Planeta Jadzi

wrzesień 20, 2014

Domowa kuchnia Aniki

Zupa z dyni

Zupa z dyni



Zupa z dyni zagościła już na naszym stole w tym sezonie drugi raz. Dziś przepis na tę smaczną i sycącą zupę. Wiem, wiem, ostatnio u mnie dość nudno. Wciąż dyniowo, ale cóż ... nadszedł taki czas, że dynie kuszą na bazarze i po każdej wizycie na targu w domu przybywa dyń, więc i przepisy z dynią będą się u mnie pojawiać przez jakiś czas. Staram się wykorzystać ten czas i korzystać z tego pysznego warzywa jak najwięcej. Wiem, że nie wszyscy wykorzystują dynię w swojej kuchni. Może dzięki moim przepisom zachęcę kogoś do skorzystania z tego dobrodziejstwa jesieni, jakim jest dynia. I wtedy uznam to za zasługę. Bo dynia jest nie tylko smaczna, ale i zdrowa, dietetyczna i zawiera masę substancji mineralnych ważnych dla naszego organizmu. Jest warzywem niskokalorycznym, a z drugiej strony jej wartość odżywcza  jest duża. Tak więc potrawy z jej udziałem są dość sycące.

Składniki:
  • 1 marchewka
  • 1 plaster selera
  • 1 por ( biała część )
  • 2 - 3 duże ziemniaki
  • 3 szklanki musu z dyni ( przepis TUTAJ )
  • sól
  • pieprz cayenne ( szczypta )
  • biały pieprz
  • 2-3 łyżki oleju
Sposób wykonania:
  • Warzywa obieramy. Marchewkę kroimy w półplasterki, ziemniaki w dość drobną kosteczkę, podobnie jak seler. Por kroimy w półplasterki
  • W garnku rozgrzewamy olej i wrzucamy do niego pokrojone warzywa. Smażymy ok 10 - 15 minut często mieszając. W międzyczasie delikatnie solimy ( warzywa szybciej zmiękną )
  • Podsmażone warzywa zalewamy gorącą wodą ( ok 1,5 litra ) i gotujemy do całkowitej miękkości warzyw
  • Do gotujących się warzyw dodajemy mus z dyni zrobiony wg przepisu TUTAJ i chwilę razem gotujemy
  • Zupę doprawiamy wg uznania solą, białym pieprzem i pieprzem cayenne 
 

    by Anika (noreply@blogger.com) at wrzesień 20, 2014 11:02

    Archiwum chaosu

    Wiadro

    Motywacji. Co dzień wylewają Ci jego zawartość na łeb dziwiąc się okrutnie, że nie dość, że nie pomogło to jeszcze wyglądasz jak debil. W każdym zakątku internetu, prędzej czy później, […]

    by Kamila Łońska-Kępa at wrzesień 20, 2014 08:43

    Slow Day Long

    Dialogi na cztery nogi, czyli co Ala ma do powiedzenia – część 4

    NAWYKI ŻYWIENIOWE

    Poszliśmy na zakupy i Ala zgłodniała. Poprosiła nas, żebyśmy jej kupili kanapkę w kawiarni. Jakoś nie wierzyłam, że ją zje, ale cóż… zgodziłam się. Po kilku minutach przekąska była gotowa, nasza córka ochoczo zabrała się do pałaszowania. W pewnej chwili podnosi kawałek bułki do góry i mówi:

    Ala: Mamo, czy mogłabyś zabrać tego pomidora?
    Kamila: Ale dlaczego?
    Ala: Bo mi przeszkadza w jedzeniu.

    Slow Day Long

    STYL ALI

    Kończy się lato, jest coraz chłodniej. Pora kupić dziecku cieplejsze obuwie, bo w sandałkach już długo nie pochodzi. Znalazłam z Damiana mamą przepiękne trzewiki w kolorze żółtym. Miałyśmy jednak spore wątpliwości odnośnie właściwego rozmiaru, a Ala w ogóle nie chciała ich przymierzyć. Babcia Danusia dwoiła się i troiła, żeby nakłonić wnuczkę do ubrania bucików. Bezskutecznie.

    Babcia Danusia: Aluniu, dlaczego właściwie nie chcesz przymierzyć tych bucików?
    Ala: Babciu… te buciki mi się w ogóle nie podobają, a poza tym one mi do niczego nie pasują. Nie chcę ich.

    Slow Day Long

    DROGA MOJA

    Ala i babcia Danusia zbierają się do wyjścia. Zaraz podjedzie taksówka.

    Kamila: Alu, zbieraj się, zaraz jedziemy do miasta.
    Ala: Tak, tylko babcia umyje włoski.
    Kamila: Ale Ty też musisz się jeszcze ubrać.
    Ala: Moja droga, ja jestem zawsze przygotowana.

    by Kamila at wrzesień 20, 2014 06:17

    zycie na kreske

    Kura pazurem

    Czy łatwo jest przegrywać?

    Przegrywanie to trudna sprawa. Trzeba się tego uczyć od najmłodszych lat.

    Na takie refleksje wzięło mnie po obejrzanych ostatnio meczach Polska – Brazylia i Polska – Rosja. Zachowanie przegranych drużyn niestety zabijało sportowe emocje. Oczywiście fajnie się o tym pisze, patrząc na to z perspektywy kraju, który wygrał. Jednak nie przypominam sobie, żeby nasi po przegraniu meczu z Amerykanami pokazywali komuś środkowy palec, czy pluli na amerykańskich widzów.

    porażkaCzytałam komentarze po meczu z Brazylią. Najbardziej mnie rozśmieszyło, jak ktoś napisał, że Polacy oszukiwali podczas losowania i przez nich Brazylia trafiła do „grupy śmierci”. Ha, ha. Niezłe co? W sumie to komplement dla polskiej reprezentacji. Natomiast jeden z zawodników rosyjskich (cham nad chamy) stwierdził po losowaniu, że mu szkoda „Pszoków”. Mieli nas roznieść przecież. Po meczu ten sam Rosjanin opluł polskiego kibica śpiewającego „daswidania”. Zresztą ten sam siatkarz po zdobyciu punktu w meczu z Niemcami odpowiednio złożył ręce i „strzelał” do widzów.

    Natomiast jeden ze szkoleniowców brazylijskich po meczu wystawił polskiemu dziennikarzowi środkowy palec. Na szczęście przeproszono. Wyjaśniano, że to złość na FIVB.

    Pewnie jedna i druga drużyna cierpiała z powodu przegranej. To zrozumiałe. Dzieci w takich sytuacjach płaczą i tupią nogami. Trzeba nauczyć je z godnością znosić porażkę. Myślę, że coś tych zawodników mogło ominąć w dzieciństwie.

    I tak mi się przypomniało, jak moje Jajo przegrywało w gry planszowe. Oj, płakało czasami, ale wiedziało, że jak będzie ryczeć niczym jeleń na rykowisku, to więcej grania nie będzie. Zaciskało zęby, łzy w oczach miało, ale udawało, że wszystko dobrze. Jednak dziadek Jaja miał zawsze miękkie serce i robił wszystko, by wnusia wygrywała. Ich ulubiona gra to było „Grzybobranie”. To znaczy Jaja, bo dziadek pewnie nie mógł już patrzeć na planszę, a wyprawa na grzyby pewnie do dziś jest dla niego traumą. Bo Jajo naprawdę zamęczało dziadka godzinami. A dziadek kombinował, jak grać, żeby przegrać i radość wnuczce zrobić.

    Kiedyś grają. Jajo wygrywa. A nagle zauważa, że dziadek coś kombinuje, więc krzyczy:

    – Babcia! A dziadek to jest mosiek!

    I śmieje się w głos. Babcia przybiega z kuchni. Pyta, co się stało.

    – Dziadek to mosiek – śmieje się znów Jajo. – Oszukuje, a i tak przegrywa!

    Jak myślicie, uczyć dzieci przegrywania? Czy wychowywać je na zwycięzców?

    ***

    PS  A dzisiaj wieczorem wszystkie kciuki i gardła potrzebne. Mecz Polska – Niemcy!

    by anna at wrzesień 20, 2014 04:01

    wrzesień 19, 2014

    moje waterloo

    1910

    Dzwoni dziecko, co to usiedzieć na tyłku nie może. Ledwo tydzień w domu, a już wypruła, by zamarznąć w kempingu.

    Dziecko: Pojechałabym do SPA.
    Łoterloo: Też bym pojechała do SPA. Co cię powstrzymuje?
    Dziecko: Brak towarzystwa.
    Łoterloo: O! To samo, co mnie!
    Dziecko: Jedziemy?! Stać mnie!
    Łoterloo: Chcesz? Jechać? Z? Matką?
    Dziecko: Pewnie. Wymasują nas, wykąpią, a to wszystko w aurze zapachu. Gdy się znudzimy, poleżymy w internetach.
    Łoterloo: Kiedy stałaś się dorosła?!
    Dziecko: Nie marudź. Mamy wspólną pulę genową.

    Ano mamy.
    Dziś wykazałyśmy to publicznie.
    Publiczność była ukontentowana.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at wrzesień 19, 2014 10:22

    Szklanym okiem mym

    Ślimak Top Model

    A dziś znalazłam sobie pod świerkami dorodną olszówkę. Wczorajszy ślimak został skrzetnie schowany, by żaden ptak go nie znalzał i dziś ku mojemu zadowoleniu znalazłam go w tym samym miejscu na listku. Ochoczo wystawił rogi i dał się sfotografować :) Może jutro też ?



    Dziś nie był dzień dobrych wiadomości. Jest lipa, nawet spora, ale cóż...

    Za to fajnych sąsiadów mam :)




    by MrÓ (noreply@blogger.com) at wrzesień 19, 2014 09:08

    Czarny pazur

    Witamy ponownie!

    Personel i Spadnięte Niebo, po zamknięciu pętelki, powrócili szczęśliwie do swojego Kierownictwa. Wakacje mieli bogate w zwiedzanie oraz stali u progu emocji, ponieważ niemal poznali waterloo , tyle, że się terminy nie zgrały. Następną razą, jak mawiają niektórzy.

    Personel, jak gdzieś jedzie, to lubi sobie pozwiedzać. Ale odkąd został Personelem, dokonuje również wnikliwego rozeznania nowych terenów pod kątem kotecków. Owych kotecków wypatrzył całkiem sporo, ale wszystkie przebił osobnik z Czermnej.

    W Czermnej, jak może obyte Człowieki wiedzą, znajduje się kaplica z ludzkich czaszek. Bardzo interesujące, trafiające do przekonania miejsce. Personel i Spadnięte Niebo zwiedzili, wysłuchali przewodnika, po czym udali się na powietrze.

    - O, popatrz, kić! - wskazało Spadnięte Niebo. Rzeczywiście, po gruncie snuł się młody kotek, w eleganckim czarnym smokingu i z białym pyszczkiem. Schylił się zatem Personel do pogłaskania. Następnie usiadł na ławeczce i udostępnił kolana, kotek był bowiem bardzo towarzyski. Natychmiast więc władował się dobremu Człowiekowi na kolana i, głośno mrucząc, ugniatał radośnie. Personel cały uradowany głaskał oburącz, na co kotek dosłownie rzucił mu się na szyję, mocno objął łapkami i wtulił się w Człowieka. Co ważne, w całej akcji nie wykorzystał nawet pół pazurka. Spadnięte Niebo miało problem ze zrobieniem zdjęcia, ponieważ przedsiębiorczy kiciuś wkręcił się dokładnie w pasek od aparatu. Ale ostatecznie udało się oddzielić te dwa elementy i uwiecznić tak nieoczekiwane objawy czułości. Wdzięcznym Czytelnikom prezentujemy zatem kolaż, przedstawiający Personel w uścisku kicia oraz świętego Franciszka, tulącego równie uległego pieska. Prawda, że podobieństwo jest uderzające? Drewniany święty jest dziełem twórcy ludowego spod Kudowy Zdroju, ponieważ Personel w swoich wędrówkach bardzo ceni sobie skanseny.

    A co z rodzonymi kotami, spytacie. Otóż, rodzone koty miały się przez cały czas trwania wakacji bardzo dobrze, ponieważ Człowiek Opiekuńczy zamieszkał u nich natenczas. Behemoś - jak to Behemoś -  za łyczek mleka wszystko zrobi. Niuteczka zaś dała się pogłaskać dopiero po upływie półtora tygodnia. Taka była twarda. Za to powrót właściwego Personelu Kierownictwo przyjęło z nieukrywaną radością, mrucząc i tuląc się bez opamiętania. Zaprawdę, trudno jest podejmować codzienne czynności z ustami pełnymi Kota Behemota. Ale komu by to przeszkadzało, tak między nami...

    by amelia007@NOSPAM.gazeta.pl at wrzesień 19, 2014 07:33

    Dwie Chochelki

    Omlet



    Wracam!


    Tak, proszę Szanownych Czytelników. Zrobiłam sobie ponad półroczną przerwę w prowadzeniu bloga i, szczerze mówiąc, byłam przekonana, że już nie wrócę. Złożyło się na to kilka powodów: pierwszy to permanentny brak czasu, bo przy normalnej pracy, rodzinie, z którą – co by nie powiedzieć – lubię spędzać czas, oraz innych ulubionych zajęciach, okazało się, że na blogowanie już materii nie starcza. Ale o ile czas jakoś bym znalazła, gdybym naprawdę chciała, to drugi powód skutecznie mnie odciągał od gotowania: otóż przestało mi się chcieć. Wiadomo przecież, że nie gotuję restauracyjnie i nawet nie mam takich zapędów. Mam normalną czteroosobową rodzinę, kupuję w tych samych sklepach, co wszyscy i z oczywistych powodów nie zacznę nagle serwować filetów z tuńczyka i kumkwatów w syropie. Z drugiej strony wrzucanie przepisu na zupę, w którym zmieniłam jeden składnik, zgodnie z tym, co było w lodówce przestało mieć dla mnie jakikolwiek sens.


    I tu z pomocą przyszły mi książki.

    Moja biblioteczka, chociaż zdecydowanie zbyt mała, jak na moje wymagania (z pomocą przychodzą na szczęście biblioteki publiczne), milutko się rozrasta, przy czym od kilku lat z upodobaniem inwestuję w książki kulinarne. Przeglądając po raz setny „Ciasta” Michaela Roux (napisałabym „Jajka”, bo jest ciekawsza, ale nie chcę być źle zrozumiana) uświadomiłam sobie, że na półkach stoi sporo tomów, z których nie skorzystałam ani razu. Ani jedna receptura z wielu grubych tomiszczy nie doczekała się realizacji. Owszem, są też takie, według których gotowałam niejednokrotnie, ale w większości przypadków kończy się na tym, że przeglądam, czasem nawet zaznaczam karteczkami co ciekawsze przepisy, a potem odstawiam na półkę i gotuję coś przypadkowego. Bo w warzywniaku były ładne bakłażany. Albo kalafior wyglądał zachęcająco.


    Dlatego, niniejszym, niczym bohaterka filmu „Julia & Julia” zobowiązuję się do przygotowania przynajmniej jednej potrawy z każdej z moich książek kucharskich. Przy czym od razu mówię, że absolutnie nie ma mowy o limitach czasowych, bo książek mam jakoś strasznie dużo, idzie jesień i zima, będzie ciemno i nie będę jak miała robić zdjęć i w ogóle nadal nie zamierzam rezygnować z partyjki „Monopoly Deal” z synem, a prasowanie samo się nie zrobi. Niemniej zamierzam się tu pojawiać regularnie.



    I skoro ostateczny impuls do reaktywacji mojej obecności na Dwóch Chochelkach dał film „Julia & Julia”, to zacznę właśnie od książki „Gotuj z Julią”, bo ostatnio nabyłam niezwykle okazyjnie e-book Julii Child. Przygotowałam omlet, na widok którego moja córka zakrzyknęła „Jak ładnie ci wyszedł, mamo!” i chcę się z Wami podzielić rewelacyjną metodą przygotowywania tej potrawy. Oczywiście od razu udowodnię, że nie zamierzam trzymać się jakichkolwiek zasad i wstawię filmik, na którym boska Julia pokazuje jak najprościej i najpiękniej zrobić omlet, a sama się w tym czasie poobijam. Zresztą córka właśnie domaga się wieczornego czytania.



    Teraz już wreszcie kończę, bo się rozpisałam. Czy chcecie, żebym przy okazji trochę opowiadała o książkach kucharskich, które stoją u mnie na półkach, czy mam ograniczać słowotok?

    Z drugiej strony, zawsze możecie pominąć wszystkie wynurzenia we wstępie i po prostu zacząć gotować.



    A teraz: omlet.

    Obiecuję, że będę się pojawiać w miarę regularnie.

    Chochelka Grubsza

    Składniki:

    • 2-3 jajka
    • sól, ewentualnie pieprz
    • masło
    • opcjonalnie: łyżeczka mleka


    Sposób przygotowania:

    Dwie najważniejsze rzeczy są następujące: po pierwsze -  dobrać sobie patelnię odpowiedniej wielkości, moja ma średnicę niewiele ponad 20 cm (z tych średnich) i jest w sam raz do dwóch jajek. Po drugie – odpowiednio potrząsać patelnia. Długie lata smażyłam omlety podgarniając jajka łopatką i chyba już nigdy nie wrócę do tej metody.

    Rozgrzewam patelnię. W tym czasie roztrzepuję w miseczce jajka z solą, ewentualnie pieprzem i mlekiem. Gdy patelnia jest już gorąca, roztapiam na niej masło tak, by tłuszczem pokryte były także boki patelni.

    Wylewam jajka i lekko potrząsam patelnią, żeby dobrze się rozprowadziły. A potem stosuję „metodę szarpaną”, jak nazywa to Julia. Czyli nie tyle podrzucam omlet, co gwałtownym ruchem przyciągam do siebie patelnię. I rzeczywiście, omlet składa się właśnie tak, jak pokazuje to Julia. Zobaczcie.

    Obiecuję oczywiście, że to pierwszy i ostatni raz, gdy wstawiam film zamiast sama wszystko opowiedzieć. Ale naprawdę uważam, że trzeba tę metodę rozpowszechniać.


    by pstrykam (noreply@blogger.com) at wrzesień 19, 2014 08:05

    Placek ze śliwkami



    To ja znowu w klasykę uderzę, proszę Szanownych Państwa i tym razem dam przepis na drożdżówkę ze śliwkami.

    Tak, wiem, drożdżówki były takie i śmakie na Dwóch Chochelkach, ale przecież dobry placek nie jest zły. W warzywniakach mamy właśnie obfitość śliweczek, to może przy weekendzie znajdziecie trochę czasu na wyrabianie i wyrastanie ciasta.

    Poza tym wiem, że pewnie większość zaglądających tu osób robi ciasto drożdżowe z zamkniętymi oczami, ale może są i tacy Czytelnicy, którzy podobnie jak ja jakiś czas temu, stawiają właśnie pierwsze kroki w tej materii. Właśnie im polecam książkę Małgorzaty Zielińskiej „Ciasto drożdżowe na różne sposoby”. Przede wszystkim z powodu bardzo rzetelnego wstępu, w którym autorka w prosty i przystępny sposób opisuje najważniejsze zalecenia dotyczące przygotowywania ciasta drożdżowego. Łopatologicznie i przy pomocy obrazków instruuje jak zapleść chałkę i jak zwinąć rogaliki. Wśród przepisów znajdziemy mnóstwo klasyków (rzeczony placek ze śliwkami, racuchy, jagodzianki, chałka, bułki z różnymi nadzieniami, pizza), ale i ozdobne bułki fougasse, pieróg z mąki razowej z warzywami i paluszki z kminkiem.

    Książka przydaje mi się, gdy mam ochotę na coś drożdżowego, a nie chcę, by skończyło się na wypieku, który robiłam już wielokrotnie. Przepisy są bezpretensjonalne, klarowne, dość odchudzone i przystosowane do obecnych czasów (Marja Disslowa na przykład do babki z rodzynkami na pół kilo mąki używa 10 żółtek i chociaż uważam, że wyjdzie pysznie, to rzadko robię ciasta korzystając z takich proporcji).

    Podsumowując: książka do używania, a nie tylko do oglądania. 

    No to do roboty!

    Chochelka Grubsza



    Składniki:


    • 500 g mąki pszennej
    • 3 żółtka
    • ½ kostki masła
    • ½ szklanki cukru
    • 15 g drożdży
    • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego lub cukier waniliowy
    • mleko
    • ½ kg śliwek (najlepiej węgierki)
    • cukier puder (lub w mojej wersji brązowy cukier)


    Sposób przygotowania:

    Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej – w praktyce trzeba więc pamiętać o jajkach i wyjąć je wcześniej z lodówki, bo mleko łatwo podgrzać.

    Drożdże ucieram z łyżeczką cukru (dałam 20 g drożdży), przykrywam i odstawiam w ciepłe miejsce na kwadrans (zazwyczaj poprzestaję roztarciu drożdży z cukrem i już nie robię klasycznego rozczynu z odrobiną mąki i mleka, bo mi się nie chce, ale oczywiście można zgodnie z przepisem dodać tę mąkę i mleko – w każdym razie ważne, by drożdże ruszyły i było widać pęcherzyki powietrza).

    W czasie, gdy drożdże zaczynają pracować, przygotowuję resztę składników. Roztapiam masło i odstawiam do przestudzenia (uznałam, że kostka masła to jednak 200 g, więc dałam 100 g masła). Przesiewam mąkę i, co stanowi zmianę w przepisie, dodaję szczyptę soli. Żółtka lekko ubijam z cukrem (można cukier wsypać do mąki i dodać żółtka oddzielnie – zazwyczaj tak robię). Mleko (wlałam około 250 ml), jeśli było w lodówce, podgrzewam do temperatury pokojowej.

    Wreszcie mieszam wszystkie składniki i wyrabiam mikserem z mieszadłem hakowym. Jeśli nie macie robota, to zmieszajcie wszystko oprócz masła i trochę zagniećcie, a potem wgniatajcie masło dodając je stopniowo (robiłam tak w czasach, gdy machałam drożdżówki ręcznie i dzięki temu miałam wrażenie, że jest łatwiej, szczególnie, jeśli miałam ręce w maśle).

    Powinno wyjść niezbyt ścisłe ciasto. Przykrywam miskę z ciastem i odstawiam w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na około godzinę (standardowo: aż podwoi objętość).

    Prostokątną blachę o wymiarach około 30x20 cm wykładam papierem do pieczenia. Śliwki przekrawam na pół i wyjmuję pestki.

    Przebijam wyrośnięte ciasto pięścią, rozciągam na blasze. Układam na cieście śliwki skórką do dołu, przykrywam i odstawiam na około pół godziny do ponownego wyrośnięcia. Przed pieczeniem posypuję śliwki brązowym cukrem lub cukrem pudrem od razu po upieczeniu (akurat miałam w zamrażalniku resztkę kruszonki z poprzedniego pieczenia, więc też posypałam trochę przed wstawieniem do piekarnika).

    Piekę około 40 minut w 190 stopniach (w przepisie jest 180, ale w moim piekarniku drożdżówki piekę zazwyczaj w 190-200 stopniach, trzymam przynajmniej pięć minut dłużej i często przypiekam spód, bo się boję, że się nie dopiecze).

    Smacznego!

    by pstrykam (noreply@blogger.com) at wrzesień 19, 2014 08:04

    Dzieciowo mi

    Kuchnia malucha – tort z kaszy jaglanej z serkiem mascarpone

    Ha! Eksperymentuję na całego! W ramach pierwszych razów kuchennych z różnymi różnościami sięgnęłam po kaszę jaglaną. W życiu nie jadłam. W życiu. Tak jak dyni wcześniej nie jadłam i soczewicy. Ukuchenniam się, to i odkrywam nieznane lądy i jak któraś z dziewczyn ładnie powiedziała, ogranicza mnie tylko wyobraźnia. Na pewnej facebookowej grupie kuchennej trafiłam na przepis na tort z kaszy jaglanej (przepis podała Kinga). Zrobiłam go, ale jednocześnie zmieniłam przepis, bo w moim odczuciu takiej zmiany się domagał. Taki tort może być ciekawą alternatywą na kinderparty. Jest banalnie prosty (trudne rzeczy są nie na moje nerwy) i nie ma prawa się nie udać. Najważniejsze jest to, że nadal pozostaje tylko inspiracją, którą każdy może zmodyfikować wedle swojego uznania bez szkody dla samego ciasta. Jedziem!

    Tort z kaszy jaglanej z galaretką i mascarpone

    Składniki:
    • 1 opakowanie kaszy jaglanej (400 g)
    • 2 galaretki (w oryginalnym przepisie są agrestowe, ale mogą być każde za wyjątkiem cytrynowych, cytrynowe są zbyt kwaskowe)
    • 0,5 l wody (do galaretek)
    • 1 opakowanie serka mascarpone 250 g
    • 1 opakowanie śmietany kremówki 200 g
    • coś do ozdobienia tortu (ja miałam rodzynki i posypkę czekoladową)

    W oryginalnym przepisie są jeszcze zmielone orzechy włoskie, którymi posypuje się wierzch ciasta (nie miałam), nie ma za to kremu, który, moim zdaniem, jest tutaj niezbędny.

    Przygotowanie:

    Kaszę jaglaną przepłukujemy, a następnie zalewamy 4 szklankami wody i gotujemy do miękkości. W międzyczasie robimy galaretki w 0,5 litra wody. 2 opakowania rozpuszczamy w 0,5 litra gorącej wody. Odstawiamy, niech przestanie być gorące.

    Ugotowaną kaszę mieszamy z galaretką i miksujemy blenderem, a następnie wylewamy do tortownicę i wstawiamy do lodówki do zastygnięcia. Zajmie to około godzinę.

    ciasto_jaglane2

    Robimy to, co najlepsze, czyli krem. Krem jest tak prosty, że już prościej nie można. Śmietanę kremówkę ubijamy z 2 łyżkami cukru pudru i pod koniec dodajemy opakowanie serka mascarpone. Całość wykładamy na ciasto i jeśli nam się chce, to czymś ozdabiamy. Mnie się chciało.

    ciasto_jaglane3

    Wstawiamy na około godzinę do lodówki i możemy spokojnie zajadać. Tego ciasta nie ma sensu robić bez kremu, bo będzie zbyt rześkie w smaku. Domaga się uzupełnienia. Najlepsze byłoby z polewą czekoladową, ale aż tak to mi się nie chciało ;)

    Czy dzieciom smakowało? Zdania były rodzinnie podzielone. Ja zeżarłabym pół blachy, małżon też, natomiast młodzież domagała się czegoś słodszego. Mamy więc pole do popisu, następnym razem można wybrać inne galaretki (dałam agrestową i cytrynową, cytrynowa okazała się błędem).

    ciasto_jaglane

    Fota mi wyszła zupełnie przyzwoita, stwierdzam. Będą ze mnie ludzie. Ten przepis jest już w naszej aplikacji Kulinarne Inspiracje, którą sobie możecie za free ściągnąć z Google Play. Żeby przejść do Google Play, wystarczy kliknąć banerek ;)

    inspiracje_baner

    by kruszyzna at wrzesień 19, 2014 06:57

    Kręgosłup oralny

    1 ROK - Rok Oralnego Kręgosłupa!

         No to szybko, zanim wzwód literacki mi minie. Albo zanim oślepnę do reszty. Dzień po przekroczeniu granicy przez Rosjan, w dniu, kiedy Witkacy popełnił samobójstwo - 18 września 2013 roku, swą pierwszą odezwą do narodu, Oralny przekroczył granice ekranu i łamiąc wszystkie szyfry, wylał się kolorowa plamą przed Wasze mniej lub bardziej zdrowe oczęta. Tym, którzy już nie widzą, niech ci, u których pręciki i czopki są we właściwych miejscach, opiszą czym my się tu RACZYMY. Tfu! Oby nie. Częstujemy RACZEJ. Tfu z tym raczej! (A trzeba było uważać na metanol!)



    Na początek wznieśmy więc toast poczciwym etanolem, klarownym i krystalicznym jak ma dusza i tak, jak ona, zamknięta w twardej, kruchej i nieforemnej butli. Niech nam się żyje z górki! Niech kolejki w NFZ ulegną atrofii! Niech nasz upór i znój w kolejkach w aptekach zostanie zwieńczony gratisowymi lekami! Niech lekarze wypowiadają swymi koralowymi usty tylko same trafne diagnozy i pomyślne rokowania! Życzmy sobie skrócenia oczekiwania na protezy stawów z 17 lat do 17 miesięcy (bo nie wiem czy się muszę już zapisać?) Niech nasze oczy, pozbawione mętów i degeneracji plamki żółtej, widzą wszystko w różowych barwach, a co tam, pójdę na całość - w tęczowych! Niech się nam kości zrastają, szwy nie rozłażą, mózg nie ulega zgąbczeniu, a członki wiotczeniu!
    No co, nierealne? A Sto Lat to niby takie prorocze?!

    Tym, którzy mają prawidłową krzywą glukozy (bo ponoć dobra glukoza rano na czczo to za mało, by poczuć się zdrowym), zapodaję torcik:

     

    O, za mało? No to prosto z mojej lodówy wjeżdżają kolejne. Smacznego!













    I kawusia z kostkami:



    Co? Że zemdliło? To teraz coś dla cukrzyków.


    Pardon, że dla Was, słodcy moi, tylko tyle, ale prócz tego w lodówce mam jeszcze tylko kości na zupę, żeby się wpasować w ramy Kręgosłupa. No ale dieta, to dieta. Lekko nie jest.


         Rocznice sprzyjają podsumowaniom, statystykom i takim tam micyjom, do których nie przywiązywałam zbytnio wagi. Jednak, pozwolicie, że zabłysnę, jak kometa, jasno i krótkotrwale, jednakowoż wpisując się w annały blogosfery.

    Jak zdążyliście zauważyć, postów na Oralnym jest prawie tyle, co miesięcy  roku. Jak łatwo nawet dyskalkulikom obliczyć, pojawiają się one circa raz w miesiącu, co czyni mnie kobietą doskonałą. Większość z Was pragnie, bym wykrwawiła się na śmierć, zwiększając periodykę i perystaltykę. Otóż, mogę to wziąć pod uwagę. Sprzyja mi bowiem kilka okoliczności. Choroby, niestety, nie chcą przejść procesu regresji, wręcz przeciwnie, rozrastają się niczym osteofity i klata kulurysty. A więc obawy, że tematów może zabraknąć, są płonne. Nie dość, że tematów nie zabraknie, to Czytelników również. Jak na blog, który ma kilkanaście wpisów, statystyki są imponujące. Dostaję od Was maile, w których dajecie mi porady zdrowotne, recepturarze i zalecenia. Dziękuję! Poproszę jeszcze!

    Cóż w życiu mym prywatnym, w aspekcie chorób, przez ten rok? Pech chciał, że podczas ostatniej rehabilitacji doznałam bóli porodowych kręgosłupa i musiałam ją przerwać. Kolejny cykl, który mnie obejmował, objął także mojego wirusa, no a razem to się nie da na kozetkę . Tak więc rok w plecy. Ałć!
    Ale za to pojawiły się męty, żółtaczka lawendowa, podejrzenie boreliozy, ból kolan, otyłość, niedowidzenie, drugie okulary do czytania, ból stawów w palcach. Ale to tylko SKS.

    Ach, zjedzmy czekoladkę.


    Skoro już tak sobie siedzimy nad kawusią, konsumujemy co tam kto sobie na talerzyk włożył, czy tylko ogryzamy kości palców, to może zapytam Was o coś. Pytaniozadanie brzmi:

    NIECH MI DZIŚ KAŻDY TUTAJ WYMIENI
    JAK GO CHOROBA ZDOŁAŁA ZMIENIĆ?
    CZY WYPŁYNĘŁY Z TEGO KORZYŚCI,
    ŻE MOŻNA SZCZOTKĄ PROTEZĘ CZYŚCIĆ?
    CZY WRĘCZ PRZECIWNIE - SAME KŁOPOTY
    ŁĄCZNIE Z ODCIĘCIEM WAS OD ROBOTY?

    PROSZĘ WYMIENIAĆ MINUSY, PLUSY
    CZEKAM NA WASZE KOMCIE I NIUSY!
    A KTO NAJLEPSZE WIEŚCI ZAPODA
    NA TEGO CZEKAĆ BĘDZIE NAGRODA!*

    MIŁO MI BĘDZIE, GDY W GRONO RENCISTÓW
    FACJATĘ SWOJĄ ZDOŁACIE WCISNĄĆ
    JAKA PRZYJEMNOŚĆ TO DLA DZIEWCZYNY!
    DOŁĄCZ DO ZUSu I DO WITRYNY!**


    * fotografię nagrody wkleję niebawem :)
    ** grono rencistów - w szpalcie po prawej


    Kto chętny do zabawy (nie musi mieć bloga), może pobrać numerek, upoważniający do wizyty u specjalisty 30.09.2014 (ale szybko, co?) i tym samym skierowanie po nagrodę. Ubolewam, że nie jest to pobyt w Ciechocinku.

     

    A na drogę weźcie jeszcze po słoiczku! Sama robiłam zaprawy!



    No, dosyć już tego obżarstwa! Następnym razem będzie o życiu codziennym i myciu włosów. Wrócimy do normalności po tych orgiach oralnych.

    by pandeMonia (noreply@blogger.com) at wrzesień 19, 2014 06:17

    Bazarek Handmade

    Tęczowa, cieplutka chusta w kratę :)


    Sprzedam bardzo dużą, ciepłą,  lekką chustę, wykonaną  przeze mnie na drutach.
    Można się nią swobodnie otulić  i omotać ;)

    Włóczka; miękka, delikatna (nie gryzie), cieniowana -  75% akryl , 25% moher
    Wymiary; 
    - szerokość w ramionach 210cm, 
    - wysokość w dół od karku 105 cm,
    Waga; 15 dkg.


    Cena: 100 zł (plus koszt przesyłki, ok 7 zł).
    W celu zamówienia proszę o komentarz pod postem i mail: krystynac66@interia.pl

    Więcej moich prac TU - zapraszam

    by Teiwaz (noreply@blogger.com) at wrzesień 19, 2014 02:21

    pierwsza żona

    łącze usb przestało działać.

    A ja jade dziś do Tesco!!!! Hahahahahh.

    Tak! Taka jestem radosna. Jak ja się cieszę !

    Kupię SOBIE paróweczki, masełeczko i chlebuś ! tatatattam.

    to tak tytułem wstępu.

    Wszedłam dziś do lasu na 3 min. Znalazłam dwa. To mi oznajmiło, że już czas.

    DAŻ BÓR!!!

     

    Ale nie o tym.

    Chciałam napisać o czwartej klasie, mojej ulubionej.

    Serdecznie pozdrawiam Panią od przyrody, która alebo nie ma dzieci alebo już są stare.

    Podziwiam naprawdę i gratuluję ambicji.

    Wczoraj po basenie Zofia przyszła do mnie z zadaniem z matmy z kaktusikiem.

    jak sam symbol kaktusika wskazuje, jest  to zadanie dla chętnych i czeba uważać.

    To była jakaś pętla którą trzeba było przejść 39 x co chwile dodając lub odejmując 2.

    I tak, że koniec był wtedy jak liczba końcowa była = 1.

    Po czym Zofia dostała spazmatycznego płaczu.

    Usiadłam więc koło niej, otwarłam wino i mówię tatuś idzie to zaraz machnie to zadanko.

    Tata machnął a ja machnęłam 2 kieliszki.

    Naprawdę próbuję się jakoś podłączyć łączem do tej 4 klasy ale mi się tak nie chce.

    Widzę że larwa jest zmęczona, widzę no!

    i naprawdę już ostatnio jej mówiłam o 22.07 to wpisz 4 tu 2 a tam 9.

    Bardzo niepedagogicznie.

    Super, mija 3 tydzień a ja umieram.

    Problem obiadów nierozwiązany.

    Problem kociej sierści też !!!

    No ale nic mam to TESCO!!

    jade do tesco no matter what!

    by autor at wrzesień 19, 2014 01:16

    moje waterloo

    1909

    Przesz się nie mogę teraz wypowiedzieć szerzej, o co mi chodzi, boby mi zabrało liczne puenty i hopsiupy oraz przysiady z notki właściwej. Chciałabym sie odrobinę przedrzeć przez tę książkę, żeby móc nawiązać do konstrukcji albo i rozwoju akcji. A to chwilkę zajmie. Szczególnie że czyta się ciężko. Jakby tępą siekierą rąbał. To ja może uwagę ogólną.

    Schodzimy na psy. Znaczy - z ofertą wydawniczą. Pamiętacie może, co to jest errata? Kiedyś czytelnika tak sie szanowało, że jeśli w druku wyszła jakaś literówka (!), to wypuszczano erratę z poprawkami. A przecież proces wydawniczy był o wiele bardziej skomplikowany niż obecnie. Z naciskiem na ręczne robótki. Gdzie to jest, pytam się? Poszło w ilość. To się zawsze rozmija z jakością.

    Inna sprawa, że wśród piszących mnóstwo jest osób przesadnie uczulonych na swoją pisarską wielkość. Tylko mu przecinka nie przestaw, bo zaraz piszczy, że on ma taki styl! Gówno, nie styl. Język polski jest jeden i ma być poprawnie. Produkcja dziadowskich językowo książek powoduje obniżenie kultury języka w sposób bezpośredni. To samo zresztą tyczy się mediów. Kiedyś radiowiec to był ktoś! Dbano o substancję, na której się pracowało, a pojedyncze potknięcia obśmiewane były latami. A teraz? Gdy radio w samochodzie zaczyna gadać, to ja je wyłączam, bo nie mam siły słuchać tych wszystkich błędów, sadzonych po trzy w jednym zdaniu. Fuj.

    Można uważać, że to nieistotne. Ale jeśli nie dbać o język ojczysty, to czemu o wygląd? Gdzie jest napisane, że człowiek ma być czysty i nieobszarpany lub odziany zgodnie z okazją? Kto wydał przepis, że nie wolno śmierdzieć?
    Język, Moi Ulubieni Czytelnicy, pozwala nam się sprawnie komunikować. Sprowadzenie go do systemu chrząknięć wiele odbiera.

    Ech... Chyba wygrzebię z półki zakurzoną Orzeszkową. Furda akcja! Jakie tam są opisy przyrody!
    To mi dobrze zrobi.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at wrzesień 19, 2014 01:37

    Blog do czytania

    Książki, które mnie nie ukształtowały

    Internetowe łańcuszki. Jedne każą człowiekowi wylać na siebie kubeł lodowatej wody, inne grożą uszkodzeniami rodziny, jeśli się je przerwie. No i są te zmyślne – bazujące na nostalgii za dzieciństwem. Właśnie jeden z nich z tej ostatniej kategorii jakiś czas temu zaczął się rozprzestrzeniać po sieciach społecznościowych i blogosferze. Zasada była prosta – wymień 10 ulubionych książek z […]

    by mrcichy at wrzesień 19, 2014 11:30

    Zuzanka

    Kura

    Praca w cieniu

    Samotny bankomat..

    Wypłacam.

    Słychać szum liczonych papierków.

    G.patrzy badawczo.

    Zagląda za bankomat.

    Wielkimi oczami wpatruje się w maszynę.

    - Muniu? A o której ten ktoś wychodzi?



    :)))

    Z pozdrowieniami dla wszystkich narzekających na swoją pracę.


    Kura

    

    by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at wrzesień 19, 2014 09:41

    Dzieciowo mi

    Piątek z blogującą mamą – w kropki turkusowe

    Uwaga, uwaga, jeszcze jakiś czas temu groziło mi zarażenie się syndromem A. Muchy. Nie wiecie, jaki to? To taki stan kliniczny, który wyraża się w zdaniu, że w sferze rodzicielskiej (a branżunia z uporem maniaka pisze, że w parentingowej, a ja się tym zarażam) nic ciekawego się nie dzieje. Nic. I ja, wystawcie sobie, kiedyś pomyślałam, że kurde, faktycznie. Wszystko, co było fajnego do polecenia, już poleciłam, a więcej nie ma nic. Goły ugór, stepie szeroki, którego okiem nie zmierzysz. Na szczęście to jest uleczalne. Na szczęście, bo dłuższe chorowanie może zaskutkować zejściem śmiertelnym w postaci stwierdzenia, że jest się absolutnie najlepszym, poza mną nie ma nic i jedyne, co można, to po prostu mnie wielbić. Niejeden bloger jest blisko, jak widzę. A więc to zaraźliwe.

    Dzięki ci, Boże, że dałeś mi kopniaka w dupę, który sprawił, że pozbyłam się tych bakcyli i zobaczyłam, ile pracy przede mną, Wykonałam pracę u podstaw, zrobiłam rachunek sumienia i mocne postanowienie poprawy, a potem zaczęłam czynić pokutę. Efektem jest powrót do „Piątków z blogującą mamą”, w których pojawiły się prawdziwe perełki. Efektem tego efektu jest dzisiejszy tekst, który mówi, że jedynie słusznym kolorem kropek nie jest tylko bordo (najlepiej na czarnym tle zlokalizowanym na zwierzęciu kopytnym). Kropka może być też turkusowa. Panie i panowie, Turkusowa Kropka (http://turkusowakropka.com).

    turkusowa_kropka

    Turkusowa Kropka jest blogiem mamy żyjącej poza granicami naszej pięknej ojczyzny. Nasz człowiek na Węgrzech ;) Znajdziemy u Kropki dział kulinarny – i wiele mogłabym się od niej nauczyć, bo ni cholery w życiu nie piekłam bułek – znajdziemy teksty dotyczące codzienności najbardziej codziennej i teksty pozwalające poznać Autorkę od strony jej talentów. O maszynie do szycia wiem, że istnieje, natomiast Tedi używa jej do stworzenia rzeczy naprawdę fajnych.

    Coś, co jednak szczególnie przykuło moją uwagę, szczególnie mi się podoba i czego nie widziałam do tej pory na żadnym z rodzicielskich blogów to co tydzień rysowany portret dziecka. Rysowany. Zdjęcie każdy łoś zrobi, robienie zdjęcia co tydzień trudno uznać za mega wyczyn, choć na pewno pozostanie fajną inicjatywą. Tedi dzieciaka rysuje. I to jest bardzo fajne. Nie przestawaj, rysuj dalej, bardzo fajna rzecz. O ołówku wiem tyle, co o maszynie do szycia, a o węglu czytałam, że szkice jakieś tam nim są, hy, hy. Tedi przechodzi od słów do czynów. Bardzo ciekawy pomysł, godny zauważenia i pochwalenia. Zajrzyjcie do Turkusowej Kropki. Kropka jest inspirująca. To dobre słowo :)

    by kruszyzna at wrzesień 19, 2014 09:02

    Smoking kills...

    O ROBAKACH I SANDAŁKACH

     

    I to jest właśnie jeden z wielu powodów, dlaczego kocham Wyspy Kanaryjskie – tam nie ma robactwa! No, w śladowych ilościach, wiadomo, czasem jakaś muszka owocówka. No i jak jeden raz byliśmy na Gran Canarii, to tam były dwie panienki z Polski, które a) całe dnie leżały nad basenem bez staników, b) za każdym razem zaczepiały N., że u nich w pokoju jest kaaaaraaaaluuuuch! Ponieważ jednak niedaleko N. przebywałam JA, to skończyło się na wyrazach ubolewania. Choć pewnie scenariusz był taki, żeby N. poszedł do nich do pokoju ratować dwie pary cycków przed straszliwym potworem! Niedoczekanie (flądry jedne).

    O czym to ja. A, że nie ma robactwa, nic na człowieka nie wyskakuje w łazience i można chodzić na bosaka i nie wraca się do domu z przemiłym czterometrowym wijcem pod skórą albo amputowaną ręką w łokciu (w warunkach polowych).

    Jeśli natomiast chodzi o Helix… proszę szanownych twórców, jak mi się obiecuje SYFY, to ja chcę SYFY. Chodzi o porozumienie twórcy z odbiorcą – świetnie sobie z tym radzi np. pornografia: widz zwykle dostaje to, o co mu chodzi. Nie rozumiem, po co Helix funduje widzowi „Modę na sukces”: nagle WTEM okazuje się, że wszyscy w arktycznej bazie są swoimi nawzajem ojcem, bratem, córką, szwagrem, kuzynem, zaginionym bliźniakiem oraz w piwnicy jest tajemnicza chatka z dzieciństwa. NO ŻESZ JASNA CHOLERA. Wirusy, mutanci, spisek i wojsko – proszę bardzo, ale pamiątki rodzinne i albumy ze zdjęciami sobie wypraszam. Wypraszam! Słychać mnie, że wyprosiłam?…

    A jutro zabieram się za casting sandałków, bo przecież WSZYSTKICH nie spakuję.

     

    by Barbarella at wrzesień 19, 2014 08:44

    Czytadelko

    SPRZEDAM :) (do skasowania)

    Książki wymienię na coś z listy poszukiwanek (http://czytadelko.blox.pl/strony/szukam.html) lub sprzedam. Ceny z przesyłką.

    We Wrocławiu możliwy odbiór osobisty.

    Książki na ogół były czytane raz (a niektóre ani razu), przeze mnie, ale większość posiada mój exlibris, więc raczej nie nadają się na prezent. 

    Na życzenie mogę przesłać bardziej szczegółowe zdjęcia :)

    Kontakt:  izabela.raducka@gmail.com  

    KAŻDA ZA 10 ZŁ (KOMPLET 15 ZŁ)


    KAŻDA 13 ZŁ

    KAŻDA ZA 15 ZŁ


     

    KAŻDA ZA 20 ZŁ

    

    

     

    KAŻDA ZA 25 ZŁ

     

    NA WYMIANĘ - EGZEMPLARZE RECENZENCKIE

    

    by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at wrzesień 19, 2014 08:34

    Kura

    Bałtyckie tropiki

    Nadbałtyckie wspomnienia z wakacji :)

    Pozdrawiam
    Kura 

    by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at wrzesień 19, 2014 08:14

    zycie na kreske

    Tokyo Pongi

    (Nie)kulturalna niedziela

    Dawno mnie tu nie było, ale to nie jest moja wina. Wina jest oczywiście cudza :) . Gdzie byłam jak mnie nie było? W ostatni weekend wybraliśmy się do Muzeum Sztuki Nowoczesnej na wystawę poświęconą królowym i boginiom starożytnego Egiptu. Wystawa była naprawdę świetnie przygotowana i bardzo interesująca, niestety tłum, który przybył na podziwianie ekspozycji już tak interesujący nie był. W zasadzie powinniśmy się byli tego spodziewać, bo w końcu weekend w Tokio rządzi się swoimi prawami, ale mimo tego tłum, a przede wszystkim zachowanie ludzi odwiedzających muzeum, trochę nas zszokowało. Żeby nie wdawać się w długie i zbędne opisy powiem tylko, że wizyta w muzeum przypominała raczej walkę o Crocksy (dla niezorientowanych – to takie gumowe buty :D ) na promocji w Lidlu. Pewien dziadek ogarnięty szałem zdobywania nowej wiedzy tak się zagalopował, że próbował dosłownie wdrapać mi się na plecy, lub może pchnąć całą kolejkę do przodu, w nadziei, że posypie się jak domino. Mój dzielny mąż musiał interweniować i powstrzymać nadgorliwca. A wszystko działo się w przeddzień święta narodowego poświęconego nota bene starszym ludziom. Ech…

    Następnie zachęceni tak kutluralnie rozpoczętym dniem, postanowiliśmy wybrać się na wystawę akwariów w okolicy stacji Nihonbashi. Wystawa zapowiadała się imponująco, imponująca była również kolejka do kas – około 700 metrów tych co czwórkami stali. My w kolejkach stać nie lubimy i żadne ryby świata nie byłyby w stanie skłonić nas do odstania dwóch godzin w tym tłumie. Nieśpiesznie więc przespacerowaliśmy w okolice świątyni Yasukuni, której mój mąż jeszcze nie widział, a ja choć widziałam kilka razy, to jeszcze nigdy nie udało mi się jej odwiedzić w taki zwykły, nieświąteczny dzień. Świątynia bez tłumów zyskała wiele uroku, ale i tak nie jest w stanie zagrozić pierwszej na podium, czyli świątyni Meiji-Jingu, moim zdaniem najpiękniejszej w Tokio, która jest nie tylko piękna, ale również przepięknie położona i bardzo cicha.

    Poniedziałek minął spokojnie, natomiast wtorek to był mój pierwszy (i jak dotąd jedyny) dzień pracy. Cały dzień przepracowałam w Disneylandzie jako tłumacz i był to dla mnie dzień pełen atrakcji, mimo tego że złapałam jakieś przeziębienie i cały dzień chodziłam z bolącym i przytkanym uchem. O szczegółach pracy ani o samej firmie nie mogę niestety mówić (tak mam w umowie), ale dość powiedzieć, że nareszcie poczułam się przydatna i ten dzień bardzo pozytywnie wpłynął na moje samopoczucie. W Disneylandzie dopadło mnie silne trzęsienie ziemi i pierwszy raz miałam okazję zaobserwować panikujących Japończyków, którzy biegali i krzyczeli do gości, żeby ci usiedli na podłodze. Japończycy generalnie przyjmują trzęsienia na spokojnie, dlatego dla mnie taki widok był pewną nowością. Trzęsienie faktycznie było dość silne i do tego długie. Ja w momencie trzęsienia znajdowałam się w magazynie ze szkłem – regały ze szkłem sięgające po sufit, do tego dźwięki tego szkła plus podskakująca podłoga (normalnie jest kołysząca) były dość przerażające.

    trzesienie_ziemiFot. Japan Meteorological Agency

    Reszta tygodnia minęła (w zasadzie nadal mija) pod hasłem zapalenia ucha lub gardła (tak naprawdę trudno określić co mi jest), ale w środę oczywiście nie dane mi było pospać, bo w naszym budynku odbywały się tego dnia ćwiczenia przeciwpożarowe i były obowiązkowe. Zeszłam na dół głównie w celach towarzyskich, niestety znajome sąsiadki z dziećmi widząc mój stan uciekały ode mnie jak najdalej. Szczęśliwie jestem osobą dość towarzyską i wśród sąsiadów znajomych mam dużo, więc udało mi się znaleźć takich, którzy nie uciekli na mój widok. Mam nadzieję, że nie są teraz chorzy… Chory jest za to mój mąż, który oczywiście jest „BARDZIEJ” chory niż ja, gdyby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości :D . Leży w łóżku od dwóch dni i zastanawia się na głos czy już umarł, czy może jeszcze jednak żyje. Do tego usiłuje wylewać ukradkiem lekarstwa do zlewu, bo mu nie smakują. No czy to jest normalne?! Mnie od razu przypominają się klimaty przedszkolne pod tytułem: „zakopię mielonego pod ziemniakami, pani na pewno nie zauważy”.

    The post (Nie)kulturalna niedziela appeared first on TokyoPongi.

    by Maika at wrzesień 19, 2014 03:23

    Kura pazurem

    Kot czy lekarz?

    Mam obecnie w domu istny Armagedon. Remont z zewnątrz przeniósł się do środka i rozprzestrzenia się niczym zaraza. Już chyba przestałam nad tym panować. Wymknęło się spod kontroli, a Mężuś ciągle wpada na nowe pomysły. Nosi mi chłopa jak nic.

    W międzyczasie kursuję do lekarza z Jajem, leczenie ciągle trwa, nowe badania rozpisane. Ba! Żeby tylko Jajo, ale kot też postanowił się z Jajem zjednoczyć w bólu i ciągle jest na zastrzykach. Mnie też wypadła wizyta kontrolna u alergologa. Musiałam przyrzekać, że Nutuś jest moim ostatnim kotem. Lekarz poszedł na kompromis, ale stwierdził, że jeżeli złamię słowo, to on przestaje być moim lekarzem. Pięknie. I wybieraj tu, kobieto, pomiędzy lekarzem (dość przystojnym mrukiem) a ukochanym kotem. No niestety Nutuś jest ostatnim zwierzakiem w naszym domu. Na szczęście zostać może i spokojnie dokończyć swego kociego żywota.

    kotJakiś czas temu moja koleżanka Kasia napisała do mnie e-maila z załącznikiem pełnym zdjęć pięknego Stefana.  Stefan to pręgowany kocur Kasi. Jej córka ma alergię i lekarz zdecydowanie kazał „pozbyć się” pupila. Na szczęście Kasia nie zadzwoniła, tylko napisała, bo wiedziała, że miękkie u mnie serce i mogłabym nie odmówić, a wiadomo, że takie decyzje wymagają zdrowego rozsądku, a nie ułańskiej fantazji ( w tym wypadku kurzej). I uwierzcie, jak zobaczyłam fotki Stefana, to serce mi zmiękło, bo Kasia bardzo sprytnie wybrała takie zdjęcia, którym trudno się było oprzeć. Znam Stefana też osobiście, więc to tylko dopełniało obrazu. Jednak na spokojnie przedyskutowałam sprawę z rodziną. Jajo oczywiście decyzję podjęło natychmiast: „bierzemy” i dodało:

    - W końcu będę mieć swojego kota, który mnie pokocha, bo Nutuś to kocha tylko ciebie.

    Ha! I nie powiem, przyjemnie mnie połechtało po serduchu. Że Nutuś jest mój, to wiadoma sprawa. Nie opuszcza mnie ani na krok. Teraz też leży koło mnie.

    Mężuś oczywiście przeprowadził poważną rozmowę z Nutusiem. Zapytał go, czy chce mieć kumpla Stefana. Jednak Nutuś nie wyraził zgody. Miauknął swoje „nie”. Ponadto mój alergolog mógłby porzucić mnie jako pacjentkę i odciąć mi źródło do tabletek, a wtedy to ciężki by był mój żywot. I nawet Stefan by mi go nie osłodził.

    Mam jednak nadzieję, że kocur Kasi trafił w dobre ręce.

    Trudne są takie sytuacje, kiedy trzeba pozbyć się pupila z domu z powodu choroby. Nie wyobrażam sobie, żeby oddać komuś Nutusia, który jest z nami już ponad osiem lat. Toż to pełnoprawny członek rodziny! Jednak czasami tak bywa, że stan zdrowia domowników wymaga pozbycia się zwierzaka. To na pewno trudna decyzja, bo niełatwo znaleźć dom dla dorosłego kota czy psa.

    *na zdjęciu kot przypominający Stefana :-D

    by anna at wrzesień 19, 2014 03:12

    notatki na mankietach

    futrzak

    W sklepie z miotełkami do kurzu z prawdziwych piór nandu stał sobie na środku pan i grał na skrzypcach.
    Na hasło Polska zareagował odzewem – A! Wieniawski!
    Tak trochę się zdziwiłam.

    Poza tym trafiłam na bloga ekspata z Nowej Zelandii i wpis pod tytułem „Argentyńskie chicas”. Widziane jego oczami są małe, chude, niebiuściaste (chyba że pomogły naturze), ciemnowłose, jasnoskóre, ciemnooczne. Nie znajduje je atrakcyjnymi.
    One z kolei (jego zdaniem) nie za bardzo są zainteresowane ekspatami. Bo ekspaci mają nieciekawe twarze, dziwne maniery i nie zachowują się jak caballeros oraz macho.

    Cóż, ja się na Argentynkach nie znam, wszak w kobietach nie gustuję, natomiast muszę przyciągać dziwnych ludzi, bo znajome portenki jak raz włóczą się namiętnie po espackich pubach i zachwycają urodą rosłych blond-wikingów i germanów…
    Inna sprawa, że są moimi rówieśniczkami (a nie licealistki czy studentki) no i znaja angielski.

    Z rzeczy poważnych: Szkoci decydują dziś o swojej niezalezności. Aż nie mogę sie doczekać wyników…


    by futrzak at wrzesień 19, 2014 03:04

    wrzesień 18, 2014

    Od rana do wieczora

    Biżuteria z gumek, czyli jak zostałam jasnowidzem

    Moda na wyplatanie biżuterii z gumek dotarła i do naszej szkoły. W świetlicach plotą równo chłopcy i dziewczęta. Mam już kilka bransoletek otrzymanych w darze od synów.

    Zaopatrzyłam Piotrusia i Michasia w zapasy gumek i z radością w sercu patrzyłam, jak popołudniami zamiast tłuc się o piórko (z cyklu: najbardziej absurdalne rzeczy, o jakie pobiły się Wasze dzieci) siedzą przy stole i w skupieniu wytwarzają ozdoby. A przy okazji ćwiczą małą motorykę i koordynację wzrokowo-ruchową.

    branso_mich
    branso_piotr

    Nie dalej jak wczoraj przemknęło mi przez myśl, że skoro to taki szał, to zaraz ktoś napisze, że te bransoletki są szkodliwe, rakotwórcze albo jakieś jeszcze inne. I co? I to było jasnowidzenie, proszę Państwa! Wczoraj wieczorem Asia powiedziała mi, że czytała artykuł o domniemanej szkodliwości kolorowych gumek, a dziś Magda przysłała mi link.

    Toteż uprzejmie zawiadamiam, że po kolejnym trafieniu przebranżowię się i zawodowo zajmę przewidywaniem przyszłości oraz odkrywaniem tajemnic przeszłości.

    by Chuda at wrzesień 18, 2014 09:49

    zapiski zgagi

    Wrażeń moc!

    Tyle się działo przez te cztery dni, że chyba serial blogowy powstanie….

    Wyruszyliśmy do Świeradowa w poniedziałek o szóstej rano. ,,Ziuta” (GPS) zapewniała, że dotrzemy na miejsce ok. 13.15. Niestety, nie wzięła pod uwagę wypadku pod Wrocławiem i powstałego w związku z tym godzinnego korka-giganta! Koszmar stania w miejscu wśród setek ogromnych ciężarówek… Na szczęście nawet najdłuższy korek koniec ma!

    W miejscu zakwaterowania powitała nas bardzo miła pani, która przedstawiła się jako ,,ciotka właścicieli”. Gospodarzyły sobie w willi we dwie ze skromną,  drobną panią kucharką. Warunki mieliśmy bardzo dobre, a śniadania wprost królewskie! Tuż przed wyjazdem dowiedzieliśmy się, że niepozorna pani Krysia gotowała m.in. dla naszego papieża i ex-prezydenta Aleksandra K. Dla nas też co rano szykowała istne cuda! Od jutra chyba sama sałata przez miesiąc…:)

    Pierwszy spacer po świeradowskim deptaku uświadomił nam, że stanowimy zdecydowanie mniejszość narodową. Wokół sami Niemcy w wieku 60+ i sporo Rosjan, szczególnie płci żeńskiej. Kelnerka w restauracji z rozpędu też chciała z nami ,,szprechać”, podobnie pani z warzywniaka…

    Małż mnie trochę obśmiał, gdy uparłam się, by wypić kubeczek mineralnej wody w zdrojowej pijalni. – Wierzysz w jakieś cudowne właściwości? – spytał z ironią w głosie. – Wierzę, nie wierzę, chcę spróbować! I sprawdzić, czy nadal tak jedzie zgniłym jajem, jak przed 50 laty w Dusznikach…

    Nie jechała! Zupełnie bezwonna, z lekkim słonawym posmakiem, całkiem smaczna. Ponoć dobroczynna dla żołądka i wątroby, w co chętnie uwierzyłam. Następnego dnia Małż już mi w piciu towarzyszył!

    Pierwszy dzień zakończył się po dwóch solidnych spacerach po kurorcie. Wieczorem zaplanowaliśmy jeszcze trasy na wtorek i środę. I spać, bo utrudzeni drogą byliśmy srodze…

    cdn…

    by Zgaga at wrzesień 18, 2014 09:36

    Krolowa Matka i Banda Czworga

    Ogłoszenie parafialne

    Z wielką przykrością musi Królowa Matka zawiadomić, że zmuszona była wyłączyć na blogu opcję komentowania przez anonimowych czytelników. Pisze "z przykrością", ponieważ ma wielu Czytelników, którzy anonimowi nie są, choć się nie logują, aby komentować, zawsze się jednak podpisują, i wie, że teraz ryzykuje, że ci Czytelnicy przestaną się odzywać, ale - naprawdę, naprawdę - już powoli nie wytrzymywała. Tylko w ciągu ostatniej godziny, gdy Królowa Matka szperała sobie po zaprzyjaźnionych stronach na FB, od czasu do czasu rzucając okiem na statystyki bloga, pojawiło się około trzydziestu anonimowych komentarzy. Wszystkie w zachwyconym tonie, wszystkie łamaną angielszczyzną, wszystkie zatroskane, że blog Królowej Matki tak im się wolno ładuje albo zapytujących, czy Królowa Matka ma problem z hakerami, wszystkie wygenerowane przez automat i wszystkie zakończone propozycją nie do odrzucenia, by Królowa Matka odwiedziła ich stronę i zainteresowała się, na ten przykład, kupnem wiagry w promocyjnej cenie albo wycieczką połączoną z pielgrzymką po Indiach, albo jakąś nową, rewelacyjna dietą polegającą na jedzeniu korzonków i szarańczy w miodzie.

    Królowa Matka może i powinna się cieszyć, bo jak była bardzo początkującą w tym biznesie to takich anonimowych entuzjastów jej bloga, zachwyconych szatą graficzną i kolorystyką, trafiało jej się dwóch-trzech tygodniowo, z czego można wywnioskować, że teraz tak bardzo początkująca już nie jest - ale jakoś się nie cieszy. Za to za każdym razem, gdy usuwa tuziny wiadomości gula jej skacze oraz serce wpada w palpitację, a także szlag trafia, a jak wszyscy wiedzą jest słabego zdrowia i podobne emocje są dla niej niewskazane.

    Oczywiście urażeni Anonimowi Czytelnicy mogliby słusznie zauważyć, że czego się głupia baba czepia, niech się cieszy, że ktoś w ogóle pisze, może być łamaną angielszczyzną, a w ogóle nawet na komentarze po polsku nie odpowiada (ale odpowie! słowo harcerza! w październiku, jak znów ożyje!), więc po co się wysilać i logować, a potem wywnętrzać, pisać, liczyć na odpowiedź i zyskiwać w zamian głuchą ciszę; i mieliby rację, no ale jednak... nie.

    Królowa Matka ma dość.

    Pozostaje jej tylko liczyć na to, że Waku, Bromba, Uboga Staruszka, Ciociasamozło, Naomi, Edytek38, Alva oraz ci wszyscy Anonimowi Czytelnicy (i te wszystkie Czytelniczki :)), których nie wymienia tu Królowa Matka z podpisu nie przestana jej czytać, a i może skomentują kiedyś, zalogowawszy się wprzódy.

    Na co Królowa Matka żywi niezłomną nadzieję.

    by Anutek (noreply@blogger.com) at wrzesień 18, 2014 09:33

    moje waterloo

    1908

    Dialożki
    (Ktoś czekał, c'nie?)

    ***
    Łoterloo (do wchodzącego Prezesa): Jesteś! Gdzie byłeś?! Martwiłyśmy się bardzo.
    Prezes: Na siłowni. A kto się martwił?
    Łoterloo: No, MY. My z Zuzanną.
    Prezes: Nie wierzę. Przecież ona nie ma żadnych uczuć.
    Zuzanna (znudzona): Nieprawda. Czasem jestem głodna.

    cd.
    Łoterloo: Oboszszsz... Muszę to zapisać!
    Zuzanna: No i zaczęło się!

    ***
    Prezes: Oswoiłem dziś nowego pracodawcę ostatecznie.
    Łoterloo: Mianowicie?
    Prezes: Poszłem, zrobiłem im tam kupę!

    ***
    Łoterloo: I odkryłam taką książkę, że myślałam se: selfpublishing. Ale nie. Normalne wydawnictwo. Musimy ich spalić.
    Prezes: Ale dlaczego spalić?
    Łoterloo: Jesteśmy razem ponad 14 lat i gdy mówię "spalić", to ty nie pytasz "dlaczego?", tylko dmuchasz, żeby się szybciej hajcowało.
    Prezes: No nie wiem. Nie chciałaś jechać na konwent i spalić Pilipiuka.
    Łoterloo: Uważaj, tytuł rozdziału (czyta): Trzecia czterdzieści trzy i zapalone światło. A teraz treść, skup się (czyta): Na czwartym piętrze paliło się światło, a okno było szeroko otwarte. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że była trzecia czterdzieści trzy...
    Prezes: ...
    Łoterloo: Co robisz?
    Prezes: Dmucham.


    PS Postanowiłam przeczytać, ile dam radę. A następnie przedstawię recenzję. Możliwe, że nawet Podejmę Kroki.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at wrzesień 18, 2014 09:02

    Kura

    Skazana na kolory

     

    Jesteśmy w sklepie meblowym.

    Oglądam dywany.

    G.i A. osaczone nadmiarem wszystkiego krążą między rolami.

    Podchodzę do pana w żółtej koszulce.

    - Przepraszam czy z tych dywanów, co jest taki szary, to jest może ten, ten ee...- zaczynam sie wahać co do koloru.

    - Tak? - żółty pan patrzy na mnie surowym wzrokiem.

    - Czy jest, to znaczy są, eee kolory ? - z obawy przed panem pogrążam sie w słownym chaosie.

    G.i A. przybiegają do mnie w podskokach.

    - Niech pani weźmie szary - mówi grobowo.

    - Szary? - pytam nieśmiało.

    Wzrok pana pada na G.i A. skubiące folię leżąca na podłodze.

    - I tak będzie miała pani wszystkie kolory...

     

    "Więc chodź, pomaluj mój świat
    Na żółto i na..." szaroooo. 

     

    Pozdrawiam

    Kura i dwa małe kolory

     

    PS Fragment piosenki zespołu 2 plus 1 "Chodź, pomaluj mój świat"

    by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at wrzesień 18, 2014 07:11

    Szklanym okiem mym

    Ostatki lata

    Dawno już nie byłam z aparatem na ogrodzie. Czasu nie było, weny jakoś też a dziś w końcu się jakoś złożyło :) Może też dlatego, że trochę ulgi poczułam. Odebrałam wyniki mamy i na szczeście okazały się dla nas ogromnie dobrą wiadomością :) Choć nadal nie jest dobrze, ba napiszę szczerze, jest źle, to wyniki tych badań przyniosły nam wielką ulgę. Dziękuję za wiele życzliwych słów. To dla mnie bardzo ważne :)

    Wracając do zdjęć. Ogród już jesienny, ale ślimaki a w zasadzie jeden taki, zapozował jak zawodowy model. Miło było trochę popstrykać :)


    Zdjecia te dedykuje mojemu najdroższemu Sewerynowi, za którym szalenie tęsknie :)











    by MrÓ (noreply@blogger.com) at wrzesień 18, 2014 07:53

    Domowa kuchnia Aniki

    Ciasto dyniowe z bakaliami

    Ciasto dyniowe z bakaliami




    Dziś przedstawiam Wam kolejny już przepis na ciasto dyniowe, tym razem z dużą ilością bakalii. Ciasto wychodzi pyszne i długo zachowuje świeżość. Dzięki dodatkowi przyprawy do piernika, brązowego cukru, puree z dyni i dużej ilości bakali ma specyficzny smak i aromat, który wielu bardzo przypada do gustu. 
    Bakali dodajemy sporo, bo ok 400 - 500 gram. Mogą być najrozmaitsze: od orzechów począwszy, a na daktylach skończywszy. Ja dałam tym razem sporo żurawiny, skórkę cytrynową barwioną, sporo rodzynek i daktyli, kilka fig, kandyzowanego barwionego ananasa i kilka orzechów włoskich i migdałów. Orzechów nie chciało mi się łuskać, a migdały miałam w całości, więc też nie chciało mi się za dużo ich kruszyć, stąd też bakalie w zdecydowanej większości miękkie. Ale wszystko wyszło bardzo smaczne. Bakalie są słodkie, więc można dać nieco mniej cukru niż w przepisie. Całość polałam gotową polewą czekoladową i posypałam resztą kandyzowanej skórki cytrynowej. 
    Przepis na dyniowe puree można znaleźć TUTAJ

     




    Składniki:
    • 180 g masła
    • 180 g cukru trzcinowego
    • 2 łyżki miodu
    • 2 jajka
    • 220 g puree z dyni
    • 300 g mąki pszennej
    • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
    • 2 łyżeczki przyprawy do piernika
    • ok 500 g bakali ( u mnie głównie rodzynki, suszona żurawina, kandyzowany barwiony ananas, skórka cytrynowa barwiona, daktyle i figi, ale też kilka orzechów włoskich i migdałów - bakalie dajemy wg upodobań )
    • polewa do oblania upieczonego ciasta
    Sposób wykonania:
    • Masło, cukier i miód rozpuszczamy w garnku. Studzimy. Jeśli chcemy mieszać ciasto robotem - przekładamy jeszcze ciepłą masę do miski robota
    • Po wystudzeniu do masy dodajemy jajka, puree z dyni i bakalie. Wszystko mieszamy
    • Mąkę przesiewamy, łączymy z proszkiem do pieczenia i przyprawą do piernika i wszystkie sypkie składniki mieszamy. Mąkę pomału wsiewamy do masy mieszając aż do uzyskania jednolitej masy
    • Ciasto przekładamy do tortownicy wysmarowanej tłuszczem i obsypanej mąką. Wyrównujemy i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Pieczemy ok 65 - 70 minut do tz suchego patyczka
    • Ciasto studzimy i oblewamy czekoladą lub lukrem

    by Anika (noreply@blogger.com) at wrzesień 18, 2014 06:44

    Dzieciowo mi

    Kulinarne Inspiracje – przepisy w telefonie i na tablecie!

    Oto i jest. Jedno z naszych dzieci przeszło gruntowny lifting. Wypiękniało, zmężniało, urosło. Nowe, lepsze dziecko, to znaczy starsze dziecko w nowym, lepszym wydaniu. Dziecko ma tak w ogóle prawie cztery lata, domagało się więc renowacji. Renowacja nie bolała, dziecko zniosło ją dzielnie (w końcu ma niezłych rodziców, po kimś się te geny odziedziczyło, co nie?), za to jego starzy urobili się po pachy. Lifting, proszę państwa, to nie taka prosta rzecz. Godziny spędzone przed komputerami, godziny szlifowania koncepcji w drodze negocjacji,  długotrwały zabieg wymagający precyzji działania (lifting to lifting, ręka nie ma prawa drgnąć) i wreszcie jest. JEST! Poznajcie nasze odmienione dziecko w wersji na smartfon i tablet. Dziecko da wam sporo radości, to pewne! Poznajcie Kulinarne Inspiracje!

    inspiracje9

    Kulinarne Inspiracje to nowa wersja Kuchni Malucha, która do tej pory ma ponad 5000 instalacji. Dodanych zostało mnóstwo nowych przepisów, a sama aplikacja zmieniła charakter z typowo dziecięcej na kulinarną w sensie ogólnym. Znajdziecie w niej wszystkie przepisy, które pojawiły się na „Dzieciowo mi!” w ramach Kuchni Malucha, ale znajdziecie też wszystko, czemu łatki „dla dzieci” przypiąć się nie da, bo jest ewidentnie dla dorosłych (np. wódka z limetką). Przepisy typowo dla dorosłych pochodzą z mojego drugiego bloga, czyli z My, babki.

    inspiracje1

    W aplikacji znajdziecie propozycja na śniadania, obiady, przekąski, ciasta i słodycze, napoje. Wszystko, co pojawia się na blogu, trafia również do aplikacji. Czasem jest też tak, że najpierw jest w aplikacji, a potem na blogu. Baza przepisów stale się powiększa, bo ciągle działam kuchennie (dzisiaj zrobiłam tort z kaszy jaglanej, zdjęcia machniom i wkrótce objawię urbi et orbi).

    Przepisy podzielone są na kategorie, a w ramach kategorii ułożone są alfabetycznie. Można oczywiście ułatwić sobie wyszukiwanie na różne sposoby (po stopniu trudności, po opcji „dla dzieci” lub nie dla dzieci, po czasie przygotowania itp.).

    inspiracje4

    Klikamy dany przepis i możemy zapoznać się z bliższymi informacjami. Możemy także stworzyć sobie listę przepisów ulubionych oraz udostępnić przepis na najróżniejsze sposoby.

    inspiracje3

    Na tablecie apka prezentuje się następująco:

    inspiracje7

    inspiracje6

    W nowszej wersji zrezygnowaliśmy z dwóch rzeczy, które mogły wprowadzać w błąd. Zrezygnowaliśmy z podziału potraw dla dzieci według wieku potencjalnego „zjadacza”. Ja mogłam uznać, że dana potrawa jest odpowiednia dla dziecka od skończenia 1. roku życia, ktoś nie podałby jej dziecku młodszemu niż dwuletnie. I odwrotnie. Nie będzie też już informacji o tym, czy dana potrawa nadaje się dla alergika. Alergie są przeróżne. Ktoś może mieć alergię na ryby, ktoś na pomidory, a ktoś nie może jeść glutenu. Większość nieprzychylnych komentarzy dotyczyła właśnie tej kwestii, bo zawsze okazywało się, że coś, co uznaliśmy za odpowiednie dla alergika, odpowiednie właśnie nie jest. Nie było sensu w to brnąć. Ktoś, kto ma alergiczne dziecko, sam świetnie wie, jakich produktów może użyć, a jakich nie powinien.

    Niezwykle ważne jest to, że dziecko jest zupełnie darmowe. Będzie sobie nadal rosło i rozwijało się, jak to dziecko, ale już możecie się nim cieszyć. Bierzcie i instalujcie, gotujcie, twórzcie, czarujcie w kuchni! Pamiętajcie, przepisy to tylko inspiracja, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby je zmieniać, modyfikować, przekształcać na własne. Niech ogranicza was tylko wasza wyobraźnia!

    Kulinarne Inspiracje znajdziecie w Google Play.

    by kruszyzna at wrzesień 18, 2014 04:31

    moje waterloo

    1907

    Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam: gdy zobaczyłam wszystkie Wasze opinie, to od razu lepiej się poczułam i postanowiłam ulec samouleczeniu.

    Nie, żebym nie doceniała - wręcz przeciwnie. Zawsze mnie wzrusza taka troska obcych - było, nie było - osób. Czuję się zaopiekowana. Ale CHOLERNIE nie lubię się leczyć, do lekarzy żywię gorącą awersję. Jeżdżenie na badania, czekanie w kolejkach, słuchanie głupot, to nie dla mnie. Oby mi tylko życie palcem nie pogroziło i nie usadziło poprzez pouczenie.
    Postanowiłam powrócić do sprawdzonego od lat sposobu, czyli wypierania. Będę udawała, że nie ma problemu i już. Może ewentualny problem jest podatny na sugestie i sobie pójdzie.

    Chyba Wam nie opowiedziałam, jak z tym USG tarczycy było. Poszłam do kolegi, bo u mnie w przychodni można co prawda zrobić na NFZ, ale nie chce mi się tam jeździć. To zadzwoniłam do kolegi i mówię:
    - Słuchaj, zrób mi USG tarczycy, co?
    - Spoko, wpadnij za półtorej godziny.
    To wpadłam. Akuracik był po pacjentach. Kazał mi się położyć, przerył całe pomieszczenie w poszukiwaniu wałka pod kark, polecił mi sobie wyobrazić, że mam wałek pod karkiem i ułożyć stosownie głowę, po czym zapytał, ustawiając aparat:
    - A czemu właściwie chcesz mieć to USG?
    No to mu wytłumaczyłam, że jestem z grupy podwyższonego ryzyka, co przyjął ze zrozumieniem, a następnie zapragnął posiąść wiedzę na temat terminu poprzedniego badania.
    - Nigdy - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
    - Jak to "nigdy"?!
    - No, nigdy. Wypierałam to.
    - Dobrze ci szło - podsumował i darował sobie komentarze.
    Po prostu wie, kiedy zmilczeć, co świadczy o jego inteligencji.

    I w dodatku już po półtora tygodnia zrobił i opis! I nie musiałam go chłostać. Nawet werbalnie. No, może z raz. A tak się rozpędził, że mi podarował opis w dwóch egzemplarzach.
    Zajrzałam do koszulki foliowej i mruknęłam z wyraźnie wyczuwalnym rozczarowaniem:
    - Myślałam, że ta druga kartka to jakieś wyznanie miłości. Albo wiersz dla mnie napisałeś. W ostateczności: potwierdzenie przelewu większej kwoty na moje konto. A tu drugi egzemplarz. Po co?
    - Nie wiem po co. I nawet nie wiem dlaczego - odparł.
    Lekarze są nieużyci i nie znają pobudek własnych działań.
    Ot co!

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at wrzesień 18, 2014 01:32

    Kraina filcu

    Tutorial - propozycja Pani Diany na stworzenie "szybkiej" listonoszki na wieczorne wyjście z przyjaciółmi.

    Dziś przedstawiamy kolejny tutorial zgłoszony na nasz konkurs. Oto propozycja Pani Diany na stworzenie "szybkiej" listonoszki na wieczorne wyjście z przyjaciółmi.

    1. Potrzebujecie:
    -do wykonania naszej listonoszki potrzebny będzie filc 3mm bądź 4 mm w zależności od tego jaki posiadamy w domu albo jaki chcemy kupić, kolor również zależy od preferencji -ja wybrałam filc grafitowy 3 mm, który jest łatwy do szycia ręcznego jak również pasujący do mojej wieczornej stylizacji
    -do tego igła
    -szara nitka
    -nożyczki
    -zapięcie magnetyczne do torebek
    -kawałki innego filcu do ozdoby
    -guziki.

    Oczywiście można użyć zamiast ozdób z filcu, czesanki-ograniczeniem jest tylko nasza wyobraźnią.

    2. Prace zaczynamy od wycięcia kształtu torebki i tu też w zależności od tego co kto lubi-wycinamy duży bądź mały wymiar. Mnie posłużył idealnie wycięty kawałek, który kupiłam czyli ok. 40 cm szerokości a pas 9-10 cm, który został posłuży potem jako uchwyt/ucho przez ramie do listonoszki. Oczywiście jeśli ktoś woli mieć cieńszy pas, wycina o połowę węższy... Drugi koniec torebki uciełam z ukosa aby po uszyciu można było zrobić klapę-i tutaj też w zależności co kto lubi, może to być ukos albo na prosto. Jeśli preferujemy kieszonkę -jedna bądź kilka, od razu zabieramy się do jej wykrojenia oraz przyszycia w środku torebki tak jak to lubimy. W mojej listonoszce kieszonki nie ma bo zwyczajnie-jak nigdy-o niej zapomniałam ale filc jest mięciutki i plastyczny wiec żaden problem taką kieszonkę doszyć.

    3. Następnie zabrałam się do zszycia boków-w tym filcu i lewa i prawa strona są takie same wiec wszystko jedno jak zaczniemy. Problemem jest grubszy 4mm filc impregnowany, gdzie jedna strona różni się od drugiej i trzeba uważać aby nie zszyć torebki z prawej strony bo potem czeka nas niemiłe i długie prucie Długość klapy wymierzyłam "na oko" przykładając jak ładniej będzie się prezentować ale tutaj jest dowolność -jedni wola aby taka klapa była na całej torebce, inni aby tylko ciut ją zakrywała. Kiedy nasze boki są już zeszyte, zabieramy się do przyszycia uchwytu. Uchwyt też wycinamy w zależności od tego jaka ktoś woli jego długość czyli najlepiej albo przyłożyć z innej listonoszki albo przykładać sobie taki uchwyt przed lusterkiem i sprawdzić jak się prezentuje. Torebka jest tak prosta w uszyciu, ze jeśli ktoś nie lubi żadnych ozdób na tym etapie mógłby już zakończyć jej szycie oczywiście przyszywając jeszcze zapięcie magnetyczne ale ja musiałam ja jakoś przyozdobić i sprawić aby była oryginalna i pasowała do wielu moich stylizacji.

    4. Na koniec przyszyłam do klapy 3 małe filcowe kółka - pozostałości po innych torebkach, a które idealnie do mojej listonoszki pasowały. Aby kółka nie były "płaskie" postanowiłam przyozdobić je guzikami i tym sposobem przyszyć tylko w środku bo o taki efekt mi chodziło.

    I z taką praktyczną, ładną i pasującą chyba do wszystkiego listonoszką można iść na wieczorny spacer...

    A tutaj znajdziecie fanpage Pani Diany:
    Flower Power
    https://www.facebook.com/wyszyc.marzenia

    by kraina filcu (noreply@blogger.com) at wrzesień 18, 2014 12:39

    Eksribicjonizm kontrolowany

    Zdejmę szpilki, bo jestem kobietą



    Kobiecość to pojęcie-worek.

    Każda kobieta z definicji jest kobieca, choć w jakimś stopniu. Nawet kiedy czuje się męska, to wciąż ma drugo- i trzeciorzędowe cechy płciowe świadczące o jej płci. Dlatego sądzę, że kobieco czuć się można bez względu na strój, jaki mamy na sobie.

    Kanony kobiecości, tak jak kanony piękna, zmieniały się przez wieki. Starożytne Egipcjanki nosiły suknie odkrywające piersi i bogato zdobione naszyjniki, w średniowieczu kobiety podgalały czoło, żeby wydawało się wyższe. Za ultrakobiece uznawane były już spłaszczające gorsety bez miseczek, przypudrowane loki spiętrzone w misterne konstrukcje czy stopy zniekształcone przez wieloletnie bandażowane. Przez ponad 1000 lat błękit i inne odcienie niebieskiego postrzegano jako jedyne odpowiednie dla dziewczynek, panienek i matron.

    Teraz żyjemy w fantastycznych czasach, kiedy kobiecość przestała być tak jednoznaczna i wielowymiarowa. Zamiast żelaznych zasad i wytycznych słyszymy postulaty o kochaniu swojego ciała, czytamy porady o strojach na różne kształty, możemy nosić każdy kolor, jaki nam się zamarzy. Jak w reklamach Benettona czy Dove, znajdujemy piękno w różnorodności. W ciągu ostatniego stulecia masową wyobraźnię opanowało wiele zupełnie odmiennych od siebie kobiet, które wcale nie wpisywały się w umownie przyjęty zachodni kanon czerwonej szminki, wysokich obcasów i blond loków do pasa.

    Brigitte Bardot, Isabella Rosselini, Audrey Hepburn, Louise Brooks, Twiggy, Sophia Loren, Marilyn Monroe, Grace Kelly, Ava Gardner, Marlena Dietrich, Greta Garbo... Łączy je tylko to, że były kobietami uwielbianymi i podziwianymi przez miliony. Nie wszystkie nosiły wysokie obcasy, długie włosy, dopasowane ołówkowe sukienki, wielkie dekolty. Wszystkie udowadniały, że kobiecość to coś więcej niż szmatki i makijaże. Że nawet w balerinach, spodniach, krótkich włosach czy męskim garniturze można błyszczeć jako kobieta.

    Dlatego nie zamierzam rozstawać się z dżinsami, niszczyć sobie kośćca ciągłym bieganiem na obcasach czy wyrzucać dresośpiochów. Wypchaj się sianem, dyktacie czerwonej szminki. Będę nosić koronkowe staniki pod luźnymi koszulkami i trampki do odświętnych sukienek. Może pomaluję dziś paznokcie i będę popijać Bellini, a może spędzę wieczór na kanapie z piwem (smakowym) w dłoni, wdychając opary z lutownicy.

    Szukam własnych dróg w stronę kobiecości. Nie zamierzam wybierać nudnej autostrady.

    by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at wrzesień 18, 2014 11:33

    Zuzanka

    Anna Sakowicz

    Kat. Biografia Huberta Wagnera

    Trwają aktualnie Mistrzostwa Świata w Siatkówce, więc książka, po którą sięgnęłam, idealnie wpisała się w klimat sportowy. Kibicuję Polakom, trzymam za nich kciuki i podziwiam za wolę walki. Przy okazji też wspominam dawne czasy, czytając biografię Huberta Wagnera. Autorami książki „Kat. Biografia Huberta Wagnera” są Grzegorz Wagner (syn legendy siatkówki) i Krzysztof Mecner (dziennikarz sportowy).…

    by anna.sakowicz at wrzesień 18, 2014 08:23

    Anrzej rysuje

    Etyka

    etyka

    Rysunek opublikowany na wyborcza.pl 15 września: http://bit.ly/1tlbk9a

    by Andrzej at wrzesień 18, 2014 08:10

    Dzieciowo mi

    Jak podnieść libido za pomocą ścierki?

    Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce tłukłam się tramwajem do domu, tępo gapiąc się w to, co za oknem, i nie przyjmując do umysłu mijanych przestrzeni miejskich. To był czas, kiedy jeszcze wylatałam ponad poziomy jako wzorowy pracownik korpo. Dzień był wyjątkowo kiepski. Klient wylał na mnie całą swoją życiową frustrację, bo co prawda wina Tuska, ale ja akurat stałam bliżej i byłam pod ręką, przyjęłam więc na siebie za Tuska i za wszystkich, co przed nim i po nim. Szef nie wyznawał zasady, że nie kopie się leżącego, dołożył więc swoje. Zmaltretowana i wymiętolona, z mózgiem doskonale płaskim, dowlokłam się z przystanku do domu i przekroczyłam próg mieszkania.

    Z miejsca owładnął mną przepiękny zapach stanowiący genialnie dobrane proporcje relaksu i pieszczoty dla podniebienia. Pies rzucił mi spojrzenie mówiące „wiem, o co chodzi i błagam, nie podchodź do mnie, niech trwam w nirwanie”, po czym zastygł na kocyku w doskonałym zen. Zostawiłam torebkę (tam torebkę, torbiszcze!) w progu, po drodze zrzuciłam szpilki, weszłam do kuchni, a tam mój mąż stał  przy kuchence uzbrojony po zęby w patelnię i drewnianą łyżkę do mieszania. Boski zapach przybrał stężenie koncentratu.

    - Obiadek zrobiłem – oznajmił po prostu. Mąż, nie zapach.

    - Obiadek? – wychrypiałam.

    - Tylko sos tak, widzisz, trochę mi się te pomarańcze rozpadły, bo nie wiedziałem, kiedy wrócisz, a chciałem zrobić, żeby był ciepły, jak przyjdziesz.

    Bo ja, oczywiście, jak zwykle zostałam po godzinach. Pomarańcze mu się rozpadły?

    - Eeee, a co to za obiadek?

    - Zrobiłem piersi kaczki w pomarańczach – mąż rzucił tonem lekkim jak piórko i na dowód prawdziwości swych słów otworzył piekarnik i wydobył z niego rezultat swoich starań. – I wiesz, tutaj trzeba było troszkę skarmelizować, tu te pomarańcze, dodałem jeszcze pieprzu. Siadaj. Kupiłem czerwone wino, już nalewam.

    Nie słuchałam. Kaczkę pożarłam już w samych majtkach i staniku (ja byłam w bieliźnie, nie kaczka), do pokoju dotarłam z samym tylko kieliszkiem w dłoni. Dzieci szczęśliwie były akurat na wygnaniu u babci.

    Do czego zmierzam? Bardzo często w naszych małżeńskich lub nie-małżeńskich relacjach damsko-męskich obserwujemy coś w rodzaju tąpnięcia. Czasy młodości, radości i jednego wielkiego spontanu skrył niepamięci cud. Owładnęła nami mocno przykurzona rzeczywistość wepchnięta między absorbującą i frustrującą pracę, ciągły pośpiech i galopadę, zmęczenie, użeranie się z dziećmi, nerwowość, po której mamy, rzecz jasna, wyrzuty sumienia, bo przecież DOBRA MATKA nigdy się w ten sposób do swoich dzieci nie zwraca. W ciągu tygodnia zapiernicz, a w weekend realizujemy swoje życiowe powołanie rozdzielając talenty pomiędzy wieszanie prania, sprzątanie, gotowanie, zakupy i ogólnie robienie tego, czego nie dało się zrobić w ciągu tygodnia bez łamania praw fizyki. Wspominamy radosne czasy studiów, kiedy człowiek był zmęczony bo zakuwał do rana (Boże, i myśmy to nazywali zmęczeniem?), albo balował do rana, a walka o byt codzienny leżała jeszcze w sferze czysto teoretycznej abstrakcji. Dochodzimy do wniosku, że teraz to dopiero życie daje nam wycisk i istnieje realna perspektywa trwania w tym stanie do emerytury.

    Nic dziwnego, że cierpi na tym relacja mężczyzny i kobiety. Niby wiemy, że związek trzeba pielęgnować, niby wiemy, że wzajemne starania i wychodzenie na przeciw, i bla, bla, bla, ale gdzieś po drodze nam się to gubi. Mamy problem z przełożeniem teorii na praktykę. Skoro między kobietę i mężczyznę wkrada się frustracja i niejako dają się zmielić w trybach brutalnej egzystencji, to spada również pożądanie i potrzeba celebrowania swojego związku na płaszczyźnie cielesnej. Nie chodzi tylko o zaspokajanie potrzeb, niezbędną wymianę płynów ustrojowych, do której zmusza nas stara ciotka ewolucja. Chodzi o scalanie, budowanie relacji i bycie blisko poprzez cielesność. To niezwykle ważne i tego zaczyna brakować.

    Dochodzi do wypalenia. My, kobiety – bo nie umiem napisać z perspektywy mężczyzny, nie znam się na facetach, nawet tego jednego odkrywam już 15 lat i nadal pozostaje dla mnie zagadką – przestajemy czuć potrzebę takiej bliskości. Nie chce nam się. Nie mamy ochoty na seks. Jezu, tyle na głowie, a jeszcze trzeba pomyśleć o jego potrzebach? Nie, nie mamy siły, nie tym razem, nie potrzebujemy, nie chcemy i właściwie mogłybyśmy sobie tak spokojnie ze dwadzieścia lat funkcjonować bez seksu. Mężczyzna czuje, że powinien coś zrobić, żeby było jak wcześniej, a przynajmniej, żeby nie było tak, jak jest teraz, bo teraz to jest do dupy. Co robi? Coś miłego. Na przykład przynosi kwiaty.

    Nie. Błąd. Nie tędy droga. To znaczy tędy być może też, ale bardzo naokoło. Jest niezawodny, prosty i niezwykle skuteczny sposób na podniesienie kobiecego libido i polepszenie relacji damsko-męskich. Działa bez pudła, zawsze, naprawdę. Chcesz wzmóc w niej pożądanie? Umyj podłogi. Chcesz na nowo rozpalić w niej ogień? Rozwieś pranie. Ugotuj coś zamiast niej. Niewiele umiesz? Nieważne. Powiedz „moja droga, będzie tylko jajecznica, ale ty sobie weź tutaj siądź, a ja się tym zajmę, bo dzisiaj ja robię żarcie”. Zabierz dzieci na spacer, niech ma chwilę spokoju. Umyj kibel. Plus tysiąc do bycia prawdziwym facetem. Mężczyzna, który uważa, że miejsce kobiety jest w kuchni, nie wie, co z nią zrobić w sypialni – taki tekst krąży w internetach i ciężko się z nim nie zgodzić. Droga do serca mężczyzny biegnie przez żołądek? Być może. Wiem na pewno, że droga do kobiecego pożądania i udanego seksu biegnie przez ścierkę do podłogi.

    by kruszyzna at wrzesień 18, 2014 07:30

    Kura

    Kulturalny bałagan



    Nie wiem jak Wasze dzieci, ale moje są niezwykle kulturalne...

    - Mamooooooo, przepraszamy bardzoooo, czy mogłybyśmy, prosimy, zrobić okrutny bałagan w naszym pokoju?


    Pozdrawiam
    Kura Kultura


    Ps A nie tak tylko siedzieć przy lampie (patrz rysunek G.). 

    by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at wrzesień 18, 2014 06:19

    Slow Day Long

    Kto z Was wywołuje jeszcze zdjęcia? Czyli wakacyjne wspomnienia do ramek

    … bawiliśmy w kraju tulipanów, skąd przywieźliśmy setki zdjęć. W dzisiejszym wpisie pokazujemy Wam te, które wydają się nam najlepsze, i które niebawem wywołamy na fotograficznym papierze i umieścimy w ramkach na ścianie.

    Tak przy okazji, to kto z Was wywołuje jeszcze zdjęcia? Czy tylko my kultywujemy tą tradycję? W dobie aparatów cyfrowych, komórek, laptopów z super ekranami i telewizorów 3D, mamy wrażenie, że robienie odbitek jest passe. Czy ktoś jeszcze w ogóle to robi? Wątpię. A może się mylimy?

    PUSTYNIA

    Niesamowite zdjęcie wieżowców w haskim City wyłaniające się zza wydm. Jak dla mnie, totalny ‚kosmos. Pies rzucający się na fale, piękna koparka na tle ruin i trzy niebieskie domki na wydmach. Te i inne zdjęcia opublikowaliśmy w TYM wpisie.

    Haga Pustynia Piasek Plaża Holandia

    Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (30)

    Den Haag Haga zdjęcia centrum wieżowce park plaża pchli targ Holandia rowery wakacje park wydmy (70)

    Haga Plaża Holandia Molo wakacje urlop dziecko Slow Day Long (1)

    ALICJA

    Przeglądając zdjęcia do ramek złapałem się na tym, że ostatnio (znowu) robię bardzo dużo zdjęć naszej córce. No cóż, jest dosyć wdzięcznym podmiotem mojego pstrykania. Ala na placu zabaw (więcej w TYM wpisie), podczas tańca z małym Holendrem w hipsterskiej knajpie w Amsterdamie (w TYM wpisie), czy na kanapie u naszej czytelniczki, która zaprosiła nas do swojego domu (więcej TUTAJ). Do tego Ala skacząca po łóżku naszego haskiego mieszkania i śpiewająca utwór „Wildfire” SBTRKT (zobacz TUTAJ), czy znowu Haga i deptak z krasnoludkami.

    Chyba wywołamy je jeszcze naszym kochanym babciom. Jak myślicie, czy będą zadowolone?

    Roest Amstardam Beach Party DJ Slow Day Long (7)

    Slow Day Long na wakacjach Amsterdam rowery z rodziną (38)

    Haga

    Den Haag Haga zdjęcia centrum wieżowce park plaża pchli targ Holandia rowery wakacje park wydmy (9)

    Hofje Amsterdam Jordaan zdjęcia mapa plan atrakcje zwiedzanie event (65)

    Różne różności

    Na koniec moje ulubione zdjęcia. Jest ich oczywiście znacznie więcej, ale coś trzeba wybrać. Najlepszym zdjęciem, które (moim zdaniem), w ogóle zrobiłem podczas naszego wakacyjnego wyjazdu, było goniące nas stado mew, które sfotografowałem podczas podróży na Texel (więcej fotografii i opis tego miejsca, możecie zobaczyć w TYM wpisie).

    W innym wpisie zamieściłem zdjęcie naszego auta, na tle odgrodzonej od morza wielką śluzą zatoki (mam na myśli TEN wpis, o naszych wakacyjnych patentach). Wystające z wody figury ludzi, które znaleźliśmy nad jeziorem w miejscowości Heerde (TUTAJ pisaliśmy o znalezionym przez nas nad nim portfelu).

    Balon lecący nad polami pełnych krów i owiec (to z wpisu o magicznej wiosce Twisk, o której pisaliśmy TUTAJ). Piaskowa rzeźba, którą znaleźliśmy w amsterdamskich dokach (zobacz TUTAJ), czy przepiękne drzwi, które sąsiadowały z jedną z naszych miejscówek, w której nocowaliśmy (TUTAJ znajdziesz więcej zdjęć), albo najwyższy budynek Amsterdamu.

    Hym. Nie mogę się zdecydować. Wywoływać wszystkie, czy może z niektórymi zdjęciami mam sobie darować. A Wam, które się najbardziej podobają?

    NDSM Amsterdam Noord pracowanie doki port Amsterdam zdjęcia pojechane miejsce w Amsterdamie północny (19)

    Wyspa Texel zdjęcia zwiedzanie prom widoki krajobrazy wrzosy plaża morze Holandia (10)

    Slow Day Long

    Slow Day long na wakacjach (9)

    Twisk Holland Village (1)

    Slow Day Long (1)

    Amsterdam the most higest bulding

    by Damian at wrzesień 18, 2014 05:57

    zycie na kreske

    Kura pazurem

    „Złodziejka marzeń” czai się za rogiem

    Mogę się już oficjalnie pochwalić, bo wydawca mi pozwolił.

    Tarrrrrraaaaam:

    zlodziejka-marzen-przód

    Tak się prezentuje moje dzieło. Cieszę się bardzo i mam nadzieję, że wszyscy teraz podskakujecie ze mną. Książka ukaże się na początku października. W dodatku tego roku! Nie mogę się doczekać. To będzie zupełnie co innego niż „Żółta tabletka”. Teraz to powieść. Oczywiście bez odpowiedniej dawki humoru by się nie obeszło, ale nie myślcie sobie, że tylko będziemy cieszyć się jak „świnie w deszcz”. O, nie. Będzie też trochę na poważnie. Taka mieszanka emocji. Mam nadzieję.

    Do napisania tej powieści natchnęło mnie jedno z opowiadań z „tabletki”, do tego doszło sporo własnych doświadczeń, bo będzie blog z kurą domową, z Jajem i Nutusiem, będzie Kociewie, będzie też jednak hospicjum i chore dzieci, będzie scena w sex shopie, a potem „klątwa fallusa”. Jednak nie będzie nic zdrożnego. Ba! Nawet tam nie klnę (prawie)! Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Takie trochę puszczone oko do „literatury kobiecej”. Aha, i będzie „blubluś”, ale nie podpowiem kto to.

    Fragmentu powieści można posłuchać w aplikacji audio-blog.pl. wybrałam tam dość smutny fragment, śmiesznych czytać głośno nie umiem. Dopada mnie głupawka, bo zawsze dokonuję wizualizacji sceny, a wtedy koniec czytania. Kto ma więc dostęp do telefonu z androidem, może sobie posłuchać mojego kurzego głosu.

    Przyznam się, że podczas pisania często się śmiałam. Mój Mężuś znacznie rzadziej się śmiał. Nie wiem, jak Ulabrzydula i Arte, bo one czytały jako pierwsze, ale mam nadzieję, że książka wywoła kilka uśmiechów na waszych twarzach, a może też w odpowiednim momencie wzruszy.

    Cieszę się, że to już niedługo. Przyznam, że powieść pisałam ponad pół roku, a następne miesiące ją przeredagowywałam na różne sposoby. Rozesłałam do różnych wydawców i ku mojej radości dostałam kilka propozycji, może nie od „potentatów” na rynku, ale i tak mnie to cieszyło bardzo. Wybrałam „Szarą Godzinę” – stosunkowo młode wydawnictwo, ale przyznam, że ze współpracy jestem bardzo bardzo zadowolona. Pełna profeska i bardzo duże zaangażowanie. Jak już miałam podpisaną umowę, przyszły jeszcze dwie inne propozycje, jedna od dużego wydawnictwa. I powiem Wam, że pycho uchachane miałam przez tydzień.

    Myślę, że niedługo będzie czas na konkurs, nie? I trzeba będzie kilka książek rozdać. Kto jest za, ręka do góry, a ja już myślę nad zadaniem.

    by anna at wrzesień 18, 2014 03:43

    Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

    dusza w Krakowie - spacer wybiórczy

    Imprezka była - piękna bardzo. Polska Organizacja Pracodawców Osób Niepełnosprawnych przyznaje co roku nagrody Lodołamacza dla tych, którzy zatrudniają, wspierają, pomagają. Sama nazwa nagrody wskazuje na "łatwość" tego działania. W Krakowie była gala dla laureatów ze Świętokrzyskiego i Małopolski. Wszystko świetni ludzie, którzy prowadząc swój biznes włączają do niego słabszych. I nie tracą, lecz zyskują. My zostaliśmy wyróżnieni już dwa lata temu, ale pojechaliśmy z szacunku dla innych i dla spotkania z ludźmi "z branży". Tamara, Inżynier i ja. 
    Bonus w postaci wieczornego spaceru po Kazimierzu i Starym Mieście oraz porannego odwiedzenia kilku miejsc bliskich. Zdumiewa mnie zawsze nagromadzenie ducha na stosunkowo niewielkiej przestrzeni - liczba kościołów i klasztorów, od stuleci i wciąż żyjących modlitwą i służbą. Niszczonych przez ludzi i przyrodę i odnawianych przez kolejne pokolenia.  Tysiące turystów z całego świata, choćby nie chciało, musi się o tego Ducha otrzeć. I bezdomnym lżej  być w Krakowie: na drzwiach klasztoru ss. Augustianek widziałam plan wydawania posiłków u nich i w innych klasztorach w mieście. Jest w czym wybierać. Mam wrażenie, że Kraków nie ma tej nerwowej aktywności, co Warszawa. To oczywiście dziedzictwo losów - różne bardzo, które ukształtowało oblicza dwóch stolic. Oba są polskie i oba ważne. 
    kościół św.Katarzyny Aleksandryjskiej
    Kraków OO.Augustianie
    Mało kto wie, że Kraków nawiedziło kilka razy trzęsienie ziemi. W 1443 roku spowodowało zawalenie się sklepienia kościoła św.Katarzyny. Nawiedzali go też wrogowie oraz pożary. Oczywiście to nic w porównaniu do odwiedzin Niemców w Warszawie w 1939 i 1944 roku, po których z tego miasta nie zostało prawie nic. Ani ludzi ani domów. To cud, że znowu są. Pokazuje nam, kim jesteśmy. Potrafimy powstać z totalnych ruin. To cud, że został nam Kraków prawie w oryginale, pokazując kim jesteśmy: piękno architektury, kościołów, myśli i duszy. 

    MB Bolesna-Smętna
    pod tym obrazem 
    darowywano 
    kary przestępcom, 
    którzy okazali skruchę.
    W tymże kościele św.Katarzyny Aleksandryjskiej - czystym jasnym gotyku, u boku Chrystusa oczywiście, mieszka ....św.Rita, Włoszka krwi czystej w postaci wielkiej rzeźby.  Obie Panie - Katarzyna i Rita przywędrowały z daleka. Obie mają za zadanie wspierać wznoszone do Boga prośby w języku obcym im zupełnie. W Niebie mają tłumaczy? To właśnie jest Kościół Powszechny. 
    A w kościele Franciszkanów mieszka bł. Aniela Salawa, jedna z moich
    grób bł.Anieli Salawy
    ulubionych postaci. Ta przynajmniej po polsku rozumie. Na przeciwko Matki Boskiej Bolesnej, której twarz jest wyraża jednocześnie ból i nadzieję. Oj, bólu Jej jako ludzkość nie oszczędzamy. Nadzieja w Miłosierdziu Jej Syna. 






    Nad-obowiązkowo
    św.Katarzyna Aleksandryjska
    III w./Caravaggio/
    klasztor św.Katarzyny na Synaju
    Legenda miesza się z prawdą. Umęczona w wieku 18 lat. Odważyła się krytykować prześladowania chrześcijan. Odmówiła wyrzeczenia się wiary. W dyspucie z poganami wygrała swoją mądrością i do tego nawróciła kilku adwersarzy. Bohaterskie znoszenie tortur nawróciło kolejnych - oprawców i żołnierzy. Koło, którym ją łamano pękło pod rękami Aniołów, więc została ścięta, a ciało przenieśli również Aniołowie na Górę Synaj, gdzie do dziś istnieje klasztor św.Katarzyny. Najstarszy nieprzerwanie trwający klasztor chrześcijański-prawosławny. 

    Święta jest chyba najbardziej zapracowaną w Niebie. 
    Patronka zakonu katarzynek, Nowego Targu, Bytowa, Dzierzgonia, Działdowa, wyspy Cypr, nauki, paryskiej Sorbony, uniwersytetów, filozofów, filozofów chrześcijańskich, teologów, uczonych, nauczycieli, uczniów, studentek, dziewic, żon, mówców, adwokatów, notariuszy, bractw literackich, literatów, bibliotekarzy, drukarzy, zecerów, żeglarzy, woźniców, przewoźników, polskich kolejarzy, kołodziejów, garncarzy, garbarzy, młynarzy, piekarzy, prządek, szwaczek, krawcowych, powroźników, fryzjerów, modystek, zmagających się z bólem gardła i głowy, poszukiwaczy topielców, grzeszników, a także tzw. prostego ludu./Wikipedia/
     Czy mordowani przez islamistów i skazywani na śmierć przez sądy w krajach islamskich chrześcijanie nie mają w niej patronki?
    św.Rita XIV/XV w
    rzeźba w kościele
     Augustianów
    w Krakowie

    Dziewczyna z ludu. Jako 12-latka wydana za mąż-takie były czasy. Mimo marzeń o klasztorze zgodziła się z wolą rodziców i robiła co mogła, żeby sprostać zadaniu. A mężuś był porywczy i bijał ją co jakiś czas. W końcu zginął zamordowany. Dwaj synowie śladami tatusia poszli i do tego prawo wendety za śmierć ojca zastosować pragnęli. Biedna matka modliła się o ich nawrócenie i uchronienie od grzechu zabójstwa. Modlitwa została wysłuchana - widać Pan Bóg stracił nadzieję na przemianę zabijaków tu, na ziemi i zanim zdążyli kogoś zamordować zabrał obu do siebie. Wtedy Rita zdecydowała się wstąpić do klasztoru, ale - po pierwsze była już jak na owe czasy stara, po drugie siostry obawiały się, że ściągnie na ich klasztor kłopoty z powodu uwikłania jej mężczyzn w rodowe spory. Udało się jej jednak pojednać w końcu rodziny, a legenda głosi, że we śnie została przeniesiona do klasztoru i rano siostry znalazłszy ją pod furtą, nie mogły już odesłać i u Augustianek spędziła 40 lat.
    Lekko w życiu nie miała, więc cierpiący Pan Jezus był jej podporą. Zesłał jej jeden z kolców Swojej korony tak skutecznie, że miała na czole stygmaty- otwartą ranę. I do tego rana gniła i śmierdziała. 
    nienaruszone ciało św.Rity
    w bazylice w Cascia
    Pod koniec życia schorowana leżała w celi, a siostry z trudem się nią opiekowały z powodu zapachu. Kuzynkę, która ją odwiedziła, prosiła o przyniesienie róży z ogrodu. Był środek zimy i śnieg. Kobieta poszła z czystej ciekawości i ....różę znalazła. Po śmierci ciało Rity wydzielało przyjemny zapach, a pierwszy cud zrobiła od ręki. Dosłownie: siostrzyczka ze sparaliżowanym ramieniem chciała się z nią pożegnać i objąć. Natychmiast zaczęła ruszać obiema rękami.    Szkoda, że siostry żeńskich zgromadzeń nie znajdują dziś pod furtami takich upartych kobiet. I u nas  by się przydały. Roboty mnóstwo.
    Rita jest od spraw beznadziejnych. Z reguły z takimi przychodzimy do Pana Boga, więc pamiętajmy, że może nas wesprzeć. Ukochana święta Włochów, ale także Ameryki Południowej. Ja bym dodała jej patronat nad ofiarami przemocy i matkami opłakującymi dzieci, które pobłądziły: alkoholików, narkomanów, tych, którzy siedzą w więzieniach, tych, którzy poszli na wojnę z własnej woli żeby zabijać niewinnych. Ile takich matek do nas dzwoni szukając ratunku dla synów i córek?



    czytaj, komentuj

    by Małgorzata Chmielewska (noreply@blogger.com) at wrzesień 18, 2014 03:22

    wrzesień 17, 2014

    Szymaczek

    Dzieciowo mi

    Gadżet – zjeżdżalnia. Must have!

    Jaaaaa. Nie wiem już, skąd wytrzasnęłam zdjęcie, możliwe, że ktoś podesłał mi na fejsie, ale powiem wam, że gadżet wymiata. Jeśli kiedyś będę miała dom i będzie to dom piętrowy („A jeśli dom będę miał, to będzie bukowy koniecznie, pachnący i słoneczny. Wieczorem usiądę, wiatr gra…”), i – co zrozumiałe – będzie wyposażony w schody, to obok tych schodów koniecznie, absolutnie koniecznie znajdzie się takie coś:

    zjezdzalnia_schody

    Absolutnie genialne. Już widzę to poranne przyspieszenie w zbieraniu się do wyjścia. Teraz nie mogę zagonić pod drzwi, żeby zaczekały, bo się wszędzie rozłażą. Ewidentny dowód na to, że pod drzwiami nie ma po prostu niczego ciekawego, do czego chciałyby ściągnąć. Jeśli więc byłaby zdjeżdżalnia i powiedziałabym:

    .

    - Wiara, pod drzwi!

    … to byłyby szybciej, niż zdążyłabym wypowiedzieć do zdanie. Opcja numer dwa to przygotowanie rury. Takiej strażackiej. Dzieci by po niej zjeżdżały z piętra, a mama… cóż, co z rurą zrobiłaby mama, zostawmy poza zasłoną milczenia ;)

    by kruszyzna at wrzesień 17, 2014 08:03

    moje waterloo

    1906

    Ja już nie wiem naprawdę, czy jestem zmęczona z nadmiaru, czy jednak coś mi jest.

    Odebrałam wyniki. Standardowo - jak młody bóg. Nawet do cholesterolu nie można się przypieprzyć. TSH mam 1,82, co mieści się w granicach normy, ale czytałam, że kobiety w wieku rozrodczym powinny mieć TSH pomiędzy 1 a 1,5. Rozumiem, że wciąż jeszcze zaliczam się do tej grupy. W związku z powyższym należy uznać, że jest podwyższone. Czy to już oznacza niedoczynność, czy nie? A może w górnej granicy wieku rozrodczego może być trochę ponad 1,5?

    Jak zwykle żadnych wniosków, a ja nosem się podpieram. Włosy mi wyłażą na potęgę. Tyję jak wściekła. No i bladam przy tym niczym zwłoki prababki.
    Nawet pisać mi się nie chce, choć przecież to lubię.
    Położyłabym się i spała. Cały czas.

    I nie chcę zwalać na jesień, bo to trwa od dawna. Ja tam zwykle do lekarza idę po pół roku od pierwszych objawów. Albo i później. W tym przypadku to będzie z półtora roku od pierwszych obserwacji, które - standardowo - zlekceważyłam, zwalając na coś innego.
    I co? Jajco.

    A Zośce na kupie nic nie urosło. Kumulacja.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at wrzesień 17, 2014 08:49

    Kurlandia

    Śląsk Wrocław

    Zupełnie nieoczekiwanie dostaliśmy propozycję, żeby Michał był jednym z dzieci wyprowadzających zawodników Śląska Wrocław na murawę. W piątek jedziemy więc na stadion, a Szymcio prawdopodobnie będzie mógł spotkać kapitana drużyny – Sebastiana Milę. Piłkarz i jego Partnerka niegdyś udzielili naszemu sykowi pomocy. A Michałek nie bardzo rozumie, dlaczego wejdzie na boisko i nie będzie mógł zagrać w „nogę”, ale mam jeszcze dwa dni, żeby dziecku wszystko w główce poukładać. Ha ha ha. Tym razem to Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci było inicjatorem tej przygody dla naszych dzieciaków.

    ***

    by Iga at wrzesień 17, 2014 04:44

    Dzieciowo mi

    Jak sobie pościelesz… Czyli ciekawa pościel dla dzieci

    Człowiek ma różne zboczenia. Moi kumple lekarze mówią, że nie ma ludzi zdrowych, są tylko niewłaściwie zdiagnozowani. Rozwijając tę myśl, śmiem rzec, że nie ma ludzi całkowicie normalnych, każdy ma jakiegoś bzika. Czasem też ktoś hobby ma, kota, rybki oraz psa, jak śpiewały bodajże Fasolki w kultowej piosence mojego dzieciństwa w PRL. Zostawmy w spokoju kota i rybki, skupmy się na bziku. Bzik u mnie jest taki, że muszę mieć odjechaną pościel, lubię spać pod czymś nietypowym, najlepiej w ciemnych barwach. Jakieś duperelki niech tam będą, jakieś obrazeczki, grunt, żeby niebanalne. Nie wiem, czy w ten sposób lepiej mi się śpi, ale na pewno podnosi moje morale coś nietypowego na wyrku. Druga przyczyna – obok szmergla – jest znacznie bardziej zahaczająca o prozę życia. Mam fatalną wodę w kranie i unikam jasnych rzeczy, jak tylko mogę. Ich biel niestety jest krótkotrwała, a nawet najlepsze wybielacze nie pomogą na rury położone jeszcze w XIX wieku. A tak. Jeśli więc już coś kupuję, to kupuję kolorowo i – ależ oczywiście – przeniosłam swoje szaleństwo na dzieci. Dzieci też mają kolorowo i bajecznie. A bajeczną i kolorową pościel wynieśliśmy z IKEA, wprzódy, rzecz jasna, za nią zapłaciwszy.

    Mamy więc krokodyle.

    ikea_komplet_poscieli12

    Mamy leśne chaszcze (a na nich padnięta najstarsza).

    ikea_komplet_poscieli13

    Mamy też księżniczkę w zamku i poduszkę w korony, ale pod nią akurat ja śpię, bo tak jakoś się złożyło, że dokładnie zostało wymieszane, co do kogo należy. Ten manewr nie udałby się w przypadku pościeli w krokodyle i w stworzenia leśne, bo bliźniaczki bardzo pilnują swoich dóbr osobistych i próba zaanektowania tychże zostałaby gwałtownie i natychmiastowo oprotestowana. Pierworodna podchodzi do sprawy bardziej na luzie.

    Z IKEA jestem mocno monotematyczna, ale ponieważ jako przedstawicielce prasy (ekhm, ekhm) udostępniono mi furę zdjęć, to mogę je niniejszym wam zaprezentować. Jaram się strasznie pościelą dziecięcą, którą można tam kupić. Cenowo wychodzi podobnie jak ta, która jest do dostania np. w Lidlu (bo w Lidlu też kupiłam komplet, ciemny oczywiście), jakość jest bardzo w porządku, pościel nie ma guziczków (chwała Bogu, guziczki wiecznie mi odpadały) i co dla mnie ważne, poszewki na poduszki są pasującym mi rozmiarze (w Lidlu zawsze są za duże, 70 x 80 cm, a ja mam poduchy mniejsze).

    Nie potrzebuję obecnie żadnego kompletu, ale niezobowiązująco zawiesić oko zawsze mogę. Dla maluchów mają na przykład to, co poniżej.

    ikea_komplet_poscieli7

    Wszystkie zdjęcia z materiałów prasowych IKEAikea_komplet_poscieli8

    ikea_komplet_poscieli9

    ikea_komplet_poscieli10

    ikea_komplet_poscieli11

    Gdybym dysponowała nastolatkiem płci męskiej, kupiłabym mu to:

    ikea_komplet_poscieli5

    Ponieważ jednak nie mam, sama zapałałam żądzą posiadania. Wot i pościelówa wieczorową porą mi wyszła ;)

    by kruszyzna at wrzesień 17, 2014 04:30

    efka i koty

    Takie tam...

    Po urlopie wpadłam w jakąś czarną dziurę. Nie mogę się zmobilizować do niczego.  W pracy właściwie większość czasu spędzam przed komputerem i często w domu nawet na chwilę nie chce mi się siadać do komputera.

    U mnie zastój kompletny a na blogach tyle się dzieje. Sporo smutków ostatnio było, chorych zwierzaków i stresów. Mam nadzieję, że Zocha, Pizdryczek, Nusia, Kira, Kotka ze złamaną łapką i inne chorusie dojdą do siebie i będą zdrowe a Kayron znajdzie drogę do domu. Mocno trzymam kciuki.

    Nie tylko zaniedbałam bloga oraz stronę na facebooku ale i twórczość. Głowę mam pełną pomysłów ale kompletnie nie mogę się zabrać za ich realizację. Czasem coś tylko nabazgrolę bo jak inaczej nazwać te szkickoty.





    by efka i koty (noreply@blogger.com) at wrzesień 17, 2014 04:53

    am mniam

    Wytrawne placuszki dyniowe

    Piękne, dorodne, pękate dynie brylują już na straganach i kuszą : „weź mnie”. Biorę mimo, że mam już całą torbę innych warzyw i nie wiem czy uda mi się z tym wszystkim dotrzeć do domu. Dynię uwielbiam i kupuję, gdy tylko się pojawia. A jak jest w domu dynia to muszą być i dyniowe placki... More

    by Magda at wrzesień 17, 2014 12:43

    Z usmiechem przez Japonie

    Dziwna wiejska architektura japońska

    Podczas jednego z pobytów u babci na Sikoku (pod Kan'onji) postanowiliśmy wybrać się na krótki spacer po okolicy. Teoretycznie nic tam nie ma - ani sklepu, ani jakieś klubu, ani parku. Słownie: nic. A jednak daliśmy japońskiej wsi szansę i opłacało się. Oprócz pól, na których uprawia się różnego rodzaju warzywa, można spotkać się z dziwną, choć może i interesującą w swojej dziwności architekturą zwykłych domów mieszkalnych. 

    Tak jak duże japońskie miasta przypominają zagłębia komunistycznych blokowisk, z tą różnicą, że u nas część została już odmalowana (na pastelowo, bo na pastelowo, ale odmalowana), natomiast w Japonii większość jest szara, piaskowa lub ziemista (z drobnym wyjątkami, kiedy mamy pomiędzy tą szarością wciśnięty np. wściekle cytrynowy budyneczek, ale o tym przy innej okazji). Oczywiście za wszystko odpowiedzialny jest XX-wieczny modernizm, funkcjonalizm i brutalizm, a miejscami szalony, choć optymistyczny metabolizm. 

    W każdym z tych stylów architektonicznych znajdziemy domieszkę ideologii socjalistycznej (czyli jak upakować jak najwięcej osób, możliwie najtańszym kosztem), a zwłaszcza w tym ostatnim, metabolizmie - odpowiadającym za kreacje raczej odrealnione i futurystyczne, którego pionierem w Japonii był jeden z najwybitniejszych architektów swojego pokolenia na świecie - Kenzo Tange. 

    Na wsiach w Japonii też widać zamiłowanie do znanych z miast betonu, blachy, szarości i wszechobecnej burości, choć kształty są interesujące. Niektóre to zwykłe kostki, inne mają śmieszne asymetryczne skosy, jeszcze inne wyglądają jak domki Barbie, są też takie, które przypominają baraki, a jeszcze inne to znane wszystkim tradycyjne, drewniane domy japońskie zbudowane na planie litery "U" albo prostokąta z przesuwanymi drzwiami i oknami przysłoniętymi od wewnątrz papierem.

    W Kan'onji można naprawdę poczuć wiejski klimat, czasami daje czadu obornikiem, nie ma zbyt wielu młodych ludzi, ponieważ pouciekali na studia czy do pracy do Takamatsu, w ogóle nie ma ludzi... Nie spotkaliśmy po drodze nikogo za wyjątkiem jednego pana orającego kawałek pola małym traktorem.

    Mamy typowy domek Barbie...


     

    ...i śmieszne skosy...

     

    ...piętrowe baraki naprzeciwko różowego domu...

     

    ...i  parterowe baraki naprzeciwko domu...


    Są też i bloki mieszkalne... (Na każdym balkonie sprzęt do suszenia prania).


     Mamy też i różnoraką zabudowę, a przed nią drzewa figowe...



    Niektóre warzywa i owoce uprawiane są w szklarniach...



    Nie można zapomnieć też o zabudowie tradycyjnej z kapustą...


     

    I nowoczesną już bez kapusty...



    A na koniec jedyny człowiek, które spotkaliśmy tego dnia:




    by PodróżeJaponia (noreply@blogger.com) at wrzesień 17, 2014 01:25

    Kraina filcu

    TUTORIAL przygotowany przez Panią Milenę - torba zimowa wykonana z filcu i wełny czesankowej.

    OPIS WYKONANIA
    1. Potrzebujecie:
    -Filc techniczny o grubości 3-4 mm, wielkość arkusza zależna od wielkości zaplanowanej torby, moja mieści format A4,
    - Wełna czesankowa 250 g , ja użyłam naturalną wełnę z polskich owiec wrzosówek,
    - Kolorowa czesanka na smużki w dredach,
    - Kolorowa mulina,
    - zamek błyskawiczny,
    - ozdobne guziki,
    - wisior ceramiczny lub ozdobny duży guzik,
    - nożyczki, igła,
    - grube druty do robótek ręcznych,
    - ciepła woda i mydło,

    2. Zaczynamy od wyrysowania i wycięcia części torby, front i tył to dwa takiej samej wielkości prostokąty, dno i boki powstały z szerokiego paska filcu. Torbę szyjemy zewnętrznym ozdobnym ściegiem za pomocą kolorowej muliny. Na koniec na brzegu frontu i tyłu doszywamy zamek błyskawiczny. Boki torby łączymy z paskiem za pomocą kolorowych ozdobnych guzików.

    Gdy torba jest skończona możemy zabrać się za filcowanie na mokro dreda z czesanki wełnianej. - Podziel delikatnie czesankę na dość grube pasma, stopniowo mocz wodą z mydlinami i pocierając dłońmi rób wałeczek . Na koniec wypłucz dokładnie dreda i wysusz. Żeby dred miał kolorowe akcenty można domieszać w trakcie filcowania smużki kolorowych czesanek. Mój dred mierzył sobie finalnie około 32 m. Dred ma średnicę około 0,5 cm, dzięki temu uzyskany wzór dzianiny jest gruby i wyraźny. Można zrobić kilka dredów i je powiązać ale ja zrobiłam w jednym kawałku aby uniknąć nieładnych supełków. Z uzyskanego dreda na bardzo grubych drutach robimy prostokąt wielkości frontu torby. Ja wykorzystałam ścieg ściągaczowy. Prawo, lewo. Gdy robótka jest gotowa robimy z niej przednią kieszeń torby, doszywając muliną na brzegach frontu.

    Na koniec możemy przyszyć jakiś ozdobny element. W Mojej torbie wykorzystałam ceramiczny wisior.

    Torba gotowa.

    Prace Pani Mileny znajdziecie również na prowadzonym przez nią blogu: http://fabryczka.blogspot.com/

    by kraina filcu (noreply@blogger.com) at wrzesień 17, 2014 12:51

    Kurlandia

    Niebo istnieje naprawdę

    Jakiś czas minął od filmowego wieczoru, a ja nadal mam ciarki na skórze na wspomnienie filmu „Niebo istnieje naprawdę”. Czy można nie wierzyć opowieściom istoty tak niewinnej jak trzy-, czterolatek? Czy można kwestionować nadludzki dar artystyczny kilkuletniej Akiane Kramaarik?


    http://www.akiane.com/store/

    Film powstał na podstawie autentycznej relacji chłopca, który podczas operacji opuścił swoje ciało i odwiedziło niebo. Do tego przytoczono historię nieprzeciętnie uzdolnionej dziewczynki, która malowała niezwykle realistyczne obrazy Boga. Pomijam, czy produkcja była zrealizowana we właściwy sposób. Czy kicz ziejący z tego obrazu nie przytłumił sensu całej opowieści…(To jest przedmiotem długiej polemiki, a ja nie jestem krytykiem filmowym).

    Po seansie zaczęłam jednak zadawać pytania, dlaczego pierwszą wymienioną przez Szymona osobą był „Jesus” (widząc moją konsternację, Szymek powtórzył imię raz jeszcze). Dlaczego stan naszego syna poprawił się dopiero od przekazu energetycznego, wysłanego przez kilkudziesięciu bioenergoterapeutów na naszą prośbę? Syn całymi dniami potrafi mówić „alleluła”, „allelula”, „alleluja” i śmieje się przy tym patrząc w sufit. Zwróciliśmy na to uwagę już dawno.

    Oczywiście, może to być splot przypadkowych sytuacji. Niemniej jednak nasze dziecko było reanimowane kilkanaście razy i naprawdę ciężko nie zadawać sobie pytań, czy Szymon mógł doświadczyć czegoś niezwykłego? Dla nas – rodziców – Szymon jest wyjątkowy. Ten pogodny chłopczyk daje nam wiele radości, mimo jego fizycznych ograniczeń zyskał nasze uwielbienie. Jego kondycja jest jednak nieprzeciętnie dobra. Dziecko tak obciążone zdrowotnie, z ciężkimi wylewami, zaczyna coraz normalniej funkcjonować. Czy to niezwykła energia napływająca z modlitw i ciepłych myśli, nasza wielka determinacja w walce o dziecko, a może wola życia Szymona i jego spokój były odpowiedzialne za jego wyzdrowienie? Nikt na to pytanie nie odpowie.

    Kłócę się z Bogiem, jestem zła patrząc na degenerację świata. Ale zawsze nabieram pokory i dziękuję za moją rodzinę. Nie winię nikogo za nasze cierpienia, przestałam też winić siebie…Przekuliśmy je na duże życiowe doświadczenie i na silną więź między domownikami. Nie jestem częstym gościem w kościele, za to staram się być dobrym człowiekiem każdego dnia, poza murami świątyni…Wierzę, że ludzie nie poznali jeszcze całej złożoności świata.

    ***

     

    by Iga at wrzesień 17, 2014 11:17

    TUV

    wino gruszkowe, poezja w kartoflu i dżuma

    choruję.Jeszcze.Wiadomo, jak ja choruję to i pracuję,lekko nie jest.W końcu przyszło brać antybiotyki.

    Chyba działają bo zaczynam czuć się lepiej.Działa coś jeszcze ale o tym na końcu notki;).

    Kiedy to wykaszliwałam(?!?) wnętrzności zbliżało się spotkanie ze starymi internetowymi znajomymi.Spotkanie jak spotkanie, ale jego wezwanie ! Miały być robione różności kartoflane.No niestety , złe samopoczucie i ogólny niechciej i nie zrobiłam moich kotletów ziemniaczanych.X-men za to napalił się na placki a tu nic z tego bo byliśmy zaledwie godzin parę w sobotę , a spotkanko trwało ciut dłużej;).

    Tak jakby wszystko nam stawało na drodze,korek też…

    czarownie nie ?

    Jechaliśmy a raczej hm, posuwaliśmy się w żółwim tempie przez pół godziny ( potem się okazało że nie,nie wypadek,katastrofa,armagedon.Nie,tylko panowie drogowcy łatali dziury w asfalcie…) i w końcu X-men nie wytrzymał .

    Niech żyją boczne drogi.Udało się sensownie zjechać na bok i o dziwo trafiliśmy w sumie idealnie,bo dalej prosta ,spokojna i PUSTA droga do.

    Cóż, zastrzegłam że mogę zarażać, ale skoro zapraszali MIMO…

    Jednak te moje choróbsko to na tle.Astma,uczuleniowiec do tego i zabiera się za szlifowanie starych mebli ze starych farb ~!!!! i maluje je na nowo…No chciałam ! Sama chciałam…Oskrzela nie wytrzymały… i własną dżumę wyhodowały…

    na zachętę dostaliśmy to:

    ta szara breja to „psiocha” – ziemniaczana…zjeść się dało;)))

    za to gulasz…. niezamierzenie zapewnie ale PALUSZKI LIZAĆ:)

    Niestety wina gruszkowego nawet nie powąchałam ale antybiotyk to niezły strażnik trzeźwości;).

    Ponieważ czułam się coraz gorzej niestety,czas było ruszać do domu.Marzenie – własne łóżko.

    Dostałam na odchodnym butlę srebra nanokoloidalnego z przykazaniem – pić  i zdrowieć.

    Pić,nie pić? a kit tam.Piję.

    Nie wiem czy na to co mnie gryzie pomaga ale za to POMAGA na kilka innych rzeczy za  co mogę ręczyć.

    Bo znów pomogło.Wcześniej na paznockie – roczna walka z grzybicą (fuuuujjjj wiem,ale jak człek się ciomta to tu, to tam,czasem coś załapie;( ).

    Teraz bardziej spektakularnie.I dobrze.

    Remont kuchni zawisł.  Na razie nic z tego,bo jeszcze dochodzę do siebie.I tak to leci….

     

     

     

    by Tuv at wrzesień 17, 2014 10:02

    Blog do czytania

    Wpół do weekendu #12

    Dzisiejszy odcinek jest taki [+18] i zamieszczone w nim linki wiodą w miejsca #NSFW. Ale i tak trzeba oderwać się od pracy.  Sklepy dla dorosłych. Tajemnicze miejsca, znajdujące się chyba w każdym większym mieście. Miejsca, w których większość z Was była. Niektórzy zapewne spłonęli rumieńcem i zaczęli nerwowo chichotać na widok zgromadzonych tam zabawek erotycznych. […]

    by mrcichy at wrzesień 17, 2014 10:00

    Dzieciowo mi

    Kuchnia malucha – szybka zupa z czerwonej soczewicy

    W moim kuchennym złażeniu z drzewa i wychodzeniu z jaskini kolejnym etapem jest poznanie soczewicy. Tak, nigdy dotąd nie jadłam soczewicy w żadnej jej wersji, chyba że podane mi to było w latach mych szczęnięcych, które skrył był niepamięci cud. Tak, można się załamać, można rozedrzeć szaty, ja też piszę spod stołu, więc spoko wodza. Poznałam więc soczewicę i na pierwszy ogień poszła soczewica czerwona. Dlaczego? Ze względu na kolor, to raz. O drugiej rzeczy przesądziło moje podejście do życia, mówiące, że jeśli coś da się zrobić prościej, to trzeba zrobić prościej. Czerwona soczewica nie wymaga namaczania, a zupę gotuje się w tempie ekspresowym. I o to chodziło.

    Ciekawe w zupie z czerwonej soczewicy jest to, że można ją przyrządzić zarówno w wersji dla starych ramoli, jak i dla najmłodszych osesków. Wszystko zależy od rodzaju użytych przypraw. W przypadku dorosłych możemy dołożyć tego i owego ostrego (ja lubię na ostro, małżon też, to i ziejemy po zupce), dla dzieci może być łagodne w smaku i dodatkowo z kleksem śmietany.

    Zupa jest w formie kremu i to dosyć gęstego, dlatego bez problemu przyjmie ją kilkumiesięczny bobas. Starszak może skosztować opcji z grzankami – bo ma szczęściarz zęby. Soczewica zawiera bardzo dużo błonnika i dużo białka, a przy tym mało tłuszczu i mało cukrów. Węglowodanów ma w cholerę, ale właśnie tych „lepszych”, nie cukrowych. No to koniec gadania, lecim.

    Zupa-krem z czerwonej soczewicy

    Przepis jest modyfikacją receptury znalezionej na przepisy.pl, tam widnieje pod nazwą „Szybka zupa z soczewicy”. Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła na swoją modłę. Uwaga, proporcje podaję dla pułku wojska. Mam liczne i głodne wojsko ;)

    Składniki:
    • opakowanie czerwonej soczewicy 400 g (w oryginalnym przepisie było 200 g)
    • 2 łyżki octu balsamicznego
    • 4 pomidory (w przepisie były 2 pomidory)
    • 2 cebule
    • bulion (można zrobić na samych warzywach, można rosół na mięsie, a dla dorosłych, którzy wsiorbią wszystko, może być i kostka rosołowa, dlaczego by nie). Bulionu miałam 1,5 litra, może ciut więcej, w przepisie jest 0,5 litra wody i kostka.
    • 9 ząbków czosnku (jestem zorientowana antywampirzo, w przepisie były 3 ząbki czosnku)
    • 1 łyżka cukru
    • olej lub oliwa (z powodzeniem można zastąpić masłem)
    • kwaśna śmietana (żeby dodać na koniec, ale nie jest to obowiązkowe, ja nie dawałam)
    • przyprawy: kolendra, curry (w przypadku dzieci można nie dawać), słodka papryka, ostra papryka (nie dla dzieci), pieprz, sól (jeśli będzie potrzeba), trochę kminku (przypraw w przepisie nie było, to moja modyfikacja)
    Przygotowanie:

    Gotujemy bulion. Cebulę kroimy w kostkę, czosnek w plasterki. Nie trzeba się jakoś szczególnie doktoryzować, i tak to zmiksujemy. Na tłuszczu w garnku czosnek z cebulą przysmażamy na złoto. Użyłam oleju rzepakowego (bardziej wartościowy niż oliwa z oliwek, nie wiem, czy wiecie), ale następnym razem zrobię na maśle. Zdecydowanie lepszy pomysł. Kiedy już mamy na złoto, zalewamy to bulionem, a do bulionu wsypujemy czerwoną soczewicę. Gotujemy około 20 minut, aż soczewica zmięknie. Uwaga, lubi przywierać, mieszamy, mieszamy!

    Pomidory sparzamy i pozbawiamy skórki. Kroimy w kostkę i dodajemy do gotującej się soczewicy. Trzymamy jeszcze z 15 minut. Doprawiamy zupę do smaku. Dodajemy ocet i cukier, dodajemy przyprawy. Użycie curry było znakomitym pomysłem, ostra papryka to też był strzał w dziesiątkę. Wszystko miksujemy.

    Zupę podałam z grzankami z ciemnej bułki. Do grzanek najlepsze jest czerstwe pieczywo i takie właśnie miałam. Całość roboty zamknęłam w jakichś 40 minutach. Wyszło świetne!

    zupa_z_czerwonej_soczewicy2

    Proste? Proste. Jeśli ja to zrobiłam, to musi być proste. Rozwijam się dalej i brnę w te klimaty. Następnym razem będzie kuskus, cieciorka i inne rodzaje strączkowych.

    inspiracje_baner

    by kruszyzna at wrzesień 17, 2014 07:44

    Smoking kills...

    O WSTĘPIE DO ZAWAŁU SERCA

     

    Dziś mam wolne z powodu rehabilitacji po wczorajszym ataku serca, na wszelki wypadek nawet horoskopu nie czytam, żeby mi się nie pogorszyło. Wczoraj albowiem o dwudziestej drugiej – N. oczywiście jeszcze w terenie coś uzgadniał – jakoś tak doszłam do wniosku, że może bym zjadła krewetkowego chrupka. Albo dwa. Zatem zmierzam do kuchni GDY WTEM!!! O mało się nie potknęłam o COŚ SZAREGO… Z ośmioma nogami. Wielkości połowy Szczypawki.

    Piękny okaz jesiennego pająka kątnika siedział sobie na środku podłogi, grzał dupę o kafelki i na mnie łypał. Kurwa mać, i lub tu człowieku jesień!

    Mogą mi do domu wejść żaby, nietoperze, zaskrońce – wszystkie je lubię i bym nakarmiła, pogłaskała… Nie, muszą pająki! Na widok których mam zlewne poty i migotanie komór!

    JAKIM CUDEM zamiast paść trupem na miejscu udało mi się przykryć drania słoikiem, to nie wiem. Byłam w szoku i nie pamiętam (ludzie w szoku potrafią sobie nawet odgryźć kończynę) (chyba że mi się coś pomyliło). Dobrze, że nie spierdzielał, tylko sobie STAŁ. I się gapił. W tym słoiku później też stał i się gapił. A ja siedziałam na krześle naprzeciwko i pilnowałam, żeby nie przegryzł szkła albo co. I tak sobie siedzieliśmy do jedenastej w nocy, aż wrócił N. i zarządził koniec przyjęcia.

    I jak ja mam funkcjonować bez wiadra psychotropów. NO JAK.

    A pan Zły Japończyk z „Helix” to jest ten sam Zły Japończyk, co gra w „Extant”. Nawet swetry ma mniej więcej takie same – może gania z planu na plan i specjalnie go podobnie stylizują, bo by się nie zdążył przebierać. Ciekawe, czy ma wielu fanow w swoim ojczystym kraju („Dziś odwiedził nas słynny aktor, który znowu zagrał wyjątkową świnię w amerykańskim serialu”). Mama Bridget powtarzała, że Japończycy to wyjątkowo okrutna rasa (pierwsza żona Marka Darcy – ciekawe, czy też robiła eksperymenty na ludziach).

    Aha, tych chrupek krewetkowych w końcu nie zjadlam i chyba nie zjem, bo co na nie spojrzę, to mi się przypomina ta włochata ośmionoga menda.

    by Barbarella at wrzesień 17, 2014 07:17

    Kurlandia

    To dla mnie ważne

    Rusza druga edycja konkursu „To dla mnie ważne”. Tym razem w puli nagród 200 tysięcy złotych.

    Poniżej przedstawiam ramowy harmonogram 2. edycji:

    15.09.2014 – 14.11.2014 – zbieranie wniosków i głosowanie

    15.11.2014 – 04.12.2014 – analiza projektów, podsumowanie i obrady Jury

    05.12.2014 – ogłoszenie wyników – chcielibyśmy to zrobić w okolicach 6 grudnia – na mikołajki.

    Zapraszam do wzięcia udziału, szczegółu na stronie 
    http://todlamniewazne.pl/
    Będę miała przyjemność po raz kolejny być jednym z jurorów w tym konkursie. Pozdrawiam Czytelników.

    ***

    by Iga at wrzesień 17, 2014 06:50

    ...czasem oprócz skalpela używa rozumu

    "WINUJĘ" IDIOTÓW



    Czas urlopowy sprzyja tak prymitywnym chuciom jak oglądanie telewizji . Słowa chuć użyłem celowo, stwierdzając przy okazji, że z wiekiem zmienia ono znaczenie.  Dając więc upust owym, obejrzałam -pod rząd- dwa programy w TVN, która jak wiadomo jest medium "mętnego nurtu" w sam raz dla takiego leminga jak ja. Pierwszy to "Kropka nad I" prowadzona przez , zdaniem felietonisty Radia Maryja, agentkę SB. Wystąpił tam niejaki pan M. Dzierżawski z panią poseł SLD Piekarską. Okazało się że pan Mariusz z przyjaciółmi zebrali 250 tys. podpisów pod petycją "Stop pedofilii" , która po bliższym oglądzie okazała się inicjatywą obywatelską przeciw edukacji seksualnej proponującej nawet więzienie za przybliżenie spraw seksu młodzieży poniżej 15 roku życia. Idiotyzm ten padł już po pierwszym czytaniu , ale jak mi się wydaje, pan Dzierżawski jeszcze nas zaskoczy. Dowiedzieliśmy się, że nasz bohater nie bawił się w dzieciństwie w "doktora". Nie ma pewności co do jego zachowań autoerotycznych w okresie dojrzewania , choć statystyka oparta na wielkim materiale,  jest tu dość jednoznaczna. Pani poseł próbowała wytłumaczyć, że wychowanie seksualne obejmuje, prócz wykładu o budowie narządów płciowych i istnieniu masturbacji (o której, śmiem twierdzić, 14-latkowie już wiedzą), także aspekty psychologiczne, lecz  chyba nie przekonała naszego Savonaroli. I wtedy naszła mnie myśli, że takich głosicieli moralności jest więcej. Niedaleko Bydgoszczy mieszka pan, szef dziwnie zwanej organizacji, która uaktywnia się, gdy naszą prowincję nawiedzi jakiś zespól teatralny lub muzyczny albo też gwiazda występuje w Warszawie, zaś koncert wypada w dniu św. Petroniusza lub Bonawentury z Kłodawy czy Koronowa. Dowodzi on wtedy, że święte życie i heroiczność cnót nie pozwalają aby kalać imiona takich ludzi w rocznicę ich narodzin dla nieba. Większość koncertów, mimo owych jeremiad, odbywa się przy pełnym audytorium. Cóż za naród o zatwardziałych sercach.
    Zaraz po programie "Kropka" widzowie lewackiej telewizji mieli możliwość obejrzenia strasznych dziejów pewnej rodziny, w której decyzją sądu, dzieci przyznano matce. Tata mógł widywać je 2 x w miesiącu. Okazało się, że mama jest raczej chora umysłowo, do czego sąd doszedł dopiero po roku monitów ze strony opieki społecznej. Dzieci nie chodziły do szkoły, żyły w nędzy, wielokrotnie bez prądu i ciepła. Mieszkały z bratem mamy i szwagrem. Kiedy tata zgodnie z prawem chciał zobaczyć się z nimi  szwagier i teściowa  wyzwali go od najgorszych, używając wyrazów określających w popularnej polszczyźnie kobietę upadłą i męski narząd płciowy.
    I teraz clou programu. Szwagier, człowiek wulgarny, o twarzy alkoholika przewlekłego, niepotrafiący sklecić bez błędu kilku zdań w ojczystej mowie okazał się sołtysem. W jego domu - urzędnika państwowego - mieszkały dzieci niewypełniające obowiązku szkolnego. Sam za zaistniały fakt "winował" dyrektora placówki oświatowej.
    I zamykamy klamrą nasze dwa programy. Już widzę jak pan sołtys tłumaczy siostrzeńcom zawiłości płciowości człowieka, podając liczne przykłady z polskiej i europejskiej literatury. I "winuje" wszystkich prócz siebie i oczywiście pana Mariusza.

    by Wojciech Szczęsny (noreply@blogger.com) at wrzesień 17, 2014 07:36

    zycie na kreske

    Kura pazurem

    Podatek od prezentów ślubnych

    Wczorajszy poranek prawie niczym nie różnił się od pozostałych. No, z małym wyjątkiem może. Z reguły po domu łazi mi jeden facet plus kot. Wczoraj facetów łaziło sześciu (remont trwa w najlepsze), a kot został zamknięty w piwnicy, żeby nie uciekł.

    Jak co rano do porannej kawki czytam lokalną gazetę. Żadne hałasy dobiegające z różnych stron domu mi nie są straszne, czytam. I nagle moja rozczochrana zaczyna szybciej pracować, bo to, co czytam, nie bardzo mieści się w mojej łepetynie. W pierwszej chwili chcę rzucić gazetę i biec zakopywać w ogródku nasz nowiutki serwis obiadowy zakupiony w Lubianie z pieniędzy, jakie dostaliśmy w prezencie ślubnym. Już łopatę w ręku trzymam, tylko trudno mi się zdecydować, jak kopać i gdzie, ponadto gdzieś zapodziały się moje rękawiczki w różowe kwiatuszki, a bez nich to nie robota. Wróciłam więc do gazety i czytam dalej.

    naczynia 005Czy wiedzieliście, że od prezentów ślubnych płaci się podatek? To, co w kopercie dostają młodzi, trzeba skrupulatnie przeliczyć i oddać część należną fiskusowi. Ło, matko! To jak mi teraz naliczą odsetki z niezapłaconych podatków z dwóch ślubów?! Rachunek sumienia robię. Na pierwszym niewiele kasy dostaliśmy, bo to takie czasy, że dostawało się ręczniki, pościel, zegary i miksery. W kopercie niewiele. No, ale czy w takim razie za ręcznik podatek też mam zapłacić? I panika. Szukam, czy ja jeszcze jakiś z tych ręczników posiadam. Uff! Nie ma, więc i dowodów winy nie ma.

    Po drugim ślubie już wesela nie było, więc kwoty bardzo, bardzo symboliczne, ale jednak były! Serwis w Lubianie sobie za to kupiliśmy. A cudny taki, że tylko czekać, aż stół w pokoju będzie i przyjęcie zrobię, że na dworze królewskim by się nie powstydzono. No, ale czy ja mam teraz ten serwis faktycznie w ogródku zakopać i czekać na przedawnienie? Bo chyba jakieś przedawnienie jest, co?

    I już oczyma wyobraźni widzę, jak fiskus na każde wesele swojego agenta posyła, by młodzi nie oszukiwali i szczerze, jak na spowiedzi przyznali się, ile to w kopercie chowają. Strzeżcie się więc, wszyscy przyszli małżonkowie, dziwnie wyglądających ciotek i wujków. Sprawdzajcie, czy wąs im się nie odkleja, a tupecik nie spada. Bo jeżeli tak się dzieje, to wiedzcie, że fiskus też już wie. I wtedy zginiecie marnie. Albo płacicie, albo za kraty.

    No, ale uspokajam się lekko. Na kartonie, w którym znajduje się serwis, piszę grubym flamastrem „papierowe naczynia”, oby w razie fiskalnego nalotu przeciwnika zgubić.

    Czytam dalej. I znów uff! Emocje opadają, bo się okazuje, że najbliższa rodzina może nam podarować bez podatku do 9637 zł. A reszta do 4092 zł. No i ulga wielka, bo do tej sumy to trudno dobić, nawet jakbym swoje dwa śluby dodała. Jestem więc uratowana! Moja rozczochrana wolna, serwis na stół można stawiać (oczywiście jak stół będzie).

    Moja radość trwa jednak chwilę, bo czytam dalej, że prezenty komunijne i te dawane z okazji chrzcin lub urodzin też podlegają opodatkowaniu, jeżeli przekraczają powyższe kwoty. Ło, matko. A Jajo niedawno osiemnastkę miało. I Jajo mi teraz do paki jako oszusta podatkowego wsadzą. Już rozmyślam, gdzie to Jajo w razie co ukryć, jak tajne nauczanie zorganizować. Być może do kota je dokoptuję i w piwnicy zamknę. Niech no tylko wróci ze szkoły! W końcu jednak liczę w pamięci kasę Jaja, dodaję, ale do dziewięciu tysięcy to całe lata świetlne, więc spokojnie Jajo wolne będzie. Ufff.

    Odkładam gazetę i dopijam kawę. Ciśnienie jak malowane. W sumie może nawet bez kawy by się podniosło?

    by anna at wrzesień 17, 2014 03:14

    wrzesień 16, 2014

    Slow Day Long

    Poznajcie mojego męża Damiana, największego bałaganiarza na świecie!

    Nigdy nie zapomnę, jak kilka lat temu, z całym swoim dobytkiem przyjechałam do Szczecina, żeby zamieszkać z Damianem. Kiedy wniosłam pudła ze swoimi ubraniami, złapał się za głowę: Gdzie my to pomieścimy? Cała garderoba jest zajęta przez moje rzeczy. Chyba musimy kupić jakąś szafę. Rzeczywiście, do garderoby nie dało się wejść. Ale coś mnie tknęło i zaproponowałam: Wyjmijmy wszystko, przejrzyjmy, może się uda wygospodarować trochę miejsca dla mnie.

    Czego tam nie było! Puste opakowania po akcesoriach wędkarskich. Ogromna stara walizka, w której coś się rozlało, a Damian nie zauważył i ją tak zamknął… otworzona po kilku miesiącach, zasmrodziła całe mieszkanie. Kilka par znoszonych butów, których nikt nigdy już nie ubierze. Garnitur z tak powypychanymi łokciami, że można by w niego ubrać co najwyżej stracha na wróble. Puste worki z pralni wiszące na wieszakach, w ilościach hurtowych. Coś niesamowitego! Hitem okazało się pudełko cebulek tulipanów (w stanie zaawansowanego rozkładu), które rok wcześniej dostał od kogoś, żeby przekazać swojej mamie. Zapomniał.

    Organizacja ubrań na półkach wyglądała w taki sposób, że Damian, po zrobieniu prania i wysuszeniu go na suszarce, zgarniał z niej wszystko jak leci i taką wielką, wymiętoloną kulę ciuchów wszelakiej maści, po prostu wpychał na półkę. Owszem, myślał o tym, żeby może chociaż koszule powiesić, ale nie miał kompletnie miejsca na drążkach na wieszaki. Były przecież zajęte przez te puste worki z pralni!

    Wzięłam głęboki oddech i zakasałam rękawy. Po dwóch godzinach walki okazało się, że 2/3 garderoby mam dla siebie. Sukces! Ale czy na pewno? Pojawiła się iskierka nadziei, że może uda się to w nim jakoś okiełznać. Ale jak wiadomo, nadzieja matką głupich.

    Od tamtego dnia minęło kilka lat. Damian przyzwyczaił się już do życia w uporządkowanym i czystym domu. Przywykł też jednak do tego, że w 90% to ja dbam o te kwestie. On po prostu z nich korzysta, one są i to jest dobre. Niech i tak będzie! Jestem jedną z wielu osób, które sprzątanie postrzegają jako czynność relaksującą. A porządkowanie szuflad, czy układanie w szafkach, to dla mnie prawie rozrywka. Wzdragam się na myśl, że kiedyś, jak już będę obrzydliwie bogata, będę miała tak duży dom, że będzie konieczne zatrudnienie jakiejś pomocy. Ale w sumie strasznie zamożni ludzie mogą mieć dom na tyle mały, żeby nadal sprzątać go samemu. Na czym więc polega mój problem? Czego oczekuję od męża? Żeby przestał bałaganić!

    Sprzątanie mi nie przeszkadza. Ale mam też inne rzeczy do zrobienia i nie mogę, ani nie chcę, zajmować się nim na okrągło!  Mam pracę, mam bloga, mam córkę, która chce wyjść ze mną na spacer. Mam całą listę innych przyjemności i obowiązków, na które chciałabym znaleźć czas. Mój mąż jednak chyba ubzdurał sobie, że sprzątanie po nim to moja największa namiętność i dba o to, żeby mi go nie zabrakło. Czasem robię taki eksperyment i przez jakiś czas dni nie ruszam nic, co Damian zostawił nie tam, gdzie powinien. Ba! Zaciskam zęby i cały koci bałagan ogarniam tylko „z grubsza”, bo mój mąż uważa, że za bardzo się w to „wkręcam” codziennie rano (czytaj: nie odkurzam kanap i foteli, a podłogę tylko „po środku”). I wiecie co? Po dwóch dniach dowiaduję się, że nasz dom jest strasznie zapuszczony i Damian nie wie, jak to się mogło stać. Czyżby krasnoludki miały wolne?

    Postanowiłam wypisać mu tu, czarno na białym, listę najbardziej wkurzających bałaganiarskich nawyków, jakie ma. Może słowo pisane przemówi do jego wyobraźni bardziej, niż marudzenie żony:

    - Damian zjada ogromne ilości jabłek, a potem porzuca ogryzki w miejscu, gdzie aktualnie ma najbliżej. Na biurku, na parapecie, na wannie, na blacie w kuchni, na stole, na podłokietniku kanapy, na pralce, na drukarce… Raz nawet znalazłam ogryzek w lodówce
    - Porozrzucane pod łóżkiem skarpetki to męski klasyk klasyków. Codziennie znajduję 2-3 pary. Mam wrażenie, że się rozmnażają.
    - Kiedy Damian wypakowuje zmywarkę, wkłada niektóre naczynia i narzędzia kuchenne, gdzie popadnie. Potem tracimy kupę czasu na to, żeby je znaleźć, kiedy są potrzebne.
    - Wystarczy, że na chwilę zabiorę swój laptop z biurka i pójdę popracować w inne miejsce. Damian w mig potrafi zwęszyć ten kawałek nowej przestrzeni to zagracenia! Po godzinie moje biurko pełne jest zupełnie nie moich gadżetów, które Damian po prostu tam odłożył. Zwykle jest też ogryzek.
    - Kiedy wracam do domu, to moje buty lądują w szafce, a kurtka na haczyku. Damian buty zostawia na środku przedpokoju, kurtkę, bluzę, torbę, zakupy, czy co tam jeszcze ze sobą ma, po prostu rzuca na kanapę. Czasem zostają tam na kilka dni. Przenosi je, jak potrzebuje usiąść. Wtedy ubrania lądują na krześle, a wszelkie pakunki… na podłodze, bo gdzieżby indziej?
    - Kiedy Damian wraca do domu ze swoją torbą ze sprzętem fotograficznym, to kładzie ją na podłodze, pod półką, na której zwykle leży kot. Kiedy torba jest już porządnie pokryta kocimi kłakami. Wówczas mój mąż musi coś z niej wyjąć, zostawia ją otwartą i kłaki wpadają też do środka. Następnego dnia, jak odkurzam podłogę, mam też do odkłaczenia torbę, bo przecież nie wstawię jej w takim stanie do garderoby.
    - Damian świetnie gotuje. Naprawdę poszczęściło mi się, że mam męża, który nie tylko lubi to robić, ale robi to naprawdę dobrze. Wkurza mnie jednak to, że nie sprząta w kuchni na bieżąco. Kiedy ja gotuję, to zanim zasiądziemy do stołu, kuchnia jest już czysta. Kiedy gotuje Damian, to po skończonym posiłku czeka go jeszcze pół godziny sprzątania. Ok, to jego problem. Dla mnie to bez sensu, ale ja się z tym nie muszę użerać. Ale kiedy robi coś drobnego – herbatę, kawę, jogurt z owocami dla córki – każdy użyty przez niego przedmiot zostaje na blacie. Nie trafia do zmywarki, do szuflady, czy do lodówki. Zostaje na środku blatu kuchennego i gnije… czasem dosłownie.

    To wszystko drobiazgi, powiecie. Ale wiecie co? Zebrane do kupy, zajmują mi strasznie dużo czasu. Czasu, który wolałabym poświęcić na coś innego. Ze sprzątaniem jest jak ze zdrowiem. Profilaktyka kosztuje znacznie mniej, niż usuwanie skutków. W tym wypadku chodzi o coś naprawdę cennego. O czas.

    W swoim ostatnim wpisie (czytaj TUTAJ), mój Szanowny Małżonek, ostro rozprawia się z ludźmi, którzy zaśmiecają przestrzeń wspólną. Zbiera z córką śmieci w lesie, gani rozwydrzone dzieciaki i ich matki za rozrzucanie papierków na chodniku i mówi wprost, że Polacy to straszni syfiarze i nagminne psują krajobraz tonami zanieczyszczeń.

    I trudno się z nim nie zgodzić i chwała mu za to, że mu się chce posprzątać po kimś, zaprowadzić ład na chodniku przed domem, czy nad rzeką, gdzie zamierza wędkować. A jak myślicie? Uprał już plecak, w którym w ubiegły weekend przytachał te śmieci razem z Alą?

    Czy może raczej leży już trzeci dzień na podłodze w łazience i czeka, aż ja się nim zajmę?

    Hę?

    by Kamila at wrzesień 16, 2014 10:01

    notatki na mankietach

    futrzak

    A na przykład tak…

    Na całym swiecie są uniwersytety, gdzie za odpowiednią opłatą wystawią dowolny tytuł naukowy. Doktorat pana Goliszewskiego nie wzbudziłby wielkiego halo, gdyby był uzyskany w Wyzszej Szkole Gotowania na Gazie i Zarzadzania Ogrodkiem w Pcimiu Dolnym. Ale Uniwersytet Warszawski to ponoc najlepsza uczelnia w kraju?

    Cóż. tzw. niewidzialna ręka wolnego rynku najwyraźniej dotarła i na UW…


    by futrzak at wrzesień 16, 2014 09:38

    pokolenie ikea

    4640356465_9c850c43c6_b

    Normalni mężczyźni marzą o blondynkach, które mają cycki wielkości melona w „Almie” i o podobnej twardości. A kończą z płaskimi jędzowatymi brunetkami i dziwią się jak to się stało.

    Normalne kobiety marzą o pewnych siebie facetach, którzy wiedzą czego chcą i wiedzą jak to dostać. A kończą z pierdołowatymi kolesiami, którzy codziennie muszą zadzwonić do swojej matki, bo w końcu to ona gotuje najlepszy rosół w mieście.

    Skala nieporozumień między płciami jest tak wielka, że między 25 a 40 rokiem życia ciągnie się Polska niedopukana.

    Gdybym dostawał 10 zeta za każdym razem kiedy ładna kobieta opowiada mi, że nie może znaleźć normalnego faceta nie byłoby mnie z wami. Leżałbym na miękkim piasku na Oahu, patrzył we wściekłą zieleń i pił coś zimnego, marząc o kawałku polędwicy z grilla.

    Błąd pierwszy. Nie będę ci mówił, ze jesteś piękna bo pewnie wszyscy ci to mówią.

    Dzwoni do mnie Ufo.

    - Rozmawiałem dzisiaj z modelka, piękna (Ufo podesłał zdjęcie, na którym była sukowata blondynka, płaska o długich nogach, wąskiej twarzy i wystających kościach policzkowych). I ona proszę pana powiedziała, że jej faceci nie mówią JESTES PIEKNA. Ale co słyszy od nich? – pyta Ufo. „Nie będę ci mówił, ze jesteś piękna bo pewnie wszyscy ci to mówią”. I rozumiesz – dziewczyna jest przygnębiona bo nikt jej nie prawi komplementów. Co więcej, potwierdziła, że do niej nie podchodzą faceci bo się boja podejść Generalnie wygrywam tym, ze mowie jej to co chwila – pochwalił się. A ona po prostu wiesz płynie, Bo nikt, ale to KURWA nikt jej tego nie mówi.

    Rozwiązanie: To proste. Mów jej że jest piękna. Że ma wspaniałe cycki. Świetny tyłek. Że doskonale wygląda w tej kiecce. Że cię podnieca. Że chcesz żeby się rozebrała. Że chcesz zobaczyć ją nago. I wiesz co ci powiem? Zobaczysz ją.

    Błąd drugi. Wygłaszasz monolog.

    Jesteś bogaty? To dobrze. Ona to na pewno zauważyła. Masz dobry samochód? I tak zazwyczaj o tym czy jej się podoba czy nie zadecyduje jego kolor. Masz dobry telefon? To bez znaczenia.

    Wiesz co cię doprowadzi do jej majtek? Umiejętność słuchania.

    Błąd trzeci: Żałujesz 16,90 zł a wydajesz 20 na ulubioną oliwkę do pojechania na ręcznym

    Nie ma nic bardziej aseksualnego jak skąpstwo. W ubiegłym roku napisałem tekst o przygodach kumpeli, która wybrała się na spotkanie z facetem bo na jego widok od razu zdejmowała zbroję. Właściwie gość miał 100 proc. zaliczenie w różnych pozycjach. Wystarczyło właściwie tylko przyjść.

    „Bożenka zamówiła sałatkę. Nie chciała na pierwszej randce jeść jak krowa. Jak świnia? Mix sałat, rucola, pomidorki cherry, marchewka, papryka, cukinia, rzodkiewka, 16.90. Była tania.

    Poza tym randka mogła się rozwinąć w coś lepszego – czy wspominałem że miotacz/biegacz wyglądał na takiego co ma dużego??? Bożenka biorąc pod uwagę takową okoliczność nie chciała mieć pełnego żołądka.

    Biegacz/miotacz zaordynował dla siebie podwójne krewetki tygrysie, których nie było w karcie za 80 zł. Popił wodą.Niegazowaną. Bożenka chcąc go sprawdzić, zaproponowała, że zapłaci za siebie. Klasyczny test łosia. Jest tylko jedna prawidłowa odpowiedź. Bo jeśli nawet ma dać za darmo, (16,90 powiedzmy szczerze w dzisiejszych czasach to nie są żadne pieniądze), niech będzie to ze świadomością, że robi to z dżentelmenem. A Bożenka była kobietą zasad. Raz z czystej złośliwości nie dała facetowi, który zabrał ją na weekend do Krakowa – nocleg w Copernicusie Likusów gdzie doba kosztowała co najmniej 800 zł – bo zamówił nie pytając ją o zdanie pokój z małżeńskim łóżkiem. Zawsze mogli go przecieżpóźniej zamienić.

    Co zrobił facet? Biegacz/kopacz/lodołamacz powiedział: ja zapłacę. A na te słowa w Bożence spadły majtki. Oczywiście w przenośni. – Ja zapłacę – powiedziała dla świętego spokoju, już wyobrażając siebie dziko ujeżdżającą umięśnione ciało biegacza/kopacza/getorejda. I wtedy lodołamacz popełnił błąd, który miałgo skazać wieczorem na samotne walenie konia pod gorącym prysznicem z jego ulubioną oliwką pod ręką.

    - Ja zapłacę – dopowiedział. – Ale wiesz co? Skoro chcesz się ZREWANŻOWAĆ to potrzebuje deski do krojenia.

    Kobiety oczywiście są wyzwolone i w miarę upływu czasu są wyzwolone coraz bardziej. Ale uwierz mi jeśli ona dla ciebie ogoliła nogi i nie tylko nogi, naciągnęła na tyłek niewygodną bieliznę, spędziła 20 minut nakładając na swoją twarz różne substancję, które miały ją uczynić atrakcyjną i rozważa aby ci się pokazać całkowicie naga to chyba do kurwy nędzy zasługuje na 16,90?

    Błąd czwarty. Nie pytaj czy jest szansa na drugie spotkanie?

    Nie kurwa. Nie ma szansy. Facet nie błaga. facet nie prosi. Nie wysyłaj jej po spotkaniu 10 sms z pytaniem kiedy następne. To żenujące.

    Bardziej żenująca jest tylko jeszcze jedna rzecz. Wiecie co odróżnia 20 latki od 30 latek? Większość 20 latek dostała od swoich facetów przynajmniej raz w życiu zdjęcie ich kutasa.

    Nie, nie jestem w stanie tego pojąc. Nie, nigdy nie wysłałbym żadnej kobiecie zdjęcia swojego penisa. I to nie chodzi o rozmiar ani fotogeniczność(mój kutas może nie jest jak Brad Pitt, ale Clive Owen to już jak najbardziej). Być może są kobiety, które doprowadza to do absolutnego szaleństwa. Dla mnie jest to oznaka desperacji i zbyt dużej dawki youporn.

    Chcesz go pokazać? Jeśli się postarasz będziesz mógł go pokazać i to wielokrotnie. A nawet ona zrobi z nim to samo co lizakiem chupa chups i to nie jest produkt placement tylko stwierdzenie faktu: jeśli będziesz miły to i ona będzie miła.

    Błąd piąty: Ściemniasz.

    Wielokrotnie już tutaj pisałem: żyć trzeba prosto i w zgodzie ze sobą, bo czym większą ilością melonów zaczynasz żonglować tym większe prawdopodobieństwo, że któryś spadnie ci na łeb i go porządnie rozwali.

    Jeśli umawiasz się z jedną laską, umawiaj się z jedną laską. Jeśli chcesz się z kobietą tylko przespać to też jej to powiedz i to najlepiej na pierwszym spotkaniu. Zaskoczy cię jak często możesz odnieść sukces.

    Kobiety ulegają prostym, popędom częściej niż ci się zdaje. Zdziwiłoby cię to, że laski które są seksbombami, które wywołują na ulicy salut przypominający paradę wojska polskiego mają seks raz na dwa, trzy miesiące. Po prostu weź jej twarz w dłonie spójrz jej w oczy nie odwracając spojrzenia jak dziki Tatar i powiedz: chcę cię zerżnąć.

    Albo przygnieć ją do ściany, tak żeby nie mogła złapać tchu i powiedz: chcę cię zerżnąć.

    Czy dostaniesz po ryju? Być może. Ale nawet jeśli to tylko oznaka, że byłeś za mało przekonujący.

    Czasami po prostu nie wychodzi.

    4640356465_9c850c43c6_bPhoto by Courtney Carmody/CC Flickr.com


    by panikea at wrzesień 16, 2014 08:13

    moje waterloo

    1905

    Czasem, nie wiadomo skąd, pojawiają się aniołowie.

    Jestem głęboko przekonana, że każdy z nas przeżył coś takiego. Może nie zwróciliście uwagi, może potraktowaliście to zwyczajnie, może ta sytuacja ugrzęzła gdzieś w mrokach niepamięci albo po prostu okazała się czymś tak wielkim, że kiedy chcecie o tym opowiedzieć, to jakoś ściska Was za gardło, więc milczycie. A może właśnie opowiadacie - czy to w gronie przyjaciół, rodziny lub wręcz przeciwnie: całemu światu. Bo już tak jakoś jest, że kiedy naprawdę, NAPRAWDĘ potrzebujemy, pomoc przychodzi.
    Często z zupełnie nieoczekiwanej strony.

    I ja mam swoich aniołów, którzy zjawiali się nie wiadomo skąd, żeby wyciągnąć mnie z bagna beznadziei. Szczególnie dobrze wspominam ostatniego - może dlatego, że rzecz jest świeża, a poza tym spotykam go każdego dnia. I nawet kiedy sytuacja się zapętla, coś idzie nie tak, jak powinno, uśmiecham się, macham ręką na, drobne przecież, niedogodności i trwam. Bo jestem przekonana, że mam dług, który powinnam spłacić. Tak, jak potrafię, na miarę własnych możliwości.

    W ubiegłym roku w moim życiu zaczęło dziać się naprawdę fatalnie, co było wynikiem ugrzęźnięcia w domu. Starałam się nie dopuszczać do siebie złych emocji, ale minęło półtora roku, zbliżała się druga rocznica bez pracy i to, co na początku wydawało mi się miłym odpoczynkiem od okrutnej gonitwy i braku czasu, zaczęło potwornie ciążyć. Po kolei "kładło się" więc wszystko: poczucie własnej wartości, stosunki międzyludzkie, relacje z najbliższymi, komunikacja. Pewnego dnia przyłapałam się na patrzeniu w ścianę i nagle zrozumiałam, że siedzę w niezmienionej pozycji, zawieszona wzrokiem w jednym punkcie od blisko trzech godzin. Z przerażeniem pojęłam, jak jest źle, że jeszcze jedno wydarzenie i przekroczę tę magiczną, cienką linię, która dzieli mnie od zapadnięcia się w sobie. A stamtąd samodzielnie się nie wygrzebię.

    Coraz trudniej mi było zdobyć się na wysiłek pisania i rozsyłania kolejnych aplikacji. Z moim CV nie można nawet złapać pracy fizycznej za najniższą krajową. Nikt nie przyjmie mnie do zamiatania ulic, bo będzie zakładał, że prędzej czy później okażę się od niego lepsza i wygryzę ze stanowiska. To naprawdę dno i pułapka ścieżki kariery. Zapadałam się w sobie. I wtedy pojawił się mój anioł. W dodatku, co dość istotne, nie pierwszy raz. Zadzwonił i kazał mi być za dwie godziny. Bez zbędnych dyskusji.

    Od tej informacji do wniosku, że moim aniołem jest Szef, dzieli nas tylko jeden krok. Nie było żadnej rozmowy kwalifikacyjnej - ot, usiadłam po drugiej stronie jego biurka, nie zdążywszy otworzyć ust, a on powiedział:
    - Takie i takie stanowisko. Dostaniesz za to tyle. Dałbym ci więcej, ale ja kasą nie dzielę, więc musisz na początek wziąć, co dają. Będę pilnował, żebyś dostawała premie i mogła sobie przy okazji coś przyrobić. Po okresie próbnym będziemy negocjować podwyżkę. A teraz chodź do naczelnego.
    - Jakieś wskazówki? - zapytałam, porażona stylem rozmowy.
    - Znam cię, nie potrzebujesz wskazówek. Zostawię was samych, choć chętnie bym posłuchał.

    Dziś zadzwonił do mnie na komórkę o 15.05. To akurat po godzinach, ale siedziałam, bo od wczoraj mam małą kumulację.
    - Jesteś jeszcze? - zapytał.
    - No, pewnie. Nie ruszę się, zanim tego nie skończę.
    - Nie przyszłabyś do mnie na chwilę?
    - Przyszłabyś.
    - Ale... wiesz co? Ja mam do ciebie prośbę.
    - Zamieniam się w słuch - odparłam zaintrygowana.
    - Czy nie zechciałabyś dać mi jednego papierosa? Nie mam fajek, nie mam czasu iść kupić, nie mam czasu zapalić, muszę jeszcze przebrnąć przez kilka spraw, a taki jestem zmęczony, że po prostu chciałbym zrobić sobie przerwę.
    - Szefie, to może i ja zrobię sobie przerwę i pójdziemy na dymka?
    - Nie wstydzisz się ze mną wyjść?
    - Słaby żarcik, słaby - odparłam. - Zaraz będę.

    Podstępnie zawlokłam go za stodołę.
    - Z czegoś się podejrzanie cieszysz - stwierdził bardziej niż zapytał w drodze.
    - Zaraz wypłoszymy wszystkich palaczy - zachichotałam.
    - No co ty? Ludzie się mnie boją? Jestem taki okropny?!
    - Wcale. Ale oni o tym nie wiedzą, więc będzie zabawa.
    - Jesteś większym potworem niż podejrzewałem! - zaśmiał się.
    - Pewnie! Ja to pielęgnuję - oznajmiłam, bardzo z siebie zadowolona.

    Zza dymu pięć razy przeprosił, że odrywa mnie od pracy i w ogóle zmusza do siedzenia po godzinach, co zbyłam prychnięciem. Jak zwykle zadumał się nad niskością moich zarobków (nie jest tak tragicznie, dał mi w tym miesiącu premię i mówiły jaskółki, że za ostatnią konferencję dostanę nagrodę) oraz poinformował o najbliższych planach i moim w nich udziale. Z pożytkiem doczesnym, czyli finansowym. Słuchałam tego spokojnie i przyglądałam mu się - naprawdę wygląda na zmęczonego.

    I dlatego może sobie wrzeszczeć. Wiem, że ludzie pomstują, ale ja pamiętam. Mnie to nie wyprowadza z równowagi. Pozwalam mu się wykrzyczeć, bo myślę, że tego potrzebuje - wywalić emocje. Nawet gdyby to było możliwe, nie zamieniłabym się z nim na miejsca. Jestem pewna, że - choć często irytujący - jest naprawdę dobrym człowiekiem. Niejeden raz mi pomógł, nie musiałam prosić. Ot - wyznałam, co mnie trapi.
    Czasem, kiedy naprawdę tego potrzebujemy, nie wiadomo skąd pojawiają się aniołowie.

    PS Na imieniny dałam mu książkę. Tak, ma się rozumieć, zrzuciłam się ze wszystkimi na wspólny prezent, ale oprócz tego poszłam tam sama z małym tomikiem w dłoniach (wiem, że chciał mieć tę pozycję - wiem, bo umiem słuchać). Podniósł okładkę i przeczytał dedykację.

    Wielce Szanowny Panie Profesorze!

    W pewnym wykładzie profesor Leszek Kołakowski, jeden z moich ulubionych specjalistów „od grzebania w duszach i umysłach“, napisał:
    "Słowo „cnota“, przyznajmy, nieco zostało ośmieszone w polskim języku, nasz cyniczny wiek jakąś aurę śmieszności wokół niego zbudował. Nie mamy jednak chyba innego słowa na łączne oznaczenie wszystkich sprawności, które są moralnie wartościowane i które lepszymi czynią zarówno człowieka pojedynczego, jak i wszystkie związki między ludźmi".
    Wypowiedź ta, jakże niezwykle trafna, nieodmiennie kojarzy mi się z Panem. Albowiem,
    w niemalże magiczny sposób, pojawia się Pan w moim życiu w chwilach, gdy – że użyję metafory motoryzacyjnej – wypadam z drogi na źle wyprofilowanych zakrętach. I, co podkreślam (!), zupełnie bezinteresownie czyni Pan je lepszym.
    Zwyczajnie trudno mi wyrazić swoją wdzięczność.
    Proszę przyjąć ode mnie ten skromny podarunek – tuż pod okładką czai się ogrom słów człowieka, który był wzorem i dla fachowców, i dla humanistów. Co wcale, mimo sądów niektórych osób, nie stoi w sprzeczności. Ja wiem to na pewno – bo dane mi było poznać Pana.

    Proszę również przyjąć moje najserdeczniejsze życzenia imieninowe. I wierzyć, że niewiele osób życzy Panu tak szczerze, jak ja.

    Przeczytał z uwagą, pomilczał chwilę, podniósł na mnie wzrok i powiedział:
    - Przesadzasz, nie?
    - Akurat - mruknęłam, wspięłam się na palce i do prezentu dołożyłam dwa solenne całusy w oba policzki.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at wrzesień 16, 2014 09:07

    Domowa kuchnia Aniki

    Placki z dyni na ostro

    Placki z dyni na ostro





    Placuszki z dyni na pikantnie - pyszne. Świetnie smakują z sosami mięsnymi, surówkami albo po prostu z gęstym jogurtem czy śmietaną. Smakują  inaczej od placków ziemniaczanych, ale wcale nie gorzej. Polecam wypróbowanie tych placuszków, bo są na prawdę smaczne.
    Do ich przyrządzenia wykorzystuje się startą surową dynię.

    Składniki: ( na ok 4 porcje )
    • 4 szklanki startej dyni
    • 1,5 szklanki mąki
    • 2 jajka
    • 1 duża cebula
    • 2 - 3 ząbki czosnku
    • szczypta chili
    • sól
    • pieprz
    • olej do smażenia
    Sposób wykonania:
    • Dynię ścieramy na tarełku o małych oczkach
    • Ucieramy cebulę, czosnek przeciskamy przez praskę
    • Do startych warzyw dodajemy jajka i mąkę. Mieszamy
    •  Całość przyprawiamy solą, szczypta chili i pieprzem. Mieszamy
    • Smażymy na oleju po kilka minut z każdej strony na złoty kolor. 
    • Przed podaniem odsączamy na papierowym ręczniku z nadmiaru tłuszczu
    • Wybornie smakują z gulaszem, surówką lub po prostu jogurtem czy śmietaną. Solo też są pyszne!!
     

    by Anika (noreply@blogger.com) at wrzesień 16, 2014 08:56

    Zuzanka

    Pani Smaczna

    Risotto z dynią i pieczarkami

    Risotto z dynią i pieczarkami

    Z ostatniej wizyty w Hiszpanii zostało mi jeszcze trochę pełnoziarnistego arborio, który uśmiechał się do mnie od dłuższego czasu. Właśnie nadeszła jego pora :) Wyposażona w dynię, pieczarki i białe wino wymyśliłam takie vege risotto. Danie mimo braku mięsa, jest pełne smaku i bardzo sycące i w ogóle go tam nie brakuje :)

    Składniki:
    4-5 porcji

    • 300 g ryżu arborio (użyłam pełnoziarnistego)
    • 300 g dyni
    • 250 g pieczarek
    • 250 ml białego wina
    • 1 l bulionu warzywnego
    • pęczek natki pietruszki
    • 2 łyżki oliwy z oliwek
    • 1 cebula
    • 2 ząbki czosnku
    • 60 g startego parmezanu
    • 20 g łyżki masła
    • ½ łyżeczki rozmarynu suszonego
    • sól
    • pieprz













    Wykonanie:

    Ryż przepłukujemy zimną wodą. Pietruszkę i cebulę drobno siekamy. Czosnek przeciskamy przez praskę. Pieczarki obieramy lub dokładnie myjemy. Kroimy w plasterki lub półplasterki w  zależności od wielkości.

    Na dużej patelni rozgrzewamy oliwę. Podsmażamy na niej cebulę i czosnek  do czasu, aż cebula zrobi się szklista. Po chwili dodajemy połowę pieczarek, rozmaryn i lekko solimy. Gdy pieczarki zmniejszą lekko swoją objętość dodajemy ryż.

    Mieszamy, aż ryż obklei się powstałym płynem z cebuli, pieczarek i zrobi się szklisty.

    Kolejno dorzucamy dynię i dolewamy wino. Mieszamy aż alkohol odparuje.

    Risotto podlewamy bulionem (w porcjach po około 250 ml) i mieszamy, aż bulion zostanie wchłonięty przez ryż. Razem z drugą dolewką bulionu dodajemy resztę pieczarek i garść posiekanej natki pietruszki.

    Dodając ostatnią porcję bulionu, przykrywamy patelnię pokrywką. W dalszym ciągu od czasu do czasu mieszamy. Patelnię trzymamy na średnim ogniu. W międzyczasie przyprawiamy danie solą i pieprzem.

    Gdy ryż będzie już miękki odstawiamy risotto z gazu i dodajemy resztę natki pietruszki , masło i parmezan. Mieszamy.

    Podajemy na ogrzanych talerzach.

    Smacznego!

    by Pani Smaczna at wrzesień 16, 2014 07:12

    Dzieciowo mi

    Aspirator do nosa Sopelek – aaaaby pokonać katar

    Założę się – o co można by się tu założyć? – o skrzynkę czerwonego wina, o sto…, nie, dobra, o dwieście tabliczek czekolady i co ja tam jeszcze lubię, o, wiem o kilogram bitej śmietany, że najbardziej upierdliwym doświadczeniem rodzica jest dziecięcy katar. Ludzie, jak ja błogosławię chwilę, kiedy moje panny ostatecznie nauczyły się wydmuchiwać noski! Co za ulga. Po odstawieniu pieluch drugie nasze wielkie osiągnięcie życiowe. Trzecie będzie wtedy, jak zaczną same wychodzić na podwórko, hy, hy. Nie wiem, co zrobię z taką ilością luzu. Chyba dodatkowe pranie machnę czy coś.

    No dobra, czterolatek  wydmuchuje i tylko mówi, że mamo poplosę papielek, ale z noworodkiem, niemowlęciem i małym dzieckiem już tak lekko nie jest. Komunikat „dmuchaj mocno” nie działa. Co robić? Różnie robić. Używamy gruszek, ale gruszki średnio są skuteczne. Znacznie lepiej spisują się aspiratory. Wśród aspiratorów również obserwujemy sporą różnorodność. Recenzowałam już aspirator Katarek podłączany do… odkurzacza. Spokojnie, nie wysysał mózgu. Był skuteczny, choć w żadnym wypadku nie można go nazwać „niezwykle wygodnym w obsłudze”. Czas na Sopelek, aspirator „ręczny”. Właściwie doustny.

    Aspirator Sopelek najlepiej obsługiwaliby ci, którzy specjalizowali się w odsysaniu benzyny z baku do kanistra, a także ci, którzy co tydzień dokonują wymiany wody w akwarium. Trzeba zassać rureczkę i… Zresztą zobaczcie, co na temat aspiratora Sopelek pisze Anna, która podzieliła się z nami swoimi spostrzeżeniami.

    aspirator_sopelek

    Zdjęcie zrobiła Anna

    Na początku mojej kariery jako matka nasłuchałam się pieśni pochwalnych dla Fridy aspiratora do nosa. Jako że należę do osób, u których mało co powoduje odruch wymiotny, postanowiłam sprawić sobie to cudo. Ale wiadomo brzuch coraz większy, portfel coraz cieńszy, a Frida najtańsza nie jest. Znalazłam aspirator do nosa Sopelek. W porównaniu z Fridą składającą się tylko z jednej rurki sopelek składa się z 2 części – wkładu z filtrem (ten filtr kojarzy mi się z szorstką gąbką) oraz części ssącej. Wszystko po to, żeby łatwiej było wyczyścić nosek, bo aspiratorem zgarniemy nie tylko lejący się katarek, ale też grubsze sprawy z nosa. Jestem w stanie grubsze sprawy  doczyścić  patyczkem do uszu. Filterków w pudełku jest 4 szt.  Sopelek oceniam na 4, tylko dla tego że miałam okazję używać aspiratora firmy Marimer. Ten drugi oceniam na 5+ za krótką końcówkę z filterkem. Jestem w stanie wyczyścić tę końcówkę za sprawą samej chusteczki, co jest bezcenne podczas np lotu samolotem (sprawdzone).

    Podepnę się pod recenzję Anki. Pamiętam Sopelek, bo i sama go używałam. Czy był skuteczny? Był. Gąbeczka wkładana do ustrojstwa zapobiegała temu, co dzieje się podczas zasysania wody z akwarium lub benzyny z baku. Wizualizujecie, prawda? Bardzo dobrze ;) Gąbeczki się wymienia, a i kupić je można solo, jeśli te, które mamy z zestawem, będą już w stanie wskazującym na zużycie. Najbardziej jednak we wszystkich aspiratorach – w Katarku też – wpieniała mnie upierdliwość czyszczenia. Trzeba było to robić pod strumieniem wody, uprzednio narzędzie wymoczywszy, jeśli nam się nie chciało umyć go zaraz po dokonaniu czynności odsysających. Jak ja tego nienawidziłam.

    Czekam, aż ktoś wymyśli aspirator, który nie będzie wymagał siły od rodzica ani potrzeby unieruchomienia głowy oseska, który rzecz jasna mocno protestuje przy tym unieruchamianiu. Czekam na wymyślenie czegoś, co odsączy skutecznie i w minutę, ale nie będzie wymagało wyciągania odkurzacza (włączanie odkurzacza w środku nocy, kiedy się mieszka w bloku, nie jest najlepszym pomysłem, wierzcie mi). Czekam… Co ja gadam! Już nie czekam! Ja daję do łapy chusteczkę higieniczną i cześć pieśni. O, dolce vita!

    by kruszyzna at wrzesień 16, 2014 06:27

    Domowa kuchnia Aniki

    Puree z dyni do słoików na zimę

    Puree z dyni do słoików na zimę



     



    Czas dyniowy nadszedł. Ja - fanka tego pysznego warzywa - jestem w żywiole. Przez najbliższy czas będzie u nas dyniowo. Pomysłów mam masę, a i dyni nakupiłam, więc jest nad czym pracować:). Dziś zrobiłam puree, które posłużyło mi do upieczenia ciasta dyniowego, a resztę zamknęłam do słoików i zapasteryzowałam. W ten sposób dyniowe puree będę miała pod ręką, gdy przyjdzie mi ochota na coś z dodatkiem tego pysznego warzywa. Przyrządzenie musu dyniowego to nic skomplikowanego, a mamy bazę do przyrządzenia różnych smakołyków, również wtedy, kiedy świeżej dyni już nie ma.
    Oczywiście takie puree, jeśli tylko mamy do czego, możemy wykorzystać na bieżąco. Wszystko zależy od wielkości dyni i liczebności rodziny:-).
    Puree robię bez żadnych dodatków. Doprawiać będę je na różne sposoby w momencie, gdy będę z niego korzystać. A pomysłów i przepisów z wykorzystaniem dyniowego puree mam całą masę. Będą to placki, racuszki, pierożki, zupy itd. Przepisy niedługo, bo kilka już mam gotowych, tylko wrzucić zdjęcia i na bloga:). Ale zaczynamy od puree!




    Składniki:
    • dynia ( w dowolnej ilości, najlepiej o intensywnie pomarańczowym miąższu - ma więcej wartości zdrowotnych )
    Sposób przyrządzenia:
    •  Dynię przekrawamy na pól i wydrążamy miękki miąższ wraz z pestkami. Tak oczyszczoną dynię dzielimy na mniejsze kawałki ( jesli dynia nie jest zbyt duża wystarczy połówkę dyni podzielić na kilka łódeczek. Jeśli większa - łódeczki dzielimy na mniejsze części )
    • Tak przygotowana dynię układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia skórką do dołu
    • Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na ok 45 - 50 minut, aż dynia zmięknie
    • Piekarnik otwieramy i dynię studzimy, a następnie miąższ oddzielamy od skórki ( za pomocą noża lub łyżki ). Miąższ umieszczamy w naczyniu, a następnie miksujemy na gładki mus
    • Zmiksowane puree przekładamy do wysterylizowanych słoików ( ja wkładam umyte słoiki i przykrywki do piekarnika, nastawiam temperaturę na 125 stopni i od momentu osiągnięcia wymaganej temperatury wyparzam je ok 15 minut ). Zakręcamy i pasteryzujemy ok 20 minut ( małe słoiczki, większe dłużej ) zalewając słoiki wodą do 2/3 wysokości

      by Anika (noreply@blogger.com) at wrzesień 16, 2014 02:36

      pierwsza żona

      notatka na marginesie

      Wstałam nawet z zapalem. Z zapałem że ach i oto czeka mnie nowy dzień pełen wyzwań. Tak, czasami lubię moją pracę.

      Ale natomiast wtem o 15.20 zasłabłam.

      Przybiła mnie rzeczywistość w postaci kocich kłaków na podłodze, braku sterylnych stołów, pełnowartościowego objadu czekającego na moje pocieszki i wykrochmalonego fartucha.

      Naprawdę zarządzam zabawkami. naprawdę.

      to co nie znika do końca dnia z pokoju ogólnego to wyrzucam (chowam). Rzeczy do prania po kompaniu odkładają do brudów.

      Talerze po obiadku wstawiają do zlewu.

      Ale kurna ! Zmywarka ciągle pełna, w zasadzie jest wieczna kolejka do zmwywarki, talerze sfrustrowane, łyżki walą w patelnię.

      Nie chcemy wiecznie czekać w kolejce!

      Komuna Panie jak nic.

      I co pacze na ten zlew pełny + stado hien nad nim (muszki owocówki są drapieżne w tym roku. Obsiadają np. świeżą cukinie) to nie mogę.

      I robie się nerwowa.

      wiem, że to godzina tylko na ogarniecie tego ale KURWA nie mam tej godziny!!!!!

      Nie mam!!!

      Roboty przybywa, konczę pracę o 17, następnie jadę drugą szychtę od 21.

      I mam 4h na ogarniecie domu, prania, lekcji, garów, objadu.

      Może ktoś np. mógłby mi dowozić codziennie domowy obiad na 14,20 ?

      Tak wiem, nasze matki nie miały pralek.

      (do pralki kolejki się skonczyly. mogę załadować 9kg prania na raz)

      Tak tak, wiem w zeszłym roku też mi się wydawało że tak sobie świetnie radze przez pierwsze 2 tygodnie września.

      Tak , znam zasadę – nie dotykaj rzeczy 2x. jak się wzięło coś to czeba to odłożyć od razu na miejsce.

      Wiem.

      A dzie książki o samorozwoju?

      Dziś w dodatku muszę się jeszcze wybatorzyć bo wisze synowi tor samochodowy z kartonu a córce branzoletke na krośnie.

      (próbowaliście zapleść te gumeczki kurna na krosenku, żeby po zdjęciu z krosenka były piękne kwiatuszki i motylki ? Ja próbowałam RAZ. zaplatałam 2h przysięgam. Po zdjęciu wszystko mi się jakoś rozpadło. A takie nie skomplikowane, dziewczynka może 11 letnia na jutjubie robiła, taka uśmiechnieta).

       

      Tak, mam dziś dzień Złej Nie Boskiej Matki.

      Do mojej głowy też kolejka myśli.

      Jedna przegania drugą, wpychają się, krzyczą. Niektóre stoją od 5 rano.

      A centrala nie wyrabia.

      Tak Pani Myślo-o-Spokoju. Pani jest ostatnia. Pobrała Pani numerek ? Skończyły się ? No tak. Fundusz na ten rok się wyczerpał, proszę spróbować zadzwonić w styczniu.

      Ale  nie obiecuję. Też będą cięcia.

      CIACHCIACH.

       

      by autor at wrzesień 16, 2014 01:35

      Szymaczek

      Anrzej rysuje

      Smoking kills...

      O WINIE, SERZE I – A JAKŻE – SERIALU

      Jak mówi stare japońskie przysłowie – urodziny i po urodzinach. Jedyna mądrość, jaka spłynęła na mnie wraz z ukończeniem, to – nigdy, ale to nigdy, żeby nie wiem co, nie pij białego wina z Nowej Zelandii, które smakuje czarną porzeczką (białe wino? Czarną porzeczką?). To jest, ja i tak nie piłam, bo nie lubię białego i wolałam różowe portugalskie, pod kolor flamingów na trawniku. Natomiast tym, co pili, wino spustoszyło organizm jak najazd Tatarów na Sicz Zaporoską, a naprawdę w winie nie o to chodzi. Z flagowych produktów Nowej Zelandii  jednak bezpieczniej pozostać przy strzyżeniu owiec, bez urazy.

      Z tego wszystkiego odkryłam nowy serial. Prześwietny: zabójczy wirus na stacji arktycznej! Mało? No to ekipa z agencji ochrony zdrowia publicznego, która przyjeżdża go ujarzmić (tego wirusa, ju noł), składa się z pana wirusologa, jego byłej żony, która zdradziła go z jego własnym bratem i to TEN BRAT jest aktualnie zżerany przez wirus w szybkim tempie oraz młodej niuni, która jeszcze z panem wirusologiem nie spała, a przynajmniej tak zeznaje byłej żonie –ale raczej by chciała. Kto się zarazi wirusem, robi się nerwowy i cieknie mu z ust na czarno. Całość nie byłaby kompletna bez enigmatycznego szefa bazy – Japończyka, który COŚ UKRYWA. Aha, na zewnątrz jest minus siedemdziesiąt stopni mrozu i przez większość doby nie ma żadnej łączności. PRAWDA, JAKI PIĘKNY? Nazywa się „Helix”. Palce lizać.

      Coraz mniej czasu do wyjazdu na wakacje, ale za to N. ma coraz większy obłęd w oku (tak, mamy ubezpieczenie od kosztów rezygnacji, wolałabym JENAKOWOŻ, żeby się nie przydało, kurka wodna kostropata).

      Aha – i jeśli chodzi o oscypek na elektrycznej grillowej patelni, to całkiem się rozpłynął (a tam, gdzie są te dziury do odprowadzania tłuszczu, to nimi przeciekł na dół). Złośliwa menda, a nie ser.

       

      by Barbarella at wrzesień 16, 2014 08:14

      Czytadelko

      Kochane Lato z Radiem - Roman Czejarek

      Właściwie zupełnie nie interesowałam się tą książką. I właściwie w ogóle bym jej nie przeczytała, gdyby nie to, że przez pomyłkę trafiła na mój prywatny adres. A skoro już trafiła, to zaczęłam ją kartkować, najpierw przeglądając tylko zdjęcia, później podczytując to tu, to tam, po kilka zdań dosłownie. A w końcu dałam się totalnie wciągnąć, w efekcie przeczytałam całość i uznałam, że nie mam najmniejszego zamiaru komukolwiek jej oddawać. 

      Nie da się ukryć, że Lato z Radiem cieszy się niesłabnącą popularnością od wielu już lat i co roku zjednuje sobie nowych fanów. Nie da się też ukryć, że ja tą fanką nigdy nie byłam. Żebyście mnie źle nie zrozumieli, nie byłam też nie-fanką. Wiadomo, na dźwięki polki dziadek rusza mi się nóżka, audycję kojarzę, czasem nawet słucham, ale nigdy nie wyczekiwałam jej z niecierpliwością, nie słuchałam z wypiekami na twarzy, nie śledziłam trasy koncertowej i... nigdy też nie byłam na żadnym koncercie organizowanym przez ekipę Lata z Radiem. A przynajmniej tego nie pamiętam. Ale artystów, z którymi współpracowali znam, piosenek słucham, niektóre teksty chcąc nie chcąc umiem na pamięć, choć przecież nigdy się ich specjalnie nie uczyłam, i podśpiewuję sobie często, więc chyba właśnie to wpłynęło na tak pozytywny odbiór tej książki.

      Kochane Lato z Radiem nieformalnie, ale jednak zostało podzielone na dwie części, z których pierwszą zajmują opowieści o gwiazdach, z jakimi na przestrzeni lat przyszło załodze radia współpracować, druga zaś opowiada o zabawach i konkursach, które organizowali i które właściwie za każdym razem cieszyły się ogromnym zaangażowaniem ze strony słuchaczy.

      Poczytamy więc o tym, w czym tkwi sekret wiecznie mocnego głosu Maryli Rodowicz albo w jaki sposób Doda honoruje swoich największych fanów. Oraz do czego potrafią posunąć się zdesperowane fanki Andrzeja Krzywego, a także co zrobić, by Olek Klepacz przestał w końcu kląć na scenie. Dowiemy się jak przebiegały wybory Miss Lata z Radiem, ile tak właściwie łat miała najbardziej łaciata krowa w Polsce i poznamy przepis na zupę rybną, a właściwie ponad 5 tysięcy litrów tej zupy.

      Z każdą kolejną stroną, z każdą kolejną opowieścią rósł mój podziw i szacunek dla całego zespołu zajmującego się przygotowaniem tras koncertowych Lata z Radiem i dopilnowaniem, by wszystko odbyło się zgodnie z planem. To ogromne przedsięwzięcie, ogromny wysiłek, wiele godzin ciężkiej pracy i stresu związanego z tym czy na pewno wszystko zostało dopięte na ostatni guzik i co zrobić, jeśli jedna część misternie przygotowanego projektu legnie w gruzach. Mam wrażenie, że cały sekret tkwi w zachowaniu odpowiedniego dystansu i ogromnej dawki dobrego humoru. Obydwie te rzeczy bardzo mocno czuć na każdej stronie książki Romana Czejarka.

      Kochane Lato z Radiem to świetna, przepełniona mnóstwem ciekawostek i anegdotek, a przede wszystkim ogromem dobrego humoru książka, która za sprawą gawędziarskiego stylu autora i jednocześnie długoletniego szefa Lata z Radiem Romana Czejarka, niemal czyta się sama. Historyjki z udziałem Krzysztofa Krawczyka, Stachursky'ego, Ani Wyszkoni, Ryszarda Rynkowskiego i Zbigniewa Wodeckiego, Grzegorza i Patrycji Markowskich, Andrzeja Piasecznego, zespołów Ich Troje, KOMBII i Kabaretu OT.TO... po prostu nie pozwalają się od siebie oderwać i choćby człowiek nie chciał, to i tak łyknie całość prawie na raz, a potem będzie mu mało.

      I mam tylko zastrzeżenia do pewnej niedbałości ze strony redaktorów. I nie chodzi tu tylko o literówki, ale na przykład o nieścisłości pomiędzy informacjami w tekście a podpisami pod zdjęciami*. Z drugiej strony, może w zestawieniu z doskonale spędzonym czasem powinnam naprawdę przymknąć oko na taką błahostkę? No, to przymykam. A wy czytajcie, jeśli jeszcze nie czytaliście!

      Roman Czejarek, Kochane Lato z Radiem , Warszawa, Wydawnictwo Marginesy 2014

      *np. s. 322 - rozbieżności w liczbach

      by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at wrzesień 16, 2014 07:12

      Dzieciowo mi

      Stulejka – męski problem

      Temat stulejki powraca. A tak. Cały czas pamiętamy o tym, że mam trzy córki, ale to, że nie doświadczyłam, nie oznacza, że nie pomielę sobie ozorem. Mam blog i nie zawaham się go użyć. Powraca, ponieważ dalej zgłębiam zagadnienie. Okazuje się, że to wcale nie takie rzadkie. Problem stulejki dotyka około 12-15% mężczyzn i chłopców, czyli inaczej mówiąc co szóstego lub co ósmego obywatela płci męskiej. To bardzo dużo. A skoro dużo, trzeba wracać do kwestii raz po raz.

      Ważne jest, że problem stulejki może być i wrodzony, i nabyty. Bywa, że u chłopca lub dorosłego mężczyzny, który nie miał tej wątpliwej przyjemności doświadczać zwężenia napletka, dochodzi do niego na skutek przebytej infekcji. Stulejka może być konsekwencją stanu zapalnego. Jak żyje się ze stulejką? Z tego, co czytam, to raczej kiepsko. U dorosłego mężczyzny stulejka utrudnia kontakty seksualne, powoduje, że wiążą się one z bólem lub w najlepszym przypadku z poczuciem dyskomfortu. Utrudnia również higienę. Jeśli nie można odciągnąć napletka z żołędzi lub czynność ta po prostu boli, to i mycie strategicznej części człowieka jest rzadsze. To może prowadzić do stanów zapalnych i zbliznowacenia napletka.

      Całość utrudnia fakt, że problem stulejki jest zwyczajnie wstydliwy. Doskonale mogę zrozumieć to, że ktoś nie podejmuje działań zmierzających ku leczeniu z tego tylko powodu, że nie potrafi się przełamać i przyznać. My, kobiety miewamy swoje kłopoty natury ginekologicznej, ale stawiam tezę, że nam jednak zadziałać jest łatwiej. Dla mężczyzny kwestia jego sprawności seksualnej może być bardzo drażliwa. Wydaje mi się więc, że w tym zakresie rodzice chłopców powinni wykazywać wzmożone wyczulenie na problem. Łatwo się mówi, wiem.

      Wiadomo, że nie zawsze trzeba leczyć operacyjnie, stosowane są rozmaite inne metody, w tym farmakologiczne, ale czasami bywa też i tak, że nie obejdzie się bez zabiegu, a taki można wykonać tak na chłopcu, jak na dorosłym mężczyźnie. Różny też jest takiego zabiegu zakres, od delikatnej plastyki napletka po obrzezanie. Jak się do zabiegu przygotować?

      Najwcześniej 14 dni przed zabiegiem trzeba wykonać odpowiednie badania krwi. Są to badania pozwalające wykryć ewentualne wirusowe zapalenie wątroby oraz wykryć stany zapalne tego narządu, badanie oceniające tempo krzepnięcia krwi oraz najbardziej podstawowe z możliwych, czyli morfologię. Zanim do zabiegu w ogóle dojdzie, muszą być najpierw wyleczone wszelkie stany zapalne prącia.

      W dniu zabiegu trzeba ogolić krocze (jeśli jest co golić, oczywiście, bo nie mówimy tu o małych dzieciach). Jeśli operacja będzie nie w znieczuleniu miejscowym, a ogólnym, to sześć godzin przed nią trzeba być na czczo, ani jeść, ani pić.

      Co po zabiegu? No cóż, po wszystkim na ranę zakładany jest opatrunek (oczywista oczywistość). Sam okres gojenia się trwa około 7-10 dni, ale znacznie dłużej należy przestrzegać odpowiednich procedur i higieny. Bardzo ważne jest też to, żeby zażywać lekarstwa przepisane przez lekarza i ściśle stosować się do wskazań. Stulejka jest problemem, który lubi powracać. Nieprawidłowe postępowanie po zabiegu może zaskutkować zbliznowaceniem napletka. Dowiedziałam się, że zaleca się stosowanie maści natłuszczających (np. Alantan) lub maści wydawanych na receptę (Cepam, Contractubex).

      Po zabiegu stulejki mogą pojawić się powikłania. Najczęściej są one wynikiem nieprawidłowej higieny i – jak czytam – to kwestia bardzo indywidualna, ale mogą wystąpić. Po zabiegu występuje też opuchlizna i ona akurat jest stanem fizjologicznym. Jeśli dojdzie jednak do ropienia rany, krwawienia z penisa czy innych atrakcji, trzeba skontaktować się ze specjalistą.

      Pisząc ten tekst korzystałam z informacji zawartych na stronie http://www.tourmedica.pl. Link odsyła do jednego z tekstów o stulejce, jakie tam znalazłam, a znalazłam kilka, opierałam się na dwóch. Tam znajdziecie też znacznie więcej na temat samego przebiegu operacji, praktycznie krok po kroku. Zainteresowanych szczegółami odsyłam tam. Do tematu stulejki pozwolę sobie jeszcze powrócić., bo te 15% nie daje mi spokoju ;)

      Ikona notki ze strony www.tourmedica.pl

      by kruszyzna at wrzesień 16, 2014 07:06

      Od rana do wieczora

      Gra w statki

      Wczoraj wieczorem grałam z Michałem w statki. Gra obfitowała w niespodzianki, jak np. siedmiomasztowiec we flocie syna. Po skończonej bitwie morskiej zestawiliśmy nasze plansze. I dopiero się zdziwiliśmy!

      Michał był zaskoczony, że na mojej planszy widnieje dokładne odwzorowanie jego. Ja z kolei przeżyłam szok, gdy zobaczyłam, jak wygląda moja w jego interpretacji. Szok tym większy, że Michał tę partię wygrał.

      statki

      by Chuda at wrzesień 16, 2014 06:17

      zycie na kreske

      Kura pazurem

      Masaż działa!

      Dzisiaj roznosi mnie pozytywna energia. Po dołku czas na lekkie wzniesienie. W dodatku zaczynam popadać w narcyzm. Tak. Nie da się ukryć. Od kilku dni chadzam po domu (tylko wieczorem) w gatkach i przeglądam swoje uda w każdym lustrze. Bo przecież wszędzie inaczej pada światło. Potem widziany obraz sumuję w swojej rozczochranej i cieszę się z tego, co mi wychodzi.

      kobieta nagaPamiętacie, jak niedawno pisałam o torturach, jakim się poddałam? Zwały się one dumnie endermologią. Pisałam o pierwszej wizycie na tym masażu. Bolało jak cholera. Naprawdę. I siniaki po tym były. Jednak z tego względu, że ja nie z tych, co się poddają po pierwszym razie, poszłam drugi, trzeci, a nawet szósty. Ba! Za trzecim już nie bolało, to znaczy trochę, ale było to przyjemne, co przyznaję ku swojemu zaskoczeniu. I nawet prosiłam panią, żeby moc podkręciła! Powiem Wam, kobitki (przepraszam Panów, ale to głównie babska rzecz), że to działa. Serio, serio. To nie jest żaden wpis sponsorowany. Faktycznie te masaże ujędrniają skórę, likwidują cellulit. Gdybym nie poszła i nie poddała się temu wałkowaniu, to na pewno bym nie uwierzyła.

      Niestety nie mam na tyle odwagi, by wrzucić na blog zdjęcia swoich wyrolowanych ud, ale nawet Jajo powiedziało „no, no”, z podziwem w głosie. Ha! No, a Mężuś, wiadomo, śmiał się. I kiedy ja mu udo swoje własne pod nos podsuwałam, by dotknął, obejrzał, to kiwał z uśmiechem głową. No, nijak mojego entuzjazmu nie podziela. A ja co? Przed wieczornym prysznicem (rano nie mam czasu na delektowanie się widokiem) najpierw się oglądam w lustrze łazienkowym. Potem idę do przedpokoju, bo tam lepsze światło, a na koniec jeszcze w pokoju się przeglądam. I głaszczę. Naprawdę. Takie sobie pieszczoty funduję, bo skóra gładka i jędrna! I dupkę też oglądam, i łydki. I nadziwić się nie mogę. Ech, jeszcze jakby człowiek tak pobiegał codziennie, nie? Toż pięknie by było. I tak w tym rozmarzeniu o mały włos nałożyłabym adidasy i wybiegłabym z domu niczym łania, ale na szczęście przypomniało mi się, jak kiedyś próbowałam i po stu metrach za parowóz robiłam, a do domu wracałam jak koń po rodeo z poczuciem własnej wartości równym zero.

      Jednak coby piękny efekt wałkowania na nogach utrzymać, zabrałam się za skakankę. I tak sobie rano podskakuję. A że podłoga drewniana, to regał z książkami jakoś tak niebezpiecznie się kiwa. Chyba z politowaniem. Mam nadzieję, że jednak nie runie. Jakby któregoś dnia nieoczekiwanie postu nie było, to znaczy, że leżę przywalona ciężarem papierowej wiedzy. I znów winien będzie wysiłek fizyczny. ;-)

      by anna at wrzesień 16, 2014 03:11

      wrzesień 15, 2014

      nic specjalnego

      Mix

      Ponieważ świetnie mi poszło plecenie koralików ściegiem peyotle, uplotłam
      jeszcze taki komplet - naszyjnik i kolczyki:

      Dziwnym trafem kolory są takie jak w naturze.
      Komentarz mego ślubnego: "nie wiedziałem, że tak lubisz geometrię."
      Ja też nie wiedziałam;))))

      A teraz kilka  wiadomostek-ciekawostek z frontu Pierwszoklasisty.
      Trzeciego września Krasnoludek powiedział rano swej mamie, że się zle
      czuje. Gdy już zaczęła sprawdzac czy aby nie ma gorączki, Krasnoludek
      oświadczył, że on się zle czuje w szkole, bo już trzeci dzień jest w szkole,
      a jeszcze nic nie mógł policzyc. Ani chybi księgowy nam  rośnie.
      A teraz  kilka ciekawostek z życia jego szkoły: Starsze klasy zaczęły
      naukę wcześniej, bo wraz z personelem szykowały szkołę dla Pierwszaków.
      Starszaki przyklejały kartki  z imionami Pierwszaków oraz inne oznaczenia,
      żeby Małym łatwo było wszędzie trafic.
      Poza tym  każdy Pierwszak  ma tzw. "Ojca Chrzestnego", czyli opiekuna
      z drugiej lub trzeciej klasy. Na początku każdym Pierwszakiem  opiekują się,
      dwaj rózni uczniowie, potem zostaje ten, z którym Pierwszak lepiej się
      dogaduje. Naszym Krasnalem opiekuje się Max, drugoklasista.
      Klasa naszego Krasnala liczy 24 uczniów. Codziennie, przez dwie godziny,
      klasą opiekują się dwie osoby- stała nauczycielka oraz Wychowaczyni,
      czyli szkolny pedagog.
      W pierwszym tygodniu szkoła rozdała rodzicom tzw. "zeszyty cwiczeń",
      (jest ich kilka poziomów), by rodzice wybrali z których zeszytów ma się
      uczyc ich dziecko - bo w Niemczech nie ma "zerówek" i do pierwszej
      klasy trafiają zarówno te dzieci, które już piszą i czytają jak i te, które nie
      rozróżniają liter.
      Ta szkoła od pierwszej klasy przyzwyczaja dzieci do odrabiania prac
      domowych. Nasz Krasnal miał do odrobienia w domu zadanie z dodawania-
      9+ 6=  .... Krasnal popadł w głęboki namysł, bo zupełnie nie widział sensu
      w napisaniu wyniku, skoro on wiedział jaki jest wynik dodawania. Dośc
      długo musiała  mu córka tłumaczyc, dlaczego to musiał napisac.
      W końcu zapytał - "czy masz na myśli, że mam napisac, że to jest tyle ile
      zostaje gdy od 20 odejmiemy 5?"
      Oczywiście nasz Słodziak dostał zadanie dla dzieci z klasy drugiej.
      Dzieciaki raz w tygodniu jeżdżą autokarem na  basen - i tu znów był
      cios dla Krasnala- Krasnal już pływa i ma zaliczone pływanie "żabką" i
      nurkowanie, a tu, ponieważ to pierwsza wizyta na basenie ( a basen 25 m,
      najpłytsze miejsce 1,20m) wszystkim pierwszakom kazali założyc
      rękawki. Oczywiście zaraz w domu był protest-song i następnego dnia
      córka zaniosła do szkoły jego kartę pływacką, więc już więcej nikt mu
      rękawków nie założy. Ale za dodatkową opłatą jeden z trenerów będzie
      z nim przerabiał nastepny stopień wtajemniczenia, czyli pływanie na
      grzbiecie.
      W pierwszej klasie nie ma angielskiego, ale córka, nie chcąc by stracił
      to co już  umie (a angielski miał od żłobka) znalazła mu już lektorkę i
      raz w tygodniu będzie  miał w domu 2,5 godz. angielskiego. Pani jest rodem
      z Kanady, z wykształcenia plastyczką i  Kai jest  zachwycony bo nawet nie
      zauważył, że to jest lekcja- pani rysowała, a on tak przy okazji nauczył się
      nowych słów.
      A drugi, młodszy Krasnal, będzie miał zmienione przedszkole - primo
      bliżej szkoły Starszego, secundo- o niebo lepsze. To  ostatnio miało jakieś
      zawirowania  wśród personelu i bardzo się popsuło.
      Dziś córka była z nim w nowym przedszkolu i mały stwierdził, że tu mu
      się znacznie bardziej podoba.
      23 b.m. jest pierwsza "wywiadówka " nauczyciele i wychowawcy podzielą
      się z rodzicami swymi wrażeniami z trzech tygodni pobytu dzieci w szkole.
      Gdy się dowiem czegoś ciekawego- oczywiście napiszę.


      by anabell (noreply@blogger.com) at wrzesień 15, 2014 09:14

      Dzieciowo mi

      Najlepsze rajtuzy dla dzieci – ranking mocno subiektywny

      Sezon rajtuzkowy można uznać za rozpoczęty. Jeśli nie już, to za moment tak się stanie. Piękna pogoda niech was nie zmyli, lada moment, jak w Kabarecie Starszych Panów, nastąpi nieoczekiwany koniec lata i z plus dwudziestu stopni ockniecie się z przymrozkiem. Ano, tak to już jest. Przezorny zawsze ubezpieczony, z odpowiednim wyprzedzeniem zainwestował w rajtuzy, rajstopki, skarpetki czy jak tam to zwał. Wszystko pięknie, tylko w jakie? Wbrew pozorom to wcale nie jest typowo wydumany problem pierwszego świata. Wspomnijcie własne przedszkole. Nie wpieniały was gryzące i zjeżdżające z tyłka rajty? A właśnie. No to lecim na Szczecin z wybitnie subiektywnym rankingiem tego, co wciągamy najmłodszym na odnóża. Podaję to, co pod mym dachem gościłam oraz temi ręcyma macałam i prałam. Nie no, OK, prała pralka.

      H&M

      Dla mnie namber łan. Dzieci dokładnie rok temu dostały na urodziny kilka par i po roku intensywnego noszenia, tarmoszenia bez litości, prania w pralce na 40 stopni i na 60 stopni są jak nowe. Serio. Nie zmechaciły się, nie przetarły, nie zbiegły, nie zrobiły sztywne jak interes po viagrze. Gumka w pasie trzyma dzielnie i nic nie zjeżdża z najszlachetniejszej części pleców. Są po prostu świetne. Nie wiem, ile kosztowały, ale ile by to nie było – warto. Coś dla miłośników rajtuz bez wzorków – mają takie.

      C & A

      Bardzo dobre, podobnie jak H&M. Po praniu robią się jednak sztywniejsze niż te pierwsze. Reszta podobnie – nie zbiegają się, nie mechacą, guma trzyma, ładny design, jest git. Cenowo ta sama półka. Gdybym miała wybór między H&M i C&A, wybrałabym to pierwsze.

      Gatta

      Noszą się świetnie, świetnie się piorą, ale mają tendencję do wycierania się na kolanach. Dobra, nikt ich nie oszczędza, wiadomo, od tego w końcu są, ale mimo wszystko zauważam różnicę między wyżej wymienionymi sieciówkami a Gattą. Na plus można zapisać mnóstwo wzorów, kolorów, bardzo szeroką ofertę (cieńsze, grubsze) i – mimo wszystko – dobrą jakość.

      Biedronka

      Dramat. Biedronka wygrywa w konkursie na najbardziej mechacące się i najbardziej gryzące rajtuzy. Żrą jak wściekłe, do tego stopnia, że staje mi przed oczami moje własne przedszkole („szanowni państwo, nie po raz pierwszy staje mi”). Trzymają się dobrze, problem z tym, że dzieci same chcą się ich pozbyć. Nigdy więcej.

      Lidl

      Lidl ma dwie serie rajtuzków, Lupilu dla młodszych dzieci (rozmiar do 116 włącznie) oraz Pepperts dla starszych (od 122 do bodajże 164). Do tej pory znałam tylko Lupilu, ale ponieważ panta rhei, dzieci rosną, to pierworodna wskoczyła w Pepperts. Właśnie w nie zainwestowałam.

      lupilu_pepperts_rajtuzy

      Lupilu mamy w wersji zwykłej i w wersji frotte. Szczerze? Nie wiem, która jest gorsza. Sama się sobie dziwię, że kupiłam je po raz kolejny i próbuję to jakoś racjonalnie wytłumaczyć. Powiedzmy, że chciałabym się przekonać, czy coś przez ostatnie dwa lata zmieniło się na lepsze. Bo na gorsze już się nie da. Rajtuzy Lupilu w wersji frotte zapamiętałam jako rozciągające się w nieskończoność na długość i z dążącą do nieskończoności gumą. Wiecznie spadały, ubierały się niewygodnie, po praniu można było nimi wbijać gwoździe (nie pomagały płyny do płukania), mechaciły się, przedzierały w kroku i w ogóle stanowiły jeden wielki dramat.

      Ze zwykłymi było nieco lepiej, choć darcie się w kroku można uznać za cechę wspólną. Upierdliwie natomiast kurczyły się i to do tego stopnia, że bardzo szybko stawały się za małe. To samo, co ciekawe, zdarza się skarpetkom Lupilu. Ostatnio kupiłam dziewczynom siedmiopak (kojarzycie takie komplety z różnymi owocami i nazwami dni tygodnia,  Monday itd), który po trzech praniach okazał się nie do noszenia. Z rozmiaru 26 zjechał nie przymierzając na jakieś 19 i pasował na stopę sześciomiesięczniaka, a nie czterolatka. Katastrofa. Co ciekawe, ten sam siedmiopak w wersji dla dorosłych męskich i dorosłych żeńskich jest fantastyczny. Jedne z najlepszych skarpet, jakie miałam.

      A teraz cóż, po raz kolejny kupiłam Lupilu.

      lupilu_pepperts_rajtuzy3

      Rajtuzy Pepperts będę miała okazję przetestować, tych jeszcze nie mieliśmy.

      lupilu_pepperts_rajtuzy2

      Zobaczymy. Wyglądają ładnie, ale to oczywiście o niczym nie świadczy. Pierwsze testy jak tylko nastaną chłodniejsze dni. Doniosę, jak wyrobię sobie zdanie, być może nawet z jadowitą satysfakcją w stylu „a nie mówiłam”. Oby nie.

      by kruszyzna at wrzesień 15, 2014 07:44

      Krolowa Matka i Banda Czworga

      Potomki jakie są, i dlaczego

      Spacerek po Starym Mieście, Rodzina, kłębiąc się na wąziutkim chodniczku mija sklep obuwniczy "Joanna", Potomek Starszy wznosi miłośnie oczęta na Królową Matkę. 

      Potomek Starszy (czule) - Widzisz, mamusiu, jaka jesteś sławna, nawet sklep się nazywa tak, jak ty!
      Królowa Matka (ponuro) - Aha. To bardzo miłe, co mówisz, synku, tylko, widzisz, ja nie mam na imię Joanna.
      Potomek Starszy (niefrasobliwie) - A, fakt. Zapomniałem.


      Raport z placu boju żywieniowo-wydalniczego Pompona Młodszego - otóż Pompon Młodszy zaczął jeść. Co tam jeść, Pompon Młodszy zaczął, ikskjuz mi i uczciwszy uszy, żreć. Nigdy Królowa Matka nie podejrzewała, że będzie kiedykolwiek rozważać bankructwo z powodu niemożności wykarmienia akurat tego ze swych licznych synów, a tu, wot, kakij serprajz.

      W związku z powyższym Królowa Matka, patrząc z mieszaniną fascynacji i zgrozy na swoje najmłodsze dziecko, pożywiające się "bułecką psekrojoną z kiełbaską w środku, i zodkiewką, i ogórem, ale das mi jesce ogórka do ręki, taki duży kawał, mama? o, i ten kawałek kiełbaski tez możem, mama? możem?" wznosi okrzyki: "Elfy mi dziecko podmieniły, elfy! Podmieńca chowam, o, dlaboga, dlaboga!!!", skutkiem czego Pompon Młodszy popada w typową dla siebie cholerę i wrzeszczy, purpurowiejąc na twarzy i gdyby nie to, że jest chudziutki jak trzcinka groziłoby mu natychmiastowe padnięcie na apopleksję: "Nie jestem elfem!!! Nie jestem zadnym elfem!!! Elfy nie psechodzą do nasego świata, a ty, mama, po prostu GUPOTY MÓWIS!!!", a w jego komplementach pojawiła się nowa nuta:

      Pompon Młodszy (z uczuciem) - Ty bardzo kochana jesteś, mama. bardzo. Jesteś kochana, i miła, i całkiem fajna. (patrząc na Królową Matkę z uwielbieniem) I wcale nie jesteś elfem.

      Cholera, a taką Królowa Matka miała nadzieję chociaż na nikłe podobieństwo (minus snucie się*:)).


      Po upojnej nocy pełnej "duzi deść buzia pfff!!!" (kopyrajty za tak malownicze i eleganckie określenie womitowania należą się niespełna dwuletniemu Pomponowi Młodszemu, który w ten właśnie sposób ze szczerym zachwytem opisał swój własny wyczyn, dokonany, nawiasem mówiąc, pod stołem miedzy nogami krzeseł, bo womitowanie w warunkach łatwych do sprzątnięcia nie jest dla twardzieli), przebierania, przytulania, podawania środków przeciwgorączkowych, trzymania za rączkę, "mamusiu, a zrobisz mi herbatki?", "mamusiu, ja wcale nie spałem, może z godzinkę", "mamusiu, znowu mi niedobrze!!!", "mamusiu, przepraszam, że cię znów obudziłem, posprzątasz?", oraz sprzątania, rano:

      Potomek Młodszy (z zachwytem) - Mamusiu, ty naprawdę jesteś teraz naszą służącą!

      Nosz fak.

      Dobrze, że dopiero teraz ;D.



      A ponadto Potomek Młodszy pisze przeróżne słowa ręcznie, na ten przykład: 

      PYÓDEŁKO

      oraz na klawiaturze:

      "krululofa mama"

      po którym to haśle, wklepanym na smartfonie Braciszka
      z wywalonym jęzorem i zmarszczonym czołem, wszedł był na królewskomatczynego bloga.

      To chyba początek końca...


      oraz  wkład Potomka Młodszego w ortografię kreatywną, którego to wkładu, nieprawda, nigdy dość.


      No i jeszcze.

      Poranek w Domu w Dziczy. Pan Małżonek kroi chleb na kanapeczki, Królowa Matka bełta jajka na jajecznicę.

      Pan Małżonek (nagle, bez związku kompletnie z niczym, za to entuzjastycznie, głosem i tonem, które w innych okolicznościach przyrody powodują natychmiastowe zmaterializowanie się w okolicy podobnie zachowujących się osobników radiowozu policyjnego oraz grzeczną prośbę stróżów prawa o podmuchanie w balonik) - Sznuuuur kormoranów w locie splata się....!

      Królowa Matka (dołącza tym samym tonem i na podobnym poziomie decybeli) - ... pożegnać pragnie dzień!!!! (razem, pijackim chórkiem, a nawet, co będziemy tu ściemniać, całym chórem) OSTATNI DZIEŃ W MAZURSKICH STRONACH...!!!

      Potomki (igrają na dywanie małpkami, co spadają, zamiast wpatrywać się w Rodzicieli z jakimś szczególnym osłupieniem, są bowiem do nich przyzwyczajone).

      Pan Małżonek (kładąc na chleb pomidora z sałatą, radośnie) - A teraz bym się napił!

      Królowa Matka (przysmażając kiełbaskę sojową, nie mniej radośnie) - Tak!!! Jakoś trzeba ten śpiew uzasadnić!!!

      I jak Potomki wychowane w podobnych warunkach mają być normalne.




      * Królowa Matka nie wie, czy zwróciłeś uwagę, Miły Czytelniku, ale kanoniczne elfy, te wyprodukowane przez Petera Jacksona, się snują. Przeważnie. Głównie. No, cóż, bez przerwy. W zasadzie bez przerwy. Jak się tylko pojawiają na ekranie wszystko wpada w slow motion, muzyka w tle nabiera uroczystych, nieco posępnych, rzekłaby Królowa Matka, mistycznych tonów, a na jej tle elfy się snują ze wzrokiem wbitym w odległy punkt w przestrzeni i nie zmieniając wyrazu twarzy oraz powodując wydłużenie filmu o jakieś półtorej godziny, średnio pół godziny na każdą część. Ciekawa jest Królowa Matka, kiedy produkują te wszystkie piękne rzeczy, które ich otaczają w Lorien, kiedy tkają te migoczące materiały i przekuwają miecze, bo przekuwać miecz w slow motion to można sobie krzywdę zrobić chyba.

      Tak czy inaczej, Królowa Matka chciałaby być tym elfem (chociaż teraz już na sto procent wie, że nigdy nie będzie), który się NIE snuje. Takie chyba też istnieją?

      by Anutek (noreply@blogger.com) at wrzesień 15, 2014 07:58

      Blog do czytania

      Wszystko, czego możesz dowiedzieć się o Sztokholmie w cztery godziny

      Co można robić w piękną, słoneczną niedzielę? Można wyskoczyć na kilka godzin za morze, na spacer i randkę. Ale ponieważ cenię sobie prywatność, o mojej randce opowiadać Wam nie będę. Zamiast tego proponuję Wam historię naszego towarzysza wyprawy. Gdańskiego misia lwa. Miasto Gdańsk na wszystkich swoich soszalmidjowych profilach upiera się przy nazywaniu go #JimmyGDN… no cóż, […]

      by mrcichy at wrzesień 15, 2014 06:56

      pierwsza żona

      zwykły wpis

      Byłam świadkiem wczoraj jak jedna siostra drugiej siostrze przejechała szczura.

      Szczur był hodowlany, domowy.

      Siostra miała około 11 lat. Starsza właścicielka szczura może 14.

      Jechali rodziną rowerami. Starsza miała szczura w torbie na kierownicy przyczepianej.

      Szczur się wydostał, młodsza przejechała po nim i tyle.

      Zawsze wiem, żeby nie patrzeć na wypadki. zawsze wiem, że powinnam odwrócić głowę. Nie!

      to jak taka pipa gapie się na to zwierzątko jak leży i krew z niego cieknie.

      Boze nie wiem, przemknęło mi przez myśl że nie wiem, pogotowie, helikopter, dzwonić do weterynarza Wacława. Cholera no.

      Rodzice nie powinni na to pozwolić żeby brac tego szczura.

      Ja wiem, mam traume, spadł mi kiedyś homik.

      I wiem jak się czuje dziewczynka, która hmm no zabiła zwierze.

      Siedzi mi to w głowie i siedzi.

      I wyjść nie może.

      Ta plamka krwi na asfalcie wśród kasztanów.

      I to , że tata na nią nakrzyczał.

       

       

      pierwszy tydzień i drugi szkoły został przeżyty.

      pogubiłam się już dawno w regulaminach, które to każdy dotyczy innego przedmiotu i każdy ma jakiś haczyk.

      Jedna Pani chce, żeby np. jeżeli ktoś zgłasza nieprzygotowanie to żeby jaknajszybciej napisał swój numer z dziennika na tablicy na początku lekcji.

      Czemu ?  Holera nie wiem.

      Inna Pani zachciała ołówków 2b 4b 8b do nabycia w sklepach specjalistycznych.

      Franek na czwartek – zestaw do haftowania (miska i szczoteczka do zembów ?)

       

      Bardzo dziwne układy były mniędzy rodzicami w jednej z klas moich dzieci. Bardzo.

      Między dziećmi też. Coś było takiego co psuło krew. Mi personalnie i paru innym dzieciom i ich matkom.

      Sytuacja jest chora bo poczułam się jak w mojej 2a kiedy to Agata mnie uszczypnela, Donata nie pozwoliła być królową a Monika mnie zdradziła z Karoliną. Identiko.

      Teraz natomiast na skutek bardzo niefortunnych zdarzeń (oj bardzo, o kurwa jak bardzo) (kurwa) jeden czynnik + matka czyli to co psuło krew zostało wyeliminowane (ja pierdole jaka zadyma).  Ciekawa jestem w jaką stronę to pójdzie i wręcz przekonana jestem że w dobrą i skończy się hujowa atmosfera i będzie miło. I tutaj jakby mnie nie zaskoczy, że nie winni byli wszyscy wokół tylko to co psuło krew.

      Nie wiem nie wiem , nie mój tron w sumie.

      Muszę tylko wbić sobie do głowy, że ci ludzie naprawdę mają mnie w dupie.

       

      Dobra, faktury wat czekają.

       

       

      by autor at wrzesień 15, 2014 06:17

      Tomaczek

      Muzyczny plac zabaw

      TomekBLOG89Odkryliśmy nowy plac zabaw. Jest niedaleko szkoły mojej mamy. Dziwne, że mamamama też kiedyś była manie mała :)

      by Tomaczek at wrzesień 15, 2014 03:26

      Zuzanka

      Kura

      Kurowa śniegu

      Siedzimy w kawiarni nad morzem.

      Jemy lody.

      Wiatr usiłuje wyrwać mi włosy, piasek lekko peelinguje nos. Z przymkniętymi oczami wsysam się w kulke lodów z kawałkami czekolady.

      Błogo.

      - Muniu, ale ty jestes piękna! - mówi nagle A. patrząc na mnie pod słońce.

      Szczerze się znad bitej śmietany.

      - Piękna jak jak jak... - jąka sie A.patrząc w morze.

      - Jak lody! - G. wgryzając się w wafelek. pomaga A. w sprecyzowaniu mojego porażającego piękna .

       

       

      Wróciłysmy!

      Zapraszam do czytania!

       

      Pozdrawiam

      Kurowa Śniegu

       

      Ps Na rysunku powyżej wizualizacja mojej lodowej urody. A poniżej adoratorki lodów ozłocone słońcem na czubku latarni morskiej.

       

      I jeszcze zdjęcie pod tytułem "A czy możecie stanąć przez chwilę jak ludzie"? :)

      by miszy_m@NOSPAM.gazeta.pl at wrzesień 15, 2014 11:39

      Eksribicjonizm kontrolowany

      8 rzeczy, które warto (czasem) dezynfekować

      http://4.bp.blogspot.com/-_nuSPgRbaHA/T3wpRx7xEgI/AAAAAAAABrw/HNoqBu10wHA/s1600/era+uma+vez+a+vida.gif
      Żadna ze mnie pedantka i szalona czyścioszka. W naszym związku to On pełni tę niechlubną rolę. Ale to mnie bardziej działa wyobraźnia i to ja używam środków z alkoholem, żeby usunąć bakterie z różnych nieoczywistych miejsc. (Zdjęcie to kadr z filmu rysunkowego "Było sobie życie".)


      Może Was to zaskoczy, ale nie trzymamy w domu żadnych inwazyjnych środków czystości z chlorem, kwasami i innymi świństwami. To dlatego, że nie wierzę reklamom, pokazującym tak malowniczo bakterie na muszli sedesowej - bo wiem, że tych bakterii może być wielokrotnie więcej w innych miejscach, a żeby je przetrzebić, wystarczy gorąca woda, ocet albo środek do mycia okien z dodatkiem alkoholu.

      1. KLAMKI
      Szczególnie istotna jest ta w pomieszczeniu z toaletą, zwłaszcza jeśli nie można tam umyć rąk albo jeśli podejrzewasz, że ktoś z domowników o tym "zapomina". W tym, co wydalamy, znajduje się sporo bakterii, które w odpowiednich warunkach mogą spowodować sporo nieprzyjemnych dolegliwości i chorób. Obrazowo mówiąc, jeśli nie umyjesz rąk i dotkniesz klamki, to tak jakby wszyscy Twoi domownicy zjedli... A zresztą, nieważne. Umyj te klamki. I wyłączniki światła, jeśli już przy tym jesteś.

      2. TELEFON
      Dotykasz wszystkiego, a potem dotykasz telefonu. A później przykładasz go do policzka. To właściwie to samo, jakbyś przytuliła twarz do śmierdzącego kloszarda, który śpi na dworcu.

      3. KLAWIATURA KOMPUTERA
      Oraz myszka. Konieczne zwłaszcza w sytuacji, kiedy masz zwyczaj jeść przy komputerze (jak każdy normalny człowiek!). Zdarza się, że takie komputerowe uczty kończą się inwazją robali w obudowie urządzenia... Ale wystarczy, że przetrzesz klawisze ściereczką z antybakteryjnym środkiem. Może być nawet taka do rąk.

      4. RĄCZKA TOREBKI
      Tak, Twojej ukochanej torebki, którą wszędzie ze sobą nosisz! Dotykasz klamek w sklepie, poręczy schodów, uchwytów wózków sklepowych, rurek w zbiorkomie. To wszystko miejsca, na których znajdują się miliardy bakterii pochodzących od najróżniejszych ludzi, również chorych albo po prostu brudnych. A potem tą samą ręką chwytasz torebkę... Szmatka w dłoń, kochana.

      5. GĄBKA DO NACZYŃ
      Perfekcyjna Pani Domu poleca włożyć gąbkę do mikrofalówki, skropioną sokiem z cytryny. My nie mamy mikrofalówki, więc staram się przelać gąbkę wrzątkiem po każdym zmywaniu, a raz na jakiś czas po prostu ją wymieniam. Przy okazji - warto umyć też podstawki pod ociekacz na sztućce i na naczynia. Śluzowaty osad, który się tam zbiera, jest po prostu obrzydliwy... i potrafi śmierdzieć, a nawet stać się lokum dla muszych larw, jak się to przydarzyło Julie Powell w filmie "Julie & Julia".

      6. PILOTY
      I wszystkie inne rzeczy, których regularnie dotyka wiele osób, typu konsole i kontrolery do gier. Po prostu przetrzyj szmatką nasączoną płynem antybakteryjnym.

      7. KUBEK NA SZCZOTECZKI DO ZĘBÓW
      Łazienkowa wilgoć i trochę organicznych resztek w postaci Twojej śliny. Osad na dnie kubka na szczoteczki lub uchwytu na nie to same delicje dla bakterii. My używamy szklanki, która raz na tydzień po prostu wędruje do zmywarki.

      8. MATERAC
      Zamieszkują go liczne roztocza, które żywią się drobinkami Twojego naskórka i kurzem. Na szczęście łatwo trochę zdziesiątkować ich szeregi. Te stworzonka nie lubią ekstremalnych temperatur, dlatego w jakiś słoneczny dzień wystaw materac na balkon, żeby się wygrzał, a pół roku później skorzystaj z suchego, mroźnego dnia i zrób to samo. W wersji light (jeśli nie masz balkonu), po prostu otwórz okna.

      A co Wy odkażacie?

      by Olga Cecylia (noreply@blogger.com) at wrzesień 15, 2014 11:59

      Anrzej rysuje

      Stresująca praca

      stresujaca pracaOpublikowany na wyborcza.pl 12 września: http://goo.gl/kJ4Q2M

      by Andrzej at wrzesień 15, 2014 08:48

      Kurlandia

      Rodzinnie

      Mamy niewiele wspólnych zdjęć, więc wczoraj – podczas rodzinnego spaceru po parku – uzupełniliśmy album o te właśnie fotografie…

      A tu walczyliśmy z Szymonem, upierającym się, by stawać na nogach…

      Na reszcie usiadł spokojnie na dupinie.

      I na koniec Matka Walcząca…

      Nawet jakoś jeszcze wyglądam. Ha ha ha.

      ***

      by Iga at wrzesień 15, 2014 08:41

      Dzieciowo mi

      Prawie bezpłatny dziennik elektroniczny i prawie obowiązkowe ubezpieczenie

      Jadę do przedszkola, dzieciarnię wiozę radyjo nadaje. Z radyjem to trwa u nas ostatnio konflikt międzypokoleniowy, ponieważ ja lubię jak radio jest radiem, czyli jak do mnie gada. Młodzież domaga się dźwięków zdecydowanie bardziej sugerujących istnienie muzyki. Ja uważam, że skoro dysponuję jeszcze odtwarzaczem CD, to muzykę mogę zapodać z wykorzystaniem tegoż, młodzież jednak stawia na mjuzik proweniencji wybitnie radiowej. Efekty bywają takie, że oto najstarsza paraduje w piżamie w niedzielny poranek i śpiewa:

      - Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni… A pani w przedszkolu też ma taką piosenkę, wiesz mamo?

      Niezwykle ciepło pomyślałam o pani w przedszkolu, muszę jednak poznać ją bliżej. No dobra, jechałyśmy sobie jak zwykle, konflikt jak zwykle, ale byłam twarda (kto ma kierownicę, ten ma władzę, zwłaszcza jeśli oponenci siedzą z tyłu) i pokonując trudności obiektywne w postaci ludzkich czynników zakłócających fonię dotarł do mnie nius o tym, że istnieje coś takiego jak szkolny dziennik elektroniczny. Jeszcze nie mój target i podobnym mnie wyjaśniam, że rodzic może monitorować postępy edukacyjne swojej pociechy, bo widzi jej oceny, a także może za pośrednictwem takiego dziennika skontaktować się z danym nauczycielem lub dyrekcją. Fajna sprawa, czasy wymazywania uwag z dzienniczka ostatecznie odchodzą w niebyt. Sęk w tym, że do tej pory dostęp do dziennika elektronicznego był płatny. Różnie się te opłaty kształtowały, najczęściej około 20 zł na rok. 20 zł nie majątek, to fakt, ale pamiętajmy, że wydaliśmy już te kilka stów na podręczniki, na wyprawkę drugie tyle, do tego jeszcze jakieś dodatkowe duperele do opłacenia i teraz się dowiadujesz, że żeby mieć możliwość wglądu w oceny dziecka, musisz znowu zapłacić. Trochę szoczek.

      Ministerstwo Edukacji poszło po rozum do głowy i od 4 września dostęp ma być nadal, ale opłat za to pobierać nie wolno. Nie z nami te numery, Bruner, Polak obchodzenie przepisów ma we krwi. Rozporządzenie więc rozporządzeniem, a opłaty są pobierane za PEŁNY dostęp do dziennika. Czyli tak, za darmo obejrzysz sobie oceny, ale już za kontakt z nauczycielem musisz zapłacić. Nie każda szkoła tak robi, ale zdarza się. To jest, jak twierdzi ministerstwo, niezgodne z prawem.

      Opłata za dziennik elektroniczny bywa też pobierana w inny sprytny sposób. W pakiecie razem z ubezpieczeniem. Dzieci w przedszkolu lub w szkole są ubezpieczane. Ubezpieczyciela wybiera rada rodziców. To ważne, że nie dyrekcja danej placówki, a rodzice. To oni negocjują stawki, wybierają firmę i sprawdzają zakres oferty. Pytanie, na ile solidnie to robią i czy przypadkiem nie jest to na typowej polskiej zasadzie „po znajomości”, pozostaje otwarte. Nie stawiam tezy, nie rzucam oskarżeń, ale „Polska, mieszkam w Polsce, mieszkam tu, tu, tu, tu” i nie uwierzę, by takowe próby nigdy nie były podejmowane, a wszystko byłoby czyste i niewinne jak Śnieżka, zanim zamieszkała z siedmioma krasnoludkami.

      No dobrze, do adremu. Bywa więc i tak, że rodzic otrzymuje informację, że ubezpieczenie ŁĄCZNIE z dostępem do dziennika elektronicznego kosztuje tyle i tyle. I tutaj ważna rzecz. Ubezpieczenie dziecka w przedszkolu nie jest obowiązkowe. Nie musisz wykupywać ubezpieczenia, jeśli ubezpieczasz dziecko na własną rękę. Możesz oczywiście, bo w razie jakiegoś zdarzenia to działa tak, że otrzymujesz odszkodowanie z wszystkich ubezpieczalni, w których płacisz składki, o ile zakres ubezpieczenia obejmuje dane zdarzenie. Przykładowo: dziecko łamie rękę, ubezpieczasz je u ubezpieczyciela wybranego przez radę rodziców, ale tak w ogóle masz wykupione ubezpieczenie dla całej rodziny w innej jeszcze firmie. W obu firmach ochrona ubezpieczeniowa obejmuje fakt złamania ręki, dlatego dokumentację medyczną możesz składać tu i tu. To nie jest tak, że jak uzyskałeś odszkodowanie z jednego miejsca, to w drugim ci sprzedadzą kopniaka. Nie. Nie musisz jednak wykładać kasy na ubezpieczenie w przedszkolu, jeśli masz wykupione inne.

      Przedszkola, jeśli nie ubezpieczasz dziecka w firmie wybranej przez radę rodziców, żądają pisemnego potwierdzenia od ubezpieczyciela, że dziecko podlega ochronie ubezpieczeniowej. Co więc robisz? Tracisz czas, jedziesz do ubezpieczyciela po papierek, którego tak naprawdę nie musisz przynosić. No bo co to kogo obchodzi? Jak bardzo chcesz, to możesz placówce edukacyjnej pokazać swoją umowę z ubezpieczycielem. Przedszkole nie powinno wymagać od ciebie dodatkowych zaświadczeń. To twoja brocha, czy ubezpieczasz dziecko czy nie i nijak nie wpływa to na czyjąkolwiek odpowiedzialność za zaistniałe zdarzenie.

      Zorientuj się więc, jak to jest u ciebie. W tym kraju nie sztuka zapłacić.

      Ikona notki z www.zsprzydonica.ayz.pl

      by kruszyzna at wrzesień 15, 2014 08:28

      moje waterloo

      1904

      Dzisiejszy dzień rozpoczynam od wizyty w pewnej Wielce Szacownej Instytucji (naukowej), po noszymu: we WSI. Będę tam przesiąkać atMOSferą (zaznaczam akcent). Ciekawe czy od tego człowiek robi się mądrzejszy.

      A potem to już norma. Zaległości z zeszłego tygodnia. Wyjaśnianie na piśmie bzdur, które wydarzyły się pod moją nieobecność, a prostowałam je zdalnie (nie-do-wia-ry). Spotkanie z Szefem. Może z naczelnym. No i muszę sprawdzić, czy chłopaki zakończyli uzupełnianie biblioteki. Choć czuję, że im się nie chciało. A! Po te wyniki niegłupio byłoby podskoczyć. I może sprawdzić, czy na kale Zofii coś urosło.

      Wisi mi też kilka spraw wspólnotowych, ale pewnie dziś już nie zdążę. Do wykonawców zadzwonić. Z kancelarią się skontaktować. Żwirek zamówić. Ustalić termin wizyty u fryzjera, kosmetyczki i ginekologa. Tego ostatniego to jakoś nie darzę estymą. Matkooo, kumulacja.
      Nie wiem kiedy minęło 7 miesięcy pracy w fabryce. Czasem czuję się, jak Manolito.

      Ja od lutego.

      by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at wrzesień 15, 2014 08:02

      Kurlandia

      Czekośliwka

      Michał ma uczulenie na nadmiar mleka krowiego i czekolady. Kiedy nadużyje tych produktów, w uszach pojawia się wysięk, migdały rosną do niebotycznych rozmiarów i dziecko głuchnie. Ale samo kakao mu nie szkodzi, więc można to wykorzystać do zrobienia pysznych i zdrowych słodyczy.

      Jeden z nich zaproponowała moja koleżanka Ula. Sugerowała zrobić powidła z trzech kilogramów śliwek, jednej szklanki cukru i czterech czubatych łyżek kakao. Nie byłabym sobą, gdybym nie próbowała coś po swojemu namieszać…

      Wydrylowałam 6 kilogramów słodkich owoców i zasypałam je cukrem w ilości półtorej kubka (nie mam szklanek). Odparowałam jedną trzecią objętości i powidła zagęściły się. Dodałam dwie czekolady gorzkie i jedną mleczną, które szybko się rozpuściły oraz po jednej czubatej łyżce kakao na każdy kilogram owoców. Pasteryzowałam jeszcze niecałe 10 minut.

      Moja czekośliwka była wyraźnie czekoladowa i pozbawiona gorzkiego posmaku prawdziwego kakao. Zawiera czekoladę, ale przy tej objętości owoców, jedna kanapka z powidłami nie powinna dziecku zaszkodzić. W razie czego, my z Mężem chętnie przetwory zjemy. Ha ha ha.

      ***

      by Iga at wrzesień 15, 2014 06:32

      Od rana do wieczora

      „Pani powiedziała” jako broń obosieczna

      Znacie to, prawda? „Pani powiedziała”, więc to jest święte. Nic to, że matka wie lepiej. „Pani powiedziała”. Koniec dyskusji.

      Można z tym walczyć, tylko że to nierówna walka.Pani powiedziała” ma moc dogmatu. Więc po co kopać się z koniem? Lepiej wykorzystać do własnych celów.

      Mam problem z piciem moich dzieci. Nie no, co Wy, nie takim piciem. Zwyczajnie, nie chcą pić wody ani kompotów. Jedyne zdrowe, co im wchodzi, to malinowe soki babcinej produkcji rozrabiane z wodą. A najchętniej piliby wszystkie chemiczne świństwa, syropy glukozowo-cośtam, kolorowe płyny z kartonów, aromatyzowane i barwione płyny z butelek.

      Kiedy jest gorąco, biegają, muszą pić. Dam do szkoły wodę, to przyniesie butelkę ledwo napoczętą. Ustaliliśmy, że dwa razy w tygodniu słodkie picie, ale trzy razy woda. Kiwają głowami, że ok, a potem znowu – jak słodkie, to wypite do ostatniej kropli, jak woda, to wraca do domu. Próbowałam różnych trików, sami wybierają wody w małych butelkach, z dzióbkiem, z kotkiem, z czymś tam na butelce – nie pomaga. Jeśli nie kupuję tzw. soczków, napojów, nektarów i innych, w domu jest tylko woda – to piją jak ptaszynki, dwie kropelki i już napojeni.

      Na zebraniu Michasia pani zwróciła uwagę, że dzieci przynoszą za dużo słodyczy i żeby rodzice zwrócili uwagę na skład napojów, które dają dzieciom. I ona poleca wodę, ostatecznie wodę z domowym sokiem.

      - Michasiu, do szkoły dostajesz dziś wodę – rzekłam następnego ranka.
      - Ale ja chcę soczek… – zaczął Michał tupiąc ze złości.
      - Ale PANI POWIEDZIAŁA! – ubiegłam wybuch – pani powiedziała wczoraj na zebraniu, że macie przynosić do szkoły wodę.

      I Michał bez słowa zapakował do tornistra butelkę mineralnej.

      HA!

      by Chuda at wrzesień 15, 2014 05:58

      zycie na kreske

      Kura pazurem

      Kibicuję polskim siatkarzom

      Trwają Mistrzostwa Świata w Siatkówce. Oglądam wszystkie mecze z udziałem polskiej reprezentacji. Mam to szczęście mieć dekoder Polsatu, bo inaczej to by była kiszka.

      ogród 004Z reguły to wygląda tak, że Mężuś leży w łóżku w sypialni, a ja w „salonie” siedzę samotnie przed TV. Nawet kot mnie zdradził i wybrał miękkie łóżko obok swojego pana. Od czasu do czasu tylko Jajo schodzi do mnie i pyta, czy ja tak zawsze po każdym punkcie zdobytym przez polską reprezentację klnę. I przyznaję, jak na spowiedzi, że bogaty u mnie zasób słów kibica. No, ale „cholera”, „cholibka” czy „kurczę” nie nadają się na oddanie moich emocji. A mecz z Iranem jaki był, to posiadacze dekodera Polsatu doskonale wiedzą. Każdy horror się przy tym chowa. Wyobraźcie sobie sytuację, że Polacy tracą punkt w tie-breaku, a ja na to: „Cholibka”. No, nie da się.

      Ostatnio po jakimś meczu odnalazłam w necie tabele, by sprawdzić, jak wypadają Polacy i jakie mają szanse na następny etap. Przy okazji czytam artykuł i komentarze pod nim. I wtedy włos skręca mi się jeszcze bardziej niż na co dzień. No, kurza twarz! Czarnowidztwo takie, że Apokalipsa św. Jana przy tym to mały pikuś. A ile negatywnych emocji dotyczących polskiej reprezentacji. Że słabi, że nie dadzą rady, że przegrają, że w 1974 to dopiero była reprezentacja, a nie to co teraz. A kysz mi z tym!!! Wyłączam, bo zaraz pójdę się wieszać. Kurczę, skąd tyle pesymizmu? A już najbardziej wkurza mnie i śmieszy zarazem, kiedy czytam, że „kiedyś to było super, a teraz to jest dno”. Normalnie ręce mi opadają. Czy my nie możemy się cieszyć? Są sportowe emocje, piękne mecze. A że nie zawsze każdy set wygrany, to co? Czy siatkarze nie mogą mieć słabszych dni?

      A w 1974 roku faktycznie Polacy wywalczyli złoto. Pewnie pięknie było, choć i tak rodacy nie oglądali, bo TVP nie transmitowała mistrzostw. Nie wiem, nie widziałam, bo zaledwie dwa latka miałam, a bakcyl siatkówki dopiero czaił się, by mnie dopaść. Od tego czasu też naprawdę bardzo wiele zmieniło się w siatkówce!

      Nie myślcie jednak, że się nie wkurzam, jak Polacy przegrywają. Klnę jak szewc, gdy „Zator” mija się z piłką, Wlazły wali w buraki, a Nowakowski psuje zagrywkę za zagrywką. Wkurzam się strasznie, krzyczę, klnę na czym świat stoi i jeszcze podskakuję na kanapie. Toż sama bym wskoczyła na boisko i pokazała im, jak wygląda czyste przyjęcie, skuteczny atak, czy solidna zagrywka. Z kanapy to takie banalne! Nie wspomnę o sędziowaniu, bo toż to bym zrobiła z pewnością duuuużo lepiej. To nawet nie ulega wątpliwości!

      Od razu mi się też przypomina Małysz. Jak zwyciężał, to był niemalże bogiem. Jak miał słabszy sezon, to wyzywano na niego, na czym świat stoi. W Polsce można być tylko sportowcem na medal. W dodatku złoty. I w każdych zawodach, mistrzostwach i olimpiadach. Bierzemy wszystko albo nic.

      Oglądanie meczów siatkówki urozmaicam sobie czytaniem biografii Wagnera. I jestem pod wrażeniem, bo nie wiedziałam, jak takie mistrzostwa wyglądają od strony zawodnika. Jeżeli są takie emocje, jak wspominają w książce medaliści z 1974 roku, to wielki szacun, bo to naprawdę psychicznie dźwignąć wcale nie jest tak łatwo, jak wygląda z kanapy. Może więc nie dokładajmy zawodnikom bezsensownym hejtem.

       

       

      PS  Pomijam tutaj rozważania na temat zakodowania transmisji meczów. To zupełnie inny temat.

      by anna at wrzesień 15, 2014 03:08