Planeta Jadzi

grudzień 11, 2016

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

prezenty dla Soleniznata

Tydzień mikołajkowego szaleństwa dobiegł końca. Osobiście dotarł ów dobry święty do przedszkola, a do domu dla matek z dziećmi za pośrednictwem Szlachetnej Paczki. Były to mega-paki i mamusie też dostały. Miały szczęście, że się św.Mikołaj posłużył wolontariuszami, bo uniknęły pytań o grzeczność. A prezenty wypasione, że ho, ho. Ponoć i telefony i tablety i laptopy […]

by siostra at grudzień 11, 2016 01:59

grudzień 10, 2016

Dzieciowo mi

Ty kochasz ją bardziej niż mnie!

Nigdy byś nie przypuszczała, że będziesz liczyć rodzynki. Nie mówiąc już o ciasteczkach czy orzechach. Do głowy by ci nie przyszło, że

by Malwina Ferenz (Krusz.) at grudzień 10, 2016 07:34

Zuzanka

Płasko z przewagą pagórków

Co wieczór siadam, żeby napisać. I nie mogę. Zaskakująco łatwo rezygnuję ze słów prywatnie, chociaż to nimi zarabiam; umówmy się jednak, że w pracy obracam się w mocno ograniczonym wokabularzyku, składającym się przeważnie ze stałych fraz, którymi żongluję ("kind request", "in regards of", "please find attached" czy "warm regards"). Ze względu na rewolucję, jaką mi poczyniło Google zamknięciem Picasy, mozolnie przechodzę przez stare notki, poprawiam odnośniki do zdjęć i - nie ukrywam - ogrzewam się swoim przedwczorajszym słowem. I tak pomyślałam z właściwym sobie splątaniem, że chyba fajnie byłoby mi przy okazji następnej rewolucji w narzędziach przeczytać coś o mnie z dziś.

W już całkiem nienowej pracy (w styczniu będzie rok) już się czuję na miejscu. Czasem jako ostatnia instancja doradcza z wiedzą druidyczną, czasem jako bohaterka anegdot[1][2]. Owszem, brakuje mi takiego osadzenia jak w Wielkiej Korporacji, gdzie przez 13 lat wszędzie byłam i wszystko widziałam, pod tym względem cały czas ciężko się wchodzi w znającą się wiele lat grupę; niektórzy nie ułatwiają. Zdarza mi się stres, wiadomo, ale nie mam takiego poczucia, że ktoś działa na moją szkodę i czeka na moje potknięcie, jak w złotej klatce dobrobytu. Lokalizacja cały czas działa na plus, wprawdzie Sołacz widuję teraz rankiem, bo wychodzę już w grudniowy mrok, ale i tak uwielbiam przemykać się Podolską, Mazowiecką czy zatrzymywać przy placu Orawskim. Reszta dnia przesypuje mi się między palcami (głównie dlatego, że zima), odżywam w weekendy.

[1] Popołudnie. Wyszły szklanki, pobrałam więc z kuchennej szafki kieliszek, który napełniłam wodą. Wracając do biurka, weszłam po drodze do pokoju obok, bo mi się przypomniało, że mam sprawę, a o kieliszku zapomniałam. M. popatrzyła na mnie z niejakim zachwytem, konstatując, że odzież mam elegancką (bordo + naszyjnik z jabloneksu), kołyszę się na obcasie, a w ręku przezroczysty napój, żywa ilustracja hasła "naj*bana, ale dama".

[2] Czekam z A. na wdzwonienie się klienta z Rosji na telefonferencję. Klient się spóźnia, więc w międzyczasie gadamy o pierdołach. Ja narzekam, bo właśnie zauważyłam, że mi pękają spodnie na kolanie. Kolega przytaknął, że on też tak miał, że kupował dżinsy jakiejś firmy i strasznie szybko mu się przecierały. Nie pamiętałam, jakie spodnie mam, więc pochyliłam się, żeby na guziku przeczytać, co to za firma. Kolega z autentycznym przerażeniem w oczach: "Przez chwilę myślałem, że chcesz rozpiąć suwak i zdjąć spodnie tutaj".

by zuzanka@kofeina.net (Zuzanka) at grudzień 10, 2016 06:52

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Praca w Japonii dla cudzoziemca., którego autorem jest coin

… to ja mam krótkie pytanie. Czy w Pani ocenie jako archeolog mam w Japonii czego szukać ? to u nich zawód cieszący się uznaniem ?

by coin at grudzień 10, 2016 12:01

grudzień 09, 2016

Krolowa Matka i Banda Czworga

Post w temacie żmij na łonie, odsłona tysiącpińćsetktóraśtam (i cały czas nie ostatnia)

Królowa Matka (nie mogąc powstrzymać zachwytów nad zdjęciem wielkiej księżnej Elżbiety Fiodorowny Romanowej rzuca perły przed... no, co najmniej całkiem spore świnki) - Boże, jakie to zdjęcie jest cudne! Jak wspaniale uchwycone, ten wdzięk, ten urok... piękne, po stokroć piękne!


Potomek Młodszy (grzecznie tkwi u boku Macierzy i podziwia, a przynajmniej usiłuje).

Królowa Matka (nadal strzępi język, gdyż dłuuuugie lata macierzyństwa niczego jej najwyraźniej nie nauczyły) - A ten haft na rękawach widzisz? Ręcznie robiony!!!Jak ja bym chciała raz dotknąć... co ja mówię, dotknąć, zobaczyć, raz zobaczyć taką suknię chociaż przez szybkę! Dotknąć to już za dużo, jeszcze by mi zaszkodziło... I to obszycie przy spódnicy i na gorsecie, a sam gorset... Jak one oddychały, swoją drogą? Ale co tam, nawet bym chwilę nie poodychała, żeby tylko takie zdjęcie mieć, no, dobra, zbliżone, bo do takiego to mi rasowego profilu tu i ówdzie brakuje... Artysta je robił, artysta*! Ten układ głowy, to światło, mogłabym patrzeć i patrzeć, i patrzeć...

Potomek Młodszy - Aha... (z zainteresowaniem) A ty wtedy żyłaś?

Nosz @$#$@**&^%&%$*(()*%$ i okolice.

Jasne, synuś, żyła wtedy mamunia, z wielką księżną na herbatkę się nie umawiała wyłącznie dlatego, że jej do Moskwy było nie po drodze, i może jeszcze dlatego, że jej w tiurniurach było siadać niewygodnie!!!!!!! A nie ma z tamtego okresu żadnych wspomnień z tego tylko powodu, że - podobnie jak wielu wiekowych ludzi - cierpi na sklerozę!!!!

Co rzekłszy, Królowa Matka oddala się z godnością do swych apartamętów, gdzie odda się zapominaniu ostatniej impertynencji swego syna.



*A artysta Hayman Selig Mendelssohn nazywał się, i nie, Królowa Matka nie znała go osobiście.

by Anutek (noreply@blogger.com) at grudzień 09, 2016 09:05

Post w temacie żmij na łonie, odsłona tysiącpińćsetosiemnasta (i nie ostatnia)

Pompon Młodszy (którego wreszcie udało się nakłonić do opuszczenia Domostwa i udania się na Łono Natury w celu zażycia ostatnich powiewów lata; wraca galopem z przedsionka) - Mamo! Mamo! A moje sandały gdzie są?

Królowa Matka - A, sandały... w szafce są, co chcesz, pochowałam całe letnie obuwie, i to raczej głęboko, nie sądziłam, że pojawią się nagle tropikalne upały... (z westchnieniem wyplątując się ze zwojów alpaki)... czekaj, już idę, pomogę ci szukać...

Po chwili.

Królowa Matka (zanurzona po pas w szafie, przerzucając góry obuwia letniego, zimowego oraz kaloszków we wszelkich rozmiarach, kolorach i fasonach) - To te?... Są! A, nie, te są za małe... O, te! A, nie, to jest ten jeden sandał, do którego pary nie udało mi się znaleźć całe lato... te są moje... to nie są sandały... już, już, synek, zaraz je znajdę, jeszcze momencik, dosłownie jedna chwileczka...

Pompon Młodszy (pod nosem) - Tsy lata później...

Żmija, łono, na własnej piersi, sami Państwo wią, co sobie będzie Królowa Matka język strzępić.

by Anutek (noreply@blogger.com) at grudzień 09, 2016 07:49

efka i koty

Pranie z kotami :-)

Jakiś czas temu dostałam propozycję przetestowania proszku do prania. Proszek firmy Clovin nazywa się Clovin Septon. Nie znałam tej marki ale to nie jest dziwne kiedy zobaczy się gdzie proszek miał głównie zastosowanie. A jest to wszędzie tam gdzie potrzeba naprawdę porządnego prania i dezynfekcji.


Propozycja bardzo mnie ucieszyła tym bardziej, że co jakiś czas miewam uczulenia na skórze. Otrzymałam więc wielką pakę, która sprawiła frajdę także kotom :-)




W paczce znalazła się też wędka dla kotów, za co w imieniu kociej bandy bardzo dziękuję :-)

Po rozpakowaniu tych wszystkich skarbów przyszedł czas na testowanie.
Oczywiście z pomocą mojego niezawodnego asystenta Joviego.



Proszek Clovin II Septon jest przeznaczony do pełnej dezynfekcji tkanin także w domowym praniu. W temperaturze 65°C i w czasie co najmniej 20 minut Clovin II Septon ma działanie bakteriobójcze, prątkobójcze, grzybobójcze, wirusobójcze i sporobójcze.

Jest zalecany podczas leczenia chorób skórnych a także w pralniach hoteli, szpitali, ośrodków spa, stadnin i innych. Kiedy przeczytałam o dezynfekcji to trochę się przestraszyłam, że to jakaś bardzo mocna chemia. Ale jest polecany dla rodziców małych dzieci bo jest dopuszczony do dezynfekcji ubranek, pościeli i pieluszek dzieci od 1 miesiąca życia. Muszę przyznać, że to mnie uspokoiło :)

No i oczywiście jest polecany opiekunom zwierzaków - do prania rzeczy ludzkich a także legowisk naszych pupili. Zauważcie znaczek o akceptacji weterynaryjnej. Sporo można poczytać na ten temat na stronie www.wszystkowporzadku.com.pl/. Jest między innymi o tym co można znaleźć w legowiskach.


Jestem dość wrażliwa na zapachy i pierwszy sprawdzian proszek przeszedł bezbłędnie. Zapach proszku jest delikatny i przyjemny. Następne wrażenia także mam jak najbardziej pozytywne. Pranie świeże i czyściutkie bez śladów proszku. Poprałam też część kocich legowisk i mogę napisać, że ładnie się wyprały a koty dalej je lubią :-)
 Przede mną jeszcze sporo testowania ale już mogę napisać, że tabletki do zmywarki także się sprawdziły. Chemię firmy Clovin można zakupić w sklepie on-line jest więc dostępna dla każdego. 

by efka i koty (noreply@blogger.com) at grudzień 09, 2016 02:30

falkografioly

Miłość wraca zdziwiona

falko

Miłość wraca zdziwiona

Wspomnienie tych dni -
krzyk mew morską bryzą przywiany
nad piaszczystą plażę
szybko ginie w fal szumie
codziennych szarych zdarzeń
a wydawało się przecież
że czas się zatrzymał tak nadzwyczajnie
patrzeć w przyszłość nie trzeba z obawą
życie będzie wieczne
teraz - będzie zawsze
jakby nic się nie stało

Miłość przekorna -
obłok wiatrem przegnany
odchodzi czasami na chwilę
wraca zdziwiony
słońce nadal świeci
nic się nie zmieniło
nadal zwykłe życie
między nimi płynie
takie zwykłe życie
nie tylko kochanie

Rozstanie
choć krótkie
zawsze mocno boli
kiedy miłość płonie
przecież zgasnąć może
a samotne serce
przecież wolniej bije

List miłosny
każdemu z kochanków
wyobraźnia składa
zazdrość i tęsknota
w ich myślach się wzmaga
czy kochanek wróci
czy czeka kochanka

Powrót nie jest łatwy
gdy ocean zdarzeń
gwałtownie wzburzony
rwie żagiel nadziei
na skały łódź rzuca
kochanków co chętnie
trafić chcą do cichej przystani
i żyć jeszcze
i kochać


Wiesław falko Fałkowski, 2016

by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at grudzień 09, 2016 01:02

grudzień 08, 2016

moje waterloo

2376

No, dobra. Mam atak.

Potrzebuję tylko cztery kafle, żeby przemeblować w istotny sposób trzy pomieszczenia. W dodatku IKEA akurat chce mi sprzedać kanapę i regały na 24 raty x 0%. Wymyśliłam, jak to zrobić, żeby nie stracić starego kompletu wypoczynkowego, bo Zuzia nie potrafi sobie wyobrazić, że on zniknie z naszego życia na zawsze.

Wszystko zmierzyłam, pasuje idealnie.

Tylko pojechać do sklepu, dać się zweryfikować przez bank, ustalić datę transportu i mogę mieć idealnie funkcjonalny układ jeszcze przed świętami. A wydawało mi się, że będę musiała sporo poczekać i nie wiadomo ile wydać.

Z emocji dostałam sraczki.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at grudzień 08, 2016 08:15

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Azjatyckie kosmetyki, czy naprawdę są takie dobre?, którego autorem jest Yasuto

Masz rację nie można się dać zwariować, chociaż powiem ci że odkąd kilku kosmetyków tych koreańskich próbowałam, to teraz są stałym elementem mojej kosmetyczki. Już dawno temu zakochałam się w kremikach bb skin79, a teraz testuję ich nowość, bo jako jedyni w Polsce są dystrybutorem marki Benton cosmetics. Już sobie zamówiłam ten toner aloesowy http://www.skin79-sklep.pl/produkt/73995-benton-aloe-bha-skin-toner.html bo uwielbiam aloes :))))

by Yasuto at grudzień 08, 2016 02:06

grudzień 07, 2016

Bezwstydnica

Bez

To już chyba ostatnie produkty bez cukru.
😉

Pozdrawiam
Kura maniakalnie czytająca etykiety

by Kura at grudzień 07, 2016 02:09

Reperacje

Wieczór.
– Zobacz tatoooo, zepsuł mi się mój czekoladowy Mikołaj! – mówi G.do Brodoziaka.
B.pożądliwie zerka na złoto-czerwoną postać.
– Daj! Ja z przyjemnością go nareperuję! – mówi łakomie.

Strzeżcie się majsterkowiczów!
🙂

Pozdrawiam
Kura, która nareperowała już dziś Mikołaja i dwie mini czekoladki z aniołkiem.

by Kura at grudzień 07, 2016 07:35

Czytadelko

Londyn w czasach Sherlocka Holmesa - Krystyna Kaplan

Już dawno nie rozczarowała mnie tak bardzo książka, na którą czekałam z tak wielką nadzieją odkąd tylko zobaczyłam ją w zapowiedziach... Może to właśnie te zbyt wygórowane wymagania zaważyły nad moim odbiorem, ale książka Krystyny Kaplan okazała się po prostu nudna. 

Londyn w czasach Sherlocka Holmesa to przegląd epoki w pigułce. Autorka uwzględniła właściwie chyba wszystko, od panujących wówczas władców, poprzez wynalazki ułatwiające londyńczykom życie, artystów zamieszkujących w Londynie w owym czasie, tworzące się wówczas grupy społeczne, sporty i ośrodki kultury zapewniające mieszkańcom rozrywkę, aż do najbardziej wyczekiwanego przeze mnie motywu zbrodni i kary. Znacie to powiedzenie, że jak coś jest o wszystkim, to jest o niczym? No cóż, ja mam wrażenie, że książka Krystyny Kaplan jest tak naprawdę o niczym. Owszem, wiele autorka starała się w swojej publikacji uwzględnić, ale jednocześnie przez to wszystko zostało potraktowane skrótowo i po łebkach, a całość służy raczej czerpaniu przyjemności z oglądania zamieszczonych w książce zdjęć niż pogłębianiu wiedzy o Londynie przełomu XIX i XX wieku.

Zero emocji, same fakty podane w nudny sposób. Może to i dobrze, że autorka skupiła się właśnie na nich, ale ja momentami czułam się jakbym czytała po prostu encyklopedię. Po połowie zaczęłam już nawet omijać wzrokiem większe fragmenty tekstu, skupiając uwagę tylko na tym, co naprawdę mnie interesowało, choć i tu się zawiodłam... Skuszona tytułem liczyłam na większe nawiązania nie tylko do sławnego literackiego detektywa (o którym nota bene znalazło się w książce aż 7 stron, z czego połowę stanowią fragmenty powieści Doyle'a), ale do pracy londyńskich detektywów w tamtym czasie w ogóle, do fascynujących opowieści ze Scotland Yardu (niecała strona), do wciąż fascynującej wielu zagadki Kuby Rozpruwacza (niecałe pięć stron). 

Przykro mi to pisać, ale mimo pięknego wydania, przepełnionego zdjęciami do granic możliwości, samą treścią jestem zwyczajnie rozczarowana i mimo ogromnych chęci ciężko mi ją polecić. 

Krystyna Kaplan, Londyn w czasach Sherlocka Holmesa , Warszawa, Wydawnictwo Naukowe PWN SA 2016

by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at grudzień 07, 2016 06:30

falkografioly

List kochającego ojca

falko

List kochającego ojca
(proza życia dla dzieci 12+)

Najdroższa Marysiu, 
Córeczko moja ukochana -

kończysz dzisiaj dwanaście lat 
i jesteś już dużą dziewczynką.

Z tej okazji życzę Ci
wszystkiego najlepszego.
Niech w Twoim serduszku
zawsze gości Radość i Miłość.
Ciocia Zosia, ta którą poznałaś,
jak byłaś u mnie w ubiegłym roku
w ostatni weekend wakacji,
też bardzo Cię pozdrawia.

Tatuś nie może do Ciebie
przyjechać w tym roku.
Ciocia Zosia poprosiła
żebym pojechał z nią do Kołobrzegu.
Wiesz, tam jest takie piękne spa,
w którym takie piękne
kobiety jak ciocia Zosia
stają się jeszcze piękniejsze.
Jak dorośniesz, to tatuś
pokaże Ci takie piękne spa.

Twój kochający tatuś.

P.S. Marysiu, powiedz mamusi,
że tatuś alimenty przyśle dopiero
we wrześniu, bo teraz
ma dużo różnych,
bardzo ważnych wydatków.
Ty to przecież rozumiesz,
jesteś już taka duża.

Wiesław falko Fałkowski, 2016

by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at grudzień 07, 2016 03:03

grudzień 06, 2016

Zapiski dojrzalej kobiety

Nudny wpis.

Gąszcz złotoblady
jak zeschły wieniec dębowy,
jak stos listów pełnych miłości i zdrady,
o których już nie ma mowy. -
Obręcze gałęzi płowych
wiążą się w koszyk złoty -
Tam sarny wstają z klęczek, tu szeleszczą sowy
i wiewiórki wyskakują jak z groty.
Orzechy potrójne zwisają jak z półek,
słońce jak driada przemyka się schylone,
a fauny wabią w tę i w tę stronę,
naśladując głosy kukułek.
Na niespodzianej i okrągłej łące
stanęła sama jesień w amazonce czarnej,
w woalce bladej -
i wsparta na klaczy swej złotogniadej
oczami zranionej sarny
patrzy na liście lecące …
Zdejmuje złoty trykom, patrzy na zegarek
wstrząsa obcięte włosy, malowane henną,
i zaciska powieki fiołkowe i stare
i płacze rosą jesienną.

(Autor: Maria Jasnorzewska – Pawlikowska, „Jesień”)

Pałac von Stieglerów w Sobótce wybudowano w latach 1898-1899.
Zbudowany jest w stylu eklektycznym o formach neorenesansowych, neobarokowych i secesyjnych.
Jest to obiekt piętrowy, murowany z basztą i wieżą.
Korpus główny jest nakryty wysokim dachem czterospadowym.
Obecnie jest własnością Spółki Hodowli Roślin, obiekt niedostępny, siedziba firmy.

Pałac z pozostałych stron pokażę następnym razem, bo do szału doprowadza mnie wstawianie zdjęć przez stary edytor, do tego metodą "kombinowaną".
Muszę w tej sprawie skontaktować się z administratorem bloga, ale jakoś tak się składa, ze zawsze mam ważniejsze sprawy do zrobienia/załatwienia;).

Dzisiaj Mikołajki, Mikołaj, a i owszem przyszedł.
Przyszedł chyba z samego rana, jak spałam, bo go nie zauważyłam, a bardzo chciałam brodatego grubasa dorwać i obtańcować za zeszłoroczny prezent (za kapcie-króliczki, bo książki, które wtedy dostałam były ok.).
Przed południem przyjechały wnuczęta z córką szukać na balkonie prezentów, bo Mikołaj zawsze je tam dla nich zostawia.
Nie wiem dlaczego nie dostarcz prezentów na balkon ich mieszkania...
Wiktoria mówi, ze ich balkon jest za mały i Mikołaj nie ma jak saniami zawrócić;).
Świętowali te Mikołajki u nas do 18.00, było miło, ale jak wrócili do siebie było jeszcze milej;(.
Wnuczka sztuk jeden była jeszcze do przeżycia, owszem, jej obecność u nas na dłużej nieco męczyła, ale dało się śmiało razem egzystować i dwa tygodnie (tyle czasem u nas przebywała).
Wnuczęta sztuk dwa na dłużej niż kilka godzin raczej nie będą do przyjęcia, może jak Stasiek trochę podrośnie...
Teraz jest tak prędki, jakby działał na baterie duracell, no i jest wielkim uparciuchem;).
Inna sprawa, ze Staś zostawiony u nas sam, bez rodziców, jest zupełnie innym dzieckiem.
Na pewno nie jest tak spokojny, jak była Wiktoria, ale jest do opanowania.
Wiem, ze tym co napisałam wyżej wystawiłam sobie nie najlepszą laurkę, ale taka jest prawda, dwoje dzieci przez prawie cały dzień mnie zawsze solidnie zmęczy.
Młodzi rodzą dzieci za późno i potem dziadkowie nie mają siły cieszyć się z wnucząt (nie mówiąc już o pomocy przy wychowywaniu ich).
Z drugiej strony patrząc, wcale się młodym nie dziwię, trudno planować dzieci, kiedy żłobków państwowych nie ma prawie wcale, prywatne są drogie, z dostaniem się do przedszkola też jest cyrk, a mama nie wie, czy po powrocie z urlopy macierzyńskiego zastanie swój etat i jak długo ten etat utrzyma, kiedy pociecha w żłobku/przedszkolu zacznie chorować a mama chodzić na zwolnienia.

Jakoś nie potrafię się po ostatnich wydarzeniach pozbierać.
Nie potrafię wyrzucić z głowy kołaczącą tam myśl - dlaczego umierają tak szybko ludzie dobrzy, wartościowi, potrzebni...

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at grudzień 06, 2016 08:29

Domowa kuchnia Aniki

Warstwowa sałatka śledziowa

Warstwowa sałatka śledziowa




    Sałatka śledziowa to ulubione danie mojego męża. A teraz nastał taki czas, że sałatkę śledziową powinno się przyrządzić chociaż raz. Sałatka śledziowa jest dobra na kolację czy zakąskę. Wariantów takiej sałatki ze śledziem może być setki. Dziś jeden z nich. 
Do sałatki najlepiej kupić śledzie takie mniej solone. W sklepach rybnych są do wyboru: te bardziej i mniej solone. Te mniej słone nie muszą być długo moczone. Nawet wody nie musi się zmieniać. Te mocno solone wymagają dłuższego moczenia i zmieniania wody. Trzeba sobie ułatwiać życie i dlatego kupujemy śledzie mniej słone, a sałatka jest gotowa w parę chwil. 
Taką sałatkę śledziową można układać warstwowo lub po prostu pomieszać. Jak kto woli. Ilość majonezu i pieprzu też zależy od naszych upodobań. 



Składniki:
  • 6 płatów śledziowych ( tych mniej solonych)
  • 4 jajka na twardo
  • 2 średnie cebule cukrowe
  • 4 płaty marynowanej papryki
  • średniej wielkości słoik majonezu
  • świeżo mielony pieprz
 Sposób wykonania:
  • Śledzie moczymy około 1 godziny w zimnej wodzie ( jeśli mamy te mało solone). Osączamy i osuszamy. Kroimy na kawałki
  • Jajka kroimy w kostkę
  • Cebulę kroimy w półkrążki
  • Paprykę odsączamy i kroimy w kostkę
  • W naczyniu układamy warstwami: śledzie, które smarujemy majonezem i oprószamy świeżo zmielonym pieprzem, następnie część cebuli, potem jajko i znów śledzie. Smarujemy warstwą majonezu, posypujemy pieprzem i układamy warstwę papryki. Na paprykę kładziemy kolejną warstwę cebuli i śledzi. Smarujemy majonezem i zmielonym pieprzem. Kolejność warstw według upodobania, podobnie jak ilość majonezu
  • Sałatkę przed podaniem schładzać przez kilka godzin w lodówce. Podawać z pieczywem



by Anika (noreply@blogger.com) at grudzień 06, 2016 07:20

moje waterloo

2375

Co jest pod moimi powiekami, kiedy myślę o świętach?

My wszyscy przy stole.
Mama i Tata, którzy marudzą, nawijają makaron na uszy, każdą rzecz wiedzą lepiej i lepiej umieją zrobić, ale... wciąż ze mną są. Niech sobie gadają, ile dusza zapragnie. Co roku boję się, że ich zabraknie.
Zuzia, która przemyca treści o fajansiarstwie nastroju świątecznego, ale ciągle ze mną mieszka, bałagani i krzyczy na psy. Nadejdzie dzień, kiedy zasiądzie za tym stołem jako gość. Na szczęście jeszcze nie teraz.
Prezes, który przez ostatnie trzy dni usiłował się wymknąć, żeby w coś pograć, a przecież ciasto, zupa, ryba, dupa, weź to pranie, ile razy mogę prosić, żebyś wymienił żarówkę. Ale w końcu światło świeci, piec grzeje, a my już siedemnasty rok we dwoje. Czasem przystajemy patrząc na łąki i przytulamy się na oczach sąsiadów. A niech tam.
Koty, które snują się po stole, czego nie znoszę, mieszają łapskami w potrawach i demolują choinkę.
Psy, które snują się pod stołem, czego nie znoszę, mieszają łapskami w potrawach i demolują choinkę.
Choinka. Zeschnie, igły jej opadną i trzeba będzie sprzątać. Ale to dobro samo w sobie.

A oprócz tego...
Wielogodzinne sterczenie w kuchni, ale umiem się urządzić, obowiązki podzielić, film obejrzeć, napić się wina, znaleźć przyjemność w wałkowaniu ciast i smażeniu ryb.
Nie stoję w kolejkach, bo robię listy zakupów i przed wigilią już nie pojawiam się w sklepach.
Zapach. On jest niepowtarzalny.
To nieuchwytne ciepło. Jedyne.

Co roku życzę wszystkim tylko jednego - żebyśmy się przy tym stole znowu spotkali. Nic więcej mnie nie obchodzi. I Was też nie powinno.

Tymczasem ze wszystkich stron atakują mnie poradniki, jak przetrwać święta oraz informacje, że oto nadchodzą, oesu, jakjategonienawidzę. Czytam to, słucham i ręce mi opadają. Wy wszyscy, którzy nie znosicie świąt - sami jesteście autorami tej porażki, naprawdę. Jeśli co roku spędzacie święta w sposób, którego nie lubicie, tylko w Waszej mocy jest to zmienić. Zorganizujcie coś innego. Zachowajcie się inaczej niż zawsze - nikt nie pozostanie obojętny, bo akcja wywołuje reakcję.
Nie chcecie stać przy garach? Dajcie komuś zarobić.
Nie chcecie iść w gości? Podziękujcie za zaproszenie i życzcie wszystkiego dobrego.
Nie lubicie choinki? Nie kupujcie, to nie obowiązek.
Chcecie przez całe święta gnić pod kocykiem na kanapie? Odważcie się wreszcie.

Nie ma musów ani powinności, są tylko wybory. Wasze wybory i ich dla Was konsekwencje. Odważcie się je ponieść i przestańcie truć.

Czego Wam z serca życzę.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at grudzień 06, 2016 02:45

Bezwstydnica

MKOŁAJka

G.i A.rozpakowały swoje mikołajkowe prezenty.
Siedzą i analizują wzory na opakowaniach.
– Widziałaś, że Mikołaj przyniósł prezenty w takich samych torebkach, jakie my miałyśmy w szafie? – mówi A.
– Eee, bo, tooo, on, on, wypożyczył od nas, boo.. ooo… o środowisko dba – mówię nieśmiało.

Od Was też ciągle pożycza, te z szafy?
😉

Pozdrawiam
Kura

by Kura at grudzień 06, 2016 01:31

nic specjalnego

Dziś Mikołajki

Mikołajki, a więc Boże Narodzenie już tuż, tuż.
Tradycją są prezenty, które oczekują w wieczór wigilijny lub
w pierwszy dzień świąt pod choinką.
Czy zawsze są to przemyślane prezenty??? Raczej nie. Na ogół
to tylko "ból głowy" dla tego, kto wymyśla prezent, a na dodatek
każdy prezent kosztuje i gdy ma się obdarować kilka osób to
może całkiem spora suma gotówki opuścić nasz portfel.
Jest jeszcze trochę czasu,a więc zastanówcie się jeszcze czy to,
co zamierzacie położyć pod choinką  w charakterze prezentu
sprawi jego adresatowi prawdziwą radość

Bardzo  żałuję, że niemal całkowicie zanikł zwyczaj dawania
prezentów, które  nie były "gotowcami" a wytworami naszych rąk.
Możecie się ze mnie pośmiać, ale dla mnie znacznie ważniejszym
prezentem jest zrobiona przez kogoś z rodziny jedna serwetka niż
cały ich komplet, który powstał w fabryce.
Bo wiem, że ta jedna serwetka to pomysł i trud poświęcony mojej
osobie. A  mały słoiczek pysznych domowych konfitur z wiśni też
wymagał od jej twórczyni uwagi i czasu.
Myślę, że byłoby naprawdę miło, gdyby choć raz do roku każdy
z nas był obdarowany prezentem, na którego wykonanie ktoś
poświęciłby własny czas i wysiłek.
Dziś czas i uwaga skierowane "wybiórczo" są towarem wyraznie
deficytowym.

I jeszcze jedna sprawa.
Błagam  - nie kupujcie dzieciom "pod choinkę" szczeniąt lub
kociąt. To nie są zabawki - to będą nowi członkowie rodziny,
niemal kolejne dziecko w domu, na które nie dostaniecie 500+,
a którego utrzymanie kosztuje.
Każde domowe zwierzątko wymaga od nas czasu, uwagi i
nakładów finansowych.
Więc niech was wyobrażenie widoku roześmianej, radosnej buzi
dziecka na widok szczeniaka lub kociaka nie pozbawi rozsądku.


by anabell (noreply@blogger.com) at grudzień 06, 2016 10:20

Bezwstydnica

grudzień 05, 2016

Niezbyt boska ja

Jej wszystkie życia - Kate Atkinson

Książkę pożyczyła mi Sąsiadka, bo Sąsiadka ma małe dziecko i nie ma czasu czytać, a ja mam dziecko starsze, to i czasu ciut więcej :)

Ciekawa historia.

Bohaterką jest Ursula Todd, która, prawie jak w grze komputerowej, umiera i rodzi się w tej książce niezliczoną ilość razy. 

Do tego Ursula jest bohaterką dziarską i pogodną, z jadową nutką, więc bardzo dobrze się o Ursuli czyta i kroczy razem z nią, nawet przez najbardziej dramatyczne wydarzenia pierwszej połowy dwudziestego wieku, poznając jej rodzinę, kochanków i psa. 

Najlepiej byłoby przeczytać książkę ciurkiem, bo wtedy się wszystko ładnie pamięta. Mi się to nie udało i po 300 stronach miałam dłuższą przerwę, ale ogarnęłam się, wszystko sobie przypomniałam i kolejne 260 z równie wielką chęcią doczytałam :)

by boskajana@NOSPAM.gazeta.pl at grudzień 05, 2016 09:27

moje waterloo

2374

Notka wolna od zwierząt. Prawie.


Zrobiłam błąd taktyczny i to się teraz zemści.
Owszem, byłam w dupie, ale - jak mawiał Kisiel - zaczęłam się tam już urządzać. Wszystko szło w dobrym kierunku, aż niespodziewanie straciłam czujność i okazało się, że jestem warta w złocie tyle, ile ważę (a nie jest to mało). Dzięki czemu mam teraz przerąbane. Niech to szlag.

Zaczęło się od tego, że Szef zadzwonił do mnie przy niedzieli o 21. Akurat leżałam na kanapie pod psem. Ponieważ zapotrzebowanie opiewało na przejrzenie maila, powiedziałam do psa:
- Zejdź ze mnie.
Szef udał, że nie słyszy.
- Zejdź ze mnie - powtórzyłam bardziej zdecydowanym tonem, bo pies też udawał, że nie słyszy.
Zasadniczo to było dość obraźliwe. Przeczekał i wyciągnął wnioski.

Drugi raz zadzwonił dziś rano, kiedy - jak przypuszczam* - powinnam już świadczyć pracę i zapytał kulturalnie, czy przypadkiem mnie nie obudził. Ucieszyłam się szczerze, usłyszawszy to pytanie, albowiem wyszło na jaw, że moje poczynania są dosyć skuteczne. Fakt, musiałam nad tym popracować parę lat, ale jednak. I wtedy się zaczęło.

Było źle. Tak źle, że o 13.15 koleżanka zrobiła mi kanapkę, przyniosła pod nos do gabinetu Szefa i przypilnowała, żebym wetknęła ją sobie w jakiś otwór. Kiedy o 13.55, siedząc za biurkiem władzy, klapnęłam jego laptopem i wyjęczałam, że koniec, a ja idę do domu... pogłaskał mnie po głowie i powiedział:
- Dziękuję ci, dziecko. Nie mam zielonego pojęcia, jak udało ci się to zrobić, ale wiedz, że jestem ci głęboko wdzięczny.
Po czym schował dokumenty do teczki, wziął do ręki mazak i opisał:
Wersja ostateczna, 5 grudnia 2016.
Potem zastanowił się chwilę i dopisał pod spodem:
KURWA.

A już było tak dobrze! Do niczego się nie nadawałam, wszystko psułam i miałam święty spokój.
Komu to, no... Komu to przeszkadzało?!


PS Osławione prawie.



* Nigdy się jakoś szczególnie nie zainteresowałam, o której zaczynam. Nie parkuję na dziedzińcu, żeby się w oczy nie rzucać, pilnuję, by nie zderzyć się z władzą, a władza w ramach wdzięczności udaje, że nie wie, że wie. I tak nieomal trzy lata.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at grudzień 05, 2016 05:20

Ojciec Wwwirgiliusz chowa dzieci swoje

Niepokonany

- Tup, tup, tup. Synku. Synku. Kładź się spać!

- Nie.

- No już.

- Nie.

- Tak.

- Nie.

spi

Zaciskam zęby. Odprowadzam synka do łóżka. Zanim wrócę, aby zająć miejsce po prawicy (lewicy?) Królowej Matki na naszej przechodzonej bardziej niż Trybunał Konstytucyjny kanapie, jest już znów z nami.  Najwyraźniej chce kolejny raz pobić swój rekord. Z poprzedniej nocy. Nie on pierwszy wymyka się z uporem maniaka pewnym miejscom...

Zdzisław Najmrodzki wyspecjalizował się w okradaniu sklepów należących do sieci Pewex (ponad 70 razy) i kradzieży samochodów; ukradł ponad 100 polonezów (dokonywał przywłaszczeń wyłącznie tej marki samochodów[2]).
Wielokrotnie (29 razy) wymykał się pościgom, uciekał z konwojów lub więzienia. Uciekał między innymi z: pociągu (wykorzystał pijaństwo konwojujących go milicjantów), okratowanego pomieszczenia sądu w Gliwicach (jego kompani przepiłowali kraty), warszawskiego pałacu Mostowskich (wyszedł w mundurze milicjanta), gliwickiego aresztu (za pomocą podkopu).

https://pl.wikipedia.org/wiki/Zdzisław_Najmrodzki

Larsen, który dawał drapaka już 22 razy. Ostatnio 13 grudnia z więzienia stanowego Vridsloseselille w Albertslund pod Kopenhagą, gdzie odsiadywał siedmioletni wyrok za napad z bronią.

Niby każdy się spodziewał, że Larsen może znów uciec. Ale cóż z tego? Duńczyk przepiłował kraty piłką do metalu (skąd ją miał, duńskie media nie podają) i zwiał na dach po drabince linowej. Druga drabinka posłużyła mu do bezpiecznego zejścia na ziemię w innym miejscu.

Jak na Larsena, była to dość mało spektakularna akcja. W 2004 r. uciekł, wskakując do wywożonego akurat z zakładu kontenera pełnego liści. W 1995 r. jego kamraci wjechali buldożerem w mur więzienia. Powstała wyrwa, przez którą uciekło kilkunastu więźniów - w tym oczywiście Larsen. Sfilmowała to ekipa telewizyjna, która dostała wcześniej anonimową wiadomość.

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,76842,17196935,Dunski_krol_ucieczek_z_wiezienia_znow_zlapany__Uciekal.html#ixzz4RWx85ovs

 Oczywiście. Można by go przywiązać, nie wiemy jednak, czy to się nie podciąga pod przemoc domową. A podobno już są listy proskrypcyjne na odbierających zasiłki 500+. Trudno się dziwić. Państwo zyskało by 6 000 rocznie. To nie są żarty. No i można w telewizji pogadać. Na marsze wiadomo jakie chodzą, kasę biorą, a dziecka krępować się nie krępują. Tacy to ci ludzie! Dlatego właśnie nie krępujemy, tylko namawiamy, prosimy i (co się jedynie sprawdza) odprowadzamy. Miły Młody Człowiek, owszem grzecznie za rączkę idzie do łóżeczka. A potem wraca jak wańka wstańka. To odprowadzamy dalej, a żeby go zmęczyć odprowadzamy na zmianę.

- Teraz twoja kolej.

- Nie.

- Tak!

- Chyba kpisz!

- Ja 5 razy byłam.

- Ja 6!

- Sześć? Może piw sześć wypiłeś. Twoja kolej. Proszę bardzo.

- Ja byłem na Asia Express, jak chciałaś zobaczyć kto odpadnie.

- Mówiłeś, że nie lubisz.

- Nie lubię, ale ty lubisz. To się podwójnie liczy.

- A ja byłam, jak myślałeś, że Gorczyca cycki pokaże.

- Ale nie pokazała. Nie liczy się więc.

- Co mnie to obchodzi, że nie pokazała. Myślałeś...

No i tak Miły Młody Człowiek zasnął sam wreszcie. Bo się okazało, że jak nie ma się komu opierać, to opieranie się jest bez sensu i idzie się spać. Biedny, a chciał być niepokonany.

 

 

by ojciec_wwwirgiliusz@NOSPAM.gazeta.pl at grudzień 05, 2016 03:42

falkografioly

matowe kryształy (2)

falko

matowe kryształy (2)

Wirtualny diament
tnie szklaną taflę wyobraźni
na drobne lusterka,
w których odbijają się
wymyślone słowa.

Ułożone starannie, gorliwie
w wersy, frazy, strofy
i zapisane na białej kartce
tworzą tekst.

Być może, to tylko
cichy szept idioty.

Wystarczy jednak,
że na kartkę spadnie
czułości kropla,
nie z umysłu,
a wprost z serca poety
i powstanie wiersz.

Wiesław falko Fałkowski, 2016

by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at grudzień 05, 2016 09:31

Bezwstydnica

Dla romantyków

Brodoziak chciał mi udowodnić, że jest jednak wielkim romantykiem i „obrzuca swoja ukochaną prezentami”.
Dostałam prezent.

Opony rowerowe.

Rechoczę oglądając dar.
– Piękne prawda! – B.patrzy na opony z zachwytem.
– Bardzo – śmieję się do opon.
– I jak się romantycznie nazywają „Jaskółki”! – mówi B.gładząc oponę.

Dobrze, że nie Michelin*….
🙂

Pozdrawiam
Kura z jaskółkami
PS Opony Schwalbe – po niemiecku jaskółka. Dla romantyków…
PS Logo Michelin – wielki tłusty ludzik.

by Kura at grudzień 05, 2016 08:36

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

Bieda -spa czyli nocny obiad jako pojednanie

Dzwonię do Reni. Prowadzi schronisko dla chorych. Mieszka tam razem z dwoma braćmi ze Wspólnoty i kilkudziesięcioma bezdomnymi, chorymi, starymi i niepełnosprawnymi ludźmi. Pytam, jak się ma, a ona, że świetnie. Wczoraj była już wykończona, bo pielęgniarka na urlopie, więc musi ją zastępować oprócz swojej pracy, mnóstwo ludzi przychodzi, jak to przed Świętami z ofertą […]

by siostra at grudzień 05, 2016 12:12

grudzień 04, 2016

Mikołajkowo

Macierzyństwo bez Photoshopa

Fajnie mi gdy czytam o Macierzyństwie bez Photoshopa. Jeszcze fajniej, gdy widzę na filmie osoby które stworzyły tą książkę.
Jestem pod wrażeniem, wiedząc, że nadal chce im się działać, angażować, pomagać Mikołajkowi, poświęcać swój czas, promować ten projekt.
Wiem, że "dziękujemy" jest takie banalne i nie oddaje naszej wdzięczności ale nie mam lepszego pomysłu... Dziękujemy

Przeczytajcie tutaj, co Dorota pisze o Macierzyństwie bez Photoshopa bo ona pisze lepiej ode mnie 😊 W końcu jest autorką niejednej książki. A na filmie zobaczcie Dorotę i pozostałe wspaniałe dziewczyny, które MbP stworzyły 😊

Ps. Jakby ktoś nie miał pomysłu na gwiazdkowy prezent - polecam oczywiście Macierzyństwo bez Photoshopa

Nadal gdy słyszę "ciężko chory Mikołajek Kamiński" nie dociera do mnie, że to nie jakiś Mikołajek, tylko nasz...

Mama Mikołajka i Michałka

by Wiola Grabowska (noreply@blogger.com) at grudzień 04, 2016 11:53

Czytadelko

Bractwo-piractwo. Przygoda przyrodnicza - Natalia Usenko

Ahoj kamraci! Poznajcie szaloną rodzinkę, która pewnego dnia postanowiła zabawić się w piratów. Wskakujcie na pokład, dajcie się porwać przygodzie! Przed Wami aż 11 wysp, a na każdej z nich zdobędziecie istotne informacje dotyczące pór roku, właściwości leczniczych niektórych roślin czy ciekawostek ze świata zwierząt.

Babka Piratka, pradziad Demencjusz, wuj Szwędobylski, Fifinka, Kaperek i dzika Fredzia, a do tego żaba Agata, ośmiorniczka Zuzia i kura Balbina... Sami przyznajcie, że to nietypowe towarzystwo. Tak jak nietypowa jest ich niebieska szkoła i... Krowa Morska, która prowadzi ich z miejsca na miejsce. Każdy rozdział to fragment dziennika lekcyjnego pisanego przez innego członka niezwykłej załogi, kończący się na ogół specjalnym zadaniem domowym, o wykonanie którego zostaje zazwyczaj poproszony czytelnik. Książka Natalii Usenko to więc nie tylko cudowna podróż pozwalająca zdobyć najmłodszym pewną wiedzę, ale również zachęcająca ich do wytężenia wzroku i wzięcia czynnego udziału w niezwykłej przygodzie.

Bractwo-piractwo  to doskonałe połączenie zabawy z nauką. W prosty, przystępny, a często też bardzo zabawny sposób autorka przybliża dzieciakom ciekawostki ze świata roślin i zwierząt. Właściwie każda ze stron przynosi coś nowego, a podczas lektury najmłodsi dowiedzą się między innymi czym jest grad i skąd się biorą pioruny, dlaczego nie wolno niszczyć trujących grzybów, które ptaki bezczelnie podrzucają swoje jaja do innych gniazd, czym jest rafa koralowa, jakie rośliny pozostają przez całą zimę zielone, w co może przemienić się zwykła woda, skąd się biorą motyle czy jak zrobić własną tęczę. Dodatkowo na każdej stronie Bractwa-piractwa znajdziemy rymowankę, która zachęci dziecko do aktywności, a to poprzez zagadkę w niej zawartą, a to polecenie dorysowania czegoś, połączenia kropek czy odnalezienia wymienionych w tekście przedmiotów.

Polecam! 

Natalia Usenko, Bractwo-piractwo. Przygoda przyrodnicza , Warszawa, Nasza Księgarnia 2016

by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at grudzień 04, 2016 04:36