Planeta Jadzi

lipiec 30, 2016

Tokyo Pongi (komentarze)

Zapiski dojrzalej kobiety

Kwiaty raju.

Lilia rozkwitająca światłem,
Białymi płatkami
Oraz zmysłowym aromatem.

Aksamitnym gładkim ciałem
Zaprasza do tańca.
Miłości stała się kwiatem.

Lekko kołysze smukłe linie,
Słucha śpiewu ptaków,
Układa płatki w pajęczynie.

Co noc nasłuchuje jej kroków.
Pogrążam się w senność,
A Lilia z nicości nadpłynie.
(Autor nieznany, znalezione w Internecie).

Szybko mija dzień za dniem, rano, wieczór rano, wieczór…
Bardzo przyjemnie i pracowicie mijają te dni, tylko stanowczo za szybko.
Wieczorami siadam na balkonie i oglądam spektakl z jerzykami, jest ich na moim osiedlu bardzo dużo.
Populacja trochę ucierpiała podczas ocieplania bloków, ale od kilku lat całe osiedle jest już „ocieplona”, ptaki pozakładały gniazda od nowa i są
wspaniałymi łapaczami komarów i muszek.

W ogrodach kwitną już rudbekie i floksy, znaczy to, ze lato wchodzi w drugą połowę.
Na bazaru widziałam wczoraj bukiety astrów, a to przecież kwiaty jesieni.
A od Hanki zimne wieczory i ranki, czyli ucieka nam lato stanowczo za szybko.

Plany się nieco pozmieniały i wnuczka jest u nas teraz i będzie jeszcze przez tydzień.
Jest miło i wesoło, ale nieco męcząco.

Dzisiaj druga część (dla tych, którzy się 26 lipca urlopowali) świętowaniamoich urodzin i imienin oraz imienin córki.
Tym razem już w restauracji, więc bez spinania się, do mnie należy tylko wyszykować się i pojechać.
No i dobrze, wreszcie Ślubny zje porządnie, tzn z mięsem, bo w domu ostatnio to tylko „zielsko”.
Najpierw była młoda kapustka, potem szparagi, fasolka szparagowa, kalafiory.
Bób jest prawie codziennie bo lubię zjeść na kolację i popić kefirem.
Były jagody i w pierogach i z makaronem (dobrze, ze jagody się już kończą bo wreszcie będę miała zadbane ręce;).
Na bazaru pokazały się kurki, więc były smażone na masełku i posypywane koperkiem, oraz jajecznica z kurkami.
Wygrzane słońcem pomidory i piękne cukinie wręcz proszą się o zrobienie leczo…
Czyli w dalszym ciągu na talerzach będzie królować „zielsko”, niech więc sobie chłop dzisiaj dogodzi mięsiwem;))).

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at lipiec 30, 2016 09:14

Dzieciowo mi

A babki rodziły na polu. Parę słów o raporcie NIK

Ukazał się bowiem raport Najwyższej Izby Kontroli na temat poziomu opieki medycznej i świadczenia usług - nazwijmy je - okołoporodowych. NIK skontrolowała 29 szpitali i zadał kilka pytań (no, upraszczam, wiele pytań zadał). Zarówno odpowiedzi personelu medycznego, jak i konkluzje NIK wprawiły mnie w lekki stupor.

by Malwina Ferenz (Krusz.) at lipiec 30, 2016 07:09

Ja jestem Blog Agaty Komorowskiej

Diabeł ubiera się w habit

Do tej pory milczałam. Bałam się, że mu zaszkodzę, ale teraz M jest już z nami. Nie byłam pewna, czy publikować słowa, które napisałam dwaWIĘCEJ...

Artykuł Diabeł ubiera się w habit pochodzi z serwisu .

by Agata at lipiec 30, 2016 06:35

zycie na kreske

lipiec 29, 2016

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

papieski tramwaj

No i wyruszyliśmy w czwartek do Krakowa: Artur, Janek i Gosia. Już w środę życie było trudne. Artur doskonale zrozumiał nasze rozmowy: gdzie i po co jedziemy. A ten pan nie wie, co to czekanie, albo jutro. Jakoś usnął, ale o 7 rano zerwał się do kąpieli, świadom, że żadna imprezka bez golenia i wypachnienia […]

by siostra at lipiec 29, 2016 11:15

nic specjalnego

Trochę.....

.....się rozbisurmaniłam.
Ale musiałam jakoś odreagować to co się wydarzyło w Monachium.
Najlepszy sposób na uspokojenie - zająć czymś ręce i oczy.
A więc zakupiłam i posadziłam kwiatki na loggii. Odporne  na mój
ogrodniczy antytalent.
To jest niecierpek nowogwinejski, idealny do "półcienia".

Wprawdzie każda doniczka z innej parafii, ale stwierdziłam, że te są porządnie
szkliwione, więc nie widzę powodu by inwestować w nowe, a te wyrzucić.
Zrobiłam  też (wreszcie) naszyjniczek i kolczyki dla znajomej, bo wkrótce ma
chrzciny swej pierwszej wnuczki.
Trudność w wykonaniu polegała głównie na tym, że musiałam wykorzystać TE
PEREŁKI, bo to pamiątka po mamie mej znajomej. Taki "łącznik" pomiędzy
nieżyjącą już prababcią a niedawno urodzoną malutką Oliwią.

Pod naszyjnikiem jest bransoletka, też zrobiona w ramach ratowania pamiątkowych
koralików. Tu koraliki są pamiątkowe a elementy łączące już nie.
Ale wg mnie wygląda to całkiem stylowo.
Mam cichą nadzieję, że to już ostatnie pamiątki, bo ostatnio musiałam przerabiać
sporo tych pamiątkowych naszyjniczków - w każdym czegoś  brakowało i musiałam
niezle się nagłowić by przywrócić im życie i urodę.

Dziś nabyłam nową książkę- Grahama Hancocka "Ślady palców bogów". Mam zamiar
nabyć również drugą jego książkę- "Magowie  bogów".
Obydwie książki znane na świecie od dawna, czyli od 1995 roku, u nas wydane  teraz
przez Wydawnictwo Amber.
Poza tym aktualnie czytam zebrane przez Danikena artykuły i fragmenty prac różnych
naukowców,  dotyczące prehistorii ludzkości. Czyli nadal tkwię w tym samym, wciąż
interesującym  mnie temacie. Tytuł  tej książki-"Ciekawość zakazana".
A z "normalnej" lektury mam Jane  Austen "Emma".
To niemal studium psychologiczne, nie taka typowa Austen.
Zanosi się na to, że będę czytać trzy książki  jednocześnie. Nie pierwszy raz, zresztą.

Wyrosła mi dziś na trawniku pod oknem pusta butelka po piwie.
Sądząc z jej umiejscowienia ciepnął ją ktoś z góry. Dziwne, bo jak widzę lokatorów,
którzy mieszkają nade mną to żaden nie wygląda na takiego co ciska pustymi
butelkami po piwie. No cóż, pozory jednak mylą.




by anabell (noreply@blogger.com) at lipiec 29, 2016 11:33

Bezwstydnica

Tyle

„Ach, co za miłe spotkanie!”…
🙂

Pozdrawiam Kura

by Kura at lipiec 29, 2016 08:07

Dzieciowo mi

Szybciorem 173 – sukces

W mieszkaniu panowała cisza. W pokoju dziecięcym panowała cisza i to był stan w najwyższym stopniu niepokojący. Już odrywałam się od garów,

by Malwina Ferenz (Krusz.) at lipiec 29, 2016 03:08

Szybciorem 172 – CISZAAAAA!!!

Są ludzie, których praca polega na gadaniu, którzy mieszkają w dużym mieście i sporą część czasu spędzają obracając się w kakofonii dźwięków.

by Malwina Ferenz (Krusz.) at lipiec 29, 2016 02:42

falkografioly

te łzy trzeba wypłakać

falko


te łzy trzeba wypłakać

wszystkie słowa pocieszenia
rozsypują się nagle
jak grudki ziemi wybieranej
z głęboko kopanego grobu
te łzy trzeba wypłakać
trzeba płakać do ostatniej łzy
aż oczy staną się suche od płaczu
łkać trzeba do samego końca
wypłakać wszystkie łzy
wtedy dopiero
można śmiać się
cieszyć się w pełni
każdą chwilą
każdym dniem
każdą cząstką duszy
każdym atomem ciała
wchłaniać unoszące się
jak poranna mgła po deszczu
zgłoski radości
by potem znowu płakać
gdy słowa pocieszenia
jak grudki ziemi kolejny raz
zadudnią o wieko trumny

Wiesław falko Fałkowski

by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at lipiec 29, 2016 02:18

Czytadelko

Pyszne na słodko - Anna Starmach

Macie wszystkie poprzednie książki Ani Starmach? Jeśli tak, z zakupu tej na spokojnie możecie zrezygnować. Pyszne na słodko to nic innego jak zbiór wszystkich przepisów na słodkości z trzech poprzednich publikacji autorki, ja nie dostrzegłam tu nic nowego. Jeśli jednak ich nie posiadacie, ponad wszystko kochacie to, co słodkie, a w kuchni najważniejsza jest dla was łatwość i szybkość przygotowania, to koniecznie zakupcie tę publikację. Myślę, że będziecie zadowoleni. 

Babka drożdżowa, sernik, makowiec, szarlotka. Racuchy z serem, placuszki z bananami, jabłka w cieście. Ciasteczka maślane, z czekoladą, z karmelem i orzechami, z kakao. Muffiny z dynią lub z krówkami. Masło orzechowe, krem kokosowy, powidła śliwkowe. W książce Anny Starmach znajdziemy mnóstwo pomysłów na śniadaniowe placuszki, słodkie przekąski, kruche ciasteczka, puszyste muffinki, pyszne, słodkie kremy czy naprawdę proste i szybkie w przygotowaniu ciasta. 

Pyszne na słodko podzielono na pięć części:

  • ciasta, torty, zapiekanki,
  • ciastka, pączki, babeczki,
  • kremy, musy, desery,
  • naleśniki, racuchy, placuszki,
  • oraz słodka spiżarnia.

Myślę, że każdy znajdzie tu coś dla siebie, a co najważniejsze dla mnie, która co prawda gotować i piec lubi, ale już niekoniecznie spędzać przy tych czynnościach dłuuugie godziny, wykonanie każdej z zaproponowanych przez Anię Starmach słodkości zajmie naprawdę niewiele czasu. Dodatkowym plusem jest też to, że autorka korzysta z łatwo dostępnych składników. Jest więc prosto, szybko, tanio, bez zbędnych udziwnień i przede wszystkim smacznie, czego można chcieć więcej?

Anna Starmach, Pyszne na słodko , Kraków, Wydawnictwo ZNAK 2015

by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at lipiec 29, 2016 06:15

zycie na kreske

lipiec 28, 2016

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Azjatyckie kosmetyki, czy naprawdę są takie dobre?, którego autorem jest Emily

fajny blog :) słyszałaś albo czytałaś o serii It’s Skin z Beautinoku?Ja mam kremik BB – jest fantastyczny, nie dość że wyglądam lepiej, to czuję się młodsza o 7-8 lat :)

by Emily at lipiec 28, 2016 08:11

Domowa kuchnia Aniki

Risotto z kurczakiem

Risotto z kurczakiem




Risotto to pyszne danie, które można przyrządzać na wiele sposobów; z mięsem, bez mięsa i z różnorodnymi dodatkami. Ja tym razem przyrządziłam risotto z kurczakiem, papryką, pieczarkami i pomidorami. Niedługo następny pomysł na to smakowite danie z ryżem.

Składniki:
  • 300 g ryżu arboiro lub parboiled ( ja użyłam do tej potrawy akurat tego drugiego )
  • 3 szklanki bulionu
  • podwójna pierś z kurczaka
  • 10 pieczarek
  • 1 czerwona papryka
  • 1 puszka krojonych pomidorów 
  • 2 łyżki przecieru pomidorowego
  • 2 ząbki czosnku
  • olej
  • sól
  • pieprz
  • bazylia
  • ostra czerwona papryka mielona
  • 1 duża łyżka złocistej przyprawy do kurczaka
Sposób wykonania: 
  • Pierś kurczaka kroimy w niewielką kosteczkę i delikatnie obsypujemy przyprawą do kurczaka ( u mnie Złocista Przyprawa do kurczaka ). Odstawiamy na pół godziny, a następnie smażymy na oleju, aż mięso się upiecze. Mieszamy od czasu do czasu
  • Pieczarki obieramy, kroimy w plasterki i smażymy aż do odparowania płynu. Pieprzymy i solimy
  • Na drugiej patelni, najlepiej typu wok, rozgrzewamy 3 - 3 łyżki oleju i wrzucamy na niego przeciśnięty przez praskę czosnek i ryż. Chwilę smażymy, aż ryż całkiem obtoczy się tłuszczem i zacznie robić się szklisty. Wówczas podlewamy go bulionem ( nie daję całości, lecz ok połowę - potem będę dolewać w miarę potrzeby ) i dodajemy pokrojoną w kosteczkę paprykę. Przykrywamy i dusimy do miękkości ryżu od czasu do czasu mieszając i sprawdzając, czy nie należy uzupełnić bulionu. Ja zwykle zużywam prawie cały przygotowany bulion
  • Gdy ryż jest już prawie gotowy do potrawy dodajemy pomidory wraz z zalewą oraz przecier, a także pieczarki. Mieszamy i i chwilę razem dusimy. Jeśli risotto jest zbyt płynne odparowujemy go zdejmując przykrywkę i pilnując, aby się nie przypaliło
  • Na koniec do potrawy dodajemy usmażonego kurczaka i przyprawiamy ostrą papryką, pieprzem, bazylią i ewentualnie solą
 

    by Anika (noreply@blogger.com) at lipiec 28, 2016 06:38

    Anrzej rysuje

    moje waterloo

    2342

    Nie przysposabiajcie zwierząt. Naprawdę.

    Zasadniczo nie zostawiamy w nocy okna sypialni otwartego na oścież, ponieważ wychodzi na garaż i koty łażą po dachu. Ale wczoraj było tak koszmarnie duszno, że machnęłam na to ręką - niech siedzą na tym dachu, jeśli taka wola.
    Położyłam się dopiero po północy, przez okno napływało chłodne powietrze, zasnęłam.

    Około 4:20 Leśkowi się stało. Pewnie śnił o czymś intensywnie i to nałożyło się na rzeczywistość, którą byli Karol z Edkiem kiwający się na kalenicy. Wiecie: tu poranna szarość, tu okno, tu kalenica, tu kot, a może ufo. Albo inny bażant. Skoczył więc na równe nogi, rozdarł mordę, przebiegł po mnie do okna i dalejże ujadać, budząc całą wieś. Za Leśkiem oczywiście ruszyła Hanka, dla niej każda pora dobra, ona lubi brać udział.

    I teraz tak. Lesiek leci barytonem skacząc na dwóch łapach koło okna: gwałtu-rety, ufo, najazd, źli ludzie, łapać złodzieja, bażant skrzyżowany z sarną. Dookoła jego nóg biega Hanka, nieuporyczwie na czterech łapach, podryguje, tańczy, piszczy, szczeka falsetem, daje znaki, że ona też tu jest, strzeże, pilnuje, zabić drozda. Do tego ja, ohydnie zdeptana, któram wypruła z łóżka w nocnej koszulinie i upodleniu, staram się wytłumaczyć temu debilowi, że patrz, przesz ten rudy kurak na gór szczycie to nasz Karolek najmilejszy, zamknij się, debilu, bo cię kopnę. Plus słowa uważane powszechnie za obelżywe. No i Prezes z kołdrą na głowie, dla skuteczności przybitą dodatkowo poduszką.
    Świt.
    Czwarta dwadzieścia.

    Dzięki Bogu pierwsze ochłonęły koty. Przylazły po dachu do okna i kolejno dotknęły noskami leśkowego kichola, nie zważając na odgłosy wydawane paszczą. A trzeba tu zaznaczyć, że nie są fanami interakcji ze śmierdzącymi, futrzanymi worami na pchły i kleszcze, które zajęły im łóżko, skaczą na plecy, przebiegają po nich i wypychają z kolejki po jedzenie. Należy to podkreślić i tym bardziej docenić.

    Jak za dotknięciem czarodziejsiej różdżki Lesiek pojął, że coś na dachu to nie przelatujący akuracik dinozaur, burza piaskowa i komando Foka, tylko jego własne koty.
    - A, to koty - stwierdził, obrócił się na pięcie, której nie posiada, zapadł w piernaty i zasnął snem sprawiedliwego w trzy sekundy.
    Tylko że ja nie.

    To nie muszę Wam opowiadać, co czułam, gdy zadzwonił budzik?!

    Tak, o tym właśnie mówimy.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at lipiec 28, 2016 01:38

    Ojciec Wwwirgiliusz chowa dzieci swoje

    Zwłaszcza jest absurdalna

    - Wiecie co jest najlepsze? Chcieliśmy uratować Sida, a teraz wszyscy zginiemy.
    - Ja wcalę nie lubię Sida
    - A kto lubi, przecież to jidiota. Hahaha.

    Dialog ten pochodzący z entej części "Epoki lodowcowej" uwielbia powtarzać nasz Miły Młody Człowiek. Ze śmiertelnie poważną miną. Bo dla niego to nie jest śmieszne. Widzi, że starsza siostra się zaśmiewa, więc i on naśladowczo wrzuca swoje hehe, ale w głębi duszy usiłuje zrozumieć. I nie może. Dlatego z uporem maniaka powtarza. Powtarza w kółko, bo czuje, że ociera się o jakąś tajemnicę, po której powierzchni się ślizga i nie umie dotrzeć do środka. Powtarza jak Rain Man



    Rain Man też nie rozumiał. Nie rozumiał absurdalnego żartu.

     

    Mam wrażenie, że wszystkie dzieci mają z tym problem. Może to właśnie jest pierwszy krok w dorosłość, może jak chcą teoretycy humoru (nie rechotu), absurd to sposób w którym oswajamy lęk przed śmiercią i trzeba być jej świadomym, żeby się z tego śmiać. Nie przesądzam. Nie oceniam, nie umiem zrozumieć. Odnotowuję tylko z kronikarskiej skrupulatności.

    Najbardziej ekstremalny przydaek tego zderzenia widziałem dawno dawno temu. Byłem z ojcem na kajakach. Spływ budowała grupa kilku ojców z dziećmi, w tym mały sześcioletni Mikołaj. Fan dowcipów. Dziecinnych i mało śmiesznych. No wiec ja jako debilny nastolatek, przemądrzały i przekonany, że jestem już dorosły, musiałem wyskoczyć przed szereg. Zadałem mu więc zagadkę: Czym się różni gołąb od zwłaszczy? Bo gołąb siada na oknie a zwłaszcza na parapecie.
    No i zaczęło się. Mikołaj do końca spływu usiłował zrozumieć co to jest ta zwłaszcza. Czy ma skrzydła, czy umie latać, dlaczego siada na parapecie. Czy jak siada na parapecie, to gdzie wtedy jest gołąb? Ojciec dwa dni tłumaczył mu to wszystko cierpliwie. Trzeciego dnia ich kajak został w tyle, tak intensywnie rozmawiali. Mimo kilkukilometrowego dystansu, który dzielił naszą zwartą grupę od maruderów w samo południe usłyszeliśmy okrutny, przejmujący wrzask, który na wszystkie strony niosła obojętna woda:

    - Ja pierdolę, tysięczny raz Ci tłumaczę, że gołąb to kurwa jebany w dupę PTAK, a zwłaszcza to takie SŁOWO. Słowo i ptak, kurwa! Rozumiesz?
    Nie rozumiał. Nadal nie rozumiał. Przy ognisku spytał znowu.

    tato

     

    by ojciec_wwwirgiliusz@NOSPAM.gazeta.pl at lipiec 28, 2016 10:36

    zycie na kreske

    lipiec 27, 2016

    Bezwstydnica

    Różnice

    Jesteśmy w szatni w przedszkolu.
    A.wkłada buty nieustannie zdając relację z tego, co się wydarzyło.
    Przyglądam się innym dzieciom.

    Obok nas stoi dziewczynka ze słomkowatymi, prostymi włosami. Ma jasne oczy, a jej biała skóra wpada nawet lekko w róż.
    Dziewczynka bawi się z trochę większym chłopcem, który ma głowę całą w loczkach-sprężynkach, oczy jak węgle i ciemnoczekoladową skórę.
    – Jak niesamowicie się różnią! – mówię zafascynowana do koleżanki.
    – Bo on jest o rok starszy – tłumaczy mi A.

    🙂
    Pozdrawiam
    Kura

    by Kura at lipiec 27, 2016 07:39

    zycie na kreske

    Anrzej rysuje

    Dzieciowo mi

    Bardzo Fajny Gigant – bardzo spielbergowska opowieść o wykluczeniu

    Cholera, siadłam zmotywowana, a słowa się nie kleją. Niby wszystko mam ułożone pod czaszką, wizja tekstu jest, dokładnie wiem, jak chcę go

    by Malwina Ferenz (Krusz.) at lipiec 27, 2016 07:00

    lipiec 26, 2016

    Z usmiechem przez Japonie

    Barwna dzielnica Shinsekai w Osace


    Nie cieszy się dobrą sławą ani nie szuka uznania. Nie zabiega o turystów, a ściąga ich tysiące. Shinsekai to oaza koloru w betonowej dżungli Osaki.


    Okres prosperity i okres upadku



    Choć rewolucja przemysłowa dotarła do Japonii z lekkim poślizgiem, to od razu ruszyła pełną parą. W tym czasie w Osace żyło się tak dobrze, jak nigdy wcześniej (i nigdy później). Handel międzynarodowy kwitł, maszyny fabryczne pracowały bez ustanku, rodzinne firmy przekształcały się w megakorporacje, zaczęły kursować tu pierwsze tramwaje. Wybrzeże Osaki stopniowo znikało pod nowymi stoczniami, rafineriami, portami przeładunkowymi. W 1903 roku odbyła się tu V Narodowa Wystawa Przemysłu, podczas której dopiero co otwarta na świat Japonia udowodniła, że nie odstaje od wielkich zachodnich potęg. Było tutaj wszystko, czego imperium potrzebuje - elektryczność, pieniądze, przemysł, świetna infrastruktura. 

    Niespełna 10 lat później w południowej części miasta powstanie dzielnica o metaforycznej nazwie "Nowy Świat", czyli ShinsekaiZbudowano ją na wpół nowojorski, na wpół paryski wzór. Była dumą mieszkańców. Również za sprawą Tsutenkaku - osakańskiej wieży Eiffela i wesołego miasteczka, które nadawały miejscu rozrywkowego charakteru. Pikanterii i szalonych emocji dostarczała ogromna arena sumo mieszcząca aż dziesięć tysięcy fanów tego sportu! To nie wszystko. Nowy Świat stał się też domem Billikena - dosyć upiornej maskotki amerykańskiej, sakralizowanej w Japonii. Swoją świątynkę ma między innymi w wieży Tsutenkaku.

    W czasie II wojny światowej Shinsekai nieźle oberwała. W 1943 Tsutenkaku strawił pożar... Zresztą po wojnie - już za amerykańskiej okupacji - też nie wiodło się tutaj najlepiej. Budynki wymagały gruntownych remontów, rozwijała się prostytucja, z innych rejonów miasta ściągali mafiozi, aby w spokoju i ciszy prowadzić swoje szemrane interesy poza zasięgiem ręki sprawiedliwości. 

    Czy tak miał wyglądać japoński Nowy Świat? 

    W latach 60. dystrykt Shinsekai osiągnął dno. Część mieszkańców była bezrobotna, a więc kradło się, niszczyło się, grzebało w śmietnikach... Najgorzej miała się sytuacja w Arinchiku, wycinku Shinsekai, która do dziś (mimo pozytywnych zmian - nosi miano japońskiego slumsu). Lata 90. to czas przełomu - po prostu gorzej już być nie mogło, więc (na logikę) musiało stopniowo stawać się lepiej. I rzeczywiście zaczęło. 

    Nie oznacza to, że Shinsekai jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki burmistrza Osaki stała się nowoczesna, czysta i skrząca się od neonów. Wręcz przeciwnie...

    W klimacie epoki Showa



    Shinsekai dzisiaj to jedna z najbardziej wyjątkowych dzielnic Osaki. Miejsce, które trudno określić kilkoma niewyszukanymi epitetami (sama lubię ich używać) typu: "kolorowa", "klimatyczna", "nieprzystająca", "żyjąca własnym życiem". Choć każde z tych słów będzie pasować, wydaje mi się, że lepszym określeniem byłby 'skansen epoki Showa', bo wszystko, co się tutaj znajduje - od barów, przez salony gier, po budynki - zdaje się być takie jak niegdyś. 

    Już od wejścia widać, że będzie ciekawie! A zwłaszcza pysznie, bo tu króluje świetna osakańska kuchnia i to z jej powodu tłumnie ściągają Japończycy z różnych zakątków kraju.



    Nawet jeśli po słynnym ringu sumo nie ma śladu, to nadal mieszkańcy Shinsekai dają wyraz swojej miłości do tego sportu. Wszędzie widać wizerunki sumitów, a w restauracjach można spróbować prawdziwego przysmaku yokozunów (mistrzów japońskich zapasów).



    Niemal w każdym rogu uśmiechnie się do Was Billiken. Ja do fanek tego stwora się nie zaliczam. Wyczytałam, że przyśnił się on pewnemu amerykańskiemu artyście i ten senny koszmar przelał na papier, a później upowszechnił w wersji 3D. Nie powiecie mi, że ten uśmieszek jest przyjazny! Nie wiem jak Wy, ale Billiken budzi we mnie niepokój...



    Podczas spaceru na pewno dotrzecie do nowej, odbudowanej wieży Tsutenkaku, która - jak wspomniałam - powstała na wzór Wieży Eiffela (przed odbudową było to dość absurdalne combo Wieży Eiffela z Łukiem Triumfalnym). Nie powiedziałabym, żeby stanowiła szczególną piękność. Mam do japońskiego poczucia zachodniej estetyki dosyć mieszane uczucia... No ale symbol, to symbol - zdjęcie pod tą stalową konstrukcją trzeba sobie cyknąć. Wjechać na taras widokowy i z 91 metrów pooglądać panoramę też nie zawadzi.



    Najciekawsze dla mnie były miejsca spotkań - jak kluby shogi (japońskich szachów) czy mahjonga (chińskiego remibrydża). Tutaj toczą się różne dyskusje, przerywane od czasu do czasu stukaniem klocków. Tutaj padają wielkie wygrane i wielkie przegrane. Dla wielu zmęczonych pracą fizyczną serc, to zdecydowanie za wiele emocji. Średnia wieku? 70 lat.

    To zdjęcie z 2012 roku.



    A to, ten sam klub, ale dwa lata później...



    Podobny nastrój znajdzie się w salonach gier, które rzeczywiście robią wrażenie. To raj dla zachodnich geeków rozkochanych w starych, pikselowych grach wideo na konsolę. Zagrać na nie stylizowanym, ale oryginalnym automacie i to na dodatek w Japonii? Bezcenne. Niezależnie od wieku. Zresztą lokalni bywalcy też młodością nie grzeszą.



    Jeśli chcecie przysięgnąć wieczną miłość swojej partnerce lub swojemu partnerowi, nie ma lepszego miejsca niż Shinsekai. W obskurnym, wyłożonym falistą blachą tunelu w jednej z alei handlowych znajdziecie urocze serduszka, do których możecie przypiąć swoją kłódkę. Serduszka podświetlają czerwone ledy - Francja-elegancja w końcu!



    Zgłodnieliście? 

    Co zjeść w Shinsekai?



    Pyszną osakańską kuchnię regionalną! Co to znaczy? Tak naprawdę wiele. Przede wszystkim okonomiyaki, wszelkie rodzaje smażonego ryżu, makaronu, 




    zostawiając sobie miejsce na gwoździa kulinarnego programu - kushikatsuDanie narodziło się właśnie tu na Shinsekai i dopiero z czasem przyjechało do innych regionów Japonii. Co ciekawe, mówi się, kushikatsu to tradycyjna przekąska jadana przez yokozunę, czyli mistrza sumo. Podczas gdy pierwsza informacja jest zdecydowanie prawdziwa, druga - budzi wiele zastrzeżeń. Ale czy to ważne? Lepiej przegryzać panierowane i smażone na głębokim oleju warzywa sezonowe, grzyby czy mięso, wierząc, że testuje się przysmaki sumitów (przynajmniej tych osakańskich). 



    Niech Was nie odstraszają obskurne szyldy i równie obskurne wnętrza. Wystrój - nostalgiczny - nie ma wpływu na jakość jedzenia (przynajmniej nie w tych barach, gdzie miałam okazję jeść), a na pewno nie ma wpływu na cenę. Raczej nie znajdziecie tutaj tanich lokalnych specjałów. Trzeba się przygotować na wydatek ok. 40-50 zł za posiłek od osoby. 



    Jeśli tanio, to standardowo - zupka ramen i pierożki gyoza. Oczywiście nigdy nie nadążam "wsysnąć" całego makaronu na czas, bo zajmuję się chlipaniem ciepłego i słonego wywaru z dodatkiem pasty miso (zamawiam zwykle miso ramen). Wiecie, co to oznacza? Jeśli je się ramen zbyt wolno, kluski zaczynają puchnąć i nasiąkać. W konsekwencji - przestają już być takie smaczne, jak na początku. Dlatego nie bójcie się siorbać makaronu! 



    Shinsekai serwuje też dania dla odważnych. Możecie zakosztować suppona, czyli potrafiącego boleśnie ugryźć żółwiaka chińskiego. W różnych źródłach na temat tego zwierzaka znajdziecie informację, że jest on zagrożony wyginięciem. W Japonii również gatunek tego żółwia należy do gatunków chronionych, ale jedynie w przypadku osobników występujących w naturze. Smakoszy ta informacja nie dotyczy, ponieważ gady przeznaczone do celów spożywczych pochodzącą wyłącznie z hodowli, a one mnożą się w niewoli chętnie. Za szczególnie intrygujące danie na bazie żółwiaka chińskiego uznaje się te, które przygotowuje się z jego krwi. Ponoć to wspaniały afrodyzjak i naturalny lek na potencję zarówno u mężczyzn jak i u kobiet. Jeśli Wy sami nie odczujecie zmian, to na pewno odczuje je Wasz portfel, ponieważ takie specjały trochę kosztują.



    Jeśli natomiast zupa z żółwiaka chińskiego wywołuje w Was dreszcze, przysparza o gęsią skórkę i wszystko co najgorsze, proponuję spróbować równie tradycyjne w tym regionie takoyaki. Mówi się, że każdy mieszkaniec Kansai posiada w domu maszynkę do kręcenia tych ośmiornicowych kulek w cieście. Czy to prawda? "Wszyscy" to za dużo powiedziane, ale rzeczywiście wiele gospodarstw domowych inwestuje w ten sprzęt. Od razu nasuwa mi się pytanie: "Jak często je wyciągają z pudła?". A Wy? Ile razy usmażyliście gofry na gofrownicy? To jasne, że i tak nie będą smakować tak jak przy plaży w Mrzeżynie czy Darłówku. Ja osobiście uważam, że nie ma sensu cudować, a jeszcze na sam koniec przysporzyć sobie (lub innym) roboty w postaci skrobania i szorowania przypalonych fragmentów. Nie lepiej po prostu kupić sobie kulkę "u Łysego"? Mowa o barze z uroczym szyldem prezentującym łysą jak kolano ośmiornicę (takobozu).





    Niestety Shinsekai się zmienia i traci na specyficznym charakterze. Dzieje się tak głównie za sprawą turystów, którzy od niedawna zaczęli tłumnie nawiedzać tę część Osaki. Nawet i kilka lat temu można było spotkać tu dziwnych ludzi np. mężczyzn poubieranych w sukienki lub spódniczki, co wynikało nie z określonych upodobań modowych, ale zwyczajnie z braku środków na ubranie. Dzisiaj coraz częściej widzi się spieszące się "białe kołnierzyki". Jedno jest pewne, im szybciej odwiedzicie Shinsekai, tym lepiej.


    Jak dojechać?




    Z dużymi japońskimi miastami nigdy nie ma problemu, dlatego - niezależnie od tego, gdzie będziecie się znajdować - do Shinsekai również traficie bez przeszkód, choć z przesiadkami. 

    Z Tokio zajmie nam to trochę czasu, ale Osakę pewnie i tak mamy w planach podróżniczych. Wsiądziemy do shinkansena Hikari ze stacji Tokyo i przez 3 godziny będziemy podziwiać krajobraz zza okna. Dojedziecie do wielkiej stacji przesiadkowej Shin-Osaka i przejdziecie do pociągu Limited Express Kuroshio. Po 15 minutach znajdziecie się na stacji Tennoji. Tutaj możecie wysiąść i przespacerować się przez park lub możecie pojechać dalej do stacji Shin-Imamiya.

    Jeśli będziecie jechać z Kioto, to ze stacji Kyoto również wsiądziecie w pociąg Hikari. Nie polecam jednak za bardzo się rozsiadać i przygotowywać do wygodnej podróży japońskich super-pociągiem, bo podróż zajmie tylko 12 minut. Od Shin-Osaki analogicznie jak wyżej. 


    by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at lipiec 26, 2016 11:25

    Skorpion w rosole

    (221) Uroda życia

         Dawno nie chodziłam po plaży w kostiumie kąpielowym. No, nie żebym siedziała na plaży w dżinsach i koszuli zapiętej na ostatni guzik, nie. Ale dawno nie szłam plażą swobodnie z jednej miejscowości do drugiej ubrana li i jedynie w bikini.
    Bardzo lubię to uczucie, kiedy woda zabiera mi piasek spod stóp, jest zimna i orzeźwiająca. Wiatr plącze mi włosy, a ja muszę ciągle wkładać te niesforne kosmyki za ucho. W zasadzie dlaczego muszę? Nie muszę właśnie, niech spadają mi na twarz. Niech jaśnieją na słońcu, niech słońce i wiatr pospołu z woda morską robią mi naturalny balejaż. Jakoś wiosną bowiem zauważyłam początek tego fryzjerskiego procesu, całe pasma siwych włosów. Spojrzałam sobie w niebieskie oko i pomyślałam, że to już. Powoli, skrada się, zbliża koniec pewnej epoki. Nie wyglądam jednak na swój wiek. Wiem. Ostatnio wprawiłam w konsternację ginekologa, niestety nie tym, co mam między nogami, lecz metryką. Dobre i to!

         Wracałam, wiatr łaskotał mnie w plecy, bawił się sznureczkiem związanym pod łopatkami w symetryczną kokardkę. A oczom mym ukazał się piękny widok. Czterech panów bez psa. Dwóch rosłych brunetów, w pełni mocy przerobowych, skanowało płyciznę w poszukiwaniu syren, pan starszy, przyprószony bardziej niż ja szedł po linii demarkacyjnej wody i lądu, a wokół nich jak elektron dreptał brzdąc płci męskiej lat na oko trzy. Szli sobie, czterej wspaniali, nic nie mówiąc, wprawiali w zamęt ziarna piasku i cząsteczki wody, a ja patrzyłam jak na film w iluzjonie. Piękny obrazek, zaprawdę powiadam Wam. 
    Czasem człowiekowi zahaczy się w sercu coś tak pięknego i poruszającego, coś, czego inni nie zauważają, a które może w przyszłości wyda jakiś owoc. Kto wie, może czterej panowie bez łódki i psa pojawią się znienacka w jakiejś bajce i zostaną przesłani w kapsule czasu kolejnym pokoleniom.

    Czasem udaje mi się zatrzymać coś pięknego w kadrze. Mam w głowie taką przegródkę wyściełaną niebieskim welurem, gdzie składuję ładunek z plusem. To jest takie ogniwo galwaniczne, kiedy sama jestem jednym minusem, działa jak bateria na wspomnienia. Muszę pamiętać o cyklicznym doładowywaniu :) Macie przegródkę na coś pięknego i dobrego? Co tam chowacie? :)











    Szkoda, że nie słyszeliście. Kos siadał przed naszym oknem o świcie i wieczorem. Śpiewał tak cudnie, że powietrze zamieniało się w kryształ. 

    by Skorpion pandeMonia (noreply@blogger.com) at lipiec 26, 2016 09:53

    Bezwstydnica

    Jak w…

    Zebrałam stos truskawek (na plantacji, gdzie można jeść do woli, a za to, co zerwie się do pojemnika trzeba zapłacić).

    Przetarłam truskawki przez sitko.
    Przetarłam truskawki przez sitko.
    Przetarłam truskawki przez sitko.
    Mieszałam w garze przez jakieś sto lat..
    Dżem.

    Przychodzi Brodoziak z pracy.
    – Tatooooooo – A.drze się okrutnie lecąc ku drzwiom.
    – Co się stało? – pyta zdezorientowany B.
    – Mama zrobiła, nawet nie wiesz, co zrobiła. Zrobiła dżem!
    – Bardzo się cieszę – mówi B
    – I jest taki dobry, taki pysznościowy!
    – Świetnie! – cieszy się B.
    – Jak ze sklepu! – krzyczy A.

    🙂

    Pozdrawiam
    Kura w załamaniu kulinarnym

    by Kura at lipiec 26, 2016 11:15

    pokolenie ikea

    SONY DSC

    Jason Mark Everman, wyglądał, jak pieprzone wcielenie rockmana. Miał długie, kręcone kłaki. Kolczyk w nosie. Porwane ciuchy. Charyzmę. I dwadzieścia lat. Jego wygląd wskazywał, że przyszedł na ten świat, żeby grać i uwodzić całe szeregi nastolatek, które, piszczały na jego widok i chciały zrzucać z siebie majtki.

    Laski lubią muzyków. Tak, jakby ze spermą na dziewczyny przechodziła część chwały.

    Na gitarze zaczął grać przez przypadek. Razem z kumplem wysadzili szkolną toaletę. Użyli do tego celu M80, fajerwerku, który stosowała amerykańska armia do symulowania wybuchów artyleryjskich.

    Matka wysłała go wtedy do psychiatry. Ten spojrzał na Jasona, wziął leżącą nieopodal gitarę i aby rozluźnić chłopaka zagrał mu kilka akordów. To była najdroższa lekcja gitary, jaką Everman pobrał w życiu. Ale od tego momentu zmieniło się wszystko. Jason zaczął grać punkrocka. To była jego pasja. To był cel jego życia. Odkrył coś co go napędzało.

    Traf chciał, że jego kumpel Chad, grał w kapeli, która potrzebowała basisty. Oprócz Chada było tam dwóch innych, nieźle zakręconych kolesi. Jeden nazywał się Krist Novoselic, a drugi Kurt Cobain. Zespół nosił nazwę Nirvana. Znacie go, prawda?

    Zrzut ekranu 2016-07-25 o 21.05.14

    NYT

    Everman dołączył jako czwarty. Był naprawdę dobry. Poza tym, jak wspominałem, laski sikały po nogach na jego widok. Nirvana ruszyła w trasę. Tyle, że trasa to nie tylko granie. To również przebywanie ze sobą 24 godziny na dobę. A Everman był w tym kiepski. Do nikogo się nie odzywał. Czasami całymi dniami. A co by nie mówić – pozostali członkowie kapeli też nie należeli do najbardziej zrównoważonych gości w okolicy.

    Powietrze w busie można było kroić nożem. Nirvana nie ukończyła trasy. Novoselic z Cobainem wywalili Jasona z zespołu. Zespołu, który wkrótce miał sprzedać ponad 50 mln swoich płyt i zmienić historię rocka. Czy może być większy pech w życiu? Oczywiście, że może.

    xxx

    Everman się nie poddał. Usłyszał, że jedna z jego ulubionych kapel szuka basisty. Zgłosił się na przesłuchanie. Grał świetnie. Ale świetnie grało jeszcze kilku innych kolesi. W porównaniu z nimi Jason miał jednak jeszcze to coś. Miał to spojrzenie zbuntowanego nastolatka.

    Everman wygrał przesłuchanie i został nowym członkiem zespołu. Zespołu, który nazywał się Soundgarden. Znacie go, prawda?

    Soundgarden ruszyło w trasę po Stanach i Europie. Problem polegał na tym, że Everman miał wtedy tylko 22 lata. Inni członkowie zespołu byli od niego kilka lat starsi. Znów milczał. Znów stał obok. Pewnego dnia lider Soundgarden, Chris Cornell, podszedł do niego i powiedział: to nie działa brachu, nie pasujesz do nas. Przykro mi. Everman został wylany po raz drugi. Z zespołu, który za chwilę miał sprzedać ponad 20 milionów płyt.

    Czy może być większy pech w życiu?

    Everman nie zniechęcił się. Przeniósł się do Nowego Yorku gdzie zaczął grać w zespole Mindfunk. Razem z nimi nagrał płytę Dropped. 

    Dziś uchodzi ona za jedną z najlepszych płyt rockowych lat 90. Zespół musiał pójść za ciosem. Trasa. Promocja. Sława. Kobiety. Narkotyki. Alkohol. Rock’n roll. Wszystko to o czym marzy się będąc małym chłopcem.

    Ale Everman pewnego dnia po prostu wstał z łóżka. Ściął włosy. Wyciągnął kolczyk z nosa. I mając 26 lat wstąpił do wojska. Właśnie zapieprzał na placu ćwiczeń. Sierżant od musztry oglądał jakiś magazyn, gdzie na całą stronę było jedno ze starych zdjęć Nirvany. Spojrzał na Evermana, spojrzał na magazyn i zapytał: To ty?

    – Yes, sir – odpowiedział Jason.

    – Dobra, gwiazdo rocka. Pięćdziesiąt pompek. 

    Everman pompował. I nigdy nie był bardziej pewien, że wstąpienie do wojska to najlepsza decyzja, jaką podjął w życiu. Na początek był w rangersach, elitarnej formacji amerykańskiej, lekkiej piechoty. Później dostał się do sił specjalnych. Odsłużył swoje na zmianach w Afganistanie i Iraku.

    A kiedy przyszedł jego czas na pożegnanie się z wojskiem – poszedł na filozofię na uniwersytecie Columbia, czyli jednym z najlepszych w USA. I skończył tę filozofię. 

    Wiecie, co myślicie w tym momencie? Zastanawiacie się, jak on mógł tak zjebać swoje życie, prawda?

    Od czekania tylko odciski na dupie się robią

    Z tym życiem to jest tak, że owszem można czekać, czekać  aż ono się zacznie. I nagle masz 80 lat, budzisz się rano i myślisz: to już koniec?

    Jak w tym memie, kiedy uczeń pyta mistrza:

    – Mistrzu, ile trzeba czekać aby coś się zmieniło na lepsze?

    – Jeżeli będziesz tylko czekał, to bardzo długo.

    Dlatego trzeba iść i szukać. Próbować wielu rzeczy. I raczej kierować się sercem, niż głową. Bo głowa kłamie. Głowa kalkuluje. Czy to mi się opłaca? Ile zarobię? Ile dają? Kiedy zaczynałem studia, miałem obok wiele osób, które przyszły tam z pasji. Z pasji do pieniędzy. Nie interesowało ich, co będą w życiu robić. Interesowało ich, ile można na tym zarobić. Czy hajs się zgadza.  

    To sprowadzenie całego swojego życia do funkcji bankomatu. Oczywiście, że tak można.

    Tylko jeśli męczysz się przez osiem, dziesięć godzin każdego dnia, to tracisz większość swojego życia. I nie zrekompensują ci tego żadne ubrania, żadne wakacje i żaden samochód. Przynajmniej ja głęboko wierzę, że nie zrekompensują.

    Nie słuchaj innych

    Nawet jeśli masz to szczęście, że odkryłeś/odkryłaś co cię kręci, nie łudź się, że dalej będzie prosto. Nie, nie będzie. Żyjemy tam, gdzie żyjemy. W naszym kraju jest takie powiedzenie „z kim się zadajesz, takim się stajesz”. Trafne.

    Jeśli wszyscy dookoła ciebie się poddają, tobie będzie łatwiej zaakceptować porażkę. A w Polsce wiele osób poddaje się na wczesnym etapie. Z wielu powodów. Panuje u nas mit, że od razu trzeba wszystko robić doskonale. Uczy się nas, że tylko słabi zadają pytania, kiedy czegoś nie wiedzą. Bo w naszej kulturze przyznanie się do niewiedzy jest obciachem. Siarą. Wstyd zabija w nas ciekawość.

    A my całymi latami wstydzimy się kim jesteśmy. Że mamy za mało. Że nie jesteśmy dostatecznie bystrzy. Że nie znamy wystarczająco dużo języków. Że jesteśmy za grubi albo za chudzi. Wstydzimy się, ale… nic z tym nie robimy. A ponieważ nic z tym nie robimy, zniechęcamy innych, którzy coś zrobić z tym chcą.

    Jesteśmy mistrzami w krytykowaniu innych. Taka cecha narodowa. Kiedy, ktoś znajduje coś co mu się podoba i idzie własną drogą, to dla innych jest egoistyczny. Kiedy uznaje, że celem jego/jej życia jest rodzina, słyszy, że traci szansę na karierę i własne życie.

    Kiedy ktoś zarabia dużo, rządzi nim pieniądz. Kiedy za mało, to jego/jej wina, bo jest głupi i beznadziejny i nie potrafi się odpowiednio zakręcić. Kiedy ktoś dużo czyta, staje się kujonem. Dużo ćwiczy – tępym mięśniakiem.

    A jeśli jest kobietą, i pokaże kawałek swojego wysportowanego ciała na ulicy, jest tępą dresiarą, na dodatek na pewno łatwą. Która daje na boki. Nie słuchajmy innych. Inni mają zawsze idealną receptę na nasze życie. Ale to ich recepta, nie nasza. Ich nie zadowolimy. Ale możemy zadowolić siebie.

    Dzień kiedy usłyszysz: NIE

    Są takie chwile w naszym życiu, kiedy wydaje się, że gorzej być nie może. I wtedy właśnie okazuje się, że jednak może. 

    Życie to taka wredna dziwka, że prędzej czy później mówi naszym planom, naszym pasjom NIE. Czasami zwyczajnie popełniamy błąd. Czasami coś nam nie wychodzi. Czasami włożyliśmy wszystko w jeden plan. Poświęciliśmy mu całą swoją energię, wszystkie emocje. I budzisz się pewnego dnia rano i okazuje się, że ktoś cię jednak wydymał. 

    Everman to NIE od życia usłyszał dwukrotnie.Ten upadek zajebiście go zabolał.

    To jest czas, kiedy przychodzi zwątpienie. Czas próby.

    Rok temu napisała do mnie Lidka, która od dziecka chciała być weterynarzem. Maturę zdała nieźle. Ale nie wybitnie. Na bezpłatną weterynarię się nie dostała. Jej wynik starczył na płatną. Jej rodzice mimo, że nie należeli do specjalnie zamożnych powiedzieli: idź za swoimi marzeniami. Pomożemy ci.

    Lidka pojechała nad morze do pracy, żeby zarobić na studia. Jej brat miał złożyć papiery na uczelni. Spóźnił się z tym dwa dni.

    Zagryzła zęby. Pół roku studiowała biologię, która była dla niej nudna, jak wystąpienia sejmowej komisji finansów publicznych. Drugie pół roku spędziła w domu nad książkami. Powtórka matury. I co? Nie dostała się. Ani na płatną weterynarię ani na bezpłatną. Jeszcze nigdy nie było tak wysokiego progu dopuszczającego do kierunku.

    Napisała wtedy do mnie: „właśnie stoję nad przepaścią. To był jedyny kierunek, na który się rekrutowałam. Nie wyobrażam sobie kolejnego roku w stagnacji. Dlaczego rodzice nie wychowali mnie tak, żeby szczytem moich ambicji było wyładowywanie towaru w Makro, tudzież w Ikei?”

    Opisałem jej historię, którą opowiedział mi znajomy. O człowieku, który nie dostał się do PWST. Załamał się. Kumpel, aby wyciągnąć go z tej mrocznej chujni, zabrał go do Hiszpanii. Spodobało mu się tam. Został na dłużej. Aby zarobić trochę pieniędzy, zaciągnął się do pracy na jacht. Traf chciał, że należał on do bardzo bogatego człowieka. Opłynął na tym jachcie pół świata. Wrócił do Polski. I dostał się na to PWST. Teraz twierdzi, że ten rok na łodzi to było coś, co go nauczyło żyć.

    Jedna porażka nie decyduje o naszym życiu. O tym decyduje, co robimy po tej porażce. Jeśli ktoś rezygnuje to znaczy, że wcale nie chciał tego tak mocno. Może czas się wziąć za coś innego. Może to czas na casting do Tap Madl. 

    Pasje przemijają

    Tobias Schlegl zaczął pracować w niemieckiej Vivie mając 18 lat. Później prowadził programy w ProSieben i ZDF. Uwielbiał to. To było jego życie. Oddychał tym.

    Teraz ma 39 lat. Jest u szczytu kariery. Zarabia dużo. Bardzo dużo. Ale kilkanaście dni temu odszedł z pracy. Będzie szkolił się na ratownika medycznego w niemieckim Czerwonym Krzyżu. Przez najbliższe dwa, trzy lata za 700 euro miesięcznie będzie jeździł karetką do chorych. 

    Myślisz: „frajer”, nie? Jak mógł zrezygnować ze sławy i z takiego sosu?

    – Moja kariera była super. Ale czuję się jak w grze komputerowej, w której ukończyłem już wszystkie etapy – powiedział Schlegl.

    A on chce iść dalej. Chce spróbować czegoś nowego. Pragnie nowej pasji. Formuła, w której do tej pory żył, się po prostu wyczerpała. Czuje pustkę.

    Czy Everman zjebał swoje życie i karierę? Nie. Po prostu ułożyło się ono tak a nie inaczej. Bo życie jest po prostu cudowne, ale i tajemnicze.

    Everman szedł swoją drogą. Nie przejmując się opiniami innych. Szukał swojego szczęścia. A nie tego co według innych da mu szczęście. Tego samego wam życzę.

     

    xxx

    Lidka odezwała się do mnie kilka dni temu. Nie zmarnowała tego roku. Poszła na darmową praktykę do kliniki weterynaryjnej. Po pewnym czasie przyjęli ją tam na stałe.

    A kilka dni temu została studentką pierwszego roku weterynarii.

    SONY DSCSONY DSC

    Photo by Diogo A. Figueira/CC Flickr.com


    by panikea at lipiec 26, 2016 05:59

    moje waterloo

    2341

    No, dobra.
    Zrobiła psom zdjęcie.
    Najlepsze ever.


    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at lipiec 26, 2016 06:38

    zycie na kreske

    falkografioly

    Słońce uwolni od Strachu

    falko

    Słońce uwolni od Strachu

    Czy mamy prawo stojąc przed Bramą,
    Czując narastający Gniew
    Zapomnieć o Słodkim Miłosierdziu?
    Czy mamy prawo skruszeni Jękiem
    Cierpliwie czekać na Wieczny Odpoczynek?
    Pokornie zapomnieć o Zemście?
    Wstrzymując Oddech,
    Strapieni Łzami
    Szukać Miecza i Włóczni?
    Słońce uwolni od Strachu,
    Błękitne Niebo nad nami.
    Pod nogami Kałuża Krwi.
    Wiesław falko Fałkowski, 2016

    by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at lipiec 26, 2016 03:04

    lipiec 25, 2016

    moje waterloo

    2340

    My tu sobie pitu-pitu, a patrzcie, co upolowałam!!!


    Płakałam ze szczęścia przez dwa dni, ponieważ byłam pewna, że w życiu tych butów nie kupię. Seria zielonych Flick Flacków była krótka, nawet na eBay'u nie widywano. I patrzy Państwo: wchodzę na Allegro, a tam jedna para i w dodatku mój rozmiar! Już mi się wydawało, że się torebka zmarnuje, a tu taka niespodzianka. Chciałam z nimi spać, ale od kiedy mamy drugiego psa, w łóżku nie ma nawet miejsca dla pcheł.

    ***

    Poza tym donoszę uprzejmie, że jestem jedyną na tym łez padole, która ma w garderobie szafę na torebki. Sama sobie zaprojektowałam, zamówiłam, wymarudziłam, a Prezes zapłacił. Dobry z niego chłopina, nie ma dwóch zdań.

    ***

    Ale że co martuuha? Przeleciała mi przez chałupę jak wicher, wino piła, żądała kotleta, czereśnie wyżerała do cna, urywała się na spotkania z nieznanymi mężczyznami, obsmarkała kocyk i tyle ją widzieli. Jeszcze zdążyła poderwać moich rodziców i przetrzymać mnie na mrozie do 2:30, a potem frrrrru! i znowu nie zobaczę flądry przez lat pięćdziesiąt. Okropne dziewuszysko. Nawet Prezes zstąpił z wyżyn wypierania, żeby zapytać czy dojechała do domu i jak jej minęła podróż powrotna. Taka ona już jest, złodziejka serc wszelkich.
    Przynajmniej leków zapomniała zabrać, więc mogłam dziś obwąchiwać jej kosmetyczkę zanim nadałam tę paczkę do Wielkopolski. Ech...

    ***

    A od poniedziałku mamy urlop. Przepychamy się z Preziem przy kalendarzu, kto pierwszy skreśli kolejny dzień.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at lipiec 25, 2016 10:12

    Zapiski dojrzalej kobiety

    Lipcowy epilpg.

    Zaplątany w powój, w cienkich kłosach trawy
    wiatr snuje melodię letniego spełnienia,
    w ulewie kolorów, pośród pól złotawych
    lipiec swój epilog sączy w światłocieniach.

    Milczeniem już dzwonią opuszczone gniazda,
    mgła nad ranem wiesza delikatną chustę,
    tajemnicze iskry w spadających gwiazdach,
    śpiewy nocnych cykad, nie dających usnąć. 

    O czym szumią łąki w sukienkach kwiecistych,
    stawy w nenufarów kręgach złotorzęsych?
    O gorących słowach, rozedrganych w listach,
    spełnionej miłości w kilku strofach wierszy...

    (Autor: Ewa Pilipczuk, „Lipcowy epilog”)

    Odrzuca mnie ostatnio od komputera.
    Właściwie nie tyle od komputera, co od wiadomości z kraju i ze świata, którymi komputer mnie bombarduje.
    Ale o ile na durne wiadomości z kraju można sobie zatkać watą uszy a na oczy włożyć różowe okulary, to na wiadomości płynące ze świata ten myk się nie uda, bo od naszej polityki można co najwyżej zachorować psychicznie, to od polityki innych krajów giną ludzie.
    Ktoś napisał – Świat zwariował.
    Nie, to ludzie zwariowali, … albo ekonomia dopomina się o „woła ofiarnego” czyli o rozwinięcie przemysłu zbrojeniowego.

    Kiedy uwolniłam się od przesiadywania przed ekranem laptopa miałam superatę czasu.
    Było akurat kilka dni chłodnych i pochmurnych, które nie zachęcały do spacerów i wycieczek, więc zabrałam się za porządki.
    Porządkowanie na pólkach i w szufladach nie jest tym, co mnie rajcuje (wolę sprzątać po wierzchu;) ale czas trzeba było jakoś zagospodarować – mam wysprzątane mieszkanie łącznie ze zmianą koloru wieszaków w mojej podręcznej (czyli w moim pokoju) szafie.
    Były drewniane w kolorze naturalnym, teraz są drewniane, białe;).
    Kiedy lato ocknęło się z kilkudniowej drzemki, a słoneczko spojrzało na nas łaskawym okiem wyruszyliśmy ze Ślubnym w plener.
    I tak szwendamy się razem po polach podziwiając mazowieckie piaski, których oboje nie znamy, bo pochodzimy z żyznej Wielkopolski.

    Dzisiaj wraca Wiktoria znad Bałtyku.
    Drugą połowę lipca zajmuje się nią babcia Zosia, w sierpniu wyjeżdża z rodzicami na żagle a resztę czasu spędzi z nami.
    Trzeba wymyślić coś, co pozwoli nam trochę zwiedzać i trochę odpoczywać, bo kondycja u mnie słabiutka a ćwiczyć mi się nie chce;(.

    I jeszcze muszę ukręcić jakieś ciasta na jutro, może leśny mech i tatrę z pianką... albo jakieś z owocami... 

    by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at lipiec 25, 2016 01:56

    nic specjalnego

    Migawki, czyli groch z....

    .....no nie wiem z czym. Może z czekoladą a nie  z kapustą.
                                                                       ****
    Gorąco, duszno, byle jak. Sąsiad-emeryt  nagle pokazał swoje nowe oblicze.
    Wytoczył się z domu w pomiętych szortach, rozciągniętej podkoszulce, demonstrując
    swą ciążę pokarmową- na oko  rozwiązanie  za 3 tygodnie.
    Zastanawia mnie na czym utrzymują mu się te szorty pod brzuchem. Może są
    przyszyte do podkoszulki?
    Na jego uprzejmie "witam, sąsiadko" burknęłam: ojej, nie poznałam pana i czym
    prędzej dałam  nura pomiędzy regały w sklepie.
                                                                      ****
    Pomału dochodzę do równowagi - w dniu, w którym młody niemiecki Irańczyk
    strzelał do ludzi, moi z dziećmi właśnie pojechali do Monachium.
    Wiedziałam, że na pewno nie byli w owym markecie, ale jakoś to mnie nie uspokoiło,
    bo wiadomości na ten temat napływały sprzeczne.
    No ale gdy się to wydarzyło już byli na miejscu, w domu.
    Teoretycznie jestem spokojna, a tak naprawdę to przerażona.
    Cały świat zwariował.
                                                                      ****
     Zakończył się wczoraj Tour de France. Nasz Rafał Majka wygrał klasyfikację na
    najlepszego "górala". Jechał chłopak dobrze i bardzo mądrze.
    Wprawdzie ja i rower to dwa przeciwieństwa, ale lubię oglądać ten wyścig.
    Kusi mnie by pojezdzić po Francji samochodem. Ale to już mało realne - Francja
    zawsze była droga, a trasa, którą chciałabym zrobić to minimum dwa tygodnie.
    Bez campera ani rusz.
                                                                      ****
    Na całym naszym osiedlu trwają wszelakie remonty, głównie te prowadzone
    przez administrację.
    Na okrągło albo słychać zgrzyt pił albo warkot świdrów rozwalających podłogi
    balkonów i loggii. I już teraz widać, że ADM będzie musiała rewitalizować
    trawniki na całym osiedlu, bo nikt nie wpadł na pomysł by je okryć i ochronić
    przed cementem.Nie bardzo rozumiem dlaczego worki z cementem i "gruszka"
    do wyrobu cementu musiały stać  bezpośrednio na trawie.
                                                                      ****
    Leń mnie dziś ogarnął a mam coś pilnego do "skoralikowania".
    Powietrze jakieś lepkie i ciężkie. Poczekam, może przyjdzie jakaś fajna burza???

    by anabell (noreply@blogger.com) at lipiec 25, 2016 01:05

    zycie na kreske

    falkografioly

    Zmiana narracji

    falko



    Zmiana narracji


    W wielkich miastach
    kolorowi mieszkańcy,
    uczestnicy wiecznego maratonu
    do pomyślnej przyszłości,
    myślą, że przyszłość
    to taka wyspa szczęśliwa,
    do której dopłyną tylko
    wybrani bohaterowie.

    Zmiana narracji czyni z nich mistrzów
    w kreowaniu opowieści
    o własnej rzeczywistości.
    O sukcesach,
    pieniądzach,
    zmianie wizerunku,
    makijażu permanentnym,
    samochodach,
    całonocnym seksie,
    powiększonym penisie,
    pomniejszonych piersiach,
    weekendzie w Emiratach,
    egzotycznych tygodniowych wakacjach,
    bo przecież na dłuższe szkoda czasu.
    W piątki i soboty upijają się
    w modnych klubach
    kolorowymi drinkami.
    W poniedziałki rano
    po porannej kawie
    palą skręta,
    myją zęby kokainą
    i wracają do wiecznego biegu
    do pomyślnej przyszłości.

    Któregoś poniedziałku bohaterowie
    myjąc zęby po porannej kawie,
    zauważą w lustrze starego człowieka.
    Zauważą rozczarowani,
    że każdemu, bez wyjątku
    pisana jest jakaś przyszłość.
    Maraton toczył się dla wszystkich
    w takim samym zawrotnym tempie
    trzy tysiące sześćset sekund
    na każdą przeżyta godzinę.
    Na mecie nie ma pokonanych.
    Na mecie nie ma zwycięzców
    i jakakolwiek wcześniejsza
    pieprzona zmiana narracji
    nie miała tutaj żadnego znaczenia.

    Wiesław falko Fałkowski, 2016

    by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at lipiec 25, 2016 02:36

    lipiec 24, 2016

    Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

    przepraszam

    za opóźnienie w wysyłce Wiadomości Wspólnoty Chleb Życia. Zwykle nasi Przyjaciele mieli już w początku lipca najświeższą prasę. Święto Ubogich, wyjazdy, ślub i ŚDM zamąciły ten rytm, stały od wielu lat. Obiecuję, że do połowy sierpnia się wyrobimy.  

    by siostra at lipiec 24, 2016 09:20

    Domowa kuchnia Aniki

    Szarlotka z papierówkami

    Szarlotka z papierówkami




     
    To kolejny przepis na pyszne ciasto z pierwszymi w sezonie jabłkami. Jako, że w moim ogrodzie co roku drzewko obdarowuje nas niezliczoną ilością dorodnych i bardzo smacznych papierówek, a ich czas leżakowania nie może być za długi, więc co rusz piekę z nimi ciasta i przyrządzam marmoladki albo soki. Dziś przepis na bardzo smaczne ciasto z tymi soczystymi owocami lata. Owoce są nieco kwaskowate, bo nie dodaję do nich za dużo cukru, ale słodycz ciasta łamie kwaskowatość jabłek. 

     

    Składniki:
    • 180 g mąki pszennej
    • 100 g masła
    • 100 g cukru + 4 łyżki
    • 1 cukier waniliowy
    • 1 łyżeczka cynamonu
    • ok 2 - 2,5 kg jabłek papierówek
    • szczypta soli
    • pół łyżeczki proszku do pieczenia
    • 3 żółtka
    • 1 łyżka gęstej śmietany
    Sposób przygotowania:
    • Jabłka obieramy i wydrążamy gniazda nasienne. Kroimy w grubsze plastry
    • Jabłka przekładamy do garnka. Podlewamy 2-3 łyżkami wody. Dosypujemy cukier  ( 4 łyżki ), cukier waniliowy i cynamon i prażymy na wolnym ogniu, aż jabłka staną się nieco szkliste i zmiękną. Następnie studzimy
    • Wszystkie pozostałe składniki wkładamy do miski malaksera i zagniatamy jednolite ciasto. Masło powinno być w temperaturze pokojowej pokrojone w drobniejsze kawałki. 
    • Wyrobione gładkie ciasto dzielimy na 2 części: 2/3 i 1/3. Większą częścią  wykładamy spód i boki tortownicy wysmarowanej masłem i obsypanej mąką
    • Tortownicę i pozostałe ciasto wkładamy do lodówki na ok 1/2 godziny
    • Po tym czasie ciasto wyjmujemy i nakładamy do tortownicy ostudzone jabłka. Pozostałe ciasto rozwałkowujemy i tniemy na paski. Pokrywamy wierzch ciasta
    • Ciasto wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 175 stopni na funkcji termoobieg i pieczemy ok 40 minut
    • Po upieczeniu wyjmujemy delikatnie z piekarnika i studzimy. Przed podaniem obsypujemy cukrem pudrem

    by Anika (noreply@blogger.com) at lipiec 24, 2016 09:51

    Dzieciowo mi

    „Naród wspaniały, tylko ludzie k…”

    Wieść gminna doniosła, że oto samotna (podkreślam: samotna) matka trójki dzieci w wieku szkolnym, żyjąca w dużym mieście wojewódzkim, w sytuacji, którą

    by Malwina Ferenz (Krusz.) at lipiec 24, 2016 08:30

    zycie na kreske