem i połóż na niego ser. Ale taki z dziurami. Potem pokrój mi to w trójkąciki i przyniesieć tu, do Ali. Czyli do mnie. Czy ty rozumiesz? Powtórz.

Okulary

Kamila zakłada na nos okulary, bo Alicja poprosiła ją o przeczytanie jakiejś bajki. Nasza córka, ma ostatnio totalną fazę na czytanie.

- Mamo. Trochę mi się nie podobasz w tych okularach. Wyglądasz tak jakoś dziwnie, jak beksa lala.

Nie chcę

Alicja stęskniła się za swoim pokojem. Mamy własnie wybrać się na zakupy, ale Ala woli zostać w domu.

- Ja nie chcę idziec do żadnego dziadka, do żadnej babci, do żadnego kościoła, do żadnego przedszkola, na żadną niespodziankę, na żaden plac zabaw. Ja chcieć siedzieć w domu i wycinać wycinanki.

Obiecuję

Odbieram Alę z przedszkola. Kamila poprosiła mnie, abym poszedł z córką na plac zabaw i na małe zakupy do sklepu. Musi dokończyć coś do naszej pracy. W sklepie kupuję córce małą czekoladkę. Wracamy do domu, a po drodze rozmawiam z Alicją.

- Alu. Mam prośbę. Nie mów mamie, że kupiłem ci czekoladkę. To taka nasza mała tajemnica. Obiecujesz?
- Tak. Obiecujesz, że Ty mi kupisz drugą czekoladkę, a ja nie powiem mamie…

Głowa

Jedziemy samochodem. Nagle, hamuję przed skrzyżowaniem, bo jakiś debil wyjeżdża mi z podporządkowanej. Komentarz mojej córki.

- Tato. Ty mi nie ruszaj tak moją głową. To nie jest fajne. Nie! Nie! Jak będę płakać, jak ty mi tak będziesz robić. Nie rób tak. To nie jest fajne!

by Damian at październik 24, 2014 10:44

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

Robota

Zjazd międzynarodowy Wspólnoty, a jutro w Płocku katol-biznesmeni na kongresie. Zakrapiane grypą, która ma zwyczaj dopadać w najmniej odpowiednim momencie. Wszystko niebawem opiszę, czyli w niedzielę.   Pozdrawiam i nie zapominam o Czytelnikach.

by Małgorzata Chmielewska (noreply@blogger.com) at październik 24, 2014 11:33

moje waterloo

1960

Bardzo, bardzo proszę: Państwo skoczy do Kruszyzny i przeczyta, co ona napisała o Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Się dziewczyna narobiła, wszystko, co mogła, przeczytała sama (czyli nie korzystała z interpretacji, maszerując do źródła), notkę - jak zeznaje - pisała pięć godzin. I dobrze jej wyszło! Chwała!

Kto ma opinię wyrobioną za, ten się poczuje lepiej, znajdując potwierdzenie słuszności swych wyborów.
Kto ma opinię wyrobioną przeciw, ten być może zyska szansę na przemyślenie pewnych spraw.

Wiem, że nie powinnam pisać tego, co teraz napiszę, ale nie bez znaczenia jest fakt, że Krusz deklaruje się oficjalnie jako katoliczka oraz urzeźbiła trzy dorodne niewiasty, aspirując tym samym do wielodzietności. A tekst jest mądry, pozbawiony uprzedzeń, wyważony, przemyślany (5 godzin nie stukała przecież w klawikord) - po prostu DOBRY.
Polecam Wam go serdecznie, bo odpowiednie daje rzeczy słowo.
Rekomenduję go Wam.
Nie podskakiwać, tylko smarować do lektury, ale już!

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 24, 2014 08:50

Dzieciowo mi

Czy wiesz, co znaczy imię Twojego dziecka?

Patronat nad tekstem sprawuje Femibion

Pięćset lat temu, kiedy jeszcze byłam na studiach, pisałam pracę o znaczeniu imion użytych w Bulli Gnieźnieńskiej. Kojarzycie temat? Bulla, bulla. Było coś w liceum, co nie? Bulla była dokumentem z końca XII wieku, który zawierał spis poddanych przynależących do biskupstwa i każdy z tych poddanych wymieniony był z imienia. Nazwisk nie znano, ale funkcjonowały przydomki. W dzisiejszych czasach niemożliwe, ale wtedy gęstość zaludnienia była taka jak mniej więcej dzisiaj w amazońskiej dżungli. Jakaś tam wioseczka się raz na sto kilometrów trafiła i wszystko w temacie. Można było wszystkich poddanych wyliczyć.

Analizowałam więc sobie Bullę (pasjonujące, prawdaż), ale przy okazji przeczytałam jedną z prac Aleksandra Brucknera, który badał zwyczaje pradawnych Słowian, czyli naszych babć i dziadków, którzy te 900 lat temu zajmowali tereny, po których teraz stąpamy. Wyobraźcie sobie, że w dawnych plemionach słowiańskich nie nadawano imion dzieciom zaraz po urodzeniu. Mniej więcej tak jak u Indian najpierw przez kilka lat młody człowiek funkcjonował z przydomkiem i był bacznie przez społeczność obserwowany. Odkrywano jego wady i zalety, uzewnętrzniał, najczęściej nieświadomie, jaki posiada talent, na co zwraca największą uwagę. W wieku mniej więcej siedmiu lat następowało coś, o czym wszyscy pewnie słyszeli, czyli postrzyżyny. Młodemu ścinano włosy i wtedy właśnie oficjalnie nadawano mu imię, którym podpisałby się, gdyby pisać kiedykolwiek w życiu się nauczył.

Dlaczego tak się działo? Imię było dla Słowian niezwykle ważne. Opisywało człowieka, miało za zadanie jak najwięcej o nim powiedzieć. Imię miało znaczenie. Człowiek się przedstawiał i od razu można było przynajmniej po części wywnioskować, z kim ma się do czynienia. Wiadomo było, czy trzeba wiać, gdzie pieprz rośnie, czy można porozmawiać bez groźby utraty życia. Słowiańskie imię miało też być czymś w rodzaju wróżby lub życzenia na przyszłość, miało określać dalsze losy tego, któremu je nadają.

Nie zawsze było ładne i miłe. Określało człowieka, czasami więc bezlitośnie odsłaniało to, co chciałby ukryć. W Bulli spotkałam więc imiona typu Niemił lub Niemoj. Pierwsze oznacza tego, kto nie jest mile widziany, kogoś, z kim lepiej się nie stykać. Drugie wskazuje po prostu na… bękarta, dziecko z nieprawego łoża.

Imię słowiańskie zawsze składało się z dwóch członów, z których każdy posiadał swoje znaczenie i razem stanowiły pełny obraz człowieka. Czy wiecie, że imiona Mirosław i Sławomir to pod względem znaczenia i budowy jedno i to samo? Oba składają się z członów „mir” i „sława”, A oznaczają tego, kto w życiu ma zostać sławny, dbając jednocześnie o zachowanie pokoju. Co innego Wojmił. Wojmił ukochał walkę i wojów, którymi dowodził. Bogumiła to ta, która jest miła bogom (a po wejściu chrześcijaństwa ta, która jest miła Bogu jedynemu), Dobrosława za sprawą członów „dobra” i „sława” oznacza tę, która cieszy się dobrą sławą. Dobrochna to zdrobnienie od Dobrosławy. Miłosz, stosunkowo popularne imię dzisiaj, jest tak naprawdę zdrobnieniem od Miłosława, czyli tego, którego cechuje miłość i sława. Kazimierz to ten, który niszczy (kazi) pokój (mir), czyli wszczyna wojnę, prowadzi do walki. Wojciech to ten, któremu walka sprawia radość.

Moje imię, Malwina, jest dla odmiany pochodzenia staro-wysoko-niemieckiego i oznacza kogoś strzegącego praw, prawowiernego albo tego, kto podczas sądu staje po stronie słabszego, poszkodowanego. Coś w tym jest, zawsze kibicuję polskiej reprezentacji ;)

Jesteś więc w ciąży, a w rodzinie trwa trzecia wojna światowa związana z wyborem imienia dla dziecka. Czym się kierujesz? Zastanawiasz się, co znaczy, czy też może na pierwszy plan wysuwa się raczej przyjemne brzmienie (warstwa fonetyczna)? Przywiązujesz wagę do genezy imienia i tego, co znaczy?

Wybieraj więc, walcz, przekonuj, zgadzaj się, wyznaczaj kompromisy, ale cokolwiek uczynisz, pamiętaj, aby dbać odpowiednio o istotę, którą nosisz w sobie. Najlepiej to uczynić za sprawą suplementów, na najwłaściwszym z nich będzie Femibion, który zawiera metafolinę, czyli taką postać folianu, która jest łatwo przyswajalna przez organizm. Jest to szczególnie ważne, ponieważ około połowa kobiet nie przyswaja kwasu foliowego tak, jak powinna. Więcej informacji na ten temat znajdziecie na http://www.przyszlamama.pl/aktualnosci.

Na zdjęciu pierworodna w wieku trzech tygodni. Kwiecień 2008.

by kruszyzna at październik 24, 2014 07:21

Ania 13

Jajecznica we wspomnieniach. O powtarzalności.

O pamięć tu chodzi, ale także o powtarzalność jej przynależną. Szukam tej pamięci w jajecznicy, królowej poranków, smakiem nad smakami rozsławiającej kuchnie hotelowe, restauracyjne, pensjonatowe, a przede wszystkim kuchnie domowe.

Z boczkiem, z szynką, pomidorami, grzybami, niekiedy z musztardą, zwieńczona szczypiorkiem ma być według jednych mokra, według innych zaś porządnie przysmażona. Moja mama jajecznicę zawsze wysmażała. Skrobało się patelnię łyżeczką (bo tylko łyżeczką w moim rodzinnym domu jadało się jajecznicę) i o te wyskrobki toczyliśmy ostre walki.

Powtarzalność widać na obrazku z przeszłości. Zwykły dzień tygodnia, godzina 8.30 rano, moja mama stoi nad blatem kuchennym z maleńką patelnią w ręce, wyskrobuje w pośpiechu jajecznicę, bo za pół godziny zaczyna próbę, a jeszcze włosy trzeba ułożyć, jeszcze spakować instrument, przebiec dwa kilometry dzielące dom od filharmonii... Powtarzalność tego, co odbiera nam niepowtarzalność, tkwi w tym, że dziś to ja stałam pochylona nad blatem kuchennym, z innej patelenki wyskrobywałam jajecznicę. Jak moja mama.


Każdy z nas już żył wiele razy i żyjemy w różnych wcieleniach równocześnie, wielokrotnie. Pamiętamy nie tylko to, co sami przeżyliśmy, ale i to, co przeżyli nasi przodkowie. Kolorowe ciuchy i wyjątkowe cięcie zafarbowanych na błękitno włosów nie dodają nam niepowtarzalności. Nawet talent muzyczny czy aktorski nie są wyróżnikiem. Akceptujmy naszą powtarzalność, bo powtarzamy się; na przykład w jajecznicy. 

by ania13 (noreply@blogger.com) at październik 24, 2014 06:46

moje waterloo

1959

Pojechałyśmy dziś z mamą do Caritasu, bo tam znaleźli schronienie ludzie z zawalonej po wybuchu gazu kamienicy. Zawiozłyśmy jakieś ciepłe ciuchy, oni goli zostali - straszne. Podobno prezydent miasta obiecał każdej z rodzin mieszkanie zastępcze i 5.000 zł bezzwrotnej zapomogi. Obawiam się, że to pomoc wyłącznie dla tych, którzy mieli mieszkania komunalne, przecież nie dadzą lokali tym od własnościowych, a tam była wspólnota mieszkaniowa z przewagą wykupionych. No i te 5.000 - oczywiście doceniam, że choć tyle, ale co ci ludzie mają zrobić z taką kwotą?

Straszne to wszystko. Wyobraźcie sobie, że stoicie o 5:00 rano w piżamach na ulicy i nie macie NIC. Dobrze, że choć z życiem udało Wam się ujść. Nie macie dokąd pójść, czym umyć zębów, majtek na zmianę, dokumentów. Pewnie się cieszycie, że obok stoją dzieci, bo mogłyby nie stać. Serce się kraje, przecież nie zawiniliście, żyjecie jak wszyscy - chodzicie do pracy, kupujecie bułki w piekarni na rogu, myślicie, czy uda się na najbliższe wakacje uzbierać trochę forsy, żeby gdzieś wyjechać. Spłonęły Wam zdjęcia po dziadkach - jedyne pamiątki, które łączyły Was z tamtym, dawnym światem. I jesteście skazani na czyjąś łaskę, przecież sami sobie nie poradzicie.

To ustawia do pionu.
Życie jest cholernie kruche.
Wszystko jest cholernie kruche i może się skończyć w każdej chwili. I nic nie będziemy mogli zrobić.
Trzeba się cieszyć z DZIŚ, bo tylko to jest nasze. Tylko ta jedna, ulotna chwila, która zaraz minie. Jutro nie istnieje, a wczoraj przepadło.

Dużo ostatnio myślę o nietrwałości, ulotności i tym, że nie mamy pojęcia, co nas czeka, a psujemy sobie jedyny dostępny czas mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Oraz myślą. Nie chcę zapamiętać, że zamiast przytulić bliskich i powiedzieć im, że ich kocham, jacy są dla mnie ważni - darłam się jak idiotka, że znów ktoś porozsiewał brudne skorupy po całej chałupie zamiast włożyć je do zmywarki. Może to ostatnie, co ode mnie usłyszą albo ostatnie, co ja do nich powiem? Słabo.

To ja już, panie tego, wolę się cieszyć, że mnie dziecko wygnało z mojego kuchennego stołeczka, bo sprząta. I że się przeniosłam z komputerem do sypialni, więc całe towarzystwo pogalopowało za mną, zajęło pół łóżka i otwarło myjnię.


Świat jest taki fajny, a ja przecież mam już z górki, to muszę szanować sobie każdą chwilę. Nie, nie muszę. Chcę. Nic już nie będzie takie samo, nic się nie powtórzy. Głupio by było przegapić.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 24, 2014 06:12

Czarny pazur

Skondensowana Słodycz

Oto Niuteczka. Słodka koteczka.

Spoczywa w objęciach Spadniętego Nieba i jest szczęśliwa.Skondensowaną słodyczą jest jednak tylko dla Człowieków. Między kotami zapanowało coś w rodzaju stanu wojennego, dom wypełniony jest gonitwą i warczeniem. Niuteczka bowiem nie daje już tłamsić się jak dziecko i manifestuje osobowość. Behemot natomiast wykazuje tradycyjne podejście do roli kobiety w społeczeństwie i czyni ją sobie poddaną. Niestety, Niuteczka, uzbrojona w groźnego dżendera daje odpór. No i skończył się spokój w domu.

by amelia007@NOSPAM.gazeta.pl at październik 24, 2014 02:25

pokolenie ikea

3798684545_e8a718a75c_b

Mój ojciec jest z pokolenia, które jak zobaczyło ładną dziewczynę na ulicy, to za nią szło i zastanawiało się jak z nią się umówić.

Ja jestem z pokolenia, które może wejść na dowolny serwis randkowy i dzięki wyszukiwarce szybko ustalić, że chcę rudą, z dużymi cyckami i podobną z wyglądu do Karoliny Gorczycy, która lubi jak ją się złapie za włosy w windzie i podciągnie kieckę ponad linię bioder a później obserwować listę wyników.

Mój ojciec spał w swoim życiu z pięcioma kobietami i w jego czasach to było dużo. I pamięta każdą.

Ja spałem z taką ilością kobiet, że nie pamiętam ich liczby. A w niektórych przypadkach nie pamiętam nawet twarzy co czasami przeszkadza i budzi dziwne sytuacje na mieście, bo wychodzę na chama i buca.

Gdy jestem tylko bucem.

[Raz pewna rozwścieczona brunetka wylała mi kawę na spodnie, będąc przekonana, że udaję że jej nie znam. Tymczasem ona trudząc się bardzo dowiodła kiedyś, że jej umiejętności oralne stoją na bardzo wysokim poziomie. I wiedziała jakie mam kafelki w kuchni.

Kawa na szczęście była tylko ciepła, kafelki są beżowe a ja naprawdę jej nie pamiętałem. I nawet żałuję, bo z tego co widziałem miała świetne uda. Tak, ze spodni też się wszystko udało sprać.]

Mój ojciec jak się z kimś kłócił to trzaskał drzwiami, krzyczał, kurwił, to co robił było fizyczne, namacalne.

Jak się na kogoś wkurzę mogę wyłączyć laptopa, a jak będę naprawdę zły to wyrzucę taką osobę ze znajomych. Kliknięcie załatwia wszystko.

Mój ojciec jak chciał przeczytać książkę, szedł do biblioteki i zazwyczaj jej nie było, więc na nią czekał i się cieszył jak w końcu udało mu się ją dostać.

Ja odpalam wyszukiwarkę i 30 sekund później mam tę książkę ściągniętą na Kindlu.

Mój ojciec kiedy chciał się napić wódki z przyjaciółmi wsadzał w kieszeń flaszkę, do ręki brał ciastka i szedł na piechotę przez pół miasta. Następnie dzwonił do drzwi, przyjaciele je otwierali i się cieszyli na jego widok.

Był to świat w którym chodziło się na piechotę, bo taksówek praktycznie nie było, ludzie odwiedzali się bez zapowiedzi, a jeśli czegoś było pod dostatkiem to wolnego czasu.

Ja, jego syn aby spotkać się z przyjaciółmi uruchamiam kalendarz na telefonie i mówię: nie wtedy nie mogę. A wtedy ja wyjeżdżam. A piątek 18? Odpada, bo J. nie może. To co za trzy tygodnie? Ok. ale zdzwońmy się ze dwa dni przed, bo coś może się jeszcze wydarzyć.

I nie chodzi mi o to, że kiedyś było lepiej. Było po prostu inaczej. I to co było wtedy, było wtedy. Nie wróci. Straciliśmy pewne rzeczy, zyskaliśmy inne.

Jedno pozostaje jednak wspólne dla mnie i dla mojego ojca.

Kiedy już masz ten dom, masz ten samochód (nie wiem skąd się to bierze, ale symbolem sukcesu życiowego w Polsce ciągle jest samochód, na zachodzie możesz być mutimilionerem i jeździć na rowerze), masz te kredyty aby zapłacić za wszystko, masz pracę, która pozwala ci opłacić raty kredytów dochodzisz nagle do wniosku, że największą przyjemność sprawia ci to aby siąść na tarasie w słoneczny dzień, z grupą przyjaciół, wyciągnąć kilka butelek wina i pogadać.

W ostatecznym rozrachunku liczą się tylko proste rzeczy.

I wtedy było tak samo.

3798684545_e8a718a75c_b Photo by   Jason KufferlCC Flickr.com


by panikea at październik 24, 2014 01:41

Dzieciowo mi

Konwencja o przemocy wobec kobiet i raport Ordo Iuris

Cholera, nie wiem, jak ugryźć temat, żeby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa. Sęk w tym, że głowa myśli bardzo intensywnie i istnieje pewna bezwładność w przełożeniu na ruch palców po klawiaturze. Wynika to zapewne z praw fizyki. Dobra, bez mędlenia. Obserwujemy ostatnio spór o Konwencję o zwalczaniu i zapobieganiu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Jedni są za, jedni są przeciw. Polska przyjęła konwencję w 2012 roku, ale jej jeszcze nie ratyfikowała. No i teraz cały wic polega na tym, czy powinna ją ratyfikować, czy też nie.

Tytułem wprowadzenia: Konwencja a Raport Ordo Iuris

Piszę to, ponieważ uważam, że sama konwencja została wciągnięta w spór i wymianę zdań, w której w ogóle nie powinna się znaleźć. Inaczej: podpięto pod temat z nią związany treści, które jej zupełnie nie dotyczą i do których ona w najmniejszym stopniu się nie odnosi. Przypisano jej propagowanie mechanizmów działania, których nie propaguje, a cały spór upolityczniono. Najgorsze jest to, że w sprawę zostało zaangażowanych mnóstwo emocji, często bardzo skrajnych, które zaciemniły cały obraz. Bardzo szkodliwy dla samej dyskusji nad konwencją i jej ratyfikacją jest fakt, że mało kto w ogóle dokument przeczytał przed wystosowaniem swojego za i przeciw. Jak można zajmować jakieś stanowisko, skoro się nie wie, czego się broni lub co chce się zanegować?

Przeczytałam go. Przeczytałam ten dokument. Dotarcie do niego wymaga wysiłku polegającego na wpisaniu odpowiedniej frazy w googlach i otrzymujemy dokument przetłumaczony na zlecenie Prezesa Rady Ministrów. Czyli premiera. To jest tłumaczenie dla władz, dla rządu. Nie blogowe pierdy. Kumamy czaczę, prawda? Tekst jest dostępny w formacie pdf tutaj (klik, klik, klik). Przeczytałam również, a raczej przegryzłam się przez inny dokument, czyli raport wydany przez Instytut Na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris pod tytułem „Czy Polska powinna ratyfikować Konwencję Rady Europy o zapobieganiu i przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej?”. Raport również jest dostępny w formacie pdf o tutaj (klik, klik, klik). Raport Ordo Iuris jest opozycyjny wobec Konwencji i stawia tezę, że Polska nie powinna jej ratyfikować. Tezę argumentuje. No i teraz ja o jednym i drugim będę nawijać. Będzie dużo cytatów, uprzejmie więc proszę zrobić sobie kawkę, sięgnąć po ciacho i wygodnie się rozsiąść.

O czym traktuje Konwencja o zwalczaniu i zapobieganiu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej?

Prościej powiedzieć, czego w niej nie znalazłam. A zatem:

  • konwencja nie ma na celu osłabienia rodzin, zwłaszcza rodzin, w których deklaruje się przynależność do Kościoła katolickiego i życie według szeroko pojętego światopoglądu katolickiego;
  • konwencja nie propaguje seksualizacji dzieci i młodzieży. W najmniejszym stopniu nie propaguje, wprost przeciwnie, ale o tym potem.
  • konwencja w żadnym swoim zapisie nie jest sprzeczna z chrześcijańskimi prawdami wiary, treściami Pisma Świętego i w ogóle do religii się nie odnosi
  • konwencja nie pomija mężczyzn, którzy również stają się ofiarami przemocy, bez względu na to, na jakim etapie życia przemoc ich dotknęła
  • konwencja nie promuje i nie narzuca zmiany ról społecznych, które zaskutkowałyby zamieszaniem w dziedzinie tego, jak interpretujemy daną płeć.
  • konwencja nie dyskryminuje mężczyzn i nie propaguje seksizmu, a także nie krzewi nienawiści wobec mężczyzn
  • konwencja nie niesie w sobie niczego, co można określić mianem genderyzmu, cokolwiek pod tym pojęciem rozumiemy (najczęściej coś bardzo negatywnego, co jednocześnie ciężko nam jakoś sprawnie zdefiniować).

No dobra, to o czym jest?

Konwencja jest o tym, co zawiera się w tytule. Czyli zbiorem postulatów i zaleceń do podjęcia działań mających na celu ograniczenie, a najlepiej likwidację zjawiska przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, przy czym przemoc domowa nie jest ZAWĘŻONA do kobiet. Mowa jest o przemocy domowej W OGÓLE, wobec mężczyzn też. W wielkim skrócie państwa ratyfikujące konwencję mają obowiązek wdrożyć takie rozwiązania w życie, które:

  • sprawią, że przemoc wobec kobiet i przemoc domowa nie będzie bagatelizowana
  • sprawią, że przypadki przemocy domowej będą częściej zgłaszane, bo ofiary nie będą bały się tego robić
  • zapewnią ofiarom przemocy, zwłaszcza przemocy seksualnej pomoc ze strony państwa
  • zmuszą instytucje państwowe do podjęcia działań mających na celu odizolowanie sprawcy przemocy domowej od ofiary.

I nie tylko, bo dużo, dużo więcej. Upraszczam teraz. Założenia Konwencji na screenie wyglądają tak:

by kruszyzna at październik 24, 2014 12:25

zimno

2.259 [O inspirującym przepływie doświadczenia]


Dawno nie czytałam niczego równie pozytywnego o doświadczeniu macierzyństwa, jak kilka powściągliwych i bez zadęcia zdań z rozmów Zuzanny Ziomeckiej z matkami prowadzącymi firmy.
Do wyhaftowania na kilimie.


Jak pogodzić macierzyństwo z prowadzeniem firmy?

Instynktownie. (…) Ja ufam naturze. Stawiam jako priorytet rodzinę, a reszta jakoś się układa.
Najważniejsze jednak jest to, że się kochamy. 
(…) nierzadko brakuje czasu na kosmetyczkę, oczekiwaną konferencję, romantyczną kolację, czy choćby seans w kinie, ale z drugiej strony dzieci kiedyś wyfruną z gniazda, a obecny okres nigdy nie wróci.

[Anita Hawryńska,
prezeska zarządu Edificio sp. z o.o., mama czwórki dzieci]

***

Trochę boję się super-mam, super-wyrobionych, doskonale godzących wszystkie obowiązki i mających jeszcze czas na kosmetyczkę.
Myślę, że najważniejsze jest być hojnym we wszystkim, co się robi - i w pracy i w rodzinie. A lekka frustracja pozwala pozostać w pogotowiu, aby mieć lepsze rozeznanie, co jest najważniejsze w danym momencie.
Pozostawanie nie do końca doskonałą mamą pozwala okazać empatię, choćby wobec kolejnego drugiego śniadania pozostawionego na stole lub koleżanki, która odwołuje spotkanie, bo właśnie rozchorowało jej się dziecko. Dla mnie pogodzenie pracy i macierzyństwa to po prostu pogodzenie się ze sobą.

[Zofia Pinchinat-Witucka
prezeska Fundacji Polska-Haiti, mama trójki dzieci]




Proste, bezpretensjonalne i inspirujące. Nie musisz być superwoman na rynku pracy, żeby się dobrze ze sobą czuć. Co prawda nie zawsze starcza czasu na kosmetyczkę, ale przecież opiłowanie samej sobie paznokci we własnej łazience nie jest jakąś potężną kwestią.
… o drugiej nad ranem, z budzikiem w telefonie na szóstą trzydzieści ;)

Bardzo bliskie jest też mi takie spojrzenie, że najważniejsza jest rodzina, a reszta się jakoś ułoży. Co się oczywiście wydaje o hektary odległe od psychologicznego bla-bla na temat, że „przede wszystkim się zatroszcz o siebie”, a w samolocie to w końcu dorosły pierwszy nakłada sobie maskę z tlenem. Tymczasem priorytet ustawiony na rodzinę nie wyklucza dbałości o moje potrzeby (MOJĄ pracę, MOJE lektury, MOJE wyjazdy na kursokonferencje w Pcimiu), ale teraz jest taki czas, że to potrzeby nielatów są na świeczniku.
Co do zasady, ale bez przesady. Et caetera.

… moje potrzeby, MOJE, a jeszcze kilka lat temu pytałam się siebie gdzie jestem – JA, a nie moja laktacja, MOJE ciało, a nie potężna bańka brzucha niepodobna do zwykłej zawartości MOJEJ odzieży.

Wymądrzam się tu dzisiaj niczym Madame Bovary macierzyństwa, matka w statecznym wieku rodzicielstwa, już jej opadł kurz i pył po demolce, jaką robi pierwsze dziecko, ale pacholęta jeszcze nieopierzone, jeszcze nienauczone samodzielnego latania jak trzeba.
Więc coś tam się jeszcze tli z pierwotnego ognia i laktacyjnej eksplozji prolaktyny (tutaj robimy zgrabną woltę i gnamy w porównania z ogniem pożądania u Mme Bovary), więc się nadal tli, ale to już nie pożar, to raczej kominek.
Trzaskają polana, nielaty grzeją ręce.

--------------------------------------------------------

Czy znalezienie równowagi między pracą zawodową a macierzyństwem jest możliwe?
Eeee. No pewnie, że nie.
Ale robię to w końcu każdego dnia od jedenastu lat.
Dziwne.
Brak równowagi, który jest równowagą. Nieustająca lekka frustracja, która nie jest nieszczęściem, przeciwnie. Zachwyciło mnie, że ten rodzaj psychozy jest dość powszechny u zawodowo zaangażowanych wielomatek. Klękam. I się dziko cieszę.

A nie à propos życia zawodowego, ale à propos trójmacierzyństwa, to czasem się z trudem hamuję wobec obcych mi matek trójek, tych – jeszcze - z obłędem w oku, tych, które mają za mało rąk i beznadziejnie szukają pomocy łypiąc w niebo. Z chęcią bym im przekazywała wyrazy solidarności i empatii w bezsile. Rzadko przekazuję, bo najczęściej się wstydzę, zaczepianie nieznajomych na ulicy nie jest jednak w naszych narodowych genach.

--------------------------------------------------------

Na grafice, którą kiedyś spotkałam w internetach młoda kobieta połową siebie podaje niemowlęciu butelkę mleka, a drugą połową, odzianą według korporacyjnego dress code’u pracuje na urządzeniu mobilnym.
I właściwie nie jest ani tu, ani tam, bo ponurym, sfrustrowanym wzrokiem patrzy przed siebie. Załóżmy, że w odległym, zawieszonym w niczym punkcie, w który łypie spomiędzy dziecka a firmy widzi siebie i to taką, jaką chciałaby być, wyciągniętą na ciepłym piasku nad wodą, wyczerpaną wędrówką na jakimś górskim szczycie. Z dala od niemowlęcia, lata świetlne od firmy.
Grafika smutna jak nie wiem co.
Może dlatego, że jest o opozycji (Working Mom vs Stay-At-Home Mom i co jest najlepsze dla naszych dzieci, rzyyyg).
Dla naszych dzieci z pewnością nie jest najlepsze, żebyśmy miały osobowość mnogą, myślę.








by zimno (noreply@blogger.com) at październik 24, 2014 09:53

Kurlandia

„Lampa”

Pierwszy raz od turnusy rehabilitacyjnego odwiedziła nas terapeutka NDTBobath – Danusia. Szymcio odmawiał fizycznej pracy, udawał płacz i wymuszał zaprzestania ćwiczeń (boleśnie wyżyna się górna piątka). Wykorzystałam więc czas, by „trochę” pochwalić się osiągnięciami. Synek wskazywał czym nakarmić lalę, jak ją napoić, pokazywał też części ciała. A potem zaprezentowałam naukę poprzez rytmogesty: „Szymon. Tooooo jeeeeest laaaam-paaaaaaa…” A Szymcio – nie czekając na moje pytanie – powiedział bez skrępowania „lampa”. Szkoda, że nie nagrałam miny Dany. Ha ha ha. To się zdaje nazywa: „pełny opad szczęki”. Hi hi hi. Cieszyłyśmy się z sukcesu Małego, bo krok w rozwoju jest wręcz dziesięciomilowy. Na pytanie, czy Danusia ma jeszcze nas odwiedzić, Szymon kilkukrotnie wskazał rączką „tak”.

Postępy stały się też pretekstem do rozmowy z Mężem. Z perspektywy czasu – widząc, ile udało się osiągnąć – jesteśmy bardzo szczęśliwi, że postanowiliśmy wesprzeć rozwój intelektualny syna. Zmieniliśmy też rodzaj fizykoterapii, co dało efekt w postaci bardziej stabilnego siadu. Nie ma już zarzynania dziecka ćwiczeniami, po których przesypiał większą część doby. Są konkretne bodźce, skierowane w rozwój tkanki mięśniowej w obrębie brzucha i kręgosłupa. Uważam jednak, że obecna kondycja naszego dziecka jest wypadkową całej pracy włożonej przez te dwa lata.

Ciężko jest opisać moje wzruszenie, gdy bawię się z Szymkiem na takim poziomie intelektualnym, jakbym to robiła z niespełna dwulatkiem. Gdy widzę, jak Szymon walczy z szarpanymi ruchami ramion, by wskazać wybrany przedmiot i dać prawidłową odpowiedź. Rośnie z niego niezły łobuziak, przy czym swoje przewinienia próbuje przykryć rozbrajającym uśmiechem. A potrafi i wrzasnąć, i szarpnąć mnie za włosy, żebym popatrzyła w jego stronę. I jak tu strofować, gdy wlepiają się w Ciebie rozbawione oczka Cudu?

***

by Iga at październik 24, 2014 07:48

Kura

ALAkadabra

ALAkadabra!

4 lata minęły!!!

 

STO LAT DLA A.!

 

Jak co roku

staraliśmy się pamiętać

o upodobaniach jubilatki (patrz półka po lewej).

Byliśmy, jak zawsze, oryginalni, kreatywni...

i niepowtarzalni.

 

A tak niedawno:

 

 

Pozdrawiam radośnie

Kura

 

PS Alakadabra - w oryginale abrakadabra, chociaż A.jest innego zdania :)

by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at październik 24, 2014 07:25

Smoking kills...

O ZASTOSOWANIU MLEKA I DOLE W ZIEMI

 

No dobrze, może faktycznie przeoczyłam, że dzieci piją mleko. Umknęło to mojej uwadze. Pewnie dlatego, że ja od urodzenia wolałam jeść gwoździe, niż pić mleko i do dziś zapach dwóch rzeczy powoduje u mnie pawia bez ostrzeżenia, za to o promieniu dwóch metrów: mleka i ampicyliny. Wypiłam ich w dzieciństwie podobne ilości i zawdzięczałam im nienaganną figurę kościotrupa.

Poza dziećmi, Hiszpanie potrzebują przecież mleka do beszamelu, czyli bazy do krokietów, zapiekania warzyw i tak dalej, no i desery! Przecież oni mają prawie wszystkie desery na mleku: flan to mleko, cukier i jajka. Nie wierzyłam, że mi się zsiądzie ta breja, ale się zsiadła. Crema catalana, czyli ichni creme brulee, tylko lepszy. Natillas, czyli taki rzadki budyniokrem, którym się zalewa w pucharku okrągłe ciasteczko. Ryż na mleku, którego nigdy nie próbowałam z wiadomych względów. No i słynne leche frita, czyli smażone mleko. Też mnie jakoś nie kusiło spróbować, bo to są – z przepisu sądząc – kawałki budyniowatego tworu, opanierowane i usmażone na głębokim tłuszczu, a smażony budyń to za dużo szczęścia nawet dla mnie. Jednak kura w panierce przemawia do mnie bardziej, niż budyń w tejże.

Od kilku dni nastrój mam ponury i myśli plugawe bardziej niż zwykle, bo mi zimno. W dodatku jakbym miała kogoś zamordować na pocieszenie, to muszę szybko, póki ziemia nie zamarzła i da się wykopać dół.

 

PS. Na dowód – crema catalana (nadgryziony, bo nie umiem się powstrzymać od dziabnięcia w karmelową skorupkę NATYCHMIAST):

cremacatalana

 

PSPS. Kawy też nie piję, a z mlekiem to już w ogóle, ale jeśli, czasem, bardzo rzadko, to tylko cafe bombon ze skondensowanym:

cafebombon

 

by Barbarella at październik 24, 2014 07:20

Tramwaj przeznaczenia

Zmiany, zmiany, zmiany.

W głowie ciągle widzę sceny z "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz", czy "Nie lubię poniedziałków".
O filmie "Miś" nawet nie będę wspominał.
Powiem tylko jedno, a będą to dwa słowa - przyszło nam żyć w ciekawych czasach.
Przynajmniej jeżeli chodzi o Tramwaje Warszawskie.

Zmienia się miasto, zmieniają się linie tramwajowe, zmieniają się rozjazdy, przystanki i tylko chaos pozostaje ten sam.
Czasami wystarczy, że jedna linia zmieni trasę, a ludzie wpadają w popłoch i biegają jak kot z pęcherzem (pewnie chodzi o pęcherz na łapce) próbując dociec, gdzie dokładnie dany tramwaj jedzie.
A teraz nie dość, że zmianie ulegną trasy, to dojdzie jeszcze kilka nowych numerków.
Na ten przykład pojawi się linia 13.
Oj będzie się działo. Prawie jak na Przystanku Woodstock.

Sam trochę w nerwach chodzę, bo nasza zajezdnia dostała właśnie linię 13. Ostatni raz na pętli Kawęczyńska byłem w trakcie robienia kursu na motorowego, a to i tak tylko w przelocie.
Na szczęście od czego dobrzy kumple.
Zawsze powtarzam, że trzeba znać wszystkich. Nigdy nie wiadomo, kiedy znajomości mogą się przydać (takie zboczenie zawodowe z dawnych lat).
Tym razem nieoceniony okazał się Jacek Król (zgodził się na wymienienie z imienia i nazwiska).
Poprzednio, gdy dostałem tramwaj, który kończył trasę na Mokotowie bardzo pomógł mi Tomek Radomski, z którym o umówionej wcześniej godzinie w dzień wolny pojechałem oglądać układy zwrotnic na zajezdni R3.
To się nazywa koleżeństwo. Niezależnie z jakiej zajezdni jesteśmy - nadal pozostajemy kumplami.
Pozwolę sobie zatem umieścić kilka ciepłych słów od Jacka dla motorowych, którzy nie pamiętają jak się tę nieszczęsną Kawęczyńską pętlę zalicza.

Wiem, że Wola nie zna dokładnie północnopraskich okolic (nie licząc Czynszowej), więc postanowiłem ułatwić Ci pierwszy kurs.
Jadąc w stronę Bazyliki masz ograniczenie prędkości do 15 km/h wzdłuż muru zajezdni.
To jest odcinek pomiarowy, więc widać każde przekroczenie prędkości.
Na Kawęczyńskiej, przy bramie wjazdowej na R2 jest podwójna zwrotnica.
Jest tam Z STOP, ale i tak masz tam przystanek Wojnicka. Układ jest jak przy Metro Marymont.

Żeby pojechać prosto daj zwrotnicę na lewo. Na pętli - zwrotnica w prawo.
Na Kawęczyńskiej jest ograniczenie do 30 km/h. Bywa, że Nadzór Ruchu stoi z radarem.

Jadąc z powrotem za przystankiem Wojnicka jest ręczna zwrotnica.
Trzeba tam uważać, bo jest używana przy zjeżdżaniu na zakład.
Już na Kijowskiej, przed przystankiem Dw. Wschodni Kijowska jest znak Z STOP (przed zjazdem na żeberko). Trzeba się tam bezwzględnie zatrzymać, bo jakiś ch... (uprzejmy donosiciel - społecznik) filmuje tramwaje z długiego bloku (zwanego długasem) i wysyła filmy do Tramwajów Warszawskich.
Dzięki temu od pewnego czasu stoi tam w krzakach NR i pilni obserwuje.
Wielu motorowych poczuło na własnym portfelu skutki braku zatrzymania się przed Z STOP.

I jeszcze jedno.
Jeżeli ruszysz z Bazyliki równo o czasie to pamiętaj, że pierwsze trzy przystanki będziesz jechał zgodnie z rozkładem, ale stracisz punktualność gdy zatrzymasz się na znaku Z STOP przy skrzyżowaniu Kijowskiej i Targowej.
Pamiętaj, że nie możesz ruszyć 30 sekund przed czasem wyjeżdżając z pętli, więc nawet tego nie próbuj.

Na dzisiaj tyle.
W kolejny, wolny dzień skrobnę małe co nieco.
Będzie o Związku Zawodowym ZZRP.
 

by Jarek Kowalski (noreply@blogger.com) at październik 24, 2014 05:12

zycie na kreske

Kura pazurem

Nietypowe święta

Coś mnie wczoraj tknęło i zajrzałam do kalendarza świąt nietypowych. Wiedzieliście, że coś takiego istnieje? Dowiedziałam się ciekawych rzeczy. Chyba wszystko i wszyscy mają swoje święto. Wczoraj był Dzień Mola! Ciekawe, czy mole o tym wiedzą. Próbowałam jakiegoś w domu znaleźć, żeby mu bić brawo, kiedy będzie przelatywał przez pokój, ale okazało się, że żadnego mola u mnie niet. Nie powiem, żebym z tego powodu rwała włosy z głowy.

mólOd razu przypomniało mi się, jak kiedyś małe Jajo wróciło ze szkoły zadowolone z siebie. Pytam, o co chodzi. Opowiada, że na przyrodzie o owadach rozmawiali i pochwaliło się, że ma w domu mola. To ja wtedy panika, do szaf zaglądam, książki odkurzam i lecę do sklepu po środek na mole. Przecież takie paskudztwa są w stanie zeżreć mi ubranie i, nie daj Boże, książki. Jak już sprawę załatwiłam, nie namierzyłam żadnego osobnika, spokojnie ułożyłam się na kanapie i czytam. Wchodzi Jajo:

− O mówiłam, że u nas jest mol!

− Mól – poprawiam i zrywam się. Pytam: „Gdzie”. A Jajo rechocze i pokazuje na swoją własną matkę.

− Mól książkowy!

No, to jeżeli ja jestem mól książkowy, to znaczy, że wczoraj miałam swoje święto, bo mól to mól. Uczciłam je należycie, bo skończyłam czytać kapitalną książkę „Dom tęsknot”. A rodzince upiekłam babkę cytrynową, niech świętują. I od razu przyznaję jak na spowiedzi, że nawet ani kawałeczka nie spróbowałam. Toż ja na diecie jestem, pamiętacie? Już osiemdziesiąt dekagramów w dół. Jest moc, nie? Chwalę się Mężusiowi, a ten śmieje się ze mnie i mówi:

− Jakby było osiemdziesiąt kilo, to by było się czym chwalić.

− Jak to? Przecież wtedy by mnie nie było, nawet w postaci embrionu! – denerwuję się, bo co on sobie wyobraża. Toż to delikatny temat! A zaraz myślę, że może ja w jego oczach wyglądam tak, jakbym faktycznie mogła zrzucić tyle kilogramów. Na wszelki wypadek się ważę. Nie, no przecież po tylu w dół nie byłoby mnie w żadnej postaci!

− No i o to chodzi, wtedy by cię w telewizji pokazali! – I rechocze. Gadaj tu więc z takim. Nie zna się! Bo co by pokazali, jakby mnie nie było, nie?

Potem zajrzałam znów w ten nietypowy kalendarz i wyczytałam, że dzisiaj jest Międzynarodowe Święto Uciekających na Rowerze! Toż to uczcić też trzeba. Jak Mężuś wróci z pracy, to będę uciekać na rowerze, niech mnie goni. A co mi tam!

Ale powiem Wam, że najfajniejsze święto już niedługo – 28 października – Dzień Odpoczynku dla Zszarganych Nerwów, więc sobie odpoczniemy. Wtedy na wszelki wypadek nie będę się ważyć.

A Wy do jakiego święta się szykujecie. Dnia Rozrzutności? Dnia Kredki? Dnia Toalet? Dnia Białych Skarpetek? (Rany! Kto to wymyśla?!)

by anna at październik 24, 2014 03:09

październik 23, 2014

moje waterloo

1958

Mam dla Państwa złą wiadomość. Czesiek dzwonił, że się zesrał. Nie jedziemy, niestety. Wyprawa krzyżowa odroczona na czas nieznany. Tak, też mi przykro.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 23, 2014 09:58

Anrzej rysuje

Epidemia

epidemia Rysunek opublikowany 20 października na wyborcza.pl. Link:

http://goo.gl/Iff2lk

by Andrzej at październik 23, 2014 08:53

Zuzanka

Dzieciowo mi

Jak zadbać o mężczyznę i nie zwariować?

Patronat nad tekstem sprawują Laboratoria Diagnostyka

Małżon rzadko choruje, niezwykle rzadko. Właściwie jak tak sięgnę pamięcią te piętnaście lat wstecz (bo ten dzielny mężczyzna wytrzymuje ze mną już piętnaście lat, to doprawdy imponujące), to pamiętam, że tylko raz brał jakiś antybiotyk, a ostatnią chorobą, jaka go nawiedziła, była – he he – wiatrówka. Przeszedł ją do spóły z własnym potomstwem w postaci trzech córek, przy czym on właśnie o dziwo najłagodniej. Nigdy nie boli go głowa, nie miewa kataru, nie kaszle. Normalnie robocop.

Ostatnio małżon poszedł na badania. E no, nie, nie będzie mrożącego krew w żyłach zaskoczenia. To były badania okresowe w pracy, takie co to je trzeba raz na parę lat. Wiecie, jakie miał wyniki? Oczywiście rewelacyjne, nie mogło być inaczej. Nawet nad poziomem cholesterolu lekarz pokiwał głową, zadumał się i powiedział:

- Musi pan być naprawdę aktywny fizycznie.

Małżon naprawdę jest. Codziennie dogina do roboty na rowerze, a ma w jedną stronę prawie 20 km. To daje prawie 40 km dziennie, czyli prawie 800 km w miesiącu, jeśli założymy średnio 20 dni roboczych, bo coś takiego jak L4, rzecz jasna, dla małżona nie istnieje, nie bierzemy pod uwagę. Czyli kilka tysięcy kilometrów w roku. Styczeń czy lipiec on nieodmiennie na tym rowerze, tylko ciuchy zmienia. Ubiera się w obcisłe, bo to warto mieć styl – jak to śpiewa Janerka – ale obcisłe jest też wygodne i odpowiednio wyposażone w odblaskowe elementy, dzięki czemu jest widoczny, kiedy o szóstej rano rozwija naddźwiękową na swoim jednośladzie.

Dumna jestem zupełnie poważnie z jego kondycji i rowerowego zacięcia, cieszę się niezmiernie rewelacyjnym zdrowiem, ale wszystko to wiąże się z jednym problemem. Gdyby nie te badania okresowe, sam z siebie do lekarza na pewno by nie poszedł. Bo w końcu po co, nic mu nie jest. Kiedyś dawno nawet do spóły z internistką uskuteczniałyśmy indoktrynację, że warto by się ot, tak przebadać z racji skończenia 35. roku życia, ale minął ten trzydziesty piąty i kolejny, i jeszcze jeden, i nic. Gdyby nie te badania okresowe, kropla musiałaby drążyć kamień jeszcze długo.

Dlaczego to piszę? Odnoszę wrażenie, że nie jestem osamotniona w bezskutecznym wyganianiu mężczyzn na badania. A to jest bardzo ważne. Tak samo ważne, jak cytologia dla kobiet wykonywana raz do roku, a po którymś tam roku życia mammografia, a wcześniej USG piersi. Nawet jak nic się nie dzieje. ZWŁASZCZA jak nic się nie dzieje, bo kiedy się dzieje, to często się okazuje, że trzeba było zadziałać znacznie wcześniej, żeby coś wywalczyć.

No i teraz jest okazja, wystawcie sobie, jest mocny argument. Sieć labolatoriów medycznych Diagnostyka, największa i najnowocześniejsza w Polsce oferuje obniżkę cen za badania o 70%. To dużo, prawda? Wystarczy wejść na stronę www.kobieta.diagnostyka.pl, wypełnić formularz i odpowiedzieć na pytanie, dlaczego dbamy o swojego partnera, a mailem otrzymamy bon zniżkowy.

Ale na tym atrakcje się nie kończą, trwa bowiem konkurs i najciekawsze odpowiedzi będą nagrodzone wakacjami w Alpach, wyjazdami do SPA i zestawami ekokosmetyków. A to już grubo. Na podanej przeze mnie stronie możecie sobie o nagrodach dokładniej przeczytać. Jest szansa, żeby upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu: przebadać chłopa, a potem odpocząć w tak miłych okolicznościach przyrody.

To jest ważne z innego jeszcze względu, pomijając już nagrody. Ze stanem zdrowia mężczyzn w średnim wieku lub zbliżających się do niego jest ogólnie słabo. Mam pełną świadomość, że małżon jest raczej wyjątkiem od reguły niż reprezentantem większości. Mężczyźni zbyt mało się ruszają, źle jedzą, źle śpią, więcej palą i piją niż kobiety (statystycznie), a z racji uwarunkowań biologicznych są bardziej narażeni na zawały. Warto coś zacząć z tym robić. Wprowadzić do życia więcej ruchu, to raz, a dwa – przebadać się. Na tym się nie traci.

by kruszyzna at październik 23, 2014 06:00

Notatki na marginesie

antropologia kulturowa - praca domowa

Poszukując śladów życia  we wszechświecie, astrobiologia skupia się głównie na badaniu organizmów żywych opierając się na hipotezie, że największe szanse znalezienia życia są na planetach podobnych do Gallifrey. Dr Who - jeden z największych naukowców naszej ery, antropolog, socjolog religii, twórca ogólnej i szczególnej teorii bezwzględności opublikował ponad 300 prac naukowych o życiu jako formie istnienia białka, które odkrył  na Niebieskiej planecie w małym układzie słonecznym na peryferiach Drogi Mlecznej.

Chciałabym zwrócić szczególną uwagę na publikację „ Wielobóstwo i formy zbiorowego kultu religijnego cywilizacji prymitywnych typu 0[1] ” z roku 4102, w której dr. Who szczegółowo opisał istoty żyjące w dorzeczu rzeki zwanej przez tubylców  Wisłą. Tubylcy ci o sobie mówią „Mypolacy” i tym terminem będę się posługiwać swoim opracowaniu. Who zauważył, że obserwowane  stworzenia przejawiają podstawowe umiejętności cywilizacyjne m.in. są w stanie wieść zorganizowane życie miejskie, posiadają  pismo, rozwinięty handel, jakiś rodzaj organizacji zajmowanego terytorium i są w stanie budować za pomocą prostych sposobów monumentalne budowle[2].  Who badając religie Mypolaków zaobserwował  zjawiska praktyk religijnych, określających relacje pomiędzy różnie pojmowaną sferą sacrum a określonym społeczeństwem, grupą lub jednostką.  Relacja jednostki do sacrum koncentruje się wokół poczucia świętości – chęci zbliżenia się do sacrum, poczucia lęku, czci czy dystansu wobec niego.

Jednym z najciekawszych wierzeń jest religia Doskonałego Kształtu. Obiektem kultu jest kula w ruchu,  wprawiana w ruch przez zgromadzenia zakonne. Mnisi (bracia zakonni, rzadziej siostry) kopią kulę w określonym rytualnie czasie i w zbudowanej do tego specjalnej świątyni. W środku świątyni jest ołtarz, na którym zbierają się dwie grupy mnichów  w charakterystycznych dla ich organizacji strojach. W czasie mszy każda z grup dąży do umieszczenia okrągłego przedmiotu w pojemniku  przeciwnika. Co ważne: dotknięcie okrągłego przedmiotu ręką uważa się za nieczyste i nie wolno tego robić. To mogą robić tylko kapłani strzegący pojemnika. Ceremonia głównego nabożeństwa ma swój ścisły porządek i reguły. Porządku tego pilnuje mistrz ceremonii i on nakłada karę za uchybienia i odstępstwa od przyjętego rytuału. Mistrz posługuje się takimi rekwizytami jak gwizdek i kolorowe kartoniki.  Uczestnikami mszy są też zgromadzeni wokół ołtarza wyznawcy. Oni przybierają barwy zakonu z którym się utożsamiają, choć nie muszą do niego należeć. Msza ma wyłonić zwycięzcę ceremonii, czyli tego, kto więcej razy umieścił kulę w pojemniku przeciwnika. Nie zawsze się to udaje.

W odstępach czasu mierzonych w obrotach Niebieskiej planety wokół jej Słońca, w każdym obrocie występują swoiste rekolekcje przedstawiane jako cykl nabożeństw, w których biorą udział  zakony wyłonione drogą eliminacji. Ten zakon, który dostąpi najwięcej zwycięskich namaszczeń zostaje wyniesiony na ołtarze, błogosławiony i beatyfikowany. Mnisi zyskują status bogów a wyznawcy zakonu jaśnieją w blasku splendoru. Krytycy dr. Who podnosili tu argument, że kult Doskonałego Kształtu nie może być uznany za prawdziwą religię, gdyż jest pozbawiony elementów mistycznych i pierwiastka nadprzyrodzonego a bogowie są śmiertelni. Dr Who dowiódł jednak ponad wszelką wątpliwość, że wszyscy bogowie są śmiertelni. Wskazał też, na święte doświadczenie cudu jaki dokonał się na mszy celebrowanej przez zakon Mypolaków i ich sąsiadów Niemców.

W kulturze Mypolaków istotą wierzeń jest nie tyle sama religia co antyreligia. A właściwie obie w jednym.  Wspomniana religia Doskonałego Kształtu opiera się na bezpośredniej rywalizacji zakonów o prymat. Wewnątrz kultu  istnieją zwolennicy i przeciwnicy poszczególnych zakonów.  Jeśli jest ktoś „za”  wyraża to w interakcji z kimś, kto jest „przeciw”. I to jest najważniejszy dogmat wierzeń.  Siła każdej religii opiera się na dążeniu do dominacji a nawet do eliminacji  „tych, co nie są z nami”. Więzi we wspólnocie wyznaniowej buduje wspólny wróg. Wyznawcy każdego zakonu odprawiają tańce rytualne i pieśni. Nierzadko dochodzi do eksplozji emocji w mistycznie rozumianym rytuale wyjścia z siebie jako ilustracji dualizmu antropologicznego i ekstatyczne oddzielenie duszy od ciała. Osoby bardziej sceptycznie nastawione osiągają stan ekstazy wspomagając się substancjami psychoaktywnymi. Należy podkreślić z całą mocą, że substancje te stanowią tabu i są zasadniczo przez doktrynę religijną odrzucane. Z obserwacji Mypolaków wynika jednoznacznie, że zasady ustalają oni wyłącznie w celu łamania ich. Wynika to z przekonania, że wypowiedzenie zasady głośno, zwalnia z obowiązku przestrzegania jej.

Mypolacy mają wielu bogów i wiele mniej lub bardziej sformalizowanych rodzajów oddawania im czci. Jedne religie upadają tracąc oparcie w czczonym bóstwie a inne rozkwitają mnożąc bogów.  Religie opierają się na rywalizacji ze sobą i wewnątrz swoich struktur. Zmieniają się, przenikają i rozwijają. Mypolacy potrzebują religii, żeby wiedzieć , kto jest „przeciw nam”. Wierzą, że brak wroga doprowadziłby do upadku ich kultury.  


[1] Wg skali klasyfikacji cywilizacji Łajkoni’ego Szewdakara

[2] Wg wzoru zaproponowanego przez astronoma Nagasa, cywilizacja ta jest na etapie 0,72 (jest to wartość w skali logarytmicznej ), gdyż wykorzystuje 0,16% całkowitej energii, jaka jest dostępna na planecie.



by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at październik 23, 2014 04:43

notatki na mankietach

futrzak

No i zaczęły się tzw. „trudne dni”. Raptem jeszcze nie koniec października, a upaly już dowaliły. Niby nic, jakieś tam 30-32 st C w dzień.

Tylko ze… to cale miasto zbudowane jest z kamienia. Stare budynki, XIX-wieczne maja grube ściany, a więc masę termiczną, nowe jednak są budowane z cegły dziurawki, ściany mają zero izolacji, dachy zresztą też jej nie posiadają.

Jak to się wszystko w dzień nagrzeje… to uuuuh.
Na dodatek obie klimy (w salunie i sypialni) mamy zepsute. Właścicielka powiedziala, ze nie naprawi. Umowę oczywiście interpretuje tak, jak jej wygodnie, więc możemy się co najwyżej wyprowadzić.

Ponieważ decyzja zapadła, tym bardziej nie ma sensu klimatyzatorów naprawiać (nie będę robić komuś prezentu z kilkuset peso). Niestety wszystko się ślimaczy :-/

Zeby się wyprowadzić potrzebujemy samochód, a kupno kilkunastoletniego uzywanego, któryby nie był kompletnym trupem, nie jest rzeczą prostą. Do wyboru zostają właściwie:
– peugeot 505
– renault 19/21
– fiat 147 (tutaj mam watpliwosci, ale złom jest bardzo tani i łatwy w naprawie)

Potem trzeba znależć nowe mieszkanie….
Czy ktoś z czytelników bloga mieszkał moze/mieszka/zna kogos, kto – z Mendozy? (miasto, stolica prowinzji o tej samej nazwie, Argentyna)?


by futrzak at październik 23, 2014 04:22

Domowa kuchnia Aniki

Kotlet drobiowy w serowej panierce

Kotlet drobiowy w serowej panierce



 
Kotlety wszyscy znamy, przyrządzamy i wszystkim smakują. Ja częściej przyrządzam schabowe niż drobiowe, choć chyba wolę kotlety drobiowe. Zazwyczaj, tak na szybko, przygotowuję je w zwykłej panierce ( mąka, jajko, tarta bułka ), choć czasem zdarza mi się wymyślić też coś innego, ale to wówczas, gdy mam więcej czasu na kuchenne wydziwiasy. Tak też było ostatnio. Upiekłam kotlety drobiowe w megaserowej panierce. Panierka wychodzi przepyszna. Kotleciki obtaczamy w jajeczno-serowo-mącznym cieście i smażymy na oleju. Na drugi dzień pozostałe kotleciki odgrzałam w piekarniku w 220 stopniach i też były bardzo smakowite, jeśli nie bardziej niż pierwszego dnia.
Uwaga ! Nie denerwować się w trakcie obtaczania kotletów - surowe ciasto jest trochę klejące:-)

 

Składniki:
  •  podwójna pierś z kurczaka
  •  10 dag sera gouda
  • 5 dag sera radamer
  • 2 łyżki mąki pszennej
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 3 jajka
  • łyżeczka czerwonej papryki
  • łyżeczka przyprawy do kurczaka ( ja użyłam Przyprawy Złocistej do Kurczaka z Kamisa - nie reklamuję, po prostu od lat jej używam, bo nam bardzo spasiła )
  • 2 łyżki oleju
  • 1 łyżka wody
  • olej do smażenia
Sposób przygotowania:
  • Mięso kroimy na porcje i delikatnie rozbijamy. Oprószamy papryką
  • Przygotowujemy ciasto do panierowania kotlecików: do rozkłóconych jajek  dodajemy oba rodzaje mąki i olej. Wszystko dokładnie roztrzepujemy za pomocą trzepaczki rózgowej, a następnie dodajemy ser starty na tarełku o małych oczkach. Dodajemy 2 łyżki wody i przyprawy i wszystko mieszamy
  • W tak przygotowanym cieście zanurzamy kotlety i wkładamy je na rozgrzany olej. Smażymy z obu stron na niewielkim ogniu do ładnego zrumienienia kotletów

    by Anika (noreply@blogger.com) at październik 23, 2014 05:12

    Blog do czytania

    5 plusów biegania, o których nikt Ci nie powie

    A więc zaczynasz biegać? Albo dopiero planujesz zacząć? To świetnie. Z pewnością wiesz, że bieganie to same plusy. Ale o tych, które ja wymienię, nikt Ci jeszcze nie mówił. Zanim jednak zaczniesz utwierdzać się w przekonaniu, że bieganie jest sportem dla Ciebie, przeczytaj mój przedwczorajszy tekst o pięciu minusach biegania. Jeśli to Cię nie zniechęci, […]

    by mrcichy at październik 23, 2014 03:45

    moje waterloo

    1957

    Kruszyzna się pyta, co jest w piekarniku. Otóż nie uznałam za konieczne podawać Wam przepisu, ponieważ w piekarniku spoczywają Leniuszki. Ja tę nazwę wymyśliłam, R w kółeczku, uważam, że niezwykle adekwatna. Choć mogłyby też nazywać się Ratuszki, bo uratują sytuację. Każdą.

    Otóż ustalmy na początek, co ma pani domu. Odpowiadam: pani domu ZAWSZE ma w zamrażalniku ciasto francuskie, które z kolei ma to do siebie, że nie zaimplementowało cukru, więc można je wykorzystać w każdej trudnej sytuacji. Oraz hobbystycznie. I nie mówcie, że to jakiś problem. Na zakupach dorzucacie do kosza ze dwa zwitki i ładujecie je do zamrażary po powrocie w pielesze. Potem mi podziękujecie.

    Nie ugotowałaś obiadu? Ciasto francuskie.
    Cholerni goście wpadli niczym grzyby w barszcz? Ciasto francuskie.
    Rodzina snuje się po kątach, rzęzi i żąda? Ciasto francuskie.
    Naczelna zasada kuchenna (byle się nie spocić)? Ciasto francuskie.
    Ten, kto wymyślił mrożone ciasto francuskie, powinien dostać Nobla.

    Co, mianowicie, można z tego ciasta?
    Można np. rolki z parówką - dzieci się ucieszą, gdyż gminna wieść niesie, że nie wolno ich karmić parówkami, bo pies z budą zmielony. W związku z powyższym każde porządne dziecko dałoby się pokroić za parówkę. Tak to właśnie z zakazami bywa.
    Można przekąski - tniecie w paseczki, posypujecie solą, kminkiem, ziołami, czym tam chcecie. Jak kogoś melanż poniesie, niech tworzy oryginalne kształty. Uwaga! Chrupanie wciąga.
    Można tartę obiadową (i na słodko też). Bierzesz sobie formę, wykładasz ciastem francuskim, ładujesz do środka resztki z lodówki, w szklance mieszasz 3 jajka ze śmietaną lub jogurtem oraz solą i pieprzem, zalewasz, wstawiasz do piekarnika, a na 10 minut przed wyjęciem posypujesz żółtym serem (żeby się nie spalił). Przy tym pilnujesz się, żeby nie zeżreć połowy.
    No i w końcu można Leniuszki.

    One są kołem ratunkowym, gdy chcesz wyjść na Zapierdolnistą Panią Domu, co to w szpileczkach i fartuszku, z braku lepszych zajęć, wypełnia dom zapachem pieczonego ciasta all year long. Bierzesz se to ciasto i tniesz w kwadraty. Otwierasz lodówkę i sprawdzasz, co jest na granicy przydatności (jeśli goście, których nie lubisz, weź przeterminowane, może się zesrają i będziesz mieć spokój) - a to zapomniana puszka brzoskwiń, a to słoik z kompotem, sugerujący mech i porosty, w ostateczności konfitura, którą otwarli, zjedli dwie łyżeczki i porzucili (świnie marnotrawne), a ta dogorywa. A może jabłka wychodzą z koszyka? Proszę uprzejmie, voila!

    Mnie akurat nic nie wychodziło, ale licytacja trwała, więc pocięłam to ciasto, dwa jabłka umyłam i pokroiłam w plastry (ze skórką), wyłuskując gniazda nasienne dość krzywo. W puszce z niespodzianką* odkryłam resztkę rodzynek sułtańskich, więc wsadziłam w każdą jabłeczną, krzywą dziurkę. Rogi zagięłam do środka, tworząc sakiewki. Górę ciasteczek pomalowałam żółtkiem. Na miejsce spojenia kapnęłam konfiturą z róży. Wszystko trwało jakieś 7 minut, a nikt mi nie podskoczy. Rozumiecie teraz, dlaczego nazywam te ciasteczka Leniuszkami?

    Fajnie wychodzą również z brzoskwiniami z puszki i roboty jeszcze mniej, bo zapuszkowane brzoskwinie z natury rzeczy występują w połówkach, więc można się nawet nie ufifrać. Ciasto człowiek w kwadraty, czekoladę (gorzką) połamie, na środek przyszłego ciastka kładzie kostkę czekolady, przykrywa połówką brzoskwini, opierdoli żółtkiem naokoło i do pieca. Czas pracy skraca się do minut czterech, a wieńce i fanfary te same.

    Ciastka, wynikłe z francuskiego, nie są przesadnie słodkie, co uważam za plus. Głąbom należy kazać żreć nad talerzykami, bo ciasto takie, jak wiadomo, składa się z warstw i, co za tym idzie, kruszy się jak jasna cholera. A nie po to odwalamy numer z czerwonymi pazurami do podłogi, żeby po jakiejś bandzie nieudaczników sprzątać.

    Mogę sobie wyobrazić, choć nie próbowałam, że z ciastem francuskim dobrze konweniuje np. miód i płatki migdałów. Albo różne dżemy - fanatycy mogą zawinąć w rogaliki, ale muszą mieć świadomość, że czas przygotowania się wydłuży, a i ręce trzeba potem umyć, bo się tłuste paluchy na dziecku odcisną.

    No. Mówię Wam, ciasto francuskie jest the best. A jak ja coś mówię, to wiem.


    * Doprawdy - czasem znajduję tam wiórki kokosowe sprzed roku.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 23, 2014 04:30

    Eksribicjonizm kontrolowany

    Koniec pewnej epoki

    Wczoraj oficjalnie skończyłam studia z wynikiem dobrym. I mogę wreszcie spokojnie usiąść.
    Gorączkowa gonitwa, jaką uskuteczniałam przez miniony rok w trójkącie bermudzkim dom-praca-uczelnia, dobiegła wreszcie końca. Odzyskałam mój czas wolny. Wreszcie czuję, że żyję.

    W czerwcu zrobiłam sporo planów. Niektóre przez wakacje uległy modyfikacji, głównie ze względu na fakt, że zmuszona byłam przełożyć część egzaminów, które odbywały się w tym samym terminie. Zajęć z bilokacji jeszcze nie miałam, więc sesja się przeciągnęła, a ja doświadczyłam jedynej w swoim rodzaju huśtawki euforyczno-depresyjnej, przeplatając zdawanie egzaminów ślubem. (Nie polecam!)

    Wczoraj o 10:13 obroniłam pracę licencjacką na ocenę 4,5 i głęboko odetchnęłam. Teraz mogę zająć się tym, co istotne, przegrupować priorytety zgodnie z teoriami racjonalnego zarządzania czasem i dostosować do nich mój rozkład zajęć.

    CO SIĘ ZMIENIA?

    - studia magisterskie - obecnie mogę iść tylko na zaoczne, bo nie zafunduję szefowi kolejnych lat z pracownikiem z doskoku, a sobie następnej szalonej gonitwy. Dlatego nie wchodzi w grę ani kontynuowanie religioznawstwa, ani żaden z planowanych wcześniej kierunków - albo nie ma zaocznych w ogóle, albo nie otwierają z powodu braku chętnych. Chciałabym kontynuować studia, ale na razie nie mam takiej możliwości.

    - wakacje - jesteśmy wielkimi szczęściarzami, bo w prezencie ślubnym dostaliśmy dwie wycieczki. Dlatego wyskok w ciepłe kraje odbędzie się dopiero w lutym, ale miasto Hrabala odwiedzimy już tej jesieni. Nie mogę się doczekać, bo nigdy nie byłam w Pradze, a wszyscy twierdzą, że jest piękna! A w dodatku będziemy mieć najlepszego przewodnika.

    - blog - przy okazji ankiety zapowiadałam zmiany na blogu. Teraz ruszą z kopyta, bo choć mam duży sentyment do tego bloga, to 9 lat temu byłam zupełnie inną osobą. To trochę jak z płaszczem noszonym w liceum - może wygląda jeszcze dobrze, kiedy skończysz studia, ale niekoniecznie pasuje do reszty ubrań i nowego stylu życia. Potrzebuję nowego i nowe przyjdzie już wkrótce. Zbiegnie się z wpisem nr 2500 na tym blogu - to już bardzo niedługo!

    CO ZOSTAJE?

    - ja - tak jak pisałam na blogowym Facebooku, moja obrona niczego nie zmieniła. (Zresztą tak samo jak ślub. Jedyne co, to przedstawiam się teraz do połowy starym nazwiskiem, po czym reflektuję się i mówię nowe - póki co, funkcjonuję w zawieszeniu, bo jeszcze nie wymieniłam dowodu.) Dalej lubię to, co lubiłam, a tematyka nowego bloga nie będzie wcale specjalnie rewolucyjna.

    - cykl 52 - z przyjemnością wracam do regularnego oglądania filmów i czytania książek... oraz dokumentowania tego w specjalnych folderach.

    - planowane wpisy - będzie wreszcie o mojej toaletce, o cydrach, o londyńskich pubach, o naszych ulubionych planszówkach i malarzach oraz o tym, co jeść na Montignacu, żeby nie tylko nie umrzeć z głodu, ale nawet schudnąć. Jeśli macie ochotę na konkretne tematy, oczywiście jestem otwarta na propozycje.

    Najbliższe miesiące zapowiadają się naprawdę ekscytująco!

    by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at październik 23, 2014 03:40

    Bazarek Handmade

    czerwone podkładeczki pod kubeczki



    Ręczna robota,100 % bawełny, średnica ok. 10 cm, ukrochmalone
    Komplet 6 sztuk

    Ozdobią Twój stół, umilą spotkania przy kawie lub będą miłym prezentem dla kogoś bliskiego, idealne na letnie przyjęcia.

    Są tak uniwersalne, że można je powiesić jako ozdobę w oknie a zimą ozdobią Twoją choinkęJ

    Cena za komplet 15 zł + 7 zł koszt przesyłki listem poleconym, gabaryt B.
    Osoby zainteresowane proszę o kontakt – wmalymdomku@gmail.com

    by Ania- w małym domku (noreply@blogger.com) at październik 23, 2014 01:29

    Tokyo Pongi

    P.Shine – manicure japoński

    P.Shine, czyli maniure japoński odkryłam dzięki polskim portalom i forom internetowym, gdzie ta metoda doczekała się sporo pochlebnych opinii. Zostaliśmy również poproszeni o przywiezienie do Polski kilku zestawów, co okazało się niewykonalne z powodu bardzo dziwnej polityki producenta i kompletnej niedostępności produktu w sklepach kosmetycznych. Okazuje się również, że manicure japoński jest nieporównywalnie bardziej popularny w Polsce i krajach wschodniej Europy, niż w Japonii, gdzie niemal nikt o nim nie słyszał. Niemniej jednak sama metoda faktycznie powstała w Japonii, a firma produkująca te zestawy znajduje się w Tokio.

    Zamówienie zestawu było trudniejsze niż nielegalny zakup uranu czy wirówki. Jak już wspomniałam w sklepach stacjonarnych tego nie ma, w sklepach specjalistycznych też nie, na żadnych portalach aukcyjnych czy sklepach internetowych również nie. Zamówić można jedynie bezpośrednio u producenta i nie więcej niż dwa zestawy rocznie na jeden adres. Przy czym adres musi być koniecznie japoński, a samo zamówienie składa się na stronie firmy, na której nie ma ani słowa po angielsku. Po złożeniu zamówienia, na adres email przychodzi potwierdzenie, które należy potwierdzić pisemnie (to nie jest żart!!!) i dopiero po tym można się spodziewać kuriera z paczką. Cena zestawu w Japonii to około 2900 jenów, czyli około 89 zł. Wiem, że to o wiele mniej niż w Polsce, ale naprawdę nie warto sugerować się ceną w Japonii, bo producent bardzo chroni oficjalnych dystrybutorów i produkt poza oficjalnymi kanałami jest po prostu niedostępny.

    No dobra, wystarczy tych wstępów. Dla kogo manicure japoński będzie idealnym rozwiązaniem? Dla wszystkich tych, którzy lubią mieć zadbane, zdrowe, ładnie wyglądające paznokcie, ale nie chcą lub nie lubią ich malować co 2-3 dni. Ja  lubię od czasu do czasu pomalować paznokcie na jakiś wściekły kolor, chociaż na codzień najlepiej się czuję ze swoimi naturalnymi paznokciami i oczywiście chciałabym, aby niepomalowane wyglądały zdrowo i ładnie. Nestety mam problem z lekko żółtymi paznokciami po zmyciu lakieru, mimo tego że zawsze używam specjalnej bazy pod lakier (mam kilka różnych, problem jest po każdej z nich), dlatego więc paznokcie maluję rzadko. Moje paznokcie lubią się również łamać, dlatego najczęściej są krótkie albo bardzo krótkie. Nie ukrywam, że tak jest mi również wygodniej przy komputerze, przy którym ostatnio spędzam o wiele za dużo czasu ;) .

    Zestaw P. Shine jest więc wymarzonym produktem dla moich paznokci, bo obiecuje wzmocnienie, poprawę koloru oraz naturalny połysk. Sama nazwa P. Shine odnosi się do „pearl shine”, czyli blasku perły. W zestawie znajdziemy więc polerki, specjalną pastę z witaminami, woskiem pszczelim i krzemionką, oraz puder, który poprawia kolor paznokcia oraz zabezpiecza go przed różnymi uszkodzeniami. Pełen zabieg zakłada polerowanie płytki paznokcia, a następnie wcieranie pasty i pudru, co zajmuje około 20 minut. Następnie co 2-3 dni wcieramy sam puder (zajmuje nie więcej niż dwie minuty), a co 2-3 tygodnie wcieramy pastę w odrastające paznokcie. Pełny efekt zabiegów widać dopiero po około 6 tygodniach. Paznokcie powinny być twardsze, mocniejsze, różowe i błyszczące. Nie spodziewajcie się spektakularnych rezultatów po pierwszym zabiegu, chociaż już po pierwszym użyciu paznokcie będą wyglądały dość ładnie, a efekt powinien utrzymać się dwa tygodnie.

    Manicure japoński nadaje się idealnie do paznokci, które potrzebują wzmocnienia, ale nie powinien być wykonywany bezpośrednio po zdjęciu akrylu czy żelu, nadmiernie zniszczonej lub spiłowanej płytki paznokcia. W takim przypadku najlepiej dać paznokciom kilka tygodni na dojście do siebie. Producent twierdzi, że ten manicure sprawdzi się również jako baza pod lakier, ale zaleca poczekać kilka dni, ponieważ przyczepność lakieru tuż po samym zabiegu, jest ograniczona.

    Poniżej moje paznokcie przed i po pierwszym zabiegu z P. Shine. Ponieważ zdjęcia robiłam sobie sama, widać na nich tylko moją lewą dłoń :) .

    p.shine-1

    The post P.Shine – manicure japoński appeared first on TokyoPongi.

    by Maika at październik 23, 2014 12:13

    Skorpion w rosole

    (149) Przychodzi baba do urzędu

         Przyszedł ten dzień, kiedy musiałam pojawić się w urzędzie w sprawie nie cierpiącej zwłoki. Bo zwłoką byłam dłuuugo. Aż za długo i zaczęłam się rozkładać po kanapach. Trzeci rok się zaczął, gdym odpoczywała po fyfnastu wizytach w urzędach rozmaitej maści, notariuszach i urzędasach natury karłowatej, czyli pomniejszej, jak telefonia, gazownia czy prądownia.

         Ale od początku.
    Jak niektórzy wiedzą, mieszkam w moim, takim najmojszym na świecie miejscu na tym łez padole, od dwóch lat z hakiem. Nota bene jest to moje piąte miejsce, z którym związałam swoje  CV, jednakże, dwa palce w górze, konsekwentnie obracam się w obrębie jednego miasta, odbijana tylko ze wschodu na zachód i apiat' naabarot. I nic nie zburzyłoby mojego spokoju egzystencji, dalej piłabym sobie herbatkę przez słomkę zakąszając tiramisu i baklawą, dalej zawiazywałabym komórki tłuszczowe na wysokoenergetyczne kokardki z fakturą skórki pomarańczowej, gdybym pewnego dnia nie zobaczyła swojego dowodu osobistego. Otóż tego dnia odkryłam, że mój dowód osobisty umarł śmiercią naturalną w czerwcu roku pańskiego 2014. Dla niezorientowanych, z Małżem i ze mną na czele, przypominam, że mamy październik, a nawet za chwilę, co za niespodzianka, listopad. Ta wiosenna pogoda to jednak może człowieka zmylić i otumanić.

    Bo my z Małżem, to jakieś z innej planety jesteśmy.
      
    Na pierwszy ogień i jako mięso armatnie omówimy Małża. 
    Małż nie nosi zegarka. Nigdy. Odgaduje czas po koniunkcji planet, pi razy drzwi, z dokładnością do godziny zegarowej. To mu starczy. Uf, na razie nie uwiąd starczy, hosanna! Kolejna archaiczna cecha Małża to nienoszenie komórki. Małż wyswobodził się całkowicie z brzemion kapitalizmu i komórki nie nosił. Teraz komórka służbowa jest wyłączana po przyjściu do chałupy, albowiem robota to robota, dom to dom. Albowiem mieliśmy jedną komórkę do spóły, dla wszystkich członków rodziny, przedpotopową wierną Nokisię, która mruga niebieskim oczkiem, gdy ktoś coś od niej chce.

    Ja.
    Na moim lewym przegubie, prócz kajdan i żył tętniących cholesterolem zauważyć można chronometr, ciągle ten sam, który wygrałam za krzyżówkę w roku pańskim hmmm circa ebałt 1995. 
    Zegarek jest ładny i ma światełko. A datownik stanął na liczbie 14, która jest dniem mojego urodzenia, mojego Taty, a także numerem domu. Generalnie znając moją datę urodzenia można mnie podrzucić pod wskazany adres. Bo tu pies pogrzebion. Patrząc na mój dowód osobisty, jestem od czerwca nikim znikąd. Termin przydatności do spożycia upłynął, a pod widniejącym na kawałku plastiku adresem od 2,5 roku mieszka zgoła kto inny. Gdyby mnie znaleziono bez zmysłów w parku, tulącą drzewo i wiewiórkę do łona, uznano by mnie z pewnością za NN.

         Basta, rzekłam. Skoro dowód osobisty mi się skończył, trzeba zmartwychwstać dla świata i Zusu! Chociaż dla Zusu, to jest się wiecznym i niezniszczalnym (dowód? Oto dowód: gdy wezwano mnie na rewizję L4, wzywano mojego nieżyjącego wtedy od 15 lat Tatę, dlatego wchodziłam z dreszczem jako ostatnia, czekając aż wreszcie mnie wyczytają. A tu - nic).

        Ażeby wyrobić nowy dowód osobisty, cóż trzeba zrobić? Bingo! Najpierw pójść do fryzjera, aby w terminie późniejszym, ale nie później niż fryzura oklapnie i zrobią się odwieczne rogi bawołu afrykańskiego, pójść wykonać zdjęcie lewego półprofilu. I tu już wszystko, co sobie wypracowałam, legło w gruzach. Zmuszona dostosować się do regulaminu III RP w zakresie co można, a czego nie, na zdjęciach dowodowych, musiałam założyć grzywę za ucho i odsłonić je w całej, imponującej okazałości, a także odkolczykować się. Wyglądałam więc tak jak wyglądam na co dzień. Czyli nic nadzwyczajnego.
     Pani zrobiła mi kilka/naście fotografii. Uf. Klęska urodzaju. Na pierwszy ogień - problem stulecia, czy mam się uśmiechać, czy być stateczną starszawą panią. Wersja z uśmiechem była godna politowania, był to uśmiech, za przeproszeniem końskiej dupy do bata. Tak więc powaga, z lekkim uśmiechem Mony Lisy. Kolejny problem, niestety już nierozwiązywalny, czy w okularach, czy bez. Nie mogąc się zdecydować i skuszona 50%-ową zniżką, zakupiłam dwa pakiety fotografii własnej facjaty. Będzie co położyć na kominek, chyba, że ktoś chce do pamiętniczka? Zbiór fotografii okularowych jest zbiorem pełnym i nierozdziewiczonym.

    Ale.
    Aaaby wyrobić sobie nowy dokument tożsamości, muszę zmienić na nim adres zameldowania. Ale aaaby to zrobić, muszę się zameldować. Aaaby się zameldować muszę posiadać akt. Niestety, nie artystyczny, tylko własności ziem, którymi władam pospołu z Małżem oraz szereg pomniejszych dokumentów, w postaci aktu (czułam się już jak w pinakotece) tym razem zawarcia małżeństwa, a także dowodu wymeldowania się z miejsca poprzedniego zameldowania.

    Ażeby nie przedłużać i nie mięszać w zmysłach Czytelnika. Cudem znalazłszy się w posiadaniu analogowego pliku niezbędnych dokumentów, odważyłam się pobrać numerek (numerek, dwa akty i ja yhyhy, orgia!).
     Będąc w urzędzie od razu czuję się jak podejrzana i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mnie zamkną w areszcie na zapleczu i wyrzucą klucz do fosy. Znacie to uczucie? Człowiek jeszcze nic nie zrobił, a już chyłkiem przemyka pod ścianami bezowocnie szukając kawałka cienia, już czuje się jak podejrzany, a nawet oskarżony i skazany. Te urzędy są takie onieśmielające!
    O dziwo, mój numerek zaczął migotać na czerwono, rozwinął się czerwony dywan i skierowałam swe kroki prosto do jaskini lwa. Wręczyłam lwicy dokumenta, a lwica ryczy zza krat:

    - Dowód osobisty proszę!

    - Nie dysponuję. Albowiem mi się skończył. Doprawdyż, patowa sytuacja. Ale numer pesel się chyba nie zmienił?

    Lwica ryknęła, że nie mogę posługiwać się nieaktualnym dowodem osobistym i zażądała paszportu. Paszport też mam z bombażem od dłuższego czasu, pisnęłam skulona pod okienkiem.

    - W takim razie nie mogę pani zameldować, skoro nie ma pani dowodu - zza pancernej szyby ryknęło.

    - Jezu, a ja muszę być zameldowana, by móc posiąść dowód. Mam jeszcze prawo jazdy (z adresem poprzednim rzecz jasna, ale prawko nieśmigane i co najważniejsze, wystawione dożywotnio). To w takim razie mój jedyny dokument, stwierdzający że ja to ja - wyłkałam cichutko, leżąc wykrwawiona na kamiennej, zapewne bardzo drogiej, posadzce.

    - Jeszcze nigdy nikt się nie legitymował prawem jazdy!

    No i, drogi Czytelniku, wiedz, że ja jestem pierwsza!

         Na miękkich nogach opuściłam lokal, ściskając w ręku dowód, że oto mam dach nad głową. Stąd już tylko krok, by porzucić wstydliwe inicjały NN.
    Wyszłam niedaleko, bo tylko do hallu, by pobrać kolejny numerek. Uf, teraz to już będzie bułka z masłem! I tu - ponownie skandal - bo znowu nie czekałam wcale, tylko od razu zaczął migać mój szczęśliwy numerek. Skandal, bo wykupiłam postój na godzinę, a minęło dopiero sześć minut!!!
    Zdezorientowana, jak to się teraz w urzędach pracuje, że nie ma kolejek, lwice mają serca, choć nie wiem, czy nie wyrwane petentom, stanęłam przed okienkiem. Tutaj obsługiwała dla odmiany gołąbeczka. Podniosła pierzastą brew, zakokosiła się na krzesełku, bo już komputer jej doniósł z trzecią prędkością kosmiczną, że zameldowałam się na podstawie prawka (ja się boję pomyśleć ile wiedzą o mnie służby specjalne) i grucha mi w ucho:

    - O, spóźniła się pani.

    - No właśnie, czerwiec tak mi mignął, jak wypłata, której i tak nie mam.

    - Pani ma nieaktualny dowód od dwóch lat z okładem! Gdyż/albowiem automatycznie traci ważność po upływie 3 miesięcy od momentu wymeldowania się.

    Świat mi zawirował i poczułam jak podłoga uderza mnie z impetem w plecy.

    ***

         Po przyjściu do domu Mamina przynosi mi gazetę otwartą na artykule z migającym na czerwono tytułem:
    "Od 1.01.2015 nowe wzory dowodów osobistych! Nie trzeba wpisywać adresu zameldowania".

    ***

    Teraz muszę tylko Małżowi powiedzieć, że wzrośnie nam opłata za wodę i wywóz śmieci.



    by pandeMonia (noreply@blogger.com) at październik 23, 2014 12:31

    Dzieciowo mi

    Seks tantryczny w wykonaniu rodziców

    Co to jest seks tantryczny? Nie wiecie? Naprawdę nie wiecie? Jak to nie wiecie? Dobra, spoko, ja też jeszcze do dzisiaj nie wiedziałam, ale wpadł mi w oko artykuł w pewnym „piśmie kobiecym dla mężczyzn”, jak to kiedyś zgrabnie określili dziennikarze Radia Wrocław. Tym razem chodzi o Logo. Nieprawdopodobne, jakie ja rzeczy czytam w internetach, strach się bać. Czas na czytanie nigdy nie jest czasem straconym, a wszystko albo co najmniej wiele można przekuć na wymiar edukacyjny. Zagłębiłam się więc w tekst o seksie tantrycznym i już co nieco wiem.

    Przede wszystkim to działanie dla długodystansowców, celebrujących czyn oraz miłe okoliczności przyrody. Idealny kochanek tantryczny stanowi mentalne połączenie leniwca ze ślimakiem, posiadającego jednakowoż – w przeciwieństwie do wymienionych – niezwykle głęboką psyche, ponieważ w seksie tantrycznym bzykają się nie tylko ciała, ale i dusze. Zwłaszcza dusze, bo rzecz polega na tym, żeby do tego stopnia podrasować doznania duchowe, żeby potem ciało ziiiiiiiiiu, jak po maśle z górki w opływowej maselniczce. Tantrycznie więc Faust wołał, że chwilo, trwaj, jesteś pełna kras, tantrycznie Kohelet przekazywał, że na wszystko jest odpowiedni czas i miejsce, tantrycznie wreszcie Mickiewicz, choć z pewną nutką sarkazmu, wołał „To lubię, rzekłem, to lubię” i mam pełną świadomość, że sarkazm wieszcza wynikał z mało tantrycznych okoliczności przyrody.

    No dobrze, czy tajemne arkana seksu tantrycznego mogą zostać odsłonięte przed ludźmi ze statusem rodzica? Ależ owszem, czemu nie, także im należy się. Trzeba jednakowoż wprowadzić do procedury pewne modyfikacje. Rodzic albowiem jest gatunkiem wymagającym.

    „Tantra wymaga długiej, około godzinnej gry wstępnej.”

    Dlatego zanim zabierzesz się za pieszczenie id za pomocą ego, musisz wcześniej ogarnąć karmienia i zmianę pieluchy. Nie swojej, oczywiście, o seksie geriatrycznym tekst już był, mówimy o potomku. Załóżmy więc, że nafutrowany potomek przekształca zgromadzoną materię w… materię o wyższym stopniu przetworzenia.

    „W fazie relaksacji istotne jest wyzbycie się namiętności i pocałunków. A podczas samego stosunku ważne są konkretne pozycje. Godzina spędzona w stanie kompletnego wyciszenia, bez namiętności to gwarancja głębszych doznań i większej rozkoszy już w trakcie stosunku.”

    „Partnerzy zachowują ciągły kontakt wzrokowy – nie izolują się w swoich uniesieniach, nie zamykają oczu.”

    Dlatego tak ważne jest nafutrowanie młodego. No i ważna jest wola współpracy ze strony progenitury, bo co to za tantra, kiedy ty namiętnie wpatrujesz się w partnera, nerwy wzrokowe drgają z podniecenia, nabuzowane seksem fotony bezwstydnie dosiadają siatkówki, synapsy pod czaszką jęczą z rozkoszy, a w dyszącą żądzą ciszę godzi nagle odgłos dochodzący z dziecięcego pokoju:

    - Mamoooooooo, sikuuuuuu…

    Pierdut, godzinną grę wstępną trzeba rozpoczynać od nowa. I wytłumacz to synapsom. Ale to nie wszystko. Jeśli myślisz, że możesz uważać się za eksperta, to sorry Batory, dalej będzie trudniej.

    „A więc najważniejsze – uspokój się.”

    No dobra, powiedzmy, że rodziców małych niemowląt możemy wyłączyć ze zbioru. Idźcie, kochani, specjalizować się w klasyce.

    by kruszyzna at październik 23, 2014 11:20

    Kraina filcu

    Pokaz szydełkowania czapek MyBoshi.

    Uwaga!!! Zwolniło się nam jedno miejsce na dzisiejszy pokaz szydełkowania czapek MyBoshi.

    Pokaz odbędzie się dzisiaj w godz. 18.00 - 19.30 w Warszawie na ul. Filtrowej 83 domofon 69 (wejście od ul. Akademickiej).

    Osoby chętne prosimy o szybki kontakt tel. 22-822-58-27.

    by kraina filcu (noreply@blogger.com) at październik 23, 2014 11:42

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Skomentuj Polski miesiąc w Japonii, którego autorem jest Maika

    Zgadzam się, że jedzenie było jasnym punktem programu, to było również to, co i mnie przyciągnęło na festiwal :-) . Nie chciałabym się również czepiać naszych strojów ludowych (uważam zresztą, że są piękne), nie rozumiem jedynie jaka była myśl przewodnia festiwalu i dlaczego Polskę tak nachalnie promuje się kulturą ludową. Dla mnie jest to zbyt dosadne, bo nie pokazując nic więcej niż ładne dziewczyny w strojach i rękodzieło, cała impreza zaczyna się robić zwyczajnie jarmarczna. Rozumiem, że są ludzie, którym się to podoba i którzy bawili się tam świetnie, ale zdecydowana większość pewnie nawet nie wie, że imprezę zorganizował wydział promocji i handlu przy ambasadzie RP, czyli w założeniu jest to promocja kraju, budowa marki pt. Polska. Nadrzędnym celem tej imprezy powinno być budowanie wizerunku kraju w taki sposób, aby ułatwić polskim firmom wejście na rynek japoński, czyli należy przekonać Japończyków, że Polska jest fajna, a nasze produkty są wysokiej jakości. Jeśli przy okazji przemycimy odrobinę kultury, to jest to oczywiście tylko na plus. Moim zdaniem impreza pokazała, że mamy ładne stroje, dobre jedzenie, że lubimy Chopina i cepelię. Założę się, że organizatorzy są z siebie zadowoleni, ale polskich firm w Japonii jak nie było, tak nie ma, a Polska w dalszym ciągu nie kojarzy się Japończykom z niczym.

    by Maika at październik 23, 2014 10:33

    Anna Sakowicz

    Dom tęsknot

    Pierwszy raz z książką Piotra Adamczyka zetknęłam się w tamtym roku. Czytałam jego „Pożądanie mieszka w szafie”. Uśmiałam się wtedy przednie, choć zauważyłam, że więcej radości jednak utwór sprawił mojemu mężowi niż mnie. Kiedy dowiedziałam się, że autor napisał następną książkę „Dom tęsknot”, chętnie przyjęłam ją od wydawnictwa Agora. Spodziewałam się znów czegoś lekkiego i…

    by anna.sakowicz at październik 23, 2014 10:13

    Zuzanka

    Kura

    Kurektor

     

    Jak nastrój, taki rysunek...

    Pozdrawiam
    Kura w kałuży 

    by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at październik 23, 2014 07:28

    Zorkownia

    Napis


    - "Stracić twarz", tak mówią. Ja, proszę pani, tracę twarz dosłownie. Nie, płakać nie będę, tak tylko mówię, bo to jest nawet zabawne. Pod opatrunkiem rośnie mi skorupiak, ukwiał, cała koralowa rafa. Nie chce pani tego widzieć.

    Herbata jest niepotrzebna, drzwi mogą być otwarte, do sklepu iść po nic nie trzeba.

    Siadam obok i skubię mankiet.
    Wolałabym uciec. Do lidla, do ikei obok - po cokolwiek, po pretekst.

    Siedzę, skubię.
    Nie nadam się tu do niczego, pionowa zmarszczka na czole, oczy w podłogę. Chcę przetrwać tę ciszę, choć nie wiem dla kogo to bardziej, dla niej czy dla siebie.

    Siedzę.
    Widzę jej buty, gumowe kapcie za grosze, do domu/ogrodu/szpitala. Długopisem ktoś wydrapał: "KROKSY".

    - Niezłe te buty - mówię. - Firmowe, ręczna robota.

    A ona parska śmiechem:

    - Wnuk stwierdził, że są złe bez napisu. Wieczorem wzięłam długopis i sru.

    by noreply@blogger.com (zorka) at październik 23, 2014 06:54

    Zuzanka

    zycie na kreske

    Tokyo Pongi (komentarze)

    Skomentuj Polski miesiąc w Japonii, którego autorem jest Aga

    Przyznam, ze pierwszy dzien Festiwalu ominęłam bardzo chętnie… Pokaz makijażu polskiego? Czym jest polski makijaż? To taki przykład. stoiska sa co roku takie same- dokladnie takei same. Nie wiem dlaczego w tym roku nie bylo wystawy prac Kariny- i wcale nie mówię tego jako jej kolezanka… Uważam, ze prace z Polską w temacie- są piękne i pokazują polskie krajobrazy. Były swietne ciasta, smaczna kiełbasa i Japonczyk serwujący to wszystko tak pięknei mówił po polsku! BYłąm zachwycona!- Tak wlasciwie jedzenie przyciągnelo mnie na festiwal było bardzo smaczne w tym roku, w zeszlym dam sobei rękę uciąz ze zurek byl z proszku… Taki mogę serwowac codziennie, bo za kazdym razem przywoze hurtem torebki! Dodam tez barszczyk… ;D
    Ale wracając do tego co było na festiwalu. Owszem były stroje- co akurat lubię. Byłą piękna muzyka, koncerty. Ale miałam wrazenie, ze było nudno jak flaki z olejem… Moze i nie jestem fanką Szopena, ale na litosc boską mamy inną muzykę. Nie mówię tutaj wcale o nowoczesnej, bo za bardzo się na niej nie znam, ale Niemen, czy Maryla z pewnoscią urozmaicili by taką imprezę.
    Mówiąc o tym co Polska dała swiatu i łacząc to ze stoiskiem gier- swietne produkty, ale promocja zadna… Nie mogli by tego połączyc? Małe miejsce pokazujące gry, a nie tylko dwie plansze rozłozone i pani prawie wsciekla kiedy ktos dotyka grę…

    Uwazam ze ten festiwal pokazuje, ze mamy pyszne jedzenie, Szopena i stare przyspiewki- niestety te panie spiewające w sposob niezbyt ujmujący, nie zachęcily- wielu ludzi odchodzilo od stoisk!
    Brakowalo mi pokazania co waznego robi Polska teraz…
    Pewnie będę jezdzila co roku, bo mozna spotkac się z ciekawymi ludzmi, ale zebym komus bardzo polecala….
    Festiwal wymaga ulepszen, pokazmy czym jest Polska- pokazmy cos nowego, a nie jak trafnie zauwazylas wiejskie klimaty.

    by Aga at październik 23, 2014 01:50

    październik 22, 2014

    Slow Day Long

    O tym, jak złamaliśmy prawo, a potem Leśniczy pokazał nam tajemniczą… (video)

    Dla naszego auta, kręta droga, która wiedzie pod górę, była prawdziwą męczarnią. Na dodatek na dachu mam dwa rowery. Samochód prowadzę po serpentynach, niczym w austriackich Aplach, które podczas naszego wypadu narciarskiego odwiedziliśmy na początku roku. Po około pół godzinie dojeżdżamy na miejsce. Parkujemy przy Chatce Górzystów, jednym z najpopularniejszych, obok Orle, schronisk w Górach Izerskich.

    Alicja chce już zacząć biegać, a Kamila idzie zrobić rozeznanie, czy możemy tu bezpiecznie zaparkować. Podziwiam widoki i czekam na powrót żony. Mój wzrok ściągają krokusy (zawsze myślałem, że rosną tylko wiosną) i Suzuki Vitara przerobione na pojazd gąsienicowy. Przypadłby do gustu mojemu szwagrowi, który zawodowo zajmuje się tuningiem tych aut. Po kilku minutach Kamila pojawia się niczym burza. Uciekamy stąd! Zaraz ci wyjaśnię o co chodzi – rzuca i wsiada do samochodu. Przypinam Alę w foteliku i ruszam z piskiem opon! Co się stało?

    Okazało się, że wjechaliśmy na teren, gdzie wjeżdżać nie można. Jakimś cudem przegapiliśmy znak, który (podobno) informował o zakazie. Zmylił nas też otwarty szlaban, który owszem widzieliśmy, no ale przecież był podniesiony… Kiedy Kamila poszła do schroniska usłyszała, że taki wjazd to murowane 1000 PLN kary. W dodatku na drodze jest zainstalowana kamera, która pewnie uchwyciła nasz wjazd do lasu. Mamy przerąbane! Jedynym rozwiązaniem była natychmiastowa ucieczka z miejsca wykroczenia. Może się uda! Problem polegał jednak na tym, że mieliśmy tu robotę do wykonania. Bo przecież tym razem, częściowo przyjechaliśmy tu w celach służbowych.

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (1)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (3)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (4)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (5)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (6)

    Jeszcze tego samego dnia dzwonię do Nadleśnictwa. Kamera, kara za wjazd w wysokości 1000 PLN? Kto panu takich bzdur nagadał? Przy okazji dowiadujemy się, że mandat za nielegalny wjazd do lasu wynosi nie 1000, a 500 PLN. Jak to kto? No, panie w Chatce Górzystów. Jest pan dziennikarzem, musi pan wjechać na nasz teren? Proszę przedstawić podanie, rozpatrzymy je w trybie pilnym. W ciągu dwóch dni powinien pan otrzymać zgodę. Zakaz jest, a i owszem, ale przecież nie wjechał pan po to, aby wycinać las, tylko aby porobić zdjęcia do materiału prasowego. Ma pan dużo ciężkiego sprzętu fotograficznego? Jutro zadzwonimy do pana. Przedstawimy sprawę Nadleśniczemu. Miłego dnia.

    Tego dnia, zamiast wycieczki doliną rzeki Izera, pojechaliśmy pod wyciąg świeradowskiej kolejki gondolowej, aby piechotą udać się na czeski Smrek (pisaliśmy o tym w tym wpisie – KLIKNIJ). Dzień później dostaję telefon. Pozwolenie czeka na pana, proszę przyjeżdżać. A tak przy okazji, to jeśli chcecie, to możemy Was oprowadzić po naszym Nadleśnictwie. Zrobi pan dobre zdjęcia. To co, chce pan przewodnika? Dwa razy nie trzeba było mi mówić. Dostaję numer telefonu do Pana Ryszarda Sokoła, emerytowanego Leśniczego, z którym umawiamy się na następny dzień. Fajnie!

    Ciekawa historia ma miejsce w samym Nadleśnictwie. Wchodzę, uprzejma pani w sekretariacie wręcza mi pozwolenie i prosi, abym chwilę poczekał, bo szef chce się ze mną widzieć. Po kilku minutach wchodzę do gabinetu. Wita mnie młody i uśmiechnięty Nadleśniczy. Siadam, chwilę gadamy. Opowiadam mu o naszym blogu, o tym co robimy i że przygotowuję tekst na temat Natury 2000, w skład której wchodzą Góry Izerskie.

    Patrzymy na siebie i mamy wrażenie, że kiedyś się już widzieliśmy. Po chwili przechodzimy na „ty”, bo jak się okazało, faktycznie już się spotkaliśmy. To było jakieś 8-10 lat temu w… Szwecji. Po krótkim śledztwie wychodzi na jaw, że moja przyjaciółka i jej mąż studiowali z Lubomirem tam na jednej uczelni. Jak się okazuje, byliśmy nawet na jednej imprezie, gdzie piliśmy wódkę. Polską, nie szwedzką. Świat jest mały, a kolejny raz, po wielu latach, wpadamy na siebie w Świeradowie. Boki zrywać.

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (11)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (9)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (12)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (13)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (15)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (16)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (17)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (19)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (18)

    Dwa dni później, na pełnym legalu, kolejny raz podjeżdżamy pod Chatkę Górzystów. Jesteśmy trochę spóźnieni, bo nasz kot znajda, czyli Zygmunt, którego kilka dni wcześniej znaleźliśmy w krzakach koło naszej kwatery, wlazł pod szafki w kuchni. I za cholerę, nie dało się go stamtąd wyciągnąć.

    Pan Ryszard czeka na nas nieco zniecierpliwiony. Ten sympatyczny starszy pan, do niedawna był królem okolic. Leśnictwo Izera nie miało przed nim żadnych tajemnic. No to co mam wam pokazać? – pyta. Wszystko! Dla nas każda rzecz jest ciekawa. Jesteśmy tu pierwszy raz. Przesiadamy się do jego terenowego auta i jedziemy w nieznane. Jak się okazuje, koła swojego samochodu kieruje nad rzekę Izerę, która przepływa nieopodal.

    Nie możemy wejść na teren rezerwatu, więc dochodzimy jedynie do tych miejsc, do których od biedy może dostać się każdy śmiertelnik. Może, co nie znaczy, że dojdzie. Trzeba wiedzieć gdzie i jak wejść, aby dostać się nad tą przepiękną, pełną pstrągów rzekę. Po drodze Pan Ryszard pokazuje nam różne rośliny, bobki jeleni, opowiada o rzece, o klęsce i zniszczeniach, które nawiedziły Izery w latach 70. poprzedniego stulecia.

    Nad Izerą co chwilę z wody wystrzeliwują pstrągi. Nie można ich tu łowić, bo są pod ochroną. Widać je jednak jak na dłoni. Nie są duże, bo te, które żyły tu w naturze wyginęły w wyniku zanieczyszczeń siarką i innymi toksynami, które w deszczach spadły na góry, siejąc całkowite zniszczenie w faunie i florze. Natura odradza się powoli, a ryby wpuścili do Izery Czesi, bo rzeka stanowi granicę pomiędzy naszymi krajami.

    Izera jest cudowna, przepiękna, magiczna i pełna tajemnic. Dookoła niej rozpościerają się torfowiska. Większość z nich nie jest dostępna dla człowieka, gdyż stanowi ścisły rezerwat. Pan Ryszard doprowadza nas do miejsc, gdzie z daleka, długim obiektywem mogę zrobić kilka zdjęć. Triumfalnie śmieję się do Kamili, która prawie za każdym razem, kiedy zabieram ze sobą moją przepastną torbę ze sprzętem, strofuje mnie, że niepotrzebnie ciągnę ze sobą ten cały ciężar. Widzisz – mówię do niej – gdybym tym razem nie zabrał go ze sobą, co sugerowałaś, byłyby nici z pięknych widoków. Tym razem Kamila przyznaje mi rację.

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (21)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (22)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (23)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (24)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (25)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (26)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (27)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (28)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (29)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (30)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (31)

    Pan Ryszard, to prawdziwy gawędziarz. O wszystkim opowiada ciekawie i z pasją. Przed pójściem na emeryturę, bywał tu codziennie. Zna tu każdą ścieżkę, każdy kamień czy krzak. Nie ważne, czy mówi o żurawinie, jagodach, grzybach, kosodrzewinie czy szyszkach. Chyba nie mogliśmy dostać lepszego przewodnika, niż on.

    Nawet nasza córka, daje się uwieść jego opowieściom. Pan Ryszard, jako dziadek, umie przekazać wiedzę nawet takim malcom, jak Alicja, która pyta o wszystko, wszystkiego chce dotknąć i zobaczyć. W końcu dostaje nawet myśliwską lornetkę na szyję. Prawdziwa miłośniczka i znawczyni przyrody.

    Znad Izery przenosimy się w okolice nieopodal położonego torfowiska. Tych jest w okolicy kilkadziesiąt, ale do większości z nich dostępu nie ma nawet Pan Ryszard. Do rezerwatu nie można wchodzić bez stosownego pozwolenia, a takiego nie mamy. Pokazuje nam jednak tyle, ile można zobaczyć. Z daleka podziwiamy widoki, które zapierają nam dech w piersiach. Nawet nasza córka stoi jak zaczarowana.

    „Izery, to piękne góry – wzdycha Pan Ryszard. Najpiękniejsza, jest jednak strona czeska. Moje serce jest tutaj, po polskiej stronie.” Jednak, jak przyznaje, najwięcej urokliwych miejsc znajduje się u naszych południowych sąsiadów. Polskie Izery, zupełnie nam jednak wystarczą. Przyznam się Wam bez bicia, że nie spodziewałem się, że znajdziemy tu aż tak malownicze i pełne uroku miejsca. Było to dla nas wielkim zaskoczeniem.

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (32)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (33)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (35)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (36)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (37)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (38)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (39)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (40)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (41)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (42)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (43)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (45)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (46)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (47)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (48)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (49)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (50)

    Po kilku wspólnie spędzonych godzinach, czas wracać do Chatki Górzystów. Słońce jest jeszcze wysoko nad horyzontem, dlatego serdecznie się żegnamy, ściągamy z dachu nasze rowery i raz jeszcze, tą samą trasą, postanawiamy przejechać na naszych jednośladach. Ale nie było łatwo. Niestety, do jazdy po górach nie byliśmy kondycyjnie przygotowani. Porównując to do naszej niedawnej wyprawy do Holandii, gdzie praktycznie jeździliśmy po płaskim, tutaj daliśmy sobie ostro w kość. Ale, czy też trochę nie o to nam chodziło?

    Trudy rekompensowały nam przecudne widoki, przepiękne strumyki, cudowne zapachy lasu. Za to właśnie kocham góry. Za ciszę i spokój. Tu naprawdę można się zresetować. Morze, czy jeziora też są fajne, ale…
     

     
    Nie wiem, czy było to zasługą naszego przewodnika, jego opowieści i miejsc, które nam pokazał. A może to Izery, same w sobie, zachwyciły nas swoją aurą? Jedno jest pewne, że nasza pierwsza wizyta w tej części Polski, nie będzie ostatnią.

    Zresztą kolejny dzień, kiedy już piechotą, a nie na rowerach wybraliśmy się w nieznane, pokazał, że drugiego takiego miejsca w Polsce, po prostu nie ma. W Izerach naprawdę można się zakochać. Jeśli chodzi o mnie, to zostawiłem tam swoje serce. Ale spokojnie, wrócimy tam niebawem.

    Na koniec kilka słów o Chatce Górzystów. Miejsce jest bardzo specyficzne. Schronisko zamieszkuje czteroosobowa rodzina. Na miejscu nie ma prądu, nie ma cywilizacji, wieczory spędza się przy świecach. Warunki, są więc wręcz spartańskie. Nawet komórki nie można naładować (sic!). Pewnie ma to wpływ na fakt, że gospodarze tego miejsca są nieco… dziwni. Żeby nie powiedzieć dzicy. Komunikacja z nimi przebiegała na poziomie, który według nas można by określić jako mix podchodów, zagadek, rebusów i negocjacji. I to dosłownie!

    Reguły, na których np. można zamówić naleśniki, nie są do końca znane. Bo najpierw naleśników nie ma i nie będzie, a po kilku minutach nagle są. Nie, żeby ich wcześnie nie było. Po prostu ktoś miał taki kaprys, aby powiedzieć nam, że ich nie dostaniemy. Nagle jednak, zmienił zdanie. I nie do końca wiadomo dlaczego.

    Co do samych naleśników. O nich krążą legendy. Podobno wielu z piechurów wybiera się tu właśnie po to, aby je zjeść. A nie jest to łatwa droga. Trzeba się sporo namęczyć, aby sobie na nie zasłużyć. Niestety, miejscowy hit kulinarny nie jest niczym innym, jak niesmacznym, przesolonym plackiem, którego ciasto robione jest z dodatkiem sporej ilości sody. Z marnej jakości serem, gdzie wszystko zostało polane dużą ilością keczupu, aby zabić podły smak (zdjęcie tej przereklamowanej potrawy, na końcu wpisu). Naleśniki na słodko, są za to tak słodkie, że nie da się ich do końca zjeść. W sumie, to aż mdli od tej słodkości.

    Obiad w Chatce Górzystów, ma jednak swój klimat i mimo naszych narzekań, warto wybrać się tam choćby na piwo czy herbatę. Trochę poczuliśmy się tu jak w Bieszczadach, gdzie nikt nie wie co i kiedy się wydarzy (o naszych przygodach w Bieszczadach, pisaliśmy na przykład tutaj – KLIKNIJ).

    A może właśnie na tym polega urok tego miejsca? Ale o tym, musicie się przekonać już sami.

    p.s. Na koniec pragniemy złożyć serdeczne podziękowania Nadleśnictwu Świeradów, a w szczególności Nadleśniczemu Lubomirowi Leszczyńskiemu, Zastępcy Nadleśniczego Annie Kostrz oraz Panu Ryszardowi Sokół, emerytowanemu Leśniczemu Leśnictwa Izera, za pomoc w realizacji niniejszego materiału. Dziękujemy w imieniu swoim i naszych Czytelników.

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (51)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (52)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (53)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (54)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (55)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (56)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (58)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (61)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (62)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (63)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (64)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (65)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (66)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (67)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (68)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (69)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (70)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (71)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (72)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (73)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (76)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (75)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (77)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (78)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (79)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (81)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (82)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (83)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (84)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (88)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (85)

    Rzeka Izera Góry Izerskie z dzieckiem Chatka Górzystów Torfowisko Torfowiska Izery Rezerwat Slow Day Long na rowerze Schronisko Orle (86)

    by Damian at październik 22, 2014 10:01

    zapiski zgagi

    O wątpliwych komplementach

    Wkroczenie w wiek ciociowo-babciowy swoje prawa ma. Ale niekoniecznie trzeba z nich korzystać…

    Ciocie i babcie zapamiętane z dzieciństwa miały taką dziwną cechę, że niby prawiły komplementy, ale ja odbierałam je często jako szpile wbijane w ciało i umysł.

    - Dobrze wyglądasz! – zaczynała taka ciotka, a mnie się gęba uśmiechała. Ale do czasu, bo za chwilę padało: – Poprawiłaś się od czasu, gdy cię ostatni raz widziałam…

    I czar pryskał momentalnie! Niby takie neutralne słówko ,,poprawiłaś się”, prawda? A bolało jak diabli! Na dodatek, jeśli się akurat przebywało kilka dni u takiej ciotki, to czyniła ona wszystko, by spowodować jeszcze większą ,,poprawę”!

    A po powrocie domowa Babcia na mój widok oznajmiała: – Chyba wyglądasz LEPIEJ niż przed wyjazdem!

    I znów niby miły przymiotnik, a jednak…

    Częstowana przez lata podobnymi komplementami przyrzekłam sobie, że nigdy nikomu prosto w oczy takich ,,miłych” słów nie powiem. I chyba dotrzymałam słowa… Szczególnie pilnuję się do dziś, by osobistemu potomstwu nie czynić podobnych ,,grzeczności”.  Przede wszystkim ani słowa na temat wagi! Choć bywały momenty, gdy niepokoiła mnie nieco sylwetka Pierworodnego lub Asi. Wiedziałam jednak, że sami dojdą kiedyś do wniosku, że warto się troszkę pokatować dla zdrowia. I miałam rację!

    Jakiś czas temu Sister zamówiła sobie u mnie post na temat, ponieważ oburzył ją artykuł pt..,,NAWET w rozmiarze 42 możesz czuć się atrakcyjnie”. Kolejne piękne słówko: ,,nawet”. Bez tego wyrazu tytuł miałby zupełnie inną wymowę. Niestety, te 5 liter sprawia, że zupełnie przeciętna, jeśli chodzi o figurę,  osoba płci żeńskiej przeczytawszy nagłówek, ma pewność, że jest po prostu ohydną bambaryłą! Niegodną spojrzenia żadnego mężczyzny…

    Akurat obie z Sister mieścimy się w tych parametrach. Fakt, niektóre sklepy dla ,,puszystych”  oferują konfekcję zaczynającą  się od rozmiaru 42 właśnie. Jednak w placówkach handlowych dla ,,normalnych” rozmiar L (czyli 40-42) jak najbardziej występuje i nie jest  wcale najwyższy. Pani ,,elka” nie jest bynajmniej anorektyczką, ma przeważnie troszkę okrągłości, ale nie jest też żadnym monstrum.

    A jeśli nawet ma się rozmiar sporo większy, niekoniecznie jest się kobietą odstraszającą rodzaj męski! Znam sporo pań noszących xl lub xxl, a przy tym bardzo urodziwych, zadbanych, atrakcyjnych. I zdrowych!

    A na drugim biegunie zabiedzone, zagłodzone stworzenia bez chęci do życia, wyblakłe i smętne… Ubrane w czerń lub cieliste beże, bez cienia uśmiechu na buzi. Nie wierzę, by normalny zdrowy chłop wolał taką anemiczkę od dziewczyny, o której stare ciotki mawiały: ,,czysta krew z mlekiem”!

    by Zgaga at październik 22, 2014 09:35

    Dzieciowo mi

    Szybciorem 117 – pozamiatane

    Akcja sprzątanie. Sprzątanie dziecięcego pokoju to znakomity probierz możliwości negocjacyjnych. Generalnie rodzic podchodzi do sprawy z wielkim entuzjazmem, ale już na samym początku entuzjazm ów napotyka na stosunkowo niewielką responsywność. Delikatnie mówiąc młodzież entuzjazmu nie podziela. Co robi rodzic? Rodzic zaczyna mówić językiem korzyści, kreśląc przed potomstwem wizję dobra wszelakiego wynikającego z czystości. Nakreśla i nakreśla, po czym okazuje się, że język korzyści niezwykle przydatny w sytuacjach sprzedażowych zupełnie nie sprawdza się na polu zmagań pedagogicznych. Progenitura woli, jak jest brudno.

    Co robi rodzic? Rodzic zaczyna kreślić wizję szybkiego uzupełnienia zawartości dziecięcej skarbonki, niecnie wykorzystując fakt, że młodzież ambitnie zbiera na kolejne wcielenia My Little Pony. Innymi słowy ucieka się do przekupstwa. Zazwyczaj działa, ale są takie chwile, kiedy i ta metoda zawodzi, młodzież bowiem zafiksuje się na idei z ideą rodzica doskonale sprzecznej i zdaje się bronić poglądów bez względu na cenę.

    Co robi rodzic? Jeśli łapówka nie zadziała, stosuje szantaż i oznajmia, że te oto tutaj dobra, głównie plastikowe, ale gumowe i pluszowe też, sprowadzi do roli bohaterów recyclingu i wprasuje w najbliższy kontener, pozwalając im się wykazać w sposób zgoła odmienny niż na co dzień. Szantaż najczęściej odnosi skutek, ale jak to zwykle w życiu bywa, okazuje się też, że młodzież to jednostki wyuczalne, wnioski wyciągające.

    - Dzieci!!! – ryknęłam. – Jeśli zaraz nie zaczniecie sprzątać zabawek, wszystkie je wyrzucę na śmietnik. Maria, twoje już wyrzucam!

    - NIEEEEE!!! – zaprotestowała wymieniona i roztoczyła pieczę nad najbliższym plastikowym pogłowiem.

    - Jadzia! Wywalam te kucyki!

    - NIEEEEE!!! Już sprzątam! – pierworodna rozwinęła nadświetlną i dopadła kopytnych.

    - Marcelina! Już! Twoje zabawki też wywalam!

    Marcelina spojrzała na mnie i metodycznie poprawiła poduszkę na swoim łóżeczku.

    - Moje mozes spokojnie wyzucić. Plosę baldzo.

    Co robi rodzic? To jest ten moment, kiedy pedagogika po raz kolejny przegrywa ze świętym spokojem.

    Fotka z www.domoplus.pl

    by kruszyzna at październik 22, 2014 08:41

    Od rana do wieczora

    …na obcasach maszeruje czwarta klasa!

    Z pozdrowieniami dla Nataszy

    Piotruś jest w czwartej klasie. Ktoś może mi powiedzieć, skąd on się tam wziął?

    Bałam się czwartej klasy. Słyszałam, że dzieciom ciężko jest przestawić się na nowy rytm pracy, mnogość nauczycieli, większą samodzielność w poruszaniu się po szkole, do tego Piotruś jest rok młodszy… Co to będzie, co to będzie? Rozmyślałam, a siwizna coraz bezczelniej występowała mi na skronie.

    Początek był trudny dla mnie, kompletowanie podręczników lekko mnie przerosło (trudności nastręczył szczególnie podręcznik do techniki: tytuł się zgadzał, wydawnictwo się zgadzało, ale nazwisko autora się nie zgadzało, ha!) ale już 10 września wszystko było dopięte na ostatni guzik.

    Początek był trudny dla Piotrusia – od razu mnóstwo zadań, w czym celowała pani do matematyki. Po przyjściu ze szkoły Michał rzucał tornister w kąt i szedł na podwórko, a Piotruś długie godziny wzdychał boleśnie nad ćwiczeniami, rozwiązując kolejne zadania. Im dłużej siedział, tym bardziej cierpiał, im bardziej cierpiał, tym bardziej się dekoncentrował, im mniej skoncentrowany był, tym dalej odlatywał myślami i tym większy szlag mnie trafiał. Za każdym razem myślałam o moim Tacie, który przy odrabianiu ze mną matematyki dostawał wytrzeszczu i był na skraju rażenia apopleksją, a i dla mnie był to największa kara, jaką mogłam sobie wyobrazić. Jak ja Go dziś rozumiem!…

    Teraz, pod koniec października, sytuacja się unormowała. Odrabianie zadań nabrało tempa. Piotruś chodzi na zajęcia wyrównawcze z matematyki, które bardzo lubi, bo jest ich zaledwie kilkoro i pani wszystko bardzo dokładnie tłumaczy, a poza tym powiedziała Piotrusiowi, że jeśli nie będzie mógł poradzić sobie z jakimś zadaniem, to ma je zostawić i ona mu wytłumaczy na dodatkowych zajęciach. Żyć nie umierać!

    Obawiałam się, że problemem może być uczenie się – że trzeba będzie przeczytać, zapamiętać a potem odpowiedzieć czy napisać z tego klasówkę. Moje obawy nie były bezpodstawne. Po jednej z pierwszych lekcji historii Piotruś zakrzyknął:

    - Mamo, mamo! Ty wiesz? Mieszko I przyjął chrzest jako dorosły i tak się z tego ucieszył, tak okropnie się ucieszył, że kazał zbudować tysiąc szkół!… No, przynajmniej tak zrozumiałem…

    Tymczasem przynosi ze szkoły same piękne oceny, również z kartkówek, bardzo lubi wychowawczynię i pozostałych nauczycieli. Jest dość samodzielny, jeździ do szkoły i wraca z niej autobusem. Największym problemem zdają się być koledzy, regularnie obsępiający go ze smakołyków, które przynosi w śniadaniówce. Mam bowiem taką metodę, że nie daję moim dzieciom do szkoły pieniędzy na zakupy w sklepiku, tylko tak komponuję zawartość śniadaniówki, żeby znalazła się tam i kanapka i owoce i coś słodkiego. Przykazałam Piotrusiowi ćwiczyć asertywność, ale idzie ciężko.

    - Kiedy powiedziałem koledze, że nie dam mu krówki, bo sam mam na nią ochotę, to powiedział, że jestem idiotą.

    Trudno, musi się chłopak nauczyć mówienia „nie” bez względu na cenę. Tej umiejętności w genach mu nie dałam.

    Obecnie największym problemem dla mnie jest flet. Uczą się grać, pan od muzyki zadaje im ćwiczenia do przygotowania w domu i na lekcji odpytuje. I Piotruś ćwiczy, a że słuch muzyczny ma po mamusi, to ciężko mu idzie. Ale się nie poddaje i ćwiczy, a mnie oko lata. Nic to, przetrwaliśmy pierwszą klasę, przetrwamy i flet!

    I nie wiem, czy mój luz wynika z tego, że wyprzytkałam się nerwowo w pierwszej klasie, czy może  z rozłożenia akcentów na trzech synków, z których każdy coś zaczyna i każdy wymaga uwagi? Tak czy inaczej, w tej czwartej klasie nie jest źle i oby ta tendencja utrzymała się.

    by Chuda at październik 22, 2014 07:58

    Kurlandia

    Różnica wieku

    Ciężko jest integrować rodzeństwo, gdy starszy z synów ma lat siedem, swój świat i zainteresowania, a młodszy jest dwulatkiem z olbrzymim deficytem rozwoju. Przepaść. Zachęcona pracą terapeutów na turnusie, postanowiłam kontynuować zajęcia w domu. O dziwo Michał chętnie pokazywał braciszkowi jak karmić, myć i ubierać lalę. Zrobiłam z niego swojego asystenta, żeby dowartościować dziecko. Zabawa skłaniała do rozmowy, a ja – używając rytmogestów – głośno wymawiałam: „Szymon, to000 jeeeeeest laaaaa-laaaaaa”. Przy każdej samogłosce zatacza się odpowiednie kręgi rękoma i akcentuje literę zwiększając długość jej wymawiania.

    Rytmogesty to genialna metoda wspomagania rozwoju mowy. Ruchy ramion są skorelowane z konkretną literą, z czasem pomagają dziecku wydawać z ust odpowiednią samogłoskę. Powiązanie ucho-oko wzmacnia informację płynącą do mózgu, pozwala lepiej ją zakodować. Obaj chłopcy fantastycznie reagują na tę terapię.

    W ten sposób przez prawie godzinę okiełznałam synów, a Szymon wymówił „daj”oraz „lala”. Jak chce coś dostać mówi „jyyyyyy”, co czasami zamienia się już w wyraźne „niiiii”. Często padało z usteczek Szymona niezadowolenie, gdy starszy brat zabierał lalkę. Szymcio to gigant. Rozpoznaje części buzi i ciała, sporo czasowników związanych z funkcjonowaniem: jeść, pić, czesać, ubierać, myć itd. Potrafi przytakiwać i przeczyć. „Szymon. Dasz lali mleko?” – a synek podnosi rączkę i macha nią pionowo do góry i na dół. Słowo „nie” pokazywane jest ruchem poziomym, co w przypadku porażonej rączki naszego syna wygląda jak dotknięcie brzuszka. W każdym razie Mały bierze zupełnie inny zamach przy dawaniu tych skrajnych odpowiedzi, co ja bezbłędnie rozpoznaję.

    Michał wykazał się natomiast dojrzałością. Umył i ubrał lalę, a potem ukołysał do snu i nakrył kołderką. Taka prosta zabawa okazała się być doskonała, by pokonać przepaść wiekową między chłopcami. Czasami najprostsze i najbardziej oczywiste rozwiązania są najlepsze.

    A potem synowie zasnęli i Nelka skorzystała ze swojego psiego przywileju…Mam już całą kolekcję zdjęć – wciśniętego w Szymonka – namolnego kudłacza.

    ***

    by Iga at październik 22, 2014 06:34

    moje waterloo

    1956

    Licytacja trwa.

    Wczoraj on:



    Więc ja dziś na to:


    Nie będzie mi się tu popisywał!

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 22, 2014 06:04

    Kraina filcu

    Czas na stworzenie własnej niepowtarzalnej czapki MyBoshi!!!

    Niestety pogoda za oknem przestała nas rozpieszczać i nastał już czas aby "przeprosić się" z czapką i włączyć ją do naszej codziennej garderoby. Ale i w tym wypadku jako miłośnicy rękodzieła uważamy że nawet tą przykrą konieczność możemy zamienić w coś wspaniałego. Dlatego zachęcamy wszystkich do stworzenia własnej niepowtarzalnej i bardzo wygodnej czapki MyBoshi.

    Jak wiecie włóczka MyBoshi od miesiąca dostępna jest w naszym sklepie stacjonarnym w Warszawie na ul. Filtrowej 83 domofon 69. Od dziś tą włóczkę możecie kupić również w naszym drugim sklepie na Al. Niepodległości 76/78.

    A wszystkich którzy nie mogą odwiedzić naszych sklepów stacjonarnych zapraszamy na zakupy do naszego sklepu internetowego;
    http://krainafilcu.pl/myboshi.html

    Zapraszamy również na prowadzone przez nas pokazy i warsztaty szydełkowania. Szczegóły znajdziecie na naszej stronie:
    http://krainafilcu.pl/warsztaty-filcowanie-decoupage.html

    by kraina filcu (noreply@blogger.com) at październik 22, 2014 05:31

    efka i koty

    Udane zakupy

    Udane zakupy według kota to takie po których zostaje karton.
    Successful shopping is when cat has its box.




    by efka i koty (noreply@blogger.com) at październik 22, 2014 03:02

    moje waterloo

    1955

    Wstałam o godzinie nieprzyzwoitej, czyli 8:45.
    Zjadłam śniadanie.
    Wypiłam herbatę.
    Pojechałam do fryzjera.
    Zrobiłam zakupy.
    Ogarnęłam kuchnię.
    Nakrzyczałam na Zuzię.
    Zuzia nakrzyczała na mnie.
    Pomyślałam, żeby zrobić rogaliczki z ciasta francuskiego z jabłkami.
    I chce mi się spać.

    Pogoda barowa. Brak konieczności wyjścia do pracy powoduje, że deszcz przestał mi przeszkadzać. W domu idealna cisza, przerywana jedynie okazjonalnie kocimi okrzykami, które mają mnie zachęcić do wydania posiłku. Edward natychmiast wyczuł koniunkturę i zalogował się w opcji "syneczek mamusi", na okoliczność czego porzucił jedzenie chrupek z miski, żądając karmienia z ręki. W sumie radość, że nie łyżeczką.

    Siedzę sobie w kuchni na moim stołeczku, pomiędzy drewno a tyłek zaimplementowałam poduszkę, plecami opieram się o kaloryfer. Ciepło, cicho, pusto - lubię. Opędzam się od myśli o konieczności kontynuowania pracy nad cudzym doktoratem. Jeszcze mi się nie chce. Jeszcze to odpycham. Ale tylko przez chwilę, bo dałam słowo, że w tym tygodniu skończę.
    Fajnie jest niczego nie musieć.
    Ale do pracy wrócę z przyjemnością.
    Fajnie jest mieć do czego wracać.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 22, 2014 02:56

    Dzieciowo mi

    Mycie zębów – jak podejść juniora, żeby go nauczyć?

    Patronat nad tekstem sprawuje Aquafresh

    Dobra, Zosiu, Jasiu, Marysiu, będziemy uczyć się myć zęby. Rodzic z akumulatorami naładowanymi optymizmem przystępuje do dzieła. Uda się, wiadomo, nie ma tak, żeby się nie udało. Plan jest, entuzjazm jest, przechodzimy od słów do czynów. I wszystko byłoby pięknie, gdyby Zosia, Jaś, Marysia nie stanęli nam okoniem. Bo oni nie i kropka. Znacie to? Oj, pewnie znacie. Dziś więc o trudnościach, jakie możemy napotkać podczas zaszczepiania potomstwu chwalebnego zwyczaju dbania o higienę jamy ustnej, oraz o sposobach, dzięki którym można te trudności przełamać. Nie upieram się, że to zawsze zadziała, ale w moim przypadku okazało się skuteczne, co może sugerować, że efekt można uzyskać również u innych.

    Towarzystwo fajna rzecz. Dobrze myje się zęby w towarzystwie. Najlepiej jeśli towarzystwo zachwyca się samą czynnością mycia, cmoka z ukontentowania, z gorliwością przystępuje do czynów i robi wszystko, by pokazać, że cudownie tu jest, cudownie. Na koniec z mojej strony padało:

    - Widzisz, Jadziu, jakie mam piękne, białe ząbki?

    Na to, czy one faktycznie były białe, spuśćmy zasłonę milczenia, hektolitry kawy robią swoje.

    - Uuuuuu! – stwierdzało dziecko.

    Teraz po każdym myciu następuje procedura niemalże liturgiczna, młode przybiegają do mnie całą gromadą i wołają:

    - Mamo, a ładne ząbki?

    Daj dobry przykład. Niestety, najtrudniejsze w rodzicielstwie jest to, że dzieci uczą się przez naśladownictwo. I pozytywne, i negatywne. Wiele prawdy niesie w sobie przysłowie, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. To trudne i wiąże się z ogromną odpowiedzialnością, ale wychowanie odbywa się w domu. Nie w szkole, nie w przedszkolu. W domu. Jeśli więc my nie myjemy zębów i nie myjemy rąk po przyjściu do domu i przed jedzeniem, to niestety ciężko będzie wymagać od dzieci, żeby one stosowały standardy wyższe. To tak nie działa. Chcemy, żeby dzieci myły zęby po każdym posiłku? Myjemy zęby po każdym posiłku. Chcemy, żeby pamiętały o myciu rąk po skorzystaniu z toalety? Myjemy ręce po skorzystaniu z toalety. Takie proste i takie trudne jednocześnie. Nie chcemy, żeby dzieci paliły papierosy? Prościej będzie, jeśli sami nie będziemy palić. To normalne, że będą dociekać, dlaczego to robimy, skoro to szkodliwe i dlaczego im nie pozwalamy, skoro nam wyraźnie sprawia to przyjemność.

    Wybierz moment, kiedy dziecko nie jest ani zbyt zmęczone, ani zbyt rozbawione. Przerywanie świetnej zabawy nie ma najmniejszego sensu, bo to utrwala złe skojarzenia (mycie zębów = koniec przyjemności), a podchodzenie do zmagań w momencie, kiedy młody człowiek jest zmęczony, też kieruje parę w gwizdek. On ma już dość. Nie przyjmie od nas żadnych argumentów, nie chce współpracować, a przy odrobinie szczęścia wpadnie w histerię. Jeśli jest właśnie tak, to lepiej odpuścić i zabrać się do nauki w bardziej sprzyjających okolicznościach przyrody. Nie musimy sztywno trzymać się zasady, że niuniuś zawsze myje zęby o siódmej, choćby się waliło i paliło. Bądźmy elastyczni. Błogosławieni elastyczni, albowiem oni się nigdy nie złamią ;)

    Nic na siłę. Zawsze będę promować metodę małych kroczków. Z wyczuciem, nie przymuszać, nie łamać praw człowieka ;) Nie udało się dziś, uda się jutro. Przymus i karanie nie są dobrą metodą.

    Tłumacz, co robisz i dlaczego to robisz. Może było mi łatwiej, bo japa tak z natury zupełnie mi się nie zamyka, ale bardzo owocną postawą życiową (owocną w sensie komunikacyjnym) jest założenie, że druga osoba czegoś nie wie. Założenie, że wie, o co nam chodzi, stwarza mnóstwo problemów. Trzeba założyć, że nie wie. Dziecko więc nie wie, dlaczego chcemy dbać o zęby, co nam to da. Trzeba mu o tym powiedzieć.

    - Zobacz, Jasiu, Zosiu, Marysiu, myjemy zęby, bo chcemy, żeby były zdrowe, żeby bakterie się na nich nie mnożyły i żeby zębów nie psuły. Bo chore ząbki bolą. A jak je myjemy, są czyste, białe, a buźka ładnie pachnie.

    Robię dzieciom właśnie takie pozytywne pranie mózgu. To działa.

    Z pracy w korporacji wyniosłam pojęcie „języka korzyści” i to nie jest takie głupie. Jeśli chcemy coś uzyskać, trzeba mówić językiem korzyści. Pokaż dziecku, co mu to da, że będzie myło zęby (zdrowie, świeży oddech, ładnie wyglądające zęby, fajna zabawa podczas mycia itp.). Człowiek chętniej robi coś, jeśli wie, że mu się to opłaci.

    Pozwól na samodzielność. Jasne, że będzie to takie mycie, że trzeba poprawiać lub w ogóle umyć raz jeszcze, ale pozwólmy na to. Dzieci są bardzo dumne, jeśli same czegoś dokonały. Zgódźmy się na to, że na początku mycie trzeba będzie ubrać w spory cudzysłów. Z czasem młody się wyrobi, spokojnie.

    Pomagaj i nie zostawiaj dziecka samego. Zawsze trzeba znaleźć balans między jednym a drugim. Raz moje dzieci chcą robić wszystko same, a raz mówią „pomóż, mamo”. Wtedy im pomagam. Nie kieruje ku nim komunikatu:

    - No co ty, jesteś taką dużą dziewczynką i chcesz, żeby ci umyć zęby? Duże dziewczynki same myją.

    Nigdy tak nie robię. Proszą o pomoc, to pomagam i już.

    Czy to zadziała? Nie wiem. Wiem natomiast, że podchodzenie do drugiego człowieka ze zrozumieniem i szacunkiem zawsze się opłaca, zwłaszcza jeśli jest to człowiek bardzo mały ;)

    Ponieważ ten tekst kończy cykl „myciozębowy” pod patronatem Aquafresh, to jeszcze raz podpowiem wam fajną aplikację, która może pomóc w nauce mycia zębów. Warto skorzystać ze zdobyczy techniki, skoro już mamy ją w zasięgu ręki i to za darmo ;) Aplikacja nazywa się Czyste Ząbki z Aquafresh i można ją pobrać z Google Play oraz iTunes. Naprawdę sympatyczna.

    aplikacja_aquafresh

    by kruszyzna at październik 22, 2014 12:51

    Anna Sakowicz

    Maria Stuart

    Czasy królowej Elżbiety to moim zdaniem jeden z najciekawszych i chyba najbardziej znanych momentów angielskiej historii. Królowa Elżbieta, podobnie jak Maria Stuart są często bohaterkami różnych tekstów kultury. Ostatnio miałam okazję obejrzeć spektakl „Maria Stuart” w reżyserii Adama Nalepy. Sztukę wystawił Teatr Wybrzeże w Gdańsku w bardzo dobrej obsadzie. Na przykład Mirosław Baka wystąpił w…

    by anna.sakowicz at październik 22, 2014 11:33

    efka i koty

    Aaaa kotki dwa

    Bury i Krówek uszyte na zamówienie
    Two cats I made for a little girl

    by efka i koty (noreply@blogger.com) at październik 22, 2014 12:25

    TUV

    gdzie w tym szaleństwie jest sens czyli karuzeli ciąg dalszy

    nie wiem co w powietrzu było wczoraj ale w skali 1-10 mój wkurw skoczył do 20 !

    Było miło aż do popołudnia.X-men przywiózł mi śliczne materiały,no doprawdy wpadłam w zachwyt i to byłoby na tyle.Szybko sprowadził mnie do rzeczywistości za sprawą….ePUAP…

    Otóż jest jakiś tam super kurs komputerowy na który zapisuje się X-men i chce by Młoda też.Na szybko Młoda się zgadza ale tylko ja mam profil zaufany więc taki myk – ja dodaję PKD do swojej działalności co można zrobić internetowo niejako od ręki,niby JA idę na kurs a w rzeczywistości chodzi Młoda bo to jej będzie przydatne mocno.

    Ustalone ,wszyscy się zgodzili – o czym ja dowiaduję się ostatnia.I tuż przed wyjazdem na lektorat muszę to zrobić bo NA WCZORAJ.

    Wchodzę na stronę https://epuap.gov.pl/- jakby ktoś chciał wiedzieć i loguję się…

    Cóż…wywala mi – dane nieprawidłowe..spróbuj ponownie…

    Mam X-mena za uszami, warczy do ucha DLACZEGO NIE MOŻESZ?!?

    Woła Juniora,ten siada, usiłuje i NIC….No mama, czasu teraz nie mam ,potem się tym zajmę.

    Złość rośnie…

    MAM – poprawne dane, MAM login i hasło , MAM przed sobą dokument stosowny potwierdzony pieczęcią państwową i podpisem urzędniczki.

    I NIC…

    A za uszami X-men….

    Siada też on i …. nic.

    Usiłuję zmienić hasełko – wiadomo, mogłam źle zapisać, z wkurwu źle wbijam itepe.

    Strona MIELI I NIC .

    Na poczcie niczego nie ma.ŚLADU operacji nie ma !!!

    Konsultanci od problemów pracują kurwa do 16 a jest 15,19 .O szesnastej to ja wychodzę na lektorat wiec za telefon i dzwonię.

    Wszyscy konsultanci są zajęci jesteś TRZECIA i melodyjka…

    po kilku minutach :

    WSZYSCY KONSULTANCI SĄ ZAJĘCI JESTEŚ DRUGA !!!

    zajebiście,zaraz mnie przyjmą sobie  myślę.O ja głupia po 10 minutach nadal jestem druga !!!!!!!!!!!

    a czas leci…

    po kolejnych 5 minutach nareszcie konsultant na drugim końcu słuchawki.

    a czas leci…

    wyłuszczam problem.Chłopak się stara nie powiem. A czy próbowała pani zmienić login ? tak proszę pana,wywali dane nieprawidlowe do zmiany loginu….

     

    a czy próbowała pani zmienić hasełko ?

    tak proszę pana ale NIE CHCE ! wasza strona nie chce mi go zmienić bo MIELI I MIELI !

    Wchodzi klientka do sklepu,wywalam X-mena niech się nią zajmie bo ja przy słuchawce! X-men woła mnie na pomoc,to jemu przekazuję DALSZE POSTĘPOWANIE POD DYKTANDO KONSULTANTA.

    Po dosłownie kilku chwilach wpada X-men i podaje mi słuchawkę,ale ja nic nie wiem a on się ciągle pyta o dane (i chuj że ma przed nosem wszystko w dokumentach ten mój X-men…otwarłam na właściwej stronie…I zaznaczyłam karteczką…)

    Syczę – TO OBSŁUŻ KLIENTKI I ZA CHOLERĘ MNIE NIE WOŁAJ DO DUPERELI ! i biegnę przed komp.

    a czas leci…

    To ja pójdę sprawdzić pani profil,proszę czekać- mówi konsultant jak dostaje dane

    a czas leci…

    po kolejnych 10 minutach wiem że wszystko mam  w porządku, profil aktywny,5 razy usiłowałam na dwóch różnych kompach zmienić hasło pod komendę konsultanta.DUPA.

    - prosz pani bo pewnie cała Polska siedzi teraz na profilu i muli…

    ?!?!?!?

    przecież to administracja państwowa,jak możecie mieć takie słabe serwery?!?

    Proszę odczekać z 15 minut i wtedy spróbować ponownie.

    a czas leci…

    jest 16 mam głęboko,jestem przepełniona agresją, nie zważam że X-men dyszy mi za uchem wybiegam z domu na lektorat…

    W autobusie oddycham….

    i…

    wpadamy w GIGANTYCZNY KOREK…

    od wjazdu na A1 w moim mieście do Katowic…no będzie cirka ebałt z 10 km…

    CZA ROW NIE…

    Kierowca dość sprawnie sobie radzi.Jedzie pasem alarmowym,często dostaje klaksony i widzę złych kierowców ale on ma trasę i terminy…Niestety jak ruszamy o 16,20 tak o 17 jesteśmy dopiero przed rondem w Katowicach…

    Kierowca chce z trasy skręcić od razu w Bankową bo widzi SZNUR autobusów na rondzie…Gada z innym kierowcą ale ten tylko puka się w czoło i pokazuje sznur autobusów stojących już do skrętu na lewym pasie…( naliczyłam 7 !!!),widać ze cała Bankowa zawalona autobusami a co się musi dziać na Moniuszki…

    Nasz kierowca skutecznie dyskutując ze znajomym blokuje pas „jechać prosto” taaaa,wkurw kierowców za nami bezcenny…W końcu wjeżdżamy na rondo…

    Cóż….po pasie technicznym jeździ sobie policja na sygnale.W kółko…a co się będą…

    Podjeżdżamy na wysokość pomnika http://pl.wikipedia.org/wiki/Pomnik_Powsta%C5%84c%C3%B3w_%C5%9Al%C4%85skich

    proszę kierowcę – siedzę kolo niego – by mnie wypuścił na trawę bo sobie dojdę.Chłopak co siedzi kolo mnie też by chciał bo jedzie do pracy i jak nie będzie na czas to go nie wpuszczą do fabryki…

    Kierowca się  zgadza ale NIE TU !!! gdzie ja panią wypuszczę ? pod samochód ?!?

    fakt jesteśmy na lewym pasie…A!A!A!

    a czas leci…

    w końcu udaje mu się wymanewrować kilku buraków i zjechać na właściwy prawy pas przy trawniku !!!

    uffff,otwiera nam drzwi.Chłopak szczęśliwy ;). Jeszcze jakaś babka się za nami zrywa.

    Przy trawniczku jesteśmy o 17,23….Samo dojście na lektorat zajmuje mi trzy minuty.Trzymam kciuki na chłopaka bo sympatyczny,i ma szansę dostać się na zakład  bo w sumie całe Katowice stoją i polowa pracowników może nie dotrzeć.

    Wieczorem okazuje się że Młoda na kurs nie może bo pracuje. I cała nerwówka nie była potrzebna…

    Jednak próbuję i sprawdzam co z hasłem.I – na poczcie mam 6 mali…tyle razy resetowałam hasełko…pan konsultant chciał i ja wcześniej próbowałam i Junior i X-men.

    I dlatego wywalało błędne dane… A że mieliło i nie pokazywało że zmienia hasełko ? a że nie docierała informacja na moją pocztę ? NIC TO KURWA !

    każda zmiana hasełka i próba wejścia blokowała mi panel na 10 minut…czyli łącznie na co najmniej godzinę…

    Czarownie…

     

     

     

    by Tuv at październik 22, 2014 10:20

    Bazarek Handmade

    zawieszki szydełkowe

    1

    2

    3

    4

    zestaw zawieszek szydełkowych

      mogą służyć jako ozdoba pomieszczenia, ozdoba na okno, choinkę lub zawieszki do prezentów

                               
    cena 10 zł za zestaw
    +kp 5 list polecony B

    po rezerwacji proszę o kontakt na @

    by Ania- w małym domku (noreply@blogger.com) at październik 22, 2014 11:03

    Blog do czytania

    Wpół do weekendu #17

    Bo to co nas podnieca, to się nazywa „kasa” – jak śpiewał Mieczysław Fogg. Zanim jednak o forsie, to najpierw oczywiście o sprężynce. O słynnym, nowym logo dla Polski chyba już każdy słyszał. Może nawet niektórzy oddali już swój głos na jeden z trzech zygzaków – ups, sprężyn. No cóż, można to zawsze tłumaczyć tym, […]

    by mrcichy at październik 22, 2014 10:00

    Zuzanka

    Bazarek Handmade

    kwiatuszki szydełkowe

    Dla urozmaicenia kreatywnych projektów wykorzystaj kwiatki wykonane na szydełku.
     Nie może ich zabraknąć przy zdobieniu: albumów, kartek na różne okazje, pamiętników, zakładek, zaproszeń, karnetów, albumów, ozdób, itp. 


    1

    2

    3

    4

    5

    6

    7


    8

              kolorowe kwiatki wykonane z kordonka
    ok 3-4 cm 

    + gratis mały woreczek wycinanek z dziurkaczy
    cena za komplet 6 zł
     + kp ( 5 zł list polecony)

    kontakt wmalymdomku@gmail.com

    by Ania- w małym domku (noreply@blogger.com) at październik 22, 2014 09:29

    zycie na kreske

    Kura pazurem

    Termometrowe eksperymenty na Jaju

    Ostatnio Jajo przeprowadzało eksperymenty naukowe. Niestety jesień dała znać o sobie i Jajo źle się czuło, bolało je gardło, głowa, a do tego czuło, że ma gorączkę. Poddało się więc maminemu badaniu, które polega na całusie w czoło. Wtedy matka czuje, czy czoło gorące, czy nie.

    termometrPo organoleptycznym zbadaniu czoła Jaja, stwierdziłam, że coś jest na rzeczy i Jajo chyba ma gorączkę.

    Jajo dla pewności wyciąga z szuflady termometr. Taki nowoczesny, elektroniczny, że „strzepywać” go nie trzeba. Wystarczy włączyć i po sekundzie (mniej więcej) cudo pika, informując nas, że można odczytać wynik. Jajo patrzy i stwierdza, że chyba właśnie dogorywa, bo na wyświetlaczu: trzydzieści pięć i cztery. Dotykam więc dłonią czoła Jaja i stwierdzam, że dziwna sprawa, bo czoło Jaja wydaje się ciepłe, a przecież kto inny jak nie ja, zna się na moim Jaju. Nikt! Każę zmierzyć jeszcze raz. Jajo mierzy, ale cyferki ani drgną. Zabieram więc termometr i mierzę sobie, by sprawdzić, czy to cholerstwo w ogóle działa. Odczytuję wynik: trzydzieści pięć i dwie dziesiąte. No, prawie kurzy trup.

    – Nie, no coś jest nie tak – stwierdzam i eksperymentowi poddaję Mężusia. Mierzy i wychodzi mu podobnie jak mnie. Mam jeszcze ochotę potraktować tym termometrem Nutusia. Jednak kot spogląda na mnie z wyrazem mordki w stylu „nawet o tym nie myśl” i czym prędzej pryska pod łóżko.

    – Słabe baterie – stwierdza Mężuś.

    Wymieniamy więc baterie na nowe, a tam wynik ciągle poniżej trzydziestu sześciu stopni. Są więc dwa wyjścia: albo jesteśmy zombie, albo termometr się zepsuł, albo w ostatnich latach mocno obniżyła się średnia temperatura ciała człowieka, albo ten termometr nadaje się do pomiaru w innej części ciała niż pacha.

    Zdezorientowane Jajo, bo ciągle nie wie, czy ma gorączkę, czy nie, w końcu odnajduje tradycyjny termometr. Taki, który najpierw elegancko trzeba sobie „strzepnąć”. Wkłada pod pachę i czeka. Kiedy go wyjmuje, okazuje się, że jednak kurzy sposób jest genialny, bo przecież matka od razu wyczuła, że jej dziecko ma gorączkę. Toż zna je od urodzenia, sama sobie (no, z małą pomocą osobnika płci męskiej) je zmajstrowała. Trzydzieści siedem i dwie kreski! Jajo więc spokojnie i całkiem legalnie może zalec w łóżku (na weekend), bo „obłożnie” chore.

    W czasie tego leżenia Jajo pobuszowało w necie i znalazło filmik, w którym jakiś vloger podobny eksperyment przeprowadzał i też mu wyszło, że elektryczne termometry zaniżają temperaturę. Prawda to więc czy fałsz? Kto ma podobne doświadczenia, łapka w górę.

    by anna at październik 22, 2014 03:22

    Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

    wszyscy jesteśmy w tym interesie


    Dzisiaj w siedzibie KEP była konferencja na temat Nowej Ewangelizacji. Ks.Bp.Ryś nią kręcił. Było dużo refleksji opartych na Adhortacji* Evangelii Gaudium i dokumencie z Aparecidy. Ten ostatni to podsumowanie spotkania biskupów Ameryki Łacińskiej. Krótko mówiąc: ruszmy się ze stołków i idźmy do ludzi. Swoją drogą, czy ktoś adhortację czytał? Lekka i przyjemna lektura, po której nowy zapał w nas zaiskrzy!  Wiele rzeczy nam się uporządkuje! Ciągle myślimy, że papieskie dokumenty są dla wtajemniczonych. Szkoda, że nasi duszpasterze nas z tego przekonania nie wybijają. A wszyscy jesteśmy w tym interesie zaproszeni do roboty. 
    *Samo słowo adhortacja oznacza po prostu "zachęta, pouczenie". Czyli takie dłuższe, papieskie kazanie. Brzmi groźnie, ale nie jest. 
    Nad-obowiązkowo
    Kilka cytatów z Evangelii Gaudium. Proste jak drut. 
    Kiedy życie wewnętrzne zamyka się we własnych interesach, nie ma już miejsca dla innych, nie liczą się ubodzy, nie słucha się już więcej głosu Bożego, nie doświadcza się słodkiej radości z Jego miłości, zanika entuzjazm związany z czynieniem dobra. Również wierzący wystawieni są na to ryzyko, nieuchronne i stałe. Wielu temu ulega i stają się osobami urażonymi, zniechęconymi, bez chęci do życia. Nie jest to wybór godnego i pełnego życia; nie jest to pragnienie, jakie Bóg żywi względem nas; nie jest to życie w Duchu rodzące się z serca zmartwychwstałego Chrystusa.

    Św. Tomasz z Akwinu nauczał, że również w przesłaniu moralnym Kościoła istnieje hierarchia w cnotach i czynach, które z nich się wywodzą. To, co się tu liczy, to przede wszystkim «wiara, która działa przez miłość» (Ga 5, 6). Dzieła miłości względem bliźniego są bardziej doskonałym zewnętrznym wyrazem wewnętrznej łaski Ducha: «czynnikiem zajmującym w prawie nowym pierwsze miejsce jest łaska Ducha Świętego, która przejawia się w wierze działającej przez miłość». Dlatego twierdzi, że jeżeli chodzi o zewnętrzne działanie, miłosierdzie jest największą ze wszystkich cnót:
    «Miłosierdzie jest największą cnotą. Jej właściwością bowiem jest dawanie innym; a, co więcej, zaradzanie potrzebom cudzym, a to jest dowodem wyższości. Stąd też miłosierdzie jest właściwością Boga, w miłosierdziu też najwyraźniej wyraża się Jego wszechmoc»

    Ważną rzeczą jest wyciągnąć duszpasterskie wnioski z soborowego nauczania, zawierającego dawne przekonanie Kościoła. Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że w głoszeniu Ewangelii konieczne jest zachowanie należytej proporcji.
    Można ją rozpoznać w częstotliwości, z jaką porusza się niektóre tematy, oraz w akcentach, jakie się kładzie w przepowiadaniu. Na przykład, jeśli jakiś proboszcz podczas roku liturgicznego mówi dziesięć razy o wstrzemięźliwości, a tylko dwa lub trzy razy o miłości czy sprawiedliwości, dochodzi do dysproporcji, przez co pozostawione są właśnie te cnoty, które powinny być bardziej obecne w przepowiadaniu i katechezie. To samo ma miejsce, gdy bardziej się mówi o prawie niż o łasce, bardziej o Kościele niż o Jezusie Chrystusie, bardziej o Papieżu niż o Słowie Bożym.
    Hm....posprawdzajmy statystyki księżowskich homilii i zachęćmy ich może, żeby nie bali się- nas zachęcać do miłości i miłosierdzia.

    by Małgorzata Chmielewska (noreply@blogger.com) at październik 22, 2014 12:38

    moje waterloo

    1954

    Jazzowe wtorki (polecam).

    Dziś Bałdych-Sendecki-Doctor Trio. Notka ze strony NOSPR:

    Adam Bałdych to dziś jedno z najbardziej gorących nazwisk polskiego i europejskiego jazzu. Od momentu podpisania kontraktu z ACT Music w 2012 jego kariera nabrała niebywałego tempa. Kalendarz koncertowy Adama jest szczelnie wypełniony – gra w najlepszych salach koncertowych, współpracuje ze świetnymi muzykami, by wymienić tylko Iiro Rantalę, Verneri Pohjolę i Yarona Hermana, z którym zarejestrował najnowszy album The New Tradition. Jest uwielbiany przez publiczność i poważany przez krytyków – Ulrich Olshausen z Frankfurter Allgemeine Zeitung napisał o nim: „Bez wątpienia Adam jest najbardziej zaawansowanym technicznie skrzypkiem naszych czasów, możemy się po nim spodziewać wszystkiego, co najlepsze”. Ma na koncie wiele nagród i wyróżnień, w tym tę najbardziej prestiżową – Echo Jazz przyznaną mu w 2013 przez niemiecki przemysł muzyczny.
    Pianista i kompozytor Vladislav "Adzik" Sendecki studiował fortepian w Wyższej Szkole Muzycznej w Krakowie. W 1974, wspólnie z Jarkiem Śmietaną założył grupę Extra Ball, a następnie, z Andrzejem Olejniczakiem, zespół Sun Ship. W 1981 wyjechał do Szwajcarii, a później do Niemiec, gdzie mieszka do dziś. Współpracował m.in. z Klausem Doldingerem, Billym Cobhamem, Michaelem i Randym Breckerami, Larrym Coryellem, Michałem Urbaniakiem. Od 1996 jest stałym pianistą (także kompozytorem i aranżerem) NDR Big Band (wystąpi z NOSPR 22.10.2014) – najlepszej orkiestry jazzowej w Europie. Jego styl jest syntezą jazzu, muzyki klasycznej (romantyzmu, impresjonizmu) i fusion z elementami world music. New York Village Voice uznał go za jednego z pięciu najlepszych pianistów jazzowych na świecie.
    Marcio Doctor, Argentyńczyk mieszkający w Hamburgu, ceniony perkusjonista. W 2006 grał w zespole Randy`ego i Michaela Breckerów – zarejestrowany na żywo album Some Skunk Funk zdobył nagrodę Grammy.
    Trio zaprezentuje program złożony z utworów Bałdycha, Sendeckiego i Doctora, muzykę tworzoną spontanicznie, pełną żywiołowej energii i błyskotliwych, nasyconych wirtuozerią improwizacji. 

    Znamy się z Prezesem jak łyse konie, więc w zasadzie moglibyśmy nie wymieniać żadnych uwag, ale robimy to dla przyjemności.
    - Kluczowy moment koncertu był na samym początku - perorował Prezes po wyjściu. - Wtedy, gdy perkusista zaczął wyciągać te swoje dewocjonalia...
    - Czekałam prawie dwie godziny, żeby ci to powiedzieć.
    Bawiliśmy się znakomicie, bo muzycy naprawdę wysokiej klasy, a koncert - jazzowe improwizacje na tematy różne. Mamy zaliczoną salę kameralną i traktujemy to jako preludium do sali głównej. Bilety BARDZO drogie, więc skwapliwie wybierzemy repertuar. Jednak z drugiej strony... Byłoby grzechem nie korzystać, mając pod nosem najlepszą salę koncertową w całej Europie i jedną z lepszych na świecie, prawda? Kawy też można się napić.


    Czuję nadciągający imperatyw kategoryczny zwiedzania Muzeum Śląskiego i jego oryginalnych, podziemnych sal, rozjaśnionych (uwaga!) światłem dziennym. Po tylu latach wreszcie okazało się, że nie mieszkamy na żadnym zadupiu, więc planujemy korzystać z tego do wypęku.
    A jazzowe wtorki, jak to wtorki - co tydzień. Na kameralną bilety po trzy dychy. Jak tu nie pójść?

    (Obejrzyjcie zdjęcia).

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 22, 2014 12:24

    październik 21, 2014

    Slow Day Long

    „Sok z żuka”, czyli co piją nasze dzieci i dlaczego tak drogo

    Odkąd nasza córka przyszła na świat, nie mieliśmy najmniejszych wątpliwości co do tego, że nie będziemy jej karmić chemicznym jedzeniem. Szybko też zdaliśmy sobie sprawę z tego, że prawdziwe zło tkwi… w napojach. Najlepszym, najzdrowszym i najbardziej naturalnym płynem do picia dla dziecka (poza mlekiem mamy oczywiście) jest woda. I nie ma znaczenia, czy nasze dziecko ma 3 miesiące, rok, 4 lata, czy właśnie zdaje maturę. Woda jest niezastąpiona. Oczywiście, ważne też jest, jaka to jest woda. Ale to temat na oddzielny wpis.

    Niestety, jak zapewne się domyślacie, nie wszyscy rodzice zgadzają się z tą tezą. Jako główną przyczynę nie dawania dzieciom wody do picia podają fakt, że ta nie ma smaku i koloru, więc dziecko na pewno nie będzie chciało jej spożywać. Zwykle tego nie sprawdzają, po prostu tak zakładają. Tak jest prościej.

    Szczególnie, że z każdej strony atakują ich reklamy napojów, nektarów i innych „soczków” przeznaczonych specjalnie dla dzieci. Pełnych „zdrowych witamin” i bez konserwantów. Zapakowanych w kolorowe kartoniki z rurką i butelki z bohaterami popularnych bajek. No bo sami powiedzcie, czy coś, z czego uśmiecha się do nas Prosiaczek, Myszka Miki, Lalka Barbie albo Tygrysek, może być złe? Dobre pytanie!

    To, co znajdziemy na sklepowych półkach, generalnie mocno sugeruje, że dzieci powinny pić specjalne gotowe napoje dedykowane dla ich grupy wiekowej. I inaczej się nie da! Już nawet dla kilkutygodniowych maluchów kupimy granulowane „herbatki”, które z uporem maniaka podaje swoim dzieciom większość polskich mam. Większość, ale ja nie.

    Ciekawa jestem, która z nich ma świadomość tego, że wciska dzieciom tak naprawdę napój cukrowy? Bo większość tego granulatu, niestety, stanowi cukier właśnie, pod taką czy inną postacią. Przebojem była dla mnie herbatka uspokajająca przeznaczona dla dzieci, które ukończyły miesiąc. Około 5% jej składu stanowiła mieszanka kilku ziół, pozostałe 95% – cukier. I to ma uspokoić moje dziecko?!

    Nasza córka od początku piła więc wodę. Woda jest dla niej najważniejszym napojem. Wszelkie inne traktuje jako smakołyk i pija wyłącznie wtedy, kiedy wyraźnie ma na nie ochotę. Są pyszne kompociki z sezonowych i suszonych owoców. Są soki, które wyciskamy w domu z owoców i warzyw. Ostatnio do grona ulubionych napojów Ali dołączyły pasteryzowane soki tłoczone na zimno.

    Kupujemy je w 5-litrowych opakowaniach z kranikiem, wstawiamy do lodówki, delektując się ich smakiem przez kolejne kilka dni. Są pyszne. Nasza córka, jak to dziecko, ma swój ulubiony rodzaj i żadnego innego nie wypije – jabłkowy. My chętnie kosztujemy mieszanki jabłkowego z rabarbarowym, porzeczkowym, czy wiśniowym. Są rewelacyjne. Można je kupić w większości supermarketów i delikatesów, w warzywniakach, halach targowych, czy nawet w Makro. We Wrocławiu pijemy głównie Anbol Owoce Lutyni i Maciejowy Sad, z podwrocławskich sadów i tłoczni. W innych częściach Polski być może są inni producenci. Kiedy jednak jesteśmy poza domem, a Ala ma ochotę na jakiś „pyszny napój”, nie zawsze mamy co jej podać. Już wyjaśniam, dlaczego.

    Anbol maciejowy sad

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (67)

    Podczas naszych holenderskich wakacji mieliśmy niejedną okazję korzystać z dobrodziejstw tamtejszych sklepów z ekologiczną żywnością. Robiliśmy to ochoczo, nie tylko ze względu na fakt, że ta jest zdrowsza, ale też dlatego, że jest tam zdecydowanie tańsza niż w Polsce, o znacznie większym wyborze nie wspominając. W jednym z takich sklepów odkryliśmy tłoczony na zimno sok jabłkowy w opakowaniach przeznaczonych dla maluchów – czyli w popularnych kartonikach z rurką. Wszystko było super, dopóki byliśmy w Holandii. Po powrocie do domu Ala dalej co jakiś czas woła: „Mamo! Ja by bardzo chciałam soczek, taki pyszny, jabłuszkowy, ze z rurką”. Tylko skąd ja taki soczek wezmę? Napoje i „soki” dla dzieci na półkach polskich sklepów, wyglądają w naszym pięknym kraju zgoła inaczej.

    Najmłodsze dzieci zwykle dostają „bobofruta” tej czy innej firmy, czyli „sok 100%” albo „owocowy nektar”, dedykowany specjalnie dla maluszków. Producentów jest wielu, niektórzy mogą nawet pochwalić się certyfikatem BIO na swoich produktach. Niestety, większość z nich wyprodukowana jest z koncentratu, co oznacza, że wykorzystane do ich produkcji owoce zostały w dużym stopniu przetworzone, a tym samym raczej pozbawione dobroczynnych składników odżywczych.

    Inne wprawdzie nie mają na opakowaniu takiej informacji, ale za to w ich składzie często pojawia się cukier. Tym produkowanym przez firmę Nestle, nie ufam dla zasady. Ale to już zupełnie inna historia. Dlaczego? Zobaczcie sobie film dokumentalny „Nakarmić świat”. Znajdziecie go choćby na Youtube.

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (19)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (20)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (21)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (28)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (29)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (30)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (31)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (22)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (23)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (24)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (27)

    Kolejna grupą są napoje skierowane do przedszkolaków. To w wieku około 3 lat dzieci zaczynają mieć w nosie to, co my im chcemy podać do picia. Ich oczy przyciągają kolorowe opakowania z bohaterami bajek. To wtedy przychodzi czas pierwszych soczków „ze z rurką” i „kubusiów”. A im dalej w las, tym gorzej.

    Najlepiej w tym gronie wypadają mimo wszystko „kartoniki”. Popularni producenci nie dodają do nich cukru, ani żadnych innych dodatków. Pozostaje jednak kwestia „zagęszczonego soku”, czy „odtwarzania z koncentratu”. Nie jestem ekspertem, nie potrafię się wiarygodnie na ten temat wypowiedzieć, ale to, co się słyszy na temat produkcji, przechowywania i transportu tych koncentratów, nie napawa optymizmem. Może to tylko plotki, ale mi daje do myślenia fakt, że sok wyciśnięty z pomarańczy długo w lodówce nie postoi, zanim zacznie się psuć. Sok z kartonu jest zdatny do picia miesiącami po otwarciu. Dlaczego?

    Kolejna kwestia, o której pewnie nie wiecie. Czy zdajecie sobie sprawę, że praktycznie wszystkie soki owocowe, które można kupić na rynku, to bez względu na smak soki jabłkowe? Faktem jest, że producenci piszą na opakowaniach, że sok jest 100% naturalny. Jest, to prawda. Bazę stanowi sok jabłkowy, smak to koncentrat z naturalnych owoców. Nie wiem, jak Wy, ale ja pojęcie „naturalny” postrzegam trochę inaczej.

    Dlaczego tak jest? Wyobraźcie sobie, ile musiałoby rosnąć na świecie drzew pomarańczy, aby wyprodukować 100% naturalny sok z tych owoców w takich ilościach, w jakich możemy go znaleźć na sklepowych półkach. Ktoś kiedyś obliczył, że gdyby faktycznie sok pomarańczowy był produkowany tylko i wyłącznie z pomarańczy, to skórki użytych do produkcji owoców zasypałyby całą Ziemię. Tyle by tego było.

    Wśród napojów dla przedszkolaków prym wiedzie popularny „Kubuś” oraz inne podobne „soczki” z tego samego segmentu. Są wygodne w obsłudze, kolorowe, smaczne. Kiedy jednak przeczytamy skład, to jest bardzo słabo. No i chyba wszyscy pamiętamy aferę sprzed kilku miesięcy, kiedy okazało się, że „Kubuś” nie zamarza. Podobno powoduje to dodawany do niego syrop glukozowo-fruktozowy. Nie wiem. Ale czy tak naprawdę ma to jakieś znaczenie? Najważniejsze jest to, że moim zdaniem nie nadaje się on do picia. Zwłaszcza dla dzieci. Oczywiście, to moje zdanie. Wy możecie mieć inne. Wasz wybór! Wasze dzieci! Wasze pieniądze!

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (26)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (25)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (1)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (17)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (18)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (11)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (12)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (5)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (4)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (3)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (7)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (8)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (6)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (9)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (10)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (16)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (15)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (13)

    skład soków kubuś tymbark fortuna play bobovita babydream hipp bobo frut jupik test slow day long śledztwa kulinarne (14)

    No dobra, powiecie, w domu możemy ugotować kompot, kupić wielki baniak dobrej jakości soku i pić go ze szklanek. Po prostu. Tylko czym w takim razie poza domem poić dziecko, które akurat ma ochotę na soczek, a nie na wodę? Ano, jak to mówią, potrzeba matką wynalazku. Sposób, który ja na to znalazłam, jest banalnie prosty.

    Kupuję napój z wątpliwym składem, ale w atrakcyjnej butelce z ustnikiem. Wylewam zawartość do zlewu (sic!), butelkę myję, suszę i napełniam bardziej wartościowym napojem. Bo, uwierzcie mi, większości dzieciaków nie chodzi o smak, tylko o tego Misia, Osiołka, lalkę Barbie, czy innego Tygryska na etykiecie. Serio!

    Jak jesteśmy przy fajnych butelkach „z odzysku”, to ostatnio przypadkiem odkryłam, że jeden z producentów wody mineralnej sprzedaje ją w małych (300ml) butelkach, przeznaczonych specjalnie dla dzieci. Mają one ustnik „niekapek”, co dodatkowo doceni każda mama, której dziecko nie zawsze trafia soczkiem czy wodą do buzi. Może nie mają bajkowej etykiety, ale są… różowe. Dla dziewczynki w wieku przedszkolnym to wystarczy. I nie niszczą się w zmywarce. Można używać wiele razy.

    Slow Day Long śledztwa kulinarne skład Kubuś Bobofrut ekspert dla dzieci czy zdrowe (1)

    Najciekawsze zostawiłam na koniec.

    W wielu naszych dotychczasowych kulinarnych śledztwach spotykaliśmy się z jednym, powtarzającym się zarzutem: „Kogo na to stać?”. Wiecie co? Nie wiem jak Wy, ale my nie jesteśmy ludźmi zamożnymi i nie lubimy marnowania naszych pieniędzy. Nie stać nas na to. Tym razem więc postanowiłam uprzedzić te pytania i przygotowałam niewielkie zestawienie cenowe. Rezultaty mogą Was zaskoczyć.

    Napoje pokazane są w kolejności od najtańszych do najdroższych. Jak widać poniżej, opcja zdrowa i dobra jakościowo, wychodzi niemalże najtaniej. Nikt mi więc nie powie, że kupuje dziecku do picia byle co, bo tylko na to go stać.

    No i koronny argument tych leniwych rodziców, którym się nie chce poszukać, i którzy wolą iść na łatwiznę, padł!

    Jak kawka.

    porównanie cen soków dla dzieci

    Slow Day Long śledztwa kulinarne skład Kubuś Bobofrut ekspert dla dzieci czy zdrowe (4)

    Slow Day Long śledztwa kulinarne skład Kubuś Bobofrut ekspert dla dzieci czy zdrowe (2)

    by Kamila at październik 21, 2014 10:01

    Dzieciowo mi

    O tym jak przedszkole przymusza do czytania

    Personel na etacie ojca powrócił w progi chałupy, a progi jej przekroczył trzymając dwie członkinie zarządu za łapki oraz dzierżąc filcowy czerwony plecaczek.

    - Kolej na nas – oznajmił po prostu.

    ksiazeczki

    Personel na etacie matki zdziwienia nie okazał, albowiem uczestniczył w sabacie czarownic zwanym inaczej zebraniem dla rodziców, na którym przekazano mu wiedzę tajemną odnośnie idei przedszkolnej mającej na celu indoktrynację potomstwa za sprawą słowa pisanego. Nie było więc zaskoczenia, kiedy po otwarciu plecaczka zaglądnęły z niego narzędzia prania mózgu.

    ksiazeczki2

    Rzecz polega na tym, że plecaczek w odcieniu czerwieni partyjnej pielgrzymuje wśród grupy przedszkolnej od dziecka do dziecka i przebywa u jednej rodziny przez tydzień. Ten czas wypełniony jest przesyłaniem treści ze stronic do zwojów, co ma wspomóc rozwój tych drugich i jednocześnie zaszczepić odpowiedni kieracik jednostkom czytającym. Nic za darmo. Pod koniec tygodnia zarząd będzie musiał uwiecznić na obrazku wykonanym własnorącz, co też zostało mu przesączone. Innymi słowy, jeśli zagrała jakaś struna i serce zarządu poruszyła, ten powinien zwizualizować, co też go tknęło. Potem książeczki razem z plecaczkiem wędrują do następnego czytacza.

    A jest czym tykać i za struny szarpać. Powiedzmy szczerze, personel wywalił gały, opuścił koparę i zamarł w zachwycie. Plecaczek skrywał książeczki napisane głównie przez autorów skandynawskich.

    ksiazeczki3

    Wiedza personelu na temat autorów skandynawskich utknęła w głębokiej podstawówce gdzieś pomiędzy Muminkami, Dziećmi z Bullerbyn oraz Pipi Pończoszanką i wszystko wskazuje na to, że można ją okrasić epitetem „skromna”. Personel zabrał się więc do jej poszerzania oraz indoktrynacji zarządu Trójca Świetna Sp. z o.o.

    To nie jest takie proste czytać dwadzieścia minut dziennie codziennie. Gdyby personel nadal realizował się w korpo, byłoby to wręcz niewykonalne ze względu na porę powrotu do domu. Nie jest prosto czytać dzieciom, które widzi się rano przez godzinę i wieczorem, kiedy już zasypiają. Okoliczności przyrody zmieniły się jednak na nieco milsze i wieczorem personel po pierwsze w chałupie jest, po drugie jeszcze dycha.

    Książki są świetne. Szczególnie godne polecenia są dwie: „Nusia i wilki”

    ksiazeczki7

    …oraz „Księżniczki i smoki”.

    ksiazeczki4

    Spora dawka humoru, kapitalne historyjki, lekko absurdalne, mocno nierealne, silnie oddziałujące na wyobraźnię. Wciągające! Zarząd domagał się zwiększenia dawek, a personel precyzyjnie realizował wymagania kadry kierowniczej, co więcej, wykazał się wręcz galopującą stachanowką. Doskonała lektura! Nie wiem, kto wybierał książki, ale należą mu się pokłony. Historia Nusi i perypetie siedmiu księżniczek okraszone są świetnymi, dowcipnymi ilustracjami.

    ksiazeczki5Smok na hulajnodze.

    ksiazeczki6Smok i księżniczka przy komputerze

    ksiazeczki8Nusia karmi wilki zupką z błota.

    Zarząd pozytywnie zaopiniował koncepcję indoktrynacji za pomocą lektury, a personel zachwycił się metodą perswazji czytelniczej zastosowanej przez przedszkole. W poniedziałek mamy plecaczek przekazać dalej. Cholera, szkoda ;)

    by kruszyzna at październik 21, 2014 07:31

    Bazarek Handmade

    duże kolorowe gwiazdki szydełkowe




    zestaw gwiazdek wykonanych z bawełnianego kordonka,
      usztywnione
    20 sztuk
    w zestawie sznureczki ( do zawieszenia jako ozdoba np. na choinkę, gałązki lub do prezentów świątecznych)
    średnica gwiazdek ok 8-9 cm
                                                                               
    cena 30 zł za zestaw 
    +kp 5zł list polecony B

    po rezerwacji proszę o kontakt na @
    wmalymdomku@gmail.com

    by Ania- w małym domku (noreply@blogger.com) at październik 21, 2014 07:34

    moje waterloo

    1953

    Prezes codziennie opowiada mi co lepsze kawałki ze swej międzynarodowej pracy. Szczególnie ukochał swego obecnego, hinduskiego zleceniodawcę, który mówi do niego all day long. Jest przy tym tak zaangażowany, że z radością pozostaje w robocie po godzinach, by tylko móc gadać do Prezesa, nie zważając, iż wybiła mu właśnie 22:00.
    Prezes uważa, że jest to odrobinę uciążliwe, ponieważ nie może niczego napisać, albowiem wciąż musi odpowiadać na niekończące się pytania Wassifa. To są pytania w stylu oślim ze "Shreka", czyli: "Daleko jeszcze?!".

    Wczoraj Wassif był na amfie i nie przestawał tak uporczywie, że Prezes zagadał do swojego kierownika projektu, żeby coś z tym zrobił, bo nie jest w stanie pracować. Kierownik z dużym zaangażowaniem rzucił się tłumaczyć Wassifowi, by się zamknął i osiągnął skutek!
    Wassif milczał przez całe pięć minut.
    A kiedy u nas wybiła 16:00, a u Wassifa nie wiadomo która, Wassif nadal mówił, nie zważając na fakt, że zarówno Prezes, jak i kierownik projektu ulotnili się bez słowa.
    Ot, różnica kultur.

    - Wassif przeszedł dziś samego siebie - powitał mnie Prezes, wracającą do domu. - Otworzył sobie dwa okienka i w jednym pisał do mnie na komunikatorze, a w drugim pisał do mnie maile. w tym samym czasie.
    - Co chcesz - westchnęłam. - On ma taką robotę. Zatrudnili go, żeby z tobą gadał. Nic więcej. I on chce się wykazać.

    ***

    U R L O P!

    Oprowadzając mnie do wyjścia, Jaś dogłębnie przeanalizował zaistniałą sytuację.
    - Nie będziesz widziała fabryki przez dwa tygodnie! - stwierdził z westchnieniem.
    - TAK!!! - zapiszczałam radośnie, po czym wykonałam taniec bioderek.
    - I nas nie będziesz widziała dwa tygodnie... - zawiesił głos, przypatrując mi się. - Czemu milczysz?
    - Czekam aż odwrócisz się do mnie tyłem, bo nie chcę być ostentacyjna. Okażę radość za twoimi plecami.

    ***

    Dziś idziemy na koncert jazzowy do nowego, jeszcze ciepłego budynku NOSPRu. Dwa w jednym: odpoczywam i odchamiam się.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at październik 21, 2014 05:45

    Blog do czytania

    5 minusów biegania, o których nikt Ci nie powie

    A więc zaczynasz biegać? Albo planujesz zacząć? To wspaniale. Najpierw jednak przeczytaj ten wpis. Tekstów o zaletach biegania znajdziesz w sieci masę. Sam nawet kilka popełniłem. Bazując tylko na tym, można odnieść wrażenie, że bieganie to same plusy, uśmiechy, słońce na niebie i jednorożce rzygające tęczą. Prawda jest jednak zupełnie inna. Bieganie ma też swoją […]

    by mrcichy at październik 21, 2014 03:50

    Archiwum chaosu

    Work, sleep, repeat

    Wpis odkrywczy jak kopalnia odkrywkowa.  Nie spodziewaj się żadnej rewelacji. Nie jest moim celem narzekanie na sytuację polityczną, ekonomiczną, gospodarczą. Moim celem jest narzekanie dla samego narzekania. Kobiety tak mają. […]

    by Kamila Łońska-Kępa at październik 21, 2014 03:12

    Od rana do wieczora

    Kuchnia malucha czyli moje przepisy na pierwsze zupki i kaszki

    Z dedykacją dla Magdy i Kubusia :-)

    Wiele mam broni się przed gotowaniem dla niemowlęcia i wybiera słoiczki w obawie, że nie przygotują tak wartościowego posiłku jak specjaliści.

    Nie wiem, dlaczego miałabym się czuć niekompetentna w tym zakresie, co prawda nie mam wykształcenia kierunkowego, ale gotuję dla rodziny od lat, od czasu do czasu karmię też znajomych, wszyscy żyją i nawet chwalą, że dobre, ekologiczne jarzyny dostaję od Mamy i od Cioci Dziuni, mam na to czas, więc nic tylko gotować.

    Dietę Wojtka, dziecka karmionego piersią, zaczęłam rozszerzać kiedy skończył 6 miesięcy, co wypadło w połowie lipca. Byliśmy wtedy u moich Rodziców, z dostępem do warzyw prosto z nawożonej naturalnie działki. Schemat rozszerzania diety wydrukowałam ze stron serwisu dziecisawazne.pl, przypięłam na tablicy korkowej w kuchni, korzystam.

    sloikiMój podstawowy zestaw kaszkowy

    W siódmym miesiącu życia Wojtusia gotowałam takie zupki:

    Pierwsza zupka
    Ugotowałam marchewkę, przetarłam przez sitko, dodałam mojego mleka, żeby była półpłynnej konsystencji, podałam Wojtusiowi. Wojtuś polizał, skrzywił się, polizał drugi raz, pomamlał tę odrobinę, którą podałam mu na końcu łyżeczki. Następnego dnia ugotowałam drugą marchewkę, Wojtuś pomamlał z jakby większym zainteresowaniem. Trzeciego dnia wprowadziłam ziemniaka.

    Druga zupka
    Marchewka i ziemniak to bardzo dobre połączenie na początek kulinarnej przygody. Zmiksowane lub przetarte, z dodatkiem mojego mleka Wojtuś próbował z rosnącym zainteresowaniem przez kolejne dwa-trzy dni.

    Zupy gotuję do miękkości warzyw i miksuję z niedużą ilością wody, w której się gotowały.

    Trzecia zupka
    Ponieważ Wojtuś dobrze przyswoił marchewkę i ziemniaka, do kolejnej zupki dodałam dynię. Akurat na babcinej grządce urosła pierwsza.

    A potem już poszło:
    ziemniak, marchewka, burak,
    ziemniak, marchewka, pietruszka,
    ziemniak, marchewka, pietruszka, dynia.

    I równolegle coś z owoców: jabłko gotowane na parze, sam miąższ, bez skórki. Podawałam jak zalecają: stopniowo, zaczynając od jednej łyżeczki, codziennie zwiększając ilość.

    W ósmym miesiącu zaczęłam podawać kolejne zupki i kaszki, a także surowe owoce (tarte jabłka, gruszki, świeże maliny).

    Do poprzedniego zestawu zup dołączyły nowe:
    ziemniak, marchewka, cukinia,
    ziemniak, marchewka, pietruszka, cukinia,
    ziemniak, marchewka, pietruszka, brokuł,
    ziemniak, marchewka, pietruszka, kalarepka,

    Zaczęłam też podawać kasze: kukurydzianą i jaglaną, obie są bezglutenowe i znakomicie smakują na słodko i na słono. Kukurydzianą sypię do garnka prosto z torebki, jaglaną wcześniej przyrządzam: wysypuję na suchą, rozgrzaną patelnię i prażę kilka minut, mieszając, aż ziarenka z przezroczystych staną się matowe i  zarumienią się delikatnie. Często rumienią się bardziej niż delikatnie, bo nie powinnam w ogóle odchodzić od patelni, ale różnie to bywa. Taką bardziej zrumienioną, byle nie spaloną, też da się jeść. Uprażoną kaszę wsypuję do słoika, a później bezpośrednio przed gotowaniem płuczę potrzebną ilość na sitku pod bieżącą wodą, aż woda będzie leciała zupełnie czysta.

    Kaszka owocowa

    • woda – niepełna szklanka po nutelli (180-190 g)
    • kilka rodzynek (kupuję niesiarkowane w sklepie ekologicznym)
    • trzy śliwki suszone bez pestek (podobnie jak rodzynki – niesiarkowane ze sklepu eko)
    • kopiata łyżka kaszki kukurydzianej lub jaglanej (20 g)
    • łyżka jagód (mam mrożone) lub kilka malin lub połowa jabłka lub połowa gruszki
    • łyżeczka masła dobrej jakości

    Gotuję 15 minut (Thermomix: 15 min/100 stopni/obr. 2), na kuchence trzeba często mieszać ,żeby się nie przypaliło, miksuję z owocami dodanymi pod koniec gotowania (Thermomix: 20 s/obr 7). Suszone śliwki gwarantują regularne, bezproblemowe kupki, podobnie surowe tarte jabłko dodane do kaszki.

    Można podawać dziecku także brzoskwinie, ale nie miałam dostępu do domowych, więc nie podawałam.

    Kaszka wytrawna

    • woda – niepełna szklanka po nutelli (180-190 g)
    • kopiata łyżka kaszy jaglanej (15-20 g)
    • połowa pomidora bez skórki
    • dwa-trzy plastry (grube na 1,5 cm) młodej cukini bez skórki
    • łyżeczka dobrego masła lub łyżeczka oleju lnianego

    Gotuję 15 minut, miksuję. Masło dodaję do gotowania, a olej lniany do gotowej kaszki, prosto do miseczki – oczywiście jedno z dwojga, nie wszystko naraz.

    Kaszki podaję Wojtkowi rano i wieczorem, zupki w południe.

    W dziewiątym miesiącu życia do kaszek i zup zaczęłam dodawać migdały – sparzone wrzątkiem, obrane ze skórki mielę i trzymam w słoiczku, dosypuję do gotowania. Można też dodawać do posiłków dziecka mielony sezam i siemię lniane.

    Do menu wprowadziłam zupę z kalafiorem:
    Ziemniak, marchewka, pietruszka, kalafior.

    Gotuję, miksuję, dodaję oliwy z oliwek extra virgine, oleju lnianego lub masła.

    W dziesiątym miesiącu życia Wojtusia do zup zaczęłam dodawać a to łyżeczkę kaszy mannej, a to żółtko.

    Przywieźliśmy od Babci Kazi domowe winogrona, więc dodałam kilka kulek do jednej kaszki – bez skórek, ale z pestkami, co zadziałało lekko przeczyszczająco.

    Zrobiłam też pierwszą zupkę z mięsem – wybrałam cielęcinę: ugotowałam plasterek w wywarze z jarzyn z dodatkiem odrobiny soli, zmiksowałam go z warzywami. Podzieliłam mięsną zupkę na cztery porcje, dwie do lodówki, dwie zamroziłam.

    Podaję też warzywa w kawałkach, ugotowane najlepiej na parze: brokuł, kalafior, fasolka szparagowa, marchewka pokrojona w słupki. Chleb z masłem kroję na maleńkie kawałeczki i pozwalam mu jeść samemu. To metoda BLW: jedzenie w kawałkach kładę przed Wojtkiem i pozwalam, żeby sam wybierał na co ma ochotę. Zaciskam zęby, bo oczywiście rozgniata je i robi bałagan, więcej jedzenia ląduje na nim i w foteliku, niż trafia do buzi, ale tak właśnie ma być. Inna rzecz, że nie zawsze ma ochotę na swoją zupkę czy kaszkę i wyciąga ręce w kierunku naszych talerzy.

    A jeszcze dodam, że Wojtuś nie ma zębów i mimo to doskonale radzi sobie z jedzeniem. Pewnie kotleta by nie pogryzł, ale cała reszta wchodzi doskonale.

    Niedawno dodałam do kaszki dojrzałego banana – smakowało mu bardzo, ale następnego dnia dostał wysypki. Zatem na razie rezygnujemy z owoców importowanych.

    Sporadycznie pija sok z jabłek, podawany na łyżeczce. Jest ciągle na piersi, więc między posiłkami przystawiam go, żeby się napił, bo nie bardzo potrafi pić z butelki, przeważnie gryzie smoczek – ale dla mnie lepiej, że nie jest odwrotnie :-) Mimo to mam w pogotowiu butelkę z przegotowaną wodą niskozmineralizowaną.

    Ile Wojtuś zjada?

    Bardzo różnie. Czasem zje całą porcję kaszki czy zupy, pełną miseczkę, czasem tylko kilka łyżeczek. Kiedy zaczyna się jakiś nowy etap rozwojowy, apetyt słabnie – tak było, gdy zaczął pełzać, przez trzy-cztery dni jadł tylko odrobinę (a przerażony tatuś już chciał biec po mleko modyfikowane), później apetyt wrócił ze zdwojoną siłą. Przez te kilka dni więcej ssał pierś, nie stracił na wadze ani na animuszu. Ostatnio świeżo ugotowaną kaszkę od razu dzielę na pół, połowę wlewam do szklanki czy słoiczka, połowę do miseczki. Kiedy apetyt dopisuje, zjada wszystko, kiedy nie, odłożoną część podaję za jakiś czas, po południu lub na kolację.

    Zupy gotuję raz na dwa dni, połowę podaję od razu, połowę odstawiam do lodówki.

    zporemWojtuś bardzo lubi próbować nowe smaki. Na zdjęciu  z cybuchem (sierpień 2014)

    Myślę, że powoli będę odchodzić od gotowania tylko dla Wojtka – kiedyś byliśmy w gościach, gospodyni przygotowała dla wszystkich zupę z cukinii duszonej z cebulą i z dodatkiem kaszy jaglanej. Wojtuś wciągnął z apetytem cały talerz. Smakuje mu też nasza pomidorówka (gotuję taką z pomidorów z puszki, na cebuli duszonej na maśle) i nasza zupa z dyni. Kilka dni temu jedliśmy razem pierogi ze szpinakiem i pierogi z soczewicą: podawałam Wojtkowi na łyżeczce a to samo nadzienie, to to kawalątek pieroga z nadzieniem na jeden kęs. Był bardzo zadowolony.

    by Chuda at październik 21, 2014 01:48

    Domowa kuchnia Aniki

    Kotlety drobiowe Pożarskiego

    Kotlety drobiowe Pożarskiego






    Kotlety Pożarskiego to danie z mięsa drobiowego znane już w XIX wiecznej kuchni polskiej, choć wywodzące się z kuchni rosyjskiej. Ponoć ich nazwa pochodzi od karczmarza, który je przygotowywał, a sławę zyskały dzięki temu, że w karczmie owego karczmarza zatrzymał się car Mikołaj I , który spróbowawszy owych kotletów kazał je włączyć do dworskiego menu. O kotletach Pożarskiego wspomina też Puszkin.
    Kotlety Pożarskiego to nic innego jak panierowane kotlety mielone z mięsa drobiowego lub drobiowo-cielęcego. 
    Ja przepis na te kotlety znalazłam w Świecie kobiety i od razu postanowiłam je przyrządzić. Poczytałam co nieco na temat ich genezy i tak oto prezentuję Wam dziś przepis na te smaczne kotlety drobiowe. Kotlety są pyszne i delikatne w smaku i mają ciekawą i bardzo smaczną panierkę.

     

    Składniki:
    • 500 - 600 g piersi kurczaka ( u mnie duża podwójna pierś - 600 g )
    • 1 bułka
    • mleko do namoczenia bułki
    • sól
    • pieprz
    • 1 żółtko
    • 1 jajko
    • 2 - 3 kromki czerstwego chleba 
    • olej do smażenia
    Sposób przygotowania:
    • Mięso myjemy i grubo mielimy ( ja przez sitko z największymi dziurkami)
    • Przez maszynkę przepuszczamy też namoczoną i odciśniętą bułkę ( ja moczę ją w mleku zmieszanym w stosunku 1:1 z ciepłą wodą )
    • Do mięsa i bułki dodajemy żółtko i doprawiamy solą i pieprzem
    • Wszystkie składniki dokładnie wyrabiamy, a następnie formujemy podłużne kotlety, które zanurzamy w roztrzepanym jajku, a następnie panierujemy w chlebie pociętym w zapałkę ( na samym dole posta zdjęcie chleba przygotowanego do opanierowania kotletów )
    • Smażymy na oleju na złoty kolor po kilka minut z każdej strony. Przed podaniem możemy odsączyć na papierowym ręczniku




      by Anika (noreply@blogger.com) at październik 21, 2014 02:26

      pokolenie ikea

      14147125102_4efab96026_b

      Kelnerka była młodą blondynką z małego miasteczka. Miała czarną bluzkę, czarną spódnicę i strach w oczach. Wystarczyło na nią spojrzeć, żeby wiedzieć, że jest to jej wakacyjna praca, że jest tu może drugi albo trzeci dzień i się bardzo stara.

      Włosy związała w koński ogon.

      Mój znajomy był blondynem, który pracował w dużej kancelarii, zarabiając tam przez miesiąc tyle ile ona będzie zarabiać przez rok. Miał białe błyszczące zęby, opaleniznę z Azji i dobry garnitur.

      Ten garnitur kosztował tyle ile ona miała zarabiać w pół roku.

      Kelnerka szła niosąc nasze zamówienie do stolika przy którym siedzieliśmy w kilkanaście osób. Postawiła przed nim carpaccio, mówiąc proszę oto gnocchi, a następnie kawałek dalej do mnie i zostawiła mi gnocchi z gorgonzolą. Mówiąc: a dla pana carpaccio.

      Uśmiechnąłem się.

      Kelnerka pomyliła się dwa razy w trakcie jednego zamówienia. Raz myląc nazwy potraw. Dwa to ja zamawiałem carpaccio a blondyn gnocchi.

      Blondyn momentalnie się wkurwił. – Co to jest? Carpaccio pani od gnocchi nie odróżnia? Jakim trzeba być tłukiem żeby nie widzieć, czym jedno się od drugiego różni? – wrzasnął.

      Kelnerka zaczerwieniła się i powiedziała przepraszam.

      - Wszystko już ok. – powiedziałem pojednawczo i podałem mu jego talerz.

      Kelnerka nadal czerwona odeszła od naszego stolika.

      - Kurwa kogo oni tu zatrudniają? – sapnął blondyn. – Dostają dotację z PFRN – u czy jak??

      Koleś zachował się jak chuj. Po części dlatego, że był chujem.

      Ale im dłużej o tym myślałem tym bardziej dochodzę do wniosku, że to wyraz jego bezradności. Bezradności człowieka, który na nic nie ma wpływu i który w końcu mógł się na kimś wyżyć z czego skwapliwie skorzystał.

      Nie ma wpływu na to, że szef jebie go jak burą sukę.

      Nie ma wpływu na to, że musi wchodzić w dupę klientom.

      Nie ma wpływu na to, że robotnicy wykańczający jego gigantyczne mieszkanie – oczywiście na warszawskim Wilanowie, mają go w dupie i śmieją się z niego za jego plecami.

      Nie ma wpływu na to, że żyje na kredyt.

      Może właściwie tylko przypierdolić kelnerce. I to robi. Bo jak już napisałem jest chujem.

      Ale to problem nas wszystkich. Nasz problem polega na tym, że w każdym momencie swojego życia jesteśmy zależni. A chcielibyśmy być niezależni.

      Dawniej jeśli kiedyś zabrakło ci wody w studni to kopałeś nową. Przeciekał dach? Wchodziłeś na dach i go naprawiałeś, bo inaczej ciekło ci na głowę. Było ci zimno w dupę? Tkałaś sobie na drutach ciepły sweter. Kiedyś mieliśmy poczucie sprawstwa. Tego, ze każdy nasz problem da się łatwo rozwiązać.

      Jak chciałeś mieć żonę i pochodziłeś z określonej klasy i społecznej i miałeś jakieś tam pieniądze z góry było wiadomo jak to będzie wyglądać. Jego rodzice jechali do twoich rodziców, (ewentualnie twoi do jej), umawiali się ile krów, ile świń, ile ziemi oraz ile ubrań i pierzyn a później był ślub. Po ślubie była noc poślubna a później wywieszało się zakrwawione prześcieradło na płocie i wszystko było jasne.

      Przed długie lata kobieta szukając faceta czuła się jak w wiejskim sklepie gdzie były tylko gumofilce i grabie. Ale miała nad tym poczucie kontroli, sprawstwa. Wiedziała, że jeśli spełni pewne warunki to na pewno będzie miała męża. Lepszego, gorszego ale będzie miała.

      Teraz czuje się jak w hipermarkecie. Jest cały regał gumofilców, cały regał grabi i problem jak odróżnić czym jedne różnią się od drugich. Nie dość że nie wie jak wybrać właściwe, to jeszcze boi się, że jeśli będzie się zastanawiać za długo to za chwilę wszystko inne laski rozdrapią i zostanie z niczym. Chwyta więc na oślep, przymierza, szamoce się, zdejmuje, wyrzuca gdzieś parę komuś na głowę i przepycha się biodrami o jak najlepsze.

      Bo teraz czujemy że nie mamy na nic wpływu. A chcielibyśmy być niezależni. Chcielibyśmy się zachowywać cały czas według zasady płacę i wymagam.

      Jeśli zepsuje nam się samochód nie możemy go naprawić. Jest to za trudne. Musimy zadzwonić do warsztatu, umówić się na wizytę, wezmą od nas dużo pieniędzy a i tak nas wypierdolą (my wypierdolimy ich, kiedy przyjdą do nas).

      Nie ma wody w kranie? Możesz co najwyżej zadzwonić do wodociągów i się pokłócić. Chcesz kupić mieszkanie? Musisz wziąć na nie kredyt, którego nie rozumiesz i spłacać je według zasad, których nie rozumiesz.

      Nie masz wpływu na to czy ktoś ci zarysuje samochód na parkingu w centrum handlowym, kiedy poszłaś/poszedłeś kupić tam rzeczy, które nie są nam do niczego potrzebne aby zrobić wrażenie na tych osobach, które nie są nam do niczego potrzebne.

      Nie mamy wpływu na pracę. Możemy przełożyć papiery z prawej strony biurka na lewą. Z lewej na prawą. Zjeść na nich śniadanie. Wyrzucić je do kosza. Podrapać się po dupie.

      Aby zacząć cieszyć się życiem – musisz to zrozumieć. Na większość rzeczy po prostu nie masz wpływu. A skoro nie masz to po co nimi się przejmować?

      Kelnerka po prostu pomyliła dania. Nie stało się nic więcej.

      14147125102_4efab96026_b Photo by  No Crop PhotolCC Flickr.com


      by panikea at październik 21, 2014 01:23

      Eksribicjonizm kontrolowany

      Lubię długie słowa

      Trzystutrzydziestotrzywyrazowy wpis o długich słowach.

      Pumpernikiel, baletnica, hipopotam, ścichapęk, bałwochwalstwo i pięćdziesięciogroszówka... Lubię długie słowa, zwłaszcza kiedy brzmią pięknie. Lubię łamańce językowe i to uczucie, kiedy przeżuwam kolejne sylaby. Lubię się trochę wysilić, kiedy mówię.

      MINI JEST SMART
      Ale język jest żywy i ulega ciągłym przekształceniom. Ten potoczny wykazuje dużą tendencję do skracania wszystkiego, co popadnie. Mieszkamy w Wawce i Wrocku, piszemy kolosy, wysyłamy esy przez fony, robimy prezki i jeździmy busem po spożywkę i alko na melo. Podobnych skrótów używamy też w pracy, kiedy sprawna komunikacja jest kluczowa i nie ma czasu na cyzelowanie każdego zdania.

      Obserwuję to zjawisko z sympatią, czasem z rozbawieniem, żałując, że nie mogę się mu bliżej przyjrzeć. Zaciekawiona przysłuchuję się rozmowom w tramwaju i kolekcjonuję w myślach te stworki językowe. Ale sama stoję z boku. Niezwykle rzadko decyduję się na użycie skróconej formy długiego słowa. Na studiach pisałam kolokwia, syrenkę odwiedzam w Warszawie, a melanż mogę mieć ewentualnie na swetrze. Po części wynika to chyba z tego, że nastolatką przestałam być dobrą dekadę temu, a po części z czystej przekory.

      MEGA MELO AWW ;)
      Bo przecież wiem, jakie są argumenty "za". Wszyscy wyrastaliśmy, obserwując czatyzację i gadu-gaduizację języka internetowego. Braliśmy w niej udział! To dla wielu z nas oczywiste, że wystukanie LOL zajmuje znacznie mniej czasu niż napisanie "ależ to zabawne, pęknę ze śmiechu".  Jednak gdybym poddała się temu bez reszty i zaczęła porozumiewać się sformułowaniami złożonymi wyłącznie z form skróconych, onomatopej i emotikonek, chyba czułabym, że coś tracę.

      Bo, krucafuks, naprawdę lubię długie słowa. I przyjemność sprawia mi ich poznawanie, zapamiętywanie i używanie. Przydaje mi się to w pracy, przydaje przy grze w Scrabble, a nawet nad zwykłą książką, kiedy nie muszę przerywać czytania, żeby sprawdzić, kim lub czym jest miodosytnia czy odaliska. Dalece wolę taką oszczędność czasu.

      Pamiętam ekspertów od rynku telefonów komórkowych, którzy kilkanaście lat temu przewidywali coraz większą miniaturyzację urządzeń mobilnych. Jak się te prognozy sprawdziły, widzimy teraz, korzystając z telefonów, które nierzadko ledwie mieszczą się w kieszeni.
      Więc może i w języku wróci moda na długie słowa?

      by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at październik 21, 2014 02:09

      Szymaczek

      am mniam

      Przepyszna gorąca czekolada daktylowo-karobowa

      Bardzo lubię gorącą czekoladę albo kakao. Przypominają mi dzieciństwo i poranki, gdy mama budziła mnie rano do szkoły przynosząc kubek gorącego, brązowego napoju. Ależ to było miłe. Naprawdę pomagało mi wygramolić się z łóżka. Teraz gorąca czekolada to mój umilacz jesienno – zimowy. Pozwala przetrwać ten trudny dla mnie czas. Rozgrzewa, syci i każdy łyk... More

      by Magda at październik 21, 2014 10:20

      Dzieciowo mi

      Nie decydujesz? Nie narzekaj.

      O sześciolatkach w szkołach mówiono już tak dużo, że ciężko cokolwiek jeszcze do tematu dołożyć. Prano się po pyskach, pikiety przeciw, pikiety za, akcja „Ratuj maluchy”, precz z akcją „Ratuj maluchy”, a wy jesteście durni, bo posyłacie, a wy jesteście durni, bo nie posyłacie. Wpychanie siłą pod walec kontra trzymanie pod kloszem. Cokolwiek by więc nie dodać, będzie wyglądało jak kropla przepełniająca kielich, ewentualnie ten kęs za dużo, po którym następuje potężny rzyg. Ryzykuję ten rzyg i jednak dodam. Dodam i zaraz wytłumaczę dlaczego, bo chodzi mi tutaj o coś więcej niż same sześciolatki i poza nie oraz poza całe zagadnienie oświaty chciałabym wyjść.

      Zacznę jednak od artykułu, który trafił do mnie via fejs. Nie chcę się odnosić do jego treści, bo treść, jakby to powiedzieć, nie jest z mojego świata. Nie że ją olewam, bo to też nie tak. Rzecz w tym, że jest to wywiad z przedstawicielem jednego ze związków zawodowych działających w szkolnictwie, traktuje o sprawach związanych z systemem pracy nauczycieli i finansowaniem szkolnictwa i zakłada się, że odbiorcą przekazu również są nauczyciele. To nie jest tak, że skoro nie jestem nauczycielką, to mam głęboko w najszlachetniejszej części pleców to, co nauczycieli dotyczy. Nie, po trzykoć nie, bo przecież moje dzieci chodzą do przedszkola, a za moment znajdą się w szkole, czyli w zasięgu działania ludzi, których treści poruszane w wywiadzie interesują szczególnie. Jest to dla mnie ważne.

      No dobra, pitu-pitu, ale o co kaman. Nie odnoszę się więc do całości wywiadu, nie czuję się kompetentna, by to zrobić. Pozwolę sobie zacytować ostatni jego fragment, bo dotyczy nas, rodziców, a szerzej nas, obywateli (ekhm, ekhm). Podkreślenia moje.

      Niż już praktycznie minął, a szkół zlikwidowano 2 razy więcej, niż wynikałoby to z jego skali. Populistyczne stwierdzenia w stylu „ubyło 10 proc. dzieci, więc powinno ubyć 10 proc. nauczycieli” mają się nijak do rzeczywistości. W międzyczasie rząd nałożył nowe obowiązki na samorządy, oczywiście bez dodatkowych środków, a te aby je zrealizować, nie mogły tak bardzo ograniczać zatrudnienia. Pamiętam jak Minister Boni chciał ustalić z nami zmiany w Karcie Nauczyciela. Wielokrotnie powtarzał nam, że w związku z niżem demograficznym poprawią się warunki pracy w szkołach ze względu na zmniejszenie liczebności klas. Niestety szybko o tym zapomniał. Klasy nadal są 30-osobowe. Uważam, że skandalem było namawianie do wysyłania 6-latków do szkoły z zastosowaniem argumentu, że klasy będą 25-osobowe. Teraz wchodzi nowelizacja, która znosi ten wymóg. To obnaża całkowity brak wiarygodności naszych decydentów. Rodzice wysłali dzieci do szkoły, więc można wycofać się z wcześniejszych obietnic!

      Jeszcze raz powtórzę to, o co mi chodzi: wchodzi nowelizacja, która znosi wymóg nieprzekraczania 25-osobowej liczebności klas. Dlaczego? Bo biorąc pod uwagę ogół sytuacji, jaka jest w szkolnictwie i gigantyczny burdel, jaki panuje w całym systemie, była nierealna do utrzymania. Są za to bardzo realne klasy 30-osobowe złożone z sześcio- i siedmiolatków.

      No i teraz w końcu zstępujemy do głębi. Nie chodzi mi o to, żeby biadolić, choć mnie, matkę dzieci, z których w 2015 roku jedno pójdzie do pierwszej klasy a dwójka do zerówki, bardzo ta sytuacja boli. Rwę włosy z głowy nie tylko z powodu bajzlu edukacyjnego, ale też przez to, że jak zwykle połowa narodu będzie miała doskonale w dupie to, co się z nim będzie działo. Tak, moi drodzy, piszę to w kontekście zbliżających się wyborów samorządowych, a potem parlamentarnych. Nic w tym kraju nie da się zrobić i nie da się zmienić, jeśli 60% zostaje w domach i nie idzie głosować. W ten sposób ci, co zostają, pozwalają za siebie decydować innym. Innymi słowy mało ich obchodzi, kto w ich imieniu będzie podejmował decyzje, ustalał prawo, kierował przyszłością ich dzieci.

      Dla mnie jest bardzo ważne, kto będzie rządził w mojej gminie i mieście, kto będzie podejmował decyzje bezpośrednio wpływające na moją codzienność. Ważne jest dla mnie, kto postanowi bądź nie postanowi o budowie chodnika przy ruchliwej drodze, ścieżki rowerowej, obwodnicy, nowego przedszkola czy placu zabaw. Zaczyna się od spraw małych, lokalnych i przechodzi stopniowo w globalne. Sprawy wielkie składają się ze spraw małych, a na te małe mamy realny wpływ.

      Ja was bardzo proszę, nie mówcie, że nie macie na kogo głosować, że to nic nie da, że nie ma sensu, że nie interesujecie się polityką. Nikt wam nie każe interesować się polityką, zainteresujcie się tym, kto będzie tworzył prawo, wedle którego będziecie żyć. Jest jeszcze trochę czasu, w internecie można znaleźć programy wyborcze, tezy czy po prostu sylwetki kandydatów. Ja mam już „swoich”, na których oddam głos. Bo pójdę na wybory. Na każde chodzę, KAŻDE. Nawet jak leżałam na patologii ciąży, to głosowałam w szpitalu. Da się.

      Nie dajcie sobie wmówić, że nie macie na coś wpływu. Macie, tylko trzeba z tego skorzystać i wyrazić swoją opinię. A jeśli mimo wszystko stwierdzicie, że to nie wasza brocha i tym razem sobie odpuścicie, to… nie biadolcie potem, że to popierdolony kraj i trzeba stąd zwiewać, nie mówcie, że tu nie da się żyć i że wina Tuska. Jeśli nie kiwniesz palcem, to potem nie narzekaj.

      Ja wiem, że często jest tak, że obietnice nie są dotrzymywane, ale to my dajemy na to przyzwolenie. A tak. Jeśli 60% ludzi zostaje w domach, to daje sygnał, że ma gdzieś to, czy ktoś się z obietnic wywiążę, czy nie. Nikt nikogo nie rozlicza, nikt nikomu nie wystawia świadectwa. Hulaj dusza, piekła nie ma. Jeśli tego nie przerwiemy, to faktycznie nic nie ruszy z miejsca. Po raz kolejny mamy szansę zadecydowania o naszym kraju. Nie spieprzmy tego.

      Treść całego wywiadu znajdziecie tutaj (klik, klik).

      Na zdjęciu zarząd Trójca Świetna Sp. z o.o. w komplecie. Moje decyzje wpłyną na ich życie.

      by kruszyzna at październik 21, 2014 09:50

      Smoking kills...

      O KURCZĘ BLADE

       

      Miałam poczekać, aż będzie więcej odcinków, ale niestety nie wytrzymałam i wsiąkłam w „American Horror Story: Freak Show”. Chyba dostałam gorączki z miłości, a jak Jessica zaśpiewała „Life on Mars”, to już w ogóle. Sarah Paulson ma dwie głowy! A KLAUN?… Matko jedyna.

      W międzyczasie skonsumowałam „Jej wszystkie życia” Kate Atkinson – przepiękna książka, dziękuję Zuzance za zapoznanie z autorką, już sobie zamówiłam jej następny kryminał.

      Tylko nie wiem, co będzie jak N. wyjedzie na kilka dni – chyba wynajmę gdzieś na mieście pokój tak zwany „przy rodzinie”, bo sama na noc nie zostanę. Nie z klaunem z American Horror Story.

       

      PS. Zapomniałam się pożalić na ekonomię – mianowicie wczoraj zrobiliśmy zakupy i kiedy na parkingu opróżniliśmy wózek ze świeżo nabytych dóbr*, to się obejrzałam za miejscowym żulem… znaczy, alternatywnie trzeźwym i alternatywnie zatrudnionym obywatelem, który zazwyczaj kwitł przy samochodzie i prawił komplementy już przy wypakowywaniu, aby następnie zniknąć z wózkiem na horyzoncie zdarzeń za tę złotóweczkę w dziurze i wszyscy byli zadowoleni. Tymczasem wczoraj? ANI JEDNEGO! czyżby przez pogodę? No nie wiem, nie sądzę, nie była aż taka zła, a może Zyrardów NAGLE z dnia na dzień rozwiązał problem bezrobocia (nie konsultując z obywatelami)? A może wszyscy już zasuwają w sztabie wyborczym JEDYNIE SLUSZNEJ pani kandydat na prezydenta i roznoszą ulotki, baloniki i grawerują napisy na długopisikach? A człowiek musi sam odprowadzać wózek!

      * – zawsze przy kasie mam wrażenie, że przegrałam w jakiejś dość istotnej grze pt. „ZAPELNIJ WOZEK” – wszyscy mają po brzegi i z czubkiem, a u nas ledwo dno zakryte, ale to i tak nic w porównaniu z marketami w Hiszpanii, gdzie każda, KAZDA gospodyni domowa ma w wózku STO LITROW MLEKA – po co im tyle mleka? Co oni robią z tym mlekiem? A na Teneryfie przed nami w Mercadonii stało małżenstwo z obowiązkowymi trzema zgrzewkami mleka po 24 litry każda ORAZ w dodatku mieli STO KILO MARCHWI. „Może mają króliki” – stwierdził N. Po co ludziom tyle mleka, Droga Redakcjo?

      by Barbarella at październik 21, 2014 04:44

      zycie na kreske

      październik 20, 2014

      zimno

      2.258 [O postkoitalnej]


      Znacie to?
      Prezerwatywa się zsuwa w trakcie namiętnych wygibasów, albo ---
      Odkładasz tabletki na miesiąc, żeby poczuć przez chwilę własny cykl hormonalny, a on obiecuje, że będzie uważać, albo ---
      On co prawda już odszedł, więc antykoncepcja też poszła w odstawkę, ale wrócił na chwilę po książki, płyty, po ubrania i został do śniadania, albo ---
      Znacie to, prawda?
      Rano po wewnętrznej stronie uda płynie biała, gęsta strużka i myśli też płyną jak zwariowane.

      W Poznaniu robi się dalej tak:

      -----------------------------------------------------

      Ale, ale, zanim tu opowiem o Poznaniu wróćmy do początku tej brzydkiej bajki. Na początku jest ich dwoje – małżonków, narzeczonych, kochanków. Jednak od teraz ona zostaje sama (nawet, kiedy on ją wozi od Annasza do Kajfasza, siedzi z nią i trzyma ją za rękę na szpitalnych korytarzach – ona jest sama).

      -----------------------------------------------------

      Lekarz pomocy doraźnej – bo się trafił akurat weekend i dostępność publicznej służby zdrowia na poziomie dla zaawansowanych – więc lekarz pomocy doraźnej ma na oko dwadzieścia parę lat, jest szczupły, schludny, w obcisłym swetrze pod fartuchem z logo jakiegoś czempiona farmacji. Siedzi za biurkiem i zapisuje tabele w formularzu.
      - Proszę o receptę na antykoncepcję postkoitalną – mówi pacjentka.
      Przysiadła na brzegu krzesła z torbą kurczowo ściśniętą na kolanach, dorosła, ale po pensjonarsku zawstydzona wydukaną właśnie między liniami deklaracją, że się przed momentem zmysłowo tarzała w prześcieradłach.
      Lekarz wolno podnosi wzrok znad wypełnionych tabel. Chrząka. Zaschło mu w gardle.
      - Słucham? – pyta z emfazą. – O co pani prosi? – męski głos przechodzi w dyszkancik.
      - O receptę – powtarza pacjentka, jej głos też się zaciął – na-anty-koncepcję-post-koitalną. Potrzebuję recepty …
      Powietrze tężeje od niewypowiedzianych dogmatów. Biurko się zwęża i wyciąga w ambonę, zamiast żrącej woni eteru albo zapachu szafki z lekami – olibanum.
      - Nie wypisuję recept na leki wczesnoporonne – recytuje zakładnik wyznaniowych aksjomatów w przebraniu lekarza. – Proszę wyjść z gabinetu i poprosić kolejną osobę. Żegnam panią.
      Ale …
      Ale.
      Ta scena mogła trwać. Mogło dojść do gwałtownej wymiany zdań na temat publicznego charakteru placówki i braku możności odmowy wypisania recepty na legalny środek leczniczy dopuszczony do obrotu w kraju. Nie wczesnoporonny, a postkoitalny. Mogły popłynąć łzy i zaklęcia, mogło dojść do próby emocjonalnego szantażu.
      To nigdy nie działa. Żadna metoda nie łapie, pacjentka jedzie do szpitala.


      - Potrzebuję receptę na antykoncepcję postkoitalną – mówi kobieta i się przechyla przez wysoki blat szpitalnej rejestracji.
      Cztery albo pięć pielęgniarek okupuje niskie fotele w głębi kanciapy.
      - Słucham? – mówi siedząca najbliżej.
      Kobieta powtarza zdanie o recepcie jak mantrę.
      - Badanie jest odpłatne – pielęgniarka siedząca najgłębiej wstaje i się chwyta pod boki gestem dojarki. Jest potężna i groźna. Marszczy twarz. – Sto osiemdziesiąt złotych plus koszt badania krwi. I trzeba czekać. Rodzące wchodzą najpierw.
      - Ile? – cicho pyta kobieta. - Czekać?
      - Ile wypadnie.
      Kobieta wyciąga dwa stuzłotowe banknoty z portfela, a później staje pod ścianą w szpitalnej poczekalni. Co prawda ma ubezpieczenie zdrowotne i prawo do nieodpłatnych świadczeń w placówkach publicznych, ale to prawo się tu na nic nie nada.

      Jest także inna wersja. Kobieta nerwowo stuka w menu telefonu i w listę kontaktów. Dzwoni do kilku koleżanek. Anka obiecuje, że zadzwoni do Magdy. Jest niedziela rano, jedzą rodzinne śniadanie. Magda po chwili oddzwania, że sama już co prawda nie wie, bo od kilku lat nie potrzebowała, ale porozmawia z Dagmarą. Dagmara przesyła esemesem prywatny numer do lekarza. Lekarz odbiera połączenie mimo niedzieli rano, podaje swój domowy adres. Otwiera drzwi, kasuje dwieście złotych, podaje kobiecie płaskie opakowanie.

      To jest wyłącznie kwestia kilku stów, jak zawsze w sprawach, które się wiążą z macicą, zapłodnieniem, rozmnażaniem homo sapiens. Te sprawy, w których sumienia jednych płoną świątobliwym wzmożeniem, u innych się załatwia od ręki, o ile się ma za co.

      … o ile jest się z miasta i ma się do dyspozycji wiele aptek. Bo nawet w dużym mieście niektóre apteki „takich rzeczy nie sprzedają”. I nie, nie mogą sprowadzić na jutro na zamówienie. Nie było pytania.
      - Coś jeszcze podać? – pyta farmaceutka.
      - Nie, nie, dziękuję. Z zestawu witamin dla ciężarnych póki co nie skorzystam, pozwoli pani.
      Pacjentka wychodzi z apteki i w gniewie trzaska drzwiami.


      -----------------------------------------------------


      Nie organizuję Poznańskiej Grupy Wsparcia dla tych, którym odmówiono antykoncepcji postkoitalnej. Te historie przychodzą do mnie same, zastępami.
      Boję się takiego świata i to boję się podwójnie – dla siebie (ale ja sobie poradzę) i dla mojej córki, jej koleżanek …


      -----------------------------------------------------


      Oddajmy tymczasem głos lekarce z publicznego szpitala (przeprowadziłam ten wywiad naprawdę, od miesięcy zbieram materiały):
      - Przychodzą prosto z klubu, pijane. Awanturują się na korytarzu. Jakby nie mogły poczekać do rana. Trzeba się było zabezpieczyć. A one się rżną, z kim popadnie. Same się proszą o takie sytuacje.
      A ja tylko pytałam, dlaczego procedura w publicznej placówce służby zdrowia nie może wyglądać tak, że kiedy pojawia się dziewczyna w potrzebie, jest badana, a później dostaje receptę, którą może zrealizować w przyszpitalnej aptece? To mogłoby trwać kwadrans.
      - … człowiek na dyżurze nie odpocznie, całą noc tu przyłażą. Nie zostawię porodu, żeby się zająć pijaną …

      Żadna z dziewczyn, z tych, z którymi rozmawiałam o postkoitalnej nie pognała do lekarza z klubu, żadna nie była nietrzeźwa (a nawet jeżeli byłaby, to czy można ją traktować jak wyjętą spod prawa?). Wszystkim się zdarzył wypadek z mężem albo ze stałym partnerem. W większości mają już dzieci.

      Znacie to?
      Posłuchajcie, czy tak jest w porządku? Czy tak nam odpowiada?


      -----------------------------------------------------


      Mnóstwo leków ma skutki uboczne, te na nadciśnienie mają, te na problemy skórne i te, które są na choroby stawów. Nawet leki przeciwbólowe, dostępne obok lizaków przy kasie w supermarkecie mogą rozstroić to i tamto.
      A kto słyszał, żeby lekarz ze względów moralnych odmówił wypisania recepty pacjentowi z problemami z krążeniem? Albo temu, który przyszedł obsypany jakimiś pryszczami? A przecież wysypka to drobny kłopot w porównaniu osteoporozą, jaskrą albo zaćmą wywołaną sterydami.
      Dzieci są szczęściem i błogosławieństwem, ale w trzy godziny po stosunku o jakim dziecku rozmawiamy?



      Więc niech się wreszcie o tym zacznie mówić. Że dostępność pigułek postkoitalnych jest żadna – i to w dużych miastach. I że wszystko wymaga kasy. Bo nawet w publicznym ośrodku zażądają niemałego haraczu. A później będziesz krążyć po mapie w poszukiwaniu apteki, która to sprzedaje.


      Znacie to?




      W tej sytuacji puenta może być tylko taka, jak ta Doroty Wellman, szeroko w ostatnich dniach omawiana i z lewa, i z pudelka i z prawa.





      by zimno (noreply@blogger.com) at październik 20, 2014 11:53

      Zuzanka

      notatki na mankietach

      futrzak

      Właśnie naszła na pobliski warzywniak i mięsny. Panowie urzędnicy dali naklejki z kodem QR (codigo QR – Codigo de Respuesta Rapida czyli „kod natychmiastowej odpowiedzi”). Przylepia sie toto na drzwi i następnym razem gdy urzędnicy przechodzą, skanują tylko ten kod i (automatycznie online) sprawdzają, czy firma jest:
      – zarejestrowana
      – zapłaciła podatki

      QR Code

      Nie powiem, całkiem zgrabnie to pomyślane. Do skanowania służą urządzenia mobilne (smartfony) ze specjalną aplikacją, ktorą można za darmo ściągnąć sobie ze stron AFIP (urzędu podatkowego). Dzieki temu każdy klient może sobie sprawdzić czy dany biznes działa legalnie i czy nie zalega z podatkami.
      Rejestracja w tymze systemie dla biznesów jest obowiązkowa zdaje się, że od 2012 roku.

      Sama rzecz nie jest nowa, QR code wynaleziono w 1994 roku i zostal zaprojektowany do śledzenia częsci samochodowych w procesie produkcji. Potem znajdowal coraz wiecej zastosowan – m. in. w kampaniach reklamowych i najrożniejszych systemach sprzedaży.

      Dziś jest też używany przez prowincję Buenos Aires do najróżniejszych spraw urzędowych np. odnawiania dokumentów tożsamości, prawa jazdy i innych.


      by futrzak at październik 20, 2014 04:48

      Kura

      Polisze bez swetera

      Monachium.

      Jesteśmy w parku. Wijąc się wśród liści słyszę znajome dźwięki.

       

      Rozmawiają dwie kobiety. Obok dwójka dzieci.

      - Tak, tak, to ta Beata, którą spotkałam na szpilplacu* - mówi jedna z nich.

      - Oooddaj, oooooddaj! - krzyczy chłopiec.

      - Nie ciąg, nie ciąg go! - mówiąca macha ręką.

      Jednym okiem szukam kasztanów, drugim podsłuchuję :)

      - Aaaa, to mooooje! - chłopcy zaczynają wyrywać sobie kasztany.

      - Ona już była w arbajtsamcie**, i oni, i oni powiedzieli, że... Nie ciąg mówiłam!- kobieta powiewa swetrem w kierunku chłopców.

      Wstają.

      - Ubieraj swetr***! Idziemy! - druga usiłuje owinąć chłopca polarem.

      - A dostała jakieś absagi****? - pyta pierwsza z niepokojem.

       ...

      - Muniu? - G.pyta tajnym szeptem.

      - Uhm? - podglądam akcje ze "sweterem".

      - Czy oni mówią po polsku? - G.patrzy pytająco.

      - Nie.

       

      Pozdrawiam

      Kura bez swetera, bo nie ma wiatera

       

      PS

      Tak, wiem. To jest kąśliwy wpis. 

      Musiałam, bo "czasami człowiek musi, inaczej się udusi" ( to z piosenki "Śpiewać każdy może", wykonanie Jerzy Stuhr).

       

      *szpilplac - po niemiecku Spielplatz - plac zabaw

      **arbajtsamt - po niemiecku Arbeitsamt - urząd pracy

      ****absaga (a może absag, kto to wie) - po niemiecku Absage - odmowa

      *** Nie można ubrać swetera. To nie choinka. Tu więcej PWN

      by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at październik 20, 2014 03:34

      moje waterloo

      Kura

      Stary niedźwiedź mocno nie śpi - ranking zabaw

       

       

      Powyżej moje ulubione zabawy.

      Bezdzietnych omija tyle rozrywek... ;)

       

      Pozdrawiam

      Stara Kura

      by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at październik 20, 2014 02:01

      Dzieciowo mi

      Jak zrobić zabawkę ze starej skarpety?

      Ha! Potrzeba matką wynalazków! Wyjaśnijmy sobie od razu na początku jedną rzecz, która uprości i zasadniczo wpłynie na percepcję tej oto produkcji słownej, a i przekaz wizualny klarowniejszy się okaże. O personelu na etacie matki można powiedzieć wszystko, ale nie to, że jest utalentowany plastycznie. W sztukach plastycznych personel reprezentuje galopujący antytalent, który w połączeniu z możliwościami wokalnymi potrafi dać mieszankę zwalającą z nóg. Personel, kiedy chce wymóc coś na zarządzie spółki, to zaczyna śpiewać. Działa bez pudła, bard Kakofoniks może się schować.

      Nieważne, wracamy do sztuk plastycznych, co pozwoli nam swobodnie nawiązać do tytułu i wyjaśnić, o co kaman. Prezes spółki Trójca Świetna Sp. z o.o. bujająca się po szpitalnych SPA i przebywająca obecnie w domu na L4 w towarzystwie personelu, zapłonęła potrzebą posiadania pacynki. Pacynka nie pojawiłaby się tak po prostu, gdyby nie program na TVP ABC przedstawiający instruktaż, prawdaż, popełnienia tejże. Pacynkę można zrobić ze starej skarpety.

      I to jest genialne rozwiązanie dla tych, którzy tak jak personel na etacie matki posiadają pralki specjalizujące się w redukcji pogłowia skarpetek o połowę. Po jednej z pary. To jest jakiś spisek. Niesamowita sprawa, wkładasz do pralki dwie skarpety, wyjmujesz jedną. Amba wsiorbała, nie ma drugiej i kropka. Pozostała część wybrakowanych par skarpet została więc przez personel przeprogramowana do roli kukiełek i produkcja przybrała skalę imponującą. Kukiełki wykonuje się w sposób tak prosty, że nawet elementy uzdolnione w tym samym stopniu co personel poradzą sobie fantastycznie. Wystarczy naszyć guziki i tym samym wyposażyć pacynkę w oczy i gębę.

      zabawka_skarpetka2

      Oczywiście prezes oprotestowała momentalnie rezultat podjętych przez personel działań, bo pacynka okazała się NIE TAKA jak w telewizji. No ale cóż, lud pracujący miast i wsi jest, jaki jest, nie ma co się zżymać, trzeba wytrzymać. Jasne, że można doszyć jej włosy, można dorobić inne bajery, ale to wymaga odpowiedniego przeszkolenia załogi, a załoga zbytnio się do szkoleń nie pali. Prezes dokonała więc oficjalnych testów produktu takiego, jaki był.

      zabawka_skarpetka

      Pacynka miała służyć do tego, co jest jej przypisane z natury, czyli do występów teatralnych.

      I teraz dochodzimy właśnie do warstwy wizualnej. Prezes pokusiła się bowiem o performance w pełni improwizowany. Scenariusz tworzył się na bieżąco, a personel miał za zadanie filmować efekty działań twórczych. Personel filmował. Produkcję opatrzył stosownym wstępem i zakończeniem, a występ skrócił o połowę. Powiedzmy sobie wprost, Oskar za montaż to jeszcze nie ten etap, ale być może będą z człowieka ludzie. Proszę więc wybaczyć personelowi wpadki produkcyjne (zdarzają się najlepszym).

      I najważniejsze. We wstępie i zakończeniu mowa o ogonku. Dopiero po zmontowaniu całości i odczekaniu jakiejś dekady, kiedy to efekty zostaną przetworzone i zapisane, personel na etacie matki zajarzył, że nie chodziło o ogonek, a o patyczek. Tytuł sztuki powinien więc brzmieć „W poszukiwaniu straconego patyczka”. I tego się trzymajmy (nie wiem, co mi tam z tym ogonkiem).

      by kruszyzna at październik 20, 2014 01:51

      Blog do czytania

      Prawie wszystko, co musisz wiedzieć przed Blog Forum Gdańsk 2014 (FAQ)

      Już za parę dni, za dni parę… polska blogosfera ponownie spotka się w polskiej stolicy internetów. Co trzeba wiedzieć, aby być przygotowanym na edycję 2014? Dobre rady dotyczące przeżycia BFG podawał Paweł Opydo. O kilka dni z tematem ubiegł mnie też Marcin Michno (i mogę się teraz zaklinać, że się nim NIE inspirowałem). Ale te ich […]

      by mrcichy at październik 20, 2014 09:30

      Dzieciowo mi

      Czym, gdzie i jak mierzyć temperaturę u dziecka?

      Tja, to wesoło ostatnio mamy. Najpierw trzy tygodnie w domu z chorym dzieckiem, potem szpital z tym samym dzieckiem, potem powrót i – ależ oczywiście – cudowne chwile z trójką chorych dzieci w domu, a dzisiaj dwójka poszła do przedszkola, a to jedno, szpitalne zresztą, ma umówioną wizytę u lekarza. 39 stopni gorączki. Świetnie, rwa, świetnie (a echo na to mać, mać, mać). W planach trzy poradnie w ramach poszpitalnych kontroli, czwarta w zapasie, kontrolne USG i inne badania, niedługo więc i ja będę się musiała leczyć. O, już mi oko mryga, cytując Osła ze Shreka. Skoro o tej temperaturze mowa, to logiczne będzie stwierdzenie, że czymś to odkrycie zostało dokonane i to coś nosi miano termometru. Z termometrami i mierzeniem temperatury u dzieci jest jedna wielka jazda.

      No bo tak, chcesz zmierzyć dobrze. Po pierwsze chcesz wiedzieć, czy JUŻ masz podawać coś przeciwgorączkowego, czy JESZCZE się wstrzymać. Po drugie, gdyby coś się działo, musisz wiedzieć, czy JUŻ lecieć do lekarza lub dzwonić po karetkę, czy JESZCZE sprawa się mieści w pojęciu „zasiali górale panikę”. W ogóle tak jakby spojrzeć, to wychodzi na to, że wszystkie manewry rozgrywają się pomiędzy jeszcze a już. I wic polega na tym, żeby odpowiednio rozeznać i sprawnie się wstrzelić.

      No dobra, to co z tym mierzeniem temperatury? Boleję nad faktem wycofania z użytku termometrów rtęciowych. Rwę szczecinę (co ją sobie w sobotę machnęła byłam na czerwono, w związku z czym małżon obdarował mnie ksywą „małpa w czerwonym” :) ), z bólu nie mogę się pozbierać, ale niestety jestem dzisiaj zdana wyłącznie na termometry elektroniczne, które oceniam przeróżnie, lepiej i gorzej, ale zawsze niżej niż precyzja pomiarów termometru rtęciowego. Tak sobie pomiarowo zacofana jestem, to jeden z wielu moich odchyłów od normy.

      Zanim sięgniemy po termometr, temperaturę można dziecku zmierzyć tymi ręcyma. Lub dzięki uściech. Usta lub rękę przykładamy do czoła lub karku dziecka. Rodzic zaprawiony w bojach jest w stanie nawet stwierdzić, czy temperatura przekracza 38 stopni czy nie. Serio, serio. Oczywiście nie poprzestaję tylko na tym, ale w ostatnim czasie, mówię wam, bez pudła. Macam, stwierdzam, że pewnie trzeba będzie coś podać, mierzę elektronicznie i bingo, 38,5. Oczywiście bierzemy poprawkę na to, czy przypadkiem właśnie nie wróciliśmy ze spaceru lub dla odmiany nie wyskoczyliśmy z wanny.

      Gdzie najlepiej mierzyć temperaturę? Mówiąc bardzo obrazowo, mierzenie najlepiej mieć w dupie. Dosłownie. Są cztery miejsca, które mniej więcej oddają powierzchniową temperaturę ciała. To odbyt, pacha, ucho i usta. Dlatego najlepiej zaufać pomiarom dokonywanym za sprawą wetknięcia termometru w to i owo.

      by kruszyzna at październik 20, 2014 08:51

      Czytadelko

      Tajemnica mojej matki - Jenny L. Witterick

      Tajemnica mojej matki to oparta na faktach historia opowiedziana z perspektywy czterech zupełnie różnych i pozornie obcych sobie ludzi. Heleny, która wraz z matką Franciszką podczas wojny dawała nie tylko schronienie, ale chyba przede wszystkim nadzieję na przetrwanie tego okrutnego czasu. Vilheima, młodego Niemca, przydzielonego do patrolowania getta, który bojąc się przerzutu do Rosji, prosi o pomoc Franciszkę. Małego Mikołaja, syna lekarza-Żyda. Lekarza przed wojną poważanego, a w jej trakcie przeznaczonego, podobnie jak reszta narodu, jedynie do odstrzału. Oraz Bronka, mężczyzny, który z powodu śmierci ojca zbyt wcześnie przestał być chłopcem, a stał się głową rodziny, odpowiedzialną za matkę i młodszego brata Dawida. Wszyscy oni w pewnym momencie zamieszkują jeden dom; ci, którzy się ukrywają nie wiedzą nawzajem o swoim istnieniu. Powieść Jenny L. Witterick powstała na podstawie prawdziwej historii Franciszki Halamajowej i jej córki Heleny, odznaczonych tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Obydwie dzień po dniu ryzykowały życie nie tylko ukrywanych u siebie osób, ale przede wszystkim swoje własne. Na pewno nie było im łatwo, a do codziennego strachu przed zdemaskowaniem dochodziły jeszcze osobiste tragedie. 

      To opowieść o odwadze, która nie potrzebuje poklasku i bohaterskich czynach, które jednak zostały docenione dopiero wiele lat później. O dwóch kobietach, które potrafiły zachować ludzką twarz, w czasie, gdy znacznie łatwiej było ją odwrócić w drugą stronę.

      Są trzy rodzaje ludzi na świecie, Helenko. Jedni zobaczą rannego kota na ulicy i nie poświęcą mu choćby jednej myśli. Drudzy spojrzą na kota i powiedzą do siebie: "Jaki biedny kotek", a potem pójdą i będą się dalej zajmować swoimi sprawami. Ale jest i trzeci rodzaj ludzi. Ci, kiedy widzą cierpienie, współczują i idą o krok dalej: niosą pomoc.*

      Choć sama historia Franciszki Halamajowej porusza i warto o niej przypominać, choćby za sprawą książek takich jak ta, to w tym konkretnym przypadku zabrakło mi większych emocji. To opowieść, która powinna poruszyć do głębi, a choć Tajemnica mojej matki napisana jest sprawnie, to jednak, mam wrażenie, że całość wydarzeń opisana jest dość powierzchownie. Autorka ślizga się po powierzchni, niby pisze o emocjach bohaterów, ale nie wnika w nie, czytelnik zupełnie nie czuje ich tęsknoty, niepewności, lęków, smutków czy przerażenia. Można pisać o miłości, ale nigdy jej nie przeżyć i w tym opisie czuć będzie pewną nieszczerość, tak właśnie miałam czytając powieść Jenny L. Witterick.

      Myślę jednak, że ta powierzchowność jest też jednocześnie zaletą. Witterick nie epatuje brutalnością, a całość wydarzeń uderza w czytelnika z niewielką mocą, co sprawia, że jej książka idealnie nada się dla młodszej młodzieży. Gotowej poznać losy wyjątkowych ludzi, odznaczających się nieludzką wręcz odwagą, a jednocześnie być może jeszcze nieprzygotowanych na to, by zmierzyć się z okrucieństwem, którego nie można porównać do niczego innego.

      Jenny L. Witterick, Tajemnica mojej matki , Poznań, Dom Wydawniczy Rebis 2014

      *s. 55

      by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at październik 20, 2014 07:24

      Slow Day Long

      Po siódme: Nie kradnij. Również moich zdjęć w internecie!

      W końcu dopadło i nas. Kiedy czytaliśmy na profilach innych blogerów, że ich zdjęcia są kradzione, modyfikowane, przycinane czy powielane, było to dla nas niczym science fiction. Do niedawna, kiedy to sami padliśmy ofiarą przestępstwa. Tak, przestępstwa, bo inaczej nie da się tego nazwać.

      O całym zajściu poinformowała nas jedna z naszych czytelniczek. Kilka dni temu przesłała nam linka do strony internetowej przedszkola, które reklamowała twarz Alicji. Zdjęcie zostało przycięte tak, aby nie było widać znaku wodnego naszego bloga. W sumie, jeśli ktoś nas nie czyta i nas nie zna, to tylko wzruszyłby ramionami. Ot twarz jakiegoś tam dziecka. Niestety, to nie jest tak. To była twarz naszego dziecka, a zdjęcie wykonałem osobiście.

      Dzwonię do naszego prawnika, któremu pokazuję ową stronę. Po godzinie dostaję odpowiedź. Niczego nieświadoma pani, złamała kilka paragrafów. Po pierwsze, prawa autorskie. Po drugie, wykorzystanie wizerunku Ali bez naszej zgody. Po trzecie, modyfikacja zdjęcia. Po czwarte, wykorzystanie fotografii do celów reklamowych. Jest grubo!

      Mając w ręku ekspertyzę, zgodnie z radą mojego prawnika, idę na policję. Do tematu podchodzą z pełnym profesjonalizmem. Od spisującej protokół policjantki, jak się okazuje, specjalisty od przestępstw internetowych, dowiaduję się, że mój przypadek nie jest odosobniony. Tego typu zgłoszeń dostają dziennie przynajmniej kilkanaście. Sugeruje mi jednak, abym próbował się dogadać. Jeśli to się nie uda, to nie będą mieli wyjścia, jak wszcząć postępowanie. Przedstawione przeze mnie dowody, są w sumie nie do podważenia.

      Dzwonię do właścicielki przedszkola. Nie ma jej jeszcze w firmie. Pracownikowi placówki streszczam pokrótce o co chodzi. Po godzinie oddzwania do mnie… jej prawnik. W kilku słowach przedstawiam temat, ale on przerywa mi pytaniem: Ile? Dwa dni później pieniądze były na naszym koncie. Bez szemrania i dyskusji. Bo nie było specjalnie z czym polemizować. Jednak nie każdy posiada odpowiednią wiedzę, jak w takich przypadkach należy walczyć o swoje. A przede wszystkim, że trzeba!

      Świadomość naszego narodu stale rośnie, ale odnoszę wrażenie, że większość z Polaków nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że pomiędzy kradzieżą obrazu z muzeum, a czyjegoś zdjęcia w internecie, nie ma żadnej, ale to żadnej różnicy. Nie dotyczy to jednak jedynie zdjęcia. Mam na myśli każde dobro intelektualne, którego jesteśmy twórcą.

      Mam na przykład taką klientkę (powinienem raczej napisać, że miałem), która od dłuższego czasu kradnie mój cenny czas. Ta osoba pracując w pewnej firmie, zaangażowała nas do przygotowania skomplikowanej oferty, na organizację konferencji dla jej pracowników. Ofertę przygotowaliśmy, a i owszem, licząc, że zdobędziemy nowego i dużego klienta. Już słyszałem szum złotówek, wpływających na naszego konto. Jak bardzo to przyjemny jest dźwięk, nie muszę chyba nikomu tłumaczyć. Kontraktu nie podpisaliśmy, bo… zdaniem naszej niedoszłej klientki wydarzenie zostało przełożone na inny termin. Jak tylko się coś wyjaśni, zadzwoni do mnie ponownie. Tere fere kuku!

      Zadzwoniła, a i owszem, jakiś miesiąc temu, mniej więcej rok po ostatnim kontakcie. Moja niedoszła klientka, pracując dla zupełnie innej firmy znowu potrzebowała od nas pomocy. Tym razem, byliśmy już jednak dużo bardziej ostrożni. Wcześniej, dostała praktycznie gotowca, na którego podstawie, jakby mocno się postarała, mogła zorganizować wszystko sama. Ofertę przygotowaliśmy, a i owszem, ale bez podawania tak dużej liczby szczegółów, jak ostatnio. Nie chcieliśmy sfrajerować się po raz kolejny. Niestety, nasza intuicja znowu nas nie zawiodła.

      Tuż po przesłaniu oferty, owa pani popełniła „małą” pomyłkę. Chciała wysłać do pracownika swojego działu, naszą ofertę, wraz z informacją, aby ten poszukał tańszych odpowiedników naszej propozycji. Niestety (dla niej), omyłkowo wysłała ją do… nas. Potem się tłumaczyła, że się pomyliła. I powiedzielibyście, że wszystko jest przecież w porządalu, bo wolny rynek, konkurencja, to i tamto. Z jednej strony to całkowita prawda, ale z drugiej…

      Złodziejka naraziła nas na straty, koszty i zmarnowała nasz czas. Aby przygotować ofertę, musieliśmy spędzić nad nią dwa dni, wykonać ileś tam telefonów itd. Jeśli zostałaby odrzucona, bo ktoś dał inną, lepszą, byłoby OK. Ale jeśli służyła jako podkładka, jako baza do tego, aby na podstawie naszego pomysłu, ktoś poszukał sobie nowego, tańszego rozwiązania, według nas, to nic innego jak po prostu pełne skurwysyństwo.

      Tym bardziej, że po dwóch dniach dzwoni do nas nasz podwykonawca, do którego jakimś cudem dokopała się wyżej opisywana cwaniara, prosząc o wycenę bliźniaczego zapytania, które wysłała do nas. Ale… Nasz partner był już na to przygotowany, bo go uprzedziliśmy. Znał nazwę firmy, specyfikację zapytania itd. Jedynie, co mógł im wysłać, to prośbę o kontakt z nami. Grunt, to pracować z porządnymi ludźmi.

      Nie muszę chyba dodawać, że z kontraktu nic nie wyszło. Kilka dni później dostałem telefon z informacją, że nasza oferta była naprawdę super, ale.. wydarzenie zostało przełożone na inny termin. Odezwą się następnym razem. I nie napiszę Wam, co sobie wtedy pomyślałem. Bo było to bardzo niegrzeczne sformułowanie.

      Kradzież. To grzech i przestępstwo. Nie ważne, czy mówię o rowerze, który jakiś idiota buchnął mi spod klatki, na tydzień przed naszym urlopem, czy o nielegalnie zainstalowanym programie komputerowym, który masz na swoim laptopie. Tak samo jest z muzyką, czy filmami. Jakiś czas temu, też nie widziałem w tym problemu. Jest w sieci, można pobrać za free, no to jedziemy!

      Przebudzenie przychodzi jednak, kiedy problem dotknie nas samych. Wyobraźcie sobie, że to Wy jesteście twórcą, któremu ktoś kradnie piosenkę, tekst czy artystą, którego obraz ktoś sfotografował, a reprodukcję puszcza dalej w świat. Wpadliście na pomysł jakiegoś innowacyjnego biznesu, rozwiązania, albo nowatorskiego scenariusza filmowego. Mówicie o tym komuś, ktoś to podpisuje swoim nazwiskiem i sprzedaje dalej itd. Nie byłoby Wam fajnie, uwierzcie mi.

      Właścicielka przedszkola w Sopocie dostała nauczkę. Zdaniem naszego prawnika i tak zbyt mało surową, bo powinniśmy zażądać znacznie większej kwoty. Ale tu nie chodzi o pieniądze, ale o zasady.

      Kradzież to kradzież. Nie ważne, co kradniemy. Czas, zaufanie, zdjęcie czy telefon. Oczywiście, prawo przewiduje coś takiego, jak znikoma szkodliwość społeczna czynu, ale… Bóg ustalił przykazania, w których nie różnicuje, co było mniejszym, a co większym przestępstwem.

      Warto pamiętać, że On widzi wszystko. Nawet, kiedy nam się wydaje, że tak nie jest.

      p.s. Zdjęcie tytułowe wykonałem osobiście, podczas wystawy w Muzeum Sztuki Współczesnej „MOCAK” w Krakowie. Podczas wystawy można było robić zdjęcia ekspozycji. To tak przy okazji.

      by Damian at październik 20, 2014 06:02

      zycie na kreske

      Kura pazurem

      Odlatują ptaki, idzie zima

      Czasami rozmowy pomiędzy kobietami nabierają surrealistycznego wymiaru. Piszę to z pełną świadomością jako kobieta właśnie. Ostatnio przeprowadziłam ciekawą rozmowę, po której pół dnia zastanawiałam się „ale-o-co-cho-dzi?” i szukałam drugiego dna, podtekstów itp.

      ptakiDzwonię do M., by sobie pogadać. Nie podam, kim jest M., bo by mi nogi z czterech liter powyrywała, a na koniec rosół z kury by sobie sprawiła.

      Dzwonię więc do M. Opowiadam jej, co się ostatnio wydarzyło. Na wyżyny intelektu się wznoszę, na wyżyny emocji również. Potem M. opowiada i mniej więcej jest na tych samych wyżynach, gdy nagle ni stąd ni zowąd wypala (a dodam, że ani słowa nie zamieniłyśmy o pogodzie, ani o zmienności pór roku, ani o zachowaniu zwierząt):

      – Widziałam gęsi lecące do ciepłych krajów. – Ona.

      – A skąd wiesz, że to gęsi? – Ja. Nie potrafię rozróżnić z takiej odległości, no sorry, ale z dołu wszystkie ptaki lecące do ciepłych krajów wyglądają tak samo. Duże i w kluczu.

      – Gęgały. – Ona.

      – No tak, to wiele wyjaśnia. – Ja.

      – Ale wiesz, na czele tego klucza to leciał samiec – Ona.

      – A co? Jego jajka z ziemi zauważyłaś? – Ja. Rechoczę ze swojego błyskotliwego poczucia humoru, jednak M. się nie udziela.

      – Mówię ci, to był samiec. – Ona.

      – ???? – Ja. Czekam na jakieś sensacyjne wiadomości w stylu, że kupę na nią zrobiły i jej fryzurę zniszczyły albo że zderzyły się z innym kluczem gęsi.

      – Zima idzie. – Ona. Stwierdza filozoficznie, czym zbija mnie z pantałyku. – Będzie sroga.

      – M., słuchaj, a nie uważasz, że to normalne, że o tej porze roku, to ptaki odlatują, by właśnie przed zimą zdążyć? – Ja. Z lekkim wahaniem, bo nie wiem, o co chodzi.

      – Nie tak wcześnie – Ona. Zdecydowanie.

      – Nie chcę cię martwić, ale minęła właśnie połowa października. – Ja. Ciągle z wahaniem.

      – Świrujesz? – Ona. Jakby obudzona. Słyszę, jak człapie po mieszkaniu i chyba szuka kalendarza, bo coś o tym pod nosem mruczy. A ja oczywiście niczego nie świruję, powaga jak nigdy. – Bez jaj. Minęła połowa października, jeden dzień! – Ona. Z tryumfem.

      – No – Ja. I w duchu gratuluję jej odkrycia.

      Kończymy rozmowę, po której długo drapię się po rozczochranej. Kocham takie dialogi. Toż wyobraźnia ludzka nie byłaby w stanie czegoś takiego stworzyć.  A że czas ucieka jak szalony to oczywista oczywistość, trudno nadążyć.

      *

      *

      PS  A ja dzisiaj raniutko po 7 będę mieć nagranie do TVP Gdańsk. Chyba pójdzie na żywo. Panorama o 7.30. Zapomniałam dopytać szczegółów.

      Wiedziałam, że mogłam dietę zacząć dużo wcześniej!!!!!!!!!!!!!!! A tak to po ptakach… No, ale wiadomo, ptaki odleciały… ;-)

      by anna at październik 20, 2014 03:14

      październik 19, 2014

      zapiski zgagi

      ,,To ostatnia niedziela…”

      Taka ładna tego roku. I niewykorzystana…

      Małża głowa bolała cały dzień, więc nie do życia był. A szkoda… Miałam plany, nie wyszło, trudno!

      Jedyne, do czego go przymusiłam, to zasadzenie paru roślin, których wczoraj dostarczyła Hania.  Irysy, ozdobne trawy i brodate goździki w liczbie dwóch. Sama też trochę w ogrodzie poszalałam, wyrywając co już zbędne, przycinając to i owo. Na przykład wierzbę biało-różową.

      Nastawiłam też ostatnią w tym roku nalewkę. Z ananasa, a dokładniej z jednego całego i drugiego w połowie.  Akurat trafił mi się niedrogi, a pewny, spirytus. Waham się, czy dodać goździki, cytrynę  i laskę wanilii, czy pozostawić sam owoc. Może podzielę nalew na pół?

      Asia powróciła z Holandii, Pierworodny dotarł po południu do Hagi. Dziś imieniny Ireny, naszej przyszywanej, acz bardzo ukochanej, ciotki! Będę dzwonić wieczorem z życzeniami… I może Sister namówię na telefon, bo mąż cioci był jej chrzestnym.

      Dziś wyprawa na orzechy bardzo owocna!  Ponad pół reklamówki! Ale to dlatego, że  wśród licznego listowia opadłego kijaszkiem grzebałam… Wieczorem rozszalała się wichura, może jeszcze coś  postrąca? Chociaż nie słyszałam… Lornetką podglądam, czy jeszcze cosik na drzewie zostało?

       

      by Zgaga at październik 19, 2014 10:20

      Zuzanka

      Ania 13

      W tej chwili nienawiść

      Wszyscy żyliśmy już i każdy z nas może mieć nawet wiele wcieleń równocześnie. Potrafię sobie to wybrazić lepiej, gdy spotykam szkolną koleżankę w tramwaju. Ma zuchwałe szesnaście lat, jak w dniu, w którym spotkałyśmy się po raz pierwszy, pod szkołą. Potknęłam się na krzywych płytach chodnika, a ona pomogła mi pozbierać rozsypane papiery.
      – Dziękuję – uśmiechnęłam się nieśmiało. Nie czułam się zbyt pewnie. Nie wiedziałam, czy moje plecione z rzemieni buty nie będą za bardzo powszechne? Czy długa spódnica, do której sama przyszywałam przez pół nocy koraliki, pozwoli mi zaskarbić życzliwość najfajniejszych uczniów? Obawy, trzęsące się nogi i wystająca płyta chodnikowa odpruły koraliki, pocięły rzemienie.

      Jeszcze chwytałam oddech, trzymając palcami ziemię jak sprinter przed biegiem, gdy kątem oka dostrzegłam, że ktoś podnosi z trawnika moje ubiegłoroczne świadectwo. Podziękowałam w myślach i znienawidziłam w tej samej chwili. Trudno lubić kogoś, kto był świadkiem upadku.
      – Wstaniesz sama? – zapytała.
      Potrząsnęłam głową, nie chciałam pomocy, ale po męsku zinterpretowała moje „tak” jako „nie” i rzuciła się mnie podtrzymać. Znienawidziłam ją jeszcze bardziej, bo trudno lubić tego, kto pomaga wbrew nam.

      Tę samą nienawiść czytam w oczach pani, której moja koleżanka pomaga wysiąść z tramwaju. Która nastolatka zrywa się, gdy starszy człowiek wsiada do wagonu, która nastolatka wyskakuje z tramwaju na przystanku, by pomóc wysiąść starszej osobie o lasce, która nastolatka z równą łatwością potrafi zaskarbić sobie niewdzięczność człowieka, któremu udzieliła pomocy? Ma ciągle szesnaście lat, te same gęste brwi i rozpuszczone w nieładzie włosy jak wtedy, gdy zaczęłam ją nienawidzić. Nienawiść do niej swędzi mnie w każdej zmarszczce i fałdzie czterdziestolatki. Gdzie jest moje inne wcielenie, gdzie jestem szesnastoletnia ja? Rozglądam się. Tramwaj dojeżdża na mój przystanek.

      Wysiadam. Robię test na nienawiść, upuszczam teczkę. Koleżanka wysiada za mną. Tym razem sama nie upadam. Szkoda mi eleganckich spodni, świeżo zrobionych paznokci. Ona bez skrupułów rzuca się na ziemię i zbiera papiery. Świadectwo pracy, jak wtedy, pofrunęło na trawnik.
      – Postarzałaś się – mówi, podnosząc dokumenty. Do kogo mogła skierować te słowa. Rozglądam się. Może do jednego z moich wcieleń chodzących po świecie, których – wiem o tym bez wątpliwości – żyje równocześnie wiele i wszystkie, o czym wiem od tej chwili, nienawidzą tak samo.

      by ania13 (noreply@blogger.com) at październik 19, 2014 10:37

      Bazarek Handmade

      anielinka z bukietem

      Aniołek wykonany z masy solnej o wysokości ok. 24 cm.  Posiada zawieszkę.
      Aniołek może być doskonałym prezentem dla bliskiej osoby.
      Cena aniołka - 18,00 zł + 11,00 koszty przesyłki.
      Zainteresowanych zakupem proszę o kontakt: magdalena.g@poczta.onet.pl

      by anielina (noreply@blogger.com) at październik 19, 2014 10:17

      anielinka z serduchem

      Aniołek wykonany z masy solnej o wysokości ok. 24 cm.  Posiada zawieszkę.
      Aniołek może być doskonałym prezentem dla bliskiej osoby.
      Cena aniołka - 18,00 zł + 11,00 koszty przesyłki.
      Zainteresowanych zakupem proszę o kontakt: magdalena.g@poczta.onet.pl

      by anielina (noreply@blogger.com) at październik 19, 2014 10:16

      anielinka z fioletowym serduchem


      Aniołek wykonany z masy solnej o wysokości ok. 24 cm.  Posiada zawieszkę.
      Aniołek może być doskonałym prezentem dla bliskiej osoby.
      Cena aniołka - 18,00 zł + 11,00 koszty przesyłki.
      Zainteresowanych zakupem proszę o kontakt: magdalena.g@poczta.onet.pl

      by anielina (noreply@blogger.com) at październik 19, 2014 10:15

      Od rana do wieczora

      Kasza jaglana i patyki, czyli matki i ekologia

      Zapraszam do lektury mojego tekstu w Onecie. Nosi on prowokacyjny tytuł: „Ekomatki – rozsądne czy odjechane?”

      Mam nadzieję, że Was zaciekawi. I serdecznie dziękuję wszystkim moim rozmówczyniom, które zechciały się podzielić ze mną swoimi opowieściami :-)

      Moje teksty w Onecie będą pojawiać się w miarę regularnie. Będę tam w dobrym towarzystwie:

      autorzy500

      by Chuda at październik 19, 2014 08:55

      Krolowa Matka i Banda Czworga

      Horoskop prawdę ci powie

      Królowa Matka (czyta horoskop Potomka Starszego, natrząsając się nad przeróżnymi autorytatywnymi stwierdzeniami typu "w ten sposób może znaleźć ujście jego nadzwyczajna pracowitość, wręcz pracoholizm") - "... Skorpion do szczęścia potrzebuje przede wszystkim wroga..."

      Potomek Młodszy (radośnie) - O, tak, gdyby mnie nie miał byłby cały czas kompletnie nieszczęśliwy!!!

      I tak uczynny Potomek Młodszy uszczęśliwia Braciszka już od siedmiu lat :), w związku z którą to rocznicą Królowa Matka przebywa w tkliwym nastroju "a pamiętasz, zaledwie chwilę temu tak mnie kopnął, że przez brzuch było widać jego nogę, od kolana do stopy..." (Królowa Matka wie, że Pan Małżonek nie pamięta, nie było go przy tym, pamiętać to może Matka Królowej Matki, która ją wachlowała i podawała drżącą dłonią wodę do popicia, jak Królowa Matkę zatchnęło, a taki kopniak zatyka człowieka na amen i boli, choćby nie wiem jak tkliwie wspominało się go siedem lat później), "a pamiętasz, jaki był śliczny?" (tu wszyscy słuchacze, bo wszak nie rozmówcy, robią uprzejme miny i zaczynają błądzić wzrokiem po okolicy, starannie omijając rozanieloną twarz Królowej Matki, bowiem oni pamiętają policzki a la buldog z wystającym spośród nich nosem, i fałdy godne utytułowanego triumfatora wszelkich psich wystaw psa rasy shar-pei, podczas gdy Królowa Matka pamięta te najpiękniejsze na świecie usta, cudowne usta, żadne z jej dzieci takich nie miało, i skórę gładką jak aksamit o odcieniu muśniętej słońcem brzoskwini, i te idealne stópki, na których - pomyślała w popłochu Królowa Matka - on chyba nigdy nie stanie, takie były maleńkie, i - zwłaszcza - to triumfalne cztery i pół kilo, to odczarowanie kilograma, z którym przyszedł na świat Potomek Starszy; wszystko to zresztą Potomek Młodszy nadal ma, i tę brzoskwiniową skórę, i kształtne stopy modela reklamującego sandały, i usta, a kilogramów ma nawet więcej niż tylko cztery i pół, plus firany rzęs, których w dniu narodzin nie posiadał praktycznie wcale), "a pamiętasz, jak jechałeś w środku nocy do szpitala drogą, która akurat była remontowana i zamknięta dla ruchu z różnymi niecenzuralnymi słowy na ustach?" (tak, to Pan Małżonek pamiętał),

      i tak nurzając się w tkliwych, a nawet ckliwych czasami wspomnieniach (tak, Królowa Matka też tak czasem miewa) produkowała ona zamówione przez Jubilata ciasto z pająkami,




      produkcja których staje się powoli nową, świecka tradycją, oraz ciasteczka, które zamiast tradycyjnych cukierków zaniesie jutro do szkoły Potomek Młodszy



      i myślała sobie, że wroga to niekoniecznie, ale Potomka Młodszego do szczęścia to i ona potrzebuje.

      Li i jedynie :).

      by Anutek (noreply@blogger.com) at październik 19, 2014 07:52

      pierwsza żona

      niedziela

      Co tydzień więc na szafce londuje nowa lista weekly-t0-do.

      Lista idealna, wystarcza miejsca na sprawdziany kto z czego ( w tym tygodniu sztuk 9), jest co załatwić i co kupić plus menu na cały tydzień.

      Właśnie opowiem wam o tym menu.  Postanowiłam, że gotuję w tygodniu na 4 dni.

      W piątek nie ma obiadu, w sobote każdy sam kombinuje, w niedzielę szeraton.

       

      i na te 4 dni gotuję w niedzielę.

      Mam oczywiście wspomagacze typu pierogi kupione. i bardzo staram się ,żeby to nie był kotlecik wellington ani ręcznie robiony makaron. na ten tydzień na jutro jest ogorkowa, we wtorek sos grzybowy, w środę pierogi, w czwartek kurna kotleciki rybne.

      i wszystko fajnie ale przeczytałam wczoraj o takim prostym daniu – kotleciki rybne.

      robi je się naprawdę szybciutko! szczególnie jak się kupi rybę mrożoną ze skórą. 2 kg. Absolutnie szybciutko! rozmrozić, odkroić skórę, wykroić ośći, pomieszać z dopalaczami, usmażyć. 3h.

      Absolutnie następnie należy zmienić dom, lub zedrzeć zasłony, tapety i wyprać wszystko. W domu pachnie jak w smażalni Morszczuk w pełnym sezonie.  Ja wykształciłam skrzela.

      24 kotlety zamrożone. na 2 obiady. cieszcie się tymi kotletami alebowiem nigdy więcej ich nie skosztujecie !

      niewątpliwie jest mi lepiej z tym planowaniem obiadów. ale musze je mieć przygotowane w niedziele. inaczej to nie działą.

      ………………………

      od zeszłego września zdarzyły się 3 rzeczy w moim życiu. 3 wydarzenia, które przeczołgały mnie , w zasadzie połknęły, przeżuły i wypluły. tak akurat się zbiegło na 40stke, doprawdy. nie wiem jak to wszytsko skomentować. nie wiem jak tu odnaleźć sens. nie wiem.  nie wiem jak moje życie będzie wyglądało. nic kurwa znowu nie wiem.

      by autor at październik 19, 2014 05:35

      Pani Smaczna

      Paj dyniowo – mleczny z czekoladową śmietanką i pekanami

      Paj dyniowo - mleczny z czekoladową śmietanką i pekanami

      Kilka dni mnie tu nie było, ale absolutnie nie próżnowałam i dzielę się niniejszym efektami :) W mojej kuchni powstał w tym czasie paj dyniowo-mleczny :) Brzmi nietypowo? Już tłumaczę :) Paj to zasadniczo rodzaj ciasta z nadzieniem. Dynia – jest doskonałym składnikiem do ciast ze względu na swoją konsystencję i delikatny lekko słodkawy smak. Mleko? zagęszczone – słodkie i pyszne :) Dzięki jego zastosowaniu, nie musimy już dodawać zwykłego cukru. Zdecydowanie polecam! :)

      Składniki:

      Forma o średnicy ok. 24 cm

       

      Spód:

      • 200 g ciasteczek korzennych Spekulatius
      • 65 g masła

      Nadzienie:

      • puszka (530 g) mleka zagęszczonego słodzonego
      • 400 g dyni (sam miąższ; waga z nasionami i skórką ok. 580 g)
      • 3 jajka średniej wielkości
      • skórka z 1 pomarańczy
      • łyżka soku z pomarańczy
      • 1 łyżka mąki kukurydzianej
      • ½ łyżeczki cynamonu
      • ¼ łyżeczki imbiru
      • ¼ łyżeczki gałki muszkatołowej
      • szczypta soli

      Wierzch:

      • 500 ml śmietanki kremówki czekoladowej
      • 50 g orzechów pekan













      Wykonanie:

      Spód: ciasteczka mielimy w blenderze na pyłek. Masło rozpuszczamy i mieszamy z ciasteczkami.

      Dno i boki formy wykładamy masą ciasteczkową. Wyrównujemy dociskając dnem szklanki.

      Piekarnik rozgrzewamy do 180°C i pieczemy spód przez 8-10 minut.

      Wyjmujemy z piekarnika i odstawiamy do ostygnięcia.

      Nadzienie: dynię gotujemy we wrzątku dopóki nie będzie miękka. Następnie mielimy ją w blenderze i ostudzamy.

      Do miski miksera przelewamy zagęszczone mleko. Miksując dodajemy jajka, puree z dyni, otartą skórkę i sok z pomarańczy, przyprawy, sól i mąkę kukurydzianą. Dokładnie miksujemy, aby nie było grudek.

      Masę przelewamy na upieczony spód. Temperaturę piekarnika zwiększamy do 220°C.

      Pieczemy przez 15 minut, po czym zmniejszamy temperaturę do 175°C i pieczemy przez 35 minut. Po tym czasie wyjmujemy z piekarnika i ostudzamy.

      Wierzch: czekoladową śmietankę ubijamy na sztywno. Orzechy pekan prażymy na suchej patelni i drobno siekamy.

      Wystudzony paj smarujemy śmietanką, naokoło dekorujemy za pomocą tylki i rękawa cukierniczego. Środek posypujemy posiekanymi orzechami pekan.

      Trzymamy w lodówce.

      Smacznego!

      by Pani Smaczna at październik 19, 2014 01:03

      Dzieciowo mi

      Kuchnia malucha – jogurtowiec, budyniowiec, czyli ciasto bez mąki

      Jakby mi ktoś kiedyś powiedział, że można zrobić ciasto bez mąki i nie jest to sernik, ciasto jaglane, z kaszy manny czy czegoś innego, tobym zabiła śmiechem.  Wdepnęłam jednak (co tam wdepnęłam – wsiąkłam po czubek głowy) na grupę fejsbukową Zdrowo Podjeść (ZP, co niektórzy złośliwcy rozwijają jako Żryj Połowę) i tam Ela Basia Tworkowska podała przepis na… sernik bez sera. Sernik – drogą analizy uznali członkowie grupy – nie jest nazwą odpowiednią, znacznie bardziej pasuje określenie jogurtowiec lub budyniowiec z racji intensywnego wykorzystywania przy produkcji zarówno jogurtów, jak i budyniu.

      Jak zwał, tak zwał, nie byłabym sobą, gdybym nie wypróbowała. Wypróbowałam i – co do mnie niepodobne – wykonałam ciasto zgodnie z przepisem. Żadnych innowacji. Chyba muszę się zbadać lub coś tam, to niepokojące. No dobra, pitu-pitu, ale w czym rzecz. Rzecz w tym, że to niezwykle proste, lekkie i smaczne ciasto. Ma delikatną konsystencję jogurtowej pianki. Uwaga, jest niebezpieczne! Człowiek przysiada się do blachy, żeby zjeść kawałeczek, wstaje i blacha do połowy pusta. Kawałeczek okazuje się bardzo pojemny znaczeniowo ;) Obiecałam podzielić się przepisem, jak wyjdzie. Wyszło. Jedziem!

      Jogurtowiec – budyniowiec

      Składniki:
      • 8 jajek
      • 3 duże jogurty, najlepiej greckie (miałam takie z Lidla po 400 g każdy, podobno na tych z Biedry też fajne wychodzi)
      • 3 śmietankowe budynie (wybrałam budynie bez cukru)
      • 2 szklanki cukru pudru (wiem, wiem, boli ;) )
      • aromat śmietankowy (jest w przepisie, nie dawałam, bo nie miałam)
      • 1 łyżeczka proszku do pieczenia (dałam łyżeczkę sody i łyżeczkę proszku – bez sensu, o tym poniżej)
      • 3/4 szklanki oliwy (dałam olej rzepakowy)
      Przygotowanie:

      Oddzielamy żółtka od białek. Białka póki co zostawiamy w spokoju, żółtka zaś ubijamy z cukrem pudrem. Stopniowo dodajemy budynie, proszek, aromat i jogurty, cały czas miksujemy.

      Tu dygresyjka: radzę wziąć duży garnek! Ciasta wychodzi dużo, ja musiałam przelewać. Radzę też wziąć dużą tortownicę lub dużą blachę, bo ciasta wychodzi bardzo dużo, a w piekarniku jogurtowiec mocno wyrasta.

      Na końcu ubijamy pianę z białek na sztywno i łopatką mieszamy z resztą ciasta. Wszystko wylewamy na blachę (jest rzadkie, nie przestraszcie się) i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 170 stopni na około godzinę.

      I teraz uwaga. Nie mdlejcie przy piekarniku. Ciasto wyrasta niebotycznie, jest ryzyko, że przeleje się przez blachę. Pęka i to jest normalne. Potem wyciągacie i ciasto robi pssssssssshhhhhhhhh. Normalnie można filmować i wstawiać na YT, w takim tempie się to dzieje ;) Ale to podobno dla jogurtowca normalne i tak ma być. Kiedy ostygnie, można zajadać. Wcześniej ciężko jest je pokroić.

      jogurtowiec2

      Wychodzi bardzo, BARDZO smaczne i wcale nie jest za słodkie. Bardzo budyniowe, nieco sernikowate.

      jogurtowiec3

      Dzieciom bardzo smakuje. Jest tak mięciutkie, że bez problemu można je podać maluchowi, który ogarnia już jedzenie (np. roczniakowi). Świetne na kinderparty lub coś w tym guście. Zresztą bez okazji też świetne, polecam.

      Przy okazji podpowiadam, że wszystkie przepisy z tego bloga i z „My, babki” znajdziecie w naszej darmowej kuchennej aplikacji. Se ściągnijta ;)

      inspiracje_baner

      by kruszyzna at październik 19, 2014 01:01