Planeta Jadzi

luty 24, 2017

Kraina filcu

Drewniane pierścienie na serwetki.

Z cyklu "znalezione w sieci" dziś inspiracje dla miłośników decoupage - niepowtarzalne komplety pierścieni na serwetki.

Gdybyście zapragnęli stworzyć swój własny przepiękny komplet zapraszamy na naszą stronę:

http://krainafilcu.pl/decoupage/pierscien-do-serwetek.html

lub do naszego sklepu na Al. Niepodległości 76/78 w Warszawie.

by kraina filcu (noreply@blogger.com) at luty 24, 2017 03:41

efka i koty

018


Codziennie czytam o kolejnych wyciętych drzewach. Tak jakby drzewa to była jakaś najgorsza zaraza, której wreszcie można się pozbyć. I tak dzień po dniu Polska staje się coraz smutniejsza.

by efka i koty (noreply@blogger.com) at luty 24, 2017 09:56

017


Marzec coraz bliżej a razem z nim wiosna :-)

by efka i koty (noreply@blogger.com) at luty 24, 2017 09:47

falkografioly

siedem stopni miłości - książka

falko
Matowe kryształy

Wirtualny diament
tnie szklaną taflę wyobraźni
na drobne lusterka,
w których odbijają się
wymyślone słowa.

Ułożone starannie
w wersy, frazy, strofy
zapisane na białej kartce
tworzą tekst.

Być może, to tylko
cichy szept idioty.

Wystarczy jednak,
że na kartkę spadnie
czułości kropla,
nie z umysłu,
a wprost z serca poety

i powstanie wiersz.

Wiesław Fałkowski falko

Wiersz z debiutanckiego tomiku pt. "Siedem stopni miłości"
Projekt okładki i ilustracje: © Wiesław Fałkowski
Redaktor i korektor: Janina Sikorska 
Druk i oprawa: Manufaktura Poligraficzna KOLORODRUK
ul. Budowlana 4, 88-100 Inowrocław 
ISBN 978-83-944724-0-5
Premiera tomiku "Siedem stopni miłości" w Inowrocławiu 02 marca 2017.

by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at luty 24, 2017 09:09

Kurlandia

Palma wielkanocna – zapowiedź Narcyzów ze wstążki

Tych z Państwa, którzy posiadają konto na facebook’u, wprowadziłam już w moje plany zrobienia palmy wielkanocnej z wiosennych narcyzów. Sięgnę po wstążki satynowe – około 2 i 5cm szerokości: żółte, pomarańczowe, cytrynowe, białe, zielone ciemne i jasne. Duży wybór tanich tasiemek znajduje się na Allegro. Tam też należy zamówić „pręciki do kwiatków”. Ich koszt to 2,5zł za 200 sztuk plus wysyłka. Do tego potrzebny będzie naturalny bukszpan, bazie (jeszcze ich nigdzie nie ma, co wstrzymuje moją pracę), suszone trawy i zboża w podobnych barwach. Należy mieć ostre nożyczki, igłę i nitkę, klej na gorąco, kawałek tekturki oraz zapalniczkę.

***

by Iga at luty 24, 2017 07:49

Bezwstydnica

Piątek

To dziś 😉

Pozdrawiam

Kura

by Kura at luty 24, 2017 07:21

Kura pazurem

Siekiera, piła i heja

Zadzwonił do mnie wczoraj tata. Był lekko zdenerwowany. Nad ranem obudził go hałas. Zdziwił się w pierwszej chwili, kto o tej porze kosi trawę. Dopiero potem dotarło do niego, że na trawę jeszcze za wcześnie. Wyjrzał przez okno. A tam panowie z piłami tną drzewa! Za chwilę na pustym polu będzie można wywiesić transparent, że pan Szyszko tu był.

Mój tata nie należy do żadnego ugrupowania ekoterrorystów. Jest zwyczajnym emerytem uprawiającym ogródek przed domem. W sumie może nie powinnam pisać, że zwyczajnym. Bo jak dzika kotka podrzuciła trzy maluchy na działkę moich rodziców, to nie byli obojętni, a pobudowali domki dla kotów, by nie zmarzły zimą, dokarmiali je i wyłapali, by zawieźć do weterynarza i wysterylizować. Chyba więc taki zwyczajny ten mój tata nie jest (mama też). Ale od razu serce go ścisnęło. Piękne drzewa runęły.

– A ty powiedz mi – zwrócił się do mnie. – Co będzie z tymi ptakami? Przecież one tam gniazda miały. I co teraz? Będą bezdomne!

– Pewnie tych, którzy wycinają, nie interesuje ani los drzew, ani ptaków – mówię.

– Napisz o tym na blogu! – mówi do mnie, wierząc, że mam siłę sprawczą. Oczywiście ja tej siły nie mam, ale sama nie mogę uwierzyć w to, co dzieje się z drzewami, więc piszę.

Potem idę na pocztę niedaleko mojego domu. Zawsze przechodzę koło ogrodzonej działki, na której rosły piękne brzózki. Aż mnie poraziło. Wszystkie drzewa leżały! Najpierw nie mogłam uwierzyć. Gdybym miała na nosie okulary, to przecierałabym je aż do skutku (czyli do momentu zmartwychwstania drzew), ale że ja jeszcze daję radę bez wspomagaczy, to nie było czego przecierać. Drzewa nie chciały powstać. Coś mnie ścisnęło w żołądku. Takie piękne brzozy!

Mam wrażenie, że ludzie poszaleli, tną na potęgę. Korzystają z durnego prawa i lecą z piłami. Podobno sprzedaż pił wzrosła, bo każdy teraz musi taką mieć i wyciąć co trzeba, zanim prawo znów się zmieni.

I nie myślcie, że jestem ekoterrorystką. Kiedy kupiliśmy nasz dom, tuż przy wejściu rosło (m.in.) wielkie drzewo, które zagrażało dachowi. Dostaliśmy pozwolenie na wycięcie, w zamian mieliśmy posadzić dwa inne. Tak zrobiliśmy. Rozumiem więc sytuacje, kiedy drzewo naprawdę trzeba usunąć, bo jest zagrożeniem dla domu. Ale wycinanie jak leci, to już nie mieści się w moim wyobrażeniu.

Kiedyś pamiętam, jak mnie nawigacja poprowadziła do lasu, a ja zestrachana bałam się wysiąść, bo miałam wizję złych drwali lecących do mnie z siekierami. Okazuje się, że moja wizja była prorocza. Teraz „drwale” rąbią, gdzie popadnie. Jakby nagle co niektórzy odkryli w sobie chęć wycinania. A potem pewnie zasieją trawkę albo powciskają w ziemię tuje i będzie pięknie.

Ech… Tylko drzew i ptaków żal.

by anna at luty 24, 2017 06:15

luty 23, 2017

zapiski zgagi

To nie było głupie…

Czytam sobie czasem ,,Żony modne” A. Sieradzkiej. O modzie od starożytności do dziś. Właśnie natknęłam się na takie zdanie: ,,Najpiękniejsza Egipcjanka była łysa! (…) Zarówno bowiem władczynie, jak i damy dworu, tancerki czy muzykantki nosiły, miast własnej fryzury, olbrzymie peruki. Stanowiły one oznakę społecznego prestiżu…”

Co tam prestiż, pomyślałam…Za to jaka wygoda!

Minus tylko jeden – czasem jest za gorąco w łepek. Za to plusów dodatnich mnóstwo. Ot, choćby aspekt czysto materialny. Moja peruka na co dzień kosztowała, po dofinansowaniu z NFZ-u, raptem 50 zł. Mam ją od trzech miesięcy. Zero wydatków na szampon, odżywki, żel, piankę, lakier itp. Już jestem zdecydowanie do przodu.

Aspekt drugi, czasowy. Mycie, wysuszenie, ułożenie to nawet przy krótkich włosach co najmniej 20 minut. Założenie peruki – kilkanaście sekund, no może minutka, gdy trzeba odrobinkę przeczesać.

I, last but not least, aspekt estetyczny. Gdy się miało dotychczas klasyczne ,,trzy pióra”, a teraz ma się sympatycznie kudłaty czerep w gustownym odcieniu, to się człowiek płci żeńskiej czuje zdecydowanie lepiej!

Moje ,,kupne” owłosienie hołubię i oszczędzam. Gdy jestem sama w domu, wystarcza bawełniana czapeczka lub chustka. Na codzienne, zwykłe  wyjścia zakładam tę bardziej pospolitą perukę. Na imprezy mam drugą, nie ukrywam, że nieco z wyższej półki, ładniejszą i lżejszą. Za kilka dni sprawdzę, jak się w niej będzie uprawiać tańce-połamańce…

Pocieszałam dziś w szpitalu dwie panie, które dopiero rozpoczęły przygodę z chemią i były dość przygnębione faktem wypadania włosów. Dyskretnie wskazałam im kilka niewiast w rozmaitych perukach – krótszych, dłuższych, mniej lub bardziej fantazyjnych. Już się bowiem trochę nauczyłam odróżniać, a po drugie podczas pogaduszek w kolejce ze stałym zestawem pacjentek słyszę to i owo. Myślę, że efekt osiągnęłam, bo panie zaczęły się uśmiechać… Może nie zostaną aż takimi entuzjastkami peruk jak ja, ale łatwiej będzie im się pogodzić z sytuacją?

I na koniec. Wprawdzie żadna z moich dwóch peruk nie jest kruczoczarna, ale co mi szkodzi poczuć się… No, może nie egipską władczynią zaraz, ale np. taką damą dworu?…

 

by Zgaga at luty 23, 2017 11:35

moje waterloo

2391

Ostatnio wyraźnie potrzebuję jakichś istotnych podniet, żeby coś większego napisać. I właśnie komuś się udało, choć tym razem wcale nie chodzi o politykę, z którą jest mi bardzo nie po drodze, a co za tym idzie - obserwuję u siebie koszmarne zniechęcenie i blokadę na bodźce. Natrafiłam przed chwilą na dość stary, bo pochodzący z listopada 2015 roku artykuł, zamieszczony w kategorii "Listy do redakcji". Nie urodziłam się dzisiaj i wiem, że takie teksty pisane są przez copywriterów, co nie znaczy jednak, że nie reprezentują czyichś poglądów. Zapraszam więc do lektury - zobaczmy, czy tylko mnie czapka odskoczyła od głowy.

Na początek szumny tytuł: Prawda o pokoleniu lat 90. "Mam 40 lat i przeraża mnie to co widzę. Millenialsi są złymi pracownikami i rodzicami".
Po pierwsze - gdy ktoś pisze, że zna całą prawdę o jakimś zjawisku, to zwykle jest to prawda tischnerowska, czyli gówno prawda.
Po drugie - określenie millenialsi, zgodnie z definicją, obejmuje dwudziestolecie, nie może więc stanowić punktu wyjścia do rozważań o cechach całej grupy. Ktoś uważa, że w dzisiejszych czasach identyczne podejście do życia ma dwudziesto- i czterdziestolatek? Serio?!
Po trzecie - jeśli widzę, że jakaś wyodrębniona grupa społeczna robi wszystko źle, od razu też mam ochotę coś zrobić. Na przykład kupę na twórcę.

Urodziłem się w latach 70-tych, niedawno skończyłem 40 lat. Jestem menedżerem w średniej firmie. Zacząłem pracować w latach 90-tych, niedługo po upadku komuny. Choć minęło już 20 lat, to doskonale pamiętam tamte czasy. Zarobki były sprawą drugorzędną, najważniejszą wartością było to, że w ogóle możemy pracować. 10 godzin dziennie, 12 godzin dziennie, 15 godzin dziennie.

Ja też urodziłam się w latach siedemdziesiątych, nawet całkiem wczesnych. Jestem menadżerem w średniej firmie, zaczęłam pracować w latach dziewięćdziesiątych i doskonale pamiętam tamte czasy. Zarobki nigdy nie były dla mnie sprawą drugorzędną - prawdopodobnie dlatego, że byłam już DOROSŁA i miałam na utrzymaniu córkę. W dodatku sama. Praca sama w sobie nie była dla mnie nadrzędną wartością, tylko źródłem utrzymania (ale przyznaję, że uważam ją za łaskę, a nie przeszkodę). Czasem pracowałam po godzinach i w weekendy, żeby nam to utrzymanie zapewnić, bo płacono mi bardzo kiepsko; jednak zawsze niechętnie, ponieważ praca zabierała mi czas na WYCHOWANIE dziecka (podkreślam, bo to będzie kluczowe dla dalszych rozważań) i po prostu BYCIE  z moją córką.

Na swojej ścieżce zawodowej coraz częściej spotykam millenialsów, czyli reprezentantów Pokolenia Y, urodzonych mniej więcej wtedy, kiedy ja zaczynałem pracować (...). Nie będę więc się szerzej rozpisywał o ich roszczeniowych postawach, o nielojalności, o lenistwie. O tym, jak skrupulatnie pilnują, żeby nie wysiedzieć w pracy ani minuty dłużej poza założone 8 godzin, żeby nie odebrać telefonu ani maila po godzinach pracy, żeby broń Boże nie wyjść z pracy po godzinie 17. 

Po tym akapicie wnoszę, że nie mówimy o całym pokoleniu Y, tylko o dzieciakach młodszych od nas o jakieś dwadzieścia lat. I tę właśnie grupę chciałam w tym miejscu przeprosić. Bo w przeciwieństwie do autora omawianego gniota, wyciągnęłam z wieloletniego zawodowego doświadczenia zupełnie odmienne wnioski.

Przepraszam Cię, Córeczko, że wzięłam udział w psuciu rynku pracy. Że godziłam się na gówniane stawki, co pozwoliło pracodawcom myśleć, że mają prawo buszować w dżungli dzikiego kapitalizmu, odbierać wszelkie prawa pracownicze, zatrudniać na umowy śmieciowe lub całkiem na czarno, źle się odnosić do podwładnych, traktować kobiety przedmiotowo, szczególnie te najsłabsze: ciężarne i matki. Przepraszam, że wkraczasz na najbardziej chujowy rynek pracy w Europie, przez co myślisz o emigracji, żeby móc żyć godnie, jak człowiek. To nie Ty, tylko JA jestem winna. I BARDZO się dziwię, że palant, który napisał nasz artykulik, czuje się z tym komfortowo, odrzucając bez krzty zastanowienia własne błędy i zwalając wszystko na innych. Praca jest od tego, żeby pracownik umawiał się z pracodawcą na czas jej wykonywania, zakres czynności, odpowiedzialności - whatever. I żeby się tego oboje trzymali. Pracownik nie jest niczyim niewolnikiem, ma się wywiązać z umowy i zainkasować wynagrodzenie. Inaczej rzecz ujmując: on ma towar, ktoś ma kasę i od niego ten towar kupuje. A nie kradnie i jeszcze na pożegnanie wali pałą w łeb.
Tak, bywa, że zwykła przyzwoitość wymaga dorobienia czegoś po umówionym czasie pracy, ale to nie może być standard i nie może być za darmo. Też tak postępuję, ale nie czynię z tego zasady.

Jak z drugiej strony nie zapominają o egzekwowaniu swoich praw i wygłaszaniu wszechwiedzących korpoprawd (Ile można czekać na ewaluację?! Nie otrzymuję wystarczającego wsparcia od przełożonego! Nie czuję się wystarczająco doceniony! Uważam, że firma nie potrafi wykorzystać mojego potencjału! Komputer, na którym muszę pracować jest zbyt wolny! Nie podam swojego numeru na komórkę, bo to mój prywatny numer! Nikt mi nie powiedział, że mam to zrobić! Przecież wysłałem w tej sprawie maila! Ta firma jest źle zarządzana!). Jak są nieodpowiedzialni, krnąbrni, egoistyczni i niezaangażowani. 

Serio? A może to autor nie potrafi stosownie rozdzielić zadań i wyegzekwować ich wykonania? Może nie wspiera, a marchewka służy mu wyłącznie do tłuczenia po głowie? Od kiedy to pracownik ma obowiązek związać swoje prywatne życie z pracodawcą i podawać mu numer własnego telefonu? To jest egoizm i niezaangażowanie?! Bzdura! To jest zdrowy rozsądek! Ogarniania całej firmy nie zwala się na barki pracownika, zwłaszcza tak nieudolnego, jak przedstawiciel pokolenia Y, bez którego - ojej! - nagle nie można sobie poradzić!

Tu dygresja, bo muszę się przyznać, że mój pracodawca został poinformowany o prywatnym numerze telefonu. Ale ja zrobiłam to rozmyślnie, a nawet z premedytacją, ponieważ wciskano mi służbową komórkę, której bardzo nie chciałam wziąć i przemykałam się piwnicami tak długo, aż sprawa mchem obrosła. Po pierwsze dlatego, że ciągnęłabym ze sobą wszędzie dwa - niemałe obecnie - telefony, czego nie zamierzałam ani nie zamierzam nigdy robić. Po drugie dlatego, że podpisałabym umowę, w której jak byk stoi, że telefon ma być włączony zawsze, a ja mam obowiązek go odebrać. ZAWSZE. W pracy wszyscy mają mój prywatny numer. Ale ja mogę odebrać telefon... lub nie. Mogę go też wyłączyć - nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi. W ten oto chytry sposób zapewniłam sobie komfortowe życie prywatne. I tak, odbieram. Ale robię to dlatego, że mój szef ma świadomość korzystania z mojego prywatnego numeru, prywatnego czasu, każdą rozmowę zaczyna od przeprosin i wytłumaczenia się, czyli mamy jasność, kto komu robi grzeczność, więc dzwoni tylko wtedy, gdy sprawa naprawdę nie może poczekać do jutra. Zdrowy układ?

Ale przecież choć millenialsi słyną z tego, że na tyle długo, na ile się da odkładają moment podejmowania poważnych życiowych decyzji, tak długo jak się da mieszkają z rodzicami i nie zakładają rodzin, to skoro mają już dziś po 20 kilka, a nawet 30 lat, to ten moment właśnie nadszedł. Dzieci, które się dziś rodzą, to właśnie dzieci millenialsów.

Zuzia należy do nielicznej (sic!) znanej mi grupy reprezentantów pokolenia Y, która mieszka z rodzicami. Co ciekawe - zapytała, czy może. Wcale nie oczekiwała, że będziemy w nieskończoność łożyć na jej utrzymanie. Kiedy zdała maturę, ustaliliśmy zasady współpracy - ponieważ zależało mi, żeby studiowała w systemie stacjonarnym i skupiła się na nauce, a nie szarpaninie pomiędzy zdobywaniem środków na życie a wykształcenia (znam to i wiem, że można, ale wiem też, że nie trzeba) oraz, czego wcale nie ukrywam, żeby mogła wykorzystać krótki i ulotny czas młodości i wolności na studenckie życie, chlanie wódy i tańce do białego rana, zobowiązałam się łożyć, dać wikt i opierunek do końca tego wyjątkowego okresu. A ona i tak pracuje dorywczo, nie oczekując od nas pieniędzy na ciuchy, kosmetyki czy paliwo, o rzeczonej wódzie nie wspominając. I zawsze przepracowuje wakacje, aż czasem mi jej żal, bo dorosłe życie już nie będzie rozpieszczało. Pierwszy raz poszła do pracy, gdy miała szesnaście lat. Wstawała o czwartej rano, żeby zdążyć na szóstą. I szefowa błagała, żeby została na kolejny miesiąc. Ale może jest jedyna na świecie. Tym bardziej się cieszę, tym większą czuję dumę.

Spróbujmy więc sobie wyobrazić, jakimi rodzicami są i będą millenialsi. 

Nie, nie próbujmy. Dajmy im szansę pobyć rodzicami i zobaczmy, co z tego wyniknie. Nie jesteśmy zbawcami świata i nie nasza to odpowiedzialność za kolejne pokolenie. Nie mamy monopolu na rację, jak nie mieli go nasi rodzice, wbrew wyobrażeniom których postępowaliśmy, jak nie mieli go ich rodzice, przeciwko którym oni się buntowali. Bezczelność i buta wypływająca z każdego słowa tego żałosnego artykułu zwyczajnie mnie zatyka. Niedojrzałość jego autora jest aż nadto widoczna i... smutna. Oraz źle świadczy o portalu: albo podziela takie poglądy, albo zamawia tego typu bzdurne teksty tylko po to, żeby podbić sobie poczytność. Jedno i drugie jest zwyczajnie SŁABE.

A nawet jeśli nasze dzieci będą złymi rodzicami, to czyja to jest wina?! Czy aby nie nasza, skoro nie umieliśmy przekazać najbliższym nam istotom najważniejszych życiowych wartości?! Gdzie byliśmy (tu wracam do wersalików) w czasie, który należało poświęcić dzieciom? Może siedzieliśmy piętnastą godzinę w robocie za gówniane pieniądze? Albo biegliśmy za dużą kasą, wierząc, że dziecko wychowa nam telewizor? No to teraz właśnie poniesiemy tego konsekwencje. Skoro nie potrafiliśmy zadbać o to, co NAPRAWDĘ jest w życiu ważne, nie dziwmy się, że zbieramy tego żniwo. Touche!

I w końcu będą wymagający wobec państwa. Przecież Państwo też ma swoje obowiązki w stosunku do obywateli. Gdzie polityka prorodzinna? Gdzie dodatki? Gdzie zasiłki? Gdzie ulgi dla osób wychowujących dzieci? Urlop macierzyński? A dlaczego taki krótki? A tacierzyński? A becikowe? Skąd mamy wziąć na mieszkanie? Gdzie są preferencyjne kredyty dla młodych małżeństw? A ochrona dla pracujących matek? A ulgi na dziecko? 500 zł na drugie dziecko? A dlaczego tylko na drugie? A czy pierwsze dziecko jest gorsze od drugiego? No i dlaczego tylko 500 zł? Czy ktoś kto to wymyślał wie, ile kosztuje utrzymanie dziecka??? A tak w ogóle to sami też musimy mieć coś z życia! (...) A przecież mamy też swoje prawa! Chcemy mieć czas wolny, tylko dla siebie i na realizację swoich własnych przyjemności.

Obywatel ma niezbywalne prawo wymagać od państwa - wybiera rząd i powinien egzekwować obietnice wyborcze. Słabo nam to idzie, oj, słabo... Gdzie polityka prorodzinna? Gdzie ulgi dla osób wychowujących dzieci? Urlop macierzyński? A dlaczego taki krótki? A tacierzyński? A becikowe? Skąd mamy wziąć na mieszkanie? Gdzie są preferencyjne kredyty dla młodych małżeństw? A ochrona dla pracujących matek? A ulgi na dziecko? Wiecie gdzie?! W DUPIE! Tak, w dupie rządzących nami, nieudolnymi wyborcami, którzy zachłysnęli się czekoladą, coca colą i adidasami. No to teraz pijmy piwo, które sobie nawarzyliśmy.

Tylko nie zwalajmy winy na nasze dzieci. Sami je tak wychowaliśmy.

by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at luty 23, 2017 10:54

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Jak dbać o włosy w Japonii, którego autorem jest Joanna

Przytargalam cale zestawy tych szamponow z Tokyo I Bangkoku. Czerwony jest najlepszy dla moich wlosow, no I wlosy po odzywce jakos latwo sie rozczesuja.

by Joanna at luty 23, 2017 06:40

Smoking kills...

O CZESKICH SŁODYCZACH I PRZYCZYNIE ZNIKANIA

Nie ukrywajmy, że trochę zniknęłam z życia i całej reszty, bo dostałam konto na Netflixie, a że mają sporo seriali BBC, to wiadomo. Teraz to już całkiem skamienieję w pozycji siedząco – wyłupiastej albo dupa mi pęknie. Do poduszki czytam „Cesarza wszech chorób” – coś jak książki Thorwalda, tylko lepsza. Więc intelektualnie jestem bardzo zadbana, a to, że mój mąż będzie musiał robić nowe otwory w ścianach, bo niedługo od tego przebywania w jednym miejscu przestanę się mieścić w drzwi, to już całkowicie inna para kaloszy. Tym bardziej, że obżeraliśmy się dziś pączkami z cukierni „Irena” – fantastyczne, z kwaskowatymi powidłami śliwkowymi. Cellulit na dupie wysłał mi pocztówkę z podziękowaniami.

N. był wczoraj w Czechach – od jakiegoś czasu tam bywa i jak idzie na obiad, to za każdym razem przynoszą mu mięso na słodko. Co by nie zamówił, jest w słodkim sosie z owocami.

- I co, znowu dali ci mięso z dżemem? – pytam go, jak zadzwonił z drogi powrotnej.

- Tym razem była pieczona panienka w czekoladzie.

Zawsze jakaś odmiana.

No to kiedy ma być te 15 stopni i więcej? Bo chętnie bym się upiła ze szczęścia (a nie w kółko na smutno).

 

by Barbarella at luty 23, 2017 03:56

pokolenie ikea

david-marcu-114194

Zaczęło się od tego listu:

Wokół siebie widzę samotnych trzydziestoparolatków. Kobiety również. Bez znajomych, bo znajomi mają już rodziny i zajęty czas wolny. Jak chcesz napisać cos mądrego, to napisz jak wyrwać się z kręgu samotności, a nie kolejny durny wpis o tym, jak wyrwać lalę do ruchania na jedna noc. Zresztą, co za pierdolenie, zamiast iść do klubu wystarczy wejść na Tindera, kobiety po 30-tce są tak rozpaczliwie samotne, że z tej potrzeby bliskości idą do łóżka na drugiej randce.”

To nieprawda. Kobiety z samotności chodzą do łóżka już na pierwszej randce.

Samotność pojawia się etapami

Najtrudniejsze dla kobiety jest, gdy kończy trzydzieści lat. Bo wtedy wie, że opuszcza młodość. A jednocześnie to czas, kiedy jest u szczytu. Kobieta osiąga idealny balans. Ma jeszcze urodę i, w przeciwieństwie do dwudziestolatek, wie, jak ją podkreślić. Zazwyczaj ma swoje pieniądze, jest więc niezależna. Zna już większość repertuaru mężczyzn. Mówi się, że kobieta bezwarunkowo kocha tylko raz. Później nie jest już taka głupia. Trzydziestolatka bezwarunkową miłość ma już za sobą. Zna siebie, zna swoje ciało, wie co należy zrobić, aby było jej dobrze, i również wie, że mężczyzna nie jest potrzebny kobiecie do orgazmu. A czasami wręcz w nim przeszkadza. 

Jej samotność nie pojawia się od razu, ona przychodzi powoli etapami.

Nagle widzi, że jej przyjaciółki nie mają dla niej czasu, albo mają go coraz mniej, bo liczą się ich faceci i dzieci. Nagle czuje, że czas przyspiesza. Że zaczyna oglądać swoje włosy. Okolice swoich oczu. I nie podoba się jej to, co widzi. Jeśli ma tylko urodę, jest jeszcze gorzej. Bo wie, że za chwilę ją straci i nie będzie miała już nic.

I zaczyna się bać, że nie zdąży.

Kobieta chce się opiekować

Kobiety od dzieciństwa wychowywane są w oczekiwaniu na ślub. Wkładają na głowę poszewkę od poduszki, jako imitację welonu, przez lata zastanawiają się, jaką sukienkę założą, kogo zaproszą, jak to będzie wyglądało kiedy będą szły kościelną nawą prosto do ołtarza. I kto się zesra z zazdrości. 

A tu nagle chuj. A właściwie jego brak. 

Kobiety podchodzą do tego na dwa sposoby. 

Pierwszy – wybieram samotność celowo. Kobieta uznaje, że  jest ona wpisana w nasze życiorysy. Bo oglądała swoich rodziców, którzy hajtali się w wieku lat 20. A później matka siedziała pod blokiem z wózkiem rozmawiając o najnowszym odcinku Isaury a ojciec siedział z sąsiadem przy piwie, w białej poplamionej koszulce i rozmawiali jak ich wkurwiają w pracy.

I ich ona nie chcą tego czego chcieli jej rodzice. O nie nie. Chce lepszego życia. Lepszego związku. Lepszego małżeństwa. Nie do końca wiedząc co to znaczy to „lepsze”. 

I sposób drugi, gdzie osamotnienie jest dla kobiet poczuciem bezużyteczności. Dorosłam, dojrzałam, zakwitłam, a wokoło nikogo, kto mógłby się tym zachwycić. Jestem kobietą, lecz nie dla mężczyzny. Jestem zaprojektowana na bycie z kimś, a wokół pusto. Jestem bezużyteczna.

Kobiety chcą się opiekować. A samotna kobieta nie ma kim. Kupuje sobie, więc, kota.  Kot jest prosty w obsłudze i mało wymaga. Z psem trzeba wyjść do ludzi. Z kotem można zostać w domu.

Samotna kobieta wstaje rano, kąpie się, coś tam je albo i nie, bo trzeba przecież dbać o linię, choć tak naprawdę nie wiadomo, dla kogo. Idzie do pracy, wraca z pracy, idzie do sklepu, gdzie kupuje jedzenie dla jednej osoby, czyli kilka plasterków jakiegoś pieprzonego sera, chuda szynka, pieczywo Wasa, jeden pomidor, jeden słoik Nutelli (jedna łyżka nie zaszkodzi, prawda?), jajka, jeden kawałek sera camembert. I jedną butelkę wina. Nie jedną. Dwie. Kupuje kosmetyki. Tony ubrań.

Jest praca, są znajomi, są przyjaciele, często są podróże gdzieś daleko, są jeszcze imprezy do rana, ale czasami ta kobieta wraca do domu, widzi pusty JEDEN kubek po kawie i zaczyna nie wiadomo dlaczego płakać. Albo widzi na ulicy małego chłopczyka. Ten chłopczyk właśnie dostał swoją pierwszą piłkę nożną. Jest biała w niebieskie łaty. I patrzy na nią wzrokiem pełnym zachwytu. Pochłania ją spojrzeniem, bo jest to absolutnie najpiękniejsza rzecz, jaką widział w swoim życiu. A jej, nie wiadomo dlaczego, chce się nagle płakać.

Wtedy pojawia się przyrodnia siostra każdej kobiety. Ma na imię Desperacja. Samotna kobieta zaczyna nagle robić głupie rzeczy.

I mógłbym tutaj dużo pisać o seksach w kiblu. O budzeniu się rano w towarzystwie faceta, którego imienia ona nie pamięta. I szukaniu z nadzieją czy w sedesie pływa zdechła meduza prezerwatywy. Ale szkoda na to czasu, bo każda samotna kobieta robiła z mężczyznami lub dla mężczyzn rzeczy, których się wstydzi.

Znowu mieć 20 lat i znowu być głupim.

Owszem są randki. Dużo randek. Przypominają taśmę w fabryce mleka UHT.

„Czym się zajmujesz? Co robią twoi rodzice? Nie lubię tracić czasu. Jak wyglądasz naga? Do mnie, czy do ciebie?”

Mężczyźni zdejmują z samotnej kobiety sukienkę. Aby to zrobić czasami obiecują dużo (wystarczy ze powiesz kobiecie o uczuciach, i nagle stają się bezbronne).

Zdjąć majtki, dłonie na piersiach, dłonie na tyłku,  dłonie na udach, gorący ślad na plecach. Założyć majtki, wrócić do domu.

Ona by chciała, aby oni sięgnęli głębiej.  Pod mięśnie, pod żyły, pod kości, do brzucha, gdzieś tam daleko w głowę, tak, aby znowu zaparło dech. Targają nią pragnienia. Ma być jeszcze tak, jak w piosence ZAZ. 

Znowu mieć 20 lat i znowu być głupim. Nie myśleć, nie kalkulować, CZUĆ.

Samotna kobieta czuje, że  cały czas pływa po powierzchni. Każda z tych relacji jest pusta i płytka. A ona się dusi. Zamyka się w sobie i przestaje próbować, bo po co? Wszyscy faceci są przecież tacy sami. Wredne, egoistyczne, tępe kutasy.

Tyle, że mężczyzna z samotnością sobie jakoś radzi, czasami mu ona nawet pomaga, bo pozwala ułożyć kilka rzeczy w głowie. Kobietę jednak samotność powoli zabija.

Marta

Jestem chyba statystyczną bohaterką Twoich opowieści – przed czterdziestką, z w miarę dobrą pracą, trochę zakompleksioną, trochę niepewną siebie, bez faceta. Nie wiem, jakie reguły rządzą światem relacji damsko-męskich. Wiem, że gros moich zakompleksionych koleżanek zaraz po liceum znalazło sobie mężów, podczas gdy ja, wówczas rozrywkowa i trochę wyuzdana, do dzisiaj jestem sama. Poczyniłam ostatnio nawet kilka prób ratowania swojego życia – mam na koncie dwie nieudane randki „z Internetu” (nieudane, gdyż na jednym spotkaniu się zakończyły), oraz dwa nieudane stosunki seksualne (po alkoholu, czytaj bez orgazmu).

(…)

Niezależnie od poziomu wieku, u każdej wolnej kobiety, co jakiś czas zapala się lampka ostrzegawcza, która każe zapytać – czy ja sobie w końcu kiedyś, kur….., znajdę faceta…..? A i przede wszystkim, jak to zrobić, aby szukając miłości, nie zostać dziwką?”

Jak?

W wersji dla osób, które pilnie muszą zrobić pierogi: chodzi o to, aby poznać najpierw siebie, szanować się i domagać się szacunku. Później, nie bać się poznać nowych ludzi. A jeszcze później, potrafić z tym drugim człowiekiem rozmawiać. Naprawdę rozmawiać. A nie śmigać po powierzchni.

A teraz to samo, ale w wersji dłuższej.

Przestań żyć hollywoodzkim mitem. Nie ma połówek (chyba, że w sklepie monopolowym)

W 1996 roku na ekranach kin pojawił się film „Jerry Maguire”. Film ten jest słynny z dwóch rzeczy.

Można na nim zobaczyć jak piękna była Renée Zellweger zanim zdecydowała się na dietę zmieniającą rysy twarzy (darzyłem ją w tamtych czasach uczuciem wielkim, aczkolwiek, kurwa, niestety nieodwzajemnionym) oraz jednej sceny.

W tej scenie Tom Cruise mówi do Renée: „I love you. You… you complete me.” Czyli: „Kocham cię. Ty mnie uzupełniasz”.

I w tym momencie majtki wszystkich kobiet spadły na podłogę i wyznaczony został nowy standard emocjonalny dla naszego pokolenia: druga osoba musi być twoją połówką. Musi cię dopełniać.

To naprawdę zajebista koncepcja, że twórca tego burdelu nagle postanowił, że porozdziela i pomiesza ludzi, a następnie niech się kurwa szukają. Czyli nie dość, że musisz kogoś znaleźć to jeszcze ta osoba musi do ciebie idealnie pasować! Ludzi na ziemi jest ponad 7 miliardów. Szansa na wygranie w Lotto to chociaż 1 do 14 milionów. Niezły dowcip, nie?

Cała teoria z dwoma połówkami jest chuja warta.  Nie ma połówek, chyba, że w monopolowym.  Każdy z nas jest całością. Jedni do nas pasują bardziej, inni mniej. A związki, nawet udane, bywają trudne. Jeśli kogoś uraziłem to dobrze, może się otrząśnie.

Żeby być z kimś, trzeba wyjść. Z siebie

Żeby kogoś poznać, to trzeba się spotykać z ludźmi. Oczywiście można zawsze liczyć na to, że się potknie o leżącego na wycieraczce, zapakowanego w celofan  Ryana  Gosslinga, ale istnieje dość duże prawdopodobieństwo, że będzie on gumowy.

Jeśli kogoś to dziwi, to ja mu nic na to zdziwienie nie poradzę.

Na pytanie, gdzie można kogoś poznać, odpowiadam w dupie. Poznawanie ludzi to nie kwestia miejsca, tylko kwestia nastawienia. Otwartości. Spróbuj każdego dnia uśmiechnąć się do pięciu nieznajomych mężczyzn. Jeśli to ci się uda, spróbuj niezobowiązująco porozmawiać z jednym z nich. W windzie. W kawiarni. W pierdolonym klubie modelarskim przy lepieniu messerschmitta.

Żeby z kimś być, trzeba mówić nie

Produkowałem się już tyle razy pisząc, że aby być z kimś, trzeba najpierw umieć być szczęśliwym z samym sobą, że nie napiszę już na ten temat ani słowa.  

Za to powiem, coś czego się nie mówi, czyli jak wygląda randka z punktu widzenia faceta. Mężczyzna dzieli kobiety z grubsza na trzy rodzaje:

  1. Takie, które pójdą szybko do łóżka,
  2. Takie, które żeby poszły do łóżka trzeba się postarać,
  3. Takie, które są dla nich potencjalna partnerka.

O ostatecznej kwalifikacji decydują szczegóły. Jak się kobieta ubiera (jak pokaże cycki, to znaczy, że jej zależy). Ile pokazuje na zdjęciach profilowych (jeśli pokazuje dużo, to znaczy, że jest łatwa). A później ją testujemy.

Jeśli facet na pierwszej randce proponuje: „może kupię butelkę wina i wpadnę do ciebie?”, to znaczy to mniej więcej tyle: pała mi furgocze jak ruski wentylator a ty jesteś łatwą dziunią. Nie jestem facetem na jedną noc. Aż tyle czasu to ja nie mam. Ale przelecieć cię mogę.

Uwodzenie to składanie obietnicy bez pokrycia.

Co kobieta powinna odpowiedzieć na propozycję spotkania u niej?

„Wolę jakiś bar, na wypadek jakbyś mniej wkurzył albo był nudny. Będę mogła wtedy bez problemu uciec.”

Mężczyzna, aby zaczął szanować kobietę musi usłyszeć od niej słowo NIE.

Aha. Ważna rzecz.

Unikaj facetów którzy mówią: kocham cię przed pierwszym orgazmem.

Tyle. Jeśli tego nie rozumiesz, to może jest już dla ciebie za późno.  

Żeby kogoś poznać, trzeba pokazać, kim się jest

Im bardziej kobieta nastawia się na szukanie partnera na zawsze, tym mniejsze ma szanse go znaleźć. Nic tak nie śmierdzi dla faceta jak desperacja. Czujemy to na odległość. Czasami, wróć, CZĘSTO to wykorzystujemy.

Co tymczasem robi samotna laska? Zamiast myśleć o tym, czy facet po drugiej stronie stołu się jej podoba, zastanawia się czy ona podoba się jemu. A jeśli wypadnę głupio? Czy dobrze wyglądam? A co jeśli on mnie nie pokocha? Tak samo jest później w łóżku. Czy dobrze wyglądam w tej pozycji? Czy jemu jest dobrze? Muszę dobrze wypaść. MUSZĘ. Skoro on jest taki doskonały, to ja muszę też być doskonała.

Zdradzę wielki, kurwa, sekret. Nie ma ludzi doskonałych. A nawet jeśli są, to są nudni. Miłość polega na tym, że poznajecie swoje niedoskonałości.

Ta druga osoba może cię wtedy zaakceptować, bądź nie. Ale musi wiedzieć kim naprawdę jesteś a nie oglądać fejkową wersję prosto z Insta.

Mężczyźni wiążą się z kobietami, które ich rozumieją

Jest wiele kobiet z którymi chcemy się przespać, z myślą o kilku się onanizujemy, ale nieliczne nas rozumieją. Z tymi ostatnimi pragniemy być.  

Z mężczyzną trzeba rozmawiać. Przebić się przez jego warstwy. O czym rozmawiać? A tego to ja już nie wiem. Jeden lubi czekoladę, drugi jak mu nogi śmierdzą.

Wiem jedno, masz go w momencie, kiedy szczerze ci opowie, czego się boi.

W tej grze jest jednak jeden haczyk. Jeśli się nie otworzysz (a to trudne, bo każdy boi się dostać po raz kolejny kopa w dupę), to druga osoba też się nie otworzy.

Naucz się patrzeć na świat zachwyconym wzrokiem 

Jedną z większych bzdur jakie słyszałem w życiu, jest to, że dookoła nie ma fajnych, wolnych facetów.

Odpowiem tak. Ostatnio usłyszałem od znajomego: “Za znudzenie nie odpowiada rzeczywistość, tylko to, że się jej odpowiednio uważnie nie przyglądało.” Świat trzeba cały czas odkrywać. Patrzeć na to, co cię otacza, jakbyś widziała/widział to pierwszy raz”.  

Ja patrzę.

Dajmy na to trzymam w dłoni kobiecą pierś. Widzę, że jest duża. Jest ciepła. Jest blada. Prawie biała. Sutek jest twardy. Sterczy. Jest ciemnobrązowy. Duży. Na lewej piersi jest mały pieprzyk. Mniej więcej trzy centymetry od sutka. Jeśli dotknę językiem kawałka ciała, tam gdzie kończy się pierś, wąskiego fragmentu ciała pod nią, sutek stwardnieje bardziej, a z ust kobiety wydobędzie się jęk.

Zamiast piersi, można wstawić las. Morze. Jedzenie. Muzykę. I ludzi.

To nie tak, że nie możesz nikogo znaleźć. Po prostu nie patrzysz wystarczająco uważnie.

 unsplash.com


by panikea at luty 23, 2017 01:03

Kurlandia

Na cmentarzu

Czasami tęsknota za Babcią tak silnie mną targa, że nie mogę znaleźć sobie miejsca…Jedyne, co mogę zrobić, to pojechać do Głubczyc: pospacerować po mieście, w którym Babcia wydreptała swoje ulubione ścieżki, zachwycić się wzrostem roślin, które pamiętam jako małe sadzonki, popatrzeć na okna na drugim piętrze, skąd wychylała się niegdyś siwa głowa staruszki, pójść na cmentarz…Zalewa mnie fala wspomnień, która ciepło otula moje osierocone serce. Głaszczę Babcię po porcelanowym policzku…

Zrobiło się późno, cmentarz wypełnił się mrokiem. Przy alejkach nie było latarni, a nielicznie palące się znicze, nie oświetlały nam drogi. Ani Jacek ani ja nie zauważyliśmy, kiedy na granitowym, zielonkawym pomniku położył się bury kot. Pojawił się znikąd. Bezszelestnie wskoczył na grób, niczym na kanapę w salonie. Wśród tylu pomników wybrał właśnie ten, dziwne uczucie…

Nie goniliśmy zwierzęcia, ale też nie zachęcaliśmy do bliższego kontaktu. Pożegnaliśmy się z Babunią, szklane znicze rozbłysły ciepłym światłem świecy. Udaliśmy w stronę głównej bramy, która – jak się okazało – owinięta była łańcuchem. Musieliśmy skierować się w kierunku wielkich drzwi przy kaplicy, do których prowadziła droga przez ceglany łuk. Klucząc pomiędzy grobami, kot odprowadził nas do samego wyjścia z cmentarza. Usiadł przed metalową bramą i śledził nas wzrokiem, aż zniknęliśmy na parkingu. Babcia tak zawsze robiła…Odprowadzała nas na podwórko pod blokiem i czekała, aż auto zniknie na końcu ulicy Niepodległości. Moja głowa wypełniła się przedziwnymi refleksjami: od tych generowanych przez zdrowy rozsądek, po skojarzenia podsuwane przez bogatą wyobraźnię.

Spotkanie z kotem wywarło na mnie duże wrażenie. Nigdy nic podobnego mi się nie przytrafiło. Spojrzałam jeszcze w stronę głubczyckiego cmentarza…zwierzę zniknęło. Nie kręciło się również pod nogami jakieś pary, która właśnie przechodziła przez ceglane sklepienie. Jacek nawrócił na parkingu, byliśmy gotowi odbyć długą podróż do domu. Spoglądnęłam ostatni raz…Kot wyszedł na chodnik i – walcząc ze strachem – spacerował wzdłuż muru, nawracał. Wyglądał, jakby domagał się pieszczot. Nikogo poza nami nie było, zwierzę wyraźnie nas sobie upatrzyło. Szarpały mną silne emocje…

„Pojedziemy po jakieś jedzenie dla niego?”. Mąż tylko jęknął, długa droga przed nami. Pewnie gderał w duchu, że zawsze coś wymyślam i nie dam mu spokojnie żyć. Kiedy skręcił wanem w prawo, zrozumiałam, że kocha mnie taką właśnie, jaka jestem…

***

by Iga at luty 23, 2017 09:12

Bezwstydnica

luty 22, 2017

Bezwstydnica

Skorpion w rosole

(237) Maskara

     Zakrawa wręcz na cud miary tego w Kanie fakt, że piszę post raptem dwa dni po poprzednim. Nie przetrzymam Was tym razem ani w miesięcznym rozkroku, ani w napiętym oczekiwaniu, kiedy coś się tu pojawi. Ale muszę napisać teraz, bo sprawa nie cierpi zwłoki. A zwłoki nie cierpią spraw zaległych. Zwłoki nie cierpią, poprzestanę na tym.  
     
     Otóż dostałam ulotkę z firmy kosmetycznej Y, w której cyklicznie zaopatruję się w kosmetyki, w tym tak zwane kolorowe (cykl wynosi jakieś dwa i pół roku) i oko swe zawiesiłam na towarze powoli deficytowym w mym koszyczku, mianowicie na tuszu do rzęs zwanym maskarą. Nie używam terminu maskara, żeby słowo nie stało się ciałem, ponieważ mnie nazwa kojarzy się z dwoma kolejnymi: masakrą i maszkaronem. Widocznie to wyrazy bliskoznaczne. 

     Cóż wyczytałam w ulotce? Czuję podśluzówkowo, że płoniecie żądzą poznania tej tajemnicy. Otóż pierwszą część czytam gładko, mój wzrok mizia literki w takim ekwilibrystycznym układzie: Tusz zwiększający objętość rzęs 360 stopni z proteinami migdała. I tutaj następuje pierwsze zawieszenie zwojów, nawet wielokrotne. Objętość rzęs? Zwiększa? No dobra, o ile procent? Nie procent?! Stopni?! Jak się mierzy objętość rzęs? Wszystkich? Jednej? Chodzi o grubość pojedynczej rzęsy, tak? Wytłumaczcie mi, proszę Ale dlaczego w stopniach? A może te 360 stopni wycięto w tym jednym migdale? Stopnie z proteinami. Fakt, jestem blondynką, w dodatku, na moje nieszczęście naturalną, a więc wrodzoną i może dlatego do mnie to nie dotarło aż tak wyraźnie jak to, co przesylabizowałam potem: Efekt otwartego oka 360 stopni. Hmmm. Szok i niedowierzanie, jak mówi Mat. Maluje się tym oczy na powiekach, kiedy się śpi w pracy? Aż boję się wyobrazić, co się musi dziać z powiekami za gałką oczną. Bo one chyba uciekają do tyłu, skoro cała gałka, czyli kula 360 stopni jest na wierzchu? I to ma mnie upiększyć? I to za 25,90? Może się skuszę... Zauważyłam, że zaczynają mi opadać powieki.  

Oryginalny japoński patent.Nie trzeba konturówki.
Źródło zdjęcia ginie w mrokach dziejów i internetu.

      Po tym odkryciu na miarę Indii, które okazały się Ameryką, od razu przeczytałam całą ulotkę bardzo dokładnie, czego nigdy nie robię, w poszukiwaniu innych kuriozów. Ale nie, nie znalazłam niczego szczególnego. No, może zafrapowała mnie trochę Praktyczna kosmetyczka na weekendowy wyjazd i nie tylko. Po zapoznaniu się z wymiarami zauważyłam zgryźliwie, że mogłabym ją faktycznie, wziąć na wyjazd, ale w charakterze torby na ekwipunek, nie kosmetyczki i nie na weekend, ale na co najmniej tydzień. Boję się teraz pomyśleć co można targać na dwutygodniowy urlop w Kenii. Dlaczego akurat w Kenii? A nie wiem, to pierwszy kraj, który skojarzyłam z dwulitrową flaszką repelentu. 

Ale wiadomo przecież, że ja nie potrzebuję upiększeń! Proszę, dowód! Tak mnie zdybano na plaży!


Ela Wasiuczyńska

by Skorpion pandeMonia (noreply@blogger.com) at luty 22, 2017 07:12

Matka jest tylko jedna

Wszystko, czego nie mogę dziś stracić

Od rana słyszę jego jęczenie. Mamo, chodź zobacz, mamo, no! Mamo, a zobaczysz? Mamo, proszę, patrz! Robotę mam. Pranie, sprzątanie, zwyczajne rzeczy nie chcę łazić i patrzeć,  a to na wieżę, taką samą jak inne wieże, a to na rysunek, podobny do dziesiątek innych rysunków. Nie dzisiaj, proszę.

 

 

 

Dzień mi mija na odwiecznej krzątaninie,  każda rzecz do nadrobienia, wszystko i nic, bo efektów nie widać, wciąż jestem w proszku, wciąż coś wpada w ręce, każda chwila, cenna sekunda, której nie mogę stracić, nie mogę odzyskać. Mamo, no, chodź, popatrz, no! Mamo! Popatrzysz? Ugrrr! Dość mam już tego!

 

– Słuchaj! – krzyczę, aż mnie w gardle drapie, tak głośno. – Zmywam naczynia, ręce mam mokre, wszystko zachlapuję jak tak łażę w tę i z powrotem, wkurza mnie to, a jak jestem wkurzona, to wcale nie chcę widzieć, co tam narysowałeś, bo jestem wkurzona, zła! Potem przyjdę i popatrzę ok? Potem, jak skończę, dobra?

 

 

Mruczy coś pod nosem. Nie słyszę. Nie chcę słyszeć. Poganiam ojca, przeganiam młodszego, huragan dnia codziennego, tornado kotletów, ziemniaków z masłem, talerzy do mycia i wciąż niesprzątniętej werandy. I ten uparty lament mamopopatrzeniowy. Jak teraz, jak mam to zrobić? Pranie muszę rozwiesić, żeby drugie wstawić, bo jutro wyjeżdżamy, lodówkę wymyć, żeby zakupy już do czystej wsadzić, tyle rzeczy, tyle rzeczy… Nie mogę tego wszystkiego ogarnąć w jednym czasie…

 

– Mamo! Popatrzysz?

 

– Synku, zaraz! Za chwilę! Skończę i popatrzę. Zaraz, dobra?

 

Zaraz nie nadchodzi ani zaraz, ani zaraz potem. Do wieczora jestem zajęta. I dopiero koło 20, gdy wreszcie udaje mi się usiąść do cały czas otwartego komputera z misją napisania kilku słów, moje chęci przerywa głos syna.

 

– Idę się myć i spać, mamo, dobranoc! – komunikuje.

– Chcesz, żebym ci poczytała? – pytam mechanicznie, choć po takim dniu wcale nie mam na to ochoty.

– Nie, nie musisz. Wezmę od taty telefon i włączę sobie słuchajki. Zawsze przy nich zasypiam.

 

Poszedł smutny. Sam. Od kiedy chodzi sam się kąpać? Od kiedy nie potrzebuje pomocy? Przecież jeszcze kilka miesięcy temu miałam problem, którego pierwszego rozebrać, którym się najpierw zająć? Siedzę i myślę nad tym momentem, słysząc, jak nie może sobie poradzić z ustawieniem prysznica. Woła ojca. Ojciec mu pomaga, wychodzi. Słyszę plusk w wannie i jakieś jego pogadywanie. Podchodzę do drzwi i słyszę, że z myciem poradził sobie ekspresowo. Pochodzi do umywalki, owinięty ręcznikiem, jak mały dorosły, ze stołeczkiem przed lustrem wyjmuje sobie pastę i szczoteczkę. Niewprawnymi ruchami nakłada tę pastę, ale nagle podnosi na mnie wzrok i pyta wykrzywiając usta w tym swoim rozpaczliwym grymasie:

– Co robisz, mamo?

– Patrzę się, jak dobrze sobie radzisz. Mogę?

 

Kiwa głową. Zaczyna w swoim ulubionym rytmie machać szczoteczką w buzi. Jego wciąż małe ręce, są już tak pewne w tych ruchach. Patrzę się, jak drugą ręką poprawia sobie ręcznik, którym opasał się pod pachami. Mruży oczy, tak jak ja. I tak jak ja stoi ruchu. Kręci głową, przewraca oczami. Podreptuje w miejscu nogami, kiedyś pulchnymi i miękkimi jak biszkopt, teraz smukłymi i trochę poobijanymi od zabaw na śniegu. Stoi taki mały, rozczochrany chłopiec, który jeszcze niedawno krzyczał „mamo!”, bo nie umiał wejść na krzesełko i odkręcić sobie wody. Patrzę się na syna, śledzę każdy jego ruch, nie spuszczam go z oczu, chłonę centymetry twarzy, uśmiecham się, kiedy wypluwa wodę, płucze usta, wyprostowuje się przed lustrem i przegląda się w nim,  jakby chciał sprawdzić, czy już nie czas na golenie. Widzę, że zerka na mnie, więc posyłam mu buziaka i podnoszę kciuki w górę.

 

– Dziękuję, mamo, że na mnie patrzyłaś. Kocham, kiedy na mnie patrzysz jak coś robię. – mówi do mnie, a ja zapadam się pod ziemię, bo każda chwila, cenna sekunda, której nie mogę stracić, bo nie mogę odzyskać to tak naprawdę wszystko to, robi mój syn, kiedy chce, żebym po prostu z uwagą patrzyła.

 

Dziękuję, że mogę.

 

 

Post Wszystko, czego nie mogę dziś stracić pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at luty 22, 2017 06:39

Janina daily

Gruba ryba w oceanie handlu i usług

Jakim ja jestem ostatnio dorosłym, odpowiedzialnym człowiekiem, to Wy sobie nawet nie wyobrażacie! Ja takim totalnym rekinem biznesu jestem, że ja nawet działalność gospodarczą założyłam, co akurat okazało się być jednym wielkim rozczarowaniem, bo na przykład okazało się, że nie można sobie dowolnie określić prawnej formy firmy tylko po to, żeby nazywała się “Foki sp z. o. o.” i było śmiesznie.

🙁

No i na samym początku to ja poszłam do irlandzkiego urzędu skarbowego, a tam to ja bardzo lubię chodzić, bo tam wszyscy są okropnie mili i zawsze jak tam jestem, i sobie rozmawiam z tymi miłymi urzędnikami, to przez chwilę czuje się tak, jakbym miała jakichkolwiek przyjaciół. No i tym razem to tam w tym urzędzie to był pan, z którym pal licho, że ja będę pleść bransoletki przyjaźni i trzymać mu dziecko do chrztu, my totalnie założymy razem kabaret! Śmieszek taki, komediant. Bo ja tak wypełniałam ten formularz i tam było takie pole, że “spodziewany dochód roczny” i pan mnie wtedy spytał, ile szacuję, że zarobię, a ja powiedziałam, że miliardy, a pan powiedział, że łohohoho, to przecież nam kratek w tym formularzu nie starczy, a ja powiedziałam, że to nie szkodzi, zawsze możemy skleić dwa formularze, żeby było więcej kratek, łohohoho, a on powiedział, że łohohoho, to przezabawny pomysł i nawet zaczął krzyczeć do pana w okienku obok, czy ma taśmę klejącą, bo my tu musimy skleić dwa formularze, bo pani będzie zarabiać miliardy. No mówię Wam, ale było śmiechu!!!


I tak właśnie zaczęły się moje pluski w oceanie biznesu, a dalej to było już tylko lepiej, bo dalej to ja byłam takim poważnym rekinem biznesu, że ja wypowiadałam szereg szalenie dorosłych zdań typu:

“Muszę to skonsultować ze swoim prawnikiem” (!!!)

jak również

“Szacowanie kosztu kapitału własnego metodą stopy dochodu z obligacji z premią za ryzyko”

Nie, żart, tego ostatniego to ja jeszcze nie powiedziałam, bo dopiero jestem w trakcie uczenia się tej formułki na pamięć, żeby potem móc ją niby mimochodem wypowiedzieć, i żeby wszystkim kapcie z wrażenia pospadały, że ja jestem takim dorosłym człowiekiem. Bo wiecie, ja tak to sobie wymyśliłam, że najważniejsze to podejmować racjonalne decyzje biznesowe, co opierają się na żelaznych fundamentach faktów, prognoz i zaawansowanych analiz ekonometrycznych.

I na przykład ostatnio negocjuję z kilkoma firmami, i z nich mam wybrać jedną, i one wszystkie dużo do mnie dzwonią, i to jest właśnie moja definicja dnia z życia rekina biznesu: dużo się dzwoni. No i ja jestem w Polsce, a pani do mnie dzwoni i pyta mnie, czy podjęłam już decyzję, co jest wyrazem pewnego optymizmu, zważywszy na to, że podejmuję ją dopiero od dwóch tygodni, a w kwestii mojej zdolności do podejmowania decyzji, to ja powiem tylko tyle, że ostatnio pojechaliśmy z Wojtkiem na obiad do IKEI i ja tak długo się zastanawiałam, czy chcę ziemniaki czy frytki, że w końcu pani powiedziała, że ona nie chce mnie poganiać, ale zaraz zamykają, no i ja wybrałam frytki, ale do dziś żałuję.

No i pani dzwoni, a ja totalnie jestem negocjatorem surowym, ale sprawiedliwym, totalnym rekinem biznesu jestem, pani dzwoni, coś tam dyskutujemy, i ona nagle mówi: “no i pani Janino, jeśli pani jeszcze nie wie, to ja zapraszam na spotkanie, my to omówimy przy pączkach”. A potem szybko, zanim zdążyłam złapać oddech, powaliła mnie niczym lew antylopę na stepie, dodała:

“…i faworki”.

– I jeszczcze drożdżówki tam dobre na dole mamy, no nie, Julian? – spytała przez telefon trochę mnie, a trochę swojego asystenta, a Julian potwierdził, a pani potwierdziła mi, że drożdżówki też mają, znaczy ja tak sobie to wyobrażam, że potwierdziła, bo tak naprawdę to nie wiem, no bo już w połowie jej wypowiedzi byłam w drodze do ich biura, gotowa podpisać umowę.

No, taki ze mnie twardy negocjator w tym oceanie handlu i usług. Z drogi śledzie – Janina, panga biznesu, jedzie.


Panga biznesu

The post Gruba ryba w oceanie handlu i usług appeared first on Janina Daily.

by Janina at luty 22, 2017 03:05

efka i koty

Ja jestem Blog Agaty Komorowskiej

Depresjologia: Kiedy spadanie staje się lataniem

Parę dni temu zamieściłam wpis na fb, który zaczynał się od słów: „Jestem ujebana… Tego nie można już nazwać zmęczeniem. To totalne i całkowite ujebanie.”WIĘCEJ...

Artykuł Depresjologia: Kiedy spadanie staje się lataniem pochodzi z serwisu .

by Agata at luty 22, 2017 10:25

Kurlandia

Wiosnę czuć w powietrzu

To był słoneczny i ciepły dzień. „Nie zdążymy pojechać na spacer.” – oszacowałam na szybko, a Mąż tylko jęknął…Był wyraźnie zawiedziony. „Czekaj, niech się zastanowię! Jeśli skoczymy po zwierzaki i odbierzemy pizzę po drodze do lasu, to powinniśmy wrócić na tyle szybko, by umyć jeszcze psy i zetrzeć podłogi”. Tak też zrobiliśmy, a gorący karton z jedzeniem – zamiast na stole w salonie – otworzyliśmy na leśnym skwerku kilka minut później. Zjedliśmy obiad na łonie natury, delektując się słońcem z dala od wrocławskiego smogu. Spontaniczna decyzja podparta została chłodną kalkulacją czasu i odległości do pokonania, rozsądnie poukładaliśmy kolejność wykonywanych czynności. W ten właśnie sposób rozciągamy dobę.

Psy przybrały kolor błota pośniegowego. Ganiały za dębowymi patykami, szalały po przegniłym listowiu. Robiły przy tym sporo hałasu, co bardzo cieszyło Szymona, który ubóstwia zwierzęta. A psiaki lubią porażonego chłopczyka, szczególnie ten, który – jako szczeniak po ciężkiej parwowirozie – przygarnięty został z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.

Forest szczekał piskliwie, a Elza skakała jak dziki zając, dając upust swojej radości. Wysoko szusowałam ponad ziemią, odrywając wszystkie cztery, rozbrykane łapki. Nela niejednokrotnie krzywiła się na widok zatopionego w kałuży kija. Księżniczka, czekała na naszą pomoc. Rzucaliśmy więc patyk, po którego sami biegliśmy. Ha ha ha. Nibyjorki poczuły nieskrępowaną swobodę. Udzieliło się to Michałowi i Jackowi. Przetarli butami dziesięciometrową ślizgawkę i mieli doskonałą zabawę przez kilkadziesiąt minut. Michał uczył się panowania nad ciałem, a Mąż jeździł w obie strony, rozśmieszając przy tym mocno zaciekawionego sytuacją Szymka.

Kocham słońce…jasne, wygrzewające policzki. „Idzie wiosna” – wyraźnie to czułam. Pąki jeszcze nie strzeliły na gałęziach, a w ciemniejszych zakątkach lasu i na cienistych polanach zalegał śnieg i lód…Ale powietrze po zimie zmieniło zapach i przywołało wiele wspomnień z dzieciństwa. Jeszcze trochę cierpliwości, a drzewa pokryją się soczystą, jasną zielenią, pojawią się pierwsze kolorowe kwiaty. Teraz zachwycały mnie zamrożone, dębowe liście. To właśnie z pobliskich drzew pochodzą nasze małe sadzonki, dzięki którym dostaliśmy zaproszenie do Katedry Genetyki Roślin (Przypomnę, że dąb „Szymon” ma trzy łodygi, co jest rzadkim zjawiskiem).

Każde wyjście z domu odradza w nas siły i chęci do działania. Jakże ważne jest to, by otworzyć się na świat…Ten, daleko za horyzontem.

***

by Iga at luty 22, 2017 07:53

Kura pazurem

Leniusiołki, Babcia i Nutuś

Przy każdej nowej książce jest ekscytacja, ale też jest trema. Teraz czekam na „Już nie uciekam” i przyznam się, że nerwowo przebieram nogami, bo nie mogę się doczekać. Od wczoraj książka jest już w przedsprzedaży, więc to dosłownie na dniach, już za chwilkę.

Zajęłam się teraz szyciem leniusiołków. Mam w planie pokazać dzieciakom na warsztatach, jak powstają bajki, a przy okazji zademonstrować prawdziwego leniusiołka. Nakupiłam pluszowych materiałów, wypełnienia, oczy, nosy i działam. Oczywiście pokazałam Babci pierwszego stworka.

- A co on taki gruby? – zapytała. Wyjaśniam więc, co to za postać. Babcia, ku mojemu zaskoczeniu, znów mnie pochwaliła! Normalnie aż trudno uwierzyć, prawie łezkę wzruszenia otarłam z policzka.

− To może ja ci pomogę szyć, co?

Zamiast Babci pomagał mi Nutuś. Tak się zaangażował w to pomaganie, że papierowa forma straciła głowę. Ale w sumie, kto by nie stracił głowy dla Nutusia, nie?

nutuś i leni

Babcia oczywiście ma swoją koncepcję, gdzie pluszaka bardziej wypchać, jak dorobić uszy i inne elementy. Odkąd uszyłam jednego leniusiołka codziennie dopytuje, kiedy powstaną następne. Chyba myśli, że ja produkcję taśmową mam zamiar rozpocząć.

− Będzie jeszcze tylko jeden, różowy – mówię Babci, czym ją mocno rozczarowuję, bo jakże to w sumie TYLKO dwa. Tłumaczę więc, że jeszcze muszę jednego pracusiołka uszyć, a on jest trudny, bo chudy i długi, w dodatku ma marynarkę i spodenki, dłuuuugi nos, okulary i odstające uszy. Nie będzie więc łatwo.

− I co ty będziesz tym dzieciaki straszyć? – śmieje się, więc znów jej wszystko od początku tłumaczę, że bajka, że dzieci z onkologii itp. − Ty weź lepiej dupę w troki i nie marnuj czasu, tylko pisz książki, bo ja nie mam co czytać – ponagla mnie. Obiecuję jej więc, że pójdę do biblioteki i coś nowego przyniosę. – Tylko wiesz: duże litery, bez obcych imion, bez okropności (czytaj: seksu) i żeby się kupy trzymało. Najlepiej niech będzie tak, jak ty piszesz.

− Ale nie da się po okładce ocenić książki – tłumaczę babci.

− Jak się przyłożysz, to dasz radę.

No… i poszłam się przykładać. Łaziłam pomiędzy półkami i szukałam czegoś, czego seniorka jeszcze nie czytała. A wszędzie małe literki! Na szczęście panie bibliotekarki wiedzą, że nie może być seksu, więc czasami coś mi odradzą. Bo seks to straszna rzecz! Babcia jak trafi na taką scenę, to puka się w czoło i pyta, po co takie rzeczy pisać. Na szczęście nie pyta, po co takie rzeczy robić.

A na zdjęciu mój leniusiołek. Przyznajcie, że aż się prosi, by go przytulić.

leni1

by anna at luty 22, 2017 03:59

luty 21, 2017

zapiski zgagi

Pączkować czas!

Karnawał się kończy, już za tydzień śledzik…

Z naszych domowych tradycji tłusty czwartek jest jedną z najpilniej przestrzeganych. Przepis na pączki ma pewnie ponad  sto lat, bo już Babcia miała go od swojej mamy i babci. Wewnątrz musowo wiśnie, nic innego! Smażenie wyłącznie na smalcu, na wierzchu lukier z białek i cukru pudru z odrobiną rumu. Pączki nie za duże, tak mniej więcej dwie trzecie ,,sklepowych”…

Sprawdziłam dziś, czy mam wszystkie surowce, bo produkcja jutro. I tu się okazało, że, ku memu zaskoczeniu, mam tylko jeden słoik wiśni! Nie za duży, więc nie wiem, czy wystarczy na tradycyjne 60 sztuk?… Jak dziś pamiętam, że latem przerobiłam ok. pięciu kilo owoców. Owszem mnóstwo soku miały, ale żeby uzyskać tylko jeden słoik ,,gęstego”? Niemożliwe… Na pewno nikogo nie obdarowałam. No, nic, mam jeszcze ze dwa małe słoiczki konfitury na wszelki wypadek!

Był czas, gdy namiętnie kupowałam pączki w cukierniach. Jakoś mi zawsze smakowały, nawet takie gniotowate. Przestałam, gdy po raz trzeci czy czwarty z rzędu trafiłam na ,,pustaka”, bez nadzienia. Nigdy też nie lubiłam wersji z twarogiem, czekoladą, adwokatem czy inszymi wynalazkami. Toleruję jedynie klasyczne pączki z marmoladą. Choćby najpodlejszą…

Teraz spożycie ograniczam do jednego, góra dwóch, własnej produkcji, raz w roku. Właśnie w tłusty czwartek. W sukurs jutro przychodzi Beatka, na kulanie i smażenie. Zdecydowanie w dwójkę produkcja lepiej idzie…A i przyjemniej znacznie!

by Zgaga at luty 21, 2017 11:44

Zapiski dojrzalej kobiety

Wyczekiwanie wiosny.

Z niebieskich najrańszą piosnek
Ledwie zadzwonił skowronek,
Najrańszy
kwiatek pierwiosnek
Błysnął ze złotych obsłonek.

Za wcześnie,
kwiatku, za wcześnie,
Jeszcze północ mrozem dmucha,
Z gór białe nie zeszły
pleśnie,
Dąbrowa jeszcze nie sucha.

Przymruż złociste
światełka,
Ukryj się pod matki rąbek,
Nim cię zgubi śronu ząbek
Lub
chłodnej rosy perełka (...).

(Autor: Adam Mickiewicz, Ballady i romanse. „Pierwiosnek”)

Dostałam się chyba w jakieś zapętlenie czasoprzestrzeni, bo zupełnie nie wiem jak to się stało, ze minęły trzy tygodnie lutego.
Bo mnie się wydaje, ze jest dopiero początek miesiąca – przecież zrobiłam dopiero kilka kartek świątecznych, kilka zaproszeń na urodziny dla wnucząt, ogarnęłam nieco balkon, bo bardzo mi się chce wiosny i te suche, sterczące trawy, które jeszcze zimą były ozdobą balkonu, teraz mnie wkurzają.

Stęskniłam się za klimatami historycznymi, więc przeczytałam po raz drugi „Koronę śniegu i krwi” Elżbiety Cherezińskiej a teraz zabrałam się za „Niewidzialną koronę”, tej samej autorki. A jak mam już dość gęsto ścielących się trupów, krwi i politycznej ohydy (tak, tak, przed wiekami polityka też była brudna) to czytam babskie czytadło „Bądź przy mnie” Bogny Ziębickiej.
Bogna Ziębicka popełniła cykl  o Różanach i jego mieszkańcach składający się  z pięciu tomów.
Pierwsze trzy (Droga do Różan, Wiosna w Różanach i Tylko dzięki miłości) czytało mi się dobrze,  czwarty tom ( Bądź przy mnie) momentami „zgrzyta” lub przynudza.
Ciekawa jestem jak się będzie czytać tom ostatni (Na zawsze Różany).

Dotychczas szybko upływający czas mnie tylko trochę smucił, ze życie mija tak szybko.
Teraz zaczyna mnie niepokoić, ze przed wyjazdem do sanatorium (znowu jak zawsze;) będzie nerwówka.
Bo do zrobienia jeszcze mam dużo, a czasu niewiele, zważywszy, ze od 4 marca zaczynam swoje wizyty kontrolne, czyli kolędowanie po lekarzach.
Wreszcie kończy mi się katar, który trzymał mnie ponad dwa tygodnie, a mówią, ze katar leczony lub nie leczony trwa 7 dni;).

W czwartek wieczorem zabieram do siebie Wiktorię i przez cały weekend robimy sobie Dzień Dziecka, oby tylko pogoda nam dopisała.

by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at luty 21, 2017 06:33

Niezbyt boska ja

Odfajkowane

Naprawa samochodu to czynność z tej samej półki co wizyta u ginekologa albo dentysty.

NIKT nie lubi tam chodzić, a tym bardziej za to płacić.

Ale trzeba, więc się chodzi i się płaci  - wiadomo.

ALE jak już człowiek rzecz taką odbębni - to jest radość i duma z odfajkowanego zadania :)

 

A memu volvu właśnie dziś wymieniono tylne heble:)

Mam nowe heble.

Mam z głowy = mogę mieć w dupie :)

Jupiiii :)

by boskajana@NOSPAM.gazeta.pl at luty 21, 2017 06:06

Matka jest tylko jedna

17 małych rzeczy, które może zrobić zwykły człowiek w walce o czyste powietrze [to naprawdę nie boli!]

 

Wiem, jakie to uczucie, kiedy widzisz, że na twoich oczach wali się świat, a ty nie możesz nic zrobić. Pewnie to samo czują dziesiątki tysięcy rodziców, kiedy nie mogą wyjść z domu, bo za oknem mgła, że nie widać nic na metr. Czuję ten wszechogarniający smutek i trochę poddanie, szczególnie kiedy zerkam na kolejny komentarz mamy, załamanej, bo stwierdzającej, że nic już tak naprawdę nie można zrobić w walce o czyste powietrze. Zwykły człowiek nie przyczynia się do jakości tego, co wdychamy. A z samochodu zrezygnować trudno.

 

Mam to szczęście, że mieszkam w miejscu, gdzie jest dość czyste powietrze. W miejscu, do którego część pyłów, o jakich trąbi coraz więcej osób i jeszcze więcej się przekonuje na własnych płucach, nie dotarła. Mocno nawet ograniczyłam epatowanie naszym otoczeniem, bo pod każdym zdjęciem czy filmem z Mazur pojawiały się głosy zazdrości, które dla mnie brzmiały przerażająco: „Zazdroszczę, że możecie wyjść na dwór”. Do tej pory maski na twarzy kojarzyły mi się wyłącznie z dużym krajem w Azji. Od kilku miesięcy regularnie widzę, że chodzą w nich ludzie w większych miastach. I wcale nie jest mi przyjemnie. Tym bardziej gdy słyszę, że żeby mieć czyste powietrze nic nie można zrobić, tylko płakać i narzekać.

 

I mimo że wiem, jak ciężko jest pewnie wielu z was i jak wielu ominęło beztroskie baraszkowanie po śniegu, kiedy liczba pyłów w powietrzu przekraczała normę, to jednak, jako mieszkanka lasu, gdzie bez samochodu jak bez nogi, muszę poprosić o głos w sprawie, która zdaje się mnie nie dotyczy, ale jednak dotyczy każdego z nas.

 

 

Wszystkim, którzy jakimś cudem nie wierzą, nie chcą wierzyć lub nie wiedzą o tym, co się dzieje, polecam dobre teksty: „Smog? Bez spiny jest super!„, „Polskie miasta już w połowie lutego przekroczyły limit smogu” i „Histeria z powodu smogu – jak manipulować ważnym tematem”. Polecam też wpis mojej koleżanki Alicji, która postanowiła zawalczyć o czyste powietrze dla swoich dzieci: tutaj. Czyste powietrze w naszym kraju to mit, niestety.

 

 

Niestety. Pisałam już o tym w tekście „Eko sreko„. Zdaję sobie sprawę z tego, jakie konsekwencje może nieść alarmujący stan powietrza w dużych miastach naszego kraju. Powietrze przecież nie stoi w miejscu, ono krąży, przemieszcza się, pyły, które krążą nad Warszawą jednym prądem czy dwoma mogą dojść nad Bełdany lub spaść z deszczem na nasz dom. Oczywiście, że nie w takim stężeniu jak na Nowym Świecie, ale jednak rykoszetem oberwę lub obrywam. Mimo doskonałego filtru lasów i tego, że mam w miarę czyste powietrze. I trochę złości mnie taki bierny stosunek społeczeństwa polskiego do dość poważnego problemu. Dziwią mnie komentarze typu „Ojej, no ale, co ja mogę zrobić?”.

 

 

Możesz coś zrobić!

 

 

 

Możesz zrobić, kurde, możesz! Możesz się ogarnąć i zacząć żyć trochę bardziej świadomie. I już tu nie mówię o piecu, bo Tomasz Rożek świetnie to wyjaśnił tutaj, ale na każdym twoim kroku masz wpływ na stan środowiska. Każdy twój ruch może zostawić pozytywny lub negatywny ślad. Co zrobić?

 

 

Chcesz mieć czyste powietrze? Ogarnij swoje zakupy 

 

 

1. Ogranicz wyjazdy do sklepów do minimum.

 

Zrób sobie plan posiłków [zobacz: jak zrobić zakupy na cały tydzień i jak zaplanować obiady], kup na zapas przynajmniej na dwa, trzy dni. Rzeczy, których ci brakuje, załatwiaj dzięki aplikacji Listonic. Cała rodzina może mieć do niej dostęp i jeśli któreś jest w okolicy sklepu, może odznaczyć, że kupiło brakujące produkty. Dzięki temu oszczędzisz sobie i światu dedykowanej jednej śmietanie czy kilku bułkom przejażdżki samochodem.

 

[Towar w sklepie też nie bierze się z nieba i ktoś musi go przywieźć. Przypominam sobie, jak moi rodzice prowadzili sklep w tym moim lesie, gdzie do najbliższej hurtowni było raptem 30 km. Mieli już wtedy kontakt z grupami kajakowymi, które spływały Krutynią, a przewodnicy byli w stanie uprzedzić wtedy: „Hej, płyniemy dużą grupą, zaraz zrobimy zakupy”. Mogli, ale nie robili tego. A my, wyjeżdżając po towar rano [60 km  plus kilkanaście jeżdżenia po całym mieście], mieliśmy już w południe pusty sklep i widmo pokonania kolejnych km. Jeśli każdego dnia lubisz wpadać po ulubiony serek homogenizowany, uprzedź sprzedawcę, że lubisz i będziesz go kupować. Oszczędzi mu to kłopotu dowożenia, jeśli akurat zabraknie, po prostu wrzuci twój serek na listę zakupów, które koniecznie muszą być w sklepie.]

 

 

2. Naucz się zamrażać.

 

Ja miałam przygotować specjalny wpis o zamrażaniu, ale czasu mi brakło. Faktem jest, że wielką pomocą w planowaniu zakupów jest zamrażarka, do której możemy schować wszystko – od jajka przez jogurt po pieczywo i gotowe obiady. Zamiast więc w panice pędzić do sklepu po produkty, wystarczy otworzyć zamrażarkę. Dodam, że nieużywana zamrażarka, która chodzi, spala więcej energii. Najwydajniej pracuje optymalnie zapakowana.

 

 

3.Przerzuć się na zakupy online.

 

I to najlepiej w jednym sklepie. Wiesz, czemu? Bo będzie jedna przesyłka. Jeden człowiek podjedzie do ciebie raz, a twoje powietrze wokół domu nie będzie zatruwane wydzielinami z kilku samochodów, a z jednego. No, chyba że masz układy, jak ja. Bo do mnie, z racji bloga, czasem przychodzi tyle rzeczy, że pozwalam kurierom na podrzucenie paczki koledze. Żeby podjechał jeden, a nie sześciu. Mam ich numery komórek, znajdę ich, jakby moje legginsy czy majty nie dotarły. Często też idę na rękę i od razu mówię, że dziś będę wyjeżdżać, więc nie widzę problemu, żeby zostawili u kogoś po drodze. Bo nie widzę. Tak będzie ekonomiczniej. Chociaż zdaję sobie sprawę, że jest mi z tym prościej, bo o wiele mniej u nas nieznajomych. Ale z drugiej strony w mieście kurierzy nie mają aż tak daleko, żeby podjechać, więc też nie trzeba mieć spiny. Niemniej, kiedy wiem, że wyjazd po konkretną rzecz zajmie mi czas i paliwo, wolę ją kupić online. Od dłuższego czasu zamawiam tak też większość suchych produktów spożywczych.

 

 

 

4. Jeśli wiesz, że zużywasz pięć opakować żelu pod prysznic, kup sobie jeden większy.

 

Nie tylko cena będzie niższa, ale i plastiku mniej. Co prawda plastik przetwarza się całkiem nieźle, ale i tak trzeba zużyć energię, żeby to zrobić. Im mniej plastiku, tym mniej energii.

 

 

 

5. Unikaj torebek foliowych.

 

Trąbi się o tym chyba wszędzie, a wciąż widzę sportowców, którzy za zadanie sobie wzięli zapakowanie nawet arbuza do torebki foliowej. Ja sobie dałam spokój z woreczkami foliowymi i pakuję do nich jedynie jabłka, ziemniaki albo jakieś inne drobne warzywa lub owoce, które kupuję w większej ilości [choć staram się często znaleźć opakowanie papierowe]. Kilka papryk, związana włoszczyzna, kiść banana czy rzodkiewek, arbuz, cukinia lub ogórki, zazwyczaj leżą u mnie luzem w koszyku i nikt się jeszcze nie przyczepił.

 

 

 

6. Jak już musisz, wykorzystaj te folie.

 

Ja mam na nie pudełko i często wykorzystuję torebki do zamrażania warzyw lub wędlin od rodziców, do przechowywania guzików tego samego kształtu. Przydają się też na posegregowanie małych pierdółek dzieci, jako kosze na śmieci  w samochodzie czy schowek na brudną bieliznę w torbie podróżnej.

 

 

 

7. Sprawdzaj kraj pochodzenia produktu.

 

Nie kupuję jabłek z Hiszpanii, tylko z Polski. Z jednego ważnego powodu – krótsza droga produktu do sklepu = mniej zużytego paliwa. Swoją drogą, w ciągu ostatniego roku mocno ograniczyłam swoje zakupy do produktów pochodzących z Polski.

 

 

 

8. Zabierz swoje torby i pojemniki na zakupy [więcej przeczytasz u Julii: tutaj. Dla mnie to ma sens.

 

 

 

Chcesz mieć czyste powietrze? Możesz segregować śmieci odpowiedzialnie – nawet jeśli myślisz, że odpady lądują w jednej śmieciarce [zobacz tutaj, czemu]

 

 

 

9. Nie wyrzucaj ubrań do kosza na śmieci.

 

Kosze PCK nie są od parady i nawet jeśli oburza cię to, że część ubrań z koszy trafia do second handu, to pamiętaj, że ktoś te kosze musi utrzymać, ubrania posegregować, wyprać – to kosztuje. A ubrania, które naprawdę nie nadają się użytku są w dalszym ciągu przetwarzane: na ściereczki, włókna do tapicerek, wypełnienia siedzeń, a nawet są używane do wyprodukowania energii. Na śmietniku gniją. W koszach – są dalej wykorzystywane. Wybór jest prosty.

 

 

 

10. Jeśli nie wiesz, co zrobić z nieużywanymi książkami,

 

śpieszę z pomocą: możesz je oddać w punkcie bibliotecznym, gdzie często są półki z tak zwaną wolną książką, możesz je też sprzedać, ja niedługo wystawię kilka pozycji na pewno, możesz też się książkami wymienić, a najlepszym rozwiązaniem: oddać potrzebującym. W internecie są ostatnio dwie ważne akcje: książki dla hospicjum i książki dla domów dziecka. Idealny sposób na zrobienie sobie miejsca na półce i przy okazji dobry uczynek.

 

 

 

A jeśli koniecznie chcesz wyrzucić książkę czy gazetę, oddaj ją na makulaturę. Recykling papieru

– ogranicza zużycie energii o 75%
– chroni 17 drzew przed wycięciem przy produkcji każdej tony (przy produkcji papieru z makulatury używa się tylko makulatury!)
– ogranicza zużycie wody o ok. 60%
– zmniejsza liczbę odpadów
– ogranicza zanieczyszczenie powietrza o ok. 75%

Dodatkowo ponowne wprowadzenie do obiegu stosu gazet o wysokości 125 cm pozwala na uratowanie 6 metrowej sosny. Włókna celulozowe, z których wytwarza się papier mogą być 6-krotnie przetwarzane!

 

 

 

11. Więcej o segregowaniu śmieci na infografice od nanowosmieci.pl.

 

Julka pisze, że nie trzeba myć, rozumiem to, nie ma sensu marnować wody,  ja wolę to jednak robić z ważnego powodu – kosze na worki  na plastik i szkło trzymam na werandzie i kiedy się zbierze trochę brudnych plastików, zaczynają się pojawiać muchy i zwyczajnie mi to brzydko pachnie. Więc myję, ale rozsądnie – kiedy zalewam garnek do odstania robię to myjąc opakowanie po jogurcie, kiedy płuczę jabłko, woda spływa na opakowanie po jakimś deserze. Zresztą znacznie ograniczyłam plastiki, więc i tego mycia nie ma dużo, a wodę staram się wykorzystać do każdej kropli. A teraz infografika:

 

czyste powietrze

 

 

 

 

 

 

13. Możesz oszczędzać światło i nie marnować energii.

 

Oj, a czy ta jedna lampka zapalona na darmo ma znaczenie… – zapytasz. Tak! Jedna lampka razy 10 tysięcy innych lampek to już dużo. Zresztą wieczorami nawet lepiej nam się zaśnie w półmroku niż przy jarzeniówkach zapalonych gdzie się da.

 

 

 

14. Możesz ograniczyć chemię w domu.

 

Większość i tak się da się doszorować wodą z octem i sodą. Środki czystości również ograniczyłam do minimum i korzystam z nich, kiedy muszę. W sumie tylko toaleta, umywalka, prysznic i czasem piekarnik wymaga porządnej ingerencji środków czyszczących. I to nie zawsze 🙂

 

 

 

15. Najpopularniejsze: przesiądź się na rower albo nie żałuj innym swojego samochodu.

 

Pewnie wiesz, że ja jeżdżę moim cargobike od wiosny do jesieni, dzięki czemu do tej pory jakoś nie brakowało prawa jazdy. Gdzie chciałam, tam dojechałam z mniejszą lub większą zadyszką. Ale co jak co – dzieci trzeba zacząć wozić na zajęcia dodatkowe, więc prawko zrobię. Choć zamierzam je wykorzystywać nie tylko dla siebie. Na przykład Chłop rzadko kiedy jeździ do pracy na pusto. A to po drodze zabierze kolegę, który nie musi wtedy używać swojego samochodu, a to sam się przesiądzie do innego znajomego, a swój samochód zostawi w spokoju. Jest dużo możliwości. Gdy chwilowo musiał zmienić miejsce swojej pracy, przez dłuższy czas dojeżdżał busikiem, który jego znajomy kupił z myślą właśnie o tym, żeby dojeżdżać do pracy i przy okazji zabierać znajomych. Po zrzutce na benzynę i naprawy, dojazdy do pracy kosztowały grosze.

 

 

 

16. Hoduj kwiatki i rośliny.

 

Znasz 15 roślin, które oczyszczają powietrze w domu? Poznaj koniecznie i zaopatrz się w nie jak najszybciej. Te rośliny najlepiej pozbywają się zanieczyszczeń powietrza i dzięki temu dokładasz maleńką cegiełkę do walki o spokojne oddychanie.

 

 

 

17. Weź udział w akcji #zlapoddech,

 

która znalazła dość skuteczny  sposób na walkę ze smogiem: listy do posłów i posłanek, które zwracają uwagę na skalę problemu. Szczegóły tutaj.

 

 

 

1,5 roku temu brałam udział w dużej akcji Ministerstwa Środowiska mówiącej o sposobach dbania o czyste powietrze. Potem ministerstwo zmieniło kierunek – szkoda.  Pamiętam głosy, że to już przesada, że na blogach to nawet rząd się zareklamuje. Ale akcję popierałam całym sercem, bo pamiętałam jeden fakt, jeszcze z pierwszej ciąży, którą prowadziłam u dwóch lekarzy – jednego w stolicy prywatnie i drugiego – na Mazurach. W związku z badaniami część czasu spędzałam w mieście, a część w lesie,  a mój lekarz był na tyle rozumny, że zwrócił uwagę na wyniki badań i ich zbieżność z miejscem mojego pobytu. Domyślasz się już, że po trzech tygodniach na Mazurach moje wyniki były o niebo lepsze niż te po trzech tygodniach w mieście? O niebo lepsze. Żeby nie było tak słodko, dodam, że to na Mazurach wylądowałam w szpitalu z komplikacjami w ciąży, ale… to było dwa dni po dłuższym pobycie w stolicy, gdzie kończyłam sprawy na uczelni.

Tak, już pięć lat temu z powietrzem nie działo się najlepiej, już dwa lata temu kładziono na to nacisk w całkiem szerokiej kampanii, której byłam małym ogniwem. Jak bardzo musieliśmy nie zwracać na to uwagi, skoro doprowadziliśmy do tego stanu, że poziom pyłów przekracza wszelkie normy i ja osobiście zrezygnowałam z dłuższego wyjazdu do stolicy, mimo że planowałam taki zimowy urlopik dla starszaka, żeby poznał miasto, w którym się urodził. Chyba lepiej pojedziemy tam na wiosnę.

 

 

 

 

Niemniej, jeśli dalej sądzisz, że nie masz wpływu na czyste powietrze i na to, czym oddychają twoje dzieci, to proszę, przeczytaj ten tekst jeszcze raz i pomyśl, że każda mała rzecz, którą robisz, zostawia ślad. Wszystko ma znaczenie. Butelka w lesie, torebka foliowa na chodniku, tona butelkowanej plastikiem wody – wszystko. Jeśli ty kupisz o jedną taką rzecz mniej albo wrzucisz do odpowiedniego kontenera zrobisz najlepsze, co możliwe – pokażesz swojemu dziecku, że tak się robi, że to standard, że tak się zachowują odpowiedzialni za miejsce, w którym żyją, ludzie. Im więcej dzieci będzie świadomych tego, jak każdy ich czyn wpływa na środowiska, tym większe prawdopodobieństwo, że nasze wnuki będą dorastały w czyściejszym świecie. Ale każdy z nas musi zdobyć się na te kilka drobnych gestów. Może nie uda ci się spełnić wszystkiego. Ale zacznij od jednego, może od dwóch. Na początek. Zacznij myśleć, bo masz wpływ. Największy. Bo będący absolutną podstawową wiedzą.

 

Bo prawdziwa zmiana zaczyna się od podstaw. Kogoś tam na górze rodzice po prostu nie nauczyli, że czyste powietrze jest ważniejsze niż kasa.

 

 

 

 

 

 

Post 17 małych rzeczy, które może zrobić zwykły człowiek w walce o czyste powietrze [to naprawdę nie boli!] pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at luty 21, 2017 05:45

efka i koty

015


Jeszcze raz drzewo. Trochę wesoło bo w powietrzu pojawiają się wiosenne nuty a na skwerach rozkwitają krokusy. Ale w sumie smutno bo po zmianie ustawy kolejne drzewa idą pod piłę. O części z nich czytam, część widzę na własne oczy. I tak bardzo mi żal tych drzew. Tyle lat rosły, tyle lat sprawiały, że świat jest piękniejszy i bardziej przyjazny. A teraz po prostu można je ściąć. Bo tak.

by efka i koty (noreply@blogger.com) at luty 21, 2017 11:44

nic specjalnego

Życie nie jest niestety.......

.......romansem.
A szkoda. Brzydko mówiąc zaczynam "się nie wyrabiać".  Muszę bardzo szybko
opanować bardzo obcy dla mnie język, czyli niemiecki.Nie dość, że szybko to i
tanio, bo moja emerycka kieszeń nadmiarem gotówki nie grzeszy. Może ktoś zna
jakiś patent?
Poza tym nagle nazbierało się wiele spraw tzw. administracyjnych  do rozwiązania
w trybie pilnym.
A na dodatek okazuje się, że im człowiek starszy tym trudniej o szybki i pełny
powrót do zdrowia.Ślubnemu wydawało się, że po tej re-operacji przepukliny
będzie  tak jak za pierwszym razem ale wiadomo- "nic dwa  razy się nie zdarza".
Od tamtej operacji minęło 8 lat a w międzyczasie była poważna operacja
kardiologiczna i związany z nią przymus stosowania stale warfaryny,co komplikuje
każdy jeden zabieg chirurgiczny.Wprawdzie w okresie przed opercyjnym, w trakcie
i po nim zamienia się warfarynę na heparynę to i tak krwawienia wewnętrzne
niestety są.Nie wykluczam, że za tydzień może się okazać konieczny powrót pod
skalpel.
Reasumując- będę rzadko bywała i bardzo rzadko pisała na bloggerze. Gdy mi się
nieco sytuacja rozjaśni, przejaśni i wyklaruje - przyrzekam, że wrócę i wszystko
jaśniej wyłożę.

by anabell (noreply@blogger.com) at luty 21, 2017 10:21

Bezwstydnica

Eksperci

A Wy od czego jesteście ekspertami?
🙂

Pozdrawiam
Kura – ekspertka do spraw porządków i hodowli węży.  😉

by Kura at luty 21, 2017 07:22

luty 20, 2017

Skorpion w rosole

(236) Blackmail

     Żyję, żyję! To tylko chwilowy, przymusowy postój na ostrzenie piły. 

     Od razu lecę do Was z nowinkami. Otóż ------>Michał w niedzielę jedzie na swój turnus rehabilitacyjny! Juhu! Udało się, udało! Bardzo Wam dziękuję, na Was można liczyć i się nie przeliczyć. Ja to ale mam Czytaczy, fiu fiu! Najlepszych na świecie! Michał Was ściska, każdego z osobna i wszystkich razem :*


     Zgodnie z zasadą, że optymizm jest kwestią perspektywy, a perspektywa jest kwestią wyboru, wybieram pół szklanki pełnej (tę z budweiserem). Zaskoczył mnie ostatnio Mim, który zaczął mnie szantażować coraz śmielej. Mami mnie wizją porządku w chłopięcym pokoju. To wspólny ekosystem Mata i Mima, zasiedlony na zasadzie komensalizmu przez pająki kosarze, kurzowe koty, mrowie roztoczy, skarpetek, chleba porośniętego mgiełką hodowli pędzlaka i kropidlaka (pokojowa hodowla antybiotyku), rybki bojownika z rakiem (rak nie wolnożyjący, tylko przy płetwie), dwóch patyczaków i mauzoleum mrówek. Jestem nawet w stanie ulec, ponieważ wizja wzorcowego porządku, u mnie wręcz sprawa nieosiągalnej rangi mitycznej, jest dla mnie wielce nęcąca. Coś jak kwiat paproci, złota kaczka, złote runo... Niby jest, ale nikt tego jeszcze nie widział. Pragnę to zobaczyć przed śmiercią, jak Neapol. Ale Neapolu już nie chcę widzieć ponownie, raz mi wystarczy. Pamiętam tam ludzkie kupy na, kiedyś reprezentacyjnym, placu i nieprzerobionego do końca transseksualistę na wózku inwalidzkim, pchanym przez kolegę/żankę, oboje naćpani tak, że nie widzieli nawet Wezuwiusza. Takie mam wspomnienia z Neapolu.

     Na razie Mim zdołał utorować ścieżkę łącząca drzwi z łóżkiem, więc idziemy dobrym tropem, między wysokimi hałdami ze wszystkiego. Idziemy w obuwiu z rakami. I może tam jest pies pogrzebany (nie zdziwiłabym się). Mój drugorodny bowiem zajął trzecie miejsce w Poznaniu w walce na warcaby, dostał dyplom, pucharek i medal. Medalu nie zdążyłam dobrze obejrzeć, bo Mim ledwo wpadł do domu, to go zgubił (co za dziadowskie tasiemki!). Aż z tego wszystkiego musiałam posprzątać salon zwany u mnie stołowym. Ale medal przepadł. 

     Ad meritum - Mim szantażuje mnie i nęci porządkiem, a w zamian chce tylko... robali. Tym razem modliszki i straszyki diabelskie. W międzyczasie ledwo udało nam się pozbyć karaluchów madagaskarskich, mnożyły się w postępie geometrycznym i chciały nam wynieść dom na grzbiecie. Ponadto wytwarzały nocą straszliwe odgłosy i to nie związane wcale z prokreacją. A może właśnie...?! Wolę o tym nie myśleć. 

Wszystko lubię, ale małe karaluszki wijące się w kociej karmie przekroczyły moją skalę wytrzymałości. Nie chciałam tego oglądać, mimo silnych nerwów, ale moi sprytni synowie wysyłali mi filmiki na maila. Barbarzyńcy. Ten męski pierwiastek jest nie do opanowania. Uwielbiam :)




by Skorpion pandeMonia (noreply@blogger.com) at luty 20, 2017 09:57

Zuzanka

China Mieville - Dworzec Perdido

Issac, naukowiec-renegat dostaje lukratywne zlecenie - ma wymyślić sposób, żeby okaleczony człowiek-orzeł (garuda o imieniu Yagharek) mógł się samodzielnie wznieść w powietrze. Dziewczyna Issaca, rzeźbiarka rasy khepri (człekokształtny insekt) otrzymuje z kolei propozycję stworzenia unikalnej rzeźby dla pewnego bossa półświatka. Te dwa nie powiązane ze sobą zdarzenia uruchamiają cały szereg wydarzeń, który może doprowadzić nieomal do zagłady miasta, zaatakowanego przez żywiące się ludzkimi myślami ćmy.

Mieville nie stworzył gęstej, mocnej epickiej opowieści o Nowym Crobuzon, on to miasto zbudował słowami. Realne, pełne zapachów, ze skomplikowaną geografią terenu poprzecinanego rzekami, zamieszkałe przez ekumeniczną różnorodność ras - ludzi, kheprich, vodyanoich, ludzi-kaktusów, konstrukty, pasożytów i byty z innych wymiarów; wszyscy zanurzeni w skomplikowanych politycznych układach i zależnościach. Nie ma elektryczności, jest za to taumaturgia pozwalająca na pracę z różnymi substancjami i - przede wszystkim - przekształcanie żywych istot (zwykle przestępców, przy czym kodeks karny jest raczej taki po uważaniu) w czasem najbardziej zwyrodniałe cyborgi; gospodarka miasta w głównej mierze opiera się właśnie na przemysłowej pracy tak przystosowanych istot. Tytułowy Dworzec Perdido to główny węzeł komunikacyjny, serce miasta, może rzeczywiście nieco pretekstowy jako lokalizacja tytułowa (choć tuż obok rozgrywa się najważniejsza walka o mieszkańców metropolii), ale pozostający w głowie na mapie Nowego Crobuzon.

Szybko czytam, ale przez tę książkę przechodziłam przez ponad trzy tygodnie (owszem, czytając w międzyczasie cztery inne, ale jakby nie o to chodzi, tak?). Nie wiem, czy da się od niej nie oderwać aż do ostatniej, ja musiałam ze względu na intensywność opisu i czasem jego drastyczność. Oraz oczywiście żeby starczyło mi na dłużej, mimo że wiem o kolejnych dwóch tomach cyklu. Wprawdzie dopiero luty, ale mam poczucie, że już mam książkę roku 2017.

Inne tego autora tutaj.

#12

by zuzanka@kofeina.net (Zuzanka) at luty 20, 2017 06:16

efka i koty

014


To już dwa tygodnie codziennego rysowania
Two weeks of my daily drawing
:-)

by efka i koty (noreply@blogger.com) at luty 20, 2017 10:33

Smoking kills...

O FILMIE I BARSZCZU

 

No więc po weekendzie jest niezbyt. Pogoda jaka jest, to każdy koń widzi, na dodatek babcia chora, a ja gruba i pies gruby. Wczoraj to mi się tak smutno zrobiło, że jestem niska, tłusta i bez sensu, że zjadłam pół pudełka faworków, co uważam było bardzo logicznym posunięciem w tej sytuacji.

Natomiast widziałam bardzo dobry film i pierwszy raz w życiu zrobiłam ukraiński barszcz. Bo do tej pory się barszczu bałam, głównie przez fasolę, a konkretnie moczenie fasoli. Z suszoną fasolą mam takie doświadczenia, że a) ile by się jej nie moczyło, wyjdzie twarda, oraz b) przypala się. W ogóle barszcz ukraiński kojarzył mi się z dwudniową harówą, jakimś urabianiem sobie rąk po łokcie i kuchnią jak pobojowisko. Aż tu nagle (uwaga – zwrot akcji!) obejrzeliśmy odcinek „Makłowicza w podróży”, gdzie pan Robert na rozchwianym stoliku w plenerze zrobił ten barszcz jedną ręką, nie przerywając opowiadania anegdot. A fasolę wziął z puszki! Ja wiem, że to OCZYWISTE, ale jakoś… nie przyszło mi do głowy. No więc jak wespół z N. ukręciliśmy ten barszcz (on jest in mięso department, ja zajmuję się zagadnieniami warzywnymi), to wyszło jakieś mistrzostwo Galaktyki – i smak, i kolor, bo czerwone barszcze lubią czasem przyjąć kolor burej szmaty, nawet te zakwaszone.

No więc jeśli chodzi o zupy, to mamy sukces.

Natomiast jeśli chodzi o filmy… Kolega polecił „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”, tylko że, złośliwiec jeden, powiedział „fajna włoska komedia”. I tak się zaczyna – winko, kluseczki, znajomi przychodzą na kolacyjkę, a ja byłam nastawiona na komedię i KOMPLETNIE nieprzygotowana na to, co mnie czeka. Przemiłe niezobowiązujące włoskie gnocchi w pewnym momencie zamieniają się w RZEŹNIĘ, a ja po filmie mam taki wniosek, że ludzkość się powinno zatłuc co do jednej osoby i wypalić gorącym żelazem, żeby nie odrosła. Nie ma ani jednego bohatera, którego bym polubiła. ANI JEDNEGO (był jeden kandydat, ale po głębszym namyśle – też go należy zarąbać). Co oczywiście oznacza, że film jest dobry, bo złe filmy nie wywołują takich emocji.

U naszych znajomych w Galicji przez cały czas ciepło, wczoraj 16 stopni. Oczywiście, gdybyśmy zdecydowali się tam pojechać, natychmiast zaczęłoby lać i zrobiłoby się rzeczonych stopni najwyżej pięć, dlatego na razie trzymamy się postanowienia, że do końca marca na północ Hiszpanii NIE. Ale tęsknota szarpie mną przeokrutna.

by Barbarella at luty 20, 2017 09:24

Kura pazurem

Babcia mnie chwali! Cud!

Premiera trzeciej części trylogii kociewskiej zbliża się wielkimi krokami. To już 15 marca. Tego dnia odbędzie się spotkanie autorskie w Empiku w Galerii Bałtyckiej w Gdańsku (o godz. 18.00). Serdecznie zapraszam, jeżeli macie blisko. A 28.02 będę w bibliotekach: w Suchaniu (16.30) i w Choszcznie (19.30).

Z tego względu, że książka już niedługo, moja Babcia postanowiła przypomnieć sobie dwie poprzednie części. I jestem pod wrażeniem, bo Babcia z reguły jest oszczędna w komplementy, a tym razem zasypuje mnie nimi bez opamiętania (i martwię się, czy nie jest chora). Podejrzewam, że wpływ na to ma książka, która ostatnio się jej nie spodobała, bo autorka prowadziła równolegle kilka historii i „nic się nie trzymało kupy”. W dodatku bohaterka krytycznie wypowiadała się na temat „nieapetycznego” ciała męża. To przerosło Babcię, bo jak tak można o MĘŻU?! W dodatku osobistym!

– Wiesz, dobra jesteś – mówi do mnie Babcia podczas śniadania. – Naprawdę. U ciebie to wszystko się kupy trzyma. Podoba mi się.

Jednak po chwili Babcia kręci się nerwowo na krześle i dopytuje:

– Ale ty to wszystko zmyślasz, tak? Nie znasz żadnego Arturka? – upewnia się. – A tego Jaromira to też nie znasz?

– Nie, Babciu, nie znam żadnego z tych facetów. Są zmyśleni.

– No to dobrze, bo Sławek to raczej by się wkurzył, jakby wiedział, że ty tak z kwiatka na kwiatek. Chociaż ten Arturek to fajny… A szkoda mi też tych sierot…

– Jakich sierot? – dziwię się. – To są chore dzieci, ale nie sieroty – mówię.

– No, ale takie sieroty. I ty też w tej książce to taka sierota jesteś.

– Ja?

– Ta Joanna to przecież ty, nie?

– Nie, Babciu, ona jest zmyślona.

– Dobra, dobra, przecież wiem, że to ty. Pomyliłaś tylko jedno, bo ja z drabiny spadłam u ciotki Agnieszki, a nie Zosi.

No, i tak mniej więcej wygląda dyskusja z babcią o książkach. Ale trzeba jej przyznać, że cztery dni jej zajęło łyknięcie dwóch części. Nie może się doczekać trzeciej. Kiedy oddawała mi książki, to zauważyłam, że założyła na nie gumki recepturki, żeby okładki się nie odginały. Potem dodała, że „książki trzeba szanować, bo pięknie to napisałaś”.

Mamy więc ostatnio jakiś czas dobroci dla mnie.

by anna at luty 20, 2017 04:04

luty 19, 2017

Blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej

zaorany Bóg

Jedna z mieszkanek jest mocno zaburzona. Oczywiście wielu ludzi u nas ma problemy psychiczne, ale będzie o tej jednej. Niemiła, złośliwa, manipulantka. Od wszelkich dyżurów i prac się miga. Obleciała już kilka schronisk, przesyłana jak gorący kartofel, bo nikt z nią nie może wytrzymać. Pokoje są wieloosobowe, ciasno. Ludzie depczą sobie po piętach. Łatwo o konflikt. […]

by siostra at luty 19, 2017 10:28

Matka jest tylko jedna

Wystarczy zmienić pytanie, żeby znaleźć odpowiedź na twoje problemy z dzieckiem

Najczęstszym pytaniem, jakie zadają rodzice, kiedy mają problemy z dzieckiem, jest bez wątpienia „Co mam zrobić, kiedy moje dziecko coś tam coś tam”. W coś tam coś tam wpisz cokolwiek, co cię irytuje. Z reguły nie odpowiadam na takie pytania. Staram się je zmienić. Bo zmiana pomaga znaleźć odpowiedź.

 

 

 

Ale spójrzmy się, co daje nam to najpopularniejsze pytanie i od razu odpowiem – niewiele. Czemu? Bo skupia uwagę na tobie. Problem, który trapi twoje dziecko przestaje być problemem dziecka, a twoim. Ty jesteś przecież najważniejsza i ty powinnaś sobie z tym poradzić. Sobie – nie dziecku. To znamienne. Cały internet jest pełen sugestii kar, manipulacji, time-outów i innych metod, które mają pomóc RODZICOWI w problemie.

 

Co mam zrobić, gdy moje dziecko gryzie?

Co mam zrobić, gdy kłamie?

Co mam zrobić, gdy bije?

Co mam zrobić, żeby moje dziecko sprzątało pokój?

Co mam zrobić, żeby moje dziecko przespało noce.

 

Widzisz, o co mi chodzi?

 

 

Jeśli nie, podpowiem – to, że ty rozwiążesz swój problem z dzieckiem nie znaczy, że problem będzie rozwiązany. Skupiasz się na swoim problemie z problemem dziecka, a nie na tym, co najważniejsze – na dziecku. Wiele rodziców wpada w tę pułapkę i usilnie stara się znaleźć odpowiedź, jak powinien się w danej sytuacji zachować, zamiast po prostu zmienić pytanie i zobaczyć, że odpowiedź przyjdzie sama.

 

To pytanie nie zaczyna się od „Jak”, ale od „Czemu”.

 

 

Czemu moje dziecko gryzie? Bo czuje emocje. Jakie emocje? Z czym związane? I dopiero teraz: Co mogę zrobić, żeby pomóc mu sobie z nimi poradzić?

Czemu moje dziecko kłamie? Co go do tego skłoniło? Czy zdarza mu się to często, czy był określony powód? Czemu uważa, że nie warto mówić prawdy?

Czemu moje dziecko bije brata? Nie lubi go? Coś mu przeszkadza? Czuje się niesprawiedliwie potraktowany? Brat mu coś zrobił? Nie mogą się dogadać?

Czemu moje dziecko nie chce sprzątać? Jest zajęty inną rzeczą? Jest zamyślony? Znudziło go moje gadanie i się wyłączył? Ma problemy ze słuchem [zdarzyło się!]. Nie wie, jak konkretnie to zrobić? Bałagan go przerasta?

Czemu moje dziecko nie chce spać w nocy?

 

Pytanie o to, dlaczego coś się wydarzyło skupia uwagę na osobie. Na jej potrzebach, na jej pobudkach, na jej racjach. „Co mam zrobić” skupia uwagę na… tobie. Na tym, że ty masz problem, co robi twoje dziecko. I istnieje ryzyko, że rozwiązanie, jakie podsunie odpowiedź,  nie rozwiąże problemu dziecka, a jedynie uspokoi ciebie.

 

Pytając, co zrobić, kiedy dziecko bije brata, zapewne znajdziesz odpowiedź o jakiejś karze. Tymczasem kara za bicie brata nie rozwiąże problemu, tylko pogłębi uczucie niesprawiedliwości, jeśli ten, co bił, nie był winny. Pytanie o to czemu moje dziecko uderzyło brata, przynosi najczęściej odpowiedź: bo był wściekły. Czemu był wściekły? Bo jakieś zachowanie brata go wkurzyło. Czemu go wkurzyło? Bo poczuł się zagrożony. Jak mogę to rozwiązać? Porozmawiać z dzieckiem jeszcze raz o sposobach rozładowywania złości. Zapytać o jego sugestie – co jemu by pomogło, o to, jak sądzi, co może z tym zrobić, kiedy czuje się przez brata atakowany lub kiedy w jakieś kwestii się nie zgadzają. Podkreślić, że w naszym domu się nie bijemy i służysz pomocą, kiedy dziecko potrzebuje wsparcia w swojej złości. Tyle.

 

 

→ Zobacz: Gdy dziecko bije inne dziecko możesz temu zaradzić!

 

 

Pytając o to, co zrobić, żeby moje dziecko przespało noc, uzyskasz tysiąc różnych płatnych i niepłatnych sposobów, otrzymasz rady zaczynające się od zostawienia dziecka do wypłakania po spojenie go mlekiem modyfikowanym,żeby mu brzuszek pękał. Pytając o to, czemu moje dziecko nie chce spać, otrzymasz odpowiedź, którą natychmiast sprawdzisz: może ma za jasno, może ma za ciemno, może ma za ciepło, może ma za zimno, może ubranie go gryzie, może jest za ciasne, może dziecko ma problemy z brzuszkiem, może coś mu się śni, może… coś go obudziło i nie może zasnąć, może jest głodny, może chce pić? Proste. Ja piszę „proste”, choć gdyby za każdą nieprzespaną noc dawali mi złotówkę, to nie musiałabym pracować przez następne kilka lat. Niemniej zamiast szukać dziwnych rozwiązań, lepiej zadać sobie pytanie czemu i starać się to naprawić.

 

 

→ Zobacz: „Wychować i nie zwariować, czyli jak schrzanić program o wychowaniu dzieci”

 

Pytając o to, co masz zrobić, kiedy twoje dziecko, załóżmy, niszczy kwiatek, o którym wie, że nie niszczyć go nie może, odpowiedzią najczęstszą jest: kara. Tymczasem odpowiedź na pytanie, czemu to robi, może być zaskakująca: bo mu się to podoba i nie może się powstrzymać. I wie, że się wściekniesz, ale ręka sama sięga. To tak, jak ty na diecie, wiesz, że nie możesz, ale jednak jeszcze kęsa zakazanego sernika weźmiesz. Co możesz z tym zrobić, znając powody zachowania dziecka? Przestawić kwiatek tam, gdzie sernik – w miejsce, gdzie nie będzie kusił. Dziękuję.

 

→ Zobacz: „Twoje dziecko zachowuje się najlepiej jak potrafi”

 

 

 

Co jeśli odpowiedź nie przynosi rozwiązania?

 

Czasem jest tak, że wszystkie odpowiedzi, jakie przychodzą ci do głowy, nie pozwalają rozwiązać sytuacji. Na przykład na odpowiedź, czemu dziecko wciąż zawraca głowę mamusi, odpowiedzią jest: bo najwyraźniej chce spędzać z nią więcej czasu albo czas, który z nią spędza jest dla niego niewartościowy. I jesteś w kropce, bo nie wiesz, co zrobić, żeby tego czasu było więcej. No ale to też jest jakaś odpowiedź, która daje ci trop. Jak spędzać z dzieckiem więcej czasu, jak spędzać czas z dzieckiem, żeby zaspokoić jego potrzeby? Wiesz, czego szukać. Konkretnej odpowiedzi na konkretny problem, który pomoże tobie i dziecku. Pytanie „Co zrobić, żeby dziecko zaczęło bawić się samo bez mamy?” w życiu nie naprowadzi cię na ten trop.

 

 

Więc jeśli starasz się dowiedzieć, co możesz zrobić, żeby twoje dziecko przestało się w jakiś sposób zachowywać, zbadaj dokładnie, dlaczego ono się tak zachowuje. Co stoi za jego zachowaniem. Jakie pobudki nim kierują. Zanim skupisz się na sobie i zaczniesz szukać sposobu na rozładowanie swoich  frustracji, zastanów się, w jaki sposób pomóc dziecku, by nie było powodem tych frustracji i samo się nie frustrowało. Odpowiednio zadane pytanie, bardzo często przyniesie odpowiednią odpowiedź. I pomoże rozwiązać podstawowe problemy. A o powody zachowań twojego dziecko, o tę delikatną przestrzeń między tym, jak ty je odbierasz, a tym, co robi twoje dziecko, prędzej czy później i tak zapyta każdy lepszy psycholog, jeśli się do niego udasz, bo już naprawdę nie wiesz, co robić. Sama możesz nad tym popracować i część problemów rozwiązać zawczasu.

 

 

[choć do wizyty u specjalisty nigdy nie będę zniechęcać, a wręcz zachęcam do takowej, jeśli czujesz, że problemy cię przerastają]

 

 

Post Wystarczy zmienić pytanie, żeby znaleźć odpowiedź na twoje problemy z dzieckiem pojawił się poraz pierwszy w Matka Tylko Jedna.

by MatkaTylkoJedna at luty 19, 2017 06:51

efka i koty

013


W sobotę wybraliśmy się na Dzień Kota zorganizowany przez Fundację Ebra Koci Zakątek. Miło było spotkać starych znajomych, pogadać o kotach. Do tego była loteria i cztery wyciągnięte przeze mnie losy okazały się wygrane. Na szczęście bo dzięki temu dostałam ekotorbę, do której mogłam zapakować tą uroczą koszulkę (prezent od Karola:-) i książki. Dla kotów była myszka i wędka. Tak więc wszyscy zadowoleni :-) 



by efka i koty (noreply@blogger.com) at luty 19, 2017 06:38

Janina daily

Uniwersytet Prostego Życia, lekcja 4: Jak leżeć?

Witam Was w ostatniej już lekcji Uniwersytetu Prostego Życia, w której nauczymy się, co robić, gdy babcia pyta, czy masz sympatię. To żart będzie, więc trzymajcie się krzeseł, bo on będzie taki zabawny, że zaraz wszyscy z nich pospadacie. Na przykład ja, po tym jak go wymyśliłam, to potem trzy dni się z niego śmiałam, oczywiście z przerwami na obiad. Uwaga, opowiadam! Co zrobić, gdy babcia pyta, czy masz sympatię?

 

 

 

Odpowiedzieć, że przecież już dawno przerzuciłeś się na konto na tinderze.

HA HA!

Czaicie to? Sympatia, sympatia pe el, taki portal randkowy, który działał jak jeszcze byłam młoda, to znaczy, że wtedy, kiedy internet się otrzymywało z takiego rozwijanego sznurka, a wyznacznikiem Twojego prestiżu społecznego był status w obcym języku na gadu-gadu. No i na przykład jak ja sobie kiedyś rozwinęłam sznurek z internetem i trzasnęłam status po angielsku, to  potem długo rozmawiałam internetowo z takim człowiekiem, który w pewnym momencie mi powiedział, że generalnie to ja jestem jak taka galaretka w cukrze, w sensie, że nie da mi się oprzeć, a nie że brudzę palce i wklejam się w kanapę.  I w ogóle to powiedział, że my to jesteśmy jak takie dwa kawałki puzzli, co to odnalazły się po latach na tej życiowej podłodze, że gdyby on był labradorem, to ja byłabym dla niego takim martwym jeleniem co można się w nim wytarzać w lesie, taką agrodą największą z możliwych, i generalnie to byłaby miłość na całe życie, niemniej jestem dla niego za młoda. I to był mój obecny mąż. I teraz już wcale tak nie mówi 🙁

Niemniej nieważne na jakim etapie zwiążku jesteście i którą stację pędzącego rydwanu czasu minęliście w ostatnie urodziny – jeśli chcecie podtrzymać stałą temperaturę płyty indukcyjnej Waszego uczucia, to musicie nauczyć się wspólnie wykonywać jedną z najważniejszych czynności związkowego życia, to jest leżeć. Oczywiście zawsze znajdą się fanatycy, którzy powiedzą, że w związku to najbardziej się liczy kreatywność, przygoda i wspólne hobby, ale to pewnie ci sami ludzie, którzy wieszają po osiedlu ogłoszenia o zaginięciu skarpetek po praniu. W sensie niepoważni.

Jeśli chodzi o technikalia, to najgorzej jest, jak człowiek chce leżeć w małżeństwie. Jak człowiek chce leżeć w małżeństwie, to nie, że hop siup, podusia, poziom, wygoda, tylko najpierw trzeba wezwać geodetę i notariusza, tego pierwszego to po to, żeby wyznaczył idealną linię połowy łóżka, sypialniane Greenwich, a tego drugiego to żeby poświadczył, że ten mąż twój, ofiara twojego niezaspokojonego konsumpcjonizmu pościelowego, to on tak od 20 lat bez kołdry, tak na krawędzi łóżka i życia, jak ten sopel, i omójboże, Janina, przestań wieczorami oglądać teledyski Rubika, bo mi potem przez sen klaszczesz.

Wersja dla osób, które nie żyją w piekle małżeńskich bitew o kołdrę wymaga znacznie mniej biurokracji i zdolności surwiwalowych.

I generalnie to musicie wiedzieć, że wiele osób nie umie prawidłowo leżeć, oni tak robią, że niby tu się ułożą, niby rozpłaszczą na łóżku jak racuch na patelni, ale przy tym to oni tak leżą i jednocześnie myślą, że przecież nic nie jest zrobione w chałupie, kuchenka brudna, pisanki w zeszłą Wielkanoc miały krzywe wzorki, a tak w ogóle to atak Japonii na Pearl Harbor to nie była przemyślana akcja.

Więc ja generalnie chciałam Was zachęcić, by czasem tak sobie poleżeć po prostu, to jest, że leżysz i o niczym nie myślisz, prosto, wygodnie, bez komplikowania sobie życia, a  ta technika leżenia to nazywana jest techniką “na skąposzczeta”, no bo nawet jakby taki leżący skąposzczet chciał sobie przemyśleć kwestię społecznoekonomicznych konsekwencji nałożenia embargo na Kambodżę, to i tak nie ma mózgu.

A wiecie kto jest całkowitą przeciwnością leżenia “na skąposzczeta”? Mój mąż. Mój mąż ma taką umiejętność, że jak tylko przyjmuje pozycję horyzontalną, jak tylko jego wojtkowa forma nabywa co najmniej trzy punkty styczne z dowolną powierzchnią poziomą, to on natychmiast potrzebuje mi opowiedzieć wszystko co robił latem ’92 roku w Dusznikach-Zdroju, podyskutować o syntetycznym znaczeniu form w nurcie Art Decó i wspólnie zastanowić się, gdzie najlepiej się schronić w przypadku zbrojnego buntu robotów.

I na przykład ostatnio ja tak leżę, leżę w sposób idealny, jak skąposzczet na kamieniu, a obok leży mój pluszowy mąż, idealny plasterek szynki na mojej życiowej kanapce, jakby wycięty specjalnie dla mnie z katalogu mężów. Wojtek leży, myśli, mówi nostalgicznie:

– Wiesz, myślę o przyszłości…

Najpiękniej wyrośnięty racuchu na patelni mojego życia, ja też! Ja też o tym myślę – o tych naszych dzieciach biegających boso po trawie naszego ogródka, o huśtawce zrobionej na drzewie, takiej co to człowiek się huśta i wydaje mu się, że jest już tak wysoko, ale to tak wysoko, jak jakiś kosmonauta, i jeszcze o tych naszych dwóch labradorach kłócących się o patyk, a gdzieś tam w oddali, ze stawu, kibicuje im nasza foka.

– Myślę o przyszłości – przerywa mi rozmyślania Wojtek – czy myślisz, że kiedyś doczekamy się czasów…

… kiedy cała woda w ogórkach zostanie zastąpiona smalcem?

Kitku, wszyscy na to czekamy.

***

Cały cykl Uniwersytetu Prostego życia powstał we współpracy z T-Mobile  w ramach promocji ich superprostej i wygodnej, i weź się człowieku niczym nie przejmuj, oferty na kartę. W ramach Uniwersytetu Prostego Życia nauczyliśmy się wielu szalenie istotnych rzeczy, to jest:

Lekcja 0: Jak się kończy posiadanie w życiu jakichkolwiek oczekiwań?

Lekcja 1: Jak podrywać na mrożoną ośmiornicę?

Lekcja 2: Dlaczego nie warto procesować się z łabędziem?

Lekcja 3: Gdy życie daje nam cytrynę, to warto ją ukochać [film!]

I generalnie to uważam, że było superklawo i jest tylko jedna rzecz, która sprawia, że jestem dość rozczarowanym człowiekiem i to jest to, że jest mi szalenie przykro, że nikt z Was nie zwrócił uwagi na to, że w telewizji tę samą ofertę promuję Bogusław Linda, a w internecie ja i z tego jest prosty wniosek, że ja jestem takim Bogusławem Lindą internetu, łohohohoho, mój linkedin pisze się sam! 

The post Uniwersytet Prostego Życia, lekcja 4: Jak leżeć? appeared first on Janina Daily.

by Janina at luty 19, 2017 05:51

Domowa kuchnia Aniki

Faworki staropolskie

Faworki staropolskie




   Nadszedł czas, kiedy wypada upiec pączki, a przynajmniej faworki. Te nie są aż tak wymagające, więc każdy może spróbować w swojej kuchni przygotować ten tradycyjny przysmak ostatkowy. U nas muszą być obowiązkowo. Są bombą kaloryczną, ale raz do roku można się pokusić i zjeść ten prosty, a pyszny wypiek. Żeby bomba kaloryczna była mniejsza można usmażyć je nie na smalcu, lecz na oleju rzepakowym, choć czy w ogóle można mówić w tym wypadku o mniejszej bombie kalorycznej!? :-)
Dziś podaję przepis ze starej książki kucharskiej pamiętającej jeszcze czasy młodości mojej babci.

 

 

Składniki:
  • 400 g mąki 
  • 20 g cukru pudru
  • 40 g masła
  • 8 żółtek i 4 jaja
  • 1 łyżka gęstej śmietany 18%
  • kieliszek spirytusu 
  • olejek arakowy
  • smalec do smażenia ( ok 500 g ) lub opcjonalnie olej rzepakowy
  • cukier puder i cukier waniliowy do posypania
Sposób wykonania:
  • Całe jaja rozkłócić i ubić na pianę
  • Do przesianej przez sito mąki dodać cukier, masło ( miękkie ), żółtka, ubite jajka, śmietanę, spirytus i olejek arakowy ( kilka kropli )
  • Wszystkie składniki zagnieść i wyrobić gładkie ciasto, następnie wybić wałkiem, aż pojawią się pęcherzyki
  • Ciasto cienko rozwałkować i kroić je nożem lub specjalnym radełkiem na  paski ok 2,5 - 3 cm i długości ok 8-10 cm. W środku każdego paska zrobić wzdłuż nacięcie, przez które należy przełożyć jeden koniec ciasta, tak aby utworzył się węzeł
  • W rondlu rozgrzać smalec lub olej  i do gorącego tłuszczu wkłądać partiami uformowane faworki
  • Smażyć je z obu stron na złoty kolor, a następnie wyjmować łyżką cedzakową na papierowy ręcznik, aby odciekły z tłuszczu
  • Jeszcze ciepłe obsypać cukrem pudrem wymieszanym z cukrem waniliowym

by Anika (noreply@blogger.com) at luty 19, 2017 02:52

luty 18, 2017

Zuzanka

Evzen Bocek - Dziennik kasztelana

Tym razem zamek na czeskiej prowincji w ujęciu serio, a nawet nieco przerażającym. Połowa lat 90., wypalony pracownik naukowy wynosi się z Pragi, żeby pracując jako kasztelan odpocząć psychicznie. Inwentaryzacja zamku, zarządzanie ogrodnikiem, dozorcą, kustoszką i ogrodnikiem nie wydaje się być trudne. Do zimna w zamkowych pokojach idzie się przyzwyczaić, gorzej z lustrami wszędzie i spuścizną po zmarłym poprzedniku, o którym nikt nie chce mówić. Inne niż w stolicy problemy zaczynają się piętrzyć - w okolicy mieszka socjalistyczny aparatczyk strzelający do zwierząt, opodal jest hodowla niebezpiecznych psów, dozorca ma epilepsję, żona nienawidzi zamku, a 5-letnia córka ciężko choruje i chyba widzi duchy.

To Czechy mniej zabawne, chociaż oczywiście między wierszami są zabawne sytuacje. Historia jest lepiej zbilansowana niż cykl o "Arystokratce", chociaż podobnie jak tam to pierwsza część historii, bo narracja urywa się nagle.

Inne tego autora tutaj.

#11

by zuzanka@kofeina.net (Zuzanka) at luty 18, 2017 05:33

Tokyo Pongi (komentarze)

Skomentuj Azjatyckie kosmetyki, czy naprawdę są takie dobre?, którego autorem jest Beti

Jakich kosmetyków koreańskich Pani używała na ten trądzik bo mi nawet dermatolog nie pomaga. A chyba mam go całe życie.

by Beti at luty 18, 2017 12:14

Bezwstydnica

Strój służbowy

 

Dziś rano w progu przedszkola A. natknęłam się na panią kierowniczkę w jedwabnym szlafroku narzuconym na piżamę. :)))
Z okazji karnawału jest dzień piżamowca!
Każdy przychodzi w swojej ulubionej piżamie.

Poranek.
A.przebiera się z piżamy w piżamę. Brodoziak wychodzi.
– Tato, a ty nie idziesz w piżamce do pracy? – pyta zdziwiona A.


B.szarpał się jeszcze z 10 minut z myślami – „w piżamie czy bez?”.  🙂

Pozdrawiam
Kura
PS Na rysunku Brodoziak w swoim ulubionym stroju służbowym.

by Kura at luty 18, 2017 10:11