Planeta Jadzi

styczeń 22, 2017

Zuzanka

Holistyczna agencja Dirka Gently'ego

Jak już niejednokrotnie wspominałam, nie pamiętam przeczytanych książek, ale po to mam bloga, żeby sobie przeczytać, jak zapomnę. Problem w tym, że tak się staram konstruować opis, żeby niczego nie odkrywać, a potem czytając recenzję, dalej nic nie pamiętam. Trudno mi więc powiedzieć, na ile świeżutki serial o Dirku Gentlym rozwija oryginalną Adamsową intrygę, a na ile twórczo rozwija motyw naczelny prowadzenia przez Dirka śledztwa (tej o odrzuceniu rozwiązań błędnych i sprawdzenia tego, co pozostało, chociażby było niemożliwe).

W pierwszym sezonie Todd (Elijah Wood, latka lecą, a on dalej jest ciasteczkiem), wprawdzie przez przypadek i niechętnie, zostaje pomocnikiem Dirka Gently'ego, który ładuje się do jego mieszkania niedługo po tym, jak Todd traci pracę w hotelu. A traci pracę, bo poproszony o sprawdzenie penthouse'u spotyka samego siebie, co go nieco wytrąca z równowagi, więc do apartamentu dociera za późno i znajduje demolkę i kilka poszatkowanych ciał, w tym zwłoki znanego milionera. W akcję wplątany jest corgi, małe czarne kociątko, zaginiona dziewczyna, kilka wzajemnie się zwalczających gangów, tajemnicza agencja rządowa (z wyjątkowo głupim stażystą), lokalna policja, pani ochroniarz oraz nietypowa dwójka - zakładnik i mordująca wszystkich napotkanych ludzi porywaczka.

by zuzanka@kofeina.net (Zuzanka) at styczeń 22, 2017 07:25

Czytadelko

Nieperfekcyjna mama - Anna Dydzik

Jak już wiecie (albo i jeszcze nie) kilka miesięcy temu zostałam mamą. I nagle okazało się, że to bycie mamą wcale nie jest takie łatwe. Że to nie jest istny hajlajf, bo siedzę sobie na macierzyńskim, a właściwie leżę przez całe dni brzuchem do góry i nic nie robię. Nie, nie jest. A ten, kto sądzi inaczej, prawdopodobnie nigdy mamą nie był.

Żeby jednak bardziej zobrazować Wam moje zagubienie, które pojawiło się zaraz po tym jak podłożyli mi mojego noworodka pod nos, to powiem, że na ogół starałam się unikać małych dzieci, a gdy nie tak dawno znajomi, którym urodził się synek chcieli, bym wzięła go na ręce, to myślałam, że dostanę zawału. W końcu dałam się namówić, zawału nie dostałam, ale żebym chciała go dotykać częściej, to niekoniecznie... Cóż, prawda jest taka, że w pierwszych dniach (a może godzinach?) po porodzie powiedziałam mężowi, że te dziewięć miesięcy, które miało mnie niby przygotować do bycia mamą (a przynajmniej oswojenia z myślą, że nią zostanę), to zdecydowanie za krótko, bo nie czuję się absolutnie przygotowana. Nadal mam zresztą momenty, kiedy myślę sobie, że w ogóle nie jestem gotowa, właściwie to jestem najgorszą matką na świecie i właściwie, to " Boże, co ja najlepszego narobiłam?" . Są momenty, kiedy mam wszystkiego totalnie dosyć. Kiedy mam ochotę rzucić to wszystko w cholerę, wyjść z domu, zamknąć za sobą drzwi i wyłączyć myślenie. Kiedy najchętniej siadłabym obok tego mojego Bąbla i płakała razem z nim. Kiedy chce mi się wyć z rozpaczy, bo totalnie nie wiem o co mu chodzi, a przez to w żaden sposób nie mogę mu pomóc. Albo kiedy marzę o tym, żeby po prostu się wyspać (albo tak chociażby przespać z pięć godzin pod rząd, o losie). I wiecie co? Wiem, że nie jestem jedyną osobą, która to przeżywa i że trzeba to wszystko po prostu przetrwać, bo będzie już tylko lepiej (choć jak niektórzy straszą: och, poczekaj jak zacznie raczkować/mówić/chodzić/chodzić do szkoły, blebleble...).

Pamiętam jak dziś swój powrót ze szpitala do domu. Rozebrałam Martynę, przewinęłam, położyłam do łóżeczka i pomyślałam: co teraz? Byłam przerażona. Nie było obok mnie położnych, nie było guzika, którym przywoływało się pomoc. Obok był mąż, tak samo zielony )w kwestii rodzicielstwa jak ja. Trzeba pamiętać, że okres połogu u kobiety to nie tylko ból po przebytym porodzie, dyskomfort fizyczny, ale także psychiczny. Hormony buzują, nastrój wariuje. Dodaj do tego paniczny strach o zdrowie dziecka, zerowe doświadczenie i ten stos poradników, które swoimi okładkami krzyczą do ciebie: NIE NADAJESZ SIĘ!* 

Myślę, że Nieperfekcyjna mama to książka, która powinna trafić do każdej przyszłej mamy i do tych kobiet, które są dopiero na samym początku swojej największej życiowej przygody. Doświadczonym matkom porady Anny Dydzik być może wydadzą się dość naiwne, bezsensowne, a czasem zwyczajne śmieszne, ale mnie ta książka pomogła bardzo. Cieszyłam się, że nie jestem w tym wszystkim sama. Że nie tylko ja mam chwile załamania, że nie tylko ja wściekam się czasem zupełnie może bez sensu, że nie ja jedna czuję się najgorszą matką na świecie. 

Pierwsze sześć tygodni macierzyństwa przeryczałam. Bez ściemy. Lamentowałam na zawołanie. Martyna płakała, ja też. Przystawiałam ją do piersi, płakałam. Spała, płakałam. Budziła się, też płakałam. I to jest taki płacz, którego nie potrafisz racjonalnie wytłumaczyć. Czujesz się tak nieszczęśliwa, że rozpadasz się na milion cząsteczek. A przecież miałaś bujać w obłokach, założyć różowe okulary i być najszczęśliwszą kobietą na świecie. Paradoksem jest to, że kochasz swoje dziecko ponad wszystko. Przytulasz, kołyszesz, całujesz. I ryczysz**.  

Anna Dydzik jest mamą trzech córek (w tym bliźniaczek, o zgrozo, jak ona dała radę?!), przy których nie raz zdarzało jej się stracić rezon. Pisze więc o swoich doświadczeniach, o przeżyciach, o wątpliwościach, o wszystkich wadach bycia matką, ale też w dużej mierze o zaletach. Mimo tego, że przyznaje się do bycia nieperfekcyjną, z jej książki przebija jednak ogromna miłość do dzieci. Tych samych dzieci, których czasem ma serdecznie dosyć.

Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że macierzyństwo to ciężki kawałek chleba. Ale tylko ono dostarcza nam tylu radości, satysfakcji i poczucia, że mimo różnych trudności, zawsze warto się starać. Warto chcieć się starać***. 

Autorka pisze właściwie o wszystkim tym, co może dręczyć świeżo upieczone mamy, to znaczy o śnie niemowlaka, skokach rozwojowych, rozszerzaniu diety i tym, że niekarmienie piersią wcale nie skreśla cię jako matki, o nauce korzystania z nocnika czy buncie dwulatka. O nieperfekcyjnym macierzyństwie i roli tatusiów, o tym, że czasem zwyczajnie trzeba sobie ponarzekać, by oczyścić atmosferę, o tym jak nie zagubić się w tym całym byciu mamą i wciąż pozostać sobą oraz dlaczego nie powinno się brać do serca wszystkich, a nawet większości dobrych rad.

Nieperfekcyjna mama trafiła do mnie w absolutnie perfekcyjnym momencie, to znaczy wtedy, kiedy mój kryzys jako matki osiągnął totalne apogeum, kiedy myślałam sobie, że gorzej już chyba być nie może i ja już naprawdę dłużej nie dam rady. Jestem wdzięczna autorce za tę książkę, za dodanie otuchy, za pokazanie mi, że to wszystko, co właśnie przeżywam jest normalne, że mam prawo do smutku i do złości, a przede wszystkim do bycia nieperfekcyjną. Gdybym mogła to chętnie bym Cię wyściskała Aniu, dziękuję. 

Anna Dydzik, Nieperfekcyjna mama , Warszawa, MUZA SA 2016

*s. 16

**s. 142-143

***s. 221

by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 22, 2017 06:38

Moje życie i Stwardnienie Rozsiane

Prośba o 1%

Walczę w ubikacji, w łazience o zachowanie godności, resztek szacunku do siebie. Walczę z moją mamą, która ma wbudowany gen służenia mi pomocą pomimo tego, że nie oczekuje tego, a nawet nie chcę.

Walczę na rehabilitacji. Krew mnie zalewa bo nie wiem o co i po co! Generalnie czuję się jak Syzyf dlatego głupio jest mi prosić ludzi o 1% z Waszego podatku na rehabilitację. Sam mam wątpliwości czy warto, czy to nie są wyrzucone pieniądze. Może komuś innemu bardziej by one pomogły? Takie mam myślenie.

Jeśli jednak Wy, drodzy darczyńcy zechcecie mnie obdarować, to nie będą mieć wyboru. Muszę wydać te pieniądze na rehabilitację bo innego wyjścia nie mam.

Dane do przekazania 1% podatku:
numer KRS 0000338878.
Koniecznie w rubryce „Cel szczegółowy” wpisz: Wojtek Mrugalski.

Bardzo dziękuję. 



by mojsm (noreply@blogger.com) at styczeń 22, 2017 03:00

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Praca w Japonii dla cudzoziemca., którego autorem jest Maika

Z dostępem do zawodów medycznych w Japonii jest problem. Po pierwsze nie uznają zagranicznych dyplomów medycznych i aby móc pracować tu w zawodzie należy albo podjąć studia medyczne tu na miejscu, albo zdać państwowy egzamin. Obie opcje będą wymagały perfekcyjnej znajomości języka japońskiego i na pewno będą bardzo czasochłonne i kosztowne. Teoretycznie możliwa byłaby praca w prywatnych klinikach, które współpracują z prywatnymi funduszami ubezpieczeniowymi i powstały z myślą o pracujących w Japonii cudzoziemcach. Z tym, że tych klinik wcale nie jest tak dużo, a bez otrzymania oficjalnego prawa do wykonywania zawodu w Japonii, nie będzie Pan mógł przyjmować pacjentów w ramach powszechnego ubezpieczenia. Z pewnością natomiast można pomyśleć o pracy naukowej.

by Maika at styczeń 22, 2017 11:36

Skomentuj Praca w Japonii dla cudzoziemca., którego autorem jest Maika

Tego typu prace można wykonywać na wizie work & travel, którą może otrzymać osoba poniżej 30 r.ż. Pozostałe wizy pracownicze są faktycznie przeznaczone dla specjalistów i należy spełnić szereg wymagań, żeby je otrzymać – przede wszystkim trzeba posiadać wyższe wykształcenie oraz doświadczenie w zawodzie. Ale wszystko ostatecznie i tak zależy od urzędnika wydającego wizy – on decyduje czy otrzymamy wizę, na jak długo i jaki typ wizy dostaniemy. Mój pracodawca np. wystąpił dla mnie o wizę nauczycielską, a ostatecznie dostałam wizę innego typu.

by Maika at styczeń 22, 2017 11:24

nic specjalnego

Smutny karnawał



Pamiętacie zespół francuski o nazwie Kaoma, grający głównie
muzykę latynoamerykańską i brazylijską?
Jego główną solistką była Loalwa Braz.
Zespół zrobił w 1987 furorę sambą Lambada.

Ostatnie kilka lat Loalwa już nie współpracowała z zespołem Kaoma,
opuściła Francję, powróciła do Brazylii. Dwa dni temu znaleziono martwą
Loalwę Braz w jej spalonym samochodzie.

Jest mi smutno.

by anabell (noreply@blogger.com) at styczeń 22, 2017 10:33

styczeń 21, 2017

Ja jestem Blog Agaty Komorowskiej

Kochane Babcie, drodzy Dziadkowie

Rozpuszczacie nam dzieci! Rozpieszczacie i karmicie słodyczami. Wasze kotlety nie są eco, a pierogi są bez soczewicy i kaszy gryczanej. U Was dzieciom wolno wszystko,WIĘCEJ...

Artykuł Kochane Babcie, drodzy Dziadkowie pochodzi z serwisu .

by Agata at styczeń 21, 2017 10:24

moje waterloo

2387

No i przygarnęłam sobie rycerza z bożej łaski, któren to rycerz broni mnie przed całym światem. Głównie przed Leśkiem. No, cóż... jaka królewna, taki rycerz. Dochodzi do przekomicznych scen dantejskich, kiedy to łupię rycerza w wielki łeb poduszką, żeby zamknął warkot i on się do mnie odwraca ze spuszczonymi uszkami i oczami, w których widać miłość całego świata, po czym robi zwrot i charczy, jak nienaoliwiony motorek, żeby nikt mnie nie tknął, nie musnął nawet i nie chuchnął w moją stronę. Przy czym nie jest to jakaś ukonstytuowana nienawiść - na co posiadam dowód liczący minutę. O, proszę:


Chodzi tylko o to, że jestem boginią i jako taka mogę przyjmować hołdy wyznawców tylko z daleka (żeby buciorami nie nadeptali). Aż jestem ciekawa, dokąd to wyewoluuje.

Powolutku uczymy się siadać. Pies, który nie umie usiąść na komendę, jest bardzo uciążliwy. Doszłam do wniosku, że pora na to, bo Morgan zaczął się już spokojniej zachowywać przy wydawaniu posiłków. Wcześniej biegał jak oszalały, teraz potrafi ustać w miejscu. Kiedy nauczę go siadać i jeść na komendę, to reszta z górki. W końcu najważniejszy jest mój komfort, reszta stoi w kolejce.

Poza ześwirowaniem na moim punkcie, jest to kochane, dobre, przyjacielskie i spokojne zwierzątko. Będziemy go jeszcze raz prać (i innych przy okazji też), szarpnęłam się na jakieś masakrycznie drogie kosmetyki normalizujące (ma niewielki łupież) i zapobiegające linieniu, sami takich wyuzdanych nigdy nie mieliśmy. Owszem, to dość wypasiona wersja - tak być u nas psem lub kotem. Czeszemy się regularnie, sierść, połamana i zniszczona ciasno zapiętą i nigdy niezdejmowaną obrożą, odrasta. Wie już, że z sikaniem należy wychodzić do ogrodu i potrafi ładnie się o to upomnieć. Mniej niż pozostałe psy lubi wychodzenie, chyba obawia się, że mu dom odjedzie. Nadal się nie bawi, ale już wie, do czego służą różne smakołyki. Tak, na początku w ogóle ich nie chciał. Przekonał go dopiero wędzony gnat, choć zajmował się nim znacznie krócej niż pozostałe psy. Teraz lubi i cieszy się za każdym razem, gdy zbliżam się do zwierzęcej szafki.

Zasadniczo nie stanowi żadnego problemu dla nas, a jedynie dla siebie - strasznie za mną tęskni, nawet jeśli wychodzę tylko wrzucić coś do bagażnika samochodu stojącego przed domem. Ale cóż... musi zrozumieć, że ludzie wychodzą i wracają. Choć sądzę, że będzie miał z tym problem do końca życia. Czekamy wiosny, żeby mu pokazać, jak fajnie się u nas mieszka, kiedy drzwi na taras są cały czas otwarte, a psy i koty mają do swojej dyspozycji ćwierć hektara, kiedy tylko im się zachce. Liczę, że to mu się spodoba.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at styczeń 21, 2017 08:42

Zuzanka

What in Warsaw, stays in Warsaw

[19-20.01/2017]

Zaczęło się grubo, bo wiózł nas złotousty kierowca, który upodobał sobie office managerkę i w jej kierunku snuł piętrowe aluzje, sugerując, że w razie zimna ją rozgrzeje, bo on gorący chłopak, a ze zwierząt tylko długonogie łanie. Zupełnie nie rozumiem braku zainteresowania tej ostatniej (mam nadzieję, że pan złotousty nie czyta, a życzliwi nie powtórzą). Potem był kolor, bo wprawdzie przykaz przyszedł, że idziemy w Pantone, ale efektywnie pozostało na CMYK-u z wariacjami (pokażę, jak przyjdą zdjęcia ze ścianki, bo byłam i na ściance). Potem, jak już wszyscy się wylaszczyli należycie, zostaliśmy zawiezieni pod miejsce docelowe, które okazało się jednak mieć wejście od innej strony, przez co wesoły korowód (panie w subtelnych obcasikach, panowie przebrani za banana, milion dolarów lub wesołego husky, a na ziemi lód i pośniegowy syf, czujecie klimat) podążył na ślepo za przewodnikiem wzdłuż muru (drut kolczasty, nieużytek, hale produkcyjne, za chwilę miniemy granice rzeczywistości). Co jakiś czas jedna z osób w awangardzie cofała się, informując tych z tyłu, że to zła droga, co nie poprawiało morale. Ale w końcu, po dwóch latach, trzech miesiącach i półtora kwartału dalej było wejście.

Co w środku, to w środku, wiadomo, spuśćmy zasłonę, dość, że do hotelu wróciłam uroczo po 2 w nocy, przez co mam już (ja, kobieta-burrito w kocyku) w pewnych kręgach sławę party-girl, co prowadzi dzikie życie, studolarówkami cygara odpala, a do hotelu wraca boso (ale w całych pończochach, pantofle - owszem - na progu hotelu już niosłam). Tak, między wierszami właśnie przemyciłam informację, że widziałam na żywo... tak, Dawida Podsiadło też, tyle że go nie rozpoznałam i nawet mi brew nie drgnęła, a chodziło mi o Barbarellę. Macie też tak, że czytacie kogoś przez niewymawiając ileś lat, wyrabiacie sobie jakiś obraz (jak już przejdziecie przez ten moment, że myślicie jak Dick o Lemie, że to nie może być jedna osoba, tylko cała komórka agencji literackiej), a potem na żywo okazuje się, że ABSOLUTNIE WSZYSTKO SIĘ ZGADZA, a na świecie nie ma sprawiedliwości, bo są ludzie piękni, młodzi, inteligentni, elokwentni, z którymi można od pierwszego spotkania wszystko. Nawet jajko na twardo zabrać do pociąg^W^Ww prezencie dla dziecka. A ja głupia nie wzięłam, ale na swoją obronę mam, że pociąg był bezprzedziałowy.

W każdym razie już mnie nie bolą stopy, za to coś mnie łupie w lewym biodrze. W prawym nie, dziwne.

by zuzanka@kofeina.net (Zuzanka) at styczeń 21, 2017 08:42

Bezwstydnica

Dzień Babki

Plac zabaw.
Podchodzi do mnie mała dziewczynka.
Patrzy. Patrzy. Patrzy.
Uśmiecham się do patrzącej.
Nagle dziewczynka pyta.
– Prose pani, a pani jest mamą cy babcią?
!!!


Wszystkim Babciom, także tym subiektywnym, z okazji dzisiejszego dnia „Sto lat”!

Pozdrawiam
Kura

by Kura at styczeń 21, 2017 04:29

Smoking kills...

O FILMACH I JAJKU, KTÓREGO NIKT NIE ZABRAŁ I ŻAŁUJĘ

 

No więc tym razem przyśniła mi się kanapka (z szynką i sałatą). Od razu sprawdziłam w senniku, co to może znaczyć. I co? „Generalnie uważa się, że sen o kanapce wróży spokojną starość”. No już WIECIE CO? Jedna kanapka i od razu STAROŚĆ? (Bo że spokojna to nie mam obiekcji, ja lubię spokój i jak się nic nie dzieje).

Ponieważ boli mnie głowa (codziennie, podejrzewam jednak smog, chociaż są i opinie, że z tym smogiem to dobrze nakręcona kampania społeczna, ale u nas na wsi powietrze po prostu ŚMIERDZI), to mniej czytam, a więcej poszłam w kinematografię i nadrobiłam zaległości. Na pierwszy ogień poszła „Alicja po drugiej stronie lustra” – wiedziałam, że bez Burtona to już nie będzie TO, i rzeczywiście tak jest. Kraina Czarów wygląda jak dziecięca kolorowanka, a Johny Depp ma za gruby makijaż i w ogóle nie jest Kapelusznikiem z pierwszej części. Ba, na początku myślałam, że to W OGÓLE nie jest on, no niby grał Kapelusznika w depresji, ale takie drewno?… Później jest ciut, odrobinkę lepiej. Ale naprawdę, NAPRAWDĘ udany jest zamek Czasu i sam Czas. Ożesz w mordę, Czas jest po prostu zapierający dech w piersiach. NIe mogłam od niego oderwać oczu. Sekundy też są urocze, ale Czas… No i tradycyjnie, najchętniej kupiłabym całą garderobę Alicji.

„Głosy” – wrzuciłam sobie w piątkowy wieczór, na zakończenie tygodnia i dostałam w łeb dość solidnie. Początek to cukierkowa czarna komedia, nakręcona w konwencji komiksu. A później robi się coraz bardziej i bardziej ponuro, w sumie bardzo smutny film. Ładnie zrobiony, ale bardzo smutny. Z opisu spodziewałam się jakiejś odjechanej psychodelii, a jest owszem surrealistycznie, ale depresyjnie. No cóż, choroby psychiczne to nie jest temat do śmieszków. Nawet, jeśli mamy na pokładzie gadającego kota i psa.

No i „Nowy początek” – od razu powiedziałam N., żeby już nigdy, NIGDY nie proponował mi ośmiornicy do zjedzenia. Ani sam przy mnie nie jadł. Dawno nie widziałam takiego dobrego SF, z dobrym pomysłem na fabułę, porządnym wątkiem naukowców kontaktujących się z Obcymi i paradoksem podróży w czasie. Wszystko nastrojowe, trochę szare, trochę zadymione, bez patetycznej muzyki i powiewających amerykańskich flag. Od razu po seansie rzuciłam się na opowiadanie Teda Chianga, na podstawie którego powstał film – prawie miałam gulę w gardle, tak świetnie jest napisane, w sieci jest cały tom jego opowiadań, za które na pewno się zabiorę. Dawno nie czytałam dobrych opowiadań SF, a kiedyś przecież uwielbiałam. Muszę to nadrobić, bo ostatnio tylko żrę masło i oglądam głupie seriale! Tak dalej być nie może.

A w ogóle wydarzeniem całego tygodnia był brunch z Zuzanką, całkowicie żywą i naturalniej wielkości, z nienagannym manicure. Jadła łososia i narzekała, że bolą ją nogi, bo tańczyła poprzedniego dnia w klubie do drugiej rano. A ja siedziałam jak ta gęś co połknęła szyszkę, bo godzinę drugą w nocy to mam okazję oglądać na żywo jak ewentualnie Szczypawka ma sraczkę, bo chadzamy spać po 21.00. Poruszyłyśmy tematy o fascynującej rozpiętości – od polskiego pisarza, który trzyma jedną rękę na klawiaturze, a drugą na przyrodzeniu, do użyteczności suszarki do ubrań. Zachęcałam ją, żeby zabrała dla dziecka jajko na twardo jako suwenir z Warszawy, ale nie chciała.

A dziś właśnie nie było na targu jajek, bo w mojej okolicy grasuje ptasia grypa! Bardzo się zdenerwowałam, bo obok masła, jajka to podstawa mojej egzystencji. Jak tu teraz żyć bez jajek?…

by Barbarella at styczeń 21, 2017 12:14

Niezbyt boska ja

Zaklęci w czasie - film

Ktoś mnie uświadomił, że książka, którą niedawno czytałam, została zekranizowana, więc czym prędzej ruszyłam rzecz obejrzeć :).

Film mi się dość podobał, ALE myślałam sobie, że jest to jeden z trzech filmów, które lepiej oglądać nie czytając wcześniej książki. Oprócz 'Zaklętych w czasie' do tej grupy należą 'Godziny' i 'Porozmawiajmy o Kevinie'. 

Filmy są fajne, ale jak się wie, co było w książce, to w czasie oglądania bardzo widać czego brakuje, co zmienili, a co z-hollywood-zili. 

Na przykład w 'Zaklętych' Henry musi udowodnić doktorowi Kendrickowi, że podróżuje w przyszłości. 

W książce Kendrick mówi, że jego żona jest w ciąży i że będą mieli dziewczynkę.

- Nie mówi, Henry i daje mu kopertę i prosi, żeby otworzyć po urodzeniu dziecka. 

W kopercie jest kartka, na której jest napisana data i godzina narodzin, waga dziecka, płeć (syn) oraz informacja, że dziecko ma zespół Downa. Oczywiście, wszystko się po narodzeniu zgadza.

W filmie Henry mówi tylko:

- Doktorze Kendrick, aplikował pan o cośtam (nie pamiętam) - dostanie pan to.

(ale nuda:)

W książce też jest tak, że jak Henry już nie żyje, przenosi się w czasie poza czas swojego życia i spotyka z córką, ale TYKO córka może go zobaczyć, Clare, czyli jego żonie nigdy się to nie udaje.

W filmie, naturalnie, się udaje :)

Mimo to, warto obejrzeć.

by boskajana@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 21, 2017 11:20

Bezwstydnica

Już?

Rysunek ukazał się w magazynie „Dziecko” , numer 7/2016

Pozdrawiam

Kura

by Kura at styczeń 21, 2017 08:55

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Jak znaleźć mieszkanie w Tokio, którego autorem jest ubruszewska

ja wynajelam mieszkanie bedac w Warszawie w ba rdzo przyzwoitej dzielicy ,wlascicielka pokazala w interrnecie swoje mieszkanie i cene w zotowkach cala transakcje zrobilam w interrnecie ,niewielka kaucja zwrot nastapil na moje konto gdy opuscilam mieszkanie ,mieszkanie bylo dokladnie takie jak ogladalam b dostalam dokladne rozpiski jak dostac sie z centralnego dworca kolejowegio w Tokyo, rysuuuunek jak trafic ze stacji kolejki do bloku w ktorym wynajelam miieszkanie, i jakie sklepy ,markety sa w poblizu , wszystko okazalo sie prawda a ja szczesliwa sciagnelam fantastyczna aplikacje natelefon ,rozklad jazdy , zabytki .muzea ect,, pozdrawiam mozna wynajac mieszkanie z ludzmi mieszkajacymi — studenci , mieszkania umeblowane w stylu europejskim i w takim mieszkalam mieszkanie kimatyzowane ,a wietrzylam zawsze wieczorem mialam internet i wifi kieszonkowe wiec bylam w kontakcie z rodzina i przyjaciolm

by ubruszewska at styczeń 21, 2017 12:36

nic specjalnego

Przebój dnia

Od wielu już dni denerwuję się na zapas, bo mój  mąż ma iść na reoperację
przepukliny. Teoretycznie rzecz łatwa i prosta, ale on jest niestety pacjentem
z grupy podwyższonego ryzyka.
Wczoraj zadzwoniła miła osoba z recepcji szpitala przypominając, że w dniu
22 b.m. ma się mój mąż stawić w szpitalu, przypomina o dokumentacji, przy
okazji informuje, że operacja zacznie się 23-go  o godz. 14,15.
My oboje zaskoczeni, zachwyceni, że taka fajna obsługa, niemal omdlewamy
z zachwytu.
Dziś  akurat gdy szykowałam dokumentację medyczną, którą mąż powinien
mieć ze sobą dotarł na jego komórkę sms:
"Panie A., bardzo przepraszam, ale nie mogę pana  operować zgodnie z planem
i operacja jest przełożona na 6 lutego,  z poważaniem  L."
Mój ślubny zaniemówił, co mu się  baaardzo rzadko zdarza. Przeczytał sms
ponownie, więc mówię, żeby sobie do pana doktora L. zatelefonował to się
może czegoś więcej dowie. Po dogłębnym namyśle  ślubny zatelefonował do
lekarza, by się czegoś więcej dowiedzieć i poinformować, że w takim razie
będzie   nam  brakowało zastrzyków, które musi brać przed operacją, bo już
połowę wykorzystaliśmy. Nawet nie macie pojęcia jak mi dobrze wychodzą
te zastrzyki, może jakiś pół etat powinnam sobie załatwić???
Pan doktor przepraszał za kłopot, ale "jakiś straszny bardak się zrobił na bloku
operacyjnym i trzeba  różne operacje przełożyć", a po receptę na te następne
zastrzyki to on zaprasza do szpitala 24 stycznia, bo wtedy jest na dyżurze.
No dobrze - pomyślałam. To teraz pewnie zadzwonią z recepcji, że operacji
nie będzie zgodnie z dotychczasowym grafikiem.
Jak na razie to nie zatelefonowali.
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Może będzie  wtedy mniej
uciążliwa pogoda,  bo dziś było masakrycznie ślisko, chociaż nasze
osiedlowe chodniczki były oczyszczone i potraktowane piachem.
Ze względów ekologicznych nie są posypywane solą a poza tym co jakiś czas
coś mokrego, bardzo drobniutkiego mżyło i zamarzało.
I tym sposobem w dalszym ciągu będę trwała w lekkim dygocie. Przejdzie mi
zapewne w 48 godzin  po jego operacji.




by anabell (noreply@blogger.com) at styczeń 21, 2017 12:00

styczeń 20, 2017

zapiski zgagi

Słodkie drobiazgi

Przy okazji święta wszelkiego ,,dziadostwa i babciostwa” zapowiedziało się potomstwo z wnukami. Starsi jutro, młodsi w niedzielę. Wiadomo, że na taką okoliczność babcia musi się przygotować kulinarnie…

W środę oglądałam przez parę minut program pani Kasi Bosackiej. Generalnie nie przepadam straszenia mnie żywnością, bo z programu jasno wynika, że tylko nie jedząc niczego, co nabyte w sklepie, mogę jeszcze trochę pożyć. Tym razem jednak trafiłam na moment, gdy po obrzydzeniu widzom wszelkich kupnych słodyczy, pani Kasia zaproponowała zrobienie własnym sumptem ,,zdrowych” kokosowych batoników.

Przepis był tak prosty, że się zachęciłam i zaraz w czwartek wypróbowałam. Szklanka wiórków, łyżeczka miodu, jedna trzecia puszki mleka kokosowego. To wszystko wymieszać, poczekać, aż wiórki ,,wypiją” mleko, potem uformować batoniki i polać roztopioną gorzką czekoladą. Z takiej porcji wyszło mi niewiele batoników, bo zaledwie 10, więc szybko dorobiłam drugą. Bardzo jest to pyszne!

Zrobię znów na niedzielę, bo Asia, jak ja, za kokosem przepada… A na jutro, dla dziecek starszych,  zrobiłam ciasteczka z ziarenkami wg przepisu Beatki. Też szybkie!

200 g masła, pół szklanki cukru, 1,5 szklanki mąki, łyżeczkę proszku do pieczenia  i cukier waniliowy  zagniatamy. Do tego szklanka uprażonego słonecznika, pół szklanki prażonego sezamu i pół szklanki żurawiny suszonej. Ja jeszcze chlupnęłam mały kieliszek rumu. Formujemy nieduże okrągłe placuszki i pieczemy przez 15 minut w 180 stopniach. Z blachy zdejmujemy dopiero, gdy ostygną, inaczej mogą się pokruszyć. Komu niestraszne kalorie, może polać czekoladą, ja nie polewam.

Kto by pomyślał, że na stare lata tak polubię pieczenie?…. Byleby było dla kogo, bo sama prawie nie ruszam.

by Zgaga at styczeń 20, 2017 11:54

Skorpion w rosole

(235) SOS dla Michała


styczeń 2017
    
     Wcale nie za górami, bo prawie nad morzem stoi wysoka wieża, a w wieży mieszka rycerz. Siedzi tam sam, od prawie roku, czasem tylko bierze swojego metalowego rumaka i człapią na dół, krok za krokiem po serpentynach niekończących się schodów, by popatrzeć na świat. Schody są najwidoczniej zaczarowane, bo za każdym razem, gdy rycerz chce wyjść z wieży, schodów jest więcej i więcej. Droga jest za każdym razem coraz dłuższa, wysiłek wkładany w walkę ze schodami ogromny. Kiedy tylko rycerz stanie na dziedzińcu, jest już tak zmęczony, że nie ma siły na spacer, na który się wybrał, bo myślami toczy już walkę z trudami drogi powrotnej. Dlatego wychodzi coraz rzadziej. 
Każdego ranka rycerz się budzi i już wie, że ten dzień będzie podobny do poprzedniego i kolejny, i kolejny, a ile ich jeszcze będzie tego nie wiadomo. Ale teraz coś się zmienia... Ktoś puka do drzwi.


listopad/grudzień 2016

     Przed pokojem pielęgniarek stoi długa kolejka pacjentów turnusu rehabilitacyjnego, tacy różni połamańcy, kalejdoskop przypadłości ludzkich. Ciche rozmowy, czasem śmiech. Na końcu kolejki siedzi młody mężczyzna, który nie rozmawia z nikim. Ma nisko opuszczoną głowę.

- Cześć jestem Monika - moja wyciągnięta dłoń pojawia się w jego polu widzenia, w którym do tej pory była głównie wykładzina korytarza.

Chłopak unosi twarz i widzę malujące się na niej zdziwienie. Na razie tylko tyle. Potem ukaże się na niej cień uśmiechu i coś w rodzaju ulgi.
- A ja Michał - odwzajemnia mój uścisk, ale bardzo słabo, drugą rękę opierając na balkoniku.

      No i od tej pory przez trzy tygodnie stanowiliśmy niezły trójkąt - Michał, balkonik i ja. Michał nie lubi tego drugiego, który wepchnął się w jego życie kilka miesięcy temu, bo dotąd dawał sobie radę sam. Uważa go za intruza. Pomocnego, owszem, ale jednak niepożądanego. Chciałby, żeby zniknął. Ale nie zniknie i nie wiadomo, czy się zaakceptują.

     Trzy tygodnie minęły i Michał wrócił do swej codzienności. Siedzi w swojej wieży na drugim piętrze w bloku, trochę pochodzi po mieszkaniu, pojedzie na rowerku donikąd. Poogląda telewizję, posłucha radia. Nie za bardzo może pisać i czytać, bo choroba zaatakowała także nerw wzrokowy, oczy wpadają w oczopląs, więc siedzi w swojej wieży i potrzebuje pomocy. Niewielkiej, bo w postaci komentarza tutaj, może chcecie Mu coś powiedzieć? Byłoby fajnie, bo 23 stycznia, w poniedziałek, Michał obchodzi swoje 36 urodziny. Jeżeli ktoś chciałby wysłać Mu kartkę, to służę adresem. Michał powoli, powolutku zaczyna wierzyć, że to się może udać.

     No i można Mu pomóc w chorobie, tak namacalnie. Na przełomie lutego i marca Michał ma zaklepane miejsce na turnusie rehabilitacyjnym szytym na jego miarę. W Bornem Sulinowie rehabilituje się pacjentów chorych na stwardnienie rozsiane, ale niestety to kosztuje. W sumie niewiele, bo 3 tysie, ale co zrobić jak się nie ma trzech tysi? Można się organizować i powpłacać po 5 zł, po dyszce.  Pomóżmy Mu, co?  Proszę.

     Ja wierzę w ludzi, Michał tę wiarę powoli odzyskuje. Zaczęliśmy działać. Usługi Literackie zakręciły się wokół tematu i powstał tekst na stronę Michała w fundacji Dobro powraca, stamtąd powędrował na ulotkę, którą zaprojektowała i wykonała Newa. Dziękuję :*





Tu można posłuchać i zobaczyć Michała we wczorajszym reportażu, który wyemitowałą TVP3 Gdańsk:


       Żeby chorować na stwardnienie rozsiane trzeba mieć końskie zdrowie. Oczywiście, że Michał wolałby, żeby jego stwardnienie nie było rozsiane, tylko żeby twardniało w jednym określonym miejscu i tu się powiększało. Mówię o koncie!


Nr konta fundacji Dobro powraca: 95 1140 1140 0000 2133 5400 1001

W tytule przelewu proszę wpisać: MICHAŁ MALECKI


Można także przekazać 1% podatku:  
KRS 0000338878.
W polu CEL SZCZEGÓŁOWY na formularzu PIT
należy wpisać: MICHAŁ MALECKI

 ♥

DZIĘKUJĘ W IMIENIU MICHAŁA I SWOIM!

♥♥♥



by Skorpion pandeMonia (noreply@blogger.com) at styczeń 20, 2017 08:52

Zuzanka

Szczepan Twardoch - Król

1937, Warszawa. Jakub Szapiro, mistrz bokserski stolicy, na zlecenie Kuma Kaplicy, lokalnego biznesmena, zabija Nauma Bernsztajna, skromnego sklepikarza z Nalewek, który nie był w stanie zapłacić haraczu. Osierocony syn Nauma, 17-letni Mojsze, trafia pod opiekę boksera i jest świadkiem rozwoju podziemnego imperium przestępczego Kaplicy, a potem walki politycznej między organizacjami faszystowskimi a żydowskimi o kształt Polski w przededniu II wojny światowej. Całość zdarzeń pokazana jest z perspektywy o 50 lat starszego Mojsze, emerytowanego żołnierza izraelskiego, który spisuje wspomnienia, siedząc w swoim mieszkaniu w Tel-Awiwie.

Z przykrością stwierdzam, że to jedna z gorszych książek, jakie czytałam. Ma jedną piękną scenę - rozmowę Szapiro z dziennikarzem-pederastą (str. 153-162), dla której od biedy mogę uznać czas spędzony na czytaniu za nie do końca stracony, ale to mało.

Ludzie lubią różne rzeczy, rozumiem. Można lubować się w czytaniu opisów przemocy, gwałtu, ćwiartowania zwłok, pedofilii, technicznych opisów przemocowego seksu uprawianego dla podkreślenia statusu (ja niespecjalnie lubię). Można - co też rozumiem - pisać książkę jedną ręką, drugą trzymając na przyrodzeniu[1] (ale wolałabym, żeby wzmianka o tym znajdowała się na okładce). Nie akceptuję natomiast takich rozwiązań fabularnych, które kładą cały sens książki, tanie wyjście na miarę "a potem się obudził". Gh jcenjqmvr avr olł gb fra, nyr aneengberz jpnyr avr wrfg fla Oreafmgnwan, glyxb fnz Fmncveb, xgóel zn cenjvr qmvrjvęćqmvrfvąg yng yng v qrzrapwę fgnepmą, jvęp mncbzavnł xvz wrfg, tqmvr wrfg v wnxv ebx zn qmvś. Nawet doskonale opisana historia - wrzenie społeczne, konflikt Żydzi kontra Polacy, starcie różnych frakcji politycznych w przedwojennej Polsce, erudycja historyczna autora, ba, nawet niezaprzeczalnie seksownie opisana przemoc jako podstawowe narzędzie dialogu w życiu codziennym, nie ratuje całości.

Czy chcę czytać "Morfinę"?

[1] Nie że mi przeszkadza, że autor miał przyjemność, nawet sam ze sobą. Przeszkadza mi, że ja musiałam się przedzierać przez repetytywność frazy, bo akurat ta jedna lub druga autorowi wyszła. Kilkadziesiąt razy przeczytałam, że Bernsztajn senior został rozkawałkowany jak kogut na kaparot i nikt nie odmówił kadiszu nad jego grobem. Kolejne kilkanaście razy po niebie przepłynął nadprzyrodzony wieloryb Litani, połykając kolejną duszę jak Jonasza. Irytowała mnie też maniera fonetycznego zapisu jidysz (zamiast polskojęzycznego), zdecydowanie nieprzyjazna wzrokowo.

#5 (serio, trzy tygodnie czytałam, z przerwami)

by zuzanka@kofeina.net (Zuzanka) at styczeń 20, 2017 07:29

Dwie Chochelki

Chleb żytnio-orkiszowy

Bardzo smaczny chleb z miękkim, pulchnym środkiem i chrupiącą skórką. Mąż, amator piętek, odkrawa na świeżo obie, a potem jeszcze dookoła. 

Normalny, pracujący zawodowo człowiek może upiec ten chleb chyba tylko w weekend. Wcześniej piekłam taki, który wystarczyło zostawić w blaszce na noc, a rano wstawić do piekarnika. Jedliśmy go często, był bardzo smaczny, acz wyraźnie kwaśny. Dzieci wybrzydzały. W święta spróbowaliśmy chleba mojej Mamy i zachwyciliśmy się bez reszty. Od tamtej pory piekę zatem chleb z przepisu Mamy, nawet dzieci już nie wybrzydzają. W ogóle nie ma kwaśnego posmaku, myślę, że to dzięki zaczynowi, czyli jeszcze jednemu etapowi przyrządzania. Niestety, rozciąga on czas przygotowania i ktoś, kto wychodzi o 7.00 do pracy, będzie miał problem z ogarnięciem całości.


Ja robię tak: zaczyn przygotowuję wieczorem i zostawiam na noc, rano dodaję resztę składników, odstawiam w foremce i piekę przed południem. Jak się sprężę, to o 10.00 wyjmuję pachnący bochenek z pieca. Czasem zaczyn robię rano, a po powrocie z pracy przekładam do foremki i ok. 22.00 wyciągam z pieca pachnący bochenek. Samo zrobienie zaczynu zajmuje dosłownie chwilę, ale już widzę, jak chętna byłabym do poświęcenia tej chwili, pracując na etacie i o poranku żonglując śniadaniem i dziećmi.


Etatowcom polecam więc odłożenie pieczenia na weekend, a wszystkich zapewniam, że warto.


Jeszcze w sprawie mąki: chętnie używam orkiszowej, ale mam wrażenie, że wyszedłby na każdej innej. Ostatnio dosypywałam różne mąki, bo akurat wszystkie były na wykończeniu. Dałam trochę zwykłej pszennej, trochę owsianej (nie można z owsianą przedobrzyć, bo chleb się kruszy), za którymś razem piekłam tylko z żytniej lub dodałam amarantus ekspandowany. Za każdym razem wyszedł bardzo smaczny.




Rozmiary mojej blachy do pieczenia chleba: 310x140x60 mm

Chuda


 Zaczyn:
  • 120 g zakwasu żytniego
  • 3-4 łyżki mąki żytniej razowej do podkarmienia zakwasu
  • kilka łyżek letniej wody do podkarmienia zakwasu
  • 200 g mąki żytniej chlebowej (typ 720)
  • 100 g mąki żytniej razowej (typ 2000)
  • 300 g letniej (nie ciepłej!) wody
Zakwas wyjmuję z lodówki 1-2 godziny przed pieczeniem, dodaję 3-4 łyżki mąki żytniej razowej i tyle letniej wody, by zakwas miał konsystencję gęstej śmietany. Powinien bąbelkować.

Składniki zaczynu mieszam dokładnie w misce. Może to zrobić za nas malakser lub thermomix. Miskę (lub naczynie robota kuchennego) zakrywam ściereczką i zostawiam zaczyn na całą noc (lub przygotowuję go rano i zostawiam do późnego popołudnia).

Ciasto na chleb:
  • cały zaczyn
  • duża garść dowolnych ziaren (słonecznik, czarnuszka, siemię lniane, pestki dyni, sezam... - co kto lubi)
  • 250 g mąki (orkiszowej, żytniej, zwykłej pszennej)
  • 130 g wody
  • 1 łyżeczka soli
Wszystkie wymienione składniki mieszam dokładnie (thermomix – 3 min na programie do wyrabiania ciasta) i przekładam do blaszki wyłożonej papierem do pieczenia. Stawiam w ciepłym miejscu (np. na kaloryferze) na 2-3 godziny. Kiedy urośnie prawie do wysokości blaszki, wstawiam do piekarnika i włączam go na 200 stopni.

Piekę 40 minut w temp. 200 stopni C, 20 minut w temp. 180 stopni, i jeszcze 10 minut w temp. 180 stopni, ale już bez blaszki. Kwadrans przed końcem pieczenia spryskuję wierzch wodą, wtedy wychodzi ładna, błyszcząca skórka.

by Chuda (noreply@blogger.com) at styczeń 20, 2017 05:32

Bezwstydnica

Mam(y)

– Która godzina? – pyta G.
– Przed siódmą – mówię apatycznie.
– Nie taka godzina – protestuje G.
– No wiem, mi się też nie podoba – potwierdzam.
– Taka dokładna mi jest potrzebna – tłumaczy G.
– Aaa, taka, to jest 6.43. – odpowiadam.
– Sprawdzam od ilu godzin (i 10 lat) już cię mam – szczerzy się G.


Myśleliście, że to my mamy dzieci?
🙂

Pozdrawiam
Kura od 10 lat, 12 godzin i 16 minut matka

by Kura at styczeń 20, 2017 11:46

falkografioly

Białe płatki melancholii

falko

Białe płatki melancholii

tłumy wchodzące pospiesznie do świątyni
zadeptały żebraczą czapkę
na schodach katedry

zdziwiony kaleka patrzy
jak drobne monety trącane nogami
toczą się po kamiennej posadzce
nieśmiało pobrzękując
spadają po stopniach w dół

pod nogami wiernych
spieszących gorliwie modlić się
(za grzechów odpuszczenie
i chroń nas panie ode złego na wieki)
ginie nadzieja na ciepłą strawę
na kromkę chleba

płatek białej hostii
wzniesionej ręką kapłana
znika w łakomych ustach wiernych
szepczących ochoczo
(chleba naszego powszedniego
daj nam dzisiaj)

białe płatki rozkwitającej na ołtarzu
pięknej melancholii
brunatnieją na brzegach
marszczą się i zaczynają opadać
znak to że rozpacz zdążyła dojrzeć
kwaśny deszcz obojętności
przyspiesza czas degradacji jutra

Wiesław Fałkowski falko, 2017

by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at styczeń 20, 2017 05:46

Kura pazurem

Jeden procent – tak niewiele, a jak dużo

Czas chyba się zastanowić, komu przekazać 1% podatku. Wiecie już czy jeszcze się wahacie?

Myślę, że obecnie każdy z nas zna przynajmniej jedną osobę, która zbiera dla siebie lub członka swojej rodziny te procenty. Smutne, bo wokół naprawdę wielu potrzebujących ludzi, a wszystkim nie da się pomóc, choćby bardzo się chciało.

Ja wybrałam. Tak jak w zeszłym roku mój procent trafi do niezwykłej dziewczynki. Olę poznałam w te wakacje, choć wcześniej śledziłam na FB zmagania jej mamy. Ania Sikorska to dla mnie bohaterka – niezwykła i wielka kobieta. Ja wiem, że dla swojego dziecka to każdy jest bohaterem, niezależnie od tego, co robi, ale Anię podziwiam za jej siłę i determinację. W dodatku to kobieta, która w tej pogoni o lepsze życie dla swojej autystycznej córeczki, nie zapomina o sobie. Jest między innymi autorką książki o „Hiszpanii w filmach Almodóvara”. Ania też objęła patronatem medialnym moją powieść „Niedomówienia”.

Znałyśmy się z bloga i FB chyba dwa lata, zanim poznałyśmy się „na żywo”. Miałam okazję gościć ją, jej męża i ich córeczkę Olę w swoich skromnych progach. Ola to żywe srebro. Nakarmiła Nutusia chrupkami, pobawiła się ślimakami, których nazbierał dla niej Sławek i na pewno zostawiła nam wspomnienia. Trzeba przyznać, że to dziewczynka, o której się nie zapomina. Ma bardzo dobrą pamięć, szybko się uczy i robi niezwykłe postępy. Jej rodzice walczą o to, by w przyszłości mogła być samodzielna. I wiem jedno, że jeżeli przekażę swój procent Oli, to te pieniądze z pewnością zostaną dobrze wykorzystane. Wiem też, że niektórzy z Was obserwują działania mamy Oli na FB. Myślę, że jeżeli ktoś z nas zacznie stękać, że nie ma czasu, że brak mu siły, że mu się nie chce albo z czymś nie daje rady, to niech zajrzy do Ani Sikorskiej na FB. Nie ma większej determinacji niż potrzeba walki o własne dziecko. Przy tym wszelkie wymówki można wyrzucić do kosza.

Jeżeli więc nie wiecie, co zrobić ze swoim procentem, to zachęcam, by przekazać go na Olę. Jej mama nie wie, że piszę o tym na blogu, mam nadzieję, że głowy mi za to nie urwie, ale to przecież dla tej młodej panny, która tak pięknie karmiła Nutusia. Tutaj znajdziecie więcej informacji: KLIK.

A to ze strony Ani:

Przekaż 1% podatku

W formularzu PIT wpisz numer:

KRS 0000037904

W rubryce „Informacje uzupełniające – cel szczegółowy 1%” podaj:

25068 Sikorska Aleksandra

Szanowni Darczyńcy, prosimy o zaznaczenie w zeznaniu podatkowym pola „Wyrażam zgodę”.

by anna at styczeń 20, 2017 04:05

styczeń 19, 2017

Zapiski dojrzalej kobiety

Czego potrzeba kotu?.

Kotu potrzeba niewiele:
Pogłaskać go tylko w niedzielę,
w poniedziałek, wtorek i w środę
leciutko podrapać go w brodę,
w czwartek, w piątek i w sobotę
pobawić się trochę z kotem
i w niedzielę – znów niewiele.

A jeśli ci się uda
pokochać go troszeczkę
i tym co mu smakuje
napełnisz mu miseczkę
i mocno postanowisz
nie oddać go nikomu
i zgodzisz się by czasem
porządził trochę w domu,
to zauważysz potem
(to zresztą przyjdzie z wiekiem),
że będąc bliżej z kotem,
jesteś bardziej człowiekiem.

(Autor: Franciszek Jan Klimek).

Sfotografowałam wczoraj Vicię, kiedy kicia szykowała się do spania.
Musiała być bardzo senna, bo na widok obiektywu nie czmychnęła tylko dalej czyniła swoje ablucje, ale co o mnie myślała doskonale wiedziałam, zdradził to jej wzrok, którym posyłała mnie do diabła.
Zdjęć Felka nie ma, bo na widok aparatu zakopał się w skrzyni kanapy i tyle go widziałam.
Postaram się go "ustrzelić" podczas posiłku, bo w innej sytuacji się nie da.

Jest karnawał, w tym roku wyjątkowo długi.
Jedni bawią się, jest szampan, efektowne kreacje, wykwintne potrawy, radosne okrzyki.
Inni siedzą w ciepłym domu, bo to ich azyl, nie przeszkadza im krótki dzień i ziąb za oknem.
Krótki dzień zimowy szybko mijaja, a wtedy … ciepłe punktowe światło, miękka kanapa, książka i boski napój na rozgrzewkę.
Jak się domyślacie, mam na myśli herbatę, którą zimą można przygotować na wiele sposobów, z goździkami, odrobiną przyprawy do piernika, imbirem, anyżem, cynamonem – jak kto woli.
Słodzimy miodem, dodajemy plastry pomarańczy lub cytryn.
Czyż taki wieczór nie ma szans wygrać z zimowym dniem?
I tak piecuchujac sobie w domu minie mi styczeń i luty, a w marcu jeż trzeba będzie się przebudzić i wyjść z gawry bo będzie już czuć wiosnę.
Że brzmi nudnie i nieciekawie, monotonnie, sennie?
A czy nie po to jest właśnie zima, czy nie dlatego przyroda zasypia, odpoczywa.
Młodzi mogą te prawa ignorować i mogą być aktywni przez 12 miesięcy na rok, ale mnie prawa przyrody pasują.

PS. Żeby tak całkiem nie skapcanieć wykleiłam już dwie kartki świąteczne.
Lubię taką dłubaninę, chociaż bez fachowego zaplecza jest to prawdziwa dłubanina.
Ale w „tej zabawie” właśnie chodzi o to, by ręce były zajęte, głowa nie musiała myśleć, ale uwagę i skupienie trzeba zachować;)

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 19, 2017 07:19

Bezwstydnica

G-10

– Kocham cię mały robaczku – mówię, głaszcząc, jak mi się wydaje, śpiącą już G.
– Wiem – mruczy nagle robaczek.



A dziś „mały” „robaczek”, który już mi podkrada koszulki, i nawet ostatnio paradował nielegalnie w moich legginsach, skończył 10 lat!
Taki mały Grobaczek, a wniósł w nasze życie taaakie wielkie połacie radości.

Kochana G., życzę Ci, żeby zawsze ktoś Cię kochał. Reszta niech będzie posypką do miłości.

Sto lat!
🙂


Pozdrawiam
Kura

by Kura at styczeń 19, 2017 03:29

pierwsza żona

Brotje Enerdży

Są !!! Są jeszcze Zenki na tym świecie cos chcą ratować niewiasty.

Są !!!!

Siedzę bowiem w bjurze. i pracuje. Noc, ciemno, minus 7.  W Irkutsku -30, Sydnej +20.

NIEWAZNE. zupełnie . (Oslo O – „zero”)

u nas minus siedem.

poszłam z bjura na chwilę otulić dziadki kołdrą.

i coś mi wieje po łydkach, złuszczonych co prawda, więc bez skóry mniejsze czucie. ale coś mi zawiało.

Dygresja : piec mam gazowy. Mam taką wizję, że jak tylko go dotknę, on wybuchnie i w zasadzie tyle.

więc ide. do pieca.

i co ja widzę. Widzę, że płomienia nie ma, tempertura na piecu 19,7 stopnia.

1,2 bara.

niedobrze myślę.

niedobrze.

((ale na drugim planie (myślowym) akcja przebiegła szybko.

koce, dużo kocy, kominek, drewno, dużo drewna, farelka, owcza wełna, koń !!! muszę szybko załatwić konia ! w zasadzie to trzy. niestety świerzo zabite. Leonardo na filmie spał wew wnętrzu konia. Stadniny. www.stadniny.pl. jak tego konia przywieźć ? saniami ? Ma ktoś telefon do Leonadra ? oj zaraz, mój dziadek świętej pamięci był Leoś , www.medium.pl ???? ))

No nic, może ten piec zresetować  ? jest jakaś apka na Brotje ? a serwis chociaż 24 ?

Mój serwisant co robił przegląd w lipcu – na zimę oczywiście w chuj empatii. W chuj. Swoją drogą polecam – przy czyszc zeniu pieca GAZOWEGO wydawał dźwięki „o kurwa” „aj!!!” „no działaj!” „kurwa! iskra!”.

Dzwonię więc dalej, gdziekolwiek, pogotowie gazowe, stadnina koni, ministerstwo gazu ziemnego, producent orzeszków ziemnych.

Junkers, dobra, niech będzie junkers.

I tu nastąpił cód.

Zenek co nie zna się na moim piecu przeprowadził mnie za rękę przez analizę pieca, płomienia, zasobnika i wreszcie termostatu.

Upuszczaliśmy jak temu koniowi krwi – ciepłej wody memu domowi.

Macaliśmy rury, zaglądaliśmy w odmęt odwiertu gazowego.

I Zenek zawyrokował. Pani pójdzie i wyjmie z pilota do tv baterie i wymieni w termostacie.

(nie wspominałam, że nie mam TV wogole i tym bardziej pilota, ale kurwa w odmętach szuffffflady była jedna bateria).

Wymieniłam.

Piec zrobił ffffffsssssfffff i SRU (wybuchł, z mapy polski zniknął Poznań).

I popłynęło ciepło.

Zenek odetchnął. Ja pobogosławiłam Zenka.

Aleluja.

Nastała Ciepłość.

Odwołałam konie. Czy konie mnie słyszą ???

 

Komuś wina?

by autor at styczeń 19, 2017 12:08

styczeń 18, 2017

Niezbyt boska ja

Planiści tak mają

W naszym dziale wiecznie musimy coś planować.

Oprócz planowania produkcji, które jest naszym zadaniem głównym (zazwyczaj:), zawsze mamy liczne plany poboczne: a to planujemy co kupimy komuś w prezencie, a to wyjazd w góry, a to kto co przynosi na wigilię i tak dalej.

W tym roku jednak poszliśmy krok dalej. 

Jakiś czas temu zaczęliśmy w biurze słuchać czwórki. Bardzośmy ją wszyscy polubili (nawet Hejterską :), ale nastąpiła pewna ZMIANA i czwórki w zwykłym radiu już nie ma, można jej słuchać tylko w internetowym.

Ta informacja to był wielki cios dla nas, ale my się tak łatwo nie poddajemy i z nowym rokiem ruszyliśmy ze składkami na radio :). Sfinalizowanie transakcji planowane jest na kwiecień. Wtedy czwórka poleci u nas w biurze again :)

Fajnie. 

by boskajana@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 18, 2017 09:08

TUV

no ferie są ale to dla mnie przekleństwo raczej

jak pisałam wcześniej wizytę lekarską miałam czwartego a tomografię udało mi się załatwić już piątego.

Na wyniki musiałam czekać do następnej środy ale to pikuś przy reszcie.

O 8.40 dostałam smsa że wyniki i opis do odbioru.Luz, poprosiłam X-mena by odebrał i przywiózł je ale na spokojnie,znaczy żeby specjalnie nie wracał do mnie ,tylko zrobił zaplanowaną trasę.

I to był błąd…

Potuptałam w czwarteczek Zeszły do specjalisty gdzie dowiedziałam się iż mogę wryć się z wynikami na tzw „krzywy ryj” a pani doktor powie co dalej ale pani doktor była w środę a następnym razem będzie w poniedziałek.

Rodzinny ma urlop do końca miesiąca,więc uzbroiłam się w cierpliwość ( nie myśleć, nie myśleć kurwa ) i czekałam poniedziałku.

O siódmej rano wg instrukcji zameldowałam się przed gabinetem i czekam.

Czekam.

A po półgodzinie pielęgniarka wyszła i rzekła – oooo pani doktor ma urlopik,zapomniałam wywiesić karteczki…

Ale będzie w następny poniedziałeczek….chyba.

Kurtyna

by Tuv at styczeń 18, 2017 07:12

nic specjalnego

UFO ????????

Rzecz miała miejsce 18 grudnia ubiegłego roku, w mieście stołecznym,
Warszawie, w godzinach wczesno-rannych.
Noc z niedzieli na poniedziałek spałam w "zapasowym" mieszkaniu,
czyli piętro wyżej nad swoim mieszkaniem.
Niemal zawsze gdy ktoś nas "nawiedzi" biorę śpiwór i idę tam zanocować.
Jest to mieszkanie naszych przyjaciół, którzy aktualnie są poza Polską.
Tym razem nocowała u nas córka i prościej było mi wynieść się tam
ze śpiworem i jaśkiem niż szykować dla niej tam spanie, czyli wpierw
całe mieszkanie wysprzątać, przenieść pościel itp.
Noc była dla mnie wielce krótka, bo rozmawialiśmy z dzieckiem do
póznej nocy a należało rano wstać dość wcześnie. Zapomniałam  wziąć
od siebie coś, co się nazywa budzikiem, o komórce też zapomniałam.
Kładąc się spać powtórzyłam sobie kilka razy "masz wstać wcześnie".
A mam tak, że takie wbicie sobie w pamięć takiej treści tuż przed zaśnięciem
zawsze działa na mnie jak budzik.
Na wszelki wypadek nie zaciągnęłam szczelnie żaluzji, by dość wcześnie
zrobiło się w pokoju widniej.
I rzeczywiście- obudziłam się gdy jeszcze było mocno szaro.
Leżę na łóżku, wgapiam się w ogołocone gałęzie  rosnących drzew, bo z tej
wysokości, czyli z I piętra jakoś inaczej wyglądają niż z mojego  parteru.
Patrzę też na blok stojący po drugiej stronie podwórka i zastanawiam się,
która to może być godzina, bo tylko w dwóch oknach widać ,że jest zapalone
światło, więc chyba jest  jeszcze bardzo wcześnie.
I nagle widzę, że nad dach tego budynku  pomalutku, bezgłośnie "nadlatuje coś"
okrągłego,otoczonego czerwonymi światłami..
Płynie nad tamtym dachem w stronę naszego bloku cichutko, a więc nie helikopter.
Jak na samolot to stanowczo za nisko, żaden tak nisko nie lata, poza tym na ogół
nie są okrągłe a do tego nie są całe w czerwonych światłach.
Leżę i dalej czaszkuję co to było i......widzę, że nieco mniejsze coś, również całe
w czerwonych światłach płynie w ślad za poprzednim.
Nie wyrobiłam- wygrzebałam się ze śpiwora, założyłam okulary, podeszłam do okna
i całkiem odsłoniłam żaluzje. Wtedy dopiero  zobaczyłam, że to mniejsze to były
światełka pozycyjno- ostrzegawcze dzwigu  budowlanego, który właśnie
"zacumował" po drugiej stronie przelotowej arterii i na czas drogi  miał oświetlone
wszystkie krawędzie całej kabiny operatora.
No i tyle było tego UFO.
Jako nagrodę pocieszania, że jednak to nie było UFO podaję przepis na coś
bezglutenowego, bez mąki , cukru i zwykłego mleka.

Składniki warstwy spodniej:
1/4 szklanki migdałów
1/2 szklanki orzechów laskowych lub włoskich,
1/4 szklanki wiórków kokosowych,
1 szklanka wypestkowanych i namoczonych daktyli,
szczypta soli
Wszystkie te składnik blendujemy na gładką masę i przekładamy do małej
tortownicy ( średnica 19 cm), wierzch wyrównujemy.
Tortownicę umieszczamy w zamrażarce, by spód stężał.
Teraz czas przygotować wierzch:
2 szklanki namoczonych w  wodzie orzechów nerkowca,
1 szklanka mleka kokosowego,
1 szklanka mrożonych czarnych jagód,
2 łyżki miodu, 3 łyżki oleju kokosowego.
Odsączamy z wody orzechy i wszystkie składniki blendujemy na jednorodną
masę.
Wylewamy masę do tortownicy na podmrożony spód, nakrywamy folią fresh
i zostawiamy na 2 godziny w zamrażarce, aż masa stężeje.
Serwujemy w 15 minut po wyjęciu z zamrażarki.

Przepis ściągnęłam ze strony www.paleolife.pl   na której jest sporo ciekawych
przepisów dla bezglutenowców i osób stosujących dietę paleo.

P.S.
Nie wiem czy wiecie, ale daktyle to takie bardzo dziwne owoce, które choć są
wściekle słodkie nie podnoszą poziomu cukru w krwi, więc nawet cukrzykom
nie szkodzą
No to smacznego życzę (nie zaczyna  się zdania od "no" o czym dobrze wiem;)))


by anabell (noreply@blogger.com) at styczeń 18, 2017 05:31

Tokyo Pongi (komentarze)

Smoking kills...

O BUKIECIE I KNEDLIKU

No więc wczoraj.

Najpierw wprowadzenie: N. ma takiego znajomego, z którym się spotyka ze 3 razy do roku, i ten znajomy za każdym razem daje mu BUKIET KWIATÓW. Wielki, gigantyczny bukiet kwiatów, na widok którego dostaję rybiego oka, bo nie lubię ciętych kwiatów, a jeszcze w takiej OBJĘTOŚCI. Trzeba wyciągać najcięższy wazon, bo normalne wazony się przewracają, i proszę zgadnąć, kto ten dwutonowy wazon później musi myć. No. Za każdym razem jak N. wraca do domu z bukietem, to mu docinam, że kwiaty dla faceta od faceta to takie DWUZNACZNE, na co on, że ten bukiet to dla mnie, na co ja, że akurat. No i tak się przekomarzamy, a mi żyła pulsuje, a bukiet później stoi gdzieś w kącie, a ja go omijam wzrokiem. Bo mam taką taktykę, że jak mnie coś denerwuje to omijam wzrokiem (na pewno kilku terapeutów za skromnym wynagrodzeniem by mi to przystępnie wyjaśniło). I tak było również i tym razem – bukiet przybył, powściekałam się, stanął w kącie, poomijałam go wzrokiem przez kilka tygodni, aż zostały suche badyle. No i wczoraj postanowiłam przynajmniej wypizgnąć go na taras, dalej niech N. się nim zajmuje.

O święta Rito, patronko spraw beznadziejnych! Może rzeczywiście postał tym razem NIECO ZA DŁUGO, bo wszystko już było całkiem suche, a w szczególności takie te zielone porosty, delikatniejsze niż asparagus, ale jednak z mnóstwem, z milionami małych szpileczek. I prawie wszystkie te szpileczki się osypały NA MNIE – na ubranie, na włosy, na ręce, za dekolt…

Kurwa mać, z godzinę tańczyłam taniec świętego Wita, żeby się tego POZBYĆ. Koszulkę od razu wrzuciłam do prania, ale polar trzepałam z pięć razy i ciągle coś mi jeździło po szyi. W skórki przy paznokciach powbijały mi się jak drzazgi. Na rękach dostałam spacerującej wysypki i w ogóle do dziś na samo wspomnienie się drapię WSZĘDZIE. Niech no ja zobaczę, jak N. wraca ze spotkania z następnym bukietem. NIECH SPRÓBUJE.

Na pocieszenie czytam „Młyn do mumii” – jest bardzo, bardzo śmieszny (i świński). Powieść awanturnicza, ocierająca się miejscami o purenonsens, a to wszystko w czeskim wykonaniu – uwielbiam czeskie spojrzenie na świat. I czeskie knedliki – N. mi przywiózł w prezencie jeden taki długi, bułczany i pożeraliśmy go z biteczkami wołowymi. Nasze pyzy drożdżowe też są niezłe, ale czeski knedlik lepszy. Ach.

Z czego wynika, że jestem kobietą która woli dostać czeski knedlik od bukietu. Cóż mogę powiedzieć – nigdy nie byłam specjalnie romantyczna, niestety.

 

PS. Od kilku dni chichram się z tego dowcipu: „Striptizerka wyskoczyła z tortu za wcześnie i uderzyła głową w piekarnik.”

by Barbarella at styczeń 18, 2017 07:02

Kura pazurem

Za czy przeciw?

Po raz kolejny rozpoczęła się dyskusja na temat medycznej marihuany. Przyznam szczerze, że kiedyś byłam przeciwna jakiejkolwiek próbie legalizacji, bo zaraz miałam wizję kombinujących Polaków, napalonych małolatów itp. Kiedyś nawet dyskutowałam na ten temat ze swoimi uczniami. Wiadomo, że jak człowiek czegoś nie zna, to się tego boi, tym bardziej że pewne rzeczy są demonizowane. źródło pixabayPotem jednak zaczęło do mnie docierać, że jeżeli faktycznie pomaga, to czemu nie. Podobno odpowiednio podawana osobom chorym na padaczkę łagodzi liczbę i intensywność napadów. To chyba przekonuje. A jeżeli łagodzi ból w przypadku raka, to też jestem za, nawet jeżeli to jest nie do końca potwierdzone. W sumie podaje się chorym morfinę, to czemu nie marihuanę.

Z tego wychodzi, że jestem za (mówią, że podobno tylko krowa nie zmienia poglądów, więc ja jako kura jak najbardziej mogę), ale oczywiście niech to się odbywa mądrze.

Ciekawa jestem Waszego zdania.

Istnieją oczywiście tacy, którzy mają wizję całych tabunów naćpanych chorych. Ale tak sobie myślę, że nawet jeżeli pojawiłoby się uzależnienie, to chyba byłby to najmniejszy problem w przypadku na przykład raka mózgu. Mogę się oczywiście mylić.

Zresztą niewiele wiem o używkach, bo w swoim życiu eksperymentowałam z nielicznymi, ograniczającymi się do kawy (codziennie dwie filiżanki), alkoholu (bardzo sporadycznie), papierosów (bardzo epizodycznie) i słodyczy (brak limitów). Oczywiście z tego wszystkiego najbardziej mnie rajcują te ostatnie – z tego jakoś nie umiem zrezygnować. I kiedy je widzę, to oczywiście ślinotok. I jak obślinione zombie wyciągam dłonie… i pochłaniam, a dupka sobie rośnie, nie zważając na to, że garderoba ma raczej ograniczone możliwości naciągowe.

by anna at styczeń 18, 2017 04:02

styczeń 17, 2017

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Praca w Japonii dla cudzoziemca., którego autorem jest Herakliusz

Ja również mam pytanie o możliwości pracy w Japonii. Skończyłem kierunek lekarski, ale raczej nie wiążę swojej przyszłej kariery z leczeniem ludzi. Zresztą w Japonii i tak marne miałbym na to szanse. Chciałbym zapytać jakie są zatem moje możliwości znalezienia pracy w Kraju Kwitnącej Wiśni. Na pewno praca naukowa, czy coś jeszcze? Znam angielski w stopniu raczej zaawansowanym i zacząłem niedawno uczyć się japońskiego, jwdnak poziom bardzo początkujący. Dodam, że wyjazd do Japonii jest raczej pewny, nazwijmy to ze względów rodzinnych. Jestem w związku z Japonką i wkrótce zapewne się pobierzemy. Co z tego wynika nie będę miał problemów z prawem stałego pobytu i z pozwoleniem na pracę raczej też.
Z góry dziękuję za wszelką pomoc 😉

by Herakliusz at styczeń 17, 2017 07:37

Czytadelko

Motyla noga - Anita Graboś

Absolutnie nie jestem żadną specjalistką, jeśli chodzi o kolorowanie, tym bardziej, że maziam sobie raczej dla przyjemności i wyciszenia umysłu niż dla pobudzenia kreatywności i artystycznej strony mojej duszy (której chyba zresztą nie mam), ale gdybym miała komuś polecić jakiekolwiek kolorowanki, to mój wybór z całą pewnością padłby na którąś z tych wydanych przez Naszą Księgarnię. Wahałabym się tylko czy lepiej wybrać cudowne Między kreskami czy jednak totalnie rozluźniającą i wprowadzającą w dobry nastrój Motylą nogę.

Dla mnie Motyla Noga jest przede wszystkim bardzo wygodna w kolorowaniu, bo posiada wszystko to, co lubię i wszystko to, co moim zdaniem tę czynność ułatwia, czyli twardą, kartonową podkładkę, sprawiającą, że można kolorować dosłownie wszędzie, grubszy papier, przez który nie przebije na drugą stronę ani żaden flamaster, ani cienkopis ani inny dowolny maziak, a nawet jeśli coś by już przebiło, to ilustracje Anity Garboś zostały zadrukowane jednostronnie, więc tak czy siak... można bazgrać wszystkim na zdrowie, do woli i bez obaw, że zniszczycie coś, co znajduje się na następnej stronie. 

To jednak co najlepsze w Motylej Nodze , to same rysunki, a właściwie nawet pal licho te rysunki, bo najlepsze są hasła, które się przy nich pojawiają. Przede wszystkim, razem z mężem, uśmialiśmy się już przy samym przeglądaniu stron, na których znalazły się przekleństwa w wersji light. Naprawdę nie trzeba od razu brać się za kolorowanie, bo urocze hasełka takie jak  motyla noga , jasny gwint , ożesz ty, orzeszku i nasz absolutny faworyt, czyli niech to dunder świśnie!, z całą pewnością sprawią, że na waszej twarzy pojawi się szeroki uśmiech, a złość, która nam się przez cały dzień nagromadziła, nagle gdzieś uleci. A potem do pary z tym uśmiechem, wystarczy już tylko kilka kredek lub flamastrów i... relax, take it easy!

Anita Graboś, Motyla Noga , Warszawa, Nasza Księgarnia 2016

by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 17, 2017 05:59

Blog do czytania

Podobno była fajna impreza

Dziękuję. Rób dalej to, co robisz. Świetnie ci idzie. A co ty powiesz komuś, kto inspiruje cię do zmiany swojego życia? Już z daleka widać wyłaniający się zza rogu wielkiego budynku koniec kolejki. To nowy widok w terenie, gdzie dominują kadłuby statków, przemysłowe hale i kilkudziesięciometrowe żurawie. Tereny stoczniowe w Gdańsku zmieniają się i obok […]

by Bartosz Cicharski at styczeń 17, 2017 04:55

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Praca w Japonii dla cudzoziemca., którego autorem jest bar

A czy osoba z certyfikatem znajomości angielskiego, ale nie będąca native speakerem, ma jakieś szansę zostac nauczycielem angielskiego?

by bar at styczeń 17, 2017 02:08

Skomentuj Praca w Japonii dla cudzoziemca., którego autorem jest karo

dziekuję za odpowiedź, i wybacz, że jeszcze dopytam – czyli naprawdę mozna dostac wizę pracowniczą na takie prace? NIe są tylko przeznaczone dla rodzimych japończyków? Bo musze przyznać, że byłam przekonana, że wizje pracowniczą moga otrzymać tylko naukowcy, specjaliści, pracownicy z wyższymi uprawnieniami itd

by karo at styczeń 17, 2017 02:04

Kurlandia

Bal karnawałowy

Mój ulubiony sklep z odzieżą używaną mieści wiele modowych „perełek”. Tym razem znalazłam tam kostium karnawałowy dla Szymona. To pierwszy przedszkolny bal naszego młodszego syna w życiu, dlatego mocno postaraliśmy się z Mężem, by był to dzień niezapomniany. Szymon stał się radosnym diabełkiem w długiej, pokrytej płomieniami bluzie z kapturem, na którym wystawały opalizujące, szatańskie różki. Przez internet zamówiłam też jaskrawo czerwone, bawełniane rajstopki. Sama natomiast – do czarnych leginsów i bluzki – dokupiłam w Pepco czerwone rogi i ogon. To tak na wszelki wypadek, by nie było cienia wątpliwości, czyj jest ten nieznośny – na swój szczególny sposób – czort. Szarpie mnie za włosy i się rechocze z radości; uparcie kopie nogami, gdy próbuję zapiąć pieluchę; schodzi z moich kolan, bo koniecznie chce dreptać, choć jeszcze sam nie potrafi; ucieka – autorskim ruchem alternatywnym – z narożnika na dywan i przywołuje wszystkie zwierzęta, które z dziką radością skaczą po czterolatku i wylizują mu usta. I tak dalej…”Ty miałeś być tym grzeczniejszym dzieckiem!” – mówię czasem do syna z wyrzutem, gdy już nie mogę słuchać złośliwego rechotu małego diablęcia. A Szymon śmieje się do utraty tchu, bo doskonale wie, że broi. Tylko z politowaniem kiwam głową, bo zwrócenie uwagi kończy się fochem, a nawet aktorskim płaczem. Tak, wiem: rozpieszczony do bólu. On jest piekielnie słodki w tych swoich wybrykach. Wszystko mu z łatwością wybaczam, bo uśmiech tego dziecka jest absolutnie rozbrajający.

Syn był przeszczęśliwy wśród dużej gromady dzieci, migocących świateł i kolorowych balonów nad głową. W pewnym momencie gotowa byłam się poddać i wsadzić dziecko do wózka, bowiem tak prężyło się z radości, że ręce mi mdlały z wysiłku. Szymek wychylał się do przodu i sprytnie zjeżdżał chudą dupką z moich nóg. Jackowi udało się to nawet uchwycić na zdjęciu. „Do dzieci!” – syn wysyłał mi jasny komunikat.

Mąż zrobił sporo fotografii, dzięki czemu mamy wspaniałą pamiątkę. Byliśmy tam razem, całą rodziną, co jest absolutnym priorytetem w mojej hierarchii wartości. Nie ma nic cenniejszego, niż budowanie wspólnych wspomnień. Czasem ciężko jest wszystko logistycznie ogarnąć – przyznaję. Ale obecny kierownik Męża jest dość elastyczny, a i koledzy ze sklepu zamieniają się dyżurami w grafiku, gdy się ich poprosi o pomoc. Pomaga planowanie życia na kilka tygodni naprzód.

Tego dnia dowiedziałam się o sobie czegoś nowego: jestem w stanie tańczyć przez półtorej godziny, mając w ramionach trzynaście kilo – prężącego się niemiłosiernie – przedszkolaka. Jeśli się na coś czeka kilka lat… jeśli właśnie spełnia się czyjeś wielkie marzenie, to przypływa taka fala energii, że nie czuje się ani wkładanego wysiłku, ani zmęczenia. Człowieka ogarnia bezbrzeżna radość i szczęście. I tak właśnie się czułam, tańcząc z moim młodszym synem na balu i podskakując w rytm wszelkich radiowych hitów. Nie ma lepszego środka znieczulającego, niż szalona dawka endorfin. Czy umiałabym czerpać taką radość z życia, gdyby układało się ono zawsze pomyślnie?

Szymon był mocno zmęczony hałasem i gorącem, unoszącym się w niewielkiej sali gimnastycznej, przypominającej bardziej wybieg dla kurczaków, niż halę sportową dla dzieci. Dobra wiadomość jest taka, że – wraz z kilkoma innymi reprezentantami Komitetu Rozbudowy Szkoły – porozumieliśmy się z lokalnymi władzami i niedługo ruszy modernizacja jedynej placówki edukacyjnej terenie naszej wiejskiej gminy, która to zapewnia opiekę dzieciom niepełnosprawnym już od przedszkola. Dostaliśmy poparcie urzędników i budowa nowej sali gimnastycznej oraz kilku dodatkowych klas lekcyjnych, rozpocznie się w marcu bieżącego roku, a skończy na koniec przyszłego roku. Tym sposobem do ósmej klasy nie muszę się martwić o Michała, Szymon również nie będzie wożony do Wrocławia. W rozmowie z Panią Wójt oraz w składanych przeze mnie pismach urzędowych podkreślałam, że wysoko rozwinięta gmina – która aspiruje do prestiżowych, ogólnopolskich nagród – winna zapewnić dostęp do edukacji osobom niepełnosprawnym. Tak też się stanie, a nowe skrzydło szkoły będzie mi przypominać o tym, że nie ma w życiu rzeczy niemożliwych. Kolejne dzieci szczególnej troski będą mogły integrować się ze społeczeństwem, żyć aktywnie wśród swoich najbliższych sąsiadów.

Michała bal zaczął się po zakończeniu zabawy przedszkolaków. „To znowu ja!” – zażartowałam do – mocno zaskoczonych – prowadzących imprezę. Tak się składa, że jesteśmy również rodzicami „szkolniaka”. Ograniczyłam się jednak do robienia zdjęć, bo musiałam ochłonąć przed wyjściem na dwór. Udało mi się uchwycić romantyczny taniec starszego syna i jego wybranki serca – Szeherezady.

Mam wrażenie, że co roku stroje są ładniejsze. Dzieciaki wyglądały fantastycznie, ale w pamięci zapadło mi przebranie Minecraft zrobione z dużego pudła. Bardzo mnie to pozytywnie nastroiło, bo widziałam pracę i serce, włożone w przygotowanie tego kostiumu. Pewnie rodzice chłopca pomogli mu przebrać się za postać z ulubionej gry komputerowej i była przy tym niezła zabawa. Ja poszłam w tym roku na skróty (kupując gotowe stroje), ale kibicowałam innym. Swoją energię skierowałam w podróżowanie z synem palcem po mapie. Ale o tym już opowiem kolejnym razem…

***

 

 

 

by Iga at styczeń 17, 2017 12:38

Bezwstydnica

Notatki na marginesie

instrukcja obsługi mas za Noamem Chomsky

1 – ODWRÓĆ UWAGĘ

Kluczowym elementem kontroli społeczeństwa jest strategia polegająca na odwróceniu uwagi publicznej od istotnych spraw i zmian dokonywanych przez polityczne i ekonomiczne elity, poprzez technikę ciągłego rozpraszania uwagi i nagromadzenia nieistotnych informacji. Strategia odwrócenia uwagi jest również niezbędna aby zapobiec zainteresowaniu społeczeństwa podstawową wiedzą z zakresu nauki, ekonomii, psychologii, neurobiologii i cybernetyki. „Opinia publiczna odwrócona od realnych problemów społecznych, zniewolona przez nieważne sprawy. Spraw, by społeczeństwo było zajęte, zajęte, zajęte, bez czasu na myślenie, wciąż na roli ze zwierzętami (cyt. tłum. za „Silent Weapons for Quiet Wars”).

2 – STWÓRZ PROBLEMY, PO CZYM ZAPROPONUJ ROZWIĄZANIE

Ta metoda jest również nazywana „problem – reakcja – rozwiązanie”. Tworzy problem, „sytuację”, mającą na celu wywołanie reakcji u odbiorców, którzy będą się domagali podjęcia pewnych kroków zapobiegawczych. Na przykład: pozwól na rozprzestrzenienie się przemocy, lub zaaranżuj krwawe ataki tak, aby społeczeństwo przyjęło zaostrzenie norm prawnych i przepisów za cenę własnej wolności. Lub: wykreuj kryzys ekonomiczny aby usprawiedliwić radykalne cięcia praw społeczeństwa i demontaż świadczeń społecznych.

3 – STOPNIUJ ZMIANY

Akceptacja aż do nieakceptowalnego poziomu. Przesuwaj granicę stopniowo, krok po kroku, przez kolejne lata. W ten sposób przeforsowano radykalnie nowe warunki społeczno-ekonomiczne (neoliberalizm) w latach 1980. i 1990.: minimum świadczeń, prywatyzacja, niepewność jutra, elastyczność, masowe bezrobocie, poziom płac, brak gwarancji godnego zarobku – zmiany, które wprowadzone naraz wywołałyby rewolucję.

4 – ODWLEKAJ ZMIANY

Kolejny sposób na wywołanie akceptacji niemile widzianej zmiany to przedstawienie jej jako „bolesnej konieczności” i otrzymanie przyzwolenia społeczeństwa na wprowadzenie jej w życie w przyszłości. Łatwiej zaakceptować przyszłe poświęcenie, niż poddać się mu z miejsca. Do tego społeczeństwo, masy, mają zawsze naiwną tendencję do zakładania, że „wszystko będzie dobrze” i że być może uda się uniknąć poświęcenia. Taka strategia daje społeczeństwu więcej czasu na oswojenie się ze świadomością zmiany, a także na akceptację tej zmiany w atmosferze rezygnacji, kiedy przyjdzie czas.

5 – MÓW DO SPOŁECZEŃSTWA JAK DO MAŁEGO DZIECKA

Większość treści skierowanych do opinii publicznej wykorzystuje sposób wysławiania się, argumentowania czy wręcz tonu protekcjonalnego, jakiego używa się przemawiając do dzieci lub umysłowo chorych. Im bardziej usiłuje się zamglić obraz swojemu rozmówcy, tym chętniej sięga się po taki ton. Dlaczego? „Jeśli będziesz mówić do osoby tak, jakby miała ona 12 lat, to wtedy, z powodu sugestii, osoba ta prawdopodobnie odpowie lub zareaguje bezkrytycznie, tak jakby rzeczywiście miała 12 lub mniej lat” (zob. Silent Weapons for Quiet War).

6 – SKUP SIĘ NA EMOCJACH, NIE NA REFLEKSJI

Wykorzystywanie aspektu emocjonalnego to klasyczna technika mająca na celu obejście racjonalnej analizy i zdrowego rozsądku jednostki. Co więcej, użycie mowy nacechowanej emocjonalnie otwiera drzwi do podświadomego zaszczepienia danych idei, pragnień, lęków i niepokojów, impulsów i wywołania określonych zachowań.

7 – UTRZYMAJ SPOŁECZEŃSTWO W IGNORANCJI I PRZECIĘTNOŚCI

Spraw, aby społeczeństwo było niezdolne do zrozumienia technik oraz metod kontroli i zniewolenia. „Edukacja oferowana niższym klasom musi być na tyle uboga i przeciętna na ile to możliwe, aby przepaść ignorancji pomiędzy niższymi a wyższymi klasami była dla niższych klas niezrozumiała (zob. Silent Weapons for Quiet War).

8 – UTWIERDŹ SPOŁECZEŃSTWO W PRZEKONANIU, ŻE DOBRZE JEST BYĆ PRZECIĘTNYM

Spraw, aby społeczeństwo uwierzyło, że to „cool” być głupim, wulgarnym i niewykształconym.

9 – ZAMIEŃ BUNT NA POCZUCIE WINY

Pozwól, aby jednostki uwierzyły, że są jedynymi winnymi swoich niepowodzeń, a to przez niedostatek inteligencji, zdolności, starań. Tak więc, zamiast buntować się przeciwko systemowi ekonomicznemu, jednostka będzie żyła w poczuciu dewaluacji własnej wartości, winy, co prowadzi do depresji, a ta do zahamowania działań. A bez działań nie ma rewolucji!

10 – POZNAJ LUDZI LEPIEJ NIŻ ONI SAMYCH SIEBIE

Przez ostatnich 50 lat szybki postęp w nauce wygenerował rosnącą przepaść pomiędzy wiedzą dostępną szerokim masom a tą zarezerwowaną dla wąskich elit. Dzięki biologii, neurobiologii i psychologii stosowanej „system” osiągnął zaawansowaną wiedzę na temat istnień ludzkich, zarówno fizyczną jak i psychologiczną. Obecnie system zna lepiej jednostkę niż ona sama siebie. Oznacza to, że w większości przypadków ma on większą kontrolę nad jednostkami, niż jednostki nad sobą.

 

Nadal uważacie, że Kaczyński to idiota/oszołom/głupek/człowiek chory psychicznie? 

 

 

uzupełnienie za racjonalistą:

 

Poul Romskey: Noam Chomsky zaprzeczył autorstwu tego tekstu w odpowiedzi fizykowi Jean Bricmontowi w październiku 2010 roku stwierdził: „Nie mam pojęcia, skąd to pochodzi. Nie stworzyłem tej kompilacji, nie spisałem i nie zamieściłem jej w internecie. Wielu ludzi zauważa podobieństwo z tym co napisałem tu czy tam, ale na pewno nie zrobiłem tego w tej postaci lub w postaci listy". Dzieje tego tekstu są starsze, lecz autor pozostaje wciąż anonimowy. Nad pierwowzorem (Silent Weapons for Quiet War) pochylało się wielu ekspertów (w tym specjaliści CIA) stwierdzając, że nie napisał tego amator. Co ciekawe jednak, przedstawione w liście tezy są zbieżne z wynikami prac wielu socjologów, psychologów, medioznawców. Tekst stanowi wciąż zagadkę, stał się „teorią spiskową". O jego popularności — jak sądzą badacze — zadecydowało to, że jest napisany w formie instrukcji a nie analizy.

 

uzupełnienie moje:

Niepotrzebnie się Chomsky wypiera moim zdaniem, bo na pewno jego teksty mogły być inspiracją do powstanie tego swoistego "dekalogu". Wyparł się formy ale trudno zaprzeczyć treści:)






by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 17, 2017 06:38

zapiski zgagi

Wbrew regułom

Mam taką prywatną teorię na temat nowo przygotowywanych potraw i ciast. Sprawdzającą się od wielu lat. Pierwsza próba zawsze się udaje, druga to kompletna klapa, od trzeciej już ok. Do tej pory praktycznie nie było wyjątków, ale…

Wiele, wiele lat temu, gdy jeszcze moich dzieci na świecie nie było, postanowiłam upiec sernik. Przepis w rodzinie od pokoleń, Mamie i Babci zawsze znakomicie się udawał, będąc ozdobą świąt wszelkich, rocznic, imienin itp. Teoretycznie zrobiłam wszystko jak należy, jedyny, fatalny w skutkach, błąd, polegał na tym, że z braku piekarnika użyłam prodiża. I wyszedł mi produkt glutowato-gumowaty…

Tak się skutecznie zniechęciłam, że przez kolejnych circa 35 lat nawet nie próbowałam drugiego podejścia. Ale niedawno moja Beatka poczęstowała mnie własnym pysznym ,,wykisem”, zapewniając, że to najłatwiejsze ciasto w świecie, zero roboty itp. Więc postanowiłam podjąć  próbę…

Rzeczywiście, czas przygotowania według beatkowej receptury wynosił nie  więcej niż 10 minut. W to mi graj, bo nie lubię się godzinami urabiać po łokcie przy ciastach. Jedna małą skuchę tylko popełniłam, ale nie wpłynęła ona decydująco na końcowy efekt. Sernik wyszedł!

Inny wprawdzie nieco pod względem konsystencji niż nasz ,,rodzinny”, ale zyskał uznanie. Zarówno Asi i Zięcia, jak i Małża oraz, co najważniejsze, Beatki. Tak więc tym razem zasada ,,pierwsza próba dobra, druga beznadziejna” nie sprawdziła się. Tylko ciekawe, jak wypadnie trzecie podejście…

by Zgaga at styczeń 17, 2017 12:55

styczeń 16, 2017

TUV

hu,hu,ha,hu,hu,ha nasza zima zła

z psem trzeba wychodzić nawet gdy zimno a nawet bardzo,zimno.

Rudka ma futro i lubi spacery.Jest tylko problem z mocno owłosionymi łapami a raczej podbiciem łap.Włosy rosną jej między poduszkami na potęgę,śnieg się przykleja i robią się kulki.Idealne kulki które w pewnym momencie uniemożliwiają jej chodzenie.Trzeba ciągle je czyścić.Wymyśliłam że butki ale najprościej było po prostu posmarować poduszki wazeliną.Sposób zdał egzamin i chodzimy bez problemu.

Problemem było jednak zimno, dla mnie.

Pomyślałam o kurtce.Moja jedna przejściówka sportowa,taka w góry na jesień jest odpowiednia ale ciut jednak potrzebuje docieplenia przy -17 stopniach.

Druga , taka jakby bardziej  do miasta ,ciepła ale najcieplej w niej do ” 0 ” stopni. Poniżej tej temperatury czuję w pewnych miejscach na ciele  ziąb.

Rękawiczki też takie do zera stopni dobrze że chociaż czapki mam.No i buty odpowiednie.Trapery świetnie zdają egzamin.

Wczoraj postanowiłam kupić sobie – bo wszak są wyprzedaże ,kurtkę sportową,na wyprawy turystyczne zimowe.Nawet narciarską bo czemuż nie. I tu zonk.Objechaliśmy wszystkie znane sklepy sportowe i … hm, tam gdzie po przecenie kurtka kosztowała 1200zł wychodziliśmy od razu.Tam gdzie ceny wisiały w okolicach 400zł penetrowaliśmy sklep bo a nuż mają coś w niższej cenie.Owszem ale albo to było to samo co mam albo może w ciut lepszej kolorystyce, nawet z dopinanym polarem i w cenie 150zł !!! ale….znów uważałam że jak się odepnie polar to MOJA kurtka jest lepsza.

No to nastawiłam się na bieliznę termiczną.Na przecenie w dobrym sklepie górskim koszulka bieliźniana 55zł.Kupiłam,bo X-men już taką ma a Młoda nosi od dawien dawna.Kierowałam się rozmiarem i wszystko ok tylko…za krótka!!! No przecież ( ja tak uważam) koszulka powinna chronić nery a najlepiej jakby zakrywała tyłek,bo przecież człowiek też np się pochyla by buty ubrać! Jest super,ciepło mi w niej ale jest krótka;(.

W markecie dopadłam za 45 zł komplet bielizny termicznej znaczy koszulkę i legginsy/kalesony.Super, i rozmiar dobry i długość koszulki świetna !!! kalesony idealne ale….kuźwa znów za krótkie tym razem nie sięgają talii.Co jest z tą modą? Po cholerę mi coś co jest do bioder prawie że ?

No to mam takie …wybrakowane ale miłe w dotyku,cieple i delikatne zarazem.Mając to wszystko kupiłam polar.W decathlonie .O ciepłocie „trzy” czyli dość wysokiej .

I teraz wkładam kalesony,by mi się nie zsuwały ( i tak poprawiam) getry a dopiero potem spodnie.Dwie pary skarpet – wierzchnia para grubaśne.Koszulka termiczna,bluzka i polar. Do tego kupione rękawiczki narciarskie.

No i wiadomo, czapka i kurtka.

Nareszcie ciepło !!! Mogę sobie z Rudą spacery dłuższe  poczynić.

No ;)

Nowe okulary widać na zdjęciu – mam jak zwykle fotochromy ale po raz pierwszy SZARE i to był ogromny błąd.Szkła nadają się na pustynię albo lodową,albo piaszczystą.Zaciemnienie 85% to porażka. Wchodząc z oślepiającej bieli do sieni ciemnawej nie widzę NIC.Serio.NIC. A co ja zrobię jak będę jechać rowerem? Bywa że jedzie się pod słońce a potem wpada w cień….Czarno to widzę.Odradzam szare szkła !

W parku bywa urokliwie.Bladym świtem pustki,tylko kaczki w wodzie.

Po raz pierwszy widziałam na tej rzece lód !!! W niektórych miejscach miał nawet szerokość do pól metra w głąb nurtu.

 

by Tuv at styczeń 16, 2017 08:32

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Azjatyckie kosmetyki, czy naprawdę są takie dobre?, którego autorem jest dorotkaszafranek

Dzieki wielkie, własnie to mi brakowało :)
kiedy obejrzysz inne filmiki np ten https://www.youtube.com/watch?v=fDWfrmLaYVM to w ogóle padniesz z wrażenia, dla mnie to bzdury
myślę ze twój blog jest świetny chętnie będę go odwiedzać

by dorotkaszafranek at styczeń 16, 2017 05:59

Skomentuj Azjatyckie kosmetyki, czy naprawdę są takie dobre?, którego autorem jest dorotkaszafranek

Dzieki wielkie, własnie to mi brakowało :)
kiedy obejrzysz inne filmiki np ten https://www.youtube.com/watch?v=fDWfrmLaYVM to w ogóle padniesz z wrażenia, dla mnie to bzdury
myślę ze twój blog jest świetny chętnie będę go odwiedzać

by dorotkaszafranek at styczeń 16, 2017 05:58

Skomentuj Praca w Japonii dla cudzoziemca., którego autorem jest Maika

Prace w gastronomii czy sieciówkach nie są najlepiej płatne, ale np. na wynajęcie pokoju w shared house i podstawowe utrzymanie się powinny wystarczyć. To będzie życie bez szaleństw, ale moim zdaniem da się – pytanie czy warto? Jeśli chodzi o drugie pytanie, to ze znajomością japońskiego raczej nie będzie problemów ze znalezieniem pracy w międzynarodowej firmie.

by Maika at styczeń 16, 2017 03:41

Skomentuj Kosmetyczne cuda z Japonii, którego autorem jest Maika

To może lepiej jakieś serum pod krem? Ja przpadkiem znalazłam dobry krem, ale niestety nie ma żadnego działania przeciwzmarszczkowego, więc pod krem kładę serum. U mnie się sprawdza.

by Maika at styczeń 16, 2017 03:36

Skomentuj Praca w Japonii dla cudzoziemca., którego autorem jest Maika

Jest tu wydział polonistyki na uniwersytecie oraz działają polonijne szkoły dla dzieci, ale nie orientuję się czy i jak często zatrudniają. Zawsze można też uczyć prywatnie, ale obawiam się, że zapotrzebowanie na nauczycieli polskiego jest raczej niewielkie. W Japonii największe zapotrzebowanie, przynajmnniej w tej chwili, jest na nauczycieli angielskiego.

by Maika at styczeń 16, 2017 03:32

Skomentuj Praca w Japonii dla cudzoziemca., którego autorem jest Maika

Można podjąć tu studia, lub przyjechać na wymianę/doktorat. Ze znajmością japońskiego można też szukać bezpośrednio w firmach, w wąskich specjalizacjach z reguły nie ma problemu ze znalezieniem pracy. Niestety nie potrafię nic więcej doradzić, to zupełnie nie jest moja branża. Niemniej życzę powodzenia i pozdrawiam serdecznie :)

by Maika at styczeń 16, 2017 03:26

Skomentuj Azjatyckie kosmetyki, czy naprawdę są takie dobre?, którego autorem jest Maika

Cóż, Kosmetyki koreańskie faktycznie nie są powszechnie dostępne, ale Japonia ma swój własny ogromny rynek, który próbuje chronić. Nie świadczy to jeszcze, że koreańskie kosmetyki są „śmieciowe”, a jedynie to, że Japończycy promują po prostu własne marki. Markowych sklepów z koreańskimi markami jest w Tokio niewiele, Etude House, który znajdował się na stacji Shinjuku (myślę, że tę stację miały na myśli autorki) się nie utrzymał, bo produkty Etude House oraz ich opakowania wyraźnie pokazują, że produkty są skierowane do nastolatek. Gdy sklep się przeniósł do młodzieżowej dzielnicy Harajuku, to do wejścia ustawia się kolejka. Stację za Shinjuku znajduje się też koreańska dzielnica ze sklepami, w których można kupić koreańskie marki. Powiedziałabym, że jest tam raczej dość tłoczno. Kilka marek zaczyna pojawiać się też na półkach w japońskich drogeriach. Jedyne sklepy, które świecą pustkami, to sklepy Misshy, które słyną z bardzo natarczywej obsługi, czego japońskie klientki akurat bardzo nie lubią. Inna rzecz, że sklepy Misshy, w których tłumów nigdy nie ma, jakoś się w Tokio utrzymują….
Ja używam często koreańskich kosmetyków i bardzo sobie chwalę. W mojej pracy z kosmetyczek japońskich koleżanek nie raz wypadł podkład Misshy, czy kremy do rąk Nature Republic. Nigdy też nie usłyszałam od żadnej koleżanki nic o śmieciowych kosmetykach. Sama używam tylko i wyłącznie koreańskich kremów bb oraz innych kosmetyków i jakoś po wielu latach stosowania nic mi z twarzy nie odpadło. Ale może ja w jakimś innym Tokio mieszkam 😀
I ostatnia rzecz – Polska nie jest szczególnie biednym krajem. Co prawda nie zarabiamy jeszcze tyle co Koreańczycy (panie w filmie pomyliły się nieco jeśli chodzi o pensje, bo w Korei pensje są znacznie wyższe niż w Polsce), ale Polska jest zaliczana do państw bardzo wysoko rozwiniętych i jednak… mimo wszystko bogatych. Nie zgodzę się też, że koreańskie kosmetyki kupuje biedota z Azji Wschodniej, bo moda na koreańską pielęgnację przetoczyła się przez cały świat, w Stanach do dziś jest bardzo popularna (żeby wspomnieć tylko wydaną w zeszłym roku książkę „Sekrety Urody Koreanek”), a do Polski zawitała raczej późno. W filmie nie podobało mi się też uprzedzające odrzucanie ataków, że jeśli się nie zgadzacie, to znaczy, że nie wiecie, nie byliście w Japonii, itd. Jest mnóstwo blogów o azjatyckich kosmetykach, pisanych przez dziewczyny od lat mieszkające w Azji i raczej nie można zakładać, że żadna z nich się nie zna i nie wie co pisze.

by Maika at styczeń 16, 2017 03:11

efka i koty

Ciekawostka z okazji WOŚP

Wczoraj przeglądając aukcje WOŚP natknęłam się na taki obrazek.

I found this painting at charity auction.


I nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt,
że w 2009 roku narysowałam Niebieskiego kota.
Podobieństwo chyba nieprzypadkowe :-)

I was surprised when I saw it because it looks like my drawing Blue Cat from 2009.
I think it is not a coincidence :-)

by efka i koty (noreply@blogger.com) at styczeń 16, 2017 01:17

Tokyo Pongi (komentarze)

Bezwstydnica

A czy Ty…? :)

A czy Ty licytowałeś już w kurzej aukcji WOŚP „najdroższa koszulka świata”?
🙂
http://charytatywni.allegro.pl/kura-koszulka-t-shirt-damska…

Pozdrawiam
Kurrra
PS Na zdjęciu – autorstwa G.- członek rodziny QurrraArra (choć wcale nie Arrra tylko Ammmazonka). Wychowanek córki mojej przyjaciółki, będącej jednocześnie siostrzenicą Brodoziaka, wielką idolką G.i A.

Więcej na

http://charytatywni.allegro.pl/kura-koszulka-t-shirt-damska-matka-na-spacerze-i4127425

koszulka gl

by Kura at styczeń 16, 2017 11:34

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Azjatyckie kosmetyki, czy naprawdę są takie dobre?, którego autorem jest dorotkaszafranek

Hejka mam pewne pytanie, ten kanał prowadza 2 kobiety które mieszkają w Japonii, chciałabym abys obejrzała ten filmik i napisała komentarz co o tym sadzisz mam pranie mózgu i nie za bardzo wiem o co chodzi w tych kosmetykach https://www.youtube.com/watch?v=J75oC4jPB7c tutaj link do filmiku

by dorotkaszafranek at styczeń 16, 2017 10:48

Notatki na marginesie

ja - milijon, ja - w służbie i ja pierdolę

 

Jak tak czytam obrońców Kijowskiego, tych co "murem za Mateuszem" i tych co wyzywają od zdrajców zadających pytania, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że  niczym się doprawdy nie różnią od wyznawców prezesa. Filozofia Kalego wciąż króluje na scenie politycznej. Wytkniesz kłamstwo i usłyszysz, że tamci kłamią bardziej.

Nie moi drodzy - nie chodzi o skalę zjawiska chodzi o ZASADĘ.

Póki nie pojawią na scenie politycznej ludzie broniący zasad, póty będzie kwas.

Nie przekreślam KODu, bo Kijowski się skompromitował. Myślę nawet, że chłodna dezaprobata ze strony sympatyków  komitetu byłaby politycznie znacznie lepszą reakcja niż lincz z jednej strony i histeryczna obrona z drugiej. Bez zamiatania pod dywan, ale też bez onanizowania się Kijowskim trzy pokolenia wstecz i dwa do przodu.

Niestety, wychowani w kulcie romantycznej literatury, kochamy oddawać w rząd dusze. Oszczędźmy sobie ewentualnego wstydu za ślepą wiarę w przywódców, którą słusznie wyśmiewamy w państwach totalitarnych. Jesteśmy w niebezpiecznym miejscu historii, nie wszyscy ocalejemy prowadzeni na rzeź.

W polityce podział na PIS i resztę świata jest podziałem przekłamanym. Prawdziwe różnice dotyczą wizji i postaw.

I  MY i ONI dzielimy się na tych, co nie wyobrażają sobie silnej grupy bez świętego przywódcy i na tych, co zasadniczo mają w dupie. Jest jeszcze trzecia najmniej liczna grupa, to ci wariaci od zasad.


” Szukam nauczyciela i mistrza
niech przywróci mi wzrok słuch i mowę
niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia
niech oddzieli światło od ciemności.”

Ludzie, którzy w potrzebują WODZA są przywiązani do jakiegoś ustalonego porządku, zasad wyssanych z mlekiem matki, wpojonych w procesie wychowania i socjalizacji.  Nie ważne jakie to zasady i jaki porządek, ważne, że ustalone poza JA  a  JA MUSI je PRZYJĄĆ. Dekalog, prawo, prawo naturalne (rozmaicie rozumiane), prawo rynku, katechizm, program partii. To ludzie, którzy wierzą w większość, „prawdę po środku”. Za potrzebą posiadania przewodnika idą idee, symbole, rytuały a przed nią idą  AUTORYTETY.  Ludzie ci wiele wybaczą, w imię „wyższych celów”, „mniejszego zła”, utrzymania wspólnoty, utrzymania władzy, „coś za coś”. Łatwiej im żyć, kiedy pokładają wiarę w kimś(czymś), kiedy mogą komuś (czemuś) ufać tak bardzo, żeby móc działać zgodnie z „instrukcją”.  Wyznają  różne „religie”, stosując te same metody, mówią tym samym językiem.  Jedni krzyczą „prawda , honor, ojczyzna” drudzy „trybunał, demokracja, konstytucja” a ich „święci”  liderzy chcą władzy, kasy i seksu. 

„Kiedy mówisz mi: są bezpieczne wyspy. Nie wierzę!
Kiedy mówisz mi: burzę trzeba prześnić. Nie wierzę!
Kiedy mówisz mi: światło musi przeżyć. Nie wierzę!
Kiedy mówisz mi, że wierzysz, wierzysz, wierzysz. Nie wierzę!
Mam dość! Nawiedzonych kochanków
Mam dość! Histerycznych poranków
Mam dość! Świętej wojny od święta
Losy świata nie leżą w naszych rękach”

Ci, co zasadniczo mają w dupie są po prostu tym cyrkiem zmęczeni. Jest im obojętne, czy  minister spraw zagranicznych nawiązał stosunki dyplomatyczne z Hogwartem i co powiedział Kaczyński o uchodźcach. I w ogóle, kto to jest Kaczyński? Oni chcą żyć. I mieć.  A że to w większości ludzie przyzwoici są, to chcą mieć i być w miarę uczciwie. To  ci, dla których bliższa  ciału koszula niż jakieś autorytety. Świata naprawiać nie zamierzają, zamierzają się w świecie ustawić.  Zawsze będą robić to, co im się bardziej opłaca, będą wychodzić naprzeciw swoim potrzebom. Na wybory pójdą albo nie „bo pada”, petycję podpiszą jak ich dotyka, księdza po kolędzie wpuszczą, na WOŚP dadzą, rozwiodą się jak trzeba, pojadą w świat za pracą albo będą czekać na to, co im się należy. „Co nie jest zabronione, jest dozwolone a jak czegoś nie wolno, ale się bardzo chce (i nikt nie widzi), to można”.  

„ Ja chcę władzy, daj mi ją, lub wskaż do niej drogę! O prorokach, dusz władcach, że byli, słyszałem, I wierzę; lecz co oni mogli, to ja mogę, Ja chcę mieć władzę, jaką Ty posiadasz, Ja chcę duszami władać, jak Ty nimi władasz.”

 

Trzecia grupa to ideowcy, liderzy, terroryści,  pasjonaci, wariaci, wizjonerzy, psychopaci, geniusze i kompletni idioci gotowi świat zmieniać i naprawiać według własnych wizji. Przekonani o własnej  racji/misji/wyjątkowości będą ciągać za sobą tłum, albo iść pod prąd, albo zakopią się w schronie we  własnym ogródku. Każdą ideę obwąchają nieufnie dwa razy i przefiltrują przez sito własnych przekonań. To specjaliści od zawracania Wisły kijem, porywania się z motyką na słońce, przesuwania bardzo szeroko rozumianych granic (granic przyzwoitości i absurdu też). Wszystko potrafią poddać w wątpliwość  z grawitacją włącznie, w każdym idealnym porządku dziurę znaleźć.  Własnym oczom nie uwierzą, jeśli im się widok „nie zgadza”, ale  żadna teoria spiskowa nie będzie niemożliwa, jeśli wyda się wiarygodna. Mogą wierzyć w czary, horoskopy, przepowiednie, tajemne moce  i cały ten metafizyczny bajzel, w zamach smoleński, w UFO, ale tylko w wybranym przez siebie zakresie. Autorytety mają na użytek własny, skrojone na miarę. Wszystko widzą przez pryzmat  JA, bo w sobie mają źródło swojej siły. Albo słabości.   

Nie chciałam wartościować, nie wiem, czy mi się udało. Tu nie ma złej i dobrej drogi. To kwestia sposobu na życie i realizować go można w sposób szlachetny albo parszywy.  

Ja się widzę w grupie trzeciej, ale spokojnie, nie zamierzam kariery politycznej robić. A wy?


by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at styczeń 16, 2017 09:26

Kura pazurem

Panna cotta

Ostatnio koleżanka narobiła mi smaku, więc zrobiłam deser – pannę cottę. Miałam ją podać z musem malinowym. Wstawiłam foremki do lodówki, by masa zastygła. Babcię oczywiście to bardzo zainteresowało, bo ona ciekawa wszystkiego. Kiedyś o mało co nie popróbowała soli do zmywarki.

Wieczorem Babcia pyta oczywiście, co to jest to białe w foremkach. Wyjaśniam jej więc i dodaję, że zjemy na drugi dzień, ponieważ na noc to jednak za ciężkie, bo na tłustej śmietanie. Babcia się zgadza, choć chyba robi to z trudem. Widzę, że ma ochotę.

Na drugi dzień wstaję. Idę do kuchni, by zrobić śniadanie, patrzę, a Babcia siedzi już przy stole i zajada. Spoglądam z zainteresowaniem na jej kanapkę pokrojoną w małe kwadraty. Oczom nie wierzę.

– A co ty jesz? – pytam.

– A pokroiłam sobie na chlebek ten twój deser. Pyszny! – mówi zadowolona. – Smakuje jak budyń.

– Ale z chlebem jesz? Na to trzeba owoce.

– Z chlebem i z masłem jest pyszne – odpowiada i wkłada do ust kolejny kawałek. Cieszy się przy tym jak dziecko. Potem mówi, że muszę częściej robić taki budyń, to ona będzie miała z czym jeść kanapki.

O, mortadelo! Panna cotta na kanapki! Jakby co, to moja własna osobista Babcia wymyśliła taki sposób serwowania tego deseru.

 *

*

PS Pisałam kilka dni wcześniej, że nominowano mnie do plebiscytu „Dziennika Bałtyckiego”. Początkowo miałam to ignorować, ale kiedy okazało się, że jednak zgłosili mnie czytelnicy, że jednak ktoś głosuje, to dałam się w to wciągnąć. Przyznaję. Wczoraj dostałam z gazety piękną nominację na piśmie. A jakby kto chciał mnie wspomóc głosikiem, to zapraszam TUTAJ. Kłaniam się pięknie. :lol:

Anna Sakowicz - List od Redaktora Naczelnego Dziennika Bałtyckiego

Aha! I najważniejsza z najważniejszych wiadomości. Badania kontrolne wykonane i jest dobrze! Odetchnęłam, bo bałam się, że dziad może wrócić. :) Juuuupi!

by anna at styczeń 16, 2017 04:07

styczeń 15, 2017

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Praca w Japonii dla cudzoziemca., którego autorem jest Balzac

Witam,
Artykuł niestety prawdziwy i miażdży marzenia wiekszości ludzi. Czytałem trochę książek o japonii i chyba takie podejście jest spowodowane ich mentalnością, historią i modelem społecznym. U japończyków słowo kreatywność, spontaniczność nie istnieją i stawiają na twardą rzeczywistość. Dlatego zjawisko hikikomori jest coraz czestsze, bo mlodzi japonczycy nie moga podolac presji.
Jestem miernym studentem zaczalem sie uczyc japonskiego. Marzylbym o karierze w japonii w kierunku biotechnologia/ zrodla odnawialne. Jakie sa drogi aby zrealizowac ten cel?
Pozdrawiam fanow japonskiej kultury a w szczegolnosci japonskiej kuchni (nie, nie chodzi mi o sushi) 😉

by Balzac at styczeń 15, 2017 10:58