Planeta Jadzi

maj 02, 2016

zycie na kreske

Kura pazurem

Majówka

Z powodu „majówki” dzisiaj przerwa w nadawaniu. Wracam w środę. :-D

Arkadia              (Arkadia, Nieborów – ogród Radziwiłłowej)

by anna at maj 02, 2016 03:20

maj 01, 2016

TUV

majówka huuurra! czyli znów tam i z powrotem…

chodzę. Czasem chodzimy.

Dziś chodziliśmy wespół,zespół.

Na Pogorię i z powrotem.

Cirka ebałt 32 km….Co to niby dla nas?

Ale….

Dasz radę tuv? EEEEEEEE , no wiesz,jakby co to ja cię na plecach nieść nie będę…rzekła X-men pewny siebie…

Pogoda dopisała ale dopiero koło 10 zrobiło się słonecznie.( o piątej rano też było słońce ale bez przesady co nie?)

No to idę rzekłam,zakładając Rudce obrożę. Ok,spoko,rzekł X-men daję ci 30 minut forów.Potem ruszam i ja.

Wytrzymał 15 minut ;). Miałam sporą przewagę bo Rudka gnała przed siebie spragniona spaceru.Biedna nie wiedziała co ją czeka…

Bo my na Pogorię pieszkom….Samochód w naprawie, rowerem i owszem ale co z piesem? No i pieszkom wyszło najrozsądniej.

Oj moje kolano – pomyślałam …ale co tam.W pewnym momencie wszak idziemy miastem,to wsiądę w tramwaj i wio do domu! Ale nie trzeba było.

Buty super,świetnie się szło. Na Pogorii III tym razem,imprezy,muzyka,knajpek kilka,piwo piliśmy,frytki jedliśmy ,Rudkę nakarmiłam i napoiłam( a co,pańcia zapobiegliwie miała składaną miseczkę,butelkę z wodą i puszkę żarcia).

X-mena też nakarmiłam ,jeszcze kawę wypiłam i wiooooo do domu bo była 14,50….

Pieseł się jeszcze wykąpał,pogonił kaczki i był bardzo zadowolony z okoliczności przyrody;))).

Doszliśmy o 18.29. W drodze powrotnej mieliśmy kilka postojów.Dwa po pięć minut,potem taki dwudziestominutowy.A bo sąsiad nas minął na rowerze jak wracaliśmy.On jechał w stronę Pogorii a potem nas minął jak już wracał;>>>> I miło się gadało,bo padliśmy na ławeczce pod zamkiem w Będzinie;)))).

No był jeszcze jedne przystanek ,już w naszym mieście na kilka minut bo X-men stwierdził że nie daje rady.

A tak się ze mnie śmiał!!! ( w sumie szliśmy sporo poniżej trzech godzin!!! ).No ale wcześniej bo w czwarteczek zrobił X-men około 70km na …rowerze.Niezamierzenie.Gdyż pomylił,umknął mu zjazd jeden i pogubił się w terenie a w sumie miał do przejechania niecałe 40km….

No w domu to tak.

Rudka ( zjadła rankiem ugotowaną strawę przez mła) zaszyła się w kącie pod suszarką…X-men zaszył się na fotelu…

Rudeńka ma całe opuszki,nic sobie nie uszkodziła.Chodzi ze mną5 km co dzień prawie,czasem i 16 km robimy.Te 32 to było wyzwanie ale sądzę że jeszcze powtórzymy nie raz;)

by Tuv at maj 01, 2016 07:30

Domowa kuchnia Aniki

Młoda kapusta gotowana z koperkiem i pomidorami

Młoda kapusta gotowana z koperkiem i pomidorami



 
Nadszedł czas, aby ugotować młodą kapustę. U nas to typowy wiosenny dodatek do schabowego. Niemożliwa jest wiosna bez młodej kapusty w kuchni. Przepis, który dziś przedstawiam jest szybki, a kapustka wychodzi wyśmienita. Spróbujcie!

 

Składniki:
  • 2 główki młodej kapusty
  • 10 dag boczku
  • 2 pomidory
  • 1 łyżka ekologicznej przyprawy do zup tzw jarzynki
  • 1 pęczek koperku
  • sól
  • pieprz
  • pół łyżeczki słodkiej papryki mielonej
  • szczypta ostrej papryki mielonej
  • 1,5 łyżki soku z cytryny
  • 1 kopiasta łyżeczka mąki pszennej
Sposób przygotowania:
  • Kapustę obieramy z wierzchnich liści i szatkujemy. W garnku delikatnie solimy i zalewamy ok 3 szklankami wody. Gotujemy ok 10 minut, aż kapusta nieco zmięknie 
  • Boczek kroimy w drobną kostkę i wytapiamy na patelni. Dodajemy do kapusty ( tłuszcz wg uznania )
  • Pomidory sparzamy, obieramy ze skórki i drobno kroimy. Dorzucamy do kapusty
  • Do kapusty dodajemy łyżkę jarzynki. Chwilę wszystko gotujemy
  • Kapustę doprawiamy papryką, pieprzem, ewentualnie solą i sokiem z cytryny. Mieszamy
  • Mąkę rozprowadzamy w niewielkiej ilości zimnej wody i wlewamy do kapusty. Zagotowujemy
  • Na koniec dodajemy drobno posiekany koperek i jeszcze całość chwilę gotujemy
  • Podajemy do młodych ziemniaków ze schabowym lub do innych mięs. Doskonale smakuje też solo z pieczywem
 

    by Anika (noreply@blogger.com) at maj 01, 2016 08:30

    Zapiski dojrzalej kobiety

    Czy maj jest piękny?

    Czy maj jest piękny?
    Właśnie.
    Jak Andersena baśnie...
    Oczami róż, stokrotek
    Patrzy na słońce złote
    Usypia we dnie sowy,
    Na lipie, na wiekowej.

    I poi konie w stawie
    Gdy wieczór idzie na wieś.
    W sieć wielką słońce łowi
    A później wieczorowi
    Na srebrnych skrzypkach z bajek
    Gra słowik - nocny grajek…

    Maj jest piękny, zielony
    Słowiki srebrzą klony
    Nie farbą, ale śpiewem,
    Gdy fruwa noc nad drzewem.
    Tysiące kwiatów rośnie
    Wpatrzonych w oczy wiośnie.
    Patrzą gdy słońce wstaje -
    Świtem, rosą, majem.

    (Autor: Włodzimierz DOMERADZKI)

    Kwiecień zleciał mi szybciutko.
    Dużo i ciekawych rzeczy się w nim działo, przede wszystkim w przyrodzie.
    Lubię ten miesiąc, człowiek po zimie złakniony koloru, jak wytrawny detektyw śledzi i wypatruje każdej nowej roślinki i kolorowego kwiatka.
    Dlatego tak chętnie odwiedzam w kwietniu i w maju Ogrody Botaniczne – praktycznie każdego dnia dzieje się tam coś nowego.
    Dzisiaj też powinnam tam być, bo pogoda dopisuje, ale wydaje mi się, ze dzisiaj było więcej takich, którzy mieli taki sam pomysł.
    A ja wolę jak w parku jest więcej roślin niż ludzi, więc pojadę tam jutro.

    Wobec tego dzisiaj słodkie lenistwo, każdy robi co chce, czyli w zasadzie nic, trochę netu, trochę lektury, trochę siedzimy na balkonie i gapimy się przed siebie.
    Po prostu odpoczywamy, zasłużyliśmy na to, bo przez czwartek, piątek i sobotę wnuczka przeciągnęła nas przez dwa wesołe miasteczka i przez wszystkie place zabaw w okolicy.

    Przyjrzałam się mojemu aparatowi fotograficznemu, a właściwie moim obiektywom i jestem zdziwiona, ze w ogóle coś widać na zdjęciach nimi robionych, bo brudne są niemożliwie.
    Ale jak mają być czyste, jak ostatni raz fachowo były czyszczone po moim powrocie z Egiptu, a było to … pięć lat temu;(.
    W nadchodzącym tygodniu zawiozę je do czyszczenia – musiałam to napisać, bo jak napisane, to już ni jak się z tego nie można wykręcić (czasem potrzebuję takiego „bata”;).

    by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at maj 01, 2016 02:14

    moje waterloo

    2296

    Przed przyjściem gości pies wytarzał się w jakimś gównie i jeszcze tym zakąsił. Co było przedmiotem jego uwielbienia - nie wiem. Faktem jest, że roztaczany aromat powaliłby nawet słonia.
    Z plusów: stoi spokojnie w kąpieli.
    Z minusów: po kąpieli musi skakać Karolowi na głowę i szczekać. Pewnie ze szczęścia, że przeżył.


    Czy to się musi dziać w takich chwilach?!

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at maj 01, 2016 12:48

    zycie na kreske

    falkografioly

    nie pamiętam

    falko



    Idąc ulicą
    przed chwilą zaledwie
    składałem wiersz w myśli.

    Usiadłem teraz przed maszyną do pisania
    bo komputer
    jest dla mnie ciągle
    przede wszystkim
    maszyną do zapisywania
    i zapamiętywania.

    I nie pamiętam
    i nie wiem jak
    pisać o miłości
    pamiętać o czułości
    zapomnieć o rozstaniach

    Drzewo
    Pozwala Odejść
    Liściom

    Ptaki odlatują
    żeby przeżyć

    Odeszłaś
    Szukać szczęścia

    A ja naiwnie
    gorliwie i dokładnie
    codziennie odkładam szczęście na jutro
    i między basenem pełnym rozkoszy niezaistniałych
    a krawędzią śmietnika
    toczę kulkę ulepioną z pobożnych życzeń.



    falko wczesna jesień 2015

    by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at maj 01, 2016 04:44

    pół poeta, pół cyborg


    falko


    Wyłupali mi kawałek oka,
    a potem mi powiedzieli,
    że będę wyraźniej widział.

    Wyrwali mi kawałek serca,
    a potem mi powiedzieli,
    że będę lepiej czuł.

    Proszę nie wygładzajcie mojej duszy poszarpanej.
    Pozwólcie pozostać poetą.

    Wiesław falko Fałkowski
    kwiecień 1916

    by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at maj 01, 2016 04:41

    Krzak głogu czyli opowieść o Izoldzie

    falko


    Krzak głogu czyli opowieść o Izoldzie


    Jasnowłosa z Irlandii,
    nie czeka na list.
    Jeden jest ląd, kilka rzek,
    dwa albo trzy morza,
    dwunasty wiek.

    W ciemnościach łódź ścigała wiatr.
    Biały to, czy czarny żagiel?
    Jasne Włosy czy Białe Ręce?
    Żona Tristana, czy jego kochanka?

    Przed dziobem wzburzone fale.
    Grzmi. Nikt nie widzi, że łka,
    nikt wołania nie słyszy?
    Ni głos, ni płacz,
    ani miłosne wyznanie
    nie popłyną szybciej od łodzi,
    nie polecą szybciej niż wiatr,
    nie będą szybciej w Kornwalii.

    Na darmo Izolda swe szaty rwie,
    na darmo serce krwawi i pęka?
    Tyntagiel smutny dzisiaj jest.
    Tristan jest pochowany.
    Na jego grobie wyrasta głóg.
    Opowieść o tym już skończona.
    Opowieść o miłości też skończona?

    Wiesław falko Fałkowski
    kwiecień 2016

    by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at maj 01, 2016 04:38

    wrócę kwadrans po dwudziestej

    falko




    wrócę kwadrans po dwudziestej


    autobus odjeżdża
    kwadrans
    do czternastej
    do czternastej
    jeszcze tyle czasu
    zostało
    zostało
    tyle do powiedzenia
    do zobaczenia
    wieczorem
    wieczorem
    wiersza nie napiszę
    zamilknę
    zamilknę
    bo słowa
    wrócą

    wrócą
    kamieniem
    utoną w mętnej wodzie
    niedotrzymanych obietnic
    wrócą nieważne
    wrócą nieważkie
    jak gęsi puch
    rzucone na wiatr
    zaginą w oparach absurdu


    wrócę autobusem
    kwadrans po dwudziestej
    kwadrans po dwudziestej
    nastanie cisza
    serca bicie
    usłyszę
    usłyszę
    szept
    własnych myśli
    ulotnych
    ulotnych
    wspomnień
    usłyszę


    w tej ciszy
    ktoś jeszcze to słyszy


    nie słyszy


    Wiesław falko Fałkowski

    kwiecień 2016

    by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at maj 01, 2016 04:37

    Kurs dokształcający

    falko





    Siedem razy w tygodniu,
    rano, wieczór, we dnie, w nocy
    uczestniczę w kursach pisarskich.
    Taki kurs doskonalący dla niedoskonałych facetów.

    Zaraz po przebudzeniu, kiedy ledwie otwarte oczy
    widzą smugę cienia wpadającą przez okno,
    a suche gardło cierpi z pragnienia
    rozpoczyna się lekcja od przypomnienia
    czego nauczyłem się wczoraj, przedwczoraj,
    tydzień, miesiąc, rok cały, a może dziesiątki lat temu.
    Że powinienem przecież wstać, umyć zęby,
    ogolić się, bo nieogolony będę czuł się brudny,
    wziąć prysznic, albo chociaż podmyć się ciepłą wodą.

    Potem uczę się nowych rzeczy.
    Jak smakuje śniadanie, jak zaparzyć kawę tak,
    aby nie pachniała wczorajszą herbatą.
    Jechać tramwajem, iść na piechotę,
    przez zatłoczone przedzierać się miasto...
    Wieczorem pani z telewizora zagada do mnie,
    ale ja jej nie usłyszę zatopiony we wspomnieniach.

    Jutro rano, zaraz po przebudzeniu,
    kiedy ledwie otwarte oczy
    zobaczą smugę cienia,
    a może jednak światła
    wpadającą przez okno,
    a suche gardło cierpliwie poczeka na łyk wody,
    przypomnę sobie czego nauczyłem się dzisiaj,
    wczoraj, przedwczoraj, tydzień, miesiąc,
    rok cały, a może dziesiątki lat temu.

    A potem zapomnę o tym napisać.



    falko, maj 2014


    by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at maj 01, 2016 04:35

    nic specjalnego

    Diagnoza

    Położyłam się spać zdrowa i cała a wstałam ze spuchniętym i bolącym
    stawem łączącym mały palec z dłonią. I jak na złość była to niedziela.
    Opatuliłam staw Voltarenem Max, przyłożyłam lód i zadzwoniłam do
    jednej z moich ciotek. Mam dwie ciotki lekarki- jedna  młodsza ode mnie
    o dwa lata, druga starsza ode mnie o 4 lata. 
    Zreferowałam sprawę i zapytałam jak mogę rozpoznać czy to ból od
    stawu czy może naciągnęłam ścięgno, bo dwa dni wcześniej dość długo
    dziergałam na drutach.
    Moja kochana młodsza ciotka  popatrzyła mi na Skype głęboko w  oczy, po 
    czym kazała bym wzięła do ręki druty i pokazała jak je trzymam.
    Niestety nic nie wyszło z pokazu, bo nie byłam w stanie zademonstrować 
    tej czynności z powodu wściekłego bólu.
    Moja cioteczka wyraznie się ucieszyła - "naciągnęłaś ścięgno, masz na
    miesiąc lub dłużej zabawę- będziesz moczyła, smarowała i masowała i usztywnij  ten staw, by się nie zginał z byle powodu."
    Miesiąc? -zawołałam z rozpaczą. 
    "Tak, miesiąc. A jak się po 2 tygodniach nie polepszy wez od I kontaktu skierowanie  na rtg. Zajrzyj w swój pesel, to się dowiesz że już dawno skończyłaś 30 lat. Będę za tydzień  w W-wie to obejrzę to zjawisko".
    I na tym rozmowa się zakończyła. A ja myślałam, że tylko warszawscy
    lekarze chorobę diagnozują z pesela.;)
    Mam też trochę  problemu ze stukaniem w klawiaturę, bo mi brakuje
    palców lewej ręki. I po jakie licho nauczyłam się pisania oburącz?
    Gdy piszę tylko jedną ręką to przestawiam litery.
    Dobrze, że już doszły mi nowe książki, pogrążę się w lekturze.
    A poza tym nic  się nie dzieje, po cichutku  zmienia nam się ustrój państwa. Ciekawa jestem czy taki stan rzeczy, gdy nagle zmieni się dotychczasowy
    ustrój upoważnia do uzyskania azylu gdzie indziej.






















    by anabell (noreply@blogger.com) at maj 01, 2016 01:20

    kwiecień 30, 2016

    Zuzanka

    Notatki na marginesie

    turlam się

    Mój ulubiony człowiek mówi do mnie "Mamo".

    Taki napis na kubku zrobiła mi Lolka i pojechała. Rzeczywiście jest moim ulubionym człowiekiem:). Lubię z nią rozmawiać, bo ma wiedzę, umiejętność wykorzystania jej i poczucie humoru. Jest  do mnie podobna tam, gdzie mi to zupełnie nie przeszkadza a nawet stanowi powód do dumy. Na niektórych zdjęciach wygląda tak, że mówię "Ojcu raczej nie pokazuj:)". Jedna legenda rodzinna głosi, że dziecko tatusine i w ogóle w tamtą rodzinę poszło, "skóra zdjęta" i te sprawy. A druga rodzina (moja) mówi: "Ta jasne! Chyba jak śpi i się nie odzywa. W naszą rodzinę poszła i basta!".

    Lolka się z tego śmieje, bo najbardziej to ona jest swoja własna. Ale na drugim kubku napisała mi:

    Czasem jak otwieram usta, słyszę moją matkę.

    Zdecydowanie jest to kubek uniwersalny i obie będziemy z niego pić:).

    Jak się rozglądam dookoła to mam wrażenie, że mało kto lubi swoje dorosłe dzieci. Większość owszem kocha, ale unika albo narzeka, poucza, krytykuje, ma za złe i wymaga znacznie więcej niż wymagali od siebie w ich wieku. Nie wiem, z czego to wynika.

    Jak diabeł święconej wody, unikam angażowania się w politykę. W zasięgu ręki działam, nie dalej. Będę podpisywać petycje i chodzić na marsze, ale denerwować się z powodu debilnych  wypowiedzi polityków nie zamierzam. Zdecydowanie lepiej śpię:)

    Zadzwoniła spt i zapytała o zwierzynecką LAF.

    - Jadę! Jasne, że jadę. Zorganizuję się w pracy i jadę.

    Przecież ja kino kocham. Przesilenie wiosenne może troszkę mnie przeczołgało, ale źródło wciąż bije. Zamiast wieczornej prasówki wybieram starannie film. Ostatnio trafiłam na melodramat nakręcony zgodnie z zasadami konwencji. Taki 100% cukru w cukrze. Ostatnie dwadzieścia minut już szlochałam w głos i smarkałam w chusteczki. Wszystko przez gapiostwo. Film zaczyna się od sceny, kiedy ON pogrąża się we wspomnieniach i przez chwilę widać napis na jej nagrobku. A do końca miałam nadzieję, że ONA wyzdrowieje. Love story w kolejnej odsłonie:). 

    Na trzecim kubku napisałam : Win or learn. Never lose. Za Nelsonem Mandelą i spt - to mnie naprawdę podniosło na duchu po ostatniej wpadce.

    poza tym

    • zapisałam się na kurs żeglarski i uczę się nazw "tych sznurków od tych szmat"
    • urządzam mieszkanie, bo mi parę książek zjechało z Orłowa i w półki zainwestowałam. Wybrałam stolarza, który lubi swoją pracę. Nie był najtańszy z tych, którzy mi wycenę robili, ale gotowa jestem dwie stówy do pasji dopłacić.
    • Całka mnie powoli oswaja i do mnie mówi. Jeszcze nie wszystko rozumiem.
    • zablokowałam na liście kontaktów  "takiego jednego" i jeszcze nie wiem, jak mi z tym. To zupełnie nie w moim stylu. Raczej wolę konfrontacje, jasne komunikaty i załatwianie spraw po dorosłemu.
    • balkon przygotowuję do sezonu, sieję, dłubię, maluję i przesadzam. Na razie niemrawo.

     

     

     

     

     

    by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at kwiecień 30, 2016 03:00

    Bezwstydnica

    Majówka spacerówka

    czlowiek

    Jak tam majowe spacery?

    😉

    Pozdrawiam
    Kura po prawej

    by admin at kwiecień 30, 2016 11:16

    Dzieciowo mi

    Ranking największych głupot, o które potrafią pokłócić się dzieci

    Ja wiem, ja wszystko wiem. Można sobie tłumaczyć, można się pocieszać bez końca i w kółko, można uspokajać, że wszystkie dzieci się

    by Malwina Ferenz (Krusz.) at kwiecień 30, 2016 05:00

    zycie na kreske

    bonus poza numeracją

    Jak ktoś nie ma Kota, to można TUTAJ zrozumieć, o co chodzi z pudełkami.

    by pani od rysunkow (noreply@blogger.com) at kwiecień 30, 2016 05:05

    falkografioly

    haiku pozbierane (3)

    falko



    wiersz
    jesień 2011
    Pusta Butelka -
    W Głowie Poety Szumi
    Nienapisany  Wiersz.

    falko

    fotografia
    jesień 2011
    Fotografia Pożółkła
    Zasmucona -
    Bledną Wspomnienia.

    falko

    tanie wino
    jesień 2011
    Tanie Wino -
    Na Wernisażu
    Oszukuję Podniebienie.

    falko

    furtka
    jesień 2011
    Skrzypiąca Furtka
    Nie Ma Nikogo W Domu
    Dla Kogo Śpiewa.

    falko

    noc
    jesień 2011
    Lodowata Noc –
    Kwiaty Na Parapecie
    Chuchają W Listki.

    falko

    cienie
    jesień 2011
    A Nasze Cienie -
    Dlaczego Uciekają
    Gdy Gaśnie Światło?

    falko


    by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at kwiecień 30, 2016 02:30

    kwiecień 29, 2016

    moje waterloo

    2295

    Horror przeżyłam. Dlaczego mnie się ciagle takie rzeczy zdarzają? Hę?!

    A było tak. Wracam z roboty do domu, wjeżdżam na plac, pies wpada w histerię - niezauważenie przeszedł od fazy "nigdy dobrowolnie nie wsiądę do samochodu" do "ja będę jechał, ja, ja, jajajajajajaja i pierdnę, gdy tylko tam wlezę" - ponieważ jego zdaniem zbyt wolno otwieram drzwi, a tu się trzeba witać, biegać i skakać (z naciskiem na skakać), lizać, szarpać i piszczeć. W całym tym rozgardiaszu jakaś część mojego mózgu rejestruje kocie miauczenie. Mało tego! Ona rejestruje edkowe miauczenie!

    Wyparowuję z auta, rozglądam się... a tu przez ogród sąsiadów wlecze się mój ukochany koteczek, laluniek, syneczek mamusi, kalafiorek, serduszko i ptyś. Wlecze się ku mnie na trzech łapach, czwarta sterczy groteskowo, wygięta pod jakimś dziwacznym kątem, a on patrzy mi w oczy z przerażeniem i krzyczy "matko, pomocy!!!". Białko w mózgu mi się ścięło. Mamusi ukochany koteczek, laluniek, syneczek, kalafiorek, serduszko i ptyś. Eduś! Eduś jest najważniejszy*!!!

    Lesiek też go zauważył i już był przy siatce. Na szczęście, jak to zwykle w sytuacjach zagrożenia, mózg zadziałał bez zarzutu, kierując ciałem zgodnie z priorytetami. Najpierw łapsnęłam psa, zawlokłam do domu, wrzuciłam przez drzwi krzycząc "ratunku!". Zatrzasnęłam drzwi za sobą, żeby nie wybiegł do ogrodu i rzuciłam się ku bramie sąsiadów. Jak na złość, była zamknięta. Szarpałam, szukałam zasuwki, dżingsa do odblokowania - za cholerę. A po drugiej stronie malutki, srebrzysty syneczek mamusi wzywał pomocy. Musielibyście mnie widzieć i znać topografię. Przemawiając czule, żeby wiedział, że bez przerwy jest w centrum zainteresowania, rzuciłam się z powrotem do naszego ogrodu. Żeby tam dotrzeć, musiałam pokonać żywopłot, co uczyniłam bez wahania ani przez chwilę nie przestając mówić łagodnie do kota. Wpadłam jak burza na posesję, nie zważając na konsekwencje szarpnęłam za dolny brzeg siatki i przepchnęłam łapy na drugą stronę, za nic mając fakt, że siatka boleśnie wbija się w przedramiona. Przerażony kot całym kotem przylgnął do moich dłoni...

    ***

    Chwila milczenia.

    ***

    Wsadził łapę za obrożę preciwkleszczową i nie umiał wyjąć.

    ***

    Pomilczmy jeszcze trochę.

    ***

    Zuzia, która w międzyczasie zdążyła wyskoczyć przed ganek, krztusząc się ze śmiechu podsumowała:
    - Kiedyś umrzesz na serce. Gdy komuś z nas coś się dzieje, to ty biegniesz jak szalona na pomoc, a tak się przejmujesz, że jak nie wiem co.
    Cóż... Ano przejmuję się. Ci, których pokochałam, powinni się cieszyć. Raczej. Chyba. Tak sądzę.



    * On jest nieśmiały. Subtelny i wycofany. Przyjazny, ale przerażony. Nikomu w drogę nie wchodzi, nie wadzi, nie narzuca się, krzywdy nie zrobi, po kociemu nie zareaguje, pozwala się dręczyć psu i nawet jeśli już nie może wytrzymać, to tylko kwili, żeby go ratować. Kocham laluńka do szaleństwa.

    by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at kwiecień 29, 2016 11:30

    nic specjalnego

    Mix chwalipięty

     Z moim ścięgnem jest wyraznie lepiej. No ale jeśli  średnio przeciętnie  pół
    dnia dopieszczam ściegienko  wmasowując w nie lecznicze mikstury, to 
    musi być lepiej.
    I najwyższy czas, żeby było lepiej, bo tuż przed "awarią ścięgna" koleżanka
    przyniosła do mnie swój uszkodzony sznurek szklanych perełek, któremu
    muszę zmienić żyłkę i zapięcie oraz dorobić kolczyki.
    I tak leżą te perełki i  czekają na zmiłowanie.
                                                          ****
    Ci co często tu bywają, zapewne pamiętają, że starszy z moich Krasnali
    poszedł do  szkoły gdy ukończył 5 lat i teraz jest "administracyjnie" w klasie
    drugiej, a z klasą trzecią ma język francuski a do czwartej uczęszcza na
    lekcje matematyki i jest drugim w tej klasie uczniem pod względem ocen
    z tego przedmiotu.
    Tu mała dygresja - eksperymenty w dziedzinie szkolnictwa to nie tylko
    polska specjalność. Np. za Odrą co Land to nieco inna organizacja
    szkolnictwa.
    Generalnie jest  szkoła podstawowa sześcioletnia, potem gimnazjum. 
    Ale jest tak, że gdy dzieci są w IV klasie szkoła ocenia przy pomocy 
    fachowców co dziecko będzie robiło w przyszłości - czyli już w tym
    momencie ocenia czy dziecko po gimnazjum trafi do liceum czy zakończy
    edukację na tzw. małej maturze. Obowiązek szkolnej edukacji kończy się tu
    z chwilą ukończenia 16 roku życia.
    Jeżeli stwierdzą, że dziecko nie rokuje nadziei, to dziecko piątą i szóstą
    klasę kontynuuje w swojej podstawówce. 
    Jeżeli dziecko zapowiada się na takie, co ukończy bez problemu całą
    szkołę , którą ukoronuje potem maturą i będzie się dalej kształciło, to dwie
    ostatnie klasy podstawówki robi już w gimnazjum, gdzie jest nieco wyższy
    poziom niż w  zwykłej podstawówce.
    I teraz powstał problem z moim starszym  Krasnalem- zdaniem szkoły to
    szkoda go teraz dać do klasy III, bo będzie się nudził i oni go widzą już
    w czwartej klasie, z czego wynikałoby, że dzieciak trafi do szkoły gimnazjalnej wcześniej o dwa lata (on przecież 7 lat skończył w styczniu tego roku).
    W związku z tym szkoła skierowała Krasnala na badania i testy które były
    tydzień temu. Testy są dla grupy wiekowej dzieci 6-10 lat.
    Dziś już są wyniki dla poszczególnych interwałów:
    I. rozumienie znaczenia  różnych pojęć  - wynik 134 punktów na  138
    II. ocena logicznego myślenia i percepcji -  wynik 133 pkt. na 137
    III.stopień koncentracji i pamięć operacyjna - wynik 148 pkt. na 151
    IV. szybkość  przetwarzania informacji -  wynik 117 pkt. na 123 i jest to
    powyżej średniej
    V.indeks inteligencji -  wynik 142 pkt. na 145
    Podsumowanie  -   wynik ogólny całości   - 99,7
    Ocena dziecka pod względem emocjonalnym - typowy siedmiolatek .
    Tak oceniono Krasnala, ale co dalej  to  muszą zdecydować jego rodzice po
    rozmowach z pedagogiem szkolnym, który go widzi codziennie. 
    Bo tam jakimś cudem klasą zajmują się dwie osoby - nauczycielka
    i wychowawca, który jest cały dzień z uczniami.
    Może będzie i tak, że Krasnal pójdzie od września planowo do III klasy,
    a szkoła po prostu będzie mu zadawała jakieś trudniejsze prace, tak jak
    jest teraz.
    Wtedy do gimnazjum trafi tylko o rok wcześniej. A gimnazjum, do którego
    ma trafić to takie, które współpracuje z Uniwersytetem i tam te
    najzdolniejsze dzieci będą miały niektóre zajęcia.
    I wielce egoistycznie pomyślałam : jak to dobrze, że nie muszę się w tej
    sprawie wypowiadać i podejmować jakiejś decyzji.
    Poza tym Krasnal będzie miał jutro pierwszy "publiczny" koncert fortepianowy- publiczność to rodzice i rodzeństwo małych pianistów.
    Utwór który wykona będzie trwał aż cztery minuty.
    W niedzielę będzie z chórem występował w ZOO, tak jak w ubiegłym roku. 
    A w poniedziałek jedzie  na trzydniową wycieczkę ze swoją szkołą -pierwszy
    raz 2 noce poza domem bez mamy, taty, brata.
    Jak widać życie mego Krasnala nabiera tempa.
                                                      *****
    A wczoraj udało mi się obfocić na osiedlu takie  cudo:



     

    by anabell (noreply@blogger.com) at kwiecień 29, 2016 09:50

    Domowa kuchnia Aniki

    Zapiekanka makaronowa z kurczakiem i brokułem

    Zapiekanka makaronowa z kurczakiem i brokułem



     
    Zapiekanka pyszna, choć zapewne jest bombą kaloryczną. Ale co tam ... od czasu do czasu można zaszaleć! :-) Ta zapiekanka makaronowa nie jest sucha, wręcz przeciwnie. A to za sprawą brokuła, pieczarek i dużej ilości sera żółtego. Taka zapiekanka to pyszny i bardzo sycący obiad, przy którym nie ma za dużo pracy. 

     

    Składniki: ( na 4 - 5 porcji )
    • 250 - 300 g makaronu świderki
    • 1 brokuł
    • podwójna pierś z kurczaka
    • ulubiona przyprawa do kurczaka ( ja dałam węgierską )
    • 7-8 dużych pieczarek
    • 20 dag sera żółtego
    • 100 g śmietany 18%
    • sól
    • pieprz
    • olej
    Sposób wykonania:
    • Makaron gotujemy w osolonej wodzie. Odcedzamy
    • Brokuła podzielonego na różyczki krótko obgotowujemy w lekko osolonej wodzie ( 6-7 min )
    • Pierś z kurczaka kroimy w kostkę i obtaczamy w ulubionej przyprawie do kurczaka. Smażymy na oleju
    • Pieczarki obieramy i kroimy w plasterki. Smażymy na oleju do odparowania spod nich płynu. W międzyczasie solimy i doprawiamy pieprzem
    • Ser ścieramy na małych oczkach i mieszamy ze śmietaną
    • Wszystkie składniki zapiekanki ( oprócz sera ) delikatnie mieszamy ze sobą i przekładamy do naczynia żaroodpornego. Na wierzch wykładamy równomiernie ser wymieszany ze śmietaną
    • Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i zapiekamy ok 20 - 25 minut

      by Anika (noreply@blogger.com) at kwiecień 29, 2016 08:56

      Czytadelko

      Lady M. - Ałbena Grabowska

      Najnowsza powieść Ałbeny Grabowskiej to nie horror, a jednak przyprawia o dreszcze.

      Małżeństwo Małgorzaty i Krzysztofa na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ot wieloletni staż i związane z nim lekkie znudzenie. Niby nic nadzwyczajnego, bo poza momentami, kiedy obydwoje nie mogą już się znieść, przeważają jednak chwile łóżkowych namiętności. Czy to nie cudowne, że po tylu latach wciąż się jeszcze fizycznie pociągają? Można więc nawet powiedzieć, że tworzą całkiem udany związek. Choć może to tylko pozory? Przecież obydwoje nie o takim życiu marzyli. Przecież ona pragnęła męża lekarza, a nie zwykłego wykładowcy akademickiego. Przecież wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej...

      Choć tytułowa Lady M, to w tym przypadku nie Lady Makbet, a tylko Lady Małgorzata, to trudno nie dostrzec ogromu cech łączących te dwie postacie. Wywieranie presji na mężach, pragnienie wyniesienia ich na piedestał, chęć podporządkowania sobie wszystkiego i wszystkich, dążenie do obranego celu za wszelką cenę, nierzadko po trupach... Nie tylko zresztą na ich podobieństwie kończą się nawiązania do utworu Szekspira, bo jest ich w powieści Ałbeny Grabowskiej znacznie więcej.

      Mimo łączącej ich wciąż namiętności w małżeństwie Krzysztofa i Małgorzaty od dawna już nie ma miłości, nic więc dziwnego, że obydwoje starają się szukać głębszych relacji na zewnątrz. Mam jednak wrażenie, że mimo wszystko nie można też w ich przypadku mówić o nienawiści. To związek oparty na przywiązaniu, przyzwyczajeniach, codziennej rutynie stopniowo zamienianej w obojętność, a przede wszystkim na ogromnej, niszczącej zaborczości, która niszczy wszystko, każdy zalążek tego, co jeszcze mieliby szansę wspólnie stworzyć. 

      Wszystkie wydarzenia obserwujemy z dwóch perspektyw czasowych: roku 2011 i 2012, chwilę przed znaczącymi wypadkami i już po nich. I choć zapiski z roku 2012 wyraźnie wskazują na to jak zakończyła się historia Małgorzaty i Krzysztofa, choć intuicja podpowiada nam jakie role odegrali oni w poszczególnych aktach, to jednak całość śledzimy z nieustającą ciekawością i poczuciem nieubłaganie zbliżającego się nieszczęścia.

      Choć przez większość powieści nie dzieje się właściwie nic strasznego, raczej przeciwnie, dni toczą się w miarę spokojnie, swoim torem, to udało się autorce stworzyć taki klimat, że niemal przez całą lekturę mamy na plecach gęsią skórkę. Wiemy, że za chwilę dojdzie do czegoś, czego już nie da się cofnąć, że wydarzy się coś strasznego, że zarówno Małgorzata, jak i Krzysztof są postaciami, których od początku powinniśmy się bać. Choć z drugiej strony wzbudzają oni też szereg innych emocji. Dla mnie Małgorzata jest postacią tak złożoną i jednocześnie tak zmienną, że potrafiłam bez problemu przejść od złości na nią do wielkiego współczucia, ba, potrafiłam jednocześnie martwić się o nią i mieć ochotę dać jej w twarz. To kobieta nie tylko w okrutny sposób manipulująca swoimi najbliższymi i wymuszająca na nich postępowanie według jej własnych reguł, ale przede wszystkim postać ogromnie nieszczęśliwa, zamknięta w klatce, którą sama dla siebie stworzyła i z której za nic nie potrafi się wydostać. Nie sposób jej nie współczuć.

      Ałbenie Grabowskiej kolejny raz udało się stworzyć nietuzinkowe postacie, o których szybko nie zapomnimy, atmosferę ciągłego zagrożenia, nawet tam, gdzie nie powinno go być, i fabułę, która nawet długo po lekturze co jakiś czas będzie pojawiać się w naszych myślach. 

      Ałbena Grabowska, Lady M. , Warszawa, Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., 2016

      by izusr@NOSPAM.gazeta.pl at kwiecień 29, 2016 11:36

      Ja jestem Blog Agaty Komorowskiej

      Nie jestem Matką Teresą!

        Zawsze, gdy ktoś mi mówi, że się poświęcam dla moich dzieci i z tegoWIĘCEJ...

      Artykuł Nie jestem Matką Teresą! pochodzi z serwisu .

      by Agata at kwiecień 29, 2016 11:09

      falkografioly

      Chwasty

      falko



      O chwastach mówi się niepochlebnie.
      W wierszach są kwiaty,
      kwitnące sady,
      przebiśniegi i tulipany.
      A chwasty?
      Chwastów nikt nie chce.

      Wbrew obietnicom uroczej pani  z telewizora
      mówiącej ciepło o pogodzie,
      ręce trzymam w kieszeniach płaszcza.
      Jest zbyt zimno na długi spacer.
      Szalbierz z tej wiosny.
      Szal bierz na spacer,
      bo ona chowa się jeszcze,
      zatańczy jak wiatr zawieje,
      Od Sahary.

      Idę aleją kasztanów.
      Siedmiopalczaste liście
      jak moje dłonie
      - palce w pięść zwinięte,
      zziębnięte.

      A chwasty,
      jak pomysły na wiersze,
      pojawiają się wiosną i rosną.
      Najchętniej pod płotem,
      w parkach,
      na skwerach,
      nadrzecznych bulwarach,
      nad brzegami jeziorek i stawów,
      a nawet wokół większej kałuży,
      zebranej z porannego deszczu.
      Jak pionierzy podbijający nowy ląd,
      odważnie, ze świadomością,
      że już cofnąć się nie można,
      z determinacją, mimo zimna
      i nocnych przymrozków
      wysuwają się na pierwszą linię frontu
      i niosą soczyście zieloną flagę
      wiosennego pospolitego ruszenia
      wszelkiej roślinności.

      Przed źdźbłami traw ledwo co wyrosłych,
      niezdecydowanymi krzewami - kwitnąć, czy puszczać liście.
      Przed okwieconymi biało, różowo, czerwono
      drzewami bez zielonych liści jeszcze.
      Przed trzcinami, które zimą skoszone,
      teraz strzelają w górę
      długimi jaskrawo zielonymi ostrzami
      i szeleszczą cicho na wietrze.

      Bohaterowie wiosny - chwasty,
      często bez imion własnych.
      Ludzie, nie koście, nie rwijcie,
      nie złorzeczcie i nie klnijcie.
      Pokochajcie pokrzywę, perz, podbiał i dziki czosnek.
      Pokochajcie chwasty i siebie nawzajem na wiosnę.


      Wiesław falko Fałkowski
      wiosna 2016

      by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at kwiecień 29, 2016 06:56

      zycie na kreske

      bonus poza numeracją

      Kocham to ogłoszenie z działu "Serdeczności". Wisi już od dawna. Ale jedno z moich ulubionych na całym świecie! 3 span="">

      by pani od rysunkow (noreply@blogger.com) at kwiecień 29, 2016 05:30

      Kura pazurem

      Amerykańska przygoda Jaja

      Wreszcie udało mi się przejąć prawo „autorskie” do amerykańskiej przygody Jaja. Co prawda dostałam mnóstwo wytycznych, a tego nie pisz, tamto napisz, to zmień, to ukryj… Zwariować szło. Negocjacje więc były twarde, okupione całą michą ruskich pierogów. Udało się jednak, więc dzisiaj Wam opowiem, co się Jaju przydarzyło. Kilka osób niecierpliwie czeka na „rzeczną przygodę”. Z rzeką na szczęście to ma tylko tyle wspólnego, że tego dnia Jajo napisało mi, że idzie nad rzekę, a po kilku godzinach dodało: „Jak ci opowiem, co się dzisiaj wydarzyło, to każesz mi się spakować i wracać do domu”. No, i wtedy to skręt włosa gwarantowany, palpitacja serca i ciary po plecach. Oczyma wyobraźni widziałam Jajo wpadające do rzeki, krokodyle obgryzające jej stópki albo piranie wyżerające wnętrzności. Kiedy zaprzeczyło, że to nie ma nic wspólnego z nieoczekiwanym kąpaniem, to w mojej głowie wyświetlił się obraz, jak Jajo paraduje po czyimś kawałku ziemi, a właściciel próbuje je z dubeltówki ustrzelić. Oczywiście, jak to w filmach amerykańskich, taka wizja westernowa mi się wyświetliła. Okazało się jednak, że to nie ten film, powinnam raczej w klimaty scen pościgu iść, a nie w western.

      Opowieść Jaja w wolnym (czyli kurzym) tłumaczeniu wygląda następująco:

      – Siedzimy sobie najspokojniej w świecie w amerykańskim ogródku moich amerykańskich gospodarzy razem z ich amerykańskim synem. Jest pięknie. Kalifornijskie słońce przygrzewa. Jest ponad trzydzieści stopni, ale wieje dość przyjemny wiaterek, więc jeszcze się nie ugotowałam. I nagle na tym kawałku amerykańskiego nieba pojawiają się helikoptery policyjne. Wielkie ważki zawisły nad naszymi głowami. Powietrze urywało głowy. Ja w szoku, bo to całkiem niezły kontrast dla latających koliberków. Nagle policjant przez megafon wrzeszczy, że wszyscy mieszkańcy ulicy mają wejść do domów, najlepiej do jednego pokoju, zaryglować drzwi i nie otwierać nikomu obcemu.

      Amerykanie więc spokojnie wstają, ja mam ochotę biec i kryć się pod łóżko. W miejscu przebieram nogami, że szybko, że nalot, że bomba, że terroryści. A ci idą. Spokojnie, ociężale, noga za nogą, jakby na spacerek się wybrali. Wchodzimy do domu. Ja już bym ryglowała drzwi i zastawiała je szafą, a oni nic! Już widziałam, jak tabuny rozwścieczonych zombiaków nas atakują. A tata mojego kolegi zamyka powolutku, ze stoickim spokojem drzwi. Wchodzimy wszyscy do jednego pokoju. Ja już prawie się zesikałam ze strachu, bo helikoptery krążą i policjanci cały czas powtarzają komunikat. Jak nic, zaraz coś pierdzielnie i żegnaj, mamusiu kochana.

      Serce wali tak, że pewnie słyszałaś je w Polsce. A co robi amerykański tata? Wyciąga spod łóżka karabin. Ja wtedy prawie na zawał schodzę. Wszyscy oczywiście spokojni, a ja już prawie umarłam na widok karabinu. No, ale po jakimś czasie helikoptery odleciały, broń wróciła pod łóżko, a my do normalności. Na szczęście nic nie pierdzielnęło, ale wiedziałam, że jak ci opowiem, to zawał murowany i każesz mi wracać.

      – Wracaj! – wołam. – Natychmiast!

      – Ha, ha, ha – śmieje się Jajo. – Już spoko. Potem się okazało, że policja na naszej ulicy ścigała złodzieja samochodów.

      I tu ja nie wytrzymuję. Parskam śmiechem. Złodzieja samochodów? I tyle fatygi? Co za krewki naród?! U nas człowiek zgłasza kradzież, policjant zapisuje, a potem albo się znajdzie, albo nie, ale nikt nie wysyła helikopterów!

      Chichramy się więc z przygody Jaja, które już spokojne mówi, że wszystko, co przeczytałam i obejrzałam o Stanach, to prawda najprawdziwsza z prawd. No, może tylko ataku Zombie nie było…

      by anna at kwiecień 29, 2016 03:44

      falkografioly

      haiku pozbierane (2)

      falko


      w ogrodzie
      jesień 2011
      Złocista Chryzantema
      Zawstydzona
      - Lecą Na Nią Liście.

      falko

      cykady milkną
      jesień 2011
      Cykady Milkną.
      Nie Warto Grać
      Dla Wsłuchanych W Siebie.
      falko

      pierwszego listopada
      jesień 2011
      Świeczka
      Zapalona Nad Grobem
      Rozświetla Wspomnienia.

      falko

      ćwiczenie
      jesień 2011
      Samotny Stary Człowiek
      Ćwiczy Myśli
      O Umieraniu.

      falko


      haiku
      jesień 2011
      Haiku.
      Czysta Kartka Papieru
      Cierpliwie Czeka Na Słowa.

      falko


      by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at kwiecień 29, 2016 03:10

      kwiecień 28, 2016

      zapiski zgagi

      Głodnych nakarmić

      Tym razem głodnych była dobrze ponad setka. W menu strogonoff i mój smalec z fasoli.

      W środę gotowanie. A najpierw pokrojenie w paseczki jakichś kosmicznych ilości mięsa… W życiu tyle przez moje ręce nie przeszło. Do tego całe wiaderka papryki, pieczarek, ogórków, cebuli. Świeżo nabyty gar o pojemności 35 litrów został wypełniony po brzegi!

      Dziś na miejscu cateringu problem z prądem. Jedna część dania podgrzewała się w miejscu wydawania, druga (z powodu zbyt dużej mocy) musiała się ewakuować do kuchenki leżącej przy końcu długaśnego korytarza. Biegałyśmy więc na zmianę, by doglądać, mieszać, uważać, by się nie przypaliło, a potem z pełnym garnkiem między ludźmi się przeciskać.

      Byłyśmy we cztery. Gdy przyszła pora na wydawanie jedzenia, przez circa 40 minut trzeba było tak się uwijać, że na wytarcie nosa lub potu z czoła czasu nie było!  Ale dałyśmy radę… Goście zadowoleni, niczego nie zabrakło, nawet trochę zostało dla nas.

      Jak zwykle przy takich okazjach, zaciekawienie i podziw budziły nasze ,,służbowe” stroje. Trzeba było co i raz opowiadać o ich pochodzeniu, twórcach projektu itp. Ubawiły nas dwie panie, które upierały się, że nasze ubranka są ,,takie jakby japońskie”, choć kilkakrotnie powtarzałyśmy, że raczej holenderskie. Panie były z tych, co wiedzą lepiej!

      ***

      Jutro trzecie już w naszej gminie integracyjne spotkanie wszystkich Kół. Nasze będzie, niestety, reprezentowane niezwykle skromnie. A to dlatego, że w niedzielę większość naszych dziewczyn albo ma pierwszą komunię własnych dzieci, albo pomaga w przygotowaniach koleżankom. Jedziemy więc tylko w cztery. Osobiście też nie zamierzałam brać udziału, bo w sobotę skoro świt ruszam do Andrychowa. Jednak dla ratowania frekwencji wpadnę na 3-4 godzinki….

      ***

      Majówka zapowiada się chłodna. Dziś się ,,przeprosiłam” z zimową kurtką, którą jakieś dziesięć dni temu uprałam i odwiesiłam do ,,pozasezonowej”  szafy… I chyba w podróż zabiorę, bo na południu nawet śniegi jakieś podobno? Autko w końcu pomieści wszelkie rodzaje okryć. Staram się tylko nie zabierać do Magdy tego, co przewidziane na wyjazd do USA.

      by Zgaga at kwiecień 28, 2016 10:24

      Zuzanka

      Anna Sakowicz

      Zatoka świń

      Od wiosny ubiegłego roku jest bardzo głośno na temat wykorzystywania nieletnich dziewcząt w Sopocie. W aferę zamieszana jest między innymi Zatoka Sztuki oraz dziennikarze „Gazety Wyborczej”. Trwają procesy o zniesławienie, o ukaranie winnych, o zadośćuczynienie ofiarom. „Zatoka świń” Bożeny Aksamit i Piotra Głuchowskiego to kryminał non-fiction (a może bardziej reportaż) ujawniający kulisy głośnego seksskandalu w Trójmieście.…

      by anna.sakowicz at kwiecień 28, 2016 06:58

      Zapiski dojrzalej kobiety

      Patrz szybko, za chwilę już ich nie będzie ....

      Na liściu leży kwiat
      drzemiący,
      żółtawobiały jak słoniowa kość.
      Słodki, że aż nudzi.
      Przedmiot pachnący -
      złośliwie tajemniczy świat -
      dziwny gość
      wśród nas, ludzi. -

      (Autor: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska)

      

      

      

      

      Od weekendy u nas pogoda wcale nie wiosenna.
      Fakt, jest kwiecień, który przeplata trochę zimy, trochę lata – w tym roku najwyraźniej w swoją końcówkę kwiecień wplótł tylko zimę.
      Dzisiaj już przynajmniej za kołnierz nie pada, nawet słoneczko świeci, ale wiatr i zimnica powoduje, ze nie chce mi się ruszać z domu.

      Przełom września i października znowu będzie u mnie obfitował w wędrówki po lekarzach.
      Nie cierpię tego czasu ale jak mus, to mus, wczoraj właśnie skończyłam dopinać terminy i zamawiać numerki.
      Jeszcze 4 maja wizyta kontrolna u onkologa (ale to formalność) a potem całe lato mam spokój (przynajmniej mam taką nadzieję;).

      Córka i ślubny znowu zaczynają myśleć za mnie i ustawiać mi życie (a już przez rok był spokój, myślałam, ze coś do nich dotarło;(.
      Plusem tej „akcji” było to, ze podniosło mi się ciśnienie i „ożyłam” na tyle, ze znowu chce mi się chcieć.
      Dzisiaj robię zrazy zawijane, które zamrożę, jutro zrobię duży gar gołąbków.
      Mam nadzieję, ze nam to wystarczy na długi weekend nawet jak zjawi się córka z rodziną.
      Dla dzieci mogę ugotować jeszcze rosół.
      I nie interesuje mnie pogoda, jak będzie ciepło, to wyskoczymy gdzieś na łono przyrody, jak pogoda się nie popisze, to spędzę ten weekend na kanapie z książką.

       Nie pomna na to by oszczędzać swój system nerwowy zafundowałam sobie jako lekturę „Rok tysięczny” Karola Bunscha.
      Z jednej strony wciąga mnie ta ksiązka, bo tak jak Bunsch o historii nie pisze nikt, no przesadzam, teraz Cherezińska mu dorównuje.
      A z drugiej strony to huśtawka dziejów – jak jeden połączył granice, to drugi stracił jakąś dzielnicę, jak któryś nawiązał przyjaźnie i zapanował pokój, to następnego zaraz zaswędział miecz i poleciał na wojnę.
      Jak ojciec był mężny i Chrobry, to syna miał safandułę Mieszka.
      Nie mniej jednak, lektura jak na dzisiejsze czasy „w sam raz”, bo przynajmniej dowiadujemy się, ze w polityce od dawna było buredllo i cyrk.
      I obecne polityczne wydarzenia jakby mniej szokują.

      by veanka@NOSPAM.gazeta.pl at kwiecień 28, 2016 11:01

      efka i koty

      Smacznego

      Sześć kotów trudno ująć na jednym zdjęciu. 
      Jedzenie to chyba jedyna szansa na kocią bandę w komplecie.


      by efka i koty (noreply@blogger.com) at kwiecień 28, 2016 11:08

      Dzieciowo mi

      Proste sałatki z boskim sosem – hit imprezy i urozmaicenie obiadu

      Powiedzmy, że masz sekundę i rzucasz skojarzenie. Najczęstsza surówka na polskim stole to…? Tak jest, z kiszonej kapusty. Mam w domu zagorzałego fana tej opcji. Fan

      by Malwina Ferenz (Krusz.) at kwiecień 28, 2016 07:57

      Smoking kills...

      O WĘDKARZACH I PRZYGODACH NA LOTNISKACH

       

      Ponieważ wczoraj zafundowałam sobie na obiadokolację „Przysmak Wisławy”, czyli skrzydełka ze stripsami, to dziś jestem liryczna jak przedwojenny kredens. Boli mnie cały przewód pokarmowo – doktorski, co nie zmienia faktu, że kurze pyszności mi jeszcze zostały na dziś i zamierzam je spożyć. A co!… Lubię szalone życie na krawędzi.

      Psychopatę, który jest autorem reklamy radiowej, w której złota rybka mówi do wędkarza że spełni jego trzy życzenia, a on „Masz być smaczna, chrupiąca i bez ości” i CHLAST! ją tasakiem – aaaaa!… No więc, tego psychopatę się powinno wytarzać w smole i pierzu i na furze gnoju wywieźć na dziedziniec Sejmu i tam zostawić. Nie wiem, CZEGO to jest reklama, bo po każdym CHLAST zaczynam krzyczeć, płakać i przeklinać (N. już parę razy o mało nie wjechał w barierkę na autostradzie). Strasznie mnie dołuje. Strasznie. Chociaż w sumie – cała prawda o tych bandytach, wędkarzach!…

      Z powoli podnoszącymi się na głowie włosami przeczytałam ostatnio informację o pani, która została PONIŻONA na lotnisku Heathrow, bo nie chcieli jej wpuścić do samolotu z mlekiem dla niemowlęcia!… Skandal, prawda? Tylko, że żadnego niemowlęcia z nią nie było, to raz. A tego mleka miała PIĘTNAŚCIE LITRÓW – część zamrożonego, część nie. I wlokła to w bagażu podręcznym. Bo była na służbowym wyjeździe przez dwa tygodnie i wiozła dzieciątku to, co w tym czasie udoiła. Ja już pomijam przepisy dotyczące przewozu płynów, ograniczenia wagowe bagażu podręcznego (chociaż w sumie dlaczego pomijam? One przecież obowiązują wszystkich), ale większość tego mleka nie miała szans nie być zepsuta. Nie wierzę, że nadawałoby się do zjedzenia. W sumie celnicy wyświadczyli jej dziecku wielką przysługę, jeśli mamusia naprawdę zamierzała je tym nakarmić! Choć podejrzewam, że pani z gatunku awanturnic, które MUSZĄ UDOWODNIĆ SWOJĄ RACJĘ. Nawet, jeśli jej nie mają; a im bardziej jej nie mają, tym głośniej drą paszczę.

      Skąd. SKĄD się biorą tacy ludzie? I po co?

      A jeśli chodzi o przygody na lotniskach, to raz lecieliśmy z grupą wysokogórskich wspinaczy – przesiadali się w Madrycie do samolotu lecącego do Ameryki Południowej. Mieli na sobie wspinaczkowe ciuchy, a zwłaszcza buty – nie dziwne, że je włożyli – taki jeden but zająłby im całą walizkę nadawaną na bagaż. Wyglądały jak buty narciarskie do potęgi jedenastej. Zastanawialiśmy się z N., JAK oni się w tym zmieszczą pomiędzy siedzenia i jak wysiedzą w nich całą podróż. Chociaż to bez sensu, bo te buty przecież muszą być superwygodne, pomimo swojego wyglądu – oni na wspinaczce w ogóle ich nie zdejmują przez kilka dni i nocy chyba?… W każdym razie, nadzialiśmy się na nich już na bramkach bezpieczeństwa – prawdopodobnie wszyscy się na nich gapili, bo stanowili bardzo wesołe party, jak obierali się z tego swojego sprzętu po kawałku, żeby się prześwietlić. Ale najlepsze było, jak się okazało, że mają w swoich specjalistycznych stalowych termosach KAWUNIĘ. Pyszną, domową, posłodzoną. Oczywiście, nie mogli jej przenieść przez bramkę bezpieczeństwa – prawie się popłakali z tego powodu; żłopali każdy po dwa – trzy kubki, a czego nie dali rady wypić, wylewali. Częstowali też strażników. Ale żadnemu nie przyszło do głowy, żeby robić drakę. Chociaż jeszcze w kolejce do zajęcia miejsc w samolocie wzdychali żałośnie, wspominając swoją kawunię.

      No i tak o. Podobno majówka ma być ładna. Hm.

      by Barbarella at kwiecień 28, 2016 07:01

      Bezwstydnica

      Ostrzeżenie

      sprzatanie kaloryczne

      Przechodzę przez pokój.
      Na półce z książkami, na małej miseczce, leży samotny gumiś (narodowa “potrawa” niemiecka) ukryty zapewne przez Brodoziaka (fana gumisiów).

      Powoli nadgryzam gumisia i oglądam jego żelowaty przekrój.

      Nagle! Wchodzi G.zaskakując mnie z połową gumisia w ręku.
      – A co robisz? – mówi z wyrzutem.
      – Ja? – pytam głupio.
      – Mówiłaś przecież, że to bardzo niezdrowe! – G.mruży oczy.
      – Ja… ja… ja tylko… sprzątam – mówię.

      Potem człowiek zastanawia się skąd ma fałdy.
      Strzeżcie się porządków!

      🙂
      Pozdrawiam
      Kura

      by admin at kwiecień 28, 2016 06:42

      Kurlandia

      Pakiecik Michałka wypowiedzi.

      - Forest! Wyjdź z kuchni Majsterszefa Juniora. Ja gotujem!

      ***

      - Tato, kiedy przyjedziesz?

      - Nooo Michałku, w niedzielę.

      - W niedzielę…A jak znów obiecasz, że przyjedziesz i nie przyjedziesz?

      - Przyjadę na pewno.

      - Ale kiedyś mi obiecałeś i nie przyjechałeś. Wiesz, jaki był ryk?

      - Ale to było już dawno, teraz przyjadę.

      - To dobrze. Bo jak nie przyjedziesz, to Maaaama…toooo…tooo Mama Ci urwie głowę i nogi w tyłku powyrywa.

      Nic dodać, nic ująć. Ha ha ha.

      ***

      - Mamo, kocham, uwielbiam te nasze malinki, porzeczki i poziomki prosto z krzaczka.

      ***

      - Kocilla, nie marudź. Tylko miałczysz i miałczysz – w kółko to samo.

      ***

      - Mamo. Zjadłem kanapkę. Szynka była pyszna. Smakowita po prostu. Braaawaaaa dla Maaaamyyy!

      ***

      Michał przyszedł niespodziewanie i się przytulił.
      - Marzyłem taką mamę (o takiej mamie).
      - Dlaczego?
      - Bo nie jesteś taka – zła i kocham Cię nad życie.

      ***

      Michał czegoś nie zdążył zrobić…

      - Trudno Mamo. Takie jest życie. Nie urodzę Ci tego…

      ***

      - Kim chcesz być, lekarzem?
      - Nie, nie. Oszalałaś? Chcesz, żebym struł pacjenta? Już Ci mówiłem tyle razy. A Ty pytasz i pytasz. Chcem być ku-cha-rzem!
      - Kucharz też może struć ludzi.
      - To bendem sprzedawał telefony w Kimowajlu.

      ***

      - Mamo, jesteś taką pieńkną kobitką.

      ***

      - No, co? Mam wszystkie teksty od mamy. Tylko zapisz to ( co teraz powiedziałem) w komputerze.

      ***

      - Mamo, słyszysz tego ptaszka? Ja słyszem…”ciu ciu pap pap”.

      ***

      Poprosiłam Michała, żeby zajął się leżącym na kanapie Szymonem.

      Jak dźwignął tego klocka? Nie wiem.

      ***

      - Po prostu deeebe. Ta prenkość oszałamia nie. A mój internet wiesza się. Ja też chce mieć tak szybkom rzecz” – wersja Michała. Co głuchy niedosłyszy….

      ***

      by Iga at kwiecień 28, 2016 06:33

      moje waterloo

      2294

      Lesiek, jego karabin, a nad nimi wierzba. Płacząca.


      A myślałam, że nie mam talentu do zdjęć. Po prostu cza być czujnym.

      Dzię bobry. Idę męczyć się w fabryce na siedząco.

      by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at kwiecień 28, 2016 07:12

      zycie na kreske

      kwiecień 27, 2016

      moje waterloo

      2293

      Sprawa wygląda tak, że wstałam wczoraj o czasie, nalałam do miski świeżej wody, wzięłam szczoteczkę, komputer i telefon, a następnie leniwie udałam się na dół. Pies za mną, gdyż oto zaczęliśmy nowy dzień, będziemy biegać, skakać i okazywać radość życia.
      Szłam sobie spokojnie i statecznie, aż tu nagle zakłuło mnie w kostce bólem nieznośnym. Odruchowo podciągnęłam nogę, żeby ją odciążyć i...


      Spierdzieliłam się ze schodów.


      - Ale jak to zrobiłaś, że nie wypadł ci ani komputer, ani telefon? - zapytała troskliwa córka, która jeszcze niedawno czyniła mi zarzuty, że spadając spowodowałam hałas wpływający negatywnie na jakość jej snu.
      - Nie wiem. Mam wkodowane, że komputer kosztował więcej niż moja pensja, a telefon wciąż niespłacony. Poza tym byłam skupiona na ręce, gdyż mi się zdawało (w tej straszliwej męce), że mi się złamało.
      - Ale nie złamało ci się? Gdyż, nie wiem czy wiesz, ale matkę mam tylko jedną.
      - No co ty nie powiesz?!

      Och, gdyby nie resztki przyzwoitości, zamieściłabym tu zdjęcie mego uroczego pośladka. Ponieważ siniec ma się znakomicie, rośnie, mężnieje i przybiera kolory odpowiednie dla typu rody zimy (chłodne granaty, czerwień wpadająca w bordo oraz zawsze ponadczasowa i elegancka czerń). Na wiosenne żółcie i zielenie trzeba będzie nieco poczekać.
      Tak, zarówno dupo, jak i ręko - w kant stopnia.
      Tak, smaruję.
      Tak, przeciwzakrzepowe.
      Tak.

      Boli mnie jak cholera.

      by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at kwiecień 27, 2016 10:41

      Dzieciowo mi

      Strój kąpielowy dla matki dzieciom – nie takie proste nad Bałtykiem

      A tak, a tak, z premedytacją zamieściłam w tytule Bałtyk, gdyż albowiem nasze polskie, zaślubione nam morze rządzi się nieco innymi prawami

      by Malwina Ferenz (Krusz.) at kwiecień 27, 2016 06:25

      Ja jestem Blog Agaty Komorowskiej

      7 kroków od rozpaczy do radości

      Kiedy Twój świat wywraca się do góry nogami możesz ubrać się w rozpacz i zamknąćWIĘCEJ...

      Artykuł 7 kroków od rozpaczy do radości pochodzi z serwisu .

      by Agata at kwiecień 27, 2016 04:33

      Od rana do wieczora

      Projekt edukacyjny Klub Oczytanych

      We współpracy z firmą BSSP zorganizowałam w szkole moich dzieci Klub Oczytanych, projekt zachęcający małoletnich do czytania książek. Dlaczego uważam, że to jest takie ważne?

      karty700
      Książki to klucz do świata. Kształtowanie nawyku czytania i poszerzania wiedzy u dzieci jest bardzo ważne, bo zostaje na całe życie. Czytanie ułatwia naukę, poprawia koncentrację, ćwiczy pamięć, rozwija wyobraźnię. Dzięki książkom odwiedzamy miejsca, do których inaczej nie trafilibyśmy, poznajemy ludzi z krańców świata, ludzi sprzed wieków.

      Uczestnicy programu otrzymali karty klubowe, w których odnotowują przeczytane książki. Trzy książki miesięcznie muszą wypożyczyć ze szkolnej biblioteki. Na spotkaniach klubu czytamy książki przekazane przez wydawnictwa, co miesiąc inną.

      Trzy osoby, które w danym miesiącu przeczytają najwięcej, otrzymują drobne upominki i dyplomy. Przewidzieliśmy także system motywacyjny dla uczniów, którzy mniej chętnie czytają: jeśli wyraźnie poprawią swoje czytelnicze osiągnięcia w stosunku do poprzedniego miesiąca, również mogą liczyć na upominki i dyplomy. Na koniec roku szkolnego trójka najbardziej oczytanych otrzyma nagrody, a pozostali dyplomy i upominki.

      Partnerami akcji są wydawcy wartościowej literatury dla dzieci i młodzieży: Bajka, Jedność dla dzieci, Muchomor, Skrzat i Wilga, a także internetowy sklep z zabawkami drewnianymi Epinokio. Partnerzy ufundowali książki i upominki dla dzieci.

      by Chuda at kwiecień 27, 2016 10:42

      zycie na kreske

      bonus poza numeracją

      Garść materiałów do kampanii 1% Lambdy Warszawa (KLIK!).
      Robili:
      - życie,
      - Beata Sosnowska, - KLIK!
      - Marek "Maskva" Skwarski - KLIK!

      A tu bonusik - animacja pięknie udźwiękowiona przez Katarzynę Budę:

      https://www.youtube.com/watch?v=cciXbezmsj8

      Wszystkim bardzo dziękuję za świetną współpradcę! W szczególności Katarzynie Starczewskiej, która zaprosiła mnie do projektu i dała dużą swobodę! Kasia, podziwiam Cię za Twoje profesjonalne podejście, uważność i po prost serdeczność. 3 p="">

      by pani od rysunkow (noreply@blogger.com) at kwiecień 27, 2016 05:30

      Kura pazurem

      Jest moc i ciepełko

      Kwiecień za chwilę się kończy. To był dla mnie bardzo pracowity miesiąc. Odbyłam sporo spotkań autorskich. Jeździłam po Kociewiu, ale też zawędrowałam do Gdyni. I muszę kilka słów na ten temat napisać.

      Uwielbiam spotkania z czytelnikami. Nic chyba (oprócz czytelników na blogu) nie potrafi tak człowieka naładować energią i zmotywować do pracy. Każde spotkanie miało inny charakter, ale zawsze była kawka i ciacho. Podejrzewam, że dupsko urosło. Dziś postanowiłam się zważyć i obawiam się, że mogę to przypłacić zawałem albo jakąś palpitacją serca. Odkładam więc to na później.

      Czytelnicy więc mnie upaśli – to pierwszy efekt spotkań. A musicie wiedzieć, że na Kociewiu ciasto było zawsze domowej roboty. Ba! I na wynos jeszcze dostawaliśmy!

      Byłam w Lubichowie, Pinczynie, Zblewie i Kaliskach – posłuchałam o gwarze kociewskiej, pośmiałam się, a nawet zainspirowana opowieścią jednej z pań, napisałam świetny epizod do trzeciej części trylogii.

      Najśmieszniej chyba było w Pinczynie. Kobietki z zespołu kociewskiego, gawędziarki pierwsza klasa rozwaliły mnie na łopatki. Z dwiema paniami chciałabym zamieszkać! Tak pobyć z nimi ze dwa tygodnie i posłuchać, jak mówią, to byłoby bezcenne.

      Cudnie było też w Gdyni. Na spotkanie przyjechały dwie blogerki: Mucha i Paczucha, które dwa lata temu poznałam w realu. A! I przyjechała moja czytelniczka, komentująca jako Dorcia! To było niezwykłe, jak podczas spotkania nagle ktoś macha do mnie z końca sali i woła: „To ja, Dorcia!”. Pycho samo się uśmiechało. Niby znamy się tylko z bloga, a uściskom nie było końca. I to ciepło! Dostałam tyle ciepełka, że mogłabym na golasa biegać przez tydzień! Oczywiście darowałam sobie tę przyjemność, by nie narażać otoczenia na zgorszenie. Ponadto zaopatrzyłam siebie i Mężusia w odjazdowe koszulki (własnego projektu) i nie sposób było bez nich śmigać.

      To się da

      Tak więc jestem w euforii. Ja Kura nielotka unoszę się pięć centymetrów nad ziemią. Mam najlepszych czytelników pod słońcem!

      Teraz najbliższe spotkanie szykuje się w Warszawie podczas targów (będę w sobotę 21.05), a potem w czerwcu pomykam na południe. Będę między innymi w Katowicach! I nie mogę się doczekać, bo sporo Was jest ze Śląska, więc mam nadzieję na inspirujące, ale i pełne ciepła spotkanie.

      I wiecie, na co mam teraz ochotę? Wszystkich Was przytulić do serducha! Tak mnie roznosi!

      *

      *

      PS  A wczoraj wieczorem, jak przeczytałam post Paczuchy (KLIK), to nie mogłam z wrażenia zasnąć. Musiałam go wydrukować i schować w rodzinnym archiwum. Nikt chyba tak pięknie o mnie nie napisał. Szok.

      by anna at kwiecień 27, 2016 04:09

      zycie na kreske

      falkografioly

      haiku pozbierane (1)

      falko






      Sierpień 2011


      Słowik
      Śpiewa Całą Noc -
      Noc Zbyt Krótka.


      falko



      sierpień 2011
      Ojciec Posiwiał
      Oślepł -
      Dzwon Zadzwonił Zbyt Wcześnie.


      falko

      sierpień 2011
      Zimowym Popołudniem
      On Wchodzi I Pyta:
      Czy Zgasić Już Światło?


      falko


      sierpień 2011


      Cóż To Za Noc –
      Złoczyńca
      Wzdycha.


      falko


      jesień 2011
      Usta Zbyt Zziębnięte
      Aby Gadać Byle Co
      - Wieje Jesienny Wiatr.


      falko


      jesień 2011
      W Głowie Szmacianej Lalki
      Myśli Dziennikarzy
      Na Strzępach Gazet.


      falko


      haiku o moim cieniu
      jesień 2011


      Odchodzę Z domu.
      Mój Cień Coraz Większy
      Na Ścianie.


      falko

      muchy
      jesień 2011

      Muchy.
      Czego Chcą
      Od Moich Smutnych Oczu.


      falko

      by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at kwiecień 27, 2016 03:01

      kwiecień 26, 2016

      zapiski zgagi

      Czy to normalne?

      Od paru dni późnym wieczorem namiętnie czytam. Co? Z pewną taką nieśmiałością informuję, że własnego bloga! Na szczęście nie po to, by się sobą zachwycać. Raczej  w celu przewietrzenia szwankującej już nieco pamięci…

      W końcu to już dobrze ponad osiem lat, wydarzeń się nazbierało, nie zawsze jestem w stanie przyporządkować choćby roczną datę do jakiegoś wyjazdu, ważnej uroczystości itp. Teraz wszystko mi się układa…

      ***

      Dziś podczas lektury taka mnie naszła refleksja, że jednak w gdyńskim mieszkaniu Rodziców sporo jeszcze zostało rzeczy, które może warto by ocalić od zapomnienia… Nawet w związku z naszym wyjazdem do Ohio.

      Dawno temu, gdy Asia i moja Siostrzenica Ola były małymi dziewczynkami, bawiły się często w Gdyni w najmniejszym pokoju. Wisiał tam na ścianie tzw. ryngraf. Pamiątka chrztu mojej Sister. Panienki podobno upychały tam maleńkie liściki o sobie tylko wiadomej treści.

      Niedawno Ola wyznała Sister, że jedyna pamiątka, jaką chciałaby mieć z mieszkania Babci i Dziadka, to właśnie ów ryngraf. Ba! …

      Chętnie bym zawiozła dzieciakowi, ale! Przedmiot ów spoczywa najprawdopodobniej w słynnej Tatowej walizie, schowanej na pawlaczu. Tam bowiem upchnęłam wszelkie rodzinne pamiątki. Nie zabrałam do nas, bo miejsca nie mamy  na taki gramozdan. Teoretycznie Asia mogłaby walizę z mieszkania wydobyć… Jednak podejrzewam, że nie bardzo jest kiedy… Czasu już mało!

      Co jakiś czas przypominam sobie różne  przedmioty, które powinnam była zdecydowanie z mieszkania Rodziców zabrać, gdy się wyprowadzaliśmy. A to nowiutki, nieużywany, bardzo gustowny minutnik, a to dwie lub trzy blaszki, które od siebie do Gdyni wywiozłam a których mi teraz czasem bardzo brakuje, to znów dwa cieplutkie polarowe koce, prezenty od Hani i Pierworodnego na którąś Gwiazdkę…

      Nie wyobrażam sobie teraz, by wtargnąć nagle do młodych osobników, którzy mieszkanie wynajmują, by im tam urządzić ,,kipisz”… Czułabym się niczym jakoweś CBŚ czy inna zaraza!

      by Zgaga at kwiecień 26, 2016 11:08

      Skorpion w rosole

      (207) Cyrk Słońca

           Poranne promienie słoneczne wpadają z ukosa, tną pojedynczymi nożami gęsty, chrupki granat nocy, z którego środka wysypują się z chrzęstem drobiny gwiazd. Jego kopulastą, twardą skórkę wieńczy maleńka miedziana korona. W czaszce granatu rozpostarta jest wąska elastyczna nitka. Tancereczka z Cirque du Soleil wstaje i wysuwa ostrożnie stopę z łóżka. Dosuwam do niej drugą. Pierwszy krok w chmurach. Rozglądam się na boki, czy ktoś mnie widzi. Nie, droga wolna.



           Długi balans trzymany w dłoniach daje poczucie jako takiej stabilizacji. Na jednym końcu podskakuje chłopczyk z plecakiem z dinozaurem i macha do mnie ręką. Nasze spojrzenia krzyżują się z prędkością światła. Obracam głowę w drugą stronę i ledwo udaje mi się utrzymać na linie, bo rakieta kosmicznym bekhendem uderzyła właśnie w piłeczkę komety, która z przeciągłym świstem mija moją głowę jedynie o dwa lata świetlne. Gem, set, śmiech. Starszy straszy burzą magnetycznych hormonów. Tak, balans pomaga mi, choć sam w sobie jest ciężki. Za wąski - runę. Za długi - to samo. 
           
           Idę dalej. Odsuwam stopami garnki, pranie, leki, brnę przez stosy zapisanych papierów, mijam elektromagię kota, który miękko oplata się wokół łydek i bawi się całą skłębioną galaktyką. Z brzękiem wodospadu spadają monety, wycie odkurzacza wciąga pył w czarną dziurę. Pistacjowe lody spływają po wskazówkach, spowalniając czas. Lina tnie go jak masło maślane, odkłada po dwie skiby na boki i na później.
           
           W południe, w połowie wędrówki po menisku wąskiej na cal dróżki zalewa mnie miód słońca. Pod światło widać żyłkowanie skrzydeł. Na przekroju poprzecznym mam słoje w równym, ustalonym  szeregu. Kandyzuję się przez kosmiczną chwilę i jestem coraz słodsza. Ciężko chodzić w tej postaci, ruchy są nugatowo powolne, a świat rozmywa się za kotarą z karmelu. Popijam półgębkiem zjadliwe i gorzkie półprawdy, aż do rozpuszczenia miodowej polewy.
         
           Strzepuję ten widok jednym ruchem rzęs, spada z nich tsunami i odpływa migotliwą strugą w tył powodując na odległych krańcach trzęsienie wielkich brzuchów małych karłów.

           Widzę już wieczorny kres. W rogu granatu faluje aksamitna ściemniająca się zasłona. Nie odróżnisz jej od chmur przesuwających się po nocnym rozgwieżdżonym niebie. Jeszcze kilka kroków i atomowe zegary staną na baczność. Schylam głowę i wsuwam się za kulisy. Wpół kroku odwracam się jeszcze i patrzę na pusta salę. W pierwszym rzędzie na zmarszczonych falach czoła klaszczą ciemne oczy, wystukując Morse'm: 

      ZAWRACAJ!!!

      ZAWRACAJ!!!

      ZAWRACAJ MI GŁOWĘ!


      by Skorpion pandeMonia (noreply@blogger.com) at kwiecień 26, 2016 08:18

      Zuzanka

      Notatki na marginesie

      dziś jest ten dzień

      Zawaliłam termin i to nie dlatego, że zrobiłam wszystko co w mojej mocy i ie dałam rady. Zawaliłam, bo zwyczajnie pomyliłam daty. Nie mam dla siebie żadnego usprawiedliwienia i generalnie mam ochotę zapaść się pod ziemię. Głównie ze wstydu.  Kara będzie, ale kara mnie nie martwi, bo będę miała poczucie rehabilitacji. Przynajmniej częściowo. Boli mnie moje zawodowe ego. Właściwie nie tyle boli, co poszło popełnić harakiri. Zgubiła mnie brawura. Gdybym trzymała się procedur, owszem upierdliwych i owszem nudnych, to bym miała co najmniej dwa momenty kiedy miałam możliwość wyłapania błędu.

      To nie jest kwestia roztargnienia, z którego się można śmiać. Klucze od pracy w kurtce a kurtka w domu? Luzik, dwa razy w tygodniu tak mam (taka pogoda cholerna). Iść do sklepu po baterie i wrócić z kwiatami, ale bez baterii? Tak, to ja.

      Ale w pracy? W pracy to ja jestem od gaszenia pożarów. To ja naprawiam to, co nie da się naprawić, znajduję rozwiązania w sytuacjach beznadziejnych. Jak ja mówię, że się nie da, to się nie da. I ja wpakowałam się jak amatorka idiotka. Nie "amatorka"  akurat o terminie przypominała mi moja asystentka. 

      Nie pierwszy raz popełniłam błąd, ale pierwszy raz mi naprawdę wstyd. Nie da sie go naprawić. Można tylko wziąć na klatę odpowiedzialność. Paskudne uczucie.

       

      by odwodnik@NOSPAM.gazeta.pl at kwiecień 26, 2016 03:12

      Anrzej rysuje

      Tokyo Pongi (komentarze)

      Skomentuj Kosmetyczne cuda z Japonii, którego autorem jest Maika

      Trudno powiedzieć tak naprawdę, bo to zależy od produktu. Cenowo ich niektóre produkty to niska półka, a niektóre średnia, ale raczej nie powiedziałabym, że to drogie kosmetyki. Używałam tylko kilku produktów Kanebo i moim zdaniem to raczej przyzwoite kosmetyki. Napisz może, który kosmetyk konkretnie Cię interesuje, to może będę mogła napisać coś więcej 😉 Również pozdrawiam :)

      by Maika at kwiecień 26, 2016 02:01

      moje waterloo

      2292

      Przemieszczasz się, człowieku, z łazienki do sypialni. Jest bardzo późny wieczór, a może nawet noc. Pod pachą niesiesz książczynę, żeby jeszcze chwilkę poczytać, w dłoni telefon, bo rano trzeba wstać. Leniwie otwierasz drzwi i...


      - Jestem twoim malutkim sceniackiem ze schlosniska. Pats, jak uska klapnięte mam. Bzusek, bzusek. I siusiaka. Kochas!

      Musiałam gada zepchnąć, bo ogłuchł i nie reagował na uprzejme prośby typu "wynocha, śmiedzielu".

      by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at kwiecień 26, 2016 02:15

      Smoking kills...

      O TYM, CO CHCE NAM ZROBIĆ NOWY PIEC

       

      Dziś pobudka o czwartej siedemnaście. Ha. Przebije mnie ktoś?

      Zawsze, jak tak rano wstaję, uderza mnie ilu ludzi już o tej godzinie normalnie funkcjonuje. Ja się dowartościowuję, jaka jestem dzielna, bo wstałam o trzeciej żeby np. zdążyć na samolot na wakacje, albo o czwartej bo cośtam, a później okazuje się, że nie ja jedna – mnóstwo ludzi już o tej godzinie na przystankach, w autobusach, w samochodach, obsługuje nas w kawiarni albo otwiera sklepy. I że nie jestem wcale takim dzielnym żuczkiem, jak mi się wydaje, bo prawdziwe dzielne żuczki to ci wszyscy, którzy normalnie, codziennie o tej godzinie wstają i stawiają się do roboty. I nie dostają za to medali i nawet nie oczekują.

      Nowe wiadomości o piecu? PROSZĘ BARDZO.

      Piec przez całą zimę działał jak złoto, złego słowa nie mogę powiedzieć. Woda gorąca, w domu cieplutko. Ani razu nie napaliliśmy w kominku! (I komin przestał śmierdzieć i wpadł nam do niego szpak) (i mam teraz brudny sufit). Nastała wiosna. Ociepliło się.

      A piec nadal napierdziela. W domu mamy żar tropików łamane na termy rzymskie; ja, która UWIELBIAM upał i zimą chodzę w skarpetkach i kapciach emu nawet po ugrzanej podłodze – SŁANIAM SIĘ i omdlewam, bo nie ma czym oddychać. N. skręcił temperaturę do minimum, ale piec się nie poddaje i wyciąga w salonie do 25 stopni. Taki nam się trafił SMERF PRACUŚ, po tamtym poprzednim – draniu, intrygancie, histeryku i terroryście. Wyłączylibyśmy już ogrzewanie całkiem, ale ciągle w nocy spada temperatura prawie do zera, a poranna toaleta w lodowatej łazience tak średnio mnie pociąga. Na razie po dobroci namawiam N. do wnikliwego przestudiowania instrukcji obsługi pieca, a za chwilę przestanę go namawiać po dobroci, tylko zwiążę gumowym pająkiem – ściągaczem do bagażnika i odplączę dopiero, jak już się wszystkiego dowie.

      Chyba że to nie żaden pracuś, tylko następny psychopata, który najpierw uśpił naszą czujność, a teraz chce nas udusić. Z piecami WSZYSTKO jest możliwe.

      A Sistermoon dała cynk o następnym dobrym serialu – „Line of Duty”; produkcji BBC, o policji. Jestem po dwóch odcinkach – ŚWIETNY.

      I jeszcze jeden BBC – „Dig”, z Jasonem Isaacsem, więc wiadomo, że będę oglądać i zapowiada się nader nieźle – też detektywistyczno – śledczy, dzieje się w Jerozolimie. Tylko trochę mi tam zgrzyta wątek religijnego kultu, co kurna hoduje małych chłopców w laboratorium (?????). No zobaczymy.

      A propos pająków – uratowałam dziś jednego z wanny i proszę, od razu słońce wyszło!

      by Barbarella at kwiecień 26, 2016 06:46

      Bezwstydnica

      Przecież

      przeciez

      Wieczór.
      Chrzęst drzwi. Brodoziak wrócił z pracy.
      Słychać tętent dzikich zwierząt (czytaj G.i A.lecą witać B.)
      Zaplątana w płaty lasagni (lasani, lazani?) nie mogę dołączyć do komitetu powitalnego.
      – A gdzie mama? – pyta B.
      – W kuchni przecież – mówi G.

      …” i ślubuję ci miłość, wierność oraz, że nie opuszczę kuchni aż do śmierci”…

      Pozdrawiam
      Kura

      PS Nie musicie  mnie za bardzo żałować, bo na ogół lubię “siedzieć” w kuchni 🙂 Ale trochę możecie. 🙂

      by admin at kwiecień 26, 2016 06:25

      zycie na kreske

      kwiecień 25, 2016

      moje waterloo

      2291

      Monologi (aż palce świerzbią, żeby napisać "waginy").

      Łoterloo: Zjadłeś?
      Lesiek: ...
      Łoterloo: Smakowało ci?
      Lesiek: ...
      Łoterloo: Lubisz krowie ucho?
      Lesiek: ...
      Łoterloo: Będziesz teraz leżał?
      Lesiek: ...
      Łoterloo: Co mnie trącasz?
      Lesiek: ...
      Łoterloo: Mówił ci ktoś, że łażenie za kimś krok w krok i trącanie go ciągle w nogę jest przereklamowane?
      Lesiek: ...
      Łoterloo: Czyli nie mówił.
      Lesiek: ...
      Łoterloo: A mógłbyś mnie bez przerwy nie popychać?
      Lesiek: ...
      Łoterloo: Aha. Nie mógłbyś.
      Lesiek: ...
      Łoterloo: Wiesz, że istnieją psy, które leżą?
      Lesiek: ...
      Łoterloo: Tak! Leżą i kontemplują! Nie ruszają nogami, paszczą i się nie kręcą w każdej milisekundzie swojego życia.
      Lesiek: ...
      Łoterloo: No, daję ci słowo!!! To jest możliwe.
      Lesiek: ...
      Łoterloo: Możesz nie ciamkać mi palca?
      Lesiek: ...
      Łoterloo: Czyli nie możesz. A wiesz, że ja zaraz zwariuję?
      Lesiek: ...
      Łoterloo: No, tak. Masz to gdzieś.
      Lesiek: ...

      I nagle położył się i zasnął!
      A wtedy przyszła Zocha i na mnie wlazła. Nie chcecie wiedzieć, w jakiej pozycji piszę tę notkę.
      Skończę w psychiatryku.

      by moje-waterloo (noreply@blogger.com) at kwiecień 25, 2016 10:24

      Dwie Chochelki

      Pasztet z marchewki z kaszą jaglaną

      Nie ukrywam, że źródłem inspiracji był dla mnie blog Jadłonomia. Pasztety warzywne są pyszne, a porady autorki należy sobie wziąć do serca, bo wyniki zachwycają. Przede wszystkim dodatek kaszy jaglanej do pasztetu warzywnego to strzał w dziesiątkę, pestki z dyni to też doskonały pomysł. No i ja pamiętałam o maśle, bo wiadomo, z masłem wszystko lepsze ;)

      Ilości składników jak zwykle podaję na oko, gdybyście nie  mieli naprawdę małej keksówki (dół foremki ma 20x10 cm), można dorzucić więcej marchewki albo mocniej zmienić smak i dodać ciecierzycę (pewnie, że lepsza, gdy sama sobie ugotuję, ale za to puszka była pod ręką).


      Składniki:
      • 1 cebula
      • 2-3 ząbki czosnku
      • 4-5 marchewek
      • 1 pietruszka
      • około 1 szklanki ugotowanej kaszy jaglanej
      • 50 g pestek z dyni
      • garść natki pietruszki
      • 1 liść laurowy,
      • po 2 ziarnka jałowca i ziela angielskiego
      • 1-2 łyżki sosu sojowego
      • sól, pieprz
      • masło i olej
      Sposób przygotowania:

      Cebulę obieram, kroję w kostkę. Czosnek lekko miażdżę, siekam na małe kawałki. Marchewkę i pietruszkę obieram, ścieram na grubej tarce.

      Na patelni rozpuszczam masło z łyżką oleju (tłuszcze weźcie według uznania, ja dodałam masło, bo lubię), wrzucam cebulkę, posypuję solą, pieprzem, dodaję liść laurowy, ziele angielskie i jałowiec. Smażę, aż się ładnie zeszkli. Wlewam sos sojowy. Dodaję startą marchewkę i pietruszkę, chwilę smażę, potem wszystko duszę do miękkości - jeśli trzeba dodaję trochę masła (suchy pasztet nie jest dobry, ja dodałam sporo). Na koniec wyjmuję ziarna ziela i jałowca oraz liść laurowy i miksuję wszystkie warzywa.

      Gdy warzywa się duszą miksuję pestki z dyni razem z natką pietruszki. Miksuję też kaszę jaglaną - nie jest to takie znowu proste, więc żeby była gładsza dodaję ok. 3 łyżek oleju (wzięłam akurat słonecznikowy, bo taki stał w szafce).

      Łączę wszystkie składniki, dokładnie mieszam. Nakładam do małej keksówki wyłożonej papierem do pieczenia, wstawiam do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 45-50 minut.

      Pyszne!

      by pstrykam (noreply@blogger.com) at kwiecień 25, 2016 09:45

      Domowa kuchnia Aniki

      Szybkie ciasto z białek z owocami

      Szybkie ciasto z białek z owocami



       
      Zdarza się, że przy wypiekach zostają nam białka. Czasami całkiem sporo. Jakoś tak nie lubię ich wyrzucać, więc po prostu je mrożę.W plastikowych pojemniczkach z przykrywkami. Oczywiście nie mrożę każdego białka w osobnym pojemniku, lecz gromadzę je po kilka w jednym tz jak z jakiegoś wypieku zostają mi np 3 białka wlewam je do pojemniczka i podpisuję, ile białek w nim umieściłam. Po rozmrożeniu trudno jest rozpoznać ilość białek, bo robi się z nich jedna zwarta substancja, nie tak jak ze świeżymi. Gdy zostaje mi kolejne białko dodaję go do zamrożonych i podpisuję 3+ 1. Nie gromadzę więcej niż 6 - 7 białek w jednym pojemniczku, gdyż najwyżej tyle można wykorzystać przy jednorazowym wypieku. Gdy zachodzi potrzeba wyjmuję pojemnik, rozmrażam białka i potem można z nimi już robić, co dusza zapragnie:-).
      Po świętach zgromadziłam  całkiem sporo białek, a czas robić porządki w zamrażalce przed nowym sezonem owocowym. Padło na ciasto z samych białek, które robi się szybko. Jest całkiem smaczne i niedrogie, więc jeśli nie chcemy wyrzucać białek możemy pokusić się właśnie o takie ciasto na deser.
      Na wierzchu ciasta poukładałam jabłka, ale można wykorzystać inne ulubione owoce

       

      Składniki:
      • 7 białek
      • szklanka mąki
      • pół szklanki cukru
      • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
      • 2 jabłka
      • 2 łyżki oleju
      • sok z połowy dużej cytryny
      • cukier waniliowy ( 16 g )
      • szczypta cynamonu 
      Sposób wykonania:
      • Białka ubijamy z cukrem na sztywną pianę
      • Do ubitych białek dosypujemy partiami mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia cały czas mieszając ciasto, ale na mniejszych obrotach oraz dodajemy olej
      • Ciasto wylewamy do tortownicy o średnicy 23 cm wyłożonej papierem do pieczenia. Boki tortownicy smarujemy masłem
      • Na cieście układamy obrane jabłka pocięte na ósemki. Po obraniu skrapiamy je sokiem z cytryny, posypujemy cukrem waniliowym i oprószamy cynamonem
      • Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy ok 40 minut

      by Anika (noreply@blogger.com) at kwiecień 25, 2016 07:11

      Anrzej rysuje

      efka i koty

      Łaciate sny

      Kolejna bawełniana poszewka na jasiek 40 x 40 cm. Tym razem z krówkowym kotkiem - w końcu mam dwa takie słodziaki więc wypadało je też uwiecznić. Tym razem dodałam trochę koloru. Oczywiście rysunek zrobiłam pisakami do tkanin więc można go prać. Kotek szuka nowego domu :-)



      by efka i koty (noreply@blogger.com) at kwiecień 25, 2016 04:12

      falkografioly

      Utonę w twoich oczach, naprawdę?

      Рождественский Роберт     Robert Rożdiestwienski
      Я в глазах твоих утону, можно?
      tłumaczenie: Wiesław falko Fałkowski
      falko
























      Utonę w twoich oczach, naprawdę?

      Chcę tonąć w twoich oczach, mogę? 
      W twoich oczach utonę,
      z radością podejdę i powiem:
      Dzień dobry, kocham cię.
      Czy to takie skomplikowane ... 
      Nie, nietrudne, ale niełatwe. 
      Nielekko jest kochać, uwierzysz? 
      Na krawędzi stanę, zacznę spadać,
      zdążysz złapać, zdążysz powstrzymać? 
      A gdy odejdę - zatęsknisz, napiszesz?
      To niełatwe, chcę być z tobą
      długo,bardzo długo ... 
      Całe życie, wiesz,
      wiesz, czego boję się usłyszeć ... 
      Odpowiedz bez słów
      cichym szeptem zaledwie,
      Oczami daj znać, kochasz? 
      Mrugnij, obiecuję, 
      będziemy szczęśliwi.
      Jeśli nie chcesz, błagam
      nie wódź wzrokiem na pokuszenie, 
      nie ciągnij w otchłań widokiem.
      Może ktoś jeszcze kocha, cóż ... 
      Zapamiętasz - choć trochę? 
      Będę kochał - mogę? 
      Zabronisz - i tak będę.
      Będę przy tobie zawsze.
      W szczęściu i w każdej biedzie,
      bo utopiłem się przecież
      w twoich oczach.


      tłumaczenie: falko
      kwiecień 2016



      Я в глазах твоих утону, можно?
      Ведь в глазах твоих утонуть - счастье.
      Подойду и скажу: "Здравствуй,
      Я люблю тебя". Это сложно...
      Нет, не сложно, а трудно
      Очень трудно любить, веришь?
      Подойду я к обрыву крутому
      Стану падать, поймать успеешь?
      Ну а если уеду - напишешь?
      Я хочу быть с тобой долго
      Очень долго…
      Всю жизнь, понимаешь?
      Я ответа боюсь, знаешь....
      Ты ответь мне, но только молча,
      Ты глазами ответь, любишь?
      Если да, то тогда обещаю
      Что ты самым счастливым будешь
      Если нет, то тебя умоляю
      Не кори своим взглядом ,
      Не тяни своим взглядом в омут
      Пусть другую ты любишь, ладно…
      А меня хоть немного помнишь?
      Я любить тебя буду, можно?
      Даже если нельзя, буду!
      И всегда я приду на помощь
      Если будет тебе трудно!

      by Wiesław Fałkowski (noreply@blogger.com) at kwiecień 25, 2016 01:45

      Tokyo Pongi (komentarze)

      Skomentuj Kosmetyczne cuda z Japonii, którego autorem jest MariaJol

      W polsce te kosmetyki sensai firmy Kanebo można kupić w Douglasie ale kosztują bijońskie sumy. Dlatego pytam o ich skuteczność. Pozdrawiam serdecznie i mam nadzieję że mi odpowiesz.

      by MariaJol at kwiecień 25, 2016 12:44

      Skomentuj Kosmetyczne cuda z Japonii, którego autorem jest MariaJol

      Chciałabym sie coś dowiedziedź na temat kosmetyków sensai firmy kanebo. Czy sa drogie w Japonii i jaka maja skutecznoś

      by MariaJol at kwiecień 25, 2016 11:09

      Smoking kills...

      O TYM, ŻE OOPS! HE DID IT AGAN

       

      Drogi Pamiętniku, ZNOWU mi to zrobił. Zostawił samą na noc i dał w długą (podobno delegacja).

      Akurat trafiła mi się ta noc, kiedy była PEŁNIA. Po prostu cos fantastycznego – w całej okolicy psy szczekały i wyły jak opętane, więc i Szczypawkę nosiło po całej sypialni. W pewnym momencie usiadła i spojrzała się na mnie takim przepraszającym spojrzeniem, jakby chciała powiedzieć „Sorry, pańcia, ale ten wilkołak co tu krąży jest już dość głodny i właśnie na serio się zabrał za nasze drzwi garażowe”.

      Było bosko. Zwłaszcza z pobudką o piątej rano. Miałam ochotę o tej piątej w sobotę ZADZWONIĆ do jaśnie pańcia, chrapiącego po trudach uroczystej kolacji gdzieś w urokliwym hoteliku, ale nie jestem AŻ TAKĄ ŚWINIĄ.

      Mój dzisiejszy horoskop:

      „Nowy tydzień przywitasz w ponurym nastroju. Praca będzie Cię męczyć, a koledzy irytować. Wzajemne relacje z otoczeniem staną się nieprzyjemne i napięte.”

      Dokładnie właśnie tego mi było trzeba do pełni szczęścia.

      Idę jeść robaki.

      by Barbarella at kwiecień 25, 2016 09:29

      Dzieciowo mi

      Ciemna strona ludzkiej natury, czyli o serialu, który wciska w fotel

      Już myślałam, że jestem klinicznym przypadkiem antyserialowym bez szans na terapię. „House of Cards” nie zachwyciło (od ostatniej notki o tymże zobaczyłam w

      by Malwina Ferenz (Krusz.) at kwiecień 25, 2016 09:01